Wyprawa na Wielką Chojnę. Przesłanie łagodnych Wiązów.

Kawałki poszarpane, a rozsiane… fragmenty ostatnie, wspomnienia tego co pozostało nam z puszcz. Przeglądając mamy googla swej okolicy natrafiłem na ciekawy dość fragment leśny, o malowniczej nazwie zaznaczonej jako Wielka Chojna. Nawet przyciąga. To właśnie tam poznałem Dęba Oriona i Wierzbę Darinę. Mimo, że jest bardzo blisko mnie, miejsca jednak unikałem, gdyż położona niedaleko ekspresowa trasa szybkiego ruchu powoduje słyszalny w całym lesie przykry szum, czego nie znoszę. Nie wypoczywam wtedy. Dziś jednak wieje mocno i pada na zmianę, może nie będzie tak zle? Żywioły zagłuszą. Ostatnie podejście zwiedzenia Chojny zrobiłem latem o świcie, wtedy jednak komary wyprawiły mi taki balet, że musiałem zrezygnować. Opyliłem się wtedy trzema różnymi środkami, a one siadały jakby nic i kłuły… Są tam pozostałości ogromnych bagien, nadal potężne i rozległe. Oceany trzcin i…

P90917-133315

Pierwsze wrażenie. Przeciętnie. Młode sosnowe drągowiny, widać, że sadzone. Wcześniej zręby i młodniki. Idę tak jak prowadzi dość zarośnięta dróżka. Sprawdzanie nowego rejonu, to przeczesanie najpierw dokąd wiodą główne szlaki. Potem chaszcze. Po prawej stronie mam widok na trzcinowiska, cały ten kompleks bagien, który zaciąga aromatem tataraku, sitowia, ‘’ciężkiej’’ wody. No taki charakterystyczny zapach, choć nie przykry. Na każdym kroku widać ślady aktywności dzików. Schodzę z drogi i wkraczam na jedną ze zwierzęcych ścieżek – takie szlaki potrafią zaprowadzić człowieka do najpiękniejszych uroczysk. Grunt po którym stąpam jest błotnisty, raz podmokły, ale da się przejść. Dzicze ścieżki wszędzie. Mijam ich kąpielisko. Ścieżynki takie mają swój urok, ledwo je widać, choć znaczne są, na tyle dyskretne, że postronnemu spacerowiczowi nie rzucą się w oczy. A mi w to graj. Wnet wychodzę na skraj śródleśnego rowku, dziś totalnie wyschniętego, lecz ma to swoje zalety. Właśnie odnalazłem jedną z najwygodniejszych i najbardziej magicznych leśnych dróżek. Puchu kłąb wisi na gałęziach. Śmiga wrażo. Wiewiórka! Nie cmoka nawet na mnie, przygląda się bystro. Żywy ogień w ruchu. Kulka puchu, w zwinności niedościgniona. Zdziwiona bardzo. Chyba rzadko tu ktoś zagląda. Zostawiam ją w tym zdumieniu, nie chcą zaprzątać jej uwagi na przednówku jesieni.

Dnem rowu maszeruje się wygodnie, choć trzeba się schylać i pokonywać przeszkody w postaci powalonych wzdłuż drzew. Z sosen przeniosło mnie do wiązów. Mnóstwo wiązów! Chyba po raz pierwszy widzę ich takie zgrupowanie w swej okolicy. Poruszenie w liściach. Zapraszają. Wiem, że dziś czeka mnie z nimi rozmowa. Jeszcze nie teraz, choć dzisiaj. Obiecuję, że niebawem wrócę. Chcę sprawdzić dokąd zaprowadzi mnie rowek. Z każdym krokiem ostoja coraz bardziej przygrywa na nutach dzikości. Wspaniałe drzewa, powykręcane, ‘’krzywe’’ inne bujne w zdrowiu, kolejne rozpadające się w kawałkach, murszejące, powalone mocą żywiołu. Takie miejsca lubię najbardziej. Bo właśnie tutaj podejrzeć można wspomnienia pamięci pradawnych puszcz, odwieczne chaszcze i plątaniny jakie porastały świat przez wieki. Maleńkie cuda wokół. Spoglądam na ni to drzewka jakby, a może rośliny, które od spodu przystroiły łodygę mchem. Jak w sukienkach zielonych. Takie piramidki. Musiały przebijać się przez jego poduchę od spodu. Zastanawiam się. Czy tak właśnie powstają omszałe drzewa, które podziwiamy? Mijam tamę za tamą. To już chyba siódma. To pokazuję też skalę suszy, że mimo tylu zapór woda nie utrzymała się. Poczciwe bobry zrobiły co mogły. Czasem czynniki globalne, przekraczają siły i możliwości tych pożytecznych stworzeń. Brzegi rowku są urwiste, widać korzenie podmywanych drzew. Pamięć potęgi strugi. Na dnie kamienie. Teraz osypują się tu złote liście. Przystaję w takich momentach i sycę magią, kiedy kolorowe tabuny omiatają mnie z szelestem. Na stromiźnie zbocza wysypały się jakieś mikro – grzybki. Są wielkości łebka szpilki, może ciut większe. Wzrastają setkami… Hordami zastępów. Jak paciorki gwiazd usianych na nieboskłonie. Tyle ich. Ziemia stroi się w kapelusiki. Po drodze znajduję jeszcze kozlarza i muchomora. Niechaj już dno ściółki zaścielą czerwienią muchomory krasne… Będzie widowisko!

P90917-133701

P90917-133204

P90917-161841

P90917-140750

Robi się coraz bardziej błotniście. I gęsto. Zwiększona wilgoć podłoża. Chyba docieram do końca…Tak. Przede mną wyrasta już średnia tama dzielnych bobrów – to ona trzyma ostatni tutaj zasób wody. Odgradza staw. Pomysł genialny, gdyby nie ona, cała woda stąd spłynęła by do bagna. Staw zaś gromadzi nadmiar opadów z pól. Suche drzewa skrzypią upiornie, i gdy wynurzam się na skraj podrywa się jasne objawienie…

Biały Myszołów. Jak on zachwyca! Jest dostojny, majestatyczny i jakoś tak grozny… w tamtym momencie mi się wydaje. Jeszcze takiego nie widziałem. Cudowny ptak drapieżny. Szybko podnoszę lornetkę i ‘’łapię’’ go w szkło. Tu widzę nieliczne brązowe plamki, rozmieszczone nieregularnie, żółtawą linię dzioba, bystre spojrzenie… Ptasi Splendor okrąża mnie raz, dzięki czemu mogę się dobrze przyjrzeć. I trzeba mi było schylać się, skakać, ślizgać, przedzierać przez wykroty, oblepić spodnie nasionami, aby ujrzeć Ciebie…

Odleciał. Ja wnikam z powrotem w las, podążając za prześwitem. Tam widnieje jego skraj. Z widokiem na łąki i osiedla. Luzno rozrzucone sosny. Jedna, gruba i strzelista przyciąga. Piszczy i wzywa. Pod nią robię wypoczynek, popijając wodę. Przy sośnie robi się dobrze. Aż ‘’za bardzo’’. Powstaję i przytulam. Prosi o to. Zrzuca mi suche igły na głowę. Proszę Sośni, by wypełniła mnie swoją mądrością i wiedzą życiową, obdarz mnie kochana informacją swego istnienia..bez słów. To pomaga ‘’ułożyć’’ się w życiu. Przecież drzewa posiadają taki zasób o istnieniu, z pierwszej gałęzi. Muszą poradzić sobie z nie zawsze sprzyjającą glebą, pogodą, zanieczyszczeniami, jak najlepiej rozwinąć i wykorzystać zasoby wokół… Sosny uczą nasze Dusze tej gospodarności i chwytania okazaji. Czuję się tak, jakbym tulił ukochaną kobietę. Tak błogo. Dotyka falą rześkości i wznosi, pobudza, do wzrostu…wydobywa co najlepsze. To pierwsza sosna, z którą mam taką harmonię. Z innymi mimo prób, nigdy nie było tak. Zawsze możesz odnaleźć najlepsze dla siebie drzewo. Robię się wesoły i skoczny. Śpiewam dla niej. Na dawną, słowiańską melodię. A na pożegnanie wykonuję pieszczotę masażem jej aury, jaką pokazały mi kiedyś, że lubią. Przeciągam dłońmi w odległości około 2-5 cm od kory, tak jak czuję otulinę jej energii. Muskam z góry do dołu, kucając do ziemi, to ‘’miziam’’ po bokach. Ona faluje w drżeniu. Popiskuje słyszalnie. Reaguje żywo i wcale nie mam ochoty stąd iść. One chyba mogłyby tak w nieskończoność – poddawać rozkoszy. Przecież w tym samym czasie może jednocześnie jeść, pić i rosnąć. Sosna prosi aby i ją odwiedzić z gośćmi. Chce obdarować więcej osób, pragnie być poznana, otoczona kręgiem splecionych dłoni i ukochana. Następną wędrówkę poprowadzę właśnie tutaj. Obiecuję jej to.

P90917-141447

P90917-142008

Kiedy zbliżam się do wiązów przechodzi fala deszczów i wyje wiatr. Las tańczy w energii. Pochylam się nad wydrążonym pniem martwego drzewa, tworzy swoisty tunel. Porośnięty jest czapką mchu, pyszni się urokiem. Taki jak z obrazka i tapet o lesie. Chcę jeszcze odejść kawałek, zobaczyć drugi kraniec rowku. Coś chwyta mnie za nogawki, przewracam się, potykam… Nie mam dalej iść. One wołają, że już. No dobrze. Wiązowe Zgromadzenie. Badam najpierw ogromną Topolę rosnącą obok. Taki unikat w środku lasu. Wyjątek i skarb. Mimo, że jest potężna, nie kwapi się do kontaktu. Odpycha. Odchodzę. Dostać ‘’kopa’’ od takiej to nic przyjemnego. Dłonią ‘’badam’’ kolejne wiązy. Buchają przyjaznym ciepłem. Od pierwszej chwili koją. To jest wiec. Bardzo zastanawia mnie ich nazwa. Rozmyślam nad nią. WIĄZ. Ale dlaczego? Spoglądam na żłobienia ich pni, tak ostro zarysowane jak kościec, dające wrażenie jakby drzewo wpajało, wpijało się całą siłą w ziemię, jakby rosło najpierw w dół…

‘’ZWIĄZANY Z ZIEMIĄ’’, przychodzi skojarzenie. Tylko przecież wszystkie drzewa są z nią połączone. Czyżby wiązy jakoś szczególnie? Wiec stroszy się.  Mnie rozpiera ciekawość. Powiedzcie, powiedzcie, dlaczego tak! Czuję się jak Anastazja, trochę przekorna, która chciała dowiedzieć się czegoś od Boga. Trzask łoskotu. Odwracam się i widzę olbrzyma. Najpotężniejszy z nich. Umknął mi wcześniej z widoku. Przyciąga…Potęga rosochatej korony.To on splątał mi kroki gałęzią, to on pragnie dziś kontaktu. Reszta mu tylko pomaga zwrócić moją uwagę. Bo mało brakowało, żebym sobie poszedł. Idę ku niemu. Starzec. Dostojnik. Jak kapłan ostoi. Grubizna pnia. Od razu się wzruszam. Jego korona wiruje jak wiatrak, i choć obraca się aż na boki w silnym wietrze, widać, że dla drzewa to fraszka. Pień ani drgnie. Cała energia wartko spływa do Ziemi. To jest właśnie to. Nieustanna wymiana, pływ żywiołów. Dzięki niej wszystko istnieje. Tak płyną informację. Powiedz mi proszę imię swoje, objaw ludziom wieści Twoje! Wołam do Niego, już przytulony. Tu już mnie nie ma. Tracę pamięć. Zaczyna rozmawiać z nim Dusza. Mam na tyle przytomności, że nagrywam wypowiadane kawałki, co pozwala mi później odtworzyć ich pieśń. A ta już grzmi, jak miękko i łagodnie;

Związani z Ziemią,
Od początku czasów

Niesiemy przesłanie,
Pradawnych lasów

Wiążemy mądrość,
Zadanie rozwoju

Wieścimy pieśni,
Wiecznego pokoju

Budować pragniemy, tworzyć, uzdrawiać,
Z tym zawsze będziemy, już do Was przemawiać

Byli stróżowie, Miłości, Łagody,
My rozsiewamy, uśmiechów pogody

Związani z Ziemią, przez stulecia, epoki,
My istnień ku szczęściu, wiedliśmy tam kroki

Słuchali ludzie i mądrość czerpali,
I oni w ukłonie, się z Ziemią Wiązali

Pytają Wiązy ludzi, o dzisiejsze sprawy
Czy to Was nie trudzi, żeśmy tak ciekawi

Żywot pełen pędu, spraw tak zagmatwanych
Dzień pełen zamętu, bardzo ‘’podziwiamy’’…

Wynalazków krocie, błędy, wykluczenia
Czy to Was powiodło, do sedna spełnienia?

