Leśne przedszkole. Przyrodnicze wędrówki edukacyjne dla dzieci i rodzin.

Smutno było wędrowcom, gdyśmy dowiedzieli się, że nie można zachodzić już do przedszkoli i szkół, aby z gawędą i prezentacją poopowiadać o sprawach lasu. Dlatego tego roku zapraszamy do Krainy Szeptów, prosto do Czeremchowej Puszczy, na lekkie i przyjazne wędrówki rodziny z dziećmi, dostosowane wesołym programem pod edukacyjne potrzeby najmłodszych. Żywa lekcja przyrody w terenie, ze śpiewem ptasim, owadami, śladami, gniazdami, norami – wszystkim co podczas marszu napotkać można, a co będzie wołało o wyjaśnienie. Dzieci to wyjątkowi, ciekawi, i zaangażowani słuchacze, pełni pytań i żądne wiedzy, dlatego uwielbiam przekazywać im swoje opowieści, a potem cieszyć, kiedy same opowiadają, co udało im się odkryć w kniei. Takie wyprawy już się odbywały w minionym i bieżącym roku, co można zobaczyć na załączonych zdjęciach.

P90807-132136

P90807-115046

P90807-123746

Celem warsztatów jest przekazanie najmłodszym podstawowej wiedzy o sprawach lasu, zaznajomienie z gatunkami roślin zwierząt, oraz podlanie ziarenka wrażliwości i troski, wobec dzikich mieszkańców pól i kniei.

CO W PROGRAMIE?

– Wędrówka z lornetkami i przyrodnicze opowieści

– Skakanie po sianie i zjeżdżanie na słomie

– Sztuka uważności: Co żyje wokół nas? Zapoznanie z gatunkami ptaków, owadów i ssaków.

– Miecze świetlne

– Opowieści wędrowca: Czytanie leśnych baśni i wspominki
prawdziwych przygód przewodnika podczas gawędy

– Księga Kniei: Odczytywanie znaków, tropów, i śladów, sztuka tropiciela

– Gry, zabawy, gonitwy, tańce i skakańce

– Muzykowanie i rysowanie

– Pamiątkowe pióra

– Szukanie krasnoludków, elfów i driad 🙂

Podziękowanie to 200 zł od uczestnika. Kwota nie obejmuje noclegu w kwaterze. Gościniec posiada kuchnie dla gości, jest też możliwość zamówienia śniadań, obiadów, kolacji.

Wędrówkę i zajęcia poprowadzi Sebastian Czeremcha – pisarz, wędrowiec, tropiciel i obserwator przyrody. Autor bloga ‘’Szepty Kniei’’, gawęd, wierszy, ballad, opowiadań i książek. Więcej o mnie w zakładce TUTAJ. 

60337814_1306148059541690_229264684245581824_n

60345186_816676132033871_7597015453986193408_n

P00215-154831

LINK do kwatery gościnnej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Przegląd innych wędrówek, warsztatów, zajęć i spotkań:
https://szeptykniei.wordpress.com/warsztaty-wydarzenia/

Kontakt i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

P00314-161350

P90807-124621

P00215-163451

Leśny koncert pod Drzewami Mocy. Noc Ballady z Bardem

Dni Wędrowne jeszcze długie, a Szepty Kniei znów z odwagą siebie wychodzą do świata, aby tym razem… Zagrać! Moja dusza ukochała sztukę, i wyrażanie się przez nią. Nie tylko pisanie czy opowieści, ale też taniec, śpiew, no i muzykę. Z tym nigdy nie było jakiegoś problemu, pamiętam gdy w dzieciństwie dostałem jakiś instrument, to po prostu na nim grałem. Nie potrzeba było znajomości nut, odtwarzałem melodie ze słuchu. Dziś gram intuicyjne. Pozwalam duszy przejąć moje dłonie, instrument, tworzyć własne melodie i się prowadzić. Kiedy trafił do mnie pierwszy tank drum, ‘’bęben druidów’’, a potem dębowa kalimba, w pełni poczułem uzdrawiającą potęgę dzwięku. Wszystko jest przecież wibracją. Instrumenty nastrojone są na częstotliwość 432hz, co odpowiada wibracji naszego wszechświata i Przestrzeni Serca. Jest to naturalny, subtelny ton przyrody. Przekonałem się o tym podczas grania w lesie, kiedy sarny, zające, lisy, czy jenoty podchodziły do mnie bardzo blisko, z ciekawości zasłuchując się w płynących odgłosach. Niekiedy beztrosko wypoczywały nieopodal, mimo mojej energicznej gry. Dla zwierząt, pozostają tłem, zupełnie jak ptasie głosy. Dzieje się wtedy jakaś magia, a towarzyszy jej poczucie głębokiego zestrojenia z istnieniem wokół, czego nie było mi dane doświadczyć podczas cichego czuwania pod drzewami. Tutaj gra kształtuje COŚ.
Nieuchwytne zmiany w przestrzeni, a odczuwalne przez kontakt ze zwierzętami i całą dziejącą się w zdarzeniach harmonię.

34b78f603cdbf9e6600bb6ec633a0679

Siądziemy wieczorem, przed zmierzchem gdzieś na łąkach, w zbożowym łanie na polu, miedzy, albo i w samej głębinie kniei, pod którymś z moich Drzew Mocy. Posłuchamy zawołań żurawi, czajek, sennych poćwierkiwań trznadli albo i szumu wiatru tańczącego w koronach. Zestroimy najpierw ze szmerami, pogłosami, szelestami wędrujących w puszczy zwierząt. Będziemy mieć ze sobą lornetki – może uda się zobaczyć jakiegoś ptasiego unikata? A gdy pierwsze promienie wchodzącego księżyca zatopią polany i połacie srebrem swego blasku, wtedy dla Ciebie zagram. Popłynie żywiołowo, lub subtelnie i delikatnie. Postaram się dostroić do Twej energii, aby subtelnie muzyką dotknąć spraw, które domagają się wysłuchania. Nuty kalimby są krystaliczne, źródłowe, przypominają pluskot wartkiego strumienia, lub padający deszcz. Będziesz też sam mógł spróbować gry na obu instrumentach, aby wykreować jedyną pieśń swojej Duszy. Razem z odgłosami żyjącej wokół natury, przeniesiesz się w świat relaksu, ukojenia, harmonii i dobrego nastroju. Popracujemy nad wyrażaniem głosu, czego narzędziem będzie śpiew, ze znanych już piosenek oraz tych, które sam napisałem. A gdy już otworzysz oczy, po wszystkim czeka Cię swobodna, leśna gawęda, płynąca ze wspomnień dawnego barda i dzisiejszego wędrowca. Będzie opowieść o ścieżkach zaginionych, o zjawach nad bagnem, dalekich gwiazdach, chłodnych mgłach i rześkiej rosie. Pajęczym okruchu, ptasich żeglugach i lisich psotach. O chochole prawdziwym co chował się w stogu, i czatowniku, który buty pogubił w marszu. O wiedzy przodków zapomnianej, co drzewom się kłaniali i rozmawiali jak z braćmi. Zasiadaj druhu z nami w kręgu, a potem ruszymy na szlak ku przygodzie.

6b5028ef8227e086d139c3e1aabedd61

Koncerty w terenie możliwe dla większych grup 5-7 osób, o każdej porze dnia, nocy, i niezależnie od pory roku. Proszę o wcześniejszy kontakt przez email:

czeremcha27@wp.pl

Czas trwania sesji z leśnym dzwiękiem: 1-2 godz.

Symboliczne podziękowanie dla Barda 50zł / osoba.
Opcja z całodzienną lub nocną przyrodniczą wędrówką, dodatek 200zł.

Instrumenty: Kalimby, tank drum, charango, ukulele. 

Filmów z gry nie mogę dodać na bloga, ale można zobaczyć je na facebooku – wystarczy kliknąć poniżej:

TUTAJ ( gra z zającami, bęben)

Tutaj

TAM (Kalimba)

TU ( Kalimba dębowa)

Gra gościa na warsztatach (Tank drum)

Dla gości z daleka, jest zawsze możliwość noclegu i dłuższego wypoczynku w połączeniu z leśnymi wędrówkami, w tutejszej kwaterze. Pokoje z łazienkami, parking, w pełni wyposażone kuchenki, oraz możliwość zamówienia już gotowych, domowych i wege posiłków. LINK do kwatery:

http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Zapraszam na spotkanie z Bardem – Wędrowcem 🙂

P00508-184632

P00628-144050

P00731-194749

 

Pełnia zbożowego księżyca. Wędrowne warsztaty w przyrodzie.

To my, Wędrowcy!

