Piżmak. Wspomnienia duchów Mgieł

Są takie zwierzęta, których nie widuje się zbyt często. Mimo że istnieją wokół i są dość pospolite, znikają w tłumie, na rzecz przykuwających uwagę wszechobecnych saren, czy większych ptaków. Zamieszkują nie zawsze łatwo dostępne środowiska. Siedziałem właśnie nad stawem, obserwując poczynania czujnej czapli, gdy widoczny kątem oka ‘’smyrg’’ oderwał mnie od siwej drapieżniczki. Co to tak migło? Błyskawiczne. Chyba mi się przywidziało…

Czapla tkwi w bezruchu. To taki pozorny bezwład. Wiem, że jej pierzaste ciało napiętej jest w tym momencie jak struna, i wrażliwe okiem na najmniejszy widoczny ruch pod taflą. Tym razem, nie ‘’myrgnięcie’’. Łodyga trzciny kołysze się jakoś podejrzanie, nienaturalnie. Czyżby jakiś ptaszek? Przepatruję wzrokiem góra – dół i znów, akurat właśnie gdy dostrzegam, mig! Zdążyłem zarejestrować tylko buro – rudą sylwetkę, dość małą ze sznurkowatym ogonkiem. Czyżby rzęsorek rzeczek? Myślę. Mógłby tu być. Teraz szkła lornetki kieruję właśnie tam. Trzciny ruszają się podobnie podejrzanie, tym razem bardziej w głębi. Chaotyczne potrząsanie. I wynurza się. Co za stworek! Łapkami dotyka łodygi, jakby badał czy dobre… Jest na powierzchni sekundy, po czym znów nurkuje, i wtedy właśnie trzcinka zaczyna się chybotać. W głowie się rozjaśnia, toż to piżmak! Zwany pogardliwie niekiedy ‘’szczurem wodnym’’. Rzadko widywany gość. I znowu stwierdzić muszę, że bez lornetki nie rozpoznałbym. Nie byłoby pewności. Zmieniam nieco pozycję aby go lepiej widzieć, o czapli zapomniałem…A ona właśnie odlatuje. Ehh…

Piżmak wygląda prawie jak miniaturka bobra. Prawie, bo jego ogonek jest cienki jak powróz, no taki podobny jak u myszy. Wodna mysz. Dobre. Żywi się głównie kłączami roślin wodnych, czasem jakiś lęg ptasi spladruje. Uznawany jest za gatunek inwazyjny i szkodliwy, bo wziął się stąd, że uciekł człowiekowi z hodowli futerkowych. No i się go tępi, podobnie jak jenota. Choć wytępić nie jesteśmy ich w stanie, bo to technicznie niewykonalne. Tak niedostępne ostoje potrafią zamieszkiwać. Rozmyślam – jak też łańcuchem pracuje zło. Futerkowe hodowle, gdzie zwierzęta stłoczone w klatkach nie podziwiają słońca, nie wdychają aromatu rześkiej wody, tak jak natura je stworzyła. Iluś tam udało się z tego piekła uciec. Jak reaguje człowiek? Krzyczy: ‘’Szkodnik, gatunek inwazyjny, zniszczyć, zabić!’’ Widzi ‘’przyczynę’’ wszędzie, byle nie w swoich działaniach. Takie maleństwo…Jedyne co piżmak może napsocić, to rozkopywanie wałów przeciwpowodziowych. To samo robi rodzimy bóbr, i po prostu drzewa czy wrażliwe miejsca obkłada się wtedy siatką, gdzie grubas się nie przegryzie. Być może dlatego nasz cały postęp techniczny, jest tylko pozornym rozwojem. Skoro przynosi tylko cierpienie, zniszczenia i śmierć, a siłą napędową jest wyzysk. Przecież od kilkudziesięciu lat jeździmy nadal kopcącymi samochodami na silnikach spalinowych, mimo technologii Tesli…Więc jaki postęp. Temat na inną opowieść.

Podziwiam piżmaka, z jaką pasją i perfekcją męczy tą jedną trzcinkę. Świata poza tym nie widzi. Błyskają żółte ząbki. I z tej strony jakby nie patrzeć robi coś pożytecznego, bo przecież człowiek okresowo wykasza szuwary, aby mieć dostęp do tafli wody. Płynie do mnie…nauka. Zastanawiam się znów. Dlaczego piżmak wciąż istnieje, mimo tych prześladowań, wrogów naturalnych? Odpowiedz jakby przychodzi w jego robocie.

– Bo jestem skupiony na sobie. Tylko na tym, co mam zrobić i co chcę osiągnąć. Temu poświęcam, z jakim oddaniem swoją energię. Nie rozpraszam się. Wykopuję kłącze, które chcę zjeść…

Takie to niby proste. Ufają i działają. W przyrodzie wiele kryje się odpowiedzi, na odwieczne ludzkości pytania. Wysiedlone suszą bobry przeniosły się tam, gdzie jeszcze jest woda i dalej budują swoje tamy z patyków. Wierzą, że dadzą radę.

Chwilę przed zachodem słońca usadzam się w jednej z otwartych czatowni. Stąd mam widok na świeżo zaorane pole, bagno, szuwary, i lasy. Tu spocznę do ciemności po kilkugodzinnej wędrówce. Spotkałem aż kilka bażantów, a przecież lamentowałem ostatnio, że chciałbym zobaczyć wspaniałego koguta w lornetce, a tak ich coś mało, nie widziałem już parę miesięcy. Manifestacja natychmiastowa. Ciekawskie sójki dziś zaskakują, żerując na skraju pola całą gromadą, zupełnie jak stado kur. Co podnoszą, stąd nie widzę. Staram się podejść. I choć sójka zdawałoby się, łatwy obiekt do obserwacji, cwaniary wiedzą, że coś jest inaczej. Pewnie nigdy nie widziały obserwatora. Niepokoją się całą chmarą i siadają na wierzbach. Latają nade mną, a w lornetce widzę jak odwracają łebki przy okrążaniu, aby mi się przyjrzeć. Zdają się być totalnie zdumione. Że ktoś się zbliża, celowo właśnie do nich. Odchodzę śledzony, całe szczęście nie wrzeszczą, tylko sondują w milczeniu.

muskrat

Zaszło. Jak szybko umyka jesienią. Temperatura leci. Po południu było wręcz upalnie, a teraz trzeba ratować się kurtką. I nawet się cieszę, bo myślę sobie, jeśli tu spadki są takie, to co dopiero w górach, na Podlasiu czy choćby Warmii. Gdybym tam miał wędrować… Wieczór jest cichy, namiętny jakiś taki. Kosy alarmują i szczebioczą w terkocie przed snem, najbliższe miesiące to one będą tutaj Zegarem Zmierzchu. Nad całością bagna unosi się pierwsza mgła, i zaczyna dziać coś, czego się dziś niespodziewałem…

Mgły zaczynają gęstnieć. Podnoszą się zakrywając mi okoliczne światła i osiedle, które wyrosło nieopodal podstępem. Idą w górę, skąd pasmami rozlewaję się na pole. Będzie taniec, będzie sztuka, przedstawienie! Mgliste pląsy wody żywej, to jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie przyroda wyreżyserować może. Zachwycam się – jakaż moc tu, w tych szuwarach i odmętach drzemie? Przetrwała mimo wszystko, i w chłodzie ukazuje nocnym wędrowcom swoją potęgę. Tam człowiek w swych światłach i przed ekranami seriali, tu one, które głucho wypełniają wszystko… wytłumiły mi nawet dzwięki dobiegające z wsi. Film oscarowy, gdyby nagrać to w przyspieszeniu. Tak się cieszę. Oglądam się za plecy – i łąka zanurzona w bieli. Cud chwiejny, żywy. Wokół robi się okrąg mleczny, a wszystko to wypełza właśnie stamtąd, z serca moczarów… Jak pajęczyna wilgotna, porywa w sen swoich macek. Tak oddycha ziemia. Tak pracują żywioły. Nie poddają się. Ile jeszcze przetrwa? Człowiek może zasypać, zasuszyć, i wybudować na tym dom. Bywało już tak. Pamiętam to miejsce jeszcze z czasów, gdy nie były stąd widoczne światła osiedli mieszkaniowych, nie dobiegały poszczekiwania psów i rzężenie pił, kiedy o zmierzchu wychodziły z trzcin watahy dzików po 30 sztuk… Gdy woda płynęła szeroką strugą po kaskadach rowku i chrobotały w nim bobry. Urzędował rzęsorek. Jak jeleń ryczał w kukurydzy, i wąsatki pasły się na szuwarach… Nie było ambon myśliwskich. Ostoja była bezpieczna, dzika i wolna. Nie wiem czasem po co tutaj zaglądam. Może dlatego, że najbliżej, sentyment, i znam każdą darń wraz z zakątkami zwierząt. Mój świat odchodzi każdego dnia, coraz dalej. Krok po kroku, odpływa…subtelnie. Coraz dalej muszę jeździć, by znaleźć kawałek ciszy. Przetrwa w opowieściach… Mało pocieszające. A kiedy się zatrzymamy? Co nam zostanie? Przecież nawet gdyby te historie miały w przyszłości być świadectwem, nikt nie zburzy mieszkań i blokowisk, by wrócić do tego co było. I nie mam wątpliwości, że na zabudowaniu pól i wycięciu zadrzewień się zakończy. Co się dzieje w innych częściach świata – nie można wyciąć, to podpalają. A ja się dziwiłem niekiedy, widząc ludzi biegających w słuchawkach. Cwaniacy. Być może czeka mnie to samo jeszcze za życia. Śpiew ptaków odtwarzany ze smartfona, bo lasy będą ptasio ciche, z szumem biegnących na wiaduktach ponad nimi autostrad…Pęd po iluzję. Zamkniemy się w coraz to nowocześniejszych domach, zagłuszymy duszę relaksacyjnymi dzwiękami, tym samym zatrzaśniemy na świat i siebie nawzajem. Cierpkie rozważania.

Przez siwą zasłonę przebija się piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Zew śmierci dla gromad myszy polnych – coś jak wycie wilka. Sowa obwieszcza wypad na łów. Dla mnie to sygnał, że pora wracać. Mgły podchodzą złowrogo gęstym duchem tuż pod czatownię, nie widać prawie niczego, drzew ani horyzontu. W takim kłębie łatwo zgubić orientację, kto niezwyczajny. Na znanym sobie terenie to zawsze wesoła przygoda. Raz mi się zdarzyło. Zakręciłem się parę razy z zamkniętymi oczami wokół i podjąłem wędrówkę. Przednia zabawa. I mgła lubi dokazywać. Wilgoć osadza się na butach, przemakając je do końca. Dziś nie zabrałem kaloszy. Nie zawsze chcę – ‘’ludzie dziwnie patrzą’’ gdy idziesz w nich przez miejscowość, podczas cudownej pogody. Nie znają realiów wypraw. Dziś buty wstępnie zmoczyłem już po południu, na resztkach rosy która nie obeschła od rana. Sekrety otulają mnie szarym kożuchem wspomnień przesłaniając burą gęstwą wszystko, gdy brnę przez chłodną łąkę – czuję się wtedy dobrze. Zabrały światła, odgłosy, dalekie budynki, utuliła w miękkiej, rześkiej ciszy. Nicość, taka moja, jedyna. Oddaję się jej w zapomnienie. Władaj mi tą krainą kochana jak najdłużej…

26.09.2019 – Bobrowe rozważania nad Stawem.

Muskrat_swimming_Ottawa

Księżycowe Kwiaty. Pełnia czujnych jeleni.

