Leśne przedszkole. Przyrodnicze wędrówki edukacyjne dla dzieci i rodzin.

Smutno było wędrowcom, gdyśmy dowiedzieli się, że nie można zachodzić już do przedszkoli i szkół, aby z gawędą i prezentacją poopowiadać o sprawach lasu. Dlatego tego roku zapraszamy do Krainy Szeptów, prosto do Czeremchowej Puszczy, na lekkie i przyjazne wędrówki rodziny z dziećmi, dostosowane wesołym programem pod edukacyjne potrzeby najmłodszych. Żywa lekcja przyrody w terenie, ze śpiewem ptasim, owadami, śladami, gniazdami, norami – wszystkim co podczas marszu napotkać można, a co będzie wołało o wyjaśnienie. Dzieci to wyjątkowi, ciekawi, i zaangażowani słuchacze, pełni pytań i żądne wiedzy, dlatego uwielbiam przekazywać im swoje opowieści, a potem cieszyć, kiedy same opowiadają, co udało im się odkryć w kniei. Takie wyprawy już się odbywały w minionym i bieżącym roku, co można zobaczyć na załączonych zdjęciach.

P90807-132136

P90807-115046

P90807-123746

Celem warsztatów jest przekazanie najmłodszym podstawowej wiedzy o sprawach lasu, zaznajomienie z gatunkami roślin zwierząt, oraz podlanie ziarenka wrażliwości i troski, wobec dzikich mieszkańców pól i kniei.

CO W PROGRAMIE?

– Wędrówka z lornetkami i przyrodnicze opowieści

– Skakanie po sianie i zjeżdżanie na słomie

– Sztuka uważności: Co żyje wokół nas? Zapoznanie z gatunkami ptaków, owadów i ssaków.

– Miecze świetlne

– Opowieści wędrowca: Czytanie leśnych baśni i wspominki
prawdziwych przygód przewodnika podczas gawędy

– Księga Kniei: Odczytywanie znaków, tropów, i śladów, sztuka tropiciela

– Gry, zabawy, gonitwy, tańce i skakańce

– Muzykowanie i rysowanie

– Pamiątkowe pióra

– Szukanie krasnoludków, elfów i driad 🙂

Podziękowanie to 200 zł od uczestnika. Kwota nie obejmuje noclegu w kwaterze. Gościniec posiada kuchnie dla gości, jest też możliwość zamówienia śniadań, obiadów, kolacji.

Wędrówkę i zajęcia poprowadzi Sebastian Czeremcha – pisarz, wędrowiec, tropiciel i obserwator przyrody. Autor bloga ‘’Szepty Kniei’’, gawęd, wierszy, ballad, opowiadań i książek. Więcej o mnie w zakładce TUTAJ. 

60337814_1306148059541690_229264684245581824_n

60345186_816676132033871_7597015453986193408_n

P00215-154831

LINK do kwatery gościnnej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Przegląd innych wędrówek, warsztatów, zajęć i spotkań:
https://szeptykniei.wordpress.com/warsztaty-wydarzenia/

Kontakt i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

P00314-161350

P90807-124621

P00215-163451

Pamięć sarniego rodu. Dlaczego zwierzęta przychodzą nocami do miast?

Już nigdy nie zaprzeczę, gdy ktoś powie, że moja dusza przyciąga do siebie zwierzęce sytuacje  Wracałem sobie z lasu nocą, już po obserwacjach, wrażeniach, radościach, jestem niemal przy swoim osiedlu. Patrzę, a tu kozioł sarny wyłazi na asfalt. Ale, idzie tyłem! Stosuję manewr ‘’składkowy’’, zeskakuję z roweru na obie nogi cicho, jak się nauczyłem. Nie usłyszały. Zwierz cofa się, z łbem nastawionym. Szybko się okazało, że są dwa i jeden naciera na drugiego. Zaczęły się trykać na środku drogi! W świetle ulicznych latarni wyglądało to surrealistycznie i zjawiskowo. Dyszenia, sapania, poświsty, oddechy, jak to u saren. Szał rui – teoretycznie tylko to tłumaczy, ryzykowane zachowanie. Jest przecież środek lata, nie szukają tu pokarmu, bo wszędzie go w bród. Następnie jeden zepchnął drugiego przez drogę, na ostatnią niezagospodarowaną i nieopłotowaną działkę, pełną krzaków. Ja poszedłem tam cicho za nimi, po pierwsze ciekawość, bo wszędzie wokół osiedla, one były tam uwięzione. A już autobus i auta jechały. Chciałem w razie co, dać znać kierowcom. Kozły na tej działce się goniły, ale gdy wszedłem nieco ścieżką w ciemność natychmiast rozdzieliły, a jeden stanął i mnie obserwował jak widmo. Chyba liczył na swój naturalny kamuflaż. Auta przejechały z hałasem, na sarnach nie zrobiło to wrażenia. I potem jeden zdecydował, że sobie wyjdzie, i to udało się nagrać.. Wcześniej byłem za daleko.

W pozornie pięknej i wesołej sytuacji, kryje się tragedia sarniego plemienia. I niech to wszystko pozostanie moją osobistą interpretacją, z którą nie trzeba się zgadzać. Ta ciemność, do której zeszła sarna na nagraniu, które umieściłem na swoim FB, to już rozjechany koparkami teren, pełen kabli, rur, ceglanego tłuczka – oto nowe działki są ‘’uzbrajane’’ pod przybycie kolejnych osadników. Dwa miesiące temu, jedna sarna leżała w tym samym miejscu po potrąceniu martwa, pamiętam chciałem zrobić zdjęcie i opowiedzieć jak to widzę. Ale to też była noc, a za dwa dni szczątki były już rozdarte mocno przez lisy czy koty. No bo co skłania sarny, do niebezpiecznych marszy do stolicy ludzkiej, wprost na orzęsione światłami, pełne pułapek skupiska?

Pamiętam dawniej tą okolicę. Wokół, jak sięgnąć okiem, same pola… Sarny zawsze wędrowały tędy w ciemnościach, a i za dnia, migrując pomiędzy odległymi lasami, szukając spokojnych żerowisk, towarzystwa innych swych braci i sióstr. Odwieczny przesmyk, szlak znany tylko zwierzętom… Zapisany w umierającej, gasnącej pamięci. Ona odejdzie, wraz z ostatnim śmiałkiem uwięzionym w labiryncie opłotków.

Sarny to wiedzą. Mają to zapisane w genach, nogach, kopytkach. Tędy wędrowały od pokoleń, zawsze. Tutaj prowadzi je instynkt – jak ongiś ich babcie, dziadów i przodków. Tędy maszerowały chmary, ciągnąc kilometrami przez śniegi zasp. Nocą, jest w miarę cicho. Można się ośmielić. I będą tutaj przychodzić, dopóty ostatni wolny skrawek nie zostanie odcięty siatką ludzkiej dominacji. Wtedy znów się cofną. Ustąpią. Jak wszystkie zwierzęta, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat musiały opuścić swoje prastare ostoje, pielesze i siedliska, które zawłaszczył człowiek pod swoje budownictwo. Przyjdzie dzień, że tego miejsca zabraknie. Dla nas i dla nich. Ciekawe, czy wówczas spróbujemy jakoś żyć razem, czy może zatracimy się w ‘’misji’’ świętej ekspansji ‘’jedynego słusznego’’ gatunku?

O takich sprawach wiedzą chyba tylko wędrowcy. Ci, którzy żyją blisko zwierząt i śledzą ich zachowania. Nowoczesnego człowieka to nie obchodzi. Trzeba się wybudować i mieszkać, a potem pracować. Zwierzęta mają być w lesie, a może tam też nie, bo ‘’robią szkody’’, więc może jeszcze lepiej w zoo. A najlepiej w książce na obrazku. Niech nie zbliżają się do nas, i nie ‘’stanowią zagrożenia’’ dla kierowców. Fragmentaryzacja siedlisk, ich poszarpanie, nie branie pod uwagę w planach przestrzennego gospodarowania, prowadzi do takich sytuacji. To jest naprawdę dramat. Żyjesz dziko, przemierzasz, kryjesz w zaroślach, przemieszczasz nocami i kluczysz, byle tylko uniknąć hałasów świata cywilizacji. Ich świat umiera, kurczy się, znika, każdego dnia. Nie mogą zaprotestować, zrobić petycji, wyrazić sprzeciwu, wypowiedzieć się. Możemy my – spróbować je usłyszeć, i spojrzeć kawałek poza czubek swej rezydencji, i często wyimaginowanych ‘’potrzeb’’. Ale przecież to tylko sarna, zdechnie sobie na poboczu i szybko, zapomnimy o sprawie. Wrócimy do swoich obowiązków. Zezłościmy na wgniecioną karoserię i głupiego zwierza.

A ja stoję wciąż, taki szczęśliwy i tonę w przemyśleniach. Jestem świadkiem. Kronikarzem. Ostatni taniec dzikiej energii, przed nieuchronnym panowaniem betonu, tui i przyciętych wzorowo trawników, miał miejsce właśnie. W mojej pamięci sarny zostawiły swoje wieczne pozdrowienie, obojętnie, co z tym miejscem dalej się stanie.

40969392_2152939054958826_6338813096867704620_n

Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność. Jeśli w swoim sercu poczułeś prawdę tej historii, możesz pomóc mi w tworzeniu kolejnych, abym dotarł z nimi jeszcze dalej, niż obecnie wynosi zasięg bloga. Wszystkie swoje wędrowne sprawy utrzymuję z dobrowolnych darowizn od osób, które chcą współtworzyć ze mną to miejsce. O tym na co przeznaczane są wpłaty, przeczytasz szczegółowo na zbiórce, do której wsparcia leśnie Cię zapraszam – jednorazowego, lub częściej.

https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

Pełnia zbożowego księżyca. Wędrowne warsztaty w przyrodzie.

To my, Wędrowcy!

