Przebudzenie Leśnej Mocy. W drodze do Światła Duszy.

Choć przybywają Wędrowcy z dalekich stron świata, dziś mam pierwszy wyjątek. Tym razem gość zawitał z pobliskiej miejscowości. Pogodę mamy nawet lekko upalną, choć wietrzną. Ciepło bucha i narasta, po to tylko aby za chwilę smagnąć ciało chłodem niespodzianego porywu. Dzięki temu jest bardziej rześko. Cóż to była za wyprawa! Odwiedziliśmy Drzewa Mocy, ale i tym razem zwierzęta dopisały równie bogato. Pod każdym z Drzew odczytaliśmy przesłania. Te napełniły wzruszeniem. Nie wiem co zawarło się w tych drzewnych wierszach, mogę wracać do nich wiele razy, i zawsze z ledwością odczytam, bo coś dławi mi gardło. Podaj dłoń wędrowcze i maszeruj razem z nami, wąską podmokłą dróżką, w rozlewiskach starych olszyn, krok jeden mały, choć śmiały… w podróż po świecie pełnym piór, tropów, śpiewów, szelestów, ciszy, zastoju i ruchu, tajemnic i zagadek. Na drodze do światła Duszy.

P90404-131143

Krzesimir

Kiedy wstępujemy do szumiącego lasu, zostawiamy za sobą śpiew potrzeszcza, a nad nami krążą pomiaukujące myszołowy. Wiosna i wiatr – ich ulubiony czas. Pola bujnie zazieleniły się podrosłą oziminą. Dalekie horyzonty łączące błękit ze świeżą zielenią, wołają do siebie przestrzenią wolności. Magda równie dobrze rozpoznaje ptasie głosy, bo i także ukochała skrzydlatą brać. Uczymy się od siebie na bieżąco. A dąb… Wita już z daleka. Potężną koroną targają dziś wiosenne żywioły, a gdy stajemy pod Nim zrzuca małą gałązkę. Gość mój czuje wielkie poruszenie. Wzruszenie. I mnie chwyta, kiedy odbieram dębową radość. Cieszy się tak bardzo. Że, te spotkania się dzieją, a ludzie odwiedzają drzewa coraz liczniej. Długo tulimy w ciszy. Sosnowe ‘’tyczki’’ obok kołyszą dziś i trzaskają, jakby wojowały ze sobą. Jeden wielki chrzęst. Czuję, że znów mamy z dębem wiele do obgadania. Staram się jednak nie wchodzić aż tak głęboko ‘’w niego’’, i trzymać przestrzeń. Bo i odbieram, że to proces mojego gościa – w pierwszej kolejności. Z pola kica razno brązowa niespodzianka. Z tak daleka nie mam pewności – królik czy zając. Ale jest. Pierwszy futrzasty prezent. Zawsze przychodzi pod dębem taki moment, że siadamy i zaczynają się rozmowy. Długo trwać potrafią. Dzielimy się tym, co każdy odczuł i usłyszał, porównujemy wieści. Ja wtedy zaczynam opowiadać wszystko co o drzewach wiem – ich energie, właściwości, charaktery, osobowości, sposoby komunikacji, na co zwrócić uwagę, jak słuchać…Płynie. Czuję wtedy, że Krzesimir też słucha. Czasem koryguje, co mam powiedzieć. Niekiedy daje znać potwierdzeniem, wspiera dialog. Pozostajemy uważni. I gdy opowiadam o jednym swoim osobistym procesie, gdy drzewa pomagały mi tańcem i ruchem w życiowych blokadach, tuż obok ląduje z plaśnięciem większa gałązka. Dąb ożywia się i zaczyna sypać liśćmi. Na ziemi ląduje cudaczny motyl – Rusałka Żałobnik. Tak, tak przyjacielu! Pamiętasz to dobrze. Jak trząsłeś mym ciałem, i rzuciłeś na glebę, aby kości rozprostować…A może i inne rzeczy Nigdzie jeszcze tego zdarzenia nie opisałem. Żywo włączają się Drzewa do tej rozmowy. I gdy Magda zaczyna gawędzić o Słowianach, oboje słyszymy głębokie, niskie…

– Mrrrrrrrrrrrr…..

Odezwał się jeden z dębów obok. Bardziej dziki brat Krzesimira. Trochę nieokrzesany wojownik. Dla mnie jego energia była zbyt mocna w odczuciu, kiedy próbowałem go poznać. Drętwiały mocno ręce i kręciło w głowie. A dębowie, po prostu mruczą czasem. Zupełnie jak ten żubr. W maju, kiedy zaczną pełną aktywność, będzie to słychać jeszcze bardziej. Być może to odgłos wędrującej wody, albo wewnętrznego rozsychania. Jeszcze nie wiem. Ale to mruczenie słychać czasem i poza werbalnie. Dudnią dęby siłą Ziemi. Tuli się Magda do Krzesimira, gdy rozmawiamy o pisaniu, książkach, wierszach i odwadze w publikowaniu. Gość mój też zapisuje sobie wspomnienia z wizyt u Drzew. Choć leżakują ciągle w szufladzie. Pamiętam, wspominam i opowiadam – jak i ja się wahałem i bałem czy o tym pisać. Bardzo mi Krzesimir pomógł przez to przejść i zacząć ufnie publikować.

– Masz w sobie tą siłę, odwagę… – Słyszy Madzia od Dębu ostatnie zdanie. Na pożegnanie. Bardzo jest poruszona…

Dębowy Szlak

Maszerując z wiatrem na plecach piaszczystą dróżką, podziwiamy morze kołyszących sosen.  Słuchamy potęgi żywiołu. Dziś nie piszczą. Po prostu zderzają się z trzaskiem. Z pyłu Ziemi czytamy historię minionych dni i nocy, przeglądając ślady jeleni, saren i dzików. Są nawet trójpalczaste odciski żurawi. Można z nich próbować rozeznać, kiedy zostały pozostawione. Daleko w polach, mimo pełni dnia, nadal wędrują sarny. Jak się okazało, często miały nam dziś towarzyszyć. Wojowniczy ptak drapieżny pędzi w pośpiechu z pola, i znika raptownie między pierwszymi drzewami. W zgodzie oboje rozpoznajemy jednego z sokołów – pustułkę. Co za rarytas, wcale nie tak pospolity! Tunel dębowego szlaku, okrągli się błękitem, jak wrota do innego wymiaru. Witają nas harce ptasie. Tam gdzie mniej wieje, ptactwo odzywa się bardziej. Słychać sikorę ubogą, kowalika, bogatki, pełzacza, kosy… A ja pokazuję, uczę, jak ‘’widzieć dłońmi’’. Bo i są one niedocenianą anteną dla odbioru energii. Zawsze zanim dotknę i przytulę drzewa, ‘’badam’’ jego energetykę. Jest ciepłe, pulsujące, przyjazne, a może zimne, kłujące, ospałe i chłodne? To pierwsze, co można rozróżnić. Używając rąk jak radarów, kiedy nie słyszmy jeszcze drzew, można w ten sposób rozpoznawać ich zdolność  i przychylność do kontaktu. Dębowy szlak uwielbiam z kilku powodów. To nie tylko przestrzeń dobra dla nauki, ale i miejsce pełne moich przygód, wspomnień, które mogę opowiedzieć gościowi. O, zobacz! Tu Klon nieznanego mi imienia, który przywołał wieczorem jesienią w mglisty czas deszczowy, dzięki czemu uratowałem dziki. Ten sam klon sprowadził mi wiewiórki w gościnę, które harcowały na jesionie obok. Podziwiałem. A tam Dąb – Gromiec, kiedy uczyłem się jeszcze badania lasu dłońmi, przywołał i ukazał w szczelinie gniazdko pełne sikorzych piskląt. Mijana robinia akacjowa trzeszczy na nasz krok, jakby chciała coś szczególnego powiedzieć. Wiedzą drzewa, kiedy przybywają ludzie do nich. A wtedy wędrówka staje się jeszcze bardziej magiczna, kiedy pozostajemy czujni na ich sygnały i wołania. Nie da się tego zapomnieć…

P90406-215114

Ze szlaku schodzimy nad bagno, aby posłuchać grania szuwarów i obserwować przeloty bagiennych lotników. Gęsi, żurawie, kaczki… Czas jasnej medytacji i poddania pracy słońca. To znów nieskończone rozmowy. O zwierzętach, ludziach, przyrodzie, harmonii… o łani, która przychodziła mi tutaj latem każdego świtu, i z którą spędzaliśmy tu czas w poszanowaniu siebie. Jakiś pierwszy posiłek. Z sosnowego młodnika przynoszę kilka sosnowych pączków; rozcieramy w palcach i sycimy się zapachem kojącego zdrowia. Napełniają rześkością i wigorem. Hej, ha! Wkracza już zupełnie inna energia, a ja słyszę jak niedalekie brzeziny wołają nas do swego tańca…

Brzozowy taniec w Uśmiechu Serca

Ręce w górę. Najpierw poczuj wiatr. Potem spójrz na drzewo. Zobacz, jak ona tańczy. Jak kołysaniem błogosławi życie i mądrość Stwórcy. Ale nie naśladuj. Ciało wiotkie… Po prostu poddaj się przepływowi żywiołu… Tak żyje Ziemia. Swobodny ruch.

Magdę ogarnia wesoły nastrój, nie może pohamować śmiechu. Mówi, że miała ochotę najpierw turlać się z radości, stanąwszy przed nimi. Buzia wesoła. A ja wiem, że to brzozy zaczarowały nas swoim wiecznym nastrojem. Stan Uśmiechu Serca nie jest łatwo osiągnąć w codziennym życiu. Gubi się w ‘’problemach’’, a błądzi mamiony umysłem… Podziwiam w sobie, jak to intuicyjne poddanie drzewom podczas wędrówek, dojrzewa we mnie i wzrasta, z każdą coraz bardziej. Srebrzyście wyśpiewuje rudzik. W pewnym momencie nie wytrzymujemy i podbiegamy do brzóz, tuląc figlarki z wdzięcznością. Opowiadam o ich dość specyficznym humorze, i trudnym z początku do przyswojenia charakterze. O wszystkich psotach, jakie w głowie się nie mieszczą, ale i o pomocy jaką ratowały mnie w tarapatach. Magda pokazuje mi kilka postaw i ruchów z gimnastyki słowiańskiej dla kobiet. Bardzo się wtedy wzruszam… Płynnie przesuwam dłońmi. To wzruszenie duszy. Czuję, jakbym wykonywał (a) te gesty całe życie… Tak mi bliskie… i znów wraca pamięć kobiecych wcieleń…Bo i większość mojego doświadczania na Ziemi, przebiegała w ciałach kobiet. To z dawna wiem. Proces zawsze dzieje się obie strony. Nie umiem jeszcze na tamten moment, właściwie podziękować mojemu gościowi, za ten dar…  A potem odczytujemy na głos pierwsze przesłanie Brzóz. Wiersz ofiarowany mi przez Drzewa. Wiatr zaczyna tarmosić nagle z mocą, a białe baletnice zatracają w dzikości swoich pląsów i śmiechach, całkiem o nas zapominając… Jedna z nich, znowu coś zrzuca pod nogi.

P90404-170124

Jaremi

Na polach tańcują wirujące kurzawy szarego pyłu, opowiadając ulotne, a zmienne dzieje tych ziem. Bo i stopniowo traciły one na żyzności, ‘’zapiaszczając’’ się z latami. Efekt nie tylko zjawisk naturalnych, co intensywnego użytkowania rolnego. Drogę do jesionu odcina nam para dostojnych żurawi. Najspokojniej w świecie czyszczą sobie pióra, stojąc wprost na ścieżce do drzewa. No nie pójdziemy przecież, skoro tak. Obserwuję co dzieje się w moim umyśle. Chaos i zaskoczenie trwają chwilę, bo i szybko dochodzę do wniosku, że przecież wiecznie tam stać nie będą. Coś mam mi to zdarzenie pokazać… Siadamy na skraju pola z obserwacją pylistych duchów ziemi, i ptasich strażników. Rzeczywiście, w ciągu 10 minut przemieszczają się daleko, co i raz zatapiając dzioby po niewidoczne kąski. Co one tam znajdują w tym piachu? Droga i dostęp do drzewa otwierają się…

Jesion wibruje już z daleka, dotykając serce Miłosną Radością. Wokół niego na głogach nadal wiszą puste gniazda ptasie. Dziś obdarza spokojem… I cały czas trzeszczy, coś opowiadając. Odbieram, że za czymś tęskni. Za kimś woła. Do innych drzew, daleko stąd… Nawet nie na Ziemi. Kosmiczny Wędrowiec w swoim Procesie. Może dlatego, odgrodził się żurawiami? Czuję jak dziś też drga lekko od spodu, ciągnąc za nogi w głąb Ziemi. Jaremi, bardzo ją ukochał. Pobyt na planecie, jesiony odbierają trochę jak podróż statkiem gwiezdnym. Przecież leci ona przez czas i przestrzeń. A one przetrwają tu wszystko i zawsze się odrodzą, już bardziej mądre, dojrzałe, świadome, gotowe… Każdy ma swoją drogę, a ta drzewna zachwyca nieustannie swoją głębią…

IMG_6469

W paru krokach, ‘’na szybko’’ zwiedzamy jeszcze jego ostoję. Wydaje się ona być rajską wyspą, zagubioną wśród pól i dalekich osiedli ludzkich. Dryfuje samotnie… Ale i w niej, wzrasta już młody las. Tarnina, dęby, głogi, jesiony, wierzby, wiązy, dzika różna, a nawet jedna sosna. Drzewa dotrą wszędzie, tworząc zmienną w setkach lat cykli, niekończącą się podróż życia. Zawsze z zachwytem postrzegam te etapy. Snuć można fantazje – co zdarzyłoby się dalej, gdyby nie człowiek? Może bobry zagospodarują tak, że całą nieckę wypełnią wodą? Albo teren do reszty przeschnie, stwarzają siedlisko dla nielicznych, przystosowanych śmiałków? A może, któregoś dnia zamieszka tu stopniowo dziczejąca, pochłaniająca kolejne tereny puszcza…
Tymczasem od dziesiątek lat gospodarują tu lisy, kopiąc niezbadaną sieć podziemnych tuneli. Doły i wyloty są wszędzie, przewietrzając ziemię oddechem lisiego żywota. Niektóre nigdy nie odnalezione, zamaskowane w gąszczach krzewów, pełnią rolę wyjść awaryjnych. W pamięci lisiej ciągle drzemie wspomnienie prześladowań przez człowieka, kiedy to ludność wsi wyprawiała się ‘’na lisy’’ zatykając kamieniami otwory, paląc ogień przy wejściach, wpuszczając dym do środka. Zaczajeni, z pałkami i psami. Przykre, ciężkie czasy, i aż mi dziwnie dopuszczając do świadomości takie rzeczy. Przy norach walają się kłęby puchatej sierści – pozostałość po objedzonym jenocie. Daleko na polu, gnają dwie sarny, wzniecając osobne tumany kurzu… Zatopieni w bezruchu, odprowadzamy je tęsknym wzrokiem.

