Leśne przedszkole. Przyrodnicze wędrówki edukacyjne dla dzieci i rodzin.

Smutno było wędrowcom, gdyśmy dowiedzieli się, że nie można zachodzić już do przedszkoli i szkół, aby z gawędą i prezentacją poopowiadać o sprawach lasu. Dlatego tego roku zapraszamy do Krainy Szeptów, prosto do Czeremchowej Puszczy, na lekkie i przyjazne wędrówki rodziny z dziećmi, dostosowane wesołym programem pod edukacyjne potrzeby najmłodszych. Żywa lekcja przyrody w terenie, ze śpiewem ptasim, owadami, śladami, gniazdami, norami – wszystkim co podczas marszu napotkać można, a co będzie wołało o wyjaśnienie. Dzieci to wyjątkowi, ciekawi, i zaangażowani słuchacze, pełni pytań i żądne wiedzy, dlatego uwielbiam przekazywać im swoje opowieści, a potem cieszyć, kiedy same opowiadają, co udało im się odkryć w kniei. Takie wyprawy już się odbywały w minionym i bieżącym roku, co można zobaczyć na załączonych zdjęciach.

P90807-132136

P90807-115046

P90807-123746

Celem warsztatów jest przekazanie najmłodszym podstawowej wiedzy o sprawach lasu, zaznajomienie z gatunkami roślin zwierząt, oraz podlanie ziarenka wrażliwości i troski, wobec dzikich mieszkańców pól i kniei.

CO W PROGRAMIE?

– Wędrówka z lornetkami i przyrodnicze opowieści

– Skakanie po sianie i zjeżdżanie na słomie

– Sztuka uważności: Co żyje wokół nas? Zapoznanie z gatunkami ptaków, owadów i ssaków.

– Miecze świetlne

– Opowieści wędrowca: Czytanie leśnych baśni i wspominki
prawdziwych przygód przewodnika podczas gawędy

– Księga Kniei: Odczytywanie znaków, tropów, i śladów, sztuka tropiciela

– Gry, zabawy, gonitwy, tańce i skakańce

– Muzykowanie i rysowanie

– Pamiątkowe pióra

– Szukanie krasnoludków, elfów i driad 🙂

Podziękowanie to 200 zł od uczestnika. Kwota nie obejmuje noclegu w kwaterze. Gościniec posiada kuchnie dla gości, jest też możliwość zamówienia śniadań, obiadów, kolacji.

Wędrówkę i zajęcia poprowadzi Sebastian Czeremcha – pisarz, wędrowiec, tropiciel i obserwator przyrody. Autor bloga ‘’Szepty Kniei’’, gawęd, wierszy, ballad, opowiadań i książek. Więcej o mnie w zakładce TUTAJ. 

60337814_1306148059541690_229264684245581824_n

60345186_816676132033871_7597015453986193408_n

P00215-154831

LINK do kwatery gościnnej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Przegląd innych wędrówek, warsztatów, zajęć i spotkań:
https://szeptykniei.wordpress.com/warsztaty-wydarzenia/

Kontakt i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

P00314-161350

P90807-124621

P00215-163451

Pamięć sarniego rodu. Dlaczego zwierzęta przychodzą nocami do miast?

Już nigdy nie zaprzeczę, gdy ktoś powie, że moja dusza przyciąga do siebie zwierzęce sytuacje  Wracałem sobie z lasu nocą, już po obserwacjach, wrażeniach, radościach, jestem niemal przy swoim osiedlu. Patrzę, a tu kozioł sarny wyłazi na asfalt. Ale, idzie tyłem! Stosuję manewr ‘’składkowy’’, zeskakuję z roweru na obie nogi cicho, jak się nauczyłem. Nie usłyszały. Zwierz cofa się, z łbem nastawionym. Szybko się okazało, że są dwa i jeden naciera na drugiego. Zaczęły się trykać na środku drogi! W świetle ulicznych latarni wyglądało to surrealistycznie i zjawiskowo. Dyszenia, sapania, poświsty, oddechy, jak to u saren. Szał rui – teoretycznie tylko to tłumaczy, ryzykowane zachowanie. Jest przecież środek lata, nie szukają tu pokarmu, bo wszędzie go w bród. Następnie jeden zepchnął drugiego przez drogę, na ostatnią niezagospodarowaną i nieopłotowaną działkę, pełną krzaków. Ja poszedłem tam cicho za nimi, po pierwsze ciekawość, bo wszędzie wokół osiedla, one były tam uwięzione. A już autobus i auta jechały. Chciałem w razie co, dać znać kierowcom. Kozły na tej działce się goniły, ale gdy wszedłem nieco ścieżką w ciemność natychmiast rozdzieliły, a jeden stanął i mnie obserwował jak widmo. Chyba liczył na swój naturalny kamuflaż. Auta przejechały z hałasem, na sarnach nie zrobiło to wrażenia. I potem jeden zdecydował, że sobie wyjdzie, i to udało się nagrać.. Wcześniej byłem za daleko.

W pozornie pięknej i wesołej sytuacji, kryje się tragedia sarniego plemienia. I niech to wszystko pozostanie moją osobistą interpretacją, z którą nie trzeba się zgadzać. Ta ciemność, do której zeszła sarna na nagraniu, które umieściłem na swoim FB, to już rozjechany koparkami teren, pełen kabli, rur, ceglanego tłuczka – oto nowe działki są ‘’uzbrajane’’ pod przybycie kolejnych osadników. Dwa miesiące temu, jedna sarna leżała w tym samym miejscu po potrąceniu martwa, pamiętam chciałem zrobić zdjęcie i opowiedzieć jak to widzę. Ale to też była noc, a za dwa dni szczątki były już rozdarte mocno przez lisy czy koty. No bo co skłania sarny, do niebezpiecznych marszy do stolicy ludzkiej, wprost na orzęsione światłami, pełne pułapek skupiska?

Pamiętam dawniej tą okolicę. Wokół, jak sięgnąć okiem, same pola… Sarny zawsze wędrowały tędy w ciemnościach, a i za dnia, migrując pomiędzy odległymi lasami, szukając spokojnych żerowisk, towarzystwa innych swych braci i sióstr. Odwieczny przesmyk, szlak znany tylko zwierzętom… Zapisany w umierającej, gasnącej pamięci. Ona odejdzie, wraz z ostatnim śmiałkiem uwięzionym w labiryncie opłotków.

Sarny to wiedzą. Mają to zapisane w genach, nogach, kopytkach. Tędy wędrowały od pokoleń, zawsze. Tutaj prowadzi je instynkt – jak ongiś ich babcie, dziadów i przodków. Tędy maszerowały chmary, ciągnąc kilometrami przez śniegi zasp. Nocą, jest w miarę cicho. Można się ośmielić. I będą tutaj przychodzić, dopóty ostatni wolny skrawek nie zostanie odcięty siatką ludzkiej dominacji. Wtedy znów się cofną. Ustąpią. Jak wszystkie zwierzęta, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat musiały opuścić swoje prastare ostoje, pielesze i siedliska, które zawłaszczył człowiek pod swoje budownictwo. Przyjdzie dzień, że tego miejsca zabraknie. Dla nas i dla nich. Ciekawe, czy wówczas spróbujemy jakoś żyć razem, czy może zatracimy się w ‘’misji’’ świętej ekspansji ‘’jedynego słusznego’’ gatunku?

O takich sprawach wiedzą chyba tylko wędrowcy. Ci, którzy żyją blisko zwierząt i śledzą ich zachowania. Nowoczesnego człowieka to nie obchodzi. Trzeba się wybudować i mieszkać, a potem pracować. Zwierzęta mają być w lesie, a może tam też nie, bo ‘’robią szkody’’, więc może jeszcze lepiej w zoo. A najlepiej w książce na obrazku. Niech nie zbliżają się do nas, i nie ‘’stanowią zagrożenia’’ dla kierowców. Fragmentaryzacja siedlisk, ich poszarpanie, nie branie pod uwagę w planach przestrzennego gospodarowania, prowadzi do takich sytuacji. To jest naprawdę dramat. Żyjesz dziko, przemierzasz, kryjesz w zaroślach, przemieszczasz nocami i kluczysz, byle tylko uniknąć hałasów świata cywilizacji. Ich świat umiera, kurczy się, znika, każdego dnia. Nie mogą zaprotestować, zrobić petycji, wyrazić sprzeciwu, wypowiedzieć się. Możemy my – spróbować je usłyszeć, i spojrzeć kawałek poza czubek swej rezydencji, i często wyimaginowanych ‘’potrzeb’’. Ale przecież to tylko sarna, zdechnie sobie na poboczu i szybko, zapomnimy o sprawie. Wrócimy do swoich obowiązków. Zezłościmy na wgniecioną karoserię i głupiego zwierza.