Na suchej murawie postój robimy, przed ostatnim podejściem do lasu. Wieś ospała, ze zdziwieniem nieco spogląda, na korowód kolorowych ludzi, co pobrzękują sobie na kalimbach w marszu. Dziś trochę kilometrów na nogach. Już wieczór kroczy. Uparte chrząszcze podlatują co i raz do włosów, nikomu krzywdy nie robią. Startują z traw, aby popaść trochę na pobliskich lipach. Jeszcze odzywają się dzierlatki. Na siwym kolorycie drogi, zupełnie ich nie widać. Niebo zaroiło się od nietoperzy. Na horyzoncie ciemny pas chmur tęgich sunie z nieubłagalną zapowiedzią, ale my pewni jesteśmy, że tej nocy uda się zobaczyć Zbożowy Księżyc. Dalszy marsz pod lasem, to już subtelne ćwierknięcia i piski wszędobylskich nietoperzy, które zamieszkały w zmurszałych brzozach. Najstarszego w kniei Kasztanowca, otaczamy łańcuchem splecionych dłoni, słuchając przesłania wieści minionych. Wypowiadam wtedy drzewu słowa…

Ty zaś kręgiem otoczony,
Każdy z nas wnet uzdrowiony,
Nie ma między nami granic,
Zacznij swój radosny taniec
Wszystkie nasze, ludzkie dary,
Przyjmij prosto, w swe konary

Ostatnia sarna schodzi z popasu, szukając bardziej soczystych krain w okolicy… Jej czujny cień, obserwujemy w odchodzących zwidach lornetek. Złoty księżyc wypływa w majestacie nad lasem, karmiąc ucieszone dusze widokiem swej pełni.

107330666_1141972016170946_7444994849681440246_n

107405154_1141972066170941_7533354964025732698_n

PÓŁNOC

Doczekaliśmy księżycowej gościny. Złoty gospodarz wędrówki, ze snu wśród chmur, odkryć się wreszcie raczył. Jak pan na włościach, sunie powoli, doglądając dojrzałości swych łanów przed żniwem. Srebrzyste promienie rozlewają się smugami po polach. To nasz dzisiejszy przewodnik. Podążamy za jego blaskiem. Zatopieni w trawach świerszczowie, wygrywają nieustające nuty swoich serenad, my próbujemy z nimi… Cisza spaceruje w przestrzeni. Szurają gdzieś w oddali sarnie kopytka. Spokój. Maleńkie, puchate przepiórki zasnęły w oceanie zbóż. Nie słychać ani jednej.

A potem Kobiety zdejmują buty, i idą boso potańczyć na łąkę. Ja przejmuję bęben i gram, jak potrafię. Ruchy chwiejne, intuicyjne, rozpływające się w szarej nicości, kołyszą wśród drzemiących kwiatów na murawie… Ziemia Matka, wdzięczna swym Córkom oddycha głęboko, błogosławiąc z każdym szumem pogrążonej w ciemnościach puszczy. Dla takich chwil jedynych, warto żyć.

Jedna z uczestniczek warsztatów, Karolina, na swoim FB opublikowała własną opowieść, zawierając swoje wrażenia i przeżycia z wyprawy. Po prostu ją poniżej przytoczę 🙂

112849671_718432245648227_2463882846373922794_n

”Codziennie spotykam się z ludzkimi historiami. Pięknymi, sentymentalnymi, ale też trudnymi i tragicznymi. Wysłuchuję, pokazuję drogę, wyposażam w niezbędne narzędzia idącego przez życie wędrowca. I choć historie są różne, przytrafiają się czasami i takie takie, których nigdy się nie zapomina i które będą nas w żywe do końca naszych dni. Pozwalają podejmować właściwe decyzje oraz utwierdzają w dokonanych wyborach. Czasami pozwalają uporać się z własnymi strachami, choć myśleliśmy, że dawno ich w nas nie ma, a one tylko się ukryły pod dawnym kurzem zapomnienia.

Tak właśnie było w ten niezapomniany weekend imieninowy, w dzień pełni zbożowej. Spotkanie z autorem „Szeptów Knei” to nie tylko wędrówka i rozmowa z drzewami, to także intuicyjny taniec na miękkiej trawie, gra na kalimbach (tak, zrobiłam to!  oraz rozmowy o życiu, podróżach duszy, odkrywaniu swojej drogi i podążaniu za głosem serca. Wiele się zadziało na każdym poziomie u każdego z nas, wędrowców. Spotkałam też zioła, których nie znałam, a być może będą mi potrzebne. Nazbierałam trochę lipy i chabra bławatka, ukoiłam wzrok „makowym rumiankiem” wyjętym spod pędzla impresjonistów.

Wiedziałam, że nie znalazłam się tu przez przypadek… czasami dwie osoby szukają się we wszechświecie, aby obdarować się wzajemnie. Dziś jestem bogatsza o doświadczenie spotkania Sebastiana. Niczym druid zaznajomił nas z tajnikami lasu i odgłosami jego mieszkańców (dębem Krzesimirem, dębem Radosławem, Kasztanowcem „w żeńskiej postaci”, sarnami, lisami i ptakami oraz z wartkim nurtem wymownie brzmiącej rzeki „Samicy”).

Nie tylko poszerzyłam swoje horyzonty terapeutyczne, ale po powrocie czekała na mnie propozycja wydawnicza! Cudownie jest czerpać z obfitości tego, co oferuje nam wszechświat, z mądrości zwykłych-niezwykłych ludzi, fenomenu przyrody i źródeł energetycznych, które nam oferują. Ale trzeba umieć nauczyć się dostrzegać i przyjmować ten niesamowity prezent.

Dziękuję Sebastianowi oraz pozostałym uczestnikom wyprawy za pięknie spędzony czas. Za nasze rozmowy, nieprzespane noce, bieganie po stogach siana, siedzenie na ambonie i wiele innych rzeczy, które się zadziały.

Polecam odwiedzić Sebastiana i udać się z nim na wędrówkę. Wiem, że to, co robi jest jego całym życiem, dlatego do niego przyjechałam. A także dlatego, że wzywał mnie jego dąb, ponieważ jego imię ciągle wracało do mnie w myślach.. A gdy już dotrzecie do Sebastiana zatrzymajcie się proszę w „Pokojach gościnnych Joanna” przy ul. Koszycy 52 w miejscowości Rokietnica. Gościnność właścicieli pozostanie Wam na pewno na długo w pamięci (oraz przepyszne ciasta, które piecze pani Iwona oraz warzywa z przydomowego ogrodu uprawiane przez pana Tadeusza). Ich pensjonat był pełen gości, ponieważ ich naturalna, niewymuszona życzliwość jest po prostu zaraźliwa.

Ach, rozmarzyłam się. Było mi tam tak dobrze i spokojnie. Przywołam wspomnienia czytając fragment książki, którą otrzymałam w prezencie od Sebastiana… i pomyślę chwilę o moim wolnym, dzikim lesie niczym o niezależnej, dojrzałej i mądrej kobiecie-lisicy – już na zawsze..

DZIĘKUJĘ ZA DRZEWNE PRZESŁANIE. Teraz pozostaje mi tylko iść drogą przeznaczenia. ”

Julia

Cóż mogę powiedzieć jako skromny wędrowiec – takie słowa są dla mnie najpiękniejszą nagrodą, za serce jakie wkładam w przygotowanie i ”plan” każdej wyprawy. Bardzo dziękuję gościom lipcowej wędrówki w czasie Księżyca Zbóż: Marcie, Karolinie i Martynie za wspaniały czas, niestrudzone kroki, gawędy pod gwiazdami, słuchanie mowy drzew i księżycowe pogrywanki, których w formie filmu nie mogę niestety dodać na bloga. I za wszystkie piękne słowa, które w tej historii mogły się pojawić.

A to pamiątkowy plakat z tego zdarzenia, wraz z atrakcjami jakimi knieja obdarowała swych gości.

Plakat1 Lato

Pamiętajcie, że wyprawy są organizowane każdej pełni księżyca, a także poza nią, jako indywidualne wędrówki leśne. Wystarczy odezwać się na email, i zawsze znajdziemy jakiś czas do wspólnego wypadu. 

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie, na kolejnej wyprawie po żniwach i w jesienne rykowisko!

 

Czarny jenot, czyli wędrowny dzień barda.

Zwierzęta są wrażliwe artystycznie. Na pewno słyszeliście o malujących słoniach czy świnkach, ale moje zdziwienie w poznawaniu ich świata wzrasta notorycznie, kiedy gram w lesie. Tego popołudnia dąb niespodzianie wezwał. Wahałem się bardzo czy ruszyć, no bo sobota, więc w lesie będzie dość tłoczno. Jak się okazało, nie było nikogo, widać wszyscy na grillach itp. Żadnego biegacza czy rowerzysty. Drzewo wiedziało. W ostatniej chwili przed wyjściem, łapię z półki kalimbę, też zdumiony dlaczego akurat Krzesimir woła, bym ją zabrał. Znam przecież niemrawy, mruczący charakter dębów, czyżby jednak lubiły słuchać srebrzystych, krystalicznych dzwięków, zamiast swojego dudnienia?

Gdy jadę do lasu, drogą prosto na mnie zasuwa zając. Pierwsze powitanie na dobry początek. W szarym kolorycie podeschniętej ziemi wygląda jak duch. Rozpływa się jak widziadło. Ktoś inny wziąłby go za omam.

Siedzę pod nim. Momentami, dłonie wybuchają ciepłem. Wtedy wiem, że drzewo pracuje ze mną, choć go nie słyszę. Ucieszył się gromko z tego przyjazdu. Chwilami pogrywam kalimbą. Już wieczór osiada. Rzeczywiście, nie było ani jednego człowieka. I jakoś nagle się obracam. Na drogę z lasu wyszedł właśnie zajączek, jednak widząc moją głowę natychmiast się cofa, bo ‘’został zauważony’’. Musiał jednak słyszeć jak pogrywam, mimo to, szedł. Teraz siedzi w zaroślach, i nadal mnie obserwuje. Kilkanaście metrów dalej, na lucernie pasie się sarna. To stara roślina pastewna, dziś już rzadko uprawiana, bardzo lubiana przez zwierzęta. Dlatego tego roku, Krzesimir bardzo cieszy się towarzystwem. Są tu za dnia, a od wieczora można na poletku naliczyć po kilka. Raj dla fotografa. Gdybym nim był. Gram celowo głośniej, ale sarna nie zwraca na to żadnej uwagi. Dzwięki Kalimby, choć srebrzyste i kryształowe, widać nie różnią się dla niej od śpiewu ptaka. Są jak część otoczenia, pieśń natury. Cieszę się bardzo, że mogę podarować swojemu kochanemu lasowi te odgłosy. Mija nieco czasu. NA dębowy konar zlatuje Drozd Śpiewak – ten zanurza zmierzch w kunszcie swej znakomitej pieśni. Siedzi tuż nade mną. Ja gram, on śpiewa. Duet. W zaroślach z tyłu coś szeleści. Chodzi, chrzęści, i zbliża. Kiedy cichnie, obracam głowę. Na drodze stoi jakiś zwierz. Nie rozpoznaję. Przypomina trochę przerośniętą fretkę. W pierwszej chwili biorę go za większego kota. Bo jest niemal cały czarny. Zwierzak robi jeszcze krok, i wtedy zapalają się jego dziwne oczy w tamtym momencie wydają mi się żółte, jakby świeciły. Ozdobny, futrzasty, gęstszy kołnierz wokół szyi. Jest też smukły, gibki. I mimo tylu niewiadomych sprzecznych rozpoznaję – toż to jenot! Ale dlaczego czarny? Bywają one szare, siwe, zawsze z jakimś srebrzystym akcentem. Grube i puchate. A ten szczupły taki, jak sportowiec jaki. Może młody? Na to wygląda. Oczywiście, przez cały ten czas gram. Tkwi taki piękny, czujny i nieziemski. Mimo maleńkości wygląda dostojnie i groznie, jak najbardziej dzika pantera. Jenot rozgląda się, po czym wnika w pobliskie gąszcza. Kolejny duszek puszczy, zaszeleścił. A ja w podziwie i szczęściu, zastanawiam się, jak w ogóle o tym komuś opowiedzieć…

Niebo wygląda dziś, jakby było pomalowane od spodu. Granatowe obłoki lśnią czerwienią, malowane przez ostatnie promienie zgasłego słońca. Horyzont jest jednym pasmem szkarłatu. Na tym tle, żeglują powolne czaple. Powrzaskują do siebie ochryple. Zmierzają pewnie ku wodzie. A mi przypomina się, że to już któryś raz, kiedy w tym tygodniu widzę czaple. Zwierzęta Mocy. Chcą coś powiedzieć. Trzeba będzie sprawdzić.

Komary zaczynają imprezę. Sarnie nie przeszkadza moje poruszanie się. Czasem spogląda w tym kierunku. Lucerna lepsza. Po pożegnaniu z dębem idę już drogą prowadząc obok rower i obserwując sarniątko na poletku. Spogląda, słyszy. Ale nie podejmuje ucieczki. Lekkie krzaki na poboczu, dają jej poczucie bezpieczeństwa. Ja jednak będę musiał się pokazać. Chcę jeszcze wejść na ambonę i posiedzieć do ciemności. Dopiero teraz zwierzak robi kilka susów, ale widać, że są one leniwe, wymuszone. Posyłam jej w myślach przeprosiny i ciepłe myśli bezpieczeństwa. Ona wie. Zatrzymuje się tylko kawałek dalej, nie zwracając już uwagi na moje wdrapywanie się, przebieranie, wiercenie za wygodną pozycją. Mimo że bywam ostatnio tu rzadziej, wciąż mnie pamiętają. Każdy znalazł swoje miejsce. Zależało mi, bo zanim zorza zachodu dogaśnie, można tutaj obserwować arcyzwinne nietoperze. Już nie zamierzam grać. Obserwuję pogrążające się w ciemnościach poletko. Bezwietrznie. Jaki spokój. Dalekie auta na szosach, suną światłami. A tutaj borsuk oto, z posapywaniem wynurza się z trawy i przechodzi tuż pod amboną. Oko rozróżnia jeszcze biel przy jego głowie. Sarny zamieniają się w duchy. Ich szare cienie krążą na polu, pogrążone w raju lucernowego pastwiska. Jedyne odgłosy jakie słychać, to urywane szarpanie, kiedy płowe pyszczki wyrywają kolejne kęsy. Koncert żerowiska. Jak opisać to komuś, kto nigdy nie miał okazji słyszeć? W głębokie ciszy, pogłosy zrywania i przeżuwania odmierzają minuty, godziny, bezczas… Koc rzucony na nogi, grzeje błogo. Pora zatopić się w Nocnym Czuwaniu.

DZIĘKUJĘ ZA TWOJĄ CZYTELNICZĄ OBECNOŚĆ Po więcej opowieści zapraszam do książki ”Szepty Kniei”:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

🥰 A jeśli podobała Ci się ta historia, możesz okazać WSPARCIE dla mojej działalności autorskiej, podziękowanie czy pomoc, którą można zostawić TUTAJ:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

24954295828e13c17aff9c40339fe514

Rower dla Wędrowca, czyli dlaczego wybrałem składaka?

Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi, że będę jeździł na składaku z własnej nieprzymuszonej woli, i jeszcze go sobie kupię, pewnie bardzo bym się śmiał i przeczył. Ja, fan ‘’górali’’ i ‘’damek’’. Ale tak to jest, kiedy pojazd wybiera Ci Dusza  Wybrała, nakierowała, pokazała i trafiła w samo leśne sedno potrzeb. Rowerów w swoim życiu przerobiłem i zajeździłem wiele. Mimo to, ten oto czarny składaczek to jest pierwszy, na którym jezdzi mi się naprawdę dobrze. Ganiam nim wszędzie – w dłuższe asfaltowe trasy, powolne zwiedzanie polnych dróg, no i oczywiście lasy. Ktoś zawoła – ale taki rower się nie nadaje! Nie ma amortyzatorów, odpowiedniej konstrukcji, opon, etc. Powiem tak – ja już z pewnych rzeczy dawno wyrosłem. Ze ścigania, skoków na korzeniach, wyczynów, itd. Jazda jest dla mnie uważną kontemplacją świata przyrody, i zawsze czujną, aby zatrzymać się do obserwacji, kiedy wyjdzie niespodzianie jakieś zwierzę. I tutaj składak dopiero pokazuję całą pełnię swoich zalet, których zaiste bym się po nim nie spodziewał. Dawniej żaden rower nie był przeznaczony typowo ‘’pod coś’’, a trzeba było dojechać nim wszędzie, gdzie zaszła potrzeba. Zdecydowanie za duża damka babci, czerwony Romet wujka, i jechało się ojj, i nie zastanawiał człowiek czy tu jest cokolwiek dopasowane. Docierał wszędzie. Ale za co jestem wdzięczny składakowi?

P00220-094035

 

Bezpieczeństwo lornetki. Tak, to dziwne ale szalenie ważne się okazało. Rower górski, na którym przybieramy sylwetkę pochyloną, ma też wystający w kierunku jeźdźca mostek kierownicy, przez który wisząca na ramieniu lornetka może się stuknąć, no i stukała nie raz. Uszkodziłem w ten sposób dwie. Okazało się, że na rowerze składanym można zapomnieć o problemie i jechać z ulgą – tutaj rowerzysta przyjmuje wygodną pozycję wyprostowaną, a sztyca kierownicy jest prosta bez mostka, dzięki czemu lornetka nie obija się i pozostaje bezpieczna, zawsze gotowa do użycia.

– No właśnie. Skoro już o używaniu lornetki mówimy. Jaki byłem zaskoczony, kiedy jadąc po polnej drodze gdy ze zboża wyszły mi sarny – zatrzymałem się w moment od razu zeskakując miękko na obie nogi, i byłem gotów do obserwacji. Nisko poprowadzona rama pozwala na taki manewr, i nie obijamy pewnej wrażliwej części ciała. Na ‘’góralu’’ zawsze to zatrzymanie było bardziej hałaśliwe, trudniejsze i chwiejne. Sposób działa dobrze, i tą metodą cichego zeskoku z osadzeniem się w miejscu, obserwowałem już wiele zwierząt ‘’prosto z jazdy’’, nie płosząc. Punkt dla składaka!

Niska awaryjność wytrzymałość. Prostota konstrukcji wyklucza wiele usterek. To chyba pierwszy rower, który jestem stanie rozłożyć na części, zrobić przy nim cokolwiek, wyregulować, poprawić. Rzadziej potrzebuję pomocy serwisu, a jestem antytechniczym beztalenciem. Ogromna zaleta.

– No i to, że składa się w kostkę! Kilka prostych ruchów i rower składa się do rozmiarów walizki, można wziąć go do autobusu czy pociągu w dłuższej podróży, zajmuje niewiele miejsca. Wrzucić luzem na tył siedzenia auta lub do bagażnika. Normalnie wszystkie rowery wymagają do tego montażu specjalnych półek i uchwytów. Zmieści się też w szafie lub pod łóżkiem. Punkt!

Uniwersalność. Jeżdżę nim wszędzie, i mało przy tym męczę. Nie bolą kolana, nadgarstki, ramiona, ani plecy, co tak trapiło mnie przy użytkowaniu poprzedniego roweru miejskiego marki rayon, który z ulgą sprzedałem. Rower można dopasować zarówno dla osoby o 1,45 wzrostu jak i dla każdego dryblasa 1,95. Nie trzeba znać i wybierać rozmiaru ramy, mierzyć się, dopasowywać. Szalenie ważnie, kiedy przyjeżdżają do Ciebie osoby na wędrówki, i możesz w siodełko posadzić każdego i każdemu będzie na nim dobrze

Przerzutka ukryta w piaście! Jaki to jest świetny wynalazek, zwłaszcza do kniei. Bardzo brałem pod uwagę przy wyborze ‘’leśnego roweru’’ ponieważ zewnętrzne przerzutki mają to do siebie, że można je uszkodzić na wystającym korzeniu, gałęzi, trawie poza tym zbierają w siebie brud i zużywają. Przerzutka z gatunku ‘’nexus’’ jest całkowicie zabudowana, tam nie dostaje się pył, błoto, ani woda. W zasadzie nie wymaga konserwacji i regulacji, nie zużywa tak często jak przerzutka klasyczna. Na forach piszą, że są długowieczne i pancerne. Jest doskonale chroniona przed uszkodzeniem, choć cięższa. Oczywiście jak ktoś jezdzi tylko po ścieżkach rowerowych czy ładnych drogach, śmiało polecam tradycyjny napęd. Jest jeszcze jedna rzecz warta wzmianki: Biegi w tym wynalazku można zmieniać też na postoju! Od razu wskakują, co pozwala szybko i zwinnie, bez siłowego i długiego rozpędzania poruszać się w miejskim gąszczu. Po spróbowaniu tego rozwiązania, nie wyobrażam już sobie powrotu do klasycznych przerzutek. A napęd, to serce roweru. Niechaj pracuje zdrowo i długo.

P00220-102312

– Dynamika jazdy i zwrotność. Mniejsze koła o średnicy 20 cali dają większe przyspieszenie, i jakoś ‘’uwielbiam’’ te momenty gdy stojąc na przejezdzcie kolejowym czy światłach obok rasowego kolarza na jakiejś ‘’kozie’’, ja ruszam jak torpeda i zostawiam go daleko w tyle. Możliwość zmiany biegów na miejscu i te mniejsze koła, dają jeźdźcowi ‘’tryb rakiety’’. Dzięki mnijeszym kołom zwinnie skręca, sprawnie wymijając w ostatniej chwili dołki, korzenie, kamienie i dziury.

– Możliwość modyfikacji i adaptacji pod potrzeby. W swoim rowerze zmieniłem opony na terenowe, dzięki czemu jazda po lesie stała się dużo bardziej przyjemna, dodałem tylny koszyk do którego załaduję nieraz 2 pełne plecaki, koc i bęben i namiot wejdzie, a jedzie się nadal szybko i płynnie, nie odczuwając ciężaru bagażu. Każdy mechanizm działa na wygodne klipsy i zatrzaski, co bardzo ułatwia obsługę serwisową. Można dokupić też amortyzowaną sztycę pod siodełko, co bardzo podnosi komfort jazdy, choć wiadomo nie zastąpi pełnej amortyzacji. Są też kosze na przód, specjalne do przewożenia laptopa i cala masa dostępnych akcesoriów.

Dzisiejsze składaki to już nie klekocące wehikuły, ale uznane ekskluzywne marki takie jak Dahon, Tern czy Brompton. Jazda na nich jest bardzo komfortowa, bez większego wysiłku, ma się wrażenie jakbyśmy płynęli na rowerze, niczym delfin. W podobnej co góral cenie, są już w pełni wyposażone do jazdy: mają błotniki, oświetlenie, bagażnik, niczego nie trzeba kompletować. Można zaadaptować go także do długodystansowej turystyki, i serio są ludzie, którzy na dahonach jeżdżą po całej europie i świecie, przemierzając kontynenty  Też byłem w szoku. A jazda na składaku jest jakże inna… Zaprasza i zachęca. Umiarkowana, kontemplacyjna, tutaj nie pędzisz, choć możesz, za to podziwiasz, delektujesz się, widzisz, czujesz… Ile razy jadę szosą i zatrzymuję się obserwując polne ptaszki, które kołyszą się na łanach. To nie wyścigi, a turystyczna rozkosz. Chociaż rowerki te bywają bardzo szybkie, posiadają po kilkanaście biegów, są też modele sportowe, typowo szosowe. Funkcjonalnością nie ustępują rowerom na większych kołach, a ich małe gabaryty to podróżna zaleta.

P00612-204007

ALE DLACZEGO ZAWRACAM GŁOWĘ I PISZĘ TYLE O ROWERZE, na blogu przyrodniczym? 

Chcę sprawić taki drugi nie tyle sobie, co nam wszystkim. Rowerek, który będzie stał w naszym garażu i zawsze będzie do dyspozycji dla każdego Gościa, który do krainy Szeptów na wyprawę przyjedzie pociągiem lub autobusem, a takich podróżnych bywa sporo. Nie każdy przemieszcza się własnym autem. Oczywiście kwatera zapewnia swoje rowery, ale one są wielkie i hałasują, jest to też zawsze jakieś dodatkowe zajęcie dla gospodarzy, aby wyszykować. Lepiej abyśmy mieli własne. Gdybym się przeprowadzał, też bez problemu złożę je i zabiorę z sobą. Główna zaleta takiego wyboru, to możliwość dopasowania pod osobę o każdym wzroście i wygoda jazdy. Będziemy też wtedy poruszać się w jednym tempie i mogli spokojnie rozmawiać jadąc obok siebie. Będzie na Was czekał zawsze sprawny i gotów zawieźć na szlak dzikiej przygody  Dlatego jeśli czujecie, że pomóc sprawie chcecie, wołam do wsparcia zbiórki Wędrowców – Jest ona ogólna, a zebrane środki przeznaczam właśnie na wyekwipowanie potrzebnego sprzętu. Rower jest tu głównym z nich. Wybrałem już bliźniaczy do mojego model, ale bardzo śliczny, czerwony! Jest nas tutaj 5 tys czytelników, gdyby połowa choć przekazała po 2 złote, raptem mielibyśmy sprawę z głowy. Pamiętajcie, że to rower dla Was, nie dla mnie! Ja już swój mam ^^ LINK do rowerowej i ogólnej zbiórki podaję tutaj ⤵️⤵️⤵️⤵️⤵️

https://pomagam.pl/rowerdlagosci

P00702-185527

A to dwa modele, które wstępnie wybrałem dla Was na Wędrówki. Rozważam jeszcze Terna, ale i Dahonowi warto zaufać – firma produkuje składaki od 1984, słynie na świecie z jakości i ma miliony zadowolonych użytkowników. Pierwsze dahony wyprodukowane w latach 80tych, są sprawne i jeżdżą do dziś. Żeby było zabawniej, projektantem jest były fizyk laserowy, który pracował dla NASA. Jakkolwiek rowery jeszcze nie potrafią latać 😀 Mam nadzieję, że wspomożecie zbiórkę solidarnie, i już niedługo będziemy cieszyć się przyjemną jazdą i wspólnym czasem podczas wędrówek na naszych leśnych warsztatach!

linkd7i-g4-unfold-dr-matteshale-grey

cce1567343f0be9a2d99ca9d4a89

A świt mój księżycowy, graniem skowronków się zaczyna.

Noc Wędrowna. Coś gna, woła aby tej ciemnicy ruszyć na szlak. Maszeruję. Kroki chrzęszczące po kamieniach, szurające w piaskach odciskają piętno podróżnika. Z mrocznego lasu nadlatują upiorne piski. Kryją się w gałęziach, wśród konarów, liści. Są blisko. Nie sposób wypatrzeć w gąszczu. To sowie podloty, opierzone, choć nielotne pisklęta. Nie wiem tylko czy puszczyka, a może uszatki. Gdy ich wrzaski przybierają na sile, wiem, że rodzic jest gdzieś w pobliżu z pokarmem. One go widzą. Ja nie. Dziwię się tylko, że zdecydowały się na lęg w małym, przydrożnym i prywatnym lasku. Za dnia mijany przez dziesiątki spacerowiczów i aut, nocą odsłania dopiero swoje tajemnice.

Topolowy szpaler olbrzymich pni, szeleści i grzmi w dotykach wiatru. Przysiadam na niedługo pod jedną z nich. Trzęsła się mocno, przyciągała jak magnes, stąd wiedziałem że zaprasza do spoczynku pod sobą. To już ostatnie z rodu. Wiele z nich wycięto bez powodu, tkwi tu kilka ostatnich. Bardzo piękne drzewa. Silne energetycznie, wytrwałe i zdrowe. Mówią, że lubią ten nocny spokój i spowolnienie. Zatem nie przeszkadzam im. Za plecami wschodzi żółtawy kawałek księżyca, wywołał ledwie widoczne cienie. Pora ruszać dalej.

Mijam przydrożny krzyż, pełen lampek i zniczy. Jest tu odkąd pamiętam. I choć nie jestem wierzący, szanuję osoby, często starsze, które mają siłę się nim zajmować. Wszystko jest tu zawsze czyste, pełne kwiatów, zadbane. Zastanawiam się, kto to będzie kontynuował, kiedy starsze pokolenie odejdzie…

Mimo, że jest ledwo 1 w nocy, już widać przejaśnienie świtu. Bardzo subtelne. Białe Noce – to takie czarowne. Innej energii człowiek dostaje, mało spać się chce, za to wędrować. Jakiś zwierz z pola, rozpaczliwe jęczy. Brzmi jak zmora z horroru. Za moment gaśnie wpół zduszony. Pewnie zając lub mała sarenka, właśnie zaanektowana na posiłek przez lisa. Choć późno, wcale nie jest cicho. Gdy się wsłuchać… Z oddali napływają różne szczebioty. Gdy zbliżam się do pasu trzcin porosłego na polnym rowie, rozpoznaję sprawcę – to łozówka. Niewielki szary ptaszek, który terkocze sobie nocami w takich miejscach i mami uszy wędrowców. Śpiew łozówki może nie jest silny, malowniczo piękny, ani kunsztowny, ale pobrzękując nocą w niespodzianych miejscach, ma w sobie coś takiego, że człowiek zaraz się uśmiecha. Jest po prostu lekki, wesoły. Niezłomny ptaszek naśladuje jaskółki, szczygły, wróble, sikorki, trznadle i inne – tworząc z tych wyrwanych kawałków własną, unikalną pieśń. Trochę jak papużka. I dziwić się można niekiedy, słysząc pobrzękiwania innych dziennych gatunków, w takiej ciemności. Choć to przesada. Widoczność jest przyjemna, szarawa. Nie to co w nów, pózną jesienią. Kawał dalej pokrzykuje dziarsko trzcinniak, ten jest echem tej nocy. Zbliżam się do kępy, w której urzęduje słowik. Jedyny ptak, który tu śpiewa. Inne zagłuszyłby chyba. Ten rok jest inny do poprzedniego. Zeszłego czerwca nocne ptaki umilkły już z jego początkiem, tego są bardziej aktywne. Pewnie dlatego, że było trochę więcej deszczów. Bzowe aromaty białego kwiecia pieszczą noc łaskotem raju. Wdycham i delektuję. Nie wytrzymuję. Mówię na głos do krzewu: O jak pięknie pachniesz, dziękuję Ci! I wiaterek się robi. Bez zaczyna się trząść, jakby rad z pochwały. Mam wrażenie, że rozpachniał się jeszcze mocniej.

Skylark

Różowy świt witają skowronki. Zaczynają śpiewać jeden po drugim, jakby chciały prześcignąć się wzajemnie tym powitaniem. Niebiosa ledwo różowo – sine. Z nich płyną dzwoniące pieśni skowrończego ludu. Wtedy przystaję. Choć do słońca jeszcze trochę, one już pewnie widzą je ze swoich wyżyn. Z łanu zboża wybiega na drogę warchlak. Za nim kolejny. I cała gromadka. Przeskakują drogą do rzepaku. Wymijają pobliską wieś. Poranne powroty. Między nimi starsze rodzeństwo. Braterski ród. Czekam w spokoju, nauczony doświadczeniem, że kilka dzików to zwykle zapowiedz większego przemarszu. I nie mylę się. Wnet wysypują się kolejne maluchy, między nimi siwe i czarne lochy.Co za ród! Mimo szaleństwa zmasowanego odstrzału, przetrwały. Człowiek przewał pamięć dziczego rodu. Zaburzył ciągłość, zniszczył równowagę. Dzik w naturze mógłby przeżyć blisko 30 lat, zaś w obecnej rzeczywistości pozwala im się żyć… max 5…Nie ma babć, dziadów, matek, wiedzy, pokoleń, rodzin. To tak, jakbyśmy w ludzkiej populacji mieli 8-12 letnie dzieci. Dawniej prośne bywały, tylko starsze, dojrzałe i silne lochy, to one w kniei pełnej niebezpieczeństw mogły obronić i wychować potomstwo. Pozostałe samice pomagały najstarszej, i pełniły rolę, można powiedzieć ‘’ciotek wspierających’’. Pozwalały matce odpocząć, przejmując opieką nad dzikową dziatwą, chroniły w potrzebie. Dziś, dzicza populacja intuicyjnie wie, że ‘’coś tu jest nie tak’’. Skoro nie ma ‘’starszyzny’’. Gnane strachem o przetrwanie gatunku, mnożą się już jednoroczne sztuki. Czego mogą nauczyć swoje maleństwa? Ot zaprowadzą do kolejnego nęciska, nieświadome, po kulę z zasadzki. Brak starych rodów, brak wiedzy.  Wyobrazmy sobie ludzką populację, w której mielibyśmy samych 8-12 latków. Coś takiego zrobiliśmy dzikom…Wioska zatopiona w snach, drzemie. Pieją koguty. Polna droga poprzecinana smugami świeżych tropów. Dziki ledwo przemknęły, kiedy za moimi plecami wyłania się ciekawski lis. Księżyc wisi jeszcze nisko nad domami, już stracił czar wywołania pozłacanych cieni. A świt mój księżycowy, graniem skowrończym się zaczyna.

45541216_2224413227795731_7744375249336008704_n

Jastrząb kontra zając. Imieninowa wyprawa w podarunku.

Po raz pierwszy chyba w swojej wędrownej ”karierze” jestem oto prezentem.

No może nie ja, tylko wszystko co się wokół dzieje. Napisał do mnie pan Jacek, znajomy z okolicy, z takim pytaniem, czy można u boku Szeptów Kniei zażyczyć sobie wyprawę jako upominek – dla kogoś bliskiego. Pomyślałem, że to musi być coś bardzo wyjątkowego dla osoby obdarowanej taka wyprawa – niespodzianka. Jacek sprezentował więc wędrówkę  swojej mamie na imieniny i oto jesteśmy

To ptasia wyprawa obserwacyjna. Mamy lornetki, atlasy i książki – terenowe, poręczne przewodniki. Uczymy się rozpoznawać skrzydlate śpiewy i poznajemy ciekawostki. Na wyprawach u niejakiego Wędrowca, spełniają się marzenia. Mariola bardzo chciała zobaczyć lisa – no i zgadnijcie, co też jako pierwsze pokazało się na łące Rudzielec wybrał się tutaj na myszy. W ambonie buja i przewiewa, ale na kukurydzę wyszła sarna. Wyjada chwasty spomiędzy upraw. Pożytek sprawia. Pszczoły na ulach kołyszą się niemrawo. Łąkę opanowały jaskółki, które w szalonych pląsach pływają tuż nad ziemią. Dzień senny, wietrzny z nieustannym pytajnikiem deszczu. Czasem siąpi. Kiedy sarna kryje się w zbożach złazimy z czatowni i ruszamy na przygody ptasiego szlaku – do trznadli, zięb, skowronków, potrzeszczy, gąsiorka, sikor, dzięciołów, pokrzewek, kosów i… jastrzębi.

P00620-161615

Siedzimy na skraju kniei, zajęci małą leśną edukacją. Zabrałem do plecaka niewielkie, a ilustrowane książki i przewodniki z ptakami. Na bieżąco więc oglądamy to co się odzywa i zapamiętujemy gatunki. Jakże się cieszę, że są ludzie, którzy chcą poznawać, odkrywać właśnie ptaki! Lornetki pracują i przeczesują wytrwale. Przed nami wspaniała sucha murawa, pełna wyjątkowych, odpornych i krzepkich roślin. Aż nie chce się wierzyć, że lada moment powstanie tu kolejne osiedle. Tymczasem podziwiamy bogactwo traw i kwiatów. Chabry przeplatają z dziurawcem, tu i tam srebrne kępy ‘’czegoś’’ i rubinowe klejnoty koniczyny pogiętej. Pod nimi plotą swoje ścieżki różane powoje. Traw zbytnio nie znam. A i one puszą się kitami, stroją pióropuszami i odziewają szkarłatami kolorów. Obok kołyszą wielkie ‘’dmuchawce’’ pępawy dwuletniej, kozibrody, pięciorniki… Trawy tworzą falujące łany, dywany rude, brązowe i płowe…

P00620-204004

I nagle Mariola robi wielkie oczy. Odwracam głowę, a tam, niemal tuż za mną – jastrząb, a dokładniej ‘’koziołkująca’’ wielka samica. Wcześniej dziwne nawoływania niosły się po lesie – dopiero teraz pojmuję, że to musiały być wrzaski jastrzębiego podlota, a matka czatowała tutaj na coś. Wszystko dzieje się tak szybko. Jastrzębica w powietrzu, a prosto na nas pędzi przerażony zając. Drapieżnik salwuje się w górę, a szarak wymija nas w ostatniej chwili, dzikim unikiem.

– Uff!

Patrzę na Mariolę – jest zachwycona i oniemiała. Ja też. Bo to nie jest częste widowisko! Knieja właśnie ukazała wędrowcom jeden ze swoich największych sekretów, wyreżyserowała najprawdziwszy spektakl. I tak to przy mnie zwykle jest… Nie wiem jak, dlaczego, ale po prostu zwykle na wyprawach wydarzają się takie przyrodnicze rzeczy, które dusza zapamięta na wieczność. Chyba już przyciągam takie sytuacje.
Oboje wdzięczni i wzruszeni. Taki dar, takie widowisko!

Gdy wspinam się na czatownię, wiem, że to nie koniec będzie wrażeń. Oto na skoszonej łące stoi sobie para żurawi. Mamy je od razu na widoku. Ptaki raz zakrzyczały, a potem się uspokoiły. Czyściły pióra, co oznacza, że czuły się bezpieczne. Między nimi kica zając. Zwierzęta nie zwracają na siebie większej uwagi. Szary horyzont zwiastuje nadejście kapuśniaczku. Zaczyna siąpić. I wtedy…

Najpierw olbrzymi tak rozpościera skrzydła w pozycji ‘’na orzełka’’ – jakby chciał pokazać się w całej okazałości. Dla nich to rodzaj przeciągania. Najpierw on, potem ona. Łopot. Podskok. Ptaszyska zaczynają swój czarowny taniec. Żuraw dosłownie podskakuje, i ‘’piruetem’’ obraca się wokół własnej osi. Przed nią. Jakie to piękne! Ona kiwa się, kłania i również wykonuje taneczny podskok, ze swobodą nóg po bokach. Widzieć żurawi taniec, to niezwykły uśmiech losu…

Otaczają nas sarny. Odrastająca łąka wabi zielenią smacznych ziół. Ja tylko przepatruję wzrokiem przestrzeń aby niczego nie przegapić i wskazać, Mariola przyklejona do lornetki. W zupełności rozumiem – widzieć zwierzę z taki bliska, podziwiać jakie rośliny skubie, jak się drapie kopytkiem, potrząsa uszkami, otrząsa z kropel… A wszystko to bez płoszenia, przeszkadzania, we wspólnym nieświadomym istnieniu obok siebie. Mnie lornetka fascynuje dotąd, choć saren się naoglądałem w życiu. Z boku wychodzi ‘’maluch’’ – tegoroczne kozlę, już sporo podrośnięte. Za nim krząta się matka. W oddali gnają kolejne dwa kozły – te w zapamiętałej gonitwie, uprawiają jakąś rywalizację.

Ze stanowiska schodzimy po godzinie 20 tej – zimno się nasila, noc zapowiada chłodna, a dodatkowych ubrań brak. Minęło prawie 7 godzin w terenie. Żurawie schodzą do olszyn. Tam znikają. Były z nami niemal dwie godziny. Sarny opuszczają zielone pastwisko. Zupełnie jak aktorzy, znikający ze sceny… Choć wiem, że to nie koniec na dzisiejszy wieczór, a więcej zwierząt pokaże się dopiero o zmierzchu.

P00620-172507

Ktoś kiedyś pytał, czy można zażyczyć sobie wędrówkę na prezent – jak najbardziej, z ogromną radością realizuję takie Vouchery. Wędrówka na prezent urodzinowy, imieninowy, rocznicę – czemu nie? Wyjątkowe to i pełne niezapomnianych wrażeń świętowanie.  Zapraszam na indywidualne spacery obserwacyjne z lornetkami w krainie Szeptów – przez całe lato, jesień, zimę i wiosnę edukacyjnie wyprawiamy się na ptaki, podglądanie zwierząt, a leśną wiedzę budujemy nie tylko na książkach, ale i do posłuchania będzie moja wędrowna gawęda, z osobistych doświadczeń W okolicy jest Gościniec, który podejmuje Wędrowców także z daleka, razem z wyżywieniem, a do dyspozycji gości są kuchnie.

KONTAKT i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie! 

Jerzyk – Ptasi rekordzista. Mistrzowie niebios.

Przylatują często dopiero pod koniec maja, niemal na ostatku, jakby pewne być chciały, że żaden chłód i mróz nie dotkną ich pierzastych, eterycznych ciałek. Ich żywioł to powietrze. W nim spędzają większość swojego życia. Nie straszne im burze, ulewy, ani załamania pogody. Zawsze można przecież wznieść się wyżej, ponad szalejące kaprysy. Krótka to gościna ptasia, ci wędrowcy pozostają z nami ledwie przez 3 miesiące w roku. Znikają tajemniczo, często już w połowie sierpnia podczas jednej nocy, zaraz po spełnieniu swej rodzicielskiej misji. Dla wielu są po prostu ‘’jaskółkami’’ i choć mocno je przypominają, za wiele nie mają z sobą wspólnego. Zwłaszcza, jeśli chodzi o wyczyny i rekordy. O kim wreszcie mowa? Poznajcie Jerzyki.

Tak jak my, ludzie wszystko robimy na ziemi, na stabilnym gruncie, tak jerzyk wyczynia to w powietrzu. Wyobrazcie sobie jeść i pić w locie, spać, a nawet kochać się  Chcący zdrzemnąć się jerzyk wznosi się wysoko, daleko ponad chmury, ustawia odpowiednio skrzydła i szybuje w prądach powietrznych. Zawisa w powietrzu ustawiając się ‘’pod wiatr’’ na wysokości nawet 3 tysięcy metrów. Powoli opada, ale ma na tyle ‘’czuja’’ żeby zawsze wybudzić się przed ewentualnym roztrzaskaniem. I to mu wystarcza. Uważa się, że może pozostawać w powietrzu 2 do 3 lat, bez lądowania! Tak ma wyglądać pierwszy, dziewiczy lot młodego jerzyka. Ich życie to po prostu latanie. Jeden z zaobrączkowanych jerzyków tuż po wylocie z gniazda, w ciągu trzech dni pokonał 1300km. Pokonywanie długich dystansów, to dla niego jak nasz wypad po bułki. Picie wygląda tak: chwytanie kropelek deszczu. Chłodne fronty atmosferyczne, ulewne słoty i niepogoda nie są dla niego żadnym wyzwaniem ani wielką przeszkodą w odchowaniu potomstwa. Podczas gdy nasze dzwońce, makolągwy czy sikory w takich chwilach walczą z losem o przetrwanie i mogą stracić cały lęg, jerzyk po prostu wznosi się ponad front, i leci tam, gdzie jest ładna pogoda. Dokładnie. W tym czasie jego pisklaki zapadają w stan odrętwienia, który pozwala zachować energię i przetrwać. Do następnego karmienia. A zatem, gdy np. w Wielkopolsce mamy burze, to leci sobie taki jerzyk np. do sąsiednich Niemiec, tam poluje i zbiera owady, które zbija w odżywczą kulkę, a następnie wraca do gniazda w Polsce. ‘’Szybkie zakupy’’ w berlinie  Zawsze uwielbiałem je obserwować. Są z nami tak krótko. Godzinami podziwiać można ich wywijasy, skręty, uniki, zda się przed śmiercią. No bo pędzi taki jerzyk z wysokiego nieba prosto na gzyms, po czym drobny niewidoczny ruch skrzydła, i wymija go o milimetry, po drodze robiąc kilka kolejnych karkołomnych akrobacji. Ekscytujące widowiska letnich wieczorów.

Jerzyki to żywe środki owadobójcze. Każda para przynosi do gniazda nawet 20 tys owadów dziennie! A gniazdują blisko, często w luznych koloniach. Podczas polowania rozwijają prędkość do 200km na godzinę, i w zasadzie nie ma drapieżnika, który byłby w stanie je złapać. Ponoć niekiedy udaje się to sokołowi wędrownemu. Jerzyk gwiżdże i świszcze na wszystko. Latem, o świcie wznoszą się wysoko, by od popołudnia do późnego wieczora gnać w szaleńczym pędzie między blokami, budynkami i domami, wywijając opętane zakrętasy. Ma się wrażenie, że ich wibrujące nawoływania są tak ostre w tonie, że po prostu ogłuszają chmary rojących się owadów. Z otwartym szeroko dziobem, jerzyk pochłania ich ile zdoła.

075f8d578199b947d324b070e7383631

Pierwotnie gnieździły się na szczytach skał i w dziuplach bardzo wysokich drzew, ale ludzkie budownictwo i pozostające zakamarki sprawiły, że dziś jerzyki są stałym elementem miast, miasteczek i wsi. Notorycznie mylone z jaskółkami. Kolejny rekord jerzyka, to posiadane najkrótszego dzioba, i najkrótszych nóg. Te drugie nawet nie są mu zbytnio potrzebne, służą jedynie do przytrzymania się ścian budynków i skał.

I mimo, że żaden drapieżnik mu nie zagraża, jerzyk nie jest wolny od cierpień i bezsensownej śmierci. Jak nietrudno się domyślić, stoi za tym człowiek, dla którego lato to szczyt sezonu budowlanego, poprawiania elewacji, renowacji, wykończeń. Wtedy gniazda jerzyków bywają zakratowane lub zamurowane żywcem, pisklęta konają w głodzie, a dorosłe ptaki krążą wokół nie mogąc nic poradzić na ludzką bezmyślność i swoją tragedię. Każdego roku zdarzają się takie głośne przypadki. Zastanawiam się wtedy – coś takiego robią jeszcze ludzie, czy już bezduszne bioroboty? Przecież trudno nie zauważyć krzyczących piskląt, odchodów, ruchu. Co się dzieje w głowie takiego człowieka, o czym on myśli, gdy zakłada kratkę na otworze, skazując pisklaki na powolną, głodową śmierć? W teorii jerzyki znajdują się pod ochroną, w praktyce… ‘’niska szkodliwość społeczna’’, a potem można wykonać oprysk na komary, gdzie zarobi jeszcze jakaś inna firma.

Jerzykom można pomagać poprzez wieszanie specjalnych budek, powinny znajdować się one na ścianie północnej, w liczbie minimum trzech. Wokół powinno być trochę przestrzeni, aby pędzący ptak mógł wyhamować i przycupnąć na nowym gnieździe.

Są niebiosa moim domem,
Mą opoką, światem, schronem

Pożywienie gdzie znajduje
Pęd powietrza w skrzydłach czuję

Gdy ze świstem, w nim nurkuję

W maju późno przylatuję,
Pełnię lata tak zwiastuję

Zwinny jestem, szybki, żwawy
Tak załatwiam swoje sprawy,

W locie jadam, śpię, spoczywam
Ostrym trelem się odzywam

Widzisz mnie, gdy jestem w locie,
Dokuczliwych żądeł krocie

Mój jest komar, moje muszki
By zapełnić piskląt brzuszki

Mym żywiołem są przestworza,
Chcę – pokonam, góry, morza

Wznoszę się wysoko w górę
Piórem muskam w pędzie chmurę

Gdy poluję, w dół opadam
Pogrom rojom zapowiadam

I wizytę swoją składam

Czy wysoko, czy daleko
Podróżuję z życia rzeką

Kiedy przyjdą burze, deszcze
Ruszam śmiało dalej jeszcze

Moje dzieci, me pisklęta
Przeczekają w tych zamętach

Przeznaczenie losu spełnię
Gdy ta młodzież ruszy dzielnie

Tam gdzie nieba błękit woła,
Dla nich podróż to wesoła

Późno już, i sierpień praży
Ja pofrunę, w swój świat marzeń

Wiersz autorski, ‘’jerzykowy’’ i będzie on częścią powstającej powoli ilustrowanej książki z wierszami o przyrodzie dla dzieci – mojego autorstwa

WESPRZEĆ ten proces twórczy i inne sprawy można zawsze tutaj. Projektów i wyzwań tyle, że każda pomoc ogromnie cenna:

https://pomagam.pl/szeptyknieipomoc

Dziękuję za odwiedziny w krainie Szeptów.