Dawno nie było tak pięknej pogody. Za dnia ciepło i niebiesko, a nocą… delikatny chłód, jasny księżyc i kryształowa widoczność. Szczęście nocnego wędrowca. Wyprawy stały się coraz dłuższe. Powinienem wiele pisać, a tymczasem nie mogę wysiedzieć w domu. Ruszam zwykle około godziny 16-17, a wracam po 3 nad ranem. I tak przez kilka dni. Być w przyrodzie tyle czasu…to dostrzegać więcej. Aksamitne kwiaty żółtej złoci i mniszka kulą się z zimna i ciemności przy nadejściu wieczoru. Zamykają. Trwa integracja z ‘’nowymi’’ sarnami na łące. I królikami. Trzeba odpowiednio czasu poświęcić, aby się do Ciebie przekonały. Choć i tak nie podejdą blisko. Wtedy pojawia się, może jeszcze nie bliskość, a coś co określiłbym mianem olewczej komitywy. Choć nie jestem tak czujny jak żuraw, i nie wrzeszczę jak sójka, mam wrażenie, że one czują się ze mną bezpieczniej. Na zasadzie, jest ‘’nasz’’ człowiek, więc inny dziś tu nie się nie czai. Wiedzą chyba, że niczego od nich nie chcę, poza tym, aby były i zachowywały się swobodnie. Ja wdzięczny i szczęśliwy, one łagodnie obojętne. Zauważyłem, że zwiększa się wtedy ich ‘’próg tolerancji’’ na obcy hałas, wywołany np. szelestem ubrania. Długo potrafią nie reagować, gdy znają jego źródło. Ot, siedzi sobie jakiś tam krasnal, wierci, ale grzeczny jest, to mu pozwolimy być z nami. Siedzimy tedy godzinami w słońcu. Ważne, aby być tu przed nimi. Wtedy, gdy wyglądają z zarośli przed wyjściem na widok, mogą się z Twoją obecnością oswoić. Dziś jednak, kiedy pojawia się pierwszy kozioł, cicho zmykam – saren mi na ostatnie dni dość. A nie chcę ich niepokoić, kiedy wylezie więcej. Czerwonym wieczorem przenoszę się do nadrzecznego łęgu, który tak obiecująco wygląda od środka. Błota, powalone drzewa, rozlewiska i tropy. Może być ciekawie.

17862548_1270716659642894_6484943921228570736_n

Bo tu natura szepcze o tym co ma w zanadrzu najpiękniejszego – nieokiełznanej dzikości. Dawne ślady wycinek ludzkich zarosły. Chram się uczynił, tylko dla zwierząt łatwy w dostępie..Takiej gimnastyki podczas krótkiego marszu jeszcze nie miałem – pochyły, skoki na kępach, zapadanie w mule, ukłony, kucanie, czołganie, wspinaczka górą przez kłody. Chcesz widoku i piękna – spoć się najpierw. Wreszcie docieram do drzewnego cmentarzyska topól i olch. Leżą już długo powalone. Idealne miejsce do obserwacji. Żaden zwierz nie będzie tu wchodził, ścieżki dotąd nie prowadzą. Widać za to doskonale. Ptasie pieśni malują ciszę muzyką. Drobni soliści. Rudzik, strzyżyk, pierwiosnek, szpaki. Nagle, myrg! Mały cień czmychnął. Przywidziało mi się? Minuty mojego bezruchu. I ukazuje się. Brązowa nornica, biega po kłodach. Śmiga jak duch. Cieszę się! Mimo, że zwierzątko małe i pospolite, nie widuję ich tak często. Do zagajnika ściągają z łąk pierwsze sarny, będą chyba się kąpać. Nieopodal lądują kaczki na nocleg. A ja czuję… że ta przestrzeń jakoś mnie stąd wyprasza. Jakby nie chciała zdradzać mi wszystkich swoich sekretów. Ból głowy… Czasem właśnie tak jest. Mają drzewa swoje powody i sprawy. Miejsce jest dla nich święte. Prawie nie odwiedzane. I tak ma pozostać. Choć spomiędzy olch spogląda już na mnie malowniczy księżyc, podejmuję powrót. To najlepszy moment. Po ciemku będzie to niemożliwe. Żegnajcie… może kiedyś będę godzien. A jeśli nie, przyjmuję.

O fizjologii wędrówek nie powinno się pisać, ale jak tu nie napisać, kiedy harcujący po łące królik zatrzymuje się i bada miejsce Twojego siusiu. A uważa się, że ten zapach szczególnie odstrasza zwierzęta. Ja mam obserwacje prawie odwrotne. Tak samo było z dzikiem i sarnami. A szarak… kica po moim śladzie w moim kierunku. Pewny siebie. Ja nieruchomo i bez oddechu. On skrobie po jakimś drewnie które się napatoczyło. Ding, hop, skik… metr przede mną wymija mnie małym łukiem, jakby był niczym więcej, niż słupem drogowym. W księżycowym srebrze widać go dobrze. Że też im nie jest zimno w tej mokrej trawie brodzić.

Ols, ten sam w którym spotkałem starego odyńca, przy księżycu cudowny jest jak baśń. Dopiero dostrzegam pełnię jego czaru. Białawe prześwity, ciche pluski nie wiadomo czego i cienie ogromnych wykrotów. Pobudzają wyobraznię. Ale nie boję się. Mam poczucie, że choćby ukazały mi się na raz wszystkie duchy tego lasu, uśmiechnąłbym się tylko. Nie potrafię zrobić kroku… przeglądam się w księżycowej wodzie. W niej zapisała się pamięć świata.

– Hej Olszyny, w bród zalane, opowiedzcie, co mi dane… 
– Cichy wędrowcze nasz witaj, o co chcesz, poproś, pytaj…

I niby wracam, a dzieje się. Na dróżce pod lasem czekała na mnie rodzinka dzików. Locha z małymi. Znów nie usłyszały rowera, a ja zdążyłem zatrzymać się w porę. I obserwuję… ‘’postęp drogowych prac leśnych’’ w wykonaniu dziczej mamy. Tak troskliwie… pomaga maluchom w samodzielnej buchcie. Tego się uczą. Błogosławię w duchu tym mądrym, pożytecznym stworzeniom. Dziękuję za to, co dla nas robią. Tak niedoceniane… tak prześladowane… A przecież bogactwo tej krótkiej chwili. To szczęście. Zostanie już ze mną na zawsze. Nigdy się nie znudzą. Chrumkające, dobrotliwe gapcie. Po chwili cała rodzinka biegnie już stronę trzcinowisk, gdzie lądują w pluskach. Przed nimi długa noc psot. Kilkanaście kroków i ukosem na polu wyłania się nowa niespodzianka. Sylwetki. Zbliżam się powoli. Pewnie to sarny. I mimo, że nie da się tu podążać najciszej, one nie reagują. Bliżej poznaję – to grupa jeleni! Zawsze ta ich wielkość… wieje majestatem. Pochylają się skubiąc roślinność na ugorze. Myślę, że działa tu trochę taki mechanizm. W swoim nocnym świecie, tak bardzo nie spodziewają się nikogo, że nie reagują na wiele bodzców. Widok – raj. Podłużne nieco łby, i dostojeństwo ruchów. Sarna porusza się śmiesznie ‘’pająkowato’’. One zachowują godność. Stoję tak długo, aż nie schodzą same do lasu. Finalnie mój powrót opóźnił się o dwie godziny. Warto było…

Drugą noc poświęcam drzewom. Pełnia Księżyca to takie ich święto, podczas którego bardzo są aktywne i emanują pełnią głębi swej uzdrawiającej energii. Las zachowuje się jak żywy. Nagłe szumy, jęki, westchnienia i trzaski w koronach. – I pełnia Wiosny przyjacielu nadeszła? Dziś z Krzesimirem chyba po raz pierwszy mówimy jednym głosem. Dziękujemy oboje Stwórcy. Za swoją znajomość i wszystko co dzięki niej się przejawiło. Przytulamy się. Nie potrafię aż wyrazić… Dokąd mnie Dąb zaprowadził? Pyta o wiele rzeczy. Lubię tak przychodzić w środku nocy. Mamy wtedy taką swobodę. Mogę mówić mu na głos i w pełni wszystko spontanicznie wyrażać. Razem zaczynamy nucić ich mruczącą Pieśń sił Ziemi. A potem, kiedy staruszek zaczyna szumieć koroną zaczynają się bose tańce intencji na pobliskim polu. Wyraża się Duch Swobody… Brzozy zaczynają kaskadą się z nas śmiać, a ja cieszę się, że mogę uczestniczyć w ich Księżycowym, wiosennym Święcie.

– Już majaczy coś dąb stary, a czeremcha czyni czary…

Goni za mną echo brzozowych dowcipów.

Enchanting fairy forest opening at night and full moon, 3d render illustration

🌙 Trzecia noc Wędrowna

Bagna zaczynają powoli wołać odgłosami maja. Już krzyczą wodniki. Przyleciały też pierwsze rokitniczki, i te paplają bełkotem swego naśladowniczego chaosu.

– Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

Świerszczak – kolejny ptaszek – duch, terkocze swą wieczną, monotonną kołysankę.
W ciemnościach, czają się różne niepokoje. A to bóbr skrobie, jenot szeleści, wydra grasuje, albo zachroboczą dziki zbudzone w ostoi. Czasem przedziera się jeleń. W nozdrza wnika ciężki aromat dojrzałej wody. Chłód, ziąb, mgły, dotykają raz po raz, sprawdzając Twoją wytrwałość. Być tu – to niekiedy zmierzyć się z wszystkim, czego dotąd się bałeś. Czujny żuraw stróżuje nawet nocą. Gdy coś zbyt blisko poruszy się niewidoczne, następuje alarm. Czasem włączają się do tego lamentu kaczki i gęsi. Noc wśród rozlewisk, takim właśnie zapowiada się urokiem. Przerywana krzykami, tajemniczymi dzwiękami, toczy swój żywot, skryta od ciekawości ludzkiej. W bogactwie odgłosów, każda noc notuje w przestrzeni jedyną taką opowieść. Tu przysiądziesz o zmierzchu, a zaraz świt różowy nadchodzi. Niepamięć istnienia.
Było już po zachodzie słońca. Ptactwo sfrunęło się pożegnać. Księżycowe śpiewy drozdów, trwały w nadchodzącej ciemnicy… Wcześniej lis myszkował, a obok sarnie cienie pasą. Kuna szelesci i przeszukuje zmurszale wierzby. A bagienna magia dopiero nabiera blasku. Srebrzy się poświata. Tańczą mroki, a z nimi pojedyncze nietoperze.
Jest dużo cieplej. Widoczność kryształowa. Na odległym polu widać chwiejne, wielkie sylwetki jeleni. Zaufały ciemności. Żurawie z szumem potęgi przelatują nisko. Czasem krzyknie sowa pójdźka. Siedziałem wtedy w czatowni. Czerwony księżyc w pełni wznosił się łagodnie nad bagnem, kiedy usłyszałem delikatny szelest. Stąpnięcie. Raz, drugi. ‘’Pewnie sarny znów idą – wyjdą tędy jak wczoraj ‘’ – pomyślałem. Kiedy jednak do skrętu szyi obróciłem głowę, oczom moim ukazał się… mały płowy książę. Młody jeleń – szpicak, bo i widzę dwa podłużne widełki wystające mu z głowy. Zamieram zastygły w napięciu, bo przecież jeleń do nie przelewki, po trzykroć bardziej czujny niż sarna. Futro ma wyleniałe, zmierzwione, dopiero pewnie nakłada letnie. Naprężenie znika wnet, kiedy obserwuję, jak płowiec po prostu zaczyna żreć kwiatuszki, którymi tak się zachwycam. Widzę, jak zagarnia wargami. To cud, że mnie nie wyczuł… Jednak, często mi się tak zdarza. Brązowa sylwetka momentami rozlewa się z pniami. Zajada. W którymś momencie jego czarne oczko patrzy wprost na mnie – i albo jego mózg nie rejestruje mojego kształtu, albo ‘’jelonek’’ wie, i olewa. Ja widzę go po raz pierwszy. Ale może i on widział mnie już nie raz, podczas bosych marszów, czuwań i włóczenia się w jego świecie?

I kiedy myślałem, że cicho odszedł, wychynął jeszcze o widoku na łąkę. Tu gamoń zaregował strachem na podążającą z drugiej strony sarnę. Przeszedł ją całą, aż bezgłośnie wniknął w szuwary. I znowu nauczyłem się czegoś nowego – miałem okazję obserwować odmienny sposób poruszania się obu zwierząt, tak podobnych, a jakże inny. W sercu i duszy krzyczało jedno:

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ…

Późnym wieczorem na pobliskie pole wjechał ciągnik. Moja irytacja narasta… Ze wszystkiego, najbardziej lubię ciszę i spokój, zwłaszcza w leśnych światach. Obserwuję dwa jelenie i sarny skubiące na łące. O dziwo – mają to gdzieś. Pasą się w najlepsze. Rolnik jezdzi i świeci. Wiem po co – trzeba w ten sposób pilnować zasiewu kukurydzy. Przed dzikami. Też logika – uprawiaj kukurydzę bez żadnej osłony, 200 metrów od trzcin i barłogów. I pewnie miej pretensje do dzików przy okazji. W tym roku pospieszyli się z tym. Ten spokój i wyrozumiałość zwierząt, przechodzi i na mnie. Skoro im nie przeszkadza, to ja mam się denerwować?

