Piżmak. Wspomnienia duchów Mgieł

Są takie zwierzęta, których nie widuje się zbyt często. Mimo że istnieją wokół i są dość pospolite, znikają w tłumie, na rzecz przykuwających uwagę wszechobecnych saren, czy większych ptaków. Zamieszkują nie zawsze łatwo dostępne środowiska. Siedziałem właśnie nad stawem, obserwując poczynania czujnej czapli, gdy widoczny kątem oka ‘’smyrg’’ oderwał mnie od siwej drapieżniczki. Co to tak migło? Błyskawiczne. Chyba mi się przywidziało…

Czapla tkwi w bezruchu. To taki pozorny bezwład. Wiem, że jej pierzaste ciało napiętej jest w tym momencie jak struna, i wrażliwe okiem na najmniejszy widoczny ruch pod taflą. Tym razem, nie ‘’myrgnięcie’’. Łodyga trzciny kołysze się jakoś podejrzanie, nienaturalnie. Czyżby jakiś ptaszek? Przepatruję wzrokiem góra – dół i znów, akurat właśnie gdy dostrzegam, mig! Zdążyłem zarejestrować tylko buro – rudą sylwetkę, dość małą ze sznurkowatym ogonkiem. Czyżby rzęsorek rzeczek? Myślę. Mógłby tu być. Teraz szkła lornetki kieruję właśnie tam. Trzciny ruszają się podobnie podejrzanie, tym razem bardziej w głębi. Chaotyczne potrząsanie. I wynurza się. Co za stworek! Łapkami dotyka łodygi, jakby badał czy dobre… Jest na powierzchni sekundy, po czym znów nurkuje, i wtedy właśnie trzcinka zaczyna się chybotać. W głowie się rozjaśnia, toż to piżmak! Zwany pogardliwie niekiedy ‘’szczurem wodnym’’. Rzadko widywany gość. I znowu stwierdzić muszę, że bez lornetki nie rozpoznałbym. Nie byłoby pewności. Zmieniam nieco pozycję aby go lepiej widzieć, o czapli zapomniałem…A ona właśnie odlatuje. Ehh…

Piżmak wygląda prawie jak miniaturka bobra. Prawie, bo jego ogonek jest cienki jak powróz, no taki podobny jak u myszy. Wodna mysz. Dobre. Żywi się głównie kłączami roślin wodnych, czasem jakiś lęg ptasi spladruje. Uznawany jest za gatunek inwazyjny i szkodliwy, bo wziął się stąd, że uciekł człowiekowi z hodowli futerkowych. No i się go tępi, podobnie jak jenota. Choć wytępić nie jesteśmy ich w stanie, bo to technicznie niewykonalne. Tak niedostępne ostoje potrafią zamieszkiwać. Rozmyślam – jak też łańcuchem pracuje zło. Futerkowe hodowle, gdzie zwierzęta stłoczone w klatkach nie podziwiają słońca, nie wdychają aromatu rześkiej wody, tak jak natura je stworzyła. Iluś tam udało się z tego piekła uciec. Jak reaguje człowiek? Krzyczy: ‘’Szkodnik, gatunek inwazyjny, zniszczyć, zabić!’’ Widzi ‘’przyczynę’’ wszędzie, byle nie w swoich działaniach. Takie maleństwo…Jedyne co piżmak może napsocić, to rozkopywanie wałów przeciwpowodziowych. To samo robi rodzimy bóbr, i po prostu drzewa czy wrażliwe miejsca obkłada się wtedy siatką, gdzie grubas się nie przegryzie. Być może dlatego nasz cały postęp techniczny, jest tylko pozornym rozwojem. Skoro przynosi tylko cierpienie, zniszczenia i śmierć, a siłą napędową jest wyzysk. Przecież od kilkudziesięciu lat jeździmy nadal kopcącymi samochodami na silnikach spalinowych, mimo technologii Tesli…Więc jaki postęp. Temat na inną opowieść.

Podziwiam piżmaka, z jaką pasją i perfekcją męczy tą jedną trzcinkę. Świata poza tym nie widzi. Błyskają żółte ząbki. I z tej strony jakby nie patrzeć robi coś pożytecznego, bo przecież człowiek okresowo wykasza szuwary, aby mieć dostęp do tafli wody. Płynie do mnie…nauka. Zastanawiam się znów. Dlaczego piżmak wciąż istnieje, mimo tych prześladowań, wrogów naturalnych? Odpowiedz jakby przychodzi w jego robocie.

– Bo jestem skupiony na sobie. Tylko na tym, co mam zrobić i co chcę osiągnąć. Temu poświęcam, z jakim oddaniem swoją energię. Nie rozpraszam się. Wykopuję kłącze, które chcę zjeść…

Takie to niby proste. Ufają i działają. W przyrodzie wiele kryje się odpowiedzi, na odwieczne ludzkości pytania. Wysiedlone suszą bobry przeniosły się tam, gdzie jeszcze jest woda i dalej budują swoje tamy z patyków. Wierzą, że dadzą radę.