Na suchej murawie postój robimy, przed ostatnim podejściem do lasu. Wieś ospała, ze zdziwieniem nieco spogląda, na korowód kolorowych ludzi, co pobrzękują sobie na kalimbach w marszu. Dziś trochę kilometrów na nogach. Już wieczór kroczy. Uparte chrząszcze podlatują co i raz do włosów, nikomu krzywdy nie robią. Startują z traw, aby popaść trochę na pobliskich lipach. Jeszcze odzywają się dzierlatki. Na siwym kolorycie drogi, zupełnie ich nie widać. Niebo zaroiło się od nietoperzy. Na horyzoncie ciemny pas chmur tęgich sunie z nieubłagalną zapowiedzią, ale my pewni jesteśmy, że tej nocy uda się zobaczyć Zbożowy Księżyc. Dalszy marsz pod lasem, to już subtelne ćwierknięcia i piski wszędobylskich nietoperzy, które zamieszkały w zmurszałych brzozach. Najstarszego w kniei Kasztanowca, otaczamy łańcuchem splecionych dłoni, słuchając przesłania wieści minionych. Wypowiadam wtedy drzewu słowa…

Ty zaś kręgiem otoczony,
Każdy z nas wnet uzdrowiony,
Nie ma między nami granic,
Zacznij swój radosny taniec
Wszystkie nasze, ludzkie dary,
Przyjmij prosto, w swe konary

Ostatnia sarna schodzi z popasu, szukając bardziej soczystych krain w okolicy… Jej czujny cień, obserwujemy w odchodzących zwidach lornetek. Złoty księżyc wypływa w majestacie nad lasem, karmiąc ucieszone dusze widokiem swej pełni.

107330666_1141972016170946_7444994849681440246_n

107405154_1141972066170941_7533354964025732698_n

PÓŁNOC

Doczekaliśmy księżycowej gościny. Złoty gospodarz wędrówki, ze snu wśród chmur, odkryć się wreszcie raczył. Jak pan na włościach, sunie powoli, doglądając dojrzałości swych łanów przed żniwem. Srebrzyste promienie rozlewają się smugami po polach. To nasz dzisiejszy przewodnik. Podążamy za jego blaskiem. Zatopieni w trawach świerszczowie, wygrywają nieustające nuty swoich serenad, my próbujemy z nimi… Cisza spaceruje w przestrzeni. Szurają gdzieś w oddali sarnie kopytka. Spokój. Maleńkie, puchate przepiórki zasnęły w oceanie zbóż. Nie słychać ani jednej.

A potem Kobiety zdejmują buty, i idą boso potańczyć na łąkę. Ja przejmuję bęben i gram, jak potrafię. Ruchy chwiejne, intuicyjne, rozpływające się w szarej nicości, kołyszą wśród drzemiących kwiatów na murawie… Ziemia Matka, wdzięczna swym Córkom oddycha głęboko, błogosławiąc z każdym szumem pogrążonej w ciemnościach puszczy. Dla takich chwil jedynych, warto żyć.

Jedna z uczestniczek warsztatów, Karolina, na swoim FB opublikowała własną opowieść, zawierając swoje wrażenia i przeżycia z wyprawy. Po prostu ją poniżej przytoczę 🙂

112849671_718432245648227_2463882846373922794_n

”Codziennie spotykam się z ludzkimi historiami. Pięknymi, sentymentalnymi, ale też trudnymi i tragicznymi. Wysłuchuję, pokazuję drogę, wyposażam w niezbędne narzędzia idącego przez życie wędrowca. I choć historie są różne, przytrafiają się czasami i takie takie, których nigdy się nie zapomina i które będą nas w żywe do końca naszych dni. Pozwalają podejmować właściwe decyzje oraz utwierdzają w dokonanych wyborach. Czasami pozwalają uporać się z własnymi strachami, choć myśleliśmy, że dawno ich w nas nie ma, a one tylko się ukryły pod dawnym kurzem zapomnienia.

Tak właśnie było w ten niezapomniany weekend imieninowy, w dzień pełni zbożowej. Spotkanie z autorem „Szeptów Knei” to nie tylko wędrówka i rozmowa z drzewami, to także intuicyjny taniec na miękkiej trawie, gra na kalimbach (tak, zrobiłam to!  oraz rozmowy o życiu, podróżach duszy, odkrywaniu swojej drogi i podążaniu za głosem serca. Wiele się zadziało na każdym poziomie u każdego z nas, wędrowców. Spotkałam też zioła, których nie znałam, a być może będą mi potrzebne. Nazbierałam trochę lipy i chabra bławatka, ukoiłam wzrok „makowym rumiankiem” wyjętym spod pędzla impresjonistów.

Wiedziałam, że nie znalazłam się tu przez przypadek… czasami dwie osoby szukają się we wszechświecie, aby obdarować się wzajemnie. Dziś jestem bogatsza o doświadczenie spotkania Sebastiana. Niczym druid zaznajomił nas z tajnikami lasu i odgłosami jego mieszkańców (dębem Krzesimirem, dębem Radosławem, Kasztanowcem „w żeńskiej postaci”, sarnami, lisami i ptakami oraz z wartkim nurtem wymownie brzmiącej rzeki „Samicy”).

Nie tylko poszerzyłam swoje horyzonty terapeutyczne, ale po powrocie czekała na mnie propozycja wydawnicza! Cudownie jest czerpać z obfitości tego, co oferuje nam wszechświat, z mądrości zwykłych-niezwykłych ludzi, fenomenu przyrody i źródeł energetycznych, które nam oferują. Ale trzeba umieć nauczyć się dostrzegać i przyjmować ten niesamowity prezent.

Dziękuję Sebastianowi oraz pozostałym uczestnikom wyprawy za pięknie spędzony czas. Za nasze rozmowy, nieprzespane noce, bieganie po stogach siana, siedzenie na ambonie i wiele innych rzeczy, które się zadziały.

Polecam odwiedzić Sebastiana i udać się z nim na wędrówkę. Wiem, że to, co robi jest jego całym życiem, dlatego do niego przyjechałam. A także dlatego, że wzywał mnie jego dąb, ponieważ jego imię ciągle wracało do mnie w myślach.. A gdy już dotrzecie do Sebastiana zatrzymajcie się proszę w „Pokojach gościnnych Joanna” przy ul. Koszycy 52 w miejscowości Rokietnica. Gościnność właścicieli pozostanie Wam na pewno na długo w pamięci (oraz przepyszne ciasta, które piecze pani Iwona oraz warzywa z przydomowego ogrodu uprawiane przez pana Tadeusza). Ich pensjonat był pełen gości, ponieważ ich naturalna, niewymuszona życzliwość jest po prostu zaraźliwa.

Ach, rozmarzyłam się. Było mi tam tak dobrze i spokojnie. Przywołam wspomnienia czytając fragment książki, którą otrzymałam w prezencie od Sebastiana… i pomyślę chwilę o moim wolnym, dzikim lesie niczym o niezależnej, dojrzałej i mądrej kobiecie-lisicy – już na zawsze..

DZIĘKUJĘ ZA DRZEWNE PRZESŁANIE. Teraz pozostaje mi tylko iść drogą przeznaczenia. ”

Julia

Cóż mogę powiedzieć jako skromny wędrowiec – takie słowa są dla mnie najpiękniejszą nagrodą, za serce jakie wkładam w przygotowanie i ”plan” każdej wyprawy. Bardzo dziękuję gościom lipcowej wędrówki w czasie Księżyca Zbóż: Marcie, Karolinie i Martynie za wspaniały czas, niestrudzone kroki, gawędy pod gwiazdami, słuchanie mowy drzew i księżycowe pogrywanki, których w formie filmu nie mogę niestety dodać na bloga. I za wszystkie piękne słowa, które w tej historii mogły się pojawić.

A to pamiątkowy plakat z tego zdarzenia, wraz z atrakcjami jakimi knieja obdarowała swych gości.

Plakat1 Lato

Pamiętajcie, że wyprawy są organizowane każdej pełni księżyca, a także poza nią, jako indywidualne wędrówki leśne. Wystarczy odezwać się na email, i zawsze znajdziemy jakiś czas do wspólnego wypadu. 

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie, na kolejnej wyprawie po żniwach i w jesienne rykowisko!

 

Czarny jenot, czyli wędrowny dzień barda.

Zwierzęta są wrażliwe artystycznie. Na pewno słyszeliście o malujących słoniach czy świnkach, ale moje zdziwienie w poznawaniu ich świata wzrasta notorycznie, kiedy gram w lesie. Tego popołudnia dąb niespodzianie wezwał. Wahałem się bardzo czy ruszyć, no bo sobota, więc w lesie będzie dość tłoczno. Jak się okazało, nie było nikogo, widać wszyscy na grillach itp. Żadnego biegacza czy rowerzysty. Drzewo wiedziało. W ostatniej chwili przed wyjściem, łapię z półki kalimbę, też zdumiony dlaczego akurat Krzesimir woła, bym ją zabrał. Znam przecież niemrawy, mruczący charakter dębów, czyżby jednak lubiły słuchać srebrzystych, krystalicznych dzwięków, zamiast swojego dudnienia?