Jedno po drugim naprawia, myli, chełpi dziełem
Czy to Was uzdrawia, ile jeszcze wcieleń?

Co pomoże światu, wyścig, konkurencja,
I kolejna jeszcze, w przyrodę ingerencja

Przestaliście słyszeć, zagłuszeni szumem,
Zgiełk wygania ciszę, ludzkość nie rozumie

Nie znają już oni wiatru, wody, słońca mowy
Giną niepamięcią, żywiołów, gwiazd przemowy

Słuchaj!

Woła Matka Twoja, pełna ziaren obfitości,
Pragnie Cię powitać, pocałunkiem radości

Ona wszystko Ci daje, zbiory pełne plonów,
Ty w zamian wylewasz, podłoża z betonu

Zostań tu na chwilę, albo i najdłużej,
Posłuchaj szmeru liści, pozbądź życia złudzeń
 
Pochyl się nad kwiatem, kolorów uchwyć łany
On też jest Ci bratem, tym od Boga danym

Pokłoń i bobrom pracowitym, podziwiaj wszelkie ptactwo
Tu życie w pełni jest sytym, to Twoje wielkie bogactwo

Historie toczą się w dziejach, istot tworzących przesłania
Gniją próchnem w swych kniejach, i mają do przekazania

Czy pamiętasz słońca pieszczotę, na zoranej twarzy,
Ono dotyka Cię złotem, wszystko może wydarzyć,

Deszczu strugi we włosach, chłodem, rześkością krzepiące
Mgły, szron, mżawkę i rosę, delikatnie wilgocią kojące

Ryk burzy w błyskach ślepoty, łoskot kłód padających
Bose gonitwy w kałuży, w promieniach ciepła grzejących

Zerknij, przykucnij i popatrz, w jakiej doskonałości
Działa i dzieje się wszystkim, prowadząc ku obfitości,

Od grzybów najmniejszych, istot nienazwanych,
Po drzewa przeogromne, przez świat podziwiane,

Ziemia mówić będzie, pokazywać znaki,
Widzieć będą wszędzie, kto uważny taki

Wiązy wiązać będą, mądrość z jej przesłaniem,
Staną się legendą, wiecznym podziwianiem,

I gdy Puszcze wyrosną, po wszystkim co się stanie,
Znowu ucieszą się wiosną, zaszumią na powitanie

Życiu

P90917-155258

Osuwam się na kolana pod pniem, spłakany. To jest i ostrzeżenie, przestroga, i nadzieja, i wyrzut trochę, i wezwanie do opieki, z ciągłym przyjaznym zaproszeniem. Że jeszcze można. Że jeszcze nie wszystko stracone. Nie spodziewałem się takich słów po Wiązach. Prędzej od świerków. One łagodnie godzą, harmonizują, zapraszają, wspierają, łączą, budują, tworzą Jednak przecież głupie nie są. Ilu ludzi ich słucha. Ilu jest w stanie usłyszeć, oszczędzić, dostrzec, powiedzieć STOP. Tu nie potrzebujemy urządzania, gospodarowania, rozwoju. Nie potrzebujemy nowej drogi, by pędzić dalej. To miejsce jest piękne – zostawmy je ciszy dla zamieszkujących je stworzeń, i każdemu kto będzie potrzebował tutaj przyjść się zregenerować. Choć nie wybrzmiało w słowach do końca, pojmuję co miały na myśli Wiązy. Wynalazki, ten postęp, choć tak czyniący w poprawie nasz byt, nie zawsze do końca właściwy. Coś nam się wydaje żeśmy geniuszem okiełznali, a po latach okazuje się jakie to było spustoszenie. Czytałem niedawno o pewnym środku ochrony roślin, który powodował, że ptaki nie przybierały na wadze, opóźniając ich migrację. Dla nich to był wyrok śmierci. Jest stosowany masowo do dziś, bo badania są nowe. Minie trochę czasu zanim go wycofają. Miał działać wybiórczo na owady, jednak… i hektolitrami tego przez lata opryskiwano pola. Jaki będzie skutek? Drzewa widzą dalej, więcej… w końcu, te wszystkie nasze zanieczyszczenia i błędy one chłoną i przetrawiają. Od zawsze. Pamiętają pieśni pychy, wzloty i upadki różnych cywilizacji. Dlaczego miałyby nie ostrzegać. Wołają: Zwolnijcie. Chodzcie do lasu. Tu jest całe bogactwo jakie narodziło życie. Człowiek niczego nowego nie wymyślił. Leki i rozwiązania konstrukcyjne czerpie z substancji roślinnych, podgląda i uczy się, a potem okrzykuje wynalazkiem, odkryciem. Które od zawsze było. Drzewa wzywają do prostoty bytu. On ułożyłby życie wielu z nas. Do weryfikacji, tego, co Ci naprawdę potrzeba. Przychodzi mi na myśl ta permakultura i samowystarczalność. Człowiek oderwany od Natury, próbuje wieścić, że ona biedna sobie z niczym nie poradzi. A ziemia pokazuje znaki. Gorączkuje się (ocieplenie) obmywa, (powodzie), zasypuje, wylewa, wybucha, drży… Jak symptomy choroby ludzkiej. Ale jeśli potrafimy ignorować i ‘’zaleczać’’ chemią takie objawy we własnym ciele, to czy umiemy je dostrzec w planecie?

Deszcz się wzmaga. Ja podążam za sarnią ścieżką. Opuszczam już Wiązy… I mam nadzieję, że nieprędko zawita tu człowiek z jakimś planem zagospodarowania / urządzania tego doskonałego lasu. Dukt prowadzi przez gęstwę młodych sosen, jest piaszczysty i lekki. Skryty horyzont wyłania się. Morze traw, pagórki, przestrzeń i pojedyncze sosny, strzeliste z widokiem na bagno. Czuję się jak na wybrzeżu morskim. Niełatwo tu trafić, jeśli z głównej drogi wszystko przesłonięte gęstwą. Deszcz przepływa pulsującymi, rzęsistymi falami, a mnie otacza fala wysokich świstów. Jesienna grupa plądrująca! Rozglądam się po sikorkach. Jest bogatka, modraszka, i uboga. Nic sobie nie robią z ulewy. Między nimi puchate kulki. To raniuszki! Moje ulubione ‘’kłębki waty’’. Podnoszę lornetkę i dopiero dopada mnie utrapienie obserwatora. Jakie to zwinne. Co chwila trzeba za nimi nadążyć i regulować ostrość. Dzięki temu jednak spostrzegam, że te raniuszki są trochę inne od tych, które zazwyczaj widywałem. Mają białe łebki. To raniuszek ‘’białobrewy’’ podgatunek Aegithalos caudatus caudatus. Bez lornety pewnie bym nie zauważył. Ilekroć spoglądam na ptaki przez lornetę, gębę mam ucieszoną. Tak blisko braci. To też te chwile, i te bogactwo, przystanek i szczęście o którym mówiły wiązy. Pierwsi ludzie doceniali. Ptaki przysiadały na nich, przylatywały na zawołanie, jak do drzew. Było to takie oczywiste. Dziś wędrowcy ‘’muszą’’ spisywać opowieści, aby przypomnieć.

Gdy niebo się uspokaja, wychodzę na skraje pól. Tu wita mnie para szarych żurawi, czyszcząca sobie przemoknięte pióra. Wydają się przy tym niezgrabne, karykaturą dowcipu. Chwilami kroczą jak dinozaury. Pustułka wisi w powietrzu wiosłując w bezruchu pozornym, tą poznaję z daleka po charakterystycznym sposobie polowania. Pikuje w dół. Powtarza widowisko. Lodowaty wiatr przenika dziś do kości, wyszarpując spomiędzy otuliny odzieży, resztki ciepła. W lesie było przytulniej. Po kilku godzinach czuję się nasycony. W głowie snuje się plan ‘’dogrywki’’ nocnej, przy tym lodowym wichrze. Za mało księżyca zasmakowałem w tą pełnię. Wielka Chojna. Opuszczam to miejsce totalnie zaskoczony, odwiedzone raz jeden po blisko 30 latach mieszkania w pobliżu. Enklawa, ciut większa niż las świerka Gabriela. A tu mnie dopadło. Echo pierwotnej Puszczy.

17.09.2019 Samotna Wędrówka

P90917-151955

P90917-134117

P90917-140226

Bezwład, rozkład, dzikość, przemiana, taniec życia i śmierci…tu ucztują owady i ptaki. Splot chaszczy, gałęzi i pni. Tutaj tworzy się Ziemia i zaczątek przyszłego piękna w bogactwie rozkwitu. Czy będzie im dane? 

Pierwszy cień Szarugi. Brzoza gromem trafiona. Błogosławieństwa dla Drzew

Jesień na dobre porywa w swoje objęcia wtedy, gdy w deszczowy, ponury i chmurny dzień ciemność zapada o godzinę szybciej, niż przewidzieli to w prognozie. Szara zasłona zasnuwa niebiosa gęstwą mrocznego panowania, a z tej burej kołdry sączy za kołnierz wilgoć. I taka pora dobra jest do wędrówki. Kto wie, czy nie najlepsza? Ludzi brak, a zwierzęta czują się pewniej, swobodniej i tak też zachowują. Chodzmy w strugi, w dzień deszczowy, hen na leśne ruszyć łowy…wrażeń.

Najwięcej kłopotu sprawia dobór ubioru. Gdy pada jest chłodno, ale wystarczy że przestanie na moment, już robi się parno i można się spocić. Dlatego do pełni szczęścia brakuje mi dziś damskiego towarzystwa, w osobie pani ZIMNICY. Z nią chociaż wiadomo jak się zachować, na co przygotować. Ufam, że niedługo już mnie odwiedzi. Dziś ruszam w ogóle w inny rejon leśny, tam gdzie jeszcze nie tną i mam nadzieję nie będą. Ze wszystkiego w lesie, tak samo jak zwierzętom i mi potrzeba spokoju. Może nawet nic się nie zdarzyć. Choć czy tam to w ogóle możliwe? Pierwsza ścieżkę przecina mi sarna, i wygląda na nieco zagubioną. Albo ona, lub druga gdzieś ukryta wydaje z siebie pocieszny pisk, jak dziecięca trąbka, za którą ta jedna podąża nasłuchując. Podąża prosto na mnie, choć to nie ja piszczę. Cześć malutka! Tak się cieszę, że ją widzę. Znowu to się dzieje. Każda sarna która ostatnio się pokaże, idzie prościutko do mnie. Miłość. Bezinteresowna wdzięczność zwierzęciu, z uciechą że przyszło, pokazało się, zaufało, obdarzyło swoim cudownym widokiem. Dawniej wstydliwe skrywana, dziś eksponowana i wyrażana w słowach, gestach, opiece, uśmiechu. To ona przyciąga jak magnes swoim promieniem zwierzęta do człowieka. Choć pewnie same do końca nie wiedzą co kieruje ich kopytkami, ale jakoś tak zawsze zbaczają do mnie. Niemal na każdej wyprawie. Wiem całym sobą, że to nie przypadek.

