Pełnia zbożowego księżyca. Wędrowne warsztaty w przyrodzie.

To my, Wędrowcy!

Na suchej murawie postój robimy, przed ostatnim podejściem do lasu. Wieś ospała, ze zdziwieniem nieco spogląda, na korowód kolorowych ludzi, co pobrzękują sobie na kalimbach w marszu. Dziś trochę kilometrów na nogach. Już wieczór kroczy. Uparte chrząszcze podlatują co i raz do włosów, nikomu krzywdy nie robią. Startują z traw, aby popaść trochę na pobliskich lipach. Jeszcze odzywają się dzierlatki. Na siwym kolorycie drogi, zupełnie ich nie widać. Niebo zaroiło się od nietoperzy. Na horyzoncie ciemny pas chmur tęgich sunie z nieubłagalną zapowiedzią, ale my pewni jesteśmy, że tej nocy uda się zobaczyć Zbożowy Księżyc. Dalszy marsz pod lasem, to już subtelne ćwierknięcia i piski wszędobylskich nietoperzy, które zamieszkały w zmurszałych brzozach. Najstarszego w kniei Kasztanowca, otaczamy łańcuchem splecionych dłoni, słuchając przesłania wieści minionych. Wypowiadam wtedy drzewu słowa…

Ty zaś kręgiem otoczony,
Każdy z nas wnet uzdrowiony,
Nie ma między nami granic,
Zacznij swój radosny taniec
Wszystkie nasze, ludzkie dary,
Przyjmij prosto, w swe konary

Ostatnia sarna schodzi z popasu, szukając bardziej soczystych krain w okolicy… Jej czujny cień, obserwujemy w odchodzących zwidach lornetek. Złoty księżyc wypływa w majestacie nad lasem, karmiąc ucieszone dusze widokiem swej pełni.

107330666_1141972016170946_7444994849681440246_n

107405154_1141972066170941_7533354964025732698_n

PÓŁNOC

Doczekaliśmy księżycowej gościny. Złoty gospodarz wędrówki, ze snu wśród chmur, odkryć się wreszcie raczył. Jak pan na włościach, sunie powoli, doglądając dojrzałości swych łanów przed żniwem. Srebrzyste promienie rozlewają się smugami po polach. To nasz dzisiejszy przewodnik. Podążamy za jego blaskiem. Zatopieni w trawach świerszczowie, wygrywają nieustające nuty swoich serenad, my próbujemy z nimi… Cisza spaceruje w przestrzeni. Szurają gdzieś w oddali sarnie kopytka. Spokój. Maleńkie, puchate przepiórki zasnęły w oceanie zbóż. Nie słychać ani jednej.

A potem Kobiety zdejmują buty, i idą boso potańczyć na łąkę. Ja przejmuję bęben i gram, jak potrafię. Ruchy chwiejne, intuicyjne, rozpływające się w szarej nicości, kołyszą wśród drzemiących kwiatów na murawie… Ziemia Matka, wdzięczna swym Córkom oddycha głęboko, błogosławiąc z każdym szumem pogrążonej w ciemnościach puszczy. Dla takich chwil jedynych, warto żyć.

Jedna z uczestniczek warsztatów, Karolina, na swoim FB opublikowała własną opowieść, zawierając swoje wrażenia i przeżycia z wyprawy. Po prostu ją poniżej przytoczę 🙂

112849671_718432245648227_2463882846373922794_n

”Codziennie spotykam się z ludzkimi historiami. Pięknymi, sentymentalnymi, ale też trudnymi i tragicznymi. Wysłuchuję, pokazuję drogę, wyposażam w niezbędne narzędzia idącego przez życie wędrowca. I choć historie są różne, przytrafiają się czasami i takie takie, których nigdy się nie zapomina i które będą nas w żywe do końca naszych dni. Pozwalają podejmować właściwe decyzje oraz utwierdzają w dokonanych wyborach. Czasami pozwalają uporać się z własnymi strachami, choć myśleliśmy, że dawno ich w nas nie ma, a one tylko się ukryły pod dawnym kurzem zapomnienia.

Tak właśnie było w ten niezapomniany weekend imieninowy, w dzień pełni zbożowej. Spotkanie z autorem „Szeptów Knei” to nie tylko wędrówka i rozmowa z drzewami, to także intuicyjny taniec na miękkiej trawie, gra na kalimbach (tak, zrobiłam to!  oraz rozmowy o życiu, podróżach duszy, odkrywaniu swojej drogi i podążaniu za głosem serca. Wiele się zadziało na każdym poziomie u każdego z nas, wędrowców. Spotkałam też zioła, których nie znałam, a być może będą mi potrzebne. Nazbierałam trochę lipy i chabra bławatka, ukoiłam wzrok „makowym rumiankiem” wyjętym spod pędzla impresjonistów.

Wiedziałam, że nie znalazłam się tu przez przypadek… czasami dwie osoby szukają się we wszechświecie, aby obdarować się wzajemnie. Dziś jestem bogatsza o doświadczenie spotkania Sebastiana. Niczym druid zaznajomił nas z tajnikami lasu i odgłosami jego mieszkańców (dębem Krzesimirem, dębem Radosławem, Kasztanowcem „w żeńskiej postaci”, sarnami, lisami i ptakami oraz z wartkim nurtem wymownie brzmiącej rzeki „Samicy”).

Nie tylko poszerzyłam swoje horyzonty terapeutyczne, ale po powrocie czekała na mnie propozycja wydawnicza! Cudownie jest czerpać z obfitości tego, co oferuje nam wszechświat, z mądrości zwykłych-niezwykłych ludzi, fenomenu przyrody i źródeł energetycznych, które nam oferują. Ale trzeba umieć nauczyć się dostrzegać i przyjmować ten niesamowity prezent.

Dziękuję Sebastianowi oraz pozostałym uczestnikom wyprawy za pięknie spędzony czas. Za nasze rozmowy, nieprzespane noce, bieganie po stogach siana, siedzenie na ambonie i wiele innych rzeczy, które się zadziały.

Polecam odwiedzić Sebastiana i udać się z nim na wędrówkę. Wiem, że to, co robi jest jego całym życiem, dlatego do niego przyjechałam. A także dlatego, że wzywał mnie jego dąb, ponieważ jego imię ciągle wracało do mnie w myślach.. A gdy już dotrzecie do Sebastiana zatrzymajcie się proszę w „Pokojach gościnnych Joanna” przy ul. Koszycy 52 w miejscowości Rokietnica. Gościnność właścicieli pozostanie Wam na pewno na długo w pamięci (oraz przepyszne ciasta, które piecze pani Iwona oraz warzywa z przydomowego ogrodu uprawiane przez pana Tadeusza). Ich pensjonat był pełen gości, ponieważ ich naturalna, niewymuszona życzliwość jest po prostu zaraźliwa.

Ach, rozmarzyłam się. Było mi tam tak dobrze i spokojnie. Przywołam wspomnienia czytając fragment książki, którą otrzymałam w prezencie od Sebastiana… i pomyślę chwilę o moim wolnym, dzikim lesie niczym o niezależnej, dojrzałej i mądrej kobiecie-lisicy – już na zawsze..

DZIĘKUJĘ ZA DRZEWNE PRZESŁANIE. Teraz pozostaje mi tylko iść drogą przeznaczenia. ”

Julia

Cóż mogę powiedzieć jako skromny wędrowiec – takie słowa są dla mnie najpiękniejszą nagrodą, za serce jakie wkładam w przygotowanie i ”plan” każdej wyprawy. Bardzo dziękuję gościom lipcowej wędrówki w czasie Księżyca Zbóż: Marcie, Karolinie i Martynie za wspaniały czas, niestrudzone kroki, gawędy pod gwiazdami, słuchanie mowy drzew i księżycowe pogrywanki, których w formie filmu nie mogę niestety dodać na bloga. I za wszystkie piękne słowa, które w tej historii mogły się pojawić.

A to pamiątkowy plakat z tego zdarzenia, wraz z atrakcjami jakimi knieja obdarowała swych gości.

Plakat1 Lato

Pamiętajcie, że wyprawy są organizowane każdej pełni księżyca, a także poza nią, jako indywidualne wędrówki leśne. Wystarczy odezwać się na email, i zawsze znajdziemy jakiś czas do wspólnego wypadu. 

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie, na kolejnej wyprawie po żniwach i w jesienne rykowisko!

 

Czarny jenot, czyli wędrowny dzień barda.

Zwierzęta są wrażliwe artystycznie. Na pewno słyszeliście o malujących słoniach czy świnkach, ale moje zdziwienie w poznawaniu ich świata wzrasta notorycznie, kiedy gram w lesie. Tego popołudnia dąb niespodzianie wezwał. Wahałem się bardzo czy ruszyć, no bo sobota, więc w lesie będzie dość tłoczno. Jak się okazało, nie było nikogo, widać wszyscy na grillach itp. Żadnego biegacza czy rowerzysty. Drzewo wiedziało. W ostatniej chwili przed wyjściem, łapię z półki kalimbę, też zdumiony dlaczego akurat Krzesimir woła, bym ją zabrał. Znam przecież niemrawy, mruczący charakter dębów, czyżby jednak lubiły słuchać srebrzystych, krystalicznych dzwięków, zamiast swojego dudnienia?

Gdy jadę do lasu, drogą prosto na mnie zasuwa zając. Pierwsze powitanie na dobry początek. W szarym kolorycie podeschniętej ziemi wygląda jak duch. Rozpływa się jak widziadło. Ktoś inny wziąłby go za omam.

Siedzę pod nim. Momentami, dłonie wybuchają ciepłem. Wtedy wiem, że drzewo pracuje ze mną, choć go nie słyszę. Ucieszył się gromko z tego przyjazdu. Chwilami pogrywam kalimbą. Już wieczór osiada. Rzeczywiście, nie było ani jednego człowieka. I jakoś nagle się obracam. Na drogę z lasu wyszedł właśnie zajączek, jednak widząc moją głowę natychmiast się cofa, bo ‘’został zauważony’’. Musiał jednak słyszeć jak pogrywam, mimo to, szedł. Teraz siedzi w zaroślach, i nadal mnie obserwuje. Kilkanaście metrów dalej, na lucernie pasie się sarna. To stara roślina pastewna, dziś już rzadko uprawiana, bardzo lubiana przez zwierzęta. Dlatego tego roku, Krzesimir bardzo cieszy się towarzystwem. Są tu za dnia, a od wieczora można na poletku naliczyć po kilka. Raj dla fotografa. Gdybym nim był. Gram celowo głośniej, ale sarna nie zwraca na to żadnej uwagi. Dzwięki Kalimby, choć srebrzyste i kryształowe, widać nie różnią się dla niej od śpiewu ptaka. Są jak część otoczenia, pieśń natury. Cieszę się bardzo, że mogę podarować swojemu kochanemu lasowi te odgłosy. Mija nieco czasu. NA dębowy konar zlatuje Drozd Śpiewak – ten zanurza zmierzch w kunszcie swej znakomitej pieśni. Siedzi tuż nade mną. Ja gram, on śpiewa. Duet. W zaroślach z tyłu coś szeleści. Chodzi, chrzęści, i zbliża. Kiedy cichnie, obracam głowę. Na drodze stoi jakiś zwierz. Nie rozpoznaję. Przypomina trochę przerośniętą fretkę. W pierwszej chwili biorę go za większego kota. Bo jest niemal cały czarny. Zwierzak robi jeszcze krok, i wtedy zapalają się jego dziwne oczy w tamtym momencie wydają mi się żółte, jakby świeciły. Ozdobny, futrzasty, gęstszy kołnierz wokół szyi. Jest też smukły, gibki. I mimo tylu niewiadomych sprzecznych rozpoznaję – toż to jenot! Ale dlaczego czarny? Bywają one szare, siwe, zawsze z jakimś srebrzystym akcentem. Grube i puchate. A ten szczupły taki, jak sportowiec jaki. Może młody? Na to wygląda. Oczywiście, przez cały ten czas gram. Tkwi taki piękny, czujny i nieziemski. Mimo maleńkości wygląda dostojnie i groznie, jak najbardziej dzika pantera. Jenot rozgląda się, po czym wnika w pobliskie gąszcza. Kolejny duszek puszczy, zaszeleścił. A ja w podziwie i szczęściu, zastanawiam się, jak w ogóle o tym komuś opowiedzieć…

Niebo wygląda dziś, jakby było pomalowane od spodu. Granatowe obłoki lśnią czerwienią, malowane przez ostatnie promienie zgasłego słońca. Horyzont jest jednym pasmem szkarłatu. Na tym tle, żeglują powolne czaple. Powrzaskują do siebie ochryple. Zmierzają pewnie ku wodzie. A mi przypomina się, że to już któryś raz, kiedy w tym tygodniu widzę czaple. Zwierzęta Mocy. Chcą coś powiedzieć. Trzeba będzie sprawdzić.

Komary zaczynają imprezę. Sarnie nie przeszkadza moje poruszanie się. Czasem spogląda w tym kierunku. Lucerna lepsza. Po pożegnaniu z dębem idę już drogą prowadząc obok rower i obserwując sarniątko na poletku. Spogląda, słyszy. Ale nie podejmuje ucieczki. Lekkie krzaki na poboczu, dają jej poczucie bezpieczeństwa. Ja jednak będę musiał się pokazać. Chcę jeszcze wejść na ambonę i posiedzieć do ciemności. Dopiero teraz zwierzak robi kilka susów, ale widać, że są one leniwe, wymuszone. Posyłam jej w myślach przeprosiny i ciepłe myśli bezpieczeństwa. Ona wie. Zatrzymuje się tylko kawałek dalej, nie zwracając już uwagi na moje wdrapywanie się, przebieranie, wiercenie za wygodną pozycją. Mimo że bywam ostatnio tu rzadziej, wciąż mnie pamiętają. Każdy znalazł swoje miejsce. Zależało mi, bo zanim zorza zachodu dogaśnie, można tutaj obserwować arcyzwinne nietoperze. Już nie zamierzam grać. Obserwuję pogrążające się w ciemnościach poletko. Bezwietrznie. Jaki spokój. Dalekie auta na szosach, suną światłami. A tutaj borsuk oto, z posapywaniem wynurza się z trawy i przechodzi tuż pod amboną. Oko rozróżnia jeszcze biel przy jego głowie. Sarny zamieniają się w duchy. Ich szare cienie krążą na polu, pogrążone w raju lucernowego pastwiska. Jedyne odgłosy jakie słychać, to urywane szarpanie, kiedy płowe pyszczki wyrywają kolejne kęsy. Koncert żerowiska. Jak opisać to komuś, kto nigdy nie miał okazji słyszeć? W głębokie ciszy, pogłosy zrywania i przeżuwania odmierzają minuty, godziny, bezczas… Koc rzucony na nogi, grzeje błogo. Pora zatopić się w Nocnym Czuwaniu.

DZIĘKUJĘ ZA TWOJĄ CZYTELNICZĄ OBECNOŚĆ Po więcej opowieści zapraszam do książki ”Szepty Kniei”:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

🥰 A jeśli podobała Ci się ta historia, możesz okazać WSPARCIE dla mojej działalności autorskiej, podziękowanie czy pomoc, którą można zostawić TUTAJ:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

24954295828e13c17aff9c40339fe514

Wiosna na jesionowym szlaku i wędrowne warsztaty pod Drzewami Mocy. Bęben druidów.