Po co ludzie chodzą do lasu? Deszczowe opowieści w sadybie Wędrowca

Ostatnio często mnie to zastanawia. Bo i z roku na rok tych ludzi coraz więcej. Powinno cieszyć… Wjeżdżając wczoraj pod las, starałem się sunąć powoli. Zanim jeszcze znajdę się pod drzewami, już rozglądam się po polach. Ooo, zające! Siedzą dwa. Jestem 100 % pewien, że to te same, którym grałem na drumie. Poznaję po ‘cwaniackim’ zachowaniu, bo tkwią jakieś 30 metrów od głównej drogi leśnej, którą poruszają się ludzie. No właśnie. Tylu ich dzisiaj. Piesi. Mija mnie rowerzysta na ‘’góralu’’ w ciemnych okularach. Ten pędzi na złamanie karku, przyjechał poskakać rowerem po korzeniach i kamieniach. No dobrze. Zwierzęta ukryte w gąszczach słyszą potrzaskiwanie amortyzatora. Zające kulą się wtedy i przywierają do ziemi. Nie są odróżnialne od kamieni, choć ja zauważam je od razu. Tak samo reagują na głosy ludzkie. ‘’Znikają’’ ale nie uciekają. Jakby doskonale wiedziały, że ludzie są gapowaci i nikt za nimi nie wejdzie. Gdy tylko zrobi się chwila ciszy, zaczynają jeść. Obserwuję w lornetce i rozmyślam, jak też bardzo te płochliwe, wrażliwe zwierzęta z musu przystosowały się do życia w hałasie, jaki im serwujemy. Idą dwie panie. Rozmawiają głośno. Widzą mnie z daleka. Ja stoję na poboczu z lornetką i cieszę się zającami. Po to przecież przyjechałem do lasu. Chcę i trochę dać przykład. Może się zainteresują na co tak patrzę, może przystaną, zapytają? Rozmawiają o zupie ogórkowej i fasolce na obiad. Całkowicie skupione na sobie, wyłączone z tego co dzieje się wokół. Nie przystanęły. Jeszcze ciekawszą zagadką są dla mnie ludzie wbiegający ze słuchawkami. Jak można izolować się od cudnych dzwięków i pieśni natury, tego nie rozumiem. Przebiec tylko, skupionym jedynie na kilometrach do zrobienia. Mam wrażenie, że tym ludziom wystarczyłby hologram albo leśna tapeta na ścianie i też można sobie biec przez korytarz. Bo jaka to różnica?

Zające są bardzo sprytne. Od razu wiedzą, że ktoś zachowuje się inaczej i są obserwowane. Stają słupka, robią się czujne. Mija mnie jakieś 10 osób, w tym szaleniec na warczącym motorze, nikt ich nie widzi. Myślę, że gdyby te osoby zaczepić i im pokazać, byliby bardzo zdziwieni. Jak wiele im ucieka. O ile chcieliby patrzeć na jakieś tam sarny. Zwierzęta szybko uczą się, że człowiek jest ‘’gapa’’. Ale myślę że wolałaby albo spokój, albo zostać zauważone i zachwycone, ogrzać się w energii ludzkiego podziwu. Na wyprawach goście często pytają mnie – jak Ty to wszystko postrzegasz, ogarniasz? No bo tak – mogę z Tobą rozmawiać, i w pełni uwagę podzielać treść rozmowy, a jednocześnie wiem jaki ptak śpiewa, wypatrzę sarnę z pół km, przyczajonego zająca, ciekawego owada, nietypowego kwiata, norkę, gniazdko, podlota, odczytam historię z tropu. Dla mnie to jakieś normalne i z automatu. Przybywają czasem osoby, które widzą jeszcze więcej: znaki na korze i wzory, elfy, jakieś twarze i runy, znają właściwości zielne i zdrowotne małych roślin, wtedy dopiero wyprawa robi się ciekawa! Ale po to właśnie przybywamy do lasu. Aby dostrzec co on chce nam pokazać, celebrować jego skarby, zachwycić się, podziwiać, załapać dobry nastrój i szczęście. Uczyć się. Dla nas to nie jest to tło, a żywy, świadomy organizm który cały czas wchodzi w kontakt, rozmawia, stara coś przekazać. Słuchamy jego potrzeb, staramy pochłonąć uwagą całe bogactwo jakie przed nami odkrywa. To zupełnie ‘’inny level’’ bycia w naturze, który ładuje duszę nieskończoną harmonią. Tak wiele form aktywności leśnej ‘’uczy’’ jak też odnaleźć się w tym groznym lesie, jak przetrwać. Bushcraft, survivwal – zrób szałas z gałęzi, ogołoć wszystko wokół, przetrwaj sobie nockę, rozpal ognisko, przepłosz życie, i pokaż jaki to żeś ‘’leśny’’. Skorzystaj z miliona drogich gadżetów. Sprostanie wyzwaniu, wykazanie się, udowodnienie… czegoś. Mało już dziś ludzi przychodzących ot tak w gości po prostu, jak do przyjaciela. Z herbatą, lornetką, atlasem roślinnym lub ptasim, aby poznać i dowiedzieć się więcej o istocie z którą obcujesz. A TY, po co przychodzisz do lasu?

Na poboczu mienią się kryształy fioletowych kwiatuszków. Prowadzę rower powoli, starając się wypatrzeć jakieś kwietne cudeńka, które następne zapoznam w domu z atlasem. I one zasługują na uwagę. Zwykle otrzymują tylko osiadający pył mijających pojazdów i ludzkie zapomnienie.

Bodziszkowi cuchnącemu jest dziś przykro, że nikt nie zauważył jaki piękny  Zdjęcie z przy drogi ‘’spod buta’’.

100840992_1110645102636971_8099356942050263040_o

Deszczowe pogrywanki w Sadybie

Rzęsiste krople bębnią monotonnie po dachu, w podróży z chmur ku padołowi. Rześkie strugi płyną przez okap do rynny, gdzie kończą swój bieg na szalonej zjeżdżalni. Staram się usłyszeć ich rytm, zestroić z melodią wody. Ciało pamięta deszcze. W mig przechwytuje rezonans słoty, przenosząc miarowe uderzenia na pałeczkę. Z pozoru chaotycznymi ruchami, oddaje nastrój deszczowego przesłania. Zmoknięty wróbel na parapecie pokrzykuje dziarsko, co i raz strząsając z siebie fontanny perlistej mgławicy. W dyrygenta się bawi. Ochlapał szybę. Skrzaty pochowały się po kątach. Słychać, jak drżą z zimna. Przynajmniej nie psocą. Zaraz w piecu przepalę chochłom. Chcą maluchy, by im zaśpiewać jeszcze. Mysz ziewa w dziurze. Deszczyk spokojny, umiarkowany, taki jak potrzeba. Dobra słota nuci o nasyconym pragnieniu, o ukojonym korzeniu, zadowolonej brzozie, nasączonej ziemi. Dziś pachnie czyste, prawdziwe powietrze. Kwiaty pozamykały się sennie, chroniąc delikatności swych łagodnych wnętrz. Przyjęły postać opływowych kielichów. Pod nimi, strużkami sączą się kolory pyłków. Ponura chmura przesuwa się szarym kłębem, niesie długo wyczekiwaną rozkosz. Bębnowe głosy nasiąkają przestrzeń nastrojem dnia. Dzisiaj mieszkam pod kocem. Wełniane mandale kołyszą się sennie na swoich sznurkach. Szara ropucha pełznie przez ogród, w wysokiej trawie jej śliska skóra błyszczy nowym wigorem. W zmurszałej studni, melodie dawno zapomniane wydzwania pordzewiały łańcuch. Z niej wynurzyło się pomrowie nagich ślimaków. Wiatr wzmaga się, szastając na cztery strony kaskadami wszechobecnych kropel. Herbata z głogu już buzuje na kominku. O jak dobrze, w ciepłej, zaspanej chacie.

92671805_3018295838209269_1956446367417106432_n

Siostra Burzy. Czarna Topola opowiada o Żywiołakach.

Nowe miejsce do którego trafiłem niedawno, pełne jest starych, wspaniałych drzew, wielkich i silnych, na których wyryły się nieopowiedziane historie. Regeneruję się tutaj, słuchając godzinami jak szumią. Czarna Topola to na tyle rzadkie drzewo w okolicy, że zawsze przykuwa moją uwagę. Wygląda nietypowo. Strzelista, choć mała jak na topolę jeszcze, jakby czegoś jej brakowało. Widzę z daleka, że jest wyjątkowa, jednak dopiero za czwartym pobytem puszczam się na przełaj przez pole, aby pod nią stanąć. Ciekawi i ciągnie magnetycznie.

Witaj żołnierzu, nareszcie… !

Powiada, zanim jeszcze zbliżę dłoń do pnia. O rety! Zwykle aby drzewo choć troszkę się odezwało, trzeba poświęcić mu więcej czasu. A ja nie jestem w formie. Ale to chyba nie ma dla nich znaczenia… Żołnierzu? Śmieję się. I śmieje ona. Ma nastrój do dowcipów. No tak. Cały od czapki, po spodnie i plecak jestem na moro. Drzewa choć nie widzą, odczytują zapisy z naszych wyobrażeń i myśli, i to jest taki rodzaj całkiem dobrego postrzegania. Spoglądam na jej pień, w górę. Widzę, że główny szczyt został jej urwany, ale drugą połową jeszcze zieleni się całkiem śmiało. Na korze. W różnych punktach widać czarne kropki sadzy. Ale jej przywaliło. Z tyłu konar urwany, we wnętrzu dziura taka, że cały człowiek wejdzie. Nie wiem czy tak już miała, czy zrobiła to błyskawica. Przez chwilę myślę, że może ktoś rozpalił pożar w jej wnętrzu, ale nie. Ślady uszkodzeń i osmalenia są synchroniczne, zaczynają się od góry, przy urwanej gałęzi. Mimo tej tragedii, odbieram od Sokory jakąś wesołość, pogodę i szczęście. Nie jest smutna, nie ma pretensji, ani wyrzutów. Jakby chwaliła się, ‘’o popatrz, dałam radę!’’. Bardzo chce abym jej dotknął, przytulił. Co też robię. Po pniu maszerują ścieżką średnie, czarne i błyszczące mrówki, jakieś inne niż widywałem dotąd. Nie wchodzą na mnie. Czuję, jak od pierwszego dotyku płynie do mnie lawina informacji. Jakby chciała przekazać bardzo dużo i szybko. Zanim odejdzie. W tamtym momencie nie wiem co to, ani o co jej chodzi. Reaguje bardzo żywo. Na każde zbliżenie ręki, zryw szmeru liści. Jakby ponaglała, no dalej, zrób to!

P00522-171020

-Sirvana, mam na imię Sirvana. Opowiem Ci swoją historię.

Mówi tak płynnie i naturalnie, że aż mnie wzdryga. Nie byłem przygotowany, ani trochę. ‘’Nie mam czasu na każde drzewo’’, chciałoby się rzec. A ona kontynuuje, czysto i sympatycznie, jakby przeszczęśliwa, że pojawił się ktoś, przed kim może się wygadać. I zaczyna wyjaśniać.

– To burzowy zakątek. Jedyny taki w okolicy. Wszystkie burze, które nie docierają do Was, które widzisz z domu na horyzoncie jak przepływają bokiem, gromadzą się i szaleją tutaj. Przyciąga je jezioro i zaniżenie. Wyczułeś to ostatnio. Gdy zmieniała się pogoda. Siedziałeś pod lasem z zamiarem zostania do pózna w noc swoim zwyczajem, a jednak gdy tylko pogoda zaczęła się przemieniać, podjąłeś odwrót, czego zwykle nie robisz. Nawet się bałeś i dziwiłeś sobie. Choć w zapowiedziach waszych nie nadawali burz, zerwał się wiatr i błyskało. Umykałeś szybko przez pole, zlękniony spoglądając w niebo. Jakbyś wiedział, że może być niebezpiecznie. I dziś po południu, zanim przyszedłeś, obserwowałeś zdumiony piaskowe tornada, które utrzymywały się w powietrzu dużo dłużej niż to według Ciebie możliwe…

P00522-171049

Czekaj, czekaj. Tak, widziałem i to mnie bardzo zastanowiło! Czegoś takiego jeszcze nie obserwowałem. Niemal nie wiało, a na środku pola zaczął się tworzyć całkiem szeroki wir, na obszarze kilkunastu metrów. Porywał liście, gałęzie, pył i paprochy, zachowywał się jakby był żywy! Słoneczna pogoda. Zastanawiałem się wtedy nad energiami jakie tam muszą szaleć. ‘’Piaskowy diabeł’’ zaczął się przesuwać i przemierzył jakieś 700 metrów nieustannie wirując i mimo to, ciągle trwając. Przedefilował sobie przez całe pole, momentami się zatrzymując. Wreszcie uderzył w krzaki, które go rozproszyły. Zwykle takie trąby tworzą się na małą chwilę, a on wariował przez 10 minut. Sunął i przystawał. Potem zrobiły się jeszcze dwa i też potańcowały. Nie widziałem jeszcze takich zjawisk w tak krótkim czasie, w tym samym miejscu. Choć fenomen fascynował, wcale nie chciałem aby przybliżyło się to do mnie, ani tam iść. Co tutaj się dzieje?

Proszę Cię. Nie przybywaj tu podczas niepewnej pogody. Nie zostawaj, nie sprawdzaj. Uciekaj. Pole ma wzniesienie, to opada w nieckę. Możesz nazywać ich ‘’diabłami’’. To bardzo stare istoty, stare jak Ziemia. My mówimy żywiołaki. Jest jeszcze inne określenie, którego byś nie zrozumiał. To energetyczne zapętlenia, nieoczyszczone żywioły, bardzo krnąbrne, napastliwe i nieprzewidywalne. Pierwotnie miały strzec czterech elementów stworzenia, ale to nie są istoty, którym można powierzyć jedno stałe zadanie. Miały kształtować i przywracać równowagę. Zdziecinniały już troszkę, stare są. Wykorzystują pozostałości po wydarzeniach okolic, odtwarzające swój spektakl. Próbują porozumieć z różnymi bytami. Chciałyby niszczyć. Tańczą więc z powietrzem i piaskiem, starając się otworzyć swój wymiar i wywołać pogodowe zamieszanie. Wtedy czują się najlepiej, rosną w siłę. Aby ta sztuka się udała, potrzebują naszej pomocy, drzew. Zwykle tego nie robimy, znając do czego są zdolne. Ale bywa, potrzeba przyciśnie… Czasem pomagałyśmy im, dla deszczu. I są ofiary. Ta jabłonka tam w oddali – widzisz? Naraziła się im. Teraz stoi sucha, pełna martwych jemioł, rozwalona, w rozsypujących się kawałkach. Ją też uśmiercił piorun. . Widziałam, jak nawet wcale niewielki tuman rozkręcił się na tyle mocno, porywając gniazdo skowrończe z pisklętami. Przez korę słyszałam ich rozpaczliwe wołania. Dobrze czułeś, aby się do nich nie zbliżać. Intuicyjnie nawet wtopiłeś w drzewa za plecami, stając niewidocznym. Ale żywiołak Cię wyczuł. One wiedzą, kiedy ktoś czegoś nie chce. Był ten moment, gdy nieco zboczył z kursu, a Ty powtarzałeś sobie ‘’tylko się do mnie nie zbliżaj’’. Mogą jeszcze próbować zwrócić Twoją uwagę. Nie bój się, obserwuj, ale i nie wołaj. Często je tu zobaczysz. Sama Twoja obecność może je wywoływać do życia, nawet nieświadomie. Jeśli miejsce i energie są odpowiednie.

Rzeczywiście, ta jabłonka w oddali wygląda strasznie. Muszę się jej przyjrzeć. Jakby spadła na nią lawina kamieni z nieba. W oddali inne drzewo wygląda podobnie. Co za jakieś żywiołaki? Zwykłe trąby powietrzne. Że jeszcze człowiek może je wywoływać? Czarna Sokoro, Płomieniu Cienia, Córko Błyskawicy. Jakkolwiek absurdalne by to nie było, uwielbiam takie opowieści.

– Ale to wszystko nie jest istotne – rzecze. Chciałam Ci pokazać i opowiedzieć jak u mnie było. Ja, Sirvana. Zbliż mi się tu, bliżej.

Przytulam czoło do pnia i jedną rękę. Odbieram czystą przyjazn, skierowaną do mnie. Radość mojej towarzyszki. Nikt się nie przejmuje, że nie ma słów. Są obrazy. Wnet robi się ponuro. Granatowo. Chmury, późny wieczór, odgłosy gromów, błyskawice. Burza nie nadchodzi, już trwa i szaleje. Pachnie świeżość i chłód wilgoci. Strzelisty pień drzewa trzeszczy, skrzypi, pochyla w mocowaniu z rozszalałym wiatrem.I słyszę jak grzmi… burzowa pieśń Czarnej Topoli.

W noc błyskotów stałam sama,
Mocno wiatrem poszarpana

Niebo lśniło błyskiem, gromem
Trzęsło całym moim domem

Bije w ziemię iskra światła
Kamień topi jej moc nagła

A ja jestem, czuję w ziemi,
Jak przenika do korzeni

Prąd

Dymi wokół czarny swąd
Chciałabym uciekać stąd

Nie wiem co się ze mną stało
Moje ramię, trzask, urwało

Płomień dotknął suche ciało,
Oh jak parzy, tak – bolało

Lipa woła zatroskana,
Jaka straszna Twoja rana!

Pomóc mogę Ci Kochana
Zaśpiewała wnet do chmury,
By ratunek przyszedł z góry,

Rozgorzała w takt ulewa
Gasząc pożar wnętrza drzewa

Trzęsą się od grzmotów głazy
Było tu tak wiele razy,

Nie myślałam, nie sądziłam,
Że godzina ma wybiła

Więc po prostu powiem Tobie,
Jeszcze mogę rosnąć sobie

I połowa pnia, co żywa,
W kanalikach, tam przepływa

I choć dni mam policzone,
To co dobre, w siebie chłonę

Liście moje uniesione
Słońcem są błogosławione

Czekam tutaj pośród marzeń
Co przyniesie rzeka zdarzeń,

Ile mogę, to przestoję
Już przetrwałam i nie boję,

Po to chyba mnie spotkało,
Nawet to, co zabolało

Abym sobie przypomniała
I już nigdy się nie bała

Moja podróż była długa,
Niesie tą opowieść struga,

A historię mą odczyta,
Kto przystanie, i zapyta

Cieszę, że są jeszcze ludzie,
Co wspierają drzewo w trudzie,

I tak bardzo bym też chciała,
Aby ludzkość pomagała,

Mogę przeżyć lata spore,
Gdy otrzymam gdzieś podporę

Wspomnij w słowie swym Sokorę
Nie bacz na me ciało chore

Sercem słuchaj, pojmij sedno
A opowiem Ci niejedno

P00522-171122

Spoglądam na spróchniałą, sponiewieraną ciosami mądrość, rosnącą przede mną. O Sirvano, Córko Burzy, oblubienico Żywiołów. Jakim zaskoczeniem dzisiaj jesteś. Grom przetrwałaś i póki żyjesz opowiadać będziesz swoją legendę wędrowcom. Przyjechałem do buków, dębów i klonów w polnej kępie, spędziłem z nimi kilka godzin, a tymczasem ‘’przypadkowa topola’’, na którą zda się nie miałem już czasu, zawołała, podjęła i przyjęła z ciepłem i gawędą swojej historii. Zaskoczyła jej pogoda nastroju, mimo zdarzeń jakie ją spotkały. Gdy wracam przez pole, jeszcze nie wiem jaką opowieść otrzymałem. Spisuję dopiero po dwóch dniach, gdy drzewo jakimś olśnieniem przypomina o sobie. I oto przedstawiam Wam – Sirvanę, Córkę Burzy.

🌲 Zapraszam też na indywidualne sesje przesłań Drzew Mocy, wspólne wędrówki w przyrodzie oraz wiosenno – letnie warsztaty:
https://szeptykniei.wordpress.com/warsztaty-wydarzenia/

🍁 Więcej leśnych opowieści zawsze do poczytania mojej w książce ‘’Szepty Kniei’’ która zawiera blisko 700 stron magicznej podróży po świecie przyrody. Do zdobycia także w formie ebooka. Z dowozem na terenie krajów wspólnoty UE. Można zamówić ją tutaj, całodobowo:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

thumb-1920-86931