Podmokły Ols

Jak ciekawa i bogata w przeżycia staje się wędrówka, kiedy okazuje się, że gość Twój czytał szeptowe opowieści. Magda zna miejsca które mijamy, z moich opisów na blogu. Ale mam co opowiadać! O tutaj, mijamy brzozy, od których popłynęło przesłanie dla kogoś innego. Tu po raz pierwszy tańczyłem z drzewami, i uczyłem się zmiany energetyki przez ruch. A wokół mnie latały nietoperze… Z tego snopka słomy wyskoczył mi mały warchlak. A tam dalej, gdzie widać czatownię na łące, przeszło mi ostatnio 20 jeleni przy księżycu, a puszczyk dobrodziej nawoływał magię czyniąc… I tam też ukazały się trzy jednoty niespodzianie. A to tylko okruch wspomnień z tych miejsc. Przed nami pyszni się bajeczny dywan żółtych kwiatuszków. Jakby rozkwitł specjalnie dla nas. Tak ukazuje się światu Złoć Żółta. Kobierzec życia. Ziemia w postaci kwiatów oddaje energie słońca. Odwieczna wymiana. Przysiadamy wśród olch zamyśleni, w zadumie i pokorze wobec królestwa dostatku. Powalone bale wykrotów tworzą sylwetki bajeczne, a pobudzające wyobraznię wędrowca w mroku: Łoś stoi, żubr, a może to tylko złudzenie? Śpiewa strzyżyk i gros innych maluchów. Magdę olchy bardzo wołają… długo zachwycamy się tym miejscem. Wzywają tak mocno, że nim się spostrzegam gość mój zdejmuje butki i boso, rześko, chłodzi się po kolana w lodowatej wodzie… Marsz zdrowia… Chciałoby się brodzić, oj chciało… Jednak grunt nie puszcza dalej. Zbyt głęboko. Tajemniczy ols, lodowatą wodą i błotem chroni dalej położonych jelenich i dziczych ostępów. Druga strona dróżki okazuje się być bardziej przechodna, i malownicza. Tu oczom naszym ukazują się całe aleje wielkich racic i tropów. Jelenie ścieżki. Przegrodzone starymi, wielkimi topolami, które paść musiały dawno temu. Jest tu tak, jakby człowiek nigdy nie zaglądał… Siadamy na tejże topoli, długo zostając w ciszy ostoi… pomyśleć… że nocą tak tu chrzęści, chlapie, trzaska, gdy zwierzęcy wędrowcy przemierzają w ciemnościach swoje królestwo.  Już czas. Odczytuję olchowe przesłanie, jakie Drzewa podały mi właśnie w tym miejscu, podczas wieczornego czuwania. Coś się dzieje. I gdy dzwięczą kolejne frazy, zrywa się chłodny wiatr. Ptaki na chwilę milkną. A olsze po raz wtóry udowodniają, że magia opanowała to miejsce. Jesteśmy szczęśliwi…

P90404-154640

Zbliżamy się do jednej z położonych w leśnej głębi łąk – polanek, gdy staję nagle z marszu dając znak stopu. Z gąszczy wynurza się sarna, i jakby nigdy nic przechadza na drugą stronę drogi. Nie słyszała nas. Ale w porę zauważyłem jak nadchodzi. Czekamy kilka minut aż się oddali. A tymczasem na łąkę – wstępu brak. Kilka płowych sylwetek prześwituje mi przez gałęzie, dzięki czemu nie robimy zwierzętom psikusa. Znów pięć saren, które pasą się beztrosko. W oddali dostrzegam jeszcze szare sylwetki dwóch żurawi. Strażnicy nie zauważyli nas dotąd i nie podnoszą alarmu. Żurawie i sarny w niezłej są komitywie. Czujne ptaki z sokolim wzrokiem wyczulonym na ruch informują sarny o zbliżających się ‘’niebezpieczeństwach’’. Przestrzeń zajęta przez zwierzęta. I dziś już po raz któryś stosuję swoje ‘’zasady wędrowne’’ w praktyce. Zwierzętom zawsze dajemy spokój. W ich świecie jesteśmy gośćmi. Tak i teraz, z należnym szacunkiem wycofujemy się cicho w głąb drogi, odpuszczając leżakowanie na polanie. Jaki to dobry był ruch, przekonujemy się niemal kilka kroków dalej. Błękit nieba syci sklepienie olszynowym chaosem, a zza nich przygrzewa rozproszone słońce… I zamieramy, kiedy na dukt leśny wkracza w okazałości pierwsza łania. Widzimy tylko jak przechodzą przez drogę, swobodnie, jedna, druga… ja naliczyłem siedem. Między drzewami już ich nie widać. Rozpływają się w schronieniu swojej krainy. A knieja jak szybko, nagrodziła nam pokorę i szacunek. Dziękujemy kwiatom, wodzie, słońcu, olchom… Że możemy w takiej bliskości wszystkich tych cudów smakować.

IMG_6432

Baba Wierzba

– Słuchaj, a co byś mi powiedział o Wierzbach? Pyta mnie gość mój, bo przecież po to aby dowiadywać się o drzewach tutaj jesteśmy. Wiesz co, chodz, pokażę Ci… jest tu taka jedna. Właśnie ta, od której popłynęło główne Wierzbowe przesłanie Szamanów. Mamy niedaleko. Przez błota, i grunt niełatwy, bo grząski i miękki, docieramy do miejsca, które ja nazywam ‘’Cmentarzem Drzew’’. Przychodzi tu mnóstwo refleksji. Rozmyślam. Wielu ludzi, powiedziałoby, że tutaj tylko śmierć i zgliszcza. Ja dochodzę do wniosku, że śmierci nie ma. Jest tylko ‘’zmiana stanu skupienia’’. Śpiewają o tym ptaki, w tak licznych uwijających się gatunkach. Mimo, że człowiek postrzega okiem, wystarczy spojrzeć głębiej… Ptasie serce wie. I koncertuje o życiu, które pełza tutaj, drepta, drąży i wije pod odpadającą korą pokonanych olch. Wydrążyły na białej twardzieli pamiątki swych żerów. Ono jest podstawą ich istnienia. Wiedzą gdzie szukać. Są chyba wszystkie gatunki sikor, raniuszek, kowalik, drozdy, szpaki, piecuszek… Wierzbowa Baba jako jedyna przetrwała to wszystko. Trudno objąć ją wzrokiem i rozumem. Płoży się, wije, zakręca to wybija ku niebu pniami, nie wiadomo gdzie przód, tył, koniec, początek. I nie sposób objąć jej jednym zdjęciem. Dziury, dziuple, kryjówki a w nich na próchnie wyrastają już pokrzywy i inna roślinność. Zupełnie jak w gotowych korytkach. Jak ona przetrwała tą drzewną apokalipsę? I patrząc na to wszystko, opowiadać nie trzeba. Posiadła sekret życia i harmonię żywiołów. Gdyby dało się zrobić jedno zdjęcie oddające jej wielkość i mozaikę, z pewnością wygrałaby niedawny konkurs na najbardziej niezwykłe drzewo. Zachwyt… I powierzamy się jej objęciom. Jakby w swych konarach, przygotowała dla nas specjalne kołyski. Każde z nas leży osobno, a ptasi maluszkowie zlatują się co i raz, podglądając leśne zdziwienie. Pewnie nieczęsty taki widok. W pewnym momencie przysiada na gałęziach pierwiosnek, ze swoją monotonną pieśnią Clip – Clap! Uśmiechamy się do maleństwa, bo pamiętam jak Magda mówiła, że to jej ulubiony ptak. Wierzba sprowadziła w darze. I gdy już zaczynamy rozmawiać, mówi mi, że szczególnie dobrze z nią się czuje. I chce jeszcze tu wrócić. W notesie zapisuje słowa, wiersz, inicjowane przez Drzewo…To nasz ostatni przystanek na dziś.

Powrót skracamy przez las, podążając za sarnią ścieżką. I już z brzegu pierwsza niespodzianka – na pniaku widnieją resztki upolowanej sójki. Niezbyt częsty to widok, bo one są dość czujne i pierwsze skrzeczą o niebezpieczeństwie w lesie. Cudowne, błękitne piórka. Zabieram kilka na pamiątkę. Brzozy i sosny kołyszą się w szumiącym pożegnaniu. Dziś nie zostajemy do wieczora. I z jednej strony się cieszę. Słońce jeszcze przed zachodem, uchodzimy w porę zanim dziki i jelenie ruszą się z żerowaniem. I tak widzieliśmy skarb bogactwa, niespiesznie, uważnie obserwując wszystko, co las zechciał przed nami odkryć. Dotknąć leśnych spraw, z perspektywy cichego, uważnego, ciekawego wędrowca. I  nagle ”zwykły spacer” staje magiczną podróżą przez świat baśni. A Światło Dusz… Zasilone opieką Matki Ziemi, Pieśniami Drzew i Energią Słońca błyszczy jasnym wspomnieniem szczęścia.

IMG_6481

Wędrówka miała miejsce w ramach naszych warsztatów: Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia 

A jeśli i Ty czujesz w sobie chęć aby przeżyć podobny Dzień Wędrowny, pisz, pytaj. Jestem dostępny pod adresem czeremcha27@wp.pl oraz na facebooku. Bo właśnie poza czytaniem, zupełnie innym wymiarem doznania jest, aby to wszystko przeżyć własnym krokiem wędrownym. Możliwe są również wyjścia i spacery nocne:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

P90404-164025

Leśna medycyna – Dotyk Ziemi. Wiosenna wędrówka Żywiołów.

Są takie momenty, że wzruszenie trzyma tak długo, że nie wiesz co napisać ani powiedzieć. Szczególnie, gdy ktoś pokonuje setki kilometrów specjalnie po to, aby poznać i przytulić dwa drzewa, od których spisałeś dedykowane osobiste przesłanie Drzew Mocy. Ania Chmura przyjechała naprawdę z daleka, bo aż z niemieckiego Hamburga. Tak bardzo chciała je zobaczyć… I choć ma za sobą ponad 550 km jazdy autem przez wiele godzin, mimo późnej nocy, nalega abyśmy jeszcze dziś ruszali do lasu. Stwierdzam, że to dobry pomysł, jeśli po całym dniu hulanki deszczu i wiatrów, niebo wreszcie się rozgwieździło. A jutro znów ma padać. Dobrze wykorzystać taką chwilę. Gdy wychodzimy z kwatery, jest około godziny 23. Noc czarna i cicha. Żadnych zwierząt z bliska ani daleka. Jakby całe istnienie zatraciło, rozpłynęło się w tej ciemności. Podążamy wzdłuż polnego rowku, który objęły we władanie pożyteczne bobry. W nim ścielą się pocięte kłody wierzbowych ofiar. I choć niewiele widać, uczę jak najlepiej rozglądać się w tym świecie o takiej porze, żeby przegapić jak najmniej. Zobacz! Jeśli przykucniesz i spojrzysz bardziej od dołu, jest spora szansa, że na ‘’szczycie horyzontu’’ pola, dostrzeżesz maszerującą sarnę, dzika, lub nawet lisa. Ich czarne sylwetki odcinają się nieznacznie na tle nieba, i można wtedy przeczekać aż zwierzę przejdzie. Tak właśnie trzeba tu zerkać, jeśli nie ma z nami księżyca…

Uszy uspokaja szeleszczący pluskot strumienia. Zostawiamy go za sobą i wreszcie stajemy pod czarną ścianą delikatnie szumiącego lasu. Tutaj zawsze robię krótki postój nocą. Pierwsze, głębsze wejście do leśnej krainy, aby poczuć ją wszelkimi zmysłami. Można długo tutaj stać w ciszy, nie niepokojąc zwierząt. One dalej położonymi ścieżkami wychodzą ze swych ostoi na pola. Nasłuchujemy ich kroków. Jak spokojnie. Pozdrawiamy mieszkańców leśnych w pokłonie, i wyciągamy dłonie przed siebie, aby poczuć energię tego miejsca. Nagle:

Trrrrrrr….

Odezwało się drzewo. Trzeszczy od środka.

– Trrrrrrrrr, kuiiiiiiiiiii, – odpowiada mu drugie z jękliwym piskiem. Dęby omawiają coś z Sosnami.

