Szaleństwo Żywiołów. Deszczowy marsz w objęciach Wichury

Przychodzą jesienią takie dni, kiedy ona w pełni ukazuje swoją potęgę. Budzą mnie krople rzęsistego deszczu bębniące po dachu, co od razu powoduje pierwszy oddech radości. Wreszcie pada! Ulistnione jeszcze drzewa zdążą uzupełnić zapasy wody po letniej suszy i przetrwają w lepszej kondycji do wiosny. Wicher wyje osiągając apogeum między budynkami, a ja odbieram pierwszą tego ranka wiadomość. Jeden z moich gości rozmyślił się spoglądając na tą pogodę i nie przybędzie dziś wędrować. Ohh! Ludzie naprawdę nie wiedzą co tracą…

Prawdziwy Wędrowiec i Czatownik nie przejmuje się pogodą. Dobiera odpowiedni ubiór i rusza. On wie – że czas zawiei, kaprysów żywiołów i sztormów to jedyna okazja, aby zwierzęta podpatrywać zwykle w spokoju, bo w lesie nie prowadzi się wtedy żadnych prac, a i spacerowicze odpuszczają. Dla niego to też sprawdzian woli, hartu oraz osobistej wytrwałości. Trochę weryfikacja tożsamości. Czy jestem prawdziwie dziki? Żyję choć trochę jak one? Jak i przyjemność błoga i rozkosz, kiedy powolnymi haustami tenże Czatownik sączy w siebie porywiste strzępy wichury. Jednostajny kierunek wiatru pozwala dobrać odpowiednie stanowisko do zasiadki. Zaś same zwierzęta pokazują zachowania i sprawy, jakich nie sposób podejrzeć podczas ‘’zwykłej’’ pogody. Bywają i widowiska – kiedy zaczyna się czas przelotów. Ogromne stada Czarnych Pielgrzymów; gawronów, kawek, i wron przylatują na skrzydłach północnych zawiei, obsiadając pola, skwery, parki i aleje. Są wtedy wszędzie. Kto ma więcej szczęścia i mieszka w odpowiednim miejscu spotka niełatwe do wypatrzenia siewki, pocieszne biegusy, mewy, brodzce… A i ptaki drapieżne – wędrowne natrafić można. Grupy puchatych, miauczących, szybujących myszołowów – to dopiero przedstawienie! Przyroda czaruje spektaklem zjawisk, już przez wielu zapomnianych. Siedzimy, przeczekujemy ten chłodny czas pod kocami, z herbatą, kakao czy książką w ręce. I nie jest to coś złego. Tylko że – robimy to zawsze. Życie mija. A gdzie przygoda? Smak wędrówki? Po to zresztą one są. Aby raz jeden poczuć, jak to jest w przyrodzie być naprawdę. Wyjść ze strefy komfortu. Prawdziwe istnienie toczy się w kłębach chmur, porywach wiatru, kąsaniu mrozu i strugach ulewy. Zwierzęta nie mają taryfy ulgowej, niezależnie od wybryków aury i huraganu trzeba zjeść, żerować, zatroszczyć się o siebie i przetrwać. Dzień jak co dzień. To tak fascynuje. Jak im się to udaje? Aby dostąpić brzmienia dzikości, trzeba się z nią spotkać w każdych warunkach…

3b3e6dacf42be67da4af2dde87c1d595

Brnę ogłuszony, spowity siwym płaszczem wszechoceanu deszczu. Stukot zajadłych kropel falami zawziętości odbija się od kopuły zielonego kaptura. Jakbyśmy byli sami…tylko ja i one. Jestem jednak dziś nietykalny, nowy komplet przeciwdeszczowy sprawdza się znakomicie. Nawet jest mi ciepło. Na horyzontach szaro, leje tak, że aż spada widoczność. Sztorm jak ta lala! Tego mi było trzeba. Taka wędrówka w szale pogody pozwala pobyć z sobą w pełni. Pozorne rozpraszacze działają wyciszająco, jednocząc w swoim przepływie. Kolejne ciosy porywistego wiatru omiatają, jak boży bicz. Mimo to na polu dostrzegam stadko szpaków. Ptaki tuptają i żerują, a przynajmniej próbują. To jest właśnie to! Brak ‘’taryfy ulgowej’’. Widać jednak, że zaprawione są w harcie i niejedno musiały przeżyć, maszerują sobie dość beztrosko. W takiej ulewie obficie wychodzą dżdżownice i pewnie inne kąski. Dróżka którą forsuję, teraz przypomina płynącą, błotnistą kaskadę. To też bardzo chciałem zobaczyć. Świat, niby taki sam, a znów w tylu szczegółach inny. Szemrzące strugi, spływające falami błyszcząych potoków. Podmiękła, chłonna, spragniona ziemia. Grząskość ciamkająca, jak ślina. Omywają wszystko, oczyszczają… Przynoszą zew świeżości.

Gdy docieram do lasu, on szumi chwałą wichury. Potęga dzwięku. Drzewa świszczą i jęczą zginane, trzymają się bratnio w tym tańcu. Biją pokłony żywiołom. To takie jakby anteny, które kołysaniem odbierają tą energię i przekazują w głąb Ziemi. Nieustanna wymiana informacji, tak w przestrzeni którą zmysłami pojąć jeszcze ciężko, dzieje się wciąż. Przetacza łomotem, jak fala oceanu. Góra, dół, wir zagmatwany i miarowo w rytm na chwilę. Porywy wiatru i kołysanie całych zastępów sosen takie fale właśnie przypominają.

Zasiadam w czatowni, skąd mam widok na szerokie pola ze skrajem lasu. Konstrukcja kołysze się i chwieje. Czuję się jak w koi, na statku. Trzeszczy. Bardzo przyjemnie. Choć wziąłem lornetkę, nie nastawiam się na jakieś wielkie obserwacje. Raczej ‘’w razie co’’. Niebiosa panują. Pędzą tam kłębiaste monstra, szare, bure i nieprzerwane, gęste. Przepływają spazmami siwej gęstwy, gdy wicher targa w amoku szału. Uśmiecham się szeroko i nucę.To jest dopiero widowisko. To lepsze niż telewizor! ( a może mi się zdaje, bo lata już nie oglądam). Na tym tle zadziwiają mnie przemykające pojedyncze gołębie, widać z jakim wysiłkiem wiosłują skrzydłami, choć znosi je każdy poryw, dają radę. To mną dziś ciosy tego wiatru chwiały, 60 kilo ponad… Krople deszczu muskają i łagodzą twarz. Z lasu wylatuje grupka jakichś opadających w locie i unoszących ptaków. Po tym sposobie i ogonkach rozpoznaję kwiczoły. Ale co one robią? Ku mojemu zdumieniu przysiadają na polu i tam czegoś szukają. Zwykle widuje się je, gdy wcinają jagody i owoce na krzewach. Nie przeszkadza im sztorm, jakby przyleciały specjalnie. Ile rzeczy można tu podpatrzeć, gdyby wysiedzieć tutaj cały dzień? I takie to zdrowsze dla psychiki i umysłu niż wysłuchiwanie nowości o kolejnych katastrofach czy przepychanek polityków. Dużo ciekawsze. Przeczesując lornetką skraj lasu napotykam dużego ptaka, który niby to walczy z wiatrem, ale jednocześnie zawisa w locie łopocząc, czegoś wypatruje. Fala wichru unosi go w dół i górę. W pierwszej chwili biorę go za pustułkę – one podobnie często polują. Gdy jednak ptaszydło obraca się spodem jaśniejsze plamy pod skrzydłami i sylwetka ‘’latawca’’ objawiają mi Kanię Rudą. Pierzasta ozdoba krajobrazu. Dziś nie widuję ich tak często jak dawniej. Podobno potrafią unieść w powietrze nawet czyjeś gniazdo z pisklakami, chwytają wszystko co można zjeść, nie gardząc i padliną. Po prostu, czyściciel. Mówimy niekiedy pogardliwie ‘’padlinożerca’’, lecz gdyby nie takie zwierzęta zagrożenie epidemiologiczne ze strony różnych drobnoustrojów dałoby nam popalić. Takie zwierzęta mające w swej diecie również martwą zdobycz, także bardzo potrzebne. Kania zachwyca swą gracją i płynięciem, zupełnie jakby surfowała na pływach wiatru. Lekkość i finezja. Rzeczywiście – jak dziecięcy latawiec.

P90930-175209

Mijają dwie godziny przeplatane szarpnięciami wichru, bujaniem ambony i ostrymi kroplami próbującymi chyba przebić wodoodporną kurtkę. Zajadam kanapki i popijam z termosu, a na salwy żywiołu odpowiadam głośnym śmiechem. Bo szczęśliwy jestem. W tym szumie i tak mnie nie słychać. Wychylająca z lasu sarna, od razu zaczyna galop. Biegnie w susach i gna spory kawał, aż do kukurydzy. Po kilku minutach kolejna. Potem trzecia – ta z kukurydzy w las. Co one dziś tak w biegu? Zwykle maszerują leniwie, lub i pasą się na tym polu. To jest właśnie to ‘’inne’’ zachowanie, choć spodziewałem się czegoś innego. A one w pośpiechu. Już nałożyły brązowe, zimowe futerko. Chyba wiem dlaczego – właśnie nie chcą czuć ‘’na sobie’’ całej tej mieszanki wiatrowo deszczowej i żwawo kłusują z gęstwiny w łan. Tak to jest, gdy się nie ma ubrania, a pogoda załamuje nagle… Gdyby aura się utrzymała, pewnie rychło przyzwyczaiłyby. Z jednej strony powinienem zanotować taka obserwację, z drugiej, wiem, że zapamiętam. Kiedyś notowałem o której i gdzie wychodzą dziki, lecz gdy jesteś w lesie co dzień takie rzeczy tracą na znaczeniu. Bo i tak je spotykasz i wiesz gdzie śpią, żerują itd. Znać swój świat wokół – ten prawdziwy od którego odgrodziliśmy metrami betonu, płotów, starając wyobcować. Zapominając, że pozostajemy od niego zależni…

