Pełnia księżyca jenotów

Plany były ambitne… 😅 Wysiedzieć w czatowni przy łące co najmniej 3 godziny. Co nie jest takie łatwe, jeśli nie wzięło się pod uwagę pewnych czynników. Delikatny wiatr przy mrozie. Również niezapowiedzianym, bo według prognoz jest na plusie pięć. Ja widzę szron i chrzęściło po grudach gdy szedłem. Szczęście, że zabrałem w plecaku dodatkowe ubrania, znając wiosenne kaprysy żywiołów. Bez tego za wiele bym nie zwojował. Ale wiaterek. Zmora czatowników – obserwatorów. Choć w wielu razach również sprzymierzeniec. Po około 40 minutach, ubrany we wszystko co możliwe, mam dość. Chociaż widok jest przewspaniały na całą łąkę, z przestrzeni zawiewa. Nic też się nie pojawia, nie chodzi. A tyle śladów jeleni i dzików na polu. Z powietrza się nie wzięły. Dziś wyruszyłem dużo później, nieco po 21, aby na miejscu być za godziną 22. Dużo dalej się wybrałem. To trochę taki kompromis, aby z jednej strony za długo nie marznąć, a mieć równie ciekawe obserwacje. Znam dobrze ten rejon i wiem, o jakich porach kręcą się tu dziki.
Jeszcze się trzymam. Ratuje herbatą. Kwilą czajki, głośne o każdej porze nocy. Czy one kiedykolwiek śpią?

Dość. Przypominam sobie, że kawałek dalej jest inna czatownia, osłonięta lasem. Tuż nad bagnem. Tam powinno być znośniej i ciekawiej. Tak… Zimowa wędrówka, jeszcze przy użyciu rowera na dalsze odległości, to nieustanne balansowanie między przechłodzeniem, spoceniem, i ciepłem. Trzeba dobrze znać swoje ciało i to jak sobie w warunkach radzi. Moje bywa dość nieprzewidywalne. Krótki marsz do zmiany miejsca rozgrzewa mnie na tyle, że zapominam o całym zimnie. Na skraju przystaję. Szumią. Świerki. Nigdy ich tutaj nie widziałem, mimo, że znam miejsce długo. Tak były skryte w zieleni latem. Takie rzeczy już nie uchodzą mojej uwadze podczas wędrówek. Wiem, że się witają. Odbieram ich radość. Po dębowej przygodzie, czas pójść dalej. Kłaniam się wam, dostojni świerkowie…

Drogę zagradza mi wywrócona topola, tegoroczna ofiara wichur. Jeszcze jesienią nie było jej tutaj. Pewnie ją uprzątną… zagradza przejazd. Mój teren widoku to nieco mniejsza łąka, również zbuchtowana. Tuż za nią bagno. Dużo bardziej rozległe i dzikie, niż te, które mam bliżej domu. Siedziałem nad nim podczas rykowiska. Rzeczywiście, jest dużo znośniej. Drzewa wytłumiły powiew. Można siedzieć. Kogo kryjesz w swych czeluściach, bagienna ostojo?

Tak. Tu jest dużo ciekawiej. Za plecami mam las, rzęsiście oświetlony księżycowymi promieniami. Jest taki widny. A księżyc góruje, rozjaśniając dobrze wszystko. Jak rzadko, ludzkie oczy mogą coś takiego oglądać. Tak prześwietlony zagajnik, nie jest ani trochę straszny. Widać wszystko na ‘’przestrzał’’. Co innego będzie jak się zazieleni i zarośnie. Dużo mroczniej. Rzadko panuje cisza. Delikatne szmery, szelesty, stąpania powtarzają się co jakiś czas. Nieśmiałe. Jest, ale nie chce się ujawnić. Domyślaj się wędrowcze, zgaduj. Miłej zabawy. Szepty bagiennych zjaw. Ale to właśnie kocham. Szeleszcząca muzyka świata, moje księżycowe ukojenie i zestrojenie z wszechświatem. To się nigdy nie nudzi. Lubię puścić wtedy wodze fantazji i spodziewać się łosia, żubra, wilka… Marzenia, czekające spełnienia. Choć już każde z tych zwierząt spotkałem. Chciałbym jednak więcej. Mimo przynajmniej trzech stopni mrozu, dostrzegam jakieś owady przelatujące powoli przed oczami. Coraz bardziej przestaję wierzyć w jakiekolwiek dawne ‘’stałe’’ przyrody. Skoro w listopadzie kwitły łąkowe kwiaty…

Raccoon-dog-running-snow-winter_1920x1200

Szurrr, szurrr. Narasta z oddali. Coś wcale bez poszanowania ciszy, lezie po ściółce. Mimo głośnego, szybko wykluczam dzika. Nie ten krok. I już by się odezwał jakoś. Coraz bliżej. Już, tuż! Pod czatownią. Nie widzę. Nie oddycham również. Czekam aż przesunie się na widok, okręcając bezgłośnie szyją. I uśmiechnięte zaskoczenie. Niezgrabny, kołyszący chód. To…jenot! Widziałem jednego z nich wczoraj, nieco gdzie indziej. Ale? Mimo, że ten się zatrzymał, pogłos nadal jest. Co tam jeszcze chodzi? I zza kępy wynurza się drugi. Kręcą się oba. I…trzeci! Dwa zbliżają do siebie pyszczkami i odbijają lekko jak piłki. Co tu się dzieje? W taki mróz? Jenoty zapadają w coś w rodzaju snu zimowego. Jednak…Hmm, w dzień było sporo na plusie. To mogło je obudzić. A pozatym to również czas ich godów. Ok, przedwczesne zdziwienie. Zawsze też byłem przekonany, że to samotniki… Obserwuję kręcące się zwierzaki w zachwycie. Jenot to wcale nie częsty widok. Mam takie poczucie, że na 10-12 lisów, przypadają 2 jenoty, zarówno w przyrodzie jak i obserwacjach. Wyglądają pociesznie, takie trochę grubaski, w maskach na buzi jak rabusie, w sam raz do tajemniczego klimatu jaki roztaczają Nie są gatunkiem rodzimym, a wielu uważa za szkodnika. Ciężko to ocenić. Fakt, że jenot, żywi się też roślinami, w dużo większym stopniu niż lis. Choć podstawą jego diety jest padlina, i byłby to może plus, gdyby nie inne gatunki, również uzależnione od zimowej podaży martwizny. Mimo wszystko, bardzo je lubię. Wnoszą aurę tajemnicy i ubogacają wyprawy o takie właśnie chwile. Rzadko kopią własne nory, korzystają z tych opuszczonych lisich, oraz borsuczych. Czasem wykrotów i trzcin. Lubią bliskość wody i sprawnie nawet nurkują. Potrafią nieco się wspiąć. Wszechstronny zwierz. Taka niespodzianka obfitości. Szeleszczący wędrowcy obwąchują kilka krecich kopców, próbują coś tu zadziałać łapkami. Oddalają się leniwie, zlewając szare ciałka, w srebrnej poświacie nocy. Uśmiech z buzi mi nie schodzi. Będzie piękna opowieść.

