Pamięć sarniego rodu. Dlaczego zwierzęta przychodzą nocami do miast?

Już nigdy nie zaprzeczę, gdy ktoś powie, że moja dusza przyciąga do siebie zwierzęce sytuacje  Wracałem sobie z lasu nocą, już po obserwacjach, wrażeniach, radościach, jestem niemal przy swoim osiedlu. Patrzę, a tu kozioł sarny wyłazi na asfalt. Ale, idzie tyłem! Stosuję manewr ‘’składkowy’’, zeskakuję z roweru na obie nogi cicho, jak się nauczyłem. Nie usłyszały. Zwierz cofa się, z łbem nastawionym. Szybko się okazało, że są dwa i jeden naciera na drugiego. Zaczęły się trykać na środku drogi! W świetle ulicznych latarni wyglądało to surrealistycznie i zjawiskowo. Dyszenia, sapania, poświsty, oddechy, jak to u saren. Szał rui – teoretycznie tylko to tłumaczy, ryzykowane zachowanie. Jest przecież środek lata, nie szukają tu pokarmu, bo wszędzie go w bród. Następnie jeden zepchnął drugiego przez drogę, na ostatnią niezagospodarowaną i nieopłotowaną działkę, pełną krzaków. Ja poszedłem tam cicho za nimi, po pierwsze ciekawość, bo wszędzie wokół osiedla, one były tam uwięzione. A już autobus i auta jechały. Chciałem w razie co, dać znać kierowcom. Kozły na tej działce się goniły, ale gdy wszedłem nieco ścieżką w ciemność natychmiast rozdzieliły, a jeden stanął i mnie obserwował jak widmo. Chyba liczył na swój naturalny kamuflaż. Auta przejechały z hałasem, na sarnach nie zrobiło to wrażenia. I potem jeden zdecydował, że sobie wyjdzie, i to udało się nagrać.. Wcześniej byłem za daleko.

W pozornie pięknej i wesołej sytuacji, kryje się tragedia sarniego plemienia. I niech to wszystko pozostanie moją osobistą interpretacją, z którą nie trzeba się zgadzać. Ta ciemność, do której zeszła sarna na nagraniu, które umieściłem na swoim FB, to już rozjechany koparkami teren, pełen kabli, rur, ceglanego tłuczka – oto nowe działki są ‘’uzbrajane’’ pod przybycie kolejnych osadników. Dwa miesiące temu, jedna sarna leżała w tym samym miejscu po potrąceniu martwa, pamiętam chciałem zrobić zdjęcie i opowiedzieć jak to widzę. Ale to też była noc, a za dwa dni szczątki były już rozdarte mocno przez lisy czy koty. No bo co skłania sarny, do niebezpiecznych marszy do stolicy ludzkiej, wprost na orzęsione światłami, pełne pułapek skupiska?

Pamiętam dawniej tą okolicę. Wokół, jak sięgnąć okiem, same pola… Sarny zawsze wędrowały tędy w ciemnościach, a i za dnia, migrując pomiędzy odległymi lasami, szukając spokojnych żerowisk, towarzystwa innych swych braci i sióstr. Odwieczny przesmyk, szlak znany tylko zwierzętom… Zapisany w umierającej, gasnącej pamięci. Ona odejdzie, wraz z ostatnim śmiałkiem uwięzionym w labiryncie opłotków.

Sarny to wiedzą. Mają to zapisane w genach, nogach, kopytkach. Tędy wędrowały od pokoleń, zawsze. Tutaj prowadzi je instynkt – jak ongiś ich babcie, dziadów i przodków. Tędy maszerowały chmary, ciągnąc kilometrami przez śniegi zasp. Nocą, jest w miarę cicho. Można się ośmielić. I będą tutaj przychodzić, dopóty ostatni wolny skrawek nie zostanie odcięty siatką ludzkiej dominacji. Wtedy znów się cofną. Ustąpią. Jak wszystkie zwierzęta, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat musiały opuścić swoje prastare ostoje, pielesze i siedliska, które zawłaszczył człowiek pod swoje budownictwo. Przyjdzie dzień, że tego miejsca zabraknie. Dla nas i dla nich. Ciekawe, czy wówczas spróbujemy jakoś żyć razem, czy może zatracimy się w ‘’misji’’ świętej ekspansji ‘’jedynego słusznego’’ gatunku?

O takich sprawach wiedzą chyba tylko wędrowcy. Ci, którzy żyją blisko zwierząt i śledzą ich zachowania. Nowoczesnego człowieka to nie obchodzi. Trzeba się wybudować i mieszkać, a potem pracować. Zwierzęta mają być w lesie, a może tam też nie, bo ‘’robią szkody’’, więc może jeszcze lepiej w zoo. A najlepiej w książce na obrazku. Niech nie zbliżają się do nas, i nie ‘’stanowią zagrożenia’’ dla kierowców. Fragmentaryzacja siedlisk, ich poszarpanie, nie branie pod uwagę w planach przestrzennego gospodarowania, prowadzi do takich sytuacji. To jest naprawdę dramat. Żyjesz dziko, przemierzasz, kryjesz w zaroślach, przemieszczasz nocami i kluczysz, byle tylko uniknąć hałasów świata cywilizacji. Ich świat umiera, kurczy się, znika, każdego dnia. Nie mogą zaprotestować, zrobić petycji, wyrazić sprzeciwu, wypowiedzieć się. Możemy my – spróbować je usłyszeć, i spojrzeć kawałek poza czubek swej rezydencji, i często wyimaginowanych ‘’potrzeb’’. Ale przecież to tylko sarna, zdechnie sobie na poboczu i szybko, zapomnimy o sprawie. Wrócimy do swoich obowiązków. Zezłościmy na wgniecioną karoserię i głupiego zwierza.

A ja stoję wciąż, taki szczęśliwy i tonę w przemyśleniach. Jestem świadkiem. Kronikarzem. Ostatni taniec dzikiej energii, przed nieuchronnym panowaniem betonu, tui i przyciętych wzorowo trawników, miał miejsce właśnie. W mojej pamięci sarny zostawiły swoje wieczne pozdrowienie, obojętnie, co z tym miejscem dalej się stanie.

40969392_2152939054958826_6338813096867704620_n

Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność. Jeśli w swoim sercu poczułeś prawdę tej historii, możesz pomóc mi w tworzeniu kolejnych, abym dotarł z nimi jeszcze dalej, niż obecnie wynosi zasięg bloga. Wszystkie swoje wędrowne sprawy utrzymuję z dobrowolnych darowizn od osób, które chcą współtworzyć ze mną to miejsce. O tym na co przeznaczane są wpłaty, przeczytasz szczegółowo na zbiórce, do której wsparcia leśnie Cię zapraszam – jednorazowego, lub częściej.

https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

Pełnia zbożowego księżyca. Wędrowne warsztaty w przyrodzie.

To my, Wędrowcy!

Na suchej murawie postój robimy, przed ostatnim podejściem do lasu. Wieś ospała, ze zdziwieniem nieco spogląda, na korowód kolorowych ludzi, co pobrzękują sobie na kalimbach w marszu. Dziś trochę kilometrów na nogach. Już wieczór kroczy. Uparte chrząszcze podlatują co i raz do włosów, nikomu krzywdy nie robią. Startują z traw, aby popaść trochę na pobliskich lipach. Jeszcze odzywają się dzierlatki. Na siwym kolorycie drogi, zupełnie ich nie widać. Niebo zaroiło się od nietoperzy. Na horyzoncie ciemny pas chmur tęgich sunie z nieubłagalną zapowiedzią, ale my pewni jesteśmy, że tej nocy uda się zobaczyć Zbożowy Księżyc. Dalszy marsz pod lasem, to już subtelne ćwierknięcia i piski wszędobylskich nietoperzy, które zamieszkały w zmurszałych brzozach. Najstarszego w kniei Kasztanowca, otaczamy łańcuchem splecionych dłoni, słuchając przesłania wieści minionych. Wypowiadam wtedy drzewu słowa…

Ty zaś kręgiem otoczony,
Każdy z nas wnet uzdrowiony,
Nie ma między nami granic,
Zacznij swój radosny taniec
Wszystkie nasze, ludzkie dary,
Przyjmij prosto, w swe konary

Ostatnia sarna schodzi z popasu, szukając bardziej soczystych krain w okolicy… Jej czujny cień, obserwujemy w odchodzących zwidach lornetek. Złoty księżyc wypływa w majestacie nad lasem, karmiąc ucieszone dusze widokiem swej pełni.

107330666_1141972016170946_7444994849681440246_n

107405154_1141972066170941_7533354964025732698_n

PÓŁNOC

Doczekaliśmy księżycowej gościny. Złoty gospodarz wędrówki, ze snu wśród chmur, odkryć się wreszcie raczył. Jak pan na włościach, sunie powoli, doglądając dojrzałości swych łanów przed żniwem. Srebrzyste promienie rozlewają się smugami po polach. To nasz dzisiejszy przewodnik. Podążamy za jego blaskiem. Zatopieni w trawach świerszczowie, wygrywają nieustające nuty swoich serenad, my próbujemy z nimi… Cisza spaceruje w przestrzeni. Szurają gdzieś w oddali sarnie kopytka. Spokój. Maleńkie, puchate przepiórki zasnęły w oceanie zbóż. Nie słychać ani jednej.

A potem Kobiety zdejmują buty, i idą boso potańczyć na łąkę. Ja przejmuję bęben i gram, jak potrafię. Ruchy chwiejne, intuicyjne, rozpływające się w szarej nicości, kołyszą wśród drzemiących kwiatów na murawie… Ziemia Matka, wdzięczna swym Córkom oddycha głęboko, błogosławiąc z każdym szumem pogrążonej w ciemnościach puszczy. Dla takich chwil jedynych, warto żyć.

Jedna z uczestniczek warsztatów, Karolina, na swoim FB opublikowała własną opowieść, zawierając swoje wrażenia i przeżycia z wyprawy. Po prostu ją poniżej przytoczę 🙂

112849671_718432245648227_2463882846373922794_n

”Codziennie spotykam się z ludzkimi historiami. Pięknymi, sentymentalnymi, ale też trudnymi i tragicznymi. Wysłuchuję, pokazuję drogę, wyposażam w niezbędne narzędzia idącego przez życie wędrowca. I choć historie są różne, przytrafiają się czasami i takie takie, których nigdy się nie zapomina i które będą nas w żywe do końca naszych dni. Pozwalają podejmować właściwe decyzje oraz utwierdzają w dokonanych wyborach. Czasami pozwalają uporać się z własnymi strachami, choć myśleliśmy, że dawno ich w nas nie ma, a one tylko się ukryły pod dawnym kurzem zapomnienia.

Tak właśnie było w ten niezapomniany weekend imieninowy, w dzień pełni zbożowej. Spotkanie z autorem „Szeptów Knei” to nie tylko wędrówka i rozmowa z drzewami, to także intuicyjny taniec na miękkiej trawie, gra na kalimbach (tak, zrobiłam to!  oraz rozmowy o życiu, podróżach duszy, odkrywaniu swojej drogi i podążaniu za głosem serca. Wiele się zadziało na każdym poziomie u każdego z nas, wędrowców. Spotkałam też zioła, których nie znałam, a być może będą mi potrzebne. Nazbierałam trochę lipy i chabra bławatka, ukoiłam wzrok „makowym rumiankiem” wyjętym spod pędzla impresjonistów.

Wiedziałam, że nie znalazłam się tu przez przypadek… czasami dwie osoby szukają się we wszechświecie, aby obdarować się wzajemnie. Dziś jestem bogatsza o doświadczenie spotkania Sebastiana. Niczym druid zaznajomił nas z tajnikami lasu i odgłosami jego mieszkańców (dębem Krzesimirem, dębem Radosławem, Kasztanowcem „w żeńskiej postaci”, sarnami, lisami i ptakami oraz z wartkim nurtem wymownie brzmiącej rzeki „Samicy”).

Nie tylko poszerzyłam swoje horyzonty terapeutyczne, ale po powrocie czekała na mnie propozycja wydawnicza! Cudownie jest czerpać z obfitości tego, co oferuje nam wszechświat, z mądrości zwykłych-niezwykłych ludzi, fenomenu przyrody i źródeł energetycznych, które nam oferują. Ale trzeba umieć nauczyć się dostrzegać i przyjmować ten niesamowity prezent.

Dziękuję Sebastianowi oraz pozostałym uczestnikom wyprawy za pięknie spędzony czas. Za nasze rozmowy, nieprzespane noce, bieganie po stogach siana, siedzenie na ambonie i wiele innych rzeczy, które się zadziały.

Polecam odwiedzić Sebastiana i udać się z nim na wędrówkę. Wiem, że to, co robi jest jego całym życiem, dlatego do niego przyjechałam. A także dlatego, że wzywał mnie jego dąb, ponieważ jego imię ciągle wracało do mnie w myślach.. A gdy już dotrzecie do Sebastiana zatrzymajcie się proszę w „Pokojach gościnnych Joanna” przy ul. Koszycy 52 w miejscowości Rokietnica. Gościnność właścicieli pozostanie Wam na pewno na długo w pamięci (oraz przepyszne ciasta, które piecze pani Iwona oraz warzywa z przydomowego ogrodu uprawiane przez pana Tadeusza). Ich pensjonat był pełen gości, ponieważ ich naturalna, niewymuszona życzliwość jest po prostu zaraźliwa.

Ach, rozmarzyłam się. Było mi tam tak dobrze i spokojnie. Przywołam wspomnienia czytając fragment książki, którą otrzymałam w prezencie od Sebastiana… i pomyślę chwilę o moim wolnym, dzikim lesie niczym o niezależnej, dojrzałej i mądrej kobiecie-lisicy – już na zawsze..

DZIĘKUJĘ ZA DRZEWNE PRZESŁANIE. Teraz pozostaje mi tylko iść drogą przeznaczenia. ”

Julia

Cóż mogę powiedzieć jako skromny wędrowiec – takie słowa są dla mnie najpiękniejszą nagrodą, za serce jakie wkładam w przygotowanie i ”plan” każdej wyprawy. Bardzo dziękuję gościom lipcowej wędrówki w czasie Księżyca Zbóż: Marcie, Karolinie i Martynie za wspaniały czas, niestrudzone kroki, gawędy pod gwiazdami, słuchanie mowy drzew i księżycowe pogrywanki, których w formie filmu nie mogę niestety dodać na bloga. I za wszystkie piękne słowa, które w tej historii mogły się pojawić.

A to pamiątkowy plakat z tego zdarzenia, wraz z atrakcjami jakimi knieja obdarowała swych gości.

Plakat1 Lato

Pamiętajcie, że wyprawy są organizowane każdej pełni księżyca, a także poza nią, jako indywidualne wędrówki leśne. Wystarczy odezwać się na email, i zawsze znajdziemy jakiś czas do wspólnego wypadu. 

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie, na kolejnej wyprawie po żniwach i w jesienne rykowisko!

 

Czarny jenot, czyli wędrowny dzień barda.

