Czarny jenot, czyli wędrowny dzień barda.

Zwierzęta są wrażliwe artystycznie. Na pewno słyszeliście o malujących słoniach czy świnkach, ale moje zdziwienie w poznawaniu ich świata wzrasta notorycznie, kiedy gram w lesie. Tego popołudnia dąb niespodzianie wezwał. Wahałem się bardzo czy ruszyć, no bo sobota, więc w lesie będzie dość tłoczno. Jak się okazało, nie było nikogo, widać wszyscy na grillach itp. Żadnego biegacza czy rowerzysty. Drzewo wiedziało. W ostatniej chwili przed wyjściem, łapię z półki kalimbę, też zdumiony dlaczego akurat Krzesimir woła, bym ją zabrał. Znam przecież niemrawy, mruczący charakter dębów, czyżby jednak lubiły słuchać srebrzystych, krystalicznych dzwięków, zamiast swojego dudnienia?

Gdy jadę do lasu, drogą prosto na mnie zasuwa zając. Pierwsze powitanie na dobry początek. W szarym kolorycie podeschniętej ziemi wygląda jak duch. Rozpływa się jak widziadło. Ktoś inny wziąłby go za omam.

Siedzę pod nim. Momentami, dłonie wybuchają ciepłem. Wtedy wiem, że drzewo pracuje ze mną, choć go nie słyszę. Ucieszył się gromko z tego przyjazdu. Chwilami pogrywam kalimbą. Już wieczór osiada. Rzeczywiście, nie było ani jednego człowieka. I jakoś nagle się obracam. Na drogę z lasu wyszedł właśnie zajączek, jednak widząc moją głowę natychmiast się cofa, bo ‘’został zauważony’’. Musiał jednak słyszeć jak pogrywam, mimo to, szedł. Teraz siedzi w zaroślach, i nadal mnie obserwuje. Kilkanaście metrów dalej, na lucernie pasie się sarna. To stara roślina pastewna, dziś już rzadko uprawiana, bardzo lubiana przez zwierzęta. Dlatego tego roku, Krzesimir bardzo cieszy się towarzystwem. Są tu za dnia, a od wieczora można na poletku naliczyć po kilka. Raj dla fotografa. Gdybym nim był. Gram celowo głośniej, ale sarna nie zwraca na to żadnej uwagi. Dzwięki Kalimby, choć srebrzyste i kryształowe, widać nie różnią się dla niej od śpiewu ptaka. Są jak część otoczenia, pieśń natury. Cieszę się bardzo, że mogę podarować swojemu kochanemu lasowi te odgłosy. Mija nieco czasu. NA dębowy konar zlatuje Drozd Śpiewak – ten zanurza zmierzch w kunszcie swej znakomitej pieśni. Siedzi tuż nade mną. Ja gram, on śpiewa. Duet. W zaroślach z tyłu coś szeleści. Chodzi, chrzęści, i zbliża. Kiedy cichnie, obracam głowę. Na drodze stoi jakiś zwierz. Nie rozpoznaję. Przypomina trochę przerośniętą fretkę. W pierwszej chwili biorę go za większego kota. Bo jest niemal cały czarny. Zwierzak robi jeszcze krok, i wtedy zapalają się jego dziwne oczy w tamtym momencie wydają mi się żółte, jakby świeciły. Ozdobny, futrzasty, gęstszy kołnierz wokół szyi. Jest też smukły, gibki. I mimo tylu niewiadomych sprzecznych rozpoznaję – toż to jenot! Ale dlaczego czarny? Bywają one szare, siwe, zawsze z jakimś srebrzystym akcentem. Grube i puchate. A ten szczupły taki, jak sportowiec jaki. Może młody? Na to wygląda. Oczywiście, przez cały ten czas gram. Tkwi taki piękny, czujny i nieziemski. Mimo maleńkości wygląda dostojnie i groznie, jak najbardziej dzika pantera. Jenot rozgląda się, po czym wnika w pobliskie gąszcza. Kolejny duszek puszczy, zaszeleścił. A ja w podziwie i szczęściu, zastanawiam się, jak w ogóle o tym komuś opowiedzieć…

Niebo wygląda dziś, jakby było pomalowane od spodu. Granatowe obłoki lśnią czerwienią, malowane przez ostatnie promienie zgasłego słońca. Horyzont jest jednym pasmem szkarłatu. Na tym tle, żeglują powolne czaple. Powrzaskują do siebie ochryple. Zmierzają pewnie ku wodzie. A mi przypomina się, że to już któryś raz, kiedy w tym tygodniu widzę czaple. Zwierzęta Mocy. Chcą coś powiedzieć. Trzeba będzie sprawdzić.

Komary zaczynają imprezę. Sarnie nie przeszkadza moje poruszanie się. Czasem spogląda w tym kierunku. Lucerna lepsza. Po pożegnaniu z dębem idę już drogą prowadząc obok rower i obserwując sarniątko na poletku. Spogląda, słyszy. Ale nie podejmuje ucieczki. Lekkie krzaki na poboczu, dają jej poczucie bezpieczeństwa. Ja jednak będę musiał się pokazać. Chcę jeszcze wejść na ambonę i posiedzieć do ciemności. Dopiero teraz zwierzak robi kilka susów, ale widać, że są one leniwe, wymuszone. Posyłam jej w myślach przeprosiny i ciepłe myśli bezpieczeństwa. Ona wie. Zatrzymuje się tylko kawałek dalej, nie zwracając już uwagi na moje wdrapywanie się, przebieranie, wiercenie za wygodną pozycją. Mimo że bywam ostatnio tu rzadziej, wciąż mnie pamiętają. Każdy znalazł swoje miejsce. Zależało mi, bo zanim zorza zachodu dogaśnie, można tutaj obserwować arcyzwinne nietoperze. Już nie zamierzam grać. Obserwuję pogrążające się w ciemnościach poletko. Bezwietrznie. Jaki spokój. Dalekie auta na szosach, suną światłami. A tutaj borsuk oto, z posapywaniem wynurza się z trawy i przechodzi tuż pod amboną. Oko rozróżnia jeszcze biel przy jego głowie. Sarny zamieniają się w duchy. Ich szare cienie krążą na polu, pogrążone w raju lucernowego pastwiska. Jedyne odgłosy jakie słychać, to urywane szarpanie, kiedy płowe pyszczki wyrywają kolejne kęsy. Koncert żerowiska. Jak opisać to komuś, kto nigdy nie miał okazji słyszeć? W głębokie ciszy, pogłosy zrywania i przeżuwania odmierzają minuty, godziny, bezczas… Koc rzucony na nogi, grzeje błogo. Pora zatopić się w Nocnym Czuwaniu.

DZIĘKUJĘ ZA TWOJĄ CZYTELNICZĄ OBECNOŚĆ Po więcej opowieści zapraszam do książki ”Szepty Kniei”:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

🥰 A jeśli podobała Ci się ta historia, możesz okazać WSPARCIE dla mojej działalności autorskiej, podziękowanie czy pomoc, którą można zostawić TUTAJ:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

24954295828e13c17aff9c40339fe514

Wspomnienia z bosego raju

Druga połowa kwietnia, ciepłem rozpieszcza. Gdy tak siąść przy zaroślach, w uszy wdzierają się delikatne trzaski. Rozkładają się w sekundach, minutach, wreszcie w godzinie… Przez ten cały czas, myślę że to jakieś zwierzęta, które niewidoczne gdzieś tam sobie chodzą. Po zalanej łące żuraw brodził i odzywają się bażanty. Może? Zaczynam dociekać. Rozglądam się, przepatruję lornetką, nastawiam uszy, badam… Ani kawałka sarny, wiewiórki, kuny, gryzonia, nic. Mrówki przebiegają po stopie. Wcale nie czuć, tak są zwinne. Staję przy ścianie pączkującej zieleni bzów, głogów, pod dachem aksamitnych kwiatów tarniny, która już teraz przenika wymiary głębią jedwabnego, owocowego aromatu. Jakby zaprosić chciała jeszcze bardziej, w tajemnicę rozkoszy zmysłów. Rozdarta rogami kozłów sosna, roztacza wokół woń żywicy. Trzaski trwają wciąż. Grubaśny trzmieli poburkuje nad głową, strąca jakiś pyłek. To nie może być on. I wtedy pojmuję. To co słyszę, to odgłosy żyjących wokół roślin. Rosną, rozwijają liście, pną w górę, przenikają sokami, pracują kanaliki pod korą, krzewy ruszają się, stękają, szemrają, gaworzą… Cały ten czas, to były one. Sosna w przymierzu z głogami, które wyrastają z jej pnia, zrzuca jakąś gałązkę. Jakby powiedzieć chciała ‘’pojąłeś’’. Mały zryw wiaterku. Tylko te głogi ochroniły ją przed sarnim ‘’morderstwem’’, jest już niemal w całości okorowana. Żywica łagodzi swędzenie na rozpierających możdżeniach, może nawet ból. I tak długo sosna przetrwała. Tak przemawia Wiosna. Ruch się zaczął. Szpak popisuje się melodią, udaje wilgę. Dzwonią pieśni pokrzewek. Monotonnia trznadli w krainie zapomnienia. Słońce głaszcze po twarzy, wnika głęboko pod skórę w łagodnym dotyku ukojenia. Działa na wszystko. Trzmiele powoli wracają do norek, wyczuwają subtelną zmianę temperatury i nadchodzący wieczór… Na sypkich, zapiaszczonych polach, niewidoczne układają się fale wzorów. Literki żywiołów.Przesłanie wiatru pozostawia znaki.