P90909-180732

Ten fragment lasu jest naprawdę magiczny. Niewielkie pagórki, drzewa porośnięte pnączami, chmielem i powojnikiem, strojne niczym w kożuchu. Drzewostan mocno zmieszany, różnorodny. Zabłąkały się nawet topole. Przechodzę przez porośniętą turzycą i tatarakiem dawniej zalewaną łąkę i staje nad rzeką. Rzucony niedbale, przewrócony, zdezelowany, zardzewiały mostek przypomina o tym co było tu kiedyś. Przeprawa nie jest łatwą. Śliski metal i cienki pasek ‘’przechodny’’ dla nóg, trzeba się cały czas trzymać aby nie spaść. Pada w sumie niewiele. Przerywa kropelkami. I wtedy go poznaję. Ogromny Dąb, rosochaty i strzelisty pyszni się na skraju polany. Mocarny jest. Choć podobnego wzrostu co Krzesimir, zupełnie inaczej zbudowany. Krześ ma równą rozłożystą koronę, harmonijnie kopułowo rozbudowaną, a ten jakby ramionami niebo podtrzymywał… podobne dębiszcza widziałem w Puszczy Białowieskiej, tam gdzie rozwój na wysokości w pierwszej kolejności stanowi o przetrwaniu. Okaz zdrowia i krzepy. Byłem u niego jeden jedyny raz z grupą Wędrowną i w ogóle nie wiem jak się zachować. Zapamiętałem go dobrze. To taki jegomość, co potrafi pracować z trzema osobami na raz, i to od pierwszego kontaktu. Rzadkie u Drzew. Może okazać przesadny szacunek? Pokłonić się, schlebiać? Bo dęby różne potrafią mieć osobowości. Bywają ciepli jak opiekuńczy ojcowie, srodzy dyrygujący dowódcy, lub równi bracia. Potrafią dominować. Od niego nie odbieram niczego ‘’ponad’’. Jest przytulnie i łagodnie. Jakby znał swoją siłę, słabości, nas. Świadoma Dojrzałość.

– Dzień Dobry, Kochany!

Lekki zryw korony. On mówi, że czekał. Aż przyjdę ponownie. Tyle czasu…Dlatego Krzesimir ciągle wygania do innych drzew. Tyleż osobowości. Jak określać, nazywać, te charaktery tak ulotne jak szum ich listowia na wietrze? Od razu chwyta mnie swoim ciepłem, a ja nie opieram, poddaję. Moje ciało wypełnia dudniący pomruk. Płynie od jego korzeni. Niby wibracja niższa zdaje się, ale to nie tak. Jest swojska, znana, luba…Tym razem jest ze mną zestrojony. Ciało nie drży, a rozświetla z Duszą. W pewnym momencie dzieje się… coś..

P90909-160440

P90909-175806

Tam w centrum splotu słonecznego drży poczucie. Siły i Mocy, które natychmiast gaśnie. Przytłumione… moim strachem. I czego się boję? Wiem. Tej siły, która wiąże się z odpowiedzialnością. Za swoje życie, wybory i jego kształt. Rozbłyska znów cudownie w sprawczości i gaśnie jak przy rozruchu starego samochodu. Dąb próbuje mnie ‘’odpalić’’. Rzeczywiście, pomimo wszystkiego co zrobił Krzesimir dla mnie, z tym tematem jeszcze nie pracowałem. Przenika… Mówi,

– Korzenie, Liście, Konary… Wszystko biorę co mi potrzeba. Postanowiłem. Wiem, że tu jest, bo tak być powinno od zawsze. Woda, pokarm… Jeśli nie ma, będzie. Tego jestem pewien. Planuję, działam, powoli a skutecznie. Zamysły w czyn wprowadzam głęboko wszystkimi sposobami, wtedy się dzieją. Sprawdzam, badam, lecz ufam, bo wiem. Nie ma żadnego zaskoczenia w mym życiu. Wszystko co może się wydarzyć już było i miało miejsce. Jeśli nie w moim istnieniu, to w innych. Stąd znam. Podziemne opowieści grzybów i korzeni. Nie muszę sam uschnąć, by wiedzieć jak to jest. Bo w moim życiu już było. Od żołędzia przez siewkę, i Drzewo, po rozpad, i tak wciąż od nowa. Czy nie brzmi Ci to znajomo? Tu zdecydowałem rosnąć. Tutaj mnie posiało. Nie mogę zmienić miejsca, ale mogę dać z siebie wszystko całą mądrością mych przodków, by zaistniał rozkwit. Ty możesz, dużo więcej. Możesz znaleźć się w dowolnym miejscu na Ziemi. Ponieść wiedzę szybciej. Wy ludzie fascynujecie nas, z wielu powodów. Dlatego Drzewa szukają kontaktu i dają o sobie znać. Chcą tworzyć razem przyjazny w doświadczaniu świat, dla wszystkich stworzeń. Drzewa dają podwaliny bytu, którego nie jesteście w stanie zastąpić niczym. A wy poruszacie się w sferze, i kreujecie cuda z marzeń. Popatrz, ile idei zaistniało. Stało się rzeczywistością. Tylko dlatego, że ktoś ufał, wiedział, bo widział jak bardzo jego marzenie jest prawdziwe. Poczuł je całą Duszą. Ty już znasz to uczucie. Tylko dlaczego…je gubisz? Dlaczego boisz się odpowiedzialności za siebie? Zapewniam Cię, to jedno z najpiękniejszych uczuć. Pełne Mocy i Szczęścia. Gdy decydujesz i stanowisz, i otrzymujesz coraz więcej, rozrastasz się… Tak jestem, jako Drzewo. Dostaję i biorę co mi potrzeba, a potem obdarzam innych. Ty bardzo się zmieniłeś. Zacząłeś tworzyć i teraz nas obdarowujesz. Najpierw przychodziłeś do nas po pomoc, wsparcie, radę. Zawsze je otrzymałeś. Dziwiłeś czemu Drzewa rozpękają się w środku, trzeszczą, piszczą, żywo reagują szumem i zrzucaniem różnych kawałków, kiedy je mijasz? Bo teraz też dajesz. Przychodzisz do nas, kochasz, błogosławisz, śpiewasz, wieszczysz rymy, przytulasz. Już nie pytasz, nie prosisz, nie oczekujesz, tylko jesteś. Każde z mych braci i sióstr wyłapuje Twą wibrację błyskawicznie. Przypominają sobie. Przecież w Ziemi pamięć jest. O dawnych ludziach i pierwszych, czystych relacjach człowieka z Naturą. Zanim przyszło zapomnienie. Chcą to poczuć, znaleźć się w tym! I choć zdaje Ci się, że już jesteś tak daleko, znów Ci powiem – to dopiero początek…

Dudniące Dęby Polski. Mruczące. Ogrzewa mnie i drga tym ciepłem jak wielki kocur. Ale przecież nawet nie znam Twego Imienia! A Ty tyle do mnie… Zaczyna mi się rymować. Teraz ja do niego mówię. Pamiętam jak bardzo opierałem się przed tym, zaprzeczałem że to niemożliwe, nie da się bez przygotowania. Dzieje się TO. Kim ja jestem?

I Kobieta, i Mężczyzna, 
W lesie Twoja jest tężyzna,

Przychodz bywaj coraz częściej, 
I zaglądaj tam gdzie gęściej

To słyszę w odpowiedzi. Już chociaż wiem jak to działa. W przestrzeni zaczynają krążyć słowa, a duszka układa je w sens. Chcę odwdzięczyć się Drzewu.

A Ty Dębie mój wspaniały 
Rośnij w miejscu swojej chwały,

Przyjmij co Żywioły dały…

Panie wielki, o Mocarzu, 
Lasu tutaj Ty Włodarzu,

Ukochuję Cię z czułością, 
Całą swoją namiętnością

Miłość ludzką Ci przelewam
I na wszystkie wokół Drzewa

Niechaj jak najdłużej płynie, 
Przestrzeń Wasza nie przeminie

To co mogę, ofiaruję, 
Niech najlepsze nam zwiastuje

Uśmiech jeden co posiadam
W Twe konary ufnie składam,

Niechaj świeci, promieniuje, 
Naszą przyszłość, byt buduje,

Ludzi rzesze wraz z Drzewami, 
Stają ponad podziałami

Ty – My – Oni, nie ma, jedność, 
Oto wzrasta nasze sedno

Tak się żegnamy. Ciepło drzewa bucha mi w policzek. Wyczuwalne z kilku kroków. Przypominam sobie, że za pierwszym razem naszego spotkania planowałem wrócić tutaj i spenetrować pobliskie krzaki. Wyglądało wszystko obiecująco. A co on mi dzisiaj mruczał? Aby lezc, tam gdzie gęściej. Kilka kroków i znów się rozświetlam. Jak tu pięknie! Jaka mozaika! Dzikość zagrała na skrzypcach chaosu. Urwisty brzeg rzeki z osypującym się piaskiem, który tutaj szczególnie pokazuje, co dla drzewa oznacza brak możliwości zmiany miejsca… Niektórym dosłownie grunt osunął się pod nogami. Część wywróciła się i zawaliła dno potoku, gdzie rozkłada i gnije do dziś. Inne, ‘’rozciapierzone’’ chwytają się resztek skarp i trwają na przekór fizyce. Tu życie rozmawia ze śmiercią, tu widzę miejsce przeprawy jeleni z głęboką ścieżką. Wreszcie tu, wśród zamarłych modrzewi, wywróconych dębów i pokiereszowanych klonów tętni ptasie życie. Jak to dobrze, że zabrałem lornetkę! Ale myliłby się ten, kto rzekł że z takim udogodnieniem obserwacje to fraszka. Ptaki są szybkie i zwinne. Kryją się w liściach, migiem zmieniają miejsce. Są w stałym przepływie. Dąb z oddali huczy mi, że one mają niezakłócony wewnętrzny kompas intuicji i zawsze przylatują do Drzew, które je wołają. W zamian za pokarm, rozsiewają w dal nasiona. Dlatego pokazywały się w przesłaniach. Tak są połączone.