Kiedy maszeruję drogą powrotną, polem do lasu pędzi niewielka wataha pięciu dzików. Moja nagroda i spełnienie wymarzniętych godzin. Ich czarne sylwetki kołyszą się srogo, w mglistej aurze księżyca. I tak to właśnie jest w tym świecie. Same zaskoczenia. Nigdy nie wiesz, czego się spodziewać. Siedząc w czatowni, niepocieszony nieco, rozmyślałem i nad dzikami. Że to takie mądre i przezorne zwierzęta. Tak naprawdę, rzadko zdarza się, aby przy księżycu wyszły na przestrzeń. Starają się podążać wzdłuż zadrzewień i rowów, tak aby ich sylwetka zlewała się z cieniem. Widywałem grupy rodzinne, żerujące godzinami na łąkach, jednak żaden z nich nie wychynął na widok, trzymając się cienia lasu. Instynkt. A stary odyniec to już w ogóle. Ogromy kaban potrafi podejść zupełnie cicho, i wystawić jedynie ryj z szuwarów, węsząc bardzo długo, badając otoczenie. A węch i słuch ma arcyczuły. Nie zauważysz, jeden nieostrożny ruch, i cud – widok przepadł. Fuknie, zahałasuje, i tyleś go widział. W pamięci tej wyprawy zostaną mi bure cienie jenotów, i tęgie sylwetki kłusujących dzików. Warto było wybrać się tak daleko. Dziękuję mojemu światu, za tak bogatą pełnię 

1808077-1366x768-[DesktopNexus.com]

Zimowa pieśń kniei. Lisie Marzenie.

Mróz kąsa zadziornie, jakby chciał wygnać ciekawskiego wędrowca ku domostwu ciepłemu. Pogoda znów rządzi się swoimi kaprysami. Miał być czerwony zachód słońca, gwiezdne niebo i księżycowe srebro czarujące ośnieżone pola wspomnieniem magii pradawnych zim. Tymczasem gapię się na skłębione chmury i siłuję na cierpliwość z lodowatymi podmuchami żywiołu. Nie tak miało być… Drzewa szemrają sennie, im aura obojętna. Mijają dwie godziny młodej nocy w czatowni, przerywane ratunkiem w postaci parującej herbaty z cytryną, kiedy dostrzegam szarą smugę prującą w pędzie białe połacie polnej pustki. No wreszcie jesteś! Tak się przed momentem zastanawiałem, gdzie się podziały lisy. I jeden oto gna. Mimo braku księżyca, widać doskonale. Ich czas, lisi bal godowy. Zwierz raptem przystaje w pędzie, osadzając się na ‘’siad’’. Co u licha leśnego jemu?

– Hauuuuu!! Auuuuuuu…Hauuu….! 

Nadlatuje zew z tęsknym akcentem. Kończy frazę ostrym szczeknięciem. Jakże idealnie to samotne lisie wycie wpasowuje się w biały krajobraz wszechobecnego chłodu. Pieśń rudzielca czaruje duszę, stawiając kropkę baśniowego zakończenia tego czuwania. I nie mogę wyjść ze wzruszenia. Taka niespodzianka! Po tylu latach obserwacji. Bo jeszcze nie zdarzyło się, aby lis odezwał mi się widoku, z tak bliska. Zwykle, słyszałem ich pieśń, gdzieś kołaczącą echem w oddali. Teraz przeniknęła do serca, w pełnym majestacie zwierzęcego sekretu. Mrozny cud. A on biegnie dalej. Może za tropem liszki… Po chwili znika mi z oczu.

9fda4937063395e250d1179a43a394ab

W lesie coś szura po liściach. Rozwiązanie pokazuje się niebawem, w postaci czterech saren wylegających z leśnego skraju na pole. Poruszają się swobodnie, ufnie. Zupełnie, zupełnie inaczej niż większość ludzi zazwyczaj ma okazję oglądać. Jedna jest ciut mniejsza od pozostałych, pewnie tegoroczny koziołek. On wybiega momentami na boki i nie trzyma szyku. Reszta podąża zgodnie. Widać, że maszerowały ‘’na pewniaka’’ i nie zatrzymają się tutaj. Choć schylają co i raz głowy do ziemi, jakby chciały wybadać, czy może jednak jest tu coś do zjedzenia. Rodzinna grupka. Jest bardzo wcześnie – dopiero 17ta. Jeśli zasadzicie się kiedyś na nockę pod lasem, to właśnie sarny wyjdą jako pierwsze. A spora szansa, że będą już na polach przed zmierzchem. Niezbyt dobrze radzą sobie z większym mrozem. Dlatego jako pierwsze ruszają na żerowiska. Dziwię się tylko, że wybierają przedzieranie się przez zaśnieżone pola, mimo pełnych paśników nieopodal. Na jelenie i dziki trzeba trochę zaczekać, a często nie pojawiają się wcale. Kiedy ich czarne sylwetki gasną na dalekim horyzoncie, z lasu wychodzą trzy kolejne. Czyżby aż tak rozproszona grupa? Te obwąchują świeże ślady poprzedniczek, i raznie podążają tą samą ścieżką. Mam przeczucie, że już na oziminie połączą się w jedną grupę. I kiedy ich czarne, nieco ‘’psie’’ sylwetki gasną na dalekim horyzoncie, decyduję się na powrót. Zimno daje w kość, i choć wytrzymałbym jeszcze… Te chmury. Nie będę jednak dziś czekał na dziki. Choć widok brnącej w śniegu watahy to nie lada gratka. Lis jednak bardzo wzruszył i zamyślił. Zastanawiam się, tak naprawdę, jak mało jeszcze widziałem. Bo i łosia w śniegu chciałoby się. I Żubra. I tyle innych, że o rysiu nie wspomnę…
Wracam szczęśliwy, spełniony i wdzięczny, oczarowany ciągle echem lisiego zewu, który rozbrzmiewa ze wspomnieniem mocą, jakby nigdy nie ucichł…

fox-at-night-painting-ericamaxine-price (1)