Gdy jadę do lasu, drogą prosto na mnie zasuwa zając. Pierwsze powitanie na dobry początek. W szarym kolorycie podeschniętej ziemi wygląda jak duch. Rozpływa się jak widziadło. Ktoś inny wziąłby go za omam.

Siedzę pod nim. Momentami, dłonie wybuchają ciepłem. Wtedy wiem, że drzewo pracuje ze mną, choć go nie słyszę. Ucieszył się gromko z tego przyjazdu. Chwilami pogrywam kalimbą. Już wieczór osiada. Rzeczywiście, nie było ani jednego człowieka. I jakoś nagle się obracam. Na drogę z lasu wyszedł właśnie zajączek, jednak widząc moją głowę natychmiast się cofa, bo ‘’został zauważony’’. Musiał jednak słyszeć jak pogrywam, mimo to, szedł. Teraz siedzi w zaroślach, i nadal mnie obserwuje. Kilkanaście metrów dalej, na lucernie pasie się sarna. To stara roślina pastewna, dziś już rzadko uprawiana, bardzo lubiana przez zwierzęta. Dlatego tego roku, Krzesimir bardzo cieszy się towarzystwem. Są tu za dnia, a od wieczora można na poletku naliczyć po kilka. Raj dla fotografa. Gdybym nim był. Gram celowo głośniej, ale sarna nie zwraca na to żadnej uwagi. Dzwięki Kalimby, choć srebrzyste i kryształowe, widać nie różnią się dla niej od śpiewu ptaka. Są jak część otoczenia, pieśń natury. Cieszę się bardzo, że mogę podarować swojemu kochanemu lasowi te odgłosy. Mija nieco czasu. NA dębowy konar zlatuje Drozd Śpiewak – ten zanurza zmierzch w kunszcie swej znakomitej pieśni. Siedzi tuż nade mną. Ja gram, on śpiewa. Duet. W zaroślach z tyłu coś szeleści. Chodzi, chrzęści, i zbliża. Kiedy cichnie, obracam głowę. Na drodze stoi jakiś zwierz. Nie rozpoznaję. Przypomina trochę przerośniętą fretkę. W pierwszej chwili biorę go za większego kota. Bo jest niemal cały czarny. Zwierzak robi jeszcze krok, i wtedy zapalają się jego dziwne oczy w tamtym momencie wydają mi się żółte, jakby świeciły. Ozdobny, futrzasty, gęstszy kołnierz wokół szyi. Jest też smukły, gibki. I mimo tylu niewiadomych sprzecznych rozpoznaję – toż to jenot! Ale dlaczego czarny? Bywają one szare, siwe, zawsze z jakimś srebrzystym akcentem. Grube i puchate. A ten szczupły taki, jak sportowiec jaki. Może młody? Na to wygląda. Oczywiście, przez cały ten czas gram. Tkwi taki piękny, czujny i nieziemski. Mimo maleńkości wygląda dostojnie i groznie, jak najbardziej dzika pantera. Jenot rozgląda się, po czym wnika w pobliskie gąszcza. Kolejny duszek puszczy, zaszeleścił. A ja w podziwie i szczęściu, zastanawiam się, jak w ogóle o tym komuś opowiedzieć…

Niebo wygląda dziś, jakby było pomalowane od spodu. Granatowe obłoki lśnią czerwienią, malowane przez ostatnie promienie zgasłego słońca. Horyzont jest jednym pasmem szkarłatu. Na tym tle, żeglują powolne czaple. Powrzaskują do siebie ochryple. Zmierzają pewnie ku wodzie. A mi przypomina się, że to już któryś raz, kiedy w tym tygodniu widzę czaple. Zwierzęta Mocy. Chcą coś powiedzieć. Trzeba będzie sprawdzić.

Komary zaczynają imprezę. Sarnie nie przeszkadza moje poruszanie się. Czasem spogląda w tym kierunku. Lucerna lepsza. Po pożegnaniu z dębem idę już drogą prowadząc obok rower i obserwując sarniątko na poletku. Spogląda, słyszy. Ale nie podejmuje ucieczki. Lekkie krzaki na poboczu, dają jej poczucie bezpieczeństwa. Ja jednak będę musiał się pokazać. Chcę jeszcze wejść na ambonę i posiedzieć do ciemności. Dopiero teraz zwierzak robi kilka susów, ale widać, że są one leniwe, wymuszone. Posyłam jej w myślach przeprosiny i ciepłe myśli bezpieczeństwa. Ona wie. Zatrzymuje się tylko kawałek dalej, nie zwracając już uwagi na moje wdrapywanie się, przebieranie, wiercenie za wygodną pozycją. Mimo że bywam ostatnio tu rzadziej, wciąż mnie pamiętają. Każdy znalazł swoje miejsce. Zależało mi, bo zanim zorza zachodu dogaśnie, można tutaj obserwować arcyzwinne nietoperze. Już nie zamierzam grać. Obserwuję pogrążające się w ciemnościach poletko. Bezwietrznie. Jaki spokój. Dalekie auta na szosach, suną światłami. A tutaj borsuk oto, z posapywaniem wynurza się z trawy i przechodzi tuż pod amboną. Oko rozróżnia jeszcze biel przy jego głowie. Sarny zamieniają się w duchy. Ich szare cienie krążą na polu, pogrążone w raju lucernowego pastwiska. Jedyne odgłosy jakie słychać, to urywane szarpanie, kiedy płowe pyszczki wyrywają kolejne kęsy. Koncert żerowiska. Jak opisać to komuś, kto nigdy nie miał okazji słyszeć? W głębokie ciszy, pogłosy zrywania i przeżuwania odmierzają minuty, godziny, bezczas… Koc rzucony na nogi, grzeje błogo. Pora zatopić się w Nocnym Czuwaniu.

DZIĘKUJĘ ZA TWOJĄ CZYTELNICZĄ OBECNOŚĆ Po więcej opowieści zapraszam do książki ”Szepty Kniei”:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

🥰 A jeśli podobała Ci się ta historia, możesz okazać WSPARCIE dla mojej działalności autorskiej, podziękowanie czy pomoc, którą można zostawić TUTAJ:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

24954295828e13c17aff9c40339fe514

A świt mój księżycowy, graniem skowronków się zaczyna.

Noc Wędrowna. Coś gna, woła aby tej ciemnicy ruszyć na szlak. Maszeruję. Kroki chrzęszczące po kamieniach, szurające w piaskach odciskają piętno podróżnika. Z mrocznego lasu nadlatują upiorne piski. Kryją się w gałęziach, wśród konarów, liści. Są blisko. Nie sposób wypatrzeć w gąszczu. To sowie podloty, opierzone, choć nielotne pisklęta. Nie wiem tylko czy puszczyka, a może uszatki. Gdy ich wrzaski przybierają na sile, wiem, że rodzic jest gdzieś w pobliżu z pokarmem. One go widzą. Ja nie. Dziwię się tylko, że zdecydowały się na lęg w małym, przydrożnym i prywatnym lasku. Za dnia mijany przez dziesiątki spacerowiczów i aut, nocą odsłania dopiero swoje tajemnice.

Topolowy szpaler olbrzymich pni, szeleści i grzmi w dotykach wiatru. Przysiadam na niedługo pod jedną z nich. Trzęsła się mocno, przyciągała jak magnes, stąd wiedziałem że zaprasza do spoczynku pod sobą. To już ostatnie z rodu. Wiele z nich wycięto bez powodu, tkwi tu kilka ostatnich. Bardzo piękne drzewa. Silne energetycznie, wytrwałe i zdrowe. Mówią, że lubią ten nocny spokój i spowolnienie. Zatem nie przeszkadzam im. Za plecami wschodzi żółtawy kawałek księżyca, wywołał ledwie widoczne cienie. Pora ruszać dalej.