Zwierzęta są wrażliwe artystycznie. Na pewno słyszeliście o malujących słoniach czy świnkach, ale moje zdziwienie w poznawaniu ich świata wzrasta notorycznie, kiedy gram w lesie. Tego popołudnia dąb niespodzianie wezwał. Wahałem się bardzo czy ruszyć, no bo sobota, więc w lesie będzie dość tłoczno. Jak się okazało, nie było nikogo, widać wszyscy na grillach itp. Żadnego biegacza czy rowerzysty. Drzewo wiedziało. W ostatniej chwili przed wyjściem, łapię z półki kalimbę, też zdumiony dlaczego akurat Krzesimir woła, bym ją zabrał. Znam przecież niemrawy, mruczący charakter dębów, czyżby jednak lubiły słuchać srebrzystych, krystalicznych dzwięków, zamiast swojego dudnienia?

Gdy jadę do lasu, drogą prosto na mnie zasuwa zając. Pierwsze powitanie na dobry początek. W szarym kolorycie podeschniętej ziemi wygląda jak duch. Rozpływa się jak widziadło. Ktoś inny wziąłby go za omam.

Siedzę pod nim. Momentami, dłonie wybuchają ciepłem. Wtedy wiem, że drzewo pracuje ze mną, choć go nie słyszę. Ucieszył się gromko z tego przyjazdu. Chwilami pogrywam kalimbą. Już wieczór osiada. Rzeczywiście, nie było ani jednego człowieka. I jakoś nagle się obracam. Na drogę z lasu wyszedł właśnie zajączek, jednak widząc moją głowę natychmiast się cofa, bo ‘’został zauważony’’. Musiał jednak słyszeć jak pogrywam, mimo to, szedł. Teraz siedzi w zaroślach, i nadal mnie obserwuje. Kilkanaście metrów dalej, na lucernie pasie się sarna. To stara roślina pastewna, dziś już rzadko uprawiana, bardzo lubiana przez zwierzęta. Dlatego tego roku, Krzesimir bardzo cieszy się towarzystwem. Są tu za dnia, a od wieczora można na poletku naliczyć po kilka. Raj dla fotografa. Gdybym nim był. Gram celowo głośniej, ale sarna nie zwraca na to żadnej uwagi. Dzwięki Kalimby, choć srebrzyste i kryształowe, widać nie różnią się dla niej od śpiewu ptaka. Są jak część otoczenia, pieśń natury. Cieszę się bardzo, że mogę podarować swojemu kochanemu lasowi te odgłosy. Mija nieco czasu. NA dębowy konar zlatuje Drozd Śpiewak – ten zanurza zmierzch w kunszcie swej znakomitej pieśni. Siedzi tuż nade mną. Ja gram, on śpiewa. Duet. W zaroślach z tyłu coś szeleści. Chodzi, chrzęści, i zbliża. Kiedy cichnie, obracam głowę. Na drodze stoi jakiś zwierz. Nie rozpoznaję. Przypomina trochę przerośniętą fretkę. W pierwszej chwili biorę go za większego kota. Bo jest niemal cały czarny. Zwierzak robi jeszcze krok, i wtedy zapalają się jego dziwne oczy w tamtym momencie wydają mi się żółte, jakby świeciły. Ozdobny, futrzasty, gęstszy kołnierz wokół szyi. Jest też smukły, gibki. I mimo tylu niewiadomych sprzecznych rozpoznaję – toż to jenot! Ale dlaczego czarny? Bywają one szare, siwe, zawsze z jakimś srebrzystym akcentem. Grube i puchate. A ten szczupły taki, jak sportowiec jaki. Może młody? Na to wygląda. Oczywiście, przez cały ten czas gram. Tkwi taki piękny, czujny i nieziemski. Mimo maleńkości wygląda dostojnie i groznie, jak najbardziej dzika pantera. Jenot rozgląda się, po czym wnika w pobliskie gąszcza. Kolejny duszek puszczy, zaszeleścił. A ja w podziwie i szczęściu, zastanawiam się, jak w ogóle o tym komuś opowiedzieć…

Niebo wygląda dziś, jakby było pomalowane od spodu. Granatowe obłoki lśnią czerwienią, malowane przez ostatnie promienie zgasłego słońca. Horyzont jest jednym pasmem szkarłatu. Na tym tle, żeglują powolne czaple. Powrzaskują do siebie ochryple. Zmierzają pewnie ku wodzie. A mi przypomina się, że to już któryś raz, kiedy w tym tygodniu widzę czaple. Zwierzęta Mocy. Chcą coś powiedzieć. Trzeba będzie sprawdzić.

Komary zaczynają imprezę. Sarnie nie przeszkadza moje poruszanie się. Czasem spogląda w tym kierunku. Lucerna lepsza. Po pożegnaniu z dębem idę już drogą prowadząc obok rower i obserwując sarniątko na poletku. Spogląda, słyszy. Ale nie podejmuje ucieczki. Lekkie krzaki na poboczu, dają jej poczucie bezpieczeństwa. Ja jednak będę musiał się pokazać. Chcę jeszcze wejść na ambonę i posiedzieć do ciemności. Dopiero teraz zwierzak robi kilka susów, ale widać, że są one leniwe, wymuszone. Posyłam jej w myślach przeprosiny i ciepłe myśli bezpieczeństwa. Ona wie. Zatrzymuje się tylko kawałek dalej, nie zwracając już uwagi na moje wdrapywanie się, przebieranie, wiercenie za wygodną pozycją. Mimo że bywam ostatnio tu rzadziej, wciąż mnie pamiętają. Każdy znalazł swoje miejsce. Zależało mi, bo zanim zorza zachodu dogaśnie, można tutaj obserwować arcyzwinne nietoperze. Już nie zamierzam grać. Obserwuję pogrążające się w ciemnościach poletko. Bezwietrznie. Jaki spokój. Dalekie auta na szosach, suną światłami. A tutaj borsuk oto, z posapywaniem wynurza się z trawy i przechodzi tuż pod amboną. Oko rozróżnia jeszcze biel przy jego głowie. Sarny zamieniają się w duchy. Ich szare cienie krążą na polu, pogrążone w raju lucernowego pastwiska. Jedyne odgłosy jakie słychać, to urywane szarpanie, kiedy płowe pyszczki wyrywają kolejne kęsy. Koncert żerowiska. Jak opisać to komuś, kto nigdy nie miał okazji słyszeć? W głębokie ciszy, pogłosy zrywania i przeżuwania odmierzają minuty, godziny, bezczas… Koc rzucony na nogi, grzeje błogo. Pora zatopić się w Nocnym Czuwaniu.

DZIĘKUJĘ ZA TWOJĄ CZYTELNICZĄ OBECNOŚĆ Po więcej opowieści zapraszam do książki ”Szepty Kniei”:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

🥰 A jeśli podobała Ci się ta historia, możesz okazać WSPARCIE dla mojej działalności autorskiej, podziękowanie czy pomoc, którą można zostawić TUTAJ:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

24954295828e13c17aff9c40339fe514

Wiosna na jesionowym szlaku i wędrowne warsztaty pod Drzewami Mocy. Bęben druidów.

Na szlaku witają nas śpiewy polnych ptaków. ‘’Dowodzi’’ ortolan, którego wibracja jest jakby manifestacją mantry: ‘’Tutaj króluje Przestrzeń’’. Rzepak powoli przekwita. Szlak jesionów wybieram do wędrówek z uwagi na jego spokój i przyrodnicze bogactwo. W weekend, znacznie więcej ludzi w lesie. My wybieramy ciszę i samotność, kluczymy polami, miedzami, ugorami, niczym zające. Mijamy połacie uprawnej pustki. Tylko pozornie. Bo oto podzwania samiec zięby, szczebioczą sikory, terkota siedzący na słupie potrzeszcz i przelatują szpaki. Szybuje myszołów. Pokrzewka kapturka pogrywa czystą, przemiłą nutą. W tarninach dokazują mazurki. Lornetki bardzo pomagają ubogacić wrażenia, zapamiętać wygląd gatunków. Wyprawy stały się jeszcze bardziej odkrywcze. Bo i podszkoliłem się ‘’w kwiatach’’. Tym więcej mogę opowiedzieć o mijanych krokami roślinach; ‘’chwastach’’ i ziołach. Rozkwitają pierwsze bzy, zwiastuny młodego lata. Strojnie puszą się dostojne głogi. A na tarninie – cmentarzysko. ‘’Ktoś’’ powbijał na kolce grube trzmiele. Sterczą martwe, zasuszone. Zdumione miny gości. Wyjaśniam, że to spiżarnia tutejszego małego rozbójnika – Dzierzby Gąsiorka. Niekiedy wiesza on gorsze rzeczy, jak myszy, jaszczurki, ćmy, czy żaby. Wtedy to dopiero wygląda upiornie. Ptaka udaje się potem zobaczyć w całej okazałości lornetką, jak poluje na łące. Łany bajkowych kwiatów, zdobią przydroże odcieniami szafiru. Są chabry, ptasia wyka i miodunka. Pod nimi plączą się żółtawe wilczomlecze. Każdy ma inny zasób wiedzy na temat przyrody, dlatego dzisiaj uczymy się głównie rozpoznawania ptaków i mijanych drzew. Mają już liście i kwiaty, wdrażamy więc znaki charakterystyczne. Z niebios śpiewają skowronki. Te rozlewają płynny kryształ.

P00530-150344

Klon Kostur, nasz pierwszy przystanek, to główny bohater tego miejsca. Ten sam, który ‘’opowiedział’’ wygląd okładki do książki ‘’Szepty Kniei’’. To Drzewo Wiary. Bardzo aktywne, chętne i zawsze gotowe do pomocy, współpracy. Możnaby przyprowadzać pod niego wszystkich niedowiarków. Nie mija dużo czasu, gdy zaczynamy czuć się dobrze, pogodnie. Klon nie zawodzi – zaczyna zrzucać z siebie jakieś okruchy i patyki. Jak to on. Uwielbia dawać takie popisy. Rozmawiamy o świadomościach drzew, ich celach, zadaniach, o tym do czego dążą jako las, ze swoją cywilizacją. Opowiadam o tym jak można odczuwać drzewa. Na jakie sposoby. Że moje doświadczenie nie jest regułą, i każdy może mieć inaczej. Zwracam uwagę na co warto się wyczulić. Odczytujemy dawne przesłania. Goście dowiadują się o swoich osobistych Drzewach Mocy, mówię jakie przy nich dostrzegam i czuję. Chwilkę jakby trwa ‘’narada’’. Drzewa wahają się, spierają nieco, jakby potrzebowały zdecydować, które ostatecznie podejmą się opieki. O ile przy Mariuszu tkwi dąb, świerk, i klon, tak wokół Zuzanny nie jest to takie oczywiste. Wreszcie objawia się Biała Topola i również Klon. Reszta póki co nie chce się pokazać. Ma je odkryć sama. W tym czasie kostur szumi liśćmi gromko, zupełnie jakby się śmiał. Wtrąca do rozmowy, jakby chciał wzmocnić i potwierdzić wszystko to co mówię. Między nami ląduje z hałasem kolejny okruch z jego korony.

Pobocza pełne ziół. Żałuję niekiedy, że nie mam aż takiej wiedzy, ale i ‘’chwastów’’ się uczymy, przystajemy, dotykamy, badamy : tu oto rumianek dziarski, bylica, babka, rajgras zwany życicą, przytulia czepna, wszystko cenne zioła. I w ich małych gąszczach tętni życie. Wymijam stopą małego czerwono – plamistego wędrowca. To kowal bezskrzydły, pluskwiak, częsty gość pod lipami. Obok błyszczący żuk wiosenny przepycha gałązkę. Chce pokazać, jaki jest silny. Przypomina upartego dzika. Błyszczy się, woła niesłyszalnie – zobaczcie jaki ze mnie mocarz! Małe motylki nieznanych mi nazwy przelatują w upojeniu nad kwiatuszkami. Mariusz niespodzianie odkrywa w sobie powołanie zielarza. Przystaje nad wieloma roślinami, wypytuje o nazwy i właściwości, sam też sporo wie. Jakby go ujęły czymś bardzo osobistym. Poświęcamy im więcej uwagi niż samym drzewom…

MAGIA LASU

Kiedy wracamy ze szlaku, dokładnie tuż przy naszym przejściu zaczyna śpiewać słowik. Jest blisko, bliziutko. W gęstwinie. Kryształowa pieśń gasi kunsztem pozostałą śpiewaczą ‘’mizerię’’. A mnie aż podnosi, gdy pomyślę sobie, że – no halo, przecież to samo stało się 2 dni temu, kiedy wędrowałem tutaj z kimś innym. Podchodzimy, a on zaczyna… Zupełnie jakby celowo chciał zaśpiewać dla nas. Dla ludzi. Słowicza pieśń wznosi duszę na wyżyny Miłości. Przystajemy jak zahipnotyzowani, nie możemy się ruszyć, uśmiechamy. I tego nigdy nie zrozumie pan z pędzącego na warkocie quada, który minął nas rozchlapując błotnistą kałużę. Nie pozna, nie doświadczy. Szkoda.

Z Jesionowego Szlaku trafiamy na skraj lasu pod moje fikuśne brzozy. Jakiś impuls był, aby tam właśnie ruszyć, choć nie planowałem. Moje miejsce Mocy i Zdrowia, w trudnych przypadkach. Niektóre rosną obok siebie tak blisko, że można stanąć pomiędzy i połączyć dwa pnie dłońmi, a wtedy… Ciało dostaje ozdrowieńczego kopa. Mi wszystko zaczynało drgać, pamiętam. Jednak nie każdy potrafi przepuścić przez siebie taką dawkę świetlistej energii. Goście moi z miasta – do natury mają dość daleko, nie korzystają co dzień. Zuza mówi, że czuje w takim połączeniu, jakby z dwóch stron napierał na nią bolesny ścisk w głowie, jakiś ogromny mur. Trzeba przerwać. Ale wiem, że brzozy nie zrobiły nic złego. To nie w ich stylu. Tu musi chodzić o coś innego. I faktycznie, przypominam sobie jak podchodząc do niektórych drzew, odzywały mi się w ciele boleści. Odbierałem to zwykle jako niechęć do kontaktu, że trzeba odejść. Potem okazało się, że mam schorzenie, i te bóle wynikały raczej z tego, że drzewo ruszało te energie zastojone do pracy. Wydobywało na wierzch co ukryte. Więc nie zawsze ból oznacza wypraszanie. Zuza próbuje, jeszcze raz, na boso. Ja szukam w smartfonie brzozowe przesłanie z tego miejsca do odczytania, jednak po chwili odkładam go zdecydowanie – brzoza prosi bym się podłączył do procesu. Dotykam pnia ręką. Czuję wtedy z czym zmaga się Zuza. Mówię w myślach, błogosławię. Płyną słowa. I wiem, że za tą próbą jest już inaczej, dobrze. Wstaję i szeptam:

Niechaj wszystko się rozproszy,
To co złe, tam gdzie panoszy
A energia ta brzozowa,
Niech narodzi Cię od nowa
Oto słowo jest dla Ciebie,
Brzoza wesprze Cię w potrzebie

– Ale mnie podniosły! – Mówi Zuzanna, gdy już patrzymy sobie w oczy. Teraz nie bolało. Ten mur, okazał się bardzo malutki. Podniosły mnie do góry i pokazały jak bardzo jest nieistotny. Powiedziały, że trzeba kochać, śmiać, cieszyć się życiem. Samemu wzniecać energię w jakiej chcemy się znaleźć…

Powiedziała coś więcej, ale już nie pamiętam. Uśmiecham się pod nosem i tulę białą przyjaciółkę. Tak, to jest właśnie w ich stylu. Pamiętam jak Zuzanna pisała w mailu do mnie, że nie czują żadnych drzewnych energii, mają z tym problem i chciałaby to zmienić. A teraz ot tak usłyszała drzewo i zobaczyła obrazy.