Chwilę przed zachodem słońca usadzam się w jednej z otwartych czatowni. Stąd mam widok na świeżo zaorane pole, bagno, szuwary, i lasy. Tu spocznę do ciemności po kilkugodzinnej wędrówce. Spotkałem aż kilka bażantów, a przecież lamentowałem ostatnio, że chciałbym zobaczyć wspaniałego koguta w lornetce, a tak ich coś mało, nie widziałem już parę miesięcy. Manifestacja natychmiastowa. Ciekawskie sójki dziś zaskakują, żerując na skraju pola całą gromadą, zupełnie jak stado kur. Co podnoszą, stąd nie widzę. Staram się podejść. I choć sójka zdawałoby się, łatwy obiekt do obserwacji, cwaniary wiedzą, że coś jest inaczej. Pewnie nigdy nie widziały obserwatora. Niepokoją się całą chmarą i siadają na wierzbach. Latają nade mną, a w lornetce widzę jak odwracają łebki przy okrążaniu, aby mi się przyjrzeć. Zdają się być totalnie zdumione. Że ktoś się zbliża, celowo właśnie do nich. Odchodzę śledzony, całe szczęście nie wrzeszczą, tylko sondują w milczeniu.

muskrat

Zaszło. Jak szybko umyka jesienią. Temperatura leci. Po południu było wręcz upalnie, a teraz trzeba ratować się kurtką. I nawet się cieszę, bo myślę sobie, jeśli tu spadki są takie, to co dopiero w górach, na Podlasiu czy choćby Warmii. Gdybym tam miał wędrować… Wieczór jest cichy, namiętny jakiś taki. Kosy alarmują i szczebioczą w terkocie przed snem, najbliższe miesiące to one będą tutaj Zegarem Zmierzchu. Nad całością bagna unosi się pierwsza mgła, i zaczyna dziać coś, czego się dziś niespodziewałem…

Mgły zaczynają gęstnieć. Podnoszą się zakrywając mi okoliczne światła i osiedle, które wyrosło nieopodal podstępem. Idą w górę, skąd pasmami rozlewaję się na pole. Będzie taniec, będzie sztuka, przedstawienie! Mgliste pląsy wody żywej, to jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie przyroda wyreżyserować może. Zachwycam się – jakaż moc tu, w tych szuwarach i odmętach drzemie? Przetrwała mimo wszystko, i w chłodzie ukazuje nocnym wędrowcom swoją potęgę. Tam człowiek w swych światłach i przed ekranami seriali, tu one, które głucho wypełniają wszystko… wytłumiły mi nawet dzwięki dobiegające z wsi. Film oscarowy, gdyby nagrać to w przyspieszeniu. Tak się cieszę. Oglądam się za plecy – i łąka zanurzona w bieli. Cud chwiejny, żywy. Wokół robi się okrąg mleczny, a wszystko to wypełza właśnie stamtąd, z serca moczarów… Jak pajęczyna wilgotna, porywa w sen swoich macek. Tak oddycha ziemia. Tak pracują żywioły. Nie poddają się. Ile jeszcze przetrwa? Człowiek może zasypać, zasuszyć, i wybudować na tym dom. Bywało już tak. Pamiętam to miejsce jeszcze z czasów, gdy nie były stąd widoczne światła osiedli mieszkaniowych, nie dobiegały poszczekiwania psów i rzężenie pił, kiedy o zmierzchu wychodziły z trzcin watahy dzików po 30 sztuk… Gdy woda płynęła szeroką strugą po kaskadach rowku i chrobotały w nim bobry. Urzędował rzęsorek. Jak jeleń ryczał w kukurydzy, i wąsatki pasły się na szuwarach… Nie było ambon myśliwskich. Ostoja była bezpieczna, dzika i wolna. Nie wiem czasem po co tutaj zaglądam. Może dlatego, że najbliżej, sentyment, i znam każdą darń wraz z zakątkami zwierząt. Mój świat odchodzi każdego dnia, coraz dalej. Krok po kroku, odpływa…subtelnie. Coraz dalej muszę jeździć, by znaleźć kawałek ciszy. Przetrwa w opowieściach… Mało pocieszające. A kiedy się zatrzymamy? Co nam zostanie? Przecież nawet gdyby te historie miały w przyszłości być świadectwem, nikt nie zburzy mieszkań i blokowisk, by wrócić do tego co było. I nie mam wątpliwości, że na zabudowaniu pól i wycięciu zadrzewień się zakończy. Co się dzieje w innych częściach świata – nie można wyciąć, to podpalają. A ja się dziwiłem niekiedy, widząc ludzi biegających w słuchawkach. Cwaniacy. Być może czeka mnie to samo jeszcze za życia. Śpiew ptaków odtwarzany ze smartfona, bo lasy będą ptasio ciche, z szumem biegnących na wiaduktach ponad nimi autostrad…Pęd po iluzję. Zamkniemy się w coraz to nowocześniejszych domach, zagłuszymy duszę relaksacyjnymi dzwiękami, tym samym zatrzaśniemy na świat i siebie nawzajem. Cierpkie rozważania.

Przez siwą zasłonę przebija się piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Zew śmierci dla gromad myszy polnych – coś jak wycie wilka. Sowa obwieszcza wypad na łów. Dla mnie to sygnał, że pora wracać. Mgły podchodzą złowrogo gęstym duchem tuż pod czatownię, nie widać prawie niczego, drzew ani horyzontu. W takim kłębie łatwo zgubić orientację, kto niezwyczajny. Na znanym sobie terenie to zawsze wesoła przygoda. Raz mi się zdarzyło. Zakręciłem się parę razy z zamkniętymi oczami wokół i podjąłem wędrówkę. Przednia zabawa. I mgła lubi dokazywać. Wilgoć osadza się na butach, przemakając je do końca. Dziś nie zabrałem kaloszy. Nie zawsze chcę – ‘’ludzie dziwnie patrzą’’ gdy idziesz w nich przez miejscowość, podczas cudownej pogody. Nie znają realiów wypraw. Dziś buty wstępnie zmoczyłem już po południu, na resztkach rosy która nie obeschła od rana. Sekrety otulają mnie szarym kożuchem wspomnień przesłaniając burą gęstwą wszystko, gdy brnę przez chłodną łąkę – czuję się wtedy dobrze. Zabrały światła, odgłosy, dalekie budynki, utuliła w miękkiej, rześkiej ciszy. Nicość, taka moja, jedyna. Oddaję się jej w zapomnienie. Władaj mi tą krainą kochana jak najdłużej…

26.09.2019 – Bobrowe rozważania nad Stawem.