Na szlaku witają nas śpiewy polnych ptaków. ‘’Dowodzi’’ ortolan, którego wibracja jest jakby manifestacją mantry: ‘’Tutaj króluje Przestrzeń’’. Rzepak powoli przekwita. Szlak jesionów wybieram do wędrówek z uwagi na jego spokój i przyrodnicze bogactwo. W weekend, znacznie więcej ludzi w lesie. My wybieramy ciszę i samotność, kluczymy polami, miedzami, ugorami, niczym zające. Mijamy połacie uprawnej pustki. Tylko pozornie. Bo oto podzwania samiec zięby, szczebioczą sikory, terkota siedzący na słupie potrzeszcz i przelatują szpaki. Szybuje myszołów. Pokrzewka kapturka pogrywa czystą, przemiłą nutą. W tarninach dokazują mazurki. Lornetki bardzo pomagają ubogacić wrażenia, zapamiętać wygląd gatunków. Wyprawy stały się jeszcze bardziej odkrywcze. Bo i podszkoliłem się ‘’w kwiatach’’. Tym więcej mogę opowiedzieć o mijanych krokami roślinach; ‘’chwastach’’ i ziołach. Rozkwitają pierwsze bzy, zwiastuny młodego lata. Strojnie puszą się dostojne głogi. A na tarninie – cmentarzysko. ‘’Ktoś’’ powbijał na kolce grube trzmiele. Sterczą martwe, zasuszone. Zdumione miny gości. Wyjaśniam, że to spiżarnia tutejszego małego rozbójnika – Dzierzby Gąsiorka. Niekiedy wiesza on gorsze rzeczy, jak myszy, jaszczurki, ćmy, czy żaby. Wtedy to dopiero wygląda upiornie. Ptaka udaje się potem zobaczyć w całej okazałości lornetką, jak poluje na łące. Łany bajkowych kwiatów, zdobią przydroże odcieniami szafiru. Są chabry, ptasia wyka i miodunka. Pod nimi plączą się żółtawe wilczomlecze. Każdy ma inny zasób wiedzy na temat przyrody, dlatego dzisiaj uczymy się głównie rozpoznawania ptaków i mijanych drzew. Mają już liście i kwiaty, wdrażamy więc znaki charakterystyczne. Z niebios śpiewają skowronki. Te rozlewają płynny kryształ.

P00530-150344

Klon Kostur, nasz pierwszy przystanek, to główny bohater tego miejsca. Ten sam, który ‘’opowiedział’’ wygląd okładki do książki ‘’Szepty Kniei’’. To Drzewo Wiary. Bardzo aktywne, chętne i zawsze gotowe do pomocy, współpracy. Możnaby przyprowadzać pod niego wszystkich niedowiarków. Nie mija dużo czasu, gdy zaczynamy czuć się dobrze, pogodnie. Klon nie zawodzi – zaczyna zrzucać z siebie jakieś okruchy i patyki. Jak to on. Uwielbia dawać takie popisy. Rozmawiamy o świadomościach drzew, ich celach, zadaniach, o tym do czego dążą jako las, ze swoją cywilizacją. Opowiadam o tym jak można odczuwać drzewa. Na jakie sposoby. Że moje doświadczenie nie jest regułą, i każdy może mieć inaczej. Zwracam uwagę na co warto się wyczulić. Odczytujemy dawne przesłania. Goście dowiadują się o swoich osobistych Drzewach Mocy, mówię jakie przy nich dostrzegam i czuję. Chwilkę jakby trwa ‘’narada’’. Drzewa wahają się, spierają nieco, jakby potrzebowały zdecydować, które ostatecznie podejmą się opieki. O ile przy Mariuszu tkwi dąb, świerk, i klon, tak wokół Zuzanny nie jest to takie oczywiste. Wreszcie objawia się Biała Topola i również Klon. Reszta póki co nie chce się pokazać. Ma je odkryć sama. W tym czasie kostur szumi liśćmi gromko, zupełnie jakby się śmiał. Wtrąca do rozmowy, jakby chciał wzmocnić i potwierdzić wszystko to co mówię. Między nami ląduje z hałasem kolejny okruch z jego korony.

Pobocza pełne ziół. Żałuję niekiedy, że nie mam aż takiej wiedzy, ale i ‘’chwastów’’ się uczymy, przystajemy, dotykamy, badamy : tu oto rumianek dziarski, bylica, babka, rajgras zwany życicą, przytulia czepna, wszystko cenne zioła. I w ich małych gąszczach tętni życie. Wymijam stopą małego czerwono – plamistego wędrowca. To kowal bezskrzydły, pluskwiak, częsty gość pod lipami. Obok błyszczący żuk wiosenny przepycha gałązkę. Chce pokazać, jaki jest silny. Przypomina upartego dzika. Błyszczy się, woła niesłyszalnie – zobaczcie jaki ze mnie mocarz! Małe motylki nieznanych mi nazwy przelatują w upojeniu nad kwiatuszkami. Mariusz niespodzianie odkrywa w sobie powołanie zielarza. Przystaje nad wieloma roślinami, wypytuje o nazwy i właściwości, sam też sporo wie. Jakby go ujęły czymś bardzo osobistym. Poświęcamy im więcej uwagi niż samym drzewom…

MAGIA LASU

Kiedy wracamy ze szlaku, dokładnie tuż przy naszym przejściu zaczyna śpiewać słowik. Jest blisko, bliziutko. W gęstwinie. Kryształowa pieśń gasi kunsztem pozostałą śpiewaczą ‘’mizerię’’. A mnie aż podnosi, gdy pomyślę sobie, że – no halo, przecież to samo stało się 2 dni temu, kiedy wędrowałem tutaj z kimś innym. Podchodzimy, a on zaczyna… Zupełnie jakby celowo chciał zaśpiewać dla nas. Dla ludzi. Słowicza pieśń wznosi duszę na wyżyny Miłości. Przystajemy jak zahipnotyzowani, nie możemy się ruszyć, uśmiechamy. I tego nigdy nie zrozumie pan z pędzącego na warkocie quada, który minął nas rozchlapując błotnistą kałużę. Nie pozna, nie doświadczy. Szkoda.

Z Jesionowego Szlaku trafiamy na skraj lasu pod moje fikuśne brzozy. Jakiś impuls był, aby tam właśnie ruszyć, choć nie planowałem. Moje miejsce Mocy i Zdrowia, w trudnych przypadkach. Niektóre rosną obok siebie tak blisko, że można stanąć pomiędzy i połączyć dwa pnie dłońmi, a wtedy… Ciało dostaje ozdrowieńczego kopa. Mi wszystko zaczynało drgać, pamiętam. Jednak nie każdy potrafi przepuścić przez siebie taką dawkę świetlistej energii. Goście moi z miasta – do natury mają dość daleko, nie korzystają co dzień. Zuza mówi, że czuje w takim połączeniu, jakby z dwóch stron napierał na nią bolesny ścisk w głowie, jakiś ogromny mur. Trzeba przerwać. Ale wiem, że brzozy nie zrobiły nic złego. To nie w ich stylu. Tu musi chodzić o coś innego. I faktycznie, przypominam sobie jak podchodząc do niektórych drzew, odzywały mi się w ciele boleści. Odbierałem to zwykle jako niechęć do kontaktu, że trzeba odejść. Potem okazało się, że mam schorzenie, i te bóle wynikały raczej z tego, że drzewo ruszało te energie zastojone do pracy. Wydobywało na wierzch co ukryte. Więc nie zawsze ból oznacza wypraszanie. Zuza próbuje, jeszcze raz, na boso. Ja szukam w smartfonie brzozowe przesłanie z tego miejsca do odczytania, jednak po chwili odkładam go zdecydowanie – brzoza prosi bym się podłączył do procesu. Dotykam pnia ręką. Czuję wtedy z czym zmaga się Zuza. Mówię w myślach, błogosławię. Płyną słowa. I wiem, że za tą próbą jest już inaczej, dobrze. Wstaję i szeptam:

Niechaj wszystko się rozproszy,
To co złe, tam gdzie panoszy
A energia ta brzozowa,
Niech narodzi Cię od nowa
Oto słowo jest dla Ciebie,
Brzoza wesprze Cię w potrzebie

– Ale mnie podniosły! – Mówi Zuzanna, gdy już patrzymy sobie w oczy. Teraz nie bolało. Ten mur, okazał się bardzo malutki. Podniosły mnie do góry i pokazały jak bardzo jest nieistotny. Powiedziały, że trzeba kochać, śmiać, cieszyć się życiem. Samemu wzniecać energię w jakiej chcemy się znaleźć…

Powiedziała coś więcej, ale już nie pamiętam. Uśmiecham się pod nosem i tulę białą przyjaciółkę. Tak, to jest właśnie w ich stylu. Pamiętam jak Zuzanna pisała w mailu do mnie, że nie czują żadnych drzewnych energii, mają z tym problem i chciałaby to zmienić. A teraz ot tak usłyszała drzewo i zobaczyła obrazy.

A potem wyciągam zza pazuchy bęben. Od jakiegoś czasu, instrument gości na moich wyprawach, i każdy może spróbować kreacji pieśni duszy. Gram nieco, i razem z ptasim śpiewem pogrążamy się w relaksacyjnych dzwiękach. Nie wyróżniają się ani trochę z panującego gwaru leśnego. Bęben jest nastrojony na 432hz, co odpowiada częstotliwości naszego wszechświata i przyrody. Zwierzęta się go nie boją. Często podchodzą słuchać zaciekawione, przylatują doń ptaki i motyle.  Każdy próbuje, po swojemu. Zuza prowadzi dzwiękoterapię dla niepełnosprawnych dzieci. Odgłosy druma prędko otwierają gdzieś skostniałą w codzienności czakrę serca, natychmiast robię się wzruszony. Potem już siedzimy w milczeniu. Nagle, leżący bęben sam z siebie wydaje odgłos. Podskakujemy. Brzoza upuściła centralnie na niego jakiś patyczek, i to w miejsce wcięcia, dobywając nutę. A to psotnica. Cud numer trzy.

P00530-175425

Lawendowe pola malują horyzonty oczarowaniem modrego zachwytu. Wszędzie pszczoły. Dziś często nam towarzyszą. Pod brzozami były ule, blisko. Chcieliśmy iść przez ścieżkę w rzepaku do Dęba Radosława z wizytą, lecz brzęczące pracownice podrywały się z niesmakiem oderwane od robót, zarządziłem więc odwrót. Nie będziemy im przeszkadzać. Zamiast tego napawamy się szczęściem aromatu kwitnącej dzikiej róży – ta w moment przenosi zmysły do krainy raju. Pszczoły niecierpliwią się marzycielami, czekają na swoją kolejkę do kwiatu. Zastanawiam się, czy dla nich to już jest takie zwyczajne, czy może też cieszą się zapachami?

Dzień jest uporczywie wietrzny, przez co chłodnawy. Choć można znaleźć miejsca, gdzie nie wieje. Las obsiadły krępe, przysadziste, a silne dęby te przyjmują na skraju ciosy i pęd wichur. Są strażnikami. Jest i jedna taka brzoza, tak ogromna, rozłożysta i wspaniała, że ciężko to oddać. Koroną przypomina bardziej dąb. Na wyprawie toczą się tematy: rozmawiamy o gatunkach inwazyjnych jenotach, nutriach, rakach amerykańskich i sygnałowych, obcych pszczołach i biedronkach. Wspólnie dochodzimy szybko do wniosku o winie człowieka, i takiemu, że poczciwego jenota nie da się wytępić. Zbyt dzikie ostoje zasiedlił. Podążamy ścieżką wśród szpaleru dorodnych wierzb, wtedy jedna z nich zaczyna mocno skrzypieć. Dokładnie, gdy naprzeciw niej. Dla mnie to oczywisty sygnał, że dają znać o chęci do kontaktu, lub zwracają na siebie uwagę. O, jakże często to się dzieje. Drzewa jakby wyczuwały, że ludzie przychodzą do nich, i próbują czasem ‘’wyjść z siebie’’ aby tylko człowiek do nich podszedł, przytulił, lub choćby zatrzymał się na chwilę. Odczytują z naszych aur – oto są przyjaciele, którzy zachwycają się lasem. Można próbować swoich sił. Obok na gałęzi ufny kos popisuje się śpiewem, ptaszek nie płoszy się, spogląda bystro, jakby i ten śpiewał specjalnie dla nas. Monotonny świerszczak pobrzękuje miarowym tłem. Gdy wracamy tą samą dróżką, wierzba potrzaskuje znów. Kiedy się zbliżaliśmy nie zrobiła tego, a dokładnie w momencie jak zrównaliśmy się z nią. Chce powiedzieć: ‘’Miejcie pewność, że to jest prawda i to się dzieje. Możemy się porozumieć. Ufajcie temu co postrzegacie, co się wydarza. To nie przypadek. Jesteśmy tutaj, obok. Czujemy, słyszymy Was, rozumiemy, możemy pomóc. Świat jest pełen przyjaznych leśnych Istot. Pragną odbudować zapomniane więzi, nawiązać kontakt. To szansa nie tylko na uzdrowienie, ale i zbudowanie świata w jakim pragniemy wszyscy żyć. Wyciągnij rękę do konaru, przysiądz, przytul posłuchaj… To tak niewiele, a dla nas tak dużo. Już czas.’’

Gdy wracamy już autem, na różowym, baśniowym horyzoncie tkwi ‘’wymalowany’’ kozioł sarny. Jego ciemna sylwetka odcina się rytem z różkami na gasnącym niebie. Widok tak bajeczny, że zatrzymujemy się wgapieni z nosami do szyb. Cud chwili. I ja nie wiem wątpliwości. To podziękowanie lasu. Magiczna pocztówka, która zapieczętowała w naszych sercach wieczne wspomnienie prawdziwego dobra.

Część II. Wędrowcy zasiadają na łąkach – Obserwacje.

Wyprawy dzielą się na etapy. Jest czas na kontemplację drzew, poznawanie roślin i kto wie czy nie ‘’najlepsze’’ – obserwacje zwierząt z zasiadki. Dziś mieliśmy ogromne szczęście. Łąki są świeżo po kośbie. A to magnes życiosiły dla ptaków i zwierzaków.