A potem wyciągam zza pazuchy bęben. Od jakiegoś czasu, instrument gości na moich wyprawach, i każdy może spróbować kreacji pieśni duszy. Gram nieco, i razem z ptasim śpiewem pogrążamy się w relaksacyjnych dzwiękach. Nie wyróżniają się ani trochę z panującego gwaru leśnego. Bęben jest nastrojony na 432hz, co odpowiada częstotliwości naszego wszechświata i przyrody. Zwierzęta się go nie boją. Często podchodzą słuchać zaciekawione, przylatują doń ptaki i motyle.  Każdy próbuje, po swojemu. Zuza prowadzi dzwiękoterapię dla niepełnosprawnych dzieci. Odgłosy druma prędko otwierają gdzieś skostniałą w codzienności czakrę serca, natychmiast robię się wzruszony. Potem już siedzimy w milczeniu. Nagle, leżący bęben sam z siebie wydaje odgłos. Podskakujemy. Brzoza upuściła centralnie na niego jakiś patyczek, i to w miejsce wcięcia, dobywając nutę. A to psotnica. Cud numer trzy.

P00530-175425

Lawendowe pola malują horyzonty oczarowaniem modrego zachwytu. Wszędzie pszczoły. Dziś często nam towarzyszą. Pod brzozami były ule, blisko. Chcieliśmy iść przez ścieżkę w rzepaku do Dęba Radosława z wizytą, lecz brzęczące pracownice podrywały się z niesmakiem oderwane od robót, zarządziłem więc odwrót. Nie będziemy im przeszkadzać. Zamiast tego napawamy się szczęściem aromatu kwitnącej dzikiej róży – ta w moment przenosi zmysły do krainy raju. Pszczoły niecierpliwią się marzycielami, czekają na swoją kolejkę do kwiatu. Zastanawiam się, czy dla nich to już jest takie zwyczajne, czy może też cieszą się zapachami?

Dzień jest uporczywie wietrzny, przez co chłodnawy. Choć można znaleźć miejsca, gdzie nie wieje. Las obsiadły krępe, przysadziste, a silne dęby te przyjmują na skraju ciosy i pęd wichur. Są strażnikami. Jest i jedna taka brzoza, tak ogromna, rozłożysta i wspaniała, że ciężko to oddać. Koroną przypomina bardziej dąb. Na wyprawie toczą się tematy: rozmawiamy o gatunkach inwazyjnych jenotach, nutriach, rakach amerykańskich i sygnałowych, obcych pszczołach i biedronkach. Wspólnie dochodzimy szybko do wniosku o winie człowieka, i takiemu, że poczciwego jenota nie da się wytępić. Zbyt dzikie ostoje zasiedlił. Podążamy ścieżką wśród szpaleru dorodnych wierzb, wtedy jedna z nich zaczyna mocno skrzypieć. Dokładnie, gdy naprzeciw niej. Dla mnie to oczywisty sygnał, że dają znać o chęci do kontaktu, lub zwracają na siebie uwagę. O, jakże często to się dzieje. Drzewa jakby wyczuwały, że ludzie przychodzą do nich, i próbują czasem ‘’wyjść z siebie’’ aby tylko człowiek do nich podszedł, przytulił, lub choćby zatrzymał się na chwilę. Odczytują z naszych aur – oto są przyjaciele, którzy zachwycają się lasem. Można próbować swoich sił. Obok na gałęzi ufny kos popisuje się śpiewem, ptaszek nie płoszy się, spogląda bystro, jakby i ten śpiewał specjalnie dla nas. Monotonny świerszczak pobrzękuje miarowym tłem. Gdy wracamy tą samą dróżką, wierzba potrzaskuje znów. Kiedy się zbliżaliśmy nie zrobiła tego, a dokładnie w momencie jak zrównaliśmy się z nią. Chce powiedzieć: ‘’Miejcie pewność, że to jest prawda i to się dzieje. Możemy się porozumieć. Ufajcie temu co postrzegacie, co się wydarza. To nie przypadek. Jesteśmy tutaj, obok. Czujemy, słyszymy Was, rozumiemy, możemy pomóc. Świat jest pełen przyjaznych leśnych Istot. Pragną odbudować zapomniane więzi, nawiązać kontakt. To szansa nie tylko na uzdrowienie, ale i zbudowanie świata w jakim pragniemy wszyscy żyć. Wyciągnij rękę do konaru, przysiądz, przytul posłuchaj… To tak niewiele, a dla nas tak dużo. Już czas.’’

Gdy wracamy już autem, na różowym, baśniowym horyzoncie tkwi ‘’wymalowany’’ kozioł sarny. Jego ciemna sylwetka odcina się rytem z różkami na gasnącym niebie. Widok tak bajeczny, że zatrzymujemy się wgapieni z nosami do szyb. Cud chwili. I ja nie wiem wątpliwości. To podziękowanie lasu. Magiczna pocztówka, która zapieczętowała w naszych sercach wieczne wspomnienie prawdziwego dobra.

Część II. Wędrowcy zasiadają na łąkach – Obserwacje.

Wyprawy dzielą się na etapy. Jest czas na kontemplację drzew, poznawanie roślin i kto wie czy nie ‘’najlepsze’’ – obserwacje zwierząt z zasiadki. Dziś mieliśmy ogromne szczęście. Łąki są świeżo po kośbie. A to magnes życiosiły dla ptaków i zwierzaków.

Zbliżając się do królestwa traw, jakaś dziwna plama mąci uwagę. Tam jest jakiś zwierz. Z tej odległości nawet przez lornetkę trudno określić co to. Lis, zając, a może sarna? W miarę zmniejszania odległości, okazuje się, że zwierzątko leży. Okazuje się być wypoczywającym lisem. Kula się w trawie. Igra. Nasłuchuje. Co za widok – lis za dnia, poddający się relaksowi. Aż dziwne. Rudzielec okazuje się czujny i wypatruje nas z dużo większej odległości niż powinno się to zdarzyć. Odchodzi chyłkiem. Ale na łące dzieje się. Przyleciał potrzeszcz. Ptaszek przegarnia kopce podsychającej trawy – wybiera owady i nasiona. A ja rozmyślam. No bo tak, łąki ‘’trzeba kosić’’ żeby istniały, ale jakie to straszne zjawisko dla milionów żyjątek, których świat runął razem z pokosem. I dzięki temu potrzeszcz może je znaleźć i zjeść. Przed nami przestrzeń rozległa, jak scena teatru, na którą po kolei wkraczają aktorzy. Jest kolejny. Oto Dzierzba Gąsiorek, kolorowy samiec, i właśnie widzimy winowajcę, co ponabijał trzmiele na kolce tarnin. Jest piękny. On poluje inaczej. Niby też przeszukuje leżącą trawę, ale bardziej rzuca się na owady z lotu. Potrzeszcz sunie ku niemu. Zbliża. Ewidentnie widać, że między ptakami jest jakaś sprzeczka. Potrzeszcz próbuje odstraszyć dzierzbę, szarżuje, stopniowo podlatuje i o dziwo – przepędza! Gąsiorek mu ustępuje. Chaotyczny, podstępny taniec ptaków trwa jakiś czas. Z lornetkami możemy łatwo teraz zapamiętać śpiewaków z Jesionowego Szlaku. Taką naukę lubię najbardziej. Mój czujny wzrok przeczesuje. I znajduje. O tam oto w zieleni siedzi zając! Skurczył się pociesznie, położył uszy po sobie. Musiał nas słyszeć. Ale teraz jasnym się staje, co tak długo robił tu lis. Podchody. Z daleka szarak przypomina kamień lub grudę, ale w lornetkach widzimy jego oczy, uszy. I teraz ciekawe. Jak długo pozostanie w bezruchu? Co się wydarzy? Siedzimy już bez rozmów, podziwiając po prostu. Nie mija dużo czasu, gdy na łąkę wkracza drugi zając. Ten nie wie o naszej obecności. Kica, podjada i skacze, defiluje blisko przed nami. Zbliża ku temu drugiemu. Sytuacja rozwiązuje się łagodnie. Obecność beztroskiego towarzysza ośmiela tego co zastygł w kamień, teraz harcują oba na pełnym widoku, sycąc nasze dusze okruchami szczęścia. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w takim momencie miał wjechać do tego królestwa quadem i szaleć… Z zarośniętej części łąki wynurza się sarna i skacze przez łany. Szuka sobie miejsca. Nie wiadomo teraz, co obserwować. Zające, czy ją. To teatr. Leśni aktorzy pędzący swoje spektakle, i my, widzowie. Kurtyną jest niebo, i odległe ściany ciemnozielonych lasów. Dziwimy się. Jak niewiele trzeba, aby być blisko z przyrodą. Przecież nie mamy szczególnego maskowania, kamuflażu, rozmawiamy kiedy potrzeba, a mimo to zwierzaki odkrywają się przed nami, ze swoimi sprawami. Po prostu – cicho i łagodnie być. Przestrzeń ‘’wyczuwa’’ zamiary obserwatorów, i odpowiada pięknem. Ja odchodzę na moment przebrać się trochę i założyć więcej spodni, bo cokolwiek zimno wieje, wtedy udaje się popełnić foto…

P00530-185538

Zuzannie i Mariuszowi, gościom wędrownych majowych warsztatów pod Drzewami Mocy, w podziękowaniu za wszystkie wzruszone chwile, i wspaniałą wyprawę.

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie lub bliskim Dzień Wędrowny pod opieką Szeptów Kniei gdzieś w pustce i głuszy, pisz, pytaj. Jestem do dyspozycji i z pełnią leśnej radości pokażę Ci świat z tutejszych opowieści.

KONTAKT i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie! 

Jastrząb kontra zając. Imieninowa wyprawa w podarunku.

Po raz pierwszy chyba w swojej wędrownej ”karierze” jestem oto prezentem.

No może nie ja, tylko wszystko co się wokół dzieje. Napisał do mnie pan Jacek, znajomy z okolicy, z takim pytaniem, czy można u boku Szeptów Kniei zażyczyć sobie wyprawę jako upominek – dla kogoś bliskiego. Pomyślałem, że to musi być coś bardzo wyjątkowego dla osoby obdarowanej taka wyprawa – niespodzianka. Jacek sprezentował więc wędrówkę  swojej mamie na imieniny i oto jesteśmy

To ptasia wyprawa obserwacyjna. Mamy lornetki, atlasy i książki – terenowe, poręczne przewodniki. Uczymy się rozpoznawać skrzydlate śpiewy i poznajemy ciekawostki. Na wyprawach u niejakiego Wędrowca, spełniają się marzenia. Mariola bardzo chciała zobaczyć lisa – no i zgadnijcie, co też jako pierwsze pokazało się na łące Rudzielec wybrał się tutaj na myszy. W ambonie buja i przewiewa, ale na kukurydzę wyszła sarna. Wyjada chwasty spomiędzy upraw. Pożytek sprawia. Pszczoły na ulach kołyszą się niemrawo. Łąkę opanowały jaskółki, które w szalonych pląsach pływają tuż nad ziemią. Dzień senny, wietrzny z nieustannym pytajnikiem deszczu. Czasem siąpi. Kiedy sarna kryje się w zbożach złazimy z czatowni i ruszamy na przygody ptasiego szlaku – do trznadli, zięb, skowronków, potrzeszczy, gąsiorka, sikor, dzięciołów, pokrzewek, kosów i… jastrzębi.

P00620-161615

Siedzimy na skraju kniei, zajęci małą leśną edukacją. Zabrałem do plecaka niewielkie, a ilustrowane książki i przewodniki z ptakami. Na bieżąco więc oglądamy to co się odzywa i zapamiętujemy gatunki. Jakże się cieszę, że są ludzie, którzy chcą poznawać, odkrywać właśnie ptaki! Lornetki pracują i przeczesują wytrwale. Przed nami wspaniała sucha murawa, pełna wyjątkowych, odpornych i krzepkich roślin. Aż nie chce się wierzyć, że lada moment powstanie tu kolejne osiedle. Tymczasem podziwiamy bogactwo traw i kwiatów. Chabry przeplatają z dziurawcem, tu i tam srebrne kępy ‘’czegoś’’ i rubinowe klejnoty koniczyny pogiętej. Pod nimi plotą swoje ścieżki różane powoje. Traw zbytnio nie znam. A i one puszą się kitami, stroją pióropuszami i odziewają szkarłatami kolorów. Obok kołyszą wielkie ‘’dmuchawce’’ pępawy dwuletniej, kozibrody, pięciorniki… Trawy tworzą falujące łany, dywany rude, brązowe i płowe…

P00620-204004

I nagle Mariola robi wielkie oczy. Odwracam głowę, a tam, niemal tuż za mną – jastrząb, a dokładniej ‘’koziołkująca’’ wielka samica. Wcześniej dziwne nawoływania niosły się po lesie – dopiero teraz pojmuję, że to musiały być wrzaski jastrzębiego podlota, a matka czatowała tutaj na coś. Wszystko dzieje się tak szybko. Jastrzębica w powietrzu, a prosto na nas pędzi przerażony zając. Drapieżnik salwuje się w górę, a szarak wymija nas w ostatniej chwili, dzikim unikiem.

– Uff!

Patrzę na Mariolę – jest zachwycona i oniemiała. Ja też. Bo to nie jest częste widowisko! Knieja właśnie ukazała wędrowcom jeden ze swoich największych sekretów, wyreżyserowała najprawdziwszy spektakl. I tak to przy mnie zwykle jest… Nie wiem jak, dlaczego, ale po prostu zwykle na wyprawach wydarzają się takie przyrodnicze rzeczy, które dusza zapamięta na wieczność. Chyba już przyciągam takie sytuacje.
Oboje wdzięczni i wzruszeni. Taki dar, takie widowisko!