Muskrat_swimming_Ottawa

Reklamy

Noc wśród jeleni. Mglisty świt na Rykowisku

Po ostatnim czuwaniu z gościem, rozbudziło mnie zupełnie. Zew Wędrowny. Dawne marzenia czatownika. I nasycony byłem, i nie. Chciałem też samemu. Bo to zawsze inaczej. Mogę swobodnie decydować gdzie się przemieszczam i co robię. Jak długo zostanę. Ciężko też nawet i w domu wytrwać, gdy księżyc dobija ostatka, jeszcze coś srebrząc, a wiesz, że one tam ryczą… No i ruszyłem.

Pierwszy przystanek robię na stogu, tym samym co wczoraj. Trochę tu odpoczywam po jezdzie rowerowej, ‘’łapię’’ normalną temperaturę ciała i słucham co się dzieje. Odparowuję. Dziś dla odmiany odzywa się samiec puszczyka. Puszczyki i puszczyki ciągle w tych opowieściach. Cudownie, że są. Taka sowa, obojętnie od gatunku stwarza klimat prawdziwej nocy. Pożytek polom czyni, niestrudzenie myszy łowiąc. Byki już nawołują. Jest grubo po godzinie 23. Wchodzę kawałek do lasu dróżką, chcę spojrzeć lornetką na gwiazdy z ciemnicy. Przez sosnowe prześwity. Pamiętam jak taki przegląd nieba zaskoczył mnie po raz pierwszy – bo w lornetce widzisz, że tych gwiazd jest jakieś 10x więcej, niż oglądałeś przez całe życie. Tyle nam umyka. Przy każdej, którą widzimy gołym okiem, błyszczy jeszcze 5-7, których nigdy nie spostrzegłeś. To urzeka, a i wyrzut człek sobie robi, ile go omijało dotąd… Są i nawet specjalne lornetki do takich gwiezdnych obserwacji.

P90923-064231

Moje wejście i szarpanie z jeżynami powoduje w lesie ruch. Jeżyn nie było widać. Tylko nie oddala się, a zbliża. Podchodzi mnie. Wiem co jest grane. Jeleń wziął mnie za rywala. Trzeba mu dać znać, żem człowiek, bo one są w rykowisku nieprzewidywalne. Jeszcze ta ciemność. W zeszłym roku kiedy szedłem w tych okolicach jelenie stały na skraju lasu, przyglądając się wędrowcowi. Świecie ich oczu błyszczały w świetle diody. Nie uciekały nawet łanie. Jakby powiedzieć coś chciały… Szeleszczę więc bluzą. Pogłos zbliża się. Jej! Szustam kurtką, która głośniejsza i rozpinam głośno suwak, chrzęst zgrzyta gdzieś obok, i jak mi nad głową nagle

– Beeeeeuuuuchhhhh!

Odskakuję przestraszony nieco i syczę ściszonym głosem, ‘’A pójdziesz mi stąd, asio!’’
Dopiero głos otrzeźwia jelenia w zapędach. Myślałem, że jest dalej. Nie, no to nie jest komfortowe, zwłaszcza, że on tam nadal chodzi i szuka zaczepki. Jeszcze szybciej wychodzę na drogę polną, biegnącą przy skraju lasu. Zmierzam nad łąkę do czatowni. Tam się usadzam. Wysoko, w objęciach starej topoli, która dziś niepocieszona się zdaje, że nie poświęcam jej wiele uwagi. Słucham i słucham, i dialekty poznaję. Akcenty osobowości. Każdy z samców odzywa się wyraznie inaczej. Kuriozalnie i pociesznie nawet. Jeden ‘’pieje’’ wysoko w tonie, jak kogut. Przypomina zwykły krowi ryk na pastwisku. Inny, chyba najsilniejszy odzywa się naprawdę srogo i groznie. Tu jest potęga. Charczy, drga i ostrzega. I tak mam wrażenie, że one doskonale wiedzą który gdzie jest, jaki jest w sile i kondycji, wieku, i tak dalej. Przecież poza tym rykowiskiem żyją generalnie w zgodzie. Kolejny mruczy nisko i blisko, jakby ostrzegał. W kukurydzy. Ten sam co wczoraj. Odpowiada na mój zew. Gdy się nakręca, zaczyna beczeć jak koza, ściskam się wtedy ze śmiechu. To jakiś młokos być musi, co udaje ważniaka, ale generalnie udziału w rykowisku nie bierze. Odzywa się tylko sprowokowany. Bardzo ciekawe, że w zeszłym roku też był jeden tutaj. Czyżby ten sam?Najśmieszniejsze, że kiedy te olbrzymy zajęte są urąganiem sobie i darciem kotów, młodociane byczki spieszą cichcem do łań, i to one zwykle są sprawcami zapłodnienia. A człowiek ‘’bawi’’ się w jakąś selekcję samców, plując szyderczo hukiem strzelb w sam środek misterium ich święta.

P90923-071034

Bęczący ”kozio” młodzian wybiega mi na łąkę i pomrukuje, chciał sprawdzić gdzie przeciwnik. Potwierdza moje przypuszczenia. Młody jest, na głowie jakieś dwa ‘’widelce’’ ale i on potrafi zacharczeć jak stare byki. Chodzi i szuka. Dzięki temu mogę w resztkach księżycowego sierpa ucieszyć się jego widokiem. I dziękuję światu! Bo zawsze było tylko słuchanie tych jeleni, które mi wystarczało, w tym roku postanowiłem i ujrzeć. Podszlifowałem się w wabieniu. I oto efekt paraduje przede mną rozglądając się zadziornie i wzywając do pojedynku. Nie dzięki… posiedzę tutaj. A Ty ochłoń braciszku.

