KWIATOWE pola Wielkopolski część III – ”Łubin”.

Jesionowy Szlak znam od paru lat, i mimo jego przemian, niespodzianek nie zawsze miłych, uwielbiam tu wracać. Po obu stronach polnej dróżki mieszkają bardzo przyjazne i mądre Drzewa Mocy, a ‘’wścibskiemu’’ wędrowcowi który chciałby zanurzyć się z nimi w gawędach, może wartko spłynąć dzień cały. Pola te są korytarzem migracyjnym dla większych zwierząt pomiędzy lasami i właśnie tutaj też ‘’zasadzam się’’ często przy pełni księżyca jesienią, niemal na pewnika wyglądając dzików czy jeleni. Ale teraz… rzepaki dawno przekwitły, a widzę że nadal jest tu żółto. Co tu się piękni?



Roślinki piętrzą się niczym miniaturowe świerki, pokrojem przypominają piramidkę. Ich żółć jest głęboka, sycąca, momentami wpadająca w lekki pomarańcz. Nie to, co blady rzepak. Łan sięga aż pod las, a jego skraju pilnują fioletowe żmijowce. Pszczoły dopisują. Brzęczą wszędzie i są bardzo pracowite. Kiedyś panicznie bałem się wszelkich brzęczących owadów, teraz z ochotą siadam wśród łanu i dają otoczyć pracownicom. Są bardzo pochłonięte swoją robotą, nie zwracają na mnie uwagi. To muzyka lata, dojrzała, robotna, i sielska. No bo wyobrazcie sobie pracować przy zbiorach, pełnych Waszego ulubionego jedzenia? Tak właśnie dzień spędza pszczoła. Podziwiam jak nasycone i ubarwione są ich koszyczki pyłku przy odnóżach.





Łan łubinu. Łubinowy łan. W zeszłym roku była w tym miejscu kukurydza, ileś lat pod rząd. Siew łubinu pokazuje, jak bardzo monokulturowa uprawa wydrenowała glebę z cennych składników. Ale i tak trudno się nie zachwycić. Czuję się, jakby po ziemi wokół rozlało się płynne słońce. Jak przez ciało kwiatu sączy i pompuje swą życiodajną energię do jej łona. Jeszcze, jeszcze… Nieskończona obfitość. Byle działała tu Natura, lub mądra głowa, znająca te wszystkie procesy. Jest dojrzały czerwiec. Wiosna pózna. Na szlaku słowiki śpiewają niemal do ucha, składając duszy ludzkiej soczysty pocałunek sonetu ptasiej pieśni. Ciepło wsiąka w piasek drogi, ogrzewa bose stopy. Ruda sarna kroczy przez kwiaty, i ona w swej miękkiej ostrożności, nie płoszy pszczół. Pasuje tutaj. Fioletowa wyka wspina się dzielnie po łodygach traw, pod którymi migocą maleńkie pięciorniki… Ale one inną przy okazji opowiedzą historię 🙂

🌳 A jeśli macie ochotę powędrować w takich krainach, posłuchać opowieści o przyrodzie, popatrzeć lornetkami za zwierzętami, poczatować, zasiąść w ukojeniu pod Drzewami Mocy, czy spotkać się w relaksie z wędrowną muzyką, to zapraszam Was na wspólne wyprawy w swoim małym towarzystwie ❤ Na gości czeka nauka rozmów z Drzewami, koncert drumowy, oraz edukacyjna przyrodnicza wyprawa. Kto z daleka może dodatkowo tu przenocować, lub skorzystać z aneksów kuchennych, łazienki, ogrodu, lub zamówić pyszne domowe jedzonko. Kontakt i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

Jestem również na PATRONITE oraz POMAGAM, gdzie możecie wspomóc moją wędrowno – pisarsko działalność i wszystkie projekty na rzecz Matki Ziemi. W opisach zrzutek jest wyszczególnione na co dysponowane są zgromadzone środki. Pomóc można na dwa sposoby, regularnie lub jednorazowo. Patroni i wspierający mogą skorzystać z wielu leśnych nagród ❤ Do wyboru całodniowy warsztat przyrodniczy, dedykowany koncert relaksacyjny, paczka nasion łąki kwietnej, przesłanie Drzew MOCY, i wiele innych.

✅ JEDNORAZOWO:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

✅ REGULARNIE, co miesiąc:
https://patronite.pl/szeptykniei

Z serca dziękuję za każdy dar, dzięki któremu pomagasz mi zrobić więcej, docierać dalej i dzielić swobodnie ze światem ciepłem leśnego Słowa 🌤






Spotkanie z Duszą peruwiańskiego Lutnika. Charango – instrument słońca.

Czasem przychodzą takie wglądy – jasne i konkretne, kiedy zupełnie się tego nie spodziewasz. Są jakby kolejnym etapem ‘’nauczania się siebie’’ i prowadzą do tak barwnych historii, jakich jeszcze parę lat temu nie spodziewałbym się w ziemskim scenariuszu.

Z Chrisostomo Chavezem ‘’poznałem się przypadkiem’’, podejmując kolejną próbę zdobycia wymarzonego przez Duszę instrumentu – peruwiańskiego charango. Wymawia się przez ”CZ. ” Nie jest to instrument który łatwo można dostać, gdyż nie jest znany w powszechnej świadomości – sam musiałem przywyknąć do tej dziwnej nazwy, zanim nauczyłem się ją poprawnie wymawiać. Brak w sklepach w Polsce, w europie również nieliczne egzemplarze, nie zawsze na sprzedaż. Nie są również produkowane taśmowo jak ukulele czy gitary, a wykonują je peruwiańscy i boliwijscy Mistrzowie – Lutnicy, na krańcach świata, w swoich skromnych warsztatach. Nie wiadomo dokładnie, skąd w ogóle wzięło się charango. Krążą opowieści. Podobno hiszpańscy konkwistadorzy podbijając kraj, zabronili rdzennej ludności uprawiania swojej muzyki. Zmyślni tubylcy, stworzyli wówczas małą gitarkę, którą łatwo można było ukryć pod opończą, i w dowolnym momencie wydobyć do czarowania muzyki. Podziwiam, jak pogodni Peruwiańczycy wyciągnęli z tej niełatwej w swojej historii lekcji pozytywne strony / struny.

Jest to dla mnie przykład, jak działa spokój ducha, optymizm, spryt i wrodzone dobro. W krótkim czasie niespełna 200 lat, hiszpańska gitara, zminiaturyzowana do postaci Charango, przerobiona pod ówczesne potrzeby, została wchłonięta przez ludność Andyjską, skąd jej popularność rozlała się na cały kraj. Dziś jest tu niemal instrumentem narodowym, w szkołach uczą gry na niej, a wysokie, skoczne i wesołe dzwięki tych strun, dobiegają niemal z każdego zakątka peruwiańskich uliczek. Zaś zawód lutnika, cieszy się tutaj prestiżem, poważaniem i szacunkiem.


Chrisostomo w swoim warsztacie, pełnym czarodziejskich instrumentów.

Są nam dane trudności w komunikacji. Chrisostomo porozumiewa się tylko w języku hiszpańskim, którego ja kompletnie nie znam, poza ‘’hola’’. Pamiętam jak spanikowałem kiedy do mnie zadzwonił i zapytał ‘’Sebastien?’’ a ja wydusiłem z siebie tylko, że rozmawiam w ‘’inglisz’’ 😃😜 Peruwiańczycy mają też zupełnie inny styl bycia i kontaktu, podejście do czasu, co może irytować ścisłego europejczyka. W pierwszym momencie wymiękam i proszę kogoś znajomego o pośrednictwo. Pomaga mi Beata Sowilo, która miała okazję poznać Menę osobiście. A ja czuję, że w procesie uczestniczy Dusza. Już w zeszłym roku, widziałem jej oczami podróż po krętych, choć słonecznych uliczkach peruwiańskiego miasteczka, pełnych ludzkiego gwaru, szczerości, życia, śmiechu. Dusza przeciskała się przez te subtelności i widziałem jak chwytała, unoszące się tam, stróżki – promyki tęczowo / świecących energii. Widziałem, ze szczegółami – budynki, ludzkie twarze, stoiska rzemieślniczne, i stragany. Pewnie nawet rozpoznałbym to miejsce. Z tych wstążek energetycznych snujących się wszędzie pasmami, Dusza zaplatała jakieś warkoczyki, z uwagą i skupieniem łączyła, scalała, chwytała, czasem smutniała gdy coś jej się nie udało, to znów eksplodowała radością, gdy udało jej się pochwycić stróżkę i ‘’zawiązać’’ węzełek, który włączała chyba do swojej eteryki. To było w 2020. Na ten moment wiem, że mam też pojechać do Peru, i taka podróż stała się nawet moim wielkim marzeniem. Dusza się śmieje, i powiada że ‘’aby posłuchać jak grają tamtejsi bardowie’’. Chce włączyć do swojej eteryki trochę nowych nut i umiejętności.

W tworzeniu instrumentu też uczestniczy. Albo i były to przeskoki kwantowe w naszych świadomościach. Pamiętam, że chciałem w drugim projekcie aby lutnik zrobił jednak czarne obramowania na brzegach, zamiast białych, które to mogły jednak na co dzień się przybrudzić. I takie zrobił 🙂 Plus jeszcze parę innych detali, o których również wiedzieć nie mógł.

Wysyłka z początku się komplikuje. Gd już instrument jest gotów, dowiaduję się, że właśnie wstrzymano loty do Polski, i nie wiadomo na jak długo. Jakby czarny sen z zeszłego roku, kiedy to inny lutnik po prostu sprzedał instrument zrobiony dla mnie aby przetrwać, gdy wprowadzono lockdown. Jestem trochę zły na siebie, że ‘’marudziłem’’ bo to przecież kilka tygodni dogadywania się, 20 na zrobienie instrumentu, zbiera się czasu. A Ty czekasz, marzysz, czekasz, tęsknisz… Charango uczy cierpliwości podobnie jak drzewa i akwarystyka. Nie poddajemy się. Beata na spokojnie rzuca pomysł, że można przecież wysłać do innego kraju w Europie, a stamtąd już do Polski, przecież blisko. Poleca mi kogoś. Puszczam intencję, aby instrument dotarł do UK w tydzień, na co szansa według przelicznika wynosiła 25 % i – udaje się! 6 dnia otrzymuję powiadomienie z zielonym ptaszkiem. Mamy go już w Anglii, zatem bliżej niż dalej!

Po wszystkim zerkam sobie z ogromną wdzięcznością, na zdjęcia lutniczego Mistrza. Pracownia jest skromna, surowa i ceglana, choć zatrudnia innych pomocników. I wtedy doświadczam nagle czegoś, co zwykle wydarza się gdy wykonuję dla ludzi przesłania od Drzew Mocy. Wgląd. Jego Dusza jest bardzo stara i dojrzała, nawet starsza od mojej. Dumna, mądra i pewna siebie. Doskonale wie, po co przychodzi na Ziemię, i prawie zawsze odnajduje swą ścieżkę, doskonaląc się w powołaniu. Ma tutaj szczególną misję, którą wykonuje z lekkością i obeznaniem w rzemiośle. Cieszą ją to co robi. Jest szczęśliwa ze swoich dokonań. Wyczuwam jej lekkie zdziwienie na moje wejrzenie, a zarazem otwarcie i zaproszenie. Mówi mi, że już mnie zna. Szczegółów nie dostaję. Pogrążam się w zachwyceniu nad jej pracą i dziełami. No bo kurczę, ofiarowywać światu tyle dobra w rękodziele, uszczęśliwiać wędrownych bardów, a wraz z nimi setki ludzi, ich wzruszenia, uśmiechy, beztroskę? Siatka radości i szczęścia jaką wyplotła ta Dusza jest szczególnie silna, lekka i trwała. Napędza się już sama, i ma tendencję do spontanicznego wzrostu. Jej energia podróżuje w nutach dobywanych z instrumentów, jakie tworzy. I z tym dobrym wzruszeniem, kładę się spać.

