Szaleństwo Żywiołów. Deszczowy marsz w objęciach Wichury

Przychodzą jesienią takie dni, kiedy ona w pełni ukazuje swoją potęgę. Budzą mnie krople rzęsistego deszczu bębniące po dachu, co od razu powoduje pierwszy oddech radości. Wreszcie pada! Ulistnione jeszcze drzewa zdążą uzupełnić zapasy wody po letniej suszy i przetrwają w lepszej kondycji do wiosny. Wicher wyje osiągając apogeum między budynkami, a ja odbieram pierwszą tego ranka wiadomość. Jeden z moich gości rozmyślił się spoglądając na tą pogodę i nie przybędzie dziś wędrować. Ohh! Ludzie naprawdę nie wiedzą co tracą…

Prawdziwy Wędrowiec i Czatownik nie przejmuje się pogodą. Dobiera odpowiedni ubiór i rusza. On wie – że czas zawiei, kaprysów żywiołów i sztormów to jedyna okazja, aby zwierzęta podpatrywać zwykle w spokoju, bo w lesie nie prowadzi się wtedy żadnych prac, a i spacerowicze odpuszczają. Dla niego to też sprawdzian woli, hartu oraz osobistej wytrwałości. Trochę weryfikacja tożsamości. Czy jestem prawdziwie dziki? Żyję choć trochę jak one? Jak i przyjemność błoga i rozkosz, kiedy powolnymi haustami tenże Czatownik sączy w siebie porywiste strzępy wichury. Jednostajny kierunek wiatru pozwala dobrać odpowiednie stanowisko do zasiadki. Zaś same zwierzęta pokazują zachowania i sprawy, jakich nie sposób podejrzeć podczas ‘’zwykłej’’ pogody. Bywają i widowiska – kiedy zaczyna się czas przelotów. Ogromne stada Czarnych Pielgrzymów; gawronów, kawek, i wron przylatują na skrzydłach północnych zawiei, obsiadając pola, skwery, parki i aleje. Są wtedy wszędzie. Kto ma więcej szczęścia i mieszka w odpowiednim miejscu spotka niełatwe do wypatrzenia siewki, pocieszne biegusy, mewy, brodzce… A i ptaki drapieżne – wędrowne natrafić można. Grupy puchatych, miauczących, szybujących myszołowów – to dopiero przedstawienie! Przyroda czaruje spektaklem zjawisk, już przez wielu zapomnianych. Siedzimy, przeczekujemy ten chłodny czas pod kocami, z herbatą, kakao czy książką w ręce. I nie jest to coś złego. Tylko że – robimy to zawsze. Życie mija. A gdzie przygoda? Smak wędrówki? Po to zresztą one są. Aby raz jeden poczuć, jak to jest w przyrodzie być naprawdę. Wyjść ze strefy komfortu. Prawdziwe istnienie toczy się w kłębach chmur, porywach wiatru, kąsaniu mrozu i strugach ulewy. Zwierzęta nie mają taryfy ulgowej, niezależnie od wybryków aury i huraganu trzeba zjeść, żerować, zatroszczyć się o siebie i przetrwać. Dzień jak co dzień. To tak fascynuje. Jak im się to udaje? Aby dostąpić brzmienia dzikości, trzeba się z nią spotkać w każdych warunkach…

3b3e6dacf42be67da4af2dde87c1d595

Brnę ogłuszony, spowity siwym płaszczem wszechoceanu deszczu. Stukot zajadłych kropel falami zawziętości odbija się od kopuły zielonego kaptura. Jakbyśmy byli sami…tylko ja i one. Jestem jednak dziś nietykalny, nowy komplet przeciwdeszczowy sprawdza się znakomicie. Nawet jest mi ciepło. Na horyzontach szaro, leje tak, że aż spada widoczność. Sztorm jak ta lala! Tego mi było trzeba. Taka wędrówka w szale pogody pozwala pobyć z sobą w pełni. Pozorne rozpraszacze działają wyciszająco, jednocząc w swoim przepływie. Kolejne ciosy porywistego wiatru omiatają, jak boży bicz. Mimo to na polu dostrzegam stadko szpaków. Ptaki tuptają i żerują, a przynajmniej próbują. To jest właśnie to! Brak ‘’taryfy ulgowej’’. Widać jednak, że zaprawione są w harcie i niejedno musiały przeżyć, maszerują sobie dość beztrosko. W takiej ulewie obficie wychodzą dżdżownice i pewnie inne kąski. Dróżka którą forsuję, teraz przypomina płynącą, błotnistą kaskadę. To też bardzo chciałem zobaczyć. Świat, niby taki sam, a znów w tylu szczegółach inny. Szemrzące strugi, spływające falami błyszcząych potoków. Podmiękła, chłonna, spragniona ziemia. Grząskość ciamkająca, jak ślina. Omywają wszystko, oczyszczają… Przynoszą zew świeżości.

Gdy docieram do lasu, on szumi chwałą wichury. Potęga dzwięku. Drzewa świszczą i jęczą zginane, trzymają się bratnio w tym tańcu. Biją pokłony żywiołom. To takie jakby anteny, które kołysaniem odbierają tą energię i przekazują w głąb Ziemi. Nieustanna wymiana informacji, tak w przestrzeni którą zmysłami pojąć jeszcze ciężko, dzieje się wciąż. Przetacza łomotem, jak fala oceanu. Góra, dół, wir zagmatwany i miarowo w rytm na chwilę. Porywy wiatru i kołysanie całych zastępów sosen takie fale właśnie przypominają.

Zasiadam w czatowni, skąd mam widok na szerokie pola ze skrajem lasu. Konstrukcja kołysze się i chwieje. Czuję się jak w koi, na statku. Trzeszczy. Bardzo przyjemnie. Choć wziąłem lornetkę, nie nastawiam się na jakieś wielkie obserwacje. Raczej ‘’w razie co’’. Niebiosa panują. Pędzą tam kłębiaste monstra, szare, bure i nieprzerwane, gęste. Przepływają spazmami siwej gęstwy, gdy wicher targa w amoku szału. Uśmiecham się szeroko i nucę.To jest dopiero widowisko. To lepsze niż telewizor! ( a może mi się zdaje, bo lata już nie oglądam). Na tym tle zadziwiają mnie przemykające pojedyncze gołębie, widać z jakim wysiłkiem wiosłują skrzydłami, choć znosi je każdy poryw, dają radę. To mną dziś ciosy tego wiatru chwiały, 60 kilo ponad… Krople deszczu muskają i łagodzą twarz. Z lasu wylatuje grupka jakichś opadających w locie i unoszących ptaków. Po tym sposobie i ogonkach rozpoznaję kwiczoły. Ale co one robią? Ku mojemu zdumieniu przysiadają na polu i tam czegoś szukają. Zwykle widuje się je, gdy wcinają jagody i owoce na krzewach. Nie przeszkadza im sztorm, jakby przyleciały specjalnie. Ile rzeczy można tu podpatrzeć, gdyby wysiedzieć tutaj cały dzień? I takie to zdrowsze dla psychiki i umysłu niż wysłuchiwanie nowości o kolejnych katastrofach czy przepychanek polityków. Dużo ciekawsze. Przeczesując lornetką skraj lasu napotykam dużego ptaka, który niby to walczy z wiatrem, ale jednocześnie zawisa w locie łopocząc, czegoś wypatruje. Fala wichru unosi go w dół i górę. W pierwszej chwili biorę go za pustułkę – one podobnie często polują. Gdy jednak ptaszydło obraca się spodem jaśniejsze plamy pod skrzydłami i sylwetka ‘’latawca’’ objawiają mi Kanię Rudą. Pierzasta ozdoba krajobrazu. Dziś nie widuję ich tak często jak dawniej. Podobno potrafią unieść w powietrze nawet czyjeś gniazdo z pisklakami, chwytają wszystko co można zjeść, nie gardząc i padliną. Po prostu, czyściciel. Mówimy niekiedy pogardliwie ‘’padlinożerca’’, lecz gdyby nie takie zwierzęta zagrożenie epidemiologiczne ze strony różnych drobnoustrojów dałoby nam popalić. Takie zwierzęta mające w swej diecie również martwą zdobycz, także bardzo potrzebne. Kania zachwyca swą gracją i płynięciem, zupełnie jakby surfowała na pływach wiatru. Lekkość i finezja. Rzeczywiście – jak dziecięcy latawiec.

P90930-175209

Mijają dwie godziny przeplatane szarpnięciami wichru, bujaniem ambony i ostrymi kroplami próbującymi chyba przebić wodoodporną kurtkę. Zajadam kanapki i popijam z termosu, a na salwy żywiołu odpowiadam głośnym śmiechem. Bo szczęśliwy jestem. W tym szumie i tak mnie nie słychać. Wychylająca z lasu sarna, od razu zaczyna galop. Biegnie w susach i gna spory kawał, aż do kukurydzy. Po kilku minutach kolejna. Potem trzecia – ta z kukurydzy w las. Co one dziś tak w biegu? Zwykle maszerują leniwie, lub i pasą się na tym polu. To jest właśnie to ‘’inne’’ zachowanie, choć spodziewałem się czegoś innego. A one w pośpiechu. Już nałożyły brązowe, zimowe futerko. Chyba wiem dlaczego – właśnie nie chcą czuć ‘’na sobie’’ całej tej mieszanki wiatrowo deszczowej i żwawo kłusują z gęstwiny w łan. Tak to jest, gdy się nie ma ubrania, a pogoda załamuje nagle… Gdyby aura się utrzymała, pewnie rychło przyzwyczaiłyby. Z jednej strony powinienem zanotować taka obserwację, z drugiej, wiem, że zapamiętam. Kiedyś notowałem o której i gdzie wychodzą dziki, lecz gdy jesteś w lesie co dzień takie rzeczy tracą na znaczeniu. Bo i tak je spotykasz i wiesz gdzie śpią, żerują itd. Znać swój świat wokół – ten prawdziwy od którego odgrodziliśmy metrami betonu, płotów, starając wyobcować. Zapominając, że pozostajemy od niego zależni…

W trzeciej godzinie kończy mi się herbata i zaczyna dogryzać zimno. Komplet przeciwdeszczowy jest świetny, ale ma to do siebie, że niczego nie przepuszcza. W obie strony. Pozostajesz więc z własnym potem i wilgocią, która z czasem przechodzi w odczuwalny chłód. Mimo, że wdzianko takie nie przepuszcza wiatru i się nie wyziębiasz. Wady, zalety… Zbieram się więc i schodzę pod las. Przestało padać i pokazuje się jasność. Droga jest piaszczysta i łagodna, w niej polśniewają krystaliczne kałuże. Takie niezmącone, przezroczyste, bez błota. Aż chciałoby się z nich napić. Hulający wiatr dokonuje teraz suszenia – po taflach przelatują zmarszczki fal. Jakby grał na wodzie… Kruki wylatują nad pole rodzinną gromadą. Ptaszyska zawsze mają jakiś problem z ‘’zaszeregowaniem’’ mojej osoby. Bo przecież wiedzą, że w takie dni nie ma tu ludzi. Podobnie i wilki potrafią przypisać skojarzenia, w każdym razie rozróżniają myśliwego od grzybiarza, zwykłego spacerowicza czy pracownika leśnego. Takie osoby jak ja intrygują zwierzęta. Nie można zaszufladkować. Inaczej się zachowuje. Za czym się włóczy, czego szuka? Nie pojmują. Podobnie jak i ludzie. Lecz to zaciekawienie daje możliwość bliskiej obserwacji, a przecież o to głównie mi chodzi. Kruki robią kilka kręgów nad moją głową, po czym oddają się falom wiatru… Ich ochrypłe głosy stają się łagodne i delikatne. Mięciusie. Szybują, robią piruety i ‘’kręćki’’. Bez celu. Niczego nie szukają. Widać, że sprawia im to przyjemność. Popisują się wzajemnie. Z nieba wypływają złociste promienie, gdzieś tam chowa się słońce. Świetlista aura pieszczotą delikatną dotyka Ziemi. Przystaję i chłonę… Tu baraszkujące z powietrzem kruki, tam w tle refleksy glorii wspaniałej… Tyle zdarzeń i wrażeń. A w głowie dzwięczą wspomnienia zdań niekiedy zasłyszanych…

– Co się będziesz włóczył, nie idz, tak zimno. Lepiej byś w domu posiedział.

– Że też Ci się tak chce…

– Wieje, pada, ponuro, co tam można zobaczyć…? 

I wiele innych. Na szczęście, nigdy nie słuchałem i nie wierzyłem tym głosom. Maszeruję dalej, zostawiając kruczęta w zabawie. Ciało nabiera krzepy, dusza spełnienia… Póki mocno wieje, chcę jeszcze posłuchać szumu drzew wewnątrz lasu. Tu już mam spokojniej. Nie targa, drzewa pochłaniają wszelkie podmuchy. Trzeszczą i piszczą. Mocarnie. Stoję pod okapem igieł. Dno lasu zaścieliły kawałki dębowych i akacjowych gałązek z zielonymi liśćmi. Kruche, urwało. Biedne drzewa. Ileż one muszą znieść, przetrwać, wytrzymać, nieustannie. A takie wichury potrafiły kiedyś trwać tydzień, dwa. Na klonie widzę uszykowane gniazdo wiewiórki. Lokatorki jednak nigdzie nie widać. Tulę Dęba Radomira, przekazując mu obiecane uściski od kogoś. Cieszy, że doczekał w końcu swojej opowieści. Tak dopada mnie wieczór. Ciemność gęstnieje w mroku, niosąc kolejne granatowe warstwy rozjuszonych zastępów. Suną nieubłagalnie, a złowrogo. Nocka tutaj byłaby dziś bardzo ciekawa. Opuszczam las, a za nim pola, przestrzenie wiejące, a roztańczone w energiach. Mam ochotę wirować z nimi, sycić się, i pląsać do wyczerpania.

Jak to dobrze, że nie zostałem wtedy w domu.