Mijam przydrożny krzyż, pełen lampek i zniczy. Jest tu odkąd pamiętam. I choć nie jestem wierzący, szanuję osoby, często starsze, które mają siłę się nim zajmować. Wszystko jest tu zawsze czyste, pełne kwiatów, zadbane. Zastanawiam się, kto to będzie kontynuował, kiedy starsze pokolenie odejdzie…

Mimo, że jest ledwo 1 w nocy, już widać przejaśnienie świtu. Bardzo subtelne. Białe Noce – to takie czarowne. Innej energii człowiek dostaje, mało spać się chce, za to wędrować. Jakiś zwierz z pola, rozpaczliwe jęczy. Brzmi jak zmora z horroru. Za moment gaśnie wpół zduszony. Pewnie zając lub mała sarenka, właśnie zaanektowana na posiłek przez lisa. Choć późno, wcale nie jest cicho. Gdy się wsłuchać… Z oddali napływają różne szczebioty. Gdy zbliżam się do pasu trzcin porosłego na polnym rowie, rozpoznaję sprawcę – to łozówka. Niewielki szary ptaszek, który terkocze sobie nocami w takich miejscach i mami uszy wędrowców. Śpiew łozówki może nie jest silny, malowniczo piękny, ani kunsztowny, ale pobrzękując nocą w niespodzianych miejscach, ma w sobie coś takiego, że człowiek zaraz się uśmiecha. Jest po prostu lekki, wesoły. Niezłomny ptaszek naśladuje jaskółki, szczygły, wróble, sikorki, trznadle i inne – tworząc z tych wyrwanych kawałków własną, unikalną pieśń. Trochę jak papużka. I dziwić się można niekiedy, słysząc pobrzękiwania innych dziennych gatunków, w takiej ciemności. Choć to przesada. Widoczność jest przyjemna, szarawa. Nie to co w nów, pózną jesienią. Kawał dalej pokrzykuje dziarsko trzcinniak, ten jest echem tej nocy. Zbliżam się do kępy, w której urzęduje słowik. Jedyny ptak, który tu śpiewa. Inne zagłuszyłby chyba. Ten rok jest inny do poprzedniego. Zeszłego czerwca nocne ptaki umilkły już z jego początkiem, tego są bardziej aktywne. Pewnie dlatego, że było trochę więcej deszczów. Bzowe aromaty białego kwiecia pieszczą noc łaskotem raju. Wdycham i delektuję. Nie wytrzymuję. Mówię na głos do krzewu: O jak pięknie pachniesz, dziękuję Ci! I wiaterek się robi. Bez zaczyna się trząść, jakby rad z pochwały. Mam wrażenie, że rozpachniał się jeszcze mocniej.

Skylark

Różowy świt witają skowronki. Zaczynają śpiewać jeden po drugim, jakby chciały prześcignąć się wzajemnie tym powitaniem. Niebiosa ledwo różowo – sine. Z nich płyną dzwoniące pieśni skowrończego ludu. Wtedy przystaję. Choć do słońca jeszcze trochę, one już pewnie widzą je ze swoich wyżyn. Z łanu zboża wybiega na drogę warchlak. Za nim kolejny. I cała gromadka. Przeskakują drogą do rzepaku. Wymijają pobliską wieś. Poranne powroty. Między nimi starsze rodzeństwo. Braterski ród. Czekam w spokoju, nauczony doświadczeniem, że kilka dzików to zwykle zapowiedz większego przemarszu. I nie mylę się. Wnet wysypują się kolejne maluchy, między nimi siwe i czarne lochy.Co za ród! Mimo szaleństwa zmasowanego odstrzału, przetrwały. Człowiek przewał pamięć dziczego rodu. Zaburzył ciągłość, zniszczył równowagę. Dzik w naturze mógłby przeżyć blisko 30 lat, zaś w obecnej rzeczywistości pozwala im się żyć… max 5…Nie ma babć, dziadów, matek, wiedzy, pokoleń, rodzin. To tak, jakbyśmy w ludzkiej populacji mieli 8-12 letnie dzieci. Dawniej prośne bywały, tylko starsze, dojrzałe i silne lochy, to one w kniei pełnej niebezpieczeństw mogły obronić i wychować potomstwo. Pozostałe samice pomagały najstarszej, i pełniły rolę, można powiedzieć ‘’ciotek wspierających’’. Pozwalały matce odpocząć, przejmując opieką nad dzikową dziatwą, chroniły w potrzebie. Dziś, dzicza populacja intuicyjnie wie, że ‘’coś tu jest nie tak’’. Skoro nie ma ‘’starszyzny’’. Gnane strachem o przetrwanie gatunku, mnożą się już jednoroczne sztuki. Czego mogą nauczyć swoje maleństwa? Ot zaprowadzą do kolejnego nęciska, nieświadome, po kulę z zasadzki. Brak starych rodów, brak wiedzy.  Wyobrazmy sobie ludzką populację, w której mielibyśmy samych 8-12 latków. Coś takiego zrobiliśmy dzikom…Wioska zatopiona w snach, drzemie. Pieją koguty. Polna droga poprzecinana smugami świeżych tropów. Dziki ledwo przemknęły, kiedy za moimi plecami wyłania się ciekawski lis. Księżyc wisi jeszcze nisko nad domami, już stracił czar wywołania pozłacanych cieni. A świt mój księżycowy, graniem skowrończym się zaczyna.

45541216_2224413227795731_7744375249336008704_n

Jastrząb kontra zając. Imieninowa wyprawa w podarunku.

Po raz pierwszy chyba w swojej wędrownej ”karierze” jestem oto prezentem.

No może nie ja, tylko wszystko co się wokół dzieje. Napisał do mnie pan Jacek, znajomy z okolicy, z takim pytaniem, czy można u boku Szeptów Kniei zażyczyć sobie wyprawę jako upominek – dla kogoś bliskiego. Pomyślałem, że to musi być coś bardzo wyjątkowego dla osoby obdarowanej taka wyprawa – niespodzianka. Jacek sprezentował więc wędrówkę  swojej mamie na imieniny i oto jesteśmy

To ptasia wyprawa obserwacyjna. Mamy lornetki, atlasy i książki – terenowe, poręczne przewodniki. Uczymy się rozpoznawać skrzydlate śpiewy i poznajemy ciekawostki. Na wyprawach u niejakiego Wędrowca, spełniają się marzenia. Mariola bardzo chciała zobaczyć lisa – no i zgadnijcie, co też jako pierwsze pokazało się na łące Rudzielec wybrał się tutaj na myszy. W ambonie buja i przewiewa, ale na kukurydzę wyszła sarna. Wyjada chwasty spomiędzy upraw. Pożytek sprawia. Pszczoły na ulach kołyszą się niemrawo. Łąkę opanowały jaskółki, które w szalonych pląsach pływają tuż nad ziemią. Dzień senny, wietrzny z nieustannym pytajnikiem deszczu. Czasem siąpi. Kiedy sarna kryje się w zbożach złazimy z czatowni i ruszamy na przygody ptasiego szlaku – do trznadli, zięb, skowronków, potrzeszczy, gąsiorka, sikor, dzięciołów, pokrzewek, kosów i… jastrzębi.

P00620-161615

Siedzimy na skraju kniei, zajęci małą leśną edukacją. Zabrałem do plecaka niewielkie, a ilustrowane książki i przewodniki z ptakami. Na bieżąco więc oglądamy to co się odzywa i zapamiętujemy gatunki. Jakże się cieszę, że są ludzie, którzy chcą poznawać, odkrywać właśnie ptaki! Lornetki pracują i przeczesują wytrwale. Przed nami wspaniała sucha murawa, pełna wyjątkowych, odpornych i krzepkich roślin. Aż nie chce się wierzyć, że lada moment powstanie tu kolejne osiedle. Tymczasem podziwiamy bogactwo traw i kwiatów. Chabry przeplatają z dziurawcem, tu i tam srebrne kępy ‘’czegoś’’ i rubinowe klejnoty koniczyny pogiętej. Pod nimi plotą swoje ścieżki różane powoje. Traw zbytnio nie znam. A i one puszą się kitami, stroją pióropuszami i odziewają szkarłatami kolorów. Obok kołyszą wielkie ‘’dmuchawce’’ pępawy dwuletniej, kozibrody, pięciorniki… Trawy tworzą falujące łany, dywany rude, brązowe i płowe…

P00620-204004

I nagle Mariola robi wielkie oczy. Odwracam głowę, a tam, niemal tuż za mną – jastrząb, a dokładniej ‘’koziołkująca’’ wielka samica. Wcześniej dziwne nawoływania niosły się po lesie – dopiero teraz pojmuję, że to musiały być wrzaski jastrzębiego podlota, a matka czatowała tutaj na coś. Wszystko dzieje się tak szybko. Jastrzębica w powietrzu, a prosto na nas pędzi przerażony zając. Drapieżnik salwuje się w górę, a szarak wymija nas w ostatniej chwili, dzikim unikiem.

– Uff!

Patrzę na Mariolę – jest zachwycona i oniemiała. Ja też. Bo to nie jest częste widowisko! Knieja właśnie ukazała wędrowcom jeden ze swoich największych sekretów, wyreżyserowała najprawdziwszy spektakl. I tak to przy mnie zwykle jest… Nie wiem jak, dlaczego, ale po prostu zwykle na wyprawach wydarzają się takie przyrodnicze rzeczy, które dusza zapamięta na wieczność. Chyba już przyciągam takie sytuacje.
Oboje wdzięczni i wzruszeni. Taki dar, takie widowisko!