🌤 SEN i spotkanie Dusz

Jestem w Peru, w mieście Lima. Wchodzę do kamienno – ceglanego domu, ze skromnym choć dostatnim we wszystko co trzeba, wnętrzem. Wita mnie Lutnik i jego Żona. Są też dzieci, dwójka. Witamy się jak starzy znajomi, po długiej nieobecności. Przyjmują mnie bardzo gościnnie, parzą jakąś herbatę i siadamy przy drewnianym stole. Rozmawiamy po hiszpańsku, a ja wszystko tym razem rozumiem, i odpowiadam w tym języku. Jest jakby ‘’automatyczna konwersja’’ w głowie, język nie sprawia kłopotu. Coś zjadamy, a oni uśmiechnięci wręczają mi charango, które ma kolorowe, nitkowate struny, każdą w innym kolorze. Ucieszony chwytam instrument i próbuję grać. Struny natychmiast ‘’prują się’’ i rozpuszczają w eter. Co się dzieje? Dlaczego nie mogę na nim zagrać? Lutnik bierze ode mnie z powrotem, i on może. Pyta czy chcę inne struny. Ja na to, że poproszę białe. Dają mi i zakładają w ułamku. Teraz dobywam wreszcie jakieś dzwięki. Już tak się cieszę słysząc je. A Mistrz – Lutnik mówi:

– Każdy instrument, zawiera w sobie esencję, pierwiastki ducha tego, kto je tworzy. Ty grając wkładasz w to swoją energię, modyfikujesz, zespalasz się z instrumentem nieraz jak z Kochanką ( tu z błyskiem uśmiechu zerka na żonę, ona odwzajemnia) Nie mogłeś wydobyć tonu z energii, do której nie jesteś jeszcze dostrojony. Dlatego struny się rozpuściły. I tak rozpuszcza się wtedy wszystko czego dotkniesz. Co nie znaczy, że znika dla innych. Nie jest w Twojej mocy skorzystać w pełni z tego dobra, dopóki nie jesteś dostrojony. Stroisz instrument, żeby brzmiał. Nastrój siebie, a będziesz grał.

Siedzimy jeszcze długo pogrążeni w rozmowie, i robi się pogodny, rumiany wieczór. Mena i jego żona troszkę żartują ze mnie, ale przyjmuję wszystko za dobrą monetę. Jestem szczęśliwy, że mogę być w takim śnie. Czuję się między nimi trochę jak uczniak, młodziak, ledwie nieuważny adept sztuki życia. Co ja tam wiem? Ich dusze postrzegają mnie jako ‘’młodszego brata’’. Teraz nasze cielesne postaci powoli rozmywają się, jednocześnie wzrastają wzwyż, sięgając pod sufit. Od moich gospodarzy bije mądrość i dostojeństwo. Dzieci wspinają się na stół. W domu panuje szczęście i harmonia. Mena gra i teraz widzę – ciało jest na swoim miejscu, a duch rozszerza się, wznosi. Grają i na przemian opowiadają coś – i chyba są to wspomnienia już z innych epok, wesołe jak i trudne. Dusze nie oceniają ich, cieszą chwilą obecną. To niezwykłe, że możemy się tak spotkać. Na jakiej przestrzeni to się dzieje? Czy oni także mieli tej nocy sny? Jestem ciekaw. Dusza lutnika i jego żony są czułe i wyrozumiałe wobec siebie, choć w codzienności zdarza się surowość lub swary. Pogodnie wzajem nastrojone. Także się wybrały i tworzą razem ten dom, warsztat, i swój własny wszechświat muzyki. Zapraszają inne Dusze do udziału w tym przedsięwzięciu. Jestem szczęśliwy, że mogłem wspomóc ich życie w materii, w tym odległym zakątku świata.

Pora się pożegnać. Sen jest taki ‘’półświadomy’’ więc ja chcę zabrać jedno charango z sobą, aby mieć je już po obudzeniu przy sobie, a jednocześnie wiem, że to moje prawdziwe, jest dopiero w transporcie. Tak to głowa czasem nie ogarnia wędrówek równoległych. Dają mi roześmiani, i razem z pokrowcem. Dają i prowiant w tobołku. Śmieją na pożegnanie. Wychodzę za próg domu, i idę wychodząc niebawem na krańce miasteczka. Teren jest trochę skalisto – górzysty, pofalowany i zielony, wiem, że nie jestem w Polsce. I idę, przed siebie… Po nieznanej mi krainie. W sercu otucha, bo oto mam z sobą ofiarowane ‘’narzędzie’’ które pomaga uskrzydlać duszę i puścić do świata jej energię. Nie boję się już. W tobołku jedzenie. Wystarczy do następnej przystani. Ufam. Na horyzoncie widzę odległe drzewo. Musi być wielkie. Tam się zatrzymam, odpocznę, i zagram…

2️⃣ Liczby Mówią 7️⃣

27. Widuję przez te wszystkie miesiące dosłownie wszędzie gdzie się da. 27 polubień, komentarzy, gdy przyjeżdża do mnie kolejny wędrowiec na wyprawę, ma również w rejestracji auta. Wyjeżdżamy potem na dom, o cyfrze 27. Liczba ta znajduje się też w numerze telefonu do Lutnika, jak i pojawia na trackingu do śledzenia paczki. Czuję się prowadzony, ale i zdezorientowany. O co chodzi? Nigdy numerologia nie pracowała w moim świecie tak mocno. To też dzień moich urodzin, data dla mnie szczególnie ważna.

📌 DUSZA PRZEPOWIADA dostawę 🙂

Mijają następne tygodnie oczekiwania. Po przebojach z angielskim oddziałem DPD (na osobną historię) zaczynam tracić nadzieję, że to w ogóle dojdzie. Aż nagle dzwoni do mnie Alena Mackiewicz, która zgodziła się podjąć paczkę w Warszawie na swój adres, gdybym nie dotarł z przeprowadzką na czas. Dzwoni w piątek, i powiada, że odzywał się kurier, i choć status wciąż pokazuje nam odprawę celną, to przesyłka jest w Polsce! W kolejnych dniach sobota – niedziela, siedzę jak na szpilkach i próbuję spędzić czas by minął. On się wlecze. To już w przyszłym tygodniu! Kurier powiedział, że dostarczą w poniedziałek lub wt. Pózną nocą przeżywam sztorm emocji. O rety, jest już tak blisko. Finalnie, wreszcie. Przed zaśnięciem dzieje się coś ‘’energetycznego’’. Czuję, jak wypływają ze mnie jakieś nitki / sznurki, które płyną gdzieś do oświetlonego magazynu, w którym spoczywa paczka. Dusza scala się z przedmiotem, aby już nam nie umknął. Chyba to. Potrzebuję się dowiedzieć, czy dowiozą w poniedziałek, czy wtorek, a może później. Pytam swojej Duszki oraz podświadomości. Odpowiedz klaruje się: ‘’na poniedziałek, o godzinie 11 będziesz miał’’. Wskazówka jest jasna i stanowcza, powtarza się w kolejnych pytaniach. Trochę nie dowierzam, no bo jak to można tak precyzyjnie stwierdzić? Przecież to zależy od tylu zmiennych… Nastawiam budzik na godzinę 10 i zasypiam. Nie jest łatwo pogrążyć się w Morfeuszu.

Budzę się wcześnie, około 8. Momentami posypiam. Pamiętam o budziku. Wciąż nie dowierzam, że to dziś, już. Budzik wyłączam, i sobie czuwam. Potem na trochę się przysnęło. Kurier przecież się spózni…

Godzina 10:58. Zrywam się. Dwa nieodebrane połączenia. Oddzwaniam. Oczywiście kurier, mówi, że tyle co był. Ja wręcz w płomieniach, ale zgadza się przyjechać jeszcze raz, za pół godziny. Otwieram bramę i drzwi, żeby nie przeoczyć. Wypijam herbatę z rumianku. I oto – jest! Taszczy paczkę. Młody chłopak. Żebym mógł ją odebrać, trzeba zapłacić. Dowalili maksymalne cło – ponad 700zł. Okazuje się, że nie można kartą, gotówki nie mam, a aby zrobić przelew nie ma wystarczających danych. Wrrrrr… Kurier zgadza się ze mną, że możemy podjechać razem do pobliskiego bankomatu, i stamtąd mu zapłacę. Jedziemy. Rozmawiamy. Mówię, że jestem tu nowy, a on z łomianek. Z bankomatu wyciągam nieco więcej niż naliczone, i daję chłopakowi za fatygę. Jestem wdzięczny, że podwiózł mnie w obie strony, choć to strata ich cennego czasu. Duszo, skąd Tyś wiedziała, że on będzie dokładnie o 11 ??

A potem jest rozpakowywanie. Wzruszenia i płakanie. Chwila trwogi, gdy widać na kartonie ślady, gdzie dobierali się celnicy. Instrument jest rozstrojony, cały sprawny i bez żadnego uszkodzenia. Uff! Podziwiam kunszt lutniczej roboty. Nie chce się wierzyć, że to uczyniła ręka człowieka. Najmniejszego otarcia, nierówności. Jakby został ulany z drewna. Jest egzotyczna jaracanda, mahoń i sosna bałtycka. Christostomo powiedziałem, że rosną one u nas. Kolejne 2 godziny spędzam na strojeniu cuda. Udaje się wreszcie. Dzwięk jest anielski, wysoki, czysty, wesoły to po prostu Boża Lutnia, głos Stwórcy. Charango to takie jakby połączenie gitary, mandoliny, lutni i harfy w jedno. Zaprasza do tańca, śpiewu i niesie w sobie oddech życia. Woła do ballady, wierszy i pieśni. Jakie ono malutkie. Ukulele wydaje się przy nim słoniem. I dużo smutniejsze odeń. Charango woła do Ciebie: Śmiej się, tańcz, raduj skacz! Uku: ‘’No może by mi się chciało, ale nie wiem’’.

Struna Serca, środkowa arteria dzwięku, jest biała, na końcu pokryta niebieską włóczką…

Specjalne, prawdziwe, i serdeczne podziękowania pragnę złożyć osobom znanym i niespodzianym, które pojawiły się w toku procesu i pomogły spełnić marzenie małego barda niechaj popłyną dla:

Beata Sowilo

Kinga Nowak

Alena Mackiewicz


Oraz wszystkim Wędrowcom i Czytelnikom, którzy wsparli moje PATRONITE jak i na POMAGAM, dzięki czemu mogłem spiąć finansowo cały projekt. Ogromną wdzięczność wypuszczam do Was, z radości leśnego serca.

Przyjaciele z grupy Pomocny dwupunkt – To Wam udało się ruszyć bieg rzeczy do przodu, mocą Waszych szczerych Serc.

A jeśli chcielibyście zdobyć dla siebie kiedyś taką perłę sztuki lutniczej, aby rozweselić swoje chwile – polecam z doświadczenia tego Lutnika, Artystę, Cudotwórcę, i obeznanego w fachu rzemieślnika, a przede wszystkim wyrozumiałego, pomocnego Człowieka ❤ Znajdziecie go na facebooku, a nazywa się Charangos Mena Peru. Rozmawia w języku hiszpańskim.


Lutnik przy pracy.

Ale jak w ogóle brzmi charango i o jakie nuty ten cały wpis? Posłuchajcie poniżej 🙂

Dla mnie jednak największy urok mają te ”podarte” nagrania z peruwiańskich ulic i domowych zakątków, gdzie w cieniach codzienności kryją się spontaniczne talenty. Patrzcie. Czujcie. Posłuchajcie!