P90930-175729

Piżmak. Wspomnienia duchów Mgieł

Są takie zwierzęta, których nie widuje się zbyt często. Mimo że istnieją wokół i są dość pospolite, znikają w tłumie, na rzecz przykuwających uwagę wszechobecnych saren, czy większych ptaków. Zamieszkują nie zawsze łatwo dostępne środowiska. Siedziałem właśnie nad stawem, obserwując poczynania czujnej czapli, gdy widoczny kątem oka ‘’smyrg’’ oderwał mnie od siwej drapieżniczki. Co to tak migło? Błyskawiczne. Chyba mi się przywidziało…

Czapla tkwi w bezruchu. To taki pozorny bezwład. Wiem, że jej pierzaste ciało napiętej jest w tym momencie jak struna, i wrażliwe okiem na najmniejszy widoczny ruch pod taflą. Tym razem, nie ‘’myrgnięcie’’. Łodyga trzciny kołysze się jakoś podejrzanie, nienaturalnie. Czyżby jakiś ptaszek? Przepatruję wzrokiem góra – dół i znów, akurat właśnie gdy dostrzegam, mig! Zdążyłem zarejestrować tylko buro – rudą sylwetkę, dość małą ze sznurkowatym ogonkiem. Czyżby rzęsorek rzeczek? Myślę. Mógłby tu być. Teraz szkła lornetki kieruję właśnie tam. Trzciny ruszają się podobnie podejrzanie, tym razem bardziej w głębi. Chaotyczne potrząsanie. I wynurza się. Co za stworek! Łapkami dotyka łodygi, jakby badał czy dobre… Jest na powierzchni sekundy, po czym znów nurkuje, i wtedy właśnie trzcinka zaczyna się chybotać. W głowie się rozjaśnia, toż to piżmak! Zwany pogardliwie niekiedy ‘’szczurem wodnym’’. Rzadko widywany gość. I znowu stwierdzić muszę, że bez lornetki nie rozpoznałbym. Nie byłoby pewności. Zmieniam nieco pozycję aby go lepiej widzieć, o czapli zapomniałem…A ona właśnie odlatuje. Ehh…

Piżmak wygląda prawie jak miniaturka bobra. Prawie, bo jego ogonek jest cienki jak powróz, no taki podobny jak u myszy. Wodna mysz. Dobre. Żywi się głównie kłączami roślin wodnych, czasem jakiś lęg ptasi spladruje. Uznawany jest za gatunek inwazyjny i szkodliwy, bo wziął się stąd, że uciekł człowiekowi z hodowli futerkowych. No i się go tępi, podobnie jak jenota. Choć wytępić nie jesteśmy ich w stanie, bo to technicznie niewykonalne. Tak niedostępne ostoje potrafią zamieszkiwać. Rozmyślam – jak też łańcuchem pracuje zło. Futerkowe hodowle, gdzie zwierzęta stłoczone w klatkach nie podziwiają słońca, nie wdychają aromatu rześkiej wody, tak jak natura je stworzyła. Iluś tam udało się z tego piekła uciec. Jak reaguje człowiek? Krzyczy: ‘’Szkodnik, gatunek inwazyjny, zniszczyć, zabić!’’ Widzi ‘’przyczynę’’ wszędzie, byle nie w swoich działaniach. Takie maleństwo…Jedyne co piżmak może napsocić, to rozkopywanie wałów przeciwpowodziowych. To samo robi rodzimy bóbr, i po prostu drzewa czy wrażliwe miejsca obkłada się wtedy siatką, gdzie grubas się nie przegryzie. Być może dlatego nasz cały postęp techniczny, jest tylko pozornym rozwojem. Skoro przynosi tylko cierpienie, zniszczenia i śmierć, a siłą napędową jest wyzysk. Przecież od kilkudziesięciu lat jeździmy nadal kopcącymi samochodami na silnikach spalinowych, mimo technologii Tesli…Więc jaki postęp. Temat na inną opowieść.

Podziwiam piżmaka, z jaką pasją i perfekcją męczy tą jedną trzcinkę. Świata poza tym nie widzi. Błyskają żółte ząbki. I z tej strony jakby nie patrzeć robi coś pożytecznego, bo przecież człowiek okresowo wykasza szuwary, aby mieć dostęp do tafli wody. Płynie do mnie…nauka. Zastanawiam się znów. Dlaczego piżmak wciąż istnieje, mimo tych prześladowań, wrogów naturalnych? Odpowiedz jakby przychodzi w jego robocie.

– Bo jestem skupiony na sobie. Tylko na tym, co mam zrobić i co chcę osiągnąć. Temu poświęcam, z jakim oddaniem swoją energię. Nie rozpraszam się. Wykopuję kłącze, które chcę zjeść…

Takie to niby proste. Ufają i działają. W przyrodzie wiele kryje się odpowiedzi, na odwieczne ludzkości pytania. Wysiedlone suszą bobry przeniosły się tam, gdzie jeszcze jest woda i dalej budują swoje tamy z patyków. Wierzą, że dadzą radę.

Chwilę przed zachodem słońca usadzam się w jednej z otwartych czatowni. Stąd mam widok na świeżo zaorane pole, bagno, szuwary, i lasy. Tu spocznę do ciemności po kilkugodzinnej wędrówce. Spotkałem aż kilka bażantów, a przecież lamentowałem ostatnio, że chciałbym zobaczyć wspaniałego koguta w lornetce, a tak ich coś mało, nie widziałem już parę miesięcy. Manifestacja natychmiastowa. Ciekawskie sójki dziś zaskakują, żerując na skraju pola całą gromadą, zupełnie jak stado kur. Co podnoszą, stąd nie widzę. Staram się podejść. I choć sójka zdawałoby się, łatwy obiekt do obserwacji, cwaniary wiedzą, że coś jest inaczej. Pewnie nigdy nie widziały obserwatora. Niepokoją się całą chmarą i siadają na wierzbach. Latają nade mną, a w lornetce widzę jak odwracają łebki przy okrążaniu, aby mi się przyjrzeć. Zdają się być totalnie zdumione. Że ktoś się zbliża, celowo właśnie do nich. Odchodzę śledzony, całe szczęście nie wrzeszczą, tylko sondują w milczeniu.

muskrat

Zaszło. Jak szybko umyka jesienią. Temperatura leci. Po południu było wręcz upalnie, a teraz trzeba ratować się kurtką. I nawet się cieszę, bo myślę sobie, jeśli tu spadki są takie, to co dopiero w górach, na Podlasiu czy choćby Warmii. Gdybym tam miał wędrować… Wieczór jest cichy, namiętny jakiś taki. Kosy alarmują i szczebioczą w terkocie przed snem, najbliższe miesiące to one będą tutaj Zegarem Zmierzchu. Nad całością bagna unosi się pierwsza mgła, i zaczyna dziać coś, czego się dziś niespodziewałem…

Mgły zaczynają gęstnieć. Podnoszą się zakrywając mi okoliczne światła i osiedle, które wyrosło nieopodal podstępem. Idą w górę, skąd pasmami rozlewaję się na pole. Będzie taniec, będzie sztuka, przedstawienie! Mgliste pląsy wody żywej, to jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie przyroda wyreżyserować może. Zachwycam się – jakaż moc tu, w tych szuwarach i odmętach drzemie? Przetrwała mimo wszystko, i w chłodzie ukazuje nocnym wędrowcom swoją potęgę. Tam człowiek w swych światłach i przed ekranami seriali, tu one, które głucho wypełniają wszystko… wytłumiły mi nawet dzwięki dobiegające z wsi. Film oscarowy, gdyby nagrać to w przyspieszeniu. Tak się cieszę. Oglądam się za plecy – i łąka zanurzona w bieli. Cud chwiejny, żywy. Wokół robi się okrąg mleczny, a wszystko to wypełza właśnie stamtąd, z serca moczarów… Jak pajęczyna wilgotna, porywa w sen swoich macek. Tak oddycha ziemia. Tak pracują żywioły. Nie poddają się. Ile jeszcze przetrwa? Człowiek może zasypać, zasuszyć, i wybudować na tym dom. Bywało już tak. Pamiętam to miejsce jeszcze z czasów, gdy nie były stąd widoczne światła osiedli mieszkaniowych, nie dobiegały poszczekiwania psów i rzężenie pił, kiedy o zmierzchu wychodziły z trzcin watahy dzików po 30 sztuk… Gdy woda płynęła szeroką strugą po kaskadach rowku i chrobotały w nim bobry. Urzędował rzęsorek. Jak jeleń ryczał w kukurydzy, i wąsatki pasły się na szuwarach… Nie było ambon myśliwskich. Ostoja była bezpieczna, dzika i wolna. Nie wiem czasem po co tutaj zaglądam. Może dlatego, że najbliżej, sentyment, i znam każdą darń wraz z zakątkami zwierząt. Mój świat odchodzi każdego dnia, coraz dalej. Krok po kroku, odpływa…subtelnie. Coraz dalej muszę jeździć, by znaleźć kawałek ciszy. Przetrwa w opowieściach… Mało pocieszające. A kiedy się zatrzymamy? Co nam zostanie? Przecież nawet gdyby te historie miały w przyszłości być świadectwem, nikt nie zburzy mieszkań i blokowisk, by wrócić do tego co było. I nie mam wątpliwości, że na zabudowaniu pól i wycięciu zadrzewień się zakończy. Co się dzieje w innych częściach świata – nie można wyciąć, to podpalają. A ja się dziwiłem niekiedy, widząc ludzi biegających w słuchawkach. Cwaniacy. Być może czeka mnie to samo jeszcze za życia. Śpiew ptaków odtwarzany ze smartfona, bo lasy będą ptasio ciche, z szumem biegnących na wiaduktach ponad nimi autostrad…Pęd po iluzję. Zamkniemy się w coraz to nowocześniejszych domach, zagłuszymy duszę relaksacyjnymi dzwiękami, tym samym zatrzaśniemy na świat i siebie nawzajem. Cierpkie rozważania.

Przez siwą zasłonę przebija się piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Zew śmierci dla gromad myszy polnych – coś jak wycie wilka. Sowa obwieszcza wypad na łów. Dla mnie to sygnał, że pora wracać. Mgły podchodzą złowrogo gęstym duchem tuż pod czatownię, nie widać prawie niczego, drzew ani horyzontu. W takim kłębie łatwo zgubić orientację, kto niezwyczajny. Na znanym sobie terenie to zawsze wesoła przygoda. Raz mi się zdarzyło. Zakręciłem się parę razy z zamkniętymi oczami wokół i podjąłem wędrówkę. Przednia zabawa. I mgła lubi dokazywać. Wilgoć osadza się na butach, przemakając je do końca. Dziś nie zabrałem kaloszy. Nie zawsze chcę – ‘’ludzie dziwnie patrzą’’ gdy idziesz w nich przez miejscowość, podczas cudownej pogody. Nie znają realiów wypraw. Dziś buty wstępnie zmoczyłem już po południu, na resztkach rosy która nie obeschła od rana. Sekrety otulają mnie szarym kożuchem wspomnień przesłaniając burą gęstwą wszystko, gdy brnę przez chłodną łąkę – czuję się wtedy dobrze. Zabrały światła, odgłosy, dalekie budynki, utuliła w miękkiej, rześkiej ciszy. Nicość, taka moja, jedyna. Oddaję się jej w zapomnienie. Władaj mi tą krainą kochana jak najdłużej…

26.09.2019 – Bobrowe rozważania nad Stawem.

Muskrat_swimming_Ottawa

Wyprawa na Wielką Chojnę. Przesłanie łagodnych Wiązów.

Kawałki poszarpane, a rozsiane… fragmenty ostatnie, wspomnienia tego co pozostało nam z puszcz. Przeglądając mamy googla swej okolicy natrafiłem na ciekawy dość fragment leśny, o malowniczej nazwie zaznaczonej jako Wielka Chojna. Nawet przyciąga. To właśnie tam poznałem Dęba Oriona i Wierzbę Darinę. Mimo, że jest bardzo blisko mnie, miejsca jednak unikałem, gdyż położona niedaleko ekspresowa trasa szybkiego ruchu powoduje słyszalny w całym lesie przykry szum, czego nie znoszę. Nie wypoczywam wtedy. Dziś jednak wieje mocno i pada na zmianę, może nie będzie tak zle? Żywioły zagłuszą. Ostatnie podejście zwiedzenia Chojny zrobiłem latem o świcie, wtedy jednak komary wyprawiły mi taki balet, że musiałem zrezygnować. Opyliłem się wtedy trzema różnymi środkami, a one siadały jakby nic i kłuły… Są tam pozostałości ogromnych bagien, nadal potężne i rozległe. Oceany trzcin i…

P90917-133315

Pierwsze wrażenie. Przeciętnie. Młode sosnowe drągowiny, widać, że sadzone. Wcześniej zręby i młodniki. Idę tak jak prowadzi dość zarośnięta dróżka. Sprawdzanie nowego rejonu, to przeczesanie najpierw dokąd wiodą główne szlaki. Potem chaszcze. Po prawej stronie mam widok na trzcinowiska, cały ten kompleks bagien, który zaciąga aromatem tataraku, sitowia, ‘’ciężkiej’’ wody. No taki charakterystyczny zapach, choć nie przykry. Na każdym kroku widać ślady aktywności dzików. Schodzę z drogi i wkraczam na jedną ze zwierzęcych ścieżek – takie szlaki potrafią zaprowadzić człowieka do najpiękniejszych uroczysk. Grunt po którym stąpam jest błotnisty, raz podmokły, ale da się przejść. Dzicze ścieżki wszędzie. Mijam ich kąpielisko. Ścieżynki takie mają swój urok, ledwo je widać, choć znaczne są, na tyle dyskretne, że postronnemu spacerowiczowi nie rzucą się w oczy. A mi w to graj. Wnet wychodzę na skraj śródleśnego rowku, dziś totalnie wyschniętego, lecz ma to swoje zalety. Właśnie odnalazłem jedną z najwygodniejszych i najbardziej magicznych leśnych dróżek. Puchu kłąb wisi na gałęziach. Śmiga wrażo. Wiewiórka! Nie cmoka nawet na mnie, przygląda się bystro. Żywy ogień w ruchu. Kulka puchu, w zwinności niedościgniona. Zdziwiona bardzo. Chyba rzadko tu ktoś zagląda. Zostawiam ją w tym zdumieniu, nie chcą zaprzątać jej uwagi na przednówku jesieni.