A ja stoję wciąż, taki szczęśliwy i tonę w przemyśleniach. Jestem świadkiem. Kronikarzem. Ostatni taniec dzikiej energii, przed nieuchronnym panowaniem betonu, tui i przyciętych wzorowo trawników, miał miejsce właśnie. W mojej pamięci sarny zostawiły swoje wieczne pozdrowienie, obojętnie, co z tym miejscem dalej się stanie.

40969392_2152939054958826_6338813096867704620_n

Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność. Jeśli w swoim sercu poczułeś prawdę tej historii, możesz pomóc mi w tworzeniu kolejnych, abym dotarł z nimi jeszcze dalej, niż obecnie wynosi zasięg bloga. Wszystkie swoje wędrowne sprawy utrzymuję z dobrowolnych darowizn od osób, które chcą współtworzyć ze mną to miejsce. O tym na co przeznaczane są wpłaty, przeczytasz szczegółowo na zbiórce, do której wsparcia leśnie Cię zapraszam – jednorazowego, lub częściej.

https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

Czarny jenot, czyli wędrowny dzień barda.

Zwierzęta są wrażliwe artystycznie. Na pewno słyszeliście o malujących słoniach czy świnkach, ale moje zdziwienie w poznawaniu ich świata wzrasta notorycznie, kiedy gram w lesie. Tego popołudnia dąb niespodzianie wezwał. Wahałem się bardzo czy ruszyć, no bo sobota, więc w lesie będzie dość tłoczno. Jak się okazało, nie było nikogo, widać wszyscy na grillach itp. Żadnego biegacza czy rowerzysty. Drzewo wiedziało. W ostatniej chwili przed wyjściem, łapię z półki kalimbę, też zdumiony dlaczego akurat Krzesimir woła, bym ją zabrał. Znam przecież niemrawy, mruczący charakter dębów, czyżby jednak lubiły słuchać srebrzystych, krystalicznych dzwięków, zamiast swojego dudnienia?

Gdy jadę do lasu, drogą prosto na mnie zasuwa zając. Pierwsze powitanie na dobry początek. W szarym kolorycie podeschniętej ziemi wygląda jak duch. Rozpływa się jak widziadło. Ktoś inny wziąłby go za omam.

Siedzę pod nim. Momentami, dłonie wybuchają ciepłem. Wtedy wiem, że drzewo pracuje ze mną, choć go nie słyszę. Ucieszył się gromko z tego przyjazdu. Chwilami pogrywam kalimbą. Już wieczór osiada. Rzeczywiście, nie było ani jednego człowieka. I jakoś nagle się obracam. Na drogę z lasu wyszedł właśnie zajączek, jednak widząc moją głowę natychmiast się cofa, bo ‘’został zauważony’’. Musiał jednak słyszeć jak pogrywam, mimo to, szedł. Teraz siedzi w zaroślach, i nadal mnie obserwuje. Kilkanaście metrów dalej, na lucernie pasie się sarna. To stara roślina pastewna, dziś już rzadko uprawiana, bardzo lubiana przez zwierzęta. Dlatego tego roku, Krzesimir bardzo cieszy się towarzystwem. Są tu za dnia, a od wieczora można na poletku naliczyć po kilka. Raj dla fotografa. Gdybym nim był. Gram celowo głośniej, ale sarna nie zwraca na to żadnej uwagi. Dzwięki Kalimby, choć srebrzyste i kryształowe, widać nie różnią się dla niej od śpiewu ptaka. Są jak część otoczenia, pieśń natury. Cieszę się bardzo, że mogę podarować swojemu kochanemu lasowi te odgłosy. Mija nieco czasu. NA dębowy konar zlatuje Drozd Śpiewak – ten zanurza zmierzch w kunszcie swej znakomitej pieśni. Siedzi tuż nade mną. Ja gram, on śpiewa. Duet. W zaroślach z tyłu coś szeleści. Chodzi, chrzęści, i zbliża. Kiedy cichnie, obracam głowę. Na drodze stoi jakiś zwierz. Nie rozpoznaję. Przypomina trochę przerośniętą fretkę. W pierwszej chwili biorę go za większego kota. Bo jest niemal cały czarny. Zwierzak robi jeszcze krok, i wtedy zapalają się jego dziwne oczy w tamtym momencie wydają mi się żółte, jakby świeciły. Ozdobny, futrzasty, gęstszy kołnierz wokół szyi. Jest też smukły, gibki. I mimo tylu niewiadomych sprzecznych rozpoznaję – toż to jenot! Ale dlaczego czarny? Bywają one szare, siwe, zawsze z jakimś srebrzystym akcentem. Grube i puchate. A ten szczupły taki, jak sportowiec jaki. Może młody? Na to wygląda. Oczywiście, przez cały ten czas gram. Tkwi taki piękny, czujny i nieziemski. Mimo maleńkości wygląda dostojnie i groznie, jak najbardziej dzika pantera. Jenot rozgląda się, po czym wnika w pobliskie gąszcza. Kolejny duszek puszczy, zaszeleścił. A ja w podziwie i szczęściu, zastanawiam się, jak w ogóle o tym komuś opowiedzieć…

Niebo wygląda dziś, jakby było pomalowane od spodu. Granatowe obłoki lśnią czerwienią, malowane przez ostatnie promienie zgasłego słońca. Horyzont jest jednym pasmem szkarłatu. Na tym tle, żeglują powolne czaple. Powrzaskują do siebie ochryple. Zmierzają pewnie ku wodzie. A mi przypomina się, że to już któryś raz, kiedy w tym tygodniu widzę czaple. Zwierzęta Mocy. Chcą coś powiedzieć. Trzeba będzie sprawdzić.

Komary zaczynają imprezę. Sarnie nie przeszkadza moje poruszanie się. Czasem spogląda w tym kierunku. Lucerna lepsza. Po pożegnaniu z dębem idę już drogą prowadząc obok rower i obserwując sarniątko na poletku. Spogląda, słyszy. Ale nie podejmuje ucieczki. Lekkie krzaki na poboczu, dają jej poczucie bezpieczeństwa. Ja jednak będę musiał się pokazać. Chcę jeszcze wejść na ambonę i posiedzieć do ciemności. Dopiero teraz zwierzak robi kilka susów, ale widać, że są one leniwe, wymuszone. Posyłam jej w myślach przeprosiny i ciepłe myśli bezpieczeństwa. Ona wie. Zatrzymuje się tylko kawałek dalej, nie zwracając już uwagi na moje wdrapywanie się, przebieranie, wiercenie za wygodną pozycją. Mimo że bywam ostatnio tu rzadziej, wciąż mnie pamiętają. Każdy znalazł swoje miejsce. Zależało mi, bo zanim zorza zachodu dogaśnie, można tutaj obserwować arcyzwinne nietoperze. Już nie zamierzam grać. Obserwuję pogrążające się w ciemnościach poletko. Bezwietrznie. Jaki spokój. Dalekie auta na szosach, suną światłami. A tutaj borsuk oto, z posapywaniem wynurza się z trawy i przechodzi tuż pod amboną. Oko rozróżnia jeszcze biel przy jego głowie. Sarny zamieniają się w duchy. Ich szare cienie krążą na polu, pogrążone w raju lucernowego pastwiska. Jedyne odgłosy jakie słychać, to urywane szarpanie, kiedy płowe pyszczki wyrywają kolejne kęsy. Koncert żerowiska. Jak opisać to komuś, kto nigdy nie miał okazji słyszeć? W głębokie ciszy, pogłosy zrywania i przeżuwania odmierzają minuty, godziny, bezczas… Koc rzucony na nogi, grzeje błogo. Pora zatopić się w Nocnym Czuwaniu.

DZIĘKUJĘ ZA TWOJĄ CZYTELNICZĄ OBECNOŚĆ Po więcej opowieści zapraszam do książki ”Szepty Kniei”:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

🥰 A jeśli podobała Ci się ta historia, możesz okazać WSPARCIE dla mojej działalności autorskiej, podziękowanie czy pomoc, którą można zostawić TUTAJ:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

24954295828e13c17aff9c40339fe514

Jastrząb kontra zając. Imieninowa wyprawa w podarunku.

Po raz pierwszy chyba w swojej wędrownej ”karierze” jestem oto prezentem.