Zbliżając się do królestwa traw, jakaś dziwna plama mąci uwagę. Tam jest jakiś zwierz. Z tej odległości nawet przez lornetkę trudno określić co to. Lis, zając, a może sarna? W miarę zmniejszania odległości, okazuje się, że zwierzątko leży. Okazuje się być wypoczywającym lisem. Kula się w trawie. Igra. Nasłuchuje. Co za widok – lis za dnia, poddający się relaksowi. Aż dziwne. Rudzielec okazuje się czujny i wypatruje nas z dużo większej odległości niż powinno się to zdarzyć. Odchodzi chyłkiem. Ale na łące dzieje się. Przyleciał potrzeszcz. Ptaszek przegarnia kopce podsychającej trawy – wybiera owady i nasiona. A ja rozmyślam. No bo tak, łąki ‘’trzeba kosić’’ żeby istniały, ale jakie to straszne zjawisko dla milionów żyjątek, których świat runął razem z pokosem. I dzięki temu potrzeszcz może je znaleźć i zjeść. Przed nami przestrzeń rozległa, jak scena teatru, na którą po kolei wkraczają aktorzy. Jest kolejny. Oto Dzierzba Gąsiorek, kolorowy samiec, i właśnie widzimy winowajcę, co ponabijał trzmiele na kolce tarnin. Jest piękny. On poluje inaczej. Niby też przeszukuje leżącą trawę, ale bardziej rzuca się na owady z lotu. Potrzeszcz sunie ku niemu. Zbliża. Ewidentnie widać, że między ptakami jest jakaś sprzeczka. Potrzeszcz próbuje odstraszyć dzierzbę, szarżuje, stopniowo podlatuje i o dziwo – przepędza! Gąsiorek mu ustępuje. Chaotyczny, podstępny taniec ptaków trwa jakiś czas. Z lornetkami możemy łatwo teraz zapamiętać śpiewaków z Jesionowego Szlaku. Taką naukę lubię najbardziej. Mój czujny wzrok przeczesuje. I znajduje. O tam oto w zieleni siedzi zając! Skurczył się pociesznie, położył uszy po sobie. Musiał nas słyszeć. Ale teraz jasnym się staje, co tak długo robił tu lis. Podchody. Z daleka szarak przypomina kamień lub grudę, ale w lornetkach widzimy jego oczy, uszy. I teraz ciekawe. Jak długo pozostanie w bezruchu? Co się wydarzy? Siedzimy już bez rozmów, podziwiając po prostu. Nie mija dużo czasu, gdy na łąkę wkracza drugi zając. Ten nie wie o naszej obecności. Kica, podjada i skacze, defiluje blisko przed nami. Zbliża ku temu drugiemu. Sytuacja rozwiązuje się łagodnie. Obecność beztroskiego towarzysza ośmiela tego co zastygł w kamień, teraz harcują oba na pełnym widoku, sycąc nasze dusze okruchami szczęścia. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w takim momencie miał wjechać do tego królestwa quadem i szaleć… Z zarośniętej części łąki wynurza się sarna i skacze przez łany. Szuka sobie miejsca. Nie wiadomo teraz, co obserwować. Zające, czy ją. To teatr. Leśni aktorzy pędzący swoje spektakle, i my, widzowie. Kurtyną jest niebo, i odległe ściany ciemnozielonych lasów. Dziwimy się. Jak niewiele trzeba, aby być blisko z przyrodą. Przecież nie mamy szczególnego maskowania, kamuflażu, rozmawiamy kiedy potrzeba, a mimo to zwierzaki odkrywają się przed nami, ze swoimi sprawami. Po prostu – cicho i łagodnie być. Przestrzeń ‘’wyczuwa’’ zamiary obserwatorów, i odpowiada pięknem. Ja odchodzę na moment przebrać się trochę i założyć więcej spodni, bo cokolwiek zimno wieje, wtedy udaje się popełnić foto…

P00530-185538

Zuzannie i Mariuszowi, gościom wędrownych majowych warsztatów pod Drzewami Mocy, w podziękowaniu za wszystkie wzruszone chwile, i wspaniałą wyprawę.

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie lub bliskim Dzień Wędrowny pod opieką Szeptów Kniei gdzieś w pustce i głuszy, pisz, pytaj. Jestem do dyspozycji i z pełnią leśnej radości pokażę Ci świat z tutejszych opowieści.

KONTAKT i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie! 

Topolowa transformacja. Drzewa usuwają emocjonalne blokady, i pomagają usłyszeć głos duszy.

Historia z tej wyprawy jest o tyle wyjątkowa, że napisana w dużej mierze przez mojego gościa. Pogrubione i pochyłe przerywniki pokażą, gdzie zaczynają słowa Marysi. Maria sama zgodziła się szczerze wszystkim podzielić, ja nigdy nie nalegam – o tym czy pojawi się historia, zdjęcia i relacja na blogu zawsze decydują goście. Tym bardziej jest to świadectwo niezwykłe, bo ja sam opisuję i zapamiętuję zwykle przyrodnicze sprawy, za to tym razem będzie pełny obraz tego, jak wędrówkę przeżywa ”druga strona” i co się na niej zadziewa. Choć gdzieś moja skromność burzy się na pewne wypowiedziane tu słowa, postanowiłem w tekście niczego nie zmieniać, aby zatrzymać w pamięci całe dobro, jakie zrodziło się w naszych sercach. A zatem… 

Gdy ruszamy do lasu, jest już dość późno, a pogoda krnąbrnie psoci. Cały dzień popadywało. Maria chciała przyjechać na wyprawę ze swoją córeczką, jednak z uwagi na brak odpowiednich rowerów, zdecydowaliśmy się podążyć sami. Trawy mokre. Trochę ludzi korzystając z prześwitu wyszło na spacer, jednak niektórzy próbują traktować las, jak rajdowy tor przeszkód. Osobniki na quadach, w terenówkach. Gnają tak, że komuś urywa zawieszenie. Wychodzą, biadolą, ojej – no jakie to dziwne i trudne do przewidzenia. Las swoimi siłami zmusza do zatrzymania. Dla nich to czas na kolejną naprawę, przed następnym dzikim rajdem… Nie na refleksje. Zachód słońca jest dziś piękny, kula przebija mlecznie przez cienką warstwę chmur, rozsiewając aurę pomarańczowej poświaty. Pnie sosen ‘’zapaliły się’’ ognistym blaskiem. Gorzeją. Ten krótki moment kiedy słońce wisi nisko tuż przed odejściem, wydobywa się cały kunszt Drzew Ognia. Jakby wołały: Jesteśmy pożogą. Wielbimy ogień. Bo i sosna to gatunek, który doskonale odnawia się na pogorzeliskach, choć łatwopalna, jej smukły pień doskonale opiera się pożarom ściółki. Nie zajmuje tak łatwo. Po wizycie u Dęba Krzesimira zmierzamy do Topól, kiedy na horyzoncie zaczyna robić się szaro. Siwo. Tam już pada. I nawet błyska. Pierwsza letnia burza. W oddali, na ambonie dostrzegam zdziwiony siedzącego myśliwego. I on nas obserwuje swoją lornetką, a przynajmniej tak mi się zdaje. Chmura pędzi. Jakoś zawsze boję się burzy. Jeśli nie jestem akurat w domu. Jest dla mnie potężną manifestacją nieokiełznanych sił natury, tańcem kapryśnych żywiołaków. Proponuję powrót, ale Maria nie boi się. W jej twarzy maluje się indiański, stoicki spokój, a nawet radość wobec sunącego ‘’potwora’’. Myślę logicznie. Nie widziałem jeszcze nigdy ambony spalonej przez piorun, a samo drewno prądu nie przewodzi. Myśliwy nadal siedzi na swojej, jest na otwartym polu. Poza tym… Burze w mojej okolicy od 3 lat straciły na mocy, są naprawdę symboliczne, a często nie ma ich cały sezon. W ostatniej chwili wdrapujemy się na jedną z ambon mijanych na skraju lasu, wtedy deszcz zaczyna. Zacina z boku. Wyciągam komplet przeciwdeszczowy w postaci szerokiej peleryny, wystarcza dla nas obojga. Pokrowiec nasuwam na czapkę i jesteśmy niemal nieprzemakalni. Przed nami horyzont rozległych pól, szalejąca szara ulewa i sporadyczne błyski. Marii bardzo się podoba. Ja drgam przy każdym mocniejszym grzmocie. Ale wiem, że jesteśmy zaopiekowani. Że nic nikomu nie grozi. Burza nie okazuje się jakaś ‘’straszna’’, za to dość ‘’symboliczna’’. Z pola zbiega przemoknięty jeleń, gna pod opiekę kniei. Przecież w takich przypadkach, wszystko chroni się właśnie w niej, pod drzewami, w zaroślach…

Kiedy ‘’na widoku’’ już nie pada, cały czas słyszymy szmer. Trwa długo… Las ocieka sączącymi się strużkami, kroplami, które niosą jeszcze pamięć echa minionego szału. Ostatnie ptaki umilkły. Maszerujemy. Bezbłędnie omijamy lśniące lustra świeżych kałuż. Jesteśmy tylko my i szara, przyjazna ciemność. W niej widać odcinającą się ostro na horyzoncie, czarną sylwetkę sarny. Pasie się ‘’na szczycie’’ okolicy, niczym jedyna królowa.

🌸 MARIA (jej słowa): Krzesimir i leśna burza.

Najpierw pojawiliśmy się u Krzesimira. Usiadłam pod pniem, oparłam plecy i skupiłam się na odczuciach. Od razu zaczął mi pokazywać rzeczy, które widzi we mnie. Wyciągnął najpierw głęboki smutek, z którym przyszłam, a który związany był z moim Ukochanym i ja próbowałam go zepchnąć, jakoś schować czy coś. Powiedział mi, żebym po prostu powiedziała o nim Ukochanemu, żebym go nie ukrywała. Poczułam ogromną ulgę, że mogę to zrobić, że nie muszę już być z tym sama. Potem wyczuł we mnie oczekiwania odnośnie spotkań z Drzewami, że chcę (wstyd się przyznać), żeby do mnie mówiły, żeby komunikowały się obrazami, chcę słyszeć ich śpiew, a nie „tylko” czuć energię w ciele i emocje. W ogóle mnie nie oceniał i to było bardzo kojące. Nie mówił, że to źle, że tak myślę i czuję. Tylko pokazywał to takie, jakie jest. Poprosiłam, żeby zdjął ze mnie tę energię oczekiwań, że wiem, że to mi przeszkadza w pełnej otwartości na prawdziwy, głęboki kontakt, że sprawia mi to cierpienie, bo oczekiwania blokują zdarzanie się magii, a gdy nie są spełnione, powodują rozczarowanie. Ściągnął to ze mnie z łatwością, za moją zgodą, w mgnieniu oka. Zszedł głębiej we mnie i mówi; nadużywasz marihuany. Wiem- odpowiadam. Najpierw w pierwszym odruchu chciałam powiedzieć, że nie, przecież nie mam z tym problemu, że mogę nie palić. Ale On nie powiedział: przestań to robić, albo że to źle, że to robię, tylko, że widzi, że to robię i pozwolił samemu się przyjrzeć temu, jak tak naprawdę w głębi siebie się z tym czuję. No czuję, że nie do końca i nie zawsze mi to służy, a czasem nawet czuję się z tym bardzo niedobrze i wolałabym nie palić. Podziękowałam za głębokie wglądy i za bezwarunkową akceptację i za to, że tak od razu wszedł ze mną w kontakt, się otworzył. Pojechaliśmy dalej. Piękny zachód Słońca, różowo- pomarańczowy. „Płonące” sosny, magia. Słyszę grzmoty, zaczyna się burza. Sebastian mówi, że w takim razie wracajmy, no dobra mówię, Ty wiesz lepiej co robić, ufam Tobie. Ale chwila zastanowienia- ja się nie boję zimna, ani zmoknąć, ani burzy. Ja się boję burzy- odpowiada Sebastian, to będziesz mnie wspierać. Poszliśmy schować się przed deszczem na ambonę i oglądaliśmy olśniewające rozbłyski piorunów na niebie. Rozmawialiśmy o tym, że burza to przejaw siły Boga i że jest wspaniała. O mnie i mojej relacji z moim Ukochanym i z moją przyjaciółką Brzozą. Deszcz przestał padać i ruszyliśmy do Sióstr Topolanek. Pełnia Księżyca, a ja mam dodatkowo okres- to razem to maksymalizacja doznań i wrażliwości.

POD TOPOLAMI (Sebastian) 

Od razu wiem, która z Topolowych Sióstr dzisiaj woła, lecz pytam jeszcze Marysi – do której Cię ciągnie? Wybiera tą samą. Oddalam się do drugiej, nie chcąc przeszkadzać, bo i widzę, że dzieje się dużo. Maria dużo słyszy od Drzew, dużo więcej niż ja. Trochę nie jestem do niczego potrzebny. Dziś pełnia. A zatem i drzewa są bardzo pobudzone, i emitują promienie swojej najmocniejszej energii. Chodzę bezgłośnie po dróżce aby się rozgrzać, i staram się nie przeszkadzać. Druga topola wezwała mnie tylko na chwilę, poprosiła przyłożyć dłoń, powiedziała parę osobistych rzeczy. Przechadzam się pod nimi w podziwie, z zachwytem obserwując jak księżycowe srebro osadza się na korze, malując pnie i gałęzie metalicznym blaskiem. Są wspaniałe, nieziemskie. I nie mam chyba pojęcia, co też u Marii się dzieje… Przywarła do drzewa bokiem, przytulona, nieruchoma. Chyba śpi. W koronach na moment przemyka cień pędzącej sowy. W którymś momencie jedna z Topól podpowiada, abym jednak podszedł do Marii. Robię to bezgłośnie. Wygląda na śpiącą. Przytuliła się cała w pień. Od razu wyczuwam radość. Znalazłem się jakby w aurze jej i drzewa. To swoisty kokon, otoczka w którą można się zanurzyć. Topole chcą mi w ten sposób pokazać, że z moim czuciem wszystko dobrze. I w ogóle – abym się teraz nie martwił. Jakiś ogromny zwierz zaczyna z trzaskiem tratować gąszcze, wszystko wokół łamie się, trzęsie i dudni. To chyba jeleń. Musiał usłyszeć jak spaceruję. Podszedł tak cicho, blisko, i bezgłośnie…

🌺 MARIA ( jej opowieść) : Spotkanie z Topolami

Od razu poczułam Moc. Która Cię bardziej woła? Spytał Sebastian. Ta- wskazałam ręką na tę, przy której stałam. Ja nie zdążyłam nawet zobaczyć jakiejś innej, dla mnie była tylko ta, w ogóle nie zauważyłam tej drugiej. Jaka ona potężna! Przytuliłam się do pnia i zamknęłam oczy i… zdarzyło mi się coś takiego po raz pierwszy w Życiu! Zobaczyłam pogodną, miłą, starszą panią, uśmiechniętą w niebiesko-szarym berecie i bordowym polarze, przechadzającą się po leśnej drodze. Potem zobaczyłam małego jelonka, który radośnie skakał i brykał i wywijał koziołki. Następnie zobaczyłam dorosłą sarnę zastrzeloną przez myśliwych, mężczyznę w zimowej, futrzanej czapce, który ją rozcinał, jakieś ostre narzędzia. Nie chciałam na to patrzeć i poprosiłam, żeby przestała, bo to było zbyt drastyczne dla mnie. Wtedy powiedziała: a teraz Ty powiedz coś o sobie. Usiadłam blisko pnia i przytuliłam się do niej policzkiem. Ogarnęła mnie senność. I pomyślałam: czy to dobrze? Może zapytam Sebastiana czy dobrze jest temu ulegać? Kurcze chce mi się teraz spać, a przecież miało być nocne czuwanie. I Ona powiedziała: po co chcesz pytać Sebastiana? Ja tu jestem z Tobą, wszystko dobrze, nie martw się, możesz się rozluźnić, ja dla Ciebie zrobię to, co mogę, nawet jeśli zaśniesz. Poprosiłam, żeby mnie trochę ogrzała, zrobiła to i ogarnęła mnie błogość. Zaczęłam widzieć obrazy z mojej niedalekiej przeszłości, jakby śnić na jawie, a ona o chłonęła z ciekawością. Widziałam dom i ogród, w którym ostatnio mieszkam, mojego Ukochanego, innych ludzi. Niespodziewanie pojawiły się także inne obrazy z dalszej przeszłości, dawno nie wspominane. Przysypiałam i budziłam się, obrazy zaczęły się stawać coraz bardziej surrealistyczne, oniryczne, magiczne. Skuliłam się, przytuliłam jeszcze mocniej i dawałam jej czytać ze mnie, oglądać filmy. Im bardziej obrazy stawały się nierealistyczne, tym bardziej czułam, że one więcej mówią jej o mnie, o mojej emocjonalności. Zrobiła mi czyszczenie podświadomości świetnie się przy tym bawiąc. Odczułam Radość, lekkość. Przypomniało mi się jak mój Ukochany gra na gitarze i że ja to bardzo lubię. Wtedy Ona poprosiła, żebym przypomniała sobie jeszcze więcej chwil, w których było nam razem lekko, beztrosko i radośnie. I zaczęłam sobie przypominać jak się całowaliśmy, jak grał na gitarze, jak tańczyliśmy nago, jak chodziliśmy za ręce po Lesie, jak spacerowaliśmy w ciszy, jak medytowaliśmy razem, morze, Ocean przyjemności! I ona mówi: a widzisz, ile tego jest? Pamiętaj, to nieprawda, że zawsze jest ciężko. Pamiętaj o tych chwilach zawsze- Wam jest ze sobą lekko, przyjemnie i beztrosko. To jest prawda. Przebudziłam się zupełnie. Zadziała się magia. Dziękowałam jej. Czułam się szczodrze obdarowana. Odeszłam w Radości, Miłości i z lekkością w Sercu. Co Ci zrobiła? Zapytał Seba. Opowiedziałam szczerze i to było wspaniałe, że mogłam przy nim być sobą, mówić swoją prawdę i on rozumiał, a ja się z nim widziałam dopiero drugi raz w życiu. Trochę się bałam, że go nie ma i jest tak ciemno a ja nie wiem przecież gdzie jestem tak naprawdę. Okazało się, że on przechodził obok mnie kilkakrotnie, ale był tak bezszelestny, a ja tak bardzo w innym stanie świadomości z Topolą, że nie zarejestrowałam tego. Ale był blisko i czuwał, czułam się bezpiecznie.