Długo pohukiwał wytrwały Puszczyk, głosząc tęsknotę i gotowość za partnerką. Z głębi lasu zachrypił kozioł – ten z kolei dawał wyraz swoim niepokojom. Do świtu jeszcze daleko..

10330510_662173047163928_6760164185671994744_n

Bohaterowie gawędy:  Świerszczak

Rokitniczka:


Księżycowy marsz jeleni. Noc Sów. Samotność warchlaka.

Gdy zbliżam się do skraju lasu, wieczór odpływa w objęcia zmierzchu. Z pól schodzą chyłkiem jakieś zwierzęta, na tyle skrycie, szybko i daleko, że nie rozróżniam z tej odległości, czy to dziki, czy może jelenie. Jedna z saren stoi niemrawo na dróżce, z głową pochyloną w dół. Nad czymś rozmyśla. Albo nasłuchuje. Zdecydować nie może. Lepiej do lasu, czy z powrotem ku polom? Trwa w zawieszeniu. A ja się niecierpliwię. Już powinienem być na stanowisku. Bo sztuką i dobrym obyczajem leśnym jest pojawienie się, zanim zwierzęta rozpoczną sprawy wieczornego żerowania. Nie muszę wówczas poruszać się aż tak ostrożnie z czujnym wzrokiem na najmniejsze przejawy życia wokół. Mogę w spokoju się rozgościć i wybrać dobre miejsce. Tymczasem mrocznieje . Kilka minut chodu i jestem już w czatowni, rozbierając się nieco. Tak trzeba. Aby ciepło odparowało, nie osadzając się wilgocią na koszulce. Sucha odzież, to gwarant udanego czuwania. Oprócz tego, jeszcze przebrać wstępnie na noc. Wstępnie, bo temperatura wieczoru w porównaniu z nocą różnić się może nawet o kilkanaście stopni. Ciepło ciała z jazdy rowerem i marszu, starcza w moim przypadku na jakieś 40 minut. Zdejmuję buty i zakładam grube, puchate skarpety, świąteczny prezent. Okazują się lepiej trzymać ciepełko na mrozie, niż każde obuwie którego próbowałem. Przede mną dogasa w zorzy widok na raj – rozległe bagno, kraina trzcin, gąszcze wierzb i cmentarzysko martwych olszy. Przed nimi łąka z buchtowiskiem, a za moimi plecami mieszany las. Tu szczególnie kipi bogactwo ptasie. Bo w jednym miejscu usłyszeć można ptaki przestrzeni i pól, skryte gatunki leśne, i tajemniczych gości bagiennego świata. Srebrzyście dzwonią rudziki, a popisuje się fletami drozd śpiewak. Trznadle. W szuwarach terkoczą perkozy. Dzienni śpiewacy powoli kończą, za chwilę…
Pierwsze zaskoczenie.

druk_cyfrowy-zwierzęta-pełnia-FT2180A_9A

Przebieram się szeleszcząc, bez zachowania szczególnej ciszy, zostawiając sobie jeszcze na krytyczny moment polar i ocieplane spodnie. Kiedy dostrzegam gnającego przez polanę dzika. Locha. Bo za nią podskakują w pędzie ‘’kluski’’ maleńkich warchlaków. Śmieję się w duchu. To nie tak ma być! Przecież jeszcze nie zacząłem obserwacji, i nawet nie zdążyłem usiąść w ciszy, nie mówiąc o jej zachowaniu. Nie jestem gotów. Zaczekajcie! Ale tak to tu jest… Zawsze trzeba być gotowym. Dziki przedzierając się przez trzciny hałasują tak, że poza sobą świata nie słyszą. To jedyne wytłumaczenie. Podziwiam jak dzicza rodzinka wnika w las, zostawiając mnie osłupionego z echem swojego chrzęstu. Pierwszy zachwyt. Dlatego to takie dobre miejsce. Każde zwierzę ‘’musi’’ wyjść właśnie tędy, jeśli chce podążyć ku polom. Niewielka łąka obfituje w smakowite pędraki, kawałek przestrzeni, a za nią bezpieczny las. Jego bliskość zachęca zwierzęta do wyjścia. Jest naturalną osłoną, skąd mogą potem wyglądać na pole, samemu pozostając ukryte przed obserwatorem.

Choć widok dogasa w mroku, tu gwar nie kończy się nigdy. Nisko, z majestatem dostojnym szumu przelatują żurawie. Te jeszcze szukają miejsca na nocleg. Są tak bliziutko, że widzę jak ptak kręci nieznacznie głową podczas lotu. Czujny strażnik tego świata, jednak nie dostrzega mnie już. Szuwary zanurzone pozostają w misterium chrzęstów i trzasków. Cały czas coś tam chodzi. To właśnie urok tego świata. Napięcie z ciekawością szybuje jak szalona sinusoida, bo nie masz pewności, co też za moment pokaże się na widoku. Dzik, sarna, jeleń, jenot, a może i łoś mocarny? Tajemnica. Kaczki wyzywają jak wściekłe. Chciałyby pospać, jednak wytracają je ze spokoju odgłosy buszowania zwierzęcych mieszkańców ostoi. Wtórują im zaniepokojone łyski, piłując jeszcze ten chaos odgłosem gwoździa. Do chóru dokładają perkozy, gęsi i jeszcze inne, nieznane mi ptactwo. Stada kolejnych kaczek przemykają świszcząc. Tak będzie tu niemal do rana… A z dnia na dzień, tylko coraz głośniej. Za około 2 tygodnie zaczną żaby i ropuchy, potem szuwary odezwą pieśnią maleńkich niepozornych mieszkańców: trzcinniczków, łozówek, rokitniczek, brzęczek, świerszczaków. Na 2-3 miesiące to one staną się tłem, osobliwym duchem tego świata. Koroną śpiewu poniosą szarobure słowiki. Jeszcze trochę…

23762216_dwie_kaczki_krzyzowki

Kacze wrzaski, to dla mnie orientacyjny znak, skąd mogę spodziewać się zwierzęcej wizyty. Przekorna myśl. Mówi się, że człowiek płoszy, ale co powiedzieć na te wszystkie jelenie, dziki i bobry nie dające ptactwu się wyspać? Obserwuję te krnąbrne myśli z uciechą. Zabawy umysłu. Kaczkę natura przystosowała do swojego świata równie wygodnie. Potrafi ona spać ‘’połową mózgu’’. W rzeczy samej. Kiedy jego jedna połowa śpi, druga czuwa, w każdej chwili trzymając pierzaste ciało w gotowości do ucieczki i wzlotu. To co wydaje się zdumiewającym fenomenem, dla krzyżówki jest czymś naturalnym. Zastanawiam się tylko, czy ten mechanizm dzieje się również wtedy, kiedy one tak kwaczą. Ta cecha, to niezbędnik w jej świecie. Bo w każdej chwili spodziewać się można polującego lisa, jenota, dawniej nawet suma spod wody, a i dzik nie pogardzi mniej czujną czy ranną. Amatorów na opierzony kuper znajdzie się wielu.

Wreszcie… zza ostatnich chmur wyłania się księżycowy latarnik. Oświetla zanurzoną w nocy polanę odwiecznym srebrem zapomnianych krain. Czar, dzikość, świętość, i boskie piękno w jednym. Moje ulubione chwile. W takich momentach czuję wielkie szczęście duszy. Zamglony, rozmarzony, zanurzony… nieznane chwiejne plamy płowego cienia, wracają mnie do większej trzeźwości. Tam stoją jakieś zwierzęta. Dużo. Idą przez łąkę. Wielkie jak konie. A przynajmniej takie mi się wtedy wydają. To mogą być tylko jelenie. Poznaję również nie tylko po kolorze, wielkości, ale i innym kroku. Musiały stać tam wiele minut. Wyszły tak cicho! Kunszt. Jak to dobrze, że się nie poruszyłem mocniej przez ten czas. Poza wilkiem i rysiem, nie ma chyba bardziej czujnego i ostrożnego zwierzęcia niż jeleń. Ich węch jest jeszcze bardziej czuły, niż najlepszego psa myśliwskiego. Nastawiając się na ich obserwację, trzeba zadbać o wiatr i kamuflaż zapachowy. Czego nie zrobiłem, bo i nie spodziewałem ich się tu dzisiaj. Nie aż tylu. A one, już idą. Gęsiego, jeden za drugim. Chcą przejść na drugą stronę łąki, i dalej pewnie w las, skąd na pole rzepaku jeden krok. Grupa jest dziwnie mieszana. W oczy rzuca się ‘’rosohaty’’ byk, który idzie jako drugi. Przesuwają się jak szare zjawy – na wprost mnie i czatowni. Spoglądam z góry. Liczę je. Około dwadzieścia. Szurają w trawie kopytka. Ani drgnę. Spowolniłem, spłyciłem oddech. Wiem, że teraz wszystko zależy od szczęścia. Wystarczy maleńki powiew wiatru… Na chwilę zatrzymują się. I już wiem, że one wiedzą. Widzieć nie muszą, ale zapach. Dostrzegam, że druga mniejsza grupka nadal została na łące, jakby wahały się czy iść za resztą chmary.

– Puhhhuuuu! Huuu, huuuuu huuuu! 

Nawołuje tajemniczo niedaleki Puszczyk. Rozkręca się i nie przestaje. Głos jego przypomina starą parową ‘’ciuchcię’’. Rozkwitam w pełni uśmiechu. Ależ moc. Co za magia! Dostrzec ją w sekundzie. I przenosisz się w czas pradawny, dziki, dla wielu niedostępny i nieistniejący nawet. Tu parę metrów jelenie w srebrze księżycowej poświaty, hałasujące dziki i kaczory, a teraz zew sowy. Dziękuję w sercu każdemu ze zwierzęcych braci za ten dar – czar. Obfita chwila. Sennie, głucho odzywają się wybudzone żurawie. Po chwili badawczego, niepewnego postoju grupa rusza szybciej. Odbiegają truchtem i znikają gdzieś w lesie. Ehh…
Ale życie nie kończy się. Ledwo znika hałas po jeleniach, słyszę jak ‘’bekają’’ dziki. Nadchodzą głośno, pewne bezpieczeństwa wśród opiekuńczych trzcin. Kwiki, jakby z sobą walczyły. Kotłowanina. Pogłos i trzask narasta. Są tuż. Czarne plamy wybiegają na łąkę z łoskotem, a ja już przestaję temu dziwić. Są przecież u siebie. Mimo, że dziki mają węch równie sprawny jak jelenie, przez nie wykrycia się nie boję. Takie trochę gapcie z nich, zainteresowane głównie jedzeniem, kąpielą błotną i niechlujnym hałasowaniem. Obserwuję jak kręcą się pospiesznie tu i tam, mocą silnego ryja przekopujące pierwszą wiosenną młodzież trawną. Widok kryształowy, księżycowy. Baśń nocna. Długo nie zostają. Tu jest już tak zbuchtowane, do wszelkiej możliwości.

10143536865_538ccde880_b

Długo słucham Puszczyka, który tak niespodzianie ubogacił mi czas czuwania. Drugie, coś mu odpowiada kwicząco. Pewnie samiczka. Ten okres w marcu, to właśnie pora, kiedy sowy zaczynają zachowania godowe. W całej Polsce lokalnie organizowane są ‘’noce sów’’, gdzie grupy  ich miłośników  również wysiadują w ciemnościach, zachwycając się nawoływaniami ptasich drapieżców cienia. Warto wybrać się spokojną księżycową porą. Ja upatrzyłem sobie kilka miejsc z grupami starych dziuplastych wierzb i innych starodrzewi, mam zamiar usłyszeć jeszcze pójdźkę i uszatkę. Kaczki znowu rozkręcają swoje narzekania kaskadą, a ja słyszę jak coś pospiesznie zbliża się w mroku.

– Plum, plum, plum, plusk!

Powtarza z impetem. Jeszcze jeden chrzęst i wybiega wielka locha. Darń ocukrzona dywanikiem delikatnego przymrozku. Te pluski to również echo dzików, kiedy w pędzie skakały przez rozlany po brzegi rów. Za nią sznurem pomyka korowód kilku maluchów. To już druga tej nocy. Biegną wytrwale przez przestrzeń, kierując na rozległe kukurydziane ściernisko. A ja tonę w powodzi zachwytu. Nie mogę się nadziwić – jakie one są odporne. Taki ziąb, a maluchy skaczą wytrwale za matką w głęboką lodowatą wodę, i to nie raz podczas jednej żerowej nocy. Od małego pełen hart.