A to nie jedyny mój przeciwnik. Ziąb, duch mgieł, próbuje zapasów, dziś jednak jestem przygotowany. Poliestrowa kurtka pod bluzą trzyma solidnie ciepło, na nią zakładam drugą. Spodnie ocieplane, miękkie i wygodne dresowe razy trzy, plus kalesony bawełniane. I tylko wkładki puchowe do kaloszy gdzieś zgubiłem. Te 1,5 godziny przed świtem zawsze są najgorsze. Zimno jakby rosło w potęgę, sycone czernią pustki. Ubiór jednak się sprawdza. Udaje mi się wytrwać bez rękawiczek. Ważne również, by mieć coś do położenia pod tyłek, plecak lub jakieś ubranie którego nie zakładamy. Ziołowa herbata z termosu, gorąca pozwala zachować gardło w zdrowiu. Po takim czasie w chłodzie łatwo nabawić się takiego ‘’szczypania’’ właśnie tam, picie ciepłego małymi łyczkami zapobiega wyziębieniu przełyku.

Magia, spełnienie i moc. Sycę się brzmieniem samczej siły. Jej wibracja przenika ciało, rozrywając mgły ochrypłymi rykami bojowych byków. Rześkie powietrze wibruje pradawną chwałą. Potęga nadlatuje z łoskotem, sięgając pamięcią pieśni odwiecznej kniei. I taki malutki się tutaj czujesz. Bezbronny nawet. A z drugiej strony, wdzięczną cząstką tego wszystkiego. Ścichnij człowieku. Uszanuj. Dziś rządzą tu płowi Królowie Lasu, w ochrypłych rykach potwierdzający swą niepodzielną władzę. Zachwycona dusza stara się zjednoczyć, zestroić z pomrukami olbrzymów. Przenikają serce. Nawet sarny jakby odzywały się mniej i mało ich widać – ustępują miejsca władcom.

P90923-065120

Gdy świt zaczyna szeptać szarością, ruszam przed siebie. Tam skąd dobiegają ryki. Wcale nie są tak blisko. Na polach wydeptane grube tropy. Robią wrażenie. Woale mgieł rozsnuwają się wszędzie, na oparach niosąc srogie pomruki olbrzymów. To jest po prostu taniec. A mgła to żywy organizm, duch tutejszy, mistrzyni czarów. Gęstnieje, to rzedzi, rozdziela się na pasma powłóczyste, to znów opada do ziemi wstęgą. Kryje tajemnice i zachwyca. Nie wiadomo co zrobi za chwilę. Idę i wabię, maskując tym samym swoje nadejście. Widno już, brzask czerwieni w rozkwicie na wschodzie. Płyną korowody smug powłóczystych. I z nich mi się wyłania. Aż nie dowierzam. Kroczy i charczy – tutejszy król rykowiska. Natychmiast przykucam, choć nie zachowuję przesadnej czujności i uwagi. A to błąd był! Udaje mi się go uchwycić w lornetce. Co za potęga! Chyba szesnastak. Porykuje gromem. Ja coś się poruszyłem. Popatrzył czujnie i cofnął już w zarośla. Stara, doświadczona sztuka. Nie z nim takie numery. Wielu pewnie, próbowało go podejść. To nie chłystek, co pobiegnie za każdą prowokacją. I rzeczywiście. Nie odzywa się już ani razu. Zaszył się. W oddali paradują pojedyncze łanie. Szkła lornetki szybko pokrywają się wilgocią – i co z tego, że jest wodoodporna, myślę. Trzeba co chwilę przecierać, a zostają smugi przeszkadzające.

Brnę w kożuchu wilgoci zawieszonej, smużki muskając dłońmi, chwytam pasemka. Słoneczne promienie osadzają się na nich złotem czerstwym. Ptaki zaczynają poranny rozhowor. I warto było, wytrwać tu tyle godzin, by na sekundy stanąć oko w oko z płowym Duchem Lasu. Mateńka Knieja po raz wtóry obdarowała swego syna spełnieniem leśnego marzenia 

O świcie z mgłami się zjawiam. 
Przepływam nitkami kosmyków,

Jelenie z radością pozdrawiam, 
I cieszę z słonecznych promyków,

Braciom mym płowym dziękuję, 
Za zmysłów pieszczotę, czułości
Serce ten dar przechowuje…
Na więcej wciąż mam ochotę, 
Zjednoczyć się z Wami w dzikości

Świat się w wilgoci kołysze, po mrocznej i ciemnej nocy 
Rozbrzmiewało tu gromem w ciszy, westchnienie pradawnej Mocy

Smugi przędą marzenia, siwych zasłon woali 
Tkają nici spełnienia, łanie wędrują w oddali

Źdźbła pożółkłe kąpią się w rosie, chłodu smakując okruchy 
Szeleszczą w szuwarach już łosie, i snują bagienne duchy

Pani Poranna w rubinie dojrzewa, niosąc im blaski prześwitu 
Wielu zdarzeń się jeszcze spodziewa, zaprasza mnie do zachwytu

Wody Kapłaństwo mąci w bezwładzie, zaklęcia mamrocząc, uroki, 
Wierzbowe Wiedzmy już szumią w naradzie, baśnią się jawią widoki

Skrzydła rozkładam w ramionach, szybuję ponad łąkami 
Dołączam do swego plemiona, jak dobrze tu razem z Wami

Mamidła rozpływają się zwiewne, strachy szeptają z zjawami 
Swego istnienia jak żywo są pewne, ulotnymi chichoczą sprawami

Tańczą jak mary ubogie, na zawsze już zapomniane 
Oh siostry Kochane i Drogie, ze sobą było nam dane

Chwilę krótką,

Wiatru kaprys przegoni, rozproszy w pustce słonecznej 
Ja złożę podpis mej dłoni, pamiętać Was będę wiecznie.

🦌 23.09.2019 ”Samotne” czuwanie na Rykowisku

P90923-055055

Pierwszy cień Szarugi. Brzoza gromem trafiona. Błogosławieństwa dla Drzew

Jesień na dobre porywa w swoje objęcia wtedy, gdy w deszczowy, ponury i chmurny dzień ciemność zapada o godzinę szybciej, niż przewidzieli to w prognozie. Szara zasłona zasnuwa niebiosa gęstwą mrocznego panowania, a z tej burej kołdry sączy za kołnierz wilgoć. I taka pora dobra jest do wędrówki. Kto wie, czy nie najlepsza? Ludzi brak, a zwierzęta czują się pewniej, swobodniej i tak też zachowują. Chodzmy w strugi, w dzień deszczowy, hen na leśne ruszyć łowy…wrażeń.

Najwięcej kłopotu sprawia dobór ubioru. Gdy pada jest chłodno, ale wystarczy że przestanie na moment, już robi się parno i można się spocić. Dlatego do pełni szczęścia brakuje mi dziś damskiego towarzystwa, w osobie pani ZIMNICY. Z nią chociaż wiadomo jak się zachować, na co przygotować. Ufam, że niedługo już mnie odwiedzi. Dziś ruszam w ogóle w inny rejon leśny, tam gdzie jeszcze nie tną i mam nadzieję nie będą. Ze wszystkiego w lesie, tak samo jak zwierzętom i mi potrzeba spokoju. Może nawet nic się nie zdarzyć. Choć czy tam to w ogóle możliwe? Pierwsza ścieżkę przecina mi sarna, i wygląda na nieco zagubioną. Albo ona, lub druga gdzieś ukryta wydaje z siebie pocieszny pisk, jak dziecięca trąbka, za którą ta jedna podąża nasłuchując. Podąża prosto na mnie, choć to nie ja piszczę. Cześć malutka! Tak się cieszę, że ją widzę. Znowu to się dzieje. Każda sarna która ostatnio się pokaże, idzie prościutko do mnie. Miłość. Bezinteresowna wdzięczność zwierzęciu, z uciechą że przyszło, pokazało się, zaufało, obdarzyło swoim cudownym widokiem. Dawniej wstydliwe skrywana, dziś eksponowana i wyrażana w słowach, gestach, opiece, uśmiechu. To ona przyciąga jak magnes swoim promieniem zwierzęta do człowieka. Choć pewnie same do końca nie wiedzą co kieruje ich kopytkami, ale jakoś tak zawsze zbaczają do mnie. Niemal na każdej wyprawie. Wiem całym sobą, że to nie przypadek.

P90909-180732

Ten fragment lasu jest naprawdę magiczny. Niewielkie pagórki, drzewa porośnięte pnączami, chmielem i powojnikiem, strojne niczym w kożuchu. Drzewostan mocno zmieszany, różnorodny. Zabłąkały się nawet topole. Przechodzę przez porośniętą turzycą i tatarakiem dawniej zalewaną łąkę i staje nad rzeką. Rzucony niedbale, przewrócony, zdezelowany, zardzewiały mostek przypomina o tym co było tu kiedyś. Przeprawa nie jest łatwą. Śliski metal i cienki pasek ‘’przechodny’’ dla nóg, trzeba się cały czas trzymać aby nie spaść. Pada w sumie niewiele. Przerywa kropelkami. I wtedy go poznaję. Ogromny Dąb, rosochaty i strzelisty pyszni się na skraju polany. Mocarny jest. Choć podobnego wzrostu co Krzesimir, zupełnie inaczej zbudowany. Krześ ma równą rozłożystą koronę, harmonijnie kopułowo rozbudowaną, a ten jakby ramionami niebo podtrzymywał… podobne dębiszcza widziałem w Puszczy Białowieskiej, tam gdzie rozwój na wysokości w pierwszej kolejności stanowi o przetrwaniu. Okaz zdrowia i krzepy. Byłem u niego jeden jedyny raz z grupą Wędrowną i w ogóle nie wiem jak się zachować. Zapamiętałem go dobrze. To taki jegomość, co potrafi pracować z trzema osobami na raz, i to od pierwszego kontaktu. Rzadkie u Drzew. Może okazać przesadny szacunek? Pokłonić się, schlebiać? Bo dęby różne potrafią mieć osobowości. Bywają ciepli jak opiekuńczy ojcowie, srodzy dyrygujący dowódcy, lub równi bracia. Potrafią dominować. Od niego nie odbieram niczego ‘’ponad’’. Jest przytulnie i łagodnie. Jakby znał swoją siłę, słabości, nas. Świadoma Dojrzałość.

– Dzień Dobry, Kochany!

Lekki zryw korony. On mówi, że czekał. Aż przyjdę ponownie. Tyle czasu…Dlatego Krzesimir ciągle wygania do innych drzew. Tyleż osobowości. Jak określać, nazywać, te charaktery tak ulotne jak szum ich listowia na wietrze? Od razu chwyta mnie swoim ciepłem, a ja nie opieram, poddaję. Moje ciało wypełnia dudniący pomruk. Płynie od jego korzeni. Niby wibracja niższa zdaje się, ale to nie tak. Jest swojska, znana, luba…Tym razem jest ze mną zestrojony. Ciało nie drży, a rozświetla z Duszą. W pewnym momencie dzieje się… coś..