W trzeciej godzinie kończy mi się herbata i zaczyna dogryzać zimno. Komplet przeciwdeszczowy jest świetny, ale ma to do siebie, że niczego nie przepuszcza. W obie strony. Pozostajesz więc z własnym potem i wilgocią, która z czasem przechodzi w odczuwalny chłód. Mimo, że wdzianko takie nie przepuszcza wiatru i się nie wyziębiasz. Wady, zalety… Zbieram się więc i schodzę pod las. Przestało padać i pokazuje się jasność. Droga jest piaszczysta i łagodna, w niej polśniewają krystaliczne kałuże. Takie niezmącone, przezroczyste, bez błota. Aż chciałoby się z nich napić. Hulający wiatr dokonuje teraz suszenia – po taflach przelatują zmarszczki fal. Jakby grał na wodzie… Kruki wylatują nad pole rodzinną gromadą. Ptaszyska zawsze mają jakiś problem z ‘’zaszeregowaniem’’ mojej osoby. Bo przecież wiedzą, że w takie dni nie ma tu ludzi. Podobnie i wilki potrafią przypisać skojarzenia, w każdym razie rozróżniają myśliwego od grzybiarza, zwykłego spacerowicza czy pracownika leśnego. Takie osoby jak ja intrygują zwierzęta. Nie można zaszufladkować. Inaczej się zachowuje. Za czym się włóczy, czego szuka? Nie pojmują. Podobnie jak i ludzie. Lecz to zaciekawienie daje możliwość bliskiej obserwacji, a przecież o to głównie mi chodzi. Kruki robią kilka kręgów nad moją głową, po czym oddają się falom wiatru… Ich ochrypłe głosy stają się łagodne i delikatne. Mięciusie. Szybują, robią piruety i ‘’kręćki’’. Bez celu. Niczego nie szukają. Widać, że sprawia im to przyjemność. Popisują się wzajemnie. Z nieba wypływają złociste promienie, gdzieś tam chowa się słońce. Świetlista aura pieszczotą delikatną dotyka Ziemi. Przystaję i chłonę… Tu baraszkujące z powietrzem kruki, tam w tle refleksy glorii wspaniałej… Tyle zdarzeń i wrażeń. A w głowie dzwięczą wspomnienia zdań niekiedy zasłyszanych…

– Co się będziesz włóczył, nie idz, tak zimno. Lepiej byś w domu posiedział.

– Że też Ci się tak chce…

– Wieje, pada, ponuro, co tam można zobaczyć…? 

I wiele innych. Na szczęście, nigdy nie słuchałem i nie wierzyłem tym głosom. Maszeruję dalej, zostawiając kruczęta w zabawie. Ciało nabiera krzepy, dusza spełnienia… Póki mocno wieje, chcę jeszcze posłuchać szumu drzew wewnątrz lasu. Tu już mam spokojniej. Nie targa, drzewa pochłaniają wszelkie podmuchy. Trzeszczą i piszczą. Mocarnie. Stoję pod okapem igieł. Dno lasu zaścieliły kawałki dębowych i akacjowych gałązek z zielonymi liśćmi. Kruche, urwało. Biedne drzewa. Ileż one muszą znieść, przetrwać, wytrzymać, nieustannie. A takie wichury potrafiły kiedyś trwać tydzień, dwa. Na klonie widzę uszykowane gniazdo wiewiórki. Lokatorki jednak nigdzie nie widać. Tulę Dęba Radomira, przekazując mu obiecane uściski od kogoś. Cieszy, że doczekał w końcu swojej opowieści. Tak dopada mnie wieczór. Ciemność gęstnieje w mroku, niosąc kolejne granatowe warstwy rozjuszonych zastępów. Suną nieubłagalnie, a złowrogo. Nocka tutaj byłaby dziś bardzo ciekawa. Opuszczam las, a za nim pola, przestrzenie wiejące, a roztańczone w energiach. Mam ochotę wirować z nimi, sycić się, i pląsać do wyczerpania.

Jak to dobrze, że nie zostałem wtedy w domu.

P90930-175729

Jesienny oddech Leśnej Mocy. Wędrowne warsztaty w Naturze.

Jesień wcale nie musi być szara, ponura, i chłodna. Może natomiast być Wędrowna. Powoli milkną odgłosy mocarnych jeleni, płynące porykiwaniami w głębinach Kniei. Lecz w lesie nigdy nie mieszka na dobre cisza. Zanim zaszeleści pod stopami pachnący dywan kolorowych liści, nim nagie drzewa zasną odkryte w swych tajemnicach, wreszcie zanim świat odda się w panowanie wichur, deszczu i słot…

Ruszymy popołudniem, aby skorzystać z ciepłych jeszcze promieni pazdziernikowego słońca, pochwycić resztki dobroci babiego lata, poleniuchować w liściach, a na miejscu być przed zachodem. Za dnia powędrujemy boso po zaoranej miękkiej ziemi, chłonąc w siebie dostatek ciepła ostatnich takich momentów. Wezmiemy z sobą kanapki i coś gorącego do picia w termosach, oraz uważność i szacunek wobec świata natury jaki podziwiać będziemy podczas tej podróży. Przytulimy się do ogromnych klonów i dębów powierzając im swe troski, napięcia, radości, posłuchamy o czym szemrzą i prawią. Będzie to okazja aby skorzystać z kojącej i uzdrawiającej energii zaprzyjaźnionych Drzew Mocy oraz zasięgnąć od nich wieści dla Ciebie. Przekażę Ci w gawędzie swobodnej swoje wieści na temat Dendreoterapii i pracy z energiami lasu. Ciepła jesień to równie bajeczna pora do czuwań pod gwiazdami, jeśli szukasz szelestów…i ciszy. Towarzyszyć nam będą stukoty wszechobecnych żołędzi, kiedy mocarne dęby z ufnością powierzają Matce Ziemi zadanie pomnożenia swego plemienia. Jeśli Twój słuch jest wyostrzony, bez problemu wyłowisz też delikatne tąpnięcia i szmery lądujących listków. Strojni w kolory spadochroniarze, okrywają spracowaną ziemię przytulną kołderką szeptu. Tak właśnie nuci swą pieśń jesień i to jedna z łagodniejszych piosenek. Ma moc ukojenia duszy.. Czasem zaszeleści w nich jakiś gryzoń, albo spóźnialski jeż, także korzystający z ostatków przyjaznych temperatur. Aromat wirującego listowia, miesza się z zapachem rzadkich grzybów, krążąc paletą przy skraju boru… Piaszczysta granica światów na styku pól upraw ludzkich zapisana jest opowieściami w postaci tropów wędrujących saren, lisów, jeleni, dzików, zajęcy. Spróbujemy odczytać je po trochu, oraz inne ślady zwierzęcych zwyczajów. Zajrzymy w arkana ich sekretów, jakich ślady pozostawiają tu i tam na szlaku swego żywota. Dowiesz się ciekawostek o ptakach, ssakach, roślinach, a przy okazji podszkolimy się ze znajomości zasłyszanych ptasich głosów. To już nie czas bogatych śpiewów, ale ptactwo zawsze wydaje dzwięki alarmujące i wabiące. Przy leśnych babrzyskach smęcą i jęczą jak duchy mocarne łosie. Łagodne sarny, powoli zaczynają łączyć się w pierwsze zimowe grupy. Kolorowe bażanty, z donośnym okrzykiem dają znać o swej obecności. Momentami ciszę drą na strzępy ochrypłe wrzaski czupurnych sójek. Wiewiórki z uporem dopieszczają kunszt swych gniazd i czynią ostatnie zapasy przed zimowym lenistwem. Gospodarna Jesień darzy swój lud szczodrze, dbając by nikomu nie brakło na zdrowiu i obfitości. Zabierz torbę lnianą, nazbieramy krocie szkarłatu dzikiej róży, koraliki głogów i garście krasnych jarzębin. A i kobiałkę małą, do której nieco grzybów się zmieści. Gdy wiatr niespodziany odezwie się szumem w koronach, wtedy się zacznie…setki, tysiące iskier czerwieni i żółci pomkną w dół, na swój przedostatni taniec. My rozłożymy wtedy ramiona, wirując w balecie wraz z nimi, dając otoczyć i pochłonąć się magii. Nad bagnami panuje już chłód, a o szarej godzinie zmroku dziki przebudzają się w barłogach chrobocąc, i z trzaskiem ruszają ku sobie tylko znanym żerowiskom.Mgły budzą się wtedy ze snu, snując i przędąc nieprzeniknione woale powłóczystych zasłon. Siedząc wygodnie i bezpiecznie, będziemy mieli możliwość posłuchać gwaru wszelkiego zwierza, oraz zanurzyć się w szurających sekretach bagiennych ostoi. Kiedy ubywający księżyc osrebrzy przestrzeń swą magią, a mgły zatańczą z pląsami wyczuwalnego chłodu, wówczas poznasz w pełni świat z mojej baśni, którego doświadczam i spisuję na kartach mych opowieści. Zapraszam Cię serdecznie na wspólną wędrówkę połączoną z nocnym czuwaniem w świecie przyrody i celebracją jej bogactw, aby naładować akumulatory zachwytem cudów, pięknem, ciszą, najwspanialszą energią jaką wespół z moimi Drzewami postaram Ci się przekazać. Niech otuli Cię wsparciem przed zwiastunem ciemnej Zimy. Pytaj mój Drogi Gościu o swój termin i przybywaj na jedyną taką przygodę, połączoną z osobistą Transformacją Duszy.

Jaką praktyczną wiedzę wyniesiesz z tej wyprawy:

– Tropy zwierząt, i ich rozpoznanie w terenie: Sarna, dzik, jeleń, zając, lis, borsuk etc. Ciekawostki z życia zwierząt.

– Ślady aktywności zwierząt i ich zachowania: Buchtowiska, żerowiska, kąpieliska, gniazda wiewiórcze i ptasie, doskonalenie warsztatu tropiciela. Tu spektrum będzie szerokie.

– Energie lasu i Przesłania Drzew Mocy. Robić będziemy odczyty. Uczyć, przypominać sobie będziemy pracę z prastarymi Istotami Ziemi, kontaktu z ich świadomością, charakterów, sztuki porozumienia. Po prostu – Dendroterapia.