Gdy wspinam się na czatownię, wiem, że to nie koniec będzie wrażeń. Oto na skoszonej łące stoi sobie para żurawi. Mamy je od razu na widoku. Ptaki raz zakrzyczały, a potem się uspokoiły. Czyściły pióra, co oznacza, że czuły się bezpieczne. Między nimi kica zając. Zwierzęta nie zwracają na siebie większej uwagi. Szary horyzont zwiastuje nadejście kapuśniaczku. Zaczyna siąpić. I wtedy…

Najpierw olbrzymi tak rozpościera skrzydła w pozycji ‘’na orzełka’’ – jakby chciał pokazać się w całej okazałości. Dla nich to rodzaj przeciągania. Najpierw on, potem ona. Łopot. Podskok. Ptaszyska zaczynają swój czarowny taniec. Żuraw dosłownie podskakuje, i ‘’piruetem’’ obraca się wokół własnej osi. Przed nią. Jakie to piękne! Ona kiwa się, kłania i również wykonuje taneczny podskok, ze swobodą nóg po bokach. Widzieć żurawi taniec, to niezwykły uśmiech losu…

Otaczają nas sarny. Odrastająca łąka wabi zielenią smacznych ziół. Ja tylko przepatruję wzrokiem przestrzeń aby niczego nie przegapić i wskazać, Mariola przyklejona do lornetki. W zupełności rozumiem – widzieć zwierzę z taki bliska, podziwiać jakie rośliny skubie, jak się drapie kopytkiem, potrząsa uszkami, otrząsa z kropel… A wszystko to bez płoszenia, przeszkadzania, we wspólnym nieświadomym istnieniu obok siebie. Mnie lornetka fascynuje dotąd, choć saren się naoglądałem w życiu. Z boku wychodzi ‘’maluch’’ – tegoroczne kozlę, już sporo podrośnięte. Za nim krząta się matka. W oddali gnają kolejne dwa kozły – te w zapamiętałej gonitwie, uprawiają jakąś rywalizację.

Ze stanowiska schodzimy po godzinie 20 tej – zimno się nasila, noc zapowiada chłodna, a dodatkowych ubrań brak. Minęło prawie 7 godzin w terenie. Żurawie schodzą do olszyn. Tam znikają. Były z nami niemal dwie godziny. Sarny opuszczają zielone pastwisko. Zupełnie jak aktorzy, znikający ze sceny… Choć wiem, że to nie koniec na dzisiejszy wieczór, a więcej zwierząt pokaże się dopiero o zmierzchu.

P00620-172507

Ktoś kiedyś pytał, czy można zażyczyć sobie wędrówkę na prezent – jak najbardziej, z ogromną radością realizuję takie Vouchery. Wędrówka na prezent urodzinowy, imieninowy, rocznicę – czemu nie? Wyjątkowe to i pełne niezapomnianych wrażeń świętowanie.  Zapraszam na indywidualne spacery obserwacyjne z lornetkami w krainie Szeptów – przez całe lato, jesień, zimę i wiosnę edukacyjnie wyprawiamy się na ptaki, podglądanie zwierząt, a leśną wiedzę budujemy nie tylko na książkach, ale i do posłuchania będzie moja wędrowna gawęda, z osobistych doświadczeń W okolicy jest Gościniec, który podejmuje Wędrowców także z daleka, razem z wyżywieniem, a do dyspozycji gości są kuchnie.

KONTAKT i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie! 

Dlaczego cywilizacje upadają?Przesłanie Czarnej Olchy.

Gdyby zapytać każdego człowieka dowolnej narodowości, zawodu, wyznania, czy pragnie on żyć w pokoju, harmonii, szczęściu i wolności – większość bez wahania odpowie, że tak. Ostatnim czego mi się chce podczas pobytu w lesie, to wgłębianie się w analizy i roztrząsanie tego co jest. Obecnej sytuacji. Kilka osób jednak zapytało. I zastanowiłem się. Skoro tak pragniemy wszyscy tego życia w dobrostanie, harmonii , błogości i szczęściu – dlaczego nam to wciąż kolektywnie nie wychodzi?
Spoglądam na skraj bagna. Świat jakże inny od zgiełku miasta, tu gdzie dziki topią swój trop w awanturniczych przeprawach, gdzie świerszczak już terkocze monotonną kołysankę, a pocieszne kurki wodne gderają sobie jak stare ciotki. Tu drzewa rachityczne i mocne zarazem, olchy, powykręcane i powalone, silne i wzniosłe choć teren i warunki niełatwe. Brzozy, sosny, dęby i nawet modrzewie, te wyglądają naprawdę słabowito. Mimo to im tutaj udaje się tworzyć i utrzymywać jakiś kawałek lasu. Rosną już lata… spoglądam na nie i myślę – jak im to wychodzi? A dlaczego nam nie? Tutaj padają jednostki, ale społeczność trwa…

-NIE POTRAFICIE WSPÓŁPRACOWAĆ, zjednoczyć się we wspólnym celu…

Kiedy wiatr przepływa po szuwarach, taka przychodzi informacja. Kto to powiedział? I jak to? Przecież tworzymy różne inicjatywy, jednoczymy się, działamy, budujemy, robimy dobre rzeczy… Olchy. Jeszcze nagie bez liści, czarne. Drżenie przenika po gałązkach najmniejszych, jakby zastanawiały się i nad moimi rozmyślaniami. Pochwyciły temat.

13339630_599553990218020_7167857093846468830_n

– ZA BARDZO SKUPIACIE SIĘ NA RÓŻNICACH. Eksponujecie je. Drążycie. To co teraz się dzieje u Was – to odbicie tych podziałów. Spójrz na drzewa. Jak zauważyłeś, jesteśmy tutaj różne. Każde nasiono które tu trafi, opadnie i wykiełkuje czyta informację – aby przetrwać, trzeba sobie pomagać. Choćby nie wiem jak było trudno. I dlatego jest mniej ofiar. Upadają nieliczni, a knieja trwa. I pomyśl sobie, nagle, że drzewa zaczynają się zachowywać tak jak ludzie. Ot dąb dąsa się na Sosne, że ta na piaskach dobrze rośnie, inny ma żal, że ktoś nad mulistym bagnem przy wodzie sobie powodzi, ten niski, ów krępy, a tamta łajza topola to już całkiem oszalała z rozpusty – na glinie sobie urosła. Co ona sobie myśli. Głupi grab, kto to widział, tyle dziupli? Szaleje zazdrość, szyderstwo i uprzedzenia. Zaczynają pod ziemią zwalczać się korzeniami, podbierać sobie zapasy, przekonywać grzyby na swoją stronę aby tylko jeden miał jak najwięcej korzyści, no i rozpychać, usychać…
To właśnie Wasze zachowania. I dlatego cywilizacje upadają, a przyroda trwa. Kołowrót życia toczy się i obserwuje poczynania Waszej egzystencji. Powoli się uczycie. A przecież cała Natura, gdy spojrzysz, woła jednym hasłem: Współpracuj! Czy mrówka jedna stworzyła by sama swój pałac z igliwia bez pomocy sióstr? Mrowiska przez lata na kopy wzrastają i tak tworzy się potęga. Nie jest ona odporna wobec zdarzeń świata, ale przynajmniej ma szansę zalśnić swoją pełnią przez okres jaki jej dany. Różne gatunki pomagają sobie, nawet nie będąc świadomym swojej współpracy. Czy wiesz jak narodziła się cywilizacja? Pierwsza społeczność? Nie od wynalazku, sztuczki, techniki. Powstała, gdy pierwszy człowiek pochylił się na bliskim, podał mu rękę, opatrzył ranę, zaopiekował. Zatrzymał się, wysłuchał, współczuł…