Zimno. Przyjaciel i towarzysz każdego wędrowca – czatownika. Możesz być pewien, że się zjawi, prędzej czy później. Niesie zawsze jedną wiadomość. Pyta. Sprawdza. Zmierzymy się? Jak długo wytrwasz, wygnańcu? ‘’Nie dzisiaj mój drogi…’’ Nakładam awaryjny polar i puchate spodnie. Teraz, choć przypominam grubego bałwana, odzież mam wyciszoną z większości szelestów. A to ważne… Przekonałem się nie raz, że nawet sarna z kilku kroków potrafi usłyszeć jak trzaska / chrupie Ci kość w ciele. Swoje tu wysiedziałem. I tyle wrażeń, wystarczy. Czas się przejść po skrajach pól, gdzie mogę mieć daleki widok i w porę wypatrzyć zwierzęcych biesiadników. Jeszcze łyki gorącej herbaty i mała kanapka. Ruszam w krainę srebrnego blasku i mrozu.

Pod topolową aleją przystaję znów na moment. Tu na polu rzepaku horyzont jest doskonały, nawet bez księżyca widać zawsze sylwetki zwierząt. Każde które, wyłoni się z tajemnicy bagien i przejdzie przez las, wychodzi właśnie tutaj. Rozpoznaję grupę kilku saren w oddali. Pasą się spokojnie. Już mi ciepło. Postoję, posiedzę, popatrzę. Jęczy i nawołuje pójdzka – zastąpiła puszczyka. Jakże odmienny zew. Wracać się nie chce. Tyle wspomnień… Dokładnie tutaj stałem we wrześniu, słuchają ryczącego w kukurydzy byka. A ubywający, stary, złocisty księżyc zachodził za drzewami. Popijam znów herbatę obsługując termos wcale bez ciszy, kiedy coś zasuwa powoli w moim kierunku. Hop – człap. Myk. Jest! Rozpoznaję królika. Ale czemu do mnie idzie, skoro musiał mnie słyszeć? Choć umysł się dziwi, serce swoje wie. Kiedy kochasz naturę, ona po prostu obdarowuje, coraz piękniejszymi i bogatszymi chwilami. Krzepię wyziębione gardło herbatą, a on siada na chwilę tuż obok. Podziwiam odcinające się uszy. Jak wtedy, ten lis przy jesionie – pamiętam. Jedność. W takich chwilach cieszę się i wzruszam najbardziej. Można tu być, nie przeszkadzając. Ani trochę się nie wystraszył. Pozdrawiam go w duszy z podziękowaniem, a on człapie dalej w pole. Dziś dla niego człowiek przyniósł ciekawość i bezpieczeństwo. I chciałbym aby było tak zawsze…

5R984-1986

Samotny warchlak. Drugi wieczór wędrowny.

Dzisiaj przybywam o godzinę wcześniej, nauczony wczorajszą lekcją. Chcę zająć miejsce, zanim ruszą się zwierzęta. Ze skraju lasu podnosi się królik, i oddala kilka skoków. Pod drzewem staje słupka i bada mnie ciekawsko. Dalej nie ucieka. To na pewno ten sam z wczoraj. Witaj króliczy bracie! Jego zachowanie po prostu mnie wzrusza. Ja również przystaję z rowerem, bo mam wrażenie deja vu. Znów na dróżce daleko stoi sarna. Głowa tak samo opuszczona. I to wyczuwalne zamyślenie, zawieszenie. Może chora lub stara? Nie dowiem się. Czekam aż przejdzie. Królik siedzi. Chcę lepiej dziś schować rower, bo jednak ostatnio widziałem, że ktoś przy nim się zatrzymał i próbował majstrować. I gdy zbliżam się do starego snopka słomy porzuconego przy rowie, w słuch uderza niespodziane Chrummm! Ale jakże inne. Z balotu wyskakuje rudo – brązowy warchlak i kwicząc przerażony kusztyka do lasu. Jeżu! Sierść ma zmierzwioną, potarganą. Niewielki. Odbieram obrazy w spowolnionym tempie. Burza myśli, bo przecież skoro jeden, to inne, a skoro więcej, to locha… Nic jednak nie wybiega. Pusto. Jeszcze błysk myśli, czy go nie łapać, ale za późno. Znika. Tak nietypowa sytuacja. Biedak zagrzebał się w słomie, aby ogrzać. Maleńkie, samotne, przerażone dziecko. Tak mi go szkoda – że przeze mnie musiał stąd iść. Dlaczego tak, bez matki? Jedno wytłumaczenie trafia najbardziej – pokłosie chorych polowań na wszystkie dziki, i oskarżanie tych zwierząt o roznoszenie ASF. Bezsilny taki czuję się w tamtym momencie. Ile zła robi im człowiek, w myśl urojonych interesów, a ze szkodą dla całej planety i wszystkich jej mieszkańców, łącznie z nami. Krótkowzroczność.

Pozostaję jednak w cichej nadziei, że adoptują go inne dziki, i ośmieli się wyjść kiedy je usłyszy. Wczoraj przecież przebiegły tutaj dwie lochy. Wygnany na pewno nie został. Choć wyjątkowo zdarzyć się może, że matka zje lub zabije bardzo upośledzone prosię zaraz po porodzie, u nich panuje miłość i wzajemna pomoc. Rodzina – tak ważne sedno w życiu dzika. Grupa, siłą i podstawą przetrwania. Można od dzików tego się uczyć. Jedynie stare odyńce, lubią wędrować samotnie. Może i na starość dziwaczeją, że nie sposób im w zgodzie żyć z watahą? Kiedy idę ścieżką przez łąkę, dostrzegam zerkający spomiędzy trzcin łeb lisi. On już usłyszał apetyczne larum. Być może nawet tropił kąsek, zanim się zjawiłem. Kita miga mi na pożegnanie, gdy drapieżnik znika w gąszczu. Jakoś z ulgą odbieram ten widok.

Dobrze, że jestem wcześniej. Dzięki temu słyszę, jak ogromne osadziło się tu bogactwo ptasie. Kos, paszkot, kwiczoł, strzyżyk, potrzeszcz, rudzik, trznadle, dzięcioły, mazurki, pełzacz, sikora czarnogłówka, bogatki, szpaki, bażant, kruki, szczygły, dzwońce, zięba, kowalik… A do tego gros ptactwa wodno – bagiennego. Siedzę już w czatowni, zasłuchując się w nawoływaniach, pieśniach i całym tym gwarze pracowitego dnia. Sążnisty szelest wyrywa mnie na moment z ptasiej opery i z niejakim zdumieniem obserwuję dwa średnie dziki buszujące na styku szuwarów i łąki. Jest jeszcze całkiem widno. Co za gratka! To miejsce jest rzeczywiście cudowne. Dziki okazują się być przelatkami, taką to jeszcze podrastającą młodzieżą, przed którą otworem stoi poznanie świata i bogactwo życia. O ile przetrwają. Tak się cieszę, że potrafią istnieć i ukryć się w niedostępnych ludzkiej stopie ostojach. Błota, moczary, bagniska, torfiska… Szukaj igły w stogu siana.

Noc. Dziś jakże inna. Niebo oblekło się kołdrą gęstych chmur, a księżyc czasem ledwo wyjrzy. Mimo to widzę klarownie. Z jednej strony to dobrze – pełnia to także czas opętanych polowań ludzkich, a w mroku zwierzaki nie są tak widoczne. Puszczyk odezwał się tylko parę razy. Zauważyłem, że właśnie w te najpiękniejsze dla człowieka, jasne, księżycowe noce, i one nawołują więcej. Kwiki i chrumkot dzików mieszają się nieprzerwanie z kaczą paniką, aż dziwi się wędrowiec, że to wszystko jest tam tak liczne, prawdziwe, krząta się i żyje. Chmury, widać, że jednak się nie rozproszą. Po wczorajszych doznaniach, czuję się nasycony.
Kiedy cicho stawiam kroki na polnej dróżce w powrocie z rowerem, obok mnie, raptem parę kroków w prawo, równo i w tym samym tempie kica znany już królik. Zatrzymuję się i przepuszczam go drogą, gdy widzę, że odbija na ukos w kierunku lasu. Przechodzi tuż przed oponą, jakbym dla niego nie istniał. Przystaje obok starego pieńka brzozy. Patrzymy w ciszy – na siebie. On wie. Wie ‘’mnie’’. Bo tak się w tym momencie czuję. Jakbym nie był dla niego żadną tajemnicą, strachem, a otwartą kartą istnienia. W duszy darzę go podziękowaniem, a szczęście tętni radosnym oddechem. Może to ten sam od niejakiej Alicji – myślę ze śmiechem. W mojej leśnej krainie czarów.

54514206_2165514530199485_6966236319009734656_n

O czym szemrają szuwary. Trzcinowa opowieść

Podążając za Słońcem

Ścieżka prowadziła przez trzciny, ku dalszym czeluściom topieli. Można było zaufać tej grobli. Bród z czasem się uczynił, uczęszczany dziesiątki lat jedynie przez obeznanego w swoim świecie zwierza, prowadził traktem błotnistym, jak gościniec dawny, w zaproszeniu do śmiałej przeprawy. Czasem zachlupotała pod stopami woda, przypomnienie – przestroga drzemiącego wśród szuwarów żywiołu. Tony błota, metry mułu. Niełatwo było tędy wędrować. Buty co i raz grzęzły w rozmiękłym gruncie. Wąska dróżka jedynie, a zaraz po bokach nieznane rozlewiska mokradeł. Wiatr gawędzi wśród suchych łodyg, niosąc stęsknionym trzcinom wieści dalekie. Pieści, głaska i czesze, szeptem nucąc pieśni bagienne. Jednocząc się w rytm odwieczny szemrzące baśnie zapowiada, prawiąc o czasach dzikich, odległych, już zapomnianych. Każdą trzcinkę z osobna dotyka, gładząc czułym oddechu gestem, aby krucha istota wiedziała, jak ważną i potrzebną jest dla świata.  Ogony wierzchołków bujają miarowo, do snu kołysząc ptasich mieszkańców uroczyska. Uszy otula jeden szemrzący szum, będący odwieczną mową tego królestwa. Szmer zlewa się z trzaskiem, spajając szurający nurt w jeden ocean dzwięku. Coraz częściej przystaję, i dostrzegam takie rzeczy. Magiczne chwile. Celebruję je, oddając się temu doświadczeniu. Nie tylko zwierzęta, ale i tocząca się rozmowa żywiołów.

P90222-174957

Zachodzące słońce pomalowało wierzchołki trzcinowych łodyg iskrami złocistych promieni.  One same, jak pędzle wypłowiałe kołyszą się spokojnie, czerpiąc resztki zachodzącego ciepła, do swych puchatych wnętrz. Te szybko porywa wicher, dając odczuć chudzinom potęgę lodowatej mocy. Unosi je hen, nie wiadomo gdzie. Tak kruche…łamliwe…trzaskające… Kładą się ofiarnym łanem, w pełni poddając jego kaprysom. Czyń z nami co zechcesz… Mijają, wichury, a one trwają. Dzięki temu właśnie. To dopiero było widowisko, gdy bure wiechcie kołyszących łanów, pyszniły się czystym złotem. Wiatr zaplatał z nich tańczące warkocze, a te niesfornie rozlewały się jednym szumem w miarowy, czarujący balet. Miało się wrażenie, że cały dzień czekały na tą chwilę. Nie trwała ona długo. Gdy tylko bożyszcze słoneczne osiadło nieco niżej, chłód odetchnął mocniej z każdym nowym powiewem. Kraina tajemnic. Ostoja bezpieczna. Szpacy, wczesnowiosenni podróżnicy krążyli uparcie po gasnących niebiosach, w poszukiwaniu najlepszego kącika. W oddali trąbiły żurawie. Za moment, rozegra się tu ostatni akt dziennego misterium. Ze zmierzchem, nadchodziło nowe. Bobrowie pracowici zachrobocą w robocie, a prychną i chrząkną budzący się śpiochowie dzikowi.

Cisza gdzieś pierzchła, przegnana gonitwami niekończących się kłótni szmerów, szelestów, szemrań i trzasków. Nie lubiła rozmowy. Bagno natomiast nie potrafiło milczeć. Rozstali się na zawsze. A każde z nich odnalazło swoje miejsce na Ziemi. Niejako z żalem,  pora mi zostawić to urocze miejsce, we władaniu jedynej królowej tego świata – czarnej gwiaździstej nocy.