Na dziczym szlaku: Pułapki Żywiołów

Wędrując po trzcinowym królestwie, masz prawo poruszać się z duszą na ramieniu. Bagna zamarzają bardzo trudno, jedynie przy dużych mrozach, utrzymujących się jakiś czas. I choć różne ptasie strachy odleciały do ciepłych krajów, tu nadal straszy. Nocą bobry chroboczą tęgo, zwierzyna skrobie po lodzie, aby dostać się do wody. Śnieg paradoksalnie nie gasi pragnienia, działa wręcz odwrotnie. Zwierzęta to wiedzą. U stóp szuwarów przemykają jak cienie ptasie zjawy – może kurka wodna lub kropiatka? Widma są tak zwinne, że nie udaje mi się tego ustalić. Ktoś jednak został tu na zimę. Na cienkich gałązkach wierzb w oddali kołyszą się remizowe gniazda. Wyglądają jak wielkie puchate kapcie. Mijam poszarpane cielska wierzbowych bab. Nadgryzione bynajmniej nie zębem czasu, roztaczają dziarskie korony niczym proporce. Są w swoim żywiole. Mimo okaleczenia przez bobrowych drwali. Moczary potrafią wypłatać figla i skryć swoje niedostępne na co dzień tajemnice, nawet zimą. Skute lodem szlaki, głuche odwieczne ścieżki, na te kilka dni w roku otwierają wrota swoich sekretów. Ale uważaj! Gdzieniegdzie napotkasz parujące, nietypowe kręgi. Siwo, jakby dym leciał. Czarcie kotły? Prawią wierzbowe słuchy, że tam właśnie miesza swoje niespodzianki stary bagienny diabeł Rokita. Oparzeliska… miejsca te nie zamarzają niemal nigdy, chyba, że naprawdę przymrozi. Ale i wtedy warstwa lodu w takich miejscach jest dużo cieńsza. Omijać z daleka. Procesy gnilne jakie zachodzą gdzieś w dnie, systematycznie podgrzewają wodę w jednym miejscu. I morza trzcin, wzburzone, że śmiesz naruszyć świętą zwierzą przestrzeń, pałają niejedną przygodą. W miejscach przy łodygach gromadzi się powietrze. I o ile na toni wodnej panuje lity lód, tak przy szuwarach obłamuje się często aż po kolana. Jeśli ze szczęściem, pod spodem jest druga warstwa lodu. Jeśli nie, chlup, i można wracać do domu…

51561989_759653284402823_5833485492653391872_n

Lodowi i wodzie też nie wszędzie można zaufać. Są miejsca, w których nie wiadomo skąd, toczy się cieplejszy, podwodny nurt. Nie ma miejsca na gapiostwo. Zdjęta czapka i uszy w pogotowiu, na każdy podejrzany dzwięk. Otacza mnie łan zgniłożółtych sterczących łodyg. Są jak osobny las. Hałasują jak diabli. Słychać dzięki nim najmniejszy podmuch wiatru. Dusza na ramieniu. A to dlatego, że w każdej chwili, możesz wejść na śpiącego dzika. Wiem od lat, że mają tu barłogi. I mimo, że nie zapuszczam się w boczne ścieżki, z nimi nigdy nie wiadomo. A potrafią spać twardo. Razu jednego dosłownie wszedłem na takiego śpiocha. Myślicie, że było go widać? Dzicza sypialnia to osobny kunszt. Pamiętam jak ze zdziwieniem przypatrywałem się kiedyś pierwszemu w życiu barłogowi. Trzcina była pocięta równo na kawałki, jakby ktoś zrobił to nożyczkami. Zwierz użył zębów, aby sobie dogodzić. Potrafią też przykryć się od góry (nie wiem jak) i wtedy widzisz taki jakby ‘’snopek siana’’ w głębi bagna. Dawne to były czasy, jednak zdarzenie zapamiętane. O, co tu robi taka kupa trzcin? Jakby szałas ktoś ułożył. Wejdę, zobaczę…

51007050_759653404402811_5659046031581511680_n
Główny szlak rozdziela się na coraz to mniejsze ścieżki i odnogi. Tam lepiej nie zaglądać. Prowadzą zwykle do ”dziczych sypialni” – barłogów.

‘’Szałas’’ podskakuje do góry, a z niego wylatuje ogromny dzik. Frontem do mnie, chybił o jakieś 10 cm. Takiego skoku w życiu nie widziałem, ale po sekundach kamiennego przerażenia, rzucam się do ucieczki po prostu przed siebie. On już gna w drugą stronę. Słyszę jak szeleści i zastanawiam się czy pędzi za mną. Lód nie wytrzymuje tej niespodzianej galopady. Chwyta mnie zimna woda, studząc moją panikę. Wyczłapuję się i docieram do nieco rzadszego porostu. Dlatego dziś mogę napisać, że przy trzcinach są puste przestrzenie  Słyszę go, jak w oddali się kręci. Wiem, że olbrzym jest bardziej przerażony niż ja. No jakbyście się czuli, gdyby Wam nocą dzik przyszedł do łóżka? To nie pierwsze moje spotkanie, ale nigdy tak bliskie. Mam wtedy może 16 lat i zupełnie inne podejście do zwierzęcych spraw, niż obecnie. Odgłosy zbudzonej poirytowanej watahy, kręcącej się z szelestem wokół, też nie należą do przyjemnych, zwłaszcza, gdy nie masz pojęcia, gdzie tak naprawdę są.

51535094_759653421069476_3415936233816195072_n
Za to na tafli, lód trzyma lito. Jednak na bagnach, nigdy nie jest do końca bezpiecznie. Skute lodem szlaki, głuche odwieczne ścieżki, na te kilka dni w roku otwierają wrota swoich sekretów.