Odpowiedz też sobie – co takiego tworzycie? Czy to wszystko jest Wam rzeczywiście potrzebne do szczęścia i życia? Wspaniałe budowle, drogi, mosty, okropne parki, wynalazki, pozorne ułatwienia, czyż nie widzicie dokąd Was to prowadzi? Dokąd pędzicie? Kiedy wreszcie przystaniecie? Wtedy, gdy trucizny uwolnione przez Was opanują powietrze będzie już za późno. Kiedy skończy się miejsce pod budowę? Nie macie umiaru… ani pokory. Widzę, słyszę te plany. Próżne. Nie da się udoskonalić lasu, bo Stwórca tak wszystko przewidział i stworzył, aby było doskonałe. Miał wiekuistość, aby zaplanować doskonałość ponad wszelką wątpliwość. Jest ona wokół Was. Nieliczni dostrzegają i celebrują. I co się dzieje? Są szczęśliwsi, zdrowsi, uśmiechnięci, rozpływają się problemy. Tylko dlatego, że dostrzegli Boską doskonałość. A oni – tylko poprawiać, dobudowywać, przekopać. A Natura sama wciąż tworzy. Człowiek w zamyśle Stwórcy miał być opiekunem tych dzieł, miał je pomnażać. Nigdy, przenigdy nie stworzycie sobie szczęścia i bezpieczeństwa postępując wbrew niemu. A Natura – Matka mówić będzie. Raz mocniej, gdzieś inaczej. Mówi już tak głośno, czysto, i gromko. Zabili rzeki, odsączyli żyły Ziemi…Zapieczętowali brzegi. Chcieli bezpieczeństwa. Wygnali wodę, sami. Czy powodzie się przez to skończyły? Natura sama Was chroniła! Było pokazane każdemu jasno: Tu rozlewam się po wiosennych wezbraniach i prę z lodem zimowym, tu nie wolno się osiedlać. To Macierz, ostoja. Zbezcześcili i to. Pod ziemią woda będzie pracować. Budynki będą osiadać. To nie jest tylko tak, że dokuczy jedynie susza. Morza i oceany są jak narządy. Dostały wodę z lądów, za dużo. Pełnią różne role, wiele ról. Są na krańcu swojej wydajności. Przeciążone.
U nas, w Puszczy, każdy bierze tyle, ile mu potrzeba i dlatego dla wszystkich wystarcza. Natura nie przewidziała braku. Drzewa nie próbują celowo rosnąć na gołych skałach. Wiedzą kiedy trzeba się zatrzymać. Żyjemy prosto i dlatego nie łamiemy zasad, w nas są oczywiste przesłanki zgodnego pobytu na Ziemi.

_DSC6545_web

Słucham bagiennej opowieści, a w zasadzie kolejnej reprymendy. Myślę sobie, ma rację. Wielu z nas przecież, gdy się rozejrzeć, nie podobają się obecne obostrzenia. Mają te osoby różne poglądy, cele, ale generalnie ich sprzeciw wywołała dana sytuacja. Tych ludzi nie jest mało. Przedsiębiorcy chcący ratować swoje biznesy i miejsca pracy, przeciwnicy przymusowych szczepień, sceptycy 5G i wielu innych wyznawców różnych teorii. Każdy z nich zapytany z osobna zadeklarowałby solennie, że pragnie pokoju i dobra, jednak gdybyż ustawić tych ludzi na jednym placu ze swoimi transparentami, jaki byłby efekt? Wnet poleciałyby epitety jedni wobec drugich ‘’foliarze, anytyszczepy, bioroboty, lemingi’, każdy swoje. A pan z batem stoi i zaciera ręce. Dziel i rządz. I dlatego nie jesteśmy w stanie swojej sytuacji zmienić, wpłynąć na rządy. Za dużo podziałów. Olsza ma rację. Myślę sobie – czy to jest istotne? W co kto wierzy, wyznaje, jaką spiskową teorię? Dlaczego gdy tylko usłyszymy coś z czym się nie zgadzamy, to powoduje w nas dyskomfort bądź uśmiech politowania, lub chęć ‘’przywalenia’’ przeciwnikowi, usilnej potrzeby udowodnienia, że jest on w błędzie? Trwonimy energię na spory o drobnostkach, a ten wymarzony pokój i dobrostan pozostaje wieki gdzieś poza zasięgiem… Może warto wziąć przykład z drzew. Przestać przyglądać się drobnym różnicom i skupić na kilku wielkich hasłach, a wtedy zacząć pytać, co możemy zrobić, aby to osiągnąć. Może strefy wolne od 5 G? I niech ktoś żyje sobie żyje, w poczuciu bezpieczeństwa. Rozwiązań pewnie znalazłoby się krocie aby wszystkich zadowolić, ale najpierw musimy tego chcieć. No i zobaczyć pewne rzeczy. Zweryfikować, czego tak naprawdę potrzebujemy i co jest dla nas dobre. Wysłuchać siebie nawzajem!

– W obliczu zagrożenia zwłaszcza, ta współpraca jest ważna. Historia Wasza zna przykłady. Wojny, gdy niejeden pomagał narażając życie. Współpraca jest magiczna, szczera chęć pomocy wynikająca z troski i współczucia, ma siłę przemian i często już ona sama poprawia sytuację, tworzy. Bo z dobroci serca płynie, a jego siły nie muszę Ci wyjaśniać…Popatrz na to miejsce. Wielu uczonych z Was powiedziałoby, że tutaj drzewa nie mają prawa zdrowo rosnąć. A mimo to jesteśmy, w różnej kondycji, wybujali i okazali. Ziemia, woda, powietrze, ogień, próżnia, owad, listek, grzyb, ptak, zwierz, wszystko nieustannie ze sobą rozmawia, toczy dialogi i odczytuje informacje ze świata wokół. Mówi i drugiego słucha. Gdy czas nadchodzi drzewa, zapachy wydziela, wabiąc owady, pleśnie i grzyby do rozkładu. Wie, że pora w materii się rozpaść, aby na nowo odrodzić i dalej pieśń życia kształtować. Przerażają Was pożary i gdy przyroda płonie – a to tylko odbicie Waszych działań, wyborów, myśli i codziennego kształtowania. Nie mamy wyboru, trzeba nam przyjąć co się wydarza, gdyż nie jesteśmy odizolowani od tego co ma na nas wpływ. Dopiero wspólny wysiłek i koncentracja na jednym celu wyda owoc zmian. A u Was? Nie potraficie nawet porozumieć i dogadać jak wodę w obecnej sytuacji zachować…

Czyta ze mnie. Tak. Niedawno oglądałem. Że nie budowa dużych zapór, a zasypywanie rowków na ugorach, budowa zastawek na tych polnych i pozwolenie na działalność bobrom. Systemowa ochrona okresowych wiosennych rozlewisk na łąkach, z których woda powoli wsiąka, zasilając zasoby gruntowe. I nie potrafimy współpracować. W drobnych sprawach i wielkich. A zwłaszcza w istotnych. Gdzie dwóch, tam trzy zdania. Wiem to wszystko. Może dlatego nie przeżywam rozpaczy z powodu pożarów. Bo wiem, że to odbicie tego co sami stworzyliśmy. Że to też dla nas informacja, która będzie się nasilać w zjawiskach, aż ją wreszcie pojmiemy. Nie mi sądzić i wybierać, kiedy ma to się zdarzyć.

Mimo gorzkich i cierpkich słów, jakie przyszły od Olch, uśmiecham się jakoś w kierunku szuwarów. Rajski śpiew pieści stęsknione uszy arią anielskiej, zakochanej melodii. Do uroczyska przyleciał pierwszy słowik.

—————————————————————
—————————————————————

🌼 Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność! Po więcej gawęd z Drzewami Mocy i przesłań zapraszam Cię do mojej najnowszej książki, którą można już zdobyć w księgarniach internetowych:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

Możesz też wesprzeć tego bloga drogą pomocy materialnej i finansowej – darowizny można przekazać tutaj: 
https://pomagam.pl/szeptyknieipomoc

Dziękuję za Twój czas spędzony na blogu szeptów.

47445595_2267198426637942_1837768857591218176_n

Panny Jabłonne. Ballada z Polnej Pustki.