” Uśmiech Czatownika” Wieczorno – nocne czuwanie (możliwe do świtu) w klimatach i szelestach leśnych, mgłach, szmerach. Słuchanie budzących się dzików w szuwarach! Bezpiecznie, na stogu siana.

– Jesienna stołówka zdrowia – zbiory rajskich jabłoni, dzikiej róży, jarzębin, głogów, grzybów, z opowieścią o ich praktycznym zastosowaniu w przetworach, właściwościach i zdrowiu 🙂

– Ptasie Pieśni. Nauka rozpoznawania zawołań, odgłosów wabiących i śpiewów napotkanych gatunków ptaków.

Kiedy?

Wyprawy realizujemy od początku pazdziernika do końca listopada.

Gdzie?

Rokietnica, k Poznania, Wielkopolskie.
Gościnna kwatera noclegowa podejmuje wędrowców z daleka, razem z wyżywieniem.
Przy zamawianiu miejsc, proszę rzec hasło, że do ”Szepty Kniei na Wędrówki” . 

http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Czego możesz potrzebować?

Zabierz buty wędrowne na grunt suchy, kalosze, torby i koszyk. Garść zaufania i kieszenie pełne ciekawości. Szczyptę wytrwałości, ciepłe ubrania na noc i plecak który to wszystko zmieści  🙂 Termos i co lubisz do zjedzenia. Przydać się też może aparat foto lub lornetka.

Plany mogą ulec zmianie, w zależności od pogody.
W razie dodatkowych pytań zapraszam do kontaktu przez e-mail :

czeremcha27@wp.pl

Podziękowanie za wspólny Dzień Wędrowny, przewodnictwo i wieści: 200 zł / osoba.

Do zobaczenia w lesie!

432763_red-lovely-leaves-magic-beautiful-autumn-splendor-water_2560x1920_h

Wyprawa na Wielką Chojnę. Przesłanie łagodnych Wiązów.

Kawałki poszarpane, a rozsiane… fragmenty ostatnie, wspomnienia tego co pozostało nam z puszcz. Przeglądając mamy googla swej okolicy natrafiłem na ciekawy dość fragment leśny, o malowniczej nazwie zaznaczonej jako Wielka Chojna. Nawet przyciąga. To właśnie tam poznałem Dęba Oriona i Wierzbę Darinę. Mimo, że jest bardzo blisko mnie, miejsca jednak unikałem, gdyż położona niedaleko ekspresowa trasa szybkiego ruchu powoduje słyszalny w całym lesie przykry szum, czego nie znoszę. Nie wypoczywam wtedy. Dziś jednak wieje mocno i pada na zmianę, może nie będzie tak zle? Żywioły zagłuszą. Ostatnie podejście zwiedzenia Chojny zrobiłem latem o świcie, wtedy jednak komary wyprawiły mi taki balet, że musiałem zrezygnować. Opyliłem się wtedy trzema różnymi środkami, a one siadały jakby nic i kłuły… Są tam pozostałości ogromnych bagien, nadal potężne i rozległe. Oceany trzcin i…

P90917-133315

Pierwsze wrażenie. Przeciętnie. Młode sosnowe drągowiny, widać, że sadzone. Wcześniej zręby i młodniki. Idę tak jak prowadzi dość zarośnięta dróżka. Sprawdzanie nowego rejonu, to przeczesanie najpierw dokąd wiodą główne szlaki. Potem chaszcze. Po prawej stronie mam widok na trzcinowiska, cały ten kompleks bagien, który zaciąga aromatem tataraku, sitowia, ‘’ciężkiej’’ wody. No taki charakterystyczny zapach, choć nie przykry. Na każdym kroku widać ślady aktywności dzików. Schodzę z drogi i wkraczam na jedną ze zwierzęcych ścieżek – takie szlaki potrafią zaprowadzić człowieka do najpiękniejszych uroczysk. Grunt po którym stąpam jest błotnisty, raz podmokły, ale da się przejść. Dzicze ścieżki wszędzie. Mijam ich kąpielisko. Ścieżynki takie mają swój urok, ledwo je widać, choć znaczne są, na tyle dyskretne, że postronnemu spacerowiczowi nie rzucą się w oczy. A mi w to graj. Wnet wychodzę na skraj śródleśnego rowku, dziś totalnie wyschniętego, lecz ma to swoje zalety. Właśnie odnalazłem jedną z najwygodniejszych i najbardziej magicznych leśnych dróżek. Puchu kłąb wisi na gałęziach. Śmiga wrażo. Wiewiórka! Nie cmoka nawet na mnie, przygląda się bystro. Żywy ogień w ruchu. Kulka puchu, w zwinności niedościgniona. Zdziwiona bardzo. Chyba rzadko tu ktoś zagląda. Zostawiam ją w tym zdumieniu, nie chcą zaprzątać jej uwagi na przednówku jesieni.

Dnem rowu maszeruje się wygodnie, choć trzeba się schylać i pokonywać przeszkody w postaci powalonych wzdłuż drzew. Z sosen przeniosło mnie do wiązów. Mnóstwo wiązów! Chyba po raz pierwszy widzę ich takie zgrupowanie w swej okolicy. Poruszenie w liściach. Zapraszają. Wiem, że dziś czeka mnie z nimi rozmowa. Jeszcze nie teraz, choć dzisiaj. Obiecuję, że niebawem wrócę. Chcę sprawdzić dokąd zaprowadzi mnie rowek. Z każdym krokiem ostoja coraz bardziej przygrywa na nutach dzikości. Wspaniałe drzewa, powykręcane, ‘’krzywe’’ inne bujne w zdrowiu, kolejne rozpadające się w kawałkach, murszejące, powalone mocą żywiołu. Takie miejsca lubię najbardziej. Bo właśnie tutaj podejrzeć można wspomnienia pamięci pradawnych puszcz, odwieczne chaszcze i plątaniny jakie porastały świat przez wieki. Maleńkie cuda wokół. Spoglądam na ni to drzewka jakby, a może rośliny, które od spodu przystroiły łodygę mchem. Jak w sukienkach zielonych. Takie piramidki. Musiały przebijać się przez jego poduchę od spodu. Zastanawiam się. Czy tak właśnie powstają omszałe drzewa, które podziwiamy? Mijam tamę za tamą. To już chyba siódma. To pokazuję też skalę suszy, że mimo tylu zapór woda nie utrzymała się. Poczciwe bobry zrobiły co mogły. Czasem czynniki globalne, przekraczają siły i możliwości tych pożytecznych stworzeń. Brzegi rowku są urwiste, widać korzenie podmywanych drzew. Pamięć potęgi strugi. Na dnie kamienie. Teraz osypują się tu złote liście. Przystaję w takich momentach i sycę magią, kiedy kolorowe tabuny omiatają mnie z szelestem. Na stromiźnie zbocza wysypały się jakieś mikro – grzybki. Są wielkości łebka szpilki, może ciut większe. Wzrastają setkami… Hordami zastępów. Jak paciorki gwiazd usianych na nieboskłonie. Tyle ich. Ziemia stroi się w kapelusiki. Po drodze znajduję jeszcze kozlarza i muchomora. Niechaj już dno ściółki zaścielą czerwienią muchomory krasne… Będzie widowisko!

P90917-133701

P90917-133204

P90917-161841

P90917-140750

Robi się coraz bardziej błotniście. I gęsto. Zwiększona wilgoć podłoża. Chyba docieram do końca…Tak. Przede mną wyrasta już średnia tama dzielnych bobrów – to ona trzyma ostatni tutaj zasób wody. Odgradza staw. Pomysł genialny, gdyby nie ona, cała woda stąd spłynęła by do bagna. Staw zaś gromadzi nadmiar opadów z pól. Suche drzewa skrzypią upiornie, i gdy wynurzam się na skraj podrywa się jasne objawienie…

Biały Myszołów. Jak on zachwyca! Jest dostojny, majestatyczny i jakoś tak grozny… w tamtym momencie mi się wydaje. Jeszcze takiego nie widziałem. Cudowny ptak drapieżny. Szybko podnoszę lornetkę i ‘’łapię’’ go w szkło. Tu widzę nieliczne brązowe plamki, rozmieszczone nieregularnie, żółtawą linię dzioba, bystre spojrzenie… Ptasi Splendor okrąża mnie raz, dzięki czemu mogę się dobrze przyjrzeć. I trzeba mi było schylać się, skakać, ślizgać, przedzierać przez wykroty, oblepić spodnie nasionami, aby ujrzeć Ciebie…

Odleciał. Ja wnikam z powrotem w las, podążając za prześwitem. Tam widnieje jego skraj. Z widokiem na łąki i osiedla. Luzno rozrzucone sosny. Jedna, gruba i strzelista przyciąga. Piszczy i wzywa. Pod nią robię wypoczynek, popijając wodę. Przy sośnie robi się dobrze. Aż ‘’za bardzo’’. Powstaję i przytulam. Prosi o to. Zrzuca mi suche igły na głowę. Proszę Sośni, by wypełniła mnie swoją mądrością i wiedzą życiową, obdarz mnie kochana informacją swego istnienia..bez słów. To pomaga ‘’ułożyć’’ się w życiu. Przecież drzewa posiadają taki zasób o istnieniu, z pierwszej gałęzi. Muszą poradzić sobie z nie zawsze sprzyjającą glebą, pogodą, zanieczyszczeniami, jak najlepiej rozwinąć i wykorzystać zasoby wokół… Sosny uczą nasze Dusze tej gospodarności i chwytania okazaji. Czuję się tak, jakbym tulił ukochaną kobietę. Tak błogo. Dotyka falą rześkości i wznosi, pobudza, do wzrostu…wydobywa co najlepsze. To pierwsza sosna, z którą mam taką harmonię. Z innymi mimo prób, nigdy nie było tak. Zawsze możesz odnaleźć najlepsze dla siebie drzewo. Robię się wesoły i skoczny. Śpiewam dla niej. Na dawną, słowiańską melodię. A na pożegnanie wykonuję pieszczotę masażem jej aury, jaką pokazały mi kiedyś, że lubią. Przeciągam dłońmi w odległości około 2-5 cm od kory, tak jak czuję otulinę jej energii. Muskam z góry do dołu, kucając do ziemi, to ‘’miziam’’ po bokach. Ona faluje w drżeniu. Popiskuje słyszalnie. Reaguje żywo i wcale nie mam ochoty stąd iść. One chyba mogłyby tak w nieskończoność – poddawać rozkoszy. Przecież w tym samym czasie może jednocześnie jeść, pić i rosnąć. Sosna prosi aby i ją odwiedzić z gośćmi. Chce obdarować więcej osób, pragnie być poznana, otoczona kręgiem splecionych dłoni i ukochana. Następną wędrówkę poprowadzę właśnie tutaj. Obiecuję jej to.