Gdy wspinam się na czatownię, wiem, że to nie koniec będzie wrażeń. Oto na skoszonej łące stoi sobie para żurawi. Mamy je od razu na widoku. Ptaki raz zakrzyczały, a potem się uspokoiły. Czyściły pióra, co oznacza, że czuły się bezpieczne. Między nimi kica zając. Zwierzęta nie zwracają na siebie większej uwagi. Szary horyzont zwiastuje nadejście kapuśniaczku. Zaczyna siąpić. I wtedy…

Najpierw olbrzymi tak rozpościera skrzydła w pozycji ‘’na orzełka’’ – jakby chciał pokazać się w całej okazałości. Dla nich to rodzaj przeciągania. Najpierw on, potem ona. Łopot. Podskok. Ptaszyska zaczynają swój czarowny taniec. Żuraw dosłownie podskakuje, i ‘’piruetem’’ obraca się wokół własnej osi. Przed nią. Jakie to piękne! Ona kiwa się, kłania i również wykonuje taneczny podskok, ze swobodą nóg po bokach. Widzieć żurawi taniec, to niezwykły uśmiech losu…

Otaczają nas sarny. Odrastająca łąka wabi zielenią smacznych ziół. Ja tylko przepatruję wzrokiem przestrzeń aby niczego nie przegapić i wskazać, Mariola przyklejona do lornetki. W zupełności rozumiem – widzieć zwierzę z taki bliska, podziwiać jakie rośliny skubie, jak się drapie kopytkiem, potrząsa uszkami, otrząsa z kropel… A wszystko to bez płoszenia, przeszkadzania, we wspólnym nieświadomym istnieniu obok siebie. Mnie lornetka fascynuje dotąd, choć saren się naoglądałem w życiu. Z boku wychodzi ‘’maluch’’ – tegoroczne kozlę, już sporo podrośnięte. Za nim krząta się matka. W oddali gnają kolejne dwa kozły – te w zapamiętałej gonitwie, uprawiają jakąś rywalizację.

Ze stanowiska schodzimy po godzinie 20 tej – zimno się nasila, noc zapowiada chłodna, a dodatkowych ubrań brak. Minęło prawie 7 godzin w terenie. Żurawie schodzą do olszyn. Tam znikają. Były z nami niemal dwie godziny. Sarny opuszczają zielone pastwisko. Zupełnie jak aktorzy, znikający ze sceny… Choć wiem, że to nie koniec na dzisiejszy wieczór, a więcej zwierząt pokaże się dopiero o zmierzchu.

P00620-172507

Ktoś kiedyś pytał, czy można zażyczyć sobie wędrówkę na prezent – jak najbardziej, z ogromną radością realizuję takie Vouchery. Wędrówka na prezent urodzinowy, imieninowy, rocznicę – czemu nie? Wyjątkowe to i pełne niezapomnianych wrażeń świętowanie.  Zapraszam na indywidualne spacery obserwacyjne z lornetkami w krainie Szeptów – przez całe lato, jesień, zimę i wiosnę edukacyjnie wyprawiamy się na ptaki, podglądanie zwierząt, a leśną wiedzę budujemy nie tylko na książkach, ale i do posłuchania będzie moja wędrowna gawęda, z osobistych doświadczeń W okolicy jest Gościniec, który podejmuje Wędrowców także z daleka, razem z wyżywieniem, a do dyspozycji gości są kuchnie.

KONTAKT i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie! 

Jesienny oddech Leśnej Mocy. Wędrowne warsztaty w Naturze.

Jesień wcale nie musi być szara, ponura, i chłodna. Może natomiast być Wędrowna. Powoli milkną odgłosy mocarnych jeleni, płynące porykiwaniami w głębinach Kniei. Lecz w lesie nigdy nie mieszka na dobre cisza. Zanim zaszeleści pod stopami pachnący dywan kolorowych liści, nim nagie drzewa zasną odkryte w swych tajemnicach, wreszcie zanim świat odda się w panowanie wichur, deszczu i słot…

Ruszymy popołudniem, aby skorzystać z ciepłych jeszcze promieni pazdziernikowego słońca, pochwycić resztki dobroci babiego lata, poleniuchować w liściach, a na miejscu być przed zachodem. Za dnia powędrujemy boso po zaoranej miękkiej ziemi, chłonąc w siebie dostatek ciepła ostatnich takich momentów. Wezmiemy z sobą kanapki i coś gorącego do picia w termosach, oraz uważność i szacunek wobec świata natury jaki podziwiać będziemy podczas tej podróży. Przytulimy się do ogromnych klonów i dębów powierzając im swe troski, napięcia, radości, posłuchamy o czym szemrzą i prawią. Będzie to okazja aby skorzystać z kojącej i uzdrawiającej energii zaprzyjaźnionych Drzew Mocy oraz zasięgnąć od nich wieści dla Ciebie. Przekażę Ci w gawędzie swobodnej swoje wieści na temat Dendreoterapii i pracy z energiami lasu. Ciepła jesień to równie bajeczna pora do czuwań pod gwiazdami, jeśli szukasz szelestów…i ciszy. Towarzyszyć nam będą stukoty wszechobecnych żołędzi, kiedy mocarne dęby z ufnością powierzają Matce Ziemi zadanie pomnożenia swego plemienia. Jeśli Twój słuch jest wyostrzony, bez problemu wyłowisz też delikatne tąpnięcia i szmery lądujących listków. Strojni w kolory spadochroniarze, okrywają spracowaną ziemię przytulną kołderką szeptu. Tak właśnie nuci swą pieśń jesień i to jedna z łagodniejszych piosenek. Ma moc ukojenia duszy.. Czasem zaszeleści w nich jakiś gryzoń, albo spóźnialski jeż, także korzystający z ostatków przyjaznych temperatur. Aromat wirującego listowia, miesza się z zapachem rzadkich grzybów, krążąc paletą przy skraju boru… Piaszczysta granica światów na styku pól upraw ludzkich zapisana jest opowieściami w postaci tropów wędrujących saren, lisów, jeleni, dzików, zajęcy. Spróbujemy odczytać je po trochu, oraz inne ślady zwierzęcych zwyczajów. Zajrzymy w arkana ich sekretów, jakich ślady pozostawiają tu i tam na szlaku swego żywota. Dowiesz się ciekawostek o ptakach, ssakach, roślinach, a przy okazji podszkolimy się ze znajomości zasłyszanych ptasich głosów. To już nie czas bogatych śpiewów, ale ptactwo zawsze wydaje dzwięki alarmujące i wabiące. Przy leśnych babrzyskach smęcą i jęczą jak duchy mocarne łosie. Łagodne sarny, powoli zaczynają łączyć się w pierwsze zimowe grupy. Kolorowe bażanty, z donośnym okrzykiem dają znać o swej obecności. Momentami ciszę drą na strzępy ochrypłe wrzaski czupurnych sójek. Wiewiórki z uporem dopieszczają kunszt swych gniazd i czynią ostatnie zapasy przed zimowym lenistwem. Gospodarna Jesień darzy swój lud szczodrze, dbając by nikomu nie brakło na zdrowiu i obfitości. Zabierz torbę lnianą, nazbieramy krocie szkarłatu dzikiej róży, koraliki głogów i garście krasnych jarzębin. A i kobiałkę małą, do której nieco grzybów się zmieści. Gdy wiatr niespodziany odezwie się szumem w koronach, wtedy się zacznie…setki, tysiące iskier czerwieni i żółci pomkną w dół, na swój przedostatni taniec. My rozłożymy wtedy ramiona, wirując w balecie wraz z nimi, dając otoczyć i pochłonąć się magii. Nad bagnami panuje już chłód, a o szarej godzinie zmroku dziki przebudzają się w barłogach chrobocąc, i z trzaskiem ruszają ku sobie tylko znanym żerowiskom.Mgły budzą się wtedy ze snu, snując i przędąc nieprzeniknione woale powłóczystych zasłon. Siedząc wygodnie i bezpiecznie, będziemy mieli możliwość posłuchać gwaru wszelkiego zwierza, oraz zanurzyć się w szurających sekretach bagiennych ostoi. Kiedy ubywający księżyc osrebrzy przestrzeń swą magią, a mgły zatańczą z pląsami wyczuwalnego chłodu, wówczas poznasz w pełni świat z mojej baśni, którego doświadczam i spisuję na kartach mych opowieści. Zapraszam Cię serdecznie na wspólną wędrówkę połączoną z nocnym czuwaniem w świecie przyrody i celebracją jej bogactw, aby naładować akumulatory zachwytem cudów, pięknem, ciszą, najwspanialszą energią jaką wespół z moimi Drzewami postaram Ci się przekazać. Niech otuli Cię wsparciem przed zwiastunem ciemnej Zimy. Pytaj mój Drogi Gościu o swój termin i przybywaj na jedyną taką przygodę, połączoną z osobistą Transformacją Duszy.

Jaką praktyczną wiedzę wyniesiesz z tej wyprawy:

– Tropy zwierząt, i ich rozpoznanie w terenie: Sarna, dzik, jeleń, zając, lis, borsuk etc. Ciekawostki z życia zwierząt.

– Ślady aktywności zwierząt i ich zachowania: Buchtowiska, żerowiska, kąpieliska, gniazda wiewiórcze i ptasie, doskonalenie warsztatu tropiciela. Tu spektrum będzie szerokie.

– Energie lasu i Przesłania Drzew Mocy. Robić będziemy odczyty. Uczyć, przypominać sobie będziemy pracę z prastarymi Istotami Ziemi, kontaktu z ich świadomością, charakterów, sztuki porozumienia. Po prostu – Dendroterapia.

” Uśmiech Czatownika” Wieczorno – nocne czuwanie (możliwe do świtu) w klimatach i szelestach leśnych, mgłach, szmerach. Słuchanie budzących się dzików w szuwarach! Bezpiecznie, na stogu siana.

– Jesienna stołówka zdrowia – zbiory rajskich jabłoni, dzikiej róży, jarzębin, głogów, grzybów, z opowieścią o ich praktycznym zastosowaniu w przetworach, właściwościach i zdrowiu 🙂

– Ptasie Pieśni. Nauka rozpoznawania zawołań, odgłosów wabiących i śpiewów napotkanych gatunków ptaków.

Kiedy?

Wyprawy realizujemy od początku pazdziernika do końca listopada.

Gdzie?

Rokietnica, k Poznania, Wielkopolskie.
Gościnna kwatera noclegowa podejmuje wędrowców z daleka, razem z wyżywieniem.
Przy zamawianiu miejsc, proszę rzec hasło, że do ”Szepty Kniei na Wędrówki” . 

http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Czego możesz potrzebować?

Zabierz buty wędrowne na grunt suchy, kalosze, torby i koszyk. Garść zaufania i kieszenie pełne ciekawości. Szczyptę wytrwałości, ciepłe ubrania na noc i plecak który to wszystko zmieści  🙂 Termos i co lubisz do zjedzenia. Przydać się też może aparat foto lub lornetka.

Plany mogą ulec zmianie, w zależności od pogody.
W razie dodatkowych pytań zapraszam do kontaktu przez e-mail :

czeremcha27@wp.pl

Podziękowanie za wspólny Dzień Wędrowny, przewodnictwo i wieści: 200 zł / osoba.

Do zobaczenia w lesie!

432763_red-lovely-leaves-magic-beautiful-autumn-splendor-water_2560x1920_h

Leśne błogosławieństwo życia. Szczodre dary jesieni i Rykowisko Wędrowców

Zostałem tatą…  Chrzestnym znaczy. Leśnym. ‘’Jak do tego doszło nie wiem…’’ Spróbuję opowiedzieć. Zacząć. Kiedy myślę sobie, że ze zdarzeń wędrownych i historii życiowych nic już mnie nie zaskoczy, dzwoni do mnie Gabi. Nie znamy się jeszcze – chce przyjechać na wyprawę jesienną z przyjaciółką. W wesołej rozmowie wtrąca mi, że od niedawna wie, iż jest w ciąży no i wiecie, aby wędrówka nie była tak forsowną. Ja w radość… Na tą wieść. Ucieszył się, jakby było moje własne  Mówię sobie potem, ‘’No co Ty Sebcio, głupi’’? Jeszcze nie wiedziałem wtedy, że to Uśmiech Duszy był, wobec nowego zdania…

Widzimy się już na drugi dzień, w kwaterze. W trójkę błyskawicznie oswajamy, omawiamy trasę i plan na jutrzejszy Dzień Wędrowny. Stanęło na tym, że pół dnia u Drzew Mocy, druga połowa na zbiorach plonów, a potem przerwa godzinna i noc na rykowisku. Dużo, śmiechów, żartów, Gabi mówi, że do Drzew ze swym małym żołędziem przyjechała, bo chłop ma być jak Dąb. I że mam Kobiecą Duszę. Czyta mnie jak księgę otwartą. To to ja wiem… I ‘’muszę z nią żyć’’ odpowiadam, dać się tej kobietce dzikiej się wyszaleć, wypisać, wypłakać, utańczyć, a i obdarzyć czułością wrażliwą mi najbliższych ukochanych. Wtedy ona jest szczęśliwa i działamy sobie jak stare dobre małżeństwo. Wtedy też synergią brzmi męskość. Jakiś przebłysk świta, po co ta wyprawa, i co mam zrobić jutro, już wiem. Gdy wszystko ustalone, powitane, wracam do siebie. A tam… dopada mnie znana już ‘’faza piśmienna’’. Proces twórczy. Piszę…i okazuje się, dla tego dziecka maluśkiego, tam w łonie. Bo to drugi miesiąc dopiero. Czy to przesłanie? A może modlitwa? Nie wiem. Wiedziałem tylko, że mam spisywać, chwyciłem kartkę i wyjątkowo długopisem. Wzruszenie płynie strugami… Mija wieczór, z kawałkiem nocy. Wiem, że to co się spisało mam przeczytać mamie przyszłej i dziecku. Ale gdzie? Myślę pierw o Dębie Radosławie i jakimś nietkniętym kawałku lasu.

TrreLife.jpg

Rankiem jesteśmy pod Krzesimirem. Jeszcze się waham. Pracuje już umysł. Myślę sobie, i jak to tak tutaj, wśród tych kłód pościnanych sosnowych ułożonych w stosy? Nie, pójdziemy gdzie indziej… Jak była cisza w lesie, tak zewsząd zlatują się sikory. Obsiadają cały dąb, są wszędzie. Jest i kowalik, dołączył dzięcioł. Nalot. I gdy jedna z sikorek przysiada na korze, tuż nad naszymi głowami ja nie mam wątpliwości. Trudno o większy znak. Krzesimir zaś grzmi:

– TAK, WŁAŚNIE TUTAJ! PRZY MNIE TO ZRÓB. KOŁOWRÓT ŻYCIA. CYKL I PEŁNIA.

Dawno nie słyszałem tak wyraznie, dosadnie jego głosu. Gabrysi wcześniej powiedziałem co się święcić dziś może, teraz za jej zgodą przykładam dłonie do powiększonego lekko brzuszka. Czuję się nieco jak kapłan, albo i ksiądz, gdybym to wiedział jak oni się czują… Zaczynam czytać na głos. On drży. Staram się brzmieć…Nie łatwo.