No może nie ja, tylko wszystko co się wokół dzieje. Napisał do mnie pan Jacek, znajomy z okolicy, z takim pytaniem, czy można u boku Szeptów Kniei zażyczyć sobie wyprawę jako upominek – dla kogoś bliskiego. Pomyślałem, że to musi być coś bardzo wyjątkowego dla osoby obdarowanej taka wyprawa – niespodzianka. Jacek sprezentował więc wędrówkę  swojej mamie na imieniny i oto jesteśmy

To ptasia wyprawa obserwacyjna. Mamy lornetki, atlasy i książki – terenowe, poręczne przewodniki. Uczymy się rozpoznawać skrzydlate śpiewy i poznajemy ciekawostki. Na wyprawach u niejakiego Wędrowca, spełniają się marzenia. Mariola bardzo chciała zobaczyć lisa – no i zgadnijcie, co też jako pierwsze pokazało się na łące Rudzielec wybrał się tutaj na myszy. W ambonie buja i przewiewa, ale na kukurydzę wyszła sarna. Wyjada chwasty spomiędzy upraw. Pożytek sprawia. Pszczoły na ulach kołyszą się niemrawo. Łąkę opanowały jaskółki, które w szalonych pląsach pływają tuż nad ziemią. Dzień senny, wietrzny z nieustannym pytajnikiem deszczu. Czasem siąpi. Kiedy sarna kryje się w zbożach złazimy z czatowni i ruszamy na przygody ptasiego szlaku – do trznadli, zięb, skowronków, potrzeszczy, gąsiorka, sikor, dzięciołów, pokrzewek, kosów i… jastrzębi.

P00620-161615

Siedzimy na skraju kniei, zajęci małą leśną edukacją. Zabrałem do plecaka niewielkie, a ilustrowane książki i przewodniki z ptakami. Na bieżąco więc oglądamy to co się odzywa i zapamiętujemy gatunki. Jakże się cieszę, że są ludzie, którzy chcą poznawać, odkrywać właśnie ptaki! Lornetki pracują i przeczesują wytrwale. Przed nami wspaniała sucha murawa, pełna wyjątkowych, odpornych i krzepkich roślin. Aż nie chce się wierzyć, że lada moment powstanie tu kolejne osiedle. Tymczasem podziwiamy bogactwo traw i kwiatów. Chabry przeplatają z dziurawcem, tu i tam srebrne kępy ‘’czegoś’’ i rubinowe klejnoty koniczyny pogiętej. Pod nimi plotą swoje ścieżki różane powoje. Traw zbytnio nie znam. A i one puszą się kitami, stroją pióropuszami i odziewają szkarłatami kolorów. Obok kołyszą wielkie ‘’dmuchawce’’ pępawy dwuletniej, kozibrody, pięciorniki… Trawy tworzą falujące łany, dywany rude, brązowe i płowe…

P00620-204004

I nagle Mariola robi wielkie oczy. Odwracam głowę, a tam, niemal tuż za mną – jastrząb, a dokładniej ‘’koziołkująca’’ wielka samica. Wcześniej dziwne nawoływania niosły się po lesie – dopiero teraz pojmuję, że to musiały być wrzaski jastrzębiego podlota, a matka czatowała tutaj na coś. Wszystko dzieje się tak szybko. Jastrzębica w powietrzu, a prosto na nas pędzi przerażony zając. Drapieżnik salwuje się w górę, a szarak wymija nas w ostatniej chwili, dzikim unikiem.

– Uff!

Patrzę na Mariolę – jest zachwycona i oniemiała. Ja też. Bo to nie jest częste widowisko! Knieja właśnie ukazała wędrowcom jeden ze swoich największych sekretów, wyreżyserowała najprawdziwszy spektakl. I tak to przy mnie zwykle jest… Nie wiem jak, dlaczego, ale po prostu zwykle na wyprawach wydarzają się takie przyrodnicze rzeczy, które dusza zapamięta na wieczność. Chyba już przyciągam takie sytuacje.
Oboje wdzięczni i wzruszeni. Taki dar, takie widowisko!

Gdy wspinam się na czatownię, wiem, że to nie koniec będzie wrażeń. Oto na skoszonej łące stoi sobie para żurawi. Mamy je od razu na widoku. Ptaki raz zakrzyczały, a potem się uspokoiły. Czyściły pióra, co oznacza, że czuły się bezpieczne. Między nimi kica zając. Zwierzęta nie zwracają na siebie większej uwagi. Szary horyzont zwiastuje nadejście kapuśniaczku. Zaczyna siąpić. I wtedy…

Najpierw olbrzymi tak rozpościera skrzydła w pozycji ‘’na orzełka’’ – jakby chciał pokazać się w całej okazałości. Dla nich to rodzaj przeciągania. Najpierw on, potem ona. Łopot. Podskok. Ptaszyska zaczynają swój czarowny taniec. Żuraw dosłownie podskakuje, i ‘’piruetem’’ obraca się wokół własnej osi. Przed nią. Jakie to piękne! Ona kiwa się, kłania i również wykonuje taneczny podskok, ze swobodą nóg po bokach. Widzieć żurawi taniec, to niezwykły uśmiech losu…

Otaczają nas sarny. Odrastająca łąka wabi zielenią smacznych ziół. Ja tylko przepatruję wzrokiem przestrzeń aby niczego nie przegapić i wskazać, Mariola przyklejona do lornetki. W zupełności rozumiem – widzieć zwierzę z taki bliska, podziwiać jakie rośliny skubie, jak się drapie kopytkiem, potrząsa uszkami, otrząsa z kropel… A wszystko to bez płoszenia, przeszkadzania, we wspólnym nieświadomym istnieniu obok siebie. Mnie lornetka fascynuje dotąd, choć saren się naoglądałem w życiu. Z boku wychodzi ‘’maluch’’ – tegoroczne kozlę, już sporo podrośnięte. Za nim krząta się matka. W oddali gnają kolejne dwa kozły – te w zapamiętałej gonitwie, uprawiają jakąś rywalizację.

Ze stanowiska schodzimy po godzinie 20 tej – zimno się nasila, noc zapowiada chłodna, a dodatkowych ubrań brak. Minęło prawie 7 godzin w terenie. Żurawie schodzą do olszyn. Tam znikają. Były z nami niemal dwie godziny. Sarny opuszczają zielone pastwisko. Zupełnie jak aktorzy, znikający ze sceny… Choć wiem, że to nie koniec na dzisiejszy wieczór, a więcej zwierząt pokaże się dopiero o zmierzchu.

P00620-172507

Ktoś kiedyś pytał, czy można zażyczyć sobie wędrówkę na prezent – jak najbardziej, z ogromną radością realizuję takie Vouchery. Wędrówka na prezent urodzinowy, imieninowy, rocznicę – czemu nie? Wyjątkowe to i pełne niezapomnianych wrażeń świętowanie.  Zapraszam na indywidualne spacery obserwacyjne z lornetkami w krainie Szeptów – przez całe lato, jesień, zimę i wiosnę edukacyjnie wyprawiamy się na ptaki, podglądanie zwierząt, a leśną wiedzę budujemy nie tylko na książkach, ale i do posłuchania będzie moja wędrowna gawęda, z osobistych doświadczeń W okolicy jest Gościniec, który podejmuje Wędrowców także z daleka, razem z wyżywieniem, a do dyspozycji gości są kuchnie.

KONTAKT i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie! 

Topolowa transformacja. Drzewa usuwają emocjonalne blokady, i pomagają usłyszeć głos duszy.

Historia z tej wyprawy jest o tyle wyjątkowa, że napisana w dużej mierze przez mojego gościa. Pogrubione i pochyłe przerywniki pokażą, gdzie zaczynają słowa Marysi. Maria sama zgodziła się szczerze wszystkim podzielić, ja nigdy nie nalegam – o tym czy pojawi się historia, zdjęcia i relacja na blogu zawsze decydują goście. Tym bardziej jest to świadectwo niezwykłe, bo ja sam opisuję i zapamiętuję zwykle przyrodnicze sprawy, za to tym razem będzie pełny obraz tego, jak wędrówkę przeżywa ”druga strona” i co się na niej zadziewa. Choć gdzieś moja skromność burzy się na pewne wypowiedziane tu słowa, postanowiłem w tekście niczego nie zmieniać, aby zatrzymać w pamięci całe dobro, jakie zrodziło się w naszych sercach. A zatem… 