Mysz skacze po korze. Hola, jaka mysz! W szkłach lornetki rozpoznaję – to pełzacz leśny. Wspinając się okrążą pień sosny, w międzyczasie szukając pod korą ukrytych smakołyków w postaci owadów. Dopiero przy 8 krotnym powiększeniu widać, jaki on skupiony na swej pracy, niepozorny, puchaty, a słodki. Mina ciekawego kombinatora, który zna tu wszystkie zakamarki. Nagle, kolor. Podążam za nim. Ojej! Widzę, że dopiero teraz będę prawdziwie poznawał swoje ukochane ptaki. Na drzewie obok psoci kowalik. Ptasi szmaragd, z pomarańczowym brzuszkiem, choć w kolorze nie tak intensywny jak zimorodek. Ten jakby był przystosowany do ‘’ślizgania się’’ po korze drzew, co też zwinnie czyni zjeżdżając głową w dół. Czyni go to ewenementem wśród ptaków. Dzięki lornetce uśmiecham się w lesie jeszcze częściej, widząc puchate maleństwa w takiej bliskości. Mały świerk pod nogami powoduje drugą turę czułego uśmiechu. Jest uroczy. W ogóle małe drzewa dla mnie, to jak dla innych pieski czy kotki. Takie wzbudzają mi uczucia. Kucam i głaszczę. Mówię…

A Ty świerczku, mały zuchu, 
Rośnij tutaj w leśnym puchu,

Chodz, podniosę Cię na Duchu,

Choć ześ mały i w półcieniu, 
Życie czeka Cię w spełnieniu

Wzniesiesz bujnie się w przestworza, 
Igieł mrok rozświetli zorza,

Przejdzie gdzieś Wędrowiec tędy, 
I zaprosisz, do gawędy…

P90909-173525

Wrycie. Za plecami leci łoskot. Odwracam się błyskawicznie i co widzę;

Gruby, suchy konar brzozowy spada zahaczając o gałęzie, i osypuje wianuszek złocistych liści, które strącił. Gruchnięcie o mech, pęknięcie. Listki lądują wirując wokół. Patrzę oczarowany. Ależ magia, ależ moc! Jak on mógł się złamać? Nie wieje przecież, a on solidny… Spoglądam na właścicielkę zguby. Smukła, z pozoru zwyczajna brzoza, i zdrowa, choć pewnie bywało lepiej. Ale… Coś z nią inaczej. Od nasady pnia po koronę biegnie ciemna pręga, aż po czubek. Ona chyba… Oberwała piorunem. Na to wygląda. Bo skąd taka smuga? Pierwsze widzę. Im wyżej tym bardziej czarna i przypalona. Ale żywa. Oż Ty! Przeżyłaś kuksaniec od żywiołu. Taka pobudka. Dziś sama rzucasz gromami. Wiem, że w ten sposób mnie wzywa. Jaśniej się nie da. Podbiegam do niej, a brzózka drga we wstrząsie, zrzucając mi kilka listków. Ogromna, przeogromna radość. Dlatego, że zareagowałem. Przytulam czołem omszoną korę. Jest miło, dobrze. Po kilku minutach tej euforii wszystko jakby we mnie osiada. Znika. Głowa zaczyna pobolewać lekko, choć wypieram, to już wiem…

Hej, hej… Ty sobie tylko bierzesz, prawda? Pompujesz ile wlezie. Uleciał gdzieś cały nastrój od dębu. Stop!

Zaskoczyła mnie, choć nie zdziwiła. Na moment osłabiła. Czasem Drzewa po tragediach życiowych chłoną jak leci bez pytania o pozwolenie, miałem tak raz z dębem. Taka ludzka energia, jest dla nich niczym zastrzyk morfiny dla cierpiącego. Ale tu lecznicza brzoza, dawczyni, pięlegniarka… Musiało ją mocno oszołomić. Przerywam proces taktownie, wrócę tu kiedyś wytłumaczyć jej co się stało i spróbować przywrócić ją do harmonii. Drzewny szok potrafi trwać latami. Tak samo po przycięciu. Z dębem mi się wtedy udało. Przestał ściągać, wibrować zawołaniem pomocy, a zaczął zielenić zdrową stroną i cieszyć dniami które mu pozostały. Też po piorunie pacjent. Tylko on się rozpękł. Ona miała szczęście. Musiało być bardzo mokro. Mozaikowy zakątek wabi wieloma obietnicami, tu świerki obdarte z kory porożem ćwiczone i zalane żywicą, tam świetliste miejsca na podsiadówki, no i chór sikorek z bębnami dzięciołów, do tego pełzacze, kowalik. Ptasie uroczysko. Gdzie śmierć, tam one… I jakby nie patrzeć, to ptaki są głównie tymi, które rozsiewają drzewa i przenoszą w swym ciele ich nasiona nieraz na wiele kilometrów.

Gzy i strzyżaki. Choćbyś zabezpieczył się przed każdym możliwym robactwem, wobec nich pozostają bezsilne wszelkie środki. Moja metoda, to WIEM i ZNAM miejsca w lesie z których następuje atak, i każdego zgniatam od razu w palcach. Jeśli tego nie zrobić, siada ponownie. Namolne są. To działa jeśli nie ma ich dużo i masz wrażliwą skórę, że wyczujesz. Trzeba uważać. Wchodzą do uszu, nosa, w oczy, we włosy, wszędzie… I choć rzadko ‘’gryzą’’ jeśli już się zdarzy, opuchlizna utrzymać się potrafi miesiące. Podobno coś tam przenoszą. Tu zawsze wszelkie teorie o jedności, miłości i współistnieniu stają mi pod znakiem zapytania. Ale przecież Drzewa też nasączają się toksynami w liściach, aby walczyć z tym co podgryza. Ustanawianie granic i obrona własnej przestrzeni J

Szaruga. Jedno z najpiękniejszych wcieleń jesieni. Wieczór długi, a ponury ze zmierzchem kroczącym powoli, rozwlekle, choć zdecydowanie. Spędzam go w uwielbieniu. Długo wyczekiwany, tęskniony. Ciemność wypełza znienacka, choć w zapowiedzi wcześniejszej. W takiej scenerii obserwuję kolejne zdziwienia. Zmierzchowa lornetka wskazuję porę, że na polach rozpoczyna się towarzyskie życie saren. Dociera do mnie ile bez niej musiało mnie dotąd omijać, kiedy przeczesując teren dostrzegam tu i tam rozrzucone zwierzęta. I one ufają szarudze. Z kukurydzy wynurza się dziwna para. Jest sarna – ruda, jeszcze w letniej szacie (podobnie jak wszystkie dziś widziane) ale druga nieco większa i brązowa, zupełnie jak sarna w futerku zimowym. Ale że już teraz? O co tu chodzi…Trzymają się razem, spoglądaja na siebie, widać że to duet. Wgapiam się w to brązowe. Wychodzi na to, że to jeleń. To przecież dwa różne gatunki. Wtem one zaczynają biec przez pole. Jakby coś je wypłoszyło. Może ktoś idzie? Niczego nie widać. Spoglądam dalej na horyzont a tam pod kukurydzą raz, dwa, trzy, cztery! Tu już wielkie łanie jelenia z jednym młodym szpiczakiem stąpają ostrożnie. Czyżby one spłoszyły sarny? Na to wygląda. Z przeciwnej strony pod lasem, luzno pasie się saren dziewięć. Gołym okiem w ogóle ich nie widać, tak się zlewają. Oh, ilu niepotrzebnych płoszeń teraz mogę unikać. Dawniej pewnie puściłbym się tamtędy na powrót i wypatrzył je za późno aby mnie nie spostrzegły. Teraz lustrując teren, mogę go opuścić nikomu nie przeszkadzając. Lornetka Kochani. Sprawcie sobie na wyprawy koniecznie.

Pole przypomina autostradę. To znaczy – z jednej strony sarny idą do kukurydzy, z drugiej inne wracają, w kolejnym krańcu jelenie zmierzają na wodopój. Musiały tam przesiedzieć cały dzień. Biegną truchtem, co jakiś czas zatrzymują. Sarny też. To takie śmieszne. Każde z tych zwierząt słyszy drugie z daleka i przystaje na chwilę aby posłuchać. Uspokojone mknie dalej w kierunku obranym. A ja pogrążam się w rozkoszy obserwacji. Dopiero po chwili zwracam uwagę na dwie sarenki, mniejszą i większą, które zatrzymały się równo z linią mojej czatowni. Niedaleko. Stoją i stoją. Jakby otępiałe. Dwadzieścia minut… Totalna ‘’zawiecha’’. Czyżby i tam doleciał je mój uśmiech? Odebrały? Bo przecież zapachu czuć nie mogą. Chłodny wiatr szarpie mnie od ich strony, tak… Dziś jestem w rozkoszy obserwacji. Wcielenie Czatownika ma swoje błogie używanie. Gdybyż było widać dokładnie, siedziałbym tu całą noc. To pewne. Na każde zimno można się ubrać, każde można przetrzymać. Sprawdzone w praktyce. I sam siebie pytam wtedy, czy ja jestem >Normalny< ? Myślę o ludziach siedzących teraz w ciepłych domach przed telewizorami, z tostem na kolację, czy co tam lubią. Stąd widzę światła w oknach. Nie oceniam, ale czasem sobie myślę. Po swojemu. Tu rzut kamieniem od osiedla kukurydzisko i takie widoki. Zaraz dziki wyjdą. Młodociane puszczyki gonią w pomyłce za liśćmi. Śmigła kuna na łów wyrusza.Świat, choć oddaje się w otulinę mroku, jeszcze tyle ma do opowiedzenia w gawędzie. Kilometr dalej huczy rykowisko. Deszczyk kropi pięknie.Wiatr w szuwarach melodie wygrywa. Myli mi się. Gdzie jest to ‘’prawdziwe życie.’’ Które przyjęliśmy za własne, choć nigdy nim nie było. A które było od zawsze, choć w wygodzie i natłoku wyparliśmy z pamięci. Czy tam, w sztucznym świetle, przed wyreżyserowanym pod oczekiwania publiki programem jest ono, czy tutaj, gdzie choć i ślad człowieka przekształceń widać jeszcze, pędzi skrycie swe tajemnice gros futrzastych i kopytnych istnień?

9.09.2019

1

Klon Kostur z Jesionowego Szlaku. Szarża zdziczałych psów.

Z drzewami niekiedy, jak z dziećmi. To znaczy wesoło bardzo i przyjaznie jest, chociaż czasem ciężko się połapać. Każde chce mieć swoją opowieść, być opowiedziane, zapamiętane. By przekazać koniecznie o czym wyszumiało. Poznać nowych ludzi – innych niż ja. Mało tego, jak sobie rozpoznały we mnie czym jest fotografia i jak łatwo mogą w ten sposób nawiązać łączność z ludzmi, którzy na nie patrzą przez ekran i o nich czytają, niektóre zaczęły nawet o zdjęcia tytułowe prosić  Żeby koniecznie ich prawdziwe oblicze, a nie jakaś magiczna grafika, które tak mi się podobają. Istoty chcą się pokazać, takie, jakimi są.

A było tak… Krzesimir znów zaczął ‘’wyganiać’’ na jesionową aleję właśnie, a Klon Kostur poprosił o wizytę. Przyznaję, że zbyt często pomijam to wspaniałe miejsce. Wędrowna dróżka, dzika, piaszczysta i bosa, pełna oryginalnych i świadomych drzewnych osobowości. Wzięły się chyba same z siebie, nie wygląda by ktoś je posadził. Spotkasz tu podróżniku dęby, wiązy, jesiony, wierzby, lipy, klony, jabłonie zapomniane i róże dzikie, wraz ze srogimi głogami. Tarniny pilnują co bardziej skrytych miejsc, a bzy czarne zapraszają ptaszęta do biesiady. Tych zresztą wcale nie brakuje. Zamieszkały tu trznadle słoneczne, skowronki poranne, monotonne ortolany, czupurne dzierlatki, jaskółki ‘’dymne’’, bażanty przecudne, kosy skrzekliwe, szczygły, mazurki gwarne i dzierzby drapieżne…

68736974_2256457681351420_1683059509909520384_n

Energia Drzew jest tu bardzo silna i ‘’mąci’’ w przestrzeni. Zakrzywia i zapętla czas. Pamiętam jak jechałem raz tutaj na podsiadówkę, trasa która rowerowo zajmuje 10 minut rozciągnęła się w odczuciu do dwóch godzin. Jadę i jadę, i jadę… A jakbym nie poruszał się do przodu. Aż niepokój mnie ogarnął i takie dziwne wyłączenie. Potrafią zaczarować. Ponad rok temu wyśpiewały mi moją przyszłość, która się wydarzyła.