Tęsknota. Listy do drzew

Drogi, mój kochany Krzesimirze 🌳

Jest 2 w nocy, i wziąłem ‘’coś na sen’’, ale spać nie mogę. Tęsknię i płaczę. Niby wszystko było takie proste, gdy Ty i inne Drzewa jesteście blisko. Trochę jestem też chory. Chciałbym teraz wsiąść na rower, i pojechać się do Ciebie przytulić. Właśnie. Ta świadomość, że nie mogę, i nie prędko to się stanie, że nie będę czuł Twej ciepłej energii i głosu rady tuż obok… Myśli moje krążą wśród Was. Nie z wszystkimi zdążyłem się pożegnać, i teraz żałuję. Nie wiem kiedy znów się spotkamy. Co u Jesiona Jaremy, Świerka Gabriela, kolorowych brzózek? Czy pada u Was Deszcz? Tutaj co 2 dzień są burze, wody nikomu nie brak, a drzewa są szczęśliwe. Nie dokończyłem terapii dębowej u Radosława i jego młodych braci. Brakuje mi jego drętwiącego dłonie ciepła. Gdzie ja tu znajdę Dęby tak szczodre, silne, i przyjazne jak Wy?

Tutejsze Drzewa są dla mnie uprzejme i miłe. Tak jak powiedziałeś. Czekały z przesłaniami. Nawet dość nachalne. Tylko te wszystkie wielkie Wierzby i Topole, i ich duchowe, nieustające, hipnotyzujące głosy ‘’muuuuu, huuuuuuu / uuuu ‘’ które płyną jakąś opowieścią. Są nieco przerażające. Inne niż ”nasze”. Wczoraj poznałem jedną z nich, i przedstawiła się jako Arwena. Jej głos przypomina rozwleczone pohukiwanie sowy, i brzmi otulając jak wata, gdy się zbliżyć. Modrzew rosnący na działce też jest dla mnie dobry. Ma na imię Kalisto. Jest poskręcany jak nasze Modrzewie nad bagnem, pewnie mu za wilgotno. Koniecznie chce coś przekazać, a ja chyba nie jestem gotów, by jego wieści usłyszeć. On czeka. Pewnie się jakoś znacie. Drzewo mojej Duszy, pamiętasz? Pewnie nie przypadkiem tu rośnie.

Pamiętam, jak marzyłem że będę tego roku wygrzewał się na słomianych balotach wśród naszych słonecznych pól, po żniwach. Jak wszystko się zmienia.Tutejsze ścierniska zapowiadają się ubogo. Są małe poletka, i niewiele polnych zwierząt. Cały czas tropię delikatnie jednego łosia, ale nie sposób go namierzyć. Tutaj, choć Puszcze, zwierza jest jakby mniej. Ale myślę co u Was, w krainie. Straciła ona strażnika. Już nie stawię się na wezwanie, gdy będziecie wołać. Posiedziałbym teraz na ambonie, tak ze 6 godzin do zachodu słońca, i ciemnego wieczoru, obserwując sarny i jelenie wychodzące na nasze łąki. Co tam w naszym olsie? Jak się udały lęgi żurawi? Czy tego roku też tyle bliźniąt sarnich powiły płowe Matki? Gdzie gniazdowały puszczyki? Odzywają się jeszcze przepiórki? Tyle pytań… Tęsknię nawet za gwarem ciągnika na polu. Tutaj nie ma myśliwych. Ambon nie znalazłem. Zwierzęta, które żyją przy wiśle, mogą czuć się bezpieczne. Oprócz ryb, które są łowione.

Gospodarze są dla mnie wyrozumiali i pomocni. Czasem chciałbym więcej rozmawiać, a innym razem skryć przed wszystkim. Mam mały pokoik. Gdy pogoda pozwala, uciekam z niego na wały wiślane. Bardzo ciekawe miejsce. Zalewane w niektórych latach przez rzekę. Wypatrzyłem tylko 1 młodego dęba, który musiał przetrwać kilka takich wylewów. Dobrze, że tych drzew nikt tu nie tnie.

Trochę też jestem na Ciebie ‘’przykry’’, bo znowu mnie oddaliłeś od siebie. Tak jak wtedy, gdy ‘kazałeś’ mi chodzić do innych drzew w okolicy, zamiast do Ciebie. Ja słucham. Ale teraz odstawiałeś mnie naprawdę daleko. Powiedziałeś, że tu z pewnych rzeczy wyzdrowieję. Przepowiedziałeś mi wtedy pewne spotkanie z kimś w lesie, które wydarzyło się tego samego wieczoru. Abym wierzył, chyba po to. Wiem, że znowu Was tam tną. Cięcia biją w las już 3 rok. Kiedy to się skończy? Chciałbym, żeby i teraz ktoś tam Wam pomagał przeżyć. Jak Wy sobie poradzicie? Co z dzikami? Myśliwi na pewno się ucieszą, że zniknąłem. Tu nie widuję czerwonych kropek na drzewach.

A może wrócę na rykowisko choćby? I zorganizuję je tutaj, razem z innymi Wędrowcami? Wrócilibyśmy przy okazji po rower elektryczny, co to nie zmieścił się w bagaż. Kampinos jest wielki, nie wiem czy zdążę ustalić gdzie tutaj jelenie głoszą swoje święto, zanim nastanie jesień. Tutejsze uprawy, które lud szumnie nazywa polami, to według mnie maleńkie poletka. Nie przytykają się ani trochę do potęgi naszych rozległych, wielkopolskich. Będę szukał więcej pól w okolicy. Może wtedy znajdę więcej ukojenia w tęsknotach.

Wiem, że odbierasz każde moje słowo, które we łzach sobie piszę, i chciałbym bardzo widzieć jak teraz reagujecie. Jak drgają Wasze gałęzie i szumią liście. A pamiętasz tą olchę nad jeziorem? Będę powoli kończył, bo trzeba spróbować się wyspać. Mam teraz więcej obowiązków. Trzeba posprzątać pokoje, odkurzyć nim zjadą się goście. A trochę ich się tu wpisało. Niektórzy pytają o Ciebie i inne Drzewa z książki. Mamy zamiar odwiedzać Was z krótkimi wyprawami. Mam nadzieję, że u Was długo pozostanie jeszcze jak było. Że gdy wrócę choć na moment, znów pójdę w miejsca które znam, i będą tam żerować zwierzęta, o swych porach jak zawsze. Martwię się o nie szczególnie. Mój zapach, zostawiany regularnie zdołał już wywietrzeć. Młode lisy już podrosły i wędrują z rodzicami na pierwsze łowy. Przekaż im proszę moją obecność i odczucia niewysłowionej Miłości. Niech nasze duchy poprowadzą ich kroki po bezpiecznych ścieżkach, z dala od zasadzek ludzkich.

Gdy naprawdę będzie trzeba, zjawię się. Tobie przesyłam zaś brzmienie gromkiego przytulenia, i obrazy wspólnych chwil u Twego pnia z naszego nocnego czuwania gdyśmy się żegnali. I składam na Twe konary ogrom najlepszych leśnych życzeń. Wiem, że jesteś wytrwały, ale nie wahaj się wezwać tam z powrotem, jeśli uznasz że potrzeba. Pomagaj naszym zwierzętom. Więcej pisać nie muszę. Bo wszystko co we mnie dzieje się teraz, wiesz.

~ Listy do Drzew, 12.07. 2021



Czy drzewa się gniewają? Rozważania Wędrowca.

Pracowaliśmy akurat z Energią Męską, czy też jak mi się wtedy zdawało, z budowaniem pewnego poczucia własnej wartości, które pozwoli mi stawiać jasne granice, wyrażać swój sprzeciw bez lęku, że komuś sprawię przykrość, mówiąc w odniesieniu do różnych form agresji STOP. Pomagał mi w tym mój wieloletni przyjaciel, Dąb Krzesimir z rodu drzew.

To było ponad 3-4 lata temu. Spokojny letni dzień, nasza codzienna gawęda, próby wzajemnego poznania i zrozumienia, doszlifowania form komunikacji, uczenie się, bycie… Pamiętam, że go przytulałem, opowiadając o swoich przygodach z tygodnia, i troskach. I doskonale pamiętam również to uczucie, które na trwałe zburzyło mój wewnętrzny pewien obraz Drzew, jaki nosiłem w sobie na tamten moment. Tulę chropawy pień. Jest wczesne lato, czas cichnących ptaków i dojrzewania zbóż. I naraz czuję, jak wzbiera we mnie gniew. Potężny, mocny, wznosi się surowo, choć wyrozumiale, przybiera falą, wypełnia piersi i ramiona, aż do swoistego dygotu działania. Nie jest to niszczący gniew, raczej wyrozumiały, i znać, że dawniej przeżywany. Choć odbieram też elementy zniecierpliwienia, zniechęcania, oscylujące na granicy wściekłości.

Niemal odskakuję zdumiony od Drzewa i pytam – Krzesimir, to do mnie? Co ja Ci zrobiłem? Powiedziałem, pomyślałem coś nie tak? Coś mi nie wyszło, czymś Cię wkurzyłem? Jej, przepraszam…. Nie wiem co robić. Czy kontynuować kontakt, a może iść sobie?



Mija jeszcze kilka minut takiej rozterki, kiedy zaczynam słyszeć narastający warkot. Znany i nielubiany szczególnie w lesie. Quadowcy. Rozrywający ryk silników narasta – gnają. Las się stroszy, wszystkie drzewa zrywają do kołysu, a ja mam wrażenie, że czują się jakby ponad nimi przeleciała piła. Życie w lesie zamiera, trwoży się, boi, czeka. Czuję i znów ten wznoszący święty gniew, i znów o dziwo od mojego drzewnego towarzysza. Dołącza do tego moje poirytowanie. No bo jednak las to nie miejsce na takie eskapady, tutaj ludzie przychodzą przede wszystkim po ciszę i wypoczynek. Nie komentując. Motory cichną, ja przytulam się znów, a całą sytuację staram się zracjonalizować. ‘’Przecież to niemożliwe żeby drzewo’’. Na pewno to coś mojego, nieuświadomionego, zepchnięte. Pracujemy dalej, trzeba będzie namierzyć.

I znów jest tak łagodnie. Drzewa się uspokoiły, złagodniały, zajęły czym innym. Ja tkwię przy pniu, i staram się ‘’rozwikłać’’ odczutą sytuację, by wiedzieć co tu się zadziało. Dąb też nic nie mówi, choć jakby starał się usilnie z czymś do mnie dobić. Ale pewnie nie jestem gotów przyjąć jeszcze tej informacji. Znów mija ileś czasu, przestrzeń się uspokaja. I w którymś momencie odczuwam to znów. Ciężki, srogo wzbierający, podnoszący się – prawdziwy gniew. Teraz nie ‘’panikuję’’. Pozostaję sobie w tym, i staram wniknąć głębiej, by pojąć na co tak sroży się drzewo. Chyba już wiem, że nie na mnie. Wiem, że też potrafi się zirytować, ale wtedy nie przybierało to takiej przytłaczającej formy. Co się dzieje? Teraz odbieram pewien rodzaj nieharmonijnego dygotania powietrza, jakby zbliżało się coś nieprzyjemnego. I słyszę. Z początku jak brzęczenie komara, z daleka – motor! Teraz dzwięk lawinowo narasta, a drzewa znów ogarnia jakby szał – zaczynają trzeszczeć, kołysać się i ‘’srożyć’’. Teraz dochodzi do tego nawet fizyczny ból, pewne uczucie ‘’nieprzyjemności’’ w środku. Coś zaczyna mi świtać. Odchodzę krok od pnia i staję obok. Motocykliści gnają na złamanie karku, ubrani w sportowe kaski, dla nich las to tor przeszkód. Mimo, że stoję tuż obok drogi żaden z nich nie zauważa mnie nawet. Przemijają razem ze swym chaosem. Teraz trochę rozumiem. Drzewa jakby wiedziały co się zbliża, pędzi przez las i reagowały! Falą przekazywały sobie emocję z informacją. A może tak bardzo ranił je ten hałas? W pierwszej chwili interpretuję zdarzenie, że mi się zdawało. Biorę tą emocję jako moją, jakąś nierozpoznaną, bo to przecież niemożliwe żeby Drzewo… I jeszcze Krzesimir, znany w księgach Mędrzec.