Gdy ruszamy do lasu, jest już dość późno, a pogoda krnąbrnie psoci. Cały dzień popadywało. Maria chciała przyjechać na wyprawę ze swoją córeczką, jednak z uwagi na brak odpowiednich rowerów, zdecydowaliśmy się podążyć sami. Trawy mokre. Trochę ludzi korzystając z prześwitu wyszło na spacer, jednak niektórzy próbują traktować las, jak rajdowy tor przeszkód. Osobniki na quadach, w terenówkach. Gnają tak, że komuś urywa zawieszenie. Wychodzą, biadolą, ojej – no jakie to dziwne i trudne do przewidzenia. Las swoimi siłami zmusza do zatrzymania. Dla nich to czas na kolejną naprawę, przed następnym dzikim rajdem… Nie na refleksje. Zachód słońca jest dziś piękny, kula przebija mlecznie przez cienką warstwę chmur, rozsiewając aurę pomarańczowej poświaty. Pnie sosen ‘’zapaliły się’’ ognistym blaskiem. Gorzeją. Ten krótki moment kiedy słońce wisi nisko tuż przed odejściem, wydobywa się cały kunszt Drzew Ognia. Jakby wołały: Jesteśmy pożogą. Wielbimy ogień. Bo i sosna to gatunek, który doskonale odnawia się na pogorzeliskach, choć łatwopalna, jej smukły pień doskonale opiera się pożarom ściółki. Nie zajmuje tak łatwo. Po wizycie u Dęba Krzesimira zmierzamy do Topól, kiedy na horyzoncie zaczyna robić się szaro. Siwo. Tam już pada. I nawet błyska. Pierwsza letnia burza. W oddali, na ambonie dostrzegam zdziwiony siedzącego myśliwego. I on nas obserwuje swoją lornetką, a przynajmniej tak mi się zdaje. Chmura pędzi. Jakoś zawsze boję się burzy. Jeśli nie jestem akurat w domu. Jest dla mnie potężną manifestacją nieokiełznanych sił natury, tańcem kapryśnych żywiołaków. Proponuję powrót, ale Maria nie boi się. W jej twarzy maluje się indiański, stoicki spokój, a nawet radość wobec sunącego ‘’potwora’’. Myślę logicznie. Nie widziałem jeszcze nigdy ambony spalonej przez piorun, a samo drewno prądu nie przewodzi. Myśliwy nadal siedzi na swojej, jest na otwartym polu. Poza tym… Burze w mojej okolicy od 3 lat straciły na mocy, są naprawdę symboliczne, a często nie ma ich cały sezon. W ostatniej chwili wdrapujemy się na jedną z ambon mijanych na skraju lasu, wtedy deszcz zaczyna. Zacina z boku. Wyciągam komplet przeciwdeszczowy w postaci szerokiej peleryny, wystarcza dla nas obojga. Pokrowiec nasuwam na czapkę i jesteśmy niemal nieprzemakalni. Przed nami horyzont rozległych pól, szalejąca szara ulewa i sporadyczne błyski. Marii bardzo się podoba. Ja drgam przy każdym mocniejszym grzmocie. Ale wiem, że jesteśmy zaopiekowani. Że nic nikomu nie grozi. Burza nie okazuje się jakaś ‘’straszna’’, za to dość ‘’symboliczna’’. Z pola zbiega przemoknięty jeleń, gna pod opiekę kniei. Przecież w takich przypadkach, wszystko chroni się właśnie w niej, pod drzewami, w zaroślach…

Kiedy ‘’na widoku’’ już nie pada, cały czas słyszymy szmer. Trwa długo… Las ocieka sączącymi się strużkami, kroplami, które niosą jeszcze pamięć echa minionego szału. Ostatnie ptaki umilkły. Maszerujemy. Bezbłędnie omijamy lśniące lustra świeżych kałuż. Jesteśmy tylko my i szara, przyjazna ciemność. W niej widać odcinającą się ostro na horyzoncie, czarną sylwetkę sarny. Pasie się ‘’na szczycie’’ okolicy, niczym jedyna królowa.

🌸 MARIA (jej słowa): Krzesimir i leśna burza.

Najpierw pojawiliśmy się u Krzesimira. Usiadłam pod pniem, oparłam plecy i skupiłam się na odczuciach. Od razu zaczął mi pokazywać rzeczy, które widzi we mnie. Wyciągnął najpierw głęboki smutek, z którym przyszłam, a który związany był z moim Ukochanym i ja próbowałam go zepchnąć, jakoś schować czy coś. Powiedział mi, żebym po prostu powiedziała o nim Ukochanemu, żebym go nie ukrywała. Poczułam ogromną ulgę, że mogę to zrobić, że nie muszę już być z tym sama. Potem wyczuł we mnie oczekiwania odnośnie spotkań z Drzewami, że chcę (wstyd się przyznać), żeby do mnie mówiły, żeby komunikowały się obrazami, chcę słyszeć ich śpiew, a nie „tylko” czuć energię w ciele i emocje. W ogóle mnie nie oceniał i to było bardzo kojące. Nie mówił, że to źle, że tak myślę i czuję. Tylko pokazywał to takie, jakie jest. Poprosiłam, żeby zdjął ze mnie tę energię oczekiwań, że wiem, że to mi przeszkadza w pełnej otwartości na prawdziwy, głęboki kontakt, że sprawia mi to cierpienie, bo oczekiwania blokują zdarzanie się magii, a gdy nie są spełnione, powodują rozczarowanie. Ściągnął to ze mnie z łatwością, za moją zgodą, w mgnieniu oka. Zszedł głębiej we mnie i mówi; nadużywasz marihuany. Wiem- odpowiadam. Najpierw w pierwszym odruchu chciałam powiedzieć, że nie, przecież nie mam z tym problemu, że mogę nie palić. Ale On nie powiedział: przestań to robić, albo że to źle, że to robię, tylko, że widzi, że to robię i pozwolił samemu się przyjrzeć temu, jak tak naprawdę w głębi siebie się z tym czuję. No czuję, że nie do końca i nie zawsze mi to służy, a czasem nawet czuję się z tym bardzo niedobrze i wolałabym nie palić. Podziękowałam za głębokie wglądy i za bezwarunkową akceptację i za to, że tak od razu wszedł ze mną w kontakt, się otworzył. Pojechaliśmy dalej. Piękny zachód Słońca, różowo- pomarańczowy. „Płonące” sosny, magia. Słyszę grzmoty, zaczyna się burza. Sebastian mówi, że w takim razie wracajmy, no dobra mówię, Ty wiesz lepiej co robić, ufam Tobie. Ale chwila zastanowienia- ja się nie boję zimna, ani zmoknąć, ani burzy. Ja się boję burzy- odpowiada Sebastian, to będziesz mnie wspierać. Poszliśmy schować się przed deszczem na ambonę i oglądaliśmy olśniewające rozbłyski piorunów na niebie. Rozmawialiśmy o tym, że burza to przejaw siły Boga i że jest wspaniała. O mnie i mojej relacji z moim Ukochanym i z moją przyjaciółką Brzozą. Deszcz przestał padać i ruszyliśmy do Sióstr Topolanek. Pełnia Księżyca, a ja mam dodatkowo okres- to razem to maksymalizacja doznań i wrażliwości.

POD TOPOLAMI (Sebastian) 

Od razu wiem, która z Topolowych Sióstr dzisiaj woła, lecz pytam jeszcze Marysi – do której Cię ciągnie? Wybiera tą samą. Oddalam się do drugiej, nie chcąc przeszkadzać, bo i widzę, że dzieje się dużo. Maria dużo słyszy od Drzew, dużo więcej niż ja. Trochę nie jestem do niczego potrzebny. Dziś pełnia. A zatem i drzewa są bardzo pobudzone, i emitują promienie swojej najmocniejszej energii. Chodzę bezgłośnie po dróżce aby się rozgrzać, i staram się nie przeszkadzać. Druga topola wezwała mnie tylko na chwilę, poprosiła przyłożyć dłoń, powiedziała parę osobistych rzeczy. Przechadzam się pod nimi w podziwie, z zachwytem obserwując jak księżycowe srebro osadza się na korze, malując pnie i gałęzie metalicznym blaskiem. Są wspaniałe, nieziemskie. I nie mam chyba pojęcia, co też u Marii się dzieje… Przywarła do drzewa bokiem, przytulona, nieruchoma. Chyba śpi. W koronach na moment przemyka cień pędzącej sowy. W którymś momencie jedna z Topól podpowiada, abym jednak podszedł do Marii. Robię to bezgłośnie. Wygląda na śpiącą. Przytuliła się cała w pień. Od razu wyczuwam radość. Znalazłem się jakby w aurze jej i drzewa. To swoisty kokon, otoczka w którą można się zanurzyć. Topole chcą mi w ten sposób pokazać, że z moim czuciem wszystko dobrze. I w ogóle – abym się teraz nie martwił. Jakiś ogromny zwierz zaczyna z trzaskiem tratować gąszcze, wszystko wokół łamie się, trzęsie i dudni. To chyba jeleń. Musiał usłyszeć jak spaceruję. Podszedł tak cicho, blisko, i bezgłośnie…