DZIEŃ BRZOZOWY I ZASIADKA NA ŁĄKACH (Sebastian) 

Do ostatniej chwili nie wiem do końca gdzie dziś ruszyć. Pogoda znów niestabilna. Myślę nad Jesionowym Szlakiem, ale ostatecznie decyduję się ruszyć pod brzozy, tam dużo zwierząt, a w razie deszczu będziemy mieć w pobliżu ambony – ewentualne schronienie. Pod brzozami incydent. Gdy rozsiadamy się pod brzozami, dzieje się…dziwnie. Bo tu nieopodal są ule. Pszczoły zajęte swoimi sprawami, nic sobie z wędrowców nie robią. Zwykle. Tym razem jakoś jedna brzęknęła mi koło ucha, po czym widzę jak Maria odskakuje. Ukłuła ją. Lekko. Siedzi na bluzie. Odrzucam ją w dal, jednak owad wraca i tym razem wplątuje się we włosy, jakby uparcie chciała dokończyć żądliwego dzieła. Nie sposób było jej wyplątać… Trudna decyzja… Prowadzę Marię do dwóch innych brzóz kawałek dalej, a ona zatapia się na długi czas w medytacji. Kiedy wraca do mnie ponownie, wiele staje się jasne. Brzozy wyjaśniły zdarzenie.

– ‘’Przypadłaś do mnie tak nagle, bez powitania, nie zapytawszy nawet czy chcę abyś wchodziła w moją przestrzeń. Ja rozumiem, entuzjazm, radość, ale my drzewa też mamy swoje sprawy, i nie zawsze każde będzie gotowe czy miało ochotę spędzić z Tobą czas. Zapomniałaś o szacunku i uważności. Dlatego zawołałam pszczołę, która skutecznie odpędziła Cię od mojego pnia. ‘’

Zdumiony byłem słysząc te wyjaśnienia, i zdziwiony, że i mi się nie oberwało. Być może akurat tamte dwie, pod którymi siadłem, nie miały nic przeciw. Przyjaźniąc się z drzewami, bywając u nich często, popada człowiek w taką rutynę, że o pewnych sprawach grzecznościowych zapomina. Inaczej też traktują drzewa ‘’swojego’’ człowieka którego znają, a różnie mogą zareagować na kogoś obcego, jeśli nie mają ochoty. Przywykłem postrzegać brzozy jako z natury już przyjazne i chętne do pomocy, co by się nie działo. Tymczasem cenna lekcja dla nas obu. Kto pamięta Dęba Radosława, który szerszeniami straszył i muchami końskimi poganiał?

Na łąkach rozkładamy się na kocu. Ziemia po deszczach, bije chłodną wilgocią, trzeba podłożyć jeszcze bluzy. Ptaki dopisują. Na skoszonej przestrzeni popasają szpaki, śpiewa potrzeszcz na szczycie zaschniętego krzewu. Topolowy szpaler za plecami szumi jak ocean, wiatr jest dość mocny. Ale nam nie wieje. Osłania nas roślinność. Zwinne jaskółki popisują się w swobodnych pląsach, polują grupowo, trzymając stale jednego miejsca. Z nad olsu wypływa powietrzny majestat – czapla siwa, w podróży pewnie ku kolejnemu zbiornikowi. Jakiś zawzięty, a odważny ptaszek goni za mniejszym ptakiem drapieżnym – ten umyka, może nie ze strachu, a raczej z obawą przed byciem wykrytym i ‘’okrzyczanym’’. Kontakt z ziemią daje uczucie łagodności, ukojenia. W chwilach rozmów uczymy się rozpoznawać ptasie śpiewy. Czas biegnie jakoś szybko. Nie wiadomo kiedy, słońce przysiada pod horyzontem. Żaden zwierz się nie pokazał. Póki jasno, przemieszczamy się do innej łąki na ambonę. Tutaj powinno coś się dziać. Nie pomyliłem się. Nie siedzimy długo, gdy oto skrajem łąki przekrada się lis. Jednocześnie z innej strony wychodzi sarna. Nie wiadomo na co teraz patrzeć. Jest ciepło, miło, lekko. Mimo, że grubo po godzinie 22, widoczność nadal przyzwoita. Białe noce. Wiatr się uciszył. Chwilami słychać żaby, to wreszcie do moich uszu dociera terkotanie trzcinniczka, i psotne naśladowania rokitniczki. Na te ptaki liczyłem. Ale i tak jest jakoś mniej, niż w poprzednich latach. Pamiętam czasy, gdy te bagna wręcz grzmiały całą nockę nawoływaniami różnych mieszkańców. Pas olch rosnących na rowie odcina się ciemnym rytem, na tle nie chcącej przygasnąć łuny zachodu. Tworzą osobne widowisko. Drozdy śpiewają na potęgę, jakby chciały zatrzymać w pieśni poblask minionego dnia. Wokół wirują nietoperze. I wtedy dostrzegamy kolejnego lisa. Łąka dopisuje. Maszeruje tak samo wzdłuż pasu zarośli przy rowie, a za nim… Po drugiej stronie rowu, gramoli się spory dzik! Jest łaciato – pstrokaty, z różowym, cielistym akcentem. Ciekawa sztuka. I pewnie gdyby nie lis, w ogóle byśmy go nie zauważyli. ‘’I tak powinny wyglądać lekcje przyrody’’ – mówi oczarowana Maria, słuchając moich szeptanych opowieści o sprawach bagiennych ptaków. Bardzo chętnie – tylko które dziecko wytrzymałoby tak długo w ciszy i bezruchu? Wypijamy gorący rumianek z termosu.

Wygląda na to, że księżyc już nie pokaże. Podejmujemy powolny powrót, maszerując cicho przez ciemny las. I on jest cichy. Drzewa jakby przepuszczały nas łagodnie. Na ugorze podzwaniają świerszcze. Mijamy brzozy. Jedna z nich szeleści, zaczepia. Przystajemy.

🌼 MARIA: Brzoza pod srebrzystym obłokiem

Idziemy, idziemy- Brzoza coś do nas szeleści, kiwa nam, stoimy chwilę przy niej. Czuję intensywne mrowienie w dłoniach. Idziemy dalej i mówię o tym Sebastianowi. A, to nas zaczepia- odpowiada. To zostańmy chwilę przy niej- proszę. Podchodzę do niej i ogarnia mnie Radość- że mnie zawołała, że chciała za mną kontaktu. Dziękuję jej za to. Wypełnia mnie strumień Radości, Miłości. Jak jej się odwdzięczyć? Zaśpiewam- śpiewam jej piosenkę o Matce Ziemi, piosenkę wdzięczności za Życie. Mówię, że ją kocham, na głos. Dziękuję. Chwilę tak trwamy przytulone i odchodzę. I przychodzi do mnie, że Miłość jest prosta, jest łatwa, po prostu kochać i przyjmować siebie i innych takimi, jakimi są w danym momencie, w całości, w każdej formie ekspresji. Widzieć to, co jest w nich, w sobie. Widzieć i akceptować, przyjmować, czuć. Nic więcej. Tylko tyle. I że wszystko, co mi się przydarzyło z moim Ukochanym było wspaniałe. Wszystko. Więc nie ma się czego bać. Wszystko, co będzie też może być tylko wspaniałe lub jeszcze wspanialsze, bo cały czas się rozwijamy. Radość i Miłość są proste i są zawsze w Teraz. Zawsze są. Dziękuję, dziękuję, dziękuję 

Odnośnie Topoli – myślałam, że ta pani starsza to jakaś kobieta, którą ona lubi, a to była ona sama w tej postaci, tak mi się pokazała! Cudowna! Seba mi powiedział, że one tak robią, pokazują się czasem w ludzkiej postaci. A obrazy były z pola, z przeszłości.
W ogóle Sebastian jest niesamowicie wrażliwy i otwarty. Wystarczyło jedno spojrzenie na mnie i już wiedział: „ooo, co taki smutek?” A przecież my się nie znamy teoretycznie. Nie raz ludzie mnie znają dłużej i udaje mi się ukryć przed nimi smutek, czy inne trudne emocje, przed Sebastianem nie było nic do ukrycia. On jest jak Drzewo, wszystko czuje, wszystko widzi, jest empatyczny, nie ocenia, nie stara się odwrócić uwagi od trudnych emocji. Przy nim można być sobą. Po spotkaniu z Brzozą jeszcze widzieliśmy kozła sarny blisko i świetlika. Takie to było pełne i magiczne. Potem niełatwo było się rozstać, spojrzał mi w oczy i Boże, mogłam po prostu stać i patrzeć i zanurzać się w tej głębi i pozwalać, by on wnikał we mnie. W zaufaniu. „Teraz przeszywasz”- powiedział do mnie. Taaak, czułam to, że odzyskałam swoją Moc i odwagę, znowu mogłam patrzeć głęboko w oczy nic nie ukrywając, z pewnością i siłą, a jednocześnie z delikatnością, szacunkiem i czułą Miłością. Cudowne spotkanie. Bycie z nim było dla mnie tak samo magiczne, jak spotkania z Drzewami. Człowiek- Drzewo, szaman Drzew, Leśny Druid, Quality Man, Diament wśród mężczyzn, nigdy mu tego nie zapomnę, ile od niego dostałam i ile się nauczyłam. I te oczy- widać w nich cały Wszechświat, nieskończoność… Moja Dusza się raduje, jestem na ścieżce do Wniebowstąpienia.

P00606-190455
Maria pod brzozami. 

—————————————————
—————————————————

Mimo, że jest już dobrze po północy, niebo rozświetla blask srebrzystych obłoków. Sezonowe, letnie zjawisko. Na ich złocisto – chłodnym tle, polśniewają sylwetki śpiących topól w alei. Decyduję się na powrót przez las. Inna drogą którą mogliśmy wracać, pełna jest kamieni, dziur i fal od ciągnikowych opon. Kto jechał po czymś takim, wie jaka to tragedia dla tyłka. W lesie nierówności są łagodne, rower pokonuje je lekko, jakby płynął po morzu. Na głowie oświetla nam moja latarka czołowa. Odkąd zacząłem jeździć z czołówką, zacząłem zauważać, ile nocami na polach włóczy się kotów. Nie są to zdziczałe osobniki, a włóczęgi z pobliskich wsi. Spoglądając w bok i przeczesując pola latarką, można namierzyć ich sporo co kawałek. Chodzą i plądrują – naziemne lęgi ptasie, pisklęta, gryzonie, w tym rzadkie gatunki. Zabijają blisko 650 mln małych zwierząt rocznie, głównie dla zabawy, bo przecież w domostwie czeka na nie pełna miska. Zabierają pokarm rodzimym drapieżnikom takim jak sowy, kuny, lisy, myszołowy, tchórze, łasice, tym samym zmniejszając ich sukces rozrodczy. Szacuje się się, że kot DOMOWY, który nie jest elementem dzikiej przyrody, zawleczony z ludzmi na różne kontynenty przyczynił się do wytępienia wielu gatunków, zanim zdążyliśmy je w ogóle poznać. A i u nas chronione, rzadkie maleństwa mieszkają na polach i w lasach. Wpisane na listę zagrożonych gatunków. Ziębełki, ryjówki, koszatki, popielice, smużki – giną bezimiennie, bo kto tam o nich słyszał. Dawniej istniał na wsiach zwyczaj, wypuszczać psy na noc w pola, żeby złapały sobie coś do jedzenia. Dziś podobne postępowanie wywołałoby oburzenie, a niepilnującym psów grożą surowe kary. Nie wypuszczamy też domowych królików i chomików żeby sobie pobuszowały po łące, ani nie wpuszczamy rybek z akwarium do jezior, mówiąc ‘’no taka natura tego zwierzątka’’, jak zazwyczaj opowiadają właściciele kotów. Kanarka, żeby sobie polatał po dworze. Jesteśmy odpowiedzialni. Rocznie w samym koty USA zabijają między 1,3 do 4 miliardów ptaków i między 6,3 a 22,3 miliardów małych ssaków. Dodatkowo zabijają 650 milionów gadów i płazów – też rocznie. Według australijskich badaczy koty przyczyniły się do wymarcia przyjemniej 27 gatunków ssaków i zagrażają kolejnym 127. Brytyjskie badania wskazują z kolei, że koty odpowiadają za śmierć 30% populacji wróbli w tym kraju. Jakaś ‘’pociecha’’ w tym, że włóczące się koty są dość sprawnie wyłapywane przez lisy, a i często rozjeżdżane przez samochody. Oh, jakże lamentują wtedy ich właściciele. ‘’Zaginął kot’’ – ogłoszenie tej treści można spotkać w sezonie na co drugim przystanku. Wielu tych tragedii ludzkich i zwierzęcych można by uniknąć, gdyby odpowiedzialność. Ot, tematy wędrowne, bywają różnorodne. Co do kotów, pozostajemy zgodni.

Rowery suną płynnie. Co jakiś czas oglądam się za siebie spojrzeć czy Maria nadąża, zawsze jest blisko. Mnie pochłaniają aksamitne aromaty kwitnących bzów, przeplatane soczystymi, mocnymi nutami kwitnących robinii. Las nocą, po deszczach zmysły dopieszcza. Kozły saren pochrapują ostrzegawczo. Prowadzimy teraz rowery, żeby ciszej. W ciemnościach śpiewa lerka, skowronek borowy. Jej melodyjny gwizd przenika między drzewami, jakby szukał ścieżki przez labirynt. Co za urok. Niebo już majaczy się delikatnym, choć odległym jeszcze świtem. Pogrążone jeszcze w blasku srebrzystych obłoków. I wtedy go widzimy. Jeden z kozłów saren ustawia się dokładnie na tle tej magii, stamtąd nasłuchuje i obserwuje naszego przemarszu. Myśli pewnie, że jest niewidoczny w ciemnicy, tymczasem podziwiamy go w całej krasie lornetką. Podążamy dalej. Na ziemi pobłyskuje zielonkawe światełko. Jest tak subtelne, delikatne. To świetlik! Przystajemy zachwyceni i przyglądamy się robaczkowi. Pełznie wytrwale, przypomina larwę. Mruga. Jest okazja, by owadowi dokładnie się przyjrzeć. A wszystko to pod Krzesimirem. Znów pojmuję, dlaczego ‘’impuls’’ zawołał aby jednak wracać przez las, choć to dłuższa trasa. Knieja na sam ostatek, chciała zapisać się w naszych sercach czarami.

P00603-160818
Lornetkowe obserwacje ptaków nad bagnami. W obiektywie moich gości.