Brzmi nieziemsko w tych ciemnościach. A to przecież zwyczajne odgłosy tego świata. Przysłuchujemy się tej trzeszcząco – skrzypiącej rozmowie drzew. Ania zadaje im szeptem osobiste pytania. Cichutko nuci pieśń, jaka odezwała się nagle w sercu…Robi się baśniowo. Wzruszenie. A one odpowiadają, potwierdzają… Myślę sobie wtedy, że z nimi jak z nami. Komunikacja werbalna i niewerbalna. Ta energetyczna jest mi już znana. A na tą postrzegalną fizycznymi zmysłami, coraz bardziej i głębiej zaczynam zwracać uwagę. Gadają tak pięknie, że nie mamy ochoty stąd iść. Do marszu rusza nas dopiero zimno. Idziemy więc dalej piaszczystą dróżką, z jednej strony mając sosnowy młodnik, a z drugiej bezkres pól. Tam stoi jakiś wielki dziad… Czai się w mroku. Wygląda rzeczywiście jak olbrzym, witający otwartymi ramionami śmiałków w swoim świecie. Można z daleka się go wystraszyć. Proszalny dziadyga pilnuje tu miedzy, a jego istotą jest pień zamarłej, pokonanej przez wiatry dzikiej gruszy. Kiedy spoglądam na pustkę pól, nie mogę pozbyć się wrażenia, że równo z nami przemieszcza się jakiś duch. Pojawia się w postaci ciemniejszej plamy. Ludzka sylwetka. I można czasem aż zwątpić, czy z horroru rodem to świat, czy może jednak kraina baśni…

P90309-003433

Siadamy z odpoczynkiem nad bagnem, gdzie ma zwyczaj kryć się i zamieszkiwać największe zwierzęce bogactwo. Delikatna rozmowa, przeplatana momentami medytacji. Spontaniczna lekkość. Nie każdy potrafiłby odnaleźć się w bagiennej ciszy. Bóbr chrobocze przy olszy, coś nieśmiało sobie majstruje. Odpowiadają mu sennie żurawie, jakby zza grubej zasłony. Wybudzone na moment, za chwilę gasną w ciszy. Z pól dobiega jękliwe, tęskne zawodzenie jakiegoś zwierza. Mimo, że znam niemal wszystkie, tego głosu uparcie nie udaje się odkryć. Zostaje dreszczyk tajemnicy. Słychać pogłos dalekich kaczek. Ja z głębin bagna odbieram jeszcze niski bulgot kilku dzików, jednak to dźwięk tak subtelny, że nie zawsze da się go wychwycić. Mimo wszystko, jak dla mnie bardzo tu dziś cicho. I pomyśleć, że za 1,5 miesiąca to miejsce zmieni się tak, że nie będzie wiadomo czego nawet słuchać. Nad nami iskrzy w czerni, udekorowana srebrnymi lampionami, bezkresna otchłań kosmosu. Pojedyncze chwiejne obłoczki umykają szybko, nie chcąc mącić świętości nieba. Ania zachwyca się gwiazdami, których w takiej ilości nigdy nie widać w miastach. Doskonale ją rozumiem, bo mimo upływu lat, ten widok również mi nie powszednieje. Doceniam. Choć wiem, że to ‘’pikuś’’ w porównaniu z tym, co można zobaczyć, na przykład w górach. Wzrok zestroił się już z tym światem, nie straszna nam ciemność. Trwa jedna z tych pięknych chwil, bardzo bliskich życiu…

Chmurka.jpg

I tak minęła nam pierwsza Noc Wędrowna.

Krzesimir

Kiedy rankiem przybywamy do dębu, sprzyjająca pogoda kończy się. W oddali pędzą bure, wściekłe kłęby rozjuszonych obłoków. Gradowa burza porywa nas w objęcia znienacka. Nadleciała na skrzydłach granatowych chmur, pędzona pejczami zimnych porywów pogodowego szaleństwa. Z nieba prażyły boleśnie pędzące ku własnej zgubie, miniaturowe lodowe kulki. Dla Ziemi to jak masaż. Woda Życia, w nieco innej formie. Nam w kurtkach też nie szkodzi. Biała kurzawa szarpie wzmagającymi falami, jakby chciała stratować, rozgnieść, zmiażdżyć wszystko na swojej drodze. Szare smugi przelatują w furii nad polami, zderzając się ze ścianą lasu. Tam hamują nieco swój impet. Drzewa szumią jak bezmiar oceanu. Ania jest tak zjednoczona z dębem, że nie zwraca uwagi na to co się dzieje wokół. Olbrzym przekazał brzmienie swojej siły, zaufania, pewności. Jest totalnie wyciszona. Spokojna. Nawet się uśmiecha łagodnie. Nic więcej nie trzeba… U mnie odwrotnie. Jestem bardzo pobudzony. Jednoczę się z huraganem, cały śpiewam w środku i mam ochotę gnać przed siebie polem, oddając się w objęcia żywiołu. Dzikość istnienia, sedno duszy przejawienia.

P90309-140040

P90309-140120

Dąb nas osłania. Opiekuńczy pień przyjmuje na siebie całą siłę sztormu. Co to dla niego… Nie takie rzeczy tu przetrwał. Powszedni chleb życia dębowego. W pewnej chwili dostrzegam jak nad polem, w tej całej zawierusze frunie jakiś maleńki ptaszek. Co kawałek opada i przysiada na Ziemi. Nie daje rady. Grad psuje widoczność tak, że nie sposób rozróżnić gatunku. A on uparcie, podrywa się. Nie leci w krzaki, tylko na przestrzeń. Zgłupiał? Na dalekim horyzoncie przeciera się już na niebiesko. Może i on, w swej małej mądrości ptasiej wie, że to tylko marcowa chwilówka? Trwała 10 minut. Kiedy znów wynurza się słońce, sosny olśniewają czystym złotem, obdarowane wilgocią ulewy. Drzewa przywdziały jedną z szat przedwiośnia, tak rzadko podziwianą przez wytrwałych wędrowców. Zachwycamy się tym długo jak dzieci, chwytając dłońmi resztki ostatnich kropel. Jak cudnie! Świat wymalował gałęzie blaskiem. Żarzą się w glorii, obwieszczając, że przetrwały i są gotowe do wiosny. Z dębu bruzdami kory spływają kaskady maleńkich wodospadów, pojąc drzewo do pysznego syta. Cuda błyszczą w świetle kryształowych diamentów, gdy na koniuszkach gałęzi osadzają się łzy niebios. Być tutaj, w pełni tego co się dzieje. To jest to, czego niektórzy szukają.

Pod niebieskim niebem maszerujemy już dalej, podziwiając ciemne okapy ogromnych świerków. Prężą się dostojnie, niczym maszty niewidzialnych okrętów. Pokrój piramidy. Energetyczna antena. A z nami podąża delikatny szmer. Mówi się, że w lesie pada dwa razy. Ja bym powiedział, że nawet trzy. Z drzew, krzewów, gałęzi, pączków i paproci opadają na mchy i liście resztki ulewy, czarując magiczny pogłos. Echo wdzięczności roślin, za dar wody. Szemrząca modlitwa lasu. Wnet stajemy nad rozległą łąką, mizdrzącą się w pełni słońca. Jak dynamiczna zmiana, przez krótką chwilę… Uroki marcowego klimatu. Tu witają nas powykręcane sosny i zmurszałe brzozy. Odeszły naturalnie. Tak jak powinny odchodzić drzewa. Część złamana przez wiatry, wywrócona odsłania ogromne wykroty. Inne podziurkowane dzięciolim kunsztem, rozsypują się już od własnego próchna. Rozglądam się za gniazdem strzyżyka, które widniało tu zeszłej wiosny, jednak nie przetrwało. Lubię to miejsce i często wysiaduję tutaj przy księżycu. Skraj lasu jest świetlisty i łagodny. A nie poskromiona przez człowieka natura, ukazuje wspomnienia swojej dawnej dzikości, niestałości i bezładu. Uczta dla zmysłów. Nad nami zmagają się z wiatrem czarne kruki. Tutejsza para. Wykorzystują podmuchy do wyprawiania zaskakujących fikołków, w popisach swojej zręczności. Frywolna zabawa z żywiołem. Jakże chciałoby się tak samo… Podziwiamy w uśmiechach. Ciekawska sójka chyłkiem wyziera spomiędzy gałęzi, podglądając nieznajomych. Tak tu błogo… Klękamy na ziemi, dłońmi dotykając mokrej ziemi traw. Ania w ten sposób pobiera energię naszej Ziemskiej Matki, utwierdza w jej polu, pozbywa swych blokad, oraz stara się poczuć wnętrze lasu przed wkroczeniem do jego świętej przestrzeni. Błogosławieństwo Życia. Choć tego akurat nie praktykowałem, pozostaję zachwycony. To jest ten szacunek właśnie, tak mi bliski. I wiem, że sięga dużo głębiej swym sednem.

P90309-143124

P90309-141130

P90309-142856

P90309-143457

Rzeka

Chyba nigdy nie planuję solidnie trasy. Zawsze podążam tam, gdzie ‘’woła’’. Intuicyjnie. Bo i każdemu potrzeba czegoś innego, a las najlepiej wie, gdzie skierować kroki wędrowca. Maszerujemy zapomnianą ścieżką, upajając się kołysaniem i poświstami drzew. I w dole dostrzegam mozaikowy ols, za którym wyczuwam bliskość wody, znając nie od dziś te tereny. Akurat przechodzą tamtędy sarny. Przeczekujemy, aż nieświadome naszej obecności piękności, oddalą się poza słyszalność. Wkraczamy na błotnisty, podmokły szlak w pełnej pokorze. Głowy obracają się w zdumieniu, podziwie, zachwycie… Tu rozegrała się natura, z pełnią głosu swojej kreacji. Rozlała dzikość. Wymyślna, nieujarzmiona macierz Przyrody, posłużyła się cząstką swej mocy, ukazując co potrafi. Nie chce się wierzyć, że parę kroków od głównego szlaku mieści się takie bogactwo. Ścieżynka wydeptana jest przez dziki, sarny i jelenie. Łagodne zejścia do wodopojów i brodów, gdzie zwierzyna przeprawia się na drugi brzeg. Rzeczka nie jest może aż tak szeroka. Dla jelenia na jeden skok z biegu. Pluszcze łagodnie przepływ na bobrowej tamie. Ależ tu się dzieje! Cuda otaczają nas na każdym kroku. Drzewa powalone, przegradzające drogę, owoc pracy ziemi i bobrowych robotników. Wzięły się nawet za wielkiego dęba. Niektóre kłody mokre i śliskie, na innych rozkwita bogactwo grzybów i pleśni, kolejne otulone zielonymi kożuszkami mchów. Zaczarowana kraina obfitości. Tyle organizmów, życia, form. Któż je policzy i nazwie? Choć czytam regularnie przyrodnicze książki i wertuję atlasy, wielu nie poznaję. Powalone drzewa tworzą zdradliwe mosty dla śmiałków, dziś nie będziemy jednak próbować swoich sił w takiej przeprawie. Gdzieniegdzie gęsto ścielą się trzciny wespół z kępami sitowia. Grunt jest grząski, choć stabilny. Kaloszom błoto nie szkodzi. W ziemi znajdują się głębokie dziury, akurat na szerokość nogi, przepastne, zalane wodą. To stare bobrowe tunele bezpieczeństwa, albo odpowietrzniki podziemnych komnat. Bardzo trzeba uważać, by w coś takiego nie wpaść. Nie jest to ani trochę przyjemne, parę razy mi się zdarzyło. Odtąd w bobrowym królestwie poruszam się dużo ostrożniej. Przed nami wyłania się widok, na imperium płynnego błota. To kąpieliska dzików. Niecki są rozległe, widać, że baraszkują tu całe grupy. Widzę te watahy oczami wyobrazni… Ptaki dokazują śpiewem, a spośród nich na czoło wybija się strzyżyk. Drugi brzeg jakże jest odmienny od tego którym podążamy. Łagodny, zasypany liśćmi, wygląda jak kawałek miejskiego parku. Dwa różne światy. Ale olchowa kraina czaruje serca bardziej. Z iloma rzeczami muszą zmagać się tu drzewa. Niestabilność gruntu, osunięcia, bobry, czyhające na większą ranę grzyby i pleśń. Mimo to szumią i rosną. Powalona brzoza z ogromnym wykrotem. Gniazdko zawieszone na krzewie przypomina o bogatym ptasim istnieniu, przegląda się w promieniach słońca. Utkane, wyplecione z suchej trawy cudeńko. Tak kruche. Aż dziwne, że nadal wisi. Puchata kryjówka ptasich skrzatów i pcheł, chłonie do słomianego wnętrza resztki ostatniego ciepła dnia.  Inne krzewinki, tak skarlałe i powykręcane, przystrojone zielenią mchów, pozostają bajeczną zagadką. Są tak odmienne. Jakby wyrosły z innego wymiaru. Te podziwiamy długo. Czas się tu nie policza… Mchowe poduszeczki wiszą na koniuszkach jak bombki. Śmierć tu, czy życie rządzi? Zastanawiam się spoglądając. Jeszcze parę kroków, i dostrzegam rozwleczone, brązowiejące kości większego zwierza. Obok fragment sarniej nóżki. Czyżby urzędowały tu jednak wilki? Podobno są w okolicy, ale nie tutaj. Ani trochę dreszczu czy strachu. Ciekawość badacza. Na samą myśl, radość z wilczej obecności. Na rozwidleniu jednej z olszy, przysiadła paproć. Mam ją na wysokości głowy. Jak ‘’weszła’’ tak wysoko? Niezwykłość. Tu zostajemy na dłużej. Nie wiadomo na co spoglądać, aby nasycić zachwyt. Całe szczęście, że to zwierzęce królestwo spisuje swoją opowieść głównie nocą. Olchy bujają raz sennie, to z ożywieniem. Opowiadają dziejące się tu zagadki. Siedzimy nad wodą w ciszy, upojeni pięknem przebogatego świata. Tak mija nam popołudnie.

P90309-153325

54516582_2537411173000020_8516492197426626560_n

P90309-150839

P90309-152053

P90309-150335

P90309-154428

P90309-150522
Bobrowy dół – uwaga!
P90309-150040

P90309-150942

P90309-151054

P90309-150720

P90309-154345

P90309-152634

Brzozy, łąki, i szuwary – Czas Przesłania

Długo trzyma wzruszenie, gdy wiesz, że ktoś pokonuje setki kilometrów, aby dotknąć i przytulić drzew, od których wzięło początek jego przesłanie osobiste. Taneczne, kochane brzozy. Niejedno pokazały i często ratowały mnie w różnych przypadłościach. Zawsze wesołe lekarki. Osiadły na skraju lasu, tworząc powitalny szpaler. Możliwe, że zostały posadzone. Robi się chłodniej i snują granatowe chmury z niespokojnym wiatrem. Dotykamy, tulimy i staramy się poczuć, co też dziś dzieje się w brzozowych nastrojach. Kiedy Ania dłuższą chwilę łączy się z jedną w uścisku, wiem, że czas nadszedł… Przykładam usta do białej kory, zaczynając wypowiadać tamte słowa:

Dzika radość, śmiech wśród łóz,
Zaczął się tu taniec Brzóz,

Przez las aż się niosą wstrząsy,
Takie wyczyniają pląsy,

Figle, harce, głupie psoty
Wnet znikają już kłopoty.