Dnem rowu maszeruje się wygodnie, choć trzeba się schylać i pokonywać przeszkody w postaci powalonych wzdłuż drzew. Z sosen przeniosło mnie do wiązów. Mnóstwo wiązów! Chyba po raz pierwszy widzę ich takie zgrupowanie w swej okolicy. Poruszenie w liściach. Zapraszają. Wiem, że dziś czeka mnie z nimi rozmowa. Jeszcze nie teraz, choć dzisiaj. Obiecuję, że niebawem wrócę. Chcę sprawdzić dokąd zaprowadzi mnie rowek. Z każdym krokiem ostoja coraz bardziej przygrywa na nutach dzikości. Wspaniałe drzewa, powykręcane, ‘’krzywe’’ inne bujne w zdrowiu, kolejne rozpadające się w kawałkach, murszejące, powalone mocą żywiołu. Takie miejsca lubię najbardziej. Bo właśnie tutaj podejrzeć można wspomnienia pamięci pradawnych puszcz, odwieczne chaszcze i plątaniny jakie porastały świat przez wieki. Maleńkie cuda wokół. Spoglądam na ni to drzewka jakby, a może rośliny, które od spodu przystroiły łodygę mchem. Jak w sukienkach zielonych. Takie piramidki. Musiały przebijać się przez jego poduchę od spodu. Zastanawiam się. Czy tak właśnie powstają omszałe drzewa, które podziwiamy? Mijam tamę za tamą. To już chyba siódma. To pokazuję też skalę suszy, że mimo tylu zapór woda nie utrzymała się. Poczciwe bobry zrobiły co mogły. Czasem czynniki globalne, przekraczają siły i możliwości tych pożytecznych stworzeń. Brzegi rowku są urwiste, widać korzenie podmywanych drzew. Pamięć potęgi strugi. Na dnie kamienie. Teraz osypują się tu złote liście. Przystaję w takich momentach i sycę magią, kiedy kolorowe tabuny omiatają mnie z szelestem. Na stromiźnie zbocza wysypały się jakieś mikro – grzybki. Są wielkości łebka szpilki, może ciut większe. Wzrastają setkami… Hordami zastępów. Jak paciorki gwiazd usianych na nieboskłonie. Tyle ich. Ziemia stroi się w kapelusiki. Po drodze znajduję jeszcze kozlarza i muchomora. Niechaj już dno ściółki zaścielą czerwienią muchomory krasne… Będzie widowisko!

P90917-133701

P90917-133204

P90917-161841

P90917-140750

Robi się coraz bardziej błotniście. I gęsto. Zwiększona wilgoć podłoża. Chyba docieram do końca…Tak. Przede mną wyrasta już średnia tama dzielnych bobrów – to ona trzyma ostatni tutaj zasób wody. Odgradza staw. Pomysł genialny, gdyby nie ona, cała woda stąd spłynęła by do bagna. Staw zaś gromadzi nadmiar opadów z pól. Suche drzewa skrzypią upiornie, i gdy wynurzam się na skraj podrywa się jasne objawienie…

Biały Myszołów. Jak on zachwyca! Jest dostojny, majestatyczny i jakoś tak grozny… w tamtym momencie mi się wydaje. Jeszcze takiego nie widziałem. Cudowny ptak drapieżny. Szybko podnoszę lornetkę i ‘’łapię’’ go w szkło. Tu widzę nieliczne brązowe plamki, rozmieszczone nieregularnie, żółtawą linię dzioba, bystre spojrzenie… Ptasi Splendor okrąża mnie raz, dzięki czemu mogę się dobrze przyjrzeć. I trzeba mi było schylać się, skakać, ślizgać, przedzierać przez wykroty, oblepić spodnie nasionami, aby ujrzeć Ciebie…

Odleciał. Ja wnikam z powrotem w las, podążając za prześwitem. Tam widnieje jego skraj. Z widokiem na łąki i osiedla. Luzno rozrzucone sosny. Jedna, gruba i strzelista przyciąga. Piszczy i wzywa. Pod nią robię wypoczynek, popijając wodę. Przy sośnie robi się dobrze. Aż ‘’za bardzo’’. Powstaję i przytulam. Prosi o to. Zrzuca mi suche igły na głowę. Proszę Sośni, by wypełniła mnie swoją mądrością i wiedzą życiową, obdarz mnie kochana informacją swego istnienia..bez słów. To pomaga ‘’ułożyć’’ się w życiu. Przecież drzewa posiadają taki zasób o istnieniu, z pierwszej gałęzi. Muszą poradzić sobie z nie zawsze sprzyjającą glebą, pogodą, zanieczyszczeniami, jak najlepiej rozwinąć i wykorzystać zasoby wokół… Sosny uczą nasze Dusze tej gospodarności i chwytania okazaji. Czuję się tak, jakbym tulił ukochaną kobietę. Tak błogo. Dotyka falą rześkości i wznosi, pobudza, do wzrostu…wydobywa co najlepsze. To pierwsza sosna, z którą mam taką harmonię. Z innymi mimo prób, nigdy nie było tak. Zawsze możesz odnaleźć najlepsze dla siebie drzewo. Robię się wesoły i skoczny. Śpiewam dla niej. Na dawną, słowiańską melodię. A na pożegnanie wykonuję pieszczotę masażem jej aury, jaką pokazały mi kiedyś, że lubią. Przeciągam dłońmi w odległości około 2-5 cm od kory, tak jak czuję otulinę jej energii. Muskam z góry do dołu, kucając do ziemi, to ‘’miziam’’ po bokach. Ona faluje w drżeniu. Popiskuje słyszalnie. Reaguje żywo i wcale nie mam ochoty stąd iść. One chyba mogłyby tak w nieskończoność – poddawać rozkoszy. Przecież w tym samym czasie może jednocześnie jeść, pić i rosnąć. Sosna prosi aby i ją odwiedzić z gośćmi. Chce obdarować więcej osób, pragnie być poznana, otoczona kręgiem splecionych dłoni i ukochana. Następną wędrówkę poprowadzę właśnie tutaj. Obiecuję jej to.

P90917-141447

P90917-142008

Kiedy zbliżam się do wiązów przechodzi fala deszczów i wyje wiatr. Las tańczy w energii. Pochylam się nad wydrążonym pniem martwego drzewa, tworzy swoisty tunel. Porośnięty jest czapką mchu, pyszni się urokiem. Taki jak z obrazka i tapet o lesie. Chcę jeszcze odejść kawałek, zobaczyć drugi kraniec rowku. Coś chwyta mnie za nogawki, przewracam się, potykam… Nie mam dalej iść. One wołają, że już. No dobrze. Wiązowe Zgromadzenie. Badam najpierw ogromną Topolę rosnącą obok. Taki unikat w środku lasu. Wyjątek i skarb. Mimo, że jest potężna, nie kwapi się do kontaktu. Odpycha. Odchodzę. Dostać ‘’kopa’’ od takiej to nic przyjemnego. Dłonią ‘’badam’’ kolejne wiązy. Buchają przyjaznym ciepłem. Od pierwszej chwili koją. To jest wiec. Bardzo zastanawia mnie ich nazwa. Rozmyślam nad nią. WIĄZ. Ale dlaczego? Spoglądam na żłobienia ich pni, tak ostro zarysowane jak kościec, dające wrażenie jakby drzewo wpajało, wpijało się całą siłą w ziemię, jakby rosło najpierw w dół…

‘’ZWIĄZANY Z ZIEMIĄ’’, przychodzi skojarzenie. Tylko przecież wszystkie drzewa są z nią połączone. Czyżby wiązy jakoś szczególnie? Wiec stroszy się.  Mnie rozpiera ciekawość. Powiedzcie, powiedzcie, dlaczego tak! Czuję się jak Anastazja, trochę przekorna, która chciała dowiedzieć się czegoś od Boga. Trzask łoskotu. Odwracam się i widzę olbrzyma. Najpotężniejszy z nich. Umknął mi wcześniej z widoku. Przyciąga…Potęga rosochatej korony.To on splątał mi kroki gałęzią, to on pragnie dziś kontaktu. Reszta mu tylko pomaga zwrócić moją uwagę. Bo mało brakowało, żebym sobie poszedł. Idę ku niemu. Starzec. Dostojnik. Jak kapłan ostoi. Grubizna pnia. Od razu się wzruszam. Jego korona wiruje jak wiatrak, i choć obraca się aż na boki w silnym wietrze, widać, że dla drzewa to fraszka. Pień ani drgnie. Cała energia wartko spływa do Ziemi. To jest właśnie to. Nieustanna wymiana, pływ żywiołów. Dzięki niej wszystko istnieje. Tak płyną informację. Powiedz mi proszę imię swoje, objaw ludziom wieści Twoje! Wołam do Niego, już przytulony. Tu już mnie nie ma. Tracę pamięć. Zaczyna rozmawiać z nim Dusza. Mam na tyle przytomności, że nagrywam wypowiadane kawałki, co pozwala mi później odtworzyć ich pieśń. A ta już grzmi, jak miękko i łagodnie;

Związani z Ziemią,
Od początku czasów

Niesiemy przesłanie,
Pradawnych lasów

Wiążemy mądrość,
Zadanie rozwoju

Wieścimy pieśni,
Wiecznego pokoju

Budować pragniemy, tworzyć, uzdrawiać,
Z tym zawsze będziemy, już do Was przemawiać

Byli stróżowie, Miłości, Łagody,
My rozsiewamy, uśmiechów pogody

Związani z Ziemią, przez stulecia, epoki,
My istnień ku szczęściu, wiedliśmy tam kroki

Słuchali ludzie i mądrość czerpali,
I oni w ukłonie, się z Ziemią Wiązali

Pytają Wiązy ludzi, o dzisiejsze sprawy
Czy to Was nie trudzi, żeśmy tak ciekawi

Żywot pełen pędu, spraw tak zagmatwanych
Dzień pełen zamętu, bardzo ‘’podziwiamy’’…

Wynalazków krocie, błędy, wykluczenia
Czy to Was powiodło, do sedna spełnienia?

Jedno po drugim naprawia, myli, chełpi dziełem
Czy to Was uzdrawia, ile jeszcze wcieleń?

Co pomoże światu, wyścig, konkurencja,
I kolejna jeszcze, w przyrodę ingerencja

Przestaliście słyszeć, zagłuszeni szumem,
Zgiełk wygania ciszę, ludzkość nie rozumie

Nie znają już oni wiatru, wody, słońca mowy
Giną niepamięcią, żywiołów, gwiazd przemowy

Słuchaj!

Woła Matka Twoja, pełna ziaren obfitości,
Pragnie Cię powitać, pocałunkiem radości

Ona wszystko Ci daje, zbiory pełne plonów,
Ty w zamian wylewasz, podłoża z betonu

Zostań tu na chwilę, albo i najdłużej,
Posłuchaj szmeru liści, pozbądź życia złudzeń
 
Pochyl się nad kwiatem, kolorów uchwyć łany
On też jest Ci bratem, tym od Boga danym

Pokłoń i bobrom pracowitym, podziwiaj wszelkie ptactwo
Tu życie w pełni jest sytym, to Twoje wielkie bogactwo

Historie toczą się w dziejach, istot tworzących przesłania
Gniją próchnem w swych kniejach, i mają do przekazania

Czy pamiętasz słońca pieszczotę, na zoranej twarzy,
Ono dotyka Cię złotem, wszystko może wydarzyć,

Deszczu strugi we włosach, chłodem, rześkością krzepiące
Mgły, szron, mżawkę i rosę, delikatnie wilgocią kojące

Ryk burzy w błyskach ślepoty, łoskot kłód padających
Bose gonitwy w kałuży, w promieniach ciepła grzejących

Zerknij, przykucnij i popatrz, w jakiej doskonałości
Działa i dzieje się wszystkim, prowadząc ku obfitości,

Od grzybów najmniejszych, istot nienazwanych,
Po drzewa przeogromne, przez świat podziwiane,

Ziemia mówić będzie, pokazywać znaki,
Widzieć będą wszędzie, kto uważny taki

Wiązy wiązać będą, mądrość z jej przesłaniem,
Staną się legendą, wiecznym podziwianiem,

I gdy Puszcze wyrosną, po wszystkim co się stanie,
Znowu ucieszą się wiosną, zaszumią na powitanie

Życiu

P90917-155258

Osuwam się na kolana pod pniem, spłakany. To jest i ostrzeżenie, przestroga, i nadzieja, i wyrzut trochę, i wezwanie do opieki, z ciągłym przyjaznym zaproszeniem. Że jeszcze można. Że jeszcze nie wszystko stracone. Nie spodziewałem się takich słów po Wiązach. Prędzej od świerków. One łagodnie godzą, harmonizują, zapraszają, wspierają, łączą, budują, tworzą Jednak przecież głupie nie są. Ilu ludzi ich słucha. Ilu jest w stanie usłyszeć, oszczędzić, dostrzec, powiedzieć STOP. Tu nie potrzebujemy urządzania, gospodarowania, rozwoju. Nie potrzebujemy nowej drogi, by pędzić dalej. To miejsce jest piękne – zostawmy je ciszy dla zamieszkujących je stworzeń, i każdemu kto będzie potrzebował tutaj przyjść się zregenerować. Choć nie wybrzmiało w słowach do końca, pojmuję co miały na myśli Wiązy. Wynalazki, ten postęp, choć tak czyniący w poprawie nasz byt, nie zawsze do końca właściwy. Coś nam się wydaje żeśmy geniuszem okiełznali, a po latach okazuje się jakie to było spustoszenie. Czytałem niedawno o pewnym środku ochrony roślin, który powodował, że ptaki nie przybierały na wadze, opóźniając ich migrację. Dla nich to był wyrok śmierci. Jest stosowany masowo do dziś, bo badania są nowe. Minie trochę czasu zanim go wycofają. Miał działać wybiórczo na owady, jednak… i hektolitrami tego przez lata opryskiwano pola. Jaki będzie skutek? Drzewa widzą dalej, więcej… w końcu, te wszystkie nasze zanieczyszczenia i błędy one chłoną i przetrawiają. Od zawsze. Pamiętają pieśni pychy, wzloty i upadki różnych cywilizacji. Dlaczego miałyby nie ostrzegać. Wołają: Zwolnijcie. Chodzcie do lasu. Tu jest całe bogactwo jakie narodziło życie. Człowiek niczego nowego nie wymyślił. Leki i rozwiązania konstrukcyjne czerpie z substancji roślinnych, podgląda i uczy się, a potem okrzykuje wynalazkiem, odkryciem. Które od zawsze było. Drzewa wzywają do prostoty bytu. On ułożyłby życie wielu z nas. Do weryfikacji, tego, co Ci naprawdę potrzeba. Przychodzi mi na myśl ta permakultura i samowystarczalność. Człowiek oderwany od Natury, próbuje wieścić, że ona biedna sobie z niczym nie poradzi. A ziemia pokazuje znaki. Gorączkuje się (ocieplenie) obmywa, (powodzie), zasypuje, wylewa, wybucha, drży… Jak symptomy choroby ludzkiej. Ale jeśli potrafimy ignorować i ‘’zaleczać’’ chemią takie objawy we własnym ciele, to czy umiemy je dostrzec w planecie?