BEZ CZUCIA, BEZ DUCHA – BEZ Czci i Szacunku! – Grzmi nagle rozdygotany dąb nad głową. Nawet Cię nie dostrzegli. Zobacz, pokażę Ci jak my to odczuwamy. Co się tu dzieje. Będziesz wiedzieć, dlaczego się gniewam. To dla nas nowe! Wciąż, wciąż coraz więcej hałasu. A lubimy spokój. Przepływ mamy taki, że dzieje się już błyskawicznie. Naraz zanurzamy się w białej, świetlistej mgle, jasnej i delikatnej, utkanej z eteru drzewnych aur i roślin. Widziałem już coś takiego fragmentami, ale nigdy tyle na raz wokół. A Dąb pokazuje dalej i objaśnia:

– Dziwiłeś się tym uczuciem i jak to możliwe, czuć sytuację zanim się zdarzy? – Mówi Dąb. I pokazuje mi jak on widzi, obraz z góry: Z przeciwnej strony lasu gnają motory. Knieja już drga w nieprzyjemnym odruchu. Oni nie mogą tego zobaczyć, mają te swoje kaski, interesuje ich tylko frajda z jazdy po piachu. Delikatna, biała mgiełka to aura drzew, wypełniająca łagodą, harmonijną, pokorą wobec łańcucha życia płynącego strumieniem przez epoki. Dzwięk ją rozrywa, szarpie, tarmosi, wcina klinem w panujący tu spokój. Aura ta jest jednak mocna – gdy pojazdy przemijają, natychmiast za nimi zasklepia. Drzewa odbierają to jako formę agresji, a sam proces jest dla nich przykry jeśli dzieje się częściej – wyszarpywana i niszczona jest wypracowana przez nie w energiach harmonia miejsca.

– Drzewa na przeciwnym skraju lasu odbierają, słyszą przez korę co się zbliża, i dają wyraz swemu niezadowoleniu. Szybko przekazują ją dalej. Niosą ją zaniepokojone ptaki, wzniecają uciekające zwierzęta. To dlatego byłeś w stanie poczuć, że coś jest nie tak i zastanawiać nad tym co czujesz, kilka minut wcześniej, zanim cokolwiek fizycznie usłyszałeś.

Teraz pozostaję w zdumieniu. Wciąż niedowierzam. Jak to możliwe? Ale przecież czułem! Tak mocno. Drzewa wobec tego działają, jak swoisty ‘’głuchy telefon’’. Nim kończymy dialog, sytuacja powtarza się trzeci raz – znów wzbierający gniew, a za kilka minut warkot pędzących crossów. Teraz nie mam wątpliwości, że sobie tego nie uroiłem. Zastanawiam nad swoim przyjacielem. Bardzo mnie zaskoczył. Krzesimir, Ty często tak? Czy w ogóle inne drzewa też? Rozważam. Jego gniew różnił się od tego ‘’Radosławowego’’, innego dęba, rosnącego parę km dalej, o zupełnie odbiegającym wtedy charakterze. Był głęboki, choć w sobie smutny, i nie burzący lecz spokojny, i nieco zrezygnowany.

TERAZ rozumiesz. – Mówi znów Dąb. I to jest właśnie męskie, tak jak czujesz. Mężczyzna nie niszczy, on z energią Słońca tworzy. Myśli jak zrobić lepiej, ale też czuje. U Ciebie to działa, choć blokuje strach. On – Mężczyzna nie mści się, lecz karze gdy potrzeba, aby winowajca zrozumiał swój błąd. Chciałeś wiedzieć. To właśnie takie uczucie.

’To popracowali’’, myślę. Niektórzy twierdzą i czują, że Drzewa to już takie wzniosłe i wysokowibracyjne Istoty, wolne od wszelkich ludzkich niedociągnięć, świetliste, zawsze wyrozumiałe i ponad wszystko. U mnie bywa to troszkę inaczej. Wchodząc w ich świat, dane mi było przekonać się jak bardzo pewne przekazy i wyobrażenia, ograniczają nas w odbiorze tego co jest. Zawsze powtarzam, że one są bardzo ludzkie. W moim świecie drzewa już tęskniły, wspominały, cieszyły, bały, płakały, bywały dumne i nieustępliwe, krnąbrne, dokuczalskie, trzpiotne, a niekiedy i złośliwe. Dlaczego miałyby się nie wkurzać? Choć przyznać muszę, że to nie jest jakaś częsta sytuacja. Od Krzesimira odbierałem dotąd czasem zniechęcenie, lub lekkie poirytowanie, kiedy ja nie byłem w stanie czegoś pojąć co mi przekazywał. Albo zniechęcenie. Ale on doskonale dobrał formę dialogu do mnie. To są właśnie takie sytuacje. Jak dzisiaj. I wtedy nie wątpię, że jest tak jak wydarza. Dziękuję Ci bracie za Twoją otwartość i gotowość do tego, aby pokazać się mi i innym ludziom… Może głupie skojarzenie, ale przypomniał mi się Chrystus, co to też według przekazów miał batem rozpędzić kupców w świątyni. No a taki święty Człowiek.

Historię tą noszę w sobie przez blisko 4 lata, i opowiadam gościom na moich warsztatach pracy z Drzewami Mocy. Zapisu w słowach doczekała się dziś. Co musiało we mnie dojrzeć abym mógł ją przekazać nie wiem, ale zostawiam Was z kolejną odsłoną przesłania mojego leśnego Mędrca. I jak zawsze, ciekaw jestem Waszych spostrzeżeń w komentarzach ❤

🌳 PS. Obecnie działam pod Warszawą, gdzie zapraszam Was również na indywidualne warsztaty pracy z Drzewami Mocy, i po leśne przygody. Wędrujemy tu po wałach wiślanych, łęgach, nad rzeką i w Kampinosie. Wolne terminy są na sierpień. Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl

Dziękuję również za Waszą czytelniczą obecność ❤ Jeśli te zapiski i wędrówki mają dla Ciebie jakąś wartość, to można podziękować mi symbolicznie jakimś wsparciem, i pomóc w realizacji czekających projektów. Ich opisy i wszystkie pomysły znajdziecie pod tymi linkami:

✅ JEDNORAZOWO:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

✅ REGULARNIE, co miesiąc:
https://patronite.pl/szeptykniei


Z serca dziękuję za każdy dar, który pozwala mi zrobić więcej, docierać dalej, zdziałać więcej w świecie, i zadbać o swoje zdrowie 💚



Świt nad jeziorem. Dziekanów

Dojrzało już lato. Chłodne poranki pełzają niemrawo żywymi językami falujących mgiełek. Tafla jeziora kończy nocną opowieść. Chwila w której milkną czupurne trzcinniczki i niestrudzone łozówki. Krótki moment, nim brzask rozproszy ospałe mroki złud. Łodygi szuwarów odbijają się szarym cieniem na lustrze. I widno, i ciemno zarazem jakby. Szaro. Świetlą ostatnie gwiazdy, opiekunowie nocy. Spóźniony bóbr przepływa bezgłośnie przez bezkres – o rety. One naprawdę tu są. Doceniam. W swej dawnej okolicy, ‘’na bobry’’ trzeba było jechać parę kilometrów. Teraz wystarczy wyjść za płot. Cienki sierp młodego księżyca, zwiastuje bieżący nów. Pasuje tutaj. Jego złocisty blask, osiada pyłem na tafli. Jak wmalowany w obraz. Pluski i chlapnięcia skaczących ryb… To one kończą melodię gasnącej nocy. Tam pod wodą, musi być jak we śnie… O czym marzą ryby? Pytał w duchu Wędrowiec.



Wieczorny widok z pontonu, na jeziorze dziekanowskim.

Krótka migawka z wieczornego zachwytu. Oto jestem niespodzianie pod Warszawą, i zachwycam tutejszą przyrodą. Tutaj też prowadzę teraz swoje zajęcia dendroterapii, koncerty na drumach, gawędy i nocne wyprawy po wałach wiślanych. Zapraszam serdecznie, kto ma ochotę dołączyć. Kontakt i zapisy:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie 🙂

Biała aura lasu. Nocny gość i niespodziana wędrówka

Nocny gość, spóźniony szczerze, stuka po północy do sadyby…Pierwszy mój gość, tutaj, w nowym miejscu, odkąd przeprowadziłem się pod Warszawę do Kampinosu. Pamiętam, że z Małgosią umówiliśmy się ‘’lekko’’ koło godziny 23, że akurat odwozi kogoś do Warszawy i mogłaby zajrzeć na chwilę, aby powitać się w nowym miejscu. Jak już się powitali, to i pogadali, pograli na drumach, a czas zszedł do świtu.

Działo się mocno. Nie czułem wtedy najlepiej. We wtorek zbudziłem nieco ‘’chory’’, co odbieram jako dostrajanie do energetyki tego miejsca, i odpinanie pewnych ‘’starości’’. W jednej z szafek znajduje jakiś ‘’colgrip’’ w proszku, co pozwala trochu stanąć na nogi. Od moich gospodarzy dowiaduję się potem, że poprzedni lokator kupił go sobie parę dni przed wyprowadzką i zostawił. Jakby przestrzeń znała i przyszykowała wszystko… Około 1 w nocy mam zamiar napisać do Małgosi że idę spać, i nie będę dostępny. Próbowałem się dodzwonić jak tam w drodze. Tel milczał. Zamiast tego wychodzę na podjazd, a ona już jest. Tyle co zajechała. Bez żadnej nawigacji, map, w totalnie nowym miejscu, gdzie nigdy nie była. Bo telefon się rozładował. Rzecze mi, że dała intencje, aby Wszechświat poprowadził, jeśli mamy się spotkać. Zakręt po zakręcie, intuicyjne manewry, i tak znalazła się pod numerem 406. Po 3 nad ranem podziwiamy razem świt nad jeziorem za furtką, i cienki sierp młodego księżyca, dążącego do nowiu. Na drugi dzień, ruszamy do lasu. Miałem okazję wcześniej pobuszować w niewielkim fragmencie Kampinosu, a więc wiem gdzie prowadzić. Knieja, już na wstępie jakże inna od tej do jakiej przywykłem. Powykręcane sosny, cudowne ‘’hobbitowe’’ pagórki, zmienne siedliska, jałowce i… ‘’jagodno’’. Ten las jest jagodny. W jego podszycie dojrzewają fioletowe kulki, które na długo staną się teraz przysmakiem rozmaitych ptaków. W wielkopolskich lasach, jagód i jałowców nie widział chyba nikt. Podjadamy po trochu. Bajeczne zróżnicowanie siedlisk. Są grądy i sośniny, bagna i brzeziny, tajemne polanki. Ponoć niektórzy znają miejsca, gdzie sączą się naturalne strumienie i zapomniane strugi. Wędrówka jest inna zarówno w duchowym rozpoznaniu, jak i jej przyrodniczym wydaniu. Bo przecież masz świadomość, że możesz spotkać tu łosia, wilka, rysia, rzęsorka, kumaka nizinnego czy traszkę grzebieniastą – gatunki już tylko gdzieniegdzie w kraju osadzone, cenne i chronione.