P90917-141447

P90917-142008

Kiedy zbliżam się do wiązów przechodzi fala deszczów i wyje wiatr. Las tańczy w energii. Pochylam się nad wydrążonym pniem martwego drzewa, tworzy swoisty tunel. Porośnięty jest czapką mchu, pyszni się urokiem. Taki jak z obrazka i tapet o lesie. Chcę jeszcze odejść kawałek, zobaczyć drugi kraniec rowku. Coś chwyta mnie za nogawki, przewracam się, potykam… Nie mam dalej iść. One wołają, że już. No dobrze. Wiązowe Zgromadzenie. Badam najpierw ogromną Topolę rosnącą obok. Taki unikat w środku lasu. Wyjątek i skarb. Mimo, że jest potężna, nie kwapi się do kontaktu. Odpycha. Odchodzę. Dostać ‘’kopa’’ od takiej to nic przyjemnego. Dłonią ‘’badam’’ kolejne wiązy. Buchają przyjaznym ciepłem. Od pierwszej chwili koją. To jest wiec. Bardzo zastanawia mnie ich nazwa. Rozmyślam nad nią. WIĄZ. Ale dlaczego? Spoglądam na żłobienia ich pni, tak ostro zarysowane jak kościec, dające wrażenie jakby drzewo wpajało, wpijało się całą siłą w ziemię, jakby rosło najpierw w dół…

‘’ZWIĄZANY Z ZIEMIĄ’’, przychodzi skojarzenie. Tylko przecież wszystkie drzewa są z nią połączone. Czyżby wiązy jakoś szczególnie? Wiec stroszy się.  Mnie rozpiera ciekawość. Powiedzcie, powiedzcie, dlaczego tak! Czuję się jak Anastazja, trochę przekorna, która chciała dowiedzieć się czegoś od Boga. Trzask łoskotu. Odwracam się i widzę olbrzyma. Najpotężniejszy z nich. Umknął mi wcześniej z widoku. Przyciąga…Potęga rosochatej korony.To on splątał mi kroki gałęzią, to on pragnie dziś kontaktu. Reszta mu tylko pomaga zwrócić moją uwagę. Bo mało brakowało, żebym sobie poszedł. Idę ku niemu. Starzec. Dostojnik. Jak kapłan ostoi. Grubizna pnia. Od razu się wzruszam. Jego korona wiruje jak wiatrak, i choć obraca się aż na boki w silnym wietrze, widać, że dla drzewa to fraszka. Pień ani drgnie. Cała energia wartko spływa do Ziemi. To jest właśnie to. Nieustanna wymiana, pływ żywiołów. Dzięki niej wszystko istnieje. Tak płyną informację. Powiedz mi proszę imię swoje, objaw ludziom wieści Twoje! Wołam do Niego, już przytulony. Tu już mnie nie ma. Tracę pamięć. Zaczyna rozmawiać z nim Dusza. Mam na tyle przytomności, że nagrywam wypowiadane kawałki, co pozwala mi później odtworzyć ich pieśń. A ta już grzmi, jak miękko i łagodnie;

Związani z Ziemią,
Od początku czasów

Niesiemy przesłanie,
Pradawnych lasów

Wiążemy mądrość,
Zadanie rozwoju

Wieścimy pieśni,
Wiecznego pokoju

Budować pragniemy, tworzyć, uzdrawiać,
Z tym zawsze będziemy, już do Was przemawiać

Byli stróżowie, Miłości, Łagody,
My rozsiewamy, uśmiechów pogody

Związani z Ziemią, przez stulecia, epoki,
My istnień ku szczęściu, wiedliśmy tam kroki

Słuchali ludzie i mądrość czerpali,
I oni w ukłonie, się z Ziemią Wiązali

Pytają Wiązy ludzi, o dzisiejsze sprawy
Czy to Was nie trudzi, żeśmy tak ciekawi

Żywot pełen pędu, spraw tak zagmatwanych
Dzień pełen zamętu, bardzo ‘’podziwiamy’’…

Wynalazków krocie, błędy, wykluczenia
Czy to Was powiodło, do sedna spełnienia?

Jedno po drugim naprawia, myli, chełpi dziełem
Czy to Was uzdrawia, ile jeszcze wcieleń?

Co pomoże światu, wyścig, konkurencja,
I kolejna jeszcze, w przyrodę ingerencja

Przestaliście słyszeć, zagłuszeni szumem,
Zgiełk wygania ciszę, ludzkość nie rozumie

Nie znają już oni wiatru, wody, słońca mowy
Giną niepamięcią, żywiołów, gwiazd przemowy

Słuchaj!

Woła Matka Twoja, pełna ziaren obfitości,
Pragnie Cię powitać, pocałunkiem radości

Ona wszystko Ci daje, zbiory pełne plonów,
Ty w zamian wylewasz, podłoża z betonu

Zostań tu na chwilę, albo i najdłużej,
Posłuchaj szmeru liści, pozbądź życia złudzeń
 
Pochyl się nad kwiatem, kolorów uchwyć łany
On też jest Ci bratem, tym od Boga danym

Pokłoń i bobrom pracowitym, podziwiaj wszelkie ptactwo
Tu życie w pełni jest sytym, to Twoje wielkie bogactwo

Historie toczą się w dziejach, istot tworzących przesłania
Gniją próchnem w swych kniejach, i mają do przekazania

Czy pamiętasz słońca pieszczotę, na zoranej twarzy,
Ono dotyka Cię złotem, wszystko może wydarzyć,

Deszczu strugi we włosach, chłodem, rześkością krzepiące
Mgły, szron, mżawkę i rosę, delikatnie wilgocią kojące

Ryk burzy w błyskach ślepoty, łoskot kłód padających
Bose gonitwy w kałuży, w promieniach ciepła grzejących

Zerknij, przykucnij i popatrz, w jakiej doskonałości
Działa i dzieje się wszystkim, prowadząc ku obfitości,

Od grzybów najmniejszych, istot nienazwanych,
Po drzewa przeogromne, przez świat podziwiane,

Ziemia mówić będzie, pokazywać znaki,
Widzieć będą wszędzie, kto uważny taki

Wiązy wiązać będą, mądrość z jej przesłaniem,
Staną się legendą, wiecznym podziwianiem,

I gdy Puszcze wyrosną, po wszystkim co się stanie,
Znowu ucieszą się wiosną, zaszumią na powitanie

Życiu

P90917-155258

Osuwam się na kolana pod pniem, spłakany. To jest i ostrzeżenie, przestroga, i nadzieja, i wyrzut trochę, i wezwanie do opieki, z ciągłym przyjaznym zaproszeniem. Że jeszcze można. Że jeszcze nie wszystko stracone. Nie spodziewałem się takich słów po Wiązach. Prędzej od świerków. One łagodnie godzą, harmonizują, zapraszają, wspierają, łączą, budują, tworzą Jednak przecież głupie nie są. Ilu ludzi ich słucha. Ilu jest w stanie usłyszeć, oszczędzić, dostrzec, powiedzieć STOP. Tu nie potrzebujemy urządzania, gospodarowania, rozwoju. Nie potrzebujemy nowej drogi, by pędzić dalej. To miejsce jest piękne – zostawmy je ciszy dla zamieszkujących je stworzeń, i każdemu kto będzie potrzebował tutaj przyjść się zregenerować. Choć nie wybrzmiało w słowach do końca, pojmuję co miały na myśli Wiązy. Wynalazki, ten postęp, choć tak czyniący w poprawie nasz byt, nie zawsze do końca właściwy. Coś nam się wydaje żeśmy geniuszem okiełznali, a po latach okazuje się jakie to było spustoszenie. Czytałem niedawno o pewnym środku ochrony roślin, który powodował, że ptaki nie przybierały na wadze, opóźniając ich migrację. Dla nich to był wyrok śmierci. Jest stosowany masowo do dziś, bo badania są nowe. Minie trochę czasu zanim go wycofają. Miał działać wybiórczo na owady, jednak… i hektolitrami tego przez lata opryskiwano pola. Jaki będzie skutek? Drzewa widzą dalej, więcej… w końcu, te wszystkie nasze zanieczyszczenia i błędy one chłoną i przetrawiają. Od zawsze. Pamiętają pieśni pychy, wzloty i upadki różnych cywilizacji. Dlaczego miałyby nie ostrzegać. Wołają: Zwolnijcie. Chodzcie do lasu. Tu jest całe bogactwo jakie narodziło życie. Człowiek niczego nowego nie wymyślił. Leki i rozwiązania konstrukcyjne czerpie z substancji roślinnych, podgląda i uczy się, a potem okrzykuje wynalazkiem, odkryciem. Które od zawsze było. Drzewa wzywają do prostoty bytu. On ułożyłby życie wielu z nas. Do weryfikacji, tego, co Ci naprawdę potrzeba. Przychodzi mi na myśl ta permakultura i samowystarczalność. Człowiek oderwany od Natury, próbuje wieścić, że ona biedna sobie z niczym nie poradzi. A ziemia pokazuje znaki. Gorączkuje się (ocieplenie) obmywa, (powodzie), zasypuje, wylewa, wybucha, drży… Jak symptomy choroby ludzkiej. Ale jeśli potrafimy ignorować i ‘’zaleczać’’ chemią takie objawy we własnym ciele, to czy umiemy je dostrzec w planecie?

