Czarny jenot, czyli wędrowny dzień barda.

Zwierzęta są wrażliwe artystycznie. Na pewno słyszeliście o malujących słoniach czy świnkach, ale moje zdziwienie w poznawaniu ich świata wzrasta notorycznie, kiedy gram w lesie. Tego popołudnia dąb niespodzianie wezwał. Wahałem się bardzo czy ruszyć, no bo sobota, więc w lesie będzie dość tłoczno. Jak się okazało, nie było nikogo, widać wszyscy na grillach itp. Żadnego biegacza czy rowerzysty. Drzewo wiedziało. W ostatniej chwili przed wyjściem, łapię z półki kalimbę, też zdumiony dlaczego akurat Krzesimir woła, bym ją zabrał. Znam przecież niemrawy, mruczący charakter dębów, czyżby jednak lubiły słuchać srebrzystych, krystalicznych dzwięków, zamiast swojego dudnienia?

Gdy jadę do lasu, drogą prosto na mnie zasuwa zając. Pierwsze powitanie na dobry początek. W szarym kolorycie podeschniętej ziemi wygląda jak duch. Rozpływa się jak widziadło. Ktoś inny wziąłby go za omam.

Siedzę pod nim. Momentami, dłonie wybuchają ciepłem. Wtedy wiem, że drzewo pracuje ze mną, choć go nie słyszę. Ucieszył się gromko z tego przyjazdu. Chwilami pogrywam kalimbą. Już wieczór osiada. Rzeczywiście, nie było ani jednego człowieka. I jakoś nagle się obracam. Na drogę z lasu wyszedł właśnie zajączek, jednak widząc moją głowę natychmiast się cofa, bo ‘’został zauważony’’. Musiał jednak słyszeć jak pogrywam, mimo to, szedł. Teraz siedzi w zaroślach, i nadal mnie obserwuje. Kilkanaście metrów dalej, na lucernie pasie się sarna. To stara roślina pastewna, dziś już rzadko uprawiana, bardzo lubiana przez zwierzęta. Dlatego tego roku, Krzesimir bardzo cieszy się towarzystwem. Są tu za dnia, a od wieczora można na poletku naliczyć po kilka. Raj dla fotografa. Gdybym nim był. Gram celowo głośniej, ale sarna nie zwraca na to żadnej uwagi. Dzwięki Kalimby, choć srebrzyste i kryształowe, widać nie różnią się dla niej od śpiewu ptaka. Są jak część otoczenia, pieśń natury. Cieszę się bardzo, że mogę podarować swojemu kochanemu lasowi te odgłosy. Mija nieco czasu. NA dębowy konar zlatuje Drozd Śpiewak – ten zanurza zmierzch w kunszcie swej znakomitej pieśni. Siedzi tuż nade mną. Ja gram, on śpiewa. Duet. W zaroślach z tyłu coś szeleści. Chodzi, chrzęści, i zbliża. Kiedy cichnie, obracam głowę. Na drodze stoi jakiś zwierz. Nie rozpoznaję. Przypomina trochę przerośniętą fretkę. W pierwszej chwili biorę go za większego kota. Bo jest niemal cały czarny. Zwierzak robi jeszcze krok, i wtedy zapalają się jego dziwne oczy w tamtym momencie wydają mi się żółte, jakby świeciły. Ozdobny, futrzasty, gęstszy kołnierz wokół szyi. Jest też smukły, gibki. I mimo tylu niewiadomych sprzecznych rozpoznaję – toż to jenot! Ale dlaczego czarny? Bywają one szare, siwe, zawsze z jakimś srebrzystym akcentem. Grube i puchate. A ten szczupły taki, jak sportowiec jaki. Może młody? Na to wygląda. Oczywiście, przez cały ten czas gram. Tkwi taki piękny, czujny i nieziemski. Mimo maleńkości wygląda dostojnie i groznie, jak najbardziej dzika pantera. Jenot rozgląda się, po czym wnika w pobliskie gąszcza. Kolejny duszek puszczy, zaszeleścił. A ja w podziwie i szczęściu, zastanawiam się, jak w ogóle o tym komuś opowiedzieć…

Niebo wygląda dziś, jakby było pomalowane od spodu. Granatowe obłoki lśnią czerwienią, malowane przez ostatnie promienie zgasłego słońca. Horyzont jest jednym pasmem szkarłatu. Na tym tle, żeglują powolne czaple. Powrzaskują do siebie ochryple. Zmierzają pewnie ku wodzie. A mi przypomina się, że to już któryś raz, kiedy w tym tygodniu widzę czaple. Zwierzęta Mocy. Chcą coś powiedzieć. Trzeba będzie sprawdzić.

Komary zaczynają imprezę. Sarnie nie przeszkadza moje poruszanie się. Czasem spogląda w tym kierunku. Lucerna lepsza. Po pożegnaniu z dębem idę już drogą prowadząc obok rower i obserwując sarniątko na poletku. Spogląda, słyszy. Ale nie podejmuje ucieczki. Lekkie krzaki na poboczu, dają jej poczucie bezpieczeństwa. Ja jednak będę musiał się pokazać. Chcę jeszcze wejść na ambonę i posiedzieć do ciemności. Dopiero teraz zwierzak robi kilka susów, ale widać, że są one leniwe, wymuszone. Posyłam jej w myślach przeprosiny i ciepłe myśli bezpieczeństwa. Ona wie. Zatrzymuje się tylko kawałek dalej, nie zwracając już uwagi na moje wdrapywanie się, przebieranie, wiercenie za wygodną pozycją. Mimo że bywam ostatnio tu rzadziej, wciąż mnie pamiętają. Każdy znalazł swoje miejsce. Zależało mi, bo zanim zorza zachodu dogaśnie, można tutaj obserwować arcyzwinne nietoperze. Już nie zamierzam grać. Obserwuję pogrążające się w ciemnościach poletko. Bezwietrznie. Jaki spokój. Dalekie auta na szosach, suną światłami. A tutaj borsuk oto, z posapywaniem wynurza się z trawy i przechodzi tuż pod amboną. Oko rozróżnia jeszcze biel przy jego głowie. Sarny zamieniają się w duchy. Ich szare cienie krążą na polu, pogrążone w raju lucernowego pastwiska. Jedyne odgłosy jakie słychać, to urywane szarpanie, kiedy płowe pyszczki wyrywają kolejne kęsy. Koncert żerowiska. Jak opisać to komuś, kto nigdy nie miał okazji słyszeć? W głębokie ciszy, pogłosy zrywania i przeżuwania odmierzają minuty, godziny, bezczas… Koc rzucony na nogi, grzeje błogo. Pora zatopić się w Nocnym Czuwaniu.

DZIĘKUJĘ ZA TWOJĄ CZYTELNICZĄ OBECNOŚĆ Po więcej opowieści zapraszam do książki ”Szepty Kniei”:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

🥰 A jeśli podobała Ci się ta historia, możesz okazać WSPARCIE dla mojej działalności autorskiej, podziękowanie czy pomoc, którą można zostawić TUTAJ:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

24954295828e13c17aff9c40339fe514

Wiosna na jesionowym szlaku i wędrowne warsztaty pod Drzewami Mocy. Bęben druidów.

Na szlaku witają nas śpiewy polnych ptaków. ‘’Dowodzi’’ ortolan, którego wibracja jest jakby manifestacją mantry: ‘’Tutaj króluje Przestrzeń’’. Rzepak powoli przekwita. Szlak jesionów wybieram do wędrówek z uwagi na jego spokój i przyrodnicze bogactwo. W weekend, znacznie więcej ludzi w lesie. My wybieramy ciszę i samotność, kluczymy polami, miedzami, ugorami, niczym zające. Mijamy połacie uprawnej pustki. Tylko pozornie. Bo oto podzwania samiec zięby, szczebioczą sikory, terkota siedzący na słupie potrzeszcz i przelatują szpaki. Szybuje myszołów. Pokrzewka kapturka pogrywa czystą, przemiłą nutą. W tarninach dokazują mazurki. Lornetki bardzo pomagają ubogacić wrażenia, zapamiętać wygląd gatunków. Wyprawy stały się jeszcze bardziej odkrywcze. Bo i podszkoliłem się ‘’w kwiatach’’. Tym więcej mogę opowiedzieć o mijanych krokami roślinach; ‘’chwastach’’ i ziołach. Rozkwitają pierwsze bzy, zwiastuny młodego lata. Strojnie puszą się dostojne głogi. A na tarninie – cmentarzysko. ‘’Ktoś’’ powbijał na kolce grube trzmiele. Sterczą martwe, zasuszone. Zdumione miny gości. Wyjaśniam, że to spiżarnia tutejszego małego rozbójnika – Dzierzby Gąsiorka. Niekiedy wiesza on gorsze rzeczy, jak myszy, jaszczurki, ćmy, czy żaby. Wtedy to dopiero wygląda upiornie. Ptaka udaje się potem zobaczyć w całej okazałości lornetką, jak poluje na łące. Łany bajkowych kwiatów, zdobią przydroże odcieniami szafiru. Są chabry, ptasia wyka i miodunka. Pod nimi plączą się żółtawe wilczomlecze. Każdy ma inny zasób wiedzy na temat przyrody, dlatego dzisiaj uczymy się głównie rozpoznawania ptaków i mijanych drzew. Mają już liście i kwiaty, wdrażamy więc znaki charakterystyczne. Z niebios śpiewają skowronki. Te rozlewają płynny kryształ.

P00530-150344

Klon Kostur, nasz pierwszy przystanek, to główny bohater tego miejsca. Ten sam, który ‘’opowiedział’’ wygląd okładki do książki ‘’Szepty Kniei’’. To Drzewo Wiary. Bardzo aktywne, chętne i zawsze gotowe do pomocy, współpracy. Możnaby przyprowadzać pod niego wszystkich niedowiarków. Nie mija dużo czasu, gdy zaczynamy czuć się dobrze, pogodnie. Klon nie zawodzi – zaczyna zrzucać z siebie jakieś okruchy i patyki. Jak to on. Uwielbia dawać takie popisy. Rozmawiamy o świadomościach drzew, ich celach, zadaniach, o tym do czego dążą jako las, ze swoją cywilizacją. Opowiadam o tym jak można odczuwać drzewa. Na jakie sposoby. Że moje doświadczenie nie jest regułą, i każdy może mieć inaczej. Zwracam uwagę na co warto się wyczulić. Odczytujemy dawne przesłania. Goście dowiadują się o swoich osobistych Drzewach Mocy, mówię jakie przy nich dostrzegam i czuję. Chwilkę jakby trwa ‘’narada’’. Drzewa wahają się, spierają nieco, jakby potrzebowały zdecydować, które ostatecznie podejmą się opieki. O ile przy Mariuszu tkwi dąb, świerk, i klon, tak wokół Zuzanny nie jest to takie oczywiste. Wreszcie objawia się Biała Topola i również Klon. Reszta póki co nie chce się pokazać. Ma je odkryć sama. W tym czasie kostur szumi liśćmi gromko, zupełnie jakby się śmiał. Wtrąca do rozmowy, jakby chciał wzmocnić i potwierdzić wszystko to co mówię. Między nami ląduje z hałasem kolejny okruch z jego korony.

Pobocza pełne ziół. Żałuję niekiedy, że nie mam aż takiej wiedzy, ale i ‘’chwastów’’ się uczymy, przystajemy, dotykamy, badamy : tu oto rumianek dziarski, bylica, babka, rajgras zwany życicą, przytulia czepna, wszystko cenne zioła. I w ich małych gąszczach tętni życie. Wymijam stopą małego czerwono – plamistego wędrowca. To kowal bezskrzydły, pluskwiak, częsty gość pod lipami. Obok błyszczący żuk wiosenny przepycha gałązkę. Chce pokazać, jaki jest silny. Przypomina upartego dzika. Błyszczy się, woła niesłyszalnie – zobaczcie jaki ze mnie mocarz! Małe motylki nieznanych mi nazwy przelatują w upojeniu nad kwiatuszkami. Mariusz niespodzianie odkrywa w sobie powołanie zielarza. Przystaje nad wieloma roślinami, wypytuje o nazwy i właściwości, sam też sporo wie. Jakby go ujęły czymś bardzo osobistym. Poświęcamy im więcej uwagi niż samym drzewom…

MAGIA LASU

Kiedy wracamy ze szlaku, dokładnie tuż przy naszym przejściu zaczyna śpiewać słowik. Jest blisko, bliziutko. W gęstwinie. Kryształowa pieśń gasi kunsztem pozostałą śpiewaczą ‘’mizerię’’. A mnie aż podnosi, gdy pomyślę sobie, że – no halo, przecież to samo stało się 2 dni temu, kiedy wędrowałem tutaj z kimś innym. Podchodzimy, a on zaczyna… Zupełnie jakby celowo chciał zaśpiewać dla nas. Dla ludzi. Słowicza pieśń wznosi duszę na wyżyny Miłości. Przystajemy jak zahipnotyzowani, nie możemy się ruszyć, uśmiechamy. I tego nigdy nie zrozumie pan z pędzącego na warkocie quada, który minął nas rozchlapując błotnistą kałużę. Nie pozna, nie doświadczy. Szkoda.

Z Jesionowego Szlaku trafiamy na skraj lasu pod moje fikuśne brzozy. Jakiś impuls był, aby tam właśnie ruszyć, choć nie planowałem. Moje miejsce Mocy i Zdrowia, w trudnych przypadkach. Niektóre rosną obok siebie tak blisko, że można stanąć pomiędzy i połączyć dwa pnie dłońmi, a wtedy… Ciało dostaje ozdrowieńczego kopa. Mi wszystko zaczynało drgać, pamiętam. Jednak nie każdy potrafi przepuścić przez siebie taką dawkę świetlistej energii. Goście moi z miasta – do natury mają dość daleko, nie korzystają co dzień. Zuza mówi, że czuje w takim połączeniu, jakby z dwóch stron napierał na nią bolesny ścisk w głowie, jakiś ogromny mur. Trzeba przerwać. Ale wiem, że brzozy nie zrobiły nic złego. To nie w ich stylu. Tu musi chodzić o coś innego. I faktycznie, przypominam sobie jak podchodząc do niektórych drzew, odzywały mi się w ciele boleści. Odbierałem to zwykle jako niechęć do kontaktu, że trzeba odejść. Potem okazało się, że mam schorzenie, i te bóle wynikały raczej z tego, że drzewo ruszało te energie zastojone do pracy. Wydobywało na wierzch co ukryte. Więc nie zawsze ból oznacza wypraszanie. Zuza próbuje, jeszcze raz, na boso. Ja szukam w smartfonie brzozowe przesłanie z tego miejsca do odczytania, jednak po chwili odkładam go zdecydowanie – brzoza prosi bym się podłączył do procesu. Dotykam pnia ręką. Czuję wtedy z czym zmaga się Zuza. Mówię w myślach, błogosławię. Płyną słowa. I wiem, że za tą próbą jest już inaczej, dobrze. Wstaję i szeptam:

Niechaj wszystko się rozproszy,
To co złe, tam gdzie panoszy
A energia ta brzozowa,
Niech narodzi Cię od nowa
Oto słowo jest dla Ciebie,
Brzoza wesprze Cię w potrzebie

– Ale mnie podniosły! – Mówi Zuzanna, gdy już patrzymy sobie w oczy. Teraz nie bolało. Ten mur, okazał się bardzo malutki. Podniosły mnie do góry i pokazały jak bardzo jest nieistotny. Powiedziały, że trzeba kochać, śmiać, cieszyć się życiem. Samemu wzniecać energię w jakiej chcemy się znaleźć…

Powiedziała coś więcej, ale już nie pamiętam. Uśmiecham się pod nosem i tulę białą przyjaciółkę. Tak, to jest właśnie w ich stylu. Pamiętam jak Zuzanna pisała w mailu do mnie, że nie czują żadnych drzewnych energii, mają z tym problem i chciałaby to zmienić. A teraz ot tak usłyszała drzewo i zobaczyła obrazy.

A potem wyciągam zza pazuchy bęben. Od jakiegoś czasu, instrument gości na moich wyprawach, i każdy może spróbować kreacji pieśni duszy. Gram nieco, i razem z ptasim śpiewem pogrążamy się w relaksacyjnych dzwiękach. Nie wyróżniają się ani trochę z panującego gwaru leśnego. Bęben jest nastrojony na 432hz, co odpowiada częstotliwości naszego wszechświata i przyrody. Zwierzęta się go nie boją. Często podchodzą słuchać zaciekawione, przylatują doń ptaki i motyle.  Każdy próbuje, po swojemu. Zuza prowadzi dzwiękoterapię dla niepełnosprawnych dzieci. Odgłosy druma prędko otwierają gdzieś skostniałą w codzienności czakrę serca, natychmiast robię się wzruszony. Potem już siedzimy w milczeniu. Nagle, leżący bęben sam z siebie wydaje odgłos. Podskakujemy. Brzoza upuściła centralnie na niego jakiś patyczek, i to w miejsce wcięcia, dobywając nutę. A to psotnica. Cud numer trzy.

P00530-175425

Lawendowe pola malują horyzonty oczarowaniem modrego zachwytu. Wszędzie pszczoły. Dziś często nam towarzyszą. Pod brzozami były ule, blisko. Chcieliśmy iść przez ścieżkę w rzepaku do Dęba Radosława z wizytą, lecz brzęczące pracownice podrywały się z niesmakiem oderwane od robót, zarządziłem więc odwrót. Nie będziemy im przeszkadzać. Zamiast tego napawamy się szczęściem aromatu kwitnącej dzikiej róży – ta w moment przenosi zmysły do krainy raju. Pszczoły niecierpliwią się marzycielami, czekają na swoją kolejkę do kwiatu. Zastanawiam się, czy dla nich to już jest takie zwyczajne, czy może też cieszą się zapachami?

Dzień jest uporczywie wietrzny, przez co chłodnawy. Choć można znaleźć miejsca, gdzie nie wieje. Las obsiadły krępe, przysadziste, a silne dęby te przyjmują na skraju ciosy i pęd wichur. Są strażnikami. Jest i jedna taka brzoza, tak ogromna, rozłożysta i wspaniała, że ciężko to oddać. Koroną przypomina bardziej dąb. Na wyprawie toczą się tematy: rozmawiamy o gatunkach inwazyjnych jenotach, nutriach, rakach amerykańskich i sygnałowych, obcych pszczołach i biedronkach. Wspólnie dochodzimy szybko do wniosku o winie człowieka, i takiemu, że poczciwego jenota nie da się wytępić. Zbyt dzikie ostoje zasiedlił. Podążamy ścieżką wśród szpaleru dorodnych wierzb, wtedy jedna z nich zaczyna mocno skrzypieć. Dokładnie, gdy naprzeciw niej. Dla mnie to oczywisty sygnał, że dają znać o chęci do kontaktu, lub zwracają na siebie uwagę. O, jakże często to się dzieje. Drzewa jakby wyczuwały, że ludzie przychodzą do nich, i próbują czasem ‘’wyjść z siebie’’ aby tylko człowiek do nich podszedł, przytulił, lub choćby zatrzymał się na chwilę. Odczytują z naszych aur – oto są przyjaciele, którzy zachwycają się lasem. Można próbować swoich sił. Obok na gałęzi ufny kos popisuje się śpiewem, ptaszek nie płoszy się, spogląda bystro, jakby i ten śpiewał specjalnie dla nas. Monotonny świerszczak pobrzękuje miarowym tłem. Gdy wracamy tą samą dróżką, wierzba potrzaskuje znów. Kiedy się zbliżaliśmy nie zrobiła tego, a dokładnie w momencie jak zrównaliśmy się z nią. Chce powiedzieć: ‘’Miejcie pewność, że to jest prawda i to się dzieje. Możemy się porozumieć. Ufajcie temu co postrzegacie, co się wydarza. To nie przypadek. Jesteśmy tutaj, obok. Czujemy, słyszymy Was, rozumiemy, możemy pomóc. Świat jest pełen przyjaznych leśnych Istot. Pragną odbudować zapomniane więzi, nawiązać kontakt. To szansa nie tylko na uzdrowienie, ale i zbudowanie świata w jakim pragniemy wszyscy żyć. Wyciągnij rękę do konaru, przysiądz, przytul posłuchaj… To tak niewiele, a dla nas tak dużo. Już czas.’’

Gdy wracamy już autem, na różowym, baśniowym horyzoncie tkwi ‘’wymalowany’’ kozioł sarny. Jego ciemna sylwetka odcina się rytem z różkami na gasnącym niebie. Widok tak bajeczny, że zatrzymujemy się wgapieni z nosami do szyb. Cud chwili. I ja nie wiem wątpliwości. To podziękowanie lasu. Magiczna pocztówka, która zapieczętowała w naszych sercach wieczne wspomnienie prawdziwego dobra.

Część II. Wędrowcy zasiadają na łąkach – Obserwacje.

Wyprawy dzielą się na etapy. Jest czas na kontemplację drzew, poznawanie roślin i kto wie czy nie ‘’najlepsze’’ – obserwacje zwierząt z zasiadki. Dziś mieliśmy ogromne szczęście. Łąki są świeżo po kośbie. A to magnes życiosiły dla ptaków i zwierzaków.