Drogi są wygodne i przejezdne dla roweru, nawet te w głębinach leśnych. Trzeba tylko uważać na ‘’niepozorne’’ szlaki wydeptane dawniej przez łosie, do złudzenia przypominają rowerową ścieżkę. Zapuściłem się czymś takim raz, a kres znalazł się na jakimś bagnie, bez przejazdu donikąd.

LAS JEST WODĄ

Siadamy na najwyższym wzniesieniu w okolicy, na słonecznej sosnowej młodnininie. Dzień jest ciepły, upalny, ale nawet tutaj w suchym borze, jest przyjemnie rześko. W ogóle nie atakują komary. Przyszliśmy boso, i nawet ja, po dłuższej przerwie w bosowaniu dziś czuję jak mnie to wzmacnia. Milczymy. Popołudniem i bór cichnie w swoich krzątaniach. Z rzadka ptaki podlatują, aby zobaczyć medytujących wędrowców. Odgłosy ze świata cywilizacji, jakby wsiąkały w mech. Małgosia mówi, że czuje jakby tutaj dawniej panowała woda.

Rozglądam się – rzeczywiście. Możliwe. Może dawniej płynęła tędy Wisła? Czytałem, że w zamierzchłych czasach pra – rzeka miewała szerokość i 20km. Piaszczyste pagórki opanowane już przez las, to może pozostałości dawnych wydm. Woda. Zupełnie jakby nas pod nią wtłoczyło. W taką bańkę. Jesteśmy tylko my i knieja. Zanurkowani. Mrówki wbiegają na stopy, również nie atakują. Ścieżka prowadzi jeszcze wyżej, ku coraz bardziej urokliwym i malowniczym miejscom. Mijamy stare szałasy, pobudowane przez dawnych wędrowców. Ciekawe, co jeszcze można odnaleźć w tym lesie? Małgosia zafascynowała się lornetką. Dałem jej swoją ulubioną. W powiększeniu 7x można odkrywać otaczający świat na nowo. I dziwić się. To też robimy, przeczesując szkłami wierzchołki drzew, pnie, gałęzie, odległe rośliny. Ile szczegółów, zagadek, których normalnie nie dostrzega oko. Sosnowe powietrze, pełne aromatów i balsamicznych woni robi mi rześko, i sprawia że czuję lepiej. Dodaje sił, do niedługiej przecież wędrówki.

ROZMOWY

Wracamy powoli nasyceni słońcem, choć nie znużeni – sosnowe prześwity rozproszyły prażące promienie, w przyjemne kaskady ciepłego dotyku. Idziemy. Jedna sosen zrzuca tuż pod swój pień małą gałązkę, ja uśmiecham się i już mam zacząć opowieść o tym jak to Drzewa ‘’zaczepiają’’, kiedy dostaję pytanie:

A jak Ty wiesz, po czym poznajesz, że Drzewa chcą się kontaktować? Pragną rozmowy z nami?

Spoglądam na rozkołysane pnie ponad nami i wirujące korony. Zobacz mówię, gdy weszliśmy w te połączenie z lasem, siedząc tam na pagórku, to wszystko dostroiło się do nas. Cały czas rozmawia. Pytanie, ile my mamy gotowości i ochoty, aby w tym dialogu wziąć udział. Mijana brzoza o podwójnym pniu, wzywa. Na moment pozdrawiam ją przytuleniem, i…zostawiam. Natomiast Małgosia ‘’pogrąża się’’ w brzozie na długo, pozostając z nią w dialogu. Może miałem tylko wskazać to drzewo?

– A czy też widzisz tą białą, lekką energię – otoczkę w koronach drzew? Jest tutaj rozproszona wokół… Czym ona jest?

Pada kolejne pytanie. Pewnie, że widzę. To chyba takie ‘’najłatwiejsze ze zjawisk energetycznych’’, jakie można zobaczyć. Jest widoczna po dłuższym przebywaniu w lesie. A czym jest? Według mnie to jego zbiorowa świadomość, lub połączone aury wszystkich drzew. Przypominają najbardziej mgłę lub sen… Po drodze pracują i inne tematy. Rozmawiamy o gatunkach inwazyjnych, i zapamiętałem tą gawędę szczególnie. – Dlaczego przyrodnicy tak agresywnie podchodzą do tej kwestii? Czemu tak z nimi walczą, starają się zniszczyć, pozbyć?

I co mogę powiedzieć? Ja nie identyfikuję się z żadną stroną sporu. Nie jestem też przyrodnikiem. Mogę jedynie rzec, jak rzecz widzę – szerzej. Rozglądam się po ścieżce którą właśnie idziemy. Rosną tutaj dęby czerwone, i czeremchy, przywleczone dawniej z ameryki. Choć to Park Narodowy, chyba nikt tu z nimi nie walczy. Inaczej skąd byłoby tyle. Rodzimym gatunkom drzew, w kraju jest coraz ciężej. Robimy wszystko, żeby z wielu miejsc odprowadzić wodę, pojawiają się długie okresy bez deszczu i brak pokrywy śnieżnej, która stopniowo tajając, nasączałaby glebę wiosną. Już umierają świerki, brzozy, i nawet sosny. Są prognozy mówiące o tym, że te gatunki znikną zupełnie z naszego kraju. Taka zmienność warunków, do której nie przystosowały się drzewa, powodować będzie gradacje różnych owadów oraz inne nieprzewidziane zjawiska. Ten rok jest wilgotniejszy, więc jest trochę lepiej, ale mamy wieloletni trend obniżania wód gruntowych, a te opadowe spływają do kanalizacji i rzek, zalewając uprzednio miasta po ulewach.

Ocieplenie klimatu, i gwałtowne, długotrwałe zmiany w strukturze pór roku, czy opadach, powodują osłabienie drzew. I tu na okazję czekają odporniejsze, ‘’gatunki inwazyjne’’ oraz obce z dalekich krain. Za pewne ją otrzymają.

Niektórzy boją się bardzo tego globalnego ocieplenia, bo oznacza ono rozpad wszystkiego co znamy. Utratę cennych siedlisk i gatunków. A co potem? No właśnie, dla przyrody – nic szczególnego. Bywało już tak w historii planety, jeszcze zanim pojawił się człowiek. Matka Natura zna te procesy, przeprowadzała je nie raz. Ekosystemy przebudują się i wytworzą nowe zależności. Wejdą inne gatunki drzew, zwierząt i roślin – bardzo prawdopodobne, że te ‘’inwazyjne’’ z którymi tak teraz walczymy. I naprawdę, nie wiem co myśleć, gdy robi się szumne akcje wsiedlania ‘’na powrót’’ raka rzecznego do jakiejś ‘’ściekowej’’ rzeczki. Trzeba wybrać, i działać systemowo. Albo czysta rzeka, albo hucpa. Jeśli będziemy działać jak dotąd, to właśnie raki amerykańskie i pręgowane wespół z żółwiami czerwonolicymi mogą okazać się tą fauną, którą będziemy podziwiać w bajorkach (jeśli jakieś pozostaną)

Jak chcemy wytępić z kraju jenoty? Piżmaki, norki, nutrie? Powodzenia śmiałkom którzy tego się podejmą.

Oczywiście gatunek gatunkowi nierówny, i nie zachęcam też nikogo aby beztrosko je wypuszczać czy wsiedlać. Uważam tylko, że pewne działania to syzyfowa praca i jałowy pęd, żeby robić cokolwiek. Papugi aleksandretty już gnieżdżą się dziko w Polsce? A co w tym dziwnego, jeśli zniknęły srogie zimy. Stało się to za mojego młodego życia. Chyba dlatego, osoby będące ‘’blisko z przyrodą’’ nie mają zwyczaju poddawać w wątpliwość wszystkiego co się wokół klimatu dzieje. Widzą ogrom zmian jakie zaszły na przestrzeni niewielu lat, wywracając znany ład, opowiadany przez pokolenia naszych dziadów i babć.

WAŁY WIŚLANE i Matka Rzek

A potem jedziemy na wały. Z domu jest do nich jeszcze bliżej niż do lasu. Jakiś kilometr z hakiem. Jest to chyba jedna z najpiękniejszych, przyjemniejszych i wygodnych tras rowerowych, po jakich wędrowałem dotąd. I pieszych. Na szczycie ciągnie się ścieżka wydeptana przez ludzi i zwierzęta. Jest doskonała widoczność na pobliskie pola i łęg. Za łęgiem już rzeka… Naprawdę jest tu wygodnie. W alternatywnej rzeczywistości wielkopolskiej, takie ścieżki są szybko zasypywane gruzem z budowy, śmieciem z ogrodu, ziemią z kamieniami, etc, co czyni ścieżynkę niezdatną do jazdy. Po raz pierwszy idę tędy pieszo. Dzięki czemu mam okazję przyjrzeć się przeczuciu, które kiełkowało, gdy znalazłem się tu po raz pierwszy. Toż to szlak Drzew Mocy! Bo naprawdę – idziesz sobie wierzchem, a u podwala kłaniają się leciwe sosny, w polach czekają brzozy, a bujne topole witają gromkim poszumem. Pod jedną z nich siadamy. Gałęzie zwieszają się prawie na sam wał. Ruch rowerowy jest tu znikomy, nawet w weekend. Można rozłożyć się z kocykiem na zboczu, lub wędrować drogami poniżej gdyby wiało. Spoglądając na te łąki i łęgi po jednej stronie wału, ciężko wyobrazić sobie, że w niektórych latach woda wychodzi z koryta i płynie aż tutaj. Powoli schodzimy nad rzekę. Trzeba jeszcze przeprawić się przez ścieżkę na łące. Mijamy ciekawe zbiorowiska roślinne, i szaty gleb żyznych. Są tu kwiaty tak kolorowe, jedwabiste i nietypowe, o jakich nawet mi się nie śniło. Poznaję to miejsce. Pierwsze zejście nad rzekę, które odnalazłem włócząc się samotnie przed ponad dwoma tygodniami.

I oto jest. Ona. Głucho toczy swe wody, niepamiętna na pomroki dziejów. Zna smak topielców, porażek, zwycięstw, dotąd jeszcze w całości nieposkromiona, rozmawia z epokami poprzez pluskot swych fal. Oczom naszym ukazują się strome brzegi, wyżłobione linie rytów, wysepki i łachy. Na nich urzędują mewy i rybitwy. Jedna z mew jest wielka, przelatuje tuż nad nami, otrząsając w locie niczym mokry pies. Małgosia pyta, czy rozmawiałem już z tą wodą. W odpowiedzi daję jej do przeczytania przesłanie, jakie spisałem tu 3 tygodnie temu będąc na zwiadach w okolicy. Sam obserwuję ślizgające się na powierzchni, nartniki. Rzeka tworzy jątrzące wiry i zakola wypływające z jej trzewi, i wtedy drżę z myślą o małym nartniku, przesuwającym się nad głębią tej potęgi. Uważaj! A on, jakby nigdy nic – przeskakuje. Ponad tym wirem. Potem na drugim, i tak wciąż. Ta żywiołowa skakanka trwa, dopóty woda nie uspokoi się trochę. Obserwacja tych stworzonek lornetką, poszerza perspektywy wiedzy, o nichże.

Energia tak rozległego łęgu jakże inna jest od lasów po jakich dane mi było wędrować. Jest spokojna, wymiarowa i zadumana. Czyści dobitnie z wszystkiego, i chyba jest mi to potrzebne, skoro okoliczności przywiodły osiedlić się tutaj. Wibracja tego miejsca głucho śpiewa. Sidli ogrom tajemnic, nie wszystko od razu chce wyjawić. Szepta legendy. Otacza, usypia, niekiedy aż przygniata. Przesycona aurami żyjących tu wieki topól i wierzb, tworzy jedyne w swoim rodzaju Sanktuarium Odrodzenia. Ja sam, po pierwszej włóczędze tutaj, musiałem albo poddać się prowadzeniu tej miękko – watowanej energii lub salwować za wał, aby wypocząć w słońcu. Wszystko jest tu takie hm… spowolnione i zamyślone. Ale przecież i tutaj musi być miejsce na żywioł, gdy kry lodowe prą i trą na roztopach wymęczone pnie wierzbowych Matek. Nie mogę doczekać się procesów jakie będą darzyć się tutaj. I pełni księżyca nad samą rzeką.

Gdy wracamy, po wale pędzi rowerzysta, a my z niego obserwujemy pasącą się na polu sarnę. Żyjący tu zwierzak musi być przyzwyczajony do takich widoków, nie zwraca na nas większej uwagi.

Dzień Wędrowny kończymy pózną nocą, szalejąc po sali z mieczami świetlnymi w improwizowanych pojedynkach i grając na instrumentach. Małgosia przywiozła mi do zapoznania Bęben Księżycowy, ‘’lunarny’’ ze sklepu PraPełnia, o długim, falującym i głębokim brzmieniu. Jest błękitne nakrapiany i większy. Przenosi w zupełnie inny wymiar, niż mój czarny, hinduski drum. Znacznie głębszy i odkrywczy. Jego echo niesie się chyba do samych narodzin pierwszych gwiazd, i jakby nie gasło nigdy…

🌳 Wyprawy w nowym miejscu już ruszyły Kochani. Choć dopiero powoli odkrywam uroki tutejszych szlaków, już mogę poprowadzić Was w ciekawe miejsca. Obecnie w pakiecie wyprawy jest też nocleg dla potrzebujących, w przytulnym pokoiku i dostęp do wyposażonej kuchni, razem z łazienką. Przenocować możemy tutaj kilka osób. Rezerwując termin ‘’tylko dla siebie’’ z dużym wyprzedzeniem, można wybrać sobie dzień pełen swobody, grać na różnych instrumentach z kolekcji, śpiewać, tańczyć w wielkiej Sali, rozpalić kominek lub ognisko, pływać w jeziorze, ‘’posmakować’’ Wisły. Zapraszam Was na skromne Nowe 💚 Jestem dostępny pod Warszawą, w Dziekanowie Polskim, pod Warszawą.

Zdjęcie nie jest w żaden sposób przerobione, takie wyszło. Biała aura lasu 🙂 Dziękuję serdecznie za te odwiedziny – uzdrowiny i wszystkie wędrowne chwile 🌿

A jeśli chcecie pomóc w mojej drodze ”zdalnie i na odległość”, to zostawiam Wam linki wirtualnej pomocy, gdzie znajdziecie listę realizowanych przez Szepty Kniei zadań i projektów, oraz możecie przekazać swoje wsparcie. Można to zrobić na dwa sposoby.

JEDNORAZOWO:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

REGULARNIE, co miesiąc:
https://patronite.pl/szeptykniei

Z serca dziękuję za każdy dar, który pozwala mi zrobić więcej w świecie, docierać dalej, czy też jak ostatnio – zadbać o swoje zdrowie. Dla każdego z Was, obfitości, opieki, i radości na co dzień.


W warszawskiej szkole widziano Wędrowca. Opowiadał dzieciom historie o zwierzętach.

Ale się pięknie wydarza ❤❤ Dobre wiadomości. W zeszłym tygodniu zostałem zaproszony do Warszawy, do jednej ze szkół podstawowych, aby zorganizować dla dzieci przyrodnicze zajęcia, na których dowiedzą się więcej o mieszkańcach lasu, ich codziennym życiu, troskach, radościach, wyzwaniach. O faunie pól i zakamarków zapomnianych, gdzie docierają tylko kroki wytrwałego wędrowca… Była prezentacja multimedialna, odgłosy dzikich zwierząt, slajdy, znowu masa pytań, no i oczywiście – moje opowieści z leśnych przygód i wypraw. To już któryś z rzędu taki wypad, o innych można poczytać w dziale DLA NAJMŁODSZYCH.

Nie powiem, ucieszyłem się bardzo na to zaproszenie, i nie miałem ani trochę wątpliwości, że trzeba i warto tam jechać. Chociaż spadło na mnie ‘’nagle’’, bo przecież raptem tydzień temu byłem w Warszawie z prelekcją o Drzewach Mocy, w Rembertowie. Znów żegnać dojrzewające, spokojne pola, groble, stawy i lecieć w świat? W 2019 takie wypady pojawiały mi się często, potem pandemia ‘’zabroniła’’ wchodzić do szkół osobom z zewnątrz. Organizowałem wtedy warsztaty, zajęcia i pogadanki dla rodzin z dziećmi, u siebie w lesie. Do poczytania o tym TUTAJ.

Aby się tam wybrać, zarywam nockę. Mój doczesny rytm dobowy nie pozwoliłby mi zasnąć na te 2 godziny, ze świadomością, że o godzinie 4 nad ranem trzeba już wychodzić z domu, żeby na 10:30 stawić się w szkole. Podróż się układa. W drodze na remontowany dworzec podziwiam polne kwiaty i roślinność ruderalną, która zaledwie w jeden rok zdążyła opanować wykopy i zakwitnąć. Z okien pociągu podziwiam drzewa i wstający dzień. Okazuje się, że udało się zarezerwować miejsce w wagonie bez przedziału, i przy oknie, tak jak lubię. I to w obie strony 🙂 Pojawia się senność, którą spędzam zieloną herbatą. Pod dworcem czeka już gotowy transport, a na miejscu informatyk pomaga zainstalować się ze sprzętem. Cieszę się bardzo, bo technikalia, to trochę słabsza strona mojej osobowości.



Przywiozłem przyrodnicze czasopisma, terenowy kalendarzyk / notatnik i nasiona łąk kwietnych, podarowane mi przez panią Orsynia Wegrzyn, oraz GRUPA Ratujmy pszczoły. Pobudzam umysły do czujności, zapowiadając na koniec mały konkurs na zakończenie spotkania. Warto słuchać opowieści. Zadam kilka pytań, a ci którzy będą wiedzieć, otrzymają ode mnie nagrody. Jeden chłopak zawzięcie notuje wszystko ze slajdów i to co mówię. Bardzo chce wygrać notatnik… Odkrywam, jak łatwo jest mówić, kiedy wiesz po co przybywasz, a głowę masz pełną własnych przygód i historyjek, które można dopowiadać do slajdów. Przekazanych zostaje mnóstwo ciekawostek. Czym się różni podlot od nieporadnego pisklęcia, i kiedy trzeba ptaszkowi pomóc, a w jakich sytuacjach wszystko jest w porządku? Jak zrobić poidło dla pszczół, i dlaczego warto w ogrodach stworzyć domki dla owadów? No bo zobaczcie – wykupujemy jakiś teren, gdzie wcześniej była sobie łąka, pole czy ugór, gdzie żyły przeróżne gatunki owadów, ssaków i ptaków, równamy to wszystko z ziemią, budujemy swój dom, zakładamy zwykle trawnik, tuje i kamienie. A owady, których tak potrzebujemy, gdyż są podstawą piramidy w obiegu materii – gdzie mają wtedy żyć? Ale dzieci są świadome i wyrozumiałe dla życia. Owadzie domki i ich mieszkańcy tacy jak złotook, biedronka, czy skorek, zyskują aprobatę. Pokazuję zdjęcia bobrowej inżynierii, i opowiadam historię rolnika, który latami walczył z bobrami niszcząc im tamy i ogołacając z wierzb rów, a teraz jego pole stało piaskiem, na którym już nawet rośliny siane ‘’na poplon’’ dla wzmocnienia gleby nie chcą rosnąć. Pokazuję wymizerowaną kukurydzę, która wzrosła ledwie na wysokość kolan – efekt hydrologicznej suszy, walki człowieka z naturą / bobrami, odprowadzenia wody z terenu. A potem oglądamy przeróżne gatunki zwierząt, które osiedlają się przy rozlewiskach i korzystają na bobrowej działalności. Jest rzęsorek rzeczek, kaczka krzyżówka, zaskroniec, ropucha, wodopoje i kąpieliska. Młodzi mnie zaskakują. Pytani o to, czy słyszeli o Globalnym Ociepleniu, potwierdzają żywo. A przecież były głośne afery z wycofywaniem ze szkół tego zagadnienia. Cieszy mnie to ogromnie. Tylko skąd wiedzą? Mają przecież smartfony, informacje. Tego dnia panuje wielki upał i skwar. Podczas prelekcji wypijam kilka butelek wody, a pod koniec kręci mi się w głowie. Mi, 30 latkowi. Czy trzeba i naukowych potwierdzeń? Gdy wracam z tego spotkania, widzę na osiedlach inne dzieci. Wszystkie gromadzą się lub bawią, w cieniu, pod drzewami. Wielkie Drzewa są dla nich miejscem towarzyskich spotkań, placem zabaw. Oazami. Bezbłędnie się do nich kierują. Za parę lat staną się tajenkami pierwszych schadzek, może ich kora przyjmie pełne wyznań inicjały. Co ciekawe, tego dnia podczas powrotu nie spotykam pod Drzewami ludzi dorosłych. Ciekawe dlaczego?

Przyjaznym okiem zerkamy też na nietoperze, pogromców komarów. Mam wrażenie, że dzieci wszystko to wiedzą, jest dla nich oczywiste, wystarczy tylko troszkę przypomnieć i nakierować. Że te kreatywne, świeże, pełne pasji i ciekawości umysły stworzyłyby nam tutaj harmonijny raj, gdybyśmy tylko nie ukrywali przed nimi problemów świata i nie zamykali ich przedsiębiorczości w ławach kanonów uwarunkowań, na ścieżce rozwoju.

Dzieciaki mają mnóstwo cudacznych pytań i swoich własnych historii ze spotkań zwierząt. Stwierdzają, że muszę mieć 58 lat, skoro przeżyłem wszystkie te przygody 😅 Opowiadają mi o dzikach za płotami domów, i tu nawiązuje się okazja do świadomej dyskusji nad presją człowieka na środowisko, rozrastaniem się naszych miasteczek, wycinkami i polowaniami w lasach które wypłaszają zwierzęta z ich ostoi, czy wreszcie beztroskim pozostawianiem dostępnych resztek pokarmowych przez mieszkańców nowopowstających zwykle na dawnych terenach bytowania zwierząt, osiedli. Dziki zostają w pełni zrozumiane i rozgrzeszone. Opowiadam o ich życiu rodzinnym, więziach i osobistych spotkaniach z tymi zwierzakami, podczas nocnych wędrówek po polach. O tym jak to młody lis, wspiął się raz na słomiane baloty (dla nich żaden problem) i zaskoczył mnie przy zasiadce od tyłu, wąchając ciekawsko kapelusz czatownika… osadzony na jego głowie tamże 😉



Dzwonek dzwięczy niespodzianie i podrywa nasycone wigorem organizmy do ruchu. Ale, miał być konkurs! Wokół mnie gromadzi się tłumek, gotowych do odpowiedzi łapek. A ja robię psikus. Niemal nie pytam o to co było wypisane na slajdach, a o rzeczy, o których jedynie mówiłem. ‘’Ale jak to, tego nie było’’ 😃 Było, było – odpowiadają co uważniejsi. Jedna z dziewczynek jest szczególnie bystra, błyskawicznie odpowiada na pytania i to ‘’z głowy’’, wie wszystko o co pytam. Podziwiam tak chłonny umysł. Jakby zapamiętała całą prelekcję. To ona zdobywa ów kalendarzyk z obrazkami i wykazem przyrodniczych świąt. Wśród pozostałych rozdzielam nasiona kwiatów.

Inne jeszcze podchodzą i opowiadają historie swoich spotkań ze zwierzętami: ‘’Proszę pana, a ja raz siedziałam pod drzewem, i wiewiórka przyszła mi do ręki’’ – mówi jedna z dziewczynek. Nic to dziwnego, potwierdzam… Bo przecież zwierzęta nie są ‘’same z siebie’’ dzikie, krwiożercze, nieufne, bezmyślnie uciekające. Nie. One nas obserwują nawet kiedy o tym nie wiemy, wąchają ślad po naszych krokach, doskonale rozróżniają kogo w lesie trzeba się bać, a przed kim lepiej skryć swoje futro. Często mam wrażenie, że chciałyby żyć obok nas, gdybyśmy tylko zaakceptowali ich prawa, stonowali własne, uprzedzone stereotypami niekiedy reakcje, pozwolili im być obok, nie wtrącali się. Przecież wiele gatunków żyje blisko człowieka, i nie zwracamy na nie większej uwagi w codzienności. Wspominam jeszcze kilka podobnych historii z kuną, lisem, dzikiem, sarnami… Tak. W lesie czasem wystarczy po cichu być, obserwować i słuchać, aby on uznał nas za brata i odsłonił ze zdarzeniami, o jakich czytaliśmy dawniej tylko w baśniach. I o tym właśnie opowiadają moje wędrowne Szepty Kniei.

PS, a jeśli chcecie abym odwiedził i szkołę Waszych dzieci z taką prelekcją, to można śmiało od września zapraszać. Kocham to robić, i mam do przekazania cały wór własnych opowieści 🙂

Specjalne podziękowania należą się dla pani Sylwia Szlęzak za całą organizację spotkania i opiekę, oraz dla grupy fotograficznej Elizjum – Boch i Baranowski, za użyczenie w zeszłym roku paru cudnych zdjęć, które wciąż budzą zachwyty na kolejnych twarzach.

🐼 Dziękuję również za Wasze wsparcie i pomoc napływające do mnie drogą zrzutek. Ono pozwala mi działać szerzej, i odbywać właśnie takie podróże po Polsce, z krzewieniem leśnej świadomości. Dzieją się one, dzięki Wam. Cały czas można wspierać moją pracę na dwa proste sposoby:

✅
JEDNORAZOWO:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

✅
REGULARNIE, co miesiąc:
https://patronite.pl/szeptykniei


Zwłaszcza ten drugi sposób (patronite) pozwala mi działać bardziej regularnie i systemowo.

📚 Moją książkę z opowieściami o przyrodzie w wersji rozszerzonej i skróconej, można zamówić tutaj: https://ridero.eu/pl/books/pamietnik_wedrowca/

Jeszcze raz dziękuję serdecznie wszystkim osobom, przy pomocy których to wszystko mogło się wydarzy
ć 🙏








Kwantowe pola Wielkopolski – część II ”RUMIAN”.

Jadąc szosą z miejscowości Zielątkowo do Kowalewka, widok roztacza się na dalekie lasy i wszelkie możliwe uprawy. Zróżnicowanie sięga zdumienia, tu gdzieś buraki, tam zboża rozmaitych gatunków, hektary kukurydzy, no i – kwiaty? Szosa jest ciepła, o umiarkowanym ruchu, spokojnie można się zatrzymać, i podziwiać… Rumianek 🙂 A dokładniej cały jego łan, ciągnący się po kolorem aż po kres horyzontu. Miliony maleńkich słoneczek, które zda się biel swoich płatków zaczerpnęły z najwyższych obłoków ponad nimi. Wyobrazcie sobie ten skondensowany zapach słodyczy, zatykający, nachalny, odurzający, lecz mimo wszystko – miły. Majaczy sobie wędrowny człowiek, już chyba również odurzonym będąc – a gdyby tak wyglądało jeszcze więcej pól? Zagony upraw ‘’chwastowych’’ roślin leczniczych? Takie miejsca pewnie gdzieś są. Tymczasem cieszę się tym jednym łanem, choć spore to wyzwanie jak dla alergika. Śpiew skowronków w takiej scenerii, wydaje się jeszcze bardziej głęboki, nierealny, rajski… Nad poletkiem żwawo uwijają się pszczoły, i gdyby nie bliskość drogi można by spokojnie tu przysiąść, celebrować niedługi przecież moment kwitnienia cennej dla ludzi rośliny. Pszczół nie ma jednak jakość dużo, a motyli prawie wcale. Same kwiaty cisną się gęsto. Przypominają stłoczone baranki, na słonecznym pastwisku.





Na odległym krzaku bzu, kołysze się szary potrzeszcz. Jego metaliczno – srebrzysta pieśń rozciąga się nad łanem, jak płaszcz nierzeczywistej melodii. Ale przecież jest on najwłaściwszy w tym miejscu. Na tym odcinku nie ma większych drzew. Co tylko potęguje wrażenie rolniczej pustki, krainy upraw. Chwilę słucham. Jest trznadel, jakże pasujący, żółto – brązowy pasterz rumianku. W młodej jeszcze kukurydzy dostrzegam stłoczone, ostrożne bażanty. W pylistej ziemi czernieją małe otwory i dziurki, gdzie jakieś rozproszone owady, toczą balet swych spraw. Zapraszają do tańca pliszki. Te uganiają się za nimi przez całe popołudnia.

Uważny wędrowiec nocą posłyszy tutaj i przepiórkę, inny rokitniczkę. Dzikie życie próbuje wcisnąć się przez wszystkie możliwe szczeliny, i trwać na tym pustkowiu, ‘’Królestwie Człowieka’’. Czy na pewno? Doniosły warkot wybudza mnie do pionu. Tuż za zakosem zboża, jedzie traktor z opryskiwaczem i pyli nad kukurydzą. Ostry, nieprzyjemny, ‘’wściekły’’ i chemiczny odór, miesza się niesiony wiatrem i wsiąka gdzieś niewidoczny, w kwiatowe dobrodziejstwo… Druga strona medalu. Tak tu jest, i choć mógłbym pominąć to w opisie, tak się przecież zdarzyło.

Zdjęcia tamtego dnia wychodzą mi cudowne (chyba), a w każdym razie bardzo się z nich cieszę. Miło będzie wrócić do nich szarą jesienią i przypomnieć sobie, serdeczne błogosławieństwa wielkopolskiego lata. Rumiankowe łany żegnam opieszale, obiecując sobie sążniście jeszcze tam wrócić…

🧝 Dziękuję za Waszą obecność tutaj. Ze swoją pisarsko – wędrowno działalnością jestem dostępny również na PATRONITE oraz POMAGAM, gdzie możecie pomóc mi zrealizować moje literackie projekty i włączyć we wspólne działania na rzecz Matki Ziemi. Można to zrobić na dwa sposoby – jednorazowo, i regularnie ( dzięki wybraniu drugiej opcji, mogę planować i działać trwale oraz systemowo). Tu zostawiam linki:

✅ JEDNORAZOWO:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

✅ REGULARNIE, co miesiąc:
https://patronite.pl/szeptykniei

Z serca dziękuję za każdy dar, który pomaga mi teraz zadbać o swoje zdrowie, zrobić więcej, docierać dalej, i dzielić się ciepłem leśnego słowa ❤


ps. Nie pomyliłem się z tytułem wpisu, ale na moim FB tak często pisaliście, że przeczytaliście nazwę ”kwantowe” zamiast kwiatowe, przeto uznałem, że może coś w tych kwiatach jest 🙂





WIŚLAŃSKIE WIERZBY opowiadają legendy z pradoliny rzeki. Wyjawiają jej pierwotną nazwę.

Witaj Ty który słyszysz,
My długo na Ciebie czekały
Choć wielu przechadza się w dziczy
Nie każdy jest tak wytrwały

Pamięć wciąż mieszka w świętej nam rzece
W opiece której, sycimy korzenie
Która swe wody tak niesie dalece
Obdarza żywoty spełnieniem

Gdzie nurty płowe i rude
Wzburzone kipią w powodzi
Czerpiemy prawdę z jej Źródeł
Tam słowo, ono się rodzi

Matka Rzek słucha, wspomina
Epoki, dzieje, lata i wieki
Ona historii nie zapomina
Posłuchaj wieści z nad rzeki

WIESŁA jej imię prawdziwe
Pierwotne, przez ludzi nadane
Powtarza je deszcz i słowo wciąż żywe
Toczą je nurty wezbrane

Wiedzieć i sławić, tak z nazwy wynika
Umyka dziś ona ‘’uczonym’’
Wiedz, że za wszystko co od nas usłyszysz
Okrzyknąć cię mogą szalonym

A lasy tu były i knieje
Ich dzieje, już trudno spamiętać
Szepczą tu jeszcze, kiedy wiatr wieje
Wspominają najstarsze zwierzęta

Królowie i prości tu zaglądali
Ze stali kowali żywoty
Dziś ryby ogryzają ich kości
Skończyły się dawne kłopoty

Matce Rzek się kłaniamy,
Śpiewamy, gdy fala jej wzbiera
Swą pieśnią ją pozdrawiamy
Czy słyszysz? To dzieje się teraz

I był tu Król jeden taki,
Co pod wierzbami
Chrzcił swoich synów
Czcił Matkę Rzek jak świętość niejaką
Do wielkich powiódł ich czynów

Bolkiem on zwany przez ludy
Miał plany dla swego narodu
Nie było w nim ani ziarnka obłudy
Wybrałam go nie bez powodu

Król dawny czcił i szanował
Wiosłował, poławiał, odprawiał gusła
On wiedział jak z rzeką trzeba rozmawiać
I wodne przyzywał tu Bóstwa

‘’Spójrz jaka piękna jestem’’
– Rzekła raz rzeka do Króla
Przyszłość ja składam na Twoje ręce
Choć rodzić będzie się w bólach

Mówiła dalej rzeka:

‘’ Spójrz na piaszczyste łachy,
Ulotne wysepki i zapadliska
Niech w Sercu Twym zasieją zapachy
Najdziksze me uroczyska’’

Spoglądał Król zasłuchany, skromnie odziany
I zamyślony
Ambitne zaś były wciąż jego plany
Przechadzał się przygnębiony
Widział zaś dzieła swych ludzi,
Kunszta rękodzieł, budowle i sztukę
Chciał aby lud jego był usłyszany
Przekazać światu naukę

Wtedy nie było w tym nic dziwnego
Gdy Władca rozmawiał z Drzewami
Na wschód za Słońcem z ich radą się udał
By spotkać ze starymi mędrcami

Tam przepadł na lata już całe
Aż posiwiałe nadeszły mu włosy
Wrócił do ludu niosąc wieści wspaniałe
I drzewom kłaniał się bosy

Dawny lud żył z rzeką w pokoju
Obserwował ją bacznie, i trzymał się z dala
Trudził się prosto, w codziennym swym znoju
I wiedział, na ile pozwala

Dziś ludzie zapomnieli o rzece,
Dalece poniosły ich czyny zbłąkane
Odcięli od nurtu, od życia w opiece
I dziwią się, kiedy zalane

WIESŁA jej nazwa prawdziwa
Wciąż żywa, choć człowiek się trudzi
I w święte koryta swe wrzuca tworzywa
Jątrzy, przegradza i brudzi

Wędrowny węgorz, jesiotr i trocie
Już zapomniane, gdzieś w pustce nicości
Inne zginęły tam dusząc się w błocie
Zostały z nich tylko ości

Wspominamy

Flisaków wesołe pieśni na barkach
Już zatonęły w pomroce epoki
Odbijają się wraki gdzieś w gwiezdnych latarkach
Nurtem okryły szerokim