Deszcz się wzmaga. Ja podążam za sarnią ścieżką. Opuszczam już Wiązy… I mam nadzieję, że nieprędko zawita tu człowiek z jakimś planem zagospodarowania / urządzania tego doskonałego lasu. Dukt prowadzi przez gęstwę młodych sosen, jest piaszczysty i lekki. Skryty horyzont wyłania się. Morze traw, pagórki, przestrzeń i pojedyncze sosny, strzeliste z widokiem na bagno. Czuję się jak na wybrzeżu morskim. Niełatwo tu trafić, jeśli z głównej drogi wszystko przesłonięte gęstwą. Deszcz przepływa pulsującymi, rzęsistymi falami, a mnie otacza fala wysokich świstów. Jesienna grupa plądrująca! Rozglądam się po sikorkach. Jest bogatka, modraszka, i uboga. Nic sobie nie robią z ulewy. Między nimi puchate kulki. To raniuszki! Moje ulubione ‘’kłębki waty’’. Podnoszę lornetkę i dopiero dopada mnie utrapienie obserwatora. Jakie to zwinne. Co chwila trzeba za nimi nadążyć i regulować ostrość. Dzięki temu jednak spostrzegam, że te raniuszki są trochę inne od tych, które zazwyczaj widywałem. Mają białe łebki. To raniuszek ‘’białobrewy’’ podgatunek Aegithalos caudatus caudatus. Bez lornety pewnie bym nie zauważył. Ilekroć spoglądam na ptaki przez lornetę, gębę mam ucieszoną. Tak blisko braci. To też te chwile, i te bogactwo, przystanek i szczęście o którym mówiły wiązy. Pierwsi ludzie doceniali. Ptaki przysiadały na nich, przylatywały na zawołanie, jak do drzew. Było to takie oczywiste. Dziś wędrowcy ‘’muszą’’ spisywać opowieści, aby przypomnieć.

Gdy niebo się uspokaja, wychodzę na skraje pól. Tu wita mnie para szarych żurawi, czyszcząca sobie przemoknięte pióra. Wydają się przy tym niezgrabne, karykaturą dowcipu. Chwilami kroczą jak dinozaury. Pustułka wisi w powietrzu wiosłując w bezruchu pozornym, tą poznaję z daleka po charakterystycznym sposobie polowania. Pikuje w dół. Powtarza widowisko. Lodowaty wiatr przenika dziś do kości, wyszarpując spomiędzy otuliny odzieży, resztki ciepła. W lesie było przytulniej. Po kilku godzinach czuję się nasycony. W głowie snuje się plan ‘’dogrywki’’ nocnej, przy tym lodowym wichrze. Za mało księżyca zasmakowałem w tą pełnię. Wielka Chojna. Opuszczam to miejsce totalnie zaskoczony, odwiedzone raz jeden po blisko 30 latach mieszkania w pobliżu. Enklawa, ciut większa niż las świerka Gabriela. A tu mnie dopadło. Echo pierwotnej Puszczy.

17.09.2019 Samotna Wędrówka

P90917-151955

P90917-134117

P90917-140226

Bezwład, rozkład, dzikość, przemiana, taniec życia i śmierci…tu ucztują owady i ptaki. Splot chaszczy, gałęzi i pni. Tutaj tworzy się Ziemia i zaczątek przyszłego piękna w bogactwie rozkwitu. Czy będzie im dane? 

Płowe święto Miłości. Misterium życia jeleni. Zaproszenie na Rykowisko

Noce nastały chłodne, gwiaździste, umalowane czerwienią wcześnie już gasnącej zorzy. Zimno dotyka ‘’sprawdzająco’’ skóry wędrowca, jakby zapytać chciało, czyś już gotów na jesień? W lesie widać zakończenie pewnej epoki. Wiewiórki są niespokojne, coś nad wyraz aktywne. Rozglądają się za miejscem na zimowe gniazdo. Myszy w szelestach podrygów skocznych spisują testament, puszczykom puchatym powierzając swoją ostatnią wolę. Ptasia młodzież barw nieokreślonych psikusy płata niewprawnym obserwatorom. Z kęp krzewów rozrzuconych tu i ówdzie czerwieni dostatek głogów, róży dzikiej i jarzębin. Opatula zapach jątrzącej zgnilizny, kiedy owoce porzuconych jabłonek pracują na rzecz zjednoczenia z macierzą, z której powstały. Nieśmiałe mgły próbują pląsy pierwszych baletów. Od początku września siedzę w chłodzie i nasłuchuję. Jestem niemal pewien. Tego księżyca, zaryczą! I kiedy jedni szykują się do zimowego przetrwania, u innych odwieczny zew daje sygnał płowego święta Miłości… Najpiękniejsze przyrodnicze misterium naszych lasów wybrzmiewa rykiem samczej mocy, gdy byki jelenia szlachetnego ogłaszają ciemności rozgwieżdżonej, swoje na miesiąc panowanie. Rykowisko! W jakichż słowach Ciebie opisać, o Misterium Święte? Czar Twój opiewają z dawien poeci. Spieszą na ten spektakl wszyscy z przyrodą ludzie związani, miłośnicy, odkrywcy, ornitolodzy, przyrodnicy, fotografowie, pisarze, gawędziarze… Nieznana siła jak magnes przyciąga ku sobie rzesze obserwatorów i słuchaczy. Może to ciekawość zwykła ich gna, a może intuicyjne pragnienie zapisania w sercu najpiękniejszych leśnych wspomnień…

I Ciebie podróżniku – czytelniku, wędrowcze na to święto zapraszam. Raz jeden w roku. Usiądziemy w którejś z opuszczonych czatowni, albo skryci w łodygach dojrzałej kukurydzy. Zabierzemy koc, ciepłe ubrania, gorącą herbatę w termosie, szacunek i pokorę wobec naszej Natury – Matki. W podziękowaniu uczestniczyć będziemy, celebrując gromkie słuchowisko. Wokół nas, a może z dala rozbrzmieją prastare ryki, kipiących testosteronem mocarzy lasu. Wibracja srogiego dzwięku przenika tkanki w drganiu, na strunach serca grając, rzewnośći za tęsknotą cichą układając melodie. Nie sposób się oderwać, przestać zachwycać. Im chłodniej tym lepiej. Spadek temperatury zagrzewa byki do odzewu. Szatańsko kotłują się gąszcze w łoskotach donośnych, gdy samce napotykają się w pojedynku. W krysztale nocnej ciszy, masz wrażenie jakby to ziemia zatrzęsła się z hukiem pod racicami olbrzymów.

41948606_679313385770147_8079134616818024448_n

Wytrwaj tu do świtu, a kolejne cuda ujrzysz. Byk zmęczony, a powłóczący z wyczerpania walką, wracający do haremu łań, co we mgłach anteny czujnych głów na niego podnoszą. Stadnik, władca, zwycięzca, ten niepokonany co z dumą w koronie stado żeńskie zagania, niepodzielne prawo ogłaszając do swej na dzisiaj władzy. Korona rosochatego poroża pruje fale mgliste, odcinając się na tle złota pierwszych słonecznych promieni…

Czy jesteś gotów doświadczyć Misterium?

 Kiedy?

Jelenie ogłaszają swoje panowanie na dni od 14 września do 10 pazdziernika. W tych terminach od – do można zgłosić swoją wędrówkę.

🦌 Gdzie?

Rokietnica, k. Poznania w woj, Wielkopolskim. Stąd ruszamy autem (Twoim ) pod las. Gościnna kwatera noclegowa podejmuje Wędrowców z daleka razem z wyżywieniem. Link poniżej.

http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Ekwipunek?

Zabierz plecak, ciepłe ubrania, komplet przeciwdeszczowy, latarkę, termos, co lubisz do jedzenia, pokorę i dziękczynienie w sercu wobec ducha przyrody. Garść cierpliwości w kieszeni 

🌳 Program?

To wyprawa na słuchowisko z czuwaniem, choć gdyby jelenie ”NieDajBóbr” nie dopisały ruszymy w księżycu do Drzew Mocy lub odwiedzimy najbliższe tajenka sekretów lasu. Podziękowanie finansowe za przewodnictwo, wiedzę i wspólny czas, jak za zwykły Dzień Wędrowny, 200zł / osoba. W terenie możemy być od popołudnia do świtu.

Kontakt w sprawie zgłoszeń: 

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie 

40244711_669839700050849_5236044696987369472_n

Tęsknota jesieni. Pieśń Duszy Wędrowca

Jesiennym szmerem otulam się liści, 
Chochoły w stogach drzemiące, uśmiechem pozdrawiam,

Tańczę w paprociach zeschłych, z duchem bosym Ziemi 
Czasem pogrzebię trochę w starociach…

To znów cały zatopię w Czerwieni, 
Podnoszę dłonie i chwytam szelesty,

A z aury złocistej snów wianki zaplatam, 
W krainie tajemnic ku nieznanemu wędruję

Wiatr coraz dalej i dalej pogania, 
Wcale zmęczenia żadnego nie czuję,

W kolorach brzasku przeglądam się z rana, 
Marzenia dzikie snują się przy mnie,

Druhowie czuli, towarzysz błogi 
Będą szybować na piórkach zwinnie

Do najpiękniejszej, prowadząc drogi

Mirabelki krasne po owocach całuję, 
Dziękuję, że obrodziły tu z dojrzałością

Obfitości oddech w powietrzu paruje 
Wielu obdarzą, swą słodką sytością

Na mchu zielonym w wilgoci spoczywam, śpiewam do ptaków na pożegnanie
Niech im życie najlepszym ozłoci, podziwiam ostatni skrzydlaty taniec

Szeptem zawołam grzyby, prąd aromatu w kapeluszy chaosie 
Prastarym echem ziemi są żywi, pachną aż kręci w nosie