Zbliżając się do królestwa traw, jakaś dziwna plama mąci uwagę. Tam jest jakiś zwierz. Z tej odległości nawet przez lornetkę trudno określić co to. Lis, zając, a może sarna? W miarę zmniejszania odległości, okazuje się, że zwierzątko leży. Okazuje się być wypoczywającym lisem. Kula się w trawie. Igra. Nasłuchuje. Co za widok – lis za dnia, poddający się relaksowi. Aż dziwne. Rudzielec okazuje się czujny i wypatruje nas z dużo większej odległości niż powinno się to zdarzyć. Odchodzi chyłkiem. Ale na łące dzieje się. Przyleciał potrzeszcz. Ptaszek przegarnia kopce podsychającej trawy – wybiera owady i nasiona. A ja rozmyślam. No bo tak, łąki ‘’trzeba kosić’’ żeby istniały, ale jakie to straszne zjawisko dla milionów żyjątek, których świat runął razem z pokosem. I dzięki temu potrzeszcz może je znaleźć i zjeść. Przed nami przestrzeń rozległa, jak scena teatru, na którą po kolei wkraczają aktorzy. Jest kolejny. Oto Dzierzba Gąsiorek, kolorowy samiec, i właśnie widzimy winowajcę, co ponabijał trzmiele na kolce tarnin. Jest piękny. On poluje inaczej. Niby też przeszukuje leżącą trawę, ale bardziej rzuca się na owady z lotu. Potrzeszcz sunie ku niemu. Zbliża. Ewidentnie widać, że między ptakami jest jakaś sprzeczka. Potrzeszcz próbuje odstraszyć dzierzbę, szarżuje, stopniowo podlatuje i o dziwo – przepędza! Gąsiorek mu ustępuje. Chaotyczny, podstępny taniec ptaków trwa jakiś czas. Z lornetkami możemy łatwo teraz zapamiętać śpiewaków z Jesionowego Szlaku. Taką naukę lubię najbardziej. Mój czujny wzrok przeczesuje. I znajduje. O tam oto w zieleni siedzi zając! Skurczył się pociesznie, położył uszy po sobie. Musiał nas słyszeć. Ale teraz jasnym się staje, co tak długo robił tu lis. Podchody. Z daleka szarak przypomina kamień lub grudę, ale w lornetkach widzimy jego oczy, uszy. I teraz ciekawe. Jak długo pozostanie w bezruchu? Co się wydarzy? Siedzimy już bez rozmów, podziwiając po prostu. Nie mija dużo czasu, gdy na łąkę wkracza drugi zając. Ten nie wie o naszej obecności. Kica, podjada i skacze, defiluje blisko przed nami. Zbliża ku temu drugiemu. Sytuacja rozwiązuje się łagodnie. Obecność beztroskiego towarzysza ośmiela tego co zastygł w kamień, teraz harcują oba na pełnym widoku, sycąc nasze dusze okruchami szczęścia. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w takim momencie miał wjechać do tego królestwa quadem i szaleć… Z zarośniętej części łąki wynurza się sarna i skacze przez łany. Szuka sobie miejsca. Nie wiadomo teraz, co obserwować. Zające, czy ją. To teatr. Leśni aktorzy pędzący swoje spektakle, i my, widzowie. Kurtyną jest niebo, i odległe ściany ciemnozielonych lasów. Dziwimy się. Jak niewiele trzeba, aby być blisko z przyrodą. Przecież nie mamy szczególnego maskowania, kamuflażu, rozmawiamy kiedy potrzeba, a mimo to zwierzaki odkrywają się przed nami, ze swoimi sprawami. Po prostu – cicho i łagodnie być. Przestrzeń ‘’wyczuwa’’ zamiary obserwatorów, i odpowiada pięknem. Ja odchodzę na moment przebrać się trochę i założyć więcej spodni, bo cokolwiek zimno wieje, wtedy udaje się popełnić foto…

P00530-185538

Zuzannie i Mariuszowi, gościom wędrownych majowych warsztatów pod Drzewami Mocy, w podziękowaniu za wszystkie wzruszone chwile, i wspaniałą wyprawę.

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie lub bliskim Dzień Wędrowny pod opieką Szeptów Kniei gdzieś w pustce i głuszy, pisz, pytaj. Jestem do dyspozycji i z pełnią leśnej radości pokażę Ci świat z tutejszych opowieści.

KONTAKT i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie! 

Topolowa transformacja. Drzewa usuwają emocjonalne blokady, i pomagają usłyszeć głos duszy.

Historia z tej wyprawy jest o tyle wyjątkowa, że napisana w dużej mierze przez mojego gościa. Pogrubione i pochyłe przerywniki pokażą, gdzie zaczynają słowa Marysi. Maria sama zgodziła się szczerze wszystkim podzielić, ja nigdy nie nalegam – o tym czy pojawi się historia, zdjęcia i relacja na blogu zawsze decydują goście. Tym bardziej jest to świadectwo niezwykłe, bo ja sam opisuję i zapamiętuję zwykle przyrodnicze sprawy, za to tym razem będzie pełny obraz tego, jak wędrówkę przeżywa ”druga strona” i co się na niej zadziewa. Choć gdzieś moja skromność burzy się na pewne wypowiedziane tu słowa, postanowiłem w tekście niczego nie zmieniać, aby zatrzymać w pamięci całe dobro, jakie zrodziło się w naszych sercach. A zatem… 

Gdy ruszamy do lasu, jest już dość późno, a pogoda krnąbrnie psoci. Cały dzień popadywało. Maria chciała przyjechać na wyprawę ze swoją córeczką, jednak z uwagi na brak odpowiednich rowerów, zdecydowaliśmy się podążyć sami. Trawy mokre. Trochę ludzi korzystając z prześwitu wyszło na spacer, jednak niektórzy próbują traktować las, jak rajdowy tor przeszkód. Osobniki na quadach, w terenówkach. Gnają tak, że komuś urywa zawieszenie. Wychodzą, biadolą, ojej – no jakie to dziwne i trudne do przewidzenia. Las swoimi siłami zmusza do zatrzymania. Dla nich to czas na kolejną naprawę, przed następnym dzikim rajdem… Nie na refleksje. Zachód słońca jest dziś piękny, kula przebija mlecznie przez cienką warstwę chmur, rozsiewając aurę pomarańczowej poświaty. Pnie sosen ‘’zapaliły się’’ ognistym blaskiem. Gorzeją. Ten krótki moment kiedy słońce wisi nisko tuż przed odejściem, wydobywa się cały kunszt Drzew Ognia. Jakby wołały: Jesteśmy pożogą. Wielbimy ogień. Bo i sosna to gatunek, który doskonale odnawia się na pogorzeliskach, choć łatwopalna, jej smukły pień doskonale opiera się pożarom ściółki. Nie zajmuje tak łatwo. Po wizycie u Dęba Krzesimira zmierzamy do Topól, kiedy na horyzoncie zaczyna robić się szaro. Siwo. Tam już pada. I nawet błyska. Pierwsza letnia burza. W oddali, na ambonie dostrzegam zdziwiony siedzącego myśliwego. I on nas obserwuje swoją lornetką, a przynajmniej tak mi się zdaje. Chmura pędzi. Jakoś zawsze boję się burzy. Jeśli nie jestem akurat w domu. Jest dla mnie potężną manifestacją nieokiełznanych sił natury, tańcem kapryśnych żywiołaków. Proponuję powrót, ale Maria nie boi się. W jej twarzy maluje się indiański, stoicki spokój, a nawet radość wobec sunącego ‘’potwora’’. Myślę logicznie. Nie widziałem jeszcze nigdy ambony spalonej przez piorun, a samo drewno prądu nie przewodzi. Myśliwy nadal siedzi na swojej, jest na otwartym polu. Poza tym… Burze w mojej okolicy od 3 lat straciły na mocy, są naprawdę symboliczne, a często nie ma ich cały sezon. W ostatniej chwili wdrapujemy się na jedną z ambon mijanych na skraju lasu, wtedy deszcz zaczyna. Zacina z boku. Wyciągam komplet przeciwdeszczowy w postaci szerokiej peleryny, wystarcza dla nas obojga. Pokrowiec nasuwam na czapkę i jesteśmy niemal nieprzemakalni. Przed nami horyzont rozległych pól, szalejąca szara ulewa i sporadyczne błyski. Marii bardzo się podoba. Ja drgam przy każdym mocniejszym grzmocie. Ale wiem, że jesteśmy zaopiekowani. Że nic nikomu nie grozi. Burza nie okazuje się jakaś ‘’straszna’’, za to dość ‘’symboliczna’’. Z pola zbiega przemoknięty jeleń, gna pod opiekę kniei. Przecież w takich przypadkach, wszystko chroni się właśnie w niej, pod drzewami, w zaroślach…

Kiedy ‘’na widoku’’ już nie pada, cały czas słyszymy szmer. Trwa długo… Las ocieka sączącymi się strużkami, kroplami, które niosą jeszcze pamięć echa minionego szału. Ostatnie ptaki umilkły. Maszerujemy. Bezbłędnie omijamy lśniące lustra świeżych kałuż. Jesteśmy tylko my i szara, przyjazna ciemność. W niej widać odcinającą się ostro na horyzoncie, czarną sylwetkę sarny. Pasie się ‘’na szczycie’’ okolicy, niczym jedyna królowa.

🌸 MARIA (jej słowa): Krzesimir i leśna burza.

Najpierw pojawiliśmy się u Krzesimira. Usiadłam pod pniem, oparłam plecy i skupiłam się na odczuciach. Od razu zaczął mi pokazywać rzeczy, które widzi we mnie. Wyciągnął najpierw głęboki smutek, z którym przyszłam, a który związany był z moim Ukochanym i ja próbowałam go zepchnąć, jakoś schować czy coś. Powiedział mi, żebym po prostu powiedziała o nim Ukochanemu, żebym go nie ukrywała. Poczułam ogromną ulgę, że mogę to zrobić, że nie muszę już być z tym sama. Potem wyczuł we mnie oczekiwania odnośnie spotkań z Drzewami, że chcę (wstyd się przyznać), żeby do mnie mówiły, żeby komunikowały się obrazami, chcę słyszeć ich śpiew, a nie „tylko” czuć energię w ciele i emocje. W ogóle mnie nie oceniał i to było bardzo kojące. Nie mówił, że to źle, że tak myślę i czuję. Tylko pokazywał to takie, jakie jest. Poprosiłam, żeby zdjął ze mnie tę energię oczekiwań, że wiem, że to mi przeszkadza w pełnej otwartości na prawdziwy, głęboki kontakt, że sprawia mi to cierpienie, bo oczekiwania blokują zdarzanie się magii, a gdy nie są spełnione, powodują rozczarowanie. Ściągnął to ze mnie z łatwością, za moją zgodą, w mgnieniu oka. Zszedł głębiej we mnie i mówi; nadużywasz marihuany. Wiem- odpowiadam. Najpierw w pierwszym odruchu chciałam powiedzieć, że nie, przecież nie mam z tym problemu, że mogę nie palić. Ale On nie powiedział: przestań to robić, albo że to źle, że to robię, tylko, że widzi, że to robię i pozwolił samemu się przyjrzeć temu, jak tak naprawdę w głębi siebie się z tym czuję. No czuję, że nie do końca i nie zawsze mi to służy, a czasem nawet czuję się z tym bardzo niedobrze i wolałabym nie palić. Podziękowałam za głębokie wglądy i za bezwarunkową akceptację i za to, że tak od razu wszedł ze mną w kontakt, się otworzył. Pojechaliśmy dalej. Piękny zachód Słońca, różowo- pomarańczowy. „Płonące” sosny, magia. Słyszę grzmoty, zaczyna się burza. Sebastian mówi, że w takim razie wracajmy, no dobra mówię, Ty wiesz lepiej co robić, ufam Tobie. Ale chwila zastanowienia- ja się nie boję zimna, ani zmoknąć, ani burzy. Ja się boję burzy- odpowiada Sebastian, to będziesz mnie wspierać. Poszliśmy schować się przed deszczem na ambonę i oglądaliśmy olśniewające rozbłyski piorunów na niebie. Rozmawialiśmy o tym, że burza to przejaw siły Boga i że jest wspaniała. O mnie i mojej relacji z moim Ukochanym i z moją przyjaciółką Brzozą. Deszcz przestał padać i ruszyliśmy do Sióstr Topolanek. Pełnia Księżyca, a ja mam dodatkowo okres- to razem to maksymalizacja doznań i wrażliwości.

POD TOPOLAMI (Sebastian) 

Od razu wiem, która z Topolowych Sióstr dzisiaj woła, lecz pytam jeszcze Marysi – do której Cię ciągnie? Wybiera tą samą. Oddalam się do drugiej, nie chcąc przeszkadzać, bo i widzę, że dzieje się dużo. Maria dużo słyszy od Drzew, dużo więcej niż ja. Trochę nie jestem do niczego potrzebny. Dziś pełnia. A zatem i drzewa są bardzo pobudzone, i emitują promienie swojej najmocniejszej energii. Chodzę bezgłośnie po dróżce aby się rozgrzać, i staram się nie przeszkadzać. Druga topola wezwała mnie tylko na chwilę, poprosiła przyłożyć dłoń, powiedziała parę osobistych rzeczy. Przechadzam się pod nimi w podziwie, z zachwytem obserwując jak księżycowe srebro osadza się na korze, malując pnie i gałęzie metalicznym blaskiem. Są wspaniałe, nieziemskie. I nie mam chyba pojęcia, co też u Marii się dzieje… Przywarła do drzewa bokiem, przytulona, nieruchoma. Chyba śpi. W koronach na moment przemyka cień pędzącej sowy. W którymś momencie jedna z Topól podpowiada, abym jednak podszedł do Marii. Robię to bezgłośnie. Wygląda na śpiącą. Przytuliła się cała w pień. Od razu wyczuwam radość. Znalazłem się jakby w aurze jej i drzewa. To swoisty kokon, otoczka w którą można się zanurzyć. Topole chcą mi w ten sposób pokazać, że z moim czuciem wszystko dobrze. I w ogóle – abym się teraz nie martwił. Jakiś ogromny zwierz zaczyna z trzaskiem tratować gąszcze, wszystko wokół łamie się, trzęsie i dudni. To chyba jeleń. Musiał usłyszeć jak spaceruję. Podszedł tak cicho, blisko, i bezgłośnie…

🌺 MARIA ( jej opowieść) : Spotkanie z Topolami

Od razu poczułam Moc. Która Cię bardziej woła? Spytał Sebastian. Ta- wskazałam ręką na tę, przy której stałam. Ja nie zdążyłam nawet zobaczyć jakiejś innej, dla mnie była tylko ta, w ogóle nie zauważyłam tej drugiej. Jaka ona potężna! Przytuliłam się do pnia i zamknęłam oczy i… zdarzyło mi się coś takiego po raz pierwszy w Życiu! Zobaczyłam pogodną, miłą, starszą panią, uśmiechniętą w niebiesko-szarym berecie i bordowym polarze, przechadzającą się po leśnej drodze. Potem zobaczyłam małego jelonka, który radośnie skakał i brykał i wywijał koziołki. Następnie zobaczyłam dorosłą sarnę zastrzeloną przez myśliwych, mężczyznę w zimowej, futrzanej czapce, który ją rozcinał, jakieś ostre narzędzia. Nie chciałam na to patrzeć i poprosiłam, żeby przestała, bo to było zbyt drastyczne dla mnie. Wtedy powiedziała: a teraz Ty powiedz coś o sobie. Usiadłam blisko pnia i przytuliłam się do niej policzkiem. Ogarnęła mnie senność. I pomyślałam: czy to dobrze? Może zapytam Sebastiana czy dobrze jest temu ulegać? Kurcze chce mi się teraz spać, a przecież miało być nocne czuwanie. I Ona powiedziała: po co chcesz pytać Sebastiana? Ja tu jestem z Tobą, wszystko dobrze, nie martw się, możesz się rozluźnić, ja dla Ciebie zrobię to, co mogę, nawet jeśli zaśniesz. Poprosiłam, żeby mnie trochę ogrzała, zrobiła to i ogarnęła mnie błogość. Zaczęłam widzieć obrazy z mojej niedalekiej przeszłości, jakby śnić na jawie, a ona o chłonęła z ciekawością. Widziałam dom i ogród, w którym ostatnio mieszkam, mojego Ukochanego, innych ludzi. Niespodziewanie pojawiły się także inne obrazy z dalszej przeszłości, dawno nie wspominane. Przysypiałam i budziłam się, obrazy zaczęły się stawać coraz bardziej surrealistyczne, oniryczne, magiczne. Skuliłam się, przytuliłam jeszcze mocniej i dawałam jej czytać ze mnie, oglądać filmy. Im bardziej obrazy stawały się nierealistyczne, tym bardziej czułam, że one więcej mówią jej o mnie, o mojej emocjonalności. Zrobiła mi czyszczenie podświadomości świetnie się przy tym bawiąc. Odczułam Radość, lekkość. Przypomniało mi się jak mój Ukochany gra na gitarze i że ja to bardzo lubię. Wtedy Ona poprosiła, żebym przypomniała sobie jeszcze więcej chwil, w których było nam razem lekko, beztrosko i radośnie. I zaczęłam sobie przypominać jak się całowaliśmy, jak grał na gitarze, jak tańczyliśmy nago, jak chodziliśmy za ręce po Lesie, jak spacerowaliśmy w ciszy, jak medytowaliśmy razem, morze, Ocean przyjemności! I ona mówi: a widzisz, ile tego jest? Pamiętaj, to nieprawda, że zawsze jest ciężko. Pamiętaj o tych chwilach zawsze- Wam jest ze sobą lekko, przyjemnie i beztrosko. To jest prawda. Przebudziłam się zupełnie. Zadziała się magia. Dziękowałam jej. Czułam się szczodrze obdarowana. Odeszłam w Radości, Miłości i z lekkością w Sercu. Co Ci zrobiła? Zapytał Seba. Opowiedziałam szczerze i to było wspaniałe, że mogłam przy nim być sobą, mówić swoją prawdę i on rozumiał, a ja się z nim widziałam dopiero drugi raz w życiu. Trochę się bałam, że go nie ma i jest tak ciemno a ja nie wiem przecież gdzie jestem tak naprawdę. Okazało się, że on przechodził obok mnie kilkakrotnie, ale był tak bezszelestny, a ja tak bardzo w innym stanie świadomości z Topolą, że nie zarejestrowałam tego. Ale był blisko i czuwał, czułam się bezpiecznie.

DZIEŃ BRZOZOWY I ZASIADKA NA ŁĄKACH (Sebastian) 

Do ostatniej chwili nie wiem do końca gdzie dziś ruszyć. Pogoda znów niestabilna. Myślę nad Jesionowym Szlakiem, ale ostatecznie decyduję się ruszyć pod brzozy, tam dużo zwierząt, a w razie deszczu będziemy mieć w pobliżu ambony – ewentualne schronienie. Pod brzozami incydent. Gdy rozsiadamy się pod brzozami, dzieje się…dziwnie. Bo tu nieopodal są ule. Pszczoły zajęte swoimi sprawami, nic sobie z wędrowców nie robią. Zwykle. Tym razem jakoś jedna brzęknęła mi koło ucha, po czym widzę jak Maria odskakuje. Ukłuła ją. Lekko. Siedzi na bluzie. Odrzucam ją w dal, jednak owad wraca i tym razem wplątuje się we włosy, jakby uparcie chciała dokończyć żądliwego dzieła. Nie sposób było jej wyplątać… Trudna decyzja… Prowadzę Marię do dwóch innych brzóz kawałek dalej, a ona zatapia się na długi czas w medytacji. Kiedy wraca do mnie ponownie, wiele staje się jasne. Brzozy wyjaśniły zdarzenie.

– ‘’Przypadłaś do mnie tak nagle, bez powitania, nie zapytawszy nawet czy chcę abyś wchodziła w moją przestrzeń. Ja rozumiem, entuzjazm, radość, ale my drzewa też mamy swoje sprawy, i nie zawsze każde będzie gotowe czy miało ochotę spędzić z Tobą czas. Zapomniałaś o szacunku i uważności. Dlatego zawołałam pszczołę, która skutecznie odpędziła Cię od mojego pnia. ‘’

Zdumiony byłem słysząc te wyjaśnienia, i zdziwiony, że i mi się nie oberwało. Być może akurat tamte dwie, pod którymi siadłem, nie miały nic przeciw. Przyjaźniąc się z drzewami, bywając u nich często, popada człowiek w taką rutynę, że o pewnych sprawach grzecznościowych zapomina. Inaczej też traktują drzewa ‘’swojego’’ człowieka którego znają, a różnie mogą zareagować na kogoś obcego, jeśli nie mają ochoty. Przywykłem postrzegać brzozy jako z natury już przyjazne i chętne do pomocy, co by się nie działo. Tymczasem cenna lekcja dla nas obu. Kto pamięta Dęba Radosława, który szerszeniami straszył i muchami końskimi poganiał?