P90222-163950

Na dziczym szlaku: Pułapki Żywiołów

Wędrując po trzcinowym królestwie, masz prawo poruszać się z duszą na ramieniu. Bagna zamarzają bardzo trudno, jedynie przy dużych mrozach, utrzymujących się jakiś czas. I choć różne ptasie strachy odleciały do ciepłych krajów, tu nadal straszy. Nocą bobry chroboczą tęgo, zwierzyna skrobie po lodzie, aby dostać się do wody. Śnieg paradoksalnie nie gasi pragnienia, działa wręcz odwrotnie. Zwierzęta to wiedzą. U stóp szuwarów przemykają jak cienie ptasie zjawy – może kurka wodna lub kropiatka? Widma są tak zwinne, że nie udaje mi się tego ustalić. Ktoś jednak został tu na zimę. Na cienkich gałązkach wierzb w oddali kołyszą się remizowe gniazda. Wyglądają jak wielkie puchate kapcie. Mijam poszarpane cielska wierzbowych bab. Nadgryzione bynajmniej nie zębem czasu, roztaczają dziarskie korony niczym proporce. Są w swoim żywiole. Mimo okaleczenia przez bobrowych drwali. Moczary potrafią wypłatać figla i skryć swoje niedostępne na co dzień tajemnice, nawet zimą. Skute lodem szlaki, głuche odwieczne ścieżki, na te kilka dni w roku otwierają wrota swoich sekretów. Ale uważaj! Gdzieniegdzie napotkasz parujące, nietypowe kręgi. Siwo, jakby dym leciał. Czarcie kotły? Prawią wierzbowe słuchy, że tam właśnie miesza swoje niespodzianki stary bagienny diabeł Rokita. Oparzeliska… miejsca te nie zamarzają niemal nigdy, chyba, że naprawdę przymrozi. Ale i wtedy warstwa lodu w takich miejscach jest dużo cieńsza. Omijać z daleka. Procesy gnilne jakie zachodzą gdzieś w dnie, systematycznie podgrzewają wodę w jednym miejscu. I morza trzcin, wzburzone, że śmiesz naruszyć świętą zwierzą przestrzeń, pałają niejedną przygodą. W miejscach przy łodygach gromadzi się powietrze. I o ile na toni wodnej panuje lity lód, tak przy szuwarach obłamuje się często aż po kolana. Jeśli ze szczęściem, pod spodem jest druga warstwa lodu. Jeśli nie, chlup, i można wracać do domu…

51561989_759653284402823_5833485492653391872_n

Lodowi i wodzie też nie wszędzie można zaufać. Są miejsca, w których nie wiadomo skąd, toczy się cieplejszy, podwodny nurt. Nie ma miejsca na gapiostwo. Zdjęta czapka i uszy w pogotowiu, na każdy podejrzany dzwięk. Otacza mnie łan zgniłożółtych sterczących łodyg. Są jak osobny las. Hałasują jak diabli. Słychać dzięki nim najmniejszy podmuch wiatru. Dusza na ramieniu. A to dlatego, że w każdej chwili, możesz wejść na śpiącego dzika. Wiem od lat, że mają tu barłogi. I mimo, że nie zapuszczam się w boczne ścieżki, z nimi nigdy nie wiadomo. A potrafią spać twardo. Razu jednego dosłownie wszedłem na takiego śpiocha. Myślicie, że było go widać? Dzicza sypialnia to osobny kunszt. Pamiętam jak ze zdziwieniem przypatrywałem się kiedyś pierwszemu w życiu barłogowi. Trzcina była pocięta równo na kawałki, jakby ktoś zrobił to nożyczkami. Zwierz użył zębów, aby sobie dogodzić. Potrafią też przykryć się od góry (nie wiem jak) i wtedy widzisz taki jakby ‘’snopek siana’’ w głębi bagna. Dawne to były czasy, jednak zdarzenie zapamiętane. O, co tu robi taka kupa trzcin? Jakby szałas ktoś ułożył. Wejdę, zobaczę…

51007050_759653404402811_5659046031581511680_n
Główny szlak rozdziela się na coraz to mniejsze ścieżki i odnogi. Tam lepiej nie zaglądać. Prowadzą zwykle do ”dziczych sypialni” – barłogów.

‘’Szałas’’ podskakuje do góry, a z niego wylatuje ogromny dzik. Frontem do mnie, chybił o jakieś 10 cm. Takiego skoku w życiu nie widziałem, ale po sekundach kamiennego przerażenia, rzucam się do ucieczki po prostu przed siebie. On już gna w drugą stronę. Słyszę jak szeleści i zastanawiam się czy pędzi za mną. Lód nie wytrzymuje tej niespodzianej galopady. Chwyta mnie zimna woda, studząc moją panikę. Wyczłapuję się i docieram do nieco rzadszego porostu. Dlatego dziś mogę napisać, że przy trzcinach są puste przestrzenie  Słyszę go, jak w oddali się kręci. Wiem, że olbrzym jest bardziej przerażony niż ja. No jakbyście się czuli, gdyby Wam nocą dzik przyszedł do łóżka? To nie pierwsze moje spotkanie, ale nigdy tak bliskie. Mam wtedy może 16 lat i zupełnie inne podejście do zwierzęcych spraw, niż obecnie. Odgłosy zbudzonej poirytowanej watahy, kręcącej się z szelestem wokół, też nie należą do przyjemnych, zwłaszcza, gdy nie masz pojęcia, gdzie tak naprawdę są.

51535094_759653421069476_3415936233816195072_n
Za to na tafli, lód trzyma lito. Jednak na bagnach, nigdy nie jest do końca bezpiecznie. Skute lodem szlaki, głuche odwieczne ścieżki, na te kilka dni w roku otwierają wrota swoich sekretów.

O każdej innej porze roku, dopóki nie nadejdą długie, ostre mrozy, miejsce jest swoistą fortecą obwarowaną błotem, mułem i szlamem i roślinnością. Zwierzęta mimo to, jakoś potrafią się tam poruszać. Latem i dopóki jest ciepło, dostępu broni dodatkowo armia komarów i meszek. Szerokie ścieżki wyznaczają pradawne przesmyki ciężkiego zwierza. Przez niego na wskroś znane, i przewędrowane. I tak powinno pozostać. Pewne sekrety zachowują swoją magię, kiedy spaja je zew, wiecznej tajemnicy 

51477511_759653827736102_8335289507188310016_n

51295980_759653944402757_6577157860185079808_n
Po lewej ”poidło” wygrzebane i utrzymywane przez zwierzęta. Jest tak często użytkowane, że niemal nie zamarza. Na zdjęciu widać doskonale bagienną ruletkę, w niektórych miejscach po lodzie można skakać, a tymczasem krok dalej…

51368212_759653704402781_8563053508385832960_n
W krainie bobra i dzika – widok.

51500064_759654084402743_5860747965068476416_n

Na szlaku do wodopoju, krzyżują się ścieżki tropów zwierzęcych wędrowców. Szepty Kniei spisują swe opowieści w śniegowym pamiętniku.

Leśny Sylwester z Szeptami Kniei

Czasem czujesz, że to co robią wszyscy nie odpowiada do końca Tobie samemu. Wśród huku, hałasu, okrzyków, rozmów o niczym, i przy całym szaleństwie ‘’bo tak trzeba’’ – Ciebie ciągnie zupełnie gdzie indziej. Może ku większemu szaleństwu jeszcze? A może – do jedynej takiej podróży, która bywa udziałem nielicznych podczas przygody zwanej umownie życiem. Dwójka śmiałych wędrowców, postanowiła spędzić ten dzień inaczej. W chłodzie i ciszy czeremchowego lasu, na dębowym szlaku, wśród pól i bagien, i przelotnych olszynek rozsianych tu i ówdzie. Na własne oczy i uszy, mieli okazję się przekonać jak ludzkie święto przeżywają w trwodze dzikie zwierzęta. Nie zabrakło i chwil pięknych, wzniosłych, wzruszających, i co najważniejsze – na zawsze odciskających piętno gdzieś w zakamarkach ducha…

49117467_2282502978700690_3943349915593211904_n

Pierwsze wyjście robimy jeszcze za dnia. Podążamy trasą nieczynnej już linii kolejowej, dawniej łączącej Poznań z Międzychodem. Mimo upływu czasu, szlak nadal zachowuje swój urok, a miejscami nabiera go jeszcze więcej. Tam gdzie, nieokiełznane kępy ciemnych tarnin, zagarniają pod chaotyczne panowanie coraz to nowe połacie dostępnej przestrzeni. Pełnia kryjówki do noclegu, miejsca gniazd dla wielu ptasząt. Wiosną zaś doskonałe miejsce owadzich łowów dla pokrzewek i muchołówek. Dzikie róże zaczepiają kolcami, jakby chciały zwrócić Ci uwagę, byś przystanął i po prostu dostrzegł co wokół. Towarzyszą nam sikory bogatki i kosy, przelatujące coraz dalej i dalej, wraz z naszym przesuwaniem się. W krzakach przyczaiła się sroczka.Wygląda nieco smętnie. Taka zastraszona jakby. Pewnie pierwszy sylwester w życiu tego ptaka. Oswaja się z odgłosami eksplozji. Normalnie sroki nie dopuszczają do siebie tak blisko… Mijamy ją. Danuta przyjechała aż z Warszawy, aby tej wyjątkowej nocy, podziwiać uroki wielkopolskich pól. Poznajemy się w rozmowie, choć od początku panuje swoboda. Opowiadam o miejscach które mijamy…A pamiętam czasy, gdy na słonecznych nasypach wygrzewały się tutaj śpiące sarny, i można je było podejść , balansując cicho po szynach. Latem oczy zachwycają wcale nie tak pospolite, wyjątkowe motyle – kraśniki sześcioplamki. Rosną tu też dzikie poziomki. Nie brak i widoków przykrych. Tu oto szara plama w ziemi, pozostałość po niewielkim śródpolnym zadrzewieniu, opanowanym przez ogromne dziuplaste wierzby. Miejsce lęgowe słowików, kryjówka dla zbłąkanych saren, jeśli zdarzyło im się tu zapędzić. Hamulec dla wiatru, w dole gromadziła się woda. Mała ostoja bioróżnorodności. I jeszcze można by pojąć to spustoszenie, gdyby potrzebą ludzką w czyjejś biedzie, było się ogrzać. Tak się jednak nie stało. Pocięte na kloce drzewo, spalono na miejscu, męcząc się z tym przez parę dni. Do dziś pozostały ogromne kupy popiołu. Wierzbowe pniaki mimo to, wypuściły długie, sterczące pędy. Drzewo Czarownic nie poddaje się tak łatwo. Wierzby to tacy życiowi twardziele, o miękkim drewnie. I po co, dlaczego? … Tym razem odpowiedz nie kołacze gdzieś wśród drzew…

49717409_2179704755583032_5299077873246666752_n

Kiedy wynurzamy się z nasypów, dostrzegamy umykające polem sarny. O dziwo, w oddali po drugiej stronie stoi kolejna grupka płowych zwierzaków. Te są dużo spokojniejsze. Pochylają się na oziminie, co chwilę nasłuchując czujnie i obserwując ludzkich podróżników z psami, poruszających się na oddalonej drodze. My zmierzamy prosto nad bagno, do dziczego królestwa szelestów i szuwarów. Tu jest co zobaczyć. Błotniste ścieżki, babrzyska, buchtowiska, a nawet dawne barłogi. Zimujące łabędzie i gęsi. Udaje się zdążyć jeszcze przed zmrokiem. Wita nas martwa cisza – mimo, że ostoja normalnie tętni odgłosami ptasich mieszkańców, o każdej porze roku. Dziki i sarny, zawsze można napotkać, jeśli wiesz o jakich porach się pojawić. Nagle dostrzegam czarny zarys jakiegoś zwierzęcia, które wynurza się z trzcin na ścieżkę. Są dwa. Jednak dziki? Trwamy w szepczącym oczekiwaniu. Ja się cieszę – bo w życiu nie spodziewałbym się dzika w taki dzień tutaj. Czar pryska… kiedy zwierz ustawia się bokiem. Rozpoznajemy dwa psy. Co tu robią? Ruszam w ich kierunku. Jeden szczeka z przestrachem. Oddalają się. W ruchach znać niepewność. Tak…to pierwsze ofiary petardowego szaleństwa. Część psów w przerażeniu ucieka z posesji albo wyrywa się na spacerach, i tak trafiają w dzicz. Niektórym udaje się samodzielnie wrócić. Inne nie odnajdują się nigdy. Okazuje się, że dalej jest trzeci pies. Ten jest najostrożniejszy. Trzyma się z dala. Wszystkie wyglądają na rasowe. Zadbane. Zwłaszcza ten najmniejszy, w typie sznaucera, ma na sobie obrożę z medalionem. Podbiega najbliżej. Jednak przy każdej próbie przywabienia słowem, rzucają się do ucieczki w tył. Nie sposób ich zachęcić… Znikają nam z oczu, podążając swoją drogą… Ciekawe, czy właściciele w ogóle spostrzegli zgubę. Zapadamy się w miękkiej, zaoranej ziemi, kiedy dopada nas zmierzch. I pierwsze zdziwienie mojego gościa, że jednak coś widać. Tak… Spoglądając z okien oświetlonego domu, ma się wrażenie, że wszędzie panuje czerń. Jeśli jednak wędruje się razem z zachodem słońca, a wzrok ma szansę stopniowo się przyzwyczajać, okazuje się, że wcale tak straszno nie jest. Ludzkie oko rozróżnia odcienie szarości, czerni, burego, i widać całkiem niezle. Żyjąc wśród cywilizacji, łatwo zapomnieć o umiejętnościach jakimi obdarzyła nas natura. Kontakt z nią pozwala sobie przypomnieć… Wreszcie wydostajemy się na piaszczystą polną drogę, obsiadłą przez wielkie Topole, porośnięte jemiołami. Tędy odprowadzam mojego gościa do kwatery, po tym krótkim, rozpoznawczym wypadzie. Umawiamy się na później, aby ruszyć na ‘’prawdziwy las’’ i pozostać tam już przez noc sylwestrową. 2-3 godziny oddechu, odpoczynku, po rozmowach i wrażeniach. Akurat żebym przygotował rowery i jakiś podstawowy ekwipunek.