Kawę z żołędzi na ogniu zaparzam
Sikorze siostry spoglądają ciekawie

Dąb o zaufaniu mi ciągle powtarza
I tak jesteśmy tu razem, przy kawie

Brzozy wciąż figle płatają mi nowe, 
Kiedy zasiadam, na długie czuwanie

Podglądają mnie sarny płowe,
Najbardziej cicho, staram się dla nich

Być

Z puszczykami mgieł duchy poławiam, 
Zjaw dymiących, wolnych i dzikich

Zapomnianych Bogów Imiona wymawiam 
W wierzbach migoczą już chwiejne ogniki,

Głowę utulam w ogonie lisim, 
Rudy przyjaciel, odwiedził i usiadł

Rozmawiamy o harcach mysich
Mówi że zrobił, co czynić musiał

Spogląda ufnie zielonymi ślepiami, 
Wie już, że z druhem jest tu bezpieczny

Często siedzimy sobie tu sami 
I tak mija spełniony, czas ten bajeczny

O świcie zanurzam się cały w strumieniu,
Badam ścieżki i tropy – wodopój

Ciało pogrąża się ukojeniu 
Chłodny a błogi, ogarnia mnie spokój

Dębowie pomrukują z daleka, znowu do siebie, po coś wzywają 
Szemrze tam z pluskiem pobliska rzeka, żywioły dziś przemawiają

A ja bez większych planów, kasztanów uzbieram kosze 
Zaniosę jeleniom na czas ich święta, częstujcie się bracia proszę

I dzików przebudzenia posłucham, jak trzeszczą szuwary łamane
Ucieszę tym swego ducha, odgłosy to ukochane

W deszczu i słocie nurkuję ze szczęściem,
Pomoczę kurtkę, ubłocę kalosze

Niczego chyba nie trzeba mi więcej, 
Wieści coraz to nowe przynoszę

Wicher zimny pędzi przez pola, czapkę pożyczyć chce do wędrówki 
On już do siebie pieśnią mnie woła, i na nic tu żadne wymówki

Trznadlom i wróblom do snu nucę wieczorem, te się zlatują igrając skrzydłami
W kolczastej kryjówce tam mają osłonę, do zmierzchu zostanę tu razem z Wami

Na miedzy siadam u głogów rumianych, gdzieś w tarninowym zakątku ciemności 
Pośród chrobotów, szelestów słomianych, pogrążam się w swojej Dzikości

37927-1920x1200

250961

35160wide

les-osen-stvoly-listva-derevia-vetki-polumrak-svet-luchi-sol

Sierpień 2019

Foto: Wallpapers

The Leaf Charmer

Kiedy wzywają duchy lasu. Lis, posłaniec Ziemi.

Nastał ciepły, błękitny, łagodny listopadowy dzień. Takie dni w historii świata może się zdarzały, choć nie za mojej pamięci, i nie w tej erze czasu… +17 stopni. Wyjeżdżam więc w zwykłej bluzie, ubrany jak na letni wypad. Dmucha jednak nieco zimno. Do ostatniego momentu waham się które Drzewo Mocy dziś odwiedzić. Woła Dąb Radosław z leśnego kręgu, u którego nie byłem tak daaawno, tęskno mi za Jesionem Jaremim i jego wesołym towarzystwem, na chwilę pojawia się Krzesimir, oraz Klon ‘’Czerstwy’’ z jesionowego szlaku. Wszyscy chcą się spotkać… Tak to jeszcze nie było. Pewnie dzieje się coś ważnego. Ale pamiętam też o pewnym dzikim Orzechu Włoskim rosnącym wśród pól, który wzywał już latem. Wtedy, przy straży upartych komarów, nie sposób było mi się z nim zapoznać. ‘’Zostawiłem go sobie’’ na jesień właśnie. A mamy już listopad… Jeśli starczy czasu, odwiedzę i Jarema, do którego byłoby stamtąd niedaleko. Takie drzewo to skarb i okazja, do poznania orzechowej energii. Zazwyczaj rosną przy domostwach i w parkach, gdzie nie sposób oddać się wspólnie nie rozkojarzonej ciszy, bez spojrzeń ciekawskich. Tutaj będziemy sami, mimo, że przy polnej dróżce, rzadko ktoś się tutaj pojawia. No okazja jak nic, aby poznać orzechy, i napisać o nich więcej.

animals-magic-wolves-1280x720-wallpaper

Podczas jazdy mijam taką nową, ogromną posesję z ogrodem, w którym bawi się i biega kilkanaście jamników. Tyle naraz  Kiedy mnie spostrzegają, ruszają hurtem w kierunku siatki, w tym momencie słyszę kobiecy krzyk…

– I love you!! Aj lav ju!

– (Ja, zwalniając lekko): ???

– Chodz tutaj! Wracaaaaj !!!

Szybko się orientuję, że to nie ja jestem obiektem owych radosnych okrzyków, a takie imię nosi jeden z psów. I tak się cieszę  Wszechświat na każdym kroku przemawia językiem Miłości, jeśli tylko wyłapujesz takie momenty. A ja wiem po prostu, że to on. Mówię na głos ‘’Dziękuję’’ z uśmiechem, i toczę się dalej, aż docieram do orzechowego wybrańca. Po drodze obserwuję ze zdumieniem białe wiechcie kwitnących krwawników, i żółte ‘’słoneczka’’ dziurawców. Co z tą naturą… I choć wiele osób cieszy się z tej uroczej, nietypowej pogody, ja jestem świadom pewnej skali tego dramatu. Jak niewinnie. Ciepełko..błogość… A tymczasem drobne gryzonie i ptaki, giną od suszy, tak ciągnącej się od lata. Inne dostają świra. Jeże, które powinny już spać, kręcą się jeszcze czasem, bo znajdują żywe i aktywne owady. Jeśli nagle nadejdzie gwałtowne ochłodzenie, po nich. A w naszej szerokości geograficznej, takie zwroty akcji to normalka. Drzewa, zwłaszcza stare, wzrosłe w pamięci innego klimatu, potrafią całkowicie stracić orientację i pomieszać swój biorytm. Normalnie znają o tej porze roku czas wichur, deszczy, chłodu i pierwszych mrozów. Odbierają, co się dzieje na zewnątrz. Zrzucają liście, ‘’idą spać’’. Tymczasem wiele z nich ma jeszcze zielone liście i próbuje do ostatka korzystać ze słońca. Nie przechodzą w stan spoczynku…Niektóre z nich, bywało, od tego pomieszania wypuszczały nowe pączki już zimą. To ogromny wydatek energetyczny, bez zwrotu. W perspektywie oznaczający osłabienie, choroby i śmierć. Tak to, przy wtórze szelestu kojącego ciepła, przy nieświadomości wielu ‘’ładujących bateryjki’’ rozgrywa się zapowiedz czegoś groznego – ostatni akt dramatu, zmierzch antropocenu, schyłek ery człowieka. Albo, w optymistycznej bardziej wersji, zmiana wszystkiego, co znamy. Bo z wieloma gatunkami roślin i zwierząt przyjdzie się pożegnać. Powitamy może nowe… Ale póki co, łagodnie i błogo…

JoJoesArt-Ice-Fox-Canvas-Art-6d11813b-8d85-4cc5-ac11-3770609f636b_600

Wróćmy do pól. Teren tutaj, to niemal same pola uprawne, jak okiem sięgnąć. Oziminy, rzepak, oraz czysta, zaorana ziemia. Kawałek dalej jest też sucha łąka, miejsce wielu moich czuwań, medytacji i obserwacji, z szopką na środku i borsuczą norą pod nią. Obok gęsty świerkowy młodnik, stary sad, oraz brzozowy zagajnik. Niewielka oaza dobrobytu, dla tylu leśnych i polnych stworzeń. Ale wędrują tutaj licznie, bo najważniejszy jest brak regularnej i częstej obecności człowieka. Przyglądam się orzechowi. Wzniosły jest, ale też już doświadczony przez wiek, albo kaprysy natury. Uwagę przykuwają dwie duże dziuple, będące wspomnieniem po konarach orzechowego pana. Spoglądam w górę i z uśmiechem nie dowierzam – bokiem na gałęzi, przycupnął dzięcioł pstry, który musiał obserwować mnie od początku. Ptaszek okręca główką lekko i przygląda się ciekawie. Zastanawiam się czemu tak – one generalnie potrafią być dość ostrożne i alarmować na człowieka, ostrzegawczym Ciiiik, Ciiiik! Mruży oczka jakby był senny, ale nie przestaje mnie lustrować. Może chory? Myślę. Nie..motoryka ciała wypada mi tu normalnie. Spoglądam na zmierzające ku zachodowi słońce i rozumiem… Ptasi leń, po prostu się wygrzewa, przed nocnym spoczynkiem. I pewnie mieszka w którejś z tych dziupli. A, że taki ufny… Też rozumiem. Ptasie bractwo nieświadomie przekazuje, że pora zająć się przesłaniami od nich. Cieszę się bardzo z tego powitania. Dla mnie to znak, że właśnie tutaj dziś miałem trafić. Dotykam kory… siadam pod orzechem, i próbuję nawiązać kontakt.

– Wezwałeś mnie, to jestem… I zaczynam podziękowania, zwyczajne uprzejmości. Naprzeciw mnie kojąco szumią osiki, rosnące tutaj gęstym łanem. Ich żółte listki drgają w każdej sekundzie, dudniąc werblami upojnego szelestu. Słoneczko wisi ostatnią chwilę tuż nad lasem, ozłacając sterczące maszty rozmaitych traw. Od orzecha coś zaczyna lekko płynąć. Przy zamkniętych oczach widzę przestrzeń jak gdyby ‘’leciała’’ do mnie. Pierwszy raz coś takiego dostrzegam. Za chwilę szarość spod powiek odpływa w drugą stronę, jednostajnym ciągiem, w dal…I piękne to. Pojawia się ból głowy z ogromną sennością. Aha… W pierwszej chwili podejrzewam osiki. One potrafią oczyszczać bardzo dobrze, ale jednocześnie pobierają dużo energii. Zjawia się wtedy senność, i niemal zawsze mam tak przy Topolach. Błogo usypiają. I lepiej się temu nie poddawać. Zupełnie jak opisywany ‘’stary wierzbus’’ u Tolkiena, kiedy Frodo z Samem zabłądzili w lesie Toma Bombadila. Tom rozmawiał z Drzewami, a one go słuchały. Tak uratował hobbitów. Magia jest wśród nas, a ja póki co, czuję się jedynie hobbitem czasem, głównie przez wzrost.

Art-painting-fox-in-forest-water-droplets-flowers_1920x1080

Staram się pominąć, czy też zniwelować ból głowy, w końcu jestem w naturze, która leczy. O co więc chodzi? Orzech…jego dziuple… No tak. Istnieją w przykazach dla stosowania Sylwanoterapii pewne przestrogi, które mówią o tym, aby nie korzystać z energii drzew poranionych, uszkodzonych, chorych. Ponieważ mogą pobierać naszą własną energię, próbując pomóc sobie. Dość niechętnie tego przestrzegam, starając się nie dyskryminować drzewnych przyjaciół, nie sprawiać im smutku. Bo przekonałem się, że nie zawsze tak jest. Są drzewa, które mimo ran, próchna, jemioł, pozostają przyjacielskie, i działają na mnie dobrze w odczuciu. Częste to u Wierzb. W pełni akceptują swój los, co się zdarzyło, znają czas swego odejścia, mają ku temu zrozumienie. Są też takie, które jawnie wzywają pomocy, proszą o energię, wsparcie, lub aby z nimi p prostu pobyć. Boją się. Nie chcą jeszcze odchodzić. Zdarzyło mi się tak na dębowym szlaku, gdzie starcy w kwiecie wieku, rozdarci niespodzianie piorunami, wibrowali energią ‘’wezwania pomocy’’. Jeden z dębów wręcz wyczerpywał. Bywają podobne do nas – oj bardzo. Tłumaczyłem wtedy, wspierałem, pokazałem jedność świata przyrody, ukazałem ile radości ofiaruje swoim odejściem dla innych istot, oraz, że przecież nie zginie – bo najpierw jesteśmy energią, świadomością, potem ciałem i materią. I pojawiała się zgoda, oraz dawna radość z chwili obecnej, i wszystkiego czego może jeszcze doświadczyć. Drzewa ogólnie to wszystko wiedzą, ale w szoku potrafią zapomnieć. Bądźmy wyrozumiali i empatyczni. Taktowni. Uprzejmi. Traktuj jak drugiego człowieka, albo nawet siebie. Jego nauka, czas i spotkanie, są dla Ciebie darem. Zawsze.

Przypominam sobie, że po drugiej stronie topolowego młodnika, rósł całkiem spory jesion. Dziękuję orzechowi i przepraszam. Nic z tego, a może innym razem. Pora się przenieść. Obchodzę łukiem osiki, zaglądając okazyjnie pod szopkę. Ileż nocy pod gwiazdami, tutaj dane mi było spędzić. Siedząc na daszku. Przyciąga mnie świeża górka piachu. Nora jak widać jest intensywnie użytkowana, i po śladach widzę, że teraz zamieszkał tu lis. Sprytnie! W samym środku łąki, po której beztrosko latem uwijają się króliki. Takiemu to dobrze. Te jednak też nie nie są głupie, i zanim jeszcze lis zamieszkał tu na dobre, popołudniami, godzinami obserwowałem tutaj takie śmieszne podchody. Królik kręci się po trawach, podjada co bardziej zielone – podchodzi go lis. Trawa wysoka. Nie widzą się wzajemnie, ale słyszą. Lis próbuje zakraść się na odległość sposobną do ataku – jednak królicze dziecię ziemi cały czas czujnie nasłuchuje, oddalając się i trzymając drapieżnika w stałej odległości. Tak wirują oba, w niepewnym tańcu… I nigdy nie widziałem, aby te podchody zakończyły się sukcesem lisa. Po dwóch godzinach takiej zabawy, rezygnował. Łatwiej zeżreć ślimaka, albo choćby mysz…

W krzakach walają się kupki cegieł. Kiedyś, musiał być tutaj dom…Dlatego osiki zarosły niemal równym prostokątem. Nie ma po nim większych śladów. Zasłona zapomnienia. A po nas, drzewa…Prędzej czy później, zawsze. To był niejako ich świat, zanim się pojawiliśmy. Teraz walczą o skrawki siebie, z łaskawym pozwoleniem ‘’korony stworzenia’’ z oceną, gdzie mogą żyć, czy‘’przeszkadzają, zagrażają’’. To niestosowne. Ale zakorzenione w naszych umysłach równie głęboko, co korzenie drzew w ziemskich głębinach. Pytanie, skąd nam się to wzięło… Czy to jedno opatrznie zrozumiane zdanie, ‘’czyńcie sobie ziemię poddaną’’ mogło aż tak zepsuć nasze głowy? Nie mówiąc o sercach.

fantasy-fox-wallpapers-28146-7503913

Jesiony są tutaj aż trzy, czego nigdy wcześniej nie spostrzegłem. Siadam pod jednym z nich. I od razu lepiej. Nawet nie trzeba rozmawiać. Ból głowy znika szybko. Tak, jesiony są niesamowite. U pnie walają się świerkowe szyszki. I już wiem, że urzęduje tutaj dzięcioł. Pewnie ten sam, który powitał mnie z Orzecha. Spoglądam na olbrzyma przede mną. Zgubił już niemal wszystkie liście, a czarne kikuty gałęzi, odcinają się ostrym rytem, na tle trójkolorowej zorzy zachodu. Dominuje czerwień. Dawniej, zwiastowałoby to mróz. Dziś nic z tego… Dostrzegam jeszcze białawe odcienie, ‘’zjeżdżające’’ na widoku z gałęzi. Rozmywają się, ale wystarczy spojrzeć nieco z boku, aby pojawily się znów. Jego aura. Lubię to widzieć w takich chwilach, choć czasem przeszkadza, kiedy trzeba na czymś się skupić. Zamykam znów oczy. Ale…nadal coś widzę. Rysują się takie jakby złote pajęczyny, linie. To nie pajęczyny! Gałęzie. Jakbym widział świetliste widmo drzewa, które stoi naprzeciw. To on? Zastanawiam się. Gałęzie zaczynają się rozrastać, a całość powiększa się w mocy, przybliżając do mnie. Jest teraz ogromny. Kołysa go na boki. Jesion w potędze swych czarów wszechświata. Strażnik Wymiarów, Opiekun Duszy. Obok niego pojawiają się inne. Złocisto – świetliste cuda, utkane z nici białego światła. Jest ich morze. Otaczają mnie tłumem i zbliżają się. Pochylają. Witki konarów oplatają przestrzeń wokół. Wszędzie drzewa. Kochane… coś takiego mi pokazać? Choć widziałem to już raz. I wtedy też widmo drzewa się powiększało. Zastanawiałem się wówczas, czy ono pokazuje jak jeszcze wzrośnie, czy dokąd sięga jego aura. Głos! Brzmienie z poza czasu odzywa się z jednym zdaniem:

– Pora już, by ludzie poznali prawdę o nas. Czemu, dlaczego tak się ociągasz z pisaniem? Czemu zwlekasz. Dlaczego pomijasz tyle…

Jaką prawdę…No dobra, wiem. Niezmiennie ta sama. Pragną, abyśmy zaczęli je inaczej postrzegać. Byśmy zauważyli, docenili, i poczuli, jak wiele mogą dać nam żywe, nie jako ścięte ‘’drewno księżycowe’’, czy inne wymysły ludzkie. Tak rozmyślam. Bo skoro taki Jesion Jaremi, potrafi obdarzyć stanem dzikiej radości do łez, to jaki sens byłby ściąć go na deski, aby zrobić dom? Co nam wtedy da? Już nie zawibruje, ani nie uśmiechnie się z ciszą. A tymczasem, ze zdziwieniem nieraz przyjmowałem wiadomości od ludzi zgłaszających się po przesłania od Drzew Mocy, z zapałem opowiadających mi o swej miłości drzew, ‘’drewnie księżycowym’’ i pragnieniu zamieszkania w takim domku. Konsternacja. Coś jak ‘’kochanie zwierząt’’ i zjadanie mięsa. Potem przestałem się dziwić, i tylko uprzejmie wyjaśniałem jaki mam na to pogląd. Teoria ‘’drewna księżycowego’’ wydaje się być szczególnie krzywdząca, wobec tych mądrych Istot Ziemi, bo przecież podczas pełni, podobnie jak my są bardzo pobudzone, rozmowne, kontakt jest łatwiejszy, i szybciej dzieje się z nimi wszelkie uzdrawianie, oraz na głębszych poziomach niż zazwyczaj. Ale ktoś wychwycił, że wtedy drewno nabiera jakichś szczególnych właściwości jako budulec…

Od podstawy pnia jesionu, nadchodzi znajome już dudnienie. Płynie przez nogi. Ziemia mówi. Spajamy się razem, w jej brzmieniu. Zupełnie jak u Jarema. Widać, to taki już urok i moc jesionów. Wędrowcy Wymiarów całkowicie zestroili się z planetą, na jakiej przyszło im żyć. Przed oczami stają mi wszelkie stworzenia ją zamieszkujące – od lisów, królików, borsuków, ptaków, węży w norach i jamach, po owady, grzyby, bakterie i jeszcze mniejsze przejawy życia nieznanych mi nazw. Jaka ona bogata! A wszyscy oni znajdują w niej schronienie i przestrzeń do życia. Wszystkich chroni i obdarza tym, czego potrzeba. Bezpieczeństwem, opieką, pożywieniem. To nasz dom. I nie na wyłączność. Innego nie mamy… Jak łatwo zapominamy. Wtedy ogarnia mnie wzruszenie. Że Matka to tak czuła, opiekuńcza, kochana, a my ją tak…Śmieci, opryski, beton, wyjałowienie, wygnanie drzew… Skarży się.

Black-fox-fox-24572813-862-500

Z odmętów przemyśleń wyrywa mnie impuls, aby otworzyć oczy i się rozejrzeć. Dostrzegam zmierzającego z pola lisa. Kieruje się ku mnie. Natychmiast robię się czujny, obrazy odpływają. Chyba usłyszał jak płaczę. Ale, co to za lis! Jaki piękny.Takiego jeszcze nie widziałem. Jest duży, dorodny, a sierść lśni w czystym ognistoczerwonym kolorze. Błyszczy śnieżnobiałe podgardle. Wstępuje w trawy i znika nagle. Spoglądam na jesiona. To Ty mi go tu prowadzisz?