🌺 MARIA ( jej opowieść) : Spotkanie z Topolami

Od razu poczułam Moc. Która Cię bardziej woła? Spytał Sebastian. Ta- wskazałam ręką na tę, przy której stałam. Ja nie zdążyłam nawet zobaczyć jakiejś innej, dla mnie była tylko ta, w ogóle nie zauważyłam tej drugiej. Jaka ona potężna! Przytuliłam się do pnia i zamknęłam oczy i… zdarzyło mi się coś takiego po raz pierwszy w Życiu! Zobaczyłam pogodną, miłą, starszą panią, uśmiechniętą w niebiesko-szarym berecie i bordowym polarze, przechadzającą się po leśnej drodze. Potem zobaczyłam małego jelonka, który radośnie skakał i brykał i wywijał koziołki. Następnie zobaczyłam dorosłą sarnę zastrzeloną przez myśliwych, mężczyznę w zimowej, futrzanej czapce, który ją rozcinał, jakieś ostre narzędzia. Nie chciałam na to patrzeć i poprosiłam, żeby przestała, bo to było zbyt drastyczne dla mnie. Wtedy powiedziała: a teraz Ty powiedz coś o sobie. Usiadłam blisko pnia i przytuliłam się do niej policzkiem. Ogarnęła mnie senność. I pomyślałam: czy to dobrze? Może zapytam Sebastiana czy dobrze jest temu ulegać? Kurcze chce mi się teraz spać, a przecież miało być nocne czuwanie. I Ona powiedziała: po co chcesz pytać Sebastiana? Ja tu jestem z Tobą, wszystko dobrze, nie martw się, możesz się rozluźnić, ja dla Ciebie zrobię to, co mogę, nawet jeśli zaśniesz. Poprosiłam, żeby mnie trochę ogrzała, zrobiła to i ogarnęła mnie błogość. Zaczęłam widzieć obrazy z mojej niedalekiej przeszłości, jakby śnić na jawie, a ona o chłonęła z ciekawością. Widziałam dom i ogród, w którym ostatnio mieszkam, mojego Ukochanego, innych ludzi. Niespodziewanie pojawiły się także inne obrazy z dalszej przeszłości, dawno nie wspominane. Przysypiałam i budziłam się, obrazy zaczęły się stawać coraz bardziej surrealistyczne, oniryczne, magiczne. Skuliłam się, przytuliłam jeszcze mocniej i dawałam jej czytać ze mnie, oglądać filmy. Im bardziej obrazy stawały się nierealistyczne, tym bardziej czułam, że one więcej mówią jej o mnie, o mojej emocjonalności. Zrobiła mi czyszczenie podświadomości świetnie się przy tym bawiąc. Odczułam Radość, lekkość. Przypomniało mi się jak mój Ukochany gra na gitarze i że ja to bardzo lubię. Wtedy Ona poprosiła, żebym przypomniała sobie jeszcze więcej chwil, w których było nam razem lekko, beztrosko i radośnie. I zaczęłam sobie przypominać jak się całowaliśmy, jak grał na gitarze, jak tańczyliśmy nago, jak chodziliśmy za ręce po Lesie, jak spacerowaliśmy w ciszy, jak medytowaliśmy razem, morze, Ocean przyjemności! I ona mówi: a widzisz, ile tego jest? Pamiętaj, to nieprawda, że zawsze jest ciężko. Pamiętaj o tych chwilach zawsze- Wam jest ze sobą lekko, przyjemnie i beztrosko. To jest prawda. Przebudziłam się zupełnie. Zadziała się magia. Dziękowałam jej. Czułam się szczodrze obdarowana. Odeszłam w Radości, Miłości i z lekkością w Sercu. Co Ci zrobiła? Zapytał Seba. Opowiedziałam szczerze i to było wspaniałe, że mogłam przy nim być sobą, mówić swoją prawdę i on rozumiał, a ja się z nim widziałam dopiero drugi raz w życiu. Trochę się bałam, że go nie ma i jest tak ciemno a ja nie wiem przecież gdzie jestem tak naprawdę. Okazało się, że on przechodził obok mnie kilkakrotnie, ale był tak bezszelestny, a ja tak bardzo w innym stanie świadomości z Topolą, że nie zarejestrowałam tego. Ale był blisko i czuwał, czułam się bezpiecznie.

DZIEŃ BRZOZOWY I ZASIADKA NA ŁĄKACH (Sebastian) 

Do ostatniej chwili nie wiem do końca gdzie dziś ruszyć. Pogoda znów niestabilna. Myślę nad Jesionowym Szlakiem, ale ostatecznie decyduję się ruszyć pod brzozy, tam dużo zwierząt, a w razie deszczu będziemy mieć w pobliżu ambony – ewentualne schronienie. Pod brzozami incydent. Gdy rozsiadamy się pod brzozami, dzieje się…dziwnie. Bo tu nieopodal są ule. Pszczoły zajęte swoimi sprawami, nic sobie z wędrowców nie robią. Zwykle. Tym razem jakoś jedna brzęknęła mi koło ucha, po czym widzę jak Maria odskakuje. Ukłuła ją. Lekko. Siedzi na bluzie. Odrzucam ją w dal, jednak owad wraca i tym razem wplątuje się we włosy, jakby uparcie chciała dokończyć żądliwego dzieła. Nie sposób było jej wyplątać… Trudna decyzja… Prowadzę Marię do dwóch innych brzóz kawałek dalej, a ona zatapia się na długi czas w medytacji. Kiedy wraca do mnie ponownie, wiele staje się jasne. Brzozy wyjaśniły zdarzenie.

– ‘’Przypadłaś do mnie tak nagle, bez powitania, nie zapytawszy nawet czy chcę abyś wchodziła w moją przestrzeń. Ja rozumiem, entuzjazm, radość, ale my drzewa też mamy swoje sprawy, i nie zawsze każde będzie gotowe czy miało ochotę spędzić z Tobą czas. Zapomniałaś o szacunku i uważności. Dlatego zawołałam pszczołę, która skutecznie odpędziła Cię od mojego pnia. ‘’

Zdumiony byłem słysząc te wyjaśnienia, i zdziwiony, że i mi się nie oberwało. Być może akurat tamte dwie, pod którymi siadłem, nie miały nic przeciw. Przyjaźniąc się z drzewami, bywając u nich często, popada człowiek w taką rutynę, że o pewnych sprawach grzecznościowych zapomina. Inaczej też traktują drzewa ‘’swojego’’ człowieka którego znają, a różnie mogą zareagować na kogoś obcego, jeśli nie mają ochoty. Przywykłem postrzegać brzozy jako z natury już przyjazne i chętne do pomocy, co by się nie działo. Tymczasem cenna lekcja dla nas obu. Kto pamięta Dęba Radosława, który szerszeniami straszył i muchami końskimi poganiał?

Na łąkach rozkładamy się na kocu. Ziemia po deszczach, bije chłodną wilgocią, trzeba podłożyć jeszcze bluzy. Ptaki dopisują. Na skoszonej przestrzeni popasają szpaki, śpiewa potrzeszcz na szczycie zaschniętego krzewu. Topolowy szpaler za plecami szumi jak ocean, wiatr jest dość mocny. Ale nam nie wieje. Osłania nas roślinność. Zwinne jaskółki popisują się w swobodnych pląsach, polują grupowo, trzymając stale jednego miejsca. Z nad olsu wypływa powietrzny majestat – czapla siwa, w podróży pewnie ku kolejnemu zbiornikowi. Jakiś zawzięty, a odważny ptaszek goni za mniejszym ptakiem drapieżnym – ten umyka, może nie ze strachu, a raczej z obawą przed byciem wykrytym i ‘’okrzyczanym’’. Kontakt z ziemią daje uczucie łagodności, ukojenia. W chwilach rozmów uczymy się rozpoznawać ptasie śpiewy. Czas biegnie jakoś szybko. Nie wiadomo kiedy, słońce przysiada pod horyzontem. Żaden zwierz się nie pokazał. Póki jasno, przemieszczamy się do innej łąki na ambonę. Tutaj powinno coś się dziać. Nie pomyliłem się. Nie siedzimy długo, gdy oto skrajem łąki przekrada się lis. Jednocześnie z innej strony wychodzi sarna. Nie wiadomo na co teraz patrzeć. Jest ciepło, miło, lekko. Mimo, że grubo po godzinie 22, widoczność nadal przyzwoita. Białe noce. Wiatr się uciszył. Chwilami słychać żaby, to wreszcie do moich uszu dociera terkotanie trzcinniczka, i psotne naśladowania rokitniczki. Na te ptaki liczyłem. Ale i tak jest jakoś mniej, niż w poprzednich latach. Pamiętam czasy, gdy te bagna wręcz grzmiały całą nockę nawoływaniami różnych mieszkańców. Pas olch rosnących na rowie odcina się ciemnym rytem, na tle nie chcącej przygasnąć łuny zachodu. Tworzą osobne widowisko. Drozdy śpiewają na potęgę, jakby chciały zatrzymać w pieśni poblask minionego dnia. Wokół wirują nietoperze. I wtedy dostrzegamy kolejnego lisa. Łąka dopisuje. Maszeruje tak samo wzdłuż pasu zarośli przy rowie, a za nim… Po drugiej stronie rowu, gramoli się spory dzik! Jest łaciato – pstrokaty, z różowym, cielistym akcentem. Ciekawa sztuka. I pewnie gdyby nie lis, w ogóle byśmy go nie zauważyli. ‘’I tak powinny wyglądać lekcje przyrody’’ – mówi oczarowana Maria, słuchając moich szeptanych opowieści o sprawach bagiennych ptaków. Bardzo chętnie – tylko które dziecko wytrzymałoby tak długo w ciszy i bezruchu? Wypijamy gorący rumianek z termosu.