I weseląc się uśmiechem,
Obdarzają jego echem,

Lekkość taka płynie w nas,
Jakiej nie zna nawet czas,

Hej siostry, stańmy w kręgu miłości swej!

I tak tęskniąc za bliskością,
Obdarzamy się czułością,

Już nie straszna nam pogoda,
Wnet zaczyna się swoboda,

Podaj śmiało mi swe ręce,
A ja z Tobą się zakręcę,

Zawrzyj na pniu obie dłonie,
I tak mocno – tul się do mnie!

Hej! Splećmy gałęzie w księżycowym blasku,
Pora już doczekać brzasku.

Błyska świtem pierwsza zorza,
Taniec swój zaczyna Brzoza

W słońcu koi się z uśmiechem,
Tchnąc radości swej oddechem,

Na mej korze pocałunek złóż…
Dłonie razem mocno przyłóż,

Poczuj tej jedności tchnienie,
Wnet objawi się spełnienie

Zatańcz ze mną w rytm nowego,
Bardzo czuję, że chcesz tego!

Wiruj z tęczy grą kolorów,
Odkryj magię swych wyborów…

…Przybył wiatr,
Tańca brat,

Brzoza już się w tan ochoci
I rozgląda co tu spsocić,

Oddech lasu pochłoń lekko
I jak liście szuraj miękko,

Nie potrzebne tu zaklęcia,
Zaraz znikną Twe napięcia

Teraz ręce, lewo – prawo!
Już cieszymy się zabawą,

Pochył lekko, góra – dół!
Giętko jak ja, ukłon wpół!

Dołącz do nas ludzkie dziecię,
Jesteś wyjątkowa w tym świecie,

Zwracaj do mnie się w potrzebie,
A zatroszczę się o Ciebie ❤

Ledwo kończę wymawiać ostatnie frazy głos grzęźnie w gardle. Mój gość szczerze płacze. Ja również jestem wzruszony i szczęśliwy – że mogłem coś takiego drugiemu człowiekowi podarować. I moim kochanym drzewom. Energia brzóz zmienia się odczuwalnie. Teraz zrobiły się błogie i troskliwe, choć nadal w duchu wesołości. Są zadowolone. Takie chwile kochają wszystkie drzewa, choć wiem, że dla nich to coś bardzo dawno zapomnianego. Mało już na świecie wędrowców i wieszczy, czujących ich istnienie, mówiących wierszem. To niezwykła chwila i piękne spotkanie dusz. Przypominam sobie, że to właśnie Ania pomogła mi w zeszłym roku przekroczyć kolejną granicę wyrażania siebie, i zatańczyć z drzewami. Przełamać własne opory i blokady. Tak powstał Brzozowy taniec w Uśmiechu Serca. I teraz… zaczynamy wirować jak wiatraki, pląsać i skakać aż do zawrotów głowy. Z nami baluje wolność i szczęście. Oh te dusze! Im tak niewiele potrzeba do pełni.

P90309-164836

Warchlaki

Z pola nadlatują chłosty zimnego wiatru, a ja opowiadam o brzozowym życiu i nietoperzach, jakie fruwają tu latem. Jesteśmy niedaleko jednego z większych i bardziej niedostępnych bagien w okolicy. Maszerujemy łąkową dróżką, gdy niespodziane, ostrzegawcze chrummm! wyrywa mnie z zamyślenia, zasiewając zdumienie. Nieruchomieję. W krzakach po lewej zakotłowało się nieco. Dziki! Tchnę szeptem. Przykucamy natychmiast i oto naszym oczom ukazuje się tak rzadko podziwiany, piękny, leśny cud. Bo pod gałęziami wierzb oplątanych ’’zielskiem’’ rozrabiają małe dziczki. Nie widać ile ich jest, ale jeden jest łaciaty, zupełnie jak świński prosiak. Poruszyły się na ostrzeżenie lochy, a teraz uspokojone ciszą gramolą się przez gąszcze, jakby czegoś szukały. Nie boimy się ani trochę. Zachowaliśmy się jak rasowi wędrowcy nieruchomiejąc na ostrzeżenie zwierzęcia, a ona uspokoiła się. Był to raczej odgłos skierowany do małych niż do nas. Podziwiamy w uśmiechach jej dzieci hałasujące na ściółce. Jakie to szczęście! Widzieć dziki za dnia, i jeszcze malutkie.  Nie zdarzyło mi się dotąd z gościem. Dziękujemy jej w duchu za zaufanie i zdarzenie. One wiedzą, przed kim się otworzyć, pokazać, nie bać. Ostrożnie, miękko i na palcach odchodzimy dalej, ciągle nie dowierzając szczęściu tej wyprawy.

A przed nami przejrzysty, podmokły zagajnik, pełen ścieżek i tropów. Widać, że urzędują tu właśnie dziki. Zresztą, gdzie byłoby im lepiej. Okolica pusta, odległa i mało uczęszczana, z morzem zalanych trzcin. To ich raj. Jeszcze parę kroków i oczom naszym ukazuje się… Cmentarzysko Drzew. Takie określenie przychodzi, gdy spoglądam na to co się tu stało. Taniec życia i śmierci. Powywracane olchy, leżące brzozy rozłupane do niemożliwości przez dzięcioły, toną w stosie własnych trocin. Tam obsunięty pochylony jesion, kłody i bele w różnym stopniu rozkładu. Pod korą suchej olszy jakieś larwy zostawiły w drewnie swoją pieczęć. Być może to przyczyna. Ale grunt jest żyzny, luzny i grząski, więc i wiatr musiał dołożyć swojego dzieła. Takie widoki uwielbiam. To właśnie natura w pełnej krasie. Panuje tu dzika świętość…i życie. Dopiero po chwili dociera do mnie, ile odzywa się ptaków! Na suchych olchach przysiadły gwiżdżące szpaki, wszędzie uwijają się sikory. Szpacy w zabawie miauczą, naśladując z uciechy myszołowy, których nigdzie nie widać. Gdzieś dalej śpiewa trznadel, a niedaleko strzyżyk. Słyszę jeszcze pełzacza, jakieś drozdy i ziębę. Niezły gwar, jak na start marca. I widzę, że właśnie to drzewne cmentarzysko tak ja przyciąga. Tutaj w gnijącym drewnie i pulchnej ziemi mają pod dostatkiem różnych larw i nasion. Bo choć miejsce na pierwszy rzut sprawia ponure wrażenie, jest po prostu ptasio zaczarowane. A my oczarowani. Niski przelot żurawi nad trzcinami, które nie spostrzegły nas w pośpiechu. Chrypią. Szassst, prast! Łomoczą szuwary. Tam jest jeszcze jeden dzik! A nawet rozróżniam dwa. Buszują z tęgim łoskotem, a buzia mojego gościa promienieje w uśmiechniętym blasku, gdy szeptem wyjaśniam co się dzieje. Wiem, że nie wyjdą tutaj. Wiedzą o naszej obecności. Ale swoje pohałasują. Dla mnie zwyczajne już odgłosy, dla kogoś kto nie słyszał, moc wrażeń. Kładziemy się na powalonych kłodach i słuchamy dziczego teatru szmerów. Ramionami otacza nas ogromna wierzba – sekret życia. Jak jest stara nie odgadnie nikt, a płoży się jak potworna ośmiornica. Nie wiadomo gdzie przód, początek, tył. Za to pełno dziupli, otworów i pustych jam. Pewnie mieszkają tam bagienne skrzaty. Prawie noc, choć zostało ciut widoczności. Sunie wielka chmura. Marzec znów dokazuje. Pierwszy deszcz przeczekujemy ufni pod gałęziami wierzby, ale wzmaga się tak, że pora stąd zmiatać.

P90309-173502

Szybko wydostajemy się z bagiennego zadrzewienia, i w strugach ulewy gnamy w biegu przez łąkę do najbliższej czatowni. To ostatnia najlepsza chwila. Zaraz się zacznie…

Deszcz nie przeszkadza stadom wędrujących gęsi, które przelatując nisko nad lasem, głaszczą nasze uszy osobnym szumem. Potrąbiają ostatnie żurawie, a powietrze świszczy cięte przelotami kaczych skrzydeł. Zwyczajny ruch, jak to nad bagnem. Kojący szmer deszczu przybiera na sile. I wtedy wybiega czarna plama. Dokładnie z tego miejsca, gdzie spotkaliśmy warchlaki. Locha. Wygląda jak wielki pies. I tak też truchta okręgiem przez darń, jakby czegoś szukała. Wiem. Sprawdza teren. Zatoczywszy koło wnurza się z powrotem w szuwary. Miękkie tło deszczu zupełnie ją zagłusza. Pozostajemy zachwyceni, wdzięczni, że dane nam było podpatrzeć jeden z wielu sekretów tego świata. Mijają minuty w szelestach kropel. Już ledwo co można rozróżnić, choć to jeszcze nie pełnia nocy. Wzrok ludzki i tak posiada zadziwiające właściwości adaptacyjne. Po dłuższym czasie praktyki, można po większości terenów poruszać się bez latarki. Rozróżniamy odcienie szarości, burego, brązowego, czarnego. Zupełnie wystarczy, aby nie połamać sobie nóg. I w tym gasnącym widoku dostrzegam tylko wielką sylwetkę, która w pospiesznych krokach przemierza łąkę, wnikając do lasu. To musiał być jeleń… Ania nie zdążyła zobaczyć.

Kiedy wyziębieni wracamy do auta, nad polem przelatuje jakaś sowa, a na przełaj truchta chyba ten sam jeleń. Na rzepak się wybrał. Pełen wrażeń, minął nam właśnie pierwszy Dzień Wędrowny. A czujemy, jakby rozpoczął się przed chwilą. Jeszcze nienasyceni.

Leśna medycyna. Wiosenna pieśń Buków.

Siedzimy pod jednym z ogromnych świerków, upajając się ptasim gwarem małego zakątka. Wcześniej leżakowaliśmy na zielonym mchu, sycąc się szumem i odgłosami kołyszących sosen. Grzaliśmy w prześwitach słonecznych. Tak można spędzać godziny. Zatracać w raju. Zwłaszcza jeśli co jakiś czas odzywa się sikora czubatka, i wołają kowaliki. Dzięcioły momentami tłuką między sobą z jazgotem o rewir. Dużo się tu dzieje, energetycznie także. Świerki przypominają dziś wielkie Anioły Mroku, jeśli spojrzeć na te wystające w bok ‘’miotlaste’’ gałęzie. Uzdrawiające procesy leśne mają to do siebie, że dzieją się niespodzianie. Pamiętam jak w pewnym momencie powiedziałem do Anki:
– A idz jeszcze, przytul te Buki. Zapoznajcie się .

Po czym wstałem, i krok po kroku, nieznacznie oddaliłem aby obejrzeć dokładnie jeszcze jedno z prześwitujących mi przez krzaki leśnych bajorek. Nie wiem czemu tak zrobiłem. Jakoś tak, ‘’samo się’’ poszło. Krótki obchód wodnego oczka i podgląd małych sekretów, może 7-10 minut. Wracam. I nie poznaję…

Ania jest cała zapłakana, roztrzęsiona, poruszona. I choć domyślam, że musi dziać się z drzewami, pytam…

– One śpiewają! – odpowiada mi ucieszona. Słyszysz jak terkoczą? I naśladuje głos.

Nie słyszę, choć odbieram je energetycznie. Tulę i próbuję. W mig pojmuję co tu się zadziało. Potrzebna była cisza i samotność, choć na chwilę, aby się dopełniło. Drzewa wiedziały. Zawsze wiedzą co robić. Kto i jak pokierował moje kroki? Świerk, buki, a może cały las? To jest cudowne. Tylko poddać się, zaufać temu prowadzeniu. I jak powiedział Krzesimir – cuda dziać się będą. Odtąd rozumiem, że przekazanie wiadomości teoretycznych i pokazanie wszystkich znanym mi wieści ze świata zwierząt, to nie wszystko. Że trzeba będzie, czasem i tak. Cały czas się uczę. Kobiety… Jak ich energia jest cudownie zestrojona z Ziemią. Znacznie lepiej połączona dziś, niż ja. Wystarczyło tak niewiele…
Długo nie może się uspokoić, a ja przestać cieszyć. Pieśni drzew to najpiękniejsze co można usłyszeć, i często żałowałem, że nie jestem w stanie oddać tego w słowach i opisach. To dzwięki, które słyszy serce i dusza. Docierają do sedna jej jazni… Na zawsze zapamiętane, odmieniają człowieka na wieczność. I płacz trwa. Długo Ania nie może ‘’odkleić się’’ od bukowej braci. Dla mnie to najpiękniejszy prezent, jaki mógł zdarzyć się podczas tego spotkania. Chociaż sam nie słyszę.

Połowa dnia mija pod znakiem słońca, a w drugiej czas nam się pożegnać…Nie jest to łatwe. Chciałaby zostać z drzewami, zwierzętami, ptakami. Na wiele dłużej. Tu jest prawdziwe życie… Proste i dostatnie. Prawdziwe jak tylko można. Wolne od iluzji i piękne – jeśli spojrzeć poza umysłem. A dusza z każdą sekundą wzrasta. Kolejny dzień wędrowny za nami. Dziękuję mojemu światu za cudownych gości, radosną naukę i ten kawałek czasu, spędzony najpiękniej jak tylko było można. Wdzięczność drzewom, i wszelkim istnieniom z każdego wymiaru, jakie objawiły się na tej drodze. A gościom moim niezwykłym – wszystkiego leśnego w życiu.