Na łąkach rozkładamy się na kocu. Ziemia po deszczach, bije chłodną wilgocią, trzeba podłożyć jeszcze bluzy. Ptaki dopisują. Na skoszonej przestrzeni popasają szpaki, śpiewa potrzeszcz na szczycie zaschniętego krzewu. Topolowy szpaler za plecami szumi jak ocean, wiatr jest dość mocny. Ale nam nie wieje. Osłania nas roślinność. Zwinne jaskółki popisują się w swobodnych pląsach, polują grupowo, trzymając stale jednego miejsca. Z nad olsu wypływa powietrzny majestat – czapla siwa, w podróży pewnie ku kolejnemu zbiornikowi. Jakiś zawzięty, a odważny ptaszek goni za mniejszym ptakiem drapieżnym – ten umyka, może nie ze strachu, a raczej z obawą przed byciem wykrytym i ‘’okrzyczanym’’. Kontakt z ziemią daje uczucie łagodności, ukojenia. W chwilach rozmów uczymy się rozpoznawać ptasie śpiewy. Czas biegnie jakoś szybko. Nie wiadomo kiedy, słońce przysiada pod horyzontem. Żaden zwierz się nie pokazał. Póki jasno, przemieszczamy się do innej łąki na ambonę. Tutaj powinno coś się dziać. Nie pomyliłem się. Nie siedzimy długo, gdy oto skrajem łąki przekrada się lis. Jednocześnie z innej strony wychodzi sarna. Nie wiadomo na co teraz patrzeć. Jest ciepło, miło, lekko. Mimo, że grubo po godzinie 22, widoczność nadal przyzwoita. Białe noce. Wiatr się uciszył. Chwilami słychać żaby, to wreszcie do moich uszu dociera terkotanie trzcinniczka, i psotne naśladowania rokitniczki. Na te ptaki liczyłem. Ale i tak jest jakoś mniej, niż w poprzednich latach. Pamiętam czasy, gdy te bagna wręcz grzmiały całą nockę nawoływaniami różnych mieszkańców. Pas olch rosnących na rowie odcina się ciemnym rytem, na tle nie chcącej przygasnąć łuny zachodu. Tworzą osobne widowisko. Drozdy śpiewają na potęgę, jakby chciały zatrzymać w pieśni poblask minionego dnia. Wokół wirują nietoperze. I wtedy dostrzegamy kolejnego lisa. Łąka dopisuje. Maszeruje tak samo wzdłuż pasu zarośli przy rowie, a za nim… Po drugiej stronie rowu, gramoli się spory dzik! Jest łaciato – pstrokaty, z różowym, cielistym akcentem. Ciekawa sztuka. I pewnie gdyby nie lis, w ogóle byśmy go nie zauważyli. ‘’I tak powinny wyglądać lekcje przyrody’’ – mówi oczarowana Maria, słuchając moich szeptanych opowieści o sprawach bagiennych ptaków. Bardzo chętnie – tylko które dziecko wytrzymałoby tak długo w ciszy i bezruchu? Wypijamy gorący rumianek z termosu.

Wygląda na to, że księżyc już nie pokaże. Podejmujemy powolny powrót, maszerując cicho przez ciemny las. I on jest cichy. Drzewa jakby przepuszczały nas łagodnie. Na ugorze podzwaniają świerszcze. Mijamy brzozy. Jedna z nich szeleści, zaczepia. Przystajemy.

🌼 MARIA: Brzoza pod srebrzystym obłokiem

Idziemy, idziemy- Brzoza coś do nas szeleści, kiwa nam, stoimy chwilę przy niej. Czuję intensywne mrowienie w dłoniach. Idziemy dalej i mówię o tym Sebastianowi. A, to nas zaczepia- odpowiada. To zostańmy chwilę przy niej- proszę. Podchodzę do niej i ogarnia mnie Radość- że mnie zawołała, że chciała za mną kontaktu. Dziękuję jej za to. Wypełnia mnie strumień Radości, Miłości. Jak jej się odwdzięczyć? Zaśpiewam- śpiewam jej piosenkę o Matce Ziemi, piosenkę wdzięczności za Życie. Mówię, że ją kocham, na głos. Dziękuję. Chwilę tak trwamy przytulone i odchodzę. I przychodzi do mnie, że Miłość jest prosta, jest łatwa, po prostu kochać i przyjmować siebie i innych takimi, jakimi są w danym momencie, w całości, w każdej formie ekspresji. Widzieć to, co jest w nich, w sobie. Widzieć i akceptować, przyjmować, czuć. Nic więcej. Tylko tyle. I że wszystko, co mi się przydarzyło z moim Ukochanym było wspaniałe. Wszystko. Więc nie ma się czego bać. Wszystko, co będzie też może być tylko wspaniałe lub jeszcze wspanialsze, bo cały czas się rozwijamy. Radość i Miłość są proste i są zawsze w Teraz. Zawsze są. Dziękuję, dziękuję, dziękuję 

Odnośnie Topoli – myślałam, że ta pani starsza to jakaś kobieta, którą ona lubi, a to była ona sama w tej postaci, tak mi się pokazała! Cudowna! Seba mi powiedział, że one tak robią, pokazują się czasem w ludzkiej postaci. A obrazy były z pola, z przeszłości.
W ogóle Sebastian jest niesamowicie wrażliwy i otwarty. Wystarczyło jedno spojrzenie na mnie i już wiedział: „ooo, co taki smutek?” A przecież my się nie znamy teoretycznie. Nie raz ludzie mnie znają dłużej i udaje mi się ukryć przed nimi smutek, czy inne trudne emocje, przed Sebastianem nie było nic do ukrycia. On jest jak Drzewo, wszystko czuje, wszystko widzi, jest empatyczny, nie ocenia, nie stara się odwrócić uwagi od trudnych emocji. Przy nim można być sobą. Po spotkaniu z Brzozą jeszcze widzieliśmy kozła sarny blisko i świetlika. Takie to było pełne i magiczne. Potem niełatwo było się rozstać, spojrzał mi w oczy i Boże, mogłam po prostu stać i patrzeć i zanurzać się w tej głębi i pozwalać, by on wnikał we mnie. W zaufaniu. „Teraz przeszywasz”- powiedział do mnie. Taaak, czułam to, że odzyskałam swoją Moc i odwagę, znowu mogłam patrzeć głęboko w oczy nic nie ukrywając, z pewnością i siłą, a jednocześnie z delikatnością, szacunkiem i czułą Miłością. Cudowne spotkanie. Bycie z nim było dla mnie tak samo magiczne, jak spotkania z Drzewami. Człowiek- Drzewo, szaman Drzew, Leśny Druid, Quality Man, Diament wśród mężczyzn, nigdy mu tego nie zapomnę, ile od niego dostałam i ile się nauczyłam. I te oczy- widać w nich cały Wszechświat, nieskończoność… Moja Dusza się raduje, jestem na ścieżce do Wniebowstąpienia.

P00606-190455
Maria pod brzozami. 

—————————————————
—————————————————

Mimo, że jest już dobrze po północy, niebo rozświetla blask srebrzystych obłoków. Sezonowe, letnie zjawisko. Na ich złocisto – chłodnym tle, polśniewają sylwetki śpiących topól w alei. Decyduję się na powrót przez las. Inna drogą którą mogliśmy wracać, pełna jest kamieni, dziur i fal od ciągnikowych opon. Kto jechał po czymś takim, wie jaka to tragedia dla tyłka. W lesie nierówności są łagodne, rower pokonuje je lekko, jakby płynął po morzu. Na głowie oświetla nam moja latarka czołowa. Odkąd zacząłem jeździć z czołówką, zacząłem zauważać, ile nocami na polach włóczy się kotów. Nie są to zdziczałe osobniki, a włóczęgi z pobliskich wsi. Spoglądając w bok i przeczesując pola latarką, można namierzyć ich sporo co kawałek. Chodzą i plądrują – naziemne lęgi ptasie, pisklęta, gryzonie, w tym rzadkie gatunki. Zabijają blisko 650 mln małych zwierząt rocznie, głównie dla zabawy, bo przecież w domostwie czeka na nie pełna miska. Zabierają pokarm rodzimym drapieżnikom takim jak sowy, kuny, lisy, myszołowy, tchórze, łasice, tym samym zmniejszając ich sukces rozrodczy. Szacuje się się, że kot DOMOWY, który nie jest elementem dzikiej przyrody, zawleczony z ludzmi na różne kontynenty przyczynił się do wytępienia wielu gatunków, zanim zdążyliśmy je w ogóle poznać. A i u nas chronione, rzadkie maleństwa mieszkają na polach i w lasach. Wpisane na listę zagrożonych gatunków. Ziębełki, ryjówki, koszatki, popielice, smużki – giną bezimiennie, bo kto tam o nich słyszał. Dawniej istniał na wsiach zwyczaj, wypuszczać psy na noc w pola, żeby złapały sobie coś do jedzenia. Dziś podobne postępowanie wywołałoby oburzenie, a niepilnującym psów grożą surowe kary. Nie wypuszczamy też domowych królików i chomików żeby sobie pobuszowały po łące, ani nie wpuszczamy rybek z akwarium do jezior, mówiąc ‘’no taka natura tego zwierzątka’’, jak zazwyczaj opowiadają właściciele kotów. Kanarka, żeby sobie polatał po dworze. Jesteśmy odpowiedzialni. Rocznie w samym koty USA zabijają między 1,3 do 4 miliardów ptaków i między 6,3 a 22,3 miliardów małych ssaków. Dodatkowo zabijają 650 milionów gadów i płazów – też rocznie. Według australijskich badaczy koty przyczyniły się do wymarcia przyjemniej 27 gatunków ssaków i zagrażają kolejnym 127. Brytyjskie badania wskazują z kolei, że koty odpowiadają za śmierć 30% populacji wróbli w tym kraju. Jakaś ‘’pociecha’’ w tym, że włóczące się koty są dość sprawnie wyłapywane przez lisy, a i często rozjeżdżane przez samochody. Oh, jakże lamentują wtedy ich właściciele. ‘’Zaginął kot’’ – ogłoszenie tej treści można spotkać w sezonie na co drugim przystanku. Wielu tych tragedii ludzkich i zwierzęcych można by uniknąć, gdyby odpowiedzialność. Ot, tematy wędrowne, bywają różnorodne. Co do kotów, pozostajemy zgodni.

Rowery suną płynnie. Co jakiś czas oglądam się za siebie spojrzeć czy Maria nadąża, zawsze jest blisko. Mnie pochłaniają aksamitne aromaty kwitnących bzów, przeplatane soczystymi, mocnymi nutami kwitnących robinii. Las nocą, po deszczach zmysły dopieszcza. Kozły saren pochrapują ostrzegawczo. Prowadzimy teraz rowery, żeby ciszej. W ciemnościach śpiewa lerka, skowronek borowy. Jej melodyjny gwizd przenika między drzewami, jakby szukał ścieżki przez labirynt. Co za urok. Niebo już majaczy się delikatnym, choć odległym jeszcze świtem. Pogrążone jeszcze w blasku srebrzystych obłoków. I wtedy go widzimy. Jeden z kozłów saren ustawia się dokładnie na tle tej magii, stamtąd nasłuchuje i obserwuje naszego przemarszu. Myśli pewnie, że jest niewidoczny w ciemnicy, tymczasem podziwiamy go w całej krasie lornetką. Podążamy dalej. Na ziemi pobłyskuje zielonkawe światełko. Jest tak subtelne, delikatne. To świetlik! Przystajemy zachwyceni i przyglądamy się robaczkowi. Pełznie wytrwale, przypomina larwę. Mruga. Jest okazja, by owadowi dokładnie się przyjrzeć. A wszystko to pod Krzesimirem. Znów pojmuję, dlaczego ‘’impuls’’ zawołał aby jednak wracać przez las, choć to dłuższa trasa. Knieja na sam ostatek, chciała zapisać się w naszych sercach czarami.

P00603-160818
Lornetkowe obserwacje ptaków nad bagnami. W obiektywie moich gości.

A jeśli i Ty masz ochotę na jedno, dwu, lub trzy dniową, albo i nocną wędrówkę pośród Drzew Mocy, pisz i pytaj śmiało. Razem wymaszerujemy naszą… Transformację, przygodę, czy opowieść. Na wyprawę możesz zabrać kogoś bliskiego, rodzinę, partnera, dziecko. Do zobaczenia na szlaku ^^

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Brzozowe ze słońcem rozmowy

I tak trwamy w wymianie myśli i uczuć, aż słońce wydłuża nasze cienie. Gromko dziś grzeje. Chłonę twarzą życiodajne promienie, tak wytęsknione po zimie. Czuję się jak wyleniały borsuk, co wygrzewa stare kościska. Na skraju lasu już podbiał żółty kwitnie. Brzoza białym korzeniem przy sercu łaskota i błogo człowiekowi robi. Do śpiewu nastraja. Do tańców wzywa, choć wiem, że to akurat zgryw. Znowu chcą się ze mnie pośmiać. Już długo się znamy. Parę lat. Cała aleja, szpaler ‘’mocne zawodniczki’’. Ratowały, leczyły i pomagały w trudach wielu. Lubię bardzo to miejsce, bo tutaj one przewracają się same ze starości lub od wichur, i rozpadają, a pełne dziupli sztorce kikutów zasiedlają nietoperze. Gdy otwieram oczy co jakiś czas, przestrzeń ‘’pulsuje’’ fioletowym światłem. Jak stroboskop. Dostojny żuraw szybuje i z gracją ląduje na oziminie. Od paru dni zaskakują mnie tutaj swoją akceptacją. Przylatują, tańczą a dziś jedno na moment ukłoniło się drugiemu, przysiadając. Z pola nadchodzą sarny. Pląsają beztrosko. Odludna okolica. Szare moro zlewa się odcieniem z brzozowym pniem, nie dostrzegają mnie.

Czołem dotykam kory i jednocześnie opieram na niej dłonie. Od jakiegoś czasu zauważyłem, że taka pozycja jest mi najlepszą do skupienia i przepływu. Drzewo przegląda mnie sobie, czyta moją duszę jakby przewracała kartka po kartce. Tak to czuję. Bardzo połączonym się wtedy staję z…? Od przyjaciół ludzkich będących daleko napływają myśli i emocje, jak się potem okazuje, aktualne na dziś. Brzoza ‘’kartki’’ sobie wyciąga, przypatruje uważnie, wzdycha… Trzy piętra w nastroju niżej. Ot tak, nagle. Do głębokiego strachu. Znowu? Czego tym razem się boję? Kiedy tego koniec? Brzozy się powtarzają, ale rację mają. Z tym tańcem, ruchem i wytrząsaniem. Powinno się na bieżąco, ale przecież nie będziesz się za każdym razem otrząsać jak piesek. Dlatego z drzewami jest zawsze tak… zaskakująco… Nigdy nie wiesz co Ci pokażą, co zobaczysz o sobie. Na miłe szczęście, im nic w człowieku nie przeszkadza. Robią co potrafią, abyś i Ty poczuł się jak one. Słońce rozlewa się w plecach błogością, a w lesie urzęduje chór ptaków. Są czyżyki, kosy, lerka, szczygły i kruki. Ptasi gwar przybiera na sile wraz z kołysaniem pękających sosen w tle. Gdy zerkam na czas i chcę już ruszać, brzozy nie puszczają… Niewidzialna nić, nie pozwala jeszcze mi stąd odejść.

Będziemy czekały na Ciebie tu zawsze,
Pod wiatrem, pod niebem z gwiazdami

Gdzie zdarzenia dzieją się najciekawsze
Cieszymy, gdy jesteś tu z nami

I jeszcze ostatnie minuty,
Niech nuty popłyną przekazu,

Nim pyłem w pośpiechu zakurzą się buty,
Nie odchodz tak prędko, od razu

Słowa raz jeszcze rozdźwięczą,
Ziemi Ty dotknij w pokłonie,

W kolorach aury pomaluj się tęczą,
Do Matki zbliż swoje dłonie

I mów:

‘’A wszystko opuszcza me ciało,
Co bolało przez długie miesiące

Co się miało wydarzyć już stało,
I zdrowiem oddycham dziś w końcu

W głębiny macierzy oddaję,
Każdą przyczynę bezSiły

Odtąd w swej mocy powstaję
Wigorem już tętnią me żyły’’

Słońce w promieniach roztopi
Zalśni potęgą jasności,

Deszczyk wieczorem pokropi
Byś istnieć mógł w tej radości

Ciepło wypełni niech ciało,
Światło rozleje kaskadą

Obserwuj co będzie się działo,
I wspieraj tą brzozy poradą:

Ugłaskaj trawy w czułości,
Miękko, łagodnie z pieszczotą,

Zobacz jak dobrze już łożą się sprawy
I życie podejmuj z Ochotą

Powtarzam – mamrotam za brzozami ten rozświetlający wiersz. Dużo płaczę. Jak to zawsze wtedy. I zostaję jeszcze. Siadam pod kolejną. Ciepło z nagrzanego pnia jakby przechodziło we mnie, rozkładam jeszcze szeroko ramiona do słońca, aby złapać go jak najwięcej. Ależ się zmieniłem. Księżycowy, nocny, zimowy włóczęga, teraz tylko by się grzał i spoglądał w błękit. Gdy patrzę w bok, widzę w marszu dwie sarny, te same które przyszły z pola, ruszają nań znów. Zerkają zza pni. Pewnie były pić. Drzewa ślą do nich uspokajające wiadomości. Tym razem ‘’gapcie’’ omijają mnie po zapachu, małym łukiem. Lerka – skowronek borowy, z uporem melancholii podtrzymuje swą jednostajną zwrotkę gdzieś nieopodal. Jutro będzie deszcz.

P00308-153010

Szaleństwo Żywiołów. Deszczowy marsz w objęciach Wichury

Przychodzą jesienią takie dni, kiedy ona w pełni ukazuje swoją potęgę. Budzą mnie krople rzęsistego deszczu bębniące po dachu, co od razu powoduje pierwszy oddech radości. Wreszcie pada! Ulistnione jeszcze drzewa zdążą uzupełnić zapasy wody po letniej suszy i przetrwają w lepszej kondycji do wiosny. Wicher wyje osiągając apogeum między budynkami, a ja odbieram pierwszą tego ranka wiadomość. Jeden z moich gości rozmyślił się spoglądając na tą pogodę i nie przybędzie dziś wędrować. Ohh! Ludzie naprawdę nie wiedzą co tracą…

Prawdziwy Wędrowiec i Czatownik nie przejmuje się pogodą. Dobiera odpowiedni ubiór i rusza. On wie – że czas zawiei, kaprysów żywiołów i sztormów to jedyna okazja, aby zwierzęta podpatrywać zwykle w spokoju, bo w lesie nie prowadzi się wtedy żadnych prac, a i spacerowicze odpuszczają. Dla niego to też sprawdzian woli, hartu oraz osobistej wytrwałości. Trochę weryfikacja tożsamości. Czy jestem prawdziwie dziki? Żyję choć trochę jak one? Jak i przyjemność błoga i rozkosz, kiedy powolnymi haustami tenże Czatownik sączy w siebie porywiste strzępy wichury. Jednostajny kierunek wiatru pozwala dobrać odpowiednie stanowisko do zasiadki. Zaś same zwierzęta pokazują zachowania i sprawy, jakich nie sposób podejrzeć podczas ‘’zwykłej’’ pogody. Bywają i widowiska – kiedy zaczyna się czas przelotów. Ogromne stada Czarnych Pielgrzymów; gawronów, kawek, i wron przylatują na skrzydłach północnych zawiei, obsiadając pola, skwery, parki i aleje. Są wtedy wszędzie. Kto ma więcej szczęścia i mieszka w odpowiednim miejscu spotka niełatwe do wypatrzenia siewki, pocieszne biegusy, mewy, brodzce… A i ptaki drapieżne – wędrowne natrafić można. Grupy puchatych, miauczących, szybujących myszołowów – to dopiero przedstawienie! Przyroda czaruje spektaklem zjawisk, już przez wielu zapomnianych. Siedzimy, przeczekujemy ten chłodny czas pod kocami, z herbatą, kakao czy książką w ręce. I nie jest to coś złego. Tylko że – robimy to zawsze. Życie mija. A gdzie przygoda? Smak wędrówki? Po to zresztą one są. Aby raz jeden poczuć, jak to jest w przyrodzie być naprawdę. Wyjść ze strefy komfortu. Prawdziwe istnienie toczy się w kłębach chmur, porywach wiatru, kąsaniu mrozu i strugach ulewy. Zwierzęta nie mają taryfy ulgowej, niezależnie od wybryków aury i huraganu trzeba zjeść, żerować, zatroszczyć się o siebie i przetrwać. Dzień jak co dzień. To tak fascynuje. Jak im się to udaje? Aby dostąpić brzmienia dzikości, trzeba się z nią spotkać w każdych warunkach…

3b3e6dacf42be67da4af2dde87c1d595

Brnę ogłuszony, spowity siwym płaszczem wszechoceanu deszczu. Stukot zajadłych kropel falami zawziętości odbija się od kopuły zielonego kaptura. Jakbyśmy byli sami…tylko ja i one. Jestem jednak dziś nietykalny, nowy komplet przeciwdeszczowy sprawdza się znakomicie. Nawet jest mi ciepło. Na horyzontach szaro, leje tak, że aż spada widoczność. Sztorm jak ta lala! Tego mi było trzeba. Taka wędrówka w szale pogody pozwala pobyć z sobą w pełni. Pozorne rozpraszacze działają wyciszająco, jednocząc w swoim przepływie. Kolejne ciosy porywistego wiatru omiatają, jak boży bicz. Mimo to na polu dostrzegam stadko szpaków. Ptaki tuptają i żerują, a przynajmniej próbują. To jest właśnie to! Brak ‘’taryfy ulgowej’’. Widać jednak, że zaprawione są w harcie i niejedno musiały przeżyć, maszerują sobie dość beztrosko. W takiej ulewie obficie wychodzą dżdżownice i pewnie inne kąski. Dróżka którą forsuję, teraz przypomina płynącą, błotnistą kaskadę. To też bardzo chciałem zobaczyć. Świat, niby taki sam, a znów w tylu szczegółach inny. Szemrzące strugi, spływające falami błyszcząych potoków. Podmiękła, chłonna, spragniona ziemia. Grząskość ciamkająca, jak ślina. Omywają wszystko, oczyszczają… Przynoszą zew świeżości.