Brzask wieczornej gaśnie zorzy,
Szelest gdzieś z ciszą gaworzy

Czerwień tli się wątłym blaskiem,
Sarna się przekrada z trzaskiem

W polnej alei za garścią pustki
Dziwy dzieją się po kolei

Tu skrzaty zawiązują swe chustki
A zmora wychodzi na spacer

Błyszczy gwiazda pierwszą iskrą
Wszechświat zerka tutaj bystro

Dumny,

Zając zakurzył w gonitwy pyle
Kroków nakluczył aż tyle

Połacie ciemnią się nocą
Ćmy miękko na kwiatach łopocą

Mieszkają tu Panny Jabłonne
Co swe bogactwo przekazać
są skłonne

Posłuchaj jak sennie szeptają
Na dobranoc słowo szemrają

Że duch z pobliskiego cmentarza zagląda,
Posiedzieć przychodzi, swych drzew tak dogląda

I choć czasem jeszcze je przycinają,
One obrodzić się bardzo starają,

Boją,

Nieruchomo, ufnie stoją
Wtedy
Uciec chciały by niekiedy
Rzeknie mi opowieść swoją:

‘’Cieszę kiedy kwieciem kwitnę,
Roje pszczół do siebie skrzyknę

Potem skupię się na sobie,
Robię o co prosi człowiek,

Obfitości owoc zrodzę
Tak też sobie tu powodzę,

Niech zostawi mnie w spokoju…
Bo mam dosyć swoich znojów,

Przetrwać wiatry, wichry, burze,
Me problemy małe – duże

I samotnie z suszą zmierzyć,
Możesz i w to nie uwierzyć,

Ciężko bywa i wesoło,
Krąg żywota wiedzie koło

Szara mysz łaskocze w korze,
Kiedy wyspać się nie może,

Nocą sowa czasem siada,
Wieści z pól mi opowiada

Zioła, kwiaty i zwierzęta,
Każdy o mnie tu pamięta

Ja z rodziną tutaj żyję,
Wszystkich karmię,
Dobro czynię

Smuci traktor, z opryskami
Czcze nauki tutaj na nic

Gdy głusi, przyjść musi
Oby oddech nie udusił,

Nikogo,

Pójdzie każdy swoją drogą

A gdy sierpień żniwem legnie,
Ma gromada wnet przybiegnie,

Sarny, osy i szerszenie
Tutaj schodzą po jedzenie

I każdego z nich podejmę
Swą opieką go obejmę

Ma świadomość, roześmiana
Wzrasta, tworzy w swoich planach
Ta od Boga jest mi dana

Za horyzont sięga wielki
Tam gdzie żyją, Mirabelki – Siostry

Idz już do domu Człowieku,
Chociaż piękne są widoki,
Długie jeszcze czekają Cię kroki,
Noc świat objęła szeroki,
I zimno dokucza Ci w kościach,
Miło było podjąć Cię w gościach
Czuję Twój dygot w gałęzi
To efekt powstałej w nas więzi
Zajrzyj kiedyś raz jeszcze o świcie,
Wynagrodzimy w podzięce, sowicie’’

I duch popłynął z cmentarza,
Już skrzaty wołają z ołtarza,

Przystroiły go kwiatem paproci,
I w pola pobiegły gdzieś psocić

Skłonił się Duch pod Drzewami,
Przywitał, pomachał rękami
Wiatr zawiał, poruszył koroną
Pożegnał się z zorzą czerwoną

A Człowiek Wędrowny odszedł.

🌳 Stojąc tam, nie wiem jak długo i obserwując jak zmierzch przeradza się w noc, dogasa, spoglądałem na nie. Przeżywałem piękno i zachwyt. Tu błyszcząca gwiazda, tam czerwień gasnąca, szarak na polu, sarny przenikające, których kopytka ledwie szurały w zaoranej ziemi. Zimnica szukająca zaczepki. Cmentarz półdziki i cichy za plecami, a w nim trzaskające lekko drzewa. Wiedziałem wtedy, że dzieje się coś ważnego, czego nie umiałem wówczas nazwać. W Przestrzeni zawsze są jakieś słowa. Huśtają się i przeskakują po chwilach. Gdy pozwolić sobie na wzruszenie, łatwo je wychwycić, wypowiedzieć, spisać. Płynąca nić zdarzeń, obrazy z innego czasu, nierealne, nie wiadomo kiedy prawdziwe, a może zawsze? Za dnia nie wyglądają zachęcająco, niegdyś bez sensu pocięte, przetrwały na przekór wszystkiemu i tkwią. Każdego roku kwitną i owocują. Co tu się wówczas dzieje upalnymi wieczorami… Wiem jedno. Nigdy nie przejdę już wobec nich obojętnie. A oto i one:

92517557_1072771753090973_4421447253869199360_o

Brzozowe ze słońcem rozmowy

I tak trwamy w wymianie myśli i uczuć, aż słońce wydłuża nasze cienie. Gromko dziś grzeje. Chłonę twarzą życiodajne promienie, tak wytęsknione po zimie. Czuję się jak wyleniały borsuk, co wygrzewa stare kościska. Na skraju lasu już podbiał żółty kwitnie. Brzoza białym korzeniem przy sercu łaskota i błogo człowiekowi robi. Do śpiewu nastraja. Do tańców wzywa, choć wiem, że to akurat zgryw. Znowu chcą się ze mnie pośmiać. Już długo się znamy. Parę lat. Cała aleja, szpaler ‘’mocne zawodniczki’’. Ratowały, leczyły i pomagały w trudach wielu. Lubię bardzo to miejsce, bo tutaj one przewracają się same ze starości lub od wichur, i rozpadają, a pełne dziupli sztorce kikutów zasiedlają nietoperze. Gdy otwieram oczy co jakiś czas, przestrzeń ‘’pulsuje’’ fioletowym światłem. Jak stroboskop. Dostojny żuraw szybuje i z gracją ląduje na oziminie. Od paru dni zaskakują mnie tutaj swoją akceptacją. Przylatują, tańczą a dziś jedno na moment ukłoniło się drugiemu, przysiadając. Z pola nadchodzą sarny. Pląsają beztrosko. Odludna okolica. Szare moro zlewa się odcieniem z brzozowym pniem, nie dostrzegają mnie.

Czołem dotykam kory i jednocześnie opieram na niej dłonie. Od jakiegoś czasu zauważyłem, że taka pozycja jest mi najlepszą do skupienia i przepływu. Drzewo przegląda mnie sobie, czyta moją duszę jakby przewracała kartka po kartce. Tak to czuję. Bardzo połączonym się wtedy staję z…? Od przyjaciół ludzkich będących daleko napływają myśli i emocje, jak się potem okazuje, aktualne na dziś. Brzoza ‘’kartki’’ sobie wyciąga, przypatruje uważnie, wzdycha… Trzy piętra w nastroju niżej. Ot tak, nagle. Do głębokiego strachu. Znowu? Czego tym razem się boję? Kiedy tego koniec? Brzozy się powtarzają, ale rację mają. Z tym tańcem, ruchem i wytrząsaniem. Powinno się na bieżąco, ale przecież nie będziesz się za każdym razem otrząsać jak piesek. Dlatego z drzewami jest zawsze tak… zaskakująco… Nigdy nie wiesz co Ci pokażą, co zobaczysz o sobie. Na miłe szczęście, im nic w człowieku nie przeszkadza. Robią co potrafią, abyś i Ty poczuł się jak one. Słońce rozlewa się w plecach błogością, a w lesie urzęduje chór ptaków. Są czyżyki, kosy, lerka, szczygły i kruki. Ptasi gwar przybiera na sile wraz z kołysaniem pękających sosen w tle. Gdy zerkam na czas i chcę już ruszać, brzozy nie puszczają… Niewidzialna nić, nie pozwala jeszcze mi stąd odejść.

Będziemy czekały na Ciebie tu zawsze,
Pod wiatrem, pod niebem z gwiazdami

Gdzie zdarzenia dzieją się najciekawsze
Cieszymy, gdy jesteś tu z nami

I jeszcze ostatnie minuty,
Niech nuty popłyną przekazu,

Nim pyłem w pośpiechu zakurzą się buty,
Nie odchodz tak prędko, od razu

Słowa raz jeszcze rozdźwięczą,
Ziemi Ty dotknij w pokłonie,

W kolorach aury pomaluj się tęczą,
Do Matki zbliż swoje dłonie

I mów:

‘’A wszystko opuszcza me ciało,
Co bolało przez długie miesiące

Co się miało wydarzyć już stało,
I zdrowiem oddycham dziś w końcu

W głębiny macierzy oddaję,
Każdą przyczynę bezSiły

Odtąd w swej mocy powstaję
Wigorem już tętnią me żyły’’

Słońce w promieniach roztopi
Zalśni potęgą jasności,

Deszczyk wieczorem pokropi
Byś istnieć mógł w tej radości

Ciepło wypełni niech ciało,
Światło rozleje kaskadą

Obserwuj co będzie się działo,
I wspieraj tą brzozy poradą:

Ugłaskaj trawy w czułości,
Miękko, łagodnie z pieszczotą,

Zobacz jak dobrze już łożą się sprawy
I życie podejmuj z Ochotą

Powtarzam – mamrotam za brzozami ten rozświetlający wiersz. Dużo płaczę. Jak to zawsze wtedy. I zostaję jeszcze. Siadam pod kolejną. Ciepło z nagrzanego pnia jakby przechodziło we mnie, rozkładam jeszcze szeroko ramiona do słońca, aby złapać go jak najwięcej. Ależ się zmieniłem. Księżycowy, nocny, zimowy włóczęga, teraz tylko by się grzał i spoglądał w błękit. Gdy patrzę w bok, widzę w marszu dwie sarny, te same które przyszły z pola, ruszają nań znów. Zerkają zza pni. Pewnie były pić. Drzewa ślą do nich uspokajające wiadomości. Tym razem ‘’gapcie’’ omijają mnie po zapachu, małym łukiem. Lerka – skowronek borowy, z uporem melancholii podtrzymuje swą jednostajną zwrotkę gdzieś nieopodal. Jutro będzie deszcz.