21:30

Wreszcie spotykamy się ponownie. Rowery potrzebne są tylko na chwilę – aby podjechać na pola, skąd będziemy mieć blisko do lasów. Dla roweru to niecałe 10 minut, dla pieszego, dużo więcej. A chcemy mieć trochę czasu, zanim rozpocznie się kanonada. Gdy mijamy ostatnie osiedle, pola witają się szarą pustką i ciszą. Rowery zostają. Droga nie nadaje się do jazdy, ani wędrówki pieszej. Potęga pierwotnego błota strzeże swojego szlaku. Za to polem idzie się zupełnie wygodnie. Pod butami szeleści wyrośnięta ozimina. Odlegle zawodzi z jękiem jakiś zwierz. Nie mam pojęcia co to… Zagadka nierozwikłana od lat. Ale tego odgłosu nie ma w żadnych nagraniach znanych gatunków, z jakimi się zapoznałem. Podejrzewam młodego kozła sarny – taki który jeszcze nie potrafi ‘’chrypić’’, ale nie jest już malutki. Albo jakiś ptak… Po drodze kombinujemy z ubraniami. Wziąłem w plecak dodatkowe. Realia jesienno – zimowych wędrówek pozostają niezmienne – albo ubierzesz się tak, że zanim dotrzesz do celu totalnie się spocisz, albo przemarzniesz dość szybko. Sztuką jest tak dobrać ubiór do potrzeb swego ciała, aby wiedzieć co sprawdzi się na marsz, a co na dłuższe siedzenie w miejscu lub rower. Ja już mam to ‘’obcykane’’, ale i tym razem przesadziłem zakładając polar na kurtkę. Nie należy dopuszczać do spocenia się. A każdy ma inny organizm i wewnętrzną ‘’termikę’’. Mógłbym ubrać kogoś w to samo co siebie, i byłoby mu za ciepło lub za zimno, podczas gdy ja czułbym się dobrze. Inaczej jeszcze odbiera się chłód podczas marszu polem, a jeszcze inaczej w samym lesie. Dlatego zawsze staram się poinformować moich gości o takich możliwych niespodziankach. Przed nami majaczy się czarna ściana lasu. Widać ją doskonale już z daleka, mimo pełnej nocy. Olszynka którą mijamy po prawej, również tkwi cicho. Tak jak się spodziewałem, ani śladu zwierząt. A przecież właśnie tutaj obserwowałem dokazujące jelenie i lisa. Roiło się od śladów. Ma się wrażenie, że całe istnienie pierzchło jak najdalej, tam gdzie już nikt nigdy nikogo nie przestraszy… A do mnie dociera, jakże nudny i ubogi byłby ten świat, bez tego zwierzęcego bogactwa przemierzającego w mroku swoje zakątki. Dziś napotykamy tylko dziury, wyryte dziczym ryjem. Można się niezle o nie potknąć, zwłaszcza, że nie tak łatwo je widać. Docieramy do burej ściany mrocznego boru. Tu tkwimy długo w ciszy, nasłuchując co się dzieje. Zanim wejdę do lasu, zawsze tak robię. Sprawdzam, czy kręcą się jakieś zwierzęta. Jeśli są, nie wstępuję w las. Droga upstrzona łatkami świecących kałuż. Biało – blade lustra, wyróżniają się dla wzroku mimo ciemności. Od razu wyłapujemy co się tu dzieje….

49205932_269819023684286_4581656796799696896_n

Panika. Zewsząd dobiegają alarmujące, przeraźliwe głosy żurawi. Mimo, że do godziny zero zostało jeszcze sporo, wybuchy wstrząsają co kilka minut. Żurawie krążą nad lasem po ciemku – są zbyt przerażone by wylądować. Powinny teraz w spokoju spać nad bagnem. Wtórują im gęsi, też kręcące się w powietrzu. Ptaki latają bezładnie, chaotycznie, ich odgłosy zbliżają się i oddalają. Wiem, że dla gęsi to dużo większy stres, ponieważ zostały przez człowieka mianowane ‘’gatunkiem łownym’’. Im palba i huki kojarzy się z tym co najgorsze. Mam wrażenie, że będą tak krążyć do wyczerpania… Ale to nie jedyny ptasi horror. Bo z perspektywy lecącego ptaka wygląda to dużo gorzej. Oprócz słyszalnego huku, widzi kolorowe rozbłyski na horyzoncie, gdziekolwiek się dziobem nie zwróci. Chciałby uciekać – nie ma dokąd. Wszędzie błyski, odbijane dodatkowo przez chmury. A przecież nie wiedzą, że to tylko człowiek, tak to radośnie ‘’wita nowy rok’’. Ptactwo krąży więc nad obszarem, gdzie jest względnie ciemno, zderzając się w chaosie i nawołując rozpaczliwie. Wiele z nich nie przetrwa tej nocy. Ale nie tylko gęsi i żurawie – z lasu dobiegają nas piski i ćwierknięcia mniejszych ptaków, będące trwożliwą odpowiedzią na kanonadę. I nie sposób odróżnić gatunku. Jak długo obserwuję i słucham ptactwa, tak tu się gubię. Muszą wydawać takie odgłosy tylko w największym przerażeniu… Drzewa wibrują coś potężnie. Ale to nie gniew. Danuta mówi, że starają się uspokoić przestraszone ptaszęta. Jak tylko mogą, otulają spokojem, starając się ukoić swoich ulubionych ptasich mieszkańców.

49203579_2045869062196615_3535009585007951872_n

Przepraszamy w myślach, za ten chaos spowodowany bezmyślnością człowieka. Gościnne drzewa dębowego szlaku wiedzą. Że jesteśmy inni. Sosny – Strażniczki kołyszą coraz mocniej szczotkami iglastych gałęzi, kiedy zbliżamy się powoli do wrót lasu. Zapraszają do wejścia. Witają się. Danutę woła jeden z jesionów, rosnący na samym skraju. Dotykamy go dłońmi. Jest taki cieplutki, mimo wszechobecnego chłodu. Nigdy z nim nie rozmawiałem. Ale dla mnie takie ciepło drzewa, oznacza, ze jest aktywny i przyjazny. Tak jak Krzesimir. Do niego pójdziemy potem.Tulimy się do Kosmicznego Podróżnika, a ja opowiadam o tym co mi jesiony objawiły, ze swej podróży przez Wszechświat. Kolejny jesion kawałek dalej, jest już chłodny i zimny, wręcz mokry nawet. Co za różnorodność! Las reaguje żywo na nasze wejście. Szum, ze zmienną intensywnością zdaje się być odpowiedzią na nasze ciche rozmowy. Mówię o emocjach drzew i ich uczuciach. Tu Dąb Radomir, ten rozpłatany wichurą i piorunem. Dziś jest dużo spokojniejszy, pogodzony już z losem. Mimo, że zostało mu tylko pół pnia, latem był nawet cały w zieleni. To jest dopiero Moc… Mijamy Akację, pod którą lis mnie podszedł. Wcześniej miejsce bliskiego spotkania z dzikiem. A kawałek dalej, Dąb Gromiec, ze szczeliną wąskiej dziupli. Ten sam, który przywołał mnie do siebie, i pokazał swój sikorzy skarb w postaci piskląt. Tyle wspomnień, opowieści…
Tutaj jest dużo cieplej. Wreszcie jesteśmy na miejscu – bagno w krainie torfowisk i trzcin, dolina odległej bobrowej rzeki. Stąd także docierają do nas odgłosy strachu, pojedynczych gęsi i żurawi, które pozostały w szuwarach nie wzbijając się do lotu. Normalnie można tutaj posłuchać budzących się na żer dzików, obserwować sarny na łące, zaczaić się na borsuka lub lisa. Teraz zapomnij… Mimo to, pozostajemy w ciszy, starając się wyłowić nieśmiałe szelesty. Nie sposób odróżnić czy to wiatr, a może skulone, wbite w gęstwinę zwierzę. Miejsce Mocy działa tak, że czujemy się dobrze. Siedzimy na plecakach. Jest owocowa herbata w termosie i domowe pierniki. Wtedy padają słowa, które zapisały się we mnie z tej wyprawy najbardziej…

– Sebastian, dziękuję Ci, że mogę tu być. To wszystko poznać, doświadczyć. Naprawdę…

Serce się uśmiecha. Bo przecież to dopiero początek… I tak mało widzieliśmy, jeszcze mniej słyszeliśmy. Ale i tak wystarcza, aby zachwycić inną Duszę. Wtedy jeszcze bardziej wiem, że to co robię jest tak ważne, potrzebne i z wszelkim sensem. Narastający hałas kanonady informuje nas o zbliżającej się godzinie zero. Stąd widok jest doskonały – wszędzie wokół ciemność, z panoramą na jedną wioskę. Stamtąd wzlatują w niebo kolorowe race. Obserwujemy z mieszanymi uczuciami, mając świadomość jaki jest tego efekt. Podnoszę ręcę w górę. Bo tak się cieszę za ten rok! Wszystko o czym marzyłem, czego pragnąłem, spełniło się i trwa. Czy to drogą lekkiego wewnętrznego uporu, pewnej determinacji, działania, odwagi, zaufania? Ja mam wrażenie, że stało się lekko i bez wielkiego wysiłku. Znów płyną słowa…

– Dziękujemy Ci Stwórco Najwyższy, za ten dobry rok, za wszystkie radosne chwile, za obfite dary, podróże, ludzi, lekcje, nauki, wiedzę, doświadczenia…W świadomości, że wszystko przyczyniło się do naszego wzrostu i coraz lepszego poznania samych siebie. Dziękujemy za rozwój, jaki dzięki temu wszystkiemu stał się naszym udziałem i Twoją codzienną opiekę…

Więcej nic nie mówię, a w sercu płyną osobne podziękowania dla wszystkich cudownych ludzi poznanych przez ten czas, z uhonorowaniem wartości i wiedzy jakie wnieśli. Dziękuję ciału które mi służyło, niosło, i Duszy, która prowadzi. Ale! Tu obracam się do lasu i kłaniam głęboko. Drzewa Mocy i całe leśne wsparcie. Moje ukochane zwierzęta i wszelkie nasze przygody. Za to bogactwo i mój duchowy pokarm dziękuję szczególnie.