Błogosławię Twoje życie, 
Trzymaj mocno je w uchwycie,

Krocz przed siebie śmiało, godnie, 
Z jego nurtem płyń swobodnie

Niechaj ludzie Cię wspierają, 
Swym najlepszym obdarzają

Wierzby, dęby i jesiony, 
Dzisiaj biją Ci ukłony

Z szumem liści już witają, 
Swego gościa, pozdrawiają,

Puszcze, knieje, łąki, lasy! 
Niech przypomną Tobie czasy

Niech przemówią stare dzieje,

Liście, pnącza, i konary, 
U Twej głowy złożą dary,

Niech nic nigdy nie zagłuszy, 
Światła Twej potężnej Duszy,

Przyjmij pełnię, uśmiech życia, 
By prowadził przez odkrycia

Niech rozprasza mroki nocy, 
Blask Twej osobistej Mocy

Pochłoń szmery i szelesty, 
Czule przejaw swoje gesty,

Wobec roślin, zwierząt, istnień, 
I ukochaj sobą wszystkie,

Daję Ci esencję Kniei, 
Abyś nią mógł się podzielić,

Tutaj w drzewach zakorzenię, 
Żebyś powiódł nowe plemię

W serce Twoje dar swój składam, 
Wieszczę, tulę, przepowiadam,

Drzew energia niech okryje, 
Tu gdzie tętno świata bije,

Przyjmij

Słyszysz pomruk ten, maleńki?
– Tak odzywa się Dąb Wielki,

Miłość poprowadzi kroki, 
Ciepło przyjmie świat szeroki

Witaj

Gdy czytam, wiatr psoty wywija w gałęziach, a Drzewo reaguje całym sobą. Udaje mi się jakoś dobrnąć do końca. Oboje spłakani. Dusza i Dąb, co wyście wymyślili? Najpierw przesłania wieszczone na żywo, teraz tak? I wiem, że dziś mam czytać ‘’brzuszkowi’’ wszystkie słowa spisane w przesłaniach, które uruchamiają energie drzewne. Prosi wierzba, jesion, dąb i brzozy. Mam jemu przekazać tą esencję. Ohhh… to był dłuuugi Dzień Wędrowny… Dalej maszerowaliśmy już na skrzydłach Babiego Lata, z gestem szczodrej jesieni, który obfitością odmierzał echo naszych kroków.

Dzika róża, bez i głogi

Maszerując niespiesznie po jesionowym szlaku podarunki jesieni zbieramy. Dziś Wędrowny Dzień plonów. Dzika róża, głogi, bzu ostatki i tarniny szczodre. Ciekawski rudzik przygląda się ludziom, pomponem pomarańczy migota. Cisza w dostatku się kłania. Czerwień spogląda zewsząd w rumieni.Na dystansie około trzech kilometrów dojrzałe krzewy rozpościerają przystrojone konary, jakby zawołać chciały; masz, wez, częstuj się! Wystarczy dla wszystkich. Medytacja więzi łagodnej, z tym co najwłaściwsze człowiekowi od wieków. Sikory psocą po chaszczach. Lis słoneczny drepta na miedzy. A zdrowie ląduje w torbach lnianych, herbatę krzepy zaparzę na całą zimę. Z kukurydzy wybiegają dwa jelenie – te wypłoszył szum warczącej nisko motolotni, która pojawiła się znikąd…ehh…

P90921-164754

P90921-165448

Bo jesienią jeszcze innego charakteru nabierają wędrówki. Czas dojrzewania wyścieła niebo i ziemię puchem wszechobecnego dostatku. Samo zdrowie, z pracy żywiołów powstałe. Chodzcie do lasu! Dla każdego wystarczy. Drzewa i krzewy wyciągają zewsząd konary, w garście czerwieni ustrojone. Dłonie pełne darów. Co komu potrzeba. Żołędzie na kawę leśną, czy kasztany pochłaniające sploty negatywnych energii. Ziół ostatki z wrotyczu paciorków. Tym nacieramy ubrania przeciw kleszczom. Kiście bzu czarnego, wiechy koralikami przystrojone. Jabłuszka jeszcze na październik czekające, jarzębiny aż bordowe. I pomyśleć, że to wszystko ‘marnuje’ się tonami co roku. Człowiek zapomniał.

P90921-134029

Prowadzę przez sosnowy młodnik, jeden z moich ulubionych zakątków ptasich. Zawsze można tu spotkać wszystkie gatunki sikorek i raniuszki. Kraina zieleni igieł, szorstkich w dotyku jak szczotka. We mchu pobłyskują brązowe łepki kasztanów…

Kasztanów…?

Śliskie, a chłodne w dotyku… wyglądają na świat… pierwsze tutaj maślaczki. Ojej, są wszędzie! W tym momencie tracę wolę i przewodnictwo, gdy goście w uciesze przypadają do ziemi, zbierając w uśmiechach garście leśnego smaku. I jeszcze, i jeszcze! Szczęście przyfrunęło na pajęczynach babiego lata. Odzywa się w człowieku jakiś pierwotny, choć łagodny atawizm pradawnego zbieracza. Dalej nie pójdziemy. Pora na grzybową przerwę. Rozmyślania już lubują się w smakach, sos będzie, suszone, a może przysmażone z cebulką? Mało co podnoszę, korzystając z daru uważności wskazuję kolejne miejsca, gdzie widać kapelusze. Oj, grzybów to ja się w życiu nazbierał… Od małego. Jak wściekły niegdyś. Wyszumiało się to, i wrócić nie chce. Zapachy tańczą w balecie, a w rozmyślaniach i rozmowach płyną wieści o roli grzybni w lesie, jej powiązaniach z drzewami, i bogatych a jakże przez lata wypartych właściwościach tych darów. Płynie gawęda swobodna, przesycona aromatem młodocianych sośnin. Przyglądamy się szacie roślinnej tego niezwykłego miejsca, tu oto srebrno matowa Szczotlicha Siwa, jedna z najodporniejszych traw, wokół kocanki złote, już witające się przekwitem ze światem. Każda wyprawa ziarno wiedzy jakiejś zostawia, do samodzielnego już wzrostu w poznaniu. Widzę i grzybki maślane w gęstwie na buchtowisku, do tych puszczam oko i zostawiam pominięte – będą dla dzików, które chodzą tędy nocą z bagna na pola.

P90921-133530

Postój robimy…w rowku, pod prastarymi wierzbami. Są kanapki, i ziołowe herbaty w termosach. Struga szeleści pluskiem, przenosząc umysł w krainy ostępów relaksu i ukojenia w zatraceniu. Częstotliwość 432Hz. Działają i wierzby. Te otulają nas dotykiem łagodności. Specjalistki od uśmierzania bólu. Bagienne Babuszki. Ogrzewa nas słońce, zagłębienie chroni od wiatru. Opowiadam o bobrach tutejszych, o tym jak siedziałem w ramionach jednego z drzew, a pode mną w srebrze księżyca przepływali bobrowi pracownicy. Trudno oddać w słowach takie widoki. Dostojna jabłoń kołysze się nieopodal w naręczach zielonych kłębków swoich owoców. Omiatają nas stada ptasie, przeczesujące falami wszystkie możliwe zakamarki. Jest kowalik, raniuszki, sikory i dzięcioł. Zobaczcie, mówię. Oto one są sekretem tej jabłoni. Bo jak to możliwe, że sama jedna, nie przycinana, nie pryskana, nigdy nie ”pielęgnowana” a rodzi takie kosze bogactwa? Ptasi owadobójcy wydobywają zewsząd wszystko, co mogłoby jej zaszkodzić. Prawię o dzikach, dziuplach i skrzatach… Jesteśmy w klimacie. Szara struga pluszcze opowieścią, wierzby szemrają gawędą, trzciny kołyszą się niemo… A ja pytam moich gości…Bo przecież siedzimy tutaj w scenerii, dokładnie takiej jaką opisałem rok temu w historii.

Czy byłeś kiedyś nocą nad bagnem, w krainie szuwarów i mokradeł z dawna zapomnianych?

Siedziałeś może w kręgu Wierzbowych Wiedźm, słuchając o czym szemra wiatr w koronach próchniejących czarownic? Możesz tu szukać wszystkiego, lecz jednej rzeczy nie znajdziesz nigdy. Ciszy.

Ta umyka żwawo z królestwa moczarów, poganiana szelestami gwarzących trzcin. Nie ma ochoty tu mieszkać. W odległych gawędach ludu, nieposkromione bagna i ostoja dzikości złą sławą się zapisały, skrywając swe sekrety przed śmiałkami odkrywców mglistych tajemnic. Podania mówiły o topielicach, strzygach, zjawach wołających wędrowca ku czeluściom topieli, zaś w wierzbie miał zamieszkać sam Diabeł Rokita, błyskający ogarkami cudacznych lampionów, strasząc w obronie swych niedostępnych pieleszy. Sprawcami tych legend stały się głównie zwierzęta, w tak skrytych zakamarkach znajdujące swe ostoje. Niewidoczne, bezpieczne. Ale nie ciche. Kto lękliwy, odnajdzie tu sumę wszystkich swoich strachów. Pogodny i uważny, cudów zachwyt i wieczny urok. Można też duchom bagien zadać pytania, i posłuchać odpowiedzi…

Tu dzik szlak błotnisty przemierza, w pełni się czując bezpieczny, 
Jeleń do kąpieli też zmierza, odwieczny zwiedzając matecznik.

Głucho dudni bąk w mroku, ptasi duch trzcinowiska, 
Wierzba w szelestach swych kroków, tam diabeł ogarem błyska.

Szpacy zapadają z łoskotem, oddając się w senne mary, 
Czapla ochryple łopoce, skrzydlate wzywając już czary.

Żurawie trąbią ku słońcu, zachodu zwiastując wieszcze
Nadzieję mają, że w końcu, cisza zagości tu jeszcze.

Gęsi paplają z trwogą, gwarem wypełniając pielesze, 
Nadziwić się temu nie mogą, lis zaś się skrada w uciesze.

Bóbr w pluskach chroboce srogo, świat swój budując misterny
Podąży zawsze swą drogą, żywiołu posłaniec wierny.

Wydra śwista z uśmiechem, rybom na utrapienie
Topieli stając się echem, cieszy się swoim spełnieniem.

Łabędzi rycerz na toni, czułość okazuje partnerce
Kogo potrzeba przegoni, i pragną się jeszcze więcej.

Olchy w czas wichur zawodzą, bujając wśród połamańców,
Najlepiej tu sobie powodzą, kołysząc w rytm swoich tańców.

Szuwary z pomrukiem gaworzą, 
Gdy locha prowadzi swe plemię

Nigdy do snu się nie łożą…
Mgieł zjawa w oparach drzemie.

P90921-152140

IMG_20190921_150922

Opowiadam wzruszony, bo i słowa kieruję do łona, gdzie zamieszkało towarzyszące nam dziś maleństwo. Bo przecież jest nas czwórka. Wspaniała dusza wybrała sobie przyjście na świat z inicjacją leśną, chcę by pochłonęła jak najwięcej dobrego o tym zielonym świecie. Gabi zasypia…ukołysana wierzbowym szumem, pluskiem strumienia, i chyba moją opowieścią. Nie przeszkadzamy jej.

Rykowisko Wędrowców. Jesienny oddech Leśnej Mocy 

Po półtoragodzinnej przerwie, czas nam ruszać. Zwykle Dzień Wędrowny kończymy wraz z zachodem słońca, który podziwiamy gdzieś w przyrodzie. Gdy nastaną ciemności udajemy się na wypoczynek do kwatery, niedługi. Coś zjeść, zmienić ekwipunek, przebrać na noc i już gotowi. W oddali nad lasem wisi pomarańczowo – złocista połówka wschodzącego księżyca. Ona woła pod swoją opiekę. Już dawno po pełni. Nocka zapowiada się idealna, bezwietrzna, chłodna i księżycowa. Byki lubią się wtedy odzywać. Wdrapujemy się na ogromny stóg słomianych balotów, którego lokalizację trudno by sobie lepiej wymarzyć. Jednocześnie blisko szosy, można podjechać. Stąd widok na pola rozległe, rzepak z burakiem, gdzie ciągną zwierzęta. W horyzoncie czarna ściana lasu, i tu właśnie słychać dobrze wszystko, co się w nim dzieje. Każdego jelenia, który się odezwie.

Ubieramy się puchato. Czatownicy zasiadają na czuwanie. Czatownik – uwielbiam to określenie. Ten który czatuje, czuwa, zasadza się, czeka, obserwuje. Niewidoczny, nieuchwytny, skryty. Nic nie ujdzie jego uwagi. Jego intencją i pragnieniem jest jak najmniej przeszkadzać buszującym zwierzętom, dlatego wytrwale pozostaje godziny w bezruchu. Jest tu po to, aby nasycić swoja duszę pobytem w przyrodzie, ucieszyć wszystkimi dzwiękami i zdarzeniami, jakie minąć go mogą, gdy siedzi stapiając się w głaz… Podejrzeć cząstki leśnych tajemnic i nie zakłócać.

Mija 10 minut, 15, 20… w kryształowej ciszy. Trochę jakby ‘’zaczynam się niepokoić’’. Stąd powinno być słychać, już pora. I choć każdy wie, że w przyrodzie nie powinno się niczego oczekiwać, że nie można w zasadzie ‘’obiecać zwierząt’’, to zawsze chcę aby cokolwiek się wydarzyło. Gosia przyjechała z Katowic specjalnie, żeby te byki u boku Szeptów Kniei usłyszeć. Cisza gości się na dobre, a wiercenie mej towarzyszki mówi mi, że próbuje zaprzyjaźnić się z nią Pan Ziąb. I ja wiem o jego obecności, jednak zacząłbym pewnie zwracać nań uwagę po dwóch godzinach. Gdy ma się do czynienia z tym na co dzień, nie zwracasz uwagi na zimno, przyjmując jej jako coś normalnego, że troszkę tam dokucza. Wiem, że miejsce ma potencjał, a zwierząt jest tu mnóstwo. Może by tak.. je zawołać? W duszy rzecz jasna. Już nie raz tak robiłem i zdarzenia działy się piękne. Rozszerzam się. Wnikam świadomością w zakamarki gąszczy, przepatruję, wywołuję, rymuję…

Czatownicy już czekają, 
Z ciekawością spoglądają,

Czujnie dzwięków nasłuchują, 
Coraz większy ziąb też czują,

Hej jelenie, sarny, lisy! 
Księżyc świeci blado łysy

Opowieści przędą nowe 
Ukaż nam się życie płowe,

Sowa, borsuk, jenot, dziki! 
Niechaj zabrzmią tęgie ryki,

Pokaż skrawek tajemnicy 
Byśmy mogli się nasycić…

Ledwo kończę ‘’rymowane wygłupy’’ w myślach, przestrzeń jakby się uruchamia. Rozbrzmiewa piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Kuwika sobie w sosnach. Za kilka minut zaczynają chrypieć kozły sarnie. Gosia rozgląda się, zasłuchana, oczarowana. Jej białą twarz posrebrza księżyc. Ja się cieszę. Nad nami kaskady gwiazd, słabnące w blasku górującej złotej latarni.

