Drzewa przydrożne. Wspomnienie wspaniałych topoli.

Odchodzą cicho jakby. Choć wyobrażam sobie trzask pękającego pnia i głuchy duden upadającego cielska, co przez epokę przypatrywało się pędzącym w dole ludziom. Dziwiło, słuchało, i swoje dla świata robiło, nie wnikając zbytnio. Pochłaniało zanieczyszczenia ludzkie, a dla istot wszelakich domem i przystanią, a nawet całym światem było. Drzewa przy polnych dróżkach. Chyba najbardziej zapomniane ze wszystkich. Tu nikt nie ocenia, nie sprawdza, a nuż się uda, i nikt nie zwróci uwagi. I nie zwracają. Biegają, w słuchawkach na uszach. Przejeżdżają w galopie, mijają. Ja się zatrzymałem, bo to jedna z tych Topól, która zimowe przesłanie opowiedziała. Była tak wielka… Jeszcze kawał czasu przed sobą miała. Przekrój pnia zdrów, jedynie w środku trochę czerni, a to zaczątek był. Drzewa innych gatunków z czymś takim idą przez wieki, zanim je powali. Pamiętam jej kojącą, rześką energię, jak szumiała zawsze z gromką radością, gdy przechodziłem nocą polem. Zatrzymywała w marszu na długo. Gdy już było bardzo późno śpiewała tym jedynym, mocnym, prawdziwie melodyjnym topolowym głosem. Dołączały się inne do wtóru, szpaler żyw się robił, i tańczyliśmy nawet niekiedy. Choć nie są tak skoczne jak brzozy. Wiersze opowiadała. Tak po godzinie bycia razem, odkrywały się przed człowiekiem zupełnie, wirując fioletową energią, która spływała z pni kaskadami. Jemioł trochę zdążyła uzbierać, jak pomponów zielonych.

Takie filary tutejszej pustki, jak królowe dostojne przystanią są dla ptactwa co przemierza pustkowia odległe i zatrzymuje do wypoczynku. Widywałem kwiczoły, szpaki, kosy. Nasz przodek sadził drzewa przy alejach aby cień dawały podróżnym, chroniły nawiew zasp, hamowały porywy wiatru i szlak znaczyły zimą aby nie zboczyć. By pnie wielgachne podpory plecom użyczyły strudzonym wędrowcom. W tamtych czasach było to bardzo ważne dla komfortu konnych i pieszych podróżnych. A i gałęzi susz do czegoś się nadał. Dawniej maści i driakwie z pożytecznych topoli robiono. Dziś przychodzi człowiek i ‘’zagrożenie’’ tylko widzi. ‘’Przeszkodę’’. Droga pozostała piaszczysta, ruch wzrósł, może asfalt będą robić, taki wiecie fajny co praży się w słońcu i kruszeje. Po którym można będzie jezdzić jeszcze szybciej i zwierzę potrącić, albo blizniego. Ale najważniejsze, że nie ma już drzewa, które przeszkadzało w pędzie i stanowiło zagrożenie. Kilkanaście metrów dalej na tym samym poboczu hałda opon leży. Człowiek przychodzi i wie, że trzeba zabierać, tylko nie co swoje… Pień aby został. I pustka. Nie tylko krajobrazowa…

Już wolałem to spokojne, senne zapomnienie.

P91204-114941

Dzień Wędrowny wśród saren

Gdy przechodzę nieopodal szuwarów tuż obok małego leśnego bagienka, trzciny odpowiadają poszumem łanu. Rozkołysało się wszystko. ‘’Oho’’ – myślę. Las się wita. Mamy już jakąś łączność. Jeszcze dwa kroki po błocie ścieżką dzików i dostrzegam stojącą w trzcinie sarenkę. Nieruchomieję w uśmiechu. Musiała dopiero co się podnieść. Widać, że zaspana. Potrząsa głową pociesznie machając uszkami. One tak zawsze, jakby chciały ‘’wyrzucić’’ z głowy dzwięk, który im się nie spodobał. Maleństwo patrzy się na mnie przekornie i ani myśli uciekać. W błysku czarnego oka dostrzegam figiel. Patrzy i patrzy – a przecież z tych paru metrów musi mnie widzieć. Wreszcie, uspokojona jakby robi kilka niespiesznych kroków w szuwar i znika mi z oczu. Tam zalega. Na przeczekanie. Nie ma co uciekać przede mną. Rozumiem. Chodziłem tutaj całą wczesną wiosnę, kawałek dalej, siedzieć pod świerkiem gdzie spędzałem całe dnie, a one wypoczywały zawsze gdzieś nieopodal. To jest magiczne, jaką wiez można wypracować sobie z lasem i jego mieszkańcami. Tutejsze sarny są zresztą bardzo cwane. Siedząc pod drzewem nie raz obserwowałem jak i one z gąszczy leżąc, zerkając do spacerowiczów tuż na ścieżce, wiedzą, że oni nie zaglądają w chaszcze ani ich nie zobaczą. A przecież musiały obecność odbierać wszystkimi zmysłami. Uczą się być cicho obok nas, niezauważane a jednak tuż – tuż swobodnie żyjące. Te same zasady cichego współistnienia stosuję wobec nich, i zawsze dość szybko przestaję być postrzegany jak intruz. Mam jakieś takie przekonanie, poczucie, że taka postawa budzi u zwierząt jakiś ich ‘’szacunek’’, zaciekawienie. Czasem od razu jakby wiedziały – przed nim nie trzeba uciekać ani się kryć. Wpadam po kolana w błotnisty dół, pokłosie dziczego kąpieliska. Po tropie widzę, że jeden, jedyny jeleń nadal tu mieszka. Udało mi się wypatrzyć go w pełnię podczas rykowiska, jak podążał przez kukurydzisko ze srebrną poświatą na grzbiecie. Dziwne, że ten stadny zwierz już tak długi czas pielęgnuje samotność.

Na jednym z drzew wisi jakaś czerwona tabliczka. Biało – czerwona. – Co u licha…
Myślę zaniepokojony. Jakieś nowe oznaczenie do kolejnej wycinki? Niepokoi tym bardziej, że znajduje się tuż nad bajorkiem, gdzie sarny śpią, a dziki odbywają toaletę. Od śladów gęsto. Napis na laminowanej kartce głosi:

‘’BIEG NA ORIENTACJĘ. PROSIMY NIE ZRYWAĆ’’

P91204-120941

I mieszane uczucia przychodzą. Obcowanie człowieka z przyrodą różną może przybierać formę. Lecz chyba rzadko bywa tak, aby było ono rzeczywistym wglądem w nią. Zatrzymaniem się. Bo znowu bieg. Dlaczego akurat tutaj? Przecież tu śpią sarny, i jeleń przychodzi, i dzików rodzina do kąpieli – jeszcze bym nie grymasił, gdyby trasa wiodła główną drogą leśną. Co i kogo podkusiło, aby zejść tutaj, w te krzaki. I widzę jak będzie. Kolorowi ludzie, może pojedynczo lub tabunem przeczłapią tędy w gonitwie za kolejnym iluzorycznym zwycięstwem. W małym lasku czujność i niepokój się zjawi. Bo kogo obchodzą jakieś zwierzęta i spokój w ich domu. Sarny nie przeczytają tabliczki. Pewnie będą tu spać jak zawsze, kiedy zacznie się niespodziany rwetes. A potem sylwester. A od przedwiośnia wycinka pewnie ruszy. Nie mają tu lekko. Żyjąc w bliskości człowieka, trzeba być cały czas gotowym, na najbardziej absurdalne zdarzenia. Nikt nie wie, co strzeli mu w palmę. Pocieszam się, że taki bieg, to raczej wydarzenie jednorazowe.

Po drodze przyglądam się gnijącym kłodom. Pochylam i klękam. Grzybowe i pleśniowe życie pląsa potrząsając strzępkami kapeluszy w tańcu rozkładu. Dopiero o tej porze roku można dostrzec kunszt mszaków – na tle brązów i beżów przypominają puchowy dywan. Jabłuszka spod buka, złożone w darze, zniknęły magicznie. Dawniej lud wierzył, że zabierają je skrzaty. Lubię tak pomyśleć. Choć wiem, że to sarny przyjęły mikołajkowy prezent od wędrowca. Pod stopami szeleści dywan rudych liści. Słońce prześwituje między nagimi konarami złotem, pokazując, że ten grudzień wcale nie taki bury. Choć dziwnie pomyśleć, że dopiero 13ta, a za trzy godziny będzie ciemno. Dzięcioł zielony ‘’znęca się’’ nad starszą brzozą, uroczego ptaka z czerwonym łebkiem podziwiam w zbliżeniu lornetki. Przyglądam się też naznaczonym tu drzewom… Niektóre martwe, pełne dziupli, jamek i otworów, no skarbnica miejsc lęgowych dla ptactwa i nietoperzy. Tu zamieszkać mogą sikory, kowaliki, krętogłów, sowy, cała masa drobnicy która dziupli wykuwać sama nie potrafi, a jest od ich obecności uzależniona. I wszystkie te drzewa, do usunięcia, ścięcia. Na innym czerwona krecha, a nad nim umiejscowiona resztka gniazda. Ptaki, prawowici mieszkańcy małej kniei, mają inne zdanie odnośnie przydatności tego konara. I to ich ‘’zdanie’’ powinno być respektowane w pierwszej kolejności. Naprawdę nie rozumiem. Z dala od dróg, nikomu tu nie zagrażają. Do niczego też się nie nadadzą zbytnio. Na budulec za duży rozkład, palić takim mokrym próchnem też nie za fajnie. W książkach które czytałem w dzieciństwie, zawsze podkreślane było mocno, jak bardzo ważne są dziuple dla ptaków, że takich drzew jest ogromny deficyt i powinno się zostawiać. Ornitolodzy to wiedzą. Ptakom nie przeszkadza, że się rozpadają, będą się gnieździć dopóty się da. A nawet jeśli nie, miejsce pozostanie spiżarnią, bo tu legną się i żyją larwy różnych owadów drążących w drewnie. Przysmak dzięciołów właśnie. One zdają się to wszystko wiedzieć. Dlatego jeśli upatrzą sobie jakieś osłabione drzewo rąbią je jak popadnie, a potem gdy delikwenta zasiedlą różne żyjątka, przylatują jak do gotowej stołówki. Ptasi geniusz de-strukcji.

P91204-124159

Jeśli wieje bardziej niż przeciętnie, zawsze na czuwanie udaję się między drzewa. Szumią, skrzypią, trzeszczą i opowiadają, pochłaniając energię wiatru, a mi jest cieplej. Gdy na momenty się uspokaja, słychać jak zwierzęta gdzieś chodzą po liściach. Szemrząca modlitwa życia. Dobrze w niej się zanurzyć. Przed zmierzchem jednak, wolę wydostać się z lasu. Nie ze strachu. Po prostu, moje mniej doskonałe zmysły nie poradzą sobie tak dobrze, świecić nie chcę, ani przeszkadzać tutejszym dzikim mieszkańcom. Lepiej udać się na przestrzeń, na widowisko. Przy rowerze napotykam jakiegoś małego ptaszka – maluch pnie się w górę po korze świerka, błyskając białym puszystym ‘’brzuszkiem’’. Zabawny karzełek. Co chwila znika, okrążając pień. Zwinny pełzacz leśny, gotuje mi na odchodnym miłą niespodziankę. Piaszczyste doły pod drzewami, gdzie tarzały się dziki, przypominają mi, co dziać się tutaj może po zapadnięciu ciemności.

Zmierzam na przełaj zielonymi polami, pełnymi bujnych ozimin. Słońce już chyba zaszło, a horyzont bije oczy czerwienią. Zwiastuje ziąb. Jeszcze lustruje widnokrąg lornetką, aby dojrzeć ewentualnych zwierzęcych maruderów. Niewielka Olszynka mizdrzy się w pożegnaniu dnia, wiem, że nikogo dziś tam nie ma. Zwierzęta jakby wiedziały, że tutaj mogą być widoczne, i korzystają z tej przystani głównie latem lub nocą. W oddali snują się już sylwetki saren. Szybko, do czatowni! Bo za moment może się od nich wszędzie zaroić. Wolę pozostać niewykryty – idę wzdłuż olszyny, aby na tle drzew nie zostać dostrzeżonym. Od jakiegoś czasu, uświadamiam sobie jak bardzo okolica i zwierzęce życia w niej, się zmieniły. Dawniej wieczory były bardzo spokojne, leniwe i ciche. Ruch zamierał. Teraz? W ciagu dwóch godzin samochody z każdego kierunku, biegacze, rowerzyści, spacerowicze z psami, dalekie światła, odgłosy ludzkiego życia. A obok, one. Nie widziane przez nikogo chyba, jednak pasą się na pobliskich polach, nie zwracając uwagi na ten cały rozgardiasz. Tkwią w oddali. Na każdym polu po kilkanaście. Aż się człowiek zastanwia – gdzie one podziewają się w ciągu dnia? Kochane pyszczki. Stoją czujnie i patrzą w dal. W pierwszej chwili myślę, że na mnie, lecz za moment dostrzegam wielką grupę wdzierającą się na pole. Te biegną. Czy coś je spłoszyło? Wszystko możliwe. Tyle tu teraz mają bodzców… Spoglądają na brykające koleżanki. Czerwień dogasa, a przestrzenie oddają w utuleniu ramionom zmierzchu. Gęsi krążą nad szuwarami, zapadając z rozhoworem na nocleg. Na nie ostrzegawczo, ‘’sztywno’’ terkoczą perkozy. Zaraz, czy one nie powinny odlatywać na zimę? Jestem pewien. Czasy takie nastały, że niczego nie można być pewnym. Zegar przyrody chwieje się, tyka już głośno i pokazuje nam wiele nieprawidłowości. Dziś widziałem świeżo kwitnącą kończynę łąkową. A już były przymrozki…

Jestem świadkiem niezwykłego widowiska. To stado, które wtargnęło na pola biega jak pokręcone co i raz zawracając, robiąc zwroty i podskoki. Wyglądają jak dokazujące konie na pastwisku. Co one, zwariowały? Odpowiedzią staje się zachowanie najbliższych towarzyszek. Najpierw obserwowały, a teraz część z nich pokładła się uroczo na dywanie zieleni. Sielski raj. Wypoczywają. W ruchu nieustannym, a jednocześnie w zatrzymaniu ciągłym, dla chwili. Podziwiam. Wokół ziąb, a one, takie delikatne leżą na mokrej, przymarzającej ziemi. Druga chmara bryka popisowo, i wiem, że wyczyniają tak dla zabawy. Inaczej, już by gdzieś pobiegły. Wiem, że sarny lubią się bawić, ale zwykle są to pojedyncze zaczepki. A to jakiś szał beztroski… W sumie? Przecież otacza je dostatek pożywienia, rozległe pola w oceanie swobody, świeże powietrze, i nikt za nimi nie goni.. Nic, tylko się cieszyć. W lornetce widzę jak jedna z sarenek skubie pochylona obok leżącej towarzyszki – ta trąca pyszczkiem jej mordkę w czułym geście bliskości. Dość często tak sobie robią. Na tle szuwarów co i raz pojawiają się kolejne płowe sylwetki, biesiadniczki spóźnialskie, dołączają do żerującej już chmary. Ich pojawianie się, nie robi na obecnych większego wrażenia. Obserwacje saren nasycają człowieka beztroską i łagodnością. Zasadzić się i podziwiać jest dość łatwo, jeśli znać pory ich aktywności i wiedzieć gdzie. Wnoszą miły bezwład, w radosnej gotowości na życie. Bo takim właśnie jest ich istnienie.
I pomyśleć że to wszystko dzieje się tuż obok, pod nosem biegających ludzi, aut, i domostw. Kilkaset metrów do najbliższych zabudowań niekiedy. Życie toczy swój spektakl i odgrywać będzie te sceny, dopóty starczy mu miejsca.

P91204-154808

Ktoś znajomy dzwoni i przerywa, choć nie zakłóca mi wypoczywania. Odpowiadam na pytanie o tym, jak postrzegam ‘’drzewne pary’’ i współpracę międzygatunkową drzew. Dziś widziałem splecionego buka z brzozą. Kątem oka dostrzegam kolejne trzy sarny, nadeszły już niewidoczne. Stoją i przysłuchują się człowiekowi. Cwaniary wiedzą, że w gęstniejącym mroku są już prawie niewidoczne, więc lepiej się nie ruszać. Ciekawe czy znają mój głos? W końcu tutaj nie śpiewam. Ta ich ufność, rozczula mnie znów. Nawet nie zauważyłem, kiedy niebo pociemniało. Rozgorzało w błyskach mizdrzących sreberkami gwiazd. Granat zachwytu. Z pól lekko zawiewa, wystawiając na generalną próbę wytrzymałość czatownika. Przede mną kolejny akt przedstawienia – nocne chroboty dzików, wędrówki czarnych watah i chlapnięcia bulgotów w niedalekim kąpielisku, przeplatane parsknięciami, kwikiem i szorowaniem podstarzałego jesionu. To już za parę godzin. Ufam, że zaczną wcześniej, nim zupełnie zamarznę.

🧝‍♀️ Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność 

🌼 Wspólne Wędrówki do których można dołączyć i ubogacić swoją wrażliwość w świadomym postrzeganiu lasu aktualne są cały rok. Ruszamy sami lub w 2-3 osoby. W razie pytań, śmiało pisz. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść.

Kontakt i zapisy:
czeremcha27@wp.pl

Pamiętnik minionych wypraw:
https://szeptykniei.wordpress.com/ksiezycowe-wedrowki/

P91204-134147

Piżmak. Wspomnienia duchów Mgieł

Są takie zwierzęta, których nie widuje się zbyt często. Mimo że istnieją wokół i są dość pospolite, znikają w tłumie, na rzecz przykuwających uwagę wszechobecnych saren, czy większych ptaków. Zamieszkują nie zawsze łatwo dostępne środowiska. Siedziałem właśnie nad stawem, obserwując poczynania czujnej czapli, gdy widoczny kątem oka ‘’smyrg’’ oderwał mnie od siwej drapieżniczki. Co to tak migło? Błyskawiczne. Chyba mi się przywidziało…

Czapla tkwi w bezruchu. To taki pozorny bezwład. Wiem, że jej pierzaste ciało napiętej jest w tym momencie jak struna, i wrażliwe okiem na najmniejszy widoczny ruch pod taflą. Tym razem, nie ‘’myrgnięcie’’. Łodyga trzciny kołysze się jakoś podejrzanie, nienaturalnie. Czyżby jakiś ptaszek? Przepatruję wzrokiem góra – dół i znów, akurat właśnie gdy dostrzegam, mig! Zdążyłem zarejestrować tylko buro – rudą sylwetkę, dość małą ze sznurkowatym ogonkiem. Czyżby rzęsorek rzeczek? Myślę. Mógłby tu być. Teraz szkła lornetki kieruję właśnie tam. Trzciny ruszają się podobnie podejrzanie, tym razem bardziej w głębi. Chaotyczne potrząsanie. I wynurza się. Co za stworek! Łapkami dotyka łodygi, jakby badał czy dobre… Jest na powierzchni sekundy, po czym znów nurkuje, i wtedy właśnie trzcinka zaczyna się chybotać. W głowie się rozjaśnia, toż to piżmak! Zwany pogardliwie niekiedy ‘’szczurem wodnym’’. Rzadko widywany gość. I znowu stwierdzić muszę, że bez lornetki nie rozpoznałbym. Nie byłoby pewności. Zmieniam nieco pozycję aby go lepiej widzieć, o czapli zapomniałem…A ona właśnie odlatuje. Ehh…

Piżmak wygląda prawie jak miniaturka bobra. Prawie, bo jego ogonek jest cienki jak powróz, no taki podobny jak u myszy. Wodna mysz. Dobre. Żywi się głównie kłączami roślin wodnych, czasem jakiś lęg ptasi spladruje. Uznawany jest za gatunek inwazyjny i szkodliwy, bo wziął się stąd, że uciekł człowiekowi z hodowli futerkowych. No i się go tępi, podobnie jak jenota. Choć wytępić nie jesteśmy ich w stanie, bo to technicznie niewykonalne. Tak niedostępne ostoje potrafią zamieszkiwać. Rozmyślam – jak też łańcuchem pracuje zło. Futerkowe hodowle, gdzie zwierzęta stłoczone w klatkach nie podziwiają słońca, nie wdychają aromatu rześkiej wody, tak jak natura je stworzyła. Iluś tam udało się z tego piekła uciec. Jak reaguje człowiek? Krzyczy: ‘’Szkodnik, gatunek inwazyjny, zniszczyć, zabić!’’ Widzi ‘’przyczynę’’ wszędzie, byle nie w swoich działaniach. Takie maleństwo…Jedyne co piżmak może napsocić, to rozkopywanie wałów przeciwpowodziowych. To samo robi rodzimy bóbr, i po prostu drzewa czy wrażliwe miejsca obkłada się wtedy siatką, gdzie grubas się nie przegryzie. Być może dlatego nasz cały postęp techniczny, jest tylko pozornym rozwojem. Skoro przynosi tylko cierpienie, zniszczenia i śmierć, a siłą napędową jest wyzysk. Przecież od kilkudziesięciu lat jeździmy nadal kopcącymi samochodami na silnikach spalinowych, mimo technologii Tesli…Więc jaki postęp. Temat na inną opowieść.

Podziwiam piżmaka, z jaką pasją i perfekcją męczy tą jedną trzcinkę. Świata poza tym nie widzi. Błyskają żółte ząbki. I z tej strony jakby nie patrzeć robi coś pożytecznego, bo przecież człowiek okresowo wykasza szuwary, aby mieć dostęp do tafli wody. Płynie do mnie…nauka. Zastanawiam się znów. Dlaczego piżmak wciąż istnieje, mimo tych prześladowań, wrogów naturalnych? Odpowiedz jakby przychodzi w jego robocie.

– Bo jestem skupiony na sobie. Tylko na tym, co mam zrobić i co chcę osiągnąć. Temu poświęcam, z jakim oddaniem swoją energię. Nie rozpraszam się. Wykopuję kłącze, które chcę zjeść…

Takie to niby proste. Ufają i działają. W przyrodzie wiele kryje się odpowiedzi, na odwieczne ludzkości pytania. Wysiedlone suszą bobry przeniosły się tam, gdzie jeszcze jest woda i dalej budują swoje tamy z patyków. Wierzą, że dadzą radę.

Chwilę przed zachodem słońca usadzam się w jednej z otwartych czatowni. Stąd mam widok na świeżo zaorane pole, bagno, szuwary, i lasy. Tu spocznę do ciemności po kilkugodzinnej wędrówce. Spotkałem aż kilka bażantów, a przecież lamentowałem ostatnio, że chciałbym zobaczyć wspaniałego koguta w lornetce, a tak ich coś mało, nie widziałem już parę miesięcy. Manifestacja natychmiastowa. Ciekawskie sójki dziś zaskakują, żerując na skraju pola całą gromadą, zupełnie jak stado kur. Co podnoszą, stąd nie widzę. Staram się podejść. I choć sójka zdawałoby się, łatwy obiekt do obserwacji, cwaniary wiedzą, że coś jest inaczej. Pewnie nigdy nie widziały obserwatora. Niepokoją się całą chmarą i siadają na wierzbach. Latają nade mną, a w lornetce widzę jak odwracają łebki przy okrążaniu, aby mi się przyjrzeć. Zdają się być totalnie zdumione. Że ktoś się zbliża, celowo właśnie do nich. Odchodzę śledzony, całe szczęście nie wrzeszczą, tylko sondują w milczeniu.

muskrat

Zaszło. Jak szybko umyka jesienią. Temperatura leci. Po południu było wręcz upalnie, a teraz trzeba ratować się kurtką. I nawet się cieszę, bo myślę sobie, jeśli tu spadki są takie, to co dopiero w górach, na Podlasiu czy choćby Warmii. Gdybym tam miał wędrować… Wieczór jest cichy, namiętny jakiś taki. Kosy alarmują i szczebioczą w terkocie przed snem, najbliższe miesiące to one będą tutaj Zegarem Zmierzchu. Nad całością bagna unosi się pierwsza mgła, i zaczyna dziać coś, czego się dziś niespodziewałem…

Mgły zaczynają gęstnieć. Podnoszą się zakrywając mi okoliczne światła i osiedle, które wyrosło nieopodal podstępem. Idą w górę, skąd pasmami rozlewaję się na pole. Będzie taniec, będzie sztuka, przedstawienie! Mgliste pląsy wody żywej, to jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie przyroda wyreżyserować może. Zachwycam się – jakaż moc tu, w tych szuwarach i odmętach drzemie? Przetrwała mimo wszystko, i w chłodzie ukazuje nocnym wędrowcom swoją potęgę. Tam człowiek w swych światłach i przed ekranami seriali, tu one, które głucho wypełniają wszystko… wytłumiły mi nawet dzwięki dobiegające z wsi. Film oscarowy, gdyby nagrać to w przyspieszeniu. Tak się cieszę. Oglądam się za plecy – i łąka zanurzona w bieli. Cud chwiejny, żywy. Wokół robi się okrąg mleczny, a wszystko to wypełza właśnie stamtąd, z serca moczarów… Jak pajęczyna wilgotna, porywa w sen swoich macek. Tak oddycha ziemia. Tak pracują żywioły. Nie poddają się. Ile jeszcze przetrwa? Człowiek może zasypać, zasuszyć, i wybudować na tym dom. Bywało już tak. Pamiętam to miejsce jeszcze z czasów, gdy nie były stąd widoczne światła osiedli mieszkaniowych, nie dobiegały poszczekiwania psów i rzężenie pił, kiedy o zmierzchu wychodziły z trzcin watahy dzików po 30 sztuk… Gdy woda płynęła szeroką strugą po kaskadach rowku i chrobotały w nim bobry. Urzędował rzęsorek. Jak jeleń ryczał w kukurydzy, i wąsatki pasły się na szuwarach… Nie było ambon myśliwskich. Ostoja była bezpieczna, dzika i wolna. Nie wiem czasem po co tutaj zaglądam. Może dlatego, że najbliżej, sentyment, i znam każdą darń wraz z zakątkami zwierząt. Mój świat odchodzi każdego dnia, coraz dalej. Krok po kroku, odpływa…subtelnie. Coraz dalej muszę jeździć, by znaleźć kawałek ciszy. Przetrwa w opowieściach… Mało pocieszające. A kiedy się zatrzymamy? Co nam zostanie? Przecież nawet gdyby te historie miały w przyszłości być świadectwem, nikt nie zburzy mieszkań i blokowisk, by wrócić do tego co było. I nie mam wątpliwości, że na zabudowaniu pól i wycięciu zadrzewień się zakończy. Co się dzieje w innych częściach świata – nie można wyciąć, to podpalają. A ja się dziwiłem niekiedy, widząc ludzi biegających w słuchawkach. Cwaniacy. Być może czeka mnie to samo jeszcze za życia. Śpiew ptaków odtwarzany ze smartfona, bo lasy będą ptasio ciche, z szumem biegnących na wiaduktach ponad nimi autostrad…Pęd po iluzję. Zamkniemy się w coraz to nowocześniejszych domach, zagłuszymy duszę relaksacyjnymi dzwiękami, tym samym zatrzaśniemy na świat i siebie nawzajem. Cierpkie rozważania.

Przez siwą zasłonę przebija się piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Zew śmierci dla gromad myszy polnych – coś jak wycie wilka. Sowa obwieszcza wypad na łów. Dla mnie to sygnał, że pora wracać. Mgły podchodzą złowrogo gęstym duchem tuż pod czatownię, nie widać prawie niczego, drzew ani horyzontu. W takim kłębie łatwo zgubić orientację, kto niezwyczajny. Na znanym sobie terenie to zawsze wesoła przygoda. Raz mi się zdarzyło. Zakręciłem się parę razy z zamkniętymi oczami wokół i podjąłem wędrówkę. Przednia zabawa. I mgła lubi dokazywać. Wilgoć osadza się na butach, przemakając je do końca. Dziś nie zabrałem kaloszy. Nie zawsze chcę – ‘’ludzie dziwnie patrzą’’ gdy idziesz w nich przez miejscowość, podczas cudownej pogody. Nie znają realiów wypraw. Dziś buty wstępnie zmoczyłem już po południu, na resztkach rosy która nie obeschła od rana. Sekrety otulają mnie szarym kożuchem wspomnień przesłaniając burą gęstwą wszystko, gdy brnę przez chłodną łąkę – czuję się wtedy dobrze. Zabrały światła, odgłosy, dalekie budynki, utuliła w miękkiej, rześkiej ciszy. Nicość, taka moja, jedyna. Oddaję się jej w zapomnienie. Władaj mi tą krainą kochana jak najdłużej…

26.09.2019 – Bobrowe rozważania nad Stawem.

Muskrat_swimming_Ottawa

Noc wśród jeleni. Mglisty świt na Rykowisku

Po ostatnim czuwaniu z gościem, rozbudziło mnie zupełnie. Zew Wędrowny. Dawne marzenia czatownika. I nasycony byłem, i nie. Chciałem też samemu. Bo to zawsze inaczej. Mogę swobodnie decydować gdzie się przemieszczam i co robię. Jak długo zostanę. Ciężko też nawet i w domu wytrwać, gdy księżyc dobija ostatka, jeszcze coś srebrząc, a wiesz, że one tam ryczą… No i ruszyłem.

Pierwszy przystanek robię na stogu, tym samym co wczoraj. Trochę tu odpoczywam po jezdzie rowerowej, ‘’łapię’’ normalną temperaturę ciała i słucham co się dzieje. Odparowuję. Dziś dla odmiany odzywa się samiec puszczyka. Puszczyki i puszczyki ciągle w tych opowieściach. Cudownie, że są. Taka sowa, obojętnie od gatunku stwarza klimat prawdziwej nocy. Pożytek polom czyni, niestrudzenie myszy łowiąc. Byki już nawołują. Jest grubo po godzinie 23. Wchodzę kawałek do lasu dróżką, chcę spojrzeć lornetką na gwiazdy z ciemnicy. Przez sosnowe prześwity. Pamiętam jak taki przegląd nieba zaskoczył mnie po raz pierwszy – bo w lornetce widzisz, że tych gwiazd jest jakieś 10x więcej, niż oglądałeś przez całe życie. Tyle nam umyka. Przy każdej, którą widzimy gołym okiem, błyszczy jeszcze 5-7, których nigdy nie spostrzegłeś. To urzeka, a i wyrzut człek sobie robi, ile go omijało dotąd… Są i nawet specjalne lornetki do takich gwiezdnych obserwacji.

P90923-064231

Moje wejście i szarpanie z jeżynami powoduje w lesie ruch. Jeżyn nie było widać. Tylko nie oddala się, a zbliża. Podchodzi mnie. Wiem co jest grane. Jeleń wziął mnie za rywala. Trzeba mu dać znać, żem człowiek, bo one są w rykowisku nieprzewidywalne. Jeszcze ta ciemność. W zeszłym roku kiedy szedłem w tych okolicach jelenie stały na skraju lasu, przyglądając się wędrowcowi. Świecie ich oczu błyszczały w świetle diody. Nie uciekały nawet łanie. Jakby powiedzieć coś chciały… Szeleszczę więc bluzą. Pogłos zbliża się. Jej! Szustam kurtką, która głośniejsza i rozpinam głośno suwak, chrzęst zgrzyta gdzieś obok, i jak mi nad głową nagle

– Beeeeeuuuuchhhhh!

Odskakuję przestraszony nieco i syczę ściszonym głosem, ‘’A pójdziesz mi stąd, asio!’’
Dopiero głos otrzeźwia jelenia w zapędach. Myślałem, że jest dalej. Nie, no to nie jest komfortowe, zwłaszcza, że on tam nadal chodzi i szuka zaczepki. Jeszcze szybciej wychodzę na drogę polną, biegnącą przy skraju lasu. Zmierzam nad łąkę do czatowni. Tam się usadzam. Wysoko, w objęciach starej topoli, która dziś niepocieszona się zdaje, że nie poświęcam jej wiele uwagi. Słucham i słucham, i dialekty poznaję. Akcenty osobowości. Każdy z samców odzywa się wyraznie inaczej. Kuriozalnie i pociesznie nawet. Jeden ‘’pieje’’ wysoko w tonie, jak kogut. Przypomina zwykły krowi ryk na pastwisku. Inny, chyba najsilniejszy odzywa się naprawdę srogo i groznie. Tu jest potęga. Charczy, drga i ostrzega. I tak mam wrażenie, że one doskonale wiedzą który gdzie jest, jaki jest w sile i kondycji, wieku, i tak dalej. Przecież poza tym rykowiskiem żyją generalnie w zgodzie. Kolejny mruczy nisko i blisko, jakby ostrzegał. W kukurydzy. Ten sam co wczoraj. Odpowiada na mój zew. Gdy się nakręca, zaczyna beczeć jak koza, ściskam się wtedy ze śmiechu. To jakiś młokos być musi, co udaje ważniaka, ale generalnie udziału w rykowisku nie bierze. Odzywa się tylko sprowokowany. Bardzo ciekawe, że w zeszłym roku też był jeden tutaj. Czyżby ten sam?Najśmieszniejsze, że kiedy te olbrzymy zajęte są urąganiem sobie i darciem kotów, młodociane byczki spieszą cichcem do łań, i to one zwykle są sprawcami zapłodnienia. A człowiek ‘’bawi’’ się w jakąś selekcję samców, plując szyderczo hukiem strzelb w sam środek misterium ich święta.

P90923-071034

Bęczący ”kozio” młodzian wybiega mi na łąkę i pomrukuje, chciał sprawdzić gdzie przeciwnik. Potwierdza moje przypuszczenia. Młody jest, na głowie jakieś dwa ‘’widelce’’ ale i on potrafi zacharczeć jak stare byki. Chodzi i szuka. Dzięki temu mogę w resztkach księżycowego sierpa ucieszyć się jego widokiem. I dziękuję światu! Bo zawsze było tylko słuchanie tych jeleni, które mi wystarczało, w tym roku postanowiłem i ujrzeć. Podszlifowałem się w wabieniu. I oto efekt paraduje przede mną rozglądając się zadziornie i wzywając do pojedynku. Nie dzięki… posiedzę tutaj. A Ty ochłoń braciszku.

A to nie jedyny mój przeciwnik. Ziąb, duch mgieł, próbuje zapasów, dziś jednak jestem przygotowany. Poliestrowa kurtka pod bluzą trzyma solidnie ciepło, na nią zakładam drugą. Spodnie ocieplane, miękkie i wygodne dresowe razy trzy, plus kalesony bawełniane. I tylko wkładki puchowe do kaloszy gdzieś zgubiłem. Te 1,5 godziny przed świtem zawsze są najgorsze. Zimno jakby rosło w potęgę, sycone czernią pustki. Ubiór jednak się sprawdza. Udaje mi się wytrwać bez rękawiczek. Ważne również, by mieć coś do położenia pod tyłek, plecak lub jakieś ubranie którego nie zakładamy. Ziołowa herbata z termosu, gorąca pozwala zachować gardło w zdrowiu. Po takim czasie w chłodzie łatwo nabawić się takiego ‘’szczypania’’ właśnie tam, picie ciepłego małymi łyczkami zapobiega wyziębieniu przełyku.

Magia, spełnienie i moc. Sycę się brzmieniem samczej siły. Jej wibracja przenika ciało, rozrywając mgły ochrypłymi rykami bojowych byków. Rześkie powietrze wibruje pradawną chwałą. Potęga nadlatuje z łoskotem, sięgając pamięcią pieśni odwiecznej kniei. I taki malutki się tutaj czujesz. Bezbronny nawet. A z drugiej strony, wdzięczną cząstką tego wszystkiego. Ścichnij człowieku. Uszanuj. Dziś rządzą tu płowi Królowie Lasu, w ochrypłych rykach potwierdzający swą niepodzielną władzę. Zachwycona dusza stara się zjednoczyć, zestroić z pomrukami olbrzymów. Przenikają serce. Nawet sarny jakby odzywały się mniej i mało ich widać – ustępują miejsca władcom.

P90923-065120

Gdy świt zaczyna szeptać szarością, ruszam przed siebie. Tam skąd dobiegają ryki. Wcale nie są tak blisko. Na polach wydeptane grube tropy. Robią wrażenie. Woale mgieł rozsnuwają się wszędzie, na oparach niosąc srogie pomruki olbrzymów. To jest po prostu taniec. A mgła to żywy organizm, duch tutejszy, mistrzyni czarów. Gęstnieje, to rzedzi, rozdziela się na pasma powłóczyste, to znów opada do ziemi wstęgą. Kryje tajemnice i zachwyca. Nie wiadomo co zrobi za chwilę. Idę i wabię, maskując tym samym swoje nadejście. Widno już, brzask czerwieni w rozkwicie na wschodzie. Płyną korowody smug powłóczystych. I z nich mi się wyłania. Aż nie dowierzam. Kroczy i charczy – tutejszy król rykowiska. Natychmiast przykucam, choć nie zachowuję przesadnej czujności i uwagi. A to błąd był! Udaje mi się go uchwycić w lornetce. Co za potęga! Chyba szesnastak. Porykuje gromem. Ja coś się poruszyłem. Popatrzył czujnie i cofnął już w zarośla. Stara, doświadczona sztuka. Nie z nim takie numery. Wielu pewnie, próbowało go podejść. To nie chłystek, co pobiegnie za każdą prowokacją. I rzeczywiście. Nie odzywa się już ani razu. Zaszył się. W oddali paradują pojedyncze łanie. Szkła lornetki szybko pokrywają się wilgocią – i co z tego, że jest wodoodporna, myślę. Trzeba co chwilę przecierać, a zostają smugi przeszkadzające.

Brnę w kożuchu wilgoci zawieszonej, smużki muskając dłońmi, chwytam pasemka. Słoneczne promienie osadzają się na nich złotem czerstwym. Ptaki zaczynają poranny rozhowor. I warto było, wytrwać tu tyle godzin, by na sekundy stanąć oko w oko z płowym Duchem Lasu. Mateńka Knieja po raz wtóry obdarowała swego syna spełnieniem leśnego marzenia 

O świcie z mgłami się zjawiam. 
Przepływam nitkami kosmyków,

Jelenie z radością pozdrawiam, 
I cieszę z słonecznych promyków,

Braciom mym płowym dziękuję, 
Za zmysłów pieszczotę, czułości
Serce ten dar przechowuje…
Na więcej wciąż mam ochotę, 
Zjednoczyć się z Wami w dzikości

Świat się w wilgoci kołysze, po mrocznej i ciemnej nocy 
Rozbrzmiewało tu gromem w ciszy, westchnienie pradawnej Mocy

Smugi przędą marzenia, siwych zasłon woali 
Tkają nici spełnienia, łanie wędrują w oddali

Źdźbła pożółkłe kąpią się w rosie, chłodu smakując okruchy 
Szeleszczą w szuwarach już łosie, i snują bagienne duchy

Pani Poranna w rubinie dojrzewa, niosąc im blaski prześwitu 
Wielu zdarzeń się jeszcze spodziewa, zaprasza mnie do zachwytu

Wody Kapłaństwo mąci w bezwładzie, zaklęcia mamrocząc, uroki, 
Wierzbowe Wiedzmy już szumią w naradzie, baśnią się jawią widoki

Skrzydła rozkładam w ramionach, szybuję ponad łąkami 
Dołączam do swego plemiona, jak dobrze tu razem z Wami

Mamidła rozpływają się zwiewne, strachy szeptają z zjawami 
Swego istnienia jak żywo są pewne, ulotnymi chichoczą sprawami

Tańczą jak mary ubogie, na zawsze już zapomniane 
Oh siostry Kochane i Drogie, ze sobą było nam dane

Chwilę krótką,

Wiatru kaprys przegoni, rozproszy w pustce słonecznej 
Ja złożę podpis mej dłoni, pamiętać Was będę wiecznie.

🦌 23.09.2019 ”Samotne” czuwanie na Rykowisku

P90923-055055