Wygląda na to, że księżyc już nie pokaże. Podejmujemy powolny powrót, maszerując cicho przez ciemny las. I on jest cichy. Drzewa jakby przepuszczały nas łagodnie. Na ugorze podzwaniają świerszcze. Mijamy brzozy. Jedna z nich szeleści, zaczepia. Przystajemy.

🌼 MARIA: Brzoza pod srebrzystym obłokiem

Idziemy, idziemy- Brzoza coś do nas szeleści, kiwa nam, stoimy chwilę przy niej. Czuję intensywne mrowienie w dłoniach. Idziemy dalej i mówię o tym Sebastianowi. A, to nas zaczepia- odpowiada. To zostańmy chwilę przy niej- proszę. Podchodzę do niej i ogarnia mnie Radość- że mnie zawołała, że chciała za mną kontaktu. Dziękuję jej za to. Wypełnia mnie strumień Radości, Miłości. Jak jej się odwdzięczyć? Zaśpiewam- śpiewam jej piosenkę o Matce Ziemi, piosenkę wdzięczności za Życie. Mówię, że ją kocham, na głos. Dziękuję. Chwilę tak trwamy przytulone i odchodzę. I przychodzi do mnie, że Miłość jest prosta, jest łatwa, po prostu kochać i przyjmować siebie i innych takimi, jakimi są w danym momencie, w całości, w każdej formie ekspresji. Widzieć to, co jest w nich, w sobie. Widzieć i akceptować, przyjmować, czuć. Nic więcej. Tylko tyle. I że wszystko, co mi się przydarzyło z moim Ukochanym było wspaniałe. Wszystko. Więc nie ma się czego bać. Wszystko, co będzie też może być tylko wspaniałe lub jeszcze wspanialsze, bo cały czas się rozwijamy. Radość i Miłość są proste i są zawsze w Teraz. Zawsze są. Dziękuję, dziękuję, dziękuję 

Odnośnie Topoli – myślałam, że ta pani starsza to jakaś kobieta, którą ona lubi, a to była ona sama w tej postaci, tak mi się pokazała! Cudowna! Seba mi powiedział, że one tak robią, pokazują się czasem w ludzkiej postaci. A obrazy były z pola, z przeszłości.
W ogóle Sebastian jest niesamowicie wrażliwy i otwarty. Wystarczyło jedno spojrzenie na mnie i już wiedział: „ooo, co taki smutek?” A przecież my się nie znamy teoretycznie. Nie raz ludzie mnie znają dłużej i udaje mi się ukryć przed nimi smutek, czy inne trudne emocje, przed Sebastianem nie było nic do ukrycia. On jest jak Drzewo, wszystko czuje, wszystko widzi, jest empatyczny, nie ocenia, nie stara się odwrócić uwagi od trudnych emocji. Przy nim można być sobą. Po spotkaniu z Brzozą jeszcze widzieliśmy kozła sarny blisko i świetlika. Takie to było pełne i magiczne. Potem niełatwo było się rozstać, spojrzał mi w oczy i Boże, mogłam po prostu stać i patrzeć i zanurzać się w tej głębi i pozwalać, by on wnikał we mnie. W zaufaniu. „Teraz przeszywasz”- powiedział do mnie. Taaak, czułam to, że odzyskałam swoją Moc i odwagę, znowu mogłam patrzeć głęboko w oczy nic nie ukrywając, z pewnością i siłą, a jednocześnie z delikatnością, szacunkiem i czułą Miłością. Cudowne spotkanie. Bycie z nim było dla mnie tak samo magiczne, jak spotkania z Drzewami. Człowiek- Drzewo, szaman Drzew, Leśny Druid, Quality Man, Diament wśród mężczyzn, nigdy mu tego nie zapomnę, ile od niego dostałam i ile się nauczyłam. I te oczy- widać w nich cały Wszechświat, nieskończoność… Moja Dusza się raduje, jestem na ścieżce do Wniebowstąpienia.

P00606-190455
Maria pod brzozami. 

—————————————————
—————————————————

Mimo, że jest już dobrze po północy, niebo rozświetla blask srebrzystych obłoków. Sezonowe, letnie zjawisko. Na ich złocisto – chłodnym tle, polśniewają sylwetki śpiących topól w alei. Decyduję się na powrót przez las. Inna drogą którą mogliśmy wracać, pełna jest kamieni, dziur i fal od ciągnikowych opon. Kto jechał po czymś takim, wie jaka to tragedia dla tyłka. W lesie nierówności są łagodne, rower pokonuje je lekko, jakby płynął po morzu. Na głowie oświetla nam moja latarka czołowa. Odkąd zacząłem jeździć z czołówką, zacząłem zauważać, ile nocami na polach włóczy się kotów. Nie są to zdziczałe osobniki, a włóczęgi z pobliskich wsi. Spoglądając w bok i przeczesując pola latarką, można namierzyć ich sporo co kawałek. Chodzą i plądrują – naziemne lęgi ptasie, pisklęta, gryzonie, w tym rzadkie gatunki. Zabijają blisko 650 mln małych zwierząt rocznie, głównie dla zabawy, bo przecież w domostwie czeka na nie pełna miska. Zabierają pokarm rodzimym drapieżnikom takim jak sowy, kuny, lisy, myszołowy, tchórze, łasice, tym samym zmniejszając ich sukces rozrodczy. Szacuje się się, że kot DOMOWY, który nie jest elementem dzikiej przyrody, zawleczony z ludzmi na różne kontynenty przyczynił się do wytępienia wielu gatunków, zanim zdążyliśmy je w ogóle poznać. A i u nas chronione, rzadkie maleństwa mieszkają na polach i w lasach. Wpisane na listę zagrożonych gatunków. Ziębełki, ryjówki, koszatki, popielice, smużki – giną bezimiennie, bo kto tam o nich słyszał. Dawniej istniał na wsiach zwyczaj, wypuszczać psy na noc w pola, żeby złapały sobie coś do jedzenia. Dziś podobne postępowanie wywołałoby oburzenie, a niepilnującym psów grożą surowe kary. Nie wypuszczamy też domowych królików i chomików żeby sobie pobuszowały po łące, ani nie wpuszczamy rybek z akwarium do jezior, mówiąc ‘’no taka natura tego zwierzątka’’, jak zazwyczaj opowiadają właściciele kotów. Kanarka, żeby sobie polatał po dworze. Jesteśmy odpowiedzialni. Rocznie w samym koty USA zabijają między 1,3 do 4 miliardów ptaków i między 6,3 a 22,3 miliardów małych ssaków. Dodatkowo zabijają 650 milionów gadów i płazów – też rocznie. Według australijskich badaczy koty przyczyniły się do wymarcia przyjemniej 27 gatunków ssaków i zagrażają kolejnym 127. Brytyjskie badania wskazują z kolei, że koty odpowiadają za śmierć 30% populacji wróbli w tym kraju. Jakaś ‘’pociecha’’ w tym, że włóczące się koty są dość sprawnie wyłapywane przez lisy, a i często rozjeżdżane przez samochody. Oh, jakże lamentują wtedy ich właściciele. ‘’Zaginął kot’’ – ogłoszenie tej treści można spotkać w sezonie na co drugim przystanku. Wielu tych tragedii ludzkich i zwierzęcych można by uniknąć, gdyby odpowiedzialność. Ot, tematy wędrowne, bywają różnorodne. Co do kotów, pozostajemy zgodni.