70893839_2558974011045155_1606539530750394368_n

I jest! Pierwszy jeleń. Nadaje z głębi bagna. Ryczy mocarnie, kończąc frazę ochrypłym warczeniem. Ale z daleka. Wiem, że tam dalej muszą odzywać się inne, których stąd nie słyszymy. Odgłos raz jest bliższy, to dalszy. Bije tętno samczej mocy. I gdy tak słuchamy, wielki cień nadlatuje z pola, przepływając bezgłośnie nad naszymi głowami. Milcząco wachlujące skrzydła. To jakaś sowa! Choć odzywały się puszczyki, po wielkości obstawiam płomykówkę. Gosia zdziwiona, a ja wiem, że one tak zawsze podlatują obadać kto siedzi. Ryk mocnieje i przybliża. Teraz wpada nam wyraznie w uszy. Jest i inny. Jelenie podeszły. Krótka narada, i decydujemy się zejść ich posłuchać jeszcze bliżej. Można to zrobić nie przeszkadzając. One teraz i tak niemal nie zwracają uwagi na ludzi. Tam w dole jest łąka z łanem kukurydzy za plecami, można stać za parawanem mgieł i słuchać z bliska. Mlecznie języki rozlewają się smugami po polach, tworząc powłóczyste zasłony chłodnego jedwabiu. Przenikamy przez nie. W nich właśnie chyba mieszka ziąb. Stoimy, nasłuchujemy i chłoniemy. Gosza podskakuje mi na każdy bliższy ryk i szelest. Bardzo chciała iść, a teraz chyba trochę się boi. Tłumaczę cierpliwie półgłosem – co tu się dzieje. O ich zwyczajach. Gąszcze zaczynają szamotać z furią, któryś z byków przedziera się do rywala. Łoskot, dudnienie, łamanie krzaków. Chyba się zwarły… Byk jest zainteresowany tylko drugim bykiem, nie szuka ludzi i nie zwraca na nich zbytnio uwagi. Trzeba tylko uważać podczas hałasowania w lesie, bo jeleń biorąc za konkuretna możne podejść i w amoku zaszarżować. Zaślepiają je hormony. Tu mamy kilka kroków za plecami starą, a mocną zwyżkę myśliwską, na którą w razie co można się wdrapać. Jest bezpiecznie. Wabimy. Podkręcamy atmosferę, rozgrzewamy nastroje. Okazuje się, że jeleni było tu więcej. Chodzą i szeleszczą gromko. Jeden mruczy nisko, całkiem blisko w kukurydzy. Pobrzmiewa w nim grozba. Koncert pochłania nas niepamięcią. Nie rejestrujemy już zimna. Mgły rozpościeraja się woalem, kryjąc może wielgachne sylwetki byków mruczących w głębi łąki. Czuję się jak w świątyni, promienieję szczęściem. Nikogo tu poza nami. Wezwanie dzikości. Pradawne tętno leśnej mocy. Nie śmiemy już mącić, szargać. Dziś panują tu Płowi Królowie. Wygrażają, rzucają wyzwania, ogłaszają mglistemu światu ogień swojej potęgi. JAM JEST. TUTAJ. I nic innego się nie liczy… MISTERIUM. To najwłaściwsze słowo.

Gosza mówi, że nawet przestała się bać. I też zapomniała o zimnie. Nastąpiło zestrojenie z przestrzenią. Każdy ryk osadza nas w miejscu, choć chcielibyśmy już wracać tkwimy zasłuchani. Ciało przyjmuje fale informacji o potędze odwagi, Miłości i osobistej mocy. Dusze zatracają się w leśnej opowieści. Jelenie, kozły, puszczyki, płomykówka, mgły. Dziś gość mój czuje całą swą istotą sedno spisywanych na Szeptach Kniei opowieści. Już wie, jak to jest.

Wracając, przystajemy co kilka chwil. Ciężko się oderwać. Każdy zew rozbudza tęsknotę niewiadomą wstrzymując kroki, chciałoby się zostać aż do świtu.

IMG_20190921_113621

________________________________________________________
________________________________________________________

Wędrówka miała swój czas w ramach naszych trwających warsztatów z Drzewami Mocy i spotkań z dzikością, w esencji brzmienia pierwotnej Natury. Ją staramy się poczuć i odnalezć, zgłębiając przesłania mistycznej strony świata. Jeśli i Ty czujesz w sobie pęd do podobnej wyprawy, pisz i pytaj o swój termin. Te spotkania są dla Ciebie. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną historię. Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl   lub   FACEBOOK 

Do zobaczenia w lesie 🙂

 

Księżycowe spotkanie z zającami

Gdy srebrny glob nieubłagalnie zmierza do perlistej pełni, zbliża się najlepszy czas leśnych obserwacji. Wie o tym każdy wędrowiec i czatownik. I czeka w tęsknocie duszy na tych kilka wyjątkowych nocy. Czasem zabiera z sobą śmiałków odważnych, którym ciemność i szelesty nie straszne. Na ściernisko docieramy po zachodzie słońca. To taki prezent, bonus i dodatek po całym dniu wędrownym z Drzewami Mocy. Forma relaksu i kolejna odsłona mojego świata. Jest jeszcze widno. Idziemy z gromkim szelestem, a ja wiem, że każde większe zwierzę które dziś tutaj wkroczy, usłyszymy tak samo. Niebo dla odmiany przegląda się dziś w złocistej żółci, przyozdobione granatowymi refleksami chmurzastych pasm. Zasiadka na snopkach i znów wesołe próby ulokowania się na szczycie. Zgrzytliwym ćwierkaniem rozpoczynają przedstawienie wszechobecne nietoperze. Szybują ponad nami, dając popisy zwrotności, zwinności, i opętańczego chaosu. Letni balet zmierzchu. Jaki pocieszny dzwięk. Tak jakby wróbla połączyć z myszą. Trochę nie sprzyja wiatr. Dmie od nas w kierunku lasu. Szybko też wychładza. Oznacza to tylko, że kawałek przed nami pozostanie czysty, a po bokach nadal można spodziewać się zwierzaków. Kilka minut i pojawiają się beztroskie sarnie cienie. Miejsce wybrałem dobre, nieco odsunięte od głównego szlaku zwierzęcych podchodów. Możemy obserwować, sami nie będąc wykryci.

P90810-214522

Czarne maleństwa. Pędzą chwilę i znikają jakby zapadały się pod ziemię. Zaczęły urzędować myszy, główni gospodarze słomianej krainy. One dają sygnał do uczty… Ten moment, kiedy zmrok czai się przed ostatecznym skokiem na świat, gdzie kołaczą resztki dziennej widoczności. Księżycowa latarnia czeka ze srebrem w pogotowiu. Na horyzontach sarny. Wtedy towarzysząca mi dziś Aisza, mówi;

– Tam coś się zbliża, z lewej,

Gdzie? Nie widzę! Mija kilka sekund, nim wzrok który przed chwilą podziwiał zorzę zachodu, zacznie wyłapywać szczegóły w szarości. Oo, są! Biegną slalomem, jeden za drugim. Z tej odległości i przy tej widoczności, jedyna wskazówka dla mnie to sposób poruszania. Wielkość trudno oszacować. W pierwszej chwili nie mam pewności czy to młode dziki lub lisy. Ale ich pląsy. Bardzooo znajome…

Tymczasem tajemnica zatrzymuje się na ciemniejszej smudze zboża, gdzie tracimy ją na minuty z oczu. Wreszcie ruszają wprost na nas…

Teraz wszystko zależy od szczęścia. I naszego zachowania. Chwile w pałającej ciekawości, na bezdechu. Bezruch, byle nie zaszeleścić! I gdy pierwszy mija nas parę kroków przed balotem, pełne rozpoznanie. Widać nawet długaśne uszy. To zające! Przybyły spod lasu aż tutaj. Nawet chyba nie po to żeby jeść, a po prostu się wybrykać. O ile jeden z nich mija nasze stanowisko niefrasobliwie, tak drugi powziął podejrzenie. Nie przekracza niewidzialnej linii. Oba usiadły. Wiem. Teraz spryciarze będą nasłuchiwać ‘’potwierdzenia’’ czyli najmniejszego odgłosu, który utwierdzi je w wątpliwościach. Wtedy się oddalą… A my cierpliwi i hardzi. Chwila trwa… Mija 10 minut. One siedzą, my też. I już tak bardzo się cieszę, wyczuwam radość mojego gościa. Bo pokazuję. To są właśnie Szepty Kniei. Tak powstają opowieści. I jest, jest możliwe ciche współistnienie ludzi i zwierząt tuż obok siebie. Bo przecież to dzikie zające, które unikają człowieka. A jednak zostają z nami tak długo.

P90810-213436

🦉 W ostatniej chwili zniecierpliwienia, odwracam głowę za siebie i dostrzegam w księżycu szybującą sowę pójdźkę. Poznaję po wielkości, mniejsza od puszczyka. Ta robi krąg nad nami wszystkimi i gdzieś opada na niewidoczną ofiarę, czyniąc trochę zamieszania. Rozładowała słomiane napięcie. Wtedy ‘’uszaki’’ się ruszają, rozdzielając w swoje strony. Widać jeszcze przez momenty, jak siedzą z daleka. Powoli dociera do mnie boleśnie, że Puszczyki dziś się nie odezwą. Dzienne ‘’prace leśne’’ ( wyrąb młodych zdrowych sosen ) spowodowały, że sowia rodzina przeniosła się gdzieś daleko. Jeszcze przedwczoraj słuchałem ich pod gwiazdami, w błyskach przechodzącej bokiem dalekiej burzy. Cóż o była za magia…

🦇 Księżyc rozrzedził się w powłokach chmur jak meduza, ale za chwilę wypływa w pełnej krasie, zalewając przestrzeń refleksami chłodnej powłoki. W oddali majaczy się czarna ściana, pełnego jeszcze tajemnic lasu. Nasze czuwanie dobiega końca.

223114_moon-hare

A jeśli i w Tobie dojrzewa odwaga, aby podarować sobie Księżycową Wędrówkę, napisz do mnie na mail czeremcha27@wp.pl. Ustalimy termin i razem wymaszerujemy naszą wędrowną przygodę 🙂

Dzień Wędrowny z Dotykiem Serca. Podróż do Drzew Mocy

Gdzie choć dwóch spotka się, by w Ciszy Serca celebrować Świętość Natury, tam zadzieją się cuda. Tak powiedział mi Dąb Krzesimir, na moje pytania odnośnie wspólnych wiosennych wędrówek z drzewami. I cuda działy się od początku wyprawy. U progu lasu powitał nas kolorowy bażant. Kogut pysznił się barwami, paradując strojny w królewską szatę, wcale się nie bojąc. Słowiański feniks odrodzenia. Dla mnie bardzo ważny znak. Kiedy rok temu poprowadziłem pierwszą wiosenną wyprawę do śpiewu słowików, również naszą grupę powitał i pożegnał bażant. Doskonała okazja, aby na wstępie opowiedzieć coś o pochodzeniu i zwyczajach tych ptaków. Agnieszka przyjechała aż z Gdyni na dwa dni, po to aby odwiedzić Drzewa Mocy, dowiedzieć czegoś więcej o nich, oraz nauczyć księgi czytania lasu, zaznajomić z obyczajami zwierząt. Na co dzień zajmuje się czułym masażem, przywracając ciału pamięć rozkoszy delikatnego dotyku. Miłością rozpuszcza blokady. Ale nade wszystko ukochała żywot wędrowca w podróży. Dziś miała jednak podążyć na szlaku jedynej takiej wędrówki.

P90304-114720
 
Pierwszego odwiedzamy właśnie Krzesimira. Dziś dąb wydaje się być nieco ospały. Oto pierwsza lekcja dendroterapii w praktyce. Nigdy nie nastawiać się na to, jak będzie z drzewem. Uszanować i przyjąć wszystko, jak samo zechce nas przyjąć. Chwila powitania z oddali. Kłaniamy się. Długo tulimy go oboje w ciszy, słuchając nawoływań przelatujących gęsi. Czasem lądują ich tu setki na pobliskim polu. Różne odczucia. Jakie to niezwykłe. Jeszcze przedwczoraj nasz kontakt z dębem był głęboki i bogaty, a dziś jest tak delikatnie. I jak to bywa, w pewnym momencie, nasyceni energią zaczynamy jedną z tych długich rozmów. Trudną do zapamiętania. Coś o osobistym spełnieniu, pracy, przyrodzie, jej niszczeniu, odczuciach drzew, i najdziwniejszych sprawach wszechświata. Mam wtedy wrażenie, że dąb uważnie słucha. Tak, odbieram to. Jeden z moich przyjaciół powiedział kiedyś, że Krzesimir to wcielenie pewnego mędrca, z dawno nie istniejącego już lądu o nazwie Lemuria. Takie wybrał sobie doświadczenie. Gotów zawsze byłem w to uwierzyć, widząc jak poprowadził mnie w życiu. I kiedy wypowiadam te słowa, między nami wirująco osiada ostatni suchy listek. Patrzymy sobie w oczy, głęboko poruszeni. Drzewo odpowiedziało potwierdzeniem. Zapomniana komunikacja. Obok siebie dostrzegam ślad po sarnie, która przychodzi poleżeć tutaj nocą. Nieco dalej, odcisk małego dziczka. Ile on ma tu przyjaciół. Przychodzą tak samo jak my, pewnie po prostu dobrze czując się w jego towarzystwie. I każdy znajdzie swój czas i miejsce. Gdy wczoraj wieczorem kierowały się do niego sarny, on przekazał im, że mają jeszcze nie podchodzić. Zatrzymały się w oddali. Byłem akurat ja. Wycofałem się cicho, zostawiając zwierzętom i drzewom przestrzeń do własnych spraw.

P90304-171453

Po długim pożegnaniu z dębem, ruszamy piaszczystą drogą pod lasem, w kierunku Dębowego Szlaku. Bardzo wieje, choć jest ciepło. Po niebie pędzą tabuny granatowych chmur, co i raz pozwalając wyjrzeć cierpliwemu słońcu. Mijamy tropy jeleni, saren i dzików, odciśnięte w ziemnym pamiętniku. To dobra trasa aby im się przyjrzeć, gdyż tu wychodzą z lasu na pola, żeby skosztować specjałów z ludzkiej stołówki. Oto przed nami. Dębowa droga. Bardzo dobre miejsce do poznawania świata drzew. Są tu jesiony, akacje, i klony. A każde inną opowiada historię. Można dłonią uczyć się odczuwania, gdyż każde promieniuje nieco inaczej. Tu Dąb Radomir, niegdyś największy mocarz tej ostoi. Dziś rozdarty na pół piorunem trwa jeszcze, zieleniąc się każdej wiosny. Minie kilkadziesiąt lat, zanim ostatecznie się podda. Ta rana jest zbyt wielka aby ją zabliźnić. Poświęcone Bogowi Perunowi przez słowian Drzewo, nie do końca potrafi poradzić sobie z jego potęgą w kontakcie. Chropawa kora, pełna głębokich bruzd tworzy przerwy, które nie przewodzą płynnie energii błyskawicy. Drzewo zazwyczaj pęka od środka, gdy zostaje porażone. Co innego takie buki, których gładka kora w ulewie doskonale przekazuje do ziemi moc błysku. One potrafią to przetrzymać. Kiedy go poznałem, pogrążony był w szoku i smutku. Wibrował wezwaniem pomocy jak najdalej i rozpaczliwie pobierał energię od wszystkiego wokół, aby się ratować. Nawet od ludzi. Osłabiał w parę chwil. Odbyłem z nim kilka rozmów i dziś odczuwam zmianę nastroju drzewa. Już jest pogodzony i cieszy się tym, co mu zostało. Przykładając dłoń, nad korą, można poczuć różnicę. Od przodu bucha jeszcze ciepło, z tyłu na ranie, nieprzyjemny chłód. Choć drzewa mogą Ci poprowadzić rozmaitą terapię, same czasem potrzebują pomocy. Chwilę tulę jedną z przyjaznych akacji, choć dziś nie pobędziemy dłużej. Obok, w młodym sosnowym zagajniku sycimy się leśnym zapachem. Uśpione pędy sosen, zerwane i roztarte w palcach, choć kleją żywicą, kojącym pieszczą nos aromatem. Pobudza, ożywia i zachęca do dalszego odkrywania tutejszych specjałów. Nad bagnem krąży jakiś ogromy ptak drapieżny. Jest potężny. Chyba w życiu takiego nie widziałem. Pozostajemy w zachwycie i zdumieniu, wobec majestatu ptasiego pielgrzyma. Choć nie dałbym ręki sobie uciąć, prawdopodobnie to Bielik. Miauczące dotąd w spokoju myszołowy, próbują go atakować bezskutecznie. Naruszył terytorium tej pary. Ale widać, że ma to gdzieś. Wnikamy do małego lasku, będącego cmentarzyskiem pokoleń brzóz. Wiele z nich porastają jakieś narośla, huby, zgrubienia. Brzozy wykonały tu ogromną pracę uzdrawiającą, uzdatniając to miejsce dla życia do innych drzew. Proces jeszcze trwa. Choć ja postrzegam to miejsce jako mozaikę życia, tu Agnieszka nie czuje się najlepiej. Niezwykłe, jak bardzo jesteśmy wszyscy inni. Przemieszczamy się jednak tędy jako skrótem, szybko. Temat śmierci i odrodzenia we wzajemnym przenikaniu pracuje mocno u obojga. Dochodzę do wniosku, że to jest tak splecione, że ciężko na pewnym poziomie rozróżnić co jest czym. Jedno umiera, drugie na tym wzrasta. I wcale nie planowałem tędy iść. Choć utarło się, że jestem przewodnikiem, tutaj prowadzi las i energie natury. Im zawierzam. Niezbadane, czasem ledwo widoczne ścieżki zwierzęcych tropów. A niekiedy wołają najbardziej niezwykłe drzewa, dotąd pomijane przeze mnie podczas spacerów. Kawałek dalej w lasku jest już inaczej. Na tarninach zwieszają się kosmate plątaniny chmielu. Śpiewają ptaki i tętni życie. Jakże inna energia, zmieniająca się w ciągu kilku kroków. Ścieżkę przegradza wnet sterta bażancich piór, ofiara innego ptasiego drapieżcy.