PS. Informacja zwrotna / powrotna z tej wyprawy cieszy niezmiernie. Ania słyszy już inne drzewa i wołają ją kolejne. Duch obudził się do leśnego odczuwania. Chce przyjechać jeszcze na tydzień, lepiej poznać świat bagien i śródpolnych ostoi. Zaskakuje mnie opowieściami, a samotne dotąd parkowe giganty w Hamburgu, zyskały wierną przyjaciółkę 🙂

A jeśli i Ty chciałbyś odbyć podobną wyprawę z Szeptami Kniei, dołącz do któregoś z naszych tegorocznych wydarzeń: 

Księżycowa Wędrówka w magicznym świecie Przyrody

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Albo śmiało odezwij się na maila: czeremcha27@wp.pl

P90309-171938

Dzień Wędrowny z Dotykiem Serca. Podróż do Drzew Mocy

Gdzie choć dwóch spotka się, by w Ciszy Serca celebrować Świętość Natury, tam zadzieją się cuda. Tak powiedział mi Dąb Krzesimir, na moje pytania odnośnie wspólnych wiosennych wędrówek z drzewami. I cuda działy się od początku wyprawy. U progu lasu powitał nas kolorowy bażant. Kogut pysznił się barwami, paradując strojny w królewską szatę, wcale się nie bojąc. Słowiański feniks odrodzenia. Dla mnie bardzo ważny znak. Kiedy rok temu poprowadziłem pierwszą wiosenną wyprawę do śpiewu słowików, również naszą grupę powitał i pożegnał bażant. Doskonała okazja, aby na wstępie opowiedzieć coś o pochodzeniu i zwyczajach tych ptaków. Agnieszka przyjechała aż z Gdyni na dwa dni, po to aby odwiedzić Drzewa Mocy, dowiedzieć czegoś więcej o nich, oraz nauczyć księgi czytania lasu, zaznajomić z obyczajami zwierząt. Na co dzień zajmuje się czułym masażem, przywracając ciału pamięć rozkoszy delikatnego dotyku. Miłością rozpuszcza blokady. Ale nade wszystko ukochała żywot wędrowca w podróży. Dziś miała jednak podążyć na szlaku jedynej takiej wędrówki.

P90304-114720
 
Pierwszego odwiedzamy właśnie Krzesimira. Dziś dąb wydaje się być nieco ospały. Oto pierwsza lekcja dendroterapii w praktyce. Nigdy nie nastawiać się na to, jak będzie z drzewem. Uszanować i przyjąć wszystko, jak samo zechce nas przyjąć. Chwila powitania z oddali. Kłaniamy się. Długo tulimy go oboje w ciszy, słuchając nawoływań przelatujących gęsi. Czasem lądują ich tu setki na pobliskim polu. Różne odczucia. Jakie to niezwykłe. Jeszcze przedwczoraj nasz kontakt z dębem był głęboki i bogaty, a dziś jest tak delikatnie. I jak to bywa, w pewnym momencie, nasyceni energią zaczynamy jedną z tych długich rozmów. Trudną do zapamiętania. Coś o osobistym spełnieniu, pracy, przyrodzie, jej niszczeniu, odczuciach drzew, i najdziwniejszych sprawach wszechświata. Mam wtedy wrażenie, że dąb uważnie słucha. Tak, odbieram to. Jeden z moich przyjaciół powiedział kiedyś, że Krzesimir to wcielenie pewnego mędrca, z dawno nie istniejącego już lądu o nazwie Lemuria. Takie wybrał sobie doświadczenie. Gotów zawsze byłem w to uwierzyć, widząc jak poprowadził mnie w życiu. I kiedy wypowiadam te słowa, między nami wirująco osiada ostatni suchy listek. Patrzymy sobie w oczy, głęboko poruszeni. Drzewo odpowiedziało potwierdzeniem. Zapomniana komunikacja. Obok siebie dostrzegam ślad po sarnie, która przychodzi poleżeć tutaj nocą. Nieco dalej, odcisk małego dziczka. Ile on ma tu przyjaciół. Przychodzą tak samo jak my, pewnie po prostu dobrze czując się w jego towarzystwie. I każdy znajdzie swój czas i miejsce. Gdy wczoraj wieczorem kierowały się do niego sarny, on przekazał im, że mają jeszcze nie podchodzić. Zatrzymały się w oddali. Byłem akurat ja. Wycofałem się cicho, zostawiając zwierzętom i drzewom przestrzeń do własnych spraw.

P90304-171453

Po długim pożegnaniu z dębem, ruszamy piaszczystą drogą pod lasem, w kierunku Dębowego Szlaku. Bardzo wieje, choć jest ciepło. Po niebie pędzą tabuny granatowych chmur, co i raz pozwalając wyjrzeć cierpliwemu słońcu. Mijamy tropy jeleni, saren i dzików, odciśnięte w ziemnym pamiętniku. To dobra trasa aby im się przyjrzeć, gdyż tu wychodzą z lasu na pola, żeby skosztować specjałów z ludzkiej stołówki. Oto przed nami. Dębowa droga. Bardzo dobre miejsce do poznawania świata drzew. Są tu jesiony, akacje, i klony. A każde inną opowiada historię. Można dłonią uczyć się odczuwania, gdyż każde promieniuje nieco inaczej. Tu Dąb Radomir, niegdyś największy mocarz tej ostoi. Dziś rozdarty na pół piorunem trwa jeszcze, zieleniąc się każdej wiosny. Minie kilkadziesiąt lat, zanim ostatecznie się podda. Ta rana jest zbyt wielka aby ją zabliźnić. Poświęcone Bogowi Perunowi przez słowian Drzewo, nie do końca potrafi poradzić sobie z jego potęgą w kontakcie. Chropawa kora, pełna głębokich bruzd tworzy przerwy, które nie przewodzą płynnie energii błyskawicy. Drzewo zazwyczaj pęka od środka, gdy zostaje porażone. Co innego takie buki, których gładka kora w ulewie doskonale przekazuje do ziemi moc błysku. One potrafią to przetrzymać. Kiedy go poznałem, pogrążony był w szoku i smutku. Wibrował wezwaniem pomocy jak najdalej i rozpaczliwie pobierał energię od wszystkiego wokół, aby się ratować. Nawet od ludzi. Osłabiał w parę chwil. Odbyłem z nim kilka rozmów i dziś odczuwam zmianę nastroju drzewa. Już jest pogodzony i cieszy się tym, co mu zostało. Przykładając dłoń, nad korą, można poczuć różnicę. Od przodu bucha jeszcze ciepło, z tyłu na ranie, nieprzyjemny chłód. Choć drzewa mogą Ci poprowadzić rozmaitą terapię, same czasem potrzebują pomocy. Chwilę tulę jedną z przyjaznych akacji, choć dziś nie pobędziemy dłużej. Obok, w młodym sosnowym zagajniku sycimy się leśnym zapachem. Uśpione pędy sosen, zerwane i roztarte w palcach, choć kleją żywicą, kojącym pieszczą nos aromatem. Pobudza, ożywia i zachęca do dalszego odkrywania tutejszych specjałów. Nad bagnem krąży jakiś ogromy ptak drapieżny. Jest potężny. Chyba w życiu takiego nie widziałem. Pozostajemy w zachwycie i zdumieniu, wobec majestatu ptasiego pielgrzyma. Choć nie dałbym ręki sobie uciąć, prawdopodobnie to Bielik. Miauczące dotąd w spokoju myszołowy, próbują go atakować bezskutecznie. Naruszył terytorium tej pary. Ale widać, że ma to gdzieś. Wnikamy do małego lasku, będącego cmentarzyskiem pokoleń brzóz. Wiele z nich porastają jakieś narośla, huby, zgrubienia. Brzozy wykonały tu ogromną pracę uzdrawiającą, uzdatniając to miejsce dla życia do innych drzew. Proces jeszcze trwa. Choć ja postrzegam to miejsce jako mozaikę życia, tu Agnieszka nie czuje się najlepiej. Niezwykłe, jak bardzo jesteśmy wszyscy inni. Przemieszczamy się jednak tędy jako skrótem, szybko. Temat śmierci i odrodzenia we wzajemnym przenikaniu pracuje mocno u obojga. Dochodzę do wniosku, że to jest tak splecione, że ciężko na pewnym poziomie rozróżnić co jest czym. Jedno umiera, drugie na tym wzrasta. I wcale nie planowałem tędy iść. Choć utarło się, że jestem przewodnikiem, tutaj prowadzi las i energie natury. Im zawierzam. Niezbadane, czasem ledwo widoczne ścieżki zwierzęcych tropów. A niekiedy wołają najbardziej niezwykłe drzewa, dotąd pomijane przeze mnie podczas spacerów. Kawałek dalej w lasku jest już inaczej. Na tarninach zwieszają się kosmate plątaniny chmielu. Śpiewają ptaki i tętni życie. Jakże inna energia, zmieniająca się w ciągu kilku kroków. Ścieżkę przegradza wnet sterta bażancich piór, ofiara innego ptasiego drapieżcy.

Wierzba

Wynurzamy się obok trzcinowiska naprzeciw wielkiej rozłożystej wierzby. Z daleka przypomina ogromnego pająka lub ośmiornicę. Natychmiast przyciąga nas do siebie. Już ją znam. Ma bardzo wygodne konary, w sam raz do leżenia i siedzenia. A rośnie w idealnym miejscu, tuż nad ścieżkami do dziczych kryjówek. Poprosiłem ją jakiś czas temu o zgodę, aby na niej posiedzieć podczas księżycowej nocy. Teraz w majestacie rozlewa się długo wyczekiwane słońce. Sycimy się nim w radości. Za nami skrzypią wesoło leciwe, powykręcane sosny. Widok rozciąga się na morze trzcin, wśród których sterczą maszty olchowych kikutów. Wiem, że tam jest woda i chyba nigdy nie zbadane przez nikogo tajemnice. Wołają żurawie. Agnieszka bardzo dobrze czuje się z Wierzbą, wprost nie mogą się od siebie oderwać. Obopólne szczęście. Ja odczuwam, że nie do końca mi tu błogo, no ale… Jestem dla gościa, a każdy z nas posiada inną energetykę. To nieustanna nauka i ciągły rozwój. Zaczynam głębiej badać wierzbę, przenikając przez warstwy nieco mrocznych, czarodziejskich energii żywiołów. Studiuję ją całą, zachwycając się jej siłą, potęgą i wolą życia. Wzrasta tuż nad strugą, na granicy miękkiego błota i mułu, w którym żadne inne drzewo nie mogłoby przetrwać. Z iloma rzeczami musi się zmierzyć, poradzić! Część konarów już suchych i utrąconych, gdzieniegdzie huba, dziury i przepastne dziuple. Podziwiam jaka jest wytrwała. Jak można istnieć, z takimi wyrwami we wnętrzu, tyle lat? Pani wodnego żywiołu. Jej nie dotyczy ludzka fizyka. Przykładam usta do kory kierując ku niej fragment dawnego wierzbowego wiersza:

W wierzbowym zakątku…
Tam szukaj wsparcia swych planów

Biegną tu ścieżki wątku,
Na odwiecznym szlaku szamanów,

Pokłoń się wody kapłance, pani bagiennych żywiołów,
Bacz by nie tracić w walce, energii dla psotnych chochołów.

Skrzat w dziupli zmurszałej, ogniste wypuszcza iskry,
Pyta dziewczynki małej, czy duch jej w pełni jest czysty.

Noc się zakrada z szelestem, cieniem okrywając sitowie
Opowiada wraz z mroku chrzęstem, o czym śpiewają skrzatowie.

Sowa w mądrości wcieleniu, na spróchniałym pohukuje konarze,
Straszy tym co przeszkadza w spełnieniu, odwagi trzeba Ci w darze.

Zjawa z mgłami przybywa, szeleści w krainie szuwarów,
Zmysły zaklęciem okrywa, przenosząc do dawnych wymiarów,

Czarownic drzewo przodków swych słucha, zaglądając w arkana czasu,
Chce przygotować Twojego Ducha, byś magię sławiła lasu.

Życie, istnienie, i upór, mieszkają w pozornej śmierci,
Wiedźmy swe czary wskrzeszają, czytając z pradawnej pamięci.

Bóbr chrobocze u pnia, końca już wieszcząc nadejście,
Nowego blask świta dnia, przestrzeni zwiastując przejście.

Z czym do nas przychodzisz wreszcie!
Osobistej dokonaj spowiedzi,

Gdy ziemi i wodzie zawierzysz,
objawią się odpowiedzi.

Świat to nie zawsze piękny, ten w którym chcesz się zanurzyć
Pytaj o radę wierzby, z listowia będziemy Ci wróżyć.

Jesienną słotą i wichrem, tam czarujemy przy szarej strudze,
W deszczu szaleństwa ulewy przykrej,
z wszelkich oczyścisz się złudzeń.

Wypowiadam do niej. Znam na pamięć. Drzewne wiersze to takie klucze, otwierające wrota do wspólnego kontaktu. Zaczyna targać wicher, a ona skrzypi dyndającymi kikutami resztek gałęzi. Dzieje się moc. Wiedzma pokazuje swe czary. I już czuję się dobrze. Wierzbowa babcia okazuje się być bardzo czułą, ciepłą i troskliwą Istotą. Otula nas tak piękną energią, że wcale nie mamy ochoty wędrować dalej. Robimy dłuższy postój na herbatę, zasłuchując się w szemrzącej muzyce szuwarów, zjednoczonych z pluskotem strumienia. Następnie podążamy dalej wzdłuż niego, obserwując jeszcze większe wierzbowe zjawy i urwisty brzeg rowu. Na polu dostrzegają nas dwie pary gęsi. Alarmują krzycząc. Są czujne. I choć opowiadam o ich inteligencji, życiu rodzinnym, przywiązaniu i zwyczajach, odlatują ku niebu. Nic dziwnego. Gatunek określony przez człowieka przykrym mianem jako ‘’łowny’’ zawsze pozostanie w ostrożności.

