Drzewa – Leśni uzdrowiciele. Karmiczne rany i fantomowe operacje.

Czasem chyba nie wiem dokąd prowadzi moja droga. Choć zdaje się, że jakiś kierunek znam i jest on nakreślony, to każda wędrówka, spotkanie, warsztat, otwierają nowe przestrzenie i aż proszą do zmian. Siedzieliśmy tamtej nocy na Jesionowym Szlaku, podziwiając potęgę srebrnego księżyca wiszącego w majestacie nad połaciami bezkresnych pól. Czas to był jesiennej symfonii szelestów, kiedy szeptacze szmerów opadali łagodnie na dywan swoich pobratymców. Groźnie nawoływała sowa pójdźka, a w kukurydzy nieopodal harcował dzik. Rozmawialiśmy półgłosem, zatopieni w tym wszystkim. I wtedy mnie podkusiło.

– A chodźmy może do tego polnego rowku niedaleko. Topole białe rosną tam szpalerem po obu stronach, nie będzie tak wiało. Zacisznie jest.

Miejsce przypomina tunel czasoprzestrzenny. Można tędy wędrować, siedzieć i obserwować, samemu pozostając niewidocznym. Drzewa to strażnicy starożytnej wiedzy, którzy łączą poprzez korzenie to, co ziemskie z tym, co kosmiczne. Doskonale znają tajemnice skryte w niebiańskich światach położonych nad ich koronami.Joasia ma podobnie jak ja – odbiera czym emanują drzewa już z pewnej odległości, bez konieczności tulenia ich. Białodrzewie stworzyły tutaj silnie pracującą przestrzeń. Tunel oczyszczenia. Kilka chwil i robi się błogo. Topolowe Królowe szumią uroczyście. Godzinami można by słuchać… Głos Boga, Ziemi, Świata… Nieustanne wołanie, zaproszeniem się staje. Spoglądam na Joasię, bo i widzę, że drzewa zaczynają brać ją w obroty.

75258551_937908896577260_7389658762262347776_n

🧚‍♀️Joasia: 
– Bardzo silnie czuje, że muszę się położyć na ziemi. Zawsze tak mam, gdy udaję się w medytacyjną podróż między moje wcielenia. Pozycja embrionalna to symboliczny sposób przejścia przez Jezioro Śmierci, czyli to rodzaj wymiaru, gdzie można zajrzeć do wnętrza duszy, do miejsca gdzie każdy człowiek nosi swoje karmiczne rany.
Czy one muszą ‘’grzebać’’ tak dogłębnie, drążyć, dotykać, przenikać?

Pyta mnie, zmęczonym nieco głosem. O tak. Potrafią drzewa wrastać głęboko, w człowieka. Podczas takiego procesu ma się wrażenie, że dotykają Cię energetyczne korzonki, które jakby zapuszczały się głębiej i dalej. Mnie to łaskocze. Nie boli, choć dziwne uczucie i można się wystraszyć, kto niezwyczajny. Ale warto drzewu na to pozwolić. W ten sposób drzewo Cię bada. Poznaje Twoją energetykę, uczy się, a dzięki temu dobiera odpowiedni rodzaj pomocy. Patrzy, sprawdza gdzie i co trzeba poruszyć, zharmonizować. Zwykle nie trwa to długo, jeśli człowiek się nie opiera.

🧚‍♀️ Joanna:
– Drzewa pomagają mi przypomnieć sobie stare rany, aktywują mi pamięć poprzednich wcieleń. Przy magicznym świetle pełni księżyca obrazy mojej przeszłości przepływają mi przez umysł jakbym oglądała film w kinie. Najpierw czuję że przenoszę się w czasie, w jedno z moich zwierzęcych wcieleń, gdy ginę na polu bitwy jako koń. Mam połamane obie nogi i nie mogę się ruszyć. Echo bólu jest duże, ale drzewa pomagają mi ułożyć ciało w taki sposób, aby uwolnić ten wzorzec z podświadomości i uleczyć te rany. Odrętwienie i brak czucia nóg mija po pewnym czasie. Aby rana się w pełni zagoiła, ból i emocje muszą wybrzmieć i się uwolnić inaczej rana wróci ponownie jak bumerang tylko na innym poziomie, piętrze zrozumienia.

– Drzewa przenoszą mnie w kolejne miejsce w innej czasoprzestrzeni. Tym razem jestem rycerzem na polu bitwy i ginę od ciosu szablą. Moje podświadome ciało układa rękę pod specyficznym kątem. Pierwsze uderzenie łamie mi prawą rękę w ramieniu, drugie odcina mi nadgarstek a trzecie przecina bok od łopatki po miednice- to ostatnie jest śmiertelne wręcz czuję jak leje się ze mnie krew i ucieka ze mnie życie. Umieram. Jestem tego świadoma, bo moje ciało przestaje oddychać na parę chwil – wtedy wiem, że jestem w Polu Śmierci i przenoszę się do kolejnego wcielenia.

– Tym razem Topole pokazują mnie jako Szamankę – Wiedźmę – Znachorkę mieszkającą na skraju lasu. Szaman to wojownik walczący z duchami chorób ludzi. Uzdrowiciel potrafi wchłonąć bardzo dużo ludzkiego bólu i cierpienia oraz przetransformować je w duchową miłość i wybaczenie, bo to dwie najsilniejsze siły we wszechświecie, dzięki którym możliwe są cuda. Pomagam ludziom, leczę ich ziołami z różnych chorób, odbieram porody, doradzam w potrzebie i za to ludzie mnie szanują i są mi wdzięczni. Jednakże oprócz osób w wiosce, którym pomogłam są też inni ludzie, którzy nie akceptują tego, że wiem więcej, nie chcą widzieć mojego dobrego serca, ale chcą widzieć we mnie wszystko co najgorsze gdyż jestem też lustrem. Dobry człowiek zobaczy we mnie dobro, zły to co ma do uzdrowienia.
To symboliczna walka, którą prowadzimy sami ze sobą pomiędzy swoją jasną i ciemną stroną. Ciemność to ból, cierpienie, to żal, smutek, złość na niesprawiedliwości tego świata, gniew na ludzi i ich brak empatii, na bezsilność wobec ludzi, którzy bywają okrutni nawet gdy usilnie chcemy w nich zobaczyć dobro. Wizja się zmienia. Widzę grupę ludzi, którzy przychodzą do mojego domu i palą go a mi łamią wszystkie palce u prawej ręki. Z ogromu bólu wydobywam z siebie ryk Pantery, zranionego Zwierzęcia Mocy. Jest mi bardzo przykro, łzy napływają mi do oczu. Zastanawiam się, dlaczego pomimo tego, że pomogłam tak wielu ludziom uwolnić się od bólu i cierpienia, to w nocy przyszła grupa ludzi i w imię inkwizycji po prostu mnie zabili. Dusza jest nieśmiertelna i pamięta wszystko.

Uwalnianie. Każdy ma swoje sposoby. Topole szumią pieśnią Mocy, podają słowa…te wypływają ze mnie niespodzianym śpiewem, zupełnie się zapomniałem.

– Hej Wędrowcy, zagubieni, dziś będziecie uzdrowieni…

Wymsknęło mi się.

– Masz bardzo ładny głos. Idzie Ci w śpiewaniu. Mówi moja towarzyszka. Zmęczona. Leżąc na liściach na ziemi. Topole dokopały się bardzo głęboko, do rdzenia karmicznych ran. Taka ich specjalizacja zresztą. Nie ma drogi na skróty, głaskania, łatania, przykrywania. Widzę, że jej coraz ciężej. Uporczywie przychodzą obrazy, co powinienem teraz zrobić. Drzewa, jakby zawiesiły się na moment. Odbieram czysty przepływ. Wysyłają pytanie, pytają Źródła co robić dalej. A do mnie te obrazy wciąż. Pytam czy mogę. Joanna kiwa głową. W mig jestem przy niej. Mi jakoś łatwiej oddać swoje ciało drzewom pod kontrolę. Nie pytam, robię co pokazały. Już tak bywało. Wiem, że nie ma czasu. Dłonie przykładam do Ziemi obok jej głowy, stamtąd staram się pochwycić ‘’coś’’, aby złapać. Powoli nad ciałem, przeciągam pochwyconą warstwę. Trudna jest, formuje się w kulę, parzy szorstko. Tą wyrzucam w górę, gdzie rozprasza się w topolowym szmerze. I drugi raz, przeciągam. Jest dużo trudniej zerwać. Dotyka mnie smutek, ból, żal, przykrość, ciężkość…znowu kula tego. Pulsuje i chce się wyrwać. Coś mówię do tej kuli trudnych emocji, rymowanie.

– Przestań wreszcie się panoszyć, czas już w nicość Cię rozproszyć…

Tą odrzucam w krzaki. I trzeci raz. Tu już nie mogę. Nie daję rady wyszarpnąć. Chwilę podziwiam energetyczną mapę ciała eterycznego człowieka. Arcydzieło. Dla mnie w odczuwaniu zbiór chłodnych i ciepłych punkcików, o różnej częstotliwości pulsacji. Szkoda, że nie znam o co z nimi chodzi. Dość. Nie na tym mam się skupiać. Próbuję pochwycić. Kula jakby nasycona była tonami ołowiu. Przeraźliwie ciężka. W niej potworna przykrość, strachy i żal. Podnosząc chwieje się na nogach i czuję jak StrongMan dobywający resztek sił, aby wygrać rundę. Ale to nie zawody. Mięśnie mam napięte na postronkach i zdumiony jestem. W tamtym momencie myślę tylko szczerze współczując, ‘’Mój Boże, jak można było coś takiego dźwigać, nosić na co dzień’’? Drzewo obok woła. W jego pień ostatnim ruchem na jaki potrafię się zdobyć, wrzucam kulę z zawartością. Topolą zatrzęsło. Ja osuwam się na ziemię, oddychając wyczerpany, szczęśliwy jestem z tego co się stało. Mijają chwile i wracamy do siebie.

– Mam jeszcze rozległą ranę na boku. Od miecza, cięcia. Z wcieleń. Nie mogę sobie z nią poradzić, nikomu nie udało się niczego z nią zrobić dotąd. Stale wraca. Mówi Joasia.

Spoglądam, i rzeczywiście jest. Wybebeszona, poszarpana, rozpłatana. Krechą idzie przez całe ciało. Gdy przesuwam nad nią dłonie ogniście kłuje i ‘’gryzie’’ sypiąc jakimiś iskrami na boki. No dobrze… Z jednej strony nie wiem co z tym zrobić. Ale dzieje się samo. Przed oczami widzę przepływ małych roślin i kwiatków, które przychodzą mi do rąk i plączą się wokół tej rany. Jeden jest szczególnie piękny, ma białe drobne kwiecie i przewija się najczęściej. Z pewnością rozpoznałbym go gdziekolwiek. Płoży się na ranie, wnika płatkami delikatności… Czego to tutaj chcecie? Myślę… Bo trochę mieszają, rozpraszają.

– Pomożemy Ci…

Odpowiadają łagodnie kwiaty. I poddaję się im. Teraz pojmuję. Uzdrawiająca siła natury – przecież ona cały czas bliźni to, co wyrządzamy Ziemi. Zarasta, koi, przemienia, zasiedla życie, wspiera się nawzajem. Wykop w ziemi jamę i zostaw na sezon. Za jakiś czas, zarośnie… A mnie w tym roku tak interesowały kwiaty przecież. Fotografowałem, podziwiałem, siedziałem z nimi godzinami na łąkach, uczyłem się nazw. Fascynowały przez wiosnę i lato. Czuję, że wszystko co jest wokół stara się w tym momencie mi pomóc. Samo jakby się wizualizuje. A może widzę to, co robią roślinki. Czubkami palców wzdłuż rany i w niej, nasadzam jakieś nasionka. Kiełkują od razu, oplatając brzegi łodygami i korzeniami. Poszarpane brzegi spajają wiążąc, przerastają wszędzie…. Dłońmi pobudzam je do wzrostu w górę, a one wirują prześcigając się w bujności. Miękkie płatki kwiatów wyściełają sączące czerwienią dno. Wnet pochłaniają, zarastają wszystko. Kieruję ich ruchem, starając się aby pochwyciły brzegi blizny w spojeniu. Niektóre wydzielają jakieś kolorowe substancje, te działają osobno, jakby próbowały złagodzić ból. W zapachu wyczuwam miętę.

53212928_401306560446775_6132503267579527168_n

– Co robisz? – Pyta Joasia. Czuję, jakby we mnie kiełkowały jakieś rośliny! Oplatają mnie, koją, porastają całą! Te kwiaty są przepiękne, przypominają rumianek – mają śnieżnobiałe płatki z żółto-pomarańczowym środkiem. To zdanie upewnia mnie, że nasze wizje są wspólne. Widzimy oczami serca i umysłu dokładnie ten sam duchowy wymiar.

Uśmiecham się. Wzywam na pomoc dęby i brzozy, bo tak mi przychodzi. Ich energię kieruję na kwietny bandaż. Niech wzmocnią, zasilą, w symbiozie się łącząc. Jak w przyrodzie. Głowa rymuje. A dusza… chyba jest w swoim żywiole. Kolejnym. Pochylam się obok twarzy Joanny. Jej dłonie są lodowato zimne, moje pulsują ciepłem. Wypowiadam wtedy ‘’coś’’ – może udało się odtworzyć. A drzewa podnoszą mi znów poprzeczkę. Wzywają, abym śpiewał w takich zdarzeniach. Oh, proszę, jeszcze nie dziś…

Koję wszystkie stare rany,
Wcieleń brzemię już żegnamy,

Spajam, scalam i uzdrawiam, 
Do Was skrytych tam przemawiam

Niech wypłynie co w pamięci
Czas to aby Was uświęcić,

Życie nowe już kiełkuje
Za obecność Wam dziękuję,

Teraz poddasz się pływowi, 
By na wieczność, się uzdrowić

Kwiaty, pnącza i rośliny!
Wy pochłońcie już przyczyny,

I w głąb Ziemi wieść ponieście
Że udało się nareszcie…

Zieleń ukwiecona pochłonęła. Tak widzę. Jestem w środku bardzo szczęśliwy. Nie potrafię zrozumieć, po prostu się dzieje. I jak to się dzieje… Natura przychodzi z pomocą, i działa przeze mnie. Chyba tak można to wytłumaczyć. Mimo, że drzewa potrafią zrobić wiele, człowiek jest potrzebny w procesach jako ten katalizator energii. Bo człowiek to sprawca i kreator. Może tworzyć, nadać kierunek, no i po prostu któż jak nie On, zna lepiej i zrozumie drugiego. Z całym szacunkiem dla umiejętności Duchów drzew.

– Jak to zrobiłeś, jak Ci się udało? – Pyta Joasia. Po chwili dodaje.

– Nie znam nikogo, kto w tak krótkim czasie zdjąłby aż tyle. Szybko się regenerujesz w dodatku. Ogrom umiesz przyjąć i puścić… Niesamowitą operację fantomową mi zrobiłeś dzisiaj z pomocą Leśnych Pomocników.

Chyba ją zaskoczyłem. Rzeczywiście, nic mi nie jest. Tak się czuję, jakbym wzrósł znowu. Zastanawiam się nad jej słowami. Mega miło usłyszeć coś takiego od dyplomowanej, certyfikowanej uzdrowicielki. Bo co ja w porównaniu – czasem tylko robię coś, o co poproszą Drzewa. Ale w przyrodzie jestem w swoim żywiole i w pełni Mocy. Tu wszystko mnie zasila, pieści, i wspomaga na każdym poziomie. Tak czułem dziś. Byle pomóc ‘’swojemu’’ miłośnikowi. Mnie też to zdumiewa. Tu szelest liści opadłych, wydaje się być mową Boga. Słucham po prostu szeptów tego Źródła, przez otaczające mnie życie. I działam kiedy poprosi. I wcale się nie dziwię, że tak wyszło. Masażyści chodzą na masaże, lekarze do innych lekarzy, kiedy potrzeba. Uzupełniamy się wymieniamy, składając zagubione puzzle ducha w całość. Odkrywamy je dzięki spotkaniom, kontaktom, zdarzeniom. Do jedni i pełni w sobie dążymy. A ja, co zdążę się oswoić z nowym, ciągle podnoszą mi konar poprzeczki. Bo najpierw spisywanie przesłań, zabieranie ludzi do Drzew, potem wieszczenie rymami ‘’na żywo’’ teraz śpiewanie… Kiedy im się skończą te liściaste pomysły?

Topole proszą, abyśmy odeszli. Odbieramy oboje. Chcą zająć się tym co zostało tu dziś zostawione. Przetransformować. Potrzebują zostać same. Z trudem niejakim, ruszamy. Towarzyszkę muszę wesprzeć w chodzie. Dużo dziś pożegnała. Dwójka uzdrowicieli brnie potykając się przez pole, a ja myślę wtedy, że przecież te leśne dary dostępne są dla każdego podczas i samotnej wyprawy do księżycowego świata… Na wyciagnięcie konaru, z zaufaniem podania ręki. Czekają z tak potężną pomocą. Dla nich to łatwizna, a przez nas codzienność zapomniana.

🍁 Uzdrawiały i wspierały proces Białodrzewie (Topole Białe ) z jesionowego szlaku.

Celtycka Uzdrowicielka…

Moim gościem na tej leśnej sesji była mgr Joanna Szczygłowska, która ukończyła Uniwersytet Medyczny w Poznaniu na kierunku fizjoterapia i Austriacką Szkołę Osteopatii, dzięki którym pomaga ludziom i zwierzętom wrócić do zdrowia. Naturalna medycyna holistyczna, kompleksowa rehabilitacja kręgosłupa i narządów wewnętrznych w połączeniu z szeroko rozumianą duchowością czyli medycyną chińską, tybetańską, indiańską i aborygeńską (metoda Bowena), a także koncerty muzykoterapii, pomagają jej w harmonizacji ciała, emocji, umysłu i duszy wszystkich swoich klientów. Dzięki podyplomowym studiom coachingu życiowego Joanna pomaga ludziom uporać się z wyzwaniami życiowymi i schorzeniami psychosomatycznymi a także prowadzi warsztaty rozwoju osobistego: „Tajemnice Rodu zapisane w ciele”, „Kursy masażu dla par”, „Kursy masażu Shantala dla dzieci”, „Kursy starożytnych metod medycyny holistycznej”, Kurs Bliskości dla par „Rozkwit miłości”, które odbywają się w magicznym SPA&Wellness Anielska Grota w Hotelu BAST*** w Inowrocławiu.

Można zajrzeć do niego tutaj:
http://www.anielskagrotaspa.pl/rehabilitacja.php

P91013-173526

Moje wspomnienia z zabiegu u Joanny: 

Ciało jest jak świadoma mapa, która wie i pamięta… wszystko Ci wypomni. Każde zaniedbanie. Gdy już nie daje rady. Choć przyznać muszę, jak ciała zdumiewająco są odporne, a mechanizmy wszystko robią jak długo się da, by umożliwić Ci funkcjonowanie. W bolących punktach kumulują się kłęby poszarpanych emocji, często trudnych i wypartych. Moje lokowały się głównie w plecach. Sprytnie sobie wybrały miejscówkę, bo tam mogły ‘’zamrozić się’’ w hibernację, zbytnio w codziennym życiu nie przeszkadzając. Odzywały się tylko co jakiś czas, bólem tępym, upartym, gniewnym… Bolało też kolano. Te zrzuciłem na trudy wędrówek, skoki przez rowy, wspinaczki na stogi, i ogólnie przemaszerowane kilometry. Opóźniało mnie to kolano, czasem też ustępowało, gdy optymistycznym akcentem rzekłem z intencją, ‘’a to się w marszu rozejdzie’’. Bo przecież nic takiego. Jednak wracało. I co się okazało…

Wtedy opiekuńczy Brat Wszechświat przysyła do mnie Joasię, fizjoterapeutkę, masażystkę, holistyczną uzdrowicielkę, która takie terapie prowadzi jakich nazw nawet nie umiem wymówić. Osteopatia kraniosacralna i wisceralna, polarity terapia, technika Bowena, to tylko niektóre z nich.Gabinet swój ma w Inowrocławiu, w Anielska Grota Spa dokąd można w potrzebie się udać. Ona potrzebuje relaksu i zapomnienia w przyrodzie i energiach leśnych, ja pomocy…Umawiamy się więc na masowanie za wędrowanie i drzew poznawanie. A u mnie…’’Wątroba niewyspana’’ i inne rewelacje. Przemieszczenie miednicy i noga krótsza o jakieś parę mm. Dlatego bolała. A ja uparcie tak chodziłem. Bo w sumie odporny ze mnie Krasnal Po wstawieniu już drugiego dnia wędrownego mogłem beztrosko maszerować i przewodniczyć. Uzdrowicielka dłonie przykłada, punkty bolesne z mroku nieświadomości na światło dnia wydobywa. W każdym z nich historia trudna drzemie, okopawszy się na swoich pozycjach. Trzymają mocno. ‘’Nie chcę, nie ruszę się stąd, dobrze mi w tym zamrożeniu!’’ Zdają się wołać troski, smutki i przykre życia zdarzenia. Czego tam nie ma… nagromadzone przez lata chyba. Plecy, kark, barki, ramiona… ulżyć chcą człowiekowi, więc dźwigają. Ciało służy i pomaga jak długo może. Chrupną niekiedy kości. Wstawianie. Techniki, metody…starożytne w Mocy. Płoną prosto rzędy aromatycznych świec. Druidka łagodnością emanuje, dłonie nad punktami z opieką wznosi i pieśni pradawne kojąco nuci. Wibracją głosu zastoiny energetyczno – emocjonalne rozbija masując. Modlitwy z Duszy płynące szemra z Miłością w językach zapomnianych, po prostu uzdrawia…Kapłanka w dostojeństwie mistycznym osadzona. Uświęcenie brzmi pieśnią. Rzeki płaczu wypływają ze swoimi opowieściami, strumieniami. Wreszcie zostały uwolnione. Wysłuchane i przyjęte. I czasem tak jest. Ktoś drugi rękę podać musi, aby wspomóc tam gdzie wglądem swym nie sięgasz lub widzieć nie chcesz…
Po wszystkim błogość i ulga rozlana w mięśniach, ścięgnach, stawach i duszy… Reset totalny. Jakbym otrzymał nowe ciało w podarunku. Chwilę od początku jakby uczę się chodzić. Zdziwienie zdumione. O, to tutaj może być tak lekko i nie strzykać? Tak swobodnie? Na słońce wybiegam i ramiona ku niebu rozkładam… 

Dziady – Wspomnienie Przodków. Modlitwa o uzdrowienie rodu.

Tego wieczoru, przestrzeń pracuje. Z kim bym nie rozmawiał, pisał, co bym nie czytał – sedno sprowadza się do obrzędu dziadów i rodu. Dla mnie trudny temat. Bo całe życie odrzucałem. Wstydziłem. Nie chciałem znać. Uważałem, że gro ludzi z tendencją do zatracania się w nałogach, ze szczyptą szaleńców, którzy marnowali wszystko co wpadło im w ręce nic do mojego rozwoju wnieść nie może. Ja jestem chyba pierwszym, co nie stosuje żadnych używek. Wolałem tedy trzymać się z dala od tych energii… Dodajmy do tego niełatwe relacje z tymi co żyją i, no któż by nie uciekał… Ale nocą zacząłem pisać. Dusza podniosła z łóżka. O rodzie właśnie. Ogromy płaczu. Coś się dzieje. Wiersz który przeczytacie poniżej pisany był ”pod mój ród”, nie każdemu mogą więc przypaść słowa, ale można nieco sobie zmienić. Wiem, że on popłynąć ma dalej, może komuś z Was pomoże jak mi. Ja już się przekonałem nie raz, jak te słowa rymowane działać potrafią w uzdrowieniu i tworzeniu. U mnie zdumienie i pojednanie, bo ostatnim czego bym się spodziewał dziś, to spisanie tych słów.. Siadam w pozycji medytacyjnej na miękkim fotelu i jakoś… się dzieje, samo. Oczy zamykam. Wyciągam dłonie na boki i wyobrażam. Jak trzymam za rękę, po lewej Matkę, po prawej Ojca. Ona trzyma babcię, On dziadka, kolejni następnych… Łańcuch postaci. Uwieńczony moją osobą. Wołam ich, wzywam tutaj… przepraszam. Chcę zobaczyć ich wszystkich. Dłonie szybko robią się zimne, ale pulsują i drętwieją. Z lewego łańcucha, od strony kobiet widzę, płynie zielona, malachitowa energia. Taki kolor. Uzdrowicielska. Taki dar, który przejawia się we mnie… Od Ojca, energia szkarłatna, purpura, z czerwienią. Daje chłodno – ciepławe wrażenie. Nieokiełznana taka, buńczuczna ‘’kogucia’’. Oj było po tamtej stronie ‘’szalonych’’ głów… dziś zastanawiam się dlaczego tacy byli, co mogło nimi kierować, nie oceniam, a pochylam i przyjmuję z czułą troską, bez żadnego osądu. A oni mnie chwytają, z dwóch stron. Oczy wytrzeszczają mi w zdumieniu. Oddycham ciężko, szybko, głęboko z pogłosem… Samo się dzieje… jakby mnie czymś pompowali. Wołam, wołam ich wszystkich którzy stoją w tym łańcuchu. Tych najdalszych i zapomnianych. Oddech – w życiu nie był tak rozwlekły i potężny. Z jękiem. Pokazują się postaci. Jest ułan w szarym mundurze, coś zawzięcie chce mi opowiedzieć. Wojskowych z różnych epok i więcej. Kobiety, znachorki, zielarki, Matki, niektóre brudne i dzikie. Nie boję się zjaw, duchów, istot. Nie po rozmowach z drzewami i tym wszystkim co doświadczam. Chodzcie, wszyscy do mnie, opowiedzcie swoje dzieje, od dziś będziecie mieć miejsce w moim sercu na wieki. Za niepamięć przepraszam. Honoruję i zawierzam Waszej mądrości. Jestem dumny z Waszych osiągnięć. To Wasz trud umieścił mnie aż tutaj. To Wasze zwycięstwo. A ja dam tych sukcesów świadectwo. Sumą jestem Waszych zmagań. A oni się cieszą. Mówią, że ładnie napisałem wiersz. Cieszą tym bardziej, że swobodnie mogę nawiązać z nimi kontakt i nie boję.

67376611_2579754875416833_4434948277405745152_n

Gdy otwieram oczy, na miejscu mojego materacu tkwi ogromna, ludzka sylwetka. Chłop to, czy niedźwiedź? Ale ja wiem. Była taka gałąz ze strony Ojca, Mężczyzni wielcy i silni jak tury, o zdrowiu żelaznym. Które niszczyli używkami. Natychmiast zrywam się z fotela i podbiegam… go przytulić… długo łkam przy ścianie – to chyba jego radość. Wuju…

Siadam ponownie i wyciągam ręce znów. Zostają jakby ‘’unieruchomione’’ w powietrzu. Teraz jest inaczej. Już nie ma tego ziąbu, i skostnienia palców. Płynie błogie ciepło. Chwytają na przegubach, nadgarstkach, zaciskają duchowe dłonie, aż boli. Witają się. Płomień świecy zaczyna wariować, a ja widzę przebłyski kolejnych sylwetek. Podłoga trzeszczy. Przybyło wielu, gdy zaproszenie odczuli. Nie wiem na ile odczuwalnie zostaną, lub mogą. Dziś Dziady. Granice między wymiarami ruszone wspomnieniami milionów, cienkie i łatwe do przebycia się stają. W międzyczasie dopisuję strofy rodowego wiersza, które Oni podpowiadają. Mam wrażenie, że są mną jakoś zachwyceni. A ja tak uciekałem… Przechodząc przez pokój wyczuwam smugi ciepłych energii. Jestem wdzięczny Duszy. Że zainicjowała. Że sprawiła to, iż bez strachu mogę wkraczać w takie przestrzenie czując się bezpiecznie i swobodnie. W końcu, jestem wśród rodziny… Mówię do nich rymami, jak do Drzew. Tak się cieszą… Plecy, jakby dostały opokę w Mocy. Tam zagnieździło się nieznane mi dotąd bezpieczeństwo. Jakiś ciężar chwilę kołysze się na ramionach, po czym spada. Tyle mówią, wszyscy gwarem, nie rozumiem słów… Bo każdy ze swoja historią. Wzruszenie wystarcza za porozumienie. Serce piekło żywym ogniem przy pierwszym czytaniu wiersza, niechęć chyba przetrawiało… A Oni tyle ofiarowali. Dochodzę do wniosku, że nie są jednak tacy zli. Mieli swoje drogi, w mrokach nieświadomości, niełatwe. I jakoś dobrze mi z nimi. Gdy piszę, dotyki na ciele czuję. Chcą bym wrócił uwagą. Ciekawość rozbudzili. Wiem odtąd, że nie tylko wcielenia i jeszcze te wybrane są ważne… To symboliczny początek naszej drogi, razem. Scalenie. I ufny bardzo już jestem, jak też ich wsparcie i wieści przejawią się w życiu? Co podpowiedzą, kiedy wesprą? Co ja jeszcze, mogę dla nich zrobić, w podziękowaniu za swoje zaistnienie?

🌠 Wiersz – Modlitwa 🌠

Zacni moi Wy przodkowie, 
Zwracam do Was się w tym słowie,

Wy, co trwacie tam w oddali 
Byście ze mną obok stali

Mój szanowny, stary rodzie 
Bądźmy odtąd z sobą w zgodzie

Oh koleje, sny, żywoty, 
Szczęścia, troski i kłopoty,

Duma, chwała, traumy, rany, 
Dziś je razem pożegnamy

W świetle Boskim odpuszczamy…

Wszystkie Wasze bliskie sprawy, 
Wszelkie trudy i cierpienia

Niech zaznają ukojenia…

Wiem, że różnie Nam bywało, 
Lecz po prostu już się stało

Za niepamięć Was przepraszam
Do przestrzeni swej zapraszam..

Jacy Wyście by nie byli…
Wołam Was w tej jednej chwili!

Dziady, Babcie, i Wujowie! 
Wy, najdalsi mi przodkowie

Ja do siebie Was przyjmuję, 
W sercu miejscem honoruję

Siądę w kręgu, z każdym witam, 
Dłonie ścisnę, i zapytam 
Jak minęły Wam żywoty,
Wzloty, szczęścia i kłopoty
Hej najdrożsi mi przodkowie,
O czym Dziadku mi opowiesz, 
Babciu moja, ukochana, 
Skąd Ci wzięła się ta rana, 
Witaj i Pradziadku drogi, 
Miło podjąć Cię w me progi 
O, i Krewny, Ty z daleka 
Ciebie również gotów czekam

Razem znów spleciemy ręce, 
Osiągniemy jeszcze więcej,

Dziś przebaczam Wam na wieki 
Proszę wszelkiej Was opieki

Te marzenia, sprawy, plany, 
Uśmiech nam od Boga dany,

Bądźcie odtąd ze mną w zgodzie, 
Siła bowiem drzemie w rodzie,

Z Matki, Z Ojca rodu strony
Niech wydadzą we mnie plony

Z krwi krew zdarzeń Drzewo płodzi
Aby znowu się narodzić

Waszą mądrość wielbię, wzywam 
W życiu godnie jej używam

Trwajcie przy mnie w Waszej sile, 
Byśmy mogli jeszcze tyle,

Stworzyć,

I na nowo pieśń ułożyć,

Za Wasz żywot i starania, 
Wszelkie Wasze dokonania,

Dziękuję

Odtąd Wasze wsparcie czuję, 
Tulę, ściskam, ukochuję, 
Jesteście…

Połączyli się nareszcie,

Staję w Potędze swego rodu. 
By wstydzić się Was, 
Nie mam powodu

Głowę wznoszę pewnie, w dumie, 
Sławię wszystkich tak jak umiem

Znowu zwracam się ku sobie, 
W mojej łączą się osobie,

Waszej Wiedzy doświadczenia

Sploty zdarzeń, pokolenia, 
Brzmią modlitwą uzdrowienia

Z prośbą zwracam się w pokorze,
Czy pobłogosławić może,

Hojny Ród potomka swego
Abym zaznał Mocy jego

Dary Wasze ja przyjmuję, 
Ramionami obejmuję

Czerpię Siłę z pnia mądrości 
Odtąd razem będziem gościć.

~ 1.11.2019 Noc Celebracji

26815063_129620211180528_7830049764887300653_n

Szaleństwo Żywiołów. Deszczowy marsz w objęciach Wichury

Przychodzą jesienią takie dni, kiedy ona w pełni ukazuje swoją potęgę. Budzą mnie krople rzęsistego deszczu bębniące po dachu, co od razu powoduje pierwszy oddech radości. Wreszcie pada! Ulistnione jeszcze drzewa zdążą uzupełnić zapasy wody po letniej suszy i przetrwają w lepszej kondycji do wiosny. Wicher wyje osiągając apogeum między budynkami, a ja odbieram pierwszą tego ranka wiadomość. Jeden z moich gości rozmyślił się spoglądając na tą pogodę i nie przybędzie dziś wędrować. Ohh! Ludzie naprawdę nie wiedzą co tracą…

Prawdziwy Wędrowiec i Czatownik nie przejmuje się pogodą. Dobiera odpowiedni ubiór i rusza. On wie – że czas zawiei, kaprysów żywiołów i sztormów to jedyna okazja, aby zwierzęta podpatrywać zwykle w spokoju, bo w lesie nie prowadzi się wtedy żadnych prac, a i spacerowicze odpuszczają. Dla niego to też sprawdzian woli, hartu oraz osobistej wytrwałości. Trochę weryfikacja tożsamości. Czy jestem prawdziwie dziki? Żyję choć trochę jak one? Jak i przyjemność błoga i rozkosz, kiedy powolnymi haustami tenże Czatownik sączy w siebie porywiste strzępy wichury. Jednostajny kierunek wiatru pozwala dobrać odpowiednie stanowisko do zasiadki. Zaś same zwierzęta pokazują zachowania i sprawy, jakich nie sposób podejrzeć podczas ‘’zwykłej’’ pogody. Bywają i widowiska – kiedy zaczyna się czas przelotów. Ogromne stada Czarnych Pielgrzymów; gawronów, kawek, i wron przylatują na skrzydłach północnych zawiei, obsiadając pola, skwery, parki i aleje. Są wtedy wszędzie. Kto ma więcej szczęścia i mieszka w odpowiednim miejscu spotka niełatwe do wypatrzenia siewki, pocieszne biegusy, mewy, brodzce… A i ptaki drapieżne – wędrowne natrafić można. Grupy puchatych, miauczących, szybujących myszołowów – to dopiero przedstawienie! Przyroda czaruje spektaklem zjawisk, już przez wielu zapomnianych. Siedzimy, przeczekujemy ten chłodny czas pod kocami, z herbatą, kakao czy książką w ręce. I nie jest to coś złego. Tylko że – robimy to zawsze. Życie mija. A gdzie przygoda? Smak wędrówki? Po to zresztą one są. Aby raz jeden poczuć, jak to jest w przyrodzie być naprawdę. Wyjść ze strefy komfortu. Prawdziwe istnienie toczy się w kłębach chmur, porywach wiatru, kąsaniu mrozu i strugach ulewy. Zwierzęta nie mają taryfy ulgowej, niezależnie od wybryków aury i huraganu trzeba zjeść, żerować, zatroszczyć się o siebie i przetrwać. Dzień jak co dzień. To tak fascynuje. Jak im się to udaje? Aby dostąpić brzmienia dzikości, trzeba się z nią spotkać w każdych warunkach…

3b3e6dacf42be67da4af2dde87c1d595

Brnę ogłuszony, spowity siwym płaszczem wszechoceanu deszczu. Stukot zajadłych kropel falami zawziętości odbija się od kopuły zielonego kaptura. Jakbyśmy byli sami…tylko ja i one. Jestem jednak dziś nietykalny, nowy komplet przeciwdeszczowy sprawdza się znakomicie. Nawet jest mi ciepło. Na horyzontach szaro, leje tak, że aż spada widoczność. Sztorm jak ta lala! Tego mi było trzeba. Taka wędrówka w szale pogody pozwala pobyć z sobą w pełni. Pozorne rozpraszacze działają wyciszająco, jednocząc w swoim przepływie. Kolejne ciosy porywistego wiatru omiatają, jak boży bicz. Mimo to na polu dostrzegam stadko szpaków. Ptaki tuptają i żerują, a przynajmniej próbują. To jest właśnie to! Brak ‘’taryfy ulgowej’’. Widać jednak, że zaprawione są w harcie i niejedno musiały przeżyć, maszerują sobie dość beztrosko. W takiej ulewie obficie wychodzą dżdżownice i pewnie inne kąski. Dróżka którą forsuję, teraz przypomina płynącą, błotnistą kaskadę. To też bardzo chciałem zobaczyć. Świat, niby taki sam, a znów w tylu szczegółach inny. Szemrzące strugi, spływające falami błyszcząych potoków. Podmiękła, chłonna, spragniona ziemia. Grząskość ciamkająca, jak ślina. Omywają wszystko, oczyszczają… Przynoszą zew świeżości.

Gdy docieram do lasu, on szumi chwałą wichury. Potęga dzwięku. Drzewa świszczą i jęczą zginane, trzymają się bratnio w tym tańcu. Biją pokłony żywiołom. To takie jakby anteny, które kołysaniem odbierają tą energię i przekazują w głąb Ziemi. Nieustanna wymiana informacji, tak w przestrzeni którą zmysłami pojąć jeszcze ciężko, dzieje się wciąż. Przetacza łomotem, jak fala oceanu. Góra, dół, wir zagmatwany i miarowo w rytm na chwilę. Porywy wiatru i kołysanie całych zastępów sosen takie fale właśnie przypominają.

Zasiadam w czatowni, skąd mam widok na szerokie pola ze skrajem lasu. Konstrukcja kołysze się i chwieje. Czuję się jak w koi, na statku. Trzeszczy. Bardzo przyjemnie. Choć wziąłem lornetkę, nie nastawiam się na jakieś wielkie obserwacje. Raczej ‘’w razie co’’. Niebiosa panują. Pędzą tam kłębiaste monstra, szare, bure i nieprzerwane, gęste. Przepływają spazmami siwej gęstwy, gdy wicher targa w amoku szału. Uśmiecham się szeroko i nucę.To jest dopiero widowisko. To lepsze niż telewizor! ( a może mi się zdaje, bo lata już nie oglądam). Na tym tle zadziwiają mnie przemykające pojedyncze gołębie, widać z jakim wysiłkiem wiosłują skrzydłami, choć znosi je każdy poryw, dają radę. To mną dziś ciosy tego wiatru chwiały, 60 kilo ponad… Krople deszczu muskają i łagodzą twarz. Z lasu wylatuje grupka jakichś opadających w locie i unoszących ptaków. Po tym sposobie i ogonkach rozpoznaję kwiczoły. Ale co one robią? Ku mojemu zdumieniu przysiadają na polu i tam czegoś szukają. Zwykle widuje się je, gdy wcinają jagody i owoce na krzewach. Nie przeszkadza im sztorm, jakby przyleciały specjalnie. Ile rzeczy można tu podpatrzeć, gdyby wysiedzieć tutaj cały dzień? I takie to zdrowsze dla psychiki i umysłu niż wysłuchiwanie nowości o kolejnych katastrofach czy przepychanek polityków. Dużo ciekawsze. Przeczesując lornetką skraj lasu napotykam dużego ptaka, który niby to walczy z wiatrem, ale jednocześnie zawisa w locie łopocząc, czegoś wypatruje. Fala wichru unosi go w dół i górę. W pierwszej chwili biorę go za pustułkę – one podobnie często polują. Gdy jednak ptaszydło obraca się spodem jaśniejsze plamy pod skrzydłami i sylwetka ‘’latawca’’ objawiają mi Kanię Rudą. Pierzasta ozdoba krajobrazu. Dziś nie widuję ich tak często jak dawniej. Podobno potrafią unieść w powietrze nawet czyjeś gniazdo z pisklakami, chwytają wszystko co można zjeść, nie gardząc i padliną. Po prostu, czyściciel. Mówimy niekiedy pogardliwie ‘’padlinożerca’’, lecz gdyby nie takie zwierzęta zagrożenie epidemiologiczne ze strony różnych drobnoustrojów dałoby nam popalić. Takie zwierzęta mające w swej diecie również martwą zdobycz, także bardzo potrzebne. Kania zachwyca swą gracją i płynięciem, zupełnie jakby surfowała na pływach wiatru. Lekkość i finezja. Rzeczywiście – jak dziecięcy latawiec.

P90930-175209

Mijają dwie godziny przeplatane szarpnięciami wichru, bujaniem ambony i ostrymi kroplami próbującymi chyba przebić wodoodporną kurtkę. Zajadam kanapki i popijam z termosu, a na salwy żywiołu odpowiadam głośnym śmiechem. Bo szczęśliwy jestem. W tym szumie i tak mnie nie słychać. Wychylająca z lasu sarna, od razu zaczyna galop. Biegnie w susach i gna spory kawał, aż do kukurydzy. Po kilku minutach kolejna. Potem trzecia – ta z kukurydzy w las. Co one dziś tak w biegu? Zwykle maszerują leniwie, lub i pasą się na tym polu. To jest właśnie to ‘’inne’’ zachowanie, choć spodziewałem się czegoś innego. A one w pośpiechu. Już nałożyły brązowe, zimowe futerko. Chyba wiem dlaczego – właśnie nie chcą czuć ‘’na sobie’’ całej tej mieszanki wiatrowo deszczowej i żwawo kłusują z gęstwiny w łan. Tak to jest, gdy się nie ma ubrania, a pogoda załamuje nagle… Gdyby aura się utrzymała, pewnie rychło przyzwyczaiłyby. Z jednej strony powinienem zanotować taka obserwację, z drugiej, wiem, że zapamiętam. Kiedyś notowałem o której i gdzie wychodzą dziki, lecz gdy jesteś w lesie co dzień takie rzeczy tracą na znaczeniu. Bo i tak je spotykasz i wiesz gdzie śpią, żerują itd. Znać swój świat wokół – ten prawdziwy od którego odgrodziliśmy metrami betonu, płotów, starając wyobcować. Zapominając, że pozostajemy od niego zależni…

W trzeciej godzinie kończy mi się herbata i zaczyna dogryzać zimno. Komplet przeciwdeszczowy jest świetny, ale ma to do siebie, że niczego nie przepuszcza. W obie strony. Pozostajesz więc z własnym potem i wilgocią, która z czasem przechodzi w odczuwalny chłód. Mimo, że wdzianko takie nie przepuszcza wiatru i się nie wyziębiasz. Wady, zalety… Zbieram się więc i schodzę pod las. Przestało padać i pokazuje się jasność. Droga jest piaszczysta i łagodna, w niej polśniewają krystaliczne kałuże. Takie niezmącone, przezroczyste, bez błota. Aż chciałoby się z nich napić. Hulający wiatr dokonuje teraz suszenia – po taflach przelatują zmarszczki fal. Jakby grał na wodzie… Kruki wylatują nad pole rodzinną gromadą. Ptaszyska zawsze mają jakiś problem z ‘’zaszeregowaniem’’ mojej osoby. Bo przecież wiedzą, że w takie dni nie ma tu ludzi. Podobnie i wilki potrafią przypisać skojarzenia, w każdym razie rozróżniają myśliwego od grzybiarza, zwykłego spacerowicza czy pracownika leśnego. Takie osoby jak ja intrygują zwierzęta. Nie można zaszufladkować. Inaczej się zachowuje. Za czym się włóczy, czego szuka? Nie pojmują. Podobnie jak i ludzie. Lecz to zaciekawienie daje możliwość bliskiej obserwacji, a przecież o to głównie mi chodzi. Kruki robią kilka kręgów nad moją głową, po czym oddają się falom wiatru… Ich ochrypłe głosy stają się łagodne i delikatne. Mięciusie. Szybują, robią piruety i ‘’kręćki’’. Bez celu. Niczego nie szukają. Widać, że sprawia im to przyjemność. Popisują się wzajemnie. Z nieba wypływają złociste promienie, gdzieś tam chowa się słońce. Świetlista aura pieszczotą delikatną dotyka Ziemi. Przystaję i chłonę… Tu baraszkujące z powietrzem kruki, tam w tle refleksy glorii wspaniałej… Tyle zdarzeń i wrażeń. A w głowie dzwięczą wspomnienia zdań niekiedy zasłyszanych…

– Co się będziesz włóczył, nie idz, tak zimno. Lepiej byś w domu posiedział.

– Że też Ci się tak chce…

– Wieje, pada, ponuro, co tam można zobaczyć…? 

I wiele innych. Na szczęście, nigdy nie słuchałem i nie wierzyłem tym głosom. Maszeruję dalej, zostawiając kruczęta w zabawie. Ciało nabiera krzepy, dusza spełnienia… Póki mocno wieje, chcę jeszcze posłuchać szumu drzew wewnątrz lasu. Tu już mam spokojniej. Nie targa, drzewa pochłaniają wszelkie podmuchy. Trzeszczą i piszczą. Mocarnie. Stoję pod okapem igieł. Dno lasu zaścieliły kawałki dębowych i akacjowych gałązek z zielonymi liśćmi. Kruche, urwało. Biedne drzewa. Ileż one muszą znieść, przetrwać, wytrzymać, nieustannie. A takie wichury potrafiły kiedyś trwać tydzień, dwa. Na klonie widzę uszykowane gniazdo wiewiórki. Lokatorki jednak nigdzie nie widać. Tulę Dęba Radomira, przekazując mu obiecane uściski od kogoś. Cieszy, że doczekał w końcu swojej opowieści. Tak dopada mnie wieczór. Ciemność gęstnieje w mroku, niosąc kolejne granatowe warstwy rozjuszonych zastępów. Suną nieubłagalnie, a złowrogo. Nocka tutaj byłaby dziś bardzo ciekawa. Opuszczam las, a za nim pola, przestrzenie wiejące, a roztańczone w energiach. Mam ochotę wirować z nimi, sycić się, i pląsać do wyczerpania.

Jak to dobrze, że nie zostałem wtedy w domu.

P90930-175729

Dąb Radomir, co z piorunami się bratał. Emocje i uczucia Drzew.

Wędrując po lesie, czytam jego wskazówki. On chwali się w dumie, cieszy radością, syci w strojach, opowiada, pokazuje, czasem żali się, smuci lub i złości. Pragnie i dąży do swej pełni. To znów historia o tym, jak podobne są nam drzewa. Myszkowałem wtedy z otwartymi dłońmi – badając i starając się poczuć drzewne energie otaczające mnie wokół. Uczyłem się -siebie i świata obok. Jeden z tych niewielu spacerów typowo poznawczych. Ileż przypływa, ukazuje się w czuciu… Wzrok uzupełnia te opowieści o pojęcia. Energie zapraszają, wołają, ofiarują, otulają, gdy nagle coś przenika mnie hardym prądem. Brrrr! Ile w tym…lęku? Rozpaczy trochę. Któreś z drzew woła pomocy. Coś mu się stało. To jak sygnał SOS. Ale które, gdzie? Wprawdzie byłem dziś u skruszałej wierzby, co to gnije i się rozpada, lecz ona pogodną była, w akceptacji dla swego losu. Idę tak jak prowadzi, ten sygnał. Trudno go określić, jest solidny, tętni na cały las, ale drzewa wszędzie jakby go ignorowały, oswoiły już z nim. W uczuciu niepokoju, pulsujące i słabnące zawołanie, mówiące jedno: POMÓŻ MI! POTRZEBUJĘ. CO SIĘ STAŁO?

Po kilkunastu krokach, przechodząc pod ogromnym dębem zaciemnia mi w głowie. Plącze nogi i osłabia w parę chwil. Tak pobiera energię moją. To gdzieś tutaj! Ktoś Ty? Okrążam dębowego wojaka i oto ukazuje mi się…potworna wyrwa… Takiej rany drzewo już nie zaleczy. Ona skraca jego żywot o setki. A on…nie chciał chyba. Nie był jeszcze gotów. Dociera do mnie, że musiał oberwać piorunem. Dawno temu. I pozostał w szoku. A drzewny szok potrafi się utrzymywać latami, podobnie jak i ludzi zagnieżdżają się wspomnienia i brak akceptacji, wobec życiowych sytuacji. W takim momencie, srogi, Dębowy Chłop, dawny mocarz tutejszej ostoi, stał się nagle jak małe dziecko. Które lanie dostało, i nie wie za co. Wołał pomocy od innych drzew obok – dały mu co mogły. Ale i one skupione muszą być na sobie, jeśli chcą żyć. Badam dłonią – z wyrwy bije nieprzyjemny ziąb, od drugiej strony dąb jest żywy i cieplutki. Jeszcze się trzyma. Ale… płacze…? Od drzewa rozbrzmiewa mi żal za utraconą potęgą, niezrealizowanym planem na siebie, ból… Jestem w szoku. Nie tego się spodziewałem doświadczyć. Nie o tym czytałem.

Utarło się, że to drzewa są tymi, które obdarowują nas energią, pomocą i wsparciem. Tak przyjmujemy i zakładamy. On pokazał mi, że może być baaardzo inaczej. Przychodziłem do niego, wiele razy. Każda wizyta to był zawrót głowy, osłabienie i ciągnięcie mojej energii, ludzkiej, oh jakże innej i potrzebnej. Mówią, że od takich drzew powinno się uciekać. Wybierać tylko te zdrowe. A ja jestem.Otaczam go współczuciem. Przytulam zrozumieniem. Bo i jest mi jego szkoda. Był tutaj największym dębem, zanim utracił ten odrost. Godzinami rozmawiam i tłumaczę mu co się stało…

– Kochany, potężny, wieczny! Dla mnie jesteś nim nadal. Nic to co Cię spotkało, popatrz wokół! Minie kilkadziesiąt lat, zanim Twój koniec nastanie. Jesteś wspaniały. Jesteś silny. Poradzisz sobie. Ty wiesz, jak przepływa i dzieje się życie. Żyłeś szumnie, piąłeś w górę, może ze swadą, ale spójrz, czy nie pamiętasz podobnych historii ze swego lasu? Pamiętasz, tak działo się od zawsze. Jeszcze tyle przed Tobą. Nie bój się tych owadów, co teraz drążyć zaczynają, i one poniosą Twoją opowieść w próchno dla przyszłych pokoleń żołędzi. ( Nie lubił ich jak diabli ) 
Zaśpiewają Ci ptaki, zabrzęczą chrząszcze, zaszeleści sarna, ryć będzie pod Tobą dzik krzepki. Wszyscy przyjdą podziwiać Mocarza, który cios tragiczny przetrwał…

– RADOMIR… dziękuję.

Przedstawił się tylko, i nic już więcej nigdy nie powiedział. Chodziłem, opowiadałem tuliłem nadal, pokazywałem mu w myślach obrazy jakie życie przy nim teraz rozkwitnie, i jak tu będzie miał wesoło z istnieniem, jakie weń zakołacze. Bo za owadami kręcić się będą ptaki, Ty istniał będziesz jeszcze wiele lat, będąc świadkiem wspaniałego procesu jaki był udziałem Twych przodków, zanim wybrała Cię iskra. To ona zrobiła Cię potężniejszym niż mógłbyś się stać, rosnąć najwyżej. Możesz być nadal… świadectwem wiary, zaufania i odwagi dla innych. Teraz sam dasz życie milionom. Roztocza, pająki, grzyby, larwy wszelkie… A może i sowa z Tobą zamieszka. Z nimi poniesiesz swą opowieść dalej. Nie przepadniesz w cieniu.

lightning-tree-sebastien-del-grosso

Za którąś wizytą odczułem zmianę. Zawsze gdy przychodziłem zaczynało się tak: ‘’pochwycenie’’, a następnie ‘’dojenie’’ mnie z sił. Wtedy mu oczywiście przerywałem zachciankę i rozpoczynałem swoje monologi. Dziś wiedziałem od pierwszych chwil. Udało się  Wreszcie. Zaakceptował. Przyjął swój los, moją wersję, wszystkie wizje i obrazy jakimi go otaczałem. Zrozumiał, coś co wiedział od zawsze, a uciekło daleko dotknięte kalectwem. Poprzedniej wiosny się zazielenił. A miał z tym jakby przerwę, nie wiem jak długą, ani jak to przetrwał. Zazielenił się ocaloną połową i odtąd nigdy już nie próbował naruszyć mojej suwerenności energetycznej, ani niczyjej. Szemra z wiatrem, chłodzi się wilgocią z deszczu, woła ptaki do biesiady, przekomarza z sójkami, po prostu, żyje. Przed nim kilkadziesiąt lat nawet.

Raz ten jeden, to ja pełniłem rolę terapeuty, a drzewo pacjenta. Ileż mi to pokazało, jak wiele przemieniło, otworzyło… Każdemu na wędrówkach opowiadam jego historię, zawsze przystajemy pod nim, a On cieszy się z naszego zainteresowania. Przyjmuje dobre życzenia od ludzi, ukłony podziwu, choć ostatnio mam wrażenie, że chciałby o sprawie zapomnieć, aby nie mówiono już o tym. Odrodził się w nowym. Jest świadectwem potęgi Życia.

🌳 W hołdzie RADOMIROWI, Mocarzowi z Dębowego Szlaku.

IMG_20190921_121645

Piżmak. Wspomnienia duchów Mgieł

Są takie zwierzęta, których nie widuje się zbyt często. Mimo że istnieją wokół i są dość pospolite, znikają w tłumie, na rzecz przykuwających uwagę wszechobecnych saren, czy większych ptaków. Zamieszkują nie zawsze łatwo dostępne środowiska. Siedziałem właśnie nad stawem, obserwując poczynania czujnej czapli, gdy widoczny kątem oka ‘’smyrg’’ oderwał mnie od siwej drapieżniczki. Co to tak migło? Błyskawiczne. Chyba mi się przywidziało…

Czapla tkwi w bezruchu. To taki pozorny bezwład. Wiem, że jej pierzaste ciało napiętej jest w tym momencie jak struna, i wrażliwe okiem na najmniejszy widoczny ruch pod taflą. Tym razem, nie ‘’myrgnięcie’’. Łodyga trzciny kołysze się jakoś podejrzanie, nienaturalnie. Czyżby jakiś ptaszek? Przepatruję wzrokiem góra – dół i znów, akurat właśnie gdy dostrzegam, mig! Zdążyłem zarejestrować tylko buro – rudą sylwetkę, dość małą ze sznurkowatym ogonkiem. Czyżby rzęsorek rzeczek? Myślę. Mógłby tu być. Teraz szkła lornetki kieruję właśnie tam. Trzciny ruszają się podobnie podejrzanie, tym razem bardziej w głębi. Chaotyczne potrząsanie. I wynurza się. Co za stworek! Łapkami dotyka łodygi, jakby badał czy dobre… Jest na powierzchni sekundy, po czym znów nurkuje, i wtedy właśnie trzcinka zaczyna się chybotać. W głowie się rozjaśnia, toż to piżmak! Zwany pogardliwie niekiedy ‘’szczurem wodnym’’. Rzadko widywany gość. I znowu stwierdzić muszę, że bez lornetki nie rozpoznałbym. Nie byłoby pewności. Zmieniam nieco pozycję aby go lepiej widzieć, o czapli zapomniałem…A ona właśnie odlatuje. Ehh…

Piżmak wygląda prawie jak miniaturka bobra. Prawie, bo jego ogonek jest cienki jak powróz, no taki podobny jak u myszy. Wodna mysz. Dobre. Żywi się głównie kłączami roślin wodnych, czasem jakiś lęg ptasi spladruje. Uznawany jest za gatunek inwazyjny i szkodliwy, bo wziął się stąd, że uciekł człowiekowi z hodowli futerkowych. No i się go tępi, podobnie jak jenota. Choć wytępić nie jesteśmy ich w stanie, bo to technicznie niewykonalne. Tak niedostępne ostoje potrafią zamieszkiwać. Rozmyślam – jak też łańcuchem pracuje zło. Futerkowe hodowle, gdzie zwierzęta stłoczone w klatkach nie podziwiają słońca, nie wdychają aromatu rześkiej wody, tak jak natura je stworzyła. Iluś tam udało się z tego piekła uciec. Jak reaguje człowiek? Krzyczy: ‘’Szkodnik, gatunek inwazyjny, zniszczyć, zabić!’’ Widzi ‘’przyczynę’’ wszędzie, byle nie w swoich działaniach. Takie maleństwo…Jedyne co piżmak może napsocić, to rozkopywanie wałów przeciwpowodziowych. To samo robi rodzimy bóbr, i po prostu drzewa czy wrażliwe miejsca obkłada się wtedy siatką, gdzie grubas się nie przegryzie. Być może dlatego nasz cały postęp techniczny, jest tylko pozornym rozwojem. Skoro przynosi tylko cierpienie, zniszczenia i śmierć, a siłą napędową jest wyzysk. Przecież od kilkudziesięciu lat jeździmy nadal kopcącymi samochodami na silnikach spalinowych, mimo technologii Tesli…Więc jaki postęp. Temat na inną opowieść.

Podziwiam piżmaka, z jaką pasją i perfekcją męczy tą jedną trzcinkę. Świata poza tym nie widzi. Błyskają żółte ząbki. I z tej strony jakby nie patrzeć robi coś pożytecznego, bo przecież człowiek okresowo wykasza szuwary, aby mieć dostęp do tafli wody. Płynie do mnie…nauka. Zastanawiam się znów. Dlaczego piżmak wciąż istnieje, mimo tych prześladowań, wrogów naturalnych? Odpowiedz jakby przychodzi w jego robocie.

– Bo jestem skupiony na sobie. Tylko na tym, co mam zrobić i co chcę osiągnąć. Temu poświęcam, z jakim oddaniem swoją energię. Nie rozpraszam się. Wykopuję kłącze, które chcę zjeść…

Takie to niby proste. Ufają i działają. W przyrodzie wiele kryje się odpowiedzi, na odwieczne ludzkości pytania. Wysiedlone suszą bobry przeniosły się tam, gdzie jeszcze jest woda i dalej budują swoje tamy z patyków. Wierzą, że dadzą radę.

Chwilę przed zachodem słońca usadzam się w jednej z otwartych czatowni. Stąd mam widok na świeżo zaorane pole, bagno, szuwary, i lasy. Tu spocznę do ciemności po kilkugodzinnej wędrówce. Spotkałem aż kilka bażantów, a przecież lamentowałem ostatnio, że chciałbym zobaczyć wspaniałego koguta w lornetce, a tak ich coś mało, nie widziałem już parę miesięcy. Manifestacja natychmiastowa. Ciekawskie sójki dziś zaskakują, żerując na skraju pola całą gromadą, zupełnie jak stado kur. Co podnoszą, stąd nie widzę. Staram się podejść. I choć sójka zdawałoby się, łatwy obiekt do obserwacji, cwaniary wiedzą, że coś jest inaczej. Pewnie nigdy nie widziały obserwatora. Niepokoją się całą chmarą i siadają na wierzbach. Latają nade mną, a w lornetce widzę jak odwracają łebki przy okrążaniu, aby mi się przyjrzeć. Zdają się być totalnie zdumione. Że ktoś się zbliża, celowo właśnie do nich. Odchodzę śledzony, całe szczęście nie wrzeszczą, tylko sondują w milczeniu.

muskrat

Zaszło. Jak szybko umyka jesienią. Temperatura leci. Po południu było wręcz upalnie, a teraz trzeba ratować się kurtką. I nawet się cieszę, bo myślę sobie, jeśli tu spadki są takie, to co dopiero w górach, na Podlasiu czy choćby Warmii. Gdybym tam miał wędrować… Wieczór jest cichy, namiętny jakiś taki. Kosy alarmują i szczebioczą w terkocie przed snem, najbliższe miesiące to one będą tutaj Zegarem Zmierzchu. Nad całością bagna unosi się pierwsza mgła, i zaczyna dziać coś, czego się dziś niespodziewałem…

Mgły zaczynają gęstnieć. Podnoszą się zakrywając mi okoliczne światła i osiedle, które wyrosło nieopodal podstępem. Idą w górę, skąd pasmami rozlewaję się na pole. Będzie taniec, będzie sztuka, przedstawienie! Mgliste pląsy wody żywej, to jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie przyroda wyreżyserować może. Zachwycam się – jakaż moc tu, w tych szuwarach i odmętach drzemie? Przetrwała mimo wszystko, i w chłodzie ukazuje nocnym wędrowcom swoją potęgę. Tam człowiek w swych światłach i przed ekranami seriali, tu one, które głucho wypełniają wszystko… wytłumiły mi nawet dzwięki dobiegające z wsi. Film oscarowy, gdyby nagrać to w przyspieszeniu. Tak się cieszę. Oglądam się za plecy – i łąka zanurzona w bieli. Cud chwiejny, żywy. Wokół robi się okrąg mleczny, a wszystko to wypełza właśnie stamtąd, z serca moczarów… Jak pajęczyna wilgotna, porywa w sen swoich macek. Tak oddycha ziemia. Tak pracują żywioły. Nie poddają się. Ile jeszcze przetrwa? Człowiek może zasypać, zasuszyć, i wybudować na tym dom. Bywało już tak. Pamiętam to miejsce jeszcze z czasów, gdy nie były stąd widoczne światła osiedli mieszkaniowych, nie dobiegały poszczekiwania psów i rzężenie pił, kiedy o zmierzchu wychodziły z trzcin watahy dzików po 30 sztuk… Gdy woda płynęła szeroką strugą po kaskadach rowku i chrobotały w nim bobry. Urzędował rzęsorek. Jak jeleń ryczał w kukurydzy, i wąsatki pasły się na szuwarach… Nie było ambon myśliwskich. Ostoja była bezpieczna, dzika i wolna. Nie wiem czasem po co tutaj zaglądam. Może dlatego, że najbliżej, sentyment, i znam każdą darń wraz z zakątkami zwierząt. Mój świat odchodzi każdego dnia, coraz dalej. Krok po kroku, odpływa…subtelnie. Coraz dalej muszę jeździć, by znaleźć kawałek ciszy. Przetrwa w opowieściach… Mało pocieszające. A kiedy się zatrzymamy? Co nam zostanie? Przecież nawet gdyby te historie miały w przyszłości być świadectwem, nikt nie zburzy mieszkań i blokowisk, by wrócić do tego co było. I nie mam wątpliwości, że na zabudowaniu pól i wycięciu zadrzewień się zakończy. Co się dzieje w innych częściach świata – nie można wyciąć, to podpalają. A ja się dziwiłem niekiedy, widząc ludzi biegających w słuchawkach. Cwaniacy. Być może czeka mnie to samo jeszcze za życia. Śpiew ptaków odtwarzany ze smartfona, bo lasy będą ptasio ciche, z szumem biegnących na wiaduktach ponad nimi autostrad…Pęd po iluzję. Zamkniemy się w coraz to nowocześniejszych domach, zagłuszymy duszę relaksacyjnymi dzwiękami, tym samym zatrzaśniemy na świat i siebie nawzajem. Cierpkie rozważania.

Przez siwą zasłonę przebija się piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Zew śmierci dla gromad myszy polnych – coś jak wycie wilka. Sowa obwieszcza wypad na łów. Dla mnie to sygnał, że pora wracać. Mgły podchodzą złowrogo gęstym duchem tuż pod czatownię, nie widać prawie niczego, drzew ani horyzontu. W takim kłębie łatwo zgubić orientację, kto niezwyczajny. Na znanym sobie terenie to zawsze wesoła przygoda. Raz mi się zdarzyło. Zakręciłem się parę razy z zamkniętymi oczami wokół i podjąłem wędrówkę. Przednia zabawa. I mgła lubi dokazywać. Wilgoć osadza się na butach, przemakając je do końca. Dziś nie zabrałem kaloszy. Nie zawsze chcę – ‘’ludzie dziwnie patrzą’’ gdy idziesz w nich przez miejscowość, podczas cudownej pogody. Nie znają realiów wypraw. Dziś buty wstępnie zmoczyłem już po południu, na resztkach rosy która nie obeschła od rana. Sekrety otulają mnie szarym kożuchem wspomnień przesłaniając burą gęstwą wszystko, gdy brnę przez chłodną łąkę – czuję się wtedy dobrze. Zabrały światła, odgłosy, dalekie budynki, utuliła w miękkiej, rześkiej ciszy. Nicość, taka moja, jedyna. Oddaję się jej w zapomnienie. Władaj mi tą krainą kochana jak najdłużej…

26.09.2019 – Bobrowe rozważania nad Stawem.

Muskrat_swimming_Ottawa

Leśne błogosławieństwo życia. Szczodre dary jesieni i Rykowisko Wędrowców

Zostałem tatą…  Chrzestnym znaczy. Leśnym. ‘’Jak do tego doszło nie wiem…’’ Spróbuję opowiedzieć. Zacząć. Kiedy myślę sobie, że ze zdarzeń wędrownych i historii życiowych nic już mnie nie zaskoczy, dzwoni do mnie Gabi. Nie znamy się jeszcze – chce przyjechać na wyprawę jesienną z przyjaciółką. W wesołej rozmowie wtrąca mi, że od niedawna wie, iż jest w ciąży no i wiecie, aby wędrówka nie była tak forsowną. Ja w radość… Na tą wieść. Ucieszył się, jakby było moje własne  Mówię sobie potem, ‘’No co Ty Sebcio, głupi’’? Jeszcze nie wiedziałem wtedy, że to Uśmiech Duszy był, wobec nowego zdania…

Widzimy się już na drugi dzień, w kwaterze. W trójkę błyskawicznie oswajamy, omawiamy trasę i plan na jutrzejszy Dzień Wędrowny. Stanęło na tym, że pół dnia u Drzew Mocy, druga połowa na zbiorach plonów, a potem przerwa godzinna i noc na rykowisku. Dużo, śmiechów, żartów, Gabi mówi, że do Drzew ze swym małym żołędziem przyjechała, bo chłop ma być jak Dąb. I że mam Kobiecą Duszę. Czyta mnie jak księgę otwartą. To to ja wiem… I ‘’muszę z nią żyć’’ odpowiadam, dać się tej kobietce dzikiej się wyszaleć, wypisać, wypłakać, utańczyć, a i obdarzyć czułością wrażliwą mi najbliższych ukochanych. Wtedy ona jest szczęśliwa i działamy sobie jak stare dobre małżeństwo. Wtedy też synergią brzmi męskość. Jakiś przebłysk świta, po co ta wyprawa, i co mam zrobić jutro, już wiem. Gdy wszystko ustalone, powitane, wracam do siebie. A tam… dopada mnie znana już ‘’faza piśmienna’’. Proces twórczy. Piszę…i okazuje się, dla tego dziecka maluśkiego, tam w łonie. Bo to drugi miesiąc dopiero. Czy to przesłanie? A może modlitwa? Nie wiem. Wiedziałem tylko, że mam spisywać, chwyciłem kartkę i wyjątkowo długopisem. Wzruszenie płynie strugami… Mija wieczór, z kawałkiem nocy. Wiem, że to co się spisało mam przeczytać mamie przyszłej i dziecku. Ale gdzie? Myślę pierw o Dębie Radosławie i jakimś nietkniętym kawałku lasu.

TrreLife.jpg

Rankiem jesteśmy pod Krzesimirem. Jeszcze się waham. Pracuje już umysł. Myślę sobie, i jak to tak tutaj, wśród tych kłód pościnanych sosnowych ułożonych w stosy? Nie, pójdziemy gdzie indziej… Jak była cisza w lesie, tak zewsząd zlatują się sikory. Obsiadają cały dąb, są wszędzie. Jest i kowalik, dołączył dzięcioł. Nalot. I gdy jedna z sikorek przysiada na korze, tuż nad naszymi głowami ja nie mam wątpliwości. Trudno o większy znak. Krzesimir zaś grzmi:

– TAK, WŁAŚNIE TUTAJ! PRZY MNIE TO ZRÓB. KOŁOWRÓT ŻYCIA. CYKL I PEŁNIA.

Dawno nie słyszałem tak wyraznie, dosadnie jego głosu. Gabrysi wcześniej powiedziałem co się święcić dziś może, teraz za jej zgodą przykładam dłonie do powiększonego lekko brzuszka. Czuję się nieco jak kapłan, albo i ksiądz, gdybym to wiedział jak oni się czują… Zaczynam czytać na głos. On drży. Staram się brzmieć…Nie łatwo.

Błogosławię Twoje życie, 
Trzymaj mocno je w uchwycie,

Krocz przed siebie śmiało, godnie, 
Z jego nurtem płyń swobodnie

Niechaj ludzie Cię wspierają, 
Swym najlepszym obdarzają

Wierzby, dęby i jesiony, 
Dzisiaj biją Ci ukłony

Z szumem liści już witają, 
Swego gościa, pozdrawiają,

Puszcze, knieje, łąki, lasy! 
Niech przypomną Tobie czasy

Niech przemówią stare dzieje,

Liście, pnącza, i konary, 
U Twej głowy złożą dary,

Niech nic nigdy nie zagłuszy, 
Światła Twej potężnej Duszy,

Przyjmij pełnię, uśmiech życia, 
By prowadził przez odkrycia

Niech rozprasza mroki nocy, 
Blask Twej osobistej Mocy

Pochłoń szmery i szelesty, 
Czule przejaw swoje gesty,

Wobec roślin, zwierząt, istnień, 
I ukochaj sobą wszystkie,

Daję Ci esencję Kniei, 
Abyś nią mógł się podzielić,

Tutaj w drzewach zakorzenię, 
Żebyś powiódł nowe plemię

W serce Twoje dar swój składam, 
Wieszczę, tulę, przepowiadam,

Drzew energia niech okryje, 
Tu gdzie tętno świata bije,

Przyjmij

Słyszysz pomruk ten, maleńki?
– Tak odzywa się Dąb Wielki,

Miłość poprowadzi kroki, 
Ciepło przyjmie świat szeroki

Witaj

Gdy czytam, wiatr psoty wywija w gałęziach, a Drzewo reaguje całym sobą. Udaje mi się jakoś dobrnąć do końca. Oboje spłakani. Dusza i Dąb, co wyście wymyślili? Najpierw przesłania wieszczone na żywo, teraz tak? I wiem, że dziś mam czytać ‘’brzuszkowi’’ wszystkie słowa spisane w przesłaniach, które uruchamiają energie drzewne. Prosi wierzba, jesion, dąb i brzozy. Mam jemu przekazać tą esencję. Ohhh… to był dłuuugi Dzień Wędrowny… Dalej maszerowaliśmy już na skrzydłach Babiego Lata, z gestem szczodrej jesieni, który obfitością odmierzał echo naszych kroków.

Dzika róża, bez i głogi

Maszerując niespiesznie po jesionowym szlaku podarunki jesieni zbieramy. Dziś Wędrowny Dzień plonów. Dzika róża, głogi, bzu ostatki i tarniny szczodre. Ciekawski rudzik przygląda się ludziom, pomponem pomarańczy migota. Cisza w dostatku się kłania. Czerwień spogląda zewsząd w rumieni.Na dystansie około trzech kilometrów dojrzałe krzewy rozpościerają przystrojone konary, jakby zawołać chciały; masz, wez, częstuj się! Wystarczy dla wszystkich. Medytacja więzi łagodnej, z tym co najwłaściwsze człowiekowi od wieków. Sikory psocą po chaszczach. Lis słoneczny drepta na miedzy. A zdrowie ląduje w torbach lnianych, herbatę krzepy zaparzę na całą zimę. Z kukurydzy wybiegają dwa jelenie – te wypłoszył szum warczącej nisko motolotni, która pojawiła się znikąd…ehh…

P90921-164754

P90921-165448

Bo jesienią jeszcze innego charakteru nabierają wędrówki. Czas dojrzewania wyścieła niebo i ziemię puchem wszechobecnego dostatku. Samo zdrowie, z pracy żywiołów powstałe. Chodzcie do lasu! Dla każdego wystarczy. Drzewa i krzewy wyciągają zewsząd konary, w garście czerwieni ustrojone. Dłonie pełne darów. Co komu potrzeba. Żołędzie na kawę leśną, czy kasztany pochłaniające sploty negatywnych energii. Ziół ostatki z wrotyczu paciorków. Tym nacieramy ubrania przeciw kleszczom. Kiście bzu czarnego, wiechy koralikami przystrojone. Jabłuszka jeszcze na październik czekające, jarzębiny aż bordowe. I pomyśleć, że to wszystko ‘marnuje’ się tonami co roku. Człowiek zapomniał.

P90921-134029

Prowadzę przez sosnowy młodnik, jeden z moich ulubionych zakątków ptasich. Zawsze można tu spotkać wszystkie gatunki sikorek i raniuszki. Kraina zieleni igieł, szorstkich w dotyku jak szczotka. We mchu pobłyskują brązowe łepki kasztanów…

Kasztanów…?

Śliskie, a chłodne w dotyku… wyglądają na świat… pierwsze tutaj maślaczki. Ojej, są wszędzie! W tym momencie tracę wolę i przewodnictwo, gdy goście w uciesze przypadają do ziemi, zbierając w uśmiechach garście leśnego smaku. I jeszcze, i jeszcze! Szczęście przyfrunęło na pajęczynach babiego lata. Odzywa się w człowieku jakiś pierwotny, choć łagodny atawizm pradawnego zbieracza. Dalej nie pójdziemy. Pora na grzybową przerwę. Rozmyślania już lubują się w smakach, sos będzie, suszone, a może przysmażone z cebulką? Mało co podnoszę, korzystając z daru uważności wskazuję kolejne miejsca, gdzie widać kapelusze. Oj, grzybów to ja się w życiu nazbierał… Od małego. Jak wściekły niegdyś. Wyszumiało się to, i wrócić nie chce. Zapachy tańczą w balecie, a w rozmyślaniach i rozmowach płyną wieści o roli grzybni w lesie, jej powiązaniach z drzewami, i bogatych a jakże przez lata wypartych właściwościach tych darów. Płynie gawęda swobodna, przesycona aromatem młodocianych sośnin. Przyglądamy się szacie roślinnej tego niezwykłego miejsca, tu oto srebrno matowa Szczotlicha Siwa, jedna z najodporniejszych traw, wokół kocanki złote, już witające się przekwitem ze światem. Każda wyprawa ziarno wiedzy jakiejś zostawia, do samodzielnego już wzrostu w poznaniu. Widzę i grzybki maślane w gęstwie na buchtowisku, do tych puszczam oko i zostawiam pominięte – będą dla dzików, które chodzą tędy nocą z bagna na pola.

P90921-133530

Postój robimy…w rowku, pod prastarymi wierzbami. Są kanapki, i ziołowe herbaty w termosach. Struga szeleści pluskiem, przenosząc umysł w krainy ostępów relaksu i ukojenia w zatraceniu. Częstotliwość 432Hz. Działają i wierzby. Te otulają nas dotykiem łagodności. Specjalistki od uśmierzania bólu. Bagienne Babuszki. Ogrzewa nas słońce, zagłębienie chroni od wiatru. Opowiadam o bobrach tutejszych, o tym jak siedziałem w ramionach jednego z drzew, a pode mną w srebrze księżyca przepływali bobrowi pracownicy. Trudno oddać w słowach takie widoki. Dostojna jabłoń kołysze się nieopodal w naręczach zielonych kłębków swoich owoców. Omiatają nas stada ptasie, przeczesujące falami wszystkie możliwe zakamarki. Jest kowalik, raniuszki, sikory i dzięcioł. Zobaczcie, mówię. Oto one są sekretem tej jabłoni. Bo jak to możliwe, że sama jedna, nie przycinana, nie pryskana, nigdy nie ”pielęgnowana” a rodzi takie kosze bogactwa? Ptasi owadobójcy wydobywają zewsząd wszystko, co mogłoby jej zaszkodzić. Prawię o dzikach, dziuplach i skrzatach… Jesteśmy w klimacie. Szara struga pluszcze opowieścią, wierzby szemrają gawędą, trzciny kołyszą się niemo… A ja pytam moich gości…Bo przecież siedzimy tutaj w scenerii, dokładnie takiej jaką opisałem rok temu w historii.

Czy byłeś kiedyś nocą nad bagnem, w krainie szuwarów i mokradeł z dawna zapomnianych?

Siedziałeś może w kręgu Wierzbowych Wiedźm, słuchając o czym szemra wiatr w koronach próchniejących czarownic? Możesz tu szukać wszystkiego, lecz jednej rzeczy nie znajdziesz nigdy. Ciszy.

Ta umyka żwawo z królestwa moczarów, poganiana szelestami gwarzących trzcin. Nie ma ochoty tu mieszkać. W odległych gawędach ludu, nieposkromione bagna i ostoja dzikości złą sławą się zapisały, skrywając swe sekrety przed śmiałkami odkrywców mglistych tajemnic. Podania mówiły o topielicach, strzygach, zjawach wołających wędrowca ku czeluściom topieli, zaś w wierzbie miał zamieszkać sam Diabeł Rokita, błyskający ogarkami cudacznych lampionów, strasząc w obronie swych niedostępnych pieleszy. Sprawcami tych legend stały się głównie zwierzęta, w tak skrytych zakamarkach znajdujące swe ostoje. Niewidoczne, bezpieczne. Ale nie ciche. Kto lękliwy, odnajdzie tu sumę wszystkich swoich strachów. Pogodny i uważny, cudów zachwyt i wieczny urok. Można też duchom bagien zadać pytania, i posłuchać odpowiedzi…

Tu dzik szlak błotnisty przemierza, w pełni się czując bezpieczny, 
Jeleń do kąpieli też zmierza, odwieczny zwiedzając matecznik.

Głucho dudni bąk w mroku, ptasi duch trzcinowiska, 
Wierzba w szelestach swych kroków, tam diabeł ogarem błyska.

Szpacy zapadają z łoskotem, oddając się w senne mary, 
Czapla ochryple łopoce, skrzydlate wzywając już czary.

Żurawie trąbią ku słońcu, zachodu zwiastując wieszcze
Nadzieję mają, że w końcu, cisza zagości tu jeszcze.

Gęsi paplają z trwogą, gwarem wypełniając pielesze, 
Nadziwić się temu nie mogą, lis zaś się skrada w uciesze.

Bóbr w pluskach chroboce srogo, świat swój budując misterny
Podąży zawsze swą drogą, żywiołu posłaniec wierny.

Wydra śwista z uśmiechem, rybom na utrapienie
Topieli stając się echem, cieszy się swoim spełnieniem.

Łabędzi rycerz na toni, czułość okazuje partnerce
Kogo potrzeba przegoni, i pragną się jeszcze więcej.

Olchy w czas wichur zawodzą, bujając wśród połamańców,
Najlepiej tu sobie powodzą, kołysząc w rytm swoich tańców.

Szuwary z pomrukiem gaworzą, 
Gdy locha prowadzi swe plemię

Nigdy do snu się nie łożą…
Mgieł zjawa w oparach drzemie.

P90921-152140

IMG_20190921_150922

Opowiadam wzruszony, bo i słowa kieruję do łona, gdzie zamieszkało towarzyszące nam dziś maleństwo. Bo przecież jest nas czwórka. Wspaniała dusza wybrała sobie przyjście na świat z inicjacją leśną, chcę by pochłonęła jak najwięcej dobrego o tym zielonym świecie. Gabi zasypia…ukołysana wierzbowym szumem, pluskiem strumienia, i chyba moją opowieścią. Nie przeszkadzamy jej.

Rykowisko Wędrowców. Jesienny oddech Leśnej Mocy 

Po półtoragodzinnej przerwie, czas nam ruszać. Zwykle Dzień Wędrowny kończymy wraz z zachodem słońca, który podziwiamy gdzieś w przyrodzie. Gdy nastaną ciemności udajemy się na wypoczynek do kwatery, niedługi. Coś zjeść, zmienić ekwipunek, przebrać na noc i już gotowi. W oddali nad lasem wisi pomarańczowo – złocista połówka wschodzącego księżyca. Ona woła pod swoją opiekę. Już dawno po pełni. Nocka zapowiada się idealna, bezwietrzna, chłodna i księżycowa. Byki lubią się wtedy odzywać. Wdrapujemy się na ogromny stóg słomianych balotów, którego lokalizację trudno by sobie lepiej wymarzyć. Jednocześnie blisko szosy, można podjechać. Stąd widok na pola rozległe, rzepak z burakiem, gdzie ciągną zwierzęta. W horyzoncie czarna ściana lasu, i tu właśnie słychać dobrze wszystko, co się w nim dzieje. Każdego jelenia, który się odezwie.

Ubieramy się puchato. Czatownicy zasiadają na czuwanie. Czatownik – uwielbiam to określenie. Ten który czatuje, czuwa, zasadza się, czeka, obserwuje. Niewidoczny, nieuchwytny, skryty. Nic nie ujdzie jego uwagi. Jego intencją i pragnieniem jest jak najmniej przeszkadzać buszującym zwierzętom, dlatego wytrwale pozostaje godziny w bezruchu. Jest tu po to, aby nasycić swoja duszę pobytem w przyrodzie, ucieszyć wszystkimi dzwiękami i zdarzeniami, jakie minąć go mogą, gdy siedzi stapiając się w głaz… Podejrzeć cząstki leśnych tajemnic i nie zakłócać.

Mija 10 minut, 15, 20… w kryształowej ciszy. Trochę jakby ‘’zaczynam się niepokoić’’. Stąd powinno być słychać, już pora. I choć każdy wie, że w przyrodzie nie powinno się niczego oczekiwać, że nie można w zasadzie ‘’obiecać zwierząt’’, to zawsze chcę aby cokolwiek się wydarzyło. Gosia przyjechała z Katowic specjalnie, żeby te byki u boku Szeptów Kniei usłyszeć. Cisza gości się na dobre, a wiercenie mej towarzyszki mówi mi, że próbuje zaprzyjaźnić się z nią Pan Ziąb. I ja wiem o jego obecności, jednak zacząłbym pewnie zwracać nań uwagę po dwóch godzinach. Gdy ma się do czynienia z tym na co dzień, nie zwracasz uwagi na zimno, przyjmując jej jako coś normalnego, że troszkę tam dokucza. Wiem, że miejsce ma potencjał, a zwierząt jest tu mnóstwo. Może by tak.. je zawołać? W duszy rzecz jasna. Już nie raz tak robiłem i zdarzenia działy się piękne. Rozszerzam się. Wnikam świadomością w zakamarki gąszczy, przepatruję, wywołuję, rymuję…

Czatownicy już czekają, 
Z ciekawością spoglądają,

Czujnie dzwięków nasłuchują, 
Coraz większy ziąb też czują,

Hej jelenie, sarny, lisy! 
Księżyc świeci blado łysy

Opowieści przędą nowe 
Ukaż nam się życie płowe,

Sowa, borsuk, jenot, dziki! 
Niechaj zabrzmią tęgie ryki,

Pokaż skrawek tajemnicy 
Byśmy mogli się nasycić…

Ledwo kończę ‘’rymowane wygłupy’’ w myślach, przestrzeń jakby się uruchamia. Rozbrzmiewa piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Kuwika sobie w sosnach. Za kilka minut zaczynają chrypieć kozły sarnie. Gosia rozgląda się, zasłuchana, oczarowana. Jej białą twarz posrebrza księżyc. Ja się cieszę. Nad nami kaskady gwiazd, słabnące w blasku górującej złotej latarni.

70893839_2558974011045155_1606539530750394368_n

I jest! Pierwszy jeleń. Nadaje z głębi bagna. Ryczy mocarnie, kończąc frazę ochrypłym warczeniem. Ale z daleka. Wiem, że tam dalej muszą odzywać się inne, których stąd nie słyszymy. Odgłos raz jest bliższy, to dalszy. Bije tętno samczej mocy. I gdy tak słuchamy, wielki cień nadlatuje z pola, przepływając bezgłośnie nad naszymi głowami. Milcząco wachlujące skrzydła. To jakaś sowa! Choć odzywały się puszczyki, po wielkości obstawiam płomykówkę. Gosia zdziwiona, a ja wiem, że one tak zawsze podlatują obadać kto siedzi. Ryk mocnieje i przybliża. Teraz wpada nam wyraznie w uszy. Jest i inny. Jelenie podeszły. Krótka narada, i decydujemy się zejść ich posłuchać jeszcze bliżej. Można to zrobić nie przeszkadzając. One teraz i tak niemal nie zwracają uwagi na ludzi. Tam w dole jest łąka z łanem kukurydzy za plecami, można stać za parawanem mgieł i słuchać z bliska. Mlecznie języki rozlewają się smugami po polach, tworząc powłóczyste zasłony chłodnego jedwabiu. Przenikamy przez nie. W nich właśnie chyba mieszka ziąb. Stoimy, nasłuchujemy i chłoniemy. Gosza podskakuje mi na każdy bliższy ryk i szelest. Bardzo chciała iść, a teraz chyba trochę się boi. Tłumaczę cierpliwie półgłosem – co tu się dzieje. O ich zwyczajach. Gąszcze zaczynają szamotać z furią, któryś z byków przedziera się do rywala. Łoskot, dudnienie, łamanie krzaków. Chyba się zwarły… Byk jest zainteresowany tylko drugim bykiem, nie szuka ludzi i nie zwraca na nich zbytnio uwagi. Trzeba tylko uważać podczas hałasowania w lesie, bo jeleń biorąc za konkuretna możne podejść i w amoku zaszarżować. Zaślepiają je hormony. Tu mamy kilka kroków za plecami starą, a mocną zwyżkę myśliwską, na którą w razie co można się wdrapać. Jest bezpiecznie. Wabimy. Podkręcamy atmosferę, rozgrzewamy nastroje. Okazuje się, że jeleni było tu więcej. Chodzą i szeleszczą gromko. Jeden mruczy nisko, całkiem blisko w kukurydzy. Pobrzmiewa w nim grozba. Koncert pochłania nas niepamięcią. Nie rejestrujemy już zimna. Mgły rozpościeraja się woalem, kryjąc może wielgachne sylwetki byków mruczących w głębi łąki. Czuję się jak w świątyni, promienieję szczęściem. Nikogo tu poza nami. Wezwanie dzikości. Pradawne tętno leśnej mocy. Nie śmiemy już mącić, szargać. Dziś panują tu Płowi Królowie. Wygrażają, rzucają wyzwania, ogłaszają mglistemu światu ogień swojej potęgi. JAM JEST. TUTAJ. I nic innego się nie liczy… MISTERIUM. To najwłaściwsze słowo.

Gosza mówi, że nawet przestała się bać. I też zapomniała o zimnie. Nastąpiło zestrojenie z przestrzenią. Każdy ryk osadza nas w miejscu, choć chcielibyśmy już wracać tkwimy zasłuchani. Ciało przyjmuje fale informacji o potędze odwagi, Miłości i osobistej mocy. Dusze zatracają się w leśnej opowieści. Jelenie, kozły, puszczyki, płomykówka, mgły. Dziś gość mój czuje całą swą istotą sedno spisywanych na Szeptach Kniei opowieści. Już wie, jak to jest.

Wracając, przystajemy co kilka chwil. Ciężko się oderwać. Każdy zew rozbudza tęsknotę niewiadomą wstrzymując kroki, chciałoby się zostać aż do świtu.

IMG_20190921_113621

________________________________________________________
________________________________________________________

Wędrówka miała swój czas w ramach naszych trwających warsztatów z Drzewami Mocy i spotkań z dzikością, w esencji brzmienia pierwotnej Natury. Ją staramy się poczuć i odnalezć, zgłębiając przesłania mistycznej strony świata. Jeśli i Ty czujesz w sobie pęd do podobnej wyprawy, pisz i pytaj o swój termin. Te spotkania są dla Ciebie. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną historię. Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl   lub   FACEBOOK 

Do zobaczenia w lesie 🙂

 

Jesienny taniec motyli. Wyprawa po Babie Lato.

Kiedy nasze stopy dotykają piasków Jesionowego Szlaku, otaczają nas w tańcu czeredy wirujących motyli. Ile ich tutaj! Dostojna rusałka admirał szybuje w piruetach muskając ramiona atłasem miękkiego pudru. Są wszędzie i wokół. Rusałki przeróżnych gatunków. Admirał, kratnik, ceik, a między nimi polatują w grupach śnieżnobiałe bielinki. Te przypominają zbłąkane płatki śniegu. Lekkość i swoboda. Z taką energią zaczyna się nasza wędrówka. Każdy krok pogłębia głęboką ciszę pustki. Nie słychać psów, aut, ludzi, ani nawet ptaków. Choć jeszcze zielono, już rozgościła się jesienna pustka. Tunel krzewów przechwytuje nadlatujące z pól podmuchy, osłaniając nas dobrodusznym kokonem. I te bezgłośne motyle wokół… Jeden z bielinków chwieje się kiepsko. Siedzi na ziemi. Niemrawo się porusza. Jego czas dobiega… Kolejny motyl podlatuje do niego i uderza z lotu, jakby chciał go stuknąć, wybudzić do życia. Kilka takich prób. Siada wręcz na nim, dotyka… To jest… takie ludzkie… Jakby troszczył się o przyjaciela. Hej, no co z Tobą, wszystko dobrze? Wstawaj, polatajmy! Tamten dalej drętwy. Obserwujemy poruszeni. Po kilkunastu próbach zrezygnowany bielinek jakby pojął – odpuszcza i leci pląsać dalej.

received_2425061674378984(1)

Dziewczyny, Bożena i Iwona są zachwycone spokojem tej trasy. Przyjechały ze śląska na ‘’wyprawę ogólną’’. Bez kierunku i presji. Są siostrami, rodzonymi. Dziś idziemy do niektórych Drzew Mocy, w miedze i na pola. Krajobraz, tak bardzo mi już ‘’opatrzony’’ je urzeka i pochłania, wołając w horyzonty. Bo nie ma pagórków, a te rozległe przestrzenie…Inność. Rozmawiamy o pięknie takich miejsc. O roli dla Przyrody jaką pełnią, i o tym jak są niedoceniane. Gęstwy rozmaitych krzewów po bokach, tu wiosną tętnią ptasie lęgi, a mali fruwacze uwijają się w furkocie przy wychowie piskląt, będąc dla okolicznych pól tym czym jest żywy środek owadobójczy. Darmowa pomoc. Tymczasem takie dróżki giną z polskiego krajobrazu, są asfaltowane, a drzewa i krzewy wycinane. Pojawia się hałas, znika życie. Człowiek w galopie swoich ‘’poważnych’’ spraw, ‘’zdążyć, zdążyć, muszę’’.  W imię ‘’rozwoju i postęp’’. Czy tędy prowadzi droga? Chętnie zabrałbym każdego decydenta i orędownika betonowego postępu, aby ukazać dziejące się tutaj sprawy. Że są ludzie, dla których takie ‘’drobnostki’’ jak cisza i przyroda są ważne. Dochodzimy do wniosku, że takie szlaki powinny mieć status chronionego dziedzictwa kulturowego. Nie powinny być przekształcane one, ani okolice, które tworzą ten poszukiwany przez wielu spokój. Niedługo cisza stanie się bezcennym dobrem luksusowym.

Z kursu odbijamy w bok, do wnętrza polnego rowku. Tam zamieszkały młode, choć ogromne już Białodrzewie. Topole Białe.  Miejsce przypomina tunel czasoprzestrzenny, osłania od wiatru, koi szumem. Tu zapomnieć się można we wszystkim. Jakby czekało przygotowane do gościny, na wysuszonym dnie spoczywa wielki kamień, w sam raz do siedzenia. Tu poddajemy się Topolowemu Oczyszczaniu. Mi po 10 minutach znacznie poprawia się nastrój. Każdy siada pod wybraną. Wszyscy łapiemy do wnętrz tą beztroskę i swobodę. Jest dużo śmiechu i luzu. Topole choć zabierają i pochłaniają całą aurę człowieka, krzywdy nie robią. Jest pewien próg, poniżej którego Topola nie ingeruje. Zabierając wszystko co nie służy, Drzewa uzdrowiły swoje leśne dzieci, wzywając je do uśmiechu, lekkości i dalszej kontemplacji dziczejącego świata wokół.

P90914-163938

Wskazuję porzucone gniazda gniazda ptasie i opowiadam o przyrodniczych sprawach jakie tu się dzieją. Bożena mówi, że ciągnie ją do Olszyn widocznych na horyzoncie. Trochę się waham, wygląda z daleka że nic szczególnego tam nie ma. Ale jeszcze nie byłem. Chętnie odwiedzę. Im jesteśmy bliżej, tym widać, że drzew porosła tutaj znacznie większa mozaika. Ogromny, czerwieniący głóg i potężna Matczyna Dzika Grusza. Jest wspaniała. Ogromna i stara. To ona nas wołała. Opiekuje się tym miejscem. Już opadaja z niej owoce. Tych kosztujemy z rosnącym apetytem. Co za zapach! Takie drzewa można pokazać za przykład wszystkim sadownikom i ogrodnikom, którzy twierdzą, że aby drzewko owocowało trzeba podcinać ‘’dzikie pędy’’, formować i prowadzić. Tych nie pielęgnuje nikt, od zawsze. Mimo to każdego roku obdarzają i zasypują dostatkiem zwierzęce życie wokół. Człowiek podcina dla wygody i z lenistwa niejako – aby łatwiej było dostać się przy zbiorze owoców. Zostawia tylko te gałęzie, które owocują. A przecież drzewo potrzebuje też gałązek bez owoców, z samymi liśćmi i odrostami, które pomagają pobierać mu więcej energii, zrobić zapasy, zmagazynować odżywcze substancje na różne życiowe wypadki. One nie osłaniają drzewa jak się powszechnie uważa, wręcz przeciwnie. I tak te dzikie, nie pielęgnowane jabłonie, grusze i śliwy na miedzach dociągają w zdrowiu setki, a ‘’pielęgnowane i prowadzone’’ przycinane drzewka w ogrodach i sadach zaczynają umierać po 20 – 30. Zbyt wyczerpane wiecznymi cięciami i ranami, które muszą bliźnić, przy niedostatku pomocnych pędów, które regularnie się im obcina. Na logikę, to nie może się kończyć inaczej. Ale potem człowiek kupuje i sadzi nowe drzewko innej odmiany i dawaj od nowa. A w świat niesie wieść, że drzewa owocowe krótko żyją…

 

received_2366050130179371

Jesienne owoce mają w sobie magazyn takiej energii, że po kilku kęsach nie głodniejesz przez wiele godzin. Promienie słońca i składniki ziemi, przesączone esencją żywiołów. I choć wokół gęsto od śladów zwierzęcych biesiadników, dziwna panuje tu cisza. Zauważamy. Obserwuję to zjawisko w tym roku szeroko. Dawniej pod takimi spadami kłębiło się od szerszeni, os i pszczół, które pasły się na rozkładających owocach całymi rojami. Zbiory były obarczone ryzykiem użądlenia. W tym roku nie było. Deptałem po mirabelkach, jabłkach, śliwkach przydrożnych gnijących, tym razem nie podnosiły się z brzęczeniem złowrogim. Może to efekt suszy, a może dzieje się…trudniej. Przytulamy się do Gruszy i wznosimy ręce w podziękowaniu.

P90914-192517
Babrzysko dzików z ubłoconym pniem.
P90914-174019
Topinambur – Słonecznik Bulwiasty, przysmak dzików.

Drzewo w zamian odkrywa nam jeszcze więcej sekretów swojego zakamarka. Niemal cały pas olszyn porosły ogromne słoneczne, żółte kwiaty. Jakiż kontrast, na ścianie zieleni. Pachną…czekoladą… To słonecznik bulwiasty. Topinambur, przysmak dzików. Wyrósł na linii rowu z babrzyskiem, miejscem gdzie czarny zwierz zażywa rześkich kąpieli błotnych. Pnie olch usmarowane zaschniętą ziemią na szaro. Pochłaniamy kolejne kilometry maszerując tam dokąd wzrok sięga. Z jesionowego szlaku zeszliśmy na pobliskie pola. Pustkowia, aż po horyzonty dalekich lasów. Macierz buraczana i brązowe połacie orki. W ogóle się nie męczymy. Babie lato jednocześnie zaczepia już chłodem, to pociąga ciepłem ku słonecznej kąpieli. Jest w sam raz. Nad nami kruki popisują się w bujającym tańcu, a ostatnie jaskółki przepływają śmigle swobodą błyskawicy. Nawet ja się dziwię, ile tętni tu życia. Tropy ogromnych jeleni – byków przecinają się ze wstążkami śladów pozstawionymi przez krzepkie dziki. Idziemy ścieżką na małej miedzy, gdzie jak słupy kierunkowe prowadzą nas kępy bylicy i lebiody. Chwila przystanku i rozeznania w świecie ‘’chwastów’’. Słońce goni już szybko. Za moment pogrążymy się w podziwie zorzy zachodu, słuchając ostatnich ćwierknięć marznących trznadli.

Wieczór…

Gdy słońce gaśnie za lasem, zatrzymujemy się. Cisza w uszach podzwania milczeniem. Stajemy stopieni z łuną pasteli, na tle czerniejących gałęzi. Szlak ogarnia zmiana. Drzewom i zwierzętom znana, codzienna i swojska już od zarania. Dla nas magiczna w swym przepływie. Wypatrujemy pierwszych gwiazd. Ukryty trznadel wyćwierkuje senną zwrotkę, kłębuszki chmar mazurków które polatywały jeszcze do niedawna, utuliły się w swoim puchu wśród tarnin. Na buraczanej miedzy pasą odległe sarny. Ciemność wypełza z zakamarków dotąd nieświadomych, jakby chciała przeczesać zasoby odwagi i zaufania. Nie jest nam straszna. I ona zaprasza do dalszej wędrówki. Ukrywa, maluje i tworzy w mgnienie – zupełnie nieznany świat. Jakie tajemnice pragnie dla siebie zachować? Jesiony pogrążają się w sennej podróży po wymiarach, jeden zrzuca z chrupnięciem gałąz zwiastując odlot większego ptaka. Łoskot zaskoczenia.

Tu czerwień styka się z błękitem ubywającym, zachwytu malując opowieść. Gdzieś tam lis czujny już trakt przemierza, a dziki przebudzają w szelestach, innego zegara odczytując wskazówki. I one nasłuchują narastającej ciszy, wilgotnymi nozdrzami chłonąc wezwanie do biesiady od pełnej smakołyków Ziemi. Temperatura leci na łeb coraz niżej, wołając ziąb ku wsparciu. Wygodnie mości się zmierzch. Igraszki światłocienia. Wracamy do kwatery i robimy ponad godzinną przerwę, czekając na księżyc. Przed nami nocna wyprawa. Chcemy dziś jeszcze usłyszeć jelenie.

P90914-193137

W poszukiwaniu rykowiska. Lelek

Niekiedy po polach przenikają jak duchy, ulotne, chwiejne sylwetki. Różnią się zdecydowanie od zwierzęcych. Maszerują przed siebie, znikając w oddali horyzontu srebrzystej poświaty. To Wędrowcy. Już nie jeden samotny, a kilku. Przestrzeń się rozrasta. Coraz więcej śmiałków decyduje się spróbować swoich sił i wytrwałości w Księżycowej Podróży. Co też gna ich w noc, z mozołem kroków, w wicher, chłód, deszcze, albo przyjazne ciepło letniej świerszczowej nocy? Podążają ufnie za swoją przygodą, a może woła ich zew dzikości, chęć przypomnienia sobie w Duszy jak istniał człowiek zanim pochłonęła nas cywilizacja. Gdy zmęczenie plącze im nogi przysiadają w czuwaniu na miedzach, polnych kamieniach, pod lasem. Wtedy zamieniają się w czatowników. Sunące godziny milczącego oczekiwania na wyjście zwierza, słuchanie szelestów życia, lub szeptane rozmowy o nimże odmierzają sedno istnienia.

P90914-235444

Księżyc rozświetlił się w czystej pełni srebrnego panowania, przyroda sprzyja dziś po całości. Nie ma wiatru, chłód się wzmaga. Dobra pora do słuchania ryków. Mają dziewczyny szczęście, nie każdemu udaje się trafić taką aurę do wędrówki. Wnikamy w las krokami, zostawiając latarnika ponad gęstwą drzew. Chcę przejść główną drogą leśną po całości, jeśli jakiś jeleń gdzieś się odezwie, będzie słychać. W zeszłym roku wyprawiły słyszalne w całym lesie Misterium Mocy. W tym za dnia hałasują piłami, a nocami strzelają tam gdzie zwierzęta odzywają się najwięcej, więc słabo. Dlatego wiodę dziś zupełnie inną trasą. Szukam miejsca, gdzie znajdę jelenia, który będzie ryczał ‘tylko dla nas’. Srebrzyste refleksy mamią oczy niewprawne, udając duchy, zjawy chwiejne i strachy. Goście moi mają okazję się przekonać, jak to rzeczywiście widać. Harcująca w liściach mysz, wywołuje podskok przestrachu. Ja już po tylu latach w kniei, połowy rzeczy niejako ‘’nie słyszę’’. Nie zwracam uwagi. Są dla mnie tłem. Jak dla kogoś odgłosy miasta. Po jakimś czasie marszu docieramy do zatopionej we mgłach łąki. W nich majaczy sylwetka sarny. Że też nie jest jej zimno. Moim wędrowcom daje się ono we znaki, po niedługim czasie postoju. Obserwujemy pląsy i gęstnienie mgły, ta daje popis swoich zdolności, tkając z nicości kształty, sylwetki i zasłony. Bajeczne widowisko. Tu zamieszkała ogromniasta wierzba, nie mogę wyjść z podziwu jak jest dostojna. Wyrasta, przypominając ludzką dłoń z palcami. Bożena chce zobaczyć sarnę w nocnej lornetce, ale tamta zdążyła się gdzieś usunąć. To nic. Wiem, że nie poczuwamy tutaj, nie każdy ma taką odporność na chłód. Wracamy. Mam jeszcze kilka miejsc. A nawet wiele. Dziś widzę, dlaczego warto spędzać w przyrodzie tyle czasu, codziennie rzędu 5, 8 czy 10 godzin. Dzięki temu wiem co, gdzie, o jakich porach roku i nocy można spotkać w moim świecie. Prowadzę ‘’na sarny’’ niemal na pewnika, znając zakątek gdzie kręcą się od wieczora przez całą noc. Daleki puszczyk nawołuje tajemniczo, dodając wyprawie szczyptę tej utęsknionej magii. Wielkookie straszydło. Wreszcie wynurzamy się nad kolejną łąkę. Tu robimy przystanek, krzepiąc się gorącą ziołową herbatą. Jeszcze kilka kroków pod lasem. Przeczesuję horyzont lornetką. Jest! Stoi na polu sarna, w księżycowej poświacie osadzona. Każdy ma możliwość obejrzeć dokładnie, gdy Iwona patrzy zwierz nieco bryka. Pasie się nadal. Z głębi lasu jeden kozioł zaczyna chrypieć. Odpowiada mu drugi. A potem trzeci. Wydzierają się kilka minut, na zmianę. Dzwięk straszny i rozdzierający, gościom nieznany. Dlatego na wędrówkach czy w dzień czy nocą także uczymy się nowych rzeczy. Zamiast rykowiska, ‘’kozłowisko’’. Jeden pogłos, niski a odległy… Przeniknął idealnie między chrypnięciami. To jednak jeleń! Drugi raz dzwięku utwierdza, że tak. Szkoda, że tak daleko. Misja wykonana.

P90914-235359

Najciekawsze zdarza się niespodzianie. Wracamy już autem sunąc powoli polną drogą, docierając do granic wsi, kiedy przed światłami zaczyna wyczyniać piruety jakieś ptaszysko. Wiosłuje skośnymi skrzydłami zajadle, a zwrotnie. W pierwszej chwili krzyczę że sowa, jednak zwinność w chaosie i sylwetka szybko wyprowadzają mnie z błędu. Ptak robi nam slalom przed reflektorami, i z gracją przysiada na szosie. Teraz wiem, choć nadal niedowierzam, toż to lelek! Ptasi unikat, kozodojem dawniej zwany. Tajemniczy, owiany legendami i mitami zabobonów, przerażający, a skuteczny łowca ciem. Taka nocna jaskółka. Jego paszcza rozwiera się niczym u rekina, przyozdobiona takimi jakby wąsikami. Terkotam szczęściem i opowiadam o ptaku. Ten siedzi przez kilka minut, dzięki czemu mamy możliwość przyjrzeć mu się z lornetki. Dawniej uważano, że lelki tymi szerokimi dziobiszczami przysysały się do wymion kóz, podpijając w ten sposób mleko. Wydaje się, że nieuczciwi pasterze, znaleźli sobie ‘’ptaka ofiarnego’’, który często pojawiał się przy bydle, gdzie było dużo owadów do łowów. Kamuflaż z piór ma idealny. Dopasowany do kory i liści. Nie sposób wypatrzeć go gdy usiądzie i zamknie oczy. A zwykle siada ‘’w poprzek’’ przypominając co najwyżej z daleka zgrubienie pnia. Gniazda też nie buduje jako takiego, wygrzebuje misterny dołek, w którym jakoś udaje mu się wyprowadzić lęg. Podczas niepogody zapada w rodzaj hibernacji, spowalniając czynności życiowe aby przetrwać chłód czy słotę, kiedy owady nie latają. Wdzięczny jestem za niego. Ale mamy szczęście! Po dokładnym obejrzeniu podrywa się w milczeniu, i znika w ciemnościach nocy. Jakby chciał każdemu z nas się pokazać w swoim kunszcie. Obserwuję ptaki i wyprawiam się na nie od bardzo dawna, sięgając czasów dzieciństwa. A lelka widziałem dziś po raz trzeci w życiu. Mimo zmęczenia, towarzyszy nam radość z pojawienia się tego gościa. Trudno wymarzyć mi było sobie milszy i bardziej zaskakujący koniec wyprawy. Przypomniały mi się słowa od Drzew, gdy pytałem o to jak zwierzęta zareagują na nasze wspólne wędrówki;

‘’Gdzie kilku spotyka się, by w Ciszy Serca celebrować Świętość Natury. Ci którzy przychodzą do nas aby podziwiać, dziękować, poznawać. Dla nich wydarzą się cuda’’

Caprimulgus_europaeus

Wędrówka miała miejsce podczas księżycowych podróży do świata przyrody. A może już wystarczy czytania? Może na Ciebie właśnie pora? Jeśli czujesz w duszy pęd do podobnej przygody, napisz do mnie na mail:

czeremcha27@wp.pl

I zapytaj o dzień swojej wyprawy. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść. Do zobaczenia w lesie!