Między palce łapię ostatni słoneczny promień, puszcza do mnie cieplutkie oko.

IMG_20180406_192124

Śpij tam, gdzie sarnie leże. Leśne zagadki energetyczne.

Nikłe, wątłe, kręte, i subtelne wstążki leśnych ścieżek wiodą ku uroczyskom. Prowadzą w pielesze nad bagna, do świata szuwarów, topią w błotach mokradeł, a czasem zmierzają ku polanom i świetlistym skrajom lasów. Niekiedy płatają psikusy. Bywało podążać mocno utartym tropem, który wnet nagle kończył się w głuszy raptem, jakby po prostu znikał. Kto zgubił się ‘’na poważnie’’ w lesie, wie na jakie manowce potrafią czasem pognać zwierzęce ścieżki. Idziesz, wydeptane wyraznie i nie ma. Kończy bieg we mchu. Gdy spotka taka przygoda, dobrze wtedy rozejrzeć się wokół, zatoczyć małe koło i najczęściej trop odnajduje się z dalszym ciągiem w odległości do kilku metrów. Nowy pas i prowadzi dalej. Takie niespodzianki mogą powtarzać się co jakiś czas. Można bardzo się zdziwić, bo zwykle w takim miejscu nie ma żadnej widzialnej przeszkody, która przeszkadzałaby zwierzętom w przejściu. Zachowują się tak, jakby omijały jakieś tajemnicze, złowrogie miejsce…

Strefy geopatyczne. Nie każdy w to wierzy, jakkolwiek ja w dzieciństwie słyszałem często, że sarny i inne zwierzęta omijają podziemne żyły wodne, które promieniują wyjątkowo niekorzystną dla organizmu energią. Choć niektóre gatunki czują się w takich miejscach dobrze. Większość jednak unika, nie buduje w pobliżu gniazd, nie zakłada legowiska czy nory. Może tamtędy przejść, ale nigdy nie położy się na odpoczynek. Według wierzeń ludowych, tam uderzają pioruny, a sroki lubią w takich miejscach zakładać gniazda. Podobnie koty uwielbiają tak napromieniowane legowiska i też w przysłowiach zapisała się wieść, aby nie spać tam gdzie lubi kot. W jaki sposób zwierzęta wyczuwają takie miejsca pozostaje sekretem, choć przy ich wrażliwości, obecności i zanurzeniu w świecie jakiego doświadczają, nie powinno to dziwić. I też nie chciało mi się w to wierzyć, ale raz że te ścieżki niknące, dwa, po prostu widywałem, jak maszerujące zwierzaki zatrzymywały się gdzieś wryte, i przeskakiwały dalekim susem miejsce, gdzie nie było żadnej widocznej przeszkody i nie trzeba było wykonywać takiego manewru. Potrafią przy takich miejscach zatrzymać się na dłużej, ‘’zamyślone’’ jakby coś badały. I nagle hop, w bok. Podziemne żyły wodne, to nie płynące wartko strumienie jak w kanalizacji, choć zawsze tak to sobie wyobrażałem. To po prostu ciągnące się wilgotne strefy zasilane wodą opadową, która po natrafieniu na warstwę nieprzepuszczalną migruje sobie cząsteczkami poziomo, w jakimś kierunku. Kto słyszał coś o radiestezji, ten będzie wiedział. W takich miejscach drzewa często są cherlawe, powykręcane, posiadają rakowate narośla. Człowiek rozpozna taką strefę przy dłuższym w niej przebywaniu po bólu głowy, ‘’wypiekach’’ na twarzy, uderzeniach gorąca, mogą też odezwać się zadawnione bóle. Nie będzie to dobre miejsce do medytacji ani wypoczynku.

Ilekroć spotykam sarnie legowiska, nie mogę się nadziwić jakie są proste i wygodne. Kółeczka wymoszczone w wysuszonej trawie, sezonowo w zbożu, mają być po prostu ciepłe i suche. Choć sarna potrafi położyć się wszędzie, mają swoje takie ulubione miejsca, gdzie zalegają szczególnie ochoczo. Zawsze mam poczucie, że jest tam jakoś łagodnie, regenerująco. Często zdarzają się pod brzozami, co i nie dziwi, że tancerki pól dobrze czują się pod opieką chwiejnych baletnic lasu.

Położyć się w miękkim wykrocie,
Wdrapać do dziupli na drzewie,

Gdzie tajemnic ukryły się krocie,
Jak ich odszukać, ja nie wiem,

Może wystarczy na chwilę,
Kamieniem się stać albo kłodą

I zasłona podniesie się w pyle,
Duch zaś odetchnie swobodą

Zanurzyć w szuwarach podmokłych
Brodzić z mokradłem w sitowiu

Poczuć zmęczenie by nogi się wlokły,
I boso podreptać ku zdrowiu

Pobiegnąć w zbożu chrzęszczącym
Skoczyć przed siebie najdalej

Pozdrowić świerszczy grających
I nie przejmować się wcale,

Nago popływać w jeziorze,
O świcie chłodnym, za mgłami

Noc spędzić na ściółce w śpiworze
Pośpiewać razem z ptakami

Przycupnąć w zaspie na śniegu,
Zakopać gdzieś pośród mrozu

Zatrzymać po prostu w tym biegu
Wyjść z blaszanego powozu

Z wiatrem zatańczyć pod drzewem,
Gdy wicher poleci w podróży

Ukołysać je swoim śpiewem,
I zostać tam jak najdłużej,

A wtedy zdarzy się może,
Że sekret przed Tobą objawi

Świat się ucieszy najmocniej
Z radości jaką Ci sprawi

Ujrzysz tam skarb cętkowany,
Maleńki, śliczny, a żywy

Oto dzieciątko jest sarny
A dowód dla Ciebie prawdziwy

Że cuda czekają za rogiem

015_lorenntz

Dziękuję za Twój czas spędzony z czytaniem. Więcej opowieści i wierszy znajdziesz w książce z krainy Szeptów, którą można zdobyć tutaj:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

WSPARCIE dla bieżącej działalności, podziękowania i pomoc moim projektom autorskim można przekazać tam:
https://pomagam.pl/szeptyknieipomoc

 

Sowie opowieści: Puchacz

Noc spieszyła w zadumie, bieżąc na spotkanie ptasim odgłosom kończącego się dnia. Uwijali się w okrzykach. Na topieli harmider panował jeszcze, jakby nie chciał odejść wraz z gasnącą zorzą prześwitu. Żurawi zew niósł się dostojnym echem, przenikał tkanki szuwarów i drzew, budząc mgliste duchy ukryte w kłębach powstających oparów. Jakaś potęga i tęsknota była w tym dzwięku, wspomnienie pradawnym surm, zwołujących lud na wici i wiece. Czajki, bekasy, gągoły i gęsi przelatywały w pogłosach, osiadając z pluskiem na spokojnej tafli. Ta wreszcie niedawno odtajała. Wśród powalonych huraganami olszy, zarośnięty sitowiem ruczaj swobodnie się rozlewał, tworząc wodne oczka, stawiki i szlaki pomniejszych arterii. Płytkie brody biegły gdzieś ku czeluściom bagiennego boru – przetarte ścieżki wiodły do najbardziej niedostępnych stopie ludzkiej ostoi. Brodate zasłony srebrzystych porostów zwieszały się z pni, świadectwo zmurszałej potęgi zagubionego siedliska. Wieczorny chłód ośmielał swoje panowanie, niosąc wspomnienie niedawnego przymrozku. Knieja głęboka, szara, mroczna, i nawet ponura o tej porze, ciemni okrywała się zasłoną.

owl-24344208

Siedzący na ganku zatopionej w gąszczach, niewielkiej sadyby, wędrowiec czuwał. Gorąca para bulgotu w czajniku zawieszonym na żeliwnym palenisku, burzyła się w gotowości na herbatę. Za dnia odwiedził ukryte tajenka ptasze: podglądał parę zielonkawych dzwońców, czyniących starania przy budowie gniazda. Zlustrował lęgi i tokowiska. Świat grzmiał już potęgą narodzin. Podziwiał obudzonego ze snu zimowego borsuka przed norą, śpiocha co to ziewał i w słońcu wygrzewał wyleniałe kości. Teraz i on, chwilą skupienia, celebrował przedwiośnie. Oczy miał zamknięte, twarz w błogości odprężoną. Znieruchomiały, nasłuchiwał. I taki nieobecny był jakiś, pogrążony i zespojony z tym co działo się wokół. Dusza zeń wypłynęła, pierzchła gdzieś w gąszcze. Chyba tylko ona jedna mogła przenieść się tam, dokąd nie sięgały ograniczone zmysły ludzkie.

-Huuu uuuuuu!

Głuche echo przetoczyło się grozbą, zadudniło, utonęło w zatopionych korowodach mgieł. Król Sów zapraszał do swego świata. Życie cichło i gasło na moment, jakby w nasłuchiwaniu budzącej się śmierci. Odpowiadały mu ochrypłe zawołania sarnich kozłów. Płowi stróżowie lasu, wzywali innych do większej czujności.