Rowery suną płynnie. Co jakiś czas oglądam się za siebie spojrzeć czy Maria nadąża, zawsze jest blisko. Mnie pochłaniają aksamitne aromaty kwitnących bzów, przeplatane soczystymi, mocnymi nutami kwitnących robinii. Las nocą, po deszczach zmysły dopieszcza. Kozły saren pochrapują ostrzegawczo. Prowadzimy teraz rowery, żeby ciszej. W ciemnościach śpiewa lerka, skowronek borowy. Jej melodyjny gwizd przenika między drzewami, jakby szukał ścieżki przez labirynt. Co za urok. Niebo już majaczy się delikatnym, choć odległym jeszcze świtem. Pogrążone jeszcze w blasku srebrzystych obłoków. I wtedy go widzimy. Jeden z kozłów saren ustawia się dokładnie na tle tej magii, stamtąd nasłuchuje i obserwuje naszego przemarszu. Myśli pewnie, że jest niewidoczny w ciemnicy, tymczasem podziwiamy go w całej krasie lornetką. Podążamy dalej. Na ziemi pobłyskuje zielonkawe światełko. Jest tak subtelne, delikatne. To świetlik! Przystajemy zachwyceni i przyglądamy się robaczkowi. Pełznie wytrwale, przypomina larwę. Mruga. Jest okazja, by owadowi dokładnie się przyjrzeć. A wszystko to pod Krzesimirem. Znów pojmuję, dlaczego ‘’impuls’’ zawołał aby jednak wracać przez las, choć to dłuższa trasa. Knieja na sam ostatek, chciała zapisać się w naszych sercach czarami.

P00603-160818
Lornetkowe obserwacje ptaków nad bagnami. W obiektywie moich gości.

A jeśli i Ty masz ochotę na jedno, dwu, lub trzy dniową, albo i nocną wędrówkę pośród Drzew Mocy, pisz i pytaj śmiało. Razem wymaszerujemy naszą… Transformację, przygodę, czy opowieść. Na wyprawę możesz zabrać kogoś bliskiego, rodzinę, partnera, dziecko. Do zobaczenia na szlaku ^^

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Jerzyk – Ptasi rekordzista. Mistrzowie niebios.

Przylatują często dopiero pod koniec maja, niemal na ostatku, jakby pewne być chciały, że żaden chłód i mróz nie dotkną ich pierzastych, eterycznych ciałek. Ich żywioł to powietrze. W nim spędzają większość swojego życia. Nie straszne im burze, ulewy, ani załamania pogody. Zawsze można przecież wznieść się wyżej, ponad szalejące kaprysy. Krótka to gościna ptasia, ci wędrowcy pozostają z nami ledwie przez 3 miesiące w roku. Znikają tajemniczo, często już w połowie sierpnia podczas jednej nocy, zaraz po spełnieniu swej rodzicielskiej misji. Dla wielu są po prostu ‘’jaskółkami’’ i choć mocno je przypominają, za wiele nie mają z sobą wspólnego. Zwłaszcza, jeśli chodzi o wyczyny i rekordy. O kim wreszcie mowa? Poznajcie Jerzyki.

Tak jak my, ludzie wszystko robimy na ziemi, na stabilnym gruncie, tak jerzyk wyczynia to w powietrzu. Wyobrazcie sobie jeść i pić w locie, spać, a nawet kochać się  Chcący zdrzemnąć się jerzyk wznosi się wysoko, daleko ponad chmury, ustawia odpowiednio skrzydła i szybuje w prądach powietrznych. Zawisa w powietrzu ustawiając się ‘’pod wiatr’’ na wysokości nawet 3 tysięcy metrów. Powoli opada, ale ma na tyle ‘’czuja’’ żeby zawsze wybudzić się przed ewentualnym roztrzaskaniem. I to mu wystarcza. Uważa się, że może pozostawać w powietrzu 2 do 3 lat, bez lądowania! Tak ma wyglądać pierwszy, dziewiczy lot młodego jerzyka. Ich życie to po prostu latanie. Jeden z zaobrączkowanych jerzyków tuż po wylocie z gniazda, w ciągu trzech dni pokonał 1300km. Pokonywanie długich dystansów, to dla niego jak nasz wypad po bułki. Picie wygląda tak: chwytanie kropelek deszczu. Chłodne fronty atmosferyczne, ulewne słoty i niepogoda nie są dla niego żadnym wyzwaniem ani wielką przeszkodą w odchowaniu potomstwa. Podczas gdy nasze dzwońce, makolągwy czy sikory w takich chwilach walczą z losem o przetrwanie i mogą stracić cały lęg, jerzyk po prostu wznosi się ponad front, i leci tam, gdzie jest ładna pogoda. Dokładnie. W tym czasie jego pisklaki zapadają w stan odrętwienia, który pozwala zachować energię i przetrwać. Do następnego karmienia. A zatem, gdy np. w Wielkopolsce mamy burze, to leci sobie taki jerzyk np. do sąsiednich Niemiec, tam poluje i zbiera owady, które zbija w odżywczą kulkę, a następnie wraca do gniazda w Polsce. ‘’Szybkie zakupy’’ w berlinie  Zawsze uwielbiałem je obserwować. Są z nami tak krótko. Godzinami podziwiać można ich wywijasy, skręty, uniki, zda się przed śmiercią. No bo pędzi taki jerzyk z wysokiego nieba prosto na gzyms, po czym drobny niewidoczny ruch skrzydła, i wymija go o milimetry, po drodze robiąc kilka kolejnych karkołomnych akrobacji. Ekscytujące widowiska letnich wieczorów.

Jerzyki to żywe środki owadobójcze. Każda para przynosi do gniazda nawet 20 tys owadów dziennie! A gniazdują blisko, często w luznych koloniach. Podczas polowania rozwijają prędkość do 200km na godzinę, i w zasadzie nie ma drapieżnika, który byłby w stanie je złapać. Ponoć niekiedy udaje się to sokołowi wędrownemu. Jerzyk gwiżdże i świszcze na wszystko. Latem, o świcie wznoszą się wysoko, by od popołudnia do późnego wieczora gnać w szaleńczym pędzie między blokami, budynkami i domami, wywijając opętane zakrętasy. Ma się wrażenie, że ich wibrujące nawoływania są tak ostre w tonie, że po prostu ogłuszają chmary rojących się owadów. Z otwartym szeroko dziobem, jerzyk pochłania ich ile zdoła.

075f8d578199b947d324b070e7383631

Pierwotnie gnieździły się na szczytach skał i w dziuplach bardzo wysokich drzew, ale ludzkie budownictwo i pozostające zakamarki sprawiły, że dziś jerzyki są stałym elementem miast, miasteczek i wsi. Notorycznie mylone z jaskółkami. Kolejny rekord jerzyka, to posiadane najkrótszego dzioba, i najkrótszych nóg. Te drugie nawet nie są mu zbytnio potrzebne, służą jedynie do przytrzymania się ścian budynków i skał.

I mimo, że żaden drapieżnik mu nie zagraża, jerzyk nie jest wolny od cierpień i bezsensownej śmierci. Jak nietrudno się domyślić, stoi za tym człowiek, dla którego lato to szczyt sezonu budowlanego, poprawiania elewacji, renowacji, wykończeń. Wtedy gniazda jerzyków bywają zakratowane lub zamurowane żywcem, pisklęta konają w głodzie, a dorosłe ptaki krążą wokół nie mogąc nic poradzić na ludzką bezmyślność i swoją tragedię. Każdego roku zdarzają się takie głośne przypadki. Zastanawiam się wtedy – coś takiego robią jeszcze ludzie, czy już bezduszne bioroboty? Przecież trudno nie zauważyć krzyczących piskląt, odchodów, ruchu. Co się dzieje w głowie takiego człowieka, o czym on myśli, gdy zakłada kratkę na otworze, skazując pisklaki na powolną, głodową śmierć? W teorii jerzyki znajdują się pod ochroną, w praktyce… ‘’niska szkodliwość społeczna’’, a potem można wykonać oprysk na komary, gdzie zarobi jeszcze jakaś inna firma.

Jerzykom można pomagać poprzez wieszanie specjalnych budek, powinny znajdować się one na ścianie północnej, w liczbie minimum trzech. Wokół powinno być trochę przestrzeni, aby pędzący ptak mógł wyhamować i przycupnąć na nowym gnieździe.

Są niebiosa moim domem,
Mą opoką, światem, schronem

Pożywienie gdzie znajduje
Pęd powietrza w skrzydłach czuję

Gdy ze świstem, w nim nurkuję

W maju późno przylatuję,
Pełnię lata tak zwiastuję

Zwinny jestem, szybki, żwawy
Tak załatwiam swoje sprawy,

W locie jadam, śpię, spoczywam
Ostrym trelem się odzywam

Widzisz mnie, gdy jestem w locie,
Dokuczliwych żądeł krocie

Mój jest komar, moje muszki
By zapełnić piskląt brzuszki

Mym żywiołem są przestworza,
Chcę – pokonam, góry, morza

Wznoszę się wysoko w górę
Piórem muskam w pędzie chmurę

Gdy poluję, w dół opadam
Pogrom rojom zapowiadam

I wizytę swoją składam

Czy wysoko, czy daleko
Podróżuję z życia rzeką

Kiedy przyjdą burze, deszcze
Ruszam śmiało dalej jeszcze

Moje dzieci, me pisklęta
Przeczekają w tych zamętach

Przeznaczenie losu spełnię
Gdy ta młodzież ruszy dzielnie

Tam gdzie nieba błękit woła,
Dla nich podróż to wesoła

Późno już, i sierpień praży
Ja pofrunę, w swój świat marzeń

Wiersz autorski, ‘’jerzykowy’’ i będzie on częścią powstającej powoli ilustrowanej książki z wierszami o przyrodzie dla dzieci – mojego autorstwa

WESPRZEĆ ten proces twórczy i inne sprawy można zawsze tutaj. Projektów i wyzwań tyle, że każda pomoc ogromnie cenna:

https://pomagam.pl/szeptyknieipomoc

Dziękuję za odwiedziny w krainie Szeptów.