Wierzba

Wynurzamy się obok trzcinowiska naprzeciw wielkiej rozłożystej wierzby. Z daleka przypomina ogromnego pająka lub ośmiornicę. Natychmiast przyciąga nas do siebie. Już ją znam. Ma bardzo wygodne konary, w sam raz do leżenia i siedzenia. A rośnie w idealnym miejscu, tuż nad ścieżkami do dziczych kryjówek. Poprosiłem ją jakiś czas temu o zgodę, aby na niej posiedzieć podczas księżycowej nocy. Teraz w majestacie rozlewa się długo wyczekiwane słońce. Sycimy się nim w radości. Za nami skrzypią wesoło leciwe, powykręcane sosny. Widok rozciąga się na morze trzcin, wśród których sterczą maszty olchowych kikutów. Wiem, że tam jest woda i chyba nigdy nie zbadane przez nikogo tajemnice. Wołają żurawie. Agnieszka bardzo dobrze czuje się z Wierzbą, wprost nie mogą się od siebie oderwać. Obopólne szczęście. Ja odczuwam, że nie do końca mi tu błogo, no ale… Jestem dla gościa, a każdy z nas posiada inną energetykę. To nieustanna nauka i ciągły rozwój. Zaczynam głębiej badać wierzbę, przenikając przez warstwy nieco mrocznych, czarodziejskich energii żywiołów. Studiuję ją całą, zachwycając się jej siłą, potęgą i wolą życia. Wzrasta tuż nad strugą, na granicy miękkiego błota i mułu, w którym żadne inne drzewo nie mogłoby przetrwać. Z iloma rzeczami musi się zmierzyć, poradzić! Część konarów już suchych i utrąconych, gdzieniegdzie huba, dziury i przepastne dziuple. Podziwiam jaka jest wytrwała. Jak można istnieć, z takimi wyrwami we wnętrzu, tyle lat? Pani wodnego żywiołu. Jej nie dotyczy ludzka fizyka. Przykładam usta do kory kierując ku niej fragment dawnego wierzbowego wiersza:

W wierzbowym zakątku…
Tam szukaj wsparcia swych planów

Biegną tu ścieżki wątku,
Na odwiecznym szlaku szamanów,

Pokłoń się wody kapłance, pani bagiennych żywiołów,
Bacz by nie tracić w walce, energii dla psotnych chochołów.

Skrzat w dziupli zmurszałej, ogniste wypuszcza iskry,
Pyta dziewczynki małej, czy duch jej w pełni jest czysty.

Noc się zakrada z szelestem, cieniem okrywając sitowie
Opowiada wraz z mroku chrzęstem, o czym śpiewają skrzatowie.

Sowa w mądrości wcieleniu, na spróchniałym pohukuje konarze,
Straszy tym co przeszkadza w spełnieniu, odwagi trzeba Ci w darze.

Zjawa z mgłami przybywa, szeleści w krainie szuwarów,
Zmysły zaklęciem okrywa, przenosząc do dawnych wymiarów,

Czarownic drzewo przodków swych słucha, zaglądając w arkana czasu,
Chce przygotować Twojego Ducha, byś magię sławiła lasu.

Życie, istnienie, i upór, mieszkają w pozornej śmierci,
Wiedźmy swe czary wskrzeszają, czytając z pradawnej pamięci.

Bóbr chrobocze u pnia, końca już wieszcząc nadejście,
Nowego blask świta dnia, przestrzeni zwiastując przejście.

Z czym do nas przychodzisz wreszcie!
Osobistej dokonaj spowiedzi,

Gdy ziemi i wodzie zawierzysz,
objawią się odpowiedzi.

Świat to nie zawsze piękny, ten w którym chcesz się zanurzyć
Pytaj o radę wierzby, z listowia będziemy Ci wróżyć.

Jesienną słotą i wichrem, tam czarujemy przy szarej strudze,
W deszczu szaleństwa ulewy przykrej,
z wszelkich oczyścisz się złudzeń.

Wypowiadam do niej. Znam na pamięć. Drzewne wiersze to takie klucze, otwierające wrota do wspólnego kontaktu. Zaczyna targać wicher, a ona skrzypi dyndającymi kikutami resztek gałęzi. Dzieje się moc. Wiedzma pokazuje swe czary. I już czuję się dobrze. Wierzbowa babcia okazuje się być bardzo czułą, ciepłą i troskliwą Istotą. Otula nas tak piękną energią, że wcale nie mamy ochoty wędrować dalej. Robimy dłuższy postój na herbatę, zasłuchując się w szemrzącej muzyce szuwarów, zjednoczonych z pluskotem strumienia. Następnie podążamy dalej wzdłuż niego, obserwując jeszcze większe wierzbowe zjawy i urwisty brzeg rowu. Na polu dostrzegają nas dwie pary gęsi. Alarmują krzycząc. Są czujne. I choć opowiadam o ich inteligencji, życiu rodzinnym, przywiązaniu i zwyczajach, odlatują ku niebu. Nic dziwnego. Gatunek określony przez człowieka przykrym mianem jako ‘’łowny’’ zawsze pozostanie w ostrożności.

P90304-124305

20190304_125246_Film1

Jesion

Kolejny etap naszej podróży, to polna ostoja, gdzie zamieszkał Jesion Jaremi. Idziemy po miękkiej ziemi, delikatnie zapadając się na śliskim błocie. Przecinamy wstęgi dziczych tropów. Na skraju swego małego raju, oto i jest. To chyba tak naprawdę ulubione z moich drzew, choć odwiedzam tak rzadko. Kłaniamy mu się oboje, a ja próbuję wybadać, poczuć, co też u Niego. Od razu burza radosnych uczuć. Ciężko mi powstrzymać wzruszenie. Widać drzewa cieszą się, kiedy do nich przybywać razem aby wspólnie pobyć. Tak tego łakną, po wiekach przedmiotowego traktowania., prześladowań. I jemu również wypowiadam jesionowy wiersz, jakim kiedyś mnie obdarował. Tulimy się oboje bardzo długo. Za nami w zagajniku szaleje żywioł. Wicher szumi z mocą, jak ogrom oceanu w sztormie. Zdumienie przechodzi w zdziwienie, jak to możliwie, że kilkanaście niewielkich drzew powoduje tak głośny szum. Orgia wiatru pędzi nie wiadomo dokąd. Odkrywam przy tym, ze każdy gatunek drzewa szumi nieco inaczej. Dla mnie jednak najpiękniej nucą sosny. Proszę jesionu o najlepszy dar dla mojego gościa. Nie mam pojęcia, co mogłoby to być. I wtedy dzieje się następny cud. Z zagajnika na pole wychodzi grupka saren, z rogatym koziołkiem na czele. Były z nami cały czas niedaleko. Są bardzo blisko, Agnieszka szepcze, że jeszcze nie widziała z takiej odległości. Widać wyraznie jak otrząsają łebki, skubią oziminę, patrzą na siebie, to drapną kopytkiem. Jestem bardzo szczęśliwy. Cieszę się, że mojemu gościowi dane jest to zobaczyć. Najbardziej obawiałem się podczas wspólnych wędrówek, możliwego płoszenia zwierząt.  I tak staram się unikać ich ulubionych miejsc, ale tu w okolicy takie sarny potrafią pojawić się nawet na osiedlu. Dąb wtedy powiedział, aby się tym nie martwić. Teraz wiem, że drzewa poprowadzą nasze kroki tak, by wszystko zlało się idealnie i nikt nikomu nie przeszkadzał. Moje marzenie właśnie się dzieje. Człowiek, cisza, natura, żywioł, proces, rozwój, zwierzęta. Wszyscy w jednej harmonii, obok siebie. Współistnienie. To jest możliwe… Jak miało się okazać, to był dopiero początek sarnich niespodzianek. Gdy oddalają się nieco, dzielimy się myślami i odczuciami po kontakcie z Drzewnym Bratem. Oboje usłyszeli o pełnej wierze w siebie, i zaufaniu sobie. Kolejny temat do wspólnej pracy,  przerobienia, dyskusji. Zanim pożegnamy się z jesionem, pora zwiedzić jego zakątek.

P90304-134428
Migawka między topolami. 

Podziwiamy lisie nory. Obok walają się resztki kości, po kaczce lub bażancie, oraz czymś większym. Tu również gawędzę nieco o lisich zwyczajach i sekretach rudego żywota. Kiedy z szuwarów wyłania się sarna, nieruchomiejemy, czekamy. Ona przechodzi dalej. Już wiem, że tędy nie pójdziemy. Chciałem pokazać bobrowe tamy, jednak wiem, że jesteśmy gośćmi w tym pięknym świecie. Wycofujemy się, pozostawiając sarnę w spokoju. Na krzaczastych głogach ulokowały się niecki ptasich gniazd. Obserwujemy kunszt budownictwa pokrzewek i drozdów. Do niektórych zaglądamy, odnajdując w ich wnętrzu utulone w śnie liście. Przetrwają tu dłużej, niż ich znajomi w ściółce. Nagle dzieje się znów. Na wierzbie przed nami dostrzegam sikorę ubogą, ale tuż za nią zawisł…raniuszek! Śliczne puchate maleństwo od razu budzi nasz uśmiech. Mój szczególnie, bo to moje ulubione ptaszki, a nie widuje ich się tak często. Ptasi goście uwijają się chwilę i znikają. Ja wiodę na inną ścieżką, którą odkryłem całkiem niedawno. Jest niesamowicie ukryta za gąszczem tarnin, trzcin i niskich wierzb. Z obu stron jej nie widać, i nie wiedziałem o niej przez lata. Zwierzęta korzystają z niej prawie wyłącznie nocą, co już zdążyłem wybadać. Delikatny wydeptany kopytkami i raciczkami trakt wzdłuż rowku, z którego piją. Dopiero tutaj można uświadomić sobie, jakie bogactwo istnienia wszędzie się kryje. Jesteśmy niemal w połowie tej trasy, gdy nagle cichcem podnoszą się trzy buro – czarne sylwetki. Bezgłośnie. Moje zdumienie wzrasta, kiedy rozpoznaję trzy średniej wielkości psy. I można by pytać, co u licha tu robią, lecz odpowiedz jest oczywista. Pół zdziczałe, wybrały się na łów. Nie zwracają na nas większej uwagi, odchodzą i kładą się na polu. Pewnie uciekinierzy z pobliskiej, widocznej na horyzoncie wsi. Wiedzą, że człowieka lepiej unikać… Przynajmniej podczas kłusowania. I możliwe, że mają na co dzień pełne miski, ale praktyka okolic wiejskich, puszczanie luzem, powoduje budzenie się instynktu i chęć do wędrówek. Nie wyglądają na wygłodzone. Obserwujemy jak leżą leniwie. Dla nas jest bezpiecznie, choć właśnie dostrzegamy zmierzającą w ich kierunku niczego nieświadomą sarnę. Jest tuż. Psy podrywają się zaskoczone i pędzą w jej kierunku. Wtedy mnie rusza. Wiem, co potrafią zrobić. Nie będąc tak sprawne w zabijaniu jak wilki, potrafią tropić i ganiać sarnę, dopóty jej nie zmęczą. Rozrywają po kawałku, często w zabawie. Większości nie zjadają.

Wokół pełno wsi, tu zawsze znajdzie się pełna miska. Choć nie jestem na nie ani trochę zły, reaguję, ruszam przed siebie i gwiżdżę. Znają to. Cała trójka posłusznie zawraca i chyłkiem udają się w kierunku wioski.

Kiedy żegnamy się z Jesionem, wiatr wzmaga się do niemożliwości, wzniecając na polach tumany wirującego pyłu i piasku. Szaleństwo unosi się w powietrzu. Tchnienie szału. Kurzawa. Biegniemy do auta, krzycząc prosto w oddech ziemistej zamieci. Heeeej, iiiihaaaaa! Razem z nami mknie wolność i szczęście.

Sosny

Następny w kolejce do odwiedzin jest Świerk Gabriel, ze swoim jakże urozmaiconym i mało uczęszczanym lasem. Skarb w pobliżu siedzib ludzkich, zapomniany i niemal nie odwiedzany. Drzewa chyba wyczarowały tu jakieś zaklęcie. Przecież i ja, uznałem w myślach wiele razy ten wyjątkowy kawałek leśnego świata za nieciekawy, odkrywając jego uroki po blisko 30 latach… Witają nas tyczkowate sosny, kołyszące się niczym łan zbóż. Trzeszczą i piszczą, w niespokojnej rozmowie z wiatrem. Świetlisty bór sosnowy, promieniuje pełnią swojego uroku, kiedy spogląda słońce. Tutaj wiatru nie czuć. Drzewa bujając się, wytłumiają wszystko. Tak tu pięknie! Zatrzymujemy się. Aż chce zakołysać się razem z nimi. Zrzucając plecak czuję, jak bardzo zgarbiłem się mimowolnie podczas godzin wędrówki. Dzieje się jakoś spontanicznie, że oboje ściągamy kurtki i wyciągamy ręce w górę ku drzewnym siostrom… Pora na odprężający taniec. Agnieszka staje nieco dalej, każdy z nas ma swoją subtelną przestrzeń. Ciało odczuwa ulgę. Staram się wejść w rytm drzewnego kołysania, zespolić z jego przepływem. Jakie to przyjemne, i nieziemskie, gdy wreszcie ciało zaczyna razem z drzewami pracować w rytm jednego oddechu. Wymachy ramion. Wszystko luzno, choć żywiołowo. Miał być brzozowy taniec w Uśmiechu Serca, a jest Sosnowy w pieśni wiatru. One świszczą. Śpiewają po swojemu. W duszy nucę z nimi. Żywioł powietrza okazuje się być i niezwykłym wirtuozem. Omiatają nas deszcze lecącego igliwia. Energia ciała i ducha wnet się zmienia. Kładziemy się na ściółce, pogrążając w dotyku prześwitującego słońca. Pachnie grzybami i żywicą. Podziwiamy tańce drzew i białe kłęby wyobrazni mknące po błękitnym niebie. Teraz nie trzeba słów… Czas zatracił się gdzieś w niemym zapomnieniu. A może po prostu nigdy nie istniał?