P90304-124305

20190304_125246_Film1

Jesion

Kolejny etap naszej podróży, to polna ostoja, gdzie zamieszkał Jesion Jaremi. Idziemy po miękkiej ziemi, delikatnie zapadając się na śliskim błocie. Przecinamy wstęgi dziczych tropów. Na skraju swego małego raju, oto i jest. To chyba tak naprawdę ulubione z moich drzew, choć odwiedzam tak rzadko. Kłaniamy mu się oboje, a ja próbuję wybadać, poczuć, co też u Niego. Od razu burza radosnych uczuć. Ciężko mi powstrzymać wzruszenie. Widać drzewa cieszą się, kiedy do nich przybywać razem aby wspólnie pobyć. Tak tego łakną, po wiekach przedmiotowego traktowania., prześladowań. I jemu również wypowiadam jesionowy wiersz, jakim kiedyś mnie obdarował. Tulimy się oboje bardzo długo. Za nami w zagajniku szaleje żywioł. Wicher szumi z mocą, jak ogrom oceanu w sztormie. Zdumienie przechodzi w zdziwienie, jak to możliwie, że kilkanaście niewielkich drzew powoduje tak głośny szum. Orgia wiatru pędzi nie wiadomo dokąd. Odkrywam przy tym, ze każdy gatunek drzewa szumi nieco inaczej. Dla mnie jednak najpiękniej nucą sosny. Proszę jesionu o najlepszy dar dla mojego gościa. Nie mam pojęcia, co mogłoby to być. I wtedy dzieje się następny cud. Z zagajnika na pole wychodzi grupka saren, z rogatym koziołkiem na czele. Były z nami cały czas niedaleko. Są bardzo blisko, Agnieszka szepcze, że jeszcze nie widziała z takiej odległości. Widać wyraznie jak otrząsają łebki, skubią oziminę, patrzą na siebie, to drapną kopytkiem. Jestem bardzo szczęśliwy. Cieszę się, że mojemu gościowi dane jest to zobaczyć. Najbardziej obawiałem się podczas wspólnych wędrówek, możliwego płoszenia zwierząt.  I tak staram się unikać ich ulubionych miejsc, ale tu w okolicy takie sarny potrafią pojawić się nawet na osiedlu. Dąb wtedy powiedział, aby się tym nie martwić. Teraz wiem, że drzewa poprowadzą nasze kroki tak, by wszystko zlało się idealnie i nikt nikomu nie przeszkadzał. Moje marzenie właśnie się dzieje. Człowiek, cisza, natura, żywioł, proces, rozwój, zwierzęta. Wszyscy w jednej harmonii, obok siebie. Współistnienie. To jest możliwe… Jak miało się okazać, to był dopiero początek sarnich niespodzianek. Gdy oddalają się nieco, dzielimy się myślami i odczuciami po kontakcie z Drzewnym Bratem. Oboje usłyszeli o pełnej wierze w siebie, i zaufaniu sobie. Kolejny temat do wspólnej pracy,  przerobienia, dyskusji. Zanim pożegnamy się z jesionem, pora zwiedzić jego zakątek.

P90304-134428
Migawka między topolami. 

Podziwiamy lisie nory. Obok walają się resztki kości, po kaczce lub bażancie, oraz czymś większym. Tu również gawędzę nieco o lisich zwyczajach i sekretach rudego żywota. Kiedy z szuwarów wyłania się sarna, nieruchomiejemy, czekamy. Ona przechodzi dalej. Już wiem, że tędy nie pójdziemy. Chciałem pokazać bobrowe tamy, jednak wiem, że jesteśmy gośćmi w tym pięknym świecie. Wycofujemy się, pozostawiając sarnę w spokoju. Na krzaczastych głogach ulokowały się niecki ptasich gniazd. Obserwujemy kunszt budownictwa pokrzewek i drozdów. Do niektórych zaglądamy, odnajdując w ich wnętrzu utulone w śnie liście. Przetrwają tu dłużej, niż ich znajomi w ściółce. Nagle dzieje się znów. Na wierzbie przed nami dostrzegam sikorę ubogą, ale tuż za nią zawisł…raniuszek! Śliczne puchate maleństwo od razu budzi nasz uśmiech. Mój szczególnie, bo to moje ulubione ptaszki, a nie widuje ich się tak często. Ptasi goście uwijają się chwilę i znikają. Ja wiodę na inną ścieżką, którą odkryłem całkiem niedawno. Jest niesamowicie ukryta za gąszczem tarnin, trzcin i niskich wierzb. Z obu stron jej nie widać, i nie wiedziałem o niej przez lata. Zwierzęta korzystają z niej prawie wyłącznie nocą, co już zdążyłem wybadać. Delikatny wydeptany kopytkami i raciczkami trakt wzdłuż rowku, z którego piją. Dopiero tutaj można uświadomić sobie, jakie bogactwo istnienia wszędzie się kryje. Jesteśmy niemal w połowie tej trasy, gdy nagle cichcem podnoszą się trzy buro – czarne sylwetki. Bezgłośnie. Moje zdumienie wzrasta, kiedy rozpoznaję trzy średniej wielkości psy. I można by pytać, co u licha tu robią, lecz odpowiedz jest oczywista. Pół zdziczałe, wybrały się na łów. Nie zwracają na nas większej uwagi, odchodzą i kładą się na polu. Pewnie uciekinierzy z pobliskiej, widocznej na horyzoncie wsi. Wiedzą, że człowieka lepiej unikać… Przynajmniej podczas kłusowania. I możliwe, że mają na co dzień pełne miski, ale praktyka okolic wiejskich, puszczanie luzem, powoduje budzenie się instynktu i chęć do wędrówek. Nie wyglądają na wygłodzone. Obserwujemy jak leżą leniwie. Dla nas jest bezpiecznie, choć właśnie dostrzegamy zmierzającą w ich kierunku niczego nieświadomą sarnę. Jest tuż. Psy podrywają się zaskoczone i pędzą w jej kierunku. Wtedy mnie rusza. Wiem, co potrafią zrobić. Nie będąc tak sprawne w zabijaniu jak wilki, potrafią tropić i ganiać sarnę, dopóty jej nie zmęczą. Rozrywają po kawałku, często w zabawie. Większości nie zjadają.

Wokół pełno wsi, tu zawsze znajdzie się pełna miska. Choć nie jestem na nie ani trochę zły, reaguję, ruszam przed siebie i gwiżdżę. Znają to. Cała trójka posłusznie zawraca i chyłkiem udają się w kierunku wioski.

Kiedy żegnamy się z Jesionem, wiatr wzmaga się do niemożliwości, wzniecając na polach tumany wirującego pyłu i piasku. Szaleństwo unosi się w powietrzu. Tchnienie szału. Kurzawa. Biegniemy do auta, krzycząc prosto w oddech ziemistej zamieci. Heeeej, iiiihaaaaa! Razem z nami mknie wolność i szczęście.

Sosny

Następny w kolejce do odwiedzin jest Świerk Gabriel, ze swoim jakże urozmaiconym i mało uczęszczanym lasem. Skarb w pobliżu siedzib ludzkich, zapomniany i niemal nie odwiedzany. Drzewa chyba wyczarowały tu jakieś zaklęcie. Przecież i ja, uznałem w myślach wiele razy ten wyjątkowy kawałek leśnego świata za nieciekawy, odkrywając jego uroki po blisko 30 latach… Witają nas tyczkowate sosny, kołyszące się niczym łan zbóż. Trzeszczą i piszczą, w niespokojnej rozmowie z wiatrem. Świetlisty bór sosnowy, promieniuje pełnią swojego uroku, kiedy spogląda słońce. Tutaj wiatru nie czuć. Drzewa bujając się, wytłumiają wszystko. Tak tu pięknie! Zatrzymujemy się. Aż chce zakołysać się razem z nimi. Zrzucając plecak czuję, jak bardzo zgarbiłem się mimowolnie podczas godzin wędrówki. Dzieje się jakoś spontanicznie, że oboje ściągamy kurtki i wyciągamy ręce w górę ku drzewnym siostrom… Pora na odprężający taniec. Agnieszka staje nieco dalej, każdy z nas ma swoją subtelną przestrzeń. Ciało odczuwa ulgę. Staram się wejść w rytm drzewnego kołysania, zespolić z jego przepływem. Jakie to przyjemne, i nieziemskie, gdy wreszcie ciało zaczyna razem z drzewami pracować w rytm jednego oddechu. Wymachy ramion. Wszystko luzno, choć żywiołowo. Miał być brzozowy taniec w Uśmiechu Serca, a jest Sosnowy w pieśni wiatru. One świszczą. Śpiewają po swojemu. W duszy nucę z nimi. Żywioł powietrza okazuje się być i niezwykłym wirtuozem. Omiatają nas deszcze lecącego igliwia. Energia ciała i ducha wnet się zmienia. Kładziemy się na ściółce, pogrążając w dotyku prześwitującego słońca. Pachnie grzybami i żywicą. Podziwiamy tańce drzew i białe kłęby wyobrazni mknące po błękitnym niebie. Teraz nie trzeba słów… Czas zatracił się gdzieś w niemym zapomnieniu. A może po prostu nigdy nie istniał?

P90304-160001
Odpoczynek po tańcu w świetlistym Borze Sosnowym.
P90304-155946

Świerki

Docieramy do Gabriela, kiedy pogoda znów się zmienia. Mijamy półmetrowe doły wyryte przez dziki. Wiatr nabiera mocy. Więcej chłodu i nieco deszczu, zrasza co i raz nasze buzie. W oddali nad bagienkiem stoją sarny. Zawsze można je tu spotkać… My znów w drzewnym tuleniu. Agnieszkę przywołał inny świerk, kompan Gabriela. Okazał się być kompanką… Pozostajemy w ciszy długo. Bukowe liście co i raz zrywają się w pląsach wirującego tańca. Gonią się zadziornie tuż nad ziemią. Wierzba ukazała w Agnieszce wcielenie dawnej czarownicy, i odtąd powietrze zaczęło wirować w takich zjawiskach. Wiem, że to jej procesy. Tak dużo się dzieje. W oddali śpiewa pełzacz, i odzywa się skryty grubodziób. Nawołuje dzięcioł czarny i podzwaniają sikory. Praca ze świerkami, to zazwyczaj głęboki wgląd we własny mrok. Świerki są dostojne, dumne, ale też krnąbrne i niepokorne. Nie owijają niczego w bawełnę. Prowadzą do prawdy, bez względu na to jaką ona jest. Sarny podnoszą się, to przemieszczają nieopodal, a ja jestem szczęśliwy, że dzieje się właśnie tak. Że możemy być tu wspólnie razem, i nie wchodzić wzajemnie w paradę. Tak się obawiałem! Kiedy Gabriel powiedział, że mogę tu przychodzić z kimś innym. Ale przecież, sarny? – Pomyślałem wtedy od razu. Wicher szarpie ciemnozielonymi koronami, i robi się coraz mroczniej. Drzewo buja miarowo, jakby to tylko był delikatny dla niego wietrzyk. Można na moment zjednoczyć się z tą siłą. Wycie wichru miesza się z szumem, osiągając apogeum. My nadal tulimy. Niewzruszeni. Wyłączeni. Niezłomni, jak one. Świerki zaczynają rzucać w szale szyszkami, które z impetem rozpędu wgniatają w dywan bukowych liści. Prysznic igieł. I wtedy słyszę ich wołanie…

-DLACZEGO WIECZNIE SZUKACIE POŚREDNIKÓW?
TAK POTĘŻNE, TWÓRCZE ISTOTY…
– DLACZEGO NIE UFACIE SOBIE?

Zdziwiony, nieco przekorny, jak to ja, pytam:

– Ale przecież świerki też muszą polegać na ziemi, deszczu, owadach, innych? Czy same kształtują swój byt?

Odpowiedz zlatuje w furii kolejnych szyszek. Ale nie są na nas złe. Za chwilę wszystko się ucisza. Przebłyskuje słoneczny pomarańcz, który jeszcze dotyka ciepłem aż do zmierzchu. A świerkowe korony błyszczą się w złocie, już zainteresowane jedynie chwytaniem resztek mijającego blasku. Jakby nic się tu nie zdarzyło…

P90304-170846

Dęby

Wieczór spotyka się z nami w przejrzystym, dębowym zagajniku, nad jednym z oczek wodnych. Ostatnia iskra czerwieni wnet znika za ciemnicą gąszczy konarów. Tutejsze dęby bardzo są przyjazne i odkryłem je przypadkiem. Ilekroć tu jestem, nie mogę się nadziwić. Tak blisko ludzi, tyle wspierającej energii… Wystarczy wyjść z domu, kilkanaście kroków… Nie odwiedza nikt. A one otulają nas ciepłem. Grzeje aż w plecy. Jaka różnica, w porównaniu z zimnymi świerkami. Wibrują radośnie. Są może nie aż tak stare, ale wysokie, strzeliste. Grupa rodzinna. Ich siła w rodzie. Wzmacniają się wzajemnie. Odczuwam między nimi bliską więz. Koncert zmierzchu upływa przy okrzykach alarmujących kosów. Jedyny gwar dogasającego dnia. Jest już szaro, a widoczność ciągle spada. Oswajanie z nocą leśną najlepiej poprowadzić właśnie pozostając w nim do naturalnej ciemności. Wzrok ma szansę się przyzwyczajać, a słuch oswajać z odgłosami szelestów, które zgadujemy na bieżąco. Kochane dęby darzą nas błogością, radością, spokojem i ufnością. Mimo ciemności, wcale nie mamy ochoty wracać. Czujemy się bezpieczni i zaopiekowani. Znów nie planowałem, a jednak wyszło najlepiej. Agnieszka wspominała, że boi się nocy leśnej. Tymczasem z dębowym wsparciem, ma się wrażenie, że można siedzieć tu do rana. Mijają minuty wspólnej ciszy w medytacji tego błogiego świata. Przestrzeń uciszyła się, uspokoiła, jakby wiatr wyczerpał zupełnie całą energię. Agnieszka chwyta mnie za dłoń, wypowiadając to tak proste słowo, które jednak na zawsze wzruszenie zapamiętuje. DZIĘKUJĘ. Zadowoleni dębowie emanują poruszeni radością. Słyszę, jak nisko dudniąc, zaczynają coś mruczeć…

Usiedli wędrowcy, w zaufaniu na Ziemi,
Zawierzyli opiece, pradawnych korzeni,

Las w gościnę przygarnął, i wnętrza odmienił,
Uzdrowił przyczynę, już nie boją cieni.

Witają dęby szczodrze, ludzką część rodziny
Będzie Wam tu dobrze, bardzo tak cieszymy (dudnienie)

Hmmmmm, hummmmmmm,

Czujcie się bezpiecznie, z nami w jednym domu,
Tutaj nic wrogiego, nie zagraża nikomu,

Goście radość niosą, w ciszy się jednocząc,
Dęby tym co wiedzą, podzielą ochoczo

Mhmmmmm, buhhhhhhhh

W Ziemi dudni ruch.
W gwiazdach srebrnych pamięć przeglądamy,
Matkę naszą Świętą, pieśnią sił wspieramy

DĄB. Do siebie wejrzyj w głąb.

Znajdziesz tam moc, która Cię odmieni,
Zaufaj podstawie, swych własnych korzeni
HUMMMMMMMM
SIŁA.

Poczuj jak wypełnia i wzbiera cała w Tobie
Od dawna Tyś jej częścią, w tej jednej osobie

Duch dwojga tańczył dziś z Ziemią,
W boskim zjednoczeniu,
Serca znają już sedno,
Podążą ku przeznaczeniu.

I wdzięczność przyjmijcie głęboką
Agnieszko i Sebastianie,

Wracajcie jeszcze do Dębów
Na kolejne nasze spotkanie.

Nim się spostrzegamy, wokół panuje czarna noc leśna. Jakiś ptak, może przestraszony zrywa się z łopotem nieopodal. Pomruk dębowego echa powoli gaśnie, zostawiając nas z zaufaniem, mocą, i odwagą. Olbrzymy zasypiają. Pora i nas, wraz z ostatnim utuleniem dębowych przyjaciół w podziękowaniu. Choć żadne nie chce wracać. Maszerujemy nad bagnem obok szuwarów, całkiem dobrze widząc w ciemnościach. Gdzieś daleko krzyczy kaczor. Krzesimir jak zwykle miał rację. Tyle wieści, wglądów, niespodzianek. Na te dwa dni, cuda stały się naszą chwilą. To był wspaniały proces ❤

P90304-180622Nocna medytacja pod Dębami. A poniżej cienie wędrowców w świetle dnia.
20190304_145257_Film3

Agnieszka zajmuje się na co dzień masażami. Pomaga ciału przypomnieć sobie, czym jest najdelikatniejsza czułość. Dotyk Serca. Serdecznie polecam jej zajęcia. Można się z nimi zapoznać na stronie:  Dotyk Serca – Aga Wilińska

A jeśli i Ty pragniesz wziąć udział w podobnej wyprawie, skontaktuj się ze mną na e – mail: czeremcha27@wp.pl i koniecznie zerknij do naszego wydarzenia: Przytulanie Drzew -podróż do Źródła Istnienia.
Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść 🙂

Mroczna magia świerków

Obok mnie po lewej świerkowy zagajnik bawi się resztkami słońca, malując widowiskową grę cieni. Granica światów. Niezwykłe, jak wiele pamięta Ziemia. Ile można z niej wyczytać. Tu gleba kwaśna, tam bardziej zasadowa, miękka, próchnicza, przesuszona, wilgotna? Drzewa to wiedzą i wskazują. Szlak prowadzi niezmienną jak wyrok linią, tu Dostojni Świerkowie, tam z prawej Królestwo Olch. Te jeszcze cieszą się światłem. Spoglądam na tą różnicę z fascynacją. Moja droga wiedzie dziś właśnie tędy…Mroczny, skąpany w szarej poświacie bór, wyciąga iglastą dłoń, z zaproszeniem do krainy swego cienia. Jakże tu inaczej. Chwilę zastygam w podziwie dla cudu, jaki igra w stłumionych pląsach światłocienia. Misterium zjednoczenia. Pożegnanie Słońca. Bo pod świerkowy okap już ono nie dotrze. Nawet nieco się waham, czy naruszyć bożą świętość tej ostoi.

P90208-143931

Potężne chojary dotykają piętnem tajemnicy. Otulają sekretem. Ciemnozielona świątynia igieł. Choć w środku widać na odległość, górę przesłaniają czochrate gałęzie. Pradawny chram natury. Czuję się jak przed wiekami. Jak tu cicho… Pachnie żywica. Jeden z nich ma rozdartą korę wokół na wysokości pasa, chyba jakiś rogaty zwierz ćwiczył na biedaku swoje poroże. Wiatr tańczy w koronach leniwie bujając wierzchołki olbrzymów, ale tu na dole jest zupełny bezruch. Drzewa pochłaniają całą energię Jakby nic się nie działo. Tutaj nie ma ryzyka, że zleci na łeb jakaś gałąz. Przede mną nie wiem jak długo marszu wśród świerkowej braci. Kępy igieł działają jak gąbka, wytłumiając wszelkie dalekie odgłosy. Już nie słyszę czarciego piszczenia olch. Wyobrażam sobie jak piekielnie ciemno będzie tu nocą, I nawet pewnie strasznie. Dziś ‘śpię ‘ właśnie tutaj. Wiechcie potarganych smreków hamują wszelkie podmuchy, a przecież wiem jak ziębiło na polach. Widoczność spada niemrawo, sycąc ten cały mieszkający tu cień, głębią odwiecznej czerni. Zasłuchany w ostatnich odgłosach mysikrólików, spajam się z nią powoli, stając się na te parę godzin jednią ponurego iglastego żywiołu.

P90208-143903

Z pamiętnika zimowego podróżnika: Noc Wędrowna.

Uciszyło się. Szalejące przez kilkanaście godzin żywioły, zmęczone, wytańczone, wyczerpały wreszcie swą dziką furię. Woda, ziemia, powietrze – wszystko to przytuliło się w końcu zgodnie i zasnęło pod tonami bielusieńkiego puchu. Jest spokojnie i cicho. Czasem brzęknie gdzieś na mrozie niewidoczne źdźbło, ot zimowa symfonia ciszy, przy akompaniamencie harcujących myszy. Nocne pola spowił zachwyt lekkiej, białawej mgiełki. Nieruchome widma zasypanych drzew wyłaniają się niczym zjawy, narzekając na wspomnienie tragicznej zamieci. Wyglądają upiornie, pięknie i nieziemsko. Czar zimowego cudu zachwyca zestrojone z nocą oczy, przenosząc umysł do krainy duszy. Na miedzach sterczą buńczucznie maszty chwaścianych kikutów. Czego one nie przetrwają.

3ed00821ac403b399a4d76f4592c842e

Pochłaniam wcale nie forsownym marszem kolejne i następne kilometry. Czuję się jak polarnik, przemierzający bezkres arktycznego piekła. Gdzie okiem nie sięgnąć, tam ściele się otchłań wszechpanującej bieli. I możesz tak wędrować bez końca, dopóty sił starczy, lub nogi nie odmówią posłuszeństwa. Dopóki maszerujesz, jest przyjemnie ciepło. Doskonale udało mi się dziś dobrać ubiór. Nie zagrzewam się, a ciepła z podchodu wystarcza na półgodzinny postój. Idealnie. Ogarniam wzrokiem… Wolność… taką wolność, którą to nie mogę się nasycić. Bo te zaśnieżone bezkresy tkwią oto przede mną puste i ciche, a ja mogę podążyć w dowolnym kierunku, tak daleko jak tylko zapragnę. I polami wymijać, co większe wsie. Przestrzeń jak nigdy zaprasza do wędrówki. Śniegu nie ma aż tak dużo, nie męczę się wiec zbytnio. W plecaku są kanapki i dwa termosy. Z jednego krzepi herbata z własnoręcznie zebranych dzikiej róży i jarzębin, w drugim gęsta zupa. Iść, nie przestawać…

Poirytowane kwiczoły terkoczą niepocieszone, kiedy mijam krzaki tarnin i głogów. Nie dziwię im się. Na pewno gdybym wiedział, że tu śpią, obszedłbym to miejsce. O dziwo, nie napotykam żadnych zwierząt, choć śladów co kawałek sporo. Jeśli pokrywa śnieżna utrzyma się długo, ta biała kartka zaroi się paciorkami tropów. Tu przy rowie, jakieś trójpalczaste, na pewno nie bażant, za duże. Czyżby żuraw? Wiem, że sporo z nich nie podjęło wędrówki. Co kawałek sarnie kopytka, a gdzieniegdzie śmieszne znaki zajęczych skoków. Z rzadka ukazują się pojedyncze tropy dzików, i mam wrażenie, że wszystkie ślady są z dzisiaj. Inaczej być nie może, jeśli zadymka przycichła w dzień. Tłumaczę sobie to tym, że jest jeszcze wcześnie. ‘’Dzicza godzina’’ w tych okolicach, zaczyna się na dobre około 23. Wtedy najbardziej można się spodziewać czarnych kolosów. Obserwując ślady, zamyślam się nad mądrością zwierząt. Praktycznie żadna ścieżka nie prowadzi przez otwarte, gołe pole. Doskonale wiedzą, że nie ma czego tam szukać i wystawiać się niepotrzebnie na działanie zawiei i mrozu. Prastary instynkt nieomylnie prowadzi je ku miedzom, olszynom i zadrzewieniem, gdzie spadło mniej śniegu i można wydrapać coś do zjedzenia. Takich miejsc nocą nie wizytuję. Chętnie zmagam się z kaprysami pogody i tym bardziej ucieszam kiedy w tej małej replice Arktyki, przykucnąwszy w porę, mogę odprowadzić wzrokiem jakiegoś zagubionego zwierzęcego podróżnika. W takich warunkach jak dziś, bez problemu wypatruję ich z dala, zanim mnie jeszcze usłyszą.

47537-atmosphere-morning-winter-mist-purple-1920x1280

Nozdrza atakuje zapach świeżego błota i rześkiej wody. Słyszę jej narastający plusk, i już uśmiecham się w myślach. Tak! Wróciły bobry! Bulgot wodny dobywa się z niewielkiej zapory, którą pracowite zwierzątka już zdążyły wznieść mimo chłodów. Nie poddają się. Bo w zeszłym roku im ją zniszczono. Zepsuto kilka, przez co rowy wyschły na wiór, na wiele miesięcy. Ostatni deszczowy czas napełnił je znów, a to wystarczyło nieustępliwym grubaskom do powrotu i działania dla dobra człowieka, oraz wszelkich innych stworzeń. Przy tamie dostrzegam na śniegu mnóstwo tropów. Fragmenty są niezamrożone. Mam
wrażenie, jakby wszelkie stworzenie z pól, przychodziło pić właśnie tutaj. Są lisie i kunie łapki, sarnie kopytka, a nawet ptasie skoki. Bobry chcąc nie chcąc pomagają na wiele sposobów innym mieszkańcom tego świata. Wystarczy, że się osiedlą, a już dzieje się dobrze. Mój Ty kochany Bobrze. Choćby dlatego warto było maszerować tyle kilometrów, aby się tego dowiedzieć, że znów jesteś. Jak zrobi się cieplej wrócę tu podziwiać jak pracuje. Pamiętam takie sceny z niektórych pełni księżyca. Rowek jest głęboki, siedząc na jego skrawku wysoko, mam widok na strugę i leniwie sunącego grubasa. Miejscami, bywa tak płytko, że zwierz musi człapać. Widok tego czujnego przecież zwierzęcia, w blasku odbijającego się w kipieli miesiąca jest iście urokliwy jak on sam. Już nie mogę się doczekać.

Seasons_Winter_Forests_507448.jpg

Zadziwia mnie ta tajemnicza aura. Mimo lekkiego wiatru, mgła przybiera na sile aż tyle, że zamiast zadrzewień na horyzoncie, dostrzegam jedynie rozmazane bure plamy. Jakby chciały skryć swe sekrety, w zawoalowanym misterium pustki polnej. Zwierząt nie napotykam dziś nawet na postojach. Czyżby wichura tak dała im się we znaki? Trwa też przecież Lisi Bal. I kiedy borykam się z myślą, że nie spostrzegłem nawet żadnego lisa, jeden z nich zasuwa bokiem. Ależ ma tempo! Zastygam natychmiast w bezruchu. On zwalnia i wychodzi na drogę, przeskakując na drugą stronę. Nadal tkwię. Z nudów odliczam. Po 2 minutach zwierzak wyłania się znów, i wraca niemal swoim tropem. Czyli był się napić, tam gdzie bobry mimowolnie uczyniły wolne od lodu skrawki. Jakie to ważne – bo jedzenie śniegu nie zaspakaja na mrozie pragnienia, a je wzmaga jeszcze. Mikita znika mi z widoku w chmurze srebrnego pyłu, jaki wznieca po sobie podczas gonitwy. Sunie jak strzała. Żegnam go ciepło w myślach, życząc najlepszych łowów i bezpiecznego szlaku. Tej nocy przemaszerowałem około 20 kilometrów. Dziewięć godzin w terenie. Tak to się wlecze z postojami. W nastroju aury coś się zmieniło. Wilgoć wieszczy zmianę…

W powietrzu wisiała odwilż. Za kilkanaście godzin świat zachłyśnie się deszczem.

402968-svetik

Fragmenty pochodzą z powstającej właśnie mojej książki ”Szepty Kniei”. Jeśli podobała Ci się ta opowieść, możesz pomóc Szeptom urzeczywistnić marzenie ich papierowego wydania, klikając TUTAJ

https://pomagam.pl/szeptykniei 

Za każdą otrzymaną już pomoc dziękuję pełnią leśnego serca ❤ 

Zimowy pielgrzym. Starcie z żywiołami zamieci.