Wczesnym wieczorem, głód budził Puchacza. Rozdarta jama u dołu pnia grubego jesionu ożywała, gdy czerwone ślepia błyskały jedną żądzą: zdobyć, rozerwać, nasycić się! Potężny tyran, panował niepodzielnie. Nawet i ciszej jakoś było w jego ostoi, jakby inne zwierzęta wiedziały, że gdzieś tutaj czai się ukryta groza. A mało kto mógł czuć się bezpieczny. Władca nocy szybował bezszelestnie, miękko, sprawnie omijając przeszkadzające konary i chaszcze. Chwytał, zabijał, rozdzierał, szarpał lub przenosił. Królik, kuna, jeż, nieupilnowany warchlak, sarnie dziecię, kaczka, gęś, lis, a nawet i inny ptasi drapieżnik, jeśli ten nie zdołał czmychnąć w porę. Mało kto mógł stawić mu czoła. Zaskoczony niespodzianym atakiem, porażony siłą wyćwiczonych mięśni i ogłuszony łopotem potęgi skrzydeł, każdy przeciwnik wnet stawał się łupem. Ptasi herkules, silny, niepokonany, bezlitosny. Czuły słuch pracował i informował. Radar puchatej, strojnej w pióropusze ‘’uszu’’ głowy obracał powoli i w skupieniu, aby namierzyć łup. Jest! Lekki szelest skrzydeł, chrup kości przeciągającego się ptaka… TAM!

owl_Moon_wings_animals_artwork_fantasy_art-260523

Poderwał się ociężale. Bury cień trwogi, niewidzialny, srogi mknął. Z wysoka widać było na horyzoncie prawie zgasłą czerwień odchodzącego zachodu jeszcze, ten już ostatecznie pochłaniał mrok. Pod nim puszcza wołała szelestami i pluskami, za stary i doświadczony był już na to, aby dać się rozproszyć. Mknął prosto pod górę skąd doleciał go znajomy dzwięk. Zamajaczył przed hakiem dzioba obwieszony szyszkami wierzchołek prężnego świerka, wyrzut łap przed siebie, jest! Zatrzepotało. Zaciśnij! Śliska skóra paluchów odczuła znajomą miękkość, ciepło wilgotnych wnętrzności. Wrona szarpnęła się w jeszcze, w ostatnim odruchu. Przelotna nowicjuszka. Skąd mogła wiedzieć. Pozostałe uleciały w ciemność, rozpraszając się w nocy, z rozpaczliwym krakaniem. To już nie interesowało Puchacza. I tak to jedynie mała przekąska. Tu każdy postrzegał inaczej. Wedle swego. Sarna czy zając kierowały się zapachem traw i ziół, wilk podążał za tropem i hałasem. A jego knieja wołała. Mówiła pieszczotliwie, opiekuńczo. Kaskady odgłosów, kroków, szelestów opowiadały o… jedzeniu… Za każdym z nich stał ulubiony smak, trud i łatwość łowów, które ptak zdążył już poznać. Po wronie została sterta ciemnych piór. Niekiedy zalatywał na skraj lasów; chciał poznawać wciąż dalej i dalej. Tu zatrzymywał go odległy hałas i nieznane światła pędzących po ziemi ‘’gwiazd’’. Metalowe ‘’drzewa’’. Nie wiedział ptak, czym są słupy. Instynktownie unikał z nimi kontaktu. Wracał wtedy w głębiny bezpiecznej macierzy, gdzie nie docierały nieznajome odgłosy. Doświadczenie uczyło, że i tutaj bywały kąski. Wystarczyło przysiąść niedługo na rosohatej sośnie. Uszate zające beztrosko dokazywały po polu, oddając swoje istnienia we władanie corocznych parkotów. Puchacz czekał. Sunęły bezgłośne, a napięte minuty, w zasadzce na ten jeden, jedyny moment. Podążał za swoją naturą. W jesionie przecież czekała na niego wygłodniała… Rodzina.

Lekki ślizg lotu. Pacnięcie i przygniecenie ofiary impetem. Szarp i wrzask! Szarak zajazgotał. Zacisnął mocniej szpon, załopotał dla równowagi jednocześnie kierując celne uderzenia zakrzywionego dzioba, w rozdarcie potylicy. Jeszcze kilka szarpnięć. Agonia i… wiotkość. Smak posoki i… sukcesu.
Wystartował ociężale, kołysząc się na boki. Bezwładna zdobycz zaburzyła nieco tor lotu. Sunął nad borem i bagnami, nieomylnie w ciemnościach kierując się ku swojej ostoi. Bezbłędnie rozeznawał kierunek. Widziane z góry plamy polanek, prześwity wiatrołomów i lśniące wstęgi strug, były dla sowy jak najdokładniejsza mapa. Znał ją od dziesięcioleci. Niekiedy zmieniała swój rys, gdy bobry poczyniły nowy rozlew, albo wiosenny roztop zasilił stale podmokłe olsy. I bobrom nie odpuścił, puchaty wojownik Puszczy. Żył i gasił życie sprawnie, z precyzją, posłuszny odwiecznemu zadaniu. Surowy Król nieświadomie dbał, by w jego Królestwie miejsca i zasobów wystarczyło dla wszystkich. Oto i On. Drzewo – Dom. Rozszczepiony jesion, który próbował na powrót się zrosnąć, u pnia tworzył jamę, wieloletnie już schronienie pokoleń puszczańskich puchaczy.Upuścił zdobycz, wylądował. Zaszurało we wnętrzu jamy, dwie twarze pierzastych szlar, spotkały się w dzikim spojrzeniu pomarańczowych ślepi. Partnerzy. Odsunął się taktownie. Samica dopadła do zdobyczy, po całodziennym trudzie opieki nad zniesieniem. Ptak spełniał swój ‘’obowiązek’’, ale przeżywał przy tym radość i dumę. Tyle lat… Razem. Lubił patrzeć jak się pożywia, i moment gdy ucieszona przyjmowała jego łup. Pamiętał dzień gdy nawoływał, a potem zobaczył ją spoglądającą w zaciekawieniu spomiędzy pni. Zaskoczyła go. Jego, wojownika. Dawno temu, na moczarach. Od tamtej pory niemal co roku obdarzali Knieję bogactwem jednego lub dwóch potomków. Czyścił upierzenie, zerkając jak Ona się posila. Szarpała łapczywie. Samka napuszyła się – wystawiając w jego kierunku puszystą, ciepłą szyję. Już znał ten gest. Pragnęła pieszczoty. Zbliżył się ochoczo, tym samym śmiercionośnym dziobem przeczesując łagodnie jej przybrudzone zajęczą turzycą pióra. Docierał niemal do samej skóry iskając rozgrzane stosiny piór, zanurzając w puchu jej błogiego zapachu. Jakże innego, niż ten który niosły ze sobą ofiary. Ten działał nań łagodnie, uspokajał, usypiał…
Z ciepłych jaj dobiegały cichutkie piski, skrobania i postukiwania. Samica otrząsnęła się z chwili zapomnienia, powróciwszy najedzona do lęgu. Lada dzień opuszczą skorupki.

Moon-Light-Owl-Wallpapers

Minęło kilka godzin. Wędrowiec wybudził się z chłodnego odrętwienia. Ganek spowijała ciemność. Nad podwórkiem ścieliły się nisko powłóczyste pasemka mgieł. Z niedalekiej sadzawki dobiegały parsknięcia i pluski kąpiących się dzików. Granat czarnego nieba iskrzył punkcikami srebrzystych gwiazd. Leniwy łoś snujący się przy domostwie, z chrzęstem racic wyrywał kęsy wiosennej trawy. Ciemna sylwetka zwierza odcinała się na jasnym tle brzozowego młodnika. Kroczył dostojnie. Chałupa tkwiła jak widmo, cicha, głucha, otulona snem. Znajoma kuna przebiegła na poddasze gruchocąc po rynnie, wcześniej nie omieszkała pomajstrować na stole obok werandy. Rześki ziąb płynął do wnętrza przez malowane okiennice. Z nim niosło się bagienne terkotanie trzcinniczka. Ogień w palenisku żarzył jeszcze, cichutko strzelając ostatnimi iskrami. Za moment i on zgaśnie.

– Puuhuuuuu!

Doleciało raz jeszcze gromko, z głębiny ciemnego boru. Ptak obwieszczał światu, kolejną wyprawę na rozbój. I wiedział już Wędrowiec, że jego widziadła wcale nie były snem.

Birds_Owls_Eurasian_eagle-owl_Great_horned_tiger_512370_1920x1080

sarah-olofsson-owl-speedpaint-8

595215

Noc Sów. Wędrowna gawęda z opowieścią i marcowe wyprawy.

Gdy srebro marcowego księżyca rozświetla noce na pierwiośniu, lub kiedy czerń kosmosu iskrzy gwiazdami w czas głębokiego nowiu…wtedy…Dzieje się mroczne ptasie święto. Gatunki liczne, małe, duże, krwiożercze i ‘’straszne’’ w ciemnościach zaczynają tajemnicze nawoływania. Poszukiwania partnerów, obrona rewirów, potyczki i przepychanki… Czas największej widocznej dla ludzi sowiej aktywności, na marzec przypada właśnie. Echem niosą w ciemnicy pohukujące pieśni, ptasiego ludu nocy. A my, leśni wędrowcy z uciechą bierzemy udział w kolejnym Misterium, aby podglądać nieznane sekrety i nasycić rdzeń naszych dusz, zawołaniem pradawnej dzikości. Oswajamy strachy. Fascynujące, odwieczne słuchowisko.
Zapraszam na Noce Sów. Jako, że ptasim życiem pasjonuję się od dzieciństwa i zgłębiam informacje o nich, z radością podzielę się leśną wiedzą na temat tych tajemniczych stworzeń.