Deszcz się wzmaga. Ja podążam za sarnią ścieżką. Opuszczam już Wiązy… I mam nadzieję, że nieprędko zawita tu człowiek z jakimś planem zagospodarowania / urządzania tego doskonałego lasu. Dukt prowadzi przez gęstwę młodych sosen, jest piaszczysty i lekki. Skryty horyzont wyłania się. Morze traw, pagórki, przestrzeń i pojedyncze sosny, strzeliste z widokiem na bagno. Czuję się jak na wybrzeżu morskim. Niełatwo tu trafić, jeśli z głównej drogi wszystko przesłonięte gęstwą. Deszcz przepływa pulsującymi, rzęsistymi falami, a mnie otacza fala wysokich świstów. Jesienna grupa plądrująca! Rozglądam się po sikorkach. Jest bogatka, modraszka, i uboga. Nic sobie nie robią z ulewy. Między nimi puchate kulki. To raniuszki! Moje ulubione ‘’kłębki waty’’. Podnoszę lornetkę i dopiero dopada mnie utrapienie obserwatora. Jakie to zwinne. Co chwila trzeba za nimi nadążyć i regulować ostrość. Dzięki temu jednak spostrzegam, że te raniuszki są trochę inne od tych, które zazwyczaj widywałem. Mają białe łebki. To raniuszek ‘’białobrewy’’ podgatunek Aegithalos caudatus caudatus. Bez lornety pewnie bym nie zauważył. Ilekroć spoglądam na ptaki przez lornetę, gębę mam ucieszoną. Tak blisko braci. To też te chwile, i te bogactwo, przystanek i szczęście o którym mówiły wiązy. Pierwsi ludzie doceniali. Ptaki przysiadały na nich, przylatywały na zawołanie, jak do drzew. Było to takie oczywiste. Dziś wędrowcy ‘’muszą’’ spisywać opowieści, aby przypomnieć.

Gdy niebo się uspokaja, wychodzę na skraje pól. Tu wita mnie para szarych żurawi, czyszcząca sobie przemoknięte pióra. Wydają się przy tym niezgrabne, karykaturą dowcipu. Chwilami kroczą jak dinozaury. Pustułka wisi w powietrzu wiosłując w bezruchu pozornym, tą poznaję z daleka po charakterystycznym sposobie polowania. Pikuje w dół. Powtarza widowisko. Lodowaty wiatr przenika dziś do kości, wyszarpując spomiędzy otuliny odzieży, resztki ciepła. W lesie było przytulniej. Po kilku godzinach czuję się nasycony. W głowie snuje się plan ‘’dogrywki’’ nocnej, przy tym lodowym wichrze. Za mało księżyca zasmakowałem w tą pełnię. Wielka Chojna. Opuszczam to miejsce totalnie zaskoczony, odwiedzone raz jeden po blisko 30 latach mieszkania w pobliżu. Enklawa, ciut większa niż las świerka Gabriela. A tu mnie dopadło. Echo pierwotnej Puszczy.

17.09.2019 Samotna Wędrówka

P90917-151955

P90917-134117

P90917-140226

Bezwład, rozkład, dzikość, przemiana, taniec życia i śmierci…tu ucztują owady i ptaki. Splot chaszczy, gałęzi i pni. Tutaj tworzy się Ziemia i zaczątek przyszłego piękna w bogactwie rozkwitu. Czy będzie im dane? 

Wróżki nad jeziorem. Za granicą światów.

Przedzieramy się przez letni, dojrzały w zieleni las. Nie przez jakieś tam chaszcze – po prostu zwykle dostępne dróżki zarosły trawami i roślinnością po pas. Choć w lesie pięknie i śpiewa, chcąc nie chcąc przyspieszam kroku. Trzeba się wydostać na przestrzeń, bowiem gzy, strzyżaki i komary wyległy tłumnie aby mnie powitać. Kawalkada. Nic nie jest w stanie ich odstraszyć. Idąca obok mnie Małgosia nie ma w ogóle z tym problemu – dla owadów jest jakby niewidzialna. Pojęcia nie mam od czego to zależy, ale zauważam – zjawiają się takie osoby, które wszelkie małe istnienie darzy mniej wylewnym szacunkiem. Nici ze spaceru w cieniu drzew. Żegnają nas wiotkie łodygi gozdzików. Ale na przestrzeni, też jest cudownie. Kolorami woła tu życie. Skraj polnej dróżki obsiadły miodunki. Te zachwycają oczy przesłaniem dojrzałego chabru z ciemnym błękitem. Obok nich na badylu wiszą ciemnoróżowe szmaragdy wyki ptasiej. Jak krople esencji kwietnego kunsztu. Wojownicze ostrożenie stróżują wytrwale z kolczastym ostrzeżeniem fioletu. Nie podchodz! Uważaj. Kłuję! Delikatnym motylom krzywdy jednak nie robią. Wszędzie wokół rozkwita jeszcze więcej kolorów, póki co nieznanych mi z nazw. Ohh, jaki ten świat jest bogaty. Dzikie rośliny. Tak wytrwałe i dzielne. Podziw i zachwyt. Nawet nic po nich nie widać – mimo tych upałów. Prawdziwe bohaterki. U nich podobnie jak w lesie, tylko takim na mniejszą skalę. Różnorodność gatunków i totalnie pozorny brak miejsca z rywalizacją o przestrzeń, sprzyja im wszystkim. W tym gąszczu same dla siebie obniżają temperaturę i raczą wzajemnym chłodem, a mozaikowy system korzeniowy każdej z nich, pomaga lepiej zatrzymać wodę dla wszystkich zielonych mieszkańców. Świadome, czy przypadkowe braterstwo?

Długi czas pozostajemy w ciszy, a każde z nas rozgląda się podczas bosego i chłonie w duszę, to co na co dzień pomijane i zapomniane. Siostrzane Topole napotkane po drodze obejmują nas radością i zrozumieniem. Dziś to ja nie mogę się od nich odkleić. Pobudzają wnętrze do osobliwego śpiewu. Pieśni zgody i harmonii z wszystkim co jest… Spostrzegam, że podczas tej sesji nie przysiadł na mnie ani jeden komar…

54230831_1071311349727451_6457138954763239424_n

Wieczór spędzamy na skraju sosnowego boru, pogrążeni w cieple zachodzącego słońca. Tu przenikają się ptasie światy. Z wnętrza lasu wielogłos świergotu i gwizdów, a z pustki przestrzeni polnych, monotonne wołania trznadla. Wtóruje mu melancholią ortolan, a podzwania wibrująco ukryty potrzeszcz. I znów mówimy mało. Nie trzeba. Tutaj wszystko rozmawia. Ciekawiej jest posłuchać. I tak przysłuchujemy się dialogowi dwóch kruków, polatujących nad polem. W pierwszym wrażeniu, to tylko ‘’zwykłe krakanie’’. Ciszej. Uważniej. Wyraźniej. I już da się rozróżnić. Jeden coś opowiada, intonuje, moduluje głosem. Drugi potwierdza i wypytuje. Najinteligentniejszy ptak świata w swych przepowiedniach pozostaje jeszcze niezbadany. Kruki to jakby tacy nadzorcy nad całą przyrodą. Widzą, oceniają, zawierają sojusze, kombinują, uczą się, i działają. Fascynują zaradnością na każdym poziomie. Z każdej wyprawy staram się spisywać głównie wrażenia przyrodnicze. A przecież to tylko maleńka cząstka tego, co podczas nich się dzieje. Wędrówka to złożony proces. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Dokąd dotrzemy? A co wypłynie na powierzchnię. Rozmowy. I te milczące dusz, jak i w słowach. Jaki temat, emocja, historia, przeżycia – domagające się wysłuchania i wreszcie uzdrowienia? W jaki sposób sobie pomożemy? A dzieje się tak niemal podczas każdej wyprawy. W cudowny, intuicyjny, i najprostszy zwykle sposób. Wydobyć, zrozumieć, zobaczyć i puścić pomagają bardzo Drzewa. Wszystko to sprawy bardzo zazwyczaj osobiste, i nie każdy chce nimi się dzielić. W pełni to rozumiem, szanuję i akceptuję. To co wybrzmiewa i się zadziewa, pozostaje intymną tajemnicą naszej przestrzeni.

I tak po słonecznej sielance z krainy pachnących sosen, docieramy o zmierzchu nad jezioro. Małgosia rzuciła takie hasło, a ja w pierwszej chwili zaoponowałem. Teraz jestem tu, skaczę boso między szyszkami i nie żałuję. Bo widok i dzwięk przekracza wyczerpaną już na dziś dozę zachwytu. W ciemnościach śpiewają jeszcze rudziki i drozdy. Wita nas miękkie, dudniące pohukiwanie bąka. Tętni zadumą jakąś. Ostro wrzeszczą żaby. Ale… tafla jeziora… niebo zlewa się czerwienią z lustrem, tworząc dojrzałą, harmonijną jednię. Echo zaszłego słońca. Wyczuwam oddech srebrzystych obłoków, blasku na styku atmosfery ziemi z ‘’pustką’’ kosmosu. Na tle tej glorii wirują w chaosie cienie nietoperzy. Przysiadamy z czuwaniem na wędkarskim mostku, słuchając jak żyje woda. Zewsząd obezwładnia jej mokry, z domieszką bagiennej roślinności, ciężki choć rzeźwiący zapach. Tu, w krainie jeziora próżno nasłuchiwać za ciszą. Pluski i pluskoty. Jak wykrzykniki w ciemnościach. Polują ryby. A może skaczą, po prostu dla zabawy? Ochryple zawodzi niewidoczna czapla. W pewnym momencie ‘’coś’’ kusi mnie, aby jednak trochę poświecić na wodę przed sobą. Roje owadów. Ochotki, komary, licho wie co jeszcze. Spoglądam na spokojną taflę, przypatrując się kłębiącym larwom nieznanych mi stworków. One…coś robią. Nie pływają bez celu. Zbliżają się do góry i…nie wierzę w to co widzę. Larwy tuż przy powierzchni ‘’rozwalają się’’ a z ich wnętrza powstaje zupełnie dorosły owad. Obserwujemy przeobrażanie! Niektóre niemal od razu startują, inne siedzą kilka chwil w bezruchu na wodzie. Kolejne mają jakieś ‘’dziwne pejsy’’, witki. Wyglądają tak magicznie! Czar przemiany. Bo to jest naprawdę cud. Przejście przez granicę żywiołów. W ciągłym tańcu ze śmiercią i szczęściem. Widzę jak młode okonie co i raz rzucają się na tą zdobycz. Inne zgarniają z powierzchni nietoperze jeśli nie poderwą się dość prędko, a i w powietrzu nocą nie są bezpieczne. Mimo to, wiele z nich spełni swoje jedynie zadanie, w odwiecznej pieśni życia. Przetrwają. Nieme, ulotne wróżki wody. Wdzięczni, że mogliśmy uczestniczyć w tym niespodzianym widowisku. Bezimienne owady na zawsze pozostaną wspomnieniem przemijania w niewiadomej pieczęci zdarzeń… Szemrzące wokół trzciny, plotą z szemraniem baśń jakąś… Mam wrażenie, że ta chwila mówi do mnie wszystkim, co w tym momencie się dzieje.

Czerwień blaskiem się kładzie, 
Na spokojnej tafli jeziora,

Świat się pogrąża w bezwładzie, 
Nocy nadeszła już pora,

Bąk w szuwarach ukryty, 
Echem dudni w zadumie,

Jak duch, cały jest skryty, 
Odezwać inaczej nie umie

Święto maleńkich owadów, 
Żywota ogłasza przyczyny

Przybyły na ucztę tłumnie, 
Płocie, okonie, i liny

Nietoperze wydobywają z cienia, 
Wróżek istnienia Wspomnienia,

Ostatnim zgasłym łopotem, 
Latarnią są przeznaczenia.

Wypowiadam płynnie te słowa, wtedy jeszcze zachowane w pamięci inaczej.
Ostatni akt nocy spędzamy kilka kroków dalej, pod sosnami. Bynajmniej nie śpiącymi. W życiu nie czułem tak ich energii. Przenieśliśmy się spontanicznie, stąd był dobry widok na zorzę i nietoperze. Muszę… wiem, że powinienem im się poddać. Ciało moje zaczyna kołysać się swobodnie, choć impulsowo. Zupełnie jak drzewo w podmuchach wiatru. Nie wiem jak to się dzieje… czuję jakby chwytały mnie za nogi od spodu i bujały. Dzikie to. I szamańskie. Gość mój stoi oparty plecami o pień kolejnej obok. Bucha gorąca energia. Znów drzewa odprowadzają to, co powinno odejść. Ostatnio podniosły mi poprzeczkę. Powiedziały, że pora na kolejne wydarzenia i spotkania. Że ten etap warsztatów od marca, był tylko wstępem. Do czegoś dużo głębszego. Był taką nauką podstaw. Teraz mam wieścić przesłania ‘’na żywo’’. Już nie spisywać, a mówić na bieżąco podczas spotkań. Szeptać ich szumiące modlitwy. I tak dziś przechodzę ‘’chrzest ognia’’. Bo rzeczywiście mówię tym rymem. I jakoś swobodnie płynie. Przecież to od Drzew…

Gwiazdy srebrzyste, 
Wspomnienia ojczyste,

Mgieł opary, 
Szemrzące szuwary,

Przyjmij Sosnowe Dary….

Wypowiadam do Małgosi. Teraz czuję się nieco jak ten dawny druid. Jedno ze słów okazało się kluczowe… Popłynęło wzruszenie… Ciężko nam odejść od sosen. Gwiazdy migoczą zalotnymi ognikami ze spokojnej tafli jeziora. Przebijają iskrami znad koron igieł. Wracamy. Oczy nasze doskonale orientują się w odcieniach szarości. Marsz skupienia i jedności. Bór milczy odświętnie. Bezbłędnie pokonujemy przeszkodę w postaci powalonych kłód. Na jego skraju jarzy się platyna tych srebrnych, kosmicznych obłoków. Dziś są szczególnie rozległe. Noc wędrowną kończymy wymianą opowieści i wrażeń, podziwiając chwiejne błyski gwiazd na pomarszczonym nieznacznie lustrze tajemnicy.

tapet1

Majówka z Drzewami Mocy. Sekrety jesionowego szlaku.