Po drodze mijam dwa króliki, kręcące się wokół siebie na polu. Pociesznie. Oglądam je w lornetce, kiedy wnet ten drugi włazi na ‘’drugą’’ i w parę sekund wykonuje coś, co nazwalibyśmy intymnym pożyciem w bliskości. Ojej! Lornetka zbliża do przyrody, ale że aż tak? Muszę się przyzwyczaić. Wreszcie staję pod mym gospodarzem. Spod niego zmyka maleńki zaskroniec. Wygrzewał się w miejscu, na którym zwykle siedzę. Taka niespodzianka! Bo przecież jestem spod znaku węża… Pierwsze potwierdzenie, że wizyta jest poważna.

O Kosturze nie pisałem wiele dotąd, bo i jakoś nie napierał, rzadko mówił, jedynie gościł, przytulał i wspierał. On jest dla mnie przykładem Boskości. Dawno temu przycięty, odbił i rozbudował koronę w kształt serca, i zdaje się nie stracił przez to doświadczenie nic ze swej sympatii do ludzkości. Chociaż nie wiem, bo nie znałem go wcześniej. One też ewoluują w charakterze. Jego można określić jako ‘’Niosący Wiarę’’, bo zawsze potrafi coś z siebie zrzucić i robi to w odstępach kilkuminutowych. W ten sposób zaczepia, odpowiada, pokazuje że jest obecny i słucha. I tak zawsze… Każda moja wizyta to jakieś patyki, nasiona i dziwne okruchy, które spadają zewsząd. Jak on to potrafi? Nie spotkałem dotąd takiego drzewa. Wesoły jest, rubaszny, dowcipny. A jednocześnie kosmicznie mądry. Pamiętam, gdy nie potrafiłem poradzić sobie z bólem ludzkich spraw. Chciałem przestać tęsknić i pragnąć. Błagałem, by coś zrobił, odmówił.

‘’ Bo wtedy przestałbyś być człowiekiem. Tym którego znam. A takiego Cię kocham i przyjmuję. Taki też jesteś, dlaczego chcesz się wyrzec co w Tobie najpiękniejsze? ‘’

Powiedział wtedy dużo więcej, i choć już nie pamiętam, podziałało i zmieniło.
Dziś znów mi pomaga. On wzywa, kiedy trzeba otulić mrok. Odezwał się we mnie ostatnio, kiedy zaczęły się drastyczne cięcia w lesie. Obok Krzesimira składują porżnięte drewno..
Klon mnie słucha. Kręci konarami. Wiem, że umówili się z dębem aby mnie pocieszyć. Chcą koniecznie utrzymać mój nastrój, mimo tych trudnych chwil. ‘’Ty pisz, pisz, znajdziesz sposób by o tym wszystkim w sposób poruszający opowiedzieć, nie urażając nikogo. Właśnie Ty to zrobisz. Nie przychodz teraz tutaj, idzcie na szlak jesionowy. Za jakiś czas walec się przetoczy. My przetrwamy wszystko.’’ , rzekł mi Dąb na mój żal rozpaczy. Tak, one wszystko, my niekoniecznie. I to chyba największe pocieszenie. Głowę mam zajętą przeróżnymi myślami. Ciężko nam się złączyć. Wreszcie Kostur opowiada mi kawał o tych zmaltretowanych suszą burakach przy których rośnie, i atmosfera robi się sielska, swobodna. W ogóle z buraków to on się często śmieje. Tak pogodny, radosny. Mimo tej suszy wokół. Ruda smuga w polu przykuwa mój zawsze czujny wzrok, tak rozpoznaję w szkle lisa. Poluje na myszy. Ogon trzyma w górze podniesiony na sztorc, zupełnie jak kot. Pewnie żeby nie szeleścić dodatkowo. Jego pocieszne harce obserwuje blisko godzinę. Myślę sobie, jak niewiele potrzeba do szczęścia? Jeden lis… Jeden spacer. A przecież to nie żadna dzika knieja, tylko pola uprawne, poprzerywane miedzami, rowkami i zakrzaczeniami. I tu można spotkać wszelkie bogactwo. Z kępy bylicy wynurza się sarna, którą podziwiam równie blisko dzięki lornetce, widząc jak wręcz zwierzę próbuje językiem różnych ziół liżąc, zanim spróbuje. Takie odkrycia! Już jestem w innym nastroju. Dodatkowo ten spokój. Nikt tu nie przyjeżdża i jest zupełnie cicho. Z dala od warkotu pił, łoskotu padających drzew, a nocą huku wystrzałów…

– Wiedziałeś kochany, co poprawi mi humor? Ty wiedziałeś. Dlatego dzisiaj do Was wezwanie. Mam kontemplować tutejsze miejsce jak twierdzisz, ale jak?

Mówię, pytam. Sekundy i zrzuca… I weź tu gadaj, zrozum ich. Ale to mi wystarczy. Za wszelką odpowiedz. Wiem, że gdyby mógł, przewrócił by mi się na głowę, abym pojął wszystko, co z takim mozołem szelestu próbują mi wtłoczyć. Rozmawiamy o książce. Przychodzą pomysły na rozdziały. I obraz. Klon pokazuje mi jak ma wyglądać okładka. Dokładnie o takiej marzę! Jak Ty ze mnie czytasz…Wzruszam się, bo to co widzę spaja się z tym, czym jestem… A jakie bogate szczegóły tej wizji 

Prawa strona okładki. Pień drzewa, pnący się w górę z koroną. Pod nim chłopak siedzi, wędrowiec z lornetką na szyi. W dłoniach ma książkę, kulę magii leśnej, albo wzrok utkwiony w gwiazdach. Tak, są tam gwiazdy, obraz przestawia noc. W prawym górnym rogu błyszczy księżyc w pełni. Z serca wędrowca lub z kuli wypływają kolorowe promienie, łączą się z księżycem, chmurami, kosmosem, zwierzętami, drzewem… On połączony jest z tym wszystkim całym sobą. Na konarze sowa siedzi puchata. Albo słowik, z którego dziobka otwartego płyną nuty z liniami. Na niebie sylwetka nietoperza. Przed wędrowcem zwierzęta stoją, dzik, jeleń rogaty, lis. Przyszły ufnie jak zawsze, do krainy szeptów. A może tylko jedno zwierzę, zależy jak się zmieści. Dzik na pewno. Chłopak przypomina mi trochę Małego Księcia. Dużo szczegółów. Czy komuś uda się wykonać taki projekt?

Niewielki ptak drapieżny przenika nisko i szybko, to chyba kobuz. Zgadywanka. Zbieram się, bo robi już chłodniej. Taka to pogada. Wyjeżdżasz w krótkim rękawku, a nocą marzniesz w dwóch bluzach, czapce i szaliku. Biorę kolbę kukurydzy z łanu obok i trochę zjadam. Łagodna, mączasta, smaczna. Resztę rozrzucam wokół drzewa garściami, a on trzęsie się w geście zaskoczonej radości. Dla mnie to rodzaj rytuału, podziękowania, choć robię tak po raz pierwszy. Ponoć tak czynili nasi przodkowie. Kosturze… Dobranoc Ci. Podziękowań przyjmij krocie. Czas i chłód mnie gna, poszukać jakiegoś miejsca na noc.

Gdy wychodzę na szlakową dróżkę, miga mi lisia kita. Idzie przede mną, i ani myśli się obrócić. Gapcio. Pewnie ten sam z buraków, teraz obserwuję go z kilku metrów jeszcze w zbliżeniu szkła, zupełnie jakbym miał nos w jego futerku. Zielone ślepia spoglądają łapczywie choć przekornie na gęstwę kukurydzy. Tam zwierzak znika po paru chwilach wspólnego marszu.

Księżycowy rogalik wisi nad olszynami, kiedy wkraczam na pola. Roztacza aurę chłodnego złota. Jesionowy szlak szkarłaci się w czerwieni zachodu, stąd dopiero mam widok na jego cały kunszt. Niemal niczego dziś nie planuję, idę gdzie oczy poniosą. Często miejsca które mijamy tysiącami razy przejazdem roweru czy auta, po zejściu z trasy kryją kolejne tajemnice. Może szukam dziś zwierząt i chcę być blisko nich. A może spokoju najgłębszego. Dziwny, pogmatwany kształt w oddali przykuwa mój wzrok. Rozpoznaję jeszcze nieco w szarości. Po wielu krokach w sypkim pyle, bo już ziemią ciężko to nazywać, docieram do miedzy. Cudowna jest, taka jak z przeszłości. Daleko pojedyncze kępy krzewów, a na niej zioła, trawy i kwiaty. Pas życia. Miejsce prezentuje się idealnie do zasiadki. Łan buraczany połączony z kukurydzą, w trianglu z zaoranym po zbożu. Odludne, rozległe, z widokami na dalekie lasy. Tędy mogą wędrować dziki. Kształt okazuje się być starą, gnijącą i przewróconą zwyżką myśliwską. A zatem dotarli i tutaj. Próbuję ją podnieść, bezskutecznie. Mało się nie rozleci. A więc będę siedział na przewróconej.

66223959_479909626099685_4980183251667648512_n

Czarne sylwetki stoją. Widziałem już jak szedłem. Ucieszyłem, że dziki. Patrzę w lornetce i rozeznać nie mogę. Już zmierzcha. Kiedy sylwetki dają w ruch, rozpoznaję trzy psy. Co tu robią tak daleko? Milczkiem idą. Dobrze, że jest ta zwyżka… Nie no. Dawniej uważałem, że zdziczałe kłusujące psy, to często koloryzowany wymysł, ale jednak suma takich spotkań utwierdziła mnie, że coś jest na rzeczy. Być może uciekają właścicielom ze wsi i wracają. Może są wypuszczane. Ich zachowanie.. Tak łatwo można poznać, kiedy po prostu polują. Jest hierarchia. Jak w wilczym stadzie. Idzie przewodnik, ostatni ubezpiecza. A w burakach rudy kozioł sarny. Nie spodziewa się. Coś tam jeszcze szeleści. Obserwuję. Znany schemat działania. Jeden z psów kładzie się na polu, dwa nasłuchują napięte jak struny, w kierunku sarnich szurnięć. Podchodzą. Nie są duże, powyżej kolana kundelki. Wiem, że sarny raczej nie złapią. Ten który został to ‘’pogoń zastępcza’’. On obserwuje i reaguje, kiedy zwierz puści się w kierunku którego nie przewidziały. Jest elementem zaskoczenia i często przesądza o wyniku polowania. Jak niewiele potrzeba naszym pupilom, by wróciły na łono dzikości…

I start, jak z procy! Kilka szybkich ruchów, kotłowanina. Zero wrzasku. Mój boże, sarna! Coś uciekło. Po chwili biegną, one. Każdy w innym kierunku. Każdy niesie jakiś kawałek, czegoś… Co one tam dopadły? Nie wytrzymuję… Zbiegam ze zwyżki, i krzyczę do najbliższego psa,

– Zostawisz to ???

Puszcza łup i ucieka. Doświadczenie podobnych sytuacji uczy. ‘’Dzikując’’ unikają ludzi jak ognia, poza tym mają wrodzony respekt. Dawniej do takich bezlitośnie strzelano. Wahałbym się, gdyby było ich więcej, lub były bardzo duże. Podbiegam do kawałeczka – jakaś nóżka. Ni to lisia, ni zajęcza. Ale nie sarnia. Tak zmasakrowana, że rozpoznać nie mogę. Jak to się stało? Rozerwały błyskawicznie żywego, czy znalazły padlinę? Ehhh.. Nie dowiem się.