O każdej innej porze roku, dopóki nie nadejdą długie, ostre mrozy, miejsce jest swoistą fortecą obwarowaną błotem, mułem i szlamem i roślinnością. Zwierzęta mimo to, jakoś potrafią się tam poruszać. Latem i dopóki jest ciepło, dostępu broni dodatkowo armia komarów i meszek. Szerokie ścieżki wyznaczają pradawne przesmyki ciężkiego zwierza. Przez niego na wskroś znane, i przewędrowane. I tak powinno pozostać. Pewne sekrety zachowują swoją magię, kiedy spaja je zew, wiecznej tajemnicy 

51477511_759653827736102_8335289507188310016_n

51295980_759653944402757_6577157860185079808_n
Po lewej ”poidło” wygrzebane i utrzymywane przez zwierzęta. Jest tak często użytkowane, że niemal nie zamarza. Na zdjęciu widać doskonale bagienną ruletkę, w niektórych miejscach po lodzie można skakać, a tymczasem krok dalej…

51368212_759653704402781_8563053508385832960_n
W krainie bobra i dzika – widok.

51500064_759654084402743_5860747965068476416_n

Na szlaku do wodopoju, krzyżują się ścieżki tropów zwierzęcych wędrowców. Szepty Kniei spisują swe opowieści w śniegowym pamiętniku.

Zimowa oaza

Leśne oczko wodne w głębi ostoi do jakiego docieram po 2 godzinach drogi, okazuje się zachwytem przerastać moje najśmielsze oczekiwania. Po tak długim czasie mroku chojarów, nieboskłon nagle otwiera się błękitem objawiając kolejny sekret. Niebieska kopuła wyłania się jak podarunek. Więc to jest tajemnica świerków. Dzika oaza obfitości. Tu zima zatrzymała się trochę na dłużej. Chyba nie wie, co dzieje się dalej. O ile na polach i drogach jest już rozmiękło, tutaj temperatura jest odczuwalnie kilka stopni niższa. Jakiś zaklęty kąt. Zbuchtowana ziemia kłębi się tabunem twardych grud. Dziki niezle narozrabiały. Wszystko nadal przymarznięte. Mimo to, właśnie do tego zimowego zakątka zmierzają wytrwale wszyscy mieszkańcy lasu. Powalona mocą żywiołu, ogromna stara wierzba spaja się zastygła w lodowym lustrze. Mozaika powalonych gałęzi, które sterczą wykrzyknikami kikutów w niemej skardze swojego losu. Te są uosobieniem chaosu. Dzikość maluje niepowtarzalne piękno. Ziemia i woda uczyniły siebie jednią. I właśnie na łączeniach gałęzi z lodem, błyszczy się nieco niezamarzniętej wody. Procesy gnilne drzewa robią swoje, ale dzięki temu powstają swoiste ‘’miski’’ gdzie zwierzęta mogą się napić. Matka Natura dba o swoje zwierzęce dzieci. Dostrzegam ślady jednego średniego jelenia, wszechobecnych saren i upartych dzików. W lodowej powłoce zapisała swój skamieniały trop kuna. Oczyma duszy widzę i wyobrażam sobie, jak cudownie musi być tutaj podczas pełni, gdy księżyc posrebrza zimowe zwierciadło kaskadami bladych promieni. A Ty czuwasz siedząc na powalonym drzewie, w zachwycie i niepewności co i kiedy z otchłani lasu nadejdzie.

P90208-144242

Teren opanowały olchy. I to one wyśpiewują tutaj przy najmniejszym podmuchu swoistą melodię tego skrawka. Zawodzące jęki. Rozwlekłe, straszące piski niosą się przeciągłym echem z każdym wdechem wiatru. Czarcia sonata. Ale mi nie przeszkadza. Izolowany, zaczarowany, zapomniany świat pochłania mnie w siebie, z każdym szelestem, zapachem, kolorem, przejawem kłębiącego się mimo wszystko życia. Brodawki na olchach. Jakieś dziwne grzyby. Sploty korzeni. Bębnienie dzięcioła. I wreszcie, jakby dopełnienie pojawiają się czyżyki z wesołym gwarem ptasiego zapału. Te nucą piosenkę zimy. Nie mogę się nadziwić, jak bardzo tu chłodno. Po godzinie postoju ziąb przenika już całe ciało, delikatnie wypraszając ze swej pieleszy zaginionego wędrowca. Kompozycja wilgoci i chłodu robi swoje, odbieram tak, jakbym miał wyziębione kości. Dziś nie zostanę tu na noc, choć kusi. Kto wie, co tam się jeszcze kryje. Może i łoś zbłąkany dociera? Wilk cichcem przemyka? Lis w szuwarach drzemie? Albo wiosną, legną się traszki? Olchy. Skrzypiące strażniczki. Tylko one znają najskrytsze tajniki tutejszego zwierzęcego żywota. Będą o nich nucić, po wsze czasy…

P90208-144443

P90208-144536

cddf.jpg

vvbdd.jpg

P90208-144920

Krzak.jpg
Brodawki korzeniowe, to ”olchowy wynalazek”. Umożliwia rozwój i przetrwanie, z wyprzedzeniem innych drzew. Olcha wchodzi w symbiozę z pewnymi bakteriami, dzięki którym może czerpać azot bezpośrednio z powietrza. To daje jej ogromną przewagę w ciągle podmokłym, zalewanym i niestabilnym środowisku.

P90208-144408

P90208-144935

Z pamiętnika zimowego podróżnika: Noc Wędrowna.

Uciszyło się. Szalejące przez kilkanaście godzin żywioły, zmęczone, wytańczone, wyczerpały wreszcie swą dziką furię. Woda, ziemia, powietrze – wszystko to przytuliło się w końcu zgodnie i zasnęło pod tonami bielusieńkiego puchu. Jest spokojnie i cicho. Czasem brzęknie gdzieś na mrozie niewidoczne źdźbło, ot zimowa symfonia ciszy, przy akompaniamencie harcujących myszy. Nocne pola spowił zachwyt lekkiej, białawej mgiełki. Nieruchome widma zasypanych drzew wyłaniają się niczym zjawy, narzekając na wspomnienie tragicznej zamieci. Wyglądają upiornie, pięknie i nieziemsko. Czar zimowego cudu zachwyca zestrojone z nocą oczy, przenosząc umysł do krainy duszy. Na miedzach sterczą buńczucznie maszty chwaścianych kikutów. Czego one nie przetrwają.