P90909-160440

P90909-175806

Tam w centrum splotu słonecznego drży poczucie. Siły i Mocy, które natychmiast gaśnie. Przytłumione… moim strachem. I czego się boję? Wiem. Tej siły, która wiąże się z odpowiedzialnością. Za swoje życie, wybory i jego kształt. Rozbłyska znów cudownie w sprawczości i gaśnie jak przy rozruchu starego samochodu. Dąb próbuje mnie ‘’odpalić’’. Rzeczywiście, pomimo wszystkiego co zrobił Krzesimir dla mnie, z tym tematem jeszcze nie pracowałem. Przenika… Mówi,

– Korzenie, Liście, Konary… Wszystko biorę co mi potrzeba. Postanowiłem. Wiem, że tu jest, bo tak być powinno od zawsze. Woda, pokarm… Jeśli nie ma, będzie. Tego jestem pewien. Planuję, działam, powoli a skutecznie. Zamysły w czyn wprowadzam głęboko wszystkimi sposobami, wtedy się dzieją. Sprawdzam, badam, lecz ufam, bo wiem. Nie ma żadnego zaskoczenia w mym życiu. Wszystko co może się wydarzyć już było i miało miejsce. Jeśli nie w moim istnieniu, to w innych. Stąd znam. Podziemne opowieści grzybów i korzeni. Nie muszę sam uschnąć, by wiedzieć jak to jest. Bo w moim życiu już było. Od żołędzia przez siewkę, i Drzewo, po rozpad, i tak wciąż od nowa. Czy nie brzmi Ci to znajomo? Tu zdecydowałem rosnąć. Tutaj mnie posiało. Nie mogę zmienić miejsca, ale mogę dać z siebie wszystko całą mądrością mych przodków, by zaistniał rozkwit. Ty możesz, dużo więcej. Możesz znaleźć się w dowolnym miejscu na Ziemi. Ponieść wiedzę szybciej. Wy ludzie fascynujecie nas, z wielu powodów. Dlatego Drzewa szukają kontaktu i dają o sobie znać. Chcą tworzyć razem przyjazny w doświadczaniu świat, dla wszystkich stworzeń. Drzewa dają podwaliny bytu, którego nie jesteście w stanie zastąpić niczym. A wy poruszacie się w sferze, i kreujecie cuda z marzeń. Popatrz, ile idei zaistniało. Stało się rzeczywistością. Tylko dlatego, że ktoś ufał, wiedział, bo widział jak bardzo jego marzenie jest prawdziwe. Poczuł je całą Duszą. Ty już znasz to uczucie. Tylko dlaczego…je gubisz? Dlaczego boisz się odpowiedzialności za siebie? Zapewniam Cię, to jedno z najpiękniejszych uczuć. Pełne Mocy i Szczęścia. Gdy decydujesz i stanowisz, i otrzymujesz coraz więcej, rozrastasz się… Tak jestem, jako Drzewo. Dostaję i biorę co mi potrzeba, a potem obdarzam innych. Ty bardzo się zmieniłeś. Zacząłeś tworzyć i teraz nas obdarowujesz. Najpierw przychodziłeś do nas po pomoc, wsparcie, radę. Zawsze je otrzymałeś. Dziwiłeś czemu Drzewa rozpękają się w środku, trzeszczą, piszczą, żywo reagują szumem i zrzucaniem różnych kawałków, kiedy je mijasz? Bo teraz też dajesz. Przychodzisz do nas, kochasz, błogosławisz, śpiewasz, wieszczysz rymy, przytulasz. Już nie pytasz, nie prosisz, nie oczekujesz, tylko jesteś. Każde z mych braci i sióstr wyłapuje Twą wibrację błyskawicznie. Przypominają sobie. Przecież w Ziemi pamięć jest. O dawnych ludziach i pierwszych, czystych relacjach człowieka z Naturą. Zanim przyszło zapomnienie. Chcą to poczuć, znaleźć się w tym! I choć zdaje Ci się, że już jesteś tak daleko, znów Ci powiem – to dopiero początek…

Dudniące Dęby Polski. Mruczące. Ogrzewa mnie i drga tym ciepłem jak wielki kocur. Ale przecież nawet nie znam Twego Imienia! A Ty tyle do mnie… Zaczyna mi się rymować. Teraz ja do niego mówię. Pamiętam jak bardzo opierałem się przed tym, zaprzeczałem że to niemożliwe, nie da się bez przygotowania. Dzieje się TO. Kim ja jestem?

I Kobieta, i Mężczyzna, 
W lesie Twoja jest tężyzna,

Przychodz bywaj coraz częściej, 
I zaglądaj tam gdzie gęściej

To słyszę w odpowiedzi. Już chociaż wiem jak to działa. W przestrzeni zaczynają krążyć słowa, a duszka układa je w sens. Chcę odwdzięczyć się Drzewu.