A jeśli i Ty masz ochotę na jedno, dwu, lub trzy dniową, albo i nocną wędrówkę pośród Drzew Mocy, pisz i pytaj śmiało. Razem wymaszerujemy naszą… Transformację, przygodę, czy opowieść. Na wyprawę możesz zabrać kogoś bliskiego, rodzinę, partnera, dziecko. Do zobaczenia na szlaku ^^

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Siostra Burzy. Czarna Topola opowiada o Żywiołakach.

Nowe miejsce do którego trafiłem niedawno, pełne jest starych, wspaniałych drzew, wielkich i silnych, na których wyryły się nieopowiedziane historie. Regeneruję się tutaj, słuchając godzinami jak szumią. Czarna Topola to na tyle rzadkie drzewo w okolicy, że zawsze przykuwa moją uwagę. Wygląda nietypowo. Strzelista, choć mała jak na topolę jeszcze, jakby czegoś jej brakowało. Widzę z daleka, że jest wyjątkowa, jednak dopiero za czwartym pobytem puszczam się na przełaj przez pole, aby pod nią stanąć. Ciekawi i ciągnie magnetycznie.

Witaj żołnierzu, nareszcie… !

Powiada, zanim jeszcze zbliżę dłoń do pnia. O rety! Zwykle aby drzewo choć troszkę się odezwało, trzeba poświęcić mu więcej czasu. A ja nie jestem w formie. Ale to chyba nie ma dla nich znaczenia… Żołnierzu? Śmieję się. I śmieje ona. Ma nastrój do dowcipów. No tak. Cały od czapki, po spodnie i plecak jestem na moro. Drzewa choć nie widzą, odczytują zapisy z naszych wyobrażeń i myśli, i to jest taki rodzaj całkiem dobrego postrzegania. Spoglądam na jej pień, w górę. Widzę, że główny szczyt został jej urwany, ale drugą połową jeszcze zieleni się całkiem śmiało. Na korze. W różnych punktach widać czarne kropki sadzy. Ale jej przywaliło. Z tyłu konar urwany, we wnętrzu dziura taka, że cały człowiek wejdzie. Nie wiem czy tak już miała, czy zrobiła to błyskawica. Przez chwilę myślę, że może ktoś rozpalił pożar w jej wnętrzu, ale nie. Ślady uszkodzeń i osmalenia są synchroniczne, zaczynają się od góry, przy urwanej gałęzi. Mimo tej tragedii, odbieram od Sokory jakąś wesołość, pogodę i szczęście. Nie jest smutna, nie ma pretensji, ani wyrzutów. Jakby chwaliła się, ‘’o popatrz, dałam radę!’’. Bardzo chce abym jej dotknął, przytulił. Co też robię. Po pniu maszerują ścieżką średnie, czarne i błyszczące mrówki, jakieś inne niż widywałem dotąd. Nie wchodzą na mnie. Czuję, jak od pierwszego dotyku płynie do mnie lawina informacji. Jakby chciała przekazać bardzo dużo i szybko. Zanim odejdzie. W tamtym momencie nie wiem co to, ani o co jej chodzi. Reaguje bardzo żywo. Na każde zbliżenie ręki, zryw szmeru liści. Jakby ponaglała, no dalej, zrób to!

P00522-171020

-Sirvana, mam na imię Sirvana. Opowiem Ci swoją historię.

Mówi tak płynnie i naturalnie, że aż mnie wzdryga. Nie byłem przygotowany, ani trochę. ‘’Nie mam czasu na każde drzewo’’, chciałoby się rzec. A ona kontynuuje, czysto i sympatycznie, jakby przeszczęśliwa, że pojawił się ktoś, przed kim może się wygadać. I zaczyna wyjaśniać.

– To burzowy zakątek. Jedyny taki w okolicy. Wszystkie burze, które nie docierają do Was, które widzisz z domu na horyzoncie jak przepływają bokiem, gromadzą się i szaleją tutaj. Przyciąga je jezioro i zaniżenie. Wyczułeś to ostatnio. Gdy zmieniała się pogoda. Siedziałeś pod lasem z zamiarem zostania do pózna w noc swoim zwyczajem, a jednak gdy tylko pogoda zaczęła się przemieniać, podjąłeś odwrót, czego zwykle nie robisz. Nawet się bałeś i dziwiłeś sobie. Choć w zapowiedziach waszych nie nadawali burz, zerwał się wiatr i błyskało. Umykałeś szybko przez pole, zlękniony spoglądając w niebo. Jakbyś wiedział, że może być niebezpiecznie. I dziś po południu, zanim przyszedłeś, obserwowałeś zdumiony piaskowe tornada, które utrzymywały się w powietrzu dużo dłużej niż to według Ciebie możliwe…

P00522-171049

Czekaj, czekaj. Tak, widziałem i to mnie bardzo zastanowiło! Czegoś takiego jeszcze nie obserwowałem. Niemal nie wiało, a na środku pola zaczął się tworzyć całkiem szeroki wir, na obszarze kilkunastu metrów. Porywał liście, gałęzie, pył i paprochy, zachowywał się jakby był żywy! Słoneczna pogoda. Zastanawiałem się wtedy nad energiami jakie tam muszą szaleć. ‘’Piaskowy diabeł’’ zaczął się przesuwać i przemierzył jakieś 700 metrów nieustannie wirując i mimo to, ciągle trwając. Przedefilował sobie przez całe pole, momentami się zatrzymując. Wreszcie uderzył w krzaki, które go rozproszyły. Zwykle takie trąby tworzą się na małą chwilę, a on wariował przez 10 minut. Sunął i przystawał. Potem zrobiły się jeszcze dwa i też potańcowały. Nie widziałem jeszcze takich zjawisk w tak krótkim czasie, w tym samym miejscu. Choć fenomen fascynował, wcale nie chciałem aby przybliżyło się to do mnie, ani tam iść. Co tutaj się dzieje?

Proszę Cię. Nie przybywaj tu podczas niepewnej pogody. Nie zostawaj, nie sprawdzaj. Uciekaj. Pole ma wzniesienie, to opada w nieckę. Możesz nazywać ich ‘’diabłami’’. To bardzo stare istoty, stare jak Ziemia. My mówimy żywiołaki. Jest jeszcze inne określenie, którego byś nie zrozumiał. To energetyczne zapętlenia, nieoczyszczone żywioły, bardzo krnąbrne, napastliwe i nieprzewidywalne. Pierwotnie miały strzec czterech elementów stworzenia, ale to nie są istoty, którym można powierzyć jedno stałe zadanie. Miały kształtować i przywracać równowagę. Zdziecinniały już troszkę, stare są. Wykorzystują pozostałości po wydarzeniach okolic, odtwarzające swój spektakl. Próbują porozumieć z różnymi bytami. Chciałyby niszczyć. Tańczą więc z powietrzem i piaskiem, starając się otworzyć swój wymiar i wywołać pogodowe zamieszanie. Wtedy czują się najlepiej, rosną w siłę. Aby ta sztuka się udała, potrzebują naszej pomocy, drzew. Zwykle tego nie robimy, znając do czego są zdolne. Ale bywa, potrzeba przyciśnie… Czasem pomagałyśmy im, dla deszczu. I są ofiary. Ta jabłonka tam w oddali – widzisz? Naraziła się im. Teraz stoi sucha, pełna martwych jemioł, rozwalona, w rozsypujących się kawałkach. Ją też uśmiercił piorun. . Widziałam, jak nawet wcale niewielki tuman rozkręcił się na tyle mocno, porywając gniazdo skowrończe z pisklętami. Przez korę słyszałam ich rozpaczliwe wołania. Dobrze czułeś, aby się do nich nie zbliżać. Intuicyjnie nawet wtopiłeś w drzewa za plecami, stając niewidocznym. Ale żywiołak Cię wyczuł. One wiedzą, kiedy ktoś czegoś nie chce. Był ten moment, gdy nieco zboczył z kursu, a Ty powtarzałeś sobie ‘’tylko się do mnie nie zbliżaj’’. Mogą jeszcze próbować zwrócić Twoją uwagę. Nie bój się, obserwuj, ale i nie wołaj. Często je tu zobaczysz. Sama Twoja obecność może je wywoływać do życia, nawet nieświadomie. Jeśli miejsce i energie są odpowiednie.

Rzeczywiście, ta jabłonka w oddali wygląda strasznie. Muszę się jej przyjrzeć. Jakby spadła na nią lawina kamieni z nieba. W oddali inne drzewo wygląda podobnie. Co za jakieś żywiołaki? Zwykłe trąby powietrzne. Że jeszcze człowiek może je wywoływać? Czarna Sokoro, Płomieniu Cienia, Córko Błyskawicy. Jakkolwiek absurdalne by to nie było, uwielbiam takie opowieści.

– Ale to wszystko nie jest istotne – rzecze. Chciałam Ci pokazać i opowiedzieć jak u mnie było. Ja, Sirvana. Zbliż mi się tu, bliżej.

Przytulam czoło do pnia i jedną rękę. Odbieram czystą przyjazn, skierowaną do mnie. Radość mojej towarzyszki. Nikt się nie przejmuje, że nie ma słów. Są obrazy. Wnet robi się ponuro. Granatowo. Chmury, późny wieczór, odgłosy gromów, błyskawice. Burza nie nadchodzi, już trwa i szaleje. Pachnie świeżość i chłód wilgoci. Strzelisty pień drzewa trzeszczy, skrzypi, pochyla w mocowaniu z rozszalałym wiatrem.I słyszę jak grzmi… burzowa pieśń Czarnej Topoli.

W noc błyskotów stałam sama,
Mocno wiatrem poszarpana

Niebo lśniło błyskiem, gromem
Trzęsło całym moim domem

Bije w ziemię iskra światła
Kamień topi jej moc nagła

A ja jestem, czuję w ziemi,
Jak przenika do korzeni

Prąd

Dymi wokół czarny swąd
Chciałabym uciekać stąd

Nie wiem co się ze mną stało
Moje ramię, trzask, urwało

Płomień dotknął suche ciało,
Oh jak parzy, tak – bolało

Lipa woła zatroskana,
Jaka straszna Twoja rana!

Pomóc mogę Ci Kochana
Zaśpiewała wnet do chmury,
By ratunek przyszedł z góry,

Rozgorzała w takt ulewa
Gasząc pożar wnętrza drzewa

Trzęsą się od grzmotów głazy
Było tu tak wiele razy,

Nie myślałam, nie sądziłam,
Że godzina ma wybiła

Więc po prostu powiem Tobie,
Jeszcze mogę rosnąć sobie

I połowa pnia, co żywa,
W kanalikach, tam przepływa

I choć dni mam policzone,
To co dobre, w siebie chłonę

Liście moje uniesione
Słońcem są błogosławione

Czekam tutaj pośród marzeń
Co przyniesie rzeka zdarzeń,

Ile mogę, to przestoję
Już przetrwałam i nie boję,

Po to chyba mnie spotkało,
Nawet to, co zabolało

Abym sobie przypomniała
I już nigdy się nie bała

Moja podróż była długa,
Niesie tą opowieść struga,

A historię mą odczyta,
Kto przystanie, i zapyta

Cieszę, że są jeszcze ludzie,
Co wspierają drzewo w trudzie,

I tak bardzo bym też chciała,
Aby ludzkość pomagała,

Mogę przeżyć lata spore,
Gdy otrzymam gdzieś podporę

Wspomnij w słowie swym Sokorę
Nie bacz na me ciało chore

Sercem słuchaj, pojmij sedno
A opowiem Ci niejedno

P00522-171122

Spoglądam na spróchniałą, sponiewieraną ciosami mądrość, rosnącą przede mną. O Sirvano, Córko Burzy, oblubienico Żywiołów. Jakim zaskoczeniem dzisiaj jesteś. Grom przetrwałaś i póki żyjesz opowiadać będziesz swoją legendę wędrowcom. Przyjechałem do buków, dębów i klonów w polnej kępie, spędziłem z nimi kilka godzin, a tymczasem ‘’przypadkowa topola’’, na którą zda się nie miałem już czasu, zawołała, podjęła i przyjęła z ciepłem i gawędą swojej historii. Zaskoczyła jej pogoda nastroju, mimo zdarzeń jakie ją spotkały. Gdy wracam przez pole, jeszcze nie wiem jaką opowieść otrzymałem. Spisuję dopiero po dwóch dniach, gdy drzewo jakimś olśnieniem przypomina o sobie. I oto przedstawiam Wam – Sirvanę, Córkę Burzy.

🌲 Zapraszam też na indywidualne sesje przesłań Drzew Mocy, wspólne wędrówki w przyrodzie oraz wiosenno – letnie warsztaty:
https://szeptykniei.wordpress.com/warsztaty-wydarzenia/

🍁 Więcej leśnych opowieści zawsze do poczytania mojej w książce ‘’Szepty Kniei’’ która zawiera blisko 700 stron magicznej podróży po świecie przyrody. Do zdobycia także w formie ebooka. Z dowozem na terenie krajów wspólnoty UE. Można zamówić ją tutaj, całodobowo:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

thumb-1920-86931

Przycinanie wierzb. Ogławiają drzewa, gałęzie palą na stosach.

Przycinanie wierzb, w Polsce to już taki narodowy rytuał. Każdą w zasięgu ogławia się ‘’na pałę’’ no i społeczność podziwia jakiś czas sterczące kikuty, a potem tak zwane ‘’wierzby głowiaste”. Ale spoglądając na takie obrazki, nie rozumiem. Sezon lęgowy ptactwa, a gałęzie pozostawione na stosach lub palone w miejscu. Zrozumiałbym jeszcze gdyby ktoś biedny w istocie rzeczywiście potrzebował się ogrzać i ten materiał dostarczono by potrzebującym. Zbudowano coś. Wykorzystano zielarski surowiec. Nic z tych rzeczy. Kopce obciętych gałęzi podpalane są na ogromnych stosach i płoną, godzinami wraz ze wszystkimi owadami, larwami, gąsienicami, jajami, kokonami zimujących stworzeń i tych którym nie udało się uciec. Wierzby już łyse na rowkach stoją, tam mogłyby rozbudować rozłożyste korony i szumieć sobie w spokoju, nie stanowiąc dla niczego zagrożenia. Bo przecież nie ma czegoś takiego jak ‘’wierzba głowiasta’’ , każda z wierzb rozbudowuje potężne korony i tworzy ogromne konary. Rosną jak wszystkie inne drzewa. Rzekomym przyrodniczym argumentem ma być to, że tak zniszczone drzewo wytworzy potem dziuple potrzebne ptakom. Myślę, że to jest bardzo naciągany ‘’argument’’ mający uzasadnić bezsensowne z gruntu poczynania człowieka, aby poczuł on, że robi cokolwiek dobrze. Na rzecz kultu samej pracy dla pracy. Coś jak betonowanie i pogłębianie rzek. Sęk w tym, że wierzba ‘’sama z siebie’’ nawet ani razu nie przycięta już wytwarza dużo dziupli naturalnie, jest to ulubione ptasie drzewo gniazdowe wielu gatunków. Jak ktoś nie wierzy, polecam poszukać takiej ogromnej nie dotkniętej cięciami i zobaczyć ile one mają zakamarków. Dziuple odpowiednie dla szpaka, dudka, sikory, kowalika, pójdźki można odszukać na każdej starszej wierzbie, której nie trącił sekator. Jak już ktoś koniecznie chce pomagać i nie wie co z rękami zrobić możnaby wierzbę ogłowić 2-3 razy za jej życia i to w zupełności wystarczy, aby wytworzyła potrzebne dziuple. Spójrzmy na ogołocony, wystawiony na ekspozycję wiatru, deszczu i słońca łysy pal. Pytanie za 100: Co wybierze ptak? Każdy z nich woli osłonę gałęzi i zielonych pędów, które dadzą poczucie bezpieczeństwa, osłonią, ukryją lęg i pisklęta. Ale przycinanie wierzb to narodowy rytuał, tradycja jakby. Dawniej miało to swoje uzasadnienie. Z obciętych pędów budowano płotki, pleciono kosze, palono w piecu, używano do budowy tratw i innych pomysłów, słowem miało to praktyczne uzasadnienie. Dziś mówi się o biomasie, jakkolwiek nigdy jeszcze nie widziałem aby to było gdzieś wywożone. Tak jak na zdjęciu: Pali się na miejscu w ogniskach, i zostawia sterty popiołu. Widzę to już któryś raz, dlatego powątpiewam i pytam. Uważa się też, że jak już raz zaczęto, ogławiać, to już do końca trzeba regularnie, bo inaczej drzewo się rozleci. Inni z kolei uważają, że takie zabiegi przedłużają życie drzewa, bo ona sama i tak się rozpada. Gdy czytam takie treści, ubolewam nad tym jak ”głupia” ta natura być musi. Takie drzewa stworzyła, co same nie potrafią rosnąć… Przeczą też temu moje obserwacje terenowe. Widziałem już wiele wierzb ”zapomnianych” w ogłowieniu, rosną, mają się świetnie i próbują odbudowywać korony. To że się rozpadną czy jakiś konar się obłamie, nie powinno nikomu przeszkadzać – w końcu rosną na totalnych odludziach, nie stanowią żadnego zagrożenia wobec niczego. Jak przeczytać można na blogu siedemWierzb:

”Ogławianie drzew – nawet wierzb – to ich okaleczanie

”Pora wreszcie spojrzeć na same drzewa, a nie tylko, jak dotychczas, oceniać usługi, które nam i innym stworzeniom świadczą. Jak się mają ogławiane wierzby?