3ed00821ac403b399a4d76f4592c842e

Pochłaniam wcale nie forsownym marszem kolejne i następne kilometry. Czuję się jak polarnik, przemierzający bezkres arktycznego piekła. Gdzie okiem nie sięgnąć, tam ściele się otchłań wszechpanującej bieli. I możesz tak wędrować bez końca, dopóty sił starczy, lub nogi nie odmówią posłuszeństwa. Dopóki maszerujesz, jest przyjemnie ciepło. Doskonale udało mi się dziś dobrać ubiór. Nie zagrzewam się, a ciepła z podchodu wystarcza na półgodzinny postój. Idealnie. Ogarniam wzrokiem… Wolność… taką wolność, którą to nie mogę się nasycić. Bo te zaśnieżone bezkresy tkwią oto przede mną puste i ciche, a ja mogę podążyć w dowolnym kierunku, tak daleko jak tylko zapragnę. I polami wymijać, co większe wsie. Przestrzeń jak nigdy zaprasza do wędrówki. Śniegu nie ma aż tak dużo, nie męczę się wiec zbytnio. W plecaku są kanapki i dwa termosy. Z jednego krzepi herbata z własnoręcznie zebranych dzikiej róży i jarzębin, w drugim gęsta zupa. Iść, nie przestawać…

Poirytowane kwiczoły terkoczą niepocieszone, kiedy mijam krzaki tarnin i głogów. Nie dziwię im się. Na pewno gdybym wiedział, że tu śpią, obszedłbym to miejsce. O dziwo, nie napotykam żadnych zwierząt, choć śladów co kawałek sporo. Jeśli pokrywa śnieżna utrzyma się długo, ta biała kartka zaroi się paciorkami tropów. Tu przy rowie, jakieś trójpalczaste, na pewno nie bażant, za duże. Czyżby żuraw? Wiem, że sporo z nich nie podjęło wędrówki. Co kawałek sarnie kopytka, a gdzieniegdzie śmieszne znaki zajęczych skoków. Z rzadka ukazują się pojedyncze tropy dzików, i mam wrażenie, że wszystkie ślady są z dzisiaj. Inaczej być nie może, jeśli zadymka przycichła w dzień. Tłumaczę sobie to tym, że jest jeszcze wcześnie. ‘’Dzicza godzina’’ w tych okolicach, zaczyna się na dobre około 23. Wtedy najbardziej można się spodziewać czarnych kolosów. Obserwując ślady, zamyślam się nad mądrością zwierząt. Praktycznie żadna ścieżka nie prowadzi przez otwarte, gołe pole. Doskonale wiedzą, że nie ma czego tam szukać i wystawiać się niepotrzebnie na działanie zawiei i mrozu. Prastary instynkt nieomylnie prowadzi je ku miedzom, olszynom i zadrzewieniem, gdzie spadło mniej śniegu i można wydrapać coś do zjedzenia. Takich miejsc nocą nie wizytuję. Chętnie zmagam się z kaprysami pogody i tym bardziej ucieszam kiedy w tej małej replice Arktyki, przykucnąwszy w porę, mogę odprowadzić wzrokiem jakiegoś zagubionego zwierzęcego podróżnika. W takich warunkach jak dziś, bez problemu wypatruję ich z dala, zanim mnie jeszcze usłyszą.

47537-atmosphere-morning-winter-mist-purple-1920x1280

Nozdrza atakuje zapach świeżego błota i rześkiej wody. Słyszę jej narastający plusk, i już uśmiecham się w myślach. Tak! Wróciły bobry! Bulgot wodny dobywa się z niewielkiej zapory, którą pracowite zwierzątka już zdążyły wznieść mimo chłodów. Nie poddają się. Bo w zeszłym roku im ją zniszczono. Zepsuto kilka, przez co rowy wyschły na wiór, na wiele miesięcy. Ostatni deszczowy czas napełnił je znów, a to wystarczyło nieustępliwym grubaskom do powrotu i działania dla dobra człowieka, oraz wszelkich innych stworzeń. Przy tamie dostrzegam na śniegu mnóstwo tropów. Fragmenty są niezamrożone. Mam
wrażenie, jakby wszelkie stworzenie z pól, przychodziło pić właśnie tutaj. Są lisie i kunie łapki, sarnie kopytka, a nawet ptasie skoki. Bobry chcąc nie chcąc pomagają na wiele sposobów innym mieszkańcom tego świata. Wystarczy, że się osiedlą, a już dzieje się dobrze. Mój Ty kochany Bobrze. Choćby dlatego warto było maszerować tyle kilometrów, aby się tego dowiedzieć, że znów jesteś. Jak zrobi się cieplej wrócę tu podziwiać jak pracuje. Pamiętam takie sceny z niektórych pełni księżyca. Rowek jest głęboki, siedząc na jego skrawku wysoko, mam widok na strugę i leniwie sunącego grubasa. Miejscami, bywa tak płytko, że zwierz musi człapać. Widok tego czujnego przecież zwierzęcia, w blasku odbijającego się w kipieli miesiąca jest iście urokliwy jak on sam. Już nie mogę się doczekać.

Seasons_Winter_Forests_507448.jpg

Zadziwia mnie ta tajemnicza aura. Mimo lekkiego wiatru, mgła przybiera na sile aż tyle, że zamiast zadrzewień na horyzoncie, dostrzegam jedynie rozmazane bure plamy. Jakby chciały skryć swe sekrety, w zawoalowanym misterium pustki polnej. Zwierząt nie napotykam dziś nawet na postojach. Czyżby wichura tak dała im się we znaki? Trwa też przecież Lisi Bal. I kiedy borykam się z myślą, że nie spostrzegłem nawet żadnego lisa, jeden z nich zasuwa bokiem. Ależ ma tempo! Zastygam natychmiast w bezruchu. On zwalnia i wychodzi na drogę, przeskakując na drugą stronę. Nadal tkwię. Z nudów odliczam. Po 2 minutach zwierzak wyłania się znów, i wraca niemal swoim tropem. Czyli był się napić, tam gdzie bobry mimowolnie uczyniły wolne od lodu skrawki. Jakie to ważne – bo jedzenie śniegu nie zaspakaja na mrozie pragnienia, a je wzmaga jeszcze. Mikita znika mi z widoku w chmurze srebrnego pyłu, jaki wznieca po sobie podczas gonitwy. Sunie jak strzała. Żegnam go ciepło w myślach, życząc najlepszych łowów i bezpiecznego szlaku. Tej nocy przemaszerowałem około 20 kilometrów. Dziewięć godzin w terenie. Tak to się wlecze z postojami. W nastroju aury coś się zmieniło. Wilgoć wieszczy zmianę…

W powietrzu wisiała odwilż. Za kilkanaście godzin świat zachłyśnie się deszczem.