P00308-153010

Wieczorne schadzki z jeleniami o zmroku

Jadę polną dróżką pod lasem, ostatnim widokiem w gęstniejącym w mroku omijając co i raz wystające gałęzie. Już wracam. Rower sunie cichutko, lekko. Zanim nań wsiadłem, pole zlustrowałem lornetką. To model do obserwacji dziennych o parametrach 8×42, ale sprawdza się też awaryjnie o zmierzchu, bladym świcie lub przy pełni księżyca. Błysk myśli: ‘’A co jeśli sarny są po tej stronie gdzie jest ciemno i ich nie dostrzegłem?’’ W tym momencie tam w mroku zauważam większe czarne sylwetki. Płyną. Jednak! Hamulec i zeskok. Szum małego zgrzytu. Jelenie właśnie wychodziły z lasu na pole. Kilka z nich już tam tkwi, reszta podąża powoli. Jedenaście. W lornetce którą podnoszę dostrzegam trzy byczki i reszta łań. Dopiero nakładają nowe poroże. Pocieszne krzywulce. Nie zareagowały szczególnie na podjazd, choć coś usłyszały. Jakieś 20 metrów od nich. Doświadczenie uczy. Gdy nagle wpadniesz z jazdy na zwierzęta, hamuj i zeskakuj. One jakby nie wiedziały wtedy co dokładnie się stało, no był jakiś nieokreślony dzwięk, ale nagle zgasł. Są skonsternowane. Oddycham głęboko i ciężko, ale one zaczynają się paść. Rower w kolorze czarnym, nie widzą. Nowoczesny składak w lesie i polnych duktach sprawdza się znakomicie. Sztyca kierownicy jest bez zgiętego mostka, dzięki czemu przy takim zeskoku nie obijam lornetki, którą cały czas mam na szyi w pogotowiu. I nisko poprowadzona rura ramy, dzięki czemu ląduje od razu na obu nogach, cicho. Mały rower dla małego człowieka. Pokochałem go od razu, a serce bije mocniej radością gdy w takich momentach jak teraz, po prostu się sprawdza. Na ‘’góralu’’ było zawsze więcej hałasu i niewygody. Chmara oddala się nieznacznie, ale widać, że ich cel był tutaj. Nie mam jak ich ominąć. Trzeba czekać. Mijają minuty i minuty… Chłodno. Coraz ciemniej. Ostatnia zorza wieczoru już dogasa, to ledwie subtelny poblask. Tak ciemność. Jelenie oddaliły się nieznacznie. I gdy zamyślam, którędy tu ruszyć aby wybrnąć, z gąszczy wynurzają się kolejne. Jakby osobna chmara. Patrzą za tamtymi…Pierwsze wychodzą dwie łanie. Jedna z nich, pewnie przewodniczka, uspokojona obecnością tamtych w oddali staje bokiem, i jakby gestem głowy zachęca pozostałe do wyjścia. Przechodzą. Ona czeka aż wyjdą wszystkie, i gdy stoją już grupą, ponownie wysuwa się na czoło. Mój Borze Iglasty. Co za społeczne zwierzęta. Jedno drugiego nie opuści zdaje… W licówce wyczuwam matczyną opiekuńczość. Na moje szczęście wieje lekko od pola, na którym tkwią. Rozciągają szeroko – z dwóch stad naliczam łącznie 25. Jak one kroczą. Z taką gracją. Jeleń podąża dostojnie, z kunsztem, jednocześnie jak na tak duże zwierzę potrafi bardzo cicho. Zagapiam się nieco na gwiazdy, gdy spoglądam na pole znów, już ich nie ma. Potrafią zniknąć jak duchy. Korowód niemych cieni.

Drugi wieczór zasiadki.

Wysoka czatownia na bagnem, to mój mały raj. Gniazdo wędrowca. Mógłbym tu chyba zamieszkać. Siedzę od popołudnia do zmierzchu, podziwiając ptactwo. Tędy zapadają żurawie w pielesze, szybują parami tak nisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Widok – ekscytacja. Bagno budzi się do wiosny. Przestaję rozpoznawać niektóre ptaki, znak, że jest ich już za dużo. Wyją, trąbią, kwilą, poćwierkują, piszczą… Odgłosy ptaków z mokradeł są inne niż małych śpiewaków – czasem ostre w tonie, potworne, dudniące, albo miękkie i głuche. Jest sporo drapieżnych. Nawet sobie nie wyobrażam, jak one tutaj mogą się pogodzić. Bo jest para jastrzębi, samica daje zew co jakiś czas. Para myszołowów, jakichś orlików, a dziś trzy razy widziałem bielika. Potem leciały w parze. Zanim zapadł zmierzch. Jeden przysiadł na drzewie, obserwował mnie z dala. I tylko mój zając gdzieś przepadł ostatnio. Już nie czeka na mnie pod lasem. Nie ma go nawet w kryjówce gdzie zazwyczaj spał, zajrzałem. Notorycznie tam nocował. Uszaka brak. Pewnie orły… Był taki ufny…
Na rozlewisku pluskają kroki. Nie pojedyncze. Idzie więcej zwierząt. Człapie jak zmora… Skrada się. Nadchodzi. Ten pogłos narastającego plusku… Mógłbym go słuchać wieki. Jednak gdy zabieram tu gości, zwykle z początku boją się, choć mój spokój zasiewa fascynacje tym co się dzieje. Bulgocze zwierciadło. I wiem, że to nie dziki. Gdy one ruszają przez moczar, to trochę jakby tornado szło. Tu pluskot jest silny, ale i wyważony. Pewnie jelenie. Mają tam ścieżki, przeczuwam, że nie wyjdą mi tutaj na widok, choć mogłyby. Drozdy śpiewają jeszcze, ale za chwilę przestanie być cokolwiek widać. Podejmuję powrót.

peyzazh-nebo-pticy-olen

Prowadzę rower skromną dróżką przez łąkę. Nie chce mi się jechać, hałasować, i obijać tyłka na buchtowiskach. Na moment zapalam światełko. Gdy wynurzę się zza krzaków, będę na widoku z przeciwległej ambony, bezpiecznie więc się pokazać. Zatrzymuje mnie jakaś myśl. No bo szło, szło, pluskało i nagle wyparowało. Cicho. Gdzie się podziało. Metodycznie podnoszę lornetkę lustrując łąkę którą mam przed sobą, i na którą za chwilę bym wyszedł i nie wierzę – znowu jelenie! Właśnie wyszły z olsu. Suną przed siebie, znowu na pole. Nie zwróciły uwagi na moje światełko. Kroki skupienia. I pojmuje co tu się zadziało. Wczoraj jednak, coś musiały wyniuchać, mimo że nie dały po sobie poznać. Dziś Łania Przewodniczka poprowadziła więc inną trasą, aby ominąć podejrzane miejsce z wczoraj. A ja nie zamierzając wcale, przechytrzyłem licówkę. Dziś odchodzą jeszcze spokojniej. Czekam i przepuszczam, honorując pierwszeństwo gospodarzy. Przed nimi goła ziemia pól, a więc pójdą dalej na rzepaki. Oddycham spokojnie, bo nie jechałem. Nie usłyszą. Ustawiają się bajecznie – na tle niemal zgasłej zorzy zachodu. W nucie czerwieni, osadziły się ciemne sylwetki zwierząt. Na co czekają? Wiem – tam szosa. Nie przeskoczą tak od razu. Mrugam kilka razy, i znów ich nie ma. Mogę spokojnie wracać.

Czarna noc to nie pora do obserwacji nawet z najlepszą lornetką. Ale do słuchania. Jest na tyle ciepło, albo mam taki zapas ubrań, że robię sobie jeszcze krótkie czuwanie w ciemnicy. Można by zaczekać na dziki. Trudne do wychwycenia, ulotne, niesie się poszczekiwania lisa. Dziwię, że w marcu. Za lasem, przy bagnie, coś charczy i chrypi. Brzmi jak zmutowany sarni demon. Nie czuję niepewności, nawet gdy nie wiem co to. Raczej ciekawość. Pójdźki zaczynają wywrzaskiwać nad ugorem, chyba że to jedna tak wywija. Po chwili do diablej orkiestry dołącza daleki puszczyk. Pierwsze sowy w marcu! Tak się cieszę. Ale one ogłaszają, że ciemności panowania nastał tu czas. Niczego już nie zobaczę. Ostatni przystanek przy miedzy, na słuchanie pod śpiącymi brzozami, i żal wracać…

ed12a26d6235a1504250ae7e828640f4