Gdy docieram do lasu, on szumi chwałą wichury. Potęga dzwięku. Drzewa świszczą i jęczą zginane, trzymają się bratnio w tym tańcu. Biją pokłony żywiołom. To takie jakby anteny, które kołysaniem odbierają tą energię i przekazują w głąb Ziemi. Nieustanna wymiana informacji, tak w przestrzeni którą zmysłami pojąć jeszcze ciężko, dzieje się wciąż. Przetacza łomotem, jak fala oceanu. Góra, dół, wir zagmatwany i miarowo w rytm na chwilę. Porywy wiatru i kołysanie całych zastępów sosen takie fale właśnie przypominają.

Zasiadam w czatowni, skąd mam widok na szerokie pola ze skrajem lasu. Konstrukcja kołysze się i chwieje. Czuję się jak w koi, na statku. Trzeszczy. Bardzo przyjemnie. Choć wziąłem lornetkę, nie nastawiam się na jakieś wielkie obserwacje. Raczej ‘’w razie co’’. Niebiosa panują. Pędzą tam kłębiaste monstra, szare, bure i nieprzerwane, gęste. Przepływają spazmami siwej gęstwy, gdy wicher targa w amoku szału. Uśmiecham się szeroko i nucę.To jest dopiero widowisko. To lepsze niż telewizor! ( a może mi się zdaje, bo lata już nie oglądam). Na tym tle zadziwiają mnie przemykające pojedyncze gołębie, widać z jakim wysiłkiem wiosłują skrzydłami, choć znosi je każdy poryw, dają radę. To mną dziś ciosy tego wiatru chwiały, 60 kilo ponad… Krople deszczu muskają i łagodzą twarz. Z lasu wylatuje grupka jakichś opadających w locie i unoszących ptaków. Po tym sposobie i ogonkach rozpoznaję kwiczoły. Ale co one robią? Ku mojemu zdumieniu przysiadają na polu i tam czegoś szukają. Zwykle widuje się je, gdy wcinają jagody i owoce na krzewach. Nie przeszkadza im sztorm, jakby przyleciały specjalnie. Ile rzeczy można tu podpatrzeć, gdyby wysiedzieć tutaj cały dzień? I takie to zdrowsze dla psychiki i umysłu niż wysłuchiwanie nowości o kolejnych katastrofach czy przepychanek polityków. Dużo ciekawsze. Przeczesując lornetką skraj lasu napotykam dużego ptaka, który niby to walczy z wiatrem, ale jednocześnie zawisa w locie łopocząc, czegoś wypatruje. Fala wichru unosi go w dół i górę. W pierwszej chwili biorę go za pustułkę – one podobnie często polują. Gdy jednak ptaszydło obraca się spodem jaśniejsze plamy pod skrzydłami i sylwetka ‘’latawca’’ objawiają mi Kanię Rudą. Pierzasta ozdoba krajobrazu. Dziś nie widuję ich tak często jak dawniej. Podobno potrafią unieść w powietrze nawet czyjeś gniazdo z pisklakami, chwytają wszystko co można zjeść, nie gardząc i padliną. Po prostu, czyściciel. Mówimy niekiedy pogardliwie ‘’padlinożerca’’, lecz gdyby nie takie zwierzęta zagrożenie epidemiologiczne ze strony różnych drobnoustrojów dałoby nam popalić. Takie zwierzęta mające w swej diecie również martwą zdobycz, także bardzo potrzebne. Kania zachwyca swą gracją i płynięciem, zupełnie jakby surfowała na pływach wiatru. Lekkość i finezja. Rzeczywiście – jak dziecięcy latawiec.

P90930-175209

Mijają dwie godziny przeplatane szarpnięciami wichru, bujaniem ambony i ostrymi kroplami próbującymi chyba przebić wodoodporną kurtkę. Zajadam kanapki i popijam z termosu, a na salwy żywiołu odpowiadam głośnym śmiechem. Bo szczęśliwy jestem. W tym szumie i tak mnie nie słychać. Wychylająca z lasu sarna, od razu zaczyna galop. Biegnie w susach i gna spory kawał, aż do kukurydzy. Po kilku minutach kolejna. Potem trzecia – ta z kukurydzy w las. Co one dziś tak w biegu? Zwykle maszerują leniwie, lub i pasą się na tym polu. To jest właśnie to ‘’inne’’ zachowanie, choć spodziewałem się czegoś innego. A one w pośpiechu. Już nałożyły brązowe, zimowe futerko. Chyba wiem dlaczego – właśnie nie chcą czuć ‘’na sobie’’ całej tej mieszanki wiatrowo deszczowej i żwawo kłusują z gęstwiny w łan. Tak to jest, gdy się nie ma ubrania, a pogoda załamuje nagle… Gdyby aura się utrzymała, pewnie rychło przyzwyczaiłyby. Z jednej strony powinienem zanotować taka obserwację, z drugiej, wiem, że zapamiętam. Kiedyś notowałem o której i gdzie wychodzą dziki, lecz gdy jesteś w lesie co dzień takie rzeczy tracą na znaczeniu. Bo i tak je spotykasz i wiesz gdzie śpią, żerują itd. Znać swój świat wokół – ten prawdziwy od którego odgrodziliśmy metrami betonu, płotów, starając wyobcować. Zapominając, że pozostajemy od niego zależni…

W trzeciej godzinie kończy mi się herbata i zaczyna dogryzać zimno. Komplet przeciwdeszczowy jest świetny, ale ma to do siebie, że niczego nie przepuszcza. W obie strony. Pozostajesz więc z własnym potem i wilgocią, która z czasem przechodzi w odczuwalny chłód. Mimo, że wdzianko takie nie przepuszcza wiatru i się nie wyziębiasz. Wady, zalety… Zbieram się więc i schodzę pod las. Przestało padać i pokazuje się jasność. Droga jest piaszczysta i łagodna, w niej polśniewają krystaliczne kałuże. Takie niezmącone, przezroczyste, bez błota. Aż chciałoby się z nich napić. Hulający wiatr dokonuje teraz suszenia – po taflach przelatują zmarszczki fal. Jakby grał na wodzie… Kruki wylatują nad pole rodzinną gromadą. Ptaszyska zawsze mają jakiś problem z ‘’zaszeregowaniem’’ mojej osoby. Bo przecież wiedzą, że w takie dni nie ma tu ludzi. Podobnie i wilki potrafią przypisać skojarzenia, w każdym razie rozróżniają myśliwego od grzybiarza, zwykłego spacerowicza czy pracownika leśnego. Takie osoby jak ja intrygują zwierzęta. Nie można zaszufladkować. Inaczej się zachowuje. Za czym się włóczy, czego szuka? Nie pojmują. Podobnie jak i ludzie. Lecz to zaciekawienie daje możliwość bliskiej obserwacji, a przecież o to głównie mi chodzi. Kruki robią kilka kręgów nad moją głową, po czym oddają się falom wiatru… Ich ochrypłe głosy stają się łagodne i delikatne. Mięciusie. Szybują, robią piruety i ‘’kręćki’’. Bez celu. Niczego nie szukają. Widać, że sprawia im to przyjemność. Popisują się wzajemnie. Z nieba wypływają złociste promienie, gdzieś tam chowa się słońce. Świetlista aura pieszczotą delikatną dotyka Ziemi. Przystaję i chłonę… Tu baraszkujące z powietrzem kruki, tam w tle refleksy glorii wspaniałej… Tyle zdarzeń i wrażeń. A w głowie dzwięczą wspomnienia zdań niekiedy zasłyszanych…

– Co się będziesz włóczył, nie idz, tak zimno. Lepiej byś w domu posiedział.

– Że też Ci się tak chce…

– Wieje, pada, ponuro, co tam można zobaczyć…? 

I wiele innych. Na szczęście, nigdy nie słuchałem i nie wierzyłem tym głosom. Maszeruję dalej, zostawiając kruczęta w zabawie. Ciało nabiera krzepy, dusza spełnienia… Póki mocno wieje, chcę jeszcze posłuchać szumu drzew wewnątrz lasu. Tu już mam spokojniej. Nie targa, drzewa pochłaniają wszelkie podmuchy. Trzeszczą i piszczą. Mocarnie. Stoję pod okapem igieł. Dno lasu zaścieliły kawałki dębowych i akacjowych gałązek z zielonymi liśćmi. Kruche, urwało. Biedne drzewa. Ileż one muszą znieść, przetrwać, wytrzymać, nieustannie. A takie wichury potrafiły kiedyś trwać tydzień, dwa. Na klonie widzę uszykowane gniazdo wiewiórki. Lokatorki jednak nigdzie nie widać. Tulę Dęba Radomira, przekazując mu obiecane uściski od kogoś. Cieszy, że doczekał w końcu swojej opowieści. Tak dopada mnie wieczór. Ciemność gęstnieje w mroku, niosąc kolejne granatowe warstwy rozjuszonych zastępów. Suną nieubłagalnie, a złowrogo. Nocka tutaj byłaby dziś bardzo ciekawa. Opuszczam las, a za nim pola, przestrzenie wiejące, a roztańczone w energiach. Mam ochotę wirować z nimi, sycić się, i pląsać do wyczerpania.

Jak to dobrze, że nie zostałem wtedy w domu.

P90930-175729

Leśne błogosławieństwo życia. Szczodre dary jesieni i Rykowisko Wędrowców

Zostałem tatą…  Chrzestnym znaczy. Leśnym. ‘’Jak do tego doszło nie wiem…’’ Spróbuję opowiedzieć. Zacząć. Kiedy myślę sobie, że ze zdarzeń wędrownych i historii życiowych nic już mnie nie zaskoczy, dzwoni do mnie Gabi. Nie znamy się jeszcze – chce przyjechać na wyprawę jesienną z przyjaciółką. W wesołej rozmowie wtrąca mi, że od niedawna wie, iż jest w ciąży no i wiecie, aby wędrówka nie była tak forsowną. Ja w radość… Na tą wieść. Ucieszył się, jakby było moje własne  Mówię sobie potem, ‘’No co Ty Sebcio, głupi’’? Jeszcze nie wiedziałem wtedy, że to Uśmiech Duszy był, wobec nowego zdania…

Widzimy się już na drugi dzień, w kwaterze. W trójkę błyskawicznie oswajamy, omawiamy trasę i plan na jutrzejszy Dzień Wędrowny. Stanęło na tym, że pół dnia u Drzew Mocy, druga połowa na zbiorach plonów, a potem przerwa godzinna i noc na rykowisku. Dużo, śmiechów, żartów, Gabi mówi, że do Drzew ze swym małym żołędziem przyjechała, bo chłop ma być jak Dąb. I że mam Kobiecą Duszę. Czyta mnie jak księgę otwartą. To to ja wiem… I ‘’muszę z nią żyć’’ odpowiadam, dać się tej kobietce dzikiej się wyszaleć, wypisać, wypłakać, utańczyć, a i obdarzyć czułością wrażliwą mi najbliższych ukochanych. Wtedy ona jest szczęśliwa i działamy sobie jak stare dobre małżeństwo. Wtedy też synergią brzmi męskość. Jakiś przebłysk świta, po co ta wyprawa, i co mam zrobić jutro, już wiem. Gdy wszystko ustalone, powitane, wracam do siebie. A tam… dopada mnie znana już ‘’faza piśmienna’’. Proces twórczy. Piszę…i okazuje się, dla tego dziecka maluśkiego, tam w łonie. Bo to drugi miesiąc dopiero. Czy to przesłanie? A może modlitwa? Nie wiem. Wiedziałem tylko, że mam spisywać, chwyciłem kartkę i wyjątkowo długopisem. Wzruszenie płynie strugami… Mija wieczór, z kawałkiem nocy. Wiem, że to co się spisało mam przeczytać mamie przyszłej i dziecku. Ale gdzie? Myślę pierw o Dębie Radosławie i jakimś nietkniętym kawałku lasu.

TrreLife.jpg

Rankiem jesteśmy pod Krzesimirem. Jeszcze się waham. Pracuje już umysł. Myślę sobie, i jak to tak tutaj, wśród tych kłód pościnanych sosnowych ułożonych w stosy? Nie, pójdziemy gdzie indziej… Jak była cisza w lesie, tak zewsząd zlatują się sikory. Obsiadają cały dąb, są wszędzie. Jest i kowalik, dołączył dzięcioł. Nalot. I gdy jedna z sikorek przysiada na korze, tuż nad naszymi głowami ja nie mam wątpliwości. Trudno o większy znak. Krzesimir zaś grzmi:

– TAK, WŁAŚNIE TUTAJ! PRZY MNIE TO ZRÓB. KOŁOWRÓT ŻYCIA. CYKL I PEŁNIA.

Dawno nie słyszałem tak wyraznie, dosadnie jego głosu. Gabrysi wcześniej powiedziałem co się święcić dziś może, teraz za jej zgodą przykładam dłonie do powiększonego lekko brzuszka. Czuję się nieco jak kapłan, albo i ksiądz, gdybym to wiedział jak oni się czują… Zaczynam czytać na głos. On drży. Staram się brzmieć…Nie łatwo.

Błogosławię Twoje życie, 
Trzymaj mocno je w uchwycie,

Krocz przed siebie śmiało, godnie, 
Z jego nurtem płyń swobodnie

Niechaj ludzie Cię wspierają, 
Swym najlepszym obdarzają

Wierzby, dęby i jesiony, 
Dzisiaj biją Ci ukłony

Z szumem liści już witają, 
Swego gościa, pozdrawiają,

Puszcze, knieje, łąki, lasy! 
Niech przypomną Tobie czasy

Niech przemówią stare dzieje,

Liście, pnącza, i konary, 
U Twej głowy złożą dary,

Niech nic nigdy nie zagłuszy, 
Światła Twej potężnej Duszy,

Przyjmij pełnię, uśmiech życia, 
By prowadził przez odkrycia

Niech rozprasza mroki nocy, 
Blask Twej osobistej Mocy

Pochłoń szmery i szelesty, 
Czule przejaw swoje gesty,

Wobec roślin, zwierząt, istnień, 
I ukochaj sobą wszystkie,

Daję Ci esencję Kniei, 
Abyś nią mógł się podzielić,

Tutaj w drzewach zakorzenię, 
Żebyś powiódł nowe plemię

W serce Twoje dar swój składam, 
Wieszczę, tulę, przepowiadam,

Drzew energia niech okryje, 
Tu gdzie tętno świata bije,

Przyjmij

Słyszysz pomruk ten, maleńki?
– Tak odzywa się Dąb Wielki,

Miłość poprowadzi kroki, 
Ciepło przyjmie świat szeroki

Witaj

Gdy czytam, wiatr psoty wywija w gałęziach, a Drzewo reaguje całym sobą. Udaje mi się jakoś dobrnąć do końca. Oboje spłakani. Dusza i Dąb, co wyście wymyślili? Najpierw przesłania wieszczone na żywo, teraz tak? I wiem, że dziś mam czytać ‘’brzuszkowi’’ wszystkie słowa spisane w przesłaniach, które uruchamiają energie drzewne. Prosi wierzba, jesion, dąb i brzozy. Mam jemu przekazać tą esencję. Ohhh… to był dłuuugi Dzień Wędrowny… Dalej maszerowaliśmy już na skrzydłach Babiego Lata, z gestem szczodrej jesieni, który obfitością odmierzał echo naszych kroków.

Dzika róża, bez i głogi

Maszerując niespiesznie po jesionowym szlaku podarunki jesieni zbieramy. Dziś Wędrowny Dzień plonów. Dzika róża, głogi, bzu ostatki i tarniny szczodre. Ciekawski rudzik przygląda się ludziom, pomponem pomarańczy migota. Cisza w dostatku się kłania. Czerwień spogląda zewsząd w rumieni.Na dystansie około trzech kilometrów dojrzałe krzewy rozpościerają przystrojone konary, jakby zawołać chciały; masz, wez, częstuj się! Wystarczy dla wszystkich. Medytacja więzi łagodnej, z tym co najwłaściwsze człowiekowi od wieków. Sikory psocą po chaszczach. Lis słoneczny drepta na miedzy. A zdrowie ląduje w torbach lnianych, herbatę krzepy zaparzę na całą zimę. Z kukurydzy wybiegają dwa jelenie – te wypłoszył szum warczącej nisko motolotni, która pojawiła się znikąd…ehh…

P90921-164754

P90921-165448

Bo jesienią jeszcze innego charakteru nabierają wędrówki. Czas dojrzewania wyścieła niebo i ziemię puchem wszechobecnego dostatku. Samo zdrowie, z pracy żywiołów powstałe. Chodzcie do lasu! Dla każdego wystarczy. Drzewa i krzewy wyciągają zewsząd konary, w garście czerwieni ustrojone. Dłonie pełne darów. Co komu potrzeba. Żołędzie na kawę leśną, czy kasztany pochłaniające sploty negatywnych energii. Ziół ostatki z wrotyczu paciorków. Tym nacieramy ubrania przeciw kleszczom. Kiście bzu czarnego, wiechy koralikami przystrojone. Jabłuszka jeszcze na październik czekające, jarzębiny aż bordowe. I pomyśleć, że to wszystko ‘marnuje’ się tonami co roku. Człowiek zapomniał.

P90921-134029

Prowadzę przez sosnowy młodnik, jeden z moich ulubionych zakątków ptasich. Zawsze można tu spotkać wszystkie gatunki sikorek i raniuszki. Kraina zieleni igieł, szorstkich w dotyku jak szczotka. We mchu pobłyskują brązowe łepki kasztanów…

Kasztanów…?

Śliskie, a chłodne w dotyku… wyglądają na świat… pierwsze tutaj maślaczki. Ojej, są wszędzie! W tym momencie tracę wolę i przewodnictwo, gdy goście w uciesze przypadają do ziemi, zbierając w uśmiechach garście leśnego smaku. I jeszcze, i jeszcze! Szczęście przyfrunęło na pajęczynach babiego lata. Odzywa się w człowieku jakiś pierwotny, choć łagodny atawizm pradawnego zbieracza. Dalej nie pójdziemy. Pora na grzybową przerwę. Rozmyślania już lubują się w smakach, sos będzie, suszone, a może przysmażone z cebulką? Mało co podnoszę, korzystając z daru uważności wskazuję kolejne miejsca, gdzie widać kapelusze. Oj, grzybów to ja się w życiu nazbierał… Od małego. Jak wściekły niegdyś. Wyszumiało się to, i wrócić nie chce. Zapachy tańczą w balecie, a w rozmyślaniach i rozmowach płyną wieści o roli grzybni w lesie, jej powiązaniach z drzewami, i bogatych a jakże przez lata wypartych właściwościach tych darów. Płynie gawęda swobodna, przesycona aromatem młodocianych sośnin. Przyglądamy się szacie roślinnej tego niezwykłego miejsca, tu oto srebrno matowa Szczotlicha Siwa, jedna z najodporniejszych traw, wokół kocanki złote, już witające się przekwitem ze światem. Każda wyprawa ziarno wiedzy jakiejś zostawia, do samodzielnego już wzrostu w poznaniu. Widzę i grzybki maślane w gęstwie na buchtowisku, do tych puszczam oko i zostawiam pominięte – będą dla dzików, które chodzą tędy nocą z bagna na pola.

P90921-133530

Postój robimy…w rowku, pod prastarymi wierzbami. Są kanapki, i ziołowe herbaty w termosach. Struga szeleści pluskiem, przenosząc umysł w krainy ostępów relaksu i ukojenia w zatraceniu. Częstotliwość 432Hz. Działają i wierzby. Te otulają nas dotykiem łagodności. Specjalistki od uśmierzania bólu. Bagienne Babuszki. Ogrzewa nas słońce, zagłębienie chroni od wiatru. Opowiadam o bobrach tutejszych, o tym jak siedziałem w ramionach jednego z drzew, a pode mną w srebrze księżyca przepływali bobrowi pracownicy. Trudno oddać w słowach takie widoki. Dostojna jabłoń kołysze się nieopodal w naręczach zielonych kłębków swoich owoców. Omiatają nas stada ptasie, przeczesujące falami wszystkie możliwe zakamarki. Jest kowalik, raniuszki, sikory i dzięcioł. Zobaczcie, mówię. Oto one są sekretem tej jabłoni. Bo jak to możliwe, że sama jedna, nie przycinana, nie pryskana, nigdy nie ”pielęgnowana” a rodzi takie kosze bogactwa? Ptasi owadobójcy wydobywają zewsząd wszystko, co mogłoby jej zaszkodzić. Prawię o dzikach, dziuplach i skrzatach… Jesteśmy w klimacie. Szara struga pluszcze opowieścią, wierzby szemrają gawędą, trzciny kołyszą się niemo… A ja pytam moich gości…Bo przecież siedzimy tutaj w scenerii, dokładnie takiej jaką opisałem rok temu w historii.

Czy byłeś kiedyś nocą nad bagnem, w krainie szuwarów i mokradeł z dawna zapomnianych?

Siedziałeś może w kręgu Wierzbowych Wiedźm, słuchając o czym szemra wiatr w koronach próchniejących czarownic? Możesz tu szukać wszystkiego, lecz jednej rzeczy nie znajdziesz nigdy. Ciszy.

Ta umyka żwawo z królestwa moczarów, poganiana szelestami gwarzących trzcin. Nie ma ochoty tu mieszkać. W odległych gawędach ludu, nieposkromione bagna i ostoja dzikości złą sławą się zapisały, skrywając swe sekrety przed śmiałkami odkrywców mglistych tajemnic. Podania mówiły o topielicach, strzygach, zjawach wołających wędrowca ku czeluściom topieli, zaś w wierzbie miał zamieszkać sam Diabeł Rokita, błyskający ogarkami cudacznych lampionów, strasząc w obronie swych niedostępnych pieleszy. Sprawcami tych legend stały się głównie zwierzęta, w tak skrytych zakamarkach znajdujące swe ostoje. Niewidoczne, bezpieczne. Ale nie ciche. Kto lękliwy, odnajdzie tu sumę wszystkich swoich strachów. Pogodny i uważny, cudów zachwyt i wieczny urok. Można też duchom bagien zadać pytania, i posłuchać odpowiedzi…

Tu dzik szlak błotnisty przemierza, w pełni się czując bezpieczny, 
Jeleń do kąpieli też zmierza, odwieczny zwiedzając matecznik.

Głucho dudni bąk w mroku, ptasi duch trzcinowiska, 
Wierzba w szelestach swych kroków, tam diabeł ogarem błyska.

Szpacy zapadają z łoskotem, oddając się w senne mary, 
Czapla ochryple łopoce, skrzydlate wzywając już czary.

Żurawie trąbią ku słońcu, zachodu zwiastując wieszcze
Nadzieję mają, że w końcu, cisza zagości tu jeszcze.

Gęsi paplają z trwogą, gwarem wypełniając pielesze, 
Nadziwić się temu nie mogą, lis zaś się skrada w uciesze.

Bóbr w pluskach chroboce srogo, świat swój budując misterny
Podąży zawsze swą drogą, żywiołu posłaniec wierny.

Wydra śwista z uśmiechem, rybom na utrapienie
Topieli stając się echem, cieszy się swoim spełnieniem.

Łabędzi rycerz na toni, czułość okazuje partnerce
Kogo potrzeba przegoni, i pragną się jeszcze więcej.

Olchy w czas wichur zawodzą, bujając wśród połamańców,
Najlepiej tu sobie powodzą, kołysząc w rytm swoich tańców.

Szuwary z pomrukiem gaworzą, 
Gdy locha prowadzi swe plemię

Nigdy do snu się nie łożą…
Mgieł zjawa w oparach drzemie.

P90921-152140

IMG_20190921_150922

Opowiadam wzruszony, bo i słowa kieruję do łona, gdzie zamieszkało towarzyszące nam dziś maleństwo. Bo przecież jest nas czwórka. Wspaniała dusza wybrała sobie przyjście na świat z inicjacją leśną, chcę by pochłonęła jak najwięcej dobrego o tym zielonym świecie. Gabi zasypia…ukołysana wierzbowym szumem, pluskiem strumienia, i chyba moją opowieścią. Nie przeszkadzamy jej.

Rykowisko Wędrowców. Jesienny oddech Leśnej Mocy 

Po półtoragodzinnej przerwie, czas nam ruszać. Zwykle Dzień Wędrowny kończymy wraz z zachodem słońca, który podziwiamy gdzieś w przyrodzie. Gdy nastaną ciemności udajemy się na wypoczynek do kwatery, niedługi. Coś zjeść, zmienić ekwipunek, przebrać na noc i już gotowi. W oddali nad lasem wisi pomarańczowo – złocista połówka wschodzącego księżyca. Ona woła pod swoją opiekę. Już dawno po pełni. Nocka zapowiada się idealna, bezwietrzna, chłodna i księżycowa. Byki lubią się wtedy odzywać. Wdrapujemy się na ogromny stóg słomianych balotów, którego lokalizację trudno by sobie lepiej wymarzyć. Jednocześnie blisko szosy, można podjechać. Stąd widok na pola rozległe, rzepak z burakiem, gdzie ciągną zwierzęta. W horyzoncie czarna ściana lasu, i tu właśnie słychać dobrze wszystko, co się w nim dzieje. Każdego jelenia, który się odezwie.

Ubieramy się puchato. Czatownicy zasiadają na czuwanie. Czatownik – uwielbiam to określenie. Ten który czatuje, czuwa, zasadza się, czeka, obserwuje. Niewidoczny, nieuchwytny, skryty. Nic nie ujdzie jego uwagi. Jego intencją i pragnieniem jest jak najmniej przeszkadzać buszującym zwierzętom, dlatego wytrwale pozostaje godziny w bezruchu. Jest tu po to, aby nasycić swoja duszę pobytem w przyrodzie, ucieszyć wszystkimi dzwiękami i zdarzeniami, jakie minąć go mogą, gdy siedzi stapiając się w głaz… Podejrzeć cząstki leśnych tajemnic i nie zakłócać.

Mija 10 minut, 15, 20… w kryształowej ciszy. Trochę jakby ‘’zaczynam się niepokoić’’. Stąd powinno być słychać, już pora. I choć każdy wie, że w przyrodzie nie powinno się niczego oczekiwać, że nie można w zasadzie ‘’obiecać zwierząt’’, to zawsze chcę aby cokolwiek się wydarzyło. Gosia przyjechała z Katowic specjalnie, żeby te byki u boku Szeptów Kniei usłyszeć. Cisza gości się na dobre, a wiercenie mej towarzyszki mówi mi, że próbuje zaprzyjaźnić się z nią Pan Ziąb. I ja wiem o jego obecności, jednak zacząłbym pewnie zwracać nań uwagę po dwóch godzinach. Gdy ma się do czynienia z tym na co dzień, nie zwracasz uwagi na zimno, przyjmując jej jako coś normalnego, że troszkę tam dokucza. Wiem, że miejsce ma potencjał, a zwierząt jest tu mnóstwo. Może by tak.. je zawołać? W duszy rzecz jasna. Już nie raz tak robiłem i zdarzenia działy się piękne. Rozszerzam się. Wnikam świadomością w zakamarki gąszczy, przepatruję, wywołuję, rymuję…

Czatownicy już czekają, 
Z ciekawością spoglądają,

Czujnie dzwięków nasłuchują, 
Coraz większy ziąb też czują,

Hej jelenie, sarny, lisy! 
Księżyc świeci blado łysy

Opowieści przędą nowe 
Ukaż nam się życie płowe,

Sowa, borsuk, jenot, dziki! 
Niechaj zabrzmią tęgie ryki,

Pokaż skrawek tajemnicy 
Byśmy mogli się nasycić…

Ledwo kończę ‘’rymowane wygłupy’’ w myślach, przestrzeń jakby się uruchamia. Rozbrzmiewa piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Kuwika sobie w sosnach. Za kilka minut zaczynają chrypieć kozły sarnie. Gosia rozgląda się, zasłuchana, oczarowana. Jej białą twarz posrebrza księżyc. Ja się cieszę. Nad nami kaskady gwiazd, słabnące w blasku górującej złotej latarni.

70893839_2558974011045155_1606539530750394368_n

I jest! Pierwszy jeleń. Nadaje z głębi bagna. Ryczy mocarnie, kończąc frazę ochrypłym warczeniem. Ale z daleka. Wiem, że tam dalej muszą odzywać się inne, których stąd nie słyszymy. Odgłos raz jest bliższy, to dalszy. Bije tętno samczej mocy. I gdy tak słuchamy, wielki cień nadlatuje z pola, przepływając bezgłośnie nad naszymi głowami. Milcząco wachlujące skrzydła. To jakaś sowa! Choć odzywały się puszczyki, po wielkości obstawiam płomykówkę. Gosia zdziwiona, a ja wiem, że one tak zawsze podlatują obadać kto siedzi. Ryk mocnieje i przybliża. Teraz wpada nam wyraznie w uszy. Jest i inny. Jelenie podeszły. Krótka narada, i decydujemy się zejść ich posłuchać jeszcze bliżej. Można to zrobić nie przeszkadzając. One teraz i tak niemal nie zwracają uwagi na ludzi. Tam w dole jest łąka z łanem kukurydzy za plecami, można stać za parawanem mgieł i słuchać z bliska. Mlecznie języki rozlewają się smugami po polach, tworząc powłóczyste zasłony chłodnego jedwabiu. Przenikamy przez nie. W nich właśnie chyba mieszka ziąb. Stoimy, nasłuchujemy i chłoniemy. Gosza podskakuje mi na każdy bliższy ryk i szelest. Bardzo chciała iść, a teraz chyba trochę się boi. Tłumaczę cierpliwie półgłosem – co tu się dzieje. O ich zwyczajach. Gąszcze zaczynają szamotać z furią, któryś z byków przedziera się do rywala. Łoskot, dudnienie, łamanie krzaków. Chyba się zwarły… Byk jest zainteresowany tylko drugim bykiem, nie szuka ludzi i nie zwraca na nich zbytnio uwagi. Trzeba tylko uważać podczas hałasowania w lesie, bo jeleń biorąc za konkuretna możne podejść i w amoku zaszarżować. Zaślepiają je hormony. Tu mamy kilka kroków za plecami starą, a mocną zwyżkę myśliwską, na którą w razie co można się wdrapać. Jest bezpiecznie. Wabimy. Podkręcamy atmosferę, rozgrzewamy nastroje. Okazuje się, że jeleni było tu więcej. Chodzą i szeleszczą gromko. Jeden mruczy nisko, całkiem blisko w kukurydzy. Pobrzmiewa w nim grozba. Koncert pochłania nas niepamięcią. Nie rejestrujemy już zimna. Mgły rozpościeraja się woalem, kryjąc może wielgachne sylwetki byków mruczących w głębi łąki. Czuję się jak w świątyni, promienieję szczęściem. Nikogo tu poza nami. Wezwanie dzikości. Pradawne tętno leśnej mocy. Nie śmiemy już mącić, szargać. Dziś panują tu Płowi Królowie. Wygrażają, rzucają wyzwania, ogłaszają mglistemu światu ogień swojej potęgi. JAM JEST. TUTAJ. I nic innego się nie liczy… MISTERIUM. To najwłaściwsze słowo.

Gosza mówi, że nawet przestała się bać. I też zapomniała o zimnie. Nastąpiło zestrojenie z przestrzenią. Każdy ryk osadza nas w miejscu, choć chcielibyśmy już wracać tkwimy zasłuchani. Ciało przyjmuje fale informacji o potędze odwagi, Miłości i osobistej mocy. Dusze zatracają się w leśnej opowieści. Jelenie, kozły, puszczyki, płomykówka, mgły. Dziś gość mój czuje całą swą istotą sedno spisywanych na Szeptach Kniei opowieści. Już wie, jak to jest.

Wracając, przystajemy co kilka chwil. Ciężko się oderwać. Każdy zew rozbudza tęsknotę niewiadomą wstrzymując kroki, chciałoby się zostać aż do świtu.

IMG_20190921_113621

________________________________________________________
________________________________________________________

Wędrówka miała swój czas w ramach naszych trwających warsztatów z Drzewami Mocy i spotkań z dzikością, w esencji brzmienia pierwotnej Natury. Ją staramy się poczuć i odnalezć, zgłębiając przesłania mistycznej strony świata. Jeśli i Ty czujesz w sobie pęd do podobnej wyprawy, pisz i pytaj o swój termin. Te spotkania są dla Ciebie. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną historię. Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl   lub   FACEBOOK 

Do zobaczenia w lesie 🙂

 

Jesienny taniec motyli. Wyprawa po Babie Lato.

Kiedy nasze stopy dotykają piasków Jesionowego Szlaku, otaczają nas w tańcu czeredy wirujących motyli. Ile ich tutaj! Dostojna rusałka admirał szybuje w piruetach muskając ramiona atłasem miękkiego pudru. Są wszędzie i wokół. Rusałki przeróżnych gatunków. Admirał, kratnik, ceik, a między nimi polatują w grupach śnieżnobiałe bielinki. Te przypominają zbłąkane płatki śniegu. Lekkość i swoboda. Z taką energią zaczyna się nasza wędrówka. Każdy krok pogłębia głęboką ciszę pustki. Nie słychać psów, aut, ludzi, ani nawet ptaków. Choć jeszcze zielono, już rozgościła się jesienna pustka. Tunel krzewów przechwytuje nadlatujące z pól podmuchy, osłaniając nas dobrodusznym kokonem. I te bezgłośne motyle wokół… Jeden z bielinków chwieje się kiepsko. Siedzi na ziemi. Niemrawo się porusza. Jego czas dobiega… Kolejny motyl podlatuje do niego i uderza z lotu, jakby chciał go stuknąć, wybudzić do życia. Kilka takich prób. Siada wręcz na nim, dotyka… To jest… takie ludzkie… Jakby troszczył się o przyjaciela. Hej, no co z Tobą, wszystko dobrze? Wstawaj, polatajmy! Tamten dalej drętwy. Obserwujemy poruszeni. Po kilkunastu próbach zrezygnowany bielinek jakby pojął – odpuszcza i leci pląsać dalej.

received_2425061674378984(1)

Dziewczyny, Bożena i Iwona są zachwycone spokojem tej trasy. Przyjechały ze śląska na ‘’wyprawę ogólną’’. Bez kierunku i presji. Są siostrami, rodzonymi. Dziś idziemy do niektórych Drzew Mocy, w miedze i na pola. Krajobraz, tak bardzo mi już ‘’opatrzony’’ je urzeka i pochłania, wołając w horyzonty. Bo nie ma pagórków, a te rozległe przestrzenie…Inność. Rozmawiamy o pięknie takich miejsc. O roli dla Przyrody jaką pełnią, i o tym jak są niedoceniane. Gęstwy rozmaitych krzewów po bokach, tu wiosną tętnią ptasie lęgi, a mali fruwacze uwijają się w furkocie przy wychowie piskląt, będąc dla okolicznych pól tym czym jest żywy środek owadobójczy. Darmowa pomoc. Tymczasem takie dróżki giną z polskiego krajobrazu, są asfaltowane, a drzewa i krzewy wycinane. Pojawia się hałas, znika życie. Człowiek w galopie swoich ‘’poważnych’’ spraw, ‘’zdążyć, zdążyć, muszę’’.  W imię ‘’rozwoju i postęp’’. Czy tędy prowadzi droga? Chętnie zabrałbym każdego decydenta i orędownika betonowego postępu, aby ukazać dziejące się tutaj sprawy. Że są ludzie, dla których takie ‘’drobnostki’’ jak cisza i przyroda są ważne. Dochodzimy do wniosku, że takie szlaki powinny mieć status chronionego dziedzictwa kulturowego. Nie powinny być przekształcane one, ani okolice, które tworzą ten poszukiwany przez wielu spokój. Niedługo cisza stanie się bezcennym dobrem luksusowym.

Z kursu odbijamy w bok, do wnętrza polnego rowku. Tam zamieszkały młode, choć ogromne już Białodrzewie. Topole Białe.  Miejsce przypomina tunel czasoprzestrzenny, osłania od wiatru, koi szumem. Tu zapomnieć się można we wszystkim. Jakby czekało przygotowane do gościny, na wysuszonym dnie spoczywa wielki kamień, w sam raz do siedzenia. Tu poddajemy się Topolowemu Oczyszczaniu. Mi po 10 minutach znacznie poprawia się nastrój. Każdy siada pod wybraną. Wszyscy łapiemy do wnętrz tą beztroskę i swobodę. Jest dużo śmiechu i luzu. Topole choć zabierają i pochłaniają całą aurę człowieka, krzywdy nie robią. Jest pewien próg, poniżej którego Topola nie ingeruje. Zabierając wszystko co nie służy, Drzewa uzdrowiły swoje leśne dzieci, wzywając je do uśmiechu, lekkości i dalszej kontemplacji dziczejącego świata wokół.

P90914-163938

Wskazuję porzucone gniazda gniazda ptasie i opowiadam o przyrodniczych sprawach jakie tu się dzieją. Bożena mówi, że ciągnie ją do Olszyn widocznych na horyzoncie. Trochę się waham, wygląda z daleka że nic szczególnego tam nie ma. Ale jeszcze nie byłem. Chętnie odwiedzę. Im jesteśmy bliżej, tym widać, że drzew porosła tutaj znacznie większa mozaika. Ogromny, czerwieniący głóg i potężna Matczyna Dzika Grusza. Jest wspaniała. Ogromna i stara. To ona nas wołała. Opiekuje się tym miejscem. Już opadaja z niej owoce. Tych kosztujemy z rosnącym apetytem. Co za zapach! Takie drzewa można pokazać za przykład wszystkim sadownikom i ogrodnikom, którzy twierdzą, że aby drzewko owocowało trzeba podcinać ‘’dzikie pędy’’, formować i prowadzić. Tych nie pielęgnuje nikt, od zawsze. Mimo to każdego roku obdarzają i zasypują dostatkiem zwierzęce życie wokół. Człowiek podcina dla wygody i z lenistwa niejako – aby łatwiej było dostać się przy zbiorze owoców. Zostawia tylko te gałęzie, które owocują. A przecież drzewo potrzebuje też gałązek bez owoców, z samymi liśćmi i odrostami, które pomagają pobierać mu więcej energii, zrobić zapasy, zmagazynować odżywcze substancje na różne życiowe wypadki. One nie osłaniają drzewa jak się powszechnie uważa, wręcz przeciwnie. I tak te dzikie, nie pielęgnowane jabłonie, grusze i śliwy na miedzach dociągają w zdrowiu setki, a ‘’pielęgnowane i prowadzone’’ przycinane drzewka w ogrodach i sadach zaczynają umierać po 20 – 30. Zbyt wyczerpane wiecznymi cięciami i ranami, które muszą bliźnić, przy niedostatku pomocnych pędów, które regularnie się im obcina. Na logikę, to nie może się kończyć inaczej. Ale potem człowiek kupuje i sadzi nowe drzewko innej odmiany i dawaj od nowa. A w świat niesie wieść, że drzewa owocowe krótko żyją…

 

received_2366050130179371

Jesienne owoce mają w sobie magazyn takiej energii, że po kilku kęsach nie głodniejesz przez wiele godzin. Promienie słońca i składniki ziemi, przesączone esencją żywiołów. I choć wokół gęsto od śladów zwierzęcych biesiadników, dziwna panuje tu cisza. Zauważamy. Obserwuję to zjawisko w tym roku szeroko. Dawniej pod takimi spadami kłębiło się od szerszeni, os i pszczół, które pasły się na rozkładających owocach całymi rojami. Zbiory były obarczone ryzykiem użądlenia. W tym roku nie było. Deptałem po mirabelkach, jabłkach, śliwkach przydrożnych gnijących, tym razem nie podnosiły się z brzęczeniem złowrogim. Może to efekt suszy, a może dzieje się…trudniej. Przytulamy się do Gruszy i wznosimy ręce w podziękowaniu.

P90914-192517
Babrzysko dzików z ubłoconym pniem.
P90914-174019
Topinambur – Słonecznik Bulwiasty, przysmak dzików.

Drzewo w zamian odkrywa nam jeszcze więcej sekretów swojego zakamarka. Niemal cały pas olszyn porosły ogromne słoneczne, żółte kwiaty. Jakiż kontrast, na ścianie zieleni. Pachną…czekoladą… To słonecznik bulwiasty. Topinambur, przysmak dzików. Wyrósł na linii rowu z babrzyskiem, miejscem gdzie czarny zwierz zażywa rześkich kąpieli błotnych. Pnie olch usmarowane zaschniętą ziemią na szaro. Pochłaniamy kolejne kilometry maszerując tam dokąd wzrok sięga. Z jesionowego szlaku zeszliśmy na pobliskie pola. Pustkowia, aż po horyzonty dalekich lasów. Macierz buraczana i brązowe połacie orki. W ogóle się nie męczymy. Babie lato jednocześnie zaczepia już chłodem, to pociąga ciepłem ku słonecznej kąpieli. Jest w sam raz. Nad nami kruki popisują się w bujającym tańcu, a ostatnie jaskółki przepływają śmigle swobodą błyskawicy. Nawet ja się dziwię, ile tętni tu życia. Tropy ogromnych jeleni – byków przecinają się ze wstążkami śladów pozstawionymi przez krzepkie dziki. Idziemy ścieżką na małej miedzy, gdzie jak słupy kierunkowe prowadzą nas kępy bylicy i lebiody. Chwila przystanku i rozeznania w świecie ‘’chwastów’’. Słońce goni już szybko. Za moment pogrążymy się w podziwie zorzy zachodu, słuchając ostatnich ćwierknięć marznących trznadli.

Wieczór…

Gdy słońce gaśnie za lasem, zatrzymujemy się. Cisza w uszach podzwania milczeniem. Stajemy stopieni z łuną pasteli, na tle czerniejących gałęzi. Szlak ogarnia zmiana. Drzewom i zwierzętom znana, codzienna i swojska już od zarania. Dla nas magiczna w swym przepływie. Wypatrujemy pierwszych gwiazd. Ukryty trznadel wyćwierkuje senną zwrotkę, kłębuszki chmar mazurków które polatywały jeszcze do niedawna, utuliły się w swoim puchu wśród tarnin. Na buraczanej miedzy pasą odległe sarny. Ciemność wypełza z zakamarków dotąd nieświadomych, jakby chciała przeczesać zasoby odwagi i zaufania. Nie jest nam straszna. I ona zaprasza do dalszej wędrówki. Ukrywa, maluje i tworzy w mgnienie – zupełnie nieznany świat. Jakie tajemnice pragnie dla siebie zachować? Jesiony pogrążają się w sennej podróży po wymiarach, jeden zrzuca z chrupnięciem gałąz zwiastując odlot większego ptaka. Łoskot zaskoczenia.

Tu czerwień styka się z błękitem ubywającym, zachwytu malując opowieść. Gdzieś tam lis czujny już trakt przemierza, a dziki przebudzają w szelestach, innego zegara odczytując wskazówki. I one nasłuchują narastającej ciszy, wilgotnymi nozdrzami chłonąc wezwanie do biesiady od pełnej smakołyków Ziemi. Temperatura leci na łeb coraz niżej, wołając ziąb ku wsparciu. Wygodnie mości się zmierzch. Igraszki światłocienia. Wracamy do kwatery i robimy ponad godzinną przerwę, czekając na księżyc. Przed nami nocna wyprawa. Chcemy dziś jeszcze usłyszeć jelenie.

P90914-193137

W poszukiwaniu rykowiska. Lelek

Niekiedy po polach przenikają jak duchy, ulotne, chwiejne sylwetki. Różnią się zdecydowanie od zwierzęcych. Maszerują przed siebie, znikając w oddali horyzontu srebrzystej poświaty. To Wędrowcy. Już nie jeden samotny, a kilku. Przestrzeń się rozrasta. Coraz więcej śmiałków decyduje się spróbować swoich sił i wytrwałości w Księżycowej Podróży. Co też gna ich w noc, z mozołem kroków, w wicher, chłód, deszcze, albo przyjazne ciepło letniej świerszczowej nocy? Podążają ufnie za swoją przygodą, a może woła ich zew dzikości, chęć przypomnienia sobie w Duszy jak istniał człowiek zanim pochłonęła nas cywilizacja. Gdy zmęczenie plącze im nogi przysiadają w czuwaniu na miedzach, polnych kamieniach, pod lasem. Wtedy zamieniają się w czatowników. Sunące godziny milczącego oczekiwania na wyjście zwierza, słuchanie szelestów życia, lub szeptane rozmowy o nimże odmierzają sedno istnienia.

P90914-235444

Księżyc rozświetlił się w czystej pełni srebrnego panowania, przyroda sprzyja dziś po całości. Nie ma wiatru, chłód się wzmaga. Dobra pora do słuchania ryków. Mają dziewczyny szczęście, nie każdemu udaje się trafić taką aurę do wędrówki. Wnikamy w las krokami, zostawiając latarnika ponad gęstwą drzew. Chcę przejść główną drogą leśną po całości, jeśli jakiś jeleń gdzieś się odezwie, będzie słychać. W zeszłym roku wyprawiły słyszalne w całym lesie Misterium Mocy. W tym za dnia hałasują piłami, a nocami strzelają tam gdzie zwierzęta odzywają się najwięcej, więc słabo. Dlatego wiodę dziś zupełnie inną trasą. Szukam miejsca, gdzie znajdę jelenia, który będzie ryczał ‘tylko dla nas’. Srebrzyste refleksy mamią oczy niewprawne, udając duchy, zjawy chwiejne i strachy. Goście moi mają okazję się przekonać, jak to rzeczywiście widać. Harcująca w liściach mysz, wywołuje podskok przestrachu. Ja już po tylu latach w kniei, połowy rzeczy niejako ‘’nie słyszę’’. Nie zwracam uwagi. Są dla mnie tłem. Jak dla kogoś odgłosy miasta. Po jakimś czasie marszu docieramy do zatopionej we mgłach łąki. W nich majaczy sylwetka sarny. Że też nie jest jej zimno. Moim wędrowcom daje się ono we znaki, po niedługim czasie postoju. Obserwujemy pląsy i gęstnienie mgły, ta daje popis swoich zdolności, tkając z nicości kształty, sylwetki i zasłony. Bajeczne widowisko. Tu zamieszkała ogromniasta wierzba, nie mogę wyjść z podziwu jak jest dostojna. Wyrasta, przypominając ludzką dłoń z palcami. Bożena chce zobaczyć sarnę w nocnej lornetce, ale tamta zdążyła się gdzieś usunąć. To nic. Wiem, że nie poczuwamy tutaj, nie każdy ma taką odporność na chłód. Wracamy. Mam jeszcze kilka miejsc. A nawet wiele. Dziś widzę, dlaczego warto spędzać w przyrodzie tyle czasu, codziennie rzędu 5, 8 czy 10 godzin. Dzięki temu wiem co, gdzie, o jakich porach roku i nocy można spotkać w moim świecie. Prowadzę ‘’na sarny’’ niemal na pewnika, znając zakątek gdzie kręcą się od wieczora przez całą noc. Daleki puszczyk nawołuje tajemniczo, dodając wyprawie szczyptę tej utęsknionej magii. Wielkookie straszydło. Wreszcie wynurzamy się nad kolejną łąkę. Tu robimy przystanek, krzepiąc się gorącą ziołową herbatą. Jeszcze kilka kroków pod lasem. Przeczesuję horyzont lornetką. Jest! Stoi na polu sarna, w księżycowej poświacie osadzona. Każdy ma możliwość obejrzeć dokładnie, gdy Iwona patrzy zwierz nieco bryka. Pasie się nadal. Z głębi lasu jeden kozioł zaczyna chrypieć. Odpowiada mu drugi. A potem trzeci. Wydzierają się kilka minut, na zmianę. Dzwięk straszny i rozdzierający, gościom nieznany. Dlatego na wędrówkach czy w dzień czy nocą także uczymy się nowych rzeczy. Zamiast rykowiska, ‘’kozłowisko’’. Jeden pogłos, niski a odległy… Przeniknął idealnie między chrypnięciami. To jednak jeleń! Drugi raz dzwięku utwierdza, że tak. Szkoda, że tak daleko. Misja wykonana.

P90914-235359

Najciekawsze zdarza się niespodzianie. Wracamy już autem sunąc powoli polną drogą, docierając do granic wsi, kiedy przed światłami zaczyna wyczyniać piruety jakieś ptaszysko. Wiosłuje skośnymi skrzydłami zajadle, a zwrotnie. W pierwszej chwili krzyczę że sowa, jednak zwinność w chaosie i sylwetka szybko wyprowadzają mnie z błędu. Ptak robi nam slalom przed reflektorami, i z gracją przysiada na szosie. Teraz wiem, choć nadal niedowierzam, toż to lelek! Ptasi unikat, kozodojem dawniej zwany. Tajemniczy, owiany legendami i mitami zabobonów, przerażający, a skuteczny łowca ciem. Taka nocna jaskółka. Jego paszcza rozwiera się niczym u rekina, przyozdobiona takimi jakby wąsikami. Terkotam szczęściem i opowiadam o ptaku. Ten siedzi przez kilka minut, dzięki czemu mamy możliwość przyjrzeć mu się z lornetki. Dawniej uważano, że lelki tymi szerokimi dziobiszczami przysysały się do wymion kóz, podpijając w ten sposób mleko. Wydaje się, że nieuczciwi pasterze, znaleźli sobie ‘’ptaka ofiarnego’’, który często pojawiał się przy bydle, gdzie było dużo owadów do łowów. Kamuflaż z piór ma idealny. Dopasowany do kory i liści. Nie sposób wypatrzeć go gdy usiądzie i zamknie oczy. A zwykle siada ‘’w poprzek’’ przypominając co najwyżej z daleka zgrubienie pnia. Gniazda też nie buduje jako takiego, wygrzebuje misterny dołek, w którym jakoś udaje mu się wyprowadzić lęg. Podczas niepogody zapada w rodzaj hibernacji, spowalniając czynności życiowe aby przetrwać chłód czy słotę, kiedy owady nie latają. Wdzięczny jestem za niego. Ale mamy szczęście! Po dokładnym obejrzeniu podrywa się w milczeniu, i znika w ciemnościach nocy. Jakby chciał każdemu z nas się pokazać w swoim kunszcie. Obserwuję ptaki i wyprawiam się na nie od bardzo dawna, sięgając czasów dzieciństwa. A lelka widziałem dziś po raz trzeci w życiu. Mimo zmęczenia, towarzyszy nam radość z pojawienia się tego gościa. Trudno wymarzyć mi było sobie milszy i bardziej zaskakujący koniec wyprawy. Przypomniały mi się słowa od Drzew, gdy pytałem o to jak zwierzęta zareagują na nasze wspólne wędrówki;

‘’Gdzie kilku spotyka się, by w Ciszy Serca celebrować Świętość Natury. Ci którzy przychodzą do nas aby podziwiać, dziękować, poznawać. Dla nich wydarzą się cuda’’

Caprimulgus_europaeus

Wędrówka miała miejsce podczas księżycowych podróży do świata przyrody. A może już wystarczy czytania? Może na Ciebie właśnie pora? Jeśli czujesz w duszy pęd do podobnej przygody, napisz do mnie na mail:

czeremcha27@wp.pl

I zapytaj o dzień swojej wyprawy. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść. Do zobaczenia w lesie!

Ptasie wyprawy obserwacyjne. Dzień Wędrowny z Lornetką

Co tam śpiewa, woła, lata? Z czego buduje swoje gniazda i co zjada? Gdzie je spotkać, obserwować? Jakie w życiu ma zwyczaje? Ptaki to grupa zwierząt, które o każdej porze roku w terenie możemy podglądać licznie i najłatwiej. Są w lesie, na polu, miedzy, zakrzaczeniach, nad jeziorem, rozlewiskiem, w ogrodzie, parku, a nawet miastach. Jeśli kiedykolwiek ciekawił Cię świat pierzastych przyjaciół, te wyprawy dedykowane są dla Ciebie. Ponad 450 zanotowanych gatunków w naszym kraju, setki odgłosów, zawołań, kolorów, spraw… czekają na swego odkrywcę.

Szepty Kniei ptasi świat zafascynował i pochłonął już we wczesnym dzieciństwie. To wtedy nauczyłem się rozpoznawać pospolitsze gatunki, a potem kolejne. Wiele śpiewów i wabików. I choć nie jestem wytrawnym ornitologiem, z radością poprowadzę Cię przez to co już wiem. Ponad 200 najbardziej znanych gatunków na początek. Do obserwacji posłuży nam lornetka – to doskonałe narzędzie umożliwia taktowne i bezpieczne podpatrywanie wszelkich szczegółów bez płoszenia i niepokojenia ptaków. Jeśli nie masz jeszcze własnej, nie martw się. Użyczę Ci swoją zapasową. A gdybyś wchłonął się w obserwacje, doradzę w wyborze najlepszej dla Twoich potrzeb. Razem zgłębiać będziemy puchate tajemnice. Pokażę Ci czeredy kolorowego bogactwa jakie kryje się wokół ze świergotem, a którego istnienia mogłeś dotąd nie podejrzewać. Spojrzymy na mazurkowe noclegi i żerowiska szpacze, oraz sikorze psoty. Podziwiać będziemy czujne gęsi na przelotach, żurawie w szarym majestacie dostojeństwa, zasłuchamy w wesołych śpiewach wiosennych. Odległość zachowana dzięki lornetce umożliwi nam spokojne podpatrywanie naturalnych zachowań – budowy gniazd, łowów i żerowania, potyczek z darciem piór, a niekiedy nawet wodzenia czy wychowu piskląt. Te będą duchowym spełnieniem największej bliskości w łagodnym obcowaniu z Przyrodą.

muzhchina-binokl-chemodany

Zerkniemy na gawronie marsze czarnych wędrowców na polach. Gdy wichury zagrają pózną jesienią. Nauczymy rozróżniać od kruka i wrony. Popatrzymy jak pliszka siwa pomyka w pogoni za swoją zdobyczą. Grzywacze na ścierniskach w biesiadzie, a przy okazji dowiesz się czegoś o innych gołębiach w Polsce : turkawce, sierpówce, siniaku. Wodzić wzrokiem zbrojnym w szkło będziemy za rudzikami, wąsatkami, strzyżykami, czajkami, pełzaczami i kukułkami. Podejrzymy dzięcioły ‘’harde’’ i trznadle ‘’słoneczne.’’ Naszą ścieżkę wyścieli w piórkach miękka obfitość. Tyle można się dowiedzieć! Jak dzięcioł radzi sobie z szyszką? Gdzie się gnieździ świstunka? Co wyczynia pisklę kukułki? Jak kwiczoły radzą sobie z lotnym drapieżnikiem? Właśnie kwiczoły, kosy i drozdy też podziwiać będziemy na jagodnych ucztowiskach. Gil, dzwoniec, czyżyk, szczygieł, potrzos, raniuszek, słowik, podróżniczek, kopciuszek, jaskółka ( i to w trzech gatunkach!) pokląskwa, mysikrólik, pokrzewki, dudek, lelek, świergotek, krętogłów… Wymieniać można bez liku. A za każdą nazwą kryje się opowieść o pierzastym życiu, trudach i troskach, barwach i szarości, potrzebach, zagrożeniach dzisiejszych, zwyczajach i charakterach. Chcesz je wszystkie usłyszeć z ust Wędrowca zakochanego w swoim świecie?

🦆 A to tylko wycinek przecież. Pójdziemy nad staw, bagno, jezioro czy rzeczkę skąd powitają nas czaple, mewy, kaczki, łyski, łabędzie, bąki, wodniki, cyranki, rybitwy, perkozy… Ptaki opanowały sztukę istnienia, we wszelkich żywiołach planety.

🦅 Niekiedy po niebie przemknie szary cień, powodując trwogę, popłoch i ucieczkę z krzykiem alarmu. Ptasi drapieżnik. Ale który? Jastrząb, krogulec, kania ( ale która  ) sokół, orlik czy orzełek?  Kobuz, kobczyk, czy pustułka naśladująca helikopter? Pogodne myszołowy i błotniaki szybować będą leniwie, te nie wzbudzają u drobnicy takiego strachu. A jeśli ptaki nie dopiszą ( w co bardzo wątpię ) skupimy się na innych leśnych sekretach. Zwierzęce tropy, roślinność zielna, krzewy, drzewa, ślady żerowania, zagadki. Z tej podróży na pewno wrócisz odmieniony i bogatszy nie tylko o osobiste przeżycia.

🦉 Zabierz swoją lornetkę, weź i przyjaciół, rodzinę, dziewczynę, partnera. Przygotuj plecak, termos z gorącym napojem, komplet przeciwdeszczowy i wygłodniałą ciekawość chłonnego obserwatora, z garścią cierpliwości w kieszeni. A nawet jakiś ptasi atlas jeśli chcesz. Dziś ruszamy na Twoją Wędrówkę. Napisz do mnie w z pytaniem o swój termin, a ustalimy bliżej szczegóły. Przekazywanie przyrodniczych wieści i swoich doświadczeń sprawia mi nieokiełznaną radość, którą dzielę się na łamach tego bloga. Zawsze chętnie podejmę nową wyprawę. Gdyby szczególnie zaciekawił Cię ptasi świat, możemy umówić się na kilkudniowe Turnusy Wędrowne. Bo przecież nie sposób poznać wszystkiego ani na jednej, ani na wielu wyprawach. Gościnna kwatera noclegowa na ten czas, podejmie podróżnych z daleka, wraz z wyżywieniem.

🍎 Podziękowanie za wspólne obserwowanie, wiedzę, ciekawostki i czas w terenie – 100zł / osoba.

🐼 Kiedy?

Sprawa jest aktualna cały rok.

🌎 Gdzie?

Okolice Poznania, woj Wielkopolskie. Mogę też pojawić się dojazdowo gdziekolwiek w Polsce dla większej grupy chętnych, tj 7-10 osób.

 Jak długo?

Szacowany czas wyprawy przewidziany jest od poranka do zmierzchu. Zależne od Twej kondycji, wyboru i poczucia nasycenia przyrodą, o powrocie decydujesz Ty.

💌 Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie!

2228673-1366x768-[DesktopNexus.com]

Pierwsze przesłania na żywo. Topolowe oczyszczanie i mirabelkowa gościna.

Drzewa, Moc Lasu, tajemnice, przesłania… czy kiedykolwiek przestaną mnie zaskakiwać? Każda wędrówka jest inną, mimo że zazwyczaj dzieje się w tej samej okolicy. Goście Szeptów Kniei – palety niezwykłych osobowości, a za nimi zazwyczaj kryje się historia pięknej drogi, zwykle niełatwej, pełnej barwnych i trudnych zdarzeń. Przybywają jedni po to, aby nauczyć się rozpoznawać tropy i ptasie głosy, dowiedzieć jak współistnieć ze zwierzętami bez płoszenia, a w bliskiej obserwacji. Kolejni pragną poczuć sedno jak rodzi się szeptowa opowieść. Inni skorzystać z pomocy i zasięgnąć wieści u zaprzyjaźnionych Drzew Mocy. Jestem za to tak wdzięczny, że mogę to wszystko chłonąć, poznawać, a innym dalej przekazywać. Iwona i Luśka przyjechały z pobliskiego Poznania, nie trzeba więc było wynajmować kwatery na nocleg. Las z początkiem sierpnia milczy jak zaklęty. Nie śpiewają już ptaki. Z rzadka słychać co najwyżej alarmujące zawołania dzięciołów, albo chwilowy harmider, kiedy ptasie rodziny z podlotami uczą się sztuki przetrwania w swoim świecie. Spacer z Drzewami Mocy, łączy w sobie naukowe przyrodnicze ciekawostki, bo przecież nie sposób uniknąć zwierząt. Spaja z duchową, intuicyjną wiedzą. Od Drzewa do Drzewa, z gawędą swobodną, jest podróżą przez dotarcie do osobistej prawdy, i uwolnieniem ducha do przeżywania codziennej magii leśnych zdarzeń. A dziś właśnie magia miała nas poprowadzić nas ścieżką tajemnic i czarów.

W drodze do oczyszczających aurę Topól, na posiłek zawołały nas dojrzałe Mirabelki. Migotały kulkami żółci i czerwieni już z daleka. Aż dziwne, że tutaj się uchowały. Większość drzewek w okolicy zrzuciła owoce z powodu suszy, a one tutaj oblepione. Mówią, że chciały przygotować posiłek dla wychodzących tędy od lat saren i dzików. Tak się wspierają. Rzeczywiście, pod nimi, wydeptane. Niektóre owoce aż bordowe. Częstujemy się soczystością i słodyczą. Aksamitny, łagodny aromat zapachu koi błogością. Zero kwasu. Jakie dobre! Słodsze, niż przejrzały banan. I pomyśleć, jak nie pielęgnowane, nie pryskane, nie wspomagane niczym, zdane na siebie drzewko może rodzić tak pyszne owoce? Leśna stołówka zdrowia. Po drodze skubiemy jeszcze nieco jeżyn i dzikich malin. Rozmawiamy o ziołach, ich zastosowaniu, zdrowotnych właściwościach. Po przekąsce, kłaniamy się polnym Mirabelom i dziękujemy za ich dojrzałe dary. Jakaż bogata to gościna. Odbieram, jak czują się wzruszone. Jesteśmy chyba pierwszymi ludzmi, którzy zachowali się tak uprzejmie. Cieszą, że nam smakowało. Widzimy jak Drzewa odmachują nam niewysokimi przecież koronami swych pełnych skarbów wierzchołków. W powietrzu roznosi się zapach obopólnej wdzięczności.

P90803-152510

P90803-152146

Idziemy powoli, często przystając co kilka kroków. Niby ‘’zwykła polna dróżka’’. A tak bogata w przyrodnicze odkrycia. Na poboczu mienią się w kunszcie rubinowych klejnotów srogie ostrożenie. Te pilnują uwijających się pszczół drapieżnym kolcem. Ogromne łopiany dowodzą tą strażą, lepkim rzepem klejąc przy dotyku. Maleńkie, kuliste nasiona sprytnej przytulii czepnej biorą podwózkę na naszych plecakach. Dokąd trafią? Co za fantastyczna kraina. Rośliny otaczają nas wokół i to one też prowadzą tą podróż mówiąc: tu wejdziecie, tam nie. Gęstwiny łąkowe. Soczystą żółcią wzglądają  spośród traw maleńkie ‘’pigułki’’ wrotyczu, ziela mocy o wielu zastosowaniach. Łany pokrzyw. Zaschnięte, wysuszone kocanki wiosennych kwiatów sterczą słomianym wiechciem, wspomnieniem będąc czasu rozkwitu. Te jakby zatrzymały się w innym wymiarze. W oddali po polu hasają sarny, uparte kozły wytrwale tropią na ściernisku zapachy swoich wybranek. Płowe święto Miłości zapisuje się milionami niestrudzonych kroków.

Topolowe Oczyszczanie

Wreszcie jesteśmy. Oto i one. Siostry Topolanki. Wiedziałem od razu, że dziś to nie ja mam się do nich tulić. Co innego moi Goście – przestrzeń miasta w której żyją na co dzień, łatwą nie jest. Dla wielu osób energie topolowe zdają się być zbyt silne, lub dają wrażenie zmęczenia, wypompowania, uśpienia. Często nie polecaną jest w przekazach topola jako ‘’Drzewo Wampiryczne’’ – biorca. Aby zrozumieć ten proces i nie bać się pracy z topolową energią, wiedzieć trzeba co ona robi. A zabiera wszystko – i dobre i złe. Resetuje w ten sposób naszą aurę do ‘’stanu zero’’ kompleksowo pochłaniając wszystko co nie służy, także podczepy, podpięcia i obce ingerencje w nasze pole. Aura ma wtedy możliwość odbudować się i uzupełnić, korzystając na bieżąco z czystych energii leśnych wokół. Odbudować i wykształcić już bez ‘’zabrudzeń’’. Na jakiś czas to starcza, jeśli nie zmieniamy nawyków myślowych i działań w codzienności. Niejakie zmęczenie jest więc jak najbardziej naturalnym objawem po kontakcie z topolą, zresztą wcale nie musi się objawić. Można i też poczuć się po takiej kuracji jak ‘’nakręcony skowronek’’. Gdy już Topola wyklaruje nam aurę, można z nią zacząć pracę na dużo głębszych poziomach nieświadomych blokad, traum, a nawet dolegliwości fizycznych, drzewo zyskuje tam swobodny dostęp. Ona nie bierze na siebie jak robią to lekkie brzozy, a wartko strugą odprowadza w kosmos co nie sprzyja. Jednocześnie głęboko uziemiając.

Udekorowane jemiołami trzymają się w górze ‘’za ręce’’. Gwałtowny poszum powitania. Tak mi się wydaje, że one uwielbiają to robić. Ustawiam Kobiety pod Drzewami, a sam siedzę pośrodku zaczynając proces słowami,

Żegnam wszystko co nie służy,

Życzę dobrej im Podróży,

Odprowadzam…

‘’Topolanki’’ pracują, choć nie mam dostępu do tego co się dzieje. Przepływ energii tak gęsty przy Ziemi, że aż zdumiony badam tą warstwę dłonią. Mija jakieś 20 minut błogości. I czuję, że jedna z nich mnie wzywa. Po co? Myślę. Mam podejść i ‘’dorzucić coś od siebie’’ słyszę w odpowiedzi. O nie! Pamiętam. Bo Drzewa ‘’umyśliły sobie’’ że mam na tych spotkaniach mówić rymowane przesłania, już ‘’na żywo’’, bez spisywania. Tego bardzo się domagały. Ja w opór. No bo jak to? Co innego pisać na spokojnie w domu, a inne wieszczyć tak ot. Opierałem się długo, choć wiedziałem że nastąpić to musi. A zatem podchodzę, jakoś spokojniej i z zaufaniem. Iwonie mówię o co tu chodzi.

Trzymam dłonie na Topoli. Kilka minut. W głowie chaos słów, choć w sercu spokój. Wreszcie słowa ‘’wskakują’’ na swoje miejsca, układając się w sens… Od Drzewa bucha ciepło. Klękam przy moim gościu i półgłosem wymawiam co mi przychodzi.

W słońcu się nagrzała kora,
Już na Ciebie przyszła pora,

Ta co światłem swym rozjaśni,
Woła do Twej Duszy właśnie,

Niech odejdą wszystkie cienie,
Wszelkie z Tobą jest spełnienie,

Promień daję sercu Twemu
Nie pozwolę dotknąć złemu

Uhh. To się rzeczywiście dzieje! Po prostu się dzieje. Wieszczenie ”online” i pomaganie słowem. Tak jak Drzewa przepowiedziały. Choć jestem wstrząśnięty i wzruszony, teraz płynnie przechodzę do Luśki, siedzącej przy drugiej ‘’Topolance’’. Chwila z dłońmi na korze, tym razem słowa przychodzą jeszcze szybciej. Kucam i wymawiam teraz do Lusi, przekładam chyba Topolowy dar na słowa, bo co innego?

Poczuj przestrzeń Duszy żywą,
Pętlę czasu, pustkę krzywą

Jest przy Tobie tak wspaniała,
Tyle Ci opieki dała,

Dłoń jej daj na powitanie,
A co dobre, wnet się stanie,

Puść już wszystko co Cię boli
Daj, ofiaruj swej Topoli

Chwilę potem nie pamiętam już nawet, co komu powiedziałem. Ponoć świadczy to o rzeczywistym przepływie informacji. Wspólnie, dochodzimy do tych słów przypominając je sobie z trudem. Zjadamy kanapki. Potem klękamy na Ziemi, przysiadając w kręgu. Chcemy odwdzięczyć się leczącym Topolom. Kobiety proszę by dotknęły ziemi, i odczytuję Pieśń Deszczu, jaką ofiarowały mi cierpiące brzozy. Po drodze widzieliśmy, że wiele z nich, zwłaszcza młodych nie przetrwało tego lata. Tego wieczoru na ściernisku miała nas zaskoczyć przelotna burza…

P90803-155334

P90803-155714

Sosnowy wypoczynek wśród suchych traw

Na wędrówce donikąd się nie spieszymy. Zupełnie inna kategoria podróżowania. Bez presji czasu. Pełna swoboda w słuchaniu ciała. Gdy czujesz, że chcesz zanurzyć się w morzu traw, wejść boso do rzeki, wytarzać w piasku, pobiegać po polu… Po to tu jesteśmy. Aby wypoczywać. Nieopodal dzięcioł pstry wystukuje zaklętą w dudnienie martwą melodię. Wokół zleciały się ciekawskie sikory. Plądrują z wesołymi szczebiotami sosnowy młodnik, w którym jak te sarny zalegliśmy i my na spoczynek. Cała paleta gatunków. Jest modraszka, bogatka i sosnówka. Jedna jest szczególnie ruchliwa, nieco wyobcowana, choć pełna wigoru. Nawołuje migotliwie. To czubatka – buńczuczna piękność z czubkiem, o brązowych oczach. Trafiliśmy akurat na sikorze żerowisko. Dziwne tylko, że już połączone są w jesienne grupy. Gdyby nie one, las zatopiony jest w ciszy. Wchodząc na Dębowy Szlak, daję znak stopu, gdy dostrzegam w oddali sarnią mamę z maleństwem, zanim moi goście jeszcze ją spostrzegają. Czekamy w milczeniu aż zwierzęta przejdą. Szacunek dla zwierząt i ich przestrzeni przede wszystkim.

P90803-181416

Ale nie dla wszystkich jest on oczywisty. Sielankę sjesty przerywa zbliżający się warkot. Krzyki, śmiechy, nawoływania, ryk gazującego motoru. Ludzie na quadach. Ależ jazgot i zgiełk. Przejeżdżają w pędzie z wyciem tam, gdzie jeszcze przed 10 minutami staliśmy w zachwyconej ciszy dając przejść sarnom. Jak tak można? Myślę sobie. To ja czasem zostawiam rower pod lasem, aby go nie targać, żeby nie stukał i idę boso. Opowiadam o gniewie dębowym na takie wybryki, o tym jak Drzewa pokazały rozrywanie białej aury leśnej ostrą wibracją silnika. Choć szybko się zasklepia, zdarzenie jest dla lasu nieprzyjemne. Drzew się srożą, szumią niezadowolone.

My ruszamy dalej powolutku, starając się niczego nie przeoczyć. Tu oto brzoza zmurszała piękność, skuta rytem dzięciołów, życie oddała by ubogacić sypiącym się próchnem glebę leśną. Jesion z jamą mrowiska i nornic, na którym przy wierzchołku gospodarują szerszenie. Ślady grzebania saren. Luśka zachwyca się olszami nad rzeką. Siadamy na dróżce w małym kręgu, gdzie z trudem wzruszenia odczytuję olchowe przesłanie ofiarowane przez Drzewa wiosną w podmokłym Olsie. Tam gdzie stary odyniec czuwał. Na moment zanurzamy się w codziennym Istnieniu Drzew, gdzie nie ma śmierci i straty, a Bóbr i Hurmak Olchowiec są wiecznymi w pomocy towarzyszami. A wszystko podlega pieśni dynamicznej równowagi, którą cieszą się olchy, sławiąc swych odchodzących bohaterów.

Witaj w wieczornej gościnie, 
Przybyszu z dalekiej drogi,

Szybko Ci czas z nami minie 
Tajemnic objawią się progi

Tu dzik niespiesznie kłusuje, 
Aż woda fontanną pryska

Bezpiecznie i dobrze się czuje, 
Wilk gdzieś ślepiami rozbłyska,

Olchy wzrastają i chłoną, 
Tajemną sztukę przetrwania,

Dla Ciebie będą osłoną, 
Powiodą do samopoznania

Spójrz elfy złociste w gałęziach,
Budzą i zaczynają snuć pieśni

Opowiedzą o dawnych więziach
O sprawach, jakich się nie śni

Olchy w czas wichur zawodzą,
Bujając wśród połamańców,

Najlepiej tu sobie powodzą
Kołysząc w rytm swoich tańców

Zginają się całe w pokłonie,
Gdy szarpie, targa i wieje,

Usiądz wygodnie, posłuchaj,
Dawne powiedzą Ci dzieje,

A u nas…

Kują dzięcioły zawzięcie, 
Pomagając drzewom w spełnieniu
Mają o swej pracy pojęcie, 
Drążą ku przeznaczeniu

I strzyżyk maleńki, a śpiewny
Plądruje skrzat na wykrotach, 
Swego wszystkiego jest pewny, 
O żadnych nie słyszał kłopotach

Czasem i bóbr pluśnie z hałasem, 
Zawoła: Hej, jak się macie! 
Pomaga być zdrowym lasem,
Nasz stary, dobry przyjaciel

Współistniejemy

Bywa, że zjawia się Hurmak, 
Chrząszcz – Olchowiec tak zwany, 
Cykl życia wypełnia się syty, 
Prowadzi do wielkiej przemiany

I wielu innych co lata, 
Osiada i zjada w topieli, 
Olcha zna już szept świata 
Choć wzbrania, szczodrze podzieli

Widzimy przyczyny tych zdarzeń, 
Rozumiemy dlaczego się dzieje
Zaglądamy czasem w świat marzeń,
Zwiedzając pradawne Knieje

Mijamy z gawędą w Istnieniu 
Kołysząc wśród braci zmurszałej 
Dla nas są oni legendą, 
Świadectwem przygody wspaniałej

Wspomnieniem wołamy ich ducha, 
Gdy w sen się ułożą ostatni 
Niechaj wędrowiec posłucha, 
Żywot tu wiodły dostatni,

Nie żałuj ich

Pamięć ta nigdy nie znika, 
Wśród jaskrów, plątanin chmielu, 
Sedno już serce przenika, 
Przesłaniem będzie dla wielu

Żyjemy Wiecznie 

Iwona zwraca uwagę na zabawną roślinkę, która ‘’wybucha’’ skręcając się, przy dotknięciu jej części. Mały, żółty kwiatek. To niecierpek drobnokwiatowy. Ziele strzela przy najmniejszym poruszeniu, bombardując kulkami czarnych nasion. Ile zabawy przy tym! Długo dokazujemy z niecierpkami, pośród śmiechów i zaskoczenia. Słońce przebija świetlistymi refleksami spod zielonego parasola liści, złotymi promieniami czarując przestrzeń rozlanej magii. Omijamy bobrowe doły. W oddali chrypi kozioł sarny. Planuję zrobić na zakończenie czuwanie pod lasem, aby podejrzeć wychodzące na ściernisko zwierzęta.

Na pola docieramy czerwonym wieczorem. Małe pokrzyżowanie planów. Jezdzi tu jeszcze ciągnik, który ‘’dokłada’’ do krajobrazu kolejne walce balotów. Na nich nie posiedzimy. A zwierzęta? Mimo to postanawiam zaufać, robimy kilka kroków przez ugór, aby zasiąść bezpośrednio pod lasem. I za chwilę okazuje się, że lepiej wybrać nie mogłem… Usadawiamy się pod jedynym w lesie Dębem Czerownym, który kondycją powierzchowną również zdaje się urągać kryzysowi klimatycznemu i tutejszej suszy. Liście ma lśniące, gładkie, bez skazy, pełne wigoru. Jakby nic się nie działo. Tymczasem rodzima roślinność na jego tle wypada blado. Na krzewach bzów żółcą się blade liście, pochodzące z dalekich sawann akacje sypią jak jesienią, a dęby ojczyste całe poskręcane, w dziurach i zaschnięte. Temu nic. Podziwiam kondycję, wytrzymałość, i z niejaką przykrością stwierdzam, że uznawanym dzisiaj za ‘’gatunki’’ inwazyjne może po prostu się udać, a nasze lasy na zawsze zmienią znany nam wygląd. Po drodze mijaliśmy ogrodzony młodnik, w którym wszystko co tam posadzone było już martwe. Najpierw wycięto zupełnie zdrowe i w kwiecie wieku dęby z sosnami. Na długo pozostawiono obraz klęski, który szybko zarosły różne drzewka. Jarzębiny, robinie i dąbki. Te zdążyły wspiać się na wysokość pasa. Były zielone i zdrowe. Mimo to wykarczowano je, i posadzono na tej odkrytej patelni maleństwa, które przetrwać takiej ekspozycji nie mogły. Co ‘’ciekawe’’, samosiejki różnych drzewek nadal pozostają żywe i zielone. Człowiekowi zdaje się, że wie lepiej, co powinno w lesie rosnąć… I będzie tak jak on chce. ‘’Skład gatunkowy dostosowany do siedliska’’. Poprawianie natury. Próba przyspieszania procesów, które trwają setki, tysiące lat. Dla drewna, dla zysku. Przecież tak się nie da. W nieskończoność. ‘’Gospodarka leśna’’, można czasem usłyszeć. Dobrze, że Natura ma to w poważaniu. Zawsze była bezlitosna wobec naszej arogancji. Szkoda, że tak mało się uczymy…

P90803-211337

Niebo. Teraz widzę, dlaczego miejsce jest idealne. Widać cały zachód na pustym horyzoncie. Niebiosa zasnuły się smugami…jakby deszczu? W oddali. Nie dowierzam. Ale tak to wygląda. Czerwień, granat, i mglista łuna pomarańczowej poświaty. Dawno nie było takiego widoku. Zaczarowany, a my nie możemy oderwać zeń wzroku. Mimo pracy traktora nieopodal, sarny wychodzą na ugór beztrosko, bez lęku. Dobrze znają maszyny rolnicze, prace polowe i wiedzą, że nie ma co się ich obawiać. Obserwując, wracają wspomnienia, z samotnych czuwań. Myślę sobie w tamtym momencie, ‘’ale było by pięknie, gdybyś przeszedł tu blisko, na widoku, żeby goście mogli mieć takie wrażenia jak ja miałem’’. Ulotna myśl. Mija 1,5 minuty i kozioł idzie. Prosto na nas. W energiach zrobił się ruch. Zaczęło wiać. Chmury przyspieszyły. Sarniak zatrzymuje się parę metrów przed nami, po czym obraca bokiem i daje popis. To kopytkiem się drapnie, to uszami trząśnie. Zastanawia co robić. Uciekać przed wichurą czy zostać? A my oniemiali. Nawet ja. Bo jak to możliwe? Czy on odebrał moją myśl? Przyciągnęło go pragnienie? Manifestacja natychmiastowa. Przybył, pokazał się. Coś skubie. Nas nie czuje, nie ten kierunek wiatru. On go zresztą ogłusza. Gdy zaczynają sypać gęste krople, wycofuje się w podskokach ku balotom. Jakby burza! A przecież wzywaliśmy dziś pod Topolami Deszcz i Chmury. Czy to wszystko się dzieje naprawdę? Udało się? W głębi wiem, że tak. Moc szczerej intencji. Chcieliśmy po prostu ulżyć Drzewom. W podziękowaniu za ich wsparcie. I choć nie jest przyrodzie łatwo wyczarować deszcz z tej suchoty, zauważam, że za każdym ‘’przywołaniem’’ jest go więcej i trwa dłużej.

Ścigani bluzgami urągających kroplel maszerujemy ugorem, zmierzając do ostatka naszego Dnia Wędrownego. Kończy się on dziś z nastaniem ciemności. Wnet uspokaja się. Tuż nad naszymi głowami zaczynają pląsające tańce zwrotne nietoperze. Horyzont dogasa w glorii czerwieni. Na tle tej poświaty majaczy się czarna już sylwetka sarny. Ta wraca ze ścierniska do lasu. Kroczy powoli, skupiona. Podziwiamy ją długo, odprowadzając szczęśliwym wzrokiem. Nieśmiałe, powolne kroki, i co rusz przystajemy, spoglądając jeszcze na zorzę zachodu w objęciach pieszczoty czarnego zmierzchu. Bo nikt nie chce tej krainy zachwytu opuszczać.

P90803-202514

P90803-174830

P90803-204037

A gdy słońce w pomarańczy poświacie kończy światłą podróż ku przeznaczeniu wieków. Tam gdzie pyłu słomianego unosi się smuga po żniwach dostatku. Na horyzoncie ściernisk dalekich, w żarze niebios tlących płomieniem. Przy skraju lasu, gdzie w gęstwinie już mrok czyha i sarnie cienie chwieją w podchodach szelestów. Kędy nietoperze w łopotach milczenia zaczynają swój chaotyczny balet. I kiedy lis o zmroku na łów sowity wyrusza bezgłośnie. Uśmiechnij się do gasnącej zorzy zachodu, i pobłogosław życie wokół. Wdzięcznością obejmij chwilę w błogości danej Ci teraz.

Ostatnie szczebioty ptactwa polnego, co w sen puchaty się przytulają, w pacierzu leśnym będą Ci odpowiedzią Boga.

_______________________________________________
_______________________________________________

A jeśli i Ty drogi Czytelniku czujesz w sobie chęć by podarować sobie spokojny Dzień Wędrowny ukojenia pośród Natury i Drzew Mocy, napisz do szeptów na podany adres mailowy : czeremcha27@wp.pl. Wybierzmy dogodny termin, i razem wymaszerujemy naszą wędrowną przygodę.

Pozostałe historie wędrowne i pamiątki z naszych spotkań możesz przeczytać klikając TUTAJ 

 

Tajemnice Drzew. Duchowe dary lasu.

Siedzieliśmy pod Dębem już dłuższy czas, zatopieni w słuchaniu kniei, przeplatanym świadomymi rozmowami. On co i raz ‘’traktował’’ nas ciekawskimi owadami, które przysiadały i wędrowały po naszych ciałach, żadnej krzywdy nie robiąc. Zupełnie jakbyśmy stali się częścią otoczenia. Pamiętam, że Krzesimir bardzo chciał zapoznać się z Konradem. Choć nigdy nie planuję jakoś szczegółowo trasy, zawsze pytam 1-2 dni zanim przyjadą goście, miejsc i drzew – czy możemy do Was przyjść? Gdzie się udać? I choć jest to dla mnie wskazówką, w trakcie i tak okazuje się, że prowadzi coś jeszcze innego. Nie instynkt, nie intuicja – a mniej, lub bardziej ożywione w materii istoty leśnego środowiska. Dziś, jakże znów jest inaczej. Mężczyzni tulą drzewa. Rozmawiają o stłamszonej wrażliwości, jej okazywaniu, uczuciach, związkach, emocjach. Cieszą się nimi. Przypominają jak to jest – przeżywać i wyrażać wzruszenia, całkowicie zawierzyć odczuwaniu i sobie. My – myślący, analityczni, logiczni, sprawczy, twardzi, chłodni… Bo i tego przez dekady wymagało od nas społeczeństwo. Przyglądamy się temu – kim się staliśmy? A kim chcemy być? Jacy naprawdę jesteśmy? Czego potrzebujemy? Wracamy do osobistych przesłań, które spisałem dla Konrada, a z nimi do nowych wniosków. Pod drzewem rozmawia się lekko. Widzimy się po raz pierwszy w życiu, a panuje całkowita szczerość, z zaufaniem. Żadnych tajemnic, tabu, wstydu. Ja, a może i Dusza promienieje od środka, ciesząc się i widząc jak bardzo jest to potrzebne w rozwoju nam wszystkim. Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałbym, że nie pracuje z facetami. A tymczasem w ciągu miesiąca, przybył do mnie już trzeci. Pamiętam dzień, kiedy pojawiła się wewnętrzna zgoda i brak oporu. Wtedy zaczęli się odzywać, pytać o wspólne wędrówki. Otwierając się na tą przestrzeń, składam też i hołd sobie. Zawierzam nowym wymiarom akceptacji. I odkrywam kolejne pokłady swej zdawałoby się znanej, osobowości.