Z księżycem na ramieniu ruszam dalej miedzą, do krzaka który w tle się majaczy. Wołał… Okazuje się być pięknym bzem. A pod nim – raj. Mnóstwo ogromnych kamieni, w sam raz do siedzenia i czuwania. Mogłem przyjść tu od razu. Dotykam jednego z jego pni, a drzewko zaczyna się trząść, zupełnie jak człowiek w dużych dreszczach. Dobrze Ci tu kochany? Radzisz sobie? Ptaszęta dopisują? Dzieje się ciekawie, obserwujesz? Ależ Ci pięknie trafiło, rosnąć na takiej ładnej miedzy. Szybko się bratamy. Jest ucieszony, że przyszedł Człowiek. Ten, który może jego usłyszeć i może więcej… Rekacja drzewka już mnie nie dziwi, ani zwierząt, odkąd przeczytałem u ‘’Anastazji’’ , że każde stworzenie, istota, roślina odczuwa ciepło ludzkiej miłości i pragnie się w niej znaleźć, ogrzać. To dla nich jedno z najpiękniejszych doświadczeń. Dlatego przychodzą zwierzęta gdy czuwasz, dlatego drzewa tak reagują. Wyciągam dłonie do krzewu i chwytam jego pnie – gałęzie. Wibracja drzewka wzmaga się w drgającej ekscytacji. Chcę to dla niego wypowiedzieć… aby poczuł…Od jakiegoś czasu tak robię. Przytulam sercem, wypowiadam i Błogosławię… Niech zabiorą z Ziemi najlepsze o człowieku wspomnienie.

Bzie Ty dziki, zapomniany, 
Odtąd jesteś już poznany

Niech najlepiej Ci się wiedzie, 
Mój daleki Ty sąsiedzie

Deszcze obmywają chłodne, 
Przemijają dni pogodne,

Błogosławię Twym korzeniom, 
Liściom, korze i kamieniom

Niechaj wspiera Cię świat cały
Byś powitał wiek dojrzały

Żywot spędz tu swój sędziwy, 
Jak najdłużej zostań żywy

Wzrastaj wielki i wspaniały
By niebiosa podziwiały

Zaproszenie Twe przyjmuję, 
Bardzo za nie Ci dziękuję

Siądę z Tobą na czuwanie, 
A najlepsze niech się stanie

~ Wieczór 5.09.2019 rozterki Wędrowca.

48385347_2310602708967368_8031636363038162944_n

Lipa – Matka Świata. Grab – Podróżnik Chaosu.

Przesłanie dla Johna.  

Drzewnych braci czas radości,
Dawnych powitają gości,

Przyjaciela, z innych czasów,
Który zawsze blisko lasów,

Gwar podnoszą z głośnym szumem,
Aby się uścisnąć z kumem

Jesion, brzoza, wiązy, świerki!
Dosyć już tej poniewierki,

Wrócił druh nasz zapomniany,
Z tylu zdarzeń dobrze znany,

Lipa zwraca się do Ciebie,
Gdybyś w jakiejś był potrzebie,

Z nią odkryjesz znowu siebie
Bo, choć może o tym nie wiesz,

Właśnie tam prowadzą drogi
Wszystkich istot świata srogich

Z grabem przyjdzie zrozumienie,
Czym na Ziemi jest Istnienie,

Po co tyle zła i zniszczeń,
Gdzie ocena, bunt umysłu

Więc gdy w środku Cię zaboli,
Oddaj pokłon swej Topoli

Życie czasem daje pstryczka,
Rzecze biała śnieguliczka,

Ty masz z tego czerpać wnioski,
Aby żegnać, dawne troski,

O to Duszy chodzi przecież,
By doświadczać, na tym świecie,

Wiedzy nowej wieszczy połów,
Ptak Twój Mocy – Druh – Rybołów

Umysł uśpij, tam już znane,
Serce otwórz, będzie dane.

Witaj Bracie

Zdarza się to rzadko w przesłaniach, ale i z Tobą tak jest. Drzewa jakby Cię znały z dawna, odezwały się licznie i wiele. Chyba każde z nich chciało odezwać się w wierszu. I choć nie mają zbyt wielu osobistych wieści do przekazania, i tak jest bardzo ciekawie J Drzewny Naród wita odnalezionego przyjaciela. Co też Wasz łączyło? Wyczuwam istnienie dawnego wojownika Słowian, którym byłeś, żyjąc blisko prastarych Puszcz. Ale wcielenia to ciekawostka, choć niezwykła jest pamięć drzew, którą mieści się w głębinach Ziemi, a którą one dla nas odczytują. Jawi się przede mną piękny Mężczyzna, o bogatej, wrażliwej i niepokornej duszy, która pragnie dla Ciebie wszystkiego co najlepsze. Trzeba jednak zrozumieć, że pragnienia duszy, nie zawsze muszą być zgodne z zachciankami człowieka. My oceniamy, filtrujemy, krzyczy nasze ego, a dusza widzi w przestrzeni poza czasem konsekwencje naszych wyborów i działań. Wybierając dla nas doświadczenia, z pozoru czasem i umysłu niełatwe, okazują się one być po latach błogosławieństwem, które pchnęło nas na właściwą ścieżkę. To, że Twoja Dusza pragnie głębszego, duchowego wniknięcia do świata natury, to pewne. Drzewa świetnie w tym pomogą. One są takim pomostem, etapem, przygotowaniem. Bo kiedy zanurzyć się w ich energie głębiej, okazuje się, że również zwierzęta, rośliny, porosty i grzyby będą dla nas informacją oraz przekazem. Witaj Bracie. Drzewa z powrotem zapraszają Cię do odkrywania tego, czemu umysł jeszcze nie dowierza, a co serce pamięta od pokoleń. Wystarczy je tulić. Ale przyjrzyjmy się po kolei Twoim Drzewom Mocy i temu o czym chcą opowiedzieć.

Lipa – Matka Świata

Zawsze kiedy myślę o lipie, pokazuje się ona jako uosobienie Matki Natury. Łagodna, zgodna budująca, twórcza, wspierająca. Przyjaciółka, która wezwała dla Ciebie to przesłanie, także miała lipę u siebie. Niech odczyta Ci kawałek lub całość swojego przekazu. Będzie on dopełnieniem. Szczególnie, że towarzyszą Ci głównie żeńskie drzewa, i bynajmniej nie chodzi tu o poskromienie pierwiastka męskiego, a przejawienie duszy, która dobrze czuje się na takiej fali. Co jest u Ciebie… potrzeba wewnętrznego pogodzenia ze światem, takim jaki on jest. Wielu ludzi obecnie to przerabia, i chyba zawsze będzie. Tego naucza wybaczająca wszystko lipa. Trzeba zrozumieć, że na poziomie energetycznym wszystko jest jednością i tak zwane, nawet ‘’zło’’ wszystko z czym się nie zgadzamy, co nas drażni nawet, pochodzi od Stwórcy – Boga, który i w taki sposób doświadcza siebie. I zło wybierając biegun przeciwny od światła, także finalnie, zmierza… do niego. Choćby nie wiem jak to wypierało. Dziwna wieść jest taka, że nie wiadomo, czy kiedykolwiek to się skończy. Aby poznać kim jesteśmy, musimy czasem zaznać tego, czym nie jesteśmy. Ziemia to świat paradoksów. Czyli aby rozniecić w sobie Miłość do Natury, trzeba poznać czym jest jej zniszczenie i niedocenienie. Tu łatwo można popaść następnie w pułapkę konfliktu – walki, która wynika z niezgody na obecny stan rzeczy. Kłócimy się, spieramy, przekonujemy, walczymy – tracimy energię. I wtedy ‘’zło’’ jako takie zaciera ręce, wzrastając w siłę. Nie ważne kto się kłóci, czy ma rację i o co – ważne, że jest konflikt. Jest podaż energii, a kto z niej korzysta… Mając to na uwadze, trzeba skupić się nie na walce, a codziennym budowaniu świata takiego, w jakim chcielibyśmy żyć. Lipa mówi – wyluzuj. Jesteś kosmicznym podróżnikiem, tymczasowo na przystanku o umownej nazwie Planeta Ziemia. Czy warto marnować czas i nastrój, na walkę z tym co tutaj się dzieje? Napinać się w środku, i zmierzać do fizycznych dolegliwości w ten sposób? ‘’Za chwilę’’ powędrujesz dalej, bo przecież rozwój nie kończy się na jednym wcieleniu ziemskim. Celem jest przejawienie prawdy o sobie, ciągła jej zmiana, a na samym, dalekim końcu – dotarcie do Energii Źródła, czyli Boga J I to w zasadzie główny cel życia, obojętnie co umysł sobie wymyśli.

Lipowe dary to łagodne wzmocnienie sił witalnych, wyciszenie umysłu, wzniesienie ducha. Odczujesz w kontakcie. Wycisza. Darzy błogością. Dla dawnych Słowian pełniła rolę sprawiedliwego sędziego. Kiedy w osadzie wybuchały waśnie, korowód udawał się pod Sądną Lipę. Słuchający przekazywał wieści, a drzewo w zgodzie z prawami Wszechświata łagodziło spory.

Grab – Podróżnik Chaosu

Wiele można powiedzieć o Grabie, tak cennym i potrzebnym w lesie. Grab, wybraniec chaosu, wieszczy zmianę losu. Choć u Ciebie niedużą, acz Istotną dla rozwoju. Coś o zmianie miejsca pobytu, zamieszkania, podróżach. Grab jest przejawem siły charakteru i ją w człowieku wspiera. Uczy wytrwałości w realizacji swoich zadań. On stabilizuje nasze ciało w energiach ziemskich. Choć każde drzewo to potrafi, Grab jest tutaj pionierem. Drzewo chaosu i zmiany, najlepiej czuje się tam, gdzie coś się dzieje. W zmianie rozwija się najlepiej i rośnie najszybciej. Tak jak w lesie, bo Grab pojawia się licznie tam, gdzie wskutek naturalnych procesów doszło do nowego rozdania kart w życiu Puszczy. Grab to drzewo niechciane i nie lubiane przez wielu, nieświadomych jego ogromnej roli w naturze. Za to kochane przez innych, świadomych otaczającego życia i znaczenia najmniejszych dotykających nas przypadków. Ludzie mogą go czasem uważać za dziwaka. Jakże mylą się Ci, którzy nie doceniają Graba! On zachwyca nas fantazyjnymi kształtami i bujną formą, tak naprawdę nie wiadomo nigdy jaką drogę ostatecznie przybierze jego kreacja. Nie jest cenny dla człowieka z uwagi na swoje drewno, co jest zarówno jego przekleństwem, i darem. Doskonale odnajduje się w świecie przyrody, swymi poskręcanymi konarami tworzy szczeliny i zakamarki zamieszkałe przez różne zwierzęta. Nietoperze, owady, ptaki, małe ssaki – wszystkie one kochają Graba. Dlatego ma wielu przyjaciół i nigdy nie jest sam. Las jest wdzięczny za obecność grabu, dzięki któremu wiele stworzeń odnajduje swoją bezpieczną przystań na ziemi  W niezliczonych zakamarkach dziuplowych głębin grabu, odkryć możesz niejeden cud i tajemnicę. W podróży przez ziemski Chaos, warto zwrócić się do grabu po wsparcie.