402968-svetik

Fragmenty pochodzą z powstającej właśnie mojej książki ”Szepty Kniei”. Jeśli podobała Ci się ta opowieść, możesz pomóc Szeptom urzeczywistnić marzenie ich papierowego wydania, klikając TUTAJ

https://pomagam.pl/szeptykniei 

Za każdą otrzymaną już pomoc dziękuję pełnią leśnego serca ❤ 

Zimowy pielgrzym. Starcie z żywiołami zamieci.

Gdy wiatr zaczyna wyczyniać dzikie hulańce, a wirujące płatki mokrego śniegu w szalonym pędzie chłostają mroznym policzkiem wszystko na swej drodze, wtedy… Czas do ciekawej wędrówki nastał  Odkąd pamiętam, uwielbiałem mierzyć się z ekstremami pogody. Jeśli zimą nie było księżyca, do wyprawy najbardziej nadawały się takie oto aury – gwiezdne niebo i diamentowa cisza mrozu, albo… furia zimowej zamieci…

Opatulony jak bałwan. Chłoszczące smagnięcia wiatru ziębią nogi, mimo solidnego ubioru. Tu sprawdzi się coś nieprzemakalnego. Brnę z niemałym wysiłkiem zapadając się w czapach nowo powstających zasp. Porywy wichru tamują oddech. Oczy trzeba przymykać – bolą atakowane pędzącymi płatkami śnieżnego impetu. Nieprzyjemne kłucie. Czasem nadlatuje pasmami uderzających w ciało fali. Chwieję się wtedy. Ale uparcie zmierzam dalej, oczarowany potęgą mocy śniegowej jędzy. Najgorzej, gdy śnieg jest sypki i jest go dużo. Tak ponad kolana. Wtedy każdy kilometr przeprawy przez puchowy dywan, odczuwa się jak pięć. Ogromny wysiłek, szybko wyczerpuje. Czy starczy mi sił? Świat wydaje się być jedną zimową pustką. W takich warunkach szczególnie podziwiam go z perspektywy pradawnej dzikości. Zwierzęta nie mają jednak taryfy ulgowej. Jeśli sztormowa aura przedłuża się, trzeba starymi szlakami podążyć na żer, mając naprzeciw żywiołu tylko własny spryt, sprawne racice i zimową szatę sierści. Przy takim wietrze wystarczy niewielki mróz, aby odczuwalna dla skóry ujemna temperatura powiększyła się do kilkunastu stopni. Taka pogoda daje mi jednak pewną przewagę. Choć ślady szybko zostają zasypane, widoczność nadal pozostaje lepsza niż w przypadku braku śniegu. Szalejąca wichura rozprasza zapachy, a trzeszczące drzewa robią echem za tło, w którym zatracają się wszelkie niespodziane odgłosy. Mogę ustawiając się pod wiatr, niewidoczny, niewyczuwalny, zaczaić się na jedyne takie zimowe widowisko…

6192057-snow

Baśniowe otumanione śniegiem pola, na których śpiewa wicher w tańcu z kawałkami wszechobecnej śnieżyny. W oddali tego bezkresu, wzrok rozróżnia nieokreślone, czarne plamy. Suną niemrawo, powoli. Jeszcze gapię się i mrugam, starając upewnić czy mi się nie wydaje. Nie. To zwierzęta. Zbliżają się wolno, bo im również pół metra śniegowej pokrywy daje się we znaki. Czasem któreś z nich wybija się lekko w górę, jakby w geście buntu wobec śnieżnego zdobywcy. Zapadają się w nim z powrotem. Musi minąć trochę czasu, zanim sarny, dziki i jelenie, wypiszą w białym pamiętniku utarte ścieżki swoich tropów, żeby swobodniej się poruszać. Nie jest im łatwo. Są już na tyle bliżej, że wiem. Dziki! Jest ich około 10. Dwa największe prą naprzód, biorąc na siebie cały trud tej awanturniczej przeprawy. Wydrążonym korytarzem posuwa się reszta, choć taki jeden mniejszy, co i raz wyskakuje na bok nurkując w zaspach. Dobrze się bawi. Beztroska młodość ma swoje prawa. Wiatr atakuje ostro wdzierając się lodem w płuca, a ja mam wrażenie, że wyczuwam zapach spoconych dzikich świń. Stoję frontem do nicj, oparty o drzewo. Czarne, włochate stwory kierują się nieco na ukos ode mnie. Tam jest przejście w rowku. A przynajmniej było, dopóki nie zawaliły go zaspy. Jestem ciekaw jak pokonają taką stromiznę. Stłumione kwiki i chrząknięcia watahy docierają do słuchu mimo czapki i kaptura. Teraz ani drgnąć. Pień olbrzymiej wierzby pochłania mnie w siebie, i odtąd mam poczucie, że wytrwam jak to drzewo, ile będzie trzeba…

lc8ocrv

I znowu zaskoczenie. Nie próbują sforsować rowu. Kontynuują marsz wzdłuż niego, nieopodal moich przysypanych już śladów. Spryciarze! Tak, wierzchem zmarzniętych starych zasp idzie się wygodniej, choć nie wiem czy dzikowi też. Gromadka przetasowuje się z hałasem, i dostrzegam jak miejsce dwóch przodowników zajmują inni. Tu teren jest nieco lżejszy. Rosnące po drugiej stronie rowku tarniny i głogi, zatrzymały nieco śniegu. Cóż za solidarność w chłodzie! Teraz prowodyr stada wypocznie nieco i nabierze sił przed dalszą wędrówką. Z zachwytu chwili wyrwa mnie obraz zjeżdżającej plamy, lądującej z kwikiem na dnie oblodzonego rowku. Opętany ślizg! Coś delikatnie pęka z chrzęstem. Pewnie kawałek lodu… Grupa zatrzymuje się na to zamieszanie i już słyszę zdziwione, zaniepokojone odgłosy. Największy staje na krawędzi i jakby zerkał w dół. Stąd nie widzę gapcia, który wpadł. Zaspy ogromne, wysuwające się ‘’daszkami’’ pokrywy nad rowek. Stadko nie niepokoi się zbytnio, całkowicie są pochłonięte wydarzoną sytuacją i towarzyszem w dole. Pewnie próbuje wylezć. Jaka szkoda, że nie mogę się ruszyć by zerknąć co tam się dzieje. Wymiana pogłosów między dołem a górą. Zaczynam już się martwić o tego pechowca. Wiem jak ciężko jest wydostać się po takiej stromiźnie przez zaspy, zwłaszcza gdy jest się ciężkim, niezgrabnym zwierzęciem bez rąk do dyspozycji. I wtedy dzieje się coś, co na długo odciska się w pamięci piętnem wzruszenia. Momentami bura sylwetka zwierza niknie w podmuchach bladej zasłony żywiołu. Mam wrażenie, że spoglądam na jakiegoś pradawnego ducha. Mądrego i dostojnego. Czarna Zjawa. Książę tutejszych pól. A on po prostu.. jak stał, tak podskoczył na tylnych biegach, przednimi wbijając się w krawędz zaspy. Olbrzymie cielsko traci równowagę i pociesznie bokiem zjeżdża na sam dół. Do niego. Pociąga za sobą małą lawinę. Ale.. przetarł mu szlak. Po chwili wynurzają się oboje, witani również mieszanymi głosami pobratymców. Tak – dziki to bardzo rodzinne i inteligentne zwierzęta. Wiadomo nie od dziś. Może i dlatego tak je pokochałem, poświęcając lata, nie bacząc na pogodowe sztormy, aby po prostu być z nimi jak najbliżej. Grupa czarnych wędrowców oddala się ze srebrnym szmerem, a ja pozostaję znów w towarzystwie wyjącego wichru i atakujących nieosłonięte fragmenty twarzy śnieżycy. Jakby chciała mnie ocucić. Odeszły, choć zostawiły za to coś cennego. Bo czuję, jak w sercu, wyryte dziczą racicą spisało się kolejne z najpiękniejszych wspomnień… i mrozne przesłanie srogiego Ducha Zamieci…