59852509_814757635559054_7604257773869596672_n

Mądry dąb czuwa obok. Słucha naszych rozmów. Przekazuje wiele. Długo gość mój nie może się od niego oderwać. Nie przeszkadzam w procesie, dając potrzebną ciszę, temu co się dzieje. Czas na słowo, będzie potem. Dębowe dary, to przede wszystkim informacja. Ale nie dla rozumu czy świadomości – w pierwszej kolejności dla Duszy. Coś jak pakiet ‘’pełni leśnego odczuwania’’.  On będzie aktywował się z czasem. Towarzysząca nam Maria, pyta mnie, co to za delikatne, choć potężne mruczenie rozlega się cały czas wokół? A więc słyszy i ona. W tak krótkim czasie. Brzmienie dębowej mowy…

W pewnym momencie uwagę naszą przykuwa powtarzający się szmer. Szurało od dłuższej chwili, jednak jakoś umknęło. Między drzewami harcują dwa młode zające. Gonią się bez pośpiechu, robiąc ‘’kółeczka’’ i uniki.  Dziwne, że są tak blisko. Przecież prawie cały czas półgłosem rozmawiamy, a słuch zajęczy należy do najbardziej doskonałych w świecie. Jednak nie przejmują się nami. Cały czas zajęte sobą. Delikatna gonitwa. Lekkość i prostota życia. Jest środek dnia, a one… Zamieramy w zachwycie, kiedy zwierzęta niespiesznie przebiegają tuż obok nas, robiąc parę metrów dalej kilka pięknych okrążeń na pełnym widoku, w pogoni za sobą. Takie są swobodne, radosne i piękne. Dzikie, a zaufane. Chwila święta, magiczna…wzruszona. Wiemy, że dzieje się coś bardzo ważnego. Dębowy podarunek dla naszej wyprawy. Las otworzył szczodrze wrota do swych skarbów. Wiedzieliśmy to od początku – mimo że była sposobność, nikt nie pomyślał aby chwycić za smartfon i nagrywać. Czuliśmy moc chwili, którą każdy chciał przeżyć bez rozpraszania. Przemknęły obok nas, jakbyśmy nie istnieli. To są właśnie cuda. I tylko ciszy trzeba, by zechciały obok nas się pojawić. Coś takiego zdarzało mi się już pod Krzesimirem, gdy byłem sam i głównie o świcie. On jakby przywdziewał na nas ‘’płaszcz niewidzialności’’. I wiemy, że dąb w ten najwłaściwszy mu sposób odwdzięczył się nam, za poświęcony mu czas, z zaufaniem wglądu do swych wnętrz. Że pozwoliliśmy sobie pomóc, a jemu błogosławimy. Żegnamy się z Dębowym Przyjacielem długo, życząc mu jak najwięcej deszczów. ‘’Sprężynuje’’ gałązką w geście rozstania, a nas zalewa fala jego ciepłego uśmiechu. Jest szczęśliwy… Kolejna wskazówka. Bo przecież zając jako Zwierzę Mocy oznacza też nowe odkrycia własnej intuicji i zwiastuje zaufanie sobie. A to intencja tej wyprawy.

60220479_2267371736683181_7802798710210953216_n

P90511-135421

Po drodze, przyglądamy się kwitnącemu życiu. Z bezmiaru świeżej zieleni wołają do nas kolory. W niej ukryły się kwietne skarby. Czuję się jakbym miał obok stóp perły, diamenty, szmaragdy i najdroższe kryształy. Żółto mieni się pierwiosnek wyniosły, kawałek dalej w soczystym błękicie tkwią łany przetacznika ożankowego. Różowym fioletem przystroił się delikatny bodziszek, jak wielu jego braci, roślina lecznicza. Każdy z nich tak kruchy, wątły, a przecież silny, w gąszczu zielonej konkurencji. Każdy ma swój czas kwitnienia i rozwoju, po czym pławi się w błogim spoczynku umiarkowanej wegetacji, ustępując miejsca innym roślinom. Geniusz opiekuńczej natury, która każdemu gatunkowi przewidziała jego czas i przestrzeń. Mijamy osmalone pnie. Tutaj las płonął. Sosny ocalały. Ich pnie są dość odporne na pożary ściółki, o ile ogień nie ‘’wejdzie’’ na korony. Wtedy zawarte w igłach łatwopalne olejki, podsycają płomienie, a one przenoszą się górą. Tym razem jednak skończyło się na strachu. Nad bagnem krążą już błotniaki i terkocze świerszczak. Ilekroć tu jestem, opowiadam o nocy tego świata – bogatej w dzwięki, odgłosy nieznane, stąpania zjaw dawnych, szmery zwierza, i nieodgadnione szelesty. Żółta wilga podnosi alarmujący lament. Jakże inny głos, od znanego, łagodnego jej śpiewu. Przegania jakiegoś mniejszego rabusia. Rajski ptak pojawia się znienacka w pełni lotu niedaleko, zachwycając nasze oczy kunsztem swych barw. Taki latający kwiat.

P90511-152149

P90511-145545

Szlachetny Klon 

Dzięcioł pstry uwija się z okrzykami, przeszukując coraz to nowe zakamarki. Często nie muszę za dużo mówić o sposobach komunikacji z drzewami, przez pobyt w lesie wchodzimy w taką harmonię, że moi goście sami zaczynają dostrzegać ich subtelną mowę. Olbrzymi Klon Zwyczajny porusza się dziwnie. Nie cały, a niektóre jego fragmenty kołyszą się niecierpliwie, gdy ani trochę nie wieje. Zaprasza. Łatwo to przeoczyć. Maria, mówi, że on ją woła. Czy to w ogóle możliwe? – Zastanawia się. Kiwam głową na znak zgody, i polecam żeby do niego podeszła. ‘’Tracimy’’ ją na pół godziny – choć nie oczu. Wraca odmieniona… ledwo jest w stanie cokolwiek mówić. Takie wzruszenie. A klon wydobył na światło. Dawne rany i bolesne chwile. Wysłuchał historii sprzed lat. Przytulił, objął, zaopiekował się. Obiecał więcej pomocy. I potrzeba było przyjechać tak daleko, właśnie do Niego… Zawsze podczas wyprawy coś takiego się zadziewa. Nie umiem do końca wytłumaczyć. Tu prowadzą, wspierają i leczą Drzewa. Wiedzą kiedy, jak, kogo. Zdejmuję Marii coś, co zaplątało się we włosach. Sucha klonowa gałązka… Żywy znak i pamiątka Drzewa z przesłaniem. Jego mowa: ”Tak, nie zwariowałeś! To co przeżywasz, jest prawdziwe. W dowód zostawiam część siebie… ” Spoglądam na jego bujną koronę z podziwem. Jest cudownie rozwinięta w spływającą kopułę, rozłożysta i harmonijna. Właśnie tak rozrasta się drzewo, kiedy nie traktować go ‘’cięciami pielęgnacyjnymi’’. Pełnia bujnego rozwoju. Zaskoczył mnie. Wchodziłem z Nim w kontakt może dwa razy. Z moimi Wędrownymi Gośćmi, odkrywam ten las na nowo, i poznaję kolejne Drzewa. Czasem mijane obojętnie przez lata, wołają obcych przecież dla siebie ludzi, i okazują im pełne wsparcie. Jak mało o nich jeszcze wiemy… Epos tych chwil, zapisze się na długo w mojej pamięci.

P90511-171942

P90511-172022

W sosnowym młodniku siedzimy z większym milczeniem. Tu drzewka – sosenki wysiały się naturalnie. Nieregularnie, rosną jak chcą. Widać jakie są bujne, gęste i zdrowe. Raptem to kilka kroków dalej od poprzedniego miejsca, a przyroda jakże inną gwarzy opowieść. Spomiędzy mchów i porostów prześwituje susza z piaskiem. Osobna wyspa jałowego świata. Jakoś lubię takie miejsca. Osłonięte od wiatru, inne, choć i tutaj tętniące paletą ptasich głosów. Wyśpiewuje lerka, borowy skowronek, a wtóruje drzewny świergotek. Zawodzi daleki trznadel. Z niedalekiego zagajnika, dolatuje pogłos piecuszka. Lekki flet wilgi, zwiastuje krople nieśmiałego deszczu. Oby się porządnie rozpadało…

Wyprawę prowadziły ptaki. Ptaki Duszy.Wiedziały, że zwracam na nie szczególną uwagę. Sikorzy jazgot modraszki, powoduje moją ciekawość. Przystajemy, patrzymy. Ależ się nakręca! Dwa samce konkurują o rewir, urągając sobie ile wlezie. Pewnie zaraz polecą pióra… Jeden daje dyla w las. Koniec widowiska. Parę kroków i Konrad nasz przystaje raptownie. Czuje – jakby oddech życia przeniknął Duszę. Błogość totalna. Przepłynęło przez ciało prądem. I sam już mówi, że oto woła go jesion którego tyle co minęliśmy. Nie jestem zaskoczony. To jego Drzewo Mocy, które wskazałem  niegdyś w przesłaniu. Znów dostrzegam – rozświetlone, gałęziste aury tutejszych drzew. Po raz pierwszy zacząłem je widzieć przy jesionach właśnie. Zostawiamy Konrada kawałek dalej w potrzebnej ciszy. I on wraca do nas podekscytowany, rozanielony i szczęśliwy. Opowiada z przejęciem, oddaje głębię swoich wrażeń. Mówi, że dotąd czegoś takiego nie doświadczył. I nie wiem w tamtym momencie, który z nas cieszy się bardziej. Dzięcioł zwrócił uwagę na Klona, sikory przywiodły do Jesionu. Dziś zawierzamy maleńkim przewodnikom.

P90511-183411

Deszczowy Zmierzch i Mowa Ziemi

Podążamy polami, sycąc oczy zachwytem rozległych łanów rzepaku. Idziemy koleiną – śladem pozostawionym przez ciągniki. Nie deptamy więc upraw. W oddali maszeruje grupka pięciu saren. Te obserwujemy przez lornetkę, patrzymy jak jedzą. Przywdziały już rude, letnie sukienki. Ale w rzepaku dzieje się coś dziwnego. Łodygi kołyszą się niespodzianie i raptownie. Jakieś mniejsze zwierzęta. Buszują. Znajome odgłosy. Miga coś brązowego. Warchlaki! Choć trudno jednoznacznie stwierdzić. Na pewno wyrośnięte nieco dziczki. Wygląda na to, że są same. Oddalają się coraz bardziej. Po chwili łan nieruchomieje, i już nie jesteśmy w stanie ich namierzyć. Rzepakowe duchy. Zupełnie zniknęły. Taktyka i dziczy spryt. Szukaj wiatru w polu…

Przyglądamy się… trawie. Siedząc dłuższych kilka chwil zauważyć można jak źdźbła również ‘’sprężynują’’ drgają same z siebie, zmieniają swoje położenie. Nagle, ot tak. Zauważam to zjawisko od dawna. Pewnie jest jakieś wytłumaczenie. Nie odbiera mu to jednak niezwykłości. Dziękujemy i trawce, za to mikro – widowisko. Dziękujemy Ziemi, za kolejne tajemnice. O zmroku docieramy nad łąkę, która ściele się różnobarwnym kobiercem przepychu. Choć kolory już gasną, jeszcze jesteśmy w stanie dostrzec jej mozaikowe bogactwo. Puszą się miękkie dmuchawce i ostatnie mniszki. W zmierzchu wyglądają jak maleńkie lampiony. Kolejny czas przemiany. Łąkę opanowały jaskry. Ich drobne kwiatki ścielą się gęstą siecią, połączone pajęczyną szarzejącej zieleni. Jak w baśni.  Kolorowy raj. Mam ochotę wrócić tu w słońcu, na boso. Na niebie spoczywają gęste, bure chmury, kiedy siadamy na powalonym dębie pod lasem. Pokonana siłami wiatru brzoza obok, wywrócona i przechylona spoczywa na samej ziemi. Mimo to, widać, że nadal żyje. Wypuściła zielone liście. Choć już się nie podniesie… Rudzik i drozd śpiewak popisują się w pieśniach gęstniejącego mroku, a obok zaczyna krążyć wcale niemały nietoperz. Lata prosto, rzadko nawraca. To pewnie Borowiec Wielki. I znów na chwilę odżywają dawne zabobony… Wyjaśniam, że ‘’gacuch’’ nie ma żadnego interesu ani chęci, by wkręcać się komukolwiek we włosy. A jeśli lata obok głowy, to dobrze. Wyłapuje na bieżąco pojawiające się komary, które zapach człowieka przyciąga. I nimi tylko jest zainteresowany. Nastrojowo podzwania świerszcz, zwiastując czar pierwszych wieczorów letnich. Za chwilę nastaną w przyrodzie ‘’Białe Noce’’ – głośne i gwarne, a ubogie w ciemność, trwające ledwie kilka godzin.

Pojedyncze dotąd krople, wezwały mokre towarzystwo. Modelowanie przestrzeni. Pamiętam jak pomyślałem w tamtym momencie: ‘’Dobrze, że dzień minął nam bez zapowiadanego deszczu’’. I wtedy lunęło. Jakby żywioł wstrzymywał się i czekał, kiedy wreszcie będzie mu wolno.

Powrót przez nocny, ulewny las, czarującym zapisze się wspomnieniem. Kojący szum wlewa  w uszy. Majowy opad. Teraz pragnę tylko, by padało jak najwięcej. Potrzeba drzewom i zwierzętom, tej suchej wiosny. Co chwilę przystajemy słuchając błogiego szmeru deszczowej modlitwy. Odkrywamy las na nowo, który innym objawia się pięknem, w każdej zmianie pogody. Wyciągamy ręce w górę z twarzami do nieba, i siebie dając obmyć lejącym strugom. To jest właśnie życie… i czerpanie radości, z pozornych przeciwności. Cieszymy się ulgą roślin. Nie myślimy wyłącznie o sobie.

– Chrrrrrrmmmm!

Rozbrzmiewa ostrzegawczo kilka kroków dalej. W ciemnościach odezwał się dzik. Tuż obok. Nasłuchujemy odgłosów zwierza. I on na pewno nas usłyszał, a teraz kręci się, nie wiedząc do końca co zrobić. Wędrowcy chyba lekko przestraszeni, ja szczęśliwy. Bo takie chwile nie trafiają się często. Kilka minut w napięciu i wzajemnym słuchaniu. Zwierz przedziera się z łoskotem. Prawdziwe Szepty Kniei, dzieją się właśnie i stają naszym udziałem, Niedługo potem spotykamy następnego. I on chrumka do siebie, wymijając nas gdzieś lasem w ciemnicy. Ale widać przecież. Gdyby wyszedł na drogę, dostrzeglibyśmy sylwetkę. Emocje sięgają radosnego apogeum. A ja dziękuję dziczemu plemieniu za dar wspólnej chwili, życząc im bezpiecznego szlaku z obfitością łakomego żeru.

60179930_665360293889038_4679694416082894848_n

60333024_2107712859346287_6814169514381410304_n

59951411_590114151480835_7200862179002679296_n

Święto Wody

Tej nocy, długo żadne z nas nie może zasnąć. Za dużo wrażeń, w połączeniu z przyjęciem energii leśnych. Ogromna dawka. Wiem, że będą ‘’mielić się’’ z tydzień. Pada z przerwami całą noc, od świtu przechodząc w regularną ulewę. I deszczem wita nas dzień. Ani trochę tym zmartwieni, ruszamy. I taką pogodę można wykorzystać. Śliski, wilgotny świat, obmyty z pyłów i kurzu uśmiecha się do nas bukietami błyszczących liści. Niektóre kwiaty pozamykały się w niemym ‘’buncie’’, jakby chciały chronić swe delikatne wnętrza. Przypominają mi się chwile, takich letnich słot, z dawnych czasów kiedy klimat jeszcze nie wariował. Umiarkowane ulewy potrafiły trwać blisko tydzień, nawadniając ziemię dla potrzeb przyrody. Dziś będziemy czatować. Zasiadka. Moje ulubione. Wdrapujemy się na zapomnianą ambonę, usytuowaną tuż nad bagnem. Czeka nas wielogodzinne czuwanie. Będziemy niewidzialnymi dla przechodnych po łąkach zwierząt. Ptaki śpiewają na potęgę, jakby pierzasta brać cieszyła się z tej ulewy. Co i raz przelatują szpaki, niosąc w dziobach wijące się larwy i dżdżownice. Nie siedzimy długo, gdy z lasu za plecami wybiega królik. Otrząsa się pociesznie z kropel, choć widać, że przemoczył już futro. Zajada zieleń. Smakuje wszystkiego, kicając tu i tam. Przemyka tuż pod czatownią, oglądamy więc na żywo i w pełnej krasie. Na nas nie zwraca uwagi. Deszczowy szum tworzy dźwiękowe tło, które kamufluje dla jego słuchu wszelkie nasze odgłosy. Podziwiamy go więc nie przeszkadzając. Refleksja. Zawsze myślałem, że ‘’jestem sam’’. To znaczy, że tylko mnie takie rzeczy ‘’kręcą’’. Są tymczasem ludzie i potrafią przyjechać z bardzo daleka, aby takie chwile w radości dzielić i przeżywać. Pojawienie się szaraka wywołuje szczęście, podekscytowanie i wdzięczność u naszej trójki. A przecież on tylko, przyszedł jeść. Ciężko wyjaśnić fenomen leśnych ludzi. Dusze, które kochają przyrodę. Kiedy tylko odłożymy na bok ustękiwania umysłu, może ta Miłość przejawić się w pełni. Pieśń słowika w deszczu, nastraja marzeniem, i świeżością. Koncertuje też pokrzewka gajówka, kos, szpaki, kapturka, trzcinniczek i świerszczak. Bagno żyje. Raz po raz ‘’przykrywają’’ je odgłosy zawołań żurawi. Ruch jak na autostradzie. Wzlatują i lądują kaczki. Ogromny Żuraw wystartował z ostoi szuwarów. Przemyka nisko w pełnej okazałości, tuż przed naszymi zachwyconymi oczami. Ptak rusza na żer. W oddali pojawia się sarna – ta wychodzi spod wielkiej wierzby, i wcale nie kwapi się wystawiać na wilgoć rudego futra. Kręci się na samym skraju, znikając co chwilę z pola widzenia. Gdyby nie ruch, nie sposób łatwo ją dostrzec, nawet na tle zieleni. Z tyłu w lesie, przemyka niewidoczny dzik, zostawiając nam echo chrząkającego pogłosu. W dzień deszczowy, bardziej śmiałe i ufne są u siebie zwierzęta. Wiedzą, że człowiek podczas słoty, niczego tutaj nie szuka. I tak mijają ponad trzy godziny. Słuchamy uspokajającego szmeru wody, spływającej po milionach liści. Deszczowa muzyka, okraszona akompaniamentem ptasim. Ziąb dotyka dreszczem, kiedy wiatr sypie na nas w porywie fontannę rozproszonych kropel. Wędrowcy chcą już wracać. Nie oponuję. Wytrzymali długo, jak na pierwszy raz w takiej pogodzie. I bez specjalnego ubioru. Ptaki uciszyły i ukoiły, pogrążone czasem w rozmyślaniach chaosu wnętrza. Czujemy się nasyceni. Dwa Dni Wędrowne. Jeden dla Drzew w poszukiwaniu wieści, drugi ze zwierzętami, dla odkrywania przyrodniczych ciekawostek. Gwarzymy wtedy o ptakach i zwierzu, a ja opowiadam co wiem o ich zwyczajach, życiu codziennym, trudach, pożywieniu, radościach, potrzebach i troskach. Konrad podąża boso, oddając się chłodnej pieszczocie wilgoci traw. Poczuć pełnię… bo my w kurtkach i kaloszach, a zwierzęta nie mają taryfy ulgowej. Zastanawia – ich codzienny byt i przystosowanie. Próbujemy przecież tylko namiastki. Celebrujemy w ciszy Święto Wody, wracając z wolna ku sprawom zawiłym, a ludzkim… Jednak każde z nas odtąd wie, gdzie, kiedy, i jak szukać ukojenia, odskoczni, i prostoty. Żywioły Natury czekają wraz z całym bogactwem każdego dnia na swoich odkrywców. A gdy już po wszystkim, nadchodzi czas wzajemnych podziękowań. Słyszę od moich gości, że jeszcze nie przeżyli czegoś takiego, mimo przebywania częstego w przyrodzie. To chyba najmilsze mi słowa, jakie paść mogą na pożegnanie. Odtąd każda najmniejsza wędrówka będzie dla nich wyjątkowym przeżyciem. A ja cieszę się, że mogli na te kilkanaście godzin przekonać się jak to jest, i poznać jak  w praktyce powstają Szepty Kniei.  Jeszcze się spotkamy…
59788046_388476352008850_7936120211680264192_n

Gościom moim, Marii i Konradowi, jako świadectwo wspaniałych chwil i w podziękowaniu za świadome towarzystwo podczas Dni Wędrownych. W hołdzie Waszym Procesom.

Chmurom, deszczom, i ulewie – za możliwość odkrywania bogactwa tego świata w mokrej tym razem odsłonie, oraz pełnię leśnego odczuwania. W radości kochana Przyrodo, że mogliśmy tyle Twoich sekretów dojrzeć, w doświadczeniu bliskości wodnego żywiołu i codziennego żywota mieszkańców kniei, bagien i pól.

__________________________________________________________

* Wędrówka miała miejsce w ramach naszych warsztatów:

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Wydarzenie na Facebooku – Kliknij i dołącz do wędrownej społeczności

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie spokojny Dzień Wędrowny w doświadczeniu intymnego spotkania z Naturą, pisz, pytaj. Kontakt w sprawie zgłoszeń:
czeremcha27@wp.pl

Na blogu możesz też poczytać inne wspomnienia z niektórych minionych warsztatów:

Dendroterapia – Przytulanie Drzew

Możliwe są też wyprawy i czuwania nocne. Szczegóły w Wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

_________________________________________________________

P90511-151644

P90511-145539

P90511-172157