Kiedy po 15 minutach salwy cichną, z wtórem alarmu dalekich syren, ruszamy w drogę powrotną. Chcemy jeszcze odwiedzić Krzesimira. Nauczony przezornością, pytam Dębu w myślach, czy możemy dziś tam podejść. Od dawna wie, że już tu jesteśmy. Duże TAK! Domyślam się dlaczego. Dziś staruszek jest sam. Nie ma jego zwierzęcych przyjaciół, którzy normalnie plączą się tam i ‘’medytują’’ nie gorzej niż ja. Śmiało możemy iść. Na piaszczystej dróżce, przez całą trasę napotykamy tylko dwa świeże tropy. Bardzo malutko. Gdy stajemy przed nim z pokłonem, odbieram wielką radość starego drzewa. Witaj Kochany! Tulimy się, a ja od razu odczuwam znajome ‘’prądy’’ – mrowienie w łapkach. Nasze energetyczne powitanie. I z każdym drzewem może być ono inne. Czasem będzie to uczucie miłości w piersiach, radości w sercu, albo kołysanie. Wszystko zależy od energii drzewa, naszej relacji z nim, jego osobistego nastroju i również naszej własnej formy. Dąb jest dziś wyjątkowo szczodry w darach. Widzę po Danucie, że równie jej błogo jak mnie. Nie rozmawiamy dużo z drzewem, choć czuję, że nazbierało się osobistych dla obojga tematów. Ale to nie na teraz. Jest mocno ożywiony. Kiedy szliśmy polem, szalał wiatr, a gdy połączyliśmy się Drzewem, nastała nagle długa cisza. Ani podmuchu. Dąb też chyba wie, co ma dokładnie robić, a ja, jak się temu poddać. Cieszy się z nami, z tego co się zadziało, naszego wyboru i pewnie tego co w obojgu wyczuwa. Dla niego to znak czasów. Doczekał się. Doczekaliśmy my wszyscy. Wzajemnego porozumienia i wspólnej zmiany świadomości. Wiem i wierzę, że gdy mnie już nie będzie, inni będą kontynuować drzewne przyjaznie szerzej. To niesamowite, ile one nam ofiarują. Poza tym czego sami nie potrafimy na wielką skalę stworzyć, tlenem i czystym powietrzem, płynie również uzdrowienie ciał i dusz. Dzieje się oczyszczenie aury i niekorzystnych energetycznych zawiesin. Objawiają się osobiste wieści, a drzewa są na tym etapie pomostem, umożliwiającym dostęp do wiedzy i wymiarów, z których pradawni szamani korzystali bez wysiłku. I tacy mędrcy jak Krzesimir, doskonale wiedzą jak nam pomagać. Czasem mam wrażenie, że jest swoistym ‘’rentgenem’’ widzącym moje ciało i ducha jak na dłoni. Pamiętam jak razu pewnego, przybyłem na jego wezwanie z gorączką 38. Jechałem parę kilometrów na mrozie, potem 40 minut czekania, aby ustąpić miejsca ‘’medytującym’’ pod nim sarnom, ale ostatecznie…Po ponad godzinie spędzonej u pnia przyjaciela, wróciłem do domu zdrów. Wszelkie objawy grypopodobne ustąpiły. Danuta nie chce mi od dębu się odkleić ani ruszyć. Mówi, że w życiu czegoś takiego nie przeżyła. Otulił nas leśną cudownością. Podzielił się szczodrze. Ja w tym momencie wiem, że to co przeżywa teraz mój gość, to dopiero początek drzewnej przygody. Nastąpiło pewne otwarcie. A on ofiarował swą energetyczną ‘’pieczęć’’ – swoistą ‘’przepustkę’’ do magicznego świata drzew. Siadamy jeszcze na chwilę pod nim, bo i taką prośbę odbieram. Horyzont odcina się szarą linią, a ja wspominam nasze wspólne obserwacje zwierząt, jakie były udziałem godzin czuwania u dębowego pnia.

644c88907a39decde36d44d27a6468ea

Zimno podnosi nas do powrotu. Żegnam się z dębem czule i wylewnie, obiecując niebawem wrócić na dłużej samemu. Dziękuję szczerze za szczodrość i obfitość z jaką nas powitał. Tulę i całuję korę. Gdy tak stoimy przed nim w pożegnalnym pokłonie, Danuta nagle wzdryga, dotykając się za głowę. Poczuła tam dotyk.

‘’Co to było’’ ? – pada pytanie.

Ja odbieram błogi ciepły dotyk rozchodzący się linią na sercu i miękkie energetyczne, stłumione ‘’puhhhhhhh!’’ , rozchodzące się w puls biało – szarej fali wokół pnia. Już dobrze to znam.

– Jego pożegnanie, – odpowiadam z uśmiechem. Wiem, że to była bardzo udana wizyta. A Krzesimir zaskoczył nieco swoją otwartością i bogactwem, po okresie pewnego ‘’zastoju’’.

Maszerujemy przez wieś, gdzie zdumiony znów jestem ciszą. Normalnie biega tu mnóstwo piesków, obszczekujących przechodnych o każdej porze. Teraz ani jednego. Sylwester… Pewnie nadal tkwią skulone w budach, albo pouciekały. Czasem się tak zastanawiam nad istotą zjawiska. Może im głośniej, huczniej, tym dalej od siebie? A pod przykrywką gromkiej zabawy kryje się po prostu tłumienie i wyparcie, tego co dla świadomości niewygodne. Nie mnie oceniać. Wokół unosi się swąd prochu, odczuwalny był nawet w lesie. Znowu wkraczamy do świata szarych pól, bezkresnych i pustych dzisiaj jak nigdy. Zrywa się wiatr i siąpi mżawka, zacina w twarz. Ale przyjemnie i miękko. Zwierciadła kałuż polśniewają jak ozdobne cekiny najpiękniejszej biżuterii. Kiedy obracam się w stronę lasu, tym razem go nie widać. Horyzont spowił się czarnym mrokiem. Jak to możliwe? Przecież startując z tego samego miejsca, jawił się przed nami wyraznie. A może tam pozostał nasz mrok własny… Danuta mówi, że przekroczyła wiele swoich granic i osobistej strefy komfortu. Że sama, nigdy by się nie odważyła. Oboje wiemy, że zdarzyło się coś wyjątkowego. Choć jeszcze nie potrafimy ubrać w słowa. Dlatego milczymy.

Drugi dzień wędrowny.

Żywioły rozpętały się do noworocznego tańca. Mam wrażenie, że próbują spłukać wszystko to, co człowiek wczoraj zbrukał, a szumem furii drzew, tą kojącą muzyką uspokoić ptasich i zwierzęcych mieszkańców. Chmury pędzą w amoku po niebie, chłosta zimy wiatr, a co kilka minut ziemię omywają potoki strug lodowatego deszczu, który zdaje się być razem z wichurą jednym biczem bożym. Chwilami pokazuje się słońce, po to tylko, by za moment schować się za groznym granatem pędzących cumulusów. Tego dnia pozostajemy w kwaterze.

Oficjalnie, tradycja leśnego, szeptowego sylwestra została zapoczątkowana  Dziękuje mojemu gościowi, za świadome, ubogacające towarzystwo  A jeśli i Ty masz ochotę na podobną przygodę, pisz, pytaj śmiało o każdej porze dnia i roku. Księżycowe Wędrówki to projekt, który powstał z myślą o Tobie, nieśmiały wędrowcze. Z nowym rokiem zapraszam tych, którzy odważą się odkrywać magiczne życie lasu, pól i łąk, z procesem osobistej transformacji, który i tak zawsze się zadziewa. Ale nie tylko podczas pełni. Aktualne każdego dnia i nocy, do dogadania się. Jestem i wędruję dla Ciebie, aby z radością podzielić się przyrodniczym bogactwem i tajemnym światem natury, aby to co przeżywam i opisuję mogło również stać się Twoją osobistą przygodą i udziałem Duszy  Wolne terminy są cały czas. Zapraszam do wspólnego odkrywania przyrody i siebie w jej doświadczeniu  🌳🐗  Z radością zawiadamiam też, że można już śmiało korzystać z oferty gospodarstwa gościnnego w Rokietnicy, jeśli ktoś przybywał będzie do mnie z daleka 🙂 Pokoiki są schludne i zadbane, w rozsądnej cenie. Stąd mamy blisko na bagna, pola i w lasy. Ale najważniejsze, że gospodarze są uczynni, uprzejmi i wyrozumiali z zainteresowaniem dopytujący choćby o preferencje żywieniowe gościa, zatem dla wegan to również przyjazne środowisko 🙂 Zawsze jest alternatywa regionalnej kuchni wielkopolskiej (pyry z gzikiem 😛 ) czy jakie tam mamy rarytasy 😀 Chodzi o to, żebyście się już naprawdę nie martwili o nocleg. Kwatera znajduje się 300-400m od mego miejsca zamieszkania, wiec równie szybciutko przybywam, witam i zapoznaję się. Link do kwatery podaję poniżej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

36937371_621880931513393_4205162368814022656_n

Wierzba – Szelest bagiennych zjaw.

Przesłanie to spisane zostało dla pewnej szamanki, która dopiero wkracza na swą ścieżkę. Ileż radości mi sprawiło, nie sposób wyrazić. Energie wierzbowe zawsze objawiają się w pierwotnej potędze, zaglądając w sekrety pradawnej magii, zabobonów i legend. Przekaz ten jest o tyle wyjątkowy, że po raz pierwszy zamiast Drzew Wskazujących, pojawiło się coś niespodzianego.

W wierzbowym zakątku…
Tam szukaj wsparcia swych planów

Biegną tu ścieżki wątku, 
Na odwiecznym szlaku szamanów,

Pokłoń się wody kapłance, pani bagiennych żywiołów,
Bacz by nie tracić w walce, energii dla psotnych chochołów.

Skrzat w dziupli zmurszałej, ogniste wypuszcza iskry,
Pyta dziewczynki małej, czy duch jej w pełni jest czysty.

Noc się zakrada z szelestem, cieniem okrywając sitowie
Opowiada wraz z mroku chrzęstem, o czym śpiewają skrzatowie.

Sowa w mądrości wcieleniu, na spróchniałym pohukuje konarze,
Straszy tym co przeszkadza w spełnieniu, odwagi trzeba Ci w darze.

Zjawa z mgłami przybywa, szeleści w krainie szuwarów, 
Zmysły zaklęciem okrywa, przenosząc do dawnych wymiarów,

Czarownic drzewo przodków swych słucha, zaglądając w arkana czasu,
Chce przygotować Twojego Ducha, byś magię sławiła lasu.

Życie, istnienie, i upór, mieszkają w pozornej śmierci,
Wiedźmy swe czary wskrzeszają, czytając z pradawnej pamięci.

Bóbr chrobocze u pnia, końca już wieszcząc nadejście, 
Nowego blask świta dnia, przestrzeni zwiastując przejście.

Z czym do nas przychodzisz wreszcie,
Osobistej dokonaj spowiedzi,

Gdy ziemi i wodzie zawierzysz, objawią się odpowiedzi.

Świat to nie zawsze piękny, ten w którym chcesz się zanurzyć
Pytaj o radę wierzby, z listowia będziemy Ci wróżyć.

Jesienną słotą i wichrem, tam czarujemy przy szarej strudze,
W deszczu szaleństwa ulewy przykrej, z wszelkich oczyścisz się złudzeń.

Baśnią świat się zasnuwa, w gawędzie istot wszelakich
W oparach mokradeł mglistych, snem się kładą majaki.

anypics.ru-64672

 Wierzba – Kapłanka dawnej magii i Wiedźma żywiołów.

Wiedziałem, że z wierzbą będzie ‘’grubo’’. Zwłaszcza w Twoim przypadku Trzęsło mną tak delikatnie, podczas płynięcia tego wiersza, i wiem gdzieś tam, że on nie jest jeszcze kompletny. Aby odnaleźć Twoje Drzewo, udałem się na kilkugodzinną wyprawę. Trafiłem nad bagno przy którym jeszcze nie byłem, okolica dzika, piękna, pradawna. Tam napotkałem wierzbowe cuda, nie wiem, jedno to drzewo, a może kilka? Poskręcane, płożące, powalone, żywe, martwe, wypróchniałe, dziuplaste, wreszcie rosnące ku górze. Nadgryziona przez bobra, połamana, zdrowa – tu wierzbowa czarownica pokazała mi cały swój możliwy przekrój. Zapytałem o Ciebie i Twe sprawy. Przyszedł początek wiersza, obrazy, jakieś ostrzeżenie, pytania… I wiele z tego, co w Tobie zdaje się kryć. Wierzba to drzewo magii, żywiołów, czarownic i wiedzm. Od dawna darzona szacunkiem, zabobonami, i lękiem. Przyjęło się kojarzyć ją i z siedliskiem sił nieczystych. Ale wierzba… Ona tylko koi się w swoim istnieniu, opieką otaczając istoty wokół żyjące. Jest wyrozumiała i stateczna. Śmiałkom zaś, którym obcy jest strach i sięgną oni po swoje prawo sprawcy, otwiera bramę do świata dusz, zaświatów, ułatwia dostęp do tajemnic wiedzy ziemi, naucza kontaktu z duchami przodków i zjawami przyrody. Choć wierzba nie obdarza uczuciem wibrującej mocy jak dęby, ani wesołą lekkością jak brzoza, to lepiej jej nie lekceważyć ani nie zapominać. To niesamowity patron. Podobnie jak akacja, ma ona dostęp do wszystkich żywiołów, choć dysponuje nimi w sposób bardziej chaotyczny. Jej ukochane to woda, ziemia, oraz powietrze. Ogień przynoszą skrzaty…cokolwiek to znaczy  Wierzba obdarzy Cię ukojeniem, wyciszeniem emocji, wzniesie Cię do szaro-białej przestrzeni skąd spojrzysz niezmącona na ludzi i ich sprawy z którymi przyjdzie Ci pracować. To bardzo ważne i potrzebne dla Ciebie. Wierzba pomaga zrozumieć prawa rządzące wszechświatem. A one mówią, że czasu nie ma. Dla Ciebie to o tyle ważna wieść, że dzięki temu pomożesz innym ludziom uwolnić to z czym do Ciebie przyjdą. Darz szacunkiem swoją Patronkę, a ona obdarzy Cię wglądami w sprawy, w których będziesz potrzebować wieści. Nie zapomnij okazywać i wypowiadać jej Miłości  Wróćmy do wiersza…

drawn-scenic-rising-sun-11

Mówi on o tym, abyś dbała o swą energię. Słowem, nie dawaj uwagi tam, gdzie mogłaby ona zasilać jakieś konflikty. I zwracaj uwagę na ludzi, którzy wywołując pewne sytuacje mogą ją od Ciebie pobierać, aby karmić byty jakie przy sobie noszą. Wychodzi na to, że boisz się, że Ci się nie powiedzie. Oraz trochę też ludzi. Tego, że komuś nie pomożesz, lub, że ten ktoś oceni Ciebie, czy sposób w jaki działasz. O potrzebną odwagę i zaufanie w razie potrzeb poproś dąb.’’Mgła okrywa zmysły’’ – to zdanie mówi o tym, co jest ważne w tym czym pragniesz się zająć. Wiesz o co chodzi. Tutaj nie analizujemy, umysł ma działać jak najmniej. Ty masz słuchać swej duszy, innej duszy która chce coś przekazać jakiemuś wcieleniu, albo i pytać swego Drzewa Mocy  Duchy przodków – też wiesz o czym mowa. To będzie na ten czas ważne, u ludzi, którzy niebawem się pojawią. Pytaj, zaglądaj w przestrzeń aby dowiedzieć się co ci przodkowie chcą przekazać. Kolejna osoba jaka się do Ciebie zwróci, będzie potrzebowała już pożegnać się z rodem, puścić te więzy aby zyskać wolność duszy, niezależnie od tego, co tamci będą mówić.

Patrząc na wierzbę którą dziś odnalazłem, nie mogłem się nadziwić. Tu powalona, pień tuż nad ziemią, niby zmurszały i martwy, a jednak sterczą z niego zielone gałęzie z liśćmi. Mimo pozornej, zewnętrznej martwoty. To jest siła żywotności…zasilanej esencją żywiołów. Fenomen wierzbowy ciężko jest rozsądnie wyjaśnić. Nie jest to drzewo które łatwo się poddaje, ani swobodnie odchodzi. Jest przy tym wyrozumiała i uśmiechnięta wobec swoich mieszkańców, którzy chcąc nie chcąc poszerzając powstające dziuple, przyspieszają jej ostateczny koniec. Ona rozumie… jaka jest jej rola. I tak tkwi sikorom, dzięciołom, remizom, gągołom, oraz bobrom na uciechę. Każdy ma z niej pożytek.

Dalej mamy wątek, taki, wierzba pyta, dlaczego? Dlaczego chcesz tam podążać? Dręczy Cię jakiś wyrzut, zupełnie niepotrzebnie. Bo wierzba go nie ocenia ani nie potępia, chciałaby tylko, aby zanim przystąpicie do przyjazni, szczerze jej o tym opowiedziała. Zdaje się chodzić o jakąś szczerość intencji, wobec jakiejś sprawy. Mówi też o tym, że dopóki strach będzie obecny, tam dokąd wglądasz, z nim możesz powrócić. Twoja siła, to świadomość, że nic Ci się stać nie może. Jesteś przekaźnikiem. Jesteś wodą, ziemią, powietrzem. Wierzbą…

  Bóbr – Budowniczy Zmian

Bóbr, skryty Kreator Zmian chroboce o nich właśnie. Je tworzy. Budując tamy, ścinając i powalając drzewa przeobraża krajobraz w krainę mokradeł, zasobną i dostatnią. Bo woda to życie właśnie, a on swoją pracą przyczynia się do jej zachowania w swym królestwie. Choć robi to w swoim interesie, z jego dobrodziejstwa korzysta tyle istot. Dziki taplające się w coraz to nowych rozlewiskach, jelenie, łosie, ryby, ptactwo, o owadziej podwodnej drobnicy nie wspominając. A nawet ludzie, choć rzadko kiedy to dostrzegają. Zwróć uwagę, że bóbr jest przy tym zupełnie niefrasobliwy, i nie przypisuje sobie żadnych zasług, nawet nie pomyśli, że komuś faktycznie pomógł. Tym samym zazwyczaj żyje nie niepokojony przez nikogo, bo nie narusza równowagi mocy. W razie co, chroni go żywioł któremu dał swą energią taką przestrzeń. Piękna to bobrowa symbolika, pokazująca przemądry cykl przemijania, odrodzenia, życia i śmierci w świecie przyrody. Drzewa zaś wcale nie gniewają się na bobra, w swym zrozumieniu wiedząc, że działa on dla wyższego dobra wszystkich i pomaga całej naturze. Pogodny bóbr, z pluskotem przemierza toń, ufny, że jego kreacja zapewni mu wszystko, czego w życiu trzeba. Dlatego nie traci czasu, tylko działa. Zna też balans i równowagę dla swego czasu – pocieszny grubasek nie stroni od zabawy w gronie pobratymców.

 Sowa Uszatka – Cień lęku

Sowy to wielorakie stworzenia, bynajmniej nie aż tak mądre jak im się przypisuje. Wielu niepokoi odgłos nocy, głucho niosący się przez mrok. Tak się odzywa właśnie uszatka, a Twoja wieści o braku zaufania ze strachem odnośnie tego, co powyżej. Ona jednak nie boi się cienia, jest z nim zestrojona… w nim żyje, karmi się, rozwija i to on jest jej gwarantem przetrwania. Sowa ufa swemu cieniowi, który się nią opiekuje. Ufa mu w pełni, i wie, że on nie może jej skrzywdzić. Twoja uszatka pohukuje o tym, że o cień będziesz musiała się otrzeć, pracując szamańsko na głębokich poziomach. Pamiętaj wtedy o zwierzętach, które ufnie z mroku czerpią co najlepsze, skrywając w nim swoje tajemnice. Obrona własnych granic w potrzebie, i skrycie się kiedy trzeba – tak postępują bóbr z sową. Zjawa sowy rozpływa się w cieniu żywiołu powietrza, a bobrowy duch z ostatnim hałasem nurkuje w odmętach, zostawiając z niczym zaskoczonego wędrowca 

Ostatni wers mówi o tym, że Twoja świadomość będzie wzrastać tylko. Nauczysz się patrzeć całkowicie na ludzi i zdarzenia z perspektywy drzewa. A więc, z odległego wierzchołka obserwatora. Dojrzysz wtedy może nici i połączenia, jakie oplatają całe istnienie, zlewając się tak naprawdę w jedno połączenie. Dystans ten, bardzo będzie konieczny na ścieżce jaką chcesz się udać.

Jałowiec – Pamięć Magii

Towarzyszy Ci też jałowiec, jako drzewko wspierające. Chce on tylko wskazać na rozmaite dawne praktyki magiczne, wierzenia, rytuały, które mogą okazać się pomocne. Jest też Twoim strażnikiem oczyszczenia. Dym z suchych gałęzi i owoców jałowca rozprasza niesprzyjające energie nawet lepiej niż biała szałwia.

Dąb – Ojciec Wiary

Kiedy dusza i umysł zlewają się w jedno w swym pragnieniu, nic nie może ich powstrzymać, a cały wszechświat z gościnnością otwiera podwoje wszelkiej obfitości. Masz jeszcze inne talenty. A sposoby na dodatkowe wsparcie finansowe objawią się, kiedy zagości w Tobie pełne zdecydowanie. Możesz się tym nie martwić. Dąb obdarzy Cię zaufaniem, i stabilnością w wierze, nawet jeśli teraz jej brak. On tak naprawdę Ci jej nie ofiaruje, tylko po prostu wydobywa z Ciebie udrażniając kanały energetyczne. No, może troszkę daje odczuć jak to jest być nim 

 Drzewa Mocy: Wierzba Iwa, Wierzba Płacząca
 Wspierające: Dąb, jarzębina, jałowiec.
Gościnnie wystąpili: Bóbr, sowa, skrzat, chochoły  (zamiast drzew wskazujących  )

 Dziękuję bardzo Agacie, za magiczną wyprawę z jej Drzewami, istotami, po świecie dawnych czarów. Proces to cudowny…jeśli są jakieś słowa mogące oddać. A jeśli i Ty szukasz dla siebie odpowiedzi w przesłaniu płynącym ze świata natury, napisz po prostu 

CatherineMJames_Within the Willow

 Czy byłeś kiedyś nocą nad bagnem, w krainie szuwarów i mokradeł z dawna zapomnianych?
Siedziałeś może w kręgu Wierzbowych Wiedźm, słuchając o czym szemra wiatr w koronach próchniejących czarownic? Możesz tu szukać wszystkiego, lecz jednej rzeczy nie znajdziesz nigdy. Ciszy.

Ta umyka żwawo z królestwa moczarów, poganiana szelestami gwarzących trzcin. Nie ma ochoty tu mieszkać. W odległych gawędach ludu, nieposkromione bagna i ostoja dzikości złą sławą się zapisały, skrywając swe sekrety przed śmiałkami odkrywców mglistych tajemnic. Podania mówiły o topielicach, strzygach, zjawach wołających wędrowca ku czeluściom topieli, zaś w wierzbie miał zamieszkać sam Diabeł Rokita, błyskający ogarkami cudacznych lampionów, strasząc w obronie swych niedostępnych pieleszy. Sprawcami tych legend stały się głównie zwierzęta, w tak skrytych zakamarkach znajdujące swe ostoje. Niewidoczne, bezpieczne. Ale nie ciche. Kto lękliwy, odnajdzie tu sumę wszystkich swoich strachów. Pogodny i uważny, cudów zachwyt i wieczny urok. Można też duchom bagien zadać pytania, i posłuchać odpowiedzi 

Tu dzik szlak błotnisty przemierza, w pełni się czując bezpieczny, 
Jeleń do kąpieli też zmierza, odwieczny zwiedzając matecznik.

Głucho dudni bąk w mroku, ptasi duch trzcinowiska, 
Wierzba w szelestach swych kroków, tam diabeł ogarem błyska.

Szpacy zapadają z łoskotem, oddając się w senne mary, 
Czapla ochryple łopoce, skrzydlate wzywając już czary.

Żurawie trąbią ku słońcu, zachodu zwiastując wieszcze
Nadzieję mają, że w końcu, cisza zagości tu jeszcze.

Gęsi paplają z trwogą, gwarem wypełniając pielesze, 
Nadziwić się temu nie mogą, lis zaś się skrada w uciesze.

Bóbr w pluskach chroboce srogo, świat swój budując misterny
Podąży zawsze swą drogą, żywiołu posłaniec wierny.

Wydra śwista z uśmiechem, rybom na utrapienie
Topieli stając się echem, cieszy się swoim spełnieniem.

Łabędzi rycerz na toni, czułość okazuje partnerce
Kogo potrzeba przegoni, i pragną się jeszcze więcej.

Olchy w czas wichur zawodzą, bujając wśród połamańców,
Najlepiej tu sobie powodzą, kołysząc w rytm swoich tańców.

Szuwary z pomrukiem gaworzą, 
Gdy locha prowadzi swe plemię

Nigdy do snu się nie łożą…
Mgieł zjawa w oparach drzemie.

Kopia MY327