Topola Szara – Świątynia Jedności

Choć z lipą nie ma u Ciebie wiodącego gatunku, tak Topola stanowczo prosiła aby ukazać się jako szarą. Topole wiele mają znaczeń, i bardzo wspierają ludzi w ostatnim czasie. Były momenty, że wręcz wołały osobnymi przesłaniami. Topole prowadzą nasze wcielenia do jedności, a ta przejawia się poprzez harmonię trzech elementów – ciała, umysłu i duszy. Nad nimi czuwa i przewodzi święta Przestrzeń Serca. U Ciebie… Ciało broni się przed wpływem umysłu, który nieco bez kontroli miesza i rozrabia. A Dusza przygląda się temu z westchnieniem i tupie już zniecierpliwiona. Przesłanie szarej topoli to odniesienie do podświadomości i świadomości. Integracja tych dwóch składowych. Podświadomość zawiaduje nieświadomymi reakcjami ciała, a świadomość to wszystko to z czego zdajemy sobie sprawę. Zwraca uwagę na emocje, te nieuświadomione, nieprzepracowane, zapiekłe, zepchnięte. Choć nie jest przyjemnie zagłębiać się w nie, bez tego nie pójdzie nikt do przodu. Ten rok zresztą, przebiega nam pod patronatem topoli. Fioletowe, wirujące serce – kula, energetyczne jądro drzewa przemieszcza się w górę i dół, będąc w nieustannej gotowości do wsparcia ludzkiego wnętrza, temu który poprosi. Mnie wyleczyły z kilku dolegliwości fizycznych. Szara topola pochodzi z połączenia topoli białej i osiki, dlatego jej właściwości są szczególnie odczuwalne. Drgające listki osiki mają moc rozpraszania blokad i zastoin energetycznych, a biała to przestrzeń ducha, dusza, powrót do Boga, Wszechistnienie, uzdrowienie duszy, wzrost duszy, odzyskanie jej utraconych aspektów, osobista moc ducha, przejawienie darów, jedność, Boskość Istoty, pełnia kreacji. Połączenie tych mocy ma silny wpływ na energetykę człowieka. Trzeba pamiętać, że topole uznawane są przez wielu za ‘’drzewa wampiryczne’’ czyli takie, które pobierają od nas dużo energii. To zależy. Mogą zadziałać bardzo różnie, i trzeba tu pozostać uważnym, na to jak się czujesz. Jeśli pojawi się senność czy bóle w kontakcie, lepiej poszukać innego drzewa. Kontakt z topolami uszlachetnia nasze pozytywne cechy i otwiera drogę do nawiązania prawdziwych przyjazni, miłości. Te relacje i marzenia towarzyskie topole wspierają szczególnie. Pomagają zmierzyć się z cieniami przeszłości.

53670362_2500297526655404_6377344376573526016_n

Rybołów – Cel Życia

Każdy do czegoś dąży. Nawet najmniej wymagająca egzystencja ludzka, kieruje się jakimiś pragnieniami. One albo pomagają nam przetrwać, albo prowadzą nas ku jak najlepszemu spełnieniu. Czasem pojawia się prztyczek, który weryfikuje nasze cele i założenia, skłania nas abyśmy przyjrzeli się im jeszcze raz z perspektywy przydatności. Zweryfikować cel. I warto wtedy zapytać siebie: Czy na pewno ten cel jest mój? Czy jest zgodny z pragnieniem duszy? Jak pomaga mi się rozwinąć? Co z tego mam, wynoszę? To przesłanie ptaka pieśni Twej Duszy – Rybołowa. Jest to wyjątkowy unikat wśród drapieżników. Żywi się głównie rybami, a więc żywioł powietrza łączy się w chwiejnym tańcu z żywiołem wody, pozostając w dopełnieniu. Nielicznie lęgowy, zagrożony w istnieniu. Zdarzało się odnaleźć na brzegach czy na dnie wysychających jezior szkielety rybołowów splecione z kośćcem ryb. One dążyły do swego celu za wszelką cenę – i oto jak skończyły. Z tym też warto abyś u siebie zwrócił uwagę, czy nie masz podobnych zapędów. Cel jest ważny, ale można go osiągnąć różnymi środkami. Cierpliwość, wytrwałość, lub po prostu jego modyfikacja. Powyżej u lipy zostało Ci wskazane, co jest naszym głównym celem, czego nie powinno tracić się z oczu. Rybołów to też wędrowiec, który nie bardzo potrafi stworzyć coś stałego. Gniazda zwykle przejmuje po innych ptakach i nadbudowuje. Zachwytem jest podziwiać, jak w pędzie pikuje, zderzając się z pluskiem z taflą czystego jeziora. Choć miewa miejsca, które szczególnie lubi i tam wypoczywa. Mimo to rybołów pozostaje zaradny, bo chwyta również zaskrońce, kaczki, małe ssaki, skorupiaki i ślimaki. Modyfikacja celu, o której mowa J Rybołów uniesie wiele, chwyta czasem ryby cięższe niż on sam. Bywa, że puszcza zbyt wielką zdobycz. Wymaga rybołów czystej, przejrzystej wody i poczucia bezpieczeństwa. Tak i Ty lubisz widzieć sprawy klarownie, i czuć się komfortowo, przewidując niektóre zdarzenia. Ale i sam w wielu kwestiach bywasz przewidywalny, z uporem trzymając się utartych schematów myśleniowych i w zachowaniu. A tymczasem, jak przekazuje Grab, życie jest zmianą. Warto powtarzać to sobie… I któregoś dnia, z zaufaniem, bez oporu, a radością witać to co niesie. Wtedy ból znika. To będzie nowy u Ciebie etap.

Drzewo Mocy: Lipa

Opiekuńcze: Topola Szara

Wspierające: Grab

Wskazujące: Śnieguliczka Biała

Ptak pieśni Duszy: Rybołów

* A jeśli i Ty czujesz, że na życiowej drodze potrzebne Ci osobiste przesłanie, odezwij się do mnie na mail czeremcha27@wp.pl 

Tajemnice świerkowego lasu. Gdy brzozy budzą się do księżyca.

W przestworzach nastał czas królewskiego błękitu i złotego słońca. Po tak długim okresie grymaśnych deszczów sikających gęstą mżawką z równie kapryśnych chmur, dusza i ciało, ucieszyły się tą odmianą. Świat przeglądał się we wczesnowiosennych promieniach, jednocząc z odwiecznym wołaniem ciepła i życia. Nie sen to głuchy wiosny był, a raczej drzemka urywana, pieszczona migotami słonecznych iskier dobrobytu. Chwilę stoję na skraju słonecznego boru, zachwycając się igrającymi między pniami refleksami tak długo wyczekiwanej jasności. Las świerka Gabriela. Dziś zamierzam zwiedzić go całego.

52366955_767193786982106_5439468890885193728_n

Błotniste bagienko odtajało już nieco, choć lód nadał trzyma uparcie. Zaklęty, zimowy kąt… Widać teraz dokładnie, gdzie kąpią się dziki. Ogrom nowych tropów. Nie mogę wyjść ze zdumienia. Jak niesłusznie i bezmyślnie, oceniłem ten kawałek zieleni. Tak blisko mnie. Tyle lat. Uznałem, że w takiej bliskości domów i osiedli, nic ciekawego kryć się nie może… Dziś miałem przekonać się, jak wielkim było to błędem. Spod wody zielenią się pierwsze pędy kaczeńców. Już czekają w gotowości, na start ku życiu. Mijam oazę w niemym zachwycie, po drodze czytając z pozostawionych śladów historię nocnych poczynań leśnych mieszkańców. Znowu był tu jeleń! Poznaję po odcisku. Kryjówkę pewnie ma w niedalekim, większym bagnie… Niezwykłe, że za ostoję wybrał sobie właśnie to miejsce, tak odległe od większych kompleksów leśnych. Kilka kroków dalej jest już suche wzniesienie, z widokiem na kolejne bajorko. Tu właśnie rośnie Gabriel. Wespół z kilkoma równie potężnymi braćmi. Otaczają nas buki i rzadkie dęby. W tyle zostały olchy, świszczące strażniczki bagiennego oczka. Dziś są cicho. Za to świerk… jego maszt wiruje lekko wokół własnej osi, pochłaniając oddechy powietrza. Siadam pod nim, delektując się małym kawałkiem jego świata. A on zadziwia…

52766761_767194306982054_6247530918492241920_n

Kilka minut i daję się w pełni zaczarować dobrej energii tego zakątka. Twarz dotykają ciepło promienie prześwitującego słońca. Miejsce, jest jasne, świetliste, przejrzyste. Po prostu piękne. Jak to możliwe, że nikt tu nie dotarł, nie odkrył? Jest sobotnie popołudnie, cudowny dzień spacerowy. Mimo bliskości domów i osiedli, w samym lesie na głównej dróżce spotkałem tylko dwie osoby. Ale dla mnie to i lepiej… Mam wrażenie, że koncentruje się tu cała ptasia obfitość lasu. Prawie nade mną rozbrzmiewa duden dzięcioła pstrego, który ‘’znęca się’’ nad spróchniałym konarem akacji. Alarmują kosy i kręcą się sikory. Nawołuje sosnówka, słychać modraszki i bogatki. Jeden śpiew jest szczególnie wesoły i melodyjny, jednak w głowie pustka. Dopiero po paru godzinach z zakamarków pamięci wynurza się nazwa – to pełzacz ogrodowy! Niełatwy do wypatrzenia, brunatny ptaszek z zakrzywionym dziobem, który niestrudzenie pełza po pniach, wydobywając spod szczelin kory zimujące robaczki. I jest w tym nie lada specjalistą. Na kępach leszczyny, tuż nad bajorkiem kołysze się ubiegłoroczne gniazdo kosa. Ptak przystroił je nawet mchem, aby w leśnym kamuflażu uchowało się bezpieczne. Tymczasem w gniazdku zamieszkały i zimę przespały suche liście. Dobrze będzie posiedzieć tu za parę tygodni, popatrzeć jak ptaki budują. Takie przedwiośnie, to dobry czas na rozpoznawanie ptasich solistów. Potem można się w gwarze zupełnie pogubić. Nagle alarm. Ostrzegawcze, ostre Giiik, kiiik! wieszczy obecność ukrytego gdzieś grubodzioba. I objawia się sprawca zamieszania. Rudy płomień szeleści chwilę po liściach, dając sus na pobliskie drzewa. Ptaki niespokojne. Dzięcioł przestał stukać i krzyczy. A ona, po słonecznym przebudzeniu, szuka po prostu pączków drzew do zgryzienia. To wiewiórczy pokarm na przedwiośniu. Potem nie pogardzi ona ptasimi jajami i nawet pisklętami, i choć to jeszcze nie sezon lęgowy, skrzydlaci mieszkańcy pamiętają do czego jest zdolna… Nad moją głową wygrzewa się biedronka. Jak to dobrze, że od razu nie tuliłem drzewa! Mógłbym ją zdusić. Uważność. Czerwone maleństwo obraca się za promieniami, a gdy dół pnia okrywa się cieniem, ona wędruje w górę, ku słońcu… Świerk ‘’pracuje’’ delikatnie, bo i cały czas po trochu z nim rozmawiam, prosząc o różne wsparcie i dziękując za to co już ofiarowane. Przede wszystkim za to, że sprowadził mnie do tego miejsca i pozwolił je odkryć. Poznaję powoli te świerki. Dumne są, dostojne. Nie narzucają się z swoją energią. Cały czas trzeba być w świadomym kontakcie. Wiruje przyjemnie w klatce piersiowej. Wiem, że jest w komitywie z tutejszymi zwierzakami, podobnie jak dąb. W czas mrozów z jego podłużnych szyszek korzystają również dzięcioły i wiewióry. Zatracam się w bezmiarze… A przestrzeń zaczyna lekko falować. Nie wiadomo kiedy mija ten czas. Słońce zaczyna chylić się ku zachodowi. Spogląda na mnie jak oko smoka, unosząc się nad bajorem. Pomarańczowe promienie siłują się z mrokiem lasu. Zerkam w górę na świerka – mimo że w lesie panuje już cień, on, olbrzym wzniosły syci koronę mijającym blaskiem ostatnich promyków dnia. Ja chcę jeszcze spenetrować wszystkie zakamarki do jakich nie dotarłem przez lata.

52565963_767194910315327_5438532042553819136_n

Las czaruje i zaskakuje swoją różnorodnością. Na samym skraju jeszcze jedno bagienko, te już inne, porośnięte turzycami i tatarakiem. Gęste kępy. Niezwykły widok, jak na wnętrze leśne. I tutaj obficie koncentrują się tropy. Odkryłem, że łącznie jest pięć oczek wodnych. Pewnie dlatego, trzyma się tyle zwierząt. Zmurszałe, okrojone pnie, opowiadają, że dawno temu nawet dotarły tu bobry. Tymczasem kawałek dalej kolejna niespodzianka. Zmiana. Las stroi się w gęsty podszyt nieprzebytej ‘’cheretyny’’. Tu panuje wilgoć. Leżące liście pozostają całkowicie mokre jak szmaty, przy aromacie wszechobecnej pleśni. Jest tu jakby martwo. W ogóle nie słychać ptaków. Zostały na świetlistej wyspie świerka… Nie czuje się tutaj dobrze. Nie chcę dłużej zostawać. Nasiadówka w tym miejscu mogłaby mi się skończyć bólami korzonków, które co jakiś czas przypominają o swoim istnieniu. Zmieniłem się. Dawniej bardzo lubiłem takie miejsca. Chmury, deszcz, mrok, szarugę… Teraz nie mogę doczekać się słonecznych dni i wygrzewania w promieniach. Ale mgły nadal kocham. I noce księżycowe.

52355781_767194486982036_1450334280319238144_n

Kolejne kroki, przynoszą nowe widoki. Gąszcze ustępują, na rzecz strzelistych, sterczących sosen. Niektóre leżą powalone, odsłaniając ogromne systemy korzeniowe wielkich wykrotów. Taka nuta dzikości. Gdzie nie spojrzeć, zielenią się poduszki nasączonych mchów. Tu mi się podoba. Świetlisty bór sosnowy, jeszcze przegląda się w pomarańczowych promieniach dogasającego słońca. Teren jest mozaikowy, naznaczony opadnięciami gruntu, z których każda woła do siebie nową zagadką. W tych nieckach osiedliły się brzozy, ale widać, że nie powodzi im się zbyt dobrze. Część również spoczywa przewrócona, strojąc las białymi przegrodami smukłych pni. Widać, że pracowały tutaj siły natury. Cudownie. Zaskakuje jeszcze jedno. Przez całą drogę, niemal nie napotykam żadnych śmieci. Spodziewałem się ich tutaj, biorąc pod uwagę bliskość ludzką. Jeszcze jeden plus.

Spomiędzy drzewnego sklepienia, przegląda do mnie blady księżyc, wędrujący już prawie do pełni. Robi się wyraznie chłodniej. Taka magia księżyca. Wyciąga on z Ziemi, chłód, wilgoć, i mgły. Za to okrasza świat szczyptą zachwytu i sekretów. Nim się spostrzegłem, w lesie prawie zrobiło się ciemno. Pora. Ale nie do powrotu. Nie dla mnie. Czas na kolejny etap wędrówki. Przebieram się, a raczej nakładam na siebie dodatkową zawartość plecaka. Kolejne warstwy spodni, polar na kurtkę. Takie realia lutowych wypraw. O ile w dzień temperatura wyniosła +10, tak teraz spada w okolice mrozu. Wyłaniam się z lasu prosto nad bagno, które graniczy z całością tego kompleksu. Moje ukochane bagno z większości opowieści, tylko dzisiaj, podziwiane od przeciwnej strony. Żegna mnie mroczne sklepienie świerkowych młodzieńców.

52306255_767194603648691_4739043962101170176_n

A tutaj jest jeszcze zupełnie widno. Różowa poświata wieczoru dogasa zmierzchem nad połacią szuwarowej ostoi. Siadam wygodnie pod jedną z brzóz i delektuje się grą pasteli kolorów. Nie jest cicho. Trąbią na wieczerzę żurawie i odzywają się gęsi. Chcę zaczekać na dziki. Łąka naprzeciwko jest tak zbuchtowana, że spora szansa iż się pojawią. A czarne cienie żerującej w poświacie watahy to najmilszy mi widok ze wszystkich. Przyjdzie jeszcze trochę tu posiedzieć. Zamiast tego z szarzejącej przestrzeni wyłania mi się sarna. Zwierzak zachowuje się niefrasobliwie. Nie ma pojęcia, że tu jestem. Przesłania mnie też zasłona brzozowych gałęzi, a biała twarz na tle jasnego pnia, jakoś nie przykuwa jego uwagi. Ubranie przesiąknięte mam świeżością lasu. Nie wyczuje. Już uśmiecham się w Duszy. Obserwując sarny z tak bliska i w skrytości, jakże inne pokazują zachowania. Jak…ludzkie.. Porusza się ‘’łażąc’’, krokami, podobnie jak pies. Choć dużo subtelniej i wdzięczniej. Na szczudełkowych nóżkach wygląda to iście pociesznie. Kopytkiem drapie się po uchu i głowie. Też podobnie jak piesek. Szura, skrobie raciczką w ziemi. Jest tak blisko. Ale ja się nie boję. Jest mi ciepło, wiem, że wytrzymam bez poruszenia, chociaż 1,5 godziny. Nie ma problemu. Niech sobie hasa. Dawniej również uważałem sarny za nieciekawe. Bo były wszędzie i takie pospolite. Jednak bliskość obserwacji odsłoniła mi widoki i sekrety tak piękne, często ich zachowania wydawały się nasze, człowiecze…, kiedy np. przy spotkaniu zapoznawczym w dziczy i wzajemnym obwąchaniu, jedna oblizała pyszczek drugiej… Teraz koziołek przesuwa się dokładnie przede mną, podążając niewidoczną ścieżką na skraju trzcin. I takie właśnie one są. Całkiem spokojne i beztroskie, kiedy czują się bezpieczne. A zazwyczaj człowiek widuje je, kiedy spłoszone gnają w podskokach. Brzozy pod którą siadłem o nic nie proszę, ale czuję, że coś zaczęła czynić. Już musi mnie pamiętać. Siedziałem pod nią ostatnio, przed pierwszą wyprawą w świerkowy bór. Mój nagły ruch pleców, z szelestem kurtki, wywołuje wstrząśniecie całego drzewa. Bynajmniej nie mam aż takiej siły! Jak to możliwe? Ona jakby upomniała:

– Halo! Jak siedzimy, to nie szeleścimy. Tu są czujni mieszkańcy. Zachowuj się!

Takie coś odbieram. Tymczasem sarna wnurza się na trzcinową ścieżkę, i znika bezgłośnie w morzu łodyg. Podziwiam, jak cicho potrafi się tam poruszać. Przestrzeń już zabarwiła się srebrem. Dzień ostatecznie podążył na spoczynek. Spomiędzy falujących gałęzi spogląda mi w twarz prawie pełny księżyc, a drzewa coś robią się bardzo aktywne…

– Budzimy się… Do księżyca…

Brzoza spieszy z niespodzianą odpowiedzią. Tak… odbieram ich pobudzenie. Czasem mam wrażenie, że drzewa też potrafią po prostu zachwycać się i cieszyć światem. Choć może nie widzą jak my, wyobrazcie sobie, że odbierają sporo więcej: Zmianę ciśnienia, wilgotności powietrza, gleby, temperaturę, zapachy, podziemny ruch różnych stworzeń, aktywność grzybni, i kto tam jeszcze wie… Pozorny bezruch, a witki ich gałązek zaczynają taneczny kołys. Wszystkie, jak na komendę, pierw niemrawo… Już dobrze to znam. I się zaczyna… Przekaz.

Gdy ciepło pnie wyziębione nam otuliło,
Oh jak dobrze od dawna, tu brzozom się żyło,

Czemu spoglądasz, wędrowcze zdziwiony,
Na nasze pląsy, głupawo zdumiony

Czas to dawnego jest rytuału,
Budzimy się sennie, po trochu,
pomału,

Już srebrny blask, odbija tu kora,
Powitać wiosnę, nadeszła już pora

Siostry się sycą, tym co Ziemia daje,
Że starczy dla wszystkich, ufać nie
przestaje

Krew Życia
Popłynęła znów
Jeden łyk
Zostań zdrów

Wie o tym dzięcioł, mieszkający w lesie
Że ona dostatek, i szczęście mu przyniesie.

Zastukał. Zabolało. Nie pytał. Wziął śmiało.
Stuk, stuk, siebie przekrocz próg

Cieszymy, dzielimy tym czym karmi Ziemia Matka

Żyj jakbyś nie znał braku
Ufaj do ostatka.

Najlepszego, wystarczy dla każdego.

A teraz odkrywaj, wędrowcze spełniony,
Magicznym światem, swym ukojony

I śmiało zaśpiewaj, razem z brzozami,
Bo nie doczekasz tu, swej nocy z dzikami

Wierć się, ruszaj, skakaj, kichaj,
Nie ma ich tu dzisiaj.

Kaskady wesołego śmiechu. ‘’Głupawo zdumiony’’. Tak mogła powiedzieć tylko brzoza. Spośród wszystkich drzew, one są właśnie takie. Leśne wariatkowo. Wchodząc na ich odbiór, to albo turlać się ze śmiechu, albo stukać w głowę od chaotycznego natłoku pomieszanych zawołanek. Do tego twierdzą, że Bóg – Stwórca jest właśnie taki jak one. Niechby tak było… Tam w górze, musi być wobec tego dobra zabawa. Skoro brzozy mówią, że dzików nie ma… Pora się chyba stąd zabierać. Ale mi się nie chce. Jest tak czarownie. Migające punkciki gwiazd wiszą na rozświetlonym niebie, mrugając okruchami kosmicznej pamięci. Z głębi boru wbija się w uszy, miękkie, wytłumione gąszczem nawoływanie Puszczyka. Wcześnie jak na sowy. Wychodząc z lasu, odbieram jeszcze chłodną, sunącą od ziemi wibrację świerka. Przystaję. On o coś prosi. I choć nie słyszę żadnych słów, nie muszę. I bez tego często wiem o co im chodzi. Gabriel przekazuje, abym nie wahał się przyprowadzać mu gości. Pokazywać tego miejsca. Chyba…chyba jednak wciąga go kontakt z człowiekiem. Pokazuje mi obraz mnie, siedzącego pod nim z książką. Pewnie, z chęcią. Miło będzie czytać wśród ptaków. Dziwię się niemało, bo i trochę mi tym miesza – nigdy nie planowałem tego kierunku na żadne wyprawy w towarzystwie. Trochę nie po drodze. Chociaż bliżej. Oczywiście, że zaufam tej prośbie. Wracam tymczasem odmieniony i zauroczony, tym zagubionym kawałkiem natury, drzemiącym w ciszy swych tajemnic, na skrawku ludzkiego świata.

52357837_767194120315406_5707215739073593344_n

52743998_767194360315382_5986063230886215680_n

52771840_767195060315312_7430429117276749824_n