Gdy wiatr zaczyna wyczyniać dzikie hulańce, a wirujące płatki mokrego śniegu w szalonym pędzie chłostają mroznym policzkiem wszystko na swej drodze, wtedy… Czas do ciekawej wędrówki nastał  Odkąd pamiętam, uwielbiałem mierzyć się z ekstremami pogody. Jeśli zimą nie było księżyca, do wyprawy najbardziej nadawały się takie oto aury – gwiezdne niebo i diamentowa cisza mrozu, albo… furia zimowej zamieci…

Opatulony jak bałwan. Chłoszczące smagnięcia wiatru ziębią nogi, mimo solidnego ubioru. Tu sprawdzi się coś nieprzemakalnego. Brnę z niemałym wysiłkiem zapadając się w czapach nowo powstających zasp. Porywy wichru tamują oddech. Oczy trzeba przymykać – bolą atakowane pędzącymi płatkami śnieżnego impetu. Nieprzyjemne kłucie. Czasem nadlatuje pasmami uderzających w ciało fali. Chwieję się wtedy. Ale uparcie zmierzam dalej, oczarowany potęgą mocy śniegowej jędzy. Najgorzej, gdy śnieg jest sypki i jest go dużo. Tak ponad kolana. Wtedy każdy kilometr przeprawy przez puchowy dywan, odczuwa się jak pięć. Ogromny wysiłek, szybko wyczerpuje. Czy starczy mi sił? Świat wydaje się być jedną zimową pustką. W takich warunkach szczególnie podziwiam go z perspektywy pradawnej dzikości. Zwierzęta nie mają jednak taryfy ulgowej. Jeśli sztormowa aura przedłuża się, trzeba starymi szlakami podążyć na żer, mając naprzeciw żywiołu tylko własny spryt, sprawne racice i zimową szatę sierści. Przy takim wietrze wystarczy niewielki mróz, aby odczuwalna dla skóry ujemna temperatura powiększyła się do kilkunastu stopni. Taka pogoda daje mi jednak pewną przewagę. Choć ślady szybko zostają zasypane, widoczność nadal pozostaje lepsza niż w przypadku braku śniegu. Szalejąca wichura rozprasza zapachy, a trzeszczące drzewa robią echem za tło, w którym zatracają się wszelkie niespodziane odgłosy. Mogę ustawiając się pod wiatr, niewidoczny, niewyczuwalny, zaczaić się na jedyne takie zimowe widowisko…

6192057-snow

Baśniowe otumanione śniegiem pola, na których śpiewa wicher w tańcu z kawałkami wszechobecnej śnieżyny. W oddali tego bezkresu, wzrok rozróżnia nieokreślone, czarne plamy. Suną niemrawo, powoli. Jeszcze gapię się i mrugam, starając upewnić czy mi się nie wydaje. Nie. To zwierzęta. Zbliżają się wolno, bo im również pół metra śniegowej pokrywy daje się we znaki. Czasem któreś z nich wybija się lekko w górę, jakby w geście buntu wobec śnieżnego zdobywcy. Zapadają się w nim z powrotem. Musi minąć trochę czasu, zanim sarny, dziki i jelenie, wypiszą w białym pamiętniku utarte ścieżki swoich tropów, żeby swobodniej się poruszać. Nie jest im łatwo. Są już na tyle bliżej, że wiem. Dziki! Jest ich około 10. Dwa największe prą naprzód, biorąc na siebie cały trud tej awanturniczej przeprawy. Wydrążonym korytarzem posuwa się reszta, choć taki jeden mniejszy, co i raz wyskakuje na bok nurkując w zaspach. Dobrze się bawi. Beztroska młodość ma swoje prawa. Wiatr atakuje ostro wdzierając się lodem w płuca, a ja mam wrażenie, że wyczuwam zapach spoconych dzikich świń. Stoję frontem do nicj, oparty o drzewo. Czarne, włochate stwory kierują się nieco na ukos ode mnie. Tam jest przejście w rowku. A przynajmniej było, dopóki nie zawaliły go zaspy. Jestem ciekaw jak pokonają taką stromiznę. Stłumione kwiki i chrząknięcia watahy docierają do słuchu mimo czapki i kaptura. Teraz ani drgnąć. Pień olbrzymiej wierzby pochłania mnie w siebie, i odtąd mam poczucie, że wytrwam jak to drzewo, ile będzie trzeba…

lc8ocrv

I znowu zaskoczenie. Nie próbują sforsować rowu. Kontynuują marsz wzdłuż niego, nieopodal moich przysypanych już śladów. Spryciarze! Tak, wierzchem zmarzniętych starych zasp idzie się wygodniej, choć nie wiem czy dzikowi też. Gromadka przetasowuje się z hałasem, i dostrzegam jak miejsce dwóch przodowników zajmują inni. Tu teren jest nieco lżejszy. Rosnące po drugiej stronie rowku tarniny i głogi, zatrzymały nieco śniegu. Cóż za solidarność w chłodzie! Teraz prowodyr stada wypocznie nieco i nabierze sił przed dalszą wędrówką. Z zachwytu chwili wyrwa mnie obraz zjeżdżającej plamy, lądującej z kwikiem na dnie oblodzonego rowku. Opętany ślizg! Coś delikatnie pęka z chrzęstem. Pewnie kawałek lodu… Grupa zatrzymuje się na to zamieszanie i już słyszę zdziwione, zaniepokojone odgłosy. Największy staje na krawędzi i jakby zerkał w dół. Stąd nie widzę gapcia, który wpadł. Zaspy ogromne, wysuwające się ‘’daszkami’’ pokrywy nad rowek. Stadko nie niepokoi się zbytnio, całkowicie są pochłonięte wydarzoną sytuacją i towarzyszem w dole. Pewnie próbuje wylezć. Jaka szkoda, że nie mogę się ruszyć by zerknąć co tam się dzieje. Wymiana pogłosów między dołem a górą. Zaczynam już się martwić o tego pechowca. Wiem jak ciężko jest wydostać się po takiej stromiźnie przez zaspy, zwłaszcza gdy jest się ciężkim, niezgrabnym zwierzęciem bez rąk do dyspozycji. I wtedy dzieje się coś, co na długo odciska się w pamięci piętnem wzruszenia. Momentami bura sylwetka zwierza niknie w podmuchach bladej zasłony żywiołu. Mam wrażenie, że spoglądam na jakiegoś pradawnego ducha. Mądrego i dostojnego. Czarna Zjawa. Książę tutejszych pól. A on po prostu.. jak stał, tak podskoczył na tylnych biegach, przednimi wbijając się w krawędz zaspy. Olbrzymie cielsko traci równowagę i pociesznie bokiem zjeżdża na sam dół. Do niego. Pociąga za sobą małą lawinę. Ale.. przetarł mu szlak. Po chwili wynurzają się oboje, witani również mieszanymi głosami pobratymców. Tak – dziki to bardzo rodzinne i inteligentne zwierzęta. Wiadomo nie od dziś. Może i dlatego tak je pokochałem, poświęcając lata, nie bacząc na pogodowe sztormy, aby po prostu być z nimi jak najbliżej. Grupa czarnych wędrowców oddala się ze srebrnym szmerem, a ja pozostaję znów w towarzystwie wyjącego wichru i atakujących nieosłonięte fragmenty twarzy śnieżycy. Jakby chciała mnie ocucić. Odeszły, choć zostawiły za to coś cennego. Bo czuję, jak w sercu, wyryte dziczą racicą spisało się kolejne z najpiękniejszych wspomnień… i mrozne przesłanie srogiego Ducha Zamieci…

23913-snow-storm-wallpaper_79483

Projekt ”Księżycowa Przystań”.

Wyobraź sobie, że istnieje takie miejsce, do którego możesz zawsze wrócić. Do którego możesz podróżować dowolnego dnia, aby obdarzyć swoją duszę ukojeniem wśród przyrody. Księżycowy Dom, zawsze otwarty dla Ciebie, aby z radością Cię ugościć, kiedy tylko będziesz tego potrzebować. Nie musisz martwić się o obsługę ani rezerwację. Ta przestrzeń zawsze jest i czeka na Ciebie… Teraz zamknij oczy, i uruchom wyobraźnię…

240970_las-fantasy-wilk-zima-dom-ksiezyc

Otwierasz lekko skrzypiące drzwiczki chatki skrytej wśród malowniczych połaci lasu. Wita Cię swojski zapach świeżo pieczonego chleba. Z radością podbiega do Ciebie pies gospodarza domku. Chwilę oddajecie się wspólnym psotom. W przygotowanym pokoju już czeka na Ciebie miękkie, wygodne łóżko…Wypoczywasz. Przez małe okienko przesącza się srebrny promyk księżyca bijącego w pełni. Zza szyby zaglądają konary ogromnych drzew. Są bardzo stare. Emanują jakąś pradawną mądrością… Całkiem blisko dobiega pohukiwanie sowy. Otwierasz okienko, żeby wpuścić nieco rześkiego powietrza. Uwagę Twoją przykuwa jakiś nieokreślony szmer, dobiegający ze ściany czerniejącego boru. Chrzęst powtarza się. Zbliża. Co też to może być? Dzik, jeleń, sarna, łoś, a może wilk? Czujesz się trochę nieswojo. Ale nasłuchujesz dalej. Teraz słyszysz więcej. Z zarośli dobiegają urocze kląskania, namiętne szepty, miłosne zwierzenia, czułe wyznania, tęsknoty wołania – majestat wiosny grzmi pełnią piersią wydobytą z  pieśni słowiczej. Dolatuje Cię owocowy aromat kwitnących akacji. Upajasz się tym zapachem, zmieszanym z balsamiczną wonią sosnowej żywicy. Tak pachnie…zdrowie. W uszach tętni żabi rechot. Nieopodal musi znajdować się jakiś staw, albo bagno, myślisz. Dolatują Cię jakieś nieokreślone ptasie gwary, cichy plusk…
Wtem, kątem oka dostrzegasz ruch. Niewyrazna, szara sylwetka wyłoniła się z lasu, wkraczając na zalaną srebrnym blaskiem łąkę, skąpaną w kroplach wieczornej rosy. Kozioł sarny. Jest tak niedaleko. Co jakiś czas czujnie podnosi głowę w kierunku okienka. Ani drgniesz. W sercu rozlewa się nieznane, kojące ciepło. Cieszysz się z tego widoku. Jest tu tak… błogo. Tyle życia wokół. Zastanawiasz się, jak mogłaś dotąd tego nie zauważyć. Podświadomie czujesz, że ten świat skrywa znacznie więcej tajemnic niż udało się dostrzec w tej chwili. I piękna. Masz wrażenie, że właśnie teraz roziskrzona noc w potędze pełniowego księżyca wyciąga ku Tobie przyjazną dłoń z zaproszeniem do wspólnego doświadczania.   Ale…jeszcze się boisz. I mimo, że właśnie teraz czujesz się częścią tego skrytego, szemrzącego świata, tak coś powstrzymuje Cię przed wyjściem w mroczną dal. Przecież nie jesteś zwierzęciem. Myśl kusi… A gdyby tak, jednak?

moon-light-house-forest-stars-toon-colors-fantasy-5263

Po łące powoli rozlewają się języki mgieł. Strzępy spływają zewsząd jak zjawy, otulając śpiące trawy. Skrywają kozła. Widok – czar. Wtem…w ciszę wdziera się gromki hałas. Coś zaklekotało, zatętniło w oddali rozdzierając taneczny korowód chłodnych oparów. Odruchowo się cofasz. Już, już chcesz wyjść spokoju, kiedy oczy Twoje dostrzegają stojącego w drzwiach gospodarza. Na Twój pytający, roziskrzony wzrok, szepta tylko;

– Łoś idzie. Olbrzym!

Zbliżasz się znów do okienka. I go dostrzegasz. Kroczy dostojnie, przenikając powłóczysty opar, odkrywając cud mglistej tajemnicy. Mocarna zjawa z leśnych głębin dawnego prabytu. Duch Puszczy. Przeprawia się przez morze traw i z łoskotem znika w kolejnym zagajniku. Z oddali dobiega wycie wilka…A w Twoim sercu zapisało się właśnie jedno z najpiękniejszych wspomnień.

– I pan się tak nie boi tego wszystkiego? Pytasz.

– Nie. To mój świat, który kocham i znam od lat. W którym wyrosłem. Jeśli tylko się kiedyś odważysz, pokażę Ci cuda jakie skrywa…

1505493521198846131

Właśnie takie miejsce pragnę znaleźć i stworzyć dla wszystkich Księżycowych Wędrowników. Tych początkujących, dopiero wkraczających na szlak, jak i takich, którym już dzik, wilk i łoś nie straszne. Baza wypadowa dla naszych wypraw. Ciche, nieopodal wszelkiej dzikości, wśród pól, lasów, bagien, łąk i mokradeł… Niech będzie to miejscówka w dowolnym obszarze Polski, z bliskością lasu i obfitością zwierząt. Takie miejsca wbrew pozorom są u nas jeszcze liczne. Choć nie łatwo będzie je namierzyć. To marzenie – idea narodziło się w lesie, podczas jednej z wędrówek. Poprosiły o to drzewa. Nasza dzika Przyroda stanowi tak ogromną wartość, bogactwo przeżyć i wrażeń, wspaniałości nie jestem w stanie oddać pisząc i wydobywając swój największy kunszt. To po prostu trzeba przeżyć, zobaczyć, doświadczyć. Takie chwile potrafią zmienić też własny ogląd na całe nasze życie, stając się swoistą terapią dla umysłu i duszy, jak zadziało się podczas naszego wspólnego spotkania z wiosennymi słowikami, o czym można przeczytać klikając tutaj. To co chcę zrobić, nie jest tylko dla mnie. Będzie darem i dobrem nas wszystkich. Dlatego jeśli chcecie pomóc mi w poszukiwaniach można wesprzeć ten projekt dowolną kwotą. Tak naprawdę jego los zależy w dużej mierze od wsparcia i zaangażowania nas wszystkich. Ja dam z siebie wszystko. Nie podaję kwoty, bo nie mam pojęcia jakie koszty się objawią. Bieżące zostaną wydane na poszukiwania, a co zostanie wesprze budowę naszej Księżycowej Przystani. Jestem Wam też ogromnie wdzięczny za dotychczasową obecność, pomoc i wszystkie wspaniałe chwile jakie przeżyliśmy podczas naszych wędrówek. Wierzę, że teraz pójdziemy razem dalej, tworząc coś, czego jeszcze nie było. A może ktoś z Was już zna takie miejsce? Mógłby coś użyczyć, wynajmować? Będę wdzięczny za wszelkie wieści.

Wpłaty można dokonać pod tym numerem, z dowolnym dopiskiem np. Księżycowa Przystań, podziękowanie, wsparcie. Dla – Sebastian. Z serca dziękuję!

Numer konta: 

PKO Bank Polski 72 1020 4027 0000 1602 1428 4709

Przelewy są dostępne jedynie z terenu Polski.

168248_dom_jezioro_las_noc_ksiezyc