Ogławianie wierzb to nawet nie duży rozmiarem cięć w obrębie korony, a zwyczajnie całkowite jej usunięcie. W przypadku innych gatunków wycięcie 30% to już okaleczenie, a 50% – zniszczenie drzewa. Dlaczego 100%  bywa wciąż tolerowane w przypadku wierzb? Czy naprawdę tak nisko je cenimy?

Proponowane przez zwolenników cykliczne ogławianie co pięć lat też nie działa na drzewa pozytywnie. Tyle czasu nie wystarczy, by zasklepiły rany i się odbudowały. Z każdym kolejnym cięciem jest coraz słabsze, a z upływem lat coraz trudniej mu wypuścić nowe witki, które wypuszczą liście wytwarzające wystarczająco pokarmu, by odżywić cały organizm.Nieumiejętne cięcia nierzadko prowadzą też do rozerwania drzewa i jego przedwczesnej śmierci.

Chcemy podkreślić to jasno: nie, głowienie drzew nie wydłuża ich życia – żadnych drzew, ani wierzb, ani topoli. Choć wielu może twierdzić, że takie stresowanie roślin stymuluje je do wzrostu, a kruchym wierzbom wręcz pomaga.

Nie, najzwyczajniej w świecie ogławianie drzew to po prostu ich krzywdzenie – rany, które musi zagoić i które sprawiają, że jest podatniejsze na choroby. Jeśli jakieś drzewo jest łamliwe i może stanowić zagrożenie, jak na przykład wierzba krucha (Salix fragilis), to trzeba o nie dbać, pielęgnować, usuwać suche gałęzie, a nie od razu ogławiać.

Ludzie na wiele różnych sposobów próbują uzasadnić swój gwałt na przyrodzie, zbagatelizować swoje działania i oszukać samych siebie. Warto słuchać innych głosów niż ten wewnętrzny, wciąż nas usprawiedliwiający i wybielający. Poniżej zamieszczamy wypowiedź specjalisty, osoby od dziesiątek lat zajmującej się pielęgnacją i leczeniem drzew. ”

Cięcie ogławiające to zmora polskiego krajobrazu. Szczególnie jest to widoczne poza miastem, na terenach wiejskich, gdzie z nastaniem wiosny masowo pozbawia się wierzby całkowicie koron. Na szczęście gatunek ten stosunkowo szybko odbudowuje utraconą masę wegetacyjną, ale dzieje się to kosztem energii, którą drzewo normalnie spożytkowałoby na walkę z infekcją. W efekcie, wcześniej czy później, kończy się to śmiercią lub wyłamaniem takiego drzewa.
Zbigniew Chachulski, Pielęgnowanie i leczenie drzew starszych, s. 68

Powiecie, że ‘’ale to przecież wierzba, jej to nie szkodzi, zaraz odbije’’

Z perspektywy drzewa: Już było dobrze. Przyszli dawniej jacyś, zrobili szkodę. Udało się odbudować gałęzie i nawet odtworzyć część konarów. Jest jeszcze szansa aby wykształcić jakąś koronę i chwytać liśćmi jak najwięcej słońca, aby odżywić masywny, wystawiony na wiatry i stromiznę rowu pień. Korona to coś bez czego żadne drzewo się nie obejdzie. Z ewolucyjnego punktu widzenia wierzba przystosowana jest do tragedii. Zamieszkuje wilgotne środowiska w których łatwo o próchnienie i gnicie, jest też podstawowym budulcem i menu dla bobrów. Jednakże bobru nie ogołacają drzewa doszczętnie. Dziesiątkują tylko młode, dla wysokich, grubych i starych nie stanowią aż takiego zagrożenia. Wierzba wie o tym wszystkim, dlatego łatwo ‘’się sieje’’ i rośnie, aby młode siewki ocaliły starsze pnie. Bobrowi nie chce się często napoczynać olbrzyma, jeśli wokół pod dostatkiem młodych pędów. I to że wierzba ‘’odbija’’ to nie dlatego że cięcie pobudziło ją do życia i się cieszy, tylko po prostu chce się szybko ratować. To normalna strategia obronna każdego drzewa, bo trzeba wykształcić gałęzie z liśćmi, które pobiorą energię dzięki czemu utrzyma się żywy pień – statyka. Podcinanie przez łakome bobry to jedno, a całkowite ogołacanie drugie. Natura nie przewidziała czegoś takiego. Dla drzewa taki jednorazowy zabieg skraca mu życie o dobrych kilka – dziesiąt lat. Każdy biały ślad trzeba załatać twardzielą i pokryć korą aby powstrzymać grzyby i bakterie, które tylko czekają momentu słabości, żeby zacząć toczyć rozkład. To co widzimy to rozpaczliwy ratunek przed klęską, a nie ‘’żywotne odbijanie’’. Robić coś takiego, w czasach suszy, kiedy każde drzewo z pełną koroną działa jak ogranicznik i zwiększa wilgotność w swoim otoczeniu. Ileż liści zrzuci w pole, użyźniając je próchnem. A ogołocony pień? Będzie ‘’ciągnął’’ wodę i wszelkie dostępne składniki, aby utrzymać się przy życiu. Jeśli chodzi o drzewa, pora by zmienić już perspektywę. Zacząć dostrzegać ich reakcje takimi jakimi są. Zwierzętom jakoś potrafiliśmy przyznać zdolność do cierpienia, odczuwania bólu, świadomości i zdolności intelektu, w kwestii roślin powielamy archaiczne stereotypy sprzed epoki. I pomyśleć, że każda z tych wierzb mogłaby być wspaniały, rozłożystym drzewem, zachwycającym mnogością plątaniny ramion – konarów, pełną ptaków, gniazd, dziupli, owadów, żyjątek. Człowiek woli ‘’kształtować’’. Nawet na pozornych ‘’odludziach’’, żadna wierzba nie może czuć się bezpieczna i może ponieść bezsensowną ofiarę tylko dlatego, że jest wierzbą, ot. Potem patrzeć jak snujący się pod nią ‘’opiekunowie’’ palą kawałki jej ciała, bezsilnie sterczeć wśród woni dymu własnych zgliszcz. Czuć – zapach i bezsilność. Dlaczego tym drzewom przypisuje się całą paletę energii, guseł i różnych groźnych niekiedy zamiarów, przestaje mnie dziwić. Wiele musiały z nami przejść. Strach przed płomieniami, tak blisko…Niech idą, niech odejdą jak najszybciej, zostawią mnie samą! I poszli. Sterty gałęzi zostawili. I smutek. Wierzba płacząca. Wierzba smutna. Wierzba krucha. Wcale nie! Wierzba poteżną stać się może, wspaniałą, wielką, bogatą i wesoło brzmiącą pieśnią ptasią. Nie pozwalamy im na to. Boimy się dostrzec wspaniałości bo i może gdybyśmy zobaczyli jaką obfitość potrafi wyczarować wokół siebie drzewo, byłoby nam bardzo wstyd? Wszak my tylko przychodzimy i niszczymy. Bo można, ‘’bo trzeba’’. Jak się przypomni, wrócą znów spalić resztę gałęzi. ‘’Prace pielęgnacyjne’’ rzekną. Prace bezsensowne, zabójcze, które jednak przetrwa tworząca nić życia przyrody. Może któregoś dnia zapomną i zostawią. Może już ich nie będzie. Robią przecież wszystko, aby tak się stało. Drzewa o tym wiedzą, dlatego i wybaczają. Z uporem, a ufnością, czekają dnia sprawiedliwości, kiedy każde z nich rozrośnie się tak jak zechce. One słyszą Ziemię. Rozmawiają z nią. Są pewne więc, że ten dzień nadejdzie. Obok ambona myśliwska stanęła nowiuteńka. Teraz to ona ‘’zdobi’’ horyzont, zamiast czupryny drzewa. Być może to był powód. Odsłonić sobie pole do ostrzału. Patrzę na goły pień, pełen blizn, sęków, historii, trudów, zmagań, walki, woli, pracy. Opowiada kawał dziejów. Na tle żółtego nieba w polnej pustce, jego kształt przypomina serce.

Dziękuję za odwiedziny w Krainie Szeptów. Po więcej leśnych rozważań, opowieści i przemyśleń zapraszam do swojej książki ”Pamiętnik Wędrowca”, albo ”Szepty Kniei”. Dostępne są one w formie e booka, oraz na życzenie papierowej. Po złożeniu zamówienia kurier dowiezie, nawet na terenie krajów całej UE. Zamówienia można składać całodobowo tutaj: 
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

100539345_1160550924294859_2299796915031638016_n

100477746_1160551060961512_8543297208580046848_n

Drzewa pomagają uwolnić lęki i traumy. Dębowy rytuał uwolnienia doświadczeń.

To długa historia. I nieco szalona, jak te wszystkie z ‘’moimi’’ Drzewami. Przyśnił mi się dzisiaj Radosław z kręgu starców rad. Pod postacią drzewoluda wręczył mi do rąk dwa żelazne topory i rzekł srogo:

– Idz z nimi przez życie, a w razie potrzeby wyrąb sobie drogę.

Jako, że sen był już półświadomy, przekornie zapytałem;

– A co jeśli na mojej drodze wyrośnie Drzewo? 😂

– To je omiń!! Zagrzmiał i zniknął.

Pamiętam kiedy pierwszy raz pokazał się pod postacią tego wojownika trzaskającego toporami, ja napisałem o tym, że były to drewniane. Bo niby skąd drzewo ma mieć żelazo? Umysł… A on powiedział tylko:

– Pamięć ziemi. Jest w niej metal. Znamy go. Czemu się dziwisz?

I już wiedziałem kogo mam dzisiaj odwiedzić. Jadąc do lasu zastanawiałem się o co może mu tak do końca chodzić, bo zauważyłem, że lubi posługiwać się człowiekiem, do jakichś swoich planów. Modrzewie, brzozy, i klony wokół coś szemrają…

– On się uparł na Twoje przewodnictwo. Chce zrobić z Ciebie swojego wojownika. My się z tym nie zgadzamy. Bo lepiej żebyś korzystał z wszystkich drzew, odkrywał je, i przekazywał co chcą powiedzieć. Ma też główny cel…

I już wiedziałem, o co mu chodzi w zamyśle. Ciekawe czy się wkurzy, że go przejrzałem.
Szybka myśl do niego i tłumaczę;

– Rado, nie ocalę Twojego lasu ani naznaczonych braci. Tego nie da się tak szybko, łatwo zrobić. I nie pomogą tutaj wirtualne topory w śnie…

Co ja mu gadam. Zaraz się wkurzy i mi nie pomoże.

Skręcam w dróżkę obok Dębu Gromca – Strażnika Jedności, i kawałek dalej się zaczyna. Dopadają mnie roje jakichś much. Nie takich ‘’zwykłych’’ te są jakby bardziej podłużne. Jest ich z 30, włażą pod ubranie, we włosy, nie mogę się ich pozbyć. A jestem już spryskany środkiem na komary i kleszcze. Próbuję je zgubić rowerem. Gdzie tam! Dolatują kolejne, i opętują mnie aż docieram do dębu – wojownika. Tam szalone machanie i pryskam się dodatkowym badziewiem na meszki. Wtedy odpuszczają.I nagle nie ma ani jednej. Gniew Radosława….

Mimo to, witam go z szacunkiem, bo to lubi. Mam wrażenie, że drzemie. Wypowiadam więc jego imię na głos i proszę aby się obudził. To był bardzo dobry ruch! Bo pokazuje mi wibrującą jasną falę mojego głosu, która wnika w jego pień i powoduje reakcję. To ciekawe doświadczenie, bo od tego momentu nie mam wątpliwości, że lepiej mówić do nich na głos. Odpowiada mi gromkie;

– Buuuuchhh! Po coś tu przylazł… Mało ci much?

– Wezwałeś to jestem. A kto mi się śnił? Żywopłot? 😅

Potem staram się wytłumaczyć, że lepiej aby ludzie korzystali z Drzew Mocy, czytali szepty i przekonywali się do ich leczniczej energii. Że w ten sposób zdziałamy więcej dla wielu. Opornie daje się przekonać. Dochodzimy do jakiegoś porozumienia. Do dębu jechałem, aby uwolnić pewne dawne i bardzo mocne lęki. Czemu nie do Krzesimira na przykład? O tym potem. Proszę go, aby z swoją pomocą pomógł mi wywalić te strachy. To był chyba najmocniejszy proces jaki przeszedłem dotąd wśród Drzew…
Rad, chce działać od razu, bo ‘haha, co to dla niego’’. Wtrącają się Jesiony. Delikatnie, u góry dotykają w koronie dębowych liści; trwa rozmowa. Narada. Przekonują go do swego sposobu i oferują pomoc. Chcą wziąć w tym udział wszystkie, że tak będzie dla mnie lepiej. Wokół odpowiada szum kręgu. Drzewa zaczynają śpiewać! Lecą piękne rymy, których nie zapamiętałem. Cieszą się, że jestem już świadomy swej blokady, i że obdarzą mnie wszelkim wsparciem, kiedy tylko będę potrzebował. Pomogą w przekazach.. Mam pytać, jeśli bym czegoś nie wiedział. Dogadali.

Powoli odczuwam jego mocne pole. To taki stan, w którym masz wrażenie, że nie zatrzyma Cię żadna przeszkoda, i pokonasz każdego, kto stanąłby na Twojej drodze. Ale, po co walczyć? Jednak bardzo to lubię. Stan mi bliżej nieznany, Siła, potęga i kosmiczna pewność, że się uda. I taka zaczepna siła, prowokująca do wyzwania. Masz ochotę komuś przyłożyć…albo czemuś.

Przykładam obie dłonie do Radosława. Tulić się nie sposób, za dużo pajączków i mrówek. Za chwilę ręce cierpną i płoną jakby ogniem. Ale ma Moc…. Mówię czego chcę się pozbyć i czego dotyczy.

– Powiedz to na głos. Powiedz czego się się boisz. Śmiało! Niech las usłyszy. – pada instrukcja.

Okej.

Boję się tego że, (…..)
Lękam się, że nie poradzę sobie z (…….)
Odczuwam strach z powodu tego, że mogę zostać (……)

Czuję jakby Dąb chwytał mnie korzeniami od spodu i wciągał w ziemię. Z zamyślenia, wyrywa mnie krążenie szerszenia, który właśnie upodobał sobie pofruwać obok mojej głowy. A panicznie się ich bałem zawsze. Drętwieje cały. Strach jest, ale nie wpadam w panikę. Oswojony z nim. Szerszeń buja się przed twarzą, po czym podlatuje w górę. Ja w napięciu odskakuje parę kroków w tył. Nie wytrzymałem. Wiem, że Rad zrobił to celowo. Jestem dość wściekły.

– I jak mam się skupić ?? Jak mamy pracować? Co, szerszeniem będziesz mnie szczuł jeszcze? Dobrze się k…. bawisz? Zauważyłem, że gdy rozmawiać z nim bardziej arogancko, i reagować sążniście rozmowa staje się jak równy z równym. Męska. Nie próbuje wtedy szydzić i wjeżdżać na ambicję.

Chwila i wszystko staje się jasne. Po co to. Przecież to mój strach…przyleciał. Przez dłonie przebiegają fale ciepła, mimo oddalenia od Drzewa, a on mówi.

– No i jak się zachowałeś? Twój lęk przybył. Ja mogę coś zrobić, ale pokonać go możesz tylko Ty sam. Na tym właśnie to polega. Zrobić coś, czego się boisz. Wejść z ufnością w gniazdo szerszeni. A przekonasz się, że najbardziej są zajęte swoimi sprawami niż szkodzeniem Tobie.

Uwielbiam to, jak one uczą przez kontakt ze zwierzaczkami. Podobnie robi Krzesimir, tylko on ‘’używa’’ mrówek, larw, gąsienic…Na spokojnie. Razu pewnego pokazał mi wędrującą po nim zieloną gąsienicę. Powiedział wtedy:

– Widzisz? Ona nie ma wątpliwości i idzie sobie przed siebie. Choć nie wie jak daleka przed nią droga, i co ją spotka u kresu. Robi swoje.

Wtedy to gąsienica raczyła skręcić w bok, a po chwili spadła na ziemię.

– O, zwątpiła  Śmiał się wtedy Krzesimir. I tak się właśnie dzieje za każdym razem kiedy i Ty zwątpisz. Wracasz do punktu wyjścia.

Ponownie przykładam dłonie. Powraca gorąco i uczucie płonięcia. Mrowienie.
Teraz coś się dzieje. Boli mnie…aura… Coś wokół, eteryczne. A on szarpie tym. Wnika głębiej. Robi mi się słabo. Ledwo stoję na nogach. Ależ to boli. Jęczę jak zarzynany wół. Dobrze, że to daleko od ludzi. Zaraz się przewrócę…

– POWIEDZ TO NA GŁOS, JUŻ !!!

Grzmi nagle. Obraca mnie plecami do siebie. Opieram się o pień, słaniając. I wymawiam znów:

-Boję się tego że, (…..)
-Lękam się, że nie poradzę sobie z (…….)
-Odczuwam strach z powodu tego, że mogę zostać (……)

UWALNIAM! Krzyczę, z wyrzutem rąk w górę. Nie wiem czemu, po prostu tak się wydarza. Puszczam…

Tulę się i proszę aby na Mocy Stwórcy wszystkiego co jest, resztki tego co nie służyło, Drzewo rozproszyło w Żywiole Powietrza, pochłonęło w Żywiole Ziemi, i utopiło w Żywiole Wody.

Przypływa płacz. Przed oczami stają wszelkie sytuacje, które spowodowały nagromadzenie się tego. Osoby. Oparty o pień, oddaję się szlochom. Osuwam się. Za chwileczkę przybywa pewna lekkość.

– JESZCZE RAZ. Mówi olbrzym.

Powtarzamy cały proces znów. Targają bóle – nie fizyczne. I znowu wraca płacz. Z żalem. Ale jest dużo lepiej. Ulga. Czuję płynącą miłość, już bez piekących znamion, jak dawniej. Powraca siła.

TERAZ TO ZASTĄPIMY. CZEGO POTRZEBUJESZ?

To ważne, aby miejsce po uwolnieniu szybko zastąpić czymś innym, co pragniemy aby zagościło w jego miejsce. Proszę o ufność, wiarę, spokój ducha, pewność. Wspinamy się razem do światła, chłonąc boski blask Stwórcy. Radosław jest bardzo mocnym przekaźnikiem. Ryczę ‘’powalony’’ miłością… Czy też otulony raczej. Nagle spada z niego kropla. Potem druga. Lądują na liściu. Płaczesz ze mną? Ty? Raczej miałem wrażenie, że masz niezły ubaw z tego wszystkiego.
Usta wyschły i spierzchły, jakbym przeczołgał się przez pustynię w skwarze. Wypijam pół butelki wody. Dobrze, że wziąłem. Dostrzegam obok ślady jelenia. Wydeptane, jakby stał. Czyżby też przychodził po Moc?

Teraz rozumiem wezwanie Radosława, i dlaczego nie miał to być Krzesimir. On jest może łagodniejszy, ale nie ma tego ognia. Rozłożyłby to na kilka wizyt. I bym zapomniał. Choć za pewne ostrzegłby przed bólem. A ja potrzebowałem się tego pozbyć właśnie od razu i w całości. I cud jesionowy, że odbyło się to oględnie, bo klony pokazują, że Rado chciał to zrobić jednym szarpnięciem, żeby zobaczyć czy zemdleję. !!!

Na Dąb sfruwa Drozd i zaczyna popisywać się śpiewami. Jest późny wieczór. Teraz zaczynają się osobiste gawędy. Wypytują o moje sprawy i obdarzają dobrymi wieściami. Ale ja najpierw im dziękuję. Mówię jak bardzo je kocham, i że są cudami wszechświata. Że jestem wdzięczny za to co robią i co się tu dzisiaj stało. W tym momencie wokół, dokładnie kręgiem leci ruch liści. Dają mi odpowiedz. Dalsze cuda. Telefon jak nie miał zasięgu tak nagle chwyta, i dostaję wiadomość od bliskiej mi osoby, o której właśnie myślałem. Tym razem cały czas mówię do nich na głos, a one żywo reagują na każde dobre słowo. Śmiechy. Dlaczego one zawsze tu szumią w krąg? To miejsce naszej jedności. Chcę jeszcze zrobić sobie zdjęcie. Proszę o to młodego klonika, który mnie fotografował ostatnio. Jednak tym razem, nijak nie mogę umieścić telefonu.

– Urosłem! – Woła przepraszająco.

Pora wracać. Ale najpierw trzeba podziękować osobno srogiemu kapłanowi tego zdarzenia. Nigdy nie okazałem mu szacunku aż tak, ale teraz czuję, że powinienem. Klękam pod dębem w pokłonie..

– Dziękuję Ci potężny wojowniku, wspaniały mocarzu, za Twą pomoc i radę! Podziwiam Cię.
Szanuję Cię i jestem wdzięczny… Bądź pozdrowiony i niech Ci się dzieje najlepiej.

Korona starego wojownika szumi pomrukiem zadowolenia. Oj uparł się żeby zrobić ze mnie ‘’swego’’ faceta. Wiem to.

Długo towarzyszą mi ‘’mrówki’’ i żar w dłoniach. Nie wiem co jeszcze zrobił. Tej nocy nie zasypiam. Nie da się… Chciałoby się robić cokolwiek. Tyle energii. To są Drzewa Mocy i Wsparcia. Tylko pozwolić się prowadzić, i wiedzieć co nas boli.

34446827_588710671497086_4274287204563419136_n

Witaj! Dziękuję za odwiedziny w Krainie Szeptów. Mam dla Ciebie jeszcze więcej przesłań, przygód i opowieści, które są dostępne w mojej najnowszej książce ”Szepty Kniei”. Po dokonaniu zamówienia, kurier dostarczy ją pod wskazany adres. Można zdobyć ją tutaj: 
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

Dlaczego cywilizacje upadają?Przesłanie Czarnej Olchy.

Gdyby zapytać każdego człowieka dowolnej narodowości, zawodu, wyznania, czy pragnie on żyć w pokoju, harmonii, szczęściu i wolności – większość bez wahania odpowie, że tak. Ostatnim czego mi się chce podczas pobytu w lesie, to wgłębianie się w analizy i roztrząsanie tego co jest. Obecnej sytuacji. Kilka osób jednak zapytało. I zastanowiłem się. Skoro tak pragniemy wszyscy tego życia w dobrostanie, harmonii , błogości i szczęściu – dlaczego nam to wciąż kolektywnie nie wychodzi?
Spoglądam na skraj bagna. Świat jakże inny od zgiełku miasta, tu gdzie dziki topią swój trop w awanturniczych przeprawach, gdzie świerszczak już terkocze monotonną kołysankę, a pocieszne kurki wodne gderają sobie jak stare ciotki. Tu drzewa rachityczne i mocne zarazem, olchy, powykręcane i powalone, silne i wzniosłe choć teren i warunki niełatwe. Brzozy, sosny, dęby i nawet modrzewie, te wyglądają naprawdę słabowito. Mimo to im tutaj udaje się tworzyć i utrzymywać jakiś kawałek lasu. Rosną już lata… spoglądam na nie i myślę – jak im to wychodzi? A dlaczego nam nie? Tutaj padają jednostki, ale społeczność trwa…

-NIE POTRAFICIE WSPÓŁPRACOWAĆ, zjednoczyć się we wspólnym celu…

Kiedy wiatr przepływa po szuwarach, taka przychodzi informacja. Kto to powiedział? I jak to? Przecież tworzymy różne inicjatywy, jednoczymy się, działamy, budujemy, robimy dobre rzeczy… Olchy. Jeszcze nagie bez liści, czarne. Drżenie przenika po gałązkach najmniejszych, jakby zastanawiały się i nad moimi rozmyślaniami. Pochwyciły temat.

13339630_599553990218020_7167857093846468830_n

– ZA BARDZO SKUPIACIE SIĘ NA RÓŻNICACH. Eksponujecie je. Drążycie. To co teraz się dzieje u Was – to odbicie tych podziałów. Spójrz na drzewa. Jak zauważyłeś, jesteśmy tutaj różne. Każde nasiono które tu trafi, opadnie i wykiełkuje czyta informację – aby przetrwać, trzeba sobie pomagać. Choćby nie wiem jak było trudno. I dlatego jest mniej ofiar. Upadają nieliczni, a knieja trwa. I pomyśl sobie, nagle, że drzewa zaczynają się zachowywać tak jak ludzie. Ot dąb dąsa się na Sosne, że ta na piaskach dobrze rośnie, inny ma żal, że ktoś nad mulistym bagnem przy wodzie sobie powodzi, ten niski, ów krępy, a tamta łajza topola to już całkiem oszalała z rozpusty – na glinie sobie urosła. Co ona sobie myśli. Głupi grab, kto to widział, tyle dziupli? Szaleje zazdrość, szyderstwo i uprzedzenia. Zaczynają pod ziemią zwalczać się korzeniami, podbierać sobie zapasy, przekonywać grzyby na swoją stronę aby tylko jeden miał jak najwięcej korzyści, no i rozpychać, usychać…
To właśnie Wasze zachowania. I dlatego cywilizacje upadają, a przyroda trwa. Kołowrót życia toczy się i obserwuje poczynania Waszej egzystencji. Powoli się uczycie. A przecież cała Natura, gdy spojrzysz, woła jednym hasłem: Współpracuj! Czy mrówka jedna stworzyła by sama swój pałac z igliwia bez pomocy sióstr? Mrowiska przez lata na kopy wzrastają i tak tworzy się potęga. Nie jest ona odporna wobec zdarzeń świata, ale przynajmniej ma szansę zalśnić swoją pełnią przez okres jaki jej dany. Różne gatunki pomagają sobie, nawet nie będąc świadomym swojej współpracy. Czy wiesz jak narodziła się cywilizacja? Pierwsza społeczność? Nie od wynalazku, sztuczki, techniki. Powstała, gdy pierwszy człowiek pochylił się na bliskim, podał mu rękę, opatrzył ranę, zaopiekował. Zatrzymał się, wysłuchał, współczuł…

Odpowiedz też sobie – co takiego tworzycie? Czy to wszystko jest Wam rzeczywiście potrzebne do szczęścia i życia? Wspaniałe budowle, drogi, mosty, okropne parki, wynalazki, pozorne ułatwienia, czyż nie widzicie dokąd Was to prowadzi? Dokąd pędzicie? Kiedy wreszcie przystaniecie? Wtedy, gdy trucizny uwolnione przez Was opanują powietrze będzie już za późno. Kiedy skończy się miejsce pod budowę? Nie macie umiaru… ani pokory. Widzę, słyszę te plany. Próżne. Nie da się udoskonalić lasu, bo Stwórca tak wszystko przewidział i stworzył, aby było doskonałe. Miał wiekuistość, aby zaplanować doskonałość ponad wszelką wątpliwość. Jest ona wokół Was. Nieliczni dostrzegają i celebrują. I co się dzieje? Są szczęśliwsi, zdrowsi, uśmiechnięci, rozpływają się problemy. Tylko dlatego, że dostrzegli Boską doskonałość. A oni – tylko poprawiać, dobudowywać, przekopać. A Natura sama wciąż tworzy. Człowiek w zamyśle Stwórcy miał być opiekunem tych dzieł, miał je pomnażać. Nigdy, przenigdy nie stworzycie sobie szczęścia i bezpieczeństwa postępując wbrew niemu. A Natura – Matka mówić będzie. Raz mocniej, gdzieś inaczej. Mówi już tak głośno, czysto, i gromko. Zabili rzeki, odsączyli żyły Ziemi…Zapieczętowali brzegi. Chcieli bezpieczeństwa. Wygnali wodę, sami. Czy powodzie się przez to skończyły? Natura sama Was chroniła! Było pokazane każdemu jasno: Tu rozlewam się po wiosennych wezbraniach i prę z lodem zimowym, tu nie wolno się osiedlać. To Macierz, ostoja. Zbezcześcili i to. Pod ziemią woda będzie pracować. Budynki będą osiadać. To nie jest tylko tak, że dokuczy jedynie susza. Morza i oceany są jak narządy. Dostały wodę z lądów, za dużo. Pełnią różne role, wiele ról. Są na krańcu swojej wydajności. Przeciążone.
U nas, w Puszczy, każdy bierze tyle, ile mu potrzeba i dlatego dla wszystkich wystarcza. Natura nie przewidziała braku. Drzewa nie próbują celowo rosnąć na gołych skałach. Wiedzą kiedy trzeba się zatrzymać. Żyjemy prosto i dlatego nie łamiemy zasad, w nas są oczywiste przesłanki zgodnego pobytu na Ziemi.

_DSC6545_web

Słucham bagiennej opowieści, a w zasadzie kolejnej reprymendy. Myślę sobie, ma rację. Wielu z nas przecież, gdy się rozejrzeć, nie podobają się obecne obostrzenia. Mają te osoby różne poglądy, cele, ale generalnie ich sprzeciw wywołała dana sytuacja. Tych ludzi nie jest mało. Przedsiębiorcy chcący ratować swoje biznesy i miejsca pracy, przeciwnicy przymusowych szczepień, sceptycy 5G i wielu innych wyznawców różnych teorii. Każdy z nich zapytany z osobna zadeklarowałby solennie, że pragnie pokoju i dobra, jednak gdybyż ustawić tych ludzi na jednym placu ze swoimi transparentami, jaki byłby efekt? Wnet poleciałyby epitety jedni wobec drugich ‘’foliarze, anytyszczepy, bioroboty, lemingi’, każdy swoje. A pan z batem stoi i zaciera ręce. Dziel i rządz. I dlatego nie jesteśmy w stanie swojej sytuacji zmienić, wpłynąć na rządy. Za dużo podziałów. Olsza ma rację. Myślę sobie – czy to jest istotne? W co kto wierzy, wyznaje, jaką spiskową teorię? Dlaczego gdy tylko usłyszymy coś z czym się nie zgadzamy, to powoduje w nas dyskomfort bądź uśmiech politowania, lub chęć ‘’przywalenia’’ przeciwnikowi, usilnej potrzeby udowodnienia, że jest on w błędzie? Trwonimy energię na spory o drobnostkach, a ten wymarzony pokój i dobrostan pozostaje wieki gdzieś poza zasięgiem… Może warto wziąć przykład z drzew. Przestać przyglądać się drobnym różnicom i skupić na kilku wielkich hasłach, a wtedy zacząć pytać, co możemy zrobić, aby to osiągnąć. Może strefy wolne od 5 G? I niech ktoś żyje sobie żyje, w poczuciu bezpieczeństwa. Rozwiązań pewnie znalazłoby się krocie aby wszystkich zadowolić, ale najpierw musimy tego chcieć. No i zobaczyć pewne rzeczy. Zweryfikować, czego tak naprawdę potrzebujemy i co jest dla nas dobre. Wysłuchać siebie nawzajem!

– W obliczu zagrożenia zwłaszcza, ta współpraca jest ważna. Historia Wasza zna przykłady. Wojny, gdy niejeden pomagał narażając życie. Współpraca jest magiczna, szczera chęć pomocy wynikająca z troski i współczucia, ma siłę przemian i często już ona sama poprawia sytuację, tworzy. Bo z dobroci serca płynie, a jego siły nie muszę Ci wyjaśniać…Popatrz na to miejsce. Wielu uczonych z Was powiedziałoby, że tutaj drzewa nie mają prawa zdrowo rosnąć. A mimo to jesteśmy, w różnej kondycji, wybujali i okazali. Ziemia, woda, powietrze, ogień, próżnia, owad, listek, grzyb, ptak, zwierz, wszystko nieustannie ze sobą rozmawia, toczy dialogi i odczytuje informacje ze świata wokół. Mówi i drugiego słucha. Gdy czas nadchodzi drzewa, zapachy wydziela, wabiąc owady, pleśnie i grzyby do rozkładu. Wie, że pora w materii się rozpaść, aby na nowo odrodzić i dalej pieśń życia kształtować. Przerażają Was pożary i gdy przyroda płonie – a to tylko odbicie Waszych działań, wyborów, myśli i codziennego kształtowania. Nie mamy wyboru, trzeba nam przyjąć co się wydarza, gdyż nie jesteśmy odizolowani od tego co ma na nas wpływ. Dopiero wspólny wysiłek i koncentracja na jednym celu wyda owoc zmian. A u Was? Nie potraficie nawet porozumieć i dogadać jak wodę w obecnej sytuacji zachować…

Czyta ze mnie. Tak. Niedawno oglądałem. Że nie budowa dużych zapór, a zasypywanie rowków na ugorach, budowa zastawek na tych polnych i pozwolenie na działalność bobrom. Systemowa ochrona okresowych wiosennych rozlewisk na łąkach, z których woda powoli wsiąka, zasilając zasoby gruntowe. I nie potrafimy współpracować. W drobnych sprawach i wielkich. A zwłaszcza w istotnych. Gdzie dwóch, tam trzy zdania. Wiem to wszystko. Może dlatego nie przeżywam rozpaczy z powodu pożarów. Bo wiem, że to odbicie tego co sami stworzyliśmy. Że to też dla nas informacja, która będzie się nasilać w zjawiskach, aż ją wreszcie pojmiemy. Nie mi sądzić i wybierać, kiedy ma to się zdarzyć.

Mimo gorzkich i cierpkich słów, jakie przyszły od Olch, uśmiecham się jakoś w kierunku szuwarów. Rajski śpiew pieści stęsknione uszy arią anielskiej, zakochanej melodii. Do uroczyska przyleciał pierwszy słowik.

—————————————————————
—————————————————————

🌼 Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność! Po więcej gawęd z Drzewami Mocy i przesłań zapraszam Cię do mojej najnowszej książki, którą można już zdobyć w księgarniach internetowych:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

Możesz też wesprzeć tego bloga drogą pomocy materialnej i finansowej – darowizny można przekazać tutaj: 
https://pomagam.pl/szeptyknieipomoc

Dziękuję za Twój czas spędzony na blogu szeptów.

47445595_2267198426637942_1837768857591218176_n

Posadzić własne Drzewo Mocy. Rok 2020 rokiem pomocy drzewom.

Jedno małe to nasienie,
Składam w darze tu pod Ziemię

Tam gdzie żywioł wieczny drzemie,
Niech pomnoży swoje plemię

Niechaj przyjmie Matki łono
I otoczy swą ochroną

Kiedyś będziesz nam osłoną…

Jako Człowiek, błogosławię
Błędy braci mych naprawię

Drzewom szczodrze tak dziękuję
Bo Wasz trud codzienny czuję

Spójrz na słońce, rozwiń liście,
I zielenią tchnij soczyście

Słuchaj przodków, ich przesłania
Którzy rośli od zarania,

O czym szumią miej w pamięci
Aby czas swój tu uświęcić

Woda, światło, i powietrze
Niechaj dadzą Ci najlepsze

Wzrastaj w sile, pełni Mocy,
Aby światu trwać w pomocy

Dzieciom moim i prawnukom,
Szumiej wiecznie swą nauką

Im dopomóż gdy się zjawią
Twe konary Błogosławią

Ufnie Ciebie tu powierzam,
Bądź opoką i dla zwierza

Cała wokół ta Przyroda
Niech Ci wsparcia siłę poda

Pnij wysoko z gałęziami
Jak najdłużej zostań z nami

Obdarz rześkim nas powietrzem
W rytm rozkołysz się na wietrze,

Glebę zasil swym listowiem
By rodziła wciąż w odnowie

Przyjmij w upał, z cieniem, chłodem
Z deszczu też zatrzymaj wodę

I żywota krąg, kołowrót,
Do natury nas na powrót

Zbliżaj

Pochłoń Miłość od Człowieka,
Który na Twą pełnię czeka

I tak bardzo jest szczęśliwy,
Widząc Ciebie zdrowym, żywym

Czuj, dorastaj i rozwijaj
Życiu wokół wszędzie sprzyjaj

A Twój owoc i nasienie,
Niechaj rodzi pożywienie

Daję światło Świadomości
I dojrzewaj nam w Mądrości

Będę cieszył się ogromnie,
Gdy choć raz przemówisz do mnie

Przyjacielu, wytrwaj lata
Byś w potędze swej dla świata

Powstał

Będziesz z nami, we dnie, w nocy
Jako nasze Drzewo Mocy

EIogZQSWoAANp_y

Rok 2020 ogłaszamy rokiem sadzenia Drzew! – A jeszcze lepsza wiadomość jest taka, że każdy może zaprosić do swego ogrodu lub na działkę nowe Drzewo Mocy i pobłogosławić życie leśną modlitwą. Zaopiekować się małym Drzewem, które nieść będzie zdrowie i pociechę kolejnym pokoleniom ludzi, zwierząt i wszelkich żyjących w jego pobliżu organizmów. Poszukaj kasztana, żołędzia, szyszki olchy sosny, czy świerka, zasuszony owoc dzikiej róży, bzu, głogu czy jarzębiny, bukowy orzeszek, albo brzozową ‘’gwiazdkę’’. Topolowy lub wierzbowy ‘’puch’’. W nich uśpiła się energia życia, która tylko czeka sprzyjających warunków, aby ponieść pieśń stworzenia przez kolejne wieki.

Jak zaopiekować się Drzewem Mocy? Wskazówki krok po kroku.

1. Wybierz rodzimy gatunek drzewa lub krzewu i zapoznaj się z siedliskiem jakie porasta, jego wymaganiami co do gleby, preferencjami, odpornością. Dowiedz się o nim jak najwięcej, aby wybrać mu najlepszą przestrzeń i stworzyć warunki wychowu.

2. W doniczce lub skrzynce na parapecie zabaw się w ogrodnika. Sosnowe szyszki zakopane do połowy, żołędzie, kasztany i wszelkie inne nasiono, spróbuj wyhodować, aby na wiosnę wysadzić siewkę w wybranym miejscu. Nie zrażaj się niepowodzeniami, nasion przy odrobinie pomysłu masz nieograniczony zapas. Nasiona powinny być uprzednio wysuszone. Umiarkowana wilgotność i ciepło w uprawie. Każdy gatunek będzie wymagał nieco innego postępowania, okresu wysiewu, temperatury. Szczegóły w artykule:
https://poradnikogrodniczy.pl/nasiona.php

3. Naśladuj sójkę i inne ptaki! Można pominąć etap hodowania, i po prostu zakopywać żołędzie, kasztany, czy owoce w wybranych miejscach. Zawsze jest szansa, że wyrośnie.

4. Miejsce: Wybieraj dobrze, mądrze. Postaraj się przewidzieć zawczasu, jakim może ulec przekształceniom. Czy to polna miedza, która może zostać sprzedana razem z polem na działki, a teren pochłoną kolejne osiedla? Niestety, bez recepty, żyjemy w czasach gdzie zniszczone może być wszystko. Skraj świetlistej polanki, wyłom w zadrzewieniu śródpolnym, brzeg stawu, jeziora czy rzeki. Polny rowek, ugór, wiatrołom. Własny ogród lub działka. Miejsce powinno mieć dostęp do światła i żyzne podłoże, aby drzewko mogło zapuścić korzenie. Jeśli takiego brak, trzeba zerwać trochę darni, przygotować niezarośnięte miejsce, usypać kopczyk ziemi. Jako pomoc na start, roślinność zielna może łatwo zagłuszyć małą siewkę.

5. Uwaga na korzenie przy przesadzaniu. To ważne, by już na tym etapie ich nie uszkodzić.

6. Pobłogosław przestrzeń i drzewo ^^ Naszą modlitwą lub własną. Przekaż najlepsze życzenia, zwracaj się czule już do nasiona. Ono słyszy. Wyczuje Twoją opiekę i wsparcie. Nic tak nie pomaga, jak dobra energia życzliwości i miłości. Człowiek, Dziecko Boga ma Moc aby słowem stwarzać rzeczywistość. Zapisz i wypowiedz wokół przesłanie własnej. Wykreuj Cud ♥

7. Zaglądaj i Opiekuj się. Obecnie, w dobie zmian klimatycznych większość młodych drzew ginie z powodu suszy. Sumy opadów uległy odczuwalnemu zmniejszeniu. Normalnie poradziłyby sobie już po wyrośnięciu, jednak teraz mogą potrzebować pomocy. Jak małe dzieci, wymagają z początku większej troski. Pomóż jemu i sobie. Może być wymagane podlanie, raz na parę dni. Czeka Cię odpowiedzialność, aby utrzymać je przy życiu. Poznawajcie się, rozmawiajcie i wzrastajcie razem. Czuwaj nad nim.

8. Bądź świadom. Małe drzewko to również łakomy kąsek dla saren, zajęcy, jeleni, gryzoni. Uwielbiają ich korę lub zgryzają w całości. Lekcja akceptacji przejawić się może. Ale Ty posadzisz ich wiele.

Wydarzenie jest odpowiedzią na zmasowaną wycinkę trwającą nieprzerwanie w miastach, wsiach, przy alejach, drogach i w lasach. Ma na celu ich ochronę. Choć nie możemy ich wszystkich uratować, możemy stwarzać życie, zasiewać, opiekować się i Błogosławić, jak czynił nasz przodek który intuicyjnie czuł zależność od natury i jej procesów. Sukces rozrodczy drzewa jest niewielki – na tysiące wydanych nasion, dane jest wzrosnąć ledwie kilku. A człowiek tnie, masowo, bez sensu, umiaru, powtarzając jak mantrę slogany: bezpieczeństwo / zagrożenie / konary. Które najczęściej nie mają żadnego uzasadnienia, jako, że pod topór idą zdrowe drzewa. I choć młode drzewa przez dziesięciolecia nie zastąpią nam w swych funkcjach starych, może ten kto pod nim niegdyś zasiądzie będzie miał o nas lepsze zdanie.

Powodzenia i wszystkiego dzikiego! Niech w nowej świadomości dla świata, wzrastają pobłogosławione i przebudzone zastępy silnych Drzew Mocy. One, pielęgnowane przez pamięć pokoleń, stanowić będą filar kolejnej epoki w dziejach Człowieka. Etapu współpracy i łagodnego współistnienia z Przyrodą, w duchu wzajemnej czci i szacunku.

smalltreehandenvironmentcreditShuterstockcom

Wspomnienia z bosego raju

Druga połowa kwietnia, ciepłem rozpieszcza. Gdy tak siąść przy zaroślach, w uszy wdzierają się delikatne trzaski. Rozkładają się w sekundach, minutach, wreszcie w godzinie… Przez ten cały czas, myślę że to jakieś zwierzęta, które niewidoczne gdzieś tam sobie chodzą. Po zalanej łące żuraw brodził i odzywają się bażanty. Może? Zaczynam dociekać. Rozglądam się, przepatruję lornetką, nastawiam uszy, badam… Ani kawałka sarny, wiewiórki, kuny, gryzonia, nic. Mrówki przebiegają po stopie. Wcale nie czuć, tak są zwinne. Staję przy ścianie pączkującej zieleni bzów, głogów, pod dachem aksamitnych kwiatów tarniny, która już teraz przenika wymiary głębią jedwabnego, owocowego aromatu. Jakby zaprosić chciała jeszcze bardziej, w tajemnicę rozkoszy zmysłów. Rozdarta rogami kozłów sosna, roztacza wokół woń żywicy. Trzaski trwają wciąż. Grubaśny trzmieli poburkuje nad głową, strąca jakiś pyłek. To nie może być on. I wtedy pojmuję. To co słyszę, to odgłosy żyjących wokół roślin. Rosną, rozwijają liście, pną w górę, przenikają sokami, pracują kanaliki pod korą, krzewy ruszają się, stękają, szemrają, gaworzą… Cały ten czas, to były one. Sosna w przymierzu z głogami, które wyrastają z jej pnia, zrzuca jakąś gałązkę. Jakby powiedzieć chciała ‘’pojąłeś’’. Mały zryw wiaterku. Tylko te głogi ochroniły ją przed sarnim ‘’morderstwem’’, jest już niemal w całości okorowana. Żywica łagodzi swędzenie na rozpierających możdżeniach, może nawet ból. I tak długo sosna przetrwała. Tak przemawia Wiosna. Ruch się zaczął. Szpak popisuje się melodią, udaje wilgę. Dzwonią pieśni pokrzewek. Monotonnia trznadli w krainie zapomnienia. Słońce głaszcze po twarzy, wnika głęboko pod skórę w łagodnym dotyku ukojenia. Działa na wszystko. Trzmiele powoli wracają do norek, wyczuwają subtelną zmianę temperatury i nadchodzący wieczór… Na sypkich, zapiaszczonych polach, niewidoczne układają się fale wzorów. Literki żywiołów.Przesłanie wiatru pozostawia znaki.

Między palce łapię ostatni słoneczny promień, puszcza do mnie cieplutkie oko.

IMG_20180406_192124