Ptasie wyprawy obserwacyjne. Dzień Wędrowny z Lornetką

Co tam śpiewa, woła, lata? Z czego buduje swoje gniazda i co zjada? Gdzie je spotkać, obserwować? Jakie w życiu ma zwyczaje? Ptaki to grupa zwierząt, które o każdej porze roku w terenie możemy podglądać licznie i najłatwiej. Są w lesie, na polu, miedzy, zakrzaczeniach, nad jeziorem, rozlewiskiem, w ogrodzie, parku, a nawet miastach. Jeśli kiedykolwiek ciekawił Cię świat pierzastych przyjaciół, te wyprawy dedykowane są dla Ciebie. Ponad 450 zanotowanych gatunków w naszym kraju, setki odgłosów, zawołań, kolorów, spraw… czekają na swego odkrywcę.

Szepty Kniei ptasi świat zafascynował i pochłonął już we wczesnym dzieciństwie. To wtedy nauczyłem się rozpoznawać pospolitsze gatunki, a potem kolejne. Wiele śpiewów i wabików. I choć nie jestem wytrawnym ornitologiem, z radością poprowadzę Cię przez to co już wiem. Ponad 200 najbardziej znanych gatunków na początek. Do obserwacji posłuży nam lornetka – to doskonałe narzędzie umożliwia taktowne i bezpieczne podpatrywanie wszelkich szczegółów bez płoszenia i niepokojenia ptaków. Jeśli nie masz jeszcze własnej, nie martw się. Użyczę Ci swoją zapasową. A gdybyś wchłonął się w obserwacje, doradzę w wyborze najlepszej dla Twoich potrzeb. Razem zgłębiać będziemy puchate tajemnice. Pokażę Ci czeredy kolorowego bogactwa jakie kryje się wokół ze świergotem, a którego istnienia mogłeś dotąd nie podejrzewać. Spojrzymy na mazurkowe noclegi i żerowiska szpacze, oraz sikorze psoty. Podziwiać będziemy czujne gęsi na przelotach, żurawie w szarym majestacie dostojeństwa, zasłuchamy w wesołych śpiewach wiosennych. Odległość zachowana dzięki lornetce umożliwi nam spokojne podpatrywanie naturalnych zachowań – budowy gniazd, łowów i żerowania, potyczek z darciem piór, a niekiedy nawet wodzenia czy wychowu piskląt. Te będą duchowym spełnieniem największej bliskości w łagodnym obcowaniu z Przyrodą.

muzhchina-binokl-chemodany

Zerkniemy na gawronie marsze czarnych wędrowców na polach. Gdy wichury zagrają pózną jesienią. Nauczymy rozróżniać od kruka i wrony. Popatrzymy jak pliszka siwa pomyka w pogoni za swoją zdobyczą. Grzywacze na ścierniskach w biesiadzie, a przy okazji dowiesz się czegoś o innych gołębiach w Polsce : turkawce, sierpówce, siniaku. Wodzić wzrokiem zbrojnym w szkło będziemy za rudzikami, wąsatkami, strzyżykami, czajkami, pełzaczami i kukułkami. Podejrzymy dzięcioły ‘’harde’’ i trznadle ‘’słoneczne.’’ Naszą ścieżkę wyścieli w piórkach miękka obfitość. Tyle można się dowiedzieć! Jak dzięcioł radzi sobie z szyszką? Gdzie się gnieździ świstunka? Co wyczynia pisklę kukułki? Jak kwiczoły radzą sobie z lotnym drapieżnikiem? Właśnie kwiczoły, kosy i drozdy też podziwiać będziemy na jagodnych ucztowiskach. Gil, dzwoniec, czyżyk, szczygieł, potrzos, raniuszek, słowik, podróżniczek, kopciuszek, jaskółka ( i to w trzech gatunkach!) pokląskwa, mysikrólik, pokrzewki, dudek, lelek, świergotek, krętogłów… Wymieniać można bez liku. A za każdą nazwą kryje się opowieść o pierzastym życiu, trudach i troskach, barwach i szarości, potrzebach, zagrożeniach dzisiejszych, zwyczajach i charakterach. Chcesz je wszystkie usłyszeć z ust Wędrowca zakochanego w swoim świecie?

🦆 A to tylko wycinek przecież. Pójdziemy nad staw, bagno, jezioro czy rzeczkę skąd powitają nas czaple, mewy, kaczki, łyski, łabędzie, bąki, wodniki, cyranki, rybitwy, perkozy… Ptaki opanowały sztukę istnienia, we wszelkich żywiołach planety.

🦅 Niekiedy po niebie przemknie szary cień, powodując trwogę, popłoch i ucieczkę z krzykiem alarmu. Ptasi drapieżnik. Ale który? Jastrząb, krogulec, kania ( ale która  ) sokół, orlik czy orzełek?  Kobuz, kobczyk, czy pustułka naśladująca helikopter? Pogodne myszołowy i błotniaki szybować będą leniwie, te nie wzbudzają u drobnicy takiego strachu. A jeśli ptaki nie dopiszą ( w co bardzo wątpię ) skupimy się na innych leśnych sekretach. Zwierzęce tropy, roślinność zielna, krzewy, drzewa, ślady żerowania, zagadki. Z tej podróży na pewno wrócisz odmieniony i bogatszy nie tylko o osobiste przeżycia.

🦉 Zabierz swoją lornetkę, weź i przyjaciół, rodzinę, dziewczynę, partnera. Przygotuj plecak, termos z gorącym napojem, komplet przeciwdeszczowy i wygłodniałą ciekawość chłonnego obserwatora, z garścią cierpliwości w kieszeni. A nawet jakiś ptasi atlas jeśli chcesz. Dziś ruszamy na Twoją Wędrówkę. Napisz do mnie w z pytaniem o swój termin, a ustalimy bliżej szczegóły. Przekazywanie przyrodniczych wieści i swoich doświadczeń sprawia mi nieokiełznaną radość, którą dzielę się na łamach tego bloga. Zawsze chętnie podejmę nową wyprawę. Gdyby szczególnie zaciekawił Cię ptasi świat, możemy umówić się na kilkudniowe Turnusy Wędrowne. Bo przecież nie sposób poznać wszystkiego ani na jednej, ani na wielu wyprawach. Gościnna kwatera noclegowa na ten czas, podejmie podróżnych z daleka, wraz z wyżywieniem.

🍎 Podziękowanie za wspólne obserwowanie, wiedzę, ciekawostki i czas w terenie – 100zł / osoba.

🐼 Kiedy?

Sprawa jest aktualna cały rok.

🌎 Gdzie?

Okolice Poznania, woj Wielkopolskie. Mogę też pojawić się dojazdowo gdziekolwiek w Polsce dla większej grupy chętnych, tj 7-10 osób.

 Jak długo?

Szacowany czas wyprawy przewidziany jest od poranka do zmierzchu. Zależne od Twej kondycji, wyboru i poczucia nasycenia przyrodą, o powrocie decydujesz Ty.

💌 Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie!

2228673-1366x768-[DesktopNexus.com]

Pierwsze przesłania na żywo. Topolowe oczyszczanie i mirabelkowa gościna.

Drzewa, Moc Lasu, tajemnice, przesłania… czy kiedykolwiek przestaną mnie zaskakiwać? Każda wędrówka jest inną, mimo że zazwyczaj dzieje się w tej samej okolicy. Goście Szeptów Kniei – palety niezwykłych osobowości, a za nimi zazwyczaj kryje się historia pięknej drogi, zwykle niełatwej, pełnej barwnych i trudnych zdarzeń. Przybywają jedni po to, aby nauczyć się rozpoznawać tropy i ptasie głosy, dowiedzieć jak współistnieć ze zwierzętami bez płoszenia, a w bliskiej obserwacji. Kolejni pragną poczuć sedno jak rodzi się szeptowa opowieść. Inni skorzystać z pomocy i zasięgnąć wieści u zaprzyjaźnionych Drzew Mocy. Jestem za to tak wdzięczny, że mogę to wszystko chłonąć, poznawać, a innym dalej przