Leśny koncert pod Drzewami Mocy. Noc Ballady z Bardem

Dni Wędrowne jeszcze długie, a Szepty Kniei znów z odwagą siebie wychodzą do świata, aby tym razem… Zagrać! Moja dusza ukochała sztukę, i wyrażanie się przez nią. Nie tylko pisanie czy opowieści, ale też taniec, śpiew, no i muzykę. Z tym nigdy nie było jakiegoś problemu, pamiętam gdy w dzieciństwie dostałem jakiś instrument, to po prostu na nim grałem. Nie potrzeba było znajomości nut, odtwarzałem melodie ze słuchu. Dziś gram intuicyjne. Pozwalam duszy przejąć moje dłonie, instrument, tworzyć własne melodie i się prowadzić. Kiedy trafił do mnie pierwszy tank drum, ‘’bęben druidów’’, a potem dębowa kalimba, w pełni poczułem uzdrawiającą potęgę dzwięku. Wszystko jest przecież wibracją. Instrumenty nastrojone są na częstotliwość 432hz, co odpowiada wibracji naszego wszechświata i Przestrzeni Serca. Jest to naturalny, subtelny ton przyrody. Przekonałem się o tym podczas grania w lesie, kiedy sarny, zające, lisy, czy jenoty podchodziły do mnie bardzo blisko, z ciekawości zasłuchując się w płynących odgłosach. Niekiedy beztrosko wypoczywały nieopodal, mimo mojej energicznej gry. Dla zwierząt, pozostają tłem, zupełnie jak ptasie głosy. Dzieje się wtedy jakaś magia, a towarzyszy jej poczucie głębokiego zestrojenia z istnieniem wokół, czego nie było mi dane doświadczyć podczas cichego czuwania pod drzewami. Tutaj gra kształtuje COŚ.
Nieuchwytne zmiany w przestrzeni, a odczuwalne przez kontakt ze zwierzętami i całą dziejącą się w zdarzeniach harmonię.

34b78f603cdbf9e6600bb6ec633a0679

Siądziemy wieczorem, przed zmierzchem gdzieś na łąkach, w zbożowym łanie na polu, miedzy, albo i w samej głębinie kniei, pod którymś z moich Drzew Mocy. Posłuchamy zawołań żurawi, czajek, sennych poćwierkiwań trznadli albo i szumu wiatru tańczącego w koronach. Zestroimy najpierw ze szmerami, pogłosami, szelestami wędrujących w puszczy zwierząt. Będziemy mieć ze sobą lornetki – może uda się zobaczyć jakiegoś ptasiego unikata? A gdy pierwsze promienie wchodzącego księżyca zatopią polany i połacie srebrem swego blasku, wtedy dla Ciebie zagram. Popłynie żywiołowo, lub subtelnie i delikatnie. Postaram się dostroić do Twej energii, aby subtelnie muzyką dotknąć spraw, które domagają się wysłuchania. Nuty kalimby są krystaliczne, źródłowe, przypominają pluskot wartkiego strumienia, lub padający deszcz. Będziesz też sam mógł spróbować gry na obu instrumentach, aby wykreować jedyną pieśń swojej Duszy. Razem z odgłosami żyjącej wokół natury, przeniesiesz się w świat relaksu, ukojenia, harmonii i dobrego nastroju. Popracujemy nad wyrażaniem głosu, czego narzędziem będzie śpiew, ze znanych już piosenek oraz tych, które sam napisałem. A gdy już otworzysz oczy, po wszystkim czeka Cię swobodna, leśna gawęda, płynąca ze wspomnień dawnego barda i dzisiejszego wędrowca. Będzie opowieść o ścieżkach zaginionych, o zjawach nad bagnem, dalekich gwiazdach, chłodnych mgłach i rześkiej rosie. Pajęczym okruchu, ptasich żeglugach i lisich psotach. O chochole prawdziwym co chował się w stogu, i czatowniku, który buty pogubił w marszu. O wiedzy przodków zapomnianej, co drzewom się kłaniali i rozmawiali jak z braćmi. Zasiadaj druhu z nami w kręgu, a potem ruszymy na szlak ku przygodzie.

6b5028ef8227e086d139c3e1aabedd61

Koncerty w terenie możliwe dla większych grup 5-7 osób, o każdej porze dnia, nocy, i niezależnie od pory roku. Proszę o wcześniejszy kontakt przez email:

czeremcha27@wp.pl

Czas trwania sesji z leśnym dzwiękiem: 1-2 godz.

Symboliczne podziękowanie dla Barda 50zł / osoba.
Opcja z całodzienną lub nocną przyrodniczą wędrówką, dodatek 200zł.

Instrumenty: Kalimby, tank drum, charango, ukulele. 

Filmów z gry nie mogę dodać na bloga, ale można zobaczyć je na facebooku – wystarczy kliknąć poniżej:

TUTAJ ( gra z zającami, bęben)

Tutaj

TAM (Kalimba)

TU ( Kalimba dębowa)

Gra gościa na warsztatach (Tank drum)

Dla gości z daleka, jest zawsze możliwość noclegu i dłuższego wypoczynku w połączeniu z leśnymi wędrówkami, w tutejszej kwaterze. Pokoje z łazienkami, parking, w pełni wyposażone kuchenki, oraz możliwość zamówienia już gotowych, domowych i wege posiłków. LINK do kwatery:

http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Zapraszam na spotkanie z Bardem – Wędrowcem 🙂

P00508-184632

P00628-144050

P00731-194749

 

Siostra Burzy. Czarna Topola opowiada o Żywiołakach.

Nowe miejsce do którego trafiłem niedawno, pełne jest starych, wspaniałych drzew, wielkich i silnych, na których wyryły się nieopowiedziane historie. Regeneruję się tutaj, słuchając godzinami jak szumią. Czarna Topola to na tyle rzadkie drzewo w okolicy, że zawsze przykuwa moją uwagę. Wygląda nietypowo. Strzelista, choć mała jak na topolę jeszcze, jakby czegoś jej brakowało. Widzę z daleka, że jest wyjątkowa, jednak dopiero za czwartym pobytem puszczam się na przełaj przez pole, aby pod nią stanąć. Ciekawi i ciągnie magnetycznie.

Witaj żołnierzu, nareszcie… !

Powiada, zanim jeszcze zbliżę dłoń do pnia. O rety! Zwykle aby drzewo choć troszkę się odezwało, trzeba poświęcić mu więcej czasu. A ja nie jestem w formie. Ale to chyba nie ma dla nich znaczenia… Żołnierzu? Śmieję się. I śmieje ona. Ma nastrój do dowcipów. No tak. Cały od czapki, po spodnie i plecak jestem na moro. Drzewa choć nie widzą, odczytują zapisy z naszych wyobrażeń i myśli, i to jest taki rodzaj całkiem dobrego postrzegania. Spoglądam na jej pień, w górę. Widzę, że główny szczyt został jej urwany, ale drugą połową jeszcze zieleni się całkiem śmiało. Na korze. W różnych punktach widać czarne kropki sadzy. Ale jej przywaliło. Z tyłu konar urwany, we wnętrzu dziura taka, że cały człowiek wejdzie. Nie wiem czy tak już miała, czy zrobiła to błyskawica. Przez chwilę myślę, że może ktoś rozpalił pożar w jej wnętrzu, ale nie. Ślady uszkodzeń i osmalenia są synchroniczne, zaczynają się od góry, przy urwanej gałęzi. Mimo tej tragedii, odbieram od Sokory jakąś wesołość, pogodę i szczęście. Nie jest smutna, nie ma pretensji, ani wyrzutów. Jakby chwaliła się, ‘’o popatrz, dałam radę!’’. Bardzo chce abym jej dotknął, przytulił. Co też robię. Po pniu maszerują ścieżką średnie, czarne i błyszczące mrówki, jakieś inne niż widywałem dotąd. Nie wchodzą na mnie. Czuję, jak od pierwszego dotyku płynie do mnie lawina informacji. Jakby chciała przekazać bardzo dużo i szybko. Zanim odejdzie. W tamtym momencie nie wiem co to, ani o co jej chodzi. Reaguje bardzo żywo. Na każde zbliżenie ręki, zryw szmeru liści. Jakby ponaglała, no dalej, zrób to!

P00522-171020

-Sirvana, mam na imię Sirvana. Opowiem Ci swoją historię.

Mówi tak płynnie i naturalnie, że aż mnie wzdryga. Nie byłem przygotowany, ani trochę. ‘’Nie mam czasu na każde drzewo’’, chciałoby się rzec. A ona kontynuuje, czysto i sympatycznie, jakby przeszczęśliwa, że pojawił się ktoś, przed kim może się wygadać. I zaczyna wyjaśniać.

– To burzowy zakątek. Jedyny taki w okolicy. Wszystkie burze, które nie docierają do Was, które widzisz z domu na horyzoncie jak przepływają bokiem, gromadzą się i szaleją tutaj. Przyciąga je jezioro i zaniżenie. Wyczułeś to ostatnio. Gdy zmieniała się pogoda. Siedziałeś pod lasem z zamiarem zostania do pózna w noc swoim zwyczajem, a jednak gdy tylko pogoda zaczęła się przemieniać, podjąłeś odwrót, czego zwykle nie robisz. Nawet się bałeś i dziwiłeś sobie. Choć w zapowiedziach waszych nie nadawali burz, zerwał się wiatr i błyskało. Umykałeś szybko przez pole, zlękniony spoglądając w niebo. Jakbyś wiedział, że może być niebezpiecznie. I dziś po południu, zanim przyszedłeś, obserwowałeś zdumiony piaskowe tornada, które utrzymywały się w powietrzu dużo dłużej niż to według Ciebie możliwe…

P00522-171049

Czekaj, czekaj. Tak, widziałem i to mnie bardzo zastanowiło! Czegoś takiego jeszcze nie obserwowałem. Niemal nie wiało, a na środku pola zaczął się tworzyć całkiem szeroki wir, na obszarze kilkunastu metrów. Porywał liście, gałęzie, pył i paprochy, zachowywał się jakby był żywy! Słoneczna pogoda. Zastanawiałem się wtedy nad energiami jakie tam muszą szaleć. ‘’Piaskowy diabeł’’ zaczął się przesuwać i przemierzył jakieś 700 metrów nieustannie wirując i mimo to, ciągle trwając. Przedefilował sobie przez całe pole, momentami się zatrzymując. Wreszcie uderzył w krzaki, które go rozproszyły. Zwykle takie trąby tworzą się na małą chwilę, a on wariował przez 10 minut. Sunął i przystawał. Potem zrobiły się jeszcze dwa i też potańcowały. Nie widziałem jeszcze takich zjawisk w tak krótkim czasie, w tym samym miejscu. Choć fenomen fascynował, wcale nie chciałem aby przybliżyło się to do mnie, ani tam iść. Co tutaj się dzieje?

Proszę Cię. Nie przybywaj tu podczas niepewnej pogody. Nie zostawaj, nie sprawdzaj. Uciekaj. Pole ma wzniesienie, to opada w nieckę. Możesz nazywać ich ‘’diabłami’’. To bardzo stare istoty, stare jak Ziemia. My mówimy żywiołaki. Jest jeszcze inne określenie, którego byś nie zrozumiał. To energetyczne zapętlenia, nieoczyszczone żywioły, bardzo krnąbrne, napastliwe i nieprzewidywalne. Pierwotnie miały strzec czterech elementów stworzenia, ale to nie są istoty, którym można powierzyć jedno stałe zadanie. Miały kształtować i przywracać równowagę. Zdziecinniały już troszkę, stare są. Wykorzystują pozostałości po wydarzeniach okolic, odtwarzające swój spektakl. Próbują porozumieć z różnymi bytami. Chciałyby niszczyć. Tańczą więc z powietrzem i piaskiem, starając się otworzyć swój wymiar i wywołać pogodowe zamieszanie. Wtedy czują się najlepiej, rosną w siłę. Aby ta sztuka się udała, potrzebują naszej pomocy, drzew. Zwykle tego nie robimy, znając do czego są zdolne. Ale bywa, potrzeba przyciśnie… Czasem pomagałyśmy im, dla deszczu. I są ofiary. Ta jabłonka tam w oddali – widzisz? Naraziła się im. Teraz stoi sucha, pełna martwych jemioł, rozwalona, w rozsypujących się kawałkach. Ją też uśmiercił piorun. . Widziałam, jak nawet wcale niewielki tuman rozkręcił się na tyle mocno, porywając gniazdo skowrończe z pisklętami. Przez korę słyszałam ich rozpaczliwe wołania. Dobrze czułeś, aby się do nich nie zbliżać. Intuicyjnie nawet wtopiłeś w drzewa za plecami, stając niewidocznym. Ale żywiołak Cię wyczuł. One wiedzą, kiedy ktoś czegoś nie chce. Był ten moment, gdy nieco zboczył z kursu, a Ty powtarzałeś sobie ‘’tylko się do mnie nie zbliżaj’’. Mogą jeszcze próbować zwrócić Twoją uwagę. Nie bój się, obserwuj, ale i nie wołaj. Często je tu zobaczysz. Sama Twoja obecność może je wywoływać do życia, nawet nieświadomie. Jeśli miejsce i energie są odpowiednie.

Rzeczywiście, ta jabłonka w oddali wygląda strasznie. Muszę się jej przyjrzeć. Jakby spadła na nią lawina kamieni z nieba. W oddali inne drzewo wygląda podobnie. Co za jakieś żywiołaki? Zwykłe trąby powietrzne. Że jeszcze człowiek może je wywoływać? Czarna Sokoro, Płomieniu Cienia, Córko Błyskawicy. Jakkolwiek absurdalne by to nie było, uwielbiam takie opowieści.

– Ale to wszystko nie jest istotne – rzecze. Chciałam Ci pokazać i opowiedzieć jak u mnie było. Ja, Sirvana. Zbliż mi się tu, bliżej.

Przytulam czoło do pnia i jedną rękę. Odbieram czystą przyjazn, skierowaną do mnie. Radość mojej towarzyszki. Nikt się nie przejmuje, że nie ma słów. Są obrazy. Wnet robi się ponuro. Granatowo. Chmury, późny wieczór, odgłosy gromów, błyskawice. Burza nie nadchodzi, już trwa i szaleje. Pachnie świeżość i chłód wilgoci. Strzelisty pień drzewa trzeszczy, skrzypi, pochyla w mocowaniu z rozszalałym wiatrem.I słyszę jak grzmi… burzowa pieśń Czarnej Topoli.

W noc błyskotów stałam sama,
Mocno wiatrem poszarpana

Niebo lśniło błyskiem, gromem
Trzęsło całym moim domem

Bije w ziemię iskra światła
Kamień topi jej moc nagła

A ja jestem, czuję w ziemi,
Jak przenika do korzeni

Prąd

Dymi wokół czarny swąd
Chciałabym uciekać stąd

Nie wiem co się ze mną stało
Moje ramię, trzask, urwało

Płomień dotknął suche ciało,
Oh jak parzy, tak – bolało

Lipa woła zatroskana,
Jaka straszna Twoja rana!

Pomóc mogę Ci Kochana
Zaśpiewała wnet do chmury,
By ratunek przyszedł z góry,

Rozgorzała w takt ulewa
Gasząc pożar wnętrza drzewa

Trzęsą się od grzmotów głazy
Było tu tak wiele razy,

Nie myślałam, nie sądziłam,
Że godzina ma wybiła

Więc po prostu powiem Tobie,
Jeszcze mogę rosnąć sobie

I połowa pnia, co żywa,
W kanalikach, tam przepływa

I choć dni mam policzone,
To co dobre, w siebie chłonę

Liście moje uniesione
Słońcem są błogosławione

Czekam tutaj pośród marzeń
Co przyniesie rzeka zdarzeń,

Ile mogę, to przestoję
Już przetrwałam i nie boję,

Po to chyba mnie spotkało,
Nawet to, co zabolało

Abym sobie przypomniała
I już nigdy się nie bała

Moja podróż była długa,
Niesie tą opowieść struga,

A historię mą odczyta,
Kto przystanie, i zapyta

Cieszę, że są jeszcze ludzie,
Co wspierają drzewo w trudzie,

I tak bardzo bym też chciała,
Aby ludzkość pomagała,

Mogę przeżyć lata spore,
Gdy otrzymam gdzieś podporę

Wspomnij w słowie swym Sokorę
Nie bacz na me ciało chore

Sercem słuchaj, pojmij sedno
A opowiem Ci niejedno

P00522-171122

Spoglądam na spróchniałą, sponiewieraną ciosami mądrość, rosnącą przede mną. O Sirvano, Córko Burzy, oblubienico Żywiołów. Jakim zaskoczeniem dzisiaj jesteś. Grom przetrwałaś i póki żyjesz opowiadać będziesz swoją legendę wędrowcom. Przyjechałem do buków, dębów i klonów w polnej kępie, spędziłem z nimi kilka godzin, a tymczasem ‘’przypadkowa topola’’, na którą zda się nie miałem już czasu, zawołała, podjęła i przyjęła z ciepłem i gawędą swojej historii. Zaskoczyła jej pogoda nastroju, mimo zdarzeń jakie ją spotkały. Gdy wracam przez pole, jeszcze nie wiem jaką opowieść otrzymałem. Spisuję dopiero po dwóch dniach, gdy drzewo jakimś olśnieniem przypomina o sobie. I oto przedstawiam Wam – Sirvanę, Córkę Burzy.

🌲 Zapraszam też na indywidualne sesje przesłań Drzew Mocy, wspólne wędrówki w przyrodzie oraz wiosenno – letnie warsztaty:
https://szeptykniei.wordpress.com/warsztaty-wydarzenia/

🍁 Więcej leśnych opowieści zawsze do poczytania mojej w książce ‘’Szepty Kniei’’ która zawiera blisko 700 stron magicznej podróży po świecie przyrody. Do zdobycia także w formie ebooka. Z dowozem na terenie krajów wspólnoty UE. Można zamówić ją tutaj, całodobowo:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

thumb-1920-86931

Wieczorne schadzki z jeleniami o zmroku

Jadę polną dróżką pod lasem, ostatnim widokiem w gęstniejącym w mroku omijając co i raz wystające gałęzie. Już wracam. Rower sunie cichutko, lekko. Zanim nań wsiadłem, pole zlustrowałem lornetką. To model do obserwacji dziennych o parametrach 8×42, ale sprawdza się też awaryjnie o zmierzchu, bladym świcie lub przy pełni księżyca. Błysk myśli: ‘’A co jeśli sarny są po tej stronie gdzie jest ciemno i ich nie dostrzegłem?’’ W tym momencie tam w mroku zauważam większe czarne sylwetki. Płyną. Jednak! Hamulec i zeskok. Szum małego zgrzytu. Jelenie właśnie wychodziły z lasu na pole. Kilka z nich już tam tkwi, reszta podąża powoli. Jedenaście. W lornetce którą podnoszę dostrzegam trzy byczki i reszta łań. Dopiero nakładają nowe poroże. Pocieszne krzywulce. Nie zareagowały szczególnie na podjazd, choć coś usłyszały. Jakieś 20 metrów od nich. Doświadczenie uczy. Gdy nagle wpadniesz z jazdy na zwierzęta, hamuj i zeskakuj. One jakby nie wiedziały wtedy co dokładnie się stało, no był jakiś nieokreślony dzwięk, ale nagle zgasł. Są skonsternowane. Oddycham głęboko i ciężko, ale one zaczynają się paść. Rower w kolorze czarnym, nie widzą. Nowoczesny składak w lesie i polnych duktach sprawdza się znakomicie. Sztyca kierownicy jest bez zgiętego mostka, dzięki czemu przy takim zeskoku nie obijam lornetki, którą cały czas mam na szyi w pogotowiu. I nisko poprowadzona rura ramy, dzięki czemu ląduje od razu na obu nogach, cicho. Mały rower dla małego człowieka. Pokochałem go od razu, a serce bije mocniej radością gdy w takich momentach jak teraz, po prostu się sprawdza. Na ‘’góralu’’ było zawsze więcej hałasu i niewygody. Chmara oddala się nieznacznie, ale widać, że ich cel był tutaj. Nie mam jak ich ominąć. Trzeba czekać. Mijają minuty i minuty… Chłodno. Coraz ciemniej. Ostatnia zorza wieczoru już dogasa, to ledwie subtelny poblask. Tak ciemność. Jelenie oddaliły się nieznacznie. I gdy zamyślam, którędy tu ruszyć aby wybrnąć, z gąszczy wynurzają się kolejne. Jakby osobna chmara. Patrzą za tamtymi…Pierwsze wychodzą dwie łanie. Jedna z nich, pewnie przewodniczka, uspokojona obecnością tamtych w oddali staje bokiem, i jakby gestem głowy zachęca pozostałe do wyjścia. Przechodzą. Ona czeka aż wyjdą wszystkie, i gdy stoją już grupą, ponownie wysuwa się na czoło. Mój Borze Iglasty. Co za społeczne zwierzęta. Jedno drugiego nie opuści zdaje… W licówce wyczuwam matczyną opiekuńczość. Na moje szczęście wieje lekko od pola, na którym tkwią. Rozciągają szeroko – z dwóch stad naliczam łącznie 25. Jak one kroczą. Z taką gracją. Jeleń podąża dostojnie, z kunsztem, jednocześnie jak na tak duże zwierzę potrafi bardzo cicho. Zagapiam się nieco na gwiazdy, gdy spoglądam na pole znów, już ich nie ma. Potrafią zniknąć jak duchy. Korowód niemych cieni.

Drugi wieczór zasiadki.

Wysoka czatownia na bagnem, to mój mały raj. Gniazdo wędrowca. Mógłbym tu chyba zamieszkać. Siedzę od popołudnia do zmierzchu, podziwiając ptactwo. Tędy zapadają żurawie w pielesze, szybują parami tak nisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Widok – ekscytacja. Bagno budzi się do wiosny. Przestaję rozpoznawać niektóre ptaki, znak, że jest ich już za dużo. Wyją, trąbią, kwilą, poćwierkują, piszczą… Odgłosy ptaków z mokradeł są inne niż małych śpiewaków – czasem ostre w tonie, potworne, dudniące, albo miękkie i głuche. Jest sporo drapieżnych. Nawet sobie nie wyobrażam, jak one tutaj mogą się pogodzić. Bo jest para jastrzębi, samica daje zew co jakiś czas. Para myszołowów, jakichś orlików, a dziś trzy razy widziałem bielika. Potem leciały w parze. Zanim zapadł zmierzch. Jeden przysiadł na drzewie, obserwował mnie z dala. I tylko mój zając gdzieś przepadł ostatnio. Już nie czeka na mnie pod lasem. Nie ma go nawet w kryjówce gdzie zazwyczaj spał, zajrzałem. Notorycznie tam nocował. Uszaka brak. Pewnie orły… Był taki ufny…
Na rozlewisku pluskają kroki. Nie pojedyncze. Idzie więcej zwierząt. Człapie jak zmora… Skrada się. Nadchodzi. Ten pogłos narastającego plusku… Mógłbym go słuchać wieki. Jednak gdy zabieram tu gości, zwykle z początku boją się, choć mój spokój zasiewa fascynacje tym co się dzieje. Bulgocze zwierciadło. I wiem, że to nie dziki. Gdy one ruszają przez moczar, to trochę jakby tornado szło. Tu pluskot jest silny, ale i wyważony. Pewnie jelenie. Mają tam ścieżki, przeczuwam, że nie wyjdą mi tutaj na widok, choć mogłyby. Drozdy śpiewają jeszcze, ale za chwilę przestanie być cokolwiek widać. Podejmuję powrót.

peyzazh-nebo-pticy-olen

Prowadzę rower skromną dróżką przez łąkę. Nie chce mi się jechać, hałasować, i obijać tyłka na buchtowiskach. Na moment zapalam światełko. Gdy wynurzę się zza krzaków, będę na widoku z przeciwległej ambony, bezpiecznie więc się pokazać. Zatrzymuje mnie jakaś myśl. No bo szło, szło, pluskało i nagle wyparowało. Cicho. Gdzie się podziało. Metodycznie podnoszę lornetkę lustrując łąkę którą mam przed sobą, i na którą za chwilę bym wyszedł i nie wierzę – znowu jelenie! Właśnie wyszły z olsu. Suną przed siebie, znowu na pole. Nie zwróciły uwagi na moje światełko. Kroki skupienia. I pojmuje co tu się zadziało. Wczoraj jednak, coś musiały wyniuchać, mimo że nie dały po sobie poznać. Dziś Łania Przewodniczka poprowadziła więc inną trasą, aby ominąć podejrzane miejsce z wczoraj. A ja nie zamierzając wcale, przechytrzyłem licówkę. Dziś odchodzą jeszcze spokojniej. Czekam i przepuszczam, honorując pierwszeństwo gospodarzy. Przed nimi goła ziemia pól, a więc pójdą dalej na rzepaki. Oddycham spokojnie, bo nie jechałem. Nie usłyszą. Ustawiają się bajecznie – na tle niemal zgasłej zorzy zachodu. W nucie czerwieni, osadziły się ciemne sylwetki zwierząt. Na co czekają? Wiem – tam szosa. Nie przeskoczą tak od razu. Mrugam kilka razy, i znów ich nie ma. Mogę spokojnie wracać.

Czarna noc to nie pora do obserwacji nawet z najlepszą lornetką. Ale do słuchania. Jest na tyle ciepło, albo mam taki zapas ubrań, że robię sobie jeszcze krótkie czuwanie w ciemnicy. Można by zaczekać na dziki. Trudne do wychwycenia, ulotne, niesie się poszczekiwania lisa. Dziwię, że w marcu. Za lasem, przy bagnie, coś charczy i chrypi. Brzmi jak zmutowany sarni demon. Nie czuję niepewności, nawet gdy nie wiem co to. Raczej ciekawość. Pójdźki zaczynają wywrzaskiwać nad ugorem, chyba że to jedna tak wywija. Po chwili do diablej orkiestry dołącza daleki puszczyk. Pierwsze sowy w marcu! Tak się cieszę. Ale one ogłaszają, że ciemności panowania nastał tu czas. Niczego już nie zobaczę. Ostatni przystanek przy miedzy, na słuchanie pod śpiącymi brzozami, i żal wracać…

ed12a26d6235a1504250ae7e828640f4

Drzewa przydrożne. Wspomnienie wspaniałych topoli.

Odchodzą cicho jakby. Choć wyobrażam sobie trzask pękającego pnia i głuchy duden upadającego cielska, co przez epokę przypatrywało się pędzącym w dole ludziom. Dziwiło, słuchało, i swoje dla świata robiło, nie wnikając zbytnio. Pochłaniało zanieczyszczenia ludzkie, a dla istot wszelakich domem i przystanią, a nawet całym światem było. Drzewa przy polnych dróżkach. Chyba najbardziej zapomniane ze wszystkich. Tu nikt nie ocenia, nie sprawdza, a nuż się uda, i nikt nie zwróci uwagi. I nie zwracają. Biegają, w słuchawkach na uszach. Przejeżdżają w galopie, mijają. Ja się zatrzymałem, bo to jedna z tych Topól, która zimowe przesłanie opowiedziała. Była tak wielka… Jeszcze kawał czasu przed sobą miała. Przekrój pnia zdrów, jedynie w środku trochę czerni, a to zaczątek był. Drzewa innych gatunków z czymś takim idą przez wieki, zanim je powali. Pamiętam jej kojącą, rześką energię, jak szumiała zawsze z gromką radością, gdy przechodziłem nocą polem. Zatrzymywała w marszu na długo. Gdy już było bardzo późno śpiewała tym jedynym, mocnym, prawdziwie melodyjnym topolowym głosem. Dołączały się inne do wtóru, szpaler żyw się robił, i tańczyliśmy nawet niekiedy. Choć nie są tak skoczne jak brzozy. Wiersze opowiadała. Tak po godzinie bycia razem, odkrywały się przed człowiekiem zupełnie, wirując fioletową energią, która spływała z pni kaskadami. Jemioł trochę zdążyła uzbierać, jak pomponów zielonych.

Takie filary tutejszej pustki, jak królowe dostojne przystanią są dla ptactwa co przemierza pustkowia odległe i zatrzymuje do wypoczynku. Widywałem kwiczoły, szpaki, kosy. Nasz przodek sadził drzewa przy alejach aby cień dawały podróżnym, chroniły nawiew zasp, hamowały porywy wiatru i szlak znaczyły zimą aby nie zboczyć. By pnie wielgachne podpory plecom użyczyły strudzonym wędrowcom. W tamtych czasach było to bardzo ważne dla komfortu konnych i pieszych podróżnych. A i gałęzi susz do czegoś się nadał. Dawniej maści i driakwie z pożytecznych topoli robiono. Dziś przychodzi człowiek i ‘’zagrożenie’’ tylko widzi. ‘’Przeszkodę’’. Droga pozostała piaszczysta, ruch wzrósł, może asfalt będą robić, taki wiecie fajny co praży się w słońcu i kruszeje. Po którym można będzie jezdzić jeszcze szybciej i zwierzę potrącić, albo blizniego. Ale najważniejsze, że nie ma już drzewa, które przeszkadzało w pędzie i stanowiło zagrożenie. Kilkanaście metrów dalej na tym samym poboczu hałda opon leży. Człowiek przychodzi i wie, że trzeba zabierać, tylko nie co swoje… Pień aby został. I pustka. Nie tylko krajobrazowa…

Już wolałem to spokojne, senne zapomnienie.

P91204-114941

Dzień Wędrowny wśród saren

Gdy przechodzę nieopodal szuwarów tuż obok małego leśnego bagienka, trzciny odpowiadają poszumem łanu. Rozkołysało się wszystko. ‘’Oho’’ – myślę. Las się wita. Mamy już jakąś łączność. Jeszcze dwa kroki po błocie ścieżką dzików i dostrzegam stojącą w trzcinie sarenkę. Nieruchomieję w uśmiechu. Musiała dopiero co się podnieść. Widać, że zaspana. Potrząsa głową pociesznie machając uszkami. One tak zawsze, jakby chciały ‘’wyrzucić’’ z głowy dzwięk, który im się nie spodobał. Maleństwo patrzy się na mnie przekornie i ani myśli uciekać. W błysku czarnego oka dostrzegam figiel. Patrzy i patrzy – a przecież z tych paru metrów musi mnie widzieć. Wreszcie, uspokojona jakby robi kilka niespiesznych kroków w szuwar i znika mi z oczu. Tam zalega. Na przeczekanie. Nie ma co uciekać przede mną. Rozumiem. Chodziłem tutaj całą wczesną wiosnę, kawałek dalej, siedzieć pod świerkiem gdzie spędzałem całe dnie, a one wypoczywały zawsze gdzieś nieopodal. To jest magiczne, jaką wiez można wypracować sobie z lasem i jego mieszkańcami. Tutejsze sarny są zresztą bardzo cwane. Siedząc pod drzewem nie raz obserwowałem jak i one z gąszczy leżąc, zerkając do spacerowiczów tuż na ścieżce, wiedzą, że oni nie zaglądają w chaszcze ani ich nie zobaczą. A przecież musiały obecność odbierać wszystkimi zmysłami. Uczą się być cicho obok nas, niezauważane a jednak tuż – tuż swobodnie żyjące. Te same zasady cichego współistnienia stosuję wobec nich, i zawsze dość szybko przestaję być postrzegany jak intruz. Mam jakieś takie przekonanie, poczucie, że taka postawa budzi u zwierząt jakiś ich ‘’szacunek’’, zaciekawienie. Czasem od razu jakby wiedziały – przed nim nie trzeba uciekać ani się kryć. Wpadam po kolana w błotnisty dół, pokłosie dziczego kąpieliska. Po tropie widzę, że jeden, jedyny jeleń nadal tu mieszka. Udało mi się wypatrzyć go w pełnię podczas rykowiska, jak podążał przez kukurydzisko ze srebrną poświatą na grzbiecie. Dziwne, że ten stadny zwierz już tak długi czas pielęgnuje samotność.

Na jednym z drzew wisi jakaś czerwona tabliczka. Biało – czerwona. – Co u licha…
Myślę zaniepokojony. Jakieś nowe oznaczenie do kolejnej wycinki? Niepokoi tym bardziej, że znajduje się tuż nad bajorkiem, gdzie sarny śpią, a dziki odbywają toaletę. Od śladów gęsto. Napis na laminowanej kartce głosi:

‘’BIEG NA ORIENTACJĘ. PROSIMY NIE ZRYWAĆ’’

P91204-120941

I mieszane uczucia przychodzą. Obcowanie człowieka z przyrodą różną może przybierać formę. Lecz chyba rzadko bywa tak, aby było ono rzeczywistym wglądem w nią. Zatrzymaniem się. Bo znowu bieg. Dlaczego akurat tutaj? Przecież tu śpią sarny, i jeleń przychodzi, i dzików rodzina do kąpieli – jeszcze bym nie grymasił, gdyby trasa wiodła główną drogą leśną. Co i kogo podkusiło, aby zejść tutaj, w te krzaki. I widzę jak będzie. Kolorowi ludzie, może pojedynczo lub tabunem przeczłapią tędy w gonitwie za kolejnym iluzorycznym zwycięstwem. W małym lasku czujność i niepokój się zjawi. Bo kogo obchodzą jakieś zwierzęta i spokój w ich domu. Sarny nie przeczytają tabliczki. Pewnie będą tu spać jak zawsze, kiedy zacznie się niespodziany rwetes. A potem sylwester. A od przedwiośnia wycinka pewnie ruszy. Nie mają tu lekko. Żyjąc w bliskości człowieka, trzeba być cały czas gotowym, na najbardziej absurdalne zdarzenia. Nikt nie wie, co strzeli mu w palmę. Pocieszam się, że taki bieg, to raczej wydarzenie jednorazowe.

Po drodze przyglądam się gnijącym kłodom. Pochylam i klękam. Grzybowe i pleśniowe życie pląsa potrząsając strzępkami kapeluszy w tańcu rozkładu. Dopiero o tej porze roku można dostrzec kunszt mszaków – na tle brązów i beżów przypominają puchowy dywan. Jabłuszka spod buka, złożone w darze, zniknęły magicznie. Dawniej lud wierzył, że zabierają je skrzaty. Lubię tak pomyśleć. Choć wiem, że to sarny przyjęły mikołajkowy prezent od wędrowca. Pod stopami szeleści dywan rudych liści. Słońce prześwituje między nagimi konarami złotem, pokazując, że ten grudzień wcale nie taki bury. Choć dziwnie pomyśleć, że dopiero 13ta, a za trzy godziny będzie ciemno. Dzięcioł zielony ‘’znęca się’’ nad starszą brzozą, uroczego ptaka z czerwonym łebkiem podziwiam w zbliżeniu lornetki. Przyglądam się też naznaczonym tu drzewom… Niektóre martwe, pełne dziupli, jamek i otworów, no skarbnica miejsc lęgowych dla ptactwa i nietoperzy. Tu zamieszkać mogą sikory, kowaliki, krętogłów, sowy, cała masa drobnicy która dziupli wykuwać sama nie potrafi, a jest od ich obecności uzależniona. I wszystkie te drzewa, do usunięcia, ścięcia. Na innym czerwona krecha, a nad nim umiejscowiona resztka gniazda. Ptaki, prawowici mieszkańcy małej kniei, mają inne zdanie odnośnie przydatności tego konara. I to ich ‘’zdanie’’ powinno być respektowane w pierwszej kolejności. Naprawdę nie rozumiem. Z dala od dróg, nikomu tu nie zagrażają. Do niczego też się nie nadadzą zbytnio. Na budulec za duży rozkład, palić takim mokrym próchnem też nie za fajnie. W książkach które czytałem w dzieciństwie, zawsze podkreślane było mocno, jak bardzo ważne są dziuple dla ptaków, że takich drzew jest ogromny deficyt i powinno się zostawiać. Ornitolodzy to wiedzą. Ptakom nie przeszkadza, że się rozpadają, będą się gnieździć dopóty się da. A nawet jeśli nie, miejsce pozostanie spiżarnią, bo tu legną się i żyją larwy różnych owadów drążących w drewnie. Przysmak dzięciołów właśnie. One zdają się to wszystko wiedzieć. Dlatego jeśli upatrzą sobie jakieś osłabione drzewo rąbią je jak popadnie, a potem gdy delikwenta zasiedlą różne żyjątka, przylatują jak do gotowej stołówki. Ptasi geniusz de-strukcji.

P91204-124159

Jeśli wieje bardziej niż przeciętnie, zawsze na czuwanie udaję się między drzewa. Szumią, skrzypią, trzeszczą i opowiadają, pochłaniając energię wiatru, a mi jest cieplej. Gdy na momenty się uspokaja, słychać jak zwierzęta gdzieś chodzą po liściach. Szemrząca modlitwa życia. Dobrze w niej się zanurzyć. Przed zmierzchem jednak, wolę wydostać się z lasu. Nie ze strachu. Po prostu, moje mniej doskonałe zmysły nie poradzą sobie tak dobrze, świecić nie chcę, ani przeszkadzać tutejszym dzikim mieszkańcom. Lepiej udać się na przestrzeń, na widowisko. Przy rowerze napotykam jakiegoś małego ptaszka – maluch pnie się w górę po korze świerka, błyskając białym puszystym ‘’brzuszkiem’’. Zabawny karzełek. Co chwila znika, okrążając pień. Zwinny pełzacz leśny, gotuje mi na odchodnym miłą niespodziankę. Piaszczyste doły pod drzewami, gdzie tarzały się dziki, przypominają mi, co dziać się tutaj może po zapadnięciu ciemności.

Zmierzam na przełaj zielonymi polami, pełnymi bujnych ozimin. Słońce już chyba zaszło, a horyzont bije oczy czerwienią. Zwiastuje ziąb. Jeszcze lustruje widnokrąg lornetką, aby dojrzeć ewentualnych zwierzęcych maruderów. Niewielka Olszynka mizdrzy się w pożegnaniu dnia, wiem, że nikogo dziś tam nie ma. Zwierzęta jakby wiedziały, że tutaj mogą być widoczne, i korzystają z tej przystani głównie latem lub nocą. W oddali snują się już sylwetki saren. Szybko, do czatowni! Bo za moment może się od nich wszędzie zaroić. Wolę pozostać niewykryty – idę wzdłuż olszyny, aby na tle drzew nie zostać dostrzeżonym. Od jakiegoś czasu, uświadamiam sobie jak bardzo okolica i zwierzęce życia w niej, się zmieniły. Dawniej wieczory były bardzo spokojne, leniwe i ciche. Ruch zamierał. Teraz? W ciagu dwóch godzin samochody z każdego kierunku, biegacze, rowerzyści, spacerowicze z psami, dalekie światła, odgłosy ludzkiego życia. A obok, one. Nie widziane przez nikogo chyba, jednak pasą się na pobliskich polach, nie zwracając uwagi na ten cały rozgardiasz. Tkwią w oddali. Na każdym polu po kilkanaście. Aż się człowiek zastanwia – gdzie one podziewają się w ciągu dnia? Kochane pyszczki. Stoją czujnie i patrzą w dal. W pierwszej chwili myślę, że na mnie, lecz za moment dostrzegam wielką grupę wdzierającą się na pole. Te biegną. Czy coś je spłoszyło? Wszystko możliwe. Tyle tu teraz mają bodzców… Spoglądają na brykające koleżanki. Czerwień dogasa, a przestrzenie oddają w utuleniu ramionom zmierzchu. Gęsi krążą nad szuwarami, zapadając z rozhoworem na nocleg. Na nie ostrzegawczo, ‘’sztywno’’ terkoczą perkozy. Zaraz, czy one nie powinny odlatywać na zimę? Jestem pewien. Czasy takie nastały, że niczego nie można być pewnym. Zegar przyrody chwieje się, tyka już głośno i pokazuje nam wiele nieprawidłowości. Dziś widziałem świeżo kwitnącą kończynę łąkową. A już były przymrozki…

Jestem świadkiem niezwykłego widowiska. To stado, które wtargnęło na pola biega jak pokręcone co i raz zawracając, robiąc zwroty i podskoki. Wyglądają jak dokazujące konie na pastwisku. Co one, zwariowały? Odpowiedzią staje się zachowanie najbliższych towarzyszek. Najpierw obserwowały, a teraz część z nich pokładła się uroczo na dywanie zieleni. Sielski raj. Wypoczywają. W ruchu nieustannym, a jednocześnie w zatrzymaniu ciągłym, dla chwili. Podziwiam. Wokół ziąb, a one, takie delikatne leżą na mokrej, przymarzającej ziemi. Druga chmara bryka popisowo, i wiem, że wyczyniają tak dla zabawy. Inaczej, już by gdzieś pobiegły. Wiem, że sarny lubią się bawić, ale zwykle są to pojedyncze zaczepki. A to jakiś szał beztroski… W sumie? Przecież otacza je dostatek pożywienia, rozległe pola w oceanie swobody, świeże powietrze, i nikt za nimi nie goni.. Nic, tylko się cieszyć. W lornetce widzę jak jedna z sarenek skubie pochylona obok leżącej towarzyszki – ta trąca pyszczkiem jej mordkę w czułym geście bliskości. Dość często tak sobie robią. Na tle szuwarów co i raz pojawiają się kolejne płowe sylwetki, biesiadniczki spóźnialskie, dołączają do żerującej już chmary. Ich pojawianie się, nie robi na obecnych większego wrażenia. Obserwacje saren nasycają człowieka beztroską i łagodnością. Zasadzić się i podziwiać jest dość łatwo, jeśli znać pory ich aktywności i wiedzieć gdzie. Wnoszą miły bezwład, w radosnej gotowości na życie. Bo takim właśnie jest ich istnienie.
I pomyśleć że to wszystko dzieje się tuż obok, pod nosem biegających ludzi, aut, i domostw. Kilkaset metrów do najbliższych zabudowań niekiedy. Życie toczy swój spektakl i odgrywać będzie te sceny, dopóty starczy mu miejsca.

P91204-154808

Ktoś znajomy dzwoni i przerywa, choć nie zakłóca mi wypoczywania. Odpowiadam na pytanie o tym, jak postrzegam ‘’drzewne pary’’ i współpracę międzygatunkową drzew. Dziś widziałem splecionego buka z brzozą. Kątem oka dostrzegam kolejne trzy sarny, nadeszły już niewidoczne. Stoją i przysłuchują się człowiekowi. Cwaniary wiedzą, że w gęstniejącym mroku są już prawie niewidoczne, więc lepiej się nie ruszać. Ciekawe czy znają mój głos? W końcu tutaj nie śpiewam. Ta ich ufność, rozczula mnie znów. Nawet nie zauważyłem, kiedy niebo pociemniało. Rozgorzało w błyskach mizdrzących sreberkami gwiazd. Granat zachwytu. Z pól lekko zawiewa, wystawiając na generalną próbę wytrzymałość czatownika. Przede mną kolejny akt przedstawienia – nocne chroboty dzików, wędrówki czarnych watah i chlapnięcia bulgotów w niedalekim kąpielisku, przeplatane parsknięciami, kwikiem i szorowaniem podstarzałego jesionu. To już za parę godzin. Ufam, że zaczną wcześniej, nim zupełnie zamarznę.

🧝‍♀️ Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność 

🌼 Wspólne Wędrówki do których można dołączyć i ubogacić swoją wrażliwość w świadomym postrzeganiu lasu aktualne są cały rok. Ruszamy sami lub w 2-3 osoby. W razie pytań, śmiało pisz. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść.

Kontakt i zapisy:
czeremcha27@wp.pl

Pamiętnik minionych wypraw:
https://szeptykniei.wordpress.com/ksiezycowe-wedrowki/

P91204-134147

Piżmak. Wspomnienia duchów Mgieł

Są takie zwierzęta, których nie widuje się zbyt często. Mimo że istnieją wokół i są dość pospolite, znikają w tłumie, na rzecz przykuwających uwagę wszechobecnych saren, czy większych ptaków. Zamieszkują nie zawsze łatwo dostępne środowiska. Siedziałem właśnie nad stawem, obserwując poczynania czujnej czapli, gdy widoczny kątem oka ‘’smyrg’’ oderwał mnie od siwej drapieżniczki. Co to tak migło? Błyskawiczne. Chyba mi się przywidziało…

Czapla tkwi w bezruchu. To taki pozorny bezwład. Wiem, że jej pierzaste ciało napiętej jest w tym momencie jak struna, i wrażliwe okiem na najmniejszy widoczny ruch pod taflą. Tym razem, nie ‘’myrgnięcie’’. Łodyga trzciny kołysze się jakoś podejrzanie, nienaturalnie. Czyżby jakiś ptaszek? Przepatruję wzrokiem góra – dół i znów, akurat właśnie gdy dostrzegam, mig! Zdążyłem zarejestrować tylko buro – rudą sylwetkę, dość małą ze sznurkowatym ogonkiem. Czyżby rzęsorek rzeczek? Myślę. Mógłby tu być. Teraz szkła lornetki kieruję właśnie tam. Trzciny ruszają się podobnie podejrzanie, tym razem bardziej w głębi. Chaotyczne potrząsanie. I wynurza się. Co za stworek! Łapkami dotyka łodygi, jakby badał czy dobre… Jest na powierzchni sekundy, po czym znów nurkuje, i wtedy właśnie trzcinka zaczyna się chybotać. W głowie się rozjaśnia, toż to piżmak! Zwany pogardliwie niekiedy ‘’szczurem wodnym’’. Rzadko widywany gość. I znowu stwierdzić muszę, że bez lornetki nie rozpoznałbym. Nie byłoby pewności. Zmieniam nieco pozycję aby go lepiej widzieć, o czapli zapomniałem…A ona właśnie odlatuje. Ehh…

Piżmak wygląda prawie jak miniaturka bobra. Prawie, bo jego ogonek jest cienki jak powróz, no taki podobny jak u myszy. Wodna mysz. Dobre. Żywi się głównie kłączami roślin wodnych, czasem jakiś lęg ptasi spladruje. Uznawany jest za gatunek inwazyjny i szkodliwy, bo wziął się stąd, że uciekł człowiekowi z hodowli futerkowych. No i się go tępi, podobnie jak jenota. Choć wytępić nie jesteśmy ich w stanie, bo to technicznie niewykonalne. Tak niedostępne ostoje potrafią zamieszkiwać. Rozmyślam – jak też łańcuchem pracuje zło. Futerkowe hodowle, gdzie zwierzęta stłoczone w klatkach nie podziwiają słońca, nie wdychają aromatu rześkiej wody, tak jak natura je stworzyła. Iluś tam udało się z tego piekła uciec. Jak reaguje człowiek? Krzyczy: ‘’Szkodnik, gatunek inwazyjny, zniszczyć, zabić!’’ Widzi ‘’przyczynę’’ wszędzie, byle nie w swoich działaniach. Takie maleństwo…Jedyne co piżmak może napsocić, to rozkopywanie wałów przeciwpowodziowych. To samo robi rodzimy bóbr, i po prostu drzewa czy wrażliwe miejsca obkłada się wtedy siatką, gdzie grubas się nie przegryzie. Być może dlatego nasz cały postęp techniczny, jest tylko pozornym rozwojem. Skoro przynosi tylko cierpienie, zniszczenia i śmierć, a siłą napędową jest wyzysk. Przecież od kilkudziesięciu lat jeździmy nadal kopcącymi samochodami na silnikach spalinowych, mimo technologii Tesli…Więc jaki postęp. Temat na inną opowieść.

Podziwiam piżmaka, z jaką pasją i perfekcją męczy tą jedną trzcinkę. Świata poza tym nie widzi. Błyskają żółte ząbki. I z tej strony jakby nie patrzeć robi coś pożytecznego, bo przecież człowiek okresowo wykasza szuwary, aby mieć dostęp do tafli wody. Płynie do mnie…nauka. Zastanawiam się znów. Dlaczego piżmak wciąż istnieje, mimo tych prześladowań, wrogów naturalnych? Odpowiedz jakby przychodzi w jego robocie.

– Bo jestem skupiony na sobie. Tylko na tym, co mam zrobić i co chcę osiągnąć. Temu poświęcam, z jakim oddaniem swoją energię. Nie rozpraszam się. Wykopuję kłącze, które chcę zjeść…

Takie to niby proste. Ufają i działają. W przyrodzie wiele kryje się odpowiedzi, na odwieczne ludzkości pytania. Wysiedlone suszą bobry przeniosły się tam, gdzie jeszcze jest woda i dalej budują swoje tamy z patyków. Wierzą, że dadzą radę.