A Ty Dębie mój wspaniały 
Rośnij w miejscu swojej chwały,

Przyjmij co Żywioły dały…

Panie wielki, o Mocarzu, 
Lasu tutaj Ty Włodarzu,

Ukochuję Cię z czułością, 
Całą swoją namiętnością

Miłość ludzką Ci przelewam
I na wszystkie wokół Drzewa

Niechaj jak najdłużej płynie, 
Przestrzeń Wasza nie przeminie

To co mogę, ofiaruję, 
Niech najlepsze nam zwiastuje

Uśmiech jeden co posiadam
W Twe konary ufnie składam,

Niechaj świeci, promieniuje, 
Naszą przyszłość, byt buduje,

Ludzi rzesze wraz z Drzewami, 
Stają ponad podziałami

Ty – My – Oni, nie ma, jedność, 
Oto wzrasta nasze sedno

Tak się żegnamy. Ciepło drzewa bucha mi w policzek. Wyczuwalne z kilku kroków. Przypominam sobie, że za pierwszym razem naszego spotkania planowałem wrócić tutaj i spenetrować pobliskie krzaki. Wyglądało wszystko obiecująco. A co on mi dzisiaj mruczał? Aby lezc, tam gdzie gęściej. Kilka kroków i znów się rozświetlam. Jak tu pięknie! Jaka mozaika! Dzikość zagrała na skrzypcach chaosu. Urwisty brzeg rzeki z osypującym się piaskiem, który tutaj szczególnie pokazuje, co dla drzewa oznacza brak możliwości zmiany miejsca… Niektórym dosłownie grunt osunął się pod nogami. Część wywróciła się i zawaliła dno potoku, gdzie rozkłada i gnije do dziś. Inne, ‘’rozciapierzone’’ chwytają się resztek skarp i trwają na przekór fizyce. Tu życie rozmawia ze śmiercią, tu widzę miejsce przeprawy jeleni z głęboką ścieżką. Wreszcie tu, wśród zamarłych modrzewi, wywróconych dębów i pokiereszowanych klonów tętni ptasie życie. Jak to dobrze, że zabrałem lornetkę! Ale myliłby się ten, kto rzekł że z takim udogodnieniem obserwacje to fraszka. Ptaki są szybkie i zwinne. Kryją się w liściach, migiem zmieniają miejsce. Są w stałym przepływie. Dąb z oddali huczy mi, że one mają niezakłócony wewnętrzny kompas intuicji i zawsze przylatują do Drzew, które je wołają. W zamian za pokarm, rozsiewają w dal nasiona. Dlatego pokazywały się w przesłaniach. Tak są połączone.

Mysz skacze po korze. Hola, jaka mysz! W szkłach lornetki rozpoznaję – to pełzacz leśny. Wspinając się okrążą pień sosny, w międzyczasie szukając pod korą ukrytych smakołyków w postaci owadów. Dopiero przy 8 krotnym powiększeniu widać, jaki on skupiony na swej pracy, niepozorny, puchaty, a słodki. Mina ciekawego kombinatora, który zna tu wszystkie zakamarki. Nagle, kolor. Podążam za nim. Ojej! Widzę, że dopiero teraz będę prawdziwie poznawał swoje ukochane ptaki. Na drzewie obok psoci kowalik. Ptasi szmaragd, z pomarańczowym brzuszkiem, choć w kolorze nie tak intensywny jak zimorodek. Ten jakby był przystosowany do ‘’ślizgania się’’ po korze drzew, co też zwinnie czyni zjeżdżając głową w dół. Czyni go to ewenementem wśród ptaków. Dzięki lornetce uśmiecham się w lesie jeszcze częściej, widząc puchate maleństwa w takiej bliskości. Mały świerk pod nogami powoduje drugą turę czułego uśmiechu. Jest uroczy. W ogóle małe drzewa dla mnie, to jak dla innych pieski czy kotki. Takie wzbudzają mi uczucia. Kucam i głaszczę. Mówię…

A Ty świerczku, mały zuchu, 
Rośnij tutaj w leśnym puchu,

Chodz, podniosę Cię na Duchu,

Choć ześ mały i w półcieniu, 
Życie czeka Cię w spełnieniu

Wzniesiesz bujnie się w przestworza, 
Igieł mrok rozświetli zorza,

Przejdzie gdzieś Wędrowiec tędy, 
I zaprosisz, do gawędy…

P90909-173525

Wrycie. Za plecami leci łoskot. Odwracam się błyskawicznie i co widzę;

Gruby, suchy konar brzozowy spada zahaczając o gałęzie, i osypuje wianuszek złocistych liści, które strącił. Gruchnięcie o mech, pęknięcie. Listki lądują wirując wokół. Patrzę oczarowany. Ależ magia, ależ moc! Jak on mógł się złamać? Nie wieje przecież, a on solidny… Spoglądam na właścicielkę zguby. Smukła, z pozoru zwyczajna brzoza, i zdrowa, choć pewnie bywało lepiej. Ale… Coś z nią inaczej. Od nasady pnia po koronę biegnie ciemna pręga, aż po czubek. Ona chyba… Oberwała piorunem. Na to wygląda. Bo skąd taka smuga? Pierwsze widzę. Im wyżej tym bardziej czarna i przypalona. Ale żywa. Oż Ty! Przeżyłaś kuksaniec od żywiołu. Taka pobudka. Dziś sama rzucasz gromami. Wiem, że w ten sposób mnie wzywa. Jaśniej się nie da. Podbiegam do niej, a brzózka drga we wstrząsie, zrzucając mi kilka listków. Ogromna, przeogromna radość. Dlatego, że zareagowałem. Przytulam czołem omszoną korę. Jest miło, dobrze. Po kilku minutach tej euforii wszystko jakby we mnie osiada. Znika. Głowa zaczyna pobolewać lekko, choć wypieram, to już wiem…

Hej, hej… Ty sobie tylko bierzesz, prawda? Pompujesz ile wlezie. Uleciał gdzieś cały nastrój od dębu. Stop!

Zaskoczyła mnie, choć nie zdziwiła. Na moment osłabiła. Czasem Drzewa po tragediach życiowych chłoną jak leci bez pytania o pozwolenie, miałem tak raz z dębem. Taka ludzka energia, jest dla nich niczym zastrzyk morfiny dla cierpiącego. Ale tu lecznicza brzoza, dawczyni, pięlegniarka… Musiało ją mocno oszołomić. Przerywam proces taktownie, wrócę tu kiedyś wytłumaczyć jej co się stało i spróbować przywrócić ją do harmonii. Drzewny szok potrafi trwać latami. Tak samo po przycięciu. Z dębem mi się wtedy udało. Przestał ściągać, wibrować zawołaniem pomocy, a zaczął zielenić zdrową stroną i cieszyć dniami które mu pozostały. Też po piorunie pacjent. Tylko on się rozpękł. Ona miała szczęście. Musiało być bardzo mokro. Mozaikowy zakątek wabi wieloma obietnicami, tu świerki obdarte z kory porożem ćwiczone i zalane żywicą, tam świetliste miejsca na podsiadówki, no i chór sikorek z bębnami dzięciołów, do tego pełzacze, kowalik. Ptasie uroczysko. Gdzie śmierć, tam one… I jakby nie patrzeć, to ptaki są głównie tymi, które rozsiewają drzewa i przenoszą w swym ciele ich nasiona nieraz na wiele kilometrów.

Gzy i strzyżaki. Choćbyś zabezpieczył się przed każdym możliwym robactwem, wobec nich pozostają bezsilne wszelkie środki. Moja metoda, to WIEM i ZNAM miejsca w lesie z których następuje atak, i każdego zgniatam od razu w palcach. Jeśli tego nie zrobić, siada ponownie. Namolne są. To działa jeśli nie ma ich dużo i masz wrażliwą skórę, że wyczujesz. Trzeba uważać. Wchodzą do uszu, nosa, w oczy, we włosy, wszędzie… I choć rzadko ‘’gryzą’’ jeśli już się zdarzy, opuchlizna utrzymać się potrafi miesiące. Podobno coś tam przenoszą. Tu zawsze wszelkie teorie o jedności, miłości i współistnieniu stają mi pod znakiem zapytania. Ale przecież Drzewa też nasączają się toksynami w liściach, aby walczyć z tym co podgryza. Ustanawianie granic i obrona własnej przestrzeni J

Szaruga. Jedno z najpiękniejszych wcieleń jesieni. Wieczór długi, a ponury ze zmierzchem kroczącym powoli, rozwlekle, choć zdecydowanie. Spędzam go w uwielbieniu. Długo wyczekiwany, tęskniony. Ciemność wypełza znienacka, choć w zapowiedzi wcześniejszej. W takiej scenerii obserwuję kolejne zdziwienia. Zmierzchowa lornetka wskazuję porę, że na polach rozpoczyna się towarzyskie życie saren. Dociera do mnie ile bez niej musiało mnie dotąd omijać, kiedy przeczesując teren dostrzegam tu i tam rozrzucone zwierzęta. I one ufają szarudze. Z kukurydzy wynurza się dziwna para. Jest sarna – ruda, jeszcze w letniej szacie (podobnie jak wszystkie dziś widziane) ale druga nieco większa i brązowa, zupełnie jak sarna w futerku zimowym. Ale że już teraz? O co tu chodzi…Trzymają się razem, spoglądaja na siebie, widać że to duet. Wgapiam się w to brązowe. Wychodzi na to, że to jeleń. To przecież dwa różne gatunki. Wtem one zaczynają biec przez pole. Jakby coś je wypłoszyło. Może ktoś idzie? Niczego nie widać. Spoglądam dalej na horyzont a tam pod kukurydzą raz, dwa, trzy, cztery! Tu już wielkie łanie jelenia z jednym młodym szpiczakiem stąpają ostrożnie. Czyżby one spłoszyły sarny? Na to wygląda. Z przeciwnej strony pod lasem, luzno pasie się saren dziewięć. Gołym okiem w ogóle ich nie widać, tak się zlewają. Oh, ilu niepotrzebnych płoszeń teraz mogę unikać. Dawniej pewnie puściłbym się tamtędy na powrót i wypatrzył je za późno aby mnie nie spostrzegły. Teraz lustrując teren, mogę go opuścić nikomu nie przeszkadzając. Lornetka Kochani. Sprawcie sobie na wyprawy koniecznie.

Pole przypomina autostradę. To znaczy – z jednej strony sarny idą do kukurydzy, z drugiej inne wracają, w kolejnym krańcu jelenie zmierzają na wodopój. Musiały tam przesiedzieć cały dzień. Biegną truchtem, co jakiś czas zatrzymują. Sarny też. To takie śmieszne. Każde z tych zwierząt słyszy drugie z daleka i przystaje na chwilę aby posłuchać. Uspokojone mknie dalej w kierunku obranym. A ja pogrążam się w rozkoszy obserwacji. Dopiero po chwili zwracam uwagę na dwie sarenki, mniejszą i większą, które zatrzymały się równo z linią mojej czatowni. Niedaleko. Stoją i stoją. Jakby otępiałe. Dwadzieścia minut… Totalna ‘’zawiecha’’. Czyżby i tam doleciał je mój uśmiech? Odebrały? Bo przecież zapachu czuć nie mogą. Chłodny wiatr szarpie mnie od ich strony, tak… Dziś jestem w rozkoszy obserwacji. Wcielenie Czatownika ma swoje błogie używanie. Gdybyż było widać dokładnie, siedziałbym tu całą noc. To pewne. Na każde zimno można się ubrać, każde można przetrzymać. Sprawdzone w praktyce. I sam siebie pytam wtedy, czy ja jestem >Normalny< ? Myślę o ludziach siedzących teraz w ciepłych domach przed telewizorami, z tostem na kolację, czy co tam lubią. Stąd widzę światła w oknach. Nie oceniam, ale czasem sobie myślę. Po swojemu. Tu rzut kamieniem od osiedla kukurydzisko i takie widoki. Zaraz dziki wyjdą. Młodociane puszczyki gonią w pomyłce za liśćmi. Śmigła kuna na łów wyrusza.Świat, choć oddaje się w otulinę mroku, jeszcze tyle ma do opowiedzenia w gawędzie. Kilometr dalej huczy rykowisko. Deszczyk kropi pięknie.Wiatr w szuwarach melodie wygrywa. Myli mi się. Gdzie jest to ‘’prawdziwe życie.’’ Które przyjęliśmy za własne, choć nigdy nim nie było. A które było od zawsze, choć w wygodzie i natłoku wyparliśmy z pamięci. Czy tam, w sztucznym świetle, przed wyreżyserowanym pod oczekiwania publiki programem jest ono, czy tutaj, gdzie choć i ślad człowieka przekształceń widać jeszcze, pędzi skrycie swe tajemnice gros futrzastych i kopytnych istnień?

9.09.2019

1