Szelest. On wychodzi nagle. Myślałem, że udał się do nory nieopodal. Zamieram w milczącym zachwycie. Nie chcę go wystraszyć najmniejszym szmerem. Jest cudowny. To najpiękniejszy lis jakiego widziałem. Ten kolor, jego wielkość… Łapki spowijają czarne ‘’skarpetki’’. Prawdziwy, najczystszy polny lis. Wiem, że potrafią różnić się umaszczeniem. Bywają odcienie złocistego, szarego, wyblakłego rudego, a nawet z domieszką czerni. Napięty mój bezruch na bezdechu. I choć opis trwa, on tak jak wyszedł, niemal za chwilę spogląda na mnie. Węszy w moim kierunku. Co się dzieje? Dlaczego się nie boisz? Czemu nie uciekasz? Szaleje głowa. Umysł, możesz się wreszcie zamknąć? Nie ma opcji, aby mnie nie widział. Jego zielonkawe, nieco żmijowate oczy wpijają się w moje. Darzymy się rozpoznaniem. Dostrzegam ciekawość, wiedzę i..zaufanie. Jakby wszystko o mnie wiedział. Już dziękuję mu w duchu. A on…po prostu siada. Te parę metrów obok. Ogonem jak gdyby automatycznie owijał mu kuper i łapki. Patrzy w dal – też w kierunku Jesionu. Na krzaku tarniny przysiada sikora bogatka. Mam ją na wprost twarzy. Trochę przeskakuje zdezorientowana, i ja już czuję o co jej chodzi – przyleciała do dziupli na nocleg w tej tu obok jabłonce, a widząc nas trochę zgłupiała. Jest już po zachodzie słońca, choć widno. Ona zaczyna czyścić pióra. Beztrosko. Po czym jednak znika w tej dziupli. Lisisko liże sobie pierś. Co za widok! Przecież to dziki lis polny! Co tu się dzieje… Szybka myśl o zrobieniu zdjęcia. Może aparat smartfona coś jeszcze uchwyci. Jest w plecaku, na którym właśnie siedzę. Ehh! I kiedy lekko podnoszę tyłek, aby coś zadziałać, rudzielec spogląda raz jeszcze z przekorą, po czym rusza wprost do jabłonki. Obwąchuje ją. Jeszcze krok, i rozpływa się w morzu traw…

Kiedy wzywają duchy lasu, nigdy nie wiadomo, jak się objawią. Odwiedził mnie rudy książę pól, a swym darem i chwilą przekazał więcej niż kolejne 1000 słów opisu. Potwierdził jesionowe przesłanie. Stawił się na wezwanie drzewa. Posłaniec Ziemi. Bym nie wątpił, że to się dzieje, i jest możliwe. Mieszkańcy podziemnych korytarzy, odwieczny lud nor, jam i wykrotów posiedli już najcenniejszy skarb tego świata. Dla mnie to po prostu…ich cicha obecność, zaufanie, i zorza zachodu, podziwiana dla odmiany, wspólnie z lisem.

Gdy podnoszę się z pod drzewa wcale nie mając ochoty wracać, daleko w szarym mroku dostrzegam jeszcze stojącą sarnę. Jej biały zadek, odcina się żywo na tle świerkowego zagajnika. Nie wiem, jak długo tam tkwiła.

12558bb3ee88381e10ed51a16e7e178b

Kiedy jelenie psocą, lis harcuje.

Poranek objawił się w podmuchach zimnej wichury. Jakby chciał ocucić leniwe puchate życia drzemiące jeszcze w zakamarkach gałęzi, dziuplach sędziwych i resztkach wiszących gniazd dających już niewiele schronienia. Choć świt budził nieprzyjemnym chłodem, w zwierzęcym świecie nie ma leniuchowania. Z brzaskiem trzeba zadbać o podstawowe sprawy – jedne spieszą do legowisk i barłogów po nocnych ucztach, inne korzystają jeszcze z niemrawości świata, zapychając żołądki przed dziennym spoczynkiem. Noc minęła przyjemniej. Ubywający księżyc przebijający się przez zasłonę kłębiastych chmur, mlecznym rozbłyskiem co i raz posrebrzał polną pustkę. Wiatr tańcował. Siedziałem właśnie pod opieką samotnego klonu, w oczekiwaniu na daleki przemarsz wędrujących tutaj zwierząt. Drzewo szemra wręcz szalenie, raz po raz sypiąc kaskadami liści. Jesień wyśpiewuje swój zaczarowany sonet. Mimo, że księżyc raz po raz znika, widoczność jest dobra. Decyduję się ruszyć, zanim całkowicie zamarznę. Tylko kawałeczek, ale zawsze się człowiek rozgrzeje. Wędruję w kierunku olchowego zadrzewienia, jakie majaczy się na horyzoncie. Tam, pod opieką wierzb i jesionów, w takiej mieszanej ‘’olszynce’’ lubią zatrzymywać się na postój różne zwierzaki. Zwłaszcza, że w środku jest bagienko.

mystical-forest-wallpaper-2048x1152-mystic-resolution-hd-4k-wallpapers

Po drodze mijam ogrom tropów. Odcisnęły się pięknie w napuchniętej ziemi, po całonocnych deszczach. Lisy, zając, sarny, jelenie, dziki. Kogóż tu nie było! Aż mi nieswojo lekko, bo mam świadomość, że o tej porze to ich czas i ich świat. A przeszkadzać im nie chcę. Przemieszczam się tylko dlatego, że siedząc tam właśnie będę osłonięty od wiatru i będzie jakoś znośniej. Tymczasem…

Coś dostrzegam. Kawałek za olszynami, fikają jakieś sylwetki. Nie uciekają. Tylko… jakoś tak dziwnie się zachowują. Wypatrzeć na polu zwierzę podczas nocnego spaceru, nie jest wcale trudno, jeśli mamy księżyc, nawet gdy kryje się w chmurach. I tak rozjaśnia. Najlepiej patrzeć cały czas na horyzont, wtedy jest spora szansa, że dostrzeżesz z daleka sarnę, jelenia lub dzika, zanim one usłyszą Ciebie. I tak też właśnie teraz się dzieje. Przykucam natychmiast. Po to, aby widzieć wyraźniej – od spodu i na tle nieba. Szybko rozpoznaję kilka jeleni. Ale co one do wszystkich bobrów tam wyprawiają? Biegają pod zagajnikiem, jakby dostały kręćka. Mam szczęście. Dostrzegłem je, zanim zostałem usłyszany. Cichutko kładę się na ziemi, aby obserwować nietypowe zjawisko…

Zabawa. A one gonią się…z liśćmi. Pewnie pierwsza jesień w życiu niektórych z nich. I dziecięce psoty. Po najedzeniu, w pełnym oswojeniu już ze zjawiskiem, tegoroczne cielęta wzięło na brykanie. Choć widzę, że większe też sobie używają. Jeden tylko stoi nieruchomo. Pewnie czuwa nad resztą. Klony osiadłe na skraju zagajnika, sypią co i raz salwami burych listków. Wyobrażam sobie szelest, choć z tej odległości nie słyszę. Wtedy zaczynają się ganiać. Zupełnie jak pieski. Bryk, skok, kawałek szalonego galopu, zwrot! Jeden znika mi z oczu raptem. Gamoń wyłożył się plackiem na śliskiej ziemi, z tego całego rozpędu. Jestem zachwycony i oczarowany, ale nie do końca zdziwiony. Jakie to cudowne   Takie wybryki i radość życia widziałem już u saren i bażantów, i właśnie im też wtedy towarzyszyły liście. Kogut trzepotał skrzydłami, a kurki biegały tu i tam, jakby zacieszały się powodowanym w ten sposób szelestem. Tym tu widać pogoda nie dokucza tak jak mnie. Póki co, nie pójdę pod zagajnik. Kładę plecak pod brodę i czekam…

wallpaper2you_69939

Ledwo dostrzegam, jak z olszyn w pole wypełza jeszcze coś. Niewielka smuga. Lis! Idzie prosto na nie. Z jednej strony nie rozumiem manewru – chce je wkurzyć? Albo jest tak ufny w śmigłość swych łap, i znajomość terenu. Nieopodal zakrzaczony rów. Bariera bezpieczeństwa. Jeden z jeleni ni to z gruchy, rusza z brawurą na sznurującego przy ziemi mikitę. Dzika szarża. A sio! Pognał! A lisury już nie widzę. Pojawienie się lisiego płomienia, wytrąca całe towarzystwo z harcującego nastroju. Teraz stoją. Podjadły rzepaku i cóż… czuję, że wreszcie ich pora. Dochodzi 5 rano. Nie mylę się. Koczujące sylwetki, powoli zmierzają w kierunku rozległego lasu. I sam nie wiesz, czy to może sen? Płowe zjawy, zachwyt cichego wędrowca…W ciemności kwili nieznany mi odgłos. Przypomina ptaka. Musiały go spłoszyć.

Świt dziś nie ozłocił majestatu w promieniach bladego słońca. Czas to jeszcze burych wichur i wybuchających znienacka deszczów. Sikorzy lud, pierwszy wita zawołaniami kolejny dzień swoich zmagań. Sarny łączą się w pierwsze zimowe grupy. Na razie po kilka sztuk. Momentami drą ciszę na strzępy ochrypłe wrzaski czupurnych sójek. Cudaczne bażanty, dziarskimi okrzykami dają zew swojego istnienia. Wiewiórki z uporem dopieszczają kunszt skrytych gniazd, i czynią ostatnie zapasy przed zimowym lenistwem. Na skrzydłach nieujarzmionego wiatru, w tańcu z magią kolorowych liści, w cieple serca układa się on. Czuję jak rozpływa się wewnątrz i przenika swą radością, mimo dojmującego zimna. Jesienny oddech Leśnej Mocy 

original_red-magic-a-red-painting-with-red-deer-at-dawn