Bądź gotów na najbardziej niezwykłe doświadczenie. Daj się zaczarować swojemu światu. Pozostań otwarty na każdą możliwość, a wtedy – stanie się. Choć ja chyba nie byłem do końca przygotowany tego dnia wędrownego, na to co miało mnie czekać. Najpierw pojawiło się zaskoczenie. Potem radość, wdzięczność, zachwyt i … pokora. A zaczęło się…od Drzew oczywiście.

P90501-192203

Wyruszyliśmy dość późno, bo dopiero po godzinie 19. Wieczorny las, w cieple wiosennego słońca, wita rześkością. Małe kosięta kwilą już w gnieździe, samiec nieopodal wytrwale śpiewa. Pełnia rozkwitu życia. Razem z moimi gośćmi na nowo odkrywamy bogactwo tej Planety, ucząc się imion jej mieszkańców. Mam wrażenie, jakby świat pod stopami i do kolan był osobną unikatową rafą koralową, pełną barw i wirującego życia. Tu oto glistnik jaskółcze ziele, orędownik zdrowia spogląda złotym okiem z mroku zieleni. Obok dziwny wilczomlecz. Bluszczyk kurdybanek, i jasnota jarzą się kryształkami fioletu. Drzewa dziś aż trzęsą z radości. Każde zaczepia i coś chce opowiedzieć. Od nowa uczymy się wspólnego życia. Zawieramy przyjaznie z  liściastym ludem Ziemi. Bywają czasem zdziwione, choć wiedzą, że to już się dzieje. Zaczekają na nas – jak zawsze. Aż i reszta ludzi któregoś dnia dołączy do tej przemiany. Tak bardzo cieszą się, kiedy ludzie przychodzą pogadać i przytulić. Kto z nas by się nie cieszył? Niczego od Ciebie nie potrzebuję – po prostu bądź. Krótki pobyt w lesie, a goście moi słyszą i odczuwają więcej niż ja. Ani trochę mnie to nie martwi J Szczególnie cieszy. Dzięki temu nasza wędrówka jeszcze bardziej jest bogata, o kolejne uważne postrzeganie. Nie nadążam za percepcją moich wędrowców, którzy z taką otwartością reagują na wezwania kolejnych drzew. Jarek, drugi już mężczyzna jakiego goszczę na wyprawach słyszy, czuje, postrzega i odbiera je intensywnie. Wołają i zapraszają jego. Żartujemy trochę z brzozami, które przekazują nam na bieżąco, sztukę uziemiania. Znów czegoś nie wiedziałem. Jednak w tamtym momencie, po prostu mówię i robię. Przekazuję. Płynie wiedza przodków. Uczą brzozy wdzięczności, mówią o zdrowiu i sile jaka z tej postawy wzrasta. Znów instruują, jak ustawić ciała, ręce i dłonie, aby przepływ energii był właściwy. Białe, wiecznie wesołe lekarki lasu. Czujemy dogłębnie – każdy inaczej. O zmroku, stary klon jawor zaprasza do gawędy. Grażyna długo pozostaje z nim w objęciach. Po wszystkim czuje się wypełniona, obdarowana, i doładowana. Uderza gorąco. Ciężko opisać. W kniei o ciemności dzwonią jeszcze rudziki i wyśpiewuje drozd. Do snu już ptactwo szepta pacierze. Mijamy olbrzymie kasztanowce, które przyciągają jak potężne magnesy. Płyną wieści osobiste… dla każdego… Mnie proszą abym tu jeszcze wrócił któregoś wieczoru. Drzewa wiedzą, że przychodzimy specjalnie do nich. I jak to w gościach – każde chce obdarować, poplotkować, ale dziś nawet ja zaskoczony jestem tym co się wyrabia. W oddali, głucho chrypi sarni kozioł. Niewielka ich grupa wyszła o zmierzchu na soczystą kolację wśród traw. Szelesty i szmery mysie igrają ze słuchem. Coś się przemieszcza – nie widzimy. Z doświadczenia wiem, że w suchej jak pieprz ściółce, nawet małe zwierzątko potrafi mocno zahałasować. Z ciekawością odkrywać i badać te tajemnicze dzwięki, zgadywać, żeglować wyobraznią – oto cud nocy leśnej.

P90501-205135

A spędzamy ją na zacisznej polance, czekając aż zapalą się żyrandole srebrnych gwiazd. Wieczór rozgonił chmury. Długo żarzy się w pustce horyzontu, łuna zachodniej czerwieni. Gaśnie łagodnie. Nieodległa wieś, pogrążona w lampionach bladych świateł drzemie w ciszy. Nie słychać nawet psów. Nad nami dach wszechświata, w nim my, we właściwym miejscu i czasie… Mija na rozmowach, w każdym możliwym chyba temacie. A czasem cisza i słuchanie skrzypiących, szumiących drzew. Też muszą się wypowiedzieć. Kosmos słucha wszystkich. A my, spisujemy właśnie kolejną wędrowną historię.

Maszerujemy zapadając się w sypkim piasku pól. Chrzęszczą łany zielonego zboża. Pózną nocą docieramy do Krzesimira. Nie planowałem. Trochę tylko ‘’przypadkiem’’ zboczyłem z kierunku i jakoś tak wyszliśmy obok niego. Dębowy olbrzym oddycha sennie przeglądając gwiazdy spomiędzy rozłożystych konarów. Koroną zagarnia niebo. I szczodrze obdarowuje moich Wędrowców. Bucha pulsem wibrującej energii wokół. Grażyna ma wrażenie jakby nią wirował, a jarek mówi o odczuciach ‘’spod ziemi’’ i drganiach – także w kontakcie z innymi drzewami. Osobliwe dudnienie. Odwiedzimy jeszcze staruszka jutro.

Jesionowy Szlak – przez pola, łąki i miedze.

Dzień wita nas burymi chmurami, grozbą deszczu i porywistym wiatrem. Dobra pogoda dla wędrowców. Bo przecież żadna nie jest zła. Każda ma swoje zalety. Podczas takiej aury nie przegrzewamy się, i nie cieszymy wątpliwym dość towarzystwem majowych lotników – komarów i meszek. Taki czas wolą przeczekać ukryte w gąszczach. Jesionowy szlak. Aleja przekroju drzewnych osobowości. Stróżują temu miejscu również klony, lipy, dęby, wierzby, wiąz, głogi, dzikie róże, tarniny, jabłonie. Właśnie w takie dni jak dziś, poczuć można zalety  zakrzaczeń przydrożnych. Dostrzec cenną rolę jaką pełnią w zmienionej działaniem człowieka przyrodzie. Gdy tylko znajdujemy się na dróżce otulonej kępami krzewów, siła podmuchów słabnie. Maszerujemy jakby w tubie wyciszenia – tak działają drzewa rosnące obok. Tak samo zimą hamują nawiew zasp, a latem i wiosną wyłapują unoszoną przez wiatr wyjałowioną już ziemię, opóźniając procesy erozji. Hamują odpływ wilgoci i magazynują ją w sobie. Niby rzeczy oczywiste…  Ktoś kto nie spędza czasu w naturze o każdej pogodzie nie doceni – przyjedzie i wytnie… Pytają nas drzewa, z jakimi zamiarami przychodzimy. Lekko zaniepokojone. Słyszy jarek i ja. Nie dziwię się – w końcu od jakiegoś czasu obserwuję ‘’szał’’ na ogałacanie takich dróżek i polnych rowków z wszystkiego co rośnie. Mimo tylu korzyści… umysł nie pojmuje, serce płacze. A one wiedzą… choć tutaj jest jeszcze spokój, odbierają przecież co dzieje się kilometry dalej. W pamięci Ziemi zapisuje się wszystko. Dlatego szanuj, błogosław, kochaj, dziękuj i opiekuj się Matką która Cię żywi, w zgodzie z Jej rytmem. Otacza nas ocean złotej żółci rzepaku, wśród którego jak ryby zwinnie wiosłują jaskółki dymówki. Muskają kwiaty w locie, wyłapując owadzią drobnicę. Piękno i dramat na jednym obrazku, mimo wszystko w tamtym momencie myślę, że to najpiękniejsze co dotąd zobaczyłem w życiu. Przyglądamy się w zachwycie temu spektaklowi – pokazowi ptasiego drapieżnictwa. Czarne, jaskółcze kreski nawołują – ciiiit, ciiii! Zupełnie jak delfiny polujące na ławicę ryb. Komunikacja i synchronizacja. Awifauna pól i miedz dopisuje gwarem i odgłosami. To wręcz nie do pojęcia – ile te ‘’krzaki’’ kryją w sobie życia. Stały się jakby osobnym, podłużnym lasem. Widzimy żółte trznadle,  biegającą siwą pliszkę i wabienia sikory modraszki. Z niebios spływa urokliwy śpiew skowronka. Ptaki próbują swoich sił, mimo porywów wiatru. Ostro dzwoni niedaleki potrzeszcz – wieszcz bezmiaru pustki. Kolorowe szczygły uwijają się obok z wesołym świergotem. Nad nimi roztacza swój wysoki, melancholijny śpiew Ortolan – jeden z głównych tutejszych solistów. Czupurne mazurki, nieśmiałe polne wróbelki spoglądają na nas zdumione spomiędzy kęp zarośli. Obserwują. W ubiegłym roku gniazdował tutaj nawet gąsiorek – dzierzba. Chwila zadumy, gdy wśród jaskółek na rzepakowym morzu, z dostojeństwem szybuje błotniak zbożowy… Tu od wieków zakotwiczył, wyrósł i ubogacił życie osobny, fascynujący świat. Potomkowie mieszkańców odległych stepów, i suchych łąk osiedlili się tutaj i uznali rolniczą przestrzeń upraw ludzkich za swój dom. Przy okazji nieocenione oddając nam usługi. Czy pamiętamy o tym podczas gospodarowania?

P90501-194054

Jakże pogoda potrafi zmienić odbiór każdego miejsca. Jesionowy Szlak kojarzy mi się z księżycem i ciepłymi, letnimi nocami, kiedy spaceruję tutaj boso po przyjaznym piasku. Pierwszy raz wiodę tędy wędrowców. Ktoś powiedziałby ot, zwykła polna dróżka. Może i tak – gdy minąć ją w ślepym i głuchym pędzie, albo kabinie samochodu, wzniecając tuman duszącego kurzu. My odkrywamy dalej – kolory, zapachy, kształty, ślady. Fotografujemy kwiaty. Jedwabiste płatki dzikiej jabłoni i upstrzone różowymi punkcikami ozdoby głogów. Mijamy piaszczyste niecki po grzebaniu zajęcy i bażantów, królicze nory, a w jednej z maleńkich polnych kęp napotykamy królika właśnie. Trop dzika okrąża zadrzewienie, które jest naprawdę niewielkie. Mimo to – przebogate w rośliny. Brzoza, dąb, topola, jesion, wierzba, tarnina, olcha, wszystko na tak małej powierzchni. Mogłoby być zaczątkiem przyszłego lasu, gdyby zaprzestać uprawiania ziemi wokół. Ale największym zaskoczeniem okazuje się być potężna czeremcha – rozłożysta i wielka niczym ogromny pająk. W życiu takiej nie widziałem. Moje Drzewo Mocy. Mam do niej wrócić. I już wiem, dlaczego od 2 dni towarzyszyło mi poczucie, aby iść właśnie tutaj. Po drugiej stronie kępy czeka na nas ten sam królik. Zwierzak nie opuścił jej, tylko pokicał na drugą stronę. ‘’Pech’’ chciał, że nie wchodziliśmy do środka, a tylko okrążyliśmy wokół. Nie ma co przeszkadzać ptakom. W powietrzu czuć pył. Osiada mi w gardle. Znak, jak wielka jest tutaj susza. Świadczą też o tym młode kiście dopiero co wypuszczonych świeżych listków, które zrzuciły drzewa. Nie są w stanie ich utrzymać i odżywić. A wiatr nie jest aż tak silny, aby je urywał. Widać przy okazji jak różne drzewa potrafią obierać życiowe strategie. Niektóre dęby wypuściły już listki, inne cierpliwie trzymają je w pączkach. Taki Krzesimir, ”tłamsi” je już drugi tydzień, podczas gdy klony rozwinęły pełnię ulistnienia. Mijana dzika róża prosi, aby odsunąć jej pędy na bok. Nie chce być potrącana przez auta i traktory. Spełniamy tą prośbę cennego w przyrodzie krzewu. W pewnym momencie jarek mówi, że mamy przy najbliższej okazji skręcić w prawo – bo tak wołają tutejsze drzewa. Dziś, jak zawsze one prowadzą, choć nie za moim pośrednictwem. Tak docieramy do polnego, wyschniętego na wiór rowku, w którym osiedliły się topole białe. Są wysokie, dostojne, czyste.. To one nas zawołały. Jest ich kilkanaście. Pną się hen pod niebo. Przychodzi taki moment na wędrówkach, że każdy potrzebuje pobyć sam. I tak też dzieje się teraz. Każde z nas wybiera sobie jedną z topól. Czas długiego tulenia i osobistych przesłań. Czuję, że to miejsce mocno nas oczyszcza. Czuję się wspaniale, lekko i błogo. A zakątek okazuje się być spełnieniem wszelkiej tajemnicy. Nie widać było tego z zewnątrz – w środku, na dnie rowku znajdują się odciski dziczych i sarnich śladów. Widać, że sprytne zwierzęta chodzą tędy jak chodnikiem. Skryte i bezpieczne. Pełno pustych ptasich gniazd, i ciekawych roślin. Białe Topole to Drzewa Mocy patronujące na ten rok, i już z jego początkiem wołały ludzi do siebie. Nie myślałem tylko, że taką przybierze to formę. Wspierają one rozwój Duszy,  powrót do Boga, Wszechistnienie, uzdrowienie duszy, wzrost duszy, odzyskanie jej utraconych aspektów, osobistą moc ducha, przejawienie darów, jedność, Boskość Istoty i pełnię mistrzowskiej kreacji. Rzeczywiście – na naszych twarzach uśmiechy i wcale nie mamy ochoty stąd iść. Tu prawie nie wieje. Topole ugościły nas swoim schronieniem. Robimy więc postój z przerwą na jedzenie i gawędę. Maszerujemy kawałek dnem rowku, co rzeczywiście okazuje się być bardzo wygodne. Pora pożegnać się z tym przyjaznym miejscem. W pamięci zapisze się jako niezwykły skarb, skryty pod plątaniną konarów i chaszczy. Choć i tutaj dotarł człowiek z nieubłagalną piłą – gdzieniegdzie widnieją dawne ślady zniszczenia. Wierzyć się nie chce. Bo przecież zarośnięty rów lepiej magazynuje wodę, spowalnia jej odpływ, jest schronieniem dla ptactwa które tępi ‘’szkodniki’’ a czasem i nieocenionych w pożytku bobrów. Wszyscy zaś narzekają na suszę…

P90502-121902

Topole żegnają się z nami gromkim zrywem szelestu swych biało – zielonych liści. Tak samo jak powitały, kiedy tylko wkroczyliśmy w ich przestrzeń. Trudno, o bardziej wymowny znak od Drzew.