Pradolina prawieków przez prawiek

203606529_1405029469865198_6945699671227672302_n

🌬 GENEZA: Ahh…I co ja mam powiedzieć? W miniony weekend odwiedziłem Wisłę, największą naszą rzekę, która przyciąga mnie fascynuje, zachwyca i…wzywa. Zobaczyłem tam Wierzby i Topole, tak wielkie, dostojne i stare, jakich nie widziałem jeszcze nigdzie. Ujrzałem wspaniałe lasy łęgowe, tak dzikie i tajemnicze… Takie łęgi mogą rozrosnąć się chyba tylko w dawnej pradolinie. Zbytnio nie miałem czasu z Drzewami rozmawiać, trasa rowerowa po wałach wiślanych była wspaniała, a tamtego jednego dnia, chciałem zobaczyć po prostu jak najwięcej. Pamiętam, że wracając, ‘’otarłem’’ się o aurę ostatnich Wierzb na moim szlaku, i czułem przychodzący tytuł historii – one chciały opowiedzieć ‘’po swojemu’’ widziane koleje tej rzeki. Więzi tej wody z Drzewami są tam szczególnie silne. Pamiętam taki widok, gdzie po drugiej stronie wału, na jednym miejscu prawie wszystkie drzewa w każdym wieku były martwe. Tak jakby nastąpiło jakieś fizyczne odgrodzenie od ich życiodajnej siły – Rzeki. Jakby uschnęły z tęsknoty, że już nigdy nie zaznają wiosennego przypływu i wylewów wraz z całym łęgiem. Drzewa robiły też sporo, aby mnie przy sobie zatrzymać. Pamiętam, kilometr dalej znalazłem trop łosia i bagienko w którym sprytny zwierz utopił swój ślad. Chciałem zrobić zdjęcie tego uroczego miejsca, a tu smartfona – nie ma! Musiałem zgubić podczas jazdy rowerem… A w nim? Zalogowane media społecznościowe, dostęp do konta bankowego, jakieś intymności, bilety kolejowe, brak blokady oczywiście. Ktoś kto by go wtedy znalazł, zyskał by władzę nad czeremchowym światem 😉

205538645_1405029576531854_6618596446892840385_n

204388998_1405029516531860_4778406715150246953_n

Miałem jednak w sobie dziwny spokój, że go jednak znajdę. Jechałem dość pewnie rozglądając się po drodze, zmierzając do pokazującego się w głowie miejsca… Oczywiście tam był. Leżał w pokrowcu zapiaszczony pod Drzewem, pod tą wierzbą z pierwszego zdjęcia… Wróciłem, przytuliłem, i podziękowałem że popilnowała 🙂 Wiem, też że to wszystko wstęp do dłuższej opowieści… Tamte Wierzby i Topole widziały naprawdę wiele.

Myślałem, że trzeba mi będzie do nich po to wszystko wrócić, ale już samo to ‘’otarcie’’ o ich energetykę, wystarczyło. Popłynęło, o świcie w przesilenie ❤ ❤ Wiem, że tamtejsze Drzewa wiele więcej do opowiedzenia mają. Zostawiam Was zatem z Wierzbową balladę, w świt przesilenia letniego, może i w Waszych Duszach obudzi jakieś podmokłe wspomnienia… Ciekawe o jakiego króla mogło chodzić? Tu wiślańskie Wierzby pokazywały mi obrazy z tamtych czasów, spać nie dając o 5 rano.

PS. Chodzą słuchy, że będę pod Warszawą niebawem dostępny częściej z wędrówkami i opowieściami oraz spotkaniami, mam w okolicach poprowadzić wyprawę po wałach, szlakiem wiślańskich wierzb. To dopiero w lipcu, ale gdyby ktoś był chętny dołączyć już do mnie piszcie.

🥰 Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność. Jestem też na PATRONITE oraz POMAGAM, gdzie możecie weprzeć moje pisanie, wędrówki, działania w materii, podróże i literackie projekty. Można to zrobić na dwa sposoby:

✅ REGULARNIE, co miesiąc:
Z serca dziękuję za każdy promyk, który pozwala mi zrobić więcej, docierać dalej, zadbać o swoje zdrowie i dzielić się z Wami słowami tych przesłań 💚 W podziękowaniu za wsparcie wykonuję też dla Was krótkie przesłania od Drzew Mocy, i można poprosić mnie, bym porozmawiał z nimi w Waszym imieniu. Wieści znajdziecie w linkach zrzutek.

203344259_1405029619865183_5539593879668880499_n

Majowe noce należą do saren i słowików. Powrót z wyprawy ciekawszy niż ona sama?

Majowe noce, należą do saren i słowików. Królują na polach, łąkach, w lasach i… miasteczkach. Ociężałe, brzuchate kozy koczują na podrastających zbożach, lada dzień powiją młode. Zadziorne kozły wędrują daleko – właśnie teraz woła je zew rewirów, potyczek i swarnej konkurencji. Rzadko chyba bywa tak, że sam powrót z wyprawy jest ciekawszy niż ona sama, ale tym razem właśnie tak było. Wracałem z wieczornego czuwania nad stawami, ostatniego ciepłego dnia przed kolejnym uderzeniem deszczów. Prędkość w rowerze ustawiam na 21km – wystarczająco aby nie zawiewało zimnem, i odpowiednie na spokojną, daleką podróż. Jestem dziś bowiem daleko od domu, przy groblach. Ruszam. Droga jest gładka, same szosy i choć nadkładam sporo, jedzie się wygodniej. Pędzę. Świat pulsuje nutami słowików. Właśnie pulsuje. Jadąc rowerem czy idąc, słyszysz stopniowe narastanie pieśni ptaka, która w jakimś momencie osiąga apogeum przy uchu, i stopniowo zanika. W oddali słychać kolejne, zbliżasz się i proces znów. Magia majowych nocy. Na obszarze 15 km naliczam ponad 7 śpiewających samców. Piękno miesiąca, jednoczy się z cudem pieśni. Noc jest rześka, pełna aromatów kwitnącego rzepaku, z domieszką bzu lilaka. Trasa moja wiedzie przez rolnicze tereny wśród pól, wsie, lasy i łąki. I właśnie dlatego powinienem uważać. O tej porze szosy już cichną, oddają nagromadzone ciepło, wysłuchują stukotów kopytek, które dopiero teraz z odwagą przekraczają asfaltowe granice, na szlaku migracji. Zostawiam włączoną czołówkę, której snop pokazuje mi dziury, i chwiejne sylwetki leśnych wędrowców. Widziałbym i bez niej, lecz smuga światła ‘’naznacza’’ odbijające się blaskiem oczy zwierzęcych wędrowników. Jest bezpieczniej dla mnie i dla nich. Silnik elektrycznego roweru ledwo słyszalnie szumi, jest na tyle cichy aby nie płoszyć zwierząt. Mijam wieś i wyjeżdżam na rozległe przestrzenie uprawnej pustki. Szosa wiedzie przez wzgórki i strome podjazdy. Nagle błysk zielonych oczu. Sarna w rowie! Oo, druga! Zwierzęta cofają się do sadu i stamtąd obserwują, myśląc że pozostają niewidoczne. I dlatego zostawiam włączoną czołówkę podczas jazdy. Jeden ruch głową na pola, by wiedzieć czy coś nie zachodzi z boku. Mija kilometr jeden, drugi. Oto kolejna tuż przy drodze. Zatrzymuję się cicho i przepuszczam ją, upajając się widokiem przy księżycu.



Dojeżdżam teraz do jednej z wioseczek, rzęsiście oświetlonej latarniami, z osiedlami, skrzyżowaniem, galeriami i brukiem. Skręcam. Sylwetka! Nie pies, tylko znowu sarna – kozioł. Zwalniam. Idzie przez środek drogi powolutku, jakby był u siebie. Poniekąd jest. Nie przeszkadzają mu światła i diody witryn. Zatrzymuje się przed jednostką OSP i tam… zaczyna żreć nasadzone rośliny ozdobne 😃 A to smakosz! Już polne chwasty to nie smakują księciu? Eeee… Widok groteskowy, a do mnie dociera, że podobne sceny widziałem już kilka razy, nawet w centrum mojej miejscowości. A te kilka godzin miasteczka stają się ciche, senne i gościnne, a wtedy przybywają płowi wędrowcy. Jedni docierają tu z ciekawości, zwabieni ciszą lub zapachami, inni podążają dawnymi ścieżkami którędy wiodły ich szlaki migracji pomiędzy lasami. I spotkać sarnę w centrum wioski środkiem noce, to naprawdę nic dziwnego. Sarny zachowują się tak jakby wiedziały, że oto coś tu jest, ale nie ma potrzeby uciekać. Czasem nawet nie oddalają się z poboczy, tylko czekają aż przejedziesz. Powoli ruszam i płoszę delikwenta, który stuka przez parking, aby zniknąć w skrawku przylegającego doń pola. Bądź co bądź, sarny wolę obserwować w ich naturalnym środowisku. Do domu jeszcze kawał, a….

Za wsią, scenariusz powtarza się jeszcze kilka razy. Wyhamowywanie i przepuszczanie sarnich ‘’sierotek’’. A można trafić i na inne zwierzęta. Razu pewnego ledwo co się zatrzymałem przed watahą dzików, która akurat biegła na przełaj polami, tak pewna że pózną nocą można przez drogę skakać na pewnika, że nic tu nie jedzie.Grupa przemknęła parę metrów ode mnie. Niekiedy widywałem nawet jelenie, ‘’zapuszczające żurawia’’ na rowerzystę – mnie, które jakby wiedziały że nocnego harcownika wystarczy przeczekać w bezruchu. Wjeżdżam w ‘’dzielnicę przemysłową’’ miasteczka, gdzie produkuje się plastiki, kontenery, i inne takie hmm… niekiedy przydatne rzeczy. Tutaj wita mnie sarni kozioł, pasący się tuż pod żelaznym płotem szumiącej maszynami fabryki. Jest chyba bardziej zdziwiony moją obecnością niż ja jego. Nie przeszkadza mu nawet smród wyziewów z produkcji…

Noce należą do saren. Suną ulicami wsi i miasteczek nierzeczywiste jak duchy, malując serca wędrowców barwami najbardziej zdumionych wspomnień.

🥰 Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność i czas spędzony na czytaniu tej chwili. Moją pisarską działalność i projekty na rzecz Matki Ziemi możesz wesprzeć na dwa sposoby – jednorazowo, lub regularnie, poprzez portale PATRONITE i POMAGAM. Jest to forma dobrowolnego podziękowania dla autora. Dzięki temu mogę działać więcej i w pełni poświęcić się temu co kocham oraz dzielić tym z Wami,

✅
JEDNORAZOWO:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

✅
REGULARNIE, co miesiąc
https://patronite.pl/szeptykniei

🌳 Zapraszam również na czerwcowe, letnie wyprawy i zajęcia dendroterapii, które są sztuką porozumiewania się z całą świadomością lasu i duchowym kontaktem z osobistymi DRZEWAMI MOCY. Wędrówki mają charakter edukacyjnego, przyrodniczego warsztatu i są dostosowane pod kondycję, wiek i potrzeby uczestnika. Na miejscu można skorzystać z opcji noclegu, przekimać i odświeżyć w pokojach z łazienkami, lub zamówić śniadanie bądź domowy obiad. Wyprawę wieńczy nastrojowy koncert na drumie i kalimbach. Każdy z uczestników otrzymuje w podziękowaniu od Wędrowca, mieszankę nasion do założenia łąki kwietnej, lub egzemplarze czasopism przyrodniczych ”Dzikie Życie” i ”Przyroda Polska”. Najbliżej wolne terminy, które można jeszcze u mnie zarezerwować znajdziesz w kalendarzyku, na bocznym pasku bloga. Zawsze można zapytać o dzień ”spoza kalendarza”.