P90304-160001
Odpoczynek po tańcu w świetlistym Borze Sosnowym.
P90304-155946

Świerki

Docieramy do Gabriela, kiedy pogoda znów się zmienia. Mijamy półmetrowe doły wyryte przez dziki. Wiatr nabiera mocy. Więcej chłodu i nieco deszczu, zrasza co i raz nasze buzie. W oddali nad bagienkiem stoją sarny. Zawsze można je tu spotkać… My znów w drzewnym tuleniu. Agnieszkę przywołał inny świerk, kompan Gabriela. Okazał się być kompanką… Pozostajemy w ciszy długo. Bukowe liście co i raz zrywają się w pląsach wirującego tańca. Gonią się zadziornie tuż nad ziemią. Wierzba ukazała w Agnieszce wcielenie dawnej czarownicy, i odtąd powietrze zaczęło wirować w takich zjawiskach. Wiem, że to jej procesy. Tak dużo się dzieje. W oddali śpiewa pełzacz, i odzywa się skryty grubodziób. Nawołuje dzięcioł czarny i podzwaniają sikory. Praca ze świerkami, to zazwyczaj głęboki wgląd we własny mrok. Świerki są dostojne, dumne, ale też krnąbrne i niepokorne. Nie owijają niczego w bawełnę. Prowadzą do prawdy, bez względu na to jaką ona jest. Sarny podnoszą się, to przemieszczają nieopodal, a ja jestem szczęśliwy, że dzieje się właśnie tak. Że możemy być tu wspólnie razem, i nie wchodzić wzajemnie w paradę. Tak się obawiałem! Kiedy Gabriel powiedział, że mogę tu przychodzić z kimś innym. Ale przecież, sarny? – Pomyślałem wtedy od razu. Wicher szarpie ciemnozielonymi koronami, i robi się coraz mroczniej. Drzewo buja miarowo, jakby to tylko był delikatny dla niego wietrzyk. Można na moment zjednoczyć się z tą siłą. Wycie wichru miesza się z szumem, osiągając apogeum. My nadal tulimy. Niewzruszeni. Wyłączeni. Niezłomni, jak one. Świerki zaczynają rzucać w szale szyszkami, które z impetem rozpędu wgniatają w dywan bukowych liści. Prysznic igieł. I wtedy słyszę ich wołanie…

-DLACZEGO WIECZNIE SZUKACIE POŚREDNIKÓW?
TAK POTĘŻNE, TWÓRCZE ISTOTY…
– DLACZEGO NIE UFACIE SOBIE?

Zdziwiony, nieco przekorny, jak to ja, pytam:

– Ale przecież świerki też muszą polegać na ziemi, deszczu, owadach, innych? Czy same kształtują swój byt?

Odpowiedz zlatuje w furii kolejnych szyszek. Ale nie są na nas złe. Za chwilę wszystko się ucisza. Przebłyskuje słoneczny pomarańcz, który jeszcze dotyka ciepłem aż do zmierzchu. A świerkowe korony błyszczą się w złocie, już zainteresowane jedynie chwytaniem resztek mijającego blasku. Jakby nic się tu nie zdarzyło…

P90304-170846

Dęby

Wieczór spotyka się z nami w przejrzystym, dębowym zagajniku, nad jednym z oczek wodnych. Ostatnia iskra czerwieni wnet znika za ciemnicą gąszczy konarów. Tutejsze dęby bardzo są przyjazne i odkryłem je przypadkiem. Ilekroć tu jestem, nie mogę się nadziwić. Tak blisko ludzi, tyle wspierającej energii… Wystarczy wyjść z domu, kilkanaście kroków… Nie odwiedza nikt. A one otulają nas ciepłem. Grzeje aż w plecy. Jaka różnica, w porównaniu z zimnymi świerkami. Wibrują radośnie. Są może nie aż tak stare, ale wysokie, strzeliste. Grupa rodzinna. Ich siła w rodzie. Wzmacniają się wzajemnie. Odczuwam między nimi bliską więz. Koncert zmierzchu upływa przy okrzykach alarmujących kosów. Jedyny gwar dogasającego dnia. Jest już szaro, a widoczność ciągle spada. Oswajanie z nocą leśną najlepiej poprowadzić właśnie pozostając w nim do naturalnej ciemności. Wzrok ma szansę się przyzwyczajać, a słuch oswajać z odgłosami szelestów, które zgadujemy na bieżąco. Kochane dęby darzą nas błogością, radością, spokojem i ufnością. Mimo ciemności, wcale nie mamy ochoty wracać. Czujemy się bezpieczni i zaopiekowani. Znów nie planowałem, a jednak wyszło najlepiej. Agnieszka wspominała, że boi się nocy leśnej. Tymczasem z dębowym wsparciem, ma się wrażenie, że można siedzieć tu do rana. Mijają minuty wspólnej ciszy w medytacji tego błogiego świata. Przestrzeń uciszyła się, uspokoiła, jakby wiatr wyczerpał zupełnie całą energię. Agnieszka chwyta mnie za dłoń, wypowiadając to tak proste słowo, które jednak na zawsze wzruszenie zapamiętuje. DZIĘKUJĘ. Zadowoleni dębowie emanują poruszeni radością. Słyszę, jak nisko dudniąc, zaczynają coś mruczeć…

Usiedli wędrowcy, w zaufaniu na Ziemi,
Zawierzyli opiece, pradawnych korzeni,

Las w gościnę przygarnął, i wnętrza odmienił,
Uzdrowił przyczynę, już nie boją cieni.

Witają dęby szczodrze, ludzką część rodziny
Będzie Wam tu dobrze, bardzo tak cieszymy (dudnienie)

Hmmmmm, hummmmmmm,

Czujcie się bezpiecznie, z nami w jednym domu,
Tutaj nic wrogiego, nie zagraża nikomu,

Goście radość niosą, w ciszy się jednocząc,
Dęby tym co wiedzą, podzielą ochoczo

Mhmmmmm, buhhhhhhhh

W Ziemi dudni ruch.
W gwiazdach srebrnych pamięć przeglądamy,
Matkę naszą Świętą, pieśnią sił wspieramy

DĄB. Do siebie wejrzyj w głąb.

Znajdziesz tam moc, która Cię odmieni,
Zaufaj podstawie, swych własnych korzeni
HUMMMMMMMM
SIŁA.

Poczuj jak wypełnia i wzbiera cała w Tobie
Od dawna Tyś jej częścią, w tej jednej osobie

Duch dwojga tańczył dziś z Ziemią,
W boskim zjednoczeniu,
Serca znają już sedno,
Podążą ku przeznaczeniu.

I wdzięczność przyjmijcie głęboką
Agnieszko i Sebastianie,

Wracajcie jeszcze do Dębów
Na kolejne nasze spotkanie.

Nim się spostrzegamy, wokół panuje czarna noc leśna. Jakiś ptak, może przestraszony zrywa się z łopotem nieopodal. Pomruk dębowego echa powoli gaśnie, zostawiając nas z zaufaniem, mocą, i odwagą. Olbrzymy zasypiają. Pora i nas, wraz z ostatnim utuleniem dębowych przyjaciół w podziękowaniu. Choć żadne nie chce wracać. Maszerujemy nad bagnem obok szuwarów, całkiem dobrze widząc w ciemnościach. Gdzieś daleko krzyczy kaczor. Krzesimir jak zwykle miał rację. Tyle wieści, wglądów, niespodzianek. Na te dwa dni, cuda stały się naszą chwilą. To był wspaniały proces ❤

P90304-180622Nocna medytacja pod Dębami. A poniżej cienie wędrowców w świetle dnia.
20190304_145257_Film3

Agnieszka zajmuje się na co dzień masażami. Pomaga ciału przypomnieć sobie, czym jest najdelikatniejsza czułość. Dotyk Serca. Serdecznie polecam jej zajęcia. Można się z nimi zapoznać na stronie:  Dotyk Serca – Aga Wilińska

A jeśli i Ty pragniesz wziąć udział w podobnej wyprawie, skontaktuj się ze mną na e – mail: czeremcha27@wp.pl i koniecznie zerknij do naszego wydarzenia: Przytulanie Drzew -podróż do Źródła Istnienia.
Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść 🙂

Arkana natury – Myszołów atakuje zająca

Do Krzesimira Dębowego ciągną zwierzęta ze swymi historiami, to trzeba mu przyznać. Cieszy się niekończącym towarzystwem. Dzieje się wokół niego wiele, co nie raz mnie zdziwiło, jako że miejsce nie wyróżnia się niczym szczególnym. Też chyba ciekawi zwierzęta do Drzew Mocy… Pamiętam jak razu pewnego, tęskniąc na odchodnym powiedziałem mu:

– I znowu mam Cię tu zostawiać samego? Co robisz jak mnie nie ma? Z kim rozmawiasz? Taki samotny…A ja nie tak często mogę u Ciebie być…

Nigdy nie jestem sam. Mam tu wielu przyjaciół, z którymi jestem w harmonii…Odrzekł.

Dziś przybywam o złotym świcie, po nocce czuwania nad łąką obok pasieki. Tam ciągle coś piszczało jazgotliwie. Dzwięk podobny do jeżozwierza, albo do…skrzeczącego chomika. Dobiega z traw. Nie mam pojęcia co to…W przyrodzie już bardzo cicho, bardzo. Nocami kwilą tylko przepiórki, a nad samym bagnem tańczą jedynie mgły chłodne, przerywane salwami terkotu ospałych trzcinniczków. Hałasują chwilę i milkną. Przestrzeń spowił czar sierpniowej ciszy, choć to jeszcze lipiec…

Pod dębem zastały mnie żniwa. Naprzeciw rozciągały się łany ogromnych balotów, jak okiem sięgnąć. Słoneczko wisi tuż nad horyzontem, za linią lasu malując niebo blaskiem wschodzącej pomarańczy. Już rozegrały się pierwsze ptaki – z głębi lasu zaczyna rudzik, a na skraju wtórują mu trznadle. Podziwiam taniec zapóźnionych nietoperzy. Niektóre gatunki żerują jeszcze przed wschodem słońca lub tuż po nim, aby nasycić się na cały dzień spoczynku w dziuplach i innych kryjówkach. Na przykład nocki i mroczki. Zawszeć to dziwne uczucie obserwować je, kiedy wokół uszy atakują odległe śpiewy ptasie. Te harce jednak nie trwają długo, kilka minut i już ich nie widzę. W tym roku i tak widuję tyle nietoperzy, co nigdy w życiu dotąd.

lyman-RaptorsWatch

– Puhhh! Dąb przenika mnie swoim ciepłem. Chyba cieszy się z niespodzianej wizyty. Każdy kto już odwiedził mojego Krzesimira, również czuł to ciepło. No nie da się zignorować. Coś zrzuca z góry. Zauważyłem, że Drzewa często próbują komunikować się w ten sposób, zwrócić moją uwagę, odpowiadać, albo i zaczepiając podczas wędrówki. I zawsze akurat znajdzie się coś do zrzucenia… liść, gałązka, nasionko, orzech. Albo nie wiadomo co, chociaż słychać jak spada. Najbardziej dziwi mnie właśnie to. Ilekroć myślałem, że Przyroda mało czym mnie już zadziwi, tak szybko przekonywałem się zawsze jak bardzo jestem w błędzie. Kątem ucha łowię narastające szur-szur. Obracam głowę za dzwiękiem w prawo. I wszystko dzieje się tak szybko…

… W moją stronę, truchtem, jeśli można to tak nazwać, kica dość spiesznie zając. Kluczy, wypuszcza się trochę w pole, po czym nawrot i szoruje wprost pod dąb. Że też mnie to nie dziwi – ostatnio w podobny sposób przyszedł do mnie lis, też pod Krzesimirem. Szarak kieruje się wprost na pień, kiedy nagle muska go szary cień.. Pierwsza myśl, jastrząb! Biedak przyspiesza do mnie gwałtownie i zatrzymuje się jak wryty na miedzy – mam go dosłownie na wyciągnięcie ręki! Ah jakże piękne byłoby teraz zdjęcie albo film.. Patrzę w jego czarne, teraz chyba ziejące strachem oczy – musi mnie widzieć. Ptaszysko zdążyło odbić w górę i ponawia atak, zajączek uchyla się przywierając do ziemi. Nagle siada ostro słupka – rozgląda, zastanawiając się co zrobić. Tam drapieżnik, tu ja…Ptak znika nad lasem, i jestem tak oszołomiony, że nie jestem do końca pewien kim on mógł być. Umknął, bo musiał mnie spostrzec, drapieżniki rzadko atakują przy człowieku. Ale szarak. Patrzy na mnie jeszcze chwilę, po czym rusza w pole, wymijając mnie lekkim łukiem. Obserwuję za nim, i jest już dość daleko, kiedy słyszę takie jakby łubudup! Odwracam się szybko i oto co widzą moje osłupiałe oczy – zając w powietrzu fikołkiem opada na ziemię, a ptak odbija od niego wznosząc się w przestrzeń. Nie widziałem od początku, ale jestem pewien, że zając, który dobrze widzi to co nad nim się dzieje, skoczył w odruchu obronnym, aby przegnać natręta. Teraz obserwując sylwetkę i wielkość ptaka, rozpoznaję myszołowa. A zatem nie jastrząb i nie krogulec. Co też skłoniło smakosza gryzoni do tego ataku? Bieda mysia na polach, a może osobnicza brawura? Ten atak mógł się powieść tylko w przypadku bardzo młodego, lub chorego zajączka. Myszołowy to takie mało ofensywne lenie, które wolą unosić się szybując w prądach powietrza, wykrzykiwać swoje, hijeee! i wypatrywać myszy. Czasem, bywa, że złapią młode, głupawe pisklęta, owady, ale nic większego – za mała siła i pazurki. Natura uczyniła je pogromcami plemienia mysiego. Zając chyba też o tym wie, bo nie trwało długo, kiedy ujrzałem go znów szurającego między balotami. A w oddali jeszcze trzy, goniące się beztrosko. Eh ta Natura…I jak tu jej nie kochać? Jak tu nie być wdzięcznym?

12835046_831276336983197_848400921_n