23913-snow-storm-wallpaper_79483

Nocni Strażnicy.

Jedno jest pewne. Nie ma dwóch takich samych pełni. A ten srebrzysty świat nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.Mimo tylu lat podczas każdej mogę poznać coś nowego. Krótka historia o czym paplają kaczki nocą oraz jak dzik lisowi kolację zepsuł… Zza okna spogląda na mnie przybierający w złotym blasku księżyc, w domu coś narzekają na mróz…

– Mróz ? ? ?

Chyba nie ma lepszej aury do wyprawy. Zawsze czekam nań z utęsknieniem. Podczas ujemnych temperatur maszeruje się wygodniej, organizm rozgrzewa się – czuję się zdrowiej. Błotniste obszary i nieprzebyte kałużyska ścinają się chłodem, otwierając swobodny trakt dla dotychczas niedostępnych miejsc. Szybka decyzja, kompletowanie ubioru, zamyślenie czy wszystko jest. Jest. No to w drogę!

4797388-night-pictures

W dolinie pośród pól, rowów, łąk i zadrzewień wita mnie gęsta otulina mgły. No tak: ‘’Mleko się rozlało’’. Na niżej położonym terenie kumuluje się na potęgę, skrywając wszystko całunem powłóczystej tajemnicy. I straszno, i pięknie. Wstępuję w kłęby i ruszam dalej. W środku widać całkiem niezle. Z daleka wyglądało to gorzej. Choć znam drogę na pamięć, cieszę się, że jednak widoczność jest bardzo przyzwoita. Pod stopami niestety chrzęszczą marznące grudy. Na trawie jest jeszcze gorzej. Na szczęście jest wcześnie – tuż przed 20, a więc zwierzęta na dobrą sprawę nie buszują tu tak swobodnie. Z oddali dobiegają cały czas odgłosy żyjącej wsi. One czekają na ciszę.

Moim celem jest śródpolne kamienisko, które upatrzyłem sobie spacerując w ciągu dnia. Miejsce, wysokie, bezpieczne, zapewniające mi dobrą widoczność z każdej strony. Teren – bajka, obok płynący strumyczek, kawałek dalej rów i bobrowa tama. Woda pluska kojąco. Z jednego boku mam widok na kukurydzisko, z drugiego łąka na której lubią żerować sarny i buchtować dziki. W strumieniu znajduje się bród – przejście zwierzątek, którym przeprawiają się z pola na łąkę i odwrotnie. A dalej dzicze bagno i lasy….Na szczycie napotykam dwa idealnie płaskie kamienie, jakby specjalnie ułożone do siedzenia. Duże, bardzo wygodne. I już wiem dlaczego Dusza, i że to właśnie ona wybrała mi to miejsce  Z radością
zasiadam na widowisko i słuchowisko jakie może mnie czekać.

photo-1444080748397-f442aa95c3e5

Nocni strażnicy. O kim mowa? Co i raz dobiega mnie zirytowane kwękanie oburzonych kaczek.

– Kreeech, kweeeek, kreeech – niesie się narzekanie kaczorów. Dolatuje co i raz z różnych stron, ze zmienną intensywnością. Nasłuchuję tego z uwagą. To dla mnie sygnał : ‘’wiedz, że coś się dzieje’’. I już nie muszę z czujnością nasłuchiwać innych zwierząt – wystarczy mi kacze echo. Tak dają wyraz swojemu przestrachowi lub złości, kiedy jakiś dzik przeprawia się lub hałasuje w trzcinach psując im noclegowisko. Może szuwary penetruje lis? Tego nie wiem, ale przy odrobinie cierpliwości i szczęścia dowiem się w swoim czasie. A gdyby kaczki z trzepotem odleciały, wtedy trzeba mieć się na baczności. Znaczy – zbliża się drugi człowiek. Pożegna mnie wtedy smutny poświst skrzydeł… Na razie jednak paplają, nie zamierzając się ruszać. Nie pomyliłem się – po jakimś czasie słyszę niedaleko ‘’kaszlące’’ i bulgocące dziki. Ależ gromko dziś chrypią! Nie chcą jednak się pokazać, harcując w zaroślach. Kaczuchy co i raz obwieszczają nowe zdarzenia z kolejnych miejsc. I cichną. I tak ciągle…Niezły gwar, jak na końcówkę listopada. Wzmaga się mróz, ale nowa taktyka ubioru sprawdza się znakomicie i bez trudu wysiaduję już drugą godzinę.

Trochę się uciszyło. Mgła jeszcze zgęstniała. Mokra wata. Co jakiś czas rozglądam się wokół – mimo mrozu, zwierzęta potrafią przemieszczać się subtelnie, i można coś przegapić. Podczas jednego z takich przeglądów dostrzegam koczujące przez opary sylwetki. Dziki? No wreszcie!
Nie…Te są ogromne. Wyższe jakieś. Jelenie? Ale co tu u licha robią jelenie?

winter_sky_by_vronde-d5qxecd

Zszokowany staram się nieco wytłumaczyć racjonalnie. Co też mogło je tu przygnać? Dwa byki. To dopiero niespodzianka. Niedaleko osiedla, ogrodzenia, trasy ruchu, a do większego kompleksu leśnego jakieś trzy kilometry. Nie mogę się nadziwić, a głowa szuka wyjaśnienia. No ok – na resztki kukurydzy. Tylko, że tam miały ją wszędzie po drodze. Aby tutaj dotrzeć musiały nawet przeprawić się przez linię kolejową…Nie znajduję wytłumaczenia. A one, niepomne na wścibskiego gawędziarza, zatopiły swoje cielska z powrotem w szarych kłębach, zmierzając w sobie tylko znanym kierunku. No nic – takie psikusy się zdarzają. Bywało i spotkać dziki niemal pod samym domem, przy powrocie z całonocnego czuwania, na którym nie widziało się niczego.

W ogóle nie ma dziś saren. Trochę mnie to dziwi, bo od śladów gęsto. Nie widać, nawet kozły nie szczekają. Choć co jakiś czas słyszę pluśnięcia kopytek w strumyku, i wiem że sobie tam przechodzą nie pokazując mi się. Jak można zanurzać się w tak lodowatej wodzie! Brrrr….

Mija trzecia godzina. A może dłużej. Czuję się już lekko, błogo i radośnie, zjednoczony w ciszy z tym wszystkim co wokół mnie wędruje, żeruje i śpi. Z letargu wyrywa mnie powtarzające się pluskanie. Coś przechodzi przez bród? Chlupie – pewnie dzik. Po chwili kotłuje się w krzakach, szura w zeschłej trawie, łoskot, chrzęst i niewiadomo co jeszcze. Jakiś dziczy gbur, zupełnie bez szacunku wobec innych zwierząt, które mogłyby się wystraszyć. Jest niedaleko mnie, kilka metrów. Nadal nic nie widzę. Już wstrzymuję oddech, a oczy pewnie świecą się jak u żbika. Szmery przycichają, przechodząc w dziwne skrobanie. Za parę chwil już tylko skrobanie i gryzienie. Czuję się oszukany…No bo teraz, kto, bóbr? 10 minut – szurr, szurr po drewnie. I niewielki pęd wierzby przewraca się z łoskotem. Bober hałasuje nie gorzej niż dzik, a ja staram się go wypatrzyć. Nic z tego…. Za to kątem oka dostrzegam inny ruch.

Yale-University-Art-Gallery-Archaeology-Art-And-Ethnology-Museum1

Wraca lis! Od strony pola. Być może to on straszył kaczki na noclegowisku. Sądząc po tym jak znajomo pełznie, to ten sam przyjaciel ze spotkania wcześniej. Nie zwraca uwagi na moją górkę. Nasłuchuje bobrowych harców. Cały skupiony, z nastawieniem szpiczastych uszek zbliża się do miejsca bobrzej pracy. Stara się podejść do samego rowu nieco dalej. Wiem dlaczego. Bobra upolować nie jest łatwo – wystarczy że pluśnie do wody i tyleś go widział. Tam już schroni się w niedostępnej norze, w razie co wystawiając na dobry wieczór bobry, oślizgłe, ostre, żółte zębiska. Tam gdzie nie mogą jeszcze wybudować żeremi, kopią tunele. A woda zimna….Lisi przyjaciel wie chyba wszystko to samo co ja. A może nawet i więcej. Dlatego stara się zajść od drugiej strony. Bobrzysko hałasuje, tak, że poza pędami które ogryza, chyba świata nie widzi. Trochę mi go szkoda, bo zaraz….

Do widowiska wkracza mi niespodzianie trzeci aktor. A raczej aktorka. Wpatrując się w lisa, zza gałęzi dostrzegam solidną czarną plamę. Poprzedzone regularnym chrzęstem, na który zaabsorbowany nie zwróciłem uwagi. Przez łąkę wesoło i pogodnie toczy się dzik, a raczej spasiona locha, którą widziałem już podczas ostatniej pełni. Wtedy dosłownie wpadliśmy na siebie w gęstej mgle, a świnia wcale niechętnie salwowała się z łąki pofukując gniewnie. I sądząc po tempie w jakim to czyniła, nie była do tego wcale taka chętna. Przeprosiłem ją w myślach. I dlatego dziś wybrałem się dużo wcześniej, wiedząc o jakiej godzinie można ją spotkać na łące. Żeby przypadkiem jej nie nie zakłócić niczego. Ale teraz, mało tego! Z trwożnym kwikiem podlatuje do niej jakaś nieznana mi sowa, forsując pozorowany atak. Co to ma być? Co te zwierzęta dzisiaj? Świnka wygląda jak beczułka, ale może będzie miała młode. Dzikuska niefrasobliwie pruje przed siebie, co i raz przystając i próbując buchtować zmarzniętą darń. W jednym miejscu zatrzymuje się dłużej – prawie naprzeciw mnie. Podziwiam z jaką zawziętością rozwala glebę. Jest taka śmieszna, na tych krótkich nóżkach. Taki pączek. Prawie jak ja  Dobiega mnie zapach mokrej, rozrytej ziemi. Ona krąży tak sobie cały czas w ciągu nocy, podjadając co znajdzie. Widać na kukurydzę nie może już patrzeć, skoro przybrodziła na wpół zalaną łąkę. Bóbr ścichł. Lisa już nie ma. Pora chyba wracać. Patrzę na księżyc. Spowija go pierścienna otoczka, a mgła przybrała w potędze do niemożliwości. I już wiem, że w ciągu godziny utworzą się chmury. Gwiazdy znikły. Na gałązkach polśniewa szron. W słabnącym świetle księżyca iskierki mrozu tlą się migającym tu i tam blaskiem, mamiąc oczy. Ma się wrażenie, że to błyskają ślepia zwierząt. I tak to właśnie jest w tym leśno – polnym świecie. Nigdy nie wiadomo co się zdarzy. Jakiego cudu doświadczysz, i jaką tajemnicę podejrzysz. Komu szczęście, a komu pech? Ja w każdym razie wróciłem najszczęśliwszy jak się domyślacie. I mam nadzieję, że lisowi też udało się tej nocy. A bóbr ocalał. A świnka się najadła i wróciła bezpiecznie do barłogu

night sky

_CKO39221www