Klon

– Ludzie odwiedzający drzewa, powrócą do swojej dawnej Mocy. Rozwiną świadomość. Pozbędą się trosk, smutków, blokad, otworzą na przepływ życia. Uzdrowią aspekty duszy. Czasem ciała. To nie obiecanki, a szczera zapowiedz tego, co jest i było Wam dostępne od zawsze. Mówcie o nas. Opowiadaj o każdej wędrówce. Ty, Jarek i Grażyna. O tym co tu przeżyliście. Ważne by się dzielić, aby stało dostępne dla innych. Wystarczy im przypomnieć. W każdym człowieku drzemie tęsknota za harmonią, spokojem i zrozumieniem. Jest on na wyciągnięcie ręki. Wzrasta latami tuż obok Was. Tyle otrzymujecie – i nie dostrzegacie. Powietrze, woda, gleba, cień, osłona. Podstawy Waszego istnienia. To dają i chronią dla Was Drzewa. Poczuliście to dzisiaj. Zapraszamy do swoich światów. Pokażemy nasze bogactwa. Nauczymy jak je dostrzegać. Dziś wszyscy zobaczyliście co jest możliwe, kiedy pozostajecie w otwarciu na nasze słowa. Jak bogata staje się wtedy podróż. Jak każde z Was czuje. Wołamy, zapraszamy ludzi od dawna. Wreszcie, znów zaczynacie więcej słyszeć. Pora abyście zrozumieli, że szczęśliwi możemy być tylko współistniejąc – nie w zwalczaniu, oskarżaniu, wynajdywaniu przeszkód. Różnimy się. Drzewa nie można zmanipulować, oszukać. Was tak. Dlatego działacie przeciw nam, a tym samym wbrew sobie.

Dawno nie odwiedzany przyjaciel, Polny Klon o imieniu Kostur takim obdarza przesłaniem. Głóg obok prosi o zrobienie fotografii jego kwiatów. Chce być na tytułowym zdjęciu opowieści.

– I staną w Prawdzie Serca! O tym też napisz. Zaufania Kwiat Głogu. Kwiat Serca. Widzisz te maleńkie, różowe punkciki? Taki sam znajduje się w centrum Waszych Serc. Iskra Boga. Dotrzyj do niej, a odnajdziesz wszystko czego szukałeś. 

Woła głogowy krzaczek. Robi się wesoło. Kawałek dalej, jarek brata się z jesionem. Polem kica zając, co i raz przysiadając czujnie – szarak nasłuchuje. Może też wieści od drzewnych przyjaciół? Cieszę się bardzo, kiedy w uważności goście moi sami odkrywają pewien fenomen, podczas tych dwóch dni włóczęg. Dostrzegają gdy drzewo woła – kołysze się lub trzęsie ‘’samo z siebie’’, mimo braku podmuchów wiatru. Są podekscytowani. A ja opowiadam co jeszcze potrafią drzewa wyczynić – bo spowodować im osobny podmuch wiatru, czy zawirowanie powietrza wokół, to dla nich ‘’pikuś’’. Tak też się komunikują. Nasi przodkowie wiedzieli, jak podsłuchać rozmowę żywiołów. Pamięć tych umiejętności, przetrwała jeszcze u Drzew. Żegna nas czuły, niespodziany, śpiew ukrytego słowika. Na sam jego zew, nie mogę doczekać się kolejnego księżyca w upojeniu słowikowej nocy.

P90502-122726

A kiedy las nie pozwala…

Zbliżamy się do znanego już z wielu opowieści olsu, kiedy mam delikatne wrażenie, że możemy tam wkroczyć tylko kawałek. Jarek mówi, że nie chce tam iść – ‘’coś’’ nie pozwala i nie życzy sobie tego. Jeszcze kilka kroków, i dostrzegam kroczącego między drzewami żurawia. Tak. Ta przestrzeń jest dziś zajęta przez zwierzęta. O to chodziło. Czucie ‘’wymusza’’ niejaką elastyczność. Ufasz temu co przychodzi i podążasz. Nie sposób trzymać się sztywnego planu. A nasze wędrówki zawsze są  spontaniczne. On rodzi się w trakcie. Wycofujemy się aby nie płoszyć ptaka. Idąc, podziwiamy w rowku resztki po bobrowych robotach. Siadamy na powalonej topoli, która gościnnie przygarnia całą naszą trójkę. Natura pomalowała ją srebrno – szaro – sino żółtymi porostami. Tu czas nas opuszcza… Otoczeni zielenią traw i kwiatów, słuchamy ptasich mieszkańców bagna. Podczas każdej wyprawy poznaję swój las od nowa – oczami moich gości. Jarek wypatrzył osobliwy młody dąb, który podtrzymuje i oplata dojrzałą sosnę. Jakby trzymał ją do tańca. Tyle lat tędy chodzę i nie zauważyłem. Dlatego spotkania międzyludzkie są ważne. Każdy ubogaca nas swoim postrzeganiem,  nawet jeśli w czymś się nie zgadzamy. Warto widzieć jednak to, co nas rozwija.

59301263_285733642329815_89763278888108032_n

Tulimy brzozy tańczące na wietrze. Czuć, jak zwinne dziewczyny wyginają się i chwieją pod jego naporem. Chwila, i stajemy się jednością w błogim kołysaniu. Poruszają się lekko, bez naprężeń. Przystosowane przetrwać dużo mocniejsze wichry. Brzoza potrafi zgiąć się do samej ziemi i nie złamać. Dopiero teraz pojąć można, co znaczy nazywać brzozę tancerką. One nimi są. Błogosławimy sobie nawzajem. Mija nas dwójka młodych rowerzystów. Dla nich będziemy świadectwem, albo… wariatami J  Kwilące jaskółki uwijają się zwinnie nad morzem rzepaku, czyniąc barwną powtórkę z widowiska. A my dziękujemy życiu, że przyszło nam istnieć na tak wspaniałej planecie. A Mistrzowie Drzew, są wśród nas. Nie zawsze się ujawniają. Nawet nie spędzają dużo czasu w lesie. Niekoniecznie żyją, jakbyśmy sobie wyobrażali. Mimo to słyszą, czują, rozumieją i mają otwarte serca. To wystarczy, aby ich istnienie szumiało na co dzień śpiewem prastarej zieleni.

Gościom moim, Grażynie i Jarkowi w podziękowaniu za świadomą obecność, otwartość, niestrudzone Dni Wędrowne i wszystkie duchowe upominki.

Wierzbom, Kasztanowcom, Brzozom, Topolom, Lipie, Głogom, Róży Dzikiej, Dębom, Klonom, Sosnom, Jabłoni, Kwiatom, Ptakom, Sarnom i Żurawiowi, i każdemu stworzeniu w uhonorowaniu Waszego przewodnictwa, mądrości, bogactwa jakim obdarowujecie nasze zmysły i dusze podczas wypraw.

—————————————————————
—————————————————————

* Wędrówka miała miejsce w ramach naszych Warsztatów Przytulanie Drzew – podróż do Źródła Istnienia

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie spokojny Dzień Wędrowny w doświadczeniu intymnego spotkania z Naturą, pisz, pytaj. Kontakt w sprawie zgłoszeń:
czeremcha27@wp.pl

Na blogu możesz też poczytać inne wspomnienia z niektórych minionych warsztatów:

Dendroterapia – Przytulanie Drzew 

Możliwe są też wyprawy i czuwania nocne. Szczegóły w Wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

————————————————————–
————————————————————–

P90502-131518

P90502-122256

P90502-132355

Z pamiętnika zimowego podróżnika: Noc Wędrowna.

Uciszyło się. Szalejące przez kilkanaście godzin żywioły, zmęczone, wytańczone, wyczerpały wreszcie swą dziką furię. Woda, ziemia, powietrze – wszystko to przytuliło się w końcu zgodnie i zasnęło pod tonami bielusieńkiego puchu. Jest spokojnie i cicho. Czasem brzęknie gdzieś na mrozie niewidoczne źdźbło, ot zimowa symfonia ciszy, przy akompaniamencie harcujących myszy. Nocne pola spowił zachwyt lekkiej, białawej mgiełki. Nieruchome widma zasypanych drzew wyłaniają się niczym zjawy, narzekając na wspomnienie tragicznej zamieci. Wyglądają upiornie, pięknie i nieziemsko. Czar zimowego cudu zachwyca zestrojone z nocą oczy, przenosząc umysł do krainy duszy. Na miedzach sterczą buńczucznie maszty chwaścianych kikutów. Czego one nie przetrwają.

3ed00821ac403b399a4d76f4592c842e

Pochłaniam wcale nie forsownym marszem kolejne i następne kilometry. Czuję się jak polarnik, przemierzający bezkres arktycznego piekła. Gdzie okiem nie sięgnąć, tam ściele się otchłań wszechpanującej bieli. I możesz tak wędrować bez końca, dopóty sił starczy, lub nogi nie odmówią posłuszeństwa. Dopóki maszerujesz, jest przyjemnie ciepło. Doskonale udało mi się dziś dobrać ubiór. Nie zagrzewam się, a ciepła z podchodu wystarcza na półgodzinny postój. Idealnie. Ogarniam wzrokiem… Wolność… taką wolność, którą to nie mogę się nasycić. Bo te zaśnieżone bezkresy tkwią oto przede mną puste i ciche, a ja mogę podążyć w dowolnym kierunku, tak daleko jak tylko zapragnę. I polami wymijać, co większe wsie. Przestrzeń jak nigdy zaprasza do wędrówki. Śniegu nie ma aż tak dużo, nie męczę się wiec zbytnio. W plecaku są kanapki i dwa termosy. Z jednego krzepi herbata z własnoręcznie zebranych dzikiej róży i jarzębin, w drugim gęsta zupa. Iść, nie przestawać…

Poirytowane kwiczoły terkoczą niepocieszone, kiedy mijam krzaki tarnin i głogów. Nie dziwię im się. Na pewno gdybym wiedział, że tu śpią, obszedłbym to miejsce. O dziwo, nie napotykam żadnych zwierząt, choć śladów co kawałek sporo. Jeśli pokrywa śnieżna utrzyma się długo, ta biała kartka zaroi się paciorkami tropów. Tu przy rowie, jakieś trójpalczaste, na pewno nie bażant, za duże. Czyżby żuraw? Wiem, że sporo z nich nie podjęło wędrówki. Co kawałek sarnie kopytka, a gdzieniegdzie śmieszne znaki zajęczych skoków. Z rzadka ukazują się pojedyncze tropy dzików, i mam wrażenie, że wszystkie ślady są z dzisiaj. Inaczej być nie może, jeśli zadymka przycichła w dzień. Tłumaczę sobie to tym, że jest jeszcze wcześnie. ‘’Dzicza godzina’’ w tych okolicach, zaczyna się na dobre około 23. Wtedy najbardziej można się spodziewać czarnych kolosów. Obserwując ślady, zamyślam się nad mądrością zwierząt. Praktycznie żadna ścieżka nie prowadzi przez otwarte, gołe pole. Doskonale wiedzą, że nie ma czego tam szukać i wystawiać się niepotrzebnie na działanie zawiei i mrozu. Prastary instynkt nieomylnie prowadzi je ku miedzom, olszynom i zadrzewieniem, gdzie spadło mniej śniegu i można wydrapać coś do zjedzenia. Takich miejsc nocą nie wizytuję. Chętnie zmagam się z kaprysami pogody i tym bardziej ucieszam kiedy w tej małej replice Arktyki, przykucnąwszy w porę, mogę odprowadzić wzrokiem jakiegoś zagubionego zwierzęcego podróżnika. W takich warunkach jak dziś, bez problemu wypatruję ich z dala, zanim mnie jeszcze usłyszą.

47537-atmosphere-morning-winter-mist-purple-1920x1280

Nozdrza atakuje zapach świeżego błota i rześkiej wody. Słyszę jej narastający plusk, i już uśmiecham się w myślach. Tak! Wróciły bobry! Bulgot wodny dobywa się z niewielkiej zapory, którą pracowite zwierzątka już zdążyły wznieść mimo chłodów. Nie poddają się. Bo w zeszłym roku im ją zniszczono. Zepsuto kilka, przez co rowy wyschły na wiór, na wiele miesięcy. Ostatni deszczowy czas napełnił je znów, a to wystarczyło nieustępliwym grubaskom do powrotu i działania dla dobra człowieka, oraz wszelkich innych stworzeń. Przy tamie dostrzegam na śniegu mnóstwo tropów. Fragmenty są niezamrożone. Mam
wrażenie, jakby wszelkie stworzenie z pól, przychodziło pić właśnie tutaj. Są lisie i kunie łapki, sarnie kopytka, a nawet ptasie skoki. Bobry chcąc nie chcąc pomagają na wiele sposobów innym mieszkańcom tego świata. Wystarczy, że się osiedlą, a już dzieje się dobrze. Mój Ty kochany Bobrze. Choćby dlatego warto było maszerować tyle kilometrów, aby się tego dowiedzieć, że znów jesteś. Jak zrobi się cieplej wrócę tu podziwiać jak pracuje. Pamiętam takie sceny z niektórych pełni księżyca. Rowek jest głęboki, siedząc na jego skrawku wysoko, mam widok na strugę i leniwie sunącego grubasa. Miejscami, bywa tak płytko, że zwierz musi człapać. Widok tego czujnego przecież zwierzęcia, w blasku odbijającego się w kipieli miesiąca jest iście urokliwy jak on sam. Już nie mogę się doczekać.