5R984-1986

Tego roku mam ambicję buszując nieco samemu odkryć jakiś nowy gatunek w okolicy, jeśli Bóbr zdarzy. Chętnie zabiorę ze sobą innych wędrowców na słuchanie. Okazja się nadarza, zasmakować nocnej kniei, w opiekuńczym kroku i towarzystwie  W terenie będziemy zależnie od pogody, myślę około 6 godzin. Powrót do kwatery najpóźniej o 2 w nocy. Do dyspozycji mamy jedną nocną lornetkę do takich obserwacji którą podzielimy w razie potrzeby, dlatego polecam zaopatrzyć się we własną. Posłuży Ci i potem także do obserwacji dziennych. Ale sowy to przede wszystkim słuchowisko. W rejonie są puszczyki, pójdzki, uszatki i płomykówka, lecz obiecać nie mogę co też się w ciemni odezwie. Raz i latem spotkałem sowę błotną. Panteon gatunków… Siądziemy na łąkach pod kocami lub wygodnie w czatowni. Gdy ziąb dokuczy lub mgły pochłoną, marszem i herbatą rozgrzejemy w podchodzie na zmianę stanowiska. Po drodze i Drzewa Mocy będą do przytulania, gotowe wesprzeć w zamiarach podróżników. W trakcie wędrówki gawęda będzie o gatunkach, sowich zwyczajach, ciekawostkach, żywocie. Wspomnienia i historie z przygód moich i obserwacji. I jak to na czatowaniu, zwierz też pewnie jakiś zaszczyci nas swoim hałasem przemarszu, albo i gdy dochowamy nieruchomej ciszy, ucieszy na widoku.
Podziękowanie za tą wymianę, jak za ptasi Dzień Obserwacyjny, czyli 100zł osoba. Ruszyć możemy indywidualnie, lub w grupach 2-3 i więcej os.

🌎 Gdzie?

Rokietnica, k. Poznania, woj. Wielkopolskie.

 Kiedy?

Wyprawy będą możliwe przez cały marzec. Zaczynamy już po zapadnięciu ciemności, w godzinach 18-20.

📌 Ekwipunek?

Łyżeczka odwagi, szczypta cierpliwości i ziarno ciekawości. Garść ciszy. Buty ocieplane, odporne na wilgoć, rosę, wodę i błoto, polecam ocieplane kaloszki. Ciepłe ubrania, nieszeleszcząca kurtka lub większa bluza, którą na kurtkę założysz aby się wyciszyć. Plecak, termos i ulubione jedzonko. Ewentualnie coś pod siebie do siedzenia, ja do tego używam plecaka. Własna nocna lornetka, będzie dużym ułatwieniem.

🏡 Gościnna kwatera noclegowa, podejmie i przenocuje wędrowców z daleka, razem z wyżywieniem. Przy zamawianiu miejsc, zawsze proszę rzec, że ”do Szepty Kniei na Wędrówki” Na to hasło miejsca powinny być 
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Kontakt i zgłoszenia: czeremcha27@wp.pl 

Do zobaczenia w lesie!

AP5I3795-bewerkt

Wiosenne tchnienie leśnej Mocy – kojący śpiew słowików.

Dochodzi północ. Srebrna poświata pełnego księżyca już dawno opanowała połacie magicznego zakątka. Nad bagnami snują swe opowieści chłodne opary mgieł. Dziś jednak nie zasypia tu cisza. Majestat wiosny grzmi pełną piersią, wydobywany z maleńkich gardełek słowiczych. W kępach otulonych mrokiem niskich wierzb, w podmokłych zaroślach rozlegają się namiętne szepty, miłosne zwierzenia, czułe wyznania, tęsknoty wołania – rozbrzmiewają echem najpiękniejsze ptasie pieśni. Niepozorne ptaszyny często zaczynają już wczesnym wieczorem, zapraszając do nocnego słuchowiska. W miarę postępującej ciemności, pod parasolem iskrzących gwiazd, śpiewy nabierają mocy i uroku. Tak samce, ukryte w gęstwinach cieni, dają znać wędrującym samiczkom o swojej obecności. Najwytrwalsi koncertują jeszcze rankiem. Większość jednak milknie przed świtem, ustępując kunsztu dziennym śpiewakom.

Majowa pełnia księżyca i szepty słowicze to jedno z najpiękniejszych wiosennych przeżyć. Zachwycam się tym zjawiskiem każdego roku od nowa. To czas kiedy nasza przyroda znajduje się w najpełniejszej formie wybudzenia i rozkwitu. Nie można tego przegapić! Pózną nocą Duszę ukoi tkliwy śpiew słowików… I Ciebie zapraszam do wspólnej podróży pod otuliną srebrzystej poświaty. Powędrujemy boso po mchu, jak najciszej, aby nie przeszkadzać mieszkańcom leśnego świata. Spróbujemy jak duchy, niewidoczni podpatrzeć jego tajemnice…Może ujrzymy zatopione we mgłach sylwetki saren lub jeleni żerujących na łące? Może dostrzeżemy udającego się na łowy lisa… A może z hałasem nieopodal minie nas wataha dzicza, również wędrująca w poszukiwaniu strawy… Tyle dzwięków, tyle zdarzeń, tyle magii i tajemnicy… Znam ten świat na wskroś. Umiem się w nim poruszać. I chcę Ci go pokazać. Bosy spacer połączy nas z kojącą energią naszej wspólnej Matki Ziemi. Zostawimy w niej trapiące Cię blokady, troski, i zastąpimy chłodnym muśnięciem kropel rosy. Przypomnisz sobie własną moc i pierwotny rytm życia.

Pokażę Ci swoje ścieżki i ukochane miejsca, w których wzrastała moja miłość do Natury i opowiem co przeżyłem podczas niezliczonych godzin nocnego czuwania w leśnym świecie. Las wołał mnie od dziecka – spędzałem w jego okolicach niemal każdą wolną chwilę, podpatrując zarówno sekretne życie różnych gatunków zwierząt, jak i delektując się wszystkimi cudami objawianymi przez Przyrodę. Nie policzę już ile dni i nocy dane było mi tak spędzić. Obcowanie z naturą i pośród niej stało się pasją, którą właśnie pragnę z Tobą się podzielić. Może urzeknie i Ciebie? Dzięki temu mogę właśnie pokazać Ci to wszystko o czym piszę, a czego być może nie znasz.
Usiądziemy pod drzewami i skorzystamy z ich leczniczej pradawnej energii. Może uda się doświadczyć owego radosnego Śmiechu Duszy, po oczyszczeniu aury? Ten cudowny błogi stan, rozlewający się w kojące ciepło, wypełniony błogą radością kiedy wolny od trosk znajdujesz się w Tu i Teraz… Pomogę Ci rozpocząć ten proces. Korzystając z mądrości i pomocy potężnych Drzew, poszukamy odpowiedzi na Twoje pytania. Pomogą Ci znaleźć je w sobie. Powiem co przekażą mi dęby, sosny, brzozy czy jesiony. Ukoisz umysł, wyciszysz myśli, i zaczerpniesz życiowej energii. Zanurzysz się w prostym istnieniu jakiego nasz gatunek doświadczał od zarania dziejów. W uważności, będziemy czytać znaki, jakimi obdarzy nas las.

A potem zaczekamy razem na świt. Ten wspaniały spektakl wschodu życia ukaże się z blaskiem różu rysując się pastelą na bladym niebie. Szarość ustąpi kolorom. Wsłuchamy się w ‘’ptasi zegar’’, a ja powiem Ci kto też ze skrzydlatych mieszkańców właśnie zachwyca nas swoją pieśnią. Rudzik, kos, pierwiosnek, drozd śpiewak, skowronek, szpak, wilga a może rokitniczka? W mozaikowym gąszczu trzcin nad bagnami i torfiskami, splecionych w harmonii lasów i pól ptasie światy przenikają się niezliczoną paletą głosów. Nie sposób wymienić wszystkich. W narastającej widoczności może uda się zaobserwować zwierzęta udające się do swych ostoi po nocnej biesiadzie, albo właśnie udające się na śniadanie pod chmurką. Tyle się dzieje! Wraz ze wschodem słońca radosnym tańcem powitamy nowy dzień, sławiąc życie i dziękując za wszystkie przeżyte doświadczenia.

Kiedy?

Wyprawy realizujemy od 20 kwietnia przez cały maj.

Gdzie?

Rokietnica k. Poznania, ale zahaczymy i o inne przylegające miejscowości. Tuż obok znajduje się Park Krajobrazowy objęty siecią Natura2000. Całość składa się z kompleksów leśnych, zadrzewień, olszyn, bagien, jezior, i wszechobecnych pól. Link do przyjaznej kwatery noclegowej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Czego możesz potrzebować?

Lekki koc, latarka, wygodne buty, termos, coś do picia, jedzenia. Przyda się też aparat foto, lornetka. Wyposażenie to nie jest obowiązkowe.
Plany ustalone wcześniej zawsze mogą ulec zmianie w zależności od pogody, choć nią staramy się nie przejmować.

Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

The+Nightingale+Sings

Pełnia księżyca jeleni. Płowe święto Miłości

Noce nastały chłodne, gwiaździste, umalowane czerwienią wcześnie już gasnącej zorzy. Zimno dotyka ‘’sprawdzająco’’ skóry wędrowca, jakby zapytać chciało, czyś już gotów na jesień? W lesie widać zakończenie pewnej epoki. Wiewiórki są niespokojne, coś nad wyraz aktywne. Rozglądają się za miejscem na zimowe gniazdo. Myszy w szelestach podrygów skocznych spisują testament, puszczykom puchatym powierzając swoją ostatnią wolę. Ptasia młodzież barw nieokreślonych psikusy płata niewprawnym obserwatorom. Z kęp krzewów rozrzuconych tu i ówdzie czerwieni dostatek głogów, róży dzikiej i jarzębin. Opatula zapach jątrzącej zgnilizny, kiedy owoce porzuconych jabłonek pracują na rzecz zjednoczenia z macierzą, z której powstały. Nieśmiałe mgły próbują pląsy pierwszych baletów. Od początku września siedzę w chłodzie i nasłuchuję. Jestem niemal pewien. Tego księżyca, zaryczą! I kiedy jedni szykują się do zimowego przetrwania, u innych odwieczny zew daje sygnał płowego święta Miłości… Najpiękniejsze przyrodnicze misterium naszych lasów wybrzmiewa rykiem samczej mocy, gdy byki jelenia szlachetnego ogłaszają ciemności rozgwieżdżonej swoje na miesiąc panowanie. Rykowisko! W jakichż słowach Ciebie opisać, o Misterium Święte? Czar Twój opiewają z dawien wieszczowie. Spieszą na ten spektakl wszyscy z przyrodą ludzie związani, miłośnicy, odkrywcy, ornitolodzy, przyrodnicy, gawędziarze… Nieznana siła jak magnes przyciąga ku sobie rzesze obserwatorów i słuchaczy. Może to ciekawość zwykła ich gna, a może intuicyjne pragnienie zapisania w sercu najpiękniejszych leśnych wspomnień…

I Ciebie podróżniku – czytelniku, wędrowcze na to święto zapraszam. Raz jeden w roku. Usiądziemy w którejś z opuszczonych czatowni, albo skryci w łodygach dojrzałej kukurydzy. Zabierzemy koc, ciepłe ubrania, gorącą herbatę w termosie, szacunek i pokorę wobec naszej Natury – Matki. W podziękowaniu uczestniczyć będziemy, celebrując gromkie słuchowisko. Wokół nas, a może z dala rozbrzmieją prastare ryki, kipiących testosteronem mocarzy lasu. Wibracja srogiego dzwięku przenika tkanki w drganiu, na strunach serca grając, rzewności za tęsknotą cichą układając melodie. Nie sposób się oderwać, przestać zachwycać. Im chłodniej tym lepiej. Spadek temperatury zagrzewa byki do odzewu. Szatańsko kotłują się gąszcze w łoskotach donośnych, gdy samce napotykają się w pojedynku. W krysztale nocnej ciszy, masz wrażenie jakby to ziemia zatrzęsła się z hukiem pod racicami olbrzymów.

Wytrwaj tu do świtu, a kolejne cuda ujrzysz. Byk zmęczony, a powłóczący z wyczerpania walką, wracający do haremu łań, co we mgłach anteny czujnych głów na niego podnoszą. Stadnik, władca, zwycięzca, ten niepokonany co z dumą w koronie stado żeńskie zagania, niepodzielne prawo ogłaszając do swej na dzisiaj władzy. Korona rosochatego poroża pruje fale mgliste, odcinając się na tle złota pierwszych słonecznych promieni…

Czy jesteś gotów doświadczyć Misterium?

 Kiedy?

Jelenie ogłaszają swoje panowanie na dni od 14 września do 10 pazdziernika. W tych terminach od – do można zgłosić swoją wędrówkę.

🦌 Gdzie?

Rokietnica, k. Poznania w woj, Wielkopolskim. Stąd ruszamy autem (Twoim ) pod las. Gościnna kwatera noclegowa podejmuje Wędrowców z daleka razem z wyżywieniem.

🧰 Ekwipunek?

Zabierz plecak, ciepłe ubrania, komplet przeciwdeszczowy, latarkę, termos, pokorę i dziękczynienie w sercu wobec ducha przyrody. Garść cierpliwości w kieszeni 

Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

40244711_669839700050849_5236044696987369472_n

Lisie Misterium – zimowe harce wśród pól i lasów.

Ośnieżone pola otulone białą kołderką delikatnego puchu szepczą swą chłodną pieśń echem dalekiej pustki. Mroźne połacie wabią ku sobie czarem lodowej przestrzeni zaklętej w biel. Wiatr hula, woła, wyje osypując śnieżne drobiny wśród bruzd. Oziębłe psoty dziadka mroza. Pani Zima lodowatą dłonią odkrywa swe tajemnice i urok tym, którym aura nie straszna. Jak pradawna wiedźma, stara niczym sam czas, snuje iskrzące baśnie roztaczając wśród gwiaździstej nocy swe bezlitosne ramiona. Drzewa skrzypią boleśnie smagane kąsającymi powiewami, jakby skarżyły się na porę roku, a oblodzone gałązki trzeszczą im do wtóru kołysząc się chwiejnym rytmem i siejąc wokół niewidoczne lodowe kruszyny. Wśród pól przyczaiły się jakieś głuche skomlenia…

Na przełomie stycznia i lutego, tu i tam, wśród zaprószonych połaci niosą się stłumione poszczekiwania, skolenia, odległe wycia, stąpania, podchody. Lisi bal. To ich czas. Rudzielce harcują z sobą rywalizując, pośród zawziętych gonitw, a czasem i sprzeczek oddają swą energię lisiej miłości. Są wtedy bardzo zaabsorbowane i łatwo je podpatrzeć. Czatownicy i wędrowcy z tęsknotą oczekują na ten niezwykły czas, aby w tych sprzyjających okolicznościach obserwować i podsłuchiwać misterium zwierzęcego święta.

Czego możesz potrzebować?

Wygodnego, ciepłego, jeśli to możliwe nie szeleszczącego ubioru. Lekkiego koca. Nieprzemakalnych butów. Coś do zjedzenia, cierpliwość, pokora, szacunek i wdzięczność – tego właśnie nauczyła mnie natura. Przydać się może też aparat foto no i lornetka.

Kiedy?

Lisie wyprawy realizujemy od końcówki stycznia przez luty, szczególnie podczas nocy księżycowych. Pilnuj kalendarza.

Gdzie?

Tu gdzie obecnie mieszkam, czyli Rokietnica nieopodal Poznania.

Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

Liseł

Sylwester pod Drzewami Mocy. Zjazd leśnego plemienia.

Gdy stary rok po miesiącach pędu, za przesileniem zimowym wreszcie spowalnia swoje kroki i spotyka się z nowym… Leśne plemię Księżycowych Wędrowców zjeżdża się spontanicznie. To już drugi raz. Choć w zupełnie innym gronie. Czarodziejska Aga z krainy kwiatów, Radosna Ola i Michał, po prostu Miś. Dla nas to czas podsumowań. Spojrzenia wstecz. Planów i podziękowań. Początków nowej kreacji, zatrzymania z wglądem. Świętować chcemy w ciszy i ciemnościach. I niestety, w ten dzień właśnie odnaleźć jej nie sposób w mrokach leśnych. Huczący świat niejako zmusza nas, do wysłuchiwania chaosu swojego zapomnienia.

Jeszcze ostatni przegląd plecaków, ‘’ekwipunku’’ w postaci dodatkowych warstw odzieży, i ubrani jak bałwany, ruszamy pod Knieję. Tu wita nas hulający wicher i pochmurna aura. Dudniące huki rozbrzmiewają sporadycznymi salwami. Jedyny dzień w roku, kiedy można do lasu nocą wybrać się większą grupą, bo zwierzęta są ‘’wymiecione’’.  Ale są drzewa. Te jak zawsze, trwają, donikąd nie wybierają. Przystajemy na skraju, gdy śpiące zdawałoby się parasolki sosnowych wierzchołków bujają się, skrzypiąc. Tak reagują na nasze nadejście. Zrywa się powiew wiatrowego sztormu. I uczymy postrzegać, słuchać, odbierać. Przystajemy w skupieniu, gdyż w lesie dzieje się ożywiony dialog. Sosny trochę płaczą. Jękliwe piski, zawodzenia, lamenty. W tym dzwiękach zawarte jest uczucie, a z nim informacja. Choć cieszą na nasze przyjście, to i boją się nieco. Z wiatrem przyszły o wieści o gigantycznych pożarach trawiących Australię. Drzewa zawsze wiedzą wcześniej. Wiedzą, co może się zdarzyć, nadejść. Są przecież ‘’w terenie’’. Nie odgrodzone betonem, odgłosami , nie zagłuszane chaosem informacji. Zanurzone istnieniem tutaj – odbierają. U nas mija trzeci suchy rok, ze średnią znacznie poniżej dotychczasowych sum opadów. Nie trzeba być strategiem…

Leśny, szumiąco – skrzypiący koncert zatrzymuje nas w oczarowaniu. Coś się zmieniło. W samych drzewach, albo strukturze świata. Dawniej podczas wichur ‘’odzywały’’ się pojedyncze drzewa, dziś ma się wrażenie, że robią to wszystkie. W miarę jak oddalają się nasze kroki, zawołania nasilają się i grzmią z ciemni puszczy – jakby chciały nas jeszcze zatrzymać. Za moment jesteśmy pod Krzesimirem. Ogrom wzruszenia moich gości, kiedy mogą poznać i przytulić mędrca. Każdy ma swoją chwilę, w której odbier dla siebie błogosławieństwo i wieści. Każdemu inne. Mi dąb – przyjaciel powiada:

– Możesz wybrać dla siebie co zechcesz. My przygotowaliśmy dla Ciebie wyjątkowe. Każde doświadczenie, droga, będą dobre. Nie istotne są aż tak szczegóły. Wybieraj świadomie, kształtuj, ale i płyń bez oporu z tym co przyjdzie. 