Chwilę przed zachodem słońca usadzam się w jednej z otwartych czatowni. Stąd mam widok na świeżo zaorane pole, bagno, szuwary, i lasy. Tu spocznę do ciemności po kilkugodzinnej wędrówce. Spotkałem aż kilka bażantów, a przecież lamentowałem ostatnio, że chciałbym zobaczyć wspaniałego koguta w lornetce, a tak ich coś mało, nie widziałem już parę miesięcy. Manifestacja natychmiastowa. Ciekawskie sójki dziś zaskakują, żerując na skraju pola całą gromadą, zupełnie jak stado kur. Co podnoszą, stąd nie widzę. Staram się podejść. I choć sójka zdawałoby się, łatwy obiekt do obserwacji, cwaniary wiedzą, że coś jest inaczej. Pewnie nigdy nie widziały obserwatora. Niepokoją się całą chmarą i siadają na wierzbach. Latają nade mną, a w lornetce widzę jak odwracają łebki przy okrążaniu, aby mi się przyjrzeć. Zdają się być totalnie zdumione. Że ktoś się zbliża, celowo właśnie do nich. Odchodzę śledzony, całe szczęście nie wrzeszczą, tylko sondują w milczeniu.

muskrat

Zaszło. Jak szybko umyka jesienią. Temperatura leci. Po południu było wręcz upalnie, a teraz trzeba ratować się kurtką. I nawet się cieszę, bo myślę sobie, jeśli tu spadki są takie, to co dopiero w górach, na Podlasiu czy choćby Warmii. Gdybym tam miał wędrować… Wieczór jest cichy, namiętny jakiś taki. Kosy alarmują i szczebioczą w terkocie przed snem, najbliższe miesiące to one będą tutaj Zegarem Zmierzchu. Nad całością bagna unosi się pierwsza mgła, i zaczyna dziać coś, czego się dziś niespodziewałem…

Mgły zaczynają gęstnieć. Podnoszą się zakrywając mi okoliczne światła i osiedle, które wyrosło nieopodal podstępem. Idą w górę, skąd pasmami rozlewaję się na pole. Będzie taniec, będzie sztuka, przedstawienie! Mgliste pląsy wody żywej, to jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie przyroda wyreżyserować może. Zachwycam się – jakaż moc tu, w tych szuwarach i odmętach drzemie? Przetrwała mimo wszystko, i w chłodzie ukazuje nocnym wędrowcom swoją potęgę. Tam człowiek w swych światłach i przed ekranami seriali, tu one, które głucho wypełniają wszystko… wytłumiły mi nawet dzwięki dobiegające z wsi. Film oscarowy, gdyby nagrać to w przyspieszeniu. Tak się cieszę. Oglądam się za plecy – i łąka zanurzona w bieli. Cud chwiejny, żywy. Wokół robi się okrąg mleczny, a wszystko to wypełza właśnie stamtąd, z serca moczarów… Jak pajęczyna wilgotna, porywa w sen swoich macek. Tak oddycha ziemia. Tak pracują żywioły. Nie poddają się. Ile jeszcze przetrwa? Człowiek może zasypać, zasuszyć, i wybudować na tym dom. Bywało już tak. Pamiętam to miejsce jeszcze z czasów, gdy nie były stąd widoczne światła osiedli mieszkaniowych, nie dobiegały poszczekiwania psów i rzężenie pił, kiedy o zmierzchu wychodziły z trzcin watahy dzików po 30 sztuk… Gdy woda płynęła szeroką strugą po kaskadach rowku i chrobotały w nim bobry. Urzędował rzęsorek. Jak jeleń ryczał w kukurydzy, i wąsatki pasły się na szuwarach… Nie było ambon myśliwskich. Ostoja była bezpieczna, dzika i wolna. Nie wiem czasem po co tutaj zaglądam. Może dlatego, że najbliżej, sentyment, i znam każdą darń wraz z zakątkami zwierząt. Mój świat odchodzi każdego dnia, coraz dalej. Krok po kroku, odpływa…subtelnie. Coraz dalej muszę jeździć, by znaleźć kawałek ciszy. Przetrwa w opowieściach… Mało pocieszające. A kiedy się zatrzymamy? Co nam zostanie? Przecież nawet gdyby te historie miały w przyszłości być świadectwem, nikt nie zburzy mieszkań i blokowisk, by wrócić do tego co było. I nie mam wątpliwości, że na zabudowaniu pól i wycięciu zadrzewień się zakończy. Co się dzieje w innych częściach świata – nie można wyciąć, to podpalają. A ja się dziwiłem niekiedy, widząc ludzi biegających w słuchawkach. Cwaniacy. Być może czeka mnie to samo jeszcze za życia. Śpiew ptaków odtwarzany ze smartfona, bo lasy będą ptasio ciche, z szumem biegnących na wiaduktach ponad nimi autostrad…Pęd po iluzję. Zamkniemy się w coraz to nowocześniejszych domach, zagłuszymy duszę relaksacyjnymi dzwiękami, tym samym zatrzaśniemy na świat i siebie nawzajem. Cierpkie rozważania.

Przez siwą zasłonę przebija się piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Zew śmierci dla gromad myszy polnych – coś jak wycie wilka. Sowa obwieszcza wypad na łów. Dla mnie to sygnał, że pora wracać. Mgły podchodzą złowrogo gęstym duchem tuż pod czatownię, nie widać prawie niczego, drzew ani horyzontu. W takim kłębie łatwo zgubić orientację, kto niezwyczajny. Na znanym sobie terenie to zawsze wesoła przygoda. Raz mi się zdarzyło. Zakręciłem się parę razy z zamkniętymi oczami wokół i podjąłem wędrówkę. Przednia zabawa. I mgła lubi dokazywać. Wilgoć osadza się na butach, przemakając je do końca. Dziś nie zabrałem kaloszy. Nie zawsze chcę – ‘’ludzie dziwnie patrzą’’ gdy idziesz w nich przez miejscowość, podczas cudownej pogody. Nie znają realiów wypraw. Dziś buty wstępnie zmoczyłem już po południu, na resztkach rosy która nie obeschła od rana. Sekrety otulają mnie szarym kożuchem wspomnień przesłaniając burą gęstwą wszystko, gdy brnę przez chłodną łąkę – czuję się wtedy dobrze. Zabrały światła, odgłosy, dalekie budynki, utuliła w miękkiej, rześkiej ciszy. Nicość, taka moja, jedyna. Oddaję się jej w zapomnienie. Władaj mi tą krainą kochana jak najdłużej…

26.09.2019 – Bobrowe rozważania nad Stawem.

Muskrat_swimming_Ottawa

Noc wśród jeleni. Mglisty świt na Rykowisku

Po ostatnim czuwaniu z gościem, rozbudziło mnie zupełnie. Zew Wędrowny. Dawne marzenia czatownika. I nasycony byłem, i nie. Chciałem też samemu. Bo to zawsze inaczej. Mogę swobodnie decydować gdzie się przemieszczam i co robię. Jak długo zostanę. Ciężko też nawet i w domu wytrwać, gdy księżyc dobija ostatka, jeszcze coś srebrząc, a wiesz, że one tam ryczą… No i ruszyłem.

Pierwszy przystanek robię na stogu, tym samym co wczoraj. Trochę tu odpoczywam po jezdzie rowerowej, ‘’łapię’’ normalną temperaturę ciała i słucham co się dzieje. Odparowuję. Dziś dla odmiany odzywa się samiec puszczyka. Puszczyki i puszczyki ciągle w tych opowieściach. Cudownie, że są. Taka sowa, obojętnie od gatunku stwarza klimat prawdziwej nocy. Pożytek polom czyni, niestrudzenie myszy łowiąc. Byki już nawołują. Jest grubo po godzinie 23. Wchodzę kawałek do lasu dróżką, chcę spojrzeć lornetką na gwiazdy z ciemnicy. Przez sosnowe prześwity. Pamiętam jak taki przegląd nieba zaskoczył mnie po raz pierwszy – bo w lornetce widzisz, że tych gwiazd jest jakieś 10x więcej, niż oglądałeś przez całe życie. Tyle nam umyka. Przy każdej, którą widzimy gołym okiem, błyszczy jeszcze 5-7, których nigdy nie spostrzegłeś. To urzeka, a i wyrzut człek sobie robi, ile go omijało dotąd… Są i nawet specjalne lornetki do takich gwiezdnych obserwacji.

P90923-064231

Moje wejście i szarpanie z jeżynami powoduje w lesie ruch. Jeżyn nie było widać. Tylko nie oddala się, a zbliża. Podchodzi mnie. Wiem co jest grane. Jeleń wziął mnie za rywala. Trzeba mu dać znać, żem człowiek, bo one są w rykowisku nieprzewidywalne. Jeszcze ta ciemność. W zeszłym roku kiedy szedłem w tych okolicach jelenie stały na skraju lasu, przyglądając się wędrowcowi. Świecie ich oczu błyszczały w świetle diody. Nie uciekały nawet łanie. Jakby powiedzieć coś chciały… Szeleszczę więc bluzą. Pogłos zbliża się. Jej! Szustam kurtką, która głośniejsza i rozpinam głośno suwak, chrzęst zgrzyta gdzieś obok, i jak mi nad głową nagle

– Beeeeeuuuuchhhhh!

Odskakuję przestraszony nieco i syczę ściszonym głosem, ‘’A pójdziesz mi stąd, asio!’’
Dopiero głos otrzeźwia jelenia w zapędach. Myślałem, że jest dalej. Nie, no to nie jest komfortowe, zwłaszcza, że on tam nadal chodzi i szuka zaczepki. Jeszcze szybciej wychodzę na drogę polną, biegnącą przy skraju lasu. Zmierzam nad łąkę do czatowni. Tam się usadzam. Wysoko, w objęciach starej topoli, która dziś niepocieszona się zdaje, że nie poświęcam jej wiele uwagi. Słucham i słucham, i dialekty poznaję. Akcenty osobowości. Każdy z samców odzywa się wyraznie inaczej. Kuriozalnie i pociesznie nawet. Jeden ‘’pieje’’ wysoko w tonie, jak kogut. Przypomina zwykły krowi ryk na pastwisku. Inny, chyba najsilniejszy odzywa się naprawdę srogo i groznie. Tu jest potęga. Charczy, drga i ostrzega. I tak mam wrażenie, że one doskonale wiedzą który gdzie jest, jaki jest w sile i kondycji, wieku, i tak dalej. Przecież poza tym rykowiskiem żyją generalnie w zgodzie. Kolejny mruczy nisko i blisko, jakby ostrzegał. W kukurydzy. Ten sam co wczoraj. Odpowiada na mój zew. Gdy się nakręca, zaczyna beczeć jak koza, ściskam się wtedy ze śmiechu. To jakiś młokos być musi, co udaje ważniaka, ale generalnie udziału w rykowisku nie bierze. Odzywa się tylko sprowokowany. Bardzo ciekawe, że w zeszłym roku też był jeden tutaj. Czyżby ten sam?Najśmieszniejsze, że kiedy te olbrzymy zajęte są urąganiem sobie i darciem kotów, młodociane byczki spieszą cichcem do łań, i to one zwykle są sprawcami zapłodnienia. A człowiek ‘’bawi’’ się w jakąś selekcję samców, plując szyderczo hukiem strzelb w sam środek misterium ich święta.

P90923-071034

Bęczący ”kozio” młodzian wybiega mi na łąkę i pomrukuje, chciał sprawdzić gdzie przeciwnik. Potwierdza moje przypuszczenia. Młody jest, na głowie jakieś dwa ‘’widelce’’ ale i on potrafi zacharczeć jak stare byki. Chodzi i szuka. Dzięki temu mogę w resztkach księżycowego sierpa ucieszyć się jego widokiem. I dziękuję światu! Bo zawsze było tylko słuchanie tych jeleni, które mi wystarczało, w tym roku postanowiłem i ujrzeć. Podszlifowałem się w wabieniu. I oto efekt paraduje przede mną rozglądając się zadziornie i wzywając do pojedynku. Nie dzięki… posiedzę tutaj. A Ty ochłoń braciszku.

A to nie jedyny mój przeciwnik. Ziąb, duch mgieł, próbuje zapasów, dziś jednak jestem przygotowany. Poliestrowa kurtka pod bluzą trzyma solidnie ciepło, na nią zakładam drugą. Spodnie ocieplane, miękkie i wygodne dresowe razy trzy, plus kalesony bawełniane. I tylko wkładki puchowe do kaloszy gdzieś zgubiłem. Te 1,5 godziny przed świtem zawsze są najgorsze. Zimno jakby rosło w potęgę, sycone czernią pustki. Ubiór jednak się sprawdza. Udaje mi się wytrwać bez rękawiczek. Ważne również, by mieć coś do położenia pod tyłek, plecak lub jakieś ubranie którego nie zakładamy. Ziołowa herbata z termosu, gorąca pozwala zachować gardło w zdrowiu. Po takim czasie w chłodzie łatwo nabawić się takiego ‘’szczypania’’ właśnie tam, picie ciepłego małymi łyczkami zapobiega wyziębieniu przełyku.

Magia, spełnienie i moc. Sycę się brzmieniem samczej siły. Jej wibracja przenika ciało, rozrywając mgły ochrypłymi rykami bojowych byków. Rześkie powietrze wibruje pradawną chwałą. Potęga nadlatuje z łoskotem, sięgając pamięcią pieśni odwiecznej kniei. I taki malutki się tutaj czujesz. Bezbronny nawet. A z drugiej strony, wdzięczną cząstką tego wszystkiego. Ścichnij człowieku. Uszanuj. Dziś rządzą tu płowi Królowie Lasu, w ochrypłych rykach potwierdzający swą niepodzielną władzę. Zachwycona dusza stara się zjednoczyć, zestroić z pomrukami olbrzymów. Przenikają serce. Nawet sarny jakby odzywały się mniej i mało ich widać – ustępują miejsca władcom.

P90923-065120

Gdy świt zaczyna szeptać szarością, ruszam przed siebie. Tam skąd dobiegają ryki. Wcale nie są tak blisko. Na polach wydeptane grube tropy. Robią wrażenie. Woale mgieł rozsnuwają się wszędzie, na oparach niosąc srogie pomruki olbrzymów. To jest po prostu taniec. A mgła to żywy organizm, duch tutejszy, mistrzyni czarów. Gęstnieje, to rzedzi, rozdziela się na pasma powłóczyste, to znów opada do ziemi wstęgą. Kryje tajemnice i zachwyca. Nie wiadomo co zrobi za chwilę. Idę i wabię, maskując tym samym swoje nadejście. Widno już, brzask czerwieni w rozkwicie na wschodzie. Płyną korowody smug powłóczystych. I z nich mi się wyłania. Aż nie dowierzam. Kroczy i charczy – tutejszy król rykowiska. Natychmiast przykucam, choć nie zachowuję przesadnej czujności i uwagi. A to błąd był! Udaje mi się go uchwycić w lornetce. Co za potęga! Chyba szesnastak. Porykuje gromem. Ja coś się poruszyłem. Popatrzył czujnie i cofnął już w zarośla. Stara, doświadczona sztuka. Nie z nim takie numery. Wielu pewnie, próbowało go podejść. To nie chłystek, co pobiegnie za każdą prowokacją. I rzeczywiście. Nie odzywa się już ani razu. Zaszył się. W oddali paradują pojedyncze łanie. Szkła lornetki szybko pokrywają się wilgocią – i co z tego, że jest wodoodporna, myślę. Trzeba co chwilę przecierać, a zostają smugi przeszkadzające.

Brnę w kożuchu wilgoci zawieszonej, smużki muskając dłońmi, chwytam pasemka. Słoneczne promienie osadzają się na nich złotem czerstwym. Ptaki zaczynają poranny rozhowor. I warto było, wytrwać tu tyle godzin, by na sekundy stanąć oko w oko z płowym Duchem Lasu. Mateńka Knieja po raz wtóry obdarowała swego syna spełnieniem leśnego marzenia 

O świcie z mgłami się zjawiam. 
Przepływam nitkami kosmyków,

Jelenie z radością pozdrawiam, 
I cieszę z słonecznych promyków,

Braciom mym płowym dziękuję, 
Za zmysłów pieszczotę, czułości
Serce ten dar przechowuje…
Na więcej wciąż mam ochotę, 
Zjednoczyć się z Wami w dzikości

Świat się w wilgoci kołysze, po mrocznej i ciemnej nocy 
Rozbrzmiewało tu gromem w ciszy, westchnienie pradawnej Mocy

Smugi przędą marzenia, siwych zasłon woali 
Tkają nici spełnienia, łanie wędrują w oddali

Źdźbła pożółkłe kąpią się w rosie, chłodu smakując okruchy 
Szeleszczą w szuwarach już łosie, i snują bagienne duchy

Pani Poranna w rubinie dojrzewa, niosąc im blaski prześwitu 
Wielu zdarzeń się jeszcze spodziewa, zaprasza mnie do zachwytu

Wody Kapłaństwo mąci w bezwładzie, zaklęcia mamrocząc, uroki, 
Wierzbowe Wiedzmy już szumią w naradzie, baśnią się jawią widoki

Skrzydła rozkładam w ramionach, szybuję ponad łąkami 
Dołączam do swego plemiona, jak dobrze tu razem z Wami

Mamidła rozpływają się zwiewne, strachy szeptają z zjawami 
Swego istnienia jak żywo są pewne, ulotnymi chichoczą sprawami

Tańczą jak mary ubogie, na zawsze już zapomniane 
Oh siostry Kochane i Drogie, ze sobą było nam dane

Chwilę krótką,

Wiatru kaprys przegoni, rozproszy w pustce słonecznej 
Ja złożę podpis mej dłoni, pamiętać Was będę wiecznie.

🦌 23.09.2019 ”Samotne” czuwanie na Rykowisku

P90923-055055