Seasons_Winter_Forests_507448.jpg

Zadziwia mnie ta tajemnicza aura. Mimo lekkiego wiatru, mgła przybiera na sile aż tyle, że zamiast zadrzewień na horyzoncie, dostrzegam jedynie rozmazane bure plamy. Jakby chciały skryć swe sekrety, w zawoalowanym misterium pustki polnej. Zwierząt nie napotykam dziś nawet na postojach. Czyżby wichura tak dała im się we znaki? Trwa też przecież Lisi Bal. I kiedy borykam się z myślą, że nie spostrzegłem nawet żadnego lisa, jeden z nich zasuwa bokiem. Ależ ma tempo! Zastygam natychmiast w bezruchu. On zwalnia i wychodzi na drogę, przeskakując na drugą stronę. Nadal tkwię. Z nudów odliczam. Po 2 minutach zwierzak wyłania się znów, i wraca niemal swoim tropem. Czyli był się napić, tam gdzie bobry mimowolnie uczyniły wolne od lodu skrawki. Jakie to ważne – bo jedzenie śniegu nie zaspakaja na mrozie pragnienia, a je wzmaga jeszcze. Mikita znika mi z widoku w chmurze srebrnego pyłu, jaki wznieca po sobie podczas gonitwy. Sunie jak strzała. Żegnam go ciepło w myślach, życząc najlepszych łowów i bezpiecznego szlaku. Tej nocy przemaszerowałem około 20 kilometrów. Dziewięć godzin w terenie. Tak to się wlecze z postojami. W nastroju aury coś się zmieniło. Wilgoć wieszczy zmianę…

W powietrzu wisiała odwilż. Za kilkanaście godzin świat zachłyśnie się deszczem.

402968-svetik

Fragmenty pochodzą z powstającej właśnie mojej książki ”Szepty Kniei”. Jeśli podobała Ci się ta opowieść, możesz pomóc Szeptom urzeczywistnić marzenie ich papierowego wydania, klikając TUTAJ

https://pomagam.pl/szeptykniei 

Za każdą otrzymaną już pomoc dziękuję pełnią leśnego serca ❤ 

Leśny Sylwester z Szeptami Kniei

Czasem czujesz, że to co robią wszyscy nie odpowiada do końca Tobie samemu. Wśród huku, hałasu, okrzyków, rozmów o niczym, i przy całym szaleństwie ‘’bo tak trzeba’’ – Ciebie ciągnie zupełnie gdzie indziej. Może ku większemu szaleństwu jeszcze? A może – do jedynej takiej podróży, która bywa udziałem nielicznych podczas przygody zwanej umownie życiem. Dwójka śmiałych wędrowców, postanowiła spędzić ten dzień inaczej. W chłodzie i ciszy czeremchowego lasu, na dębowym szlaku, wśród pól i bagien, i przelotnych olszynek rozsianych tu i ówdzie. Na własne oczy i uszy, mieli okazję się przekonać jak ludzkie święto przeżywają w trwodze dzikie zwierzęta. Nie zabrakło i chwil pięknych, wzniosłych, wzruszających, i co najważniejsze – na zawsze odciskających piętno gdzieś w zakamarkach ducha…

49117467_2282502978700690_3943349915593211904_n

Pierwsze wyjście robimy jeszcze za dnia. Podążamy trasą nieczynnej już linii kolejowej, dawniej łączącej Poznań z Międzychodem. Mimo upływu czasu, szlak nadal zachowuje swój urok, a miejscami nabiera go jeszcze więcej. Tam gdzie, nieokiełznane kępy ciemnych tarnin, zagarniają pod chaotyczne panowanie coraz to nowe połacie dostępnej przestrzeni. Pełnia kryjówki do noclegu, miejsca gniazd dla wielu ptasząt. Wiosną zaś doskonałe miejsce owadzich łowów dla pokrzewek i muchołówek. Dzikie róże zaczepiają kolcami, jakby chciały zwrócić Ci uwagę, byś przystanął i po prostu dostrzegł co wokół. Towarzyszą nam sikory bogatki i kosy, przelatujące coraz dalej i dalej, wraz z naszym przesuwaniem się. W krzakach przyczaiła się sroczka.Wygląda nieco smętnie. Taka zastraszona jakby. Pewnie pierwszy sylwester w życiu tego ptaka. Oswaja się z odgłosami eksplozji. Normalnie sroki nie dopuszczają do siebie tak blisko… Mijamy ją. Danuta przyjechała aż z Warszawy, aby tej wyjątkowej nocy, podziwiać uroki wielkopolskich pól. Poznajemy się w rozmowie, choć od początku panuje swoboda. Opowiadam o miejscach które mijamy…A pamiętam czasy, gdy na słonecznych nasypach wygrzewały się tutaj śpiące sarny, i można je było podejść , balansując cicho po szynach. Latem oczy zachwycają wcale nie tak pospolite, wyjątkowe motyle – kraśniki sześcioplamki. Rosną tu też dzikie poziomki. Nie brak i widoków przykrych. Tu oto szara plama w ziemi, pozostałość po niewielkim śródpolnym zadrzewieniu, opanowanym przez ogromne dziuplaste wierzby. Miejsce lęgowe słowików, kryjówka dla zbłąkanych saren, jeśli zdarzyło im się tu zapędzić. Hamulec dla wiatru, w dole gromadziła się woda. Mała ostoja bioróżnorodności. I jeszcze można by pojąć to spustoszenie, gdyby potrzebą ludzką w czyjejś biedzie, było się ogrzać. Tak się jednak nie stało. Pocięte na kloce drzewo, spalono na miejscu, męcząc się z tym przez parę dni. Do dziś pozostały ogromne kupy popiołu. Wierzbowe pniaki mimo to, wypuściły długie, sterczące pędy. Drzewo Czarownic nie poddaje się tak łatwo. Wierzby to tacy życiowi twardziele, o miękkim drewnie. I po co, dlaczego? … Tym razem odpowiedz nie kołacze gdzieś wśród drzew…

49717409_2179704755583032_5299077873246666752_n

Kiedy wynurzamy się z nasypów, dostrzegamy umykające polem sarny. O dziwo, w oddali po drugiej stronie stoi kolejna grupka płowych zwierzaków. Te są dużo spokojniejsze. Pochylają się na oziminie, co chwilę nasłuchując czujnie i obserwując ludzkich podróżników z psami, poruszających się na oddalonej drodze. My zmierzamy prosto nad bagno, do dziczego królestwa szelestów i szuwarów. Tu jest co zobaczyć. Błotniste ścieżki, babrzyska, buchtowiska, a nawet dawne barłogi. Zimujące łabędzie i gęsi. Udaje się zdążyć jeszcze przed zmrokiem. Wita nas martwa cisza – mimo, że ostoja normalnie tętni odgłosami ptasich mieszkańców, o każdej porze roku. Dziki i sarny, zawsze można napotkać, jeśli wiesz o jakich porach się pojawić. Nagle dostrzegam czarny zarys jakiegoś zwierzęcia, które wynurza się z trzcin na ścieżkę. Są dwa. Jednak dziki? Trwamy w szepczącym oczekiwaniu. Ja się cieszę – bo w życiu nie spodziewałbym się dzika w taki dzień tutaj. Czar pryska… kiedy zwierz ustawia się bokiem. Rozpoznajemy dwa psy. Co tu robią? Ruszam w ich kierunku. Jeden szczeka z przestrachem. Oddalają się. W ruchach znać niepewność. Tak…to pierwsze ofiary petardowego szaleństwa. Część psów w przerażeniu ucieka z posesji albo wyrywa się na spacerach, i tak trafiają w dzicz. Niektórym udaje się samodzielnie wrócić. Inne nie odnajdują się nigdy. Okazuje się, że dalej jest trzeci pies. Ten jest najostrożniejszy. Trzyma się z dala. Wszystkie wyglądają na rasowe. Zadbane. Zwłaszcza ten najmniejszy, w typie sznaucera, ma na sobie obrożę z medalionem. Podbiega najbliżej. Jednak przy każdej próbie przywabienia słowem, rzucają się do ucieczki w tył. Nie sposób ich zachęcić… Znikają nam z oczu, podążając swoją drogą… Ciekawe, czy właściciele w ogóle spostrzegli zgubę. Zapadamy się w miękkiej, zaoranej ziemi, kiedy dopada nas zmierzch. I pierwsze zdziwienie mojego gościa, że jednak coś widać. Tak… Spoglądając z okien oświetlonego domu, ma się wrażenie, że wszędzie panuje czerń. Jeśli jednak wędruje się razem z zachodem słońca, a wzrok ma szansę stopniowo się przyzwyczajać, okazuje się, że wcale tak straszno nie jest. Ludzkie oko rozróżnia odcienie szarości, czerni, burego, i widać całkiem niezle. Żyjąc wśród cywilizacji, łatwo zapomnieć o umiejętnościach jakimi obdarzyła nas natura. Kontakt z nią pozwala sobie przypomnieć… Wreszcie wydostajemy się na piaszczystą polną drogę, obsiadłą przez wielkie Topole, porośnięte jemiołami. Tędy odprowadzam mojego gościa do kwatery, po tym krótkim, rozpoznawczym wypadzie. Umawiamy się na później, aby ruszyć na ‘’prawdziwy las’’ i pozostać tam już przez noc sylwestrową. 2-3 godziny oddechu, odpoczynku, po rozmowach i wrażeniach. Akurat żebym przygotował rowery i jakiś podstawowy ekwipunek.

21:30

Wreszcie spotykamy się ponownie. Rowery potrzebne są tylko na chwilę – aby podjechać na pola, skąd będziemy mieć blisko do lasów. Dla roweru to niecałe 10 minut, dla pieszego, dużo więcej. A chcemy mieć trochę czasu, zanim rozpocznie się kanonada. Gdy mijamy ostatnie osiedle, pola witają się szarą pustką i ciszą. Rowery zostają. Droga nie nadaje się do jazdy, ani wędrówki pieszej. Potęga pierwotnego błota strzeże swojego szlaku. Za to polem idzie się zupełnie wygodnie. Pod butami szeleści wyrośnięta ozimina. Odlegle zawodzi z jękiem jakiś zwierz. Nie mam pojęcia co to… Zagadka nierozwikłana od lat. Ale tego odgłosu nie ma w żadnych nagraniach znanych gatunków, z jakimi się zapoznałem. Podejrzewam młodego kozła sarny – taki który jeszcze nie potrafi ‘’chrypić’’, ale nie jest już malutki. Albo jakiś ptak… Po drodze kombinujemy z ubraniami. Wziąłem w plecak dodatkowe. Realia jesienno – zimowych wędrówek pozostają niezmienne – albo ubierzesz się tak, że zanim dotrzesz do celu totalnie się spocisz, albo przemarzniesz dość szybko. Sztuką jest tak dobrać ubiór do potrzeb swego ciała, aby wiedzieć co sprawdzi się na marsz, a co na dłuższe siedzenie w miejscu lub rower. Ja już mam to ‘’obcykane’’, ale i tym razem przesadziłem zakładając polar na kurtkę. Nie należy dopuszczać do spocenia się. A każdy ma inny organizm i wewnętrzną ‘’termikę’’. Mógłbym ubrać kogoś w to samo co siebie, i byłoby mu za ciepło lub za zimno, podczas gdy ja czułbym się dobrze. Inaczej jeszcze odbiera się chłód podczas marszu polem, a jeszcze inaczej w samym lesie. Dlatego zawsze staram się poinformować moich gości o takich możliwych niespodziankach. Przed nami majaczy się czarna ściana lasu. Widać ją doskonale już z daleka, mimo pełnej nocy. Olszynka którą mijamy po prawej, również tkwi cicho. Tak jak się spodziewałem, ani śladu zwierząt. A przecież właśnie tutaj obserwowałem dokazujące jelenie i lisa. Roiło się od śladów. Ma się wrażenie, że całe istnienie pierzchło jak najdalej, tam gdzie już nikt nigdy nikogo nie przestraszy… A do mnie dociera, jakże nudny i ubogi byłby ten świat, bez tego zwierzęcego bogactwa przemierzającego w mroku swoje zakątki. Dziś napotykamy tylko dziury, wyryte dziczym ryjem. Można się niezle o nie potknąć, zwłaszcza, że nie tak łatwo je widać. Docieramy do burej ściany mrocznego boru. Tu tkwimy długo w ciszy, nasłuchując co się dzieje. Zanim wejdę do lasu, zawsze tak robię. Sprawdzam, czy kręcą się jakieś zwierzęta. Jeśli są, nie wstępuję w las. Droga upstrzona łatkami świecących kałuż. Biało – blade lustra, wyróżniają się dla wzroku mimo ciemności. Od razu wyłapujemy co się tu dzieje….

49205932_269819023684286_4581656796799696896_n

Panika. Zewsząd dobiegają alarmujące, przeraźliwe głosy żurawi. Mimo, że do godziny zero zostało jeszcze sporo, wybuchy wstrząsają co kilka minut. Żurawie krążą nad lasem po ciemku – są zbyt przerażone by wylądować. Powinny teraz w spokoju spać nad bagnem. Wtórują im gęsi, też kręcące się w powietrzu. Ptaki latają bezładnie, chaotycznie, ich odgłosy zbliżają się i oddalają. Wiem, że dla gęsi to dużo większy stres, ponieważ zostały przez człowieka mianowane ‘’gatunkiem łownym’’. Im palba i huki kojarzy się z tym co najgorsze. Mam wrażenie, że będą tak krążyć do wyczerpania… Ale to nie jedyny ptasi horror. Bo z perspektywy lecącego ptaka wygląda to dużo gorzej. Oprócz słyszalnego huku, widzi kolorowe rozbłyski na horyzoncie, gdziekolwiek się dziobem nie zwróci. Chciałby uciekać – nie ma dokąd. Wszędzie błyski, odbijane dodatkowo przez chmury. A przecież nie wiedzą, że to tylko człowiek, tak to radośnie ‘’wita nowy rok’’. Ptactwo krąży więc nad obszarem, gdzie jest względnie ciemno, zderzając się w chaosie i nawołując rozpaczliwie. Wiele z nich nie przetrwa tej nocy. Ale nie tylko gęsi i żurawie – z lasu dobiegają nas piski i ćwierknięcia mniejszych ptaków, będące trwożliwą odpowiedzią na kanonadę. I nie sposób odróżnić gatunku. Jak długo obserwuję i słucham ptactwa, tak tu się gubię. Muszą wydawać takie odgłosy tylko w największym przerażeniu… Drzewa wibrują coś potężnie. Ale to nie gniew. Danuta mówi, że starają się uspokoić przestraszone ptaszęta. Jak tylko mogą, otulają spokojem, starając się ukoić swoich ulubionych ptasich mieszkańców.

49203579_2045869062196615_3535009585007951872_n

Przepraszamy w myślach, za ten chaos spowodowany bezmyślnością człowieka. Gościnne drzewa dębowego szlaku wiedzą. Że jesteśmy inni. Sosny – Strażniczki kołyszą coraz mocniej szczotkami iglastych gałęzi, kiedy zbliżamy się powoli do wrót lasu. Zapraszają do wejścia. Witają się. Danutę woła jeden z jesionów, rosnący na samym skraju. Dotykamy go dłońmi. Jest taki cieplutki, mimo wszechobecnego chłodu. Nigdy z nim nie rozmawiałem. Ale dla mnie takie ciepło drzewa, oznacza, ze jest aktywny i przyjazny. Tak jak Krzesimir. Do niego pójdziemy potem.Tulimy się do Kosmicznego Podróżnika, a ja opowiadam o tym co mi jesiony objawiły, ze swej podróży przez Wszechświat. Kolejny jesion kawałek dalej, jest już chłodny i zimny, wręcz mokry nawet. Co za różnorodność! Las reaguje żywo na nasze wejście. Szum, ze zmienną intensywnością zdaje się być odpowiedzią na nasze ciche rozmowy. Mówię o emocjach drzew i ich uczuciach. Tu Dąb Radomir, ten rozpłatany wichurą i piorunem. Dziś jest dużo spokojniejszy, pogodzony już z losem. Mimo, że zostało mu tylko pół pnia, latem był nawet cały w zieleni. To jest dopiero Moc… Mijamy Akację, pod którą lis mnie podszedł. Wcześniej miejsce bliskiego spotkania z dzikiem. A kawałek dalej, Dąb Gromiec, ze szczeliną wąskiej dziupli. Ten sam, który przywołał mnie do siebie, i pokazał swój sikorzy skarb w postaci piskląt. Tyle wspomnień, opowieści…
Tutaj jest dużo cieplej. Wreszcie jesteśmy na miejscu – bagno w krainie torfowisk i trzcin, dolina odległej bobrowej rzeki. Stąd także docierają do nas odgłosy strachu, pojedynczych gęsi i żurawi, które pozostały w szuwarach nie wzbijając się do lotu. Normalnie można tutaj posłuchać budzących się na żer dzików, obserwować sarny na łące, zaczaić się na borsuka lub lisa. Teraz zapomnij… Mimo to, pozostajemy w ciszy, starając się wyłowić nieśmiałe szelesty. Nie sposób odróżnić czy to wiatr, a może skulone, wbite w gęstwinę zwierzę. Miejsce Mocy działa tak, że czujemy się dobrze. Siedzimy na plecakach. Jest owocowa herbata w termosie i domowe pierniki. Wtedy padają słowa, które zapisały się we mnie z tej wyprawy najbardziej…

– Sebastian, dziękuję Ci, że mogę tu być. To wszystko poznać, doświadczyć. Naprawdę…

Serce się uśmiecha. Bo przecież to dopiero początek… I tak mało widzieliśmy, jeszcze mniej słyszeliśmy. Ale i tak wystarcza, aby zachwycić inną Duszę. Wtedy jeszcze bardziej wiem, że to co robię jest tak ważne, potrzebne i z wszelkim sensem. Narastający hałas kanonady informuje nas o zbliżającej się godzinie zero. Stąd widok jest doskonały – wszędzie wokół ciemność, z panoramą na jedną wioskę. Stamtąd wzlatują w niebo kolorowe race. Obserwujemy z mieszanymi uczuciami, mając świadomość jaki jest tego efekt. Podnoszę ręcę w górę. Bo tak się cieszę za ten rok! Wszystko o czym marzyłem, czego pragnąłem, spełniło się i trwa. Czy to drogą lekkiego wewnętrznego uporu, pewnej determinacji, działania, odwagi, zaufania? Ja mam wrażenie, że stało się lekko i bez wielkiego wysiłku. Znów płyną słowa…

– Dziękujemy Ci Stwórco Najwyższy, za ten dobry rok, za wszystkie radosne chwile, za obfite dary, podróże, ludzi, lekcje, nauki, wiedzę, doświadczenia…W świadomości, że wszystko przyczyniło się do naszego wzrostu i coraz lepszego poznania samych siebie. Dziękujemy za rozwój, jaki dzięki temu wszystkiemu stał się naszym udziałem i Twoją codzienną opiekę…

Więcej nic nie mówię, a w sercu płyną osobne podziękowania dla wszystkich cudownych ludzi poznanych przez ten czas, z uhonorowaniem wartości i wiedzy jakie wnieśli. Dziękuję ciału które mi służyło, niosło, i Duszy, która prowadzi. Ale! Tu obracam się do lasu i kłaniam głęboko. Drzewa Mocy i całe leśne wsparcie. Moje ukochane zwierzęta i wszelkie nasze przygody. Za to bogactwo i mój duchowy pokarm dziękuję szczególnie.

Kiedy po 15 minutach salwy cichną, z wtórem alarmu dalekich syren, ruszamy w drogę powrotną. Chcemy jeszcze odwiedzić Krzesimira. Nauczony przezornością, pytam Dębu w myślach, czy możemy dziś tam podejść. Od dawna wie, że już tu jesteśmy. Duże TAK! Domyślam się dlaczego. Dziś staruszek jest sam. Nie ma jego zwierzęcych przyjaciół, którzy normalnie plączą się tam i ‘’medytują’’ nie gorzej niż ja. Śmiało możemy iść. Na piaszczystej dróżce, przez całą trasę napotykamy tylko dwa świeże tropy. Bardzo malutko. Gdy stajemy przed nim z pokłonem, odbieram wielką radość starego drzewa. Witaj Kochany! Tulimy się, a ja od razu odczuwam znajome ‘’prądy’’ – mrowienie w łapkach. Nasze energetyczne powitanie. I z każdym drzewem może być ono inne. Czasem będzie to uczucie miłości w piersiach, radości w sercu, albo kołysanie. Wszystko zależy od energii drzewa, naszej relacji z nim, jego osobistego nastroju i również naszej własnej formy. Dąb jest dziś wyjątkowo szczodry w darach. Widzę po Danucie, że równie jej błogo jak mnie. Nie rozmawiamy dużo z drzewem, choć czuję, że nazbierało się osobistych dla obojga tematów. Ale to nie na teraz. Jest mocno ożywiony. Kiedy szliśmy polem, szalał wiatr, a gdy połączyliśmy się Drzewem, nastała nagle długa cisza. Ani podmuchu. Dąb też chyba wie, co ma dokładnie robić, a ja, jak się temu poddać. Cieszy się z nami, z tego co się zadziało, naszego wyboru i pewnie tego co w obojgu wyczuwa. Dla niego to znak czasów. Doczekał się. Doczekaliśmy my wszyscy. Wzajemnego porozumienia i wspólnej zmiany świadomości. Wiem i wierzę, że gdy mnie już nie będzie, inni będą kontynuować drzewne przyjaznie szerzej. To niesamowite, ile one nam ofiarują. Poza tym czego sami nie potrafimy na wielką skalę stworzyć, tlenem i czystym powietrzem, płynie również uzdrowienie ciał i dusz. Dzieje się oczyszczenie aury i niekorzystnych energetycznych zawiesin. Objawiają się osobiste wieści, a drzewa są na tym etapie pomostem, umożliwiającym dostęp do wiedzy i wymiarów, z których pradawni szamani korzystali bez wysiłku. I tacy mędrcy jak Krzesimir, doskonale wiedzą jak nam pomagać. Czasem mam wrażenie, że jest swoistym ‘’rentgenem’’ widzącym moje ciało i ducha jak na dłoni. Pamiętam jak razu pewnego, przybyłem na jego wezwanie z gorączką 38. Jechałem parę kilometrów na mrozie, potem 40 minut czekania, aby ustąpić miejsca ‘’medytującym’’ pod nim sarnom, ale ostatecznie…Po ponad godzinie spędzonej u pnia przyjaciela, wróciłem do domu zdrów. Wszelkie objawy grypopodobne ustąpiły. Danuta nie chce mi od dębu się odkleić ani ruszyć. Mówi, że w życiu czegoś takiego nie przeżyła. Otulił nas leśną cudownością. Podzielił się szczodrze. Ja w tym momencie wiem, że to co przeżywa teraz mój gość, to dopiero początek drzewnej przygody. Nastąpiło pewne otwarcie. A on ofiarował swą energetyczną ‘’pieczęć’’ – swoistą ‘’przepustkę’’ do magicznego świata drzew. Siadamy jeszcze na chwilę pod nim, bo i taką prośbę odbieram. Horyzont odcina się szarą linią, a ja wspominam nasze wspólne obserwacje zwierząt, jakie były udziałem godzin czuwania u dębowego pnia.

644c88907a39decde36d44d27a6468ea

Zimno podnosi nas do powrotu. Żegnam się z dębem czule i wylewnie, obiecując niebawem wrócić na dłużej samemu. Dziękuję szczerze za szczodrość i obfitość z jaką nas powitał. Tulę i całuję korę. Gdy tak stoimy przed nim w pożegnalnym pokłonie, Danuta nagle wzdryga, dotykając się za głowę. Poczuła tam dotyk.

‘’Co to było’’ ? – pada pytanie.

Ja odbieram błogi ciepły dotyk rozchodzący się linią na sercu i miękkie energetyczne, stłumione ‘’puhhhhhhh!’’ , rozchodzące się w puls biało – szarej fali wokół pnia. Już dobrze to znam.

– Jego pożegnanie, – odpowiadam z uśmiechem. Wiem, że to była bardzo udana wizyta. A Krzesimir zaskoczył nieco swoją otwartością i bogactwem, po okresie pewnego ‘’zastoju’’.

Maszerujemy przez wieś, gdzie zdumiony znów jestem ciszą. Normalnie biega tu mnóstwo piesków, obszczekujących przechodnych o każdej porze. Teraz ani jednego. Sylwester… Pewnie nadal tkwią skulone w budach, albo pouciekały. Czasem się tak zastanawiam nad istotą zjawiska. Może im głośniej, huczniej, tym dalej od siebie? A pod przykrywką gromkiej zabawy kryje się po prostu tłumienie i wyparcie, tego co dla świadomości niewygodne. Nie mnie oceniać. Wokół unosi się swąd prochu, odczuwalny był nawet w lesie. Znowu wkraczamy do świata szarych pól, bezkresnych i pustych dzisiaj jak nigdy. Zrywa się wiatr i siąpi mżawka, zacina w twarz. Ale przyjemnie i miękko. Zwierciadła kałuż polśniewają jak ozdobne cekiny najpiękniejszej biżuterii. Kiedy obracam się w stronę lasu, tym razem go nie widać. Horyzont spowił się czarnym mrokiem. Jak to możliwe? Przecież startując z tego samego miejsca, jawił się przed nami wyraznie. A może tam pozostał nasz mrok własny… Danuta mówi, że przekroczyła wiele swoich granic i osobistej strefy komfortu. Że sama, nigdy by się nie odważyła. Oboje wiemy, że zdarzyło się coś wyjątkowego. Choć jeszcze nie potrafimy ubrać w słowa. Dlatego milczymy.

Drugi dzień wędrowny.

Żywioły rozpętały się do noworocznego tańca. Mam wrażenie, że próbują spłukać wszystko to, co człowiek wczoraj zbrukał, a szumem furii drzew, tą kojącą muzyką uspokoić ptasich i zwierzęcych mieszkańców. Chmury pędzą w amoku po niebie, chłosta zimy wiatr, a co kilka minut ziemię omywają potoki strug lodowatego deszczu, który zdaje się być razem z wichurą jednym biczem bożym. Chwilami pokazuje się słońce, po to tylko, by za moment schować się za groznym granatem pędzących cumulusów. Tego dnia pozostajemy w kwaterze.

Oficjalnie, tradycja leśnego, szeptowego sylwestra została zapoczątkowana  Dziękuje mojemu gościowi, za świadome, ubogacające towarzystwo  A jeśli i Ty masz ochotę na podobną przygodę, pisz, pytaj śmiało o każdej porze dnia i roku. Księżycowe Wędrówki to projekt, który powstał z myślą o Tobie, nieśmiały wędrowcze. Z nowym rokiem zapraszam tych, którzy odważą się odkrywać magiczne życie lasu, pól i łąk, z procesem osobistej transformacji, który i tak zawsze się zadziewa. Ale nie tylko podczas pełni. Aktualne każdego dnia i nocy, do dogadania się. Jestem i wędruję dla Ciebie, aby z radością podzielić się przyrodniczym bogactwem i tajemnym światem natury, aby to co przeżywam i opisuję mogło również stać się Twoją osobistą przygodą i udziałem Duszy  Wolne terminy są cały czas. Zapraszam do wspólnego odkrywania przyrody i siebie w jej doświadczeniu  🌳🐗  Z radością zawiadamiam też, że można już śmiało korzystać z oferty gospodarstwa gościnnego w Rokietnicy, jeśli ktoś przybywał będzie do mnie z daleka 🙂 Pokoiki są schludne i zadbane, w rozsądnej cenie. Stąd mamy blisko na bagna, pola i w lasy. Ale najważniejsze, że gospodarze są uczynni, uprzejmi i wyrozumiali z zainteresowaniem dopytujący choćby o preferencje żywieniowe gościa, zatem dla wegan to również przyjazne środowisko 🙂 Zawsze jest alternatywa regionalnej kuchni wielkopolskiej (pyry z gzikiem 😛 ) czy jakie tam mamy rarytasy 😀 Chodzi o to, żebyście się już naprawdę nie martwili o nocleg. Kwatera znajduje się 300-400m od mego miejsca zamieszkania, wiec równie szybciutko przybywam, witam i zapoznaję się. Link do kwatery podaję poniżej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

36937371_621880931513393_4205162368814022656_n