Niebo przeciera się nieśmiałymi błyskami gwiazd. Ola mówi, że wyraziła wcześniej taką intencję. I stało się. Niesamowicie. Prowadzę przez las – zmiana planów trasy, podyktowana warunkami. Jak się potem okazało, najlepsza. Tutaj nam nie wieje, mamy wrażenie, że otoczył nas opiekuńczy, bezpieczny tunel. Drzewa pochłaniają siłę żywiołu i przekazują przez pnie jego wibrację w głąb ziemi. Co ta energia dalej robi, gdzie pracuje? Zastanawiam się. Żadne z nas nie boi się oberwanej gałęzi czy lecącego konaru. Przeciwnie. Drzewa są silne, zdrowe. Obłamania zdarzają się rzadko. Potrzeba potężnych wichur. Mijamy tegoroczne pogorzelisko. Sosny tutaj zostały jedynie ‘’liznięte’’ przez ogień, mimo to wycięte. Ciszę i szum drzew przerywają raz po raz nawoływania przepłoszonych petardami gęsi – krążą w powietrzu nie dając o sobie zapomnieć. Mimo gęstej ściany zarośli dobiegają i tutaj pojedyncze okrzyki żurawi. Uśmiecham się gorzko. Od paru dni blog Szeptów przeżywał prawdziwie oblężenie, gdy opisałem sylwestra z perspektywy doświadczających ludzkiego ‘’świętowania’’ zwierząt – ktoś zarzucił, że się nie znam, bo gęsi i żurawie dawno odleciały. Od lat, to tak nie działa. Ciepłe, deszczowe ‘’zimy’’ a w zasadzie ich brak, powoduje, że wiele ptaków nie podejmuje wędrówki. Zostają, próbują przezimować. Dziś jest nas czwórka i słyszymy je wszyscy. Uwaga skierowana na zewnątrz, powoduje, że Aga wpada w błotnistą kałużę. Milimetry dzielą, aby woda wlała się do kalosza. Czujny Michał ratuje sytuację podtrzymaniem. Ja już ją znam… Wygląda niepozornie, lecz kąpiące się tu dziki bardzo pogłębiły niewidoczną pod wodą nieckę. Przenikają mnie fale ciepła i błogiej radości, płynące od moich wędrownych towarzyszy. Gdy wymieniamy te spostrzeżenia, Ola mówi, że jest przeszczęśliwa. Nawiązuje się miedzy nami pewien rodzaj synergii – w mig odbieramy swoje stany i nastroje. W ciemności wyostrza się intuicja. Rozmawiamy o przyszłości i troskach drzew, o tym co możemy dla nich zrobić, jak omijać duchowe pułapki różnych ideologii, które okrężną drogą próbują odwieść człowieka od tego co dla niego najlepsze, i pod płaszczykiem niszczyć. Wypływa skądinąd temat ‘’drewna księżycowego’’. Tłumaczę, że dziś nie musimy ścinać tylu drzew, a jeśli zabijamy żywe drzewo, które podczas pełni emanuje głębią uzdrawiającej energii, to jaki pożytek z tego? Jakiej energii służy? Czy jest możliwa zamiana? Zgadzamy się wszyscy co do alternatywy konopnej, przecież już dziś powstały technologie produkujące bale i deski z surowca konopnego, które w dodatku są 20 razy wytrzymalsze niż dębowe.

plakacikeee

Drugi przystanek robimy pod przyjazną ‘’Akacją’’. To Agnieszki Drzewo Opiekuńcze. Po kilku minutach wspólnego tulenia, Drzewo prosi mnie, abym odszedł i zostawił Agę samą.
Spływa na mnie kojące ciepło.

‘’Posłuchałeś…’’ – Mówi ucieszona Akacja, tym kojącym, aksamitnym głosem. To ta, która naucza zaufania intuicji i podążania za nią. Pamiętam jak razu pewnego poprosiła kogoś, by ta osoba poszła spontaniczne kilkanaście kroków w głąb lasu. Bardzo byłem wtedy zaskoczony, ale ona znalazła pióro. I mnie podobnie Robinia ‘’testowała’’ prosząc o robienie różnych takich rzeczy. Uczyła jak słuchać lasu. Agnieszka wraca podekscytowana i opowiada, co przekazało jej mądre drzewo.

– Mam zostać jasnowidzką. Mam odnajdywać, przewidywać. Ale nie dla ludzi. Mam ‘’jasnowidzieć’’ dla Drzew. O co tu chodzi? Nie rozumiem…

Uśmiecham się szeroko. Choć w pierwszej chwili też zaskoczony. Za moment wiem. Akacje, to przecież drzewa wspierające właśnie dar jasnowidzenia i naturalne umiejętności pozazmysłowego postrzegania człowieka.

– A może masz odnajdywać, przewidywać bezpieczne miejsca, które długo nie zaznają przekształceń i pozwolą drzewom sędziwie wzrosnąć i godnie odejść? Będziesz odnajdywać siedliska dla Drzew Mocy…

Wzruszamy się ogromnie. Za moment jesteśmy pod Dębem Radomirem, tym który z piorunami się bratał. Otaczamy go kręgiem, dziwując się Mocarzowi, co tyle klęsk przetrwał. Odłupane ramię pnia rozkłada się obok, będąc świadectwem krzepy olbrzyma. Przesyłamy mu pokłady uzdrawiającej energii. Łączymy się za ręce bez słów. Tak mnie to cieszy. Moje leśne plemię, które kocha, czuje i postrzega tak jak ja. Odnajdujemy się i jest nas coraz więcej. Na pajęczynach zawisły urzędujące pająki. Mimo przełomu stycznia i grudnia, owady pozostają wciąż aktywne. W tym kleszcze. Jakich czasów doczekaliśmy… Jesień i zima zawsze były dla mnie bezpiecznym okresem wędrówek, teraz trzeba uważać, choć w kilku warstwach ubrania ryzyko jest mniejsze. Pod Radomirem jakoś tak spontanicznie zalegamy na wypoczynek. Choć plan był inny. Płyną rozmowy, przerywane hukiem bliskich petard i błyskami. Chmury odbijają poblask. Jak na froncie. Większość narzuca mniejszości. Zwykle. Chcielibyśmy ciszy, tymczasem pewnie w całej Polsce trudno znaleźć miejsce, gdzie echa nie docierałyby. Godzinę ‘’zero’’ rozpoznajemy po wzmożonym hałasie. Gęsi nawołują rozpaczliwie. Nie mamy ochoty obserwować fajerwerków, choć taki był plan. Mówimy słowa, milczymy. W wyobrazni tworzymy obrazy szczęścia, w jakich chcielibyśmy widzieć siebie nawzajem i przesyłamy w myślach do siebie w przestrzeni. Michał leży na gołej ziemi pod jesionem, nieco pochrapuje. Szybko potrafi zasnąć. Kiedy się budzi po niedługim czasie jest uśmiechnięty i w nastroju, opowiada jak Ziemia pochłonęła jakieś jego troski. Do końca wyprawy pozostaje ożywiony. Ja oddalam się na kilka minut do innego jesionu. Potrzebuję pewne sprawy przemyśleć, podziękować bliskim, ułożyć w samotności. Nikomu to nie przeszkadza. Słyszę, że rozmowy dalej naturalnie się toczą. Żywioły odpowiadają salwami podmuchów, gdy wypowiadam swoje życzenia. Ręce w górę wyciągam dziękując, za wszystko co tutaj przydarzyło się mi i moim gościom. Wierzyć się nie chce, że ogrom tych zdarzeń zmieścił w tak maleńkim roku.

Radomir cieszy się z obecności gości. Rozmawia z Agnieszką. Czasem bardzo się dziwię, bo trochę tak jakby drzewa nasycone były dialogami ze mną, a pałają chęcią poznania nowych osób. Zimno dociera i tutaj. Michał medytuje i posyła nam cieplne fale, które o dziwo działają i otulają nas rozgrzewającym przepływem. Kanapki i termosy. Ciepła generuje się tyle, że za chwilę jesteśmy oblegani przez wszechobecne biedronki, które przyszły się ogrzać. Świecąc spostrzegamy że są wszędzie, na spodniach, plecakach, wokół i na dębie. Ostrożnie ‘’przesadzamy’’ je na korę drzewa, lecz one wcale nie chcą opuszczać ciepłych dłoni. Moje zwierzęta Mocy. Ukazały się licznie, z jakimś przesłaniem. Zbieramy się do marszu. Choć nikt tak naprawdę nie chce stąd ruszać. Aga mówi, że to najlepszy Sylwester w jej życiu. Dokładnie taki – dziki, inny. Przed nami jeszcze długa wędrówka…

Ciche, stłumione kroki szeleszczą w mrokach dębowego szlaku. Tutaj Dąb Gromiec z przepastną dziuplą, kawałek dalej dorodny Klon Ellion, najwspanialszy z tutejszych klonów. Pod nim odczytujemy kolejne przesłanie.

Pochwyciłem ją za dłonie,
Z całych sił wołałem do Niej

Ellion jestem, Imię moje
Dziś przytulę Troski Twoje,

Cieszę, że mnie usłyszałaś,
Kiedy tam nad bagnem stałaś,

Tyle chciałbym Ci powiedzieć,
Czego pragniesz się dowiedzieć,

Stary ród nasz, ten Klonowy,
Wiedzie ciało, do odnowy

Spójrz jak Drzewo dba o siebie,
To też przekaz jest dla Ciebie,

Co pochłania w siebie święcie,
Przed czym broni się zawzięcie,

Z czego czerpie swoją Siłę
I dlaczego, długo żyje

Co najprostsze, to najzdrowsze,
To surowe i zielone,

Cieszy ciało się spełnione,
Wiele dawnych zrzuca bóli
I nie trzeba, więcej tulić,

Bo duch raz już obudzony
Jest w poznaniu nasycony

Tęsknią klony do wspomnienia,
Choć się tyle w świecie zmienia,

Pamiętają pierwszych ludzi,
Gdy nie trzeba było budzić

Stróżowali przy naradzie,
Grach, zabawach, i biesiadzie

Potem przyszedł czas rozstania,
Ducha – ciała, załamania,

Kiedy podniósł człowiek rękę,
Na to dawne, życie święte

Pożegnały się wnet Klony,
I ruszyły, w świata strony,

Dziś odnajdziesz nas i wszędzie,
Kiedy spotkasz, dobrze będzie,

Ważne są dla Ciebie słowa,
Aby podjąć się od nowa,

Trud procesu oczyszczenia,
Choć bolesny, wiele zmienia,

Teraz.

Opowiadam baśń o wędrówce klonów – jak jawor obraził się na ludzi, a klon polny powierzył swoje istnienie żywiołom pustki. Jak sprytny klon jesionolistny znalazł sposób, aby wyprzedzać inne drzewa. Wspominamy i tęsknimy do czasów Pierwszych Ludzi, tych pradawnych mieszkańców Ziemi znających sekret istnienia w harmonii z naturą. Ci, którzy tworzyli rajskie ogrody i rozkwitali w błogosławieństwie życia. Świat zapomniał o Wedrussach. My w opowieściach wskrzeszamy ich przesłanie. Zrobiło się bardzo ciemno. Podążając, ledwo widzimy cokolwiek. Trzeba wytężać wzrok, mrok rozumy rozpanoszył się wszechwładem. Ostrożnie, w skupieniu. W kimś odzywa się strach. Jednak trzeba czasu, aby oswoić i polubić z ciemnościami kniei. Mi niekiedy pomagało wyobrażenie. To znaczy zawsze mam w pamięci jak wygląda tutaj za dnia, i mówię sobie, że to tak samo, tylko bez kolorów. Dalekie żurawie smętnym głosem komentują ludzką zabawę. Wkrótce stajemy nad rzeką. Wody nieco przybyło. W świetle latarek podziwiamy mozaikę glonów, resztki wodnej rzęsy i rozkład olchowych liści. Pospolite ślimaki, zatoczki rogowe, znaczą podwodny szlak powolnym spacerem. Im chyba jest wszystko jedno.
Wskazuję ręką i chcę pokazać gościom jeszcze jednego dorodnego wiąza, aby coś o nim opowiedzieć. Wtedy robi mi się niedobrze. Pod drzewem ktoś ‘’złożył w darze’’ wielki, stary telewizor… Jeszcze parę dni temu go tutaj nie było. Aż mi i wstyd. Jednak – tak się w lasach wyrabia. Ostatnio na wigilijnej wędrówce napotkaliśmy auto stojące w ciemności, po włączeniu latarki pojazd odpalił silnik i odjechał. Na miejscu zostały świeże niedopałki papierosów, puszka po napoju i papierowe ręczniki. Zabraliśmy to wszystko. Wigilia, druga w nocy… co ludzie mają , głowach? Jadąc przez jakąkolwiek wioskę mija się mnóstwo pojemników na śmieci, przy przystankach choćby. Można zostawić, śmieciarka zabierze. Gminy organizują zbiórki zużytego sprzętu elektronicznego i rzeczy wielkogabarytowych. Można oddać darmo lub niewielkim kosztem. A ludzie ryzykują i przywożą do lasu, wcale nie tanimi autami. Lodówki, tapczany, pralki, ubrania… Krąży ponury dowcip, jak to człowiek segreguje śmieci. Na te które do pieca, i te co do lasu… Nasza obecność płoszy takich szkodników. Niech wiedzą, że nie ma przyzwolenia i są obserwowani. Czujni czatownicy ukryci w zaroślach, zauważą i w środku nocy. Każda butelka czy puszka to śmierć dziesiątek owadów, które topią się w takiej pułapce.

Tulimy jeszcze kasztanowce. Przestrzeń zakotwiczyła się w otchłani bezczasu. Kiedy zleciało te pięć godzin? Pora na powrót, żegnany szumiącym trzaskiem parady drzewnych istot. Im dziękujemy w pokłonie. Daleko poza lasem włączamy barwne miecze świetlne. Z osiedli jesteśmy teraz pewnie widoczni. Księżycowi Wędrowcy pokazują, że bawić się można z kolorem i światłem, ale bez huku, dymu i przerażenia. Jednorazowy wydatek, a radości na cały rok. Miecze są łatwo naprawialne i wytrzymałe. Rozgrzać się można pojedynkiem, po długim czasie niemrawego bezwładu. Zakładamy śmieszne maski. Błyskają ostrza ze świstem powietrza, kolory pulsują energią, miecze mruczą przyjemnie wibracją sił kosmosu. W śmiechach pielęgnujemy więzi z wewnętrznym dzieckiem, czyli jak dla mnie, z duszą. Dla równowagi, trochę mniej powagi. I podziwiam, jak każdy pojedynek potrafi być inny. Aga unika kontaktu z ostrzem, manewruje tak, że trudno trafić w jej broń. Robi się taniec sztuczek światła, zasilany salwami migocącego śmiechu uradowanej kobiety. Michał nagrywa na pamiątkę.

20191231_233939

Podczas powrotu do kwatery, spotyka nas przeszkoda. Na jednym z osiedli zamknięto ruch. Pełno straży pożarnej, policji, pogotowia. Ola wycofuje autem. W ostatniej chwili zauważa inny pojazd stojący na poboczu, omal się nie zderzamy. Ale opatrzność leśna czuwa. Nie widział go nikt z nas, jakby coś przykryło. Okazuje się, że płonie gaz. Słup ognia pod niebo. Ktoś wrzucił petardę tam gdzie nie powinien. Ewakuują kilka okolicznych domów, gdyby to wybuchło zmiecie ze trzy domostwa. Jest trzecia w nocy. I myślimy tak sobie. Kolejnego dnia media społecznościowe zostają zalane zdjęciami martwych ptaków zbieranych pod drzewami, wykrwawionych psów nabitych na iglice płotów, które w panice próbowały wydostać się z posesji. W wydaniach wiadomości pojawią się relacje o poparzonych kończynach, urwanych palcach, rękach. Czy każdego roku, to wciąż za mało, jak możliwe że pozwalamy pijanym ludziom na używanie środków pirotechnicznych w atmosferze takiej beztroski?
Z daleka spoglądamy na słup ognia. Pan strażak mówi, że sytuacja opanowana, ale nie przepuszczą nas bo zagrożenie. Dla mnie to wszystko bardzo symboliczne. Od paru tygodni płonie Australia. Wcześniej żywioł strawił rozległe lasy tajgi i przetrzebił amazońską puszczę. Trudny rok dla przyrody. Ogień pożera i trawi świat jaki znamy. Miliony poparzonych, spalonych zwierząt, dziesiątki ofiar ludzkich, nieznana liczba gatunków, które możemy skreślić na zawsze. A tymczasem w Sydney, australijski rząd nie ugiął się pod presją społecznej krytyki, i wśród tych dymów, popiołów, pomarańczowej poświaty zorganizował pokaz fajerwerków… Orkiestra na Tytanicu gra do ostatka.

Pożegnaniom nie było końca. Choć przecież jeszcze w Nowy Rok widzimy się i ruszamy na dzienną wyprawę.
Zasypiam u siebie. Po około dwóch godzinach, budzi mnie łaskotanie na twarzy. Dotykam jakoś zupełnie spokojny – znajomy zapach. Biedronka! Zapalam światło i widzę jak wysypują się z plecaka. Jakimś cudem zdążyły wejść w zakamarki ubrań, a ciepło mieszkania zachęciło je do spaceru. Na dworze zimno, nie chcę teraz wypuszczać. Zamykam plecak, niech tam śpią. Śmieję się, bo moja pościel ma motyw biedronki siedzącej na dmuchawcu, dusza kiedyś zachwyciła się tym wzorem. Teraz budzi mnie nad ranem ‘’moim własnym’’ Zwierzęciem Mocy i coś pragnie przekazać.

Dziękuję wszystkim uczestnikom tego magicznego sylwestra. Druga edycja tradycji świętowania wędrówką zapisuje się pełnią osobistych procesów, wrażeń, wglądów, zachwytów, wzruszeń i przygód. Składam jeszcze raz najlepsze życzenia – niech Wam Knieja w sercach z opowieścią wiecznie szumi. Tym, którzy z różnych przyczyn być z nami nie mogli i nie dotarli – do zobaczenia może następnym razem 

20200101_024106

Sylwester słuchany w lesie. Jakiej traumy doświadczają przerażone zwierzęta?

Raz jeden to zrobiłem. A potem – drugi. Chciałem się przekonać. Jak ludzkie świętowanie przeżywają dzikie zwierzęta? Co dzieje się w ich świecie? Tym razem nie umówiłem się ze znajomymi, nie poszedłem na bal. Zamiast tego przywdziałem ‘’kostium’’ wędrowca i ruszyłem do lasu. Co może się wówczas dziać, znałem dotychczas jedynie ze smutnych opisów i domniemań. Ten impuls wystarczył, abym zapragnął znaleźć się nad strumieniem w bobrowym królestwie, nieopodal dziczego bagna.

Już wkraczając na pola, znać było, że tu nie jest jak zawsze. Żadnych większych ani mniejszych zwierząt, nie napotkałem sarny, dzika, lisa, zająca. Wszystko gdzieś przywarowało – wyparowało, wyniosło się. Na rozlewisku siedział tylko jeden kaczor, choć normalnie nocuje ich tam kilkanaście. Siadam na kamienisku i słucham huków….jest 22:30.

Najgorzej chyba znoszą to ptaki…Z zamyślenia wyrywa mnie powtarzający się okrzyk bażanta. Nocujący na drzewie kogut odpowiada z przestrachem na każdą salwę. W końcu słyszę jak spłoszony odlatuje…ten charakterystyczny trzepot skrzydeł. W międzyczasie cały czas, z przerwami skrzeczą sroki. W ich głosach znać poirytowanie. Te przynajmniej nie odlatują. Czasem na huk odpowiadają kaczki, ale ich dziś mało. Bobrów nie słychać, choć normalnie majstrują stale przy swojej tamie. Chyba zaległy w norkach. Pluszcze woda. Słyszę jakieś nieznane, nieokreślone kwilenie. Też chyba jakiś ptak. Dobiega z grupy niskich krzewów. W pewnym momencie, mimo pojedynczych wystrzałów okrążą mnie ciekawski Puszczyk. Chyba on jeden tu nie zwariował. Panika. Zewsząd dobiegają alarmujące, przeraźliwe głosy żurawi. Mimo, że do godziny zero zostało jeszcze sporo, wybuchy wstrząsają co kilka minut. Żurawie krążą nad lasem po ciemku – są zbyt przerażone by wylądować. Powinny teraz w spokoju spać nad bagnem. Wtórują im gęsi, też kręcące się w powietrzu. Ptaki latają bezładnie, chaotycznie, ich odgłosy zbliżają się i oddalają. Wiem, że dla gęsi to dużo większy stres, ponieważ zostały przez człowieka mianowane ‘’gatunkiem łownym’’. Im palba i huki kojarzy się z tym co najgorsze. Mam wrażenie, że będą tak krążyć do wyczerpania… Ale to nie jedyny ptasi horror. Bo z perspektywy lecącego ptaka wygląda to dużo gorzej. Oprócz słyszalnego huku, widzi kolorowe rozbłyski na horyzoncie, gdziekolwiek się dziobem nie zwróci. Chciałby uciekać – nie ma dokąd. Wszędzie błyski, odbijane dodatkowo przez chmury. A przecież nie wiedzą, że to tylko człowiek, tak to radośnie ‘’wita nowy rok’’. Ptactwo krąży więc nad obszarem, gdzie jest względnie ciemno, zderzając się w chaosie i nawołując rozpaczliwie. Wiele z nich nie przetrwa tej nocy. Ale nie tylko gęsi i żurawie – z lasu dobiegają nas piski i ćwierknięcia mniejszych ptaków, będące trwożliwą odpowiedzią na kanonadę. I nie sposób odróżnić gatunku. Jak długo obserwuję i słucham ptactwa, tak tu się gubię. Muszą wydawać takie odgłosy tylko w największym przerażeniu… Zbliża się TA godzina. Kanonada przybiera na sile. Podziwiam fajerwerki rozbłyskujące tuż nad linią lasu, mam doskonały widok z każdej strony. Wyrażam wdzięczność wobec wszystkich bliskich osób, za ten udany rok. Wypowiadam życzenia na kolejny. Przepraszam zwierzęta…Huki przycichają nieco. Słyszę piskliwe nawoływanie gęsi. Leci jedna. Wiem co się stało. Za chwilę podlatują kolejne, po dwie, po trzy, ale nie więcej. Krążą nawołując rozpaczliwie, oddalają się i zbliżają. Gdzieś się rozproszyły, ale ich okrzyki nie cichną. Przecież teraz powinny latać kluczem…Ten nadlatuje za kilka chwil. Jest całkiem liczny. Wszystkie gęsi wrzeszczą i krążą, próbując zebrać rozproszonych członków stada. Obierają jakiś kierunek, a tu salwa…Ludzie nadal strzelają. Zawracają i znów… gdzie się nie zwrócą, tam rozpryskują iskry. Widzę, że każdy huk powoduje drgnięcie ptaków i zmianę kierunku. Klucz znów miesza się, kotłuje. Krążą nie mając dokąd odlecieć. Skąd mają wiedzieć, że najbardziej powalony gatunek na ziemi robi COŚ? Mimo, że jestem daleko od domów, czuję opary prochu. Skoro czuję ja, to co dopiero zwierzęta?
Około godziny pierwszej wszystko przycicha. Choć co chwilę powtarzają się pojedyncze strzały. Ruszam w drogę powrotną. Po drodze mijam zagajnik, zawsze kryje się w nim mnóstwo saren. Tak się zastanawiałem, bo przecież kozły saren reagują ochrypłym szczekaniem na wszystko co nietypowe. Tym razem się nie odzywały, ale po prostu ich nie było… Jednak, słyszę jak jeden chrypi. Ale to takie nietypowe. Głos mu się łamie, przerywa, a on nie przestaje. Jest w tym zawarta jakaś przerażająca rozpacz i bezsilność. Tak jakby, ‘’chcę uciec, nie chcę tego słyszeć, ale nie ma dokąd’’. Zdaję sobie sprawę, że musiał tak poszczekiwać od początku, ale z uwagi na odległość i hałas nie mogłem tego słyszeć. Jeden został. Głos mu się trzęsie, przerywa, gaśnie, a on dalej chrypi…w życiu czegoś takiego nie słyszałem.
A przecież to raptem kilka gatunków zwierząt. Gdzie kuny, śpiące borsuki, króliki, zające, jelenie, dziki, łasice, bobry, wiewiórki, nietoperze i cała reszta? Nie trzeba chyba nikogo uświadamiać, że dla nietoperza który doskonale słyszy, a hibernuje, nagły lot w mrozną ciemność może być zarazem ostatnim. One tam są. Zastygły w chłodzie przerażenia. W swoich norach, jamach, żeremiach, gniazdach, wykrotach. W napięciu przeżywają każdą sekundę huku. Ilu z nich serce nie wytrzyma, ile nie widzimy…

hand-lighting-red-rocketfireworks-fuse-cmannphoto

Zaskoczeniem to nie jest. Ale po prostu zobaczyć ten popłoch, usłyszeć te wrzaski, uczestniczyć w tym całym sobą, zmienia na zawsze. Kiedy zaczniemy z pełną odpowiedzialnością, szacunkiem i uwagą traktować inne zamieszkujące z nami świat istoty, wtedy może zasłużmy na dumne miano ”człowieka”.  Koniec roku. Czas podsumowań. Planów i podziękowań. Początków nowej kreacji, zatrzymania. Ja naprawdę nie rozumiem. Do tego potrzebna jest cisza, jeśli chce się w życiu swym dalej cokolwiek zmieniać. Taniec, muzyka, rozumiem. Petard nigdy.

Z pamiętnika Wędrowca: Oczyszczenie

Żywioły rozpętały się do noworocznego tańca. Mam wrażenie, że próbują spłukać wszystko to, co człowiek wczoraj zbrukał, a szumem furii drzew, tą kojącą muzyką uspokoić ptasich i zwierzęcych mieszkańców. Chmury pędzą w amoku po niebie, chłosta zimy wiatr, a co kilka minut ziemię omywają potoki strug lodowatego deszczu, który zdaje się być razem z wichurą jednym biczem bożym. Chwilami pokazuje się słońce, po to tylko, by za moment schować się za groznym granatem pędzących cumulusów.

~ Powyższy tekst jest fragmentem powstającej właśnie książki o tytule ”Szepty Kniei – Pamiętnik Wędrowca”.

Można wesprzeć jej wydanie i poczytać inne rozdziały klikając tutaj:
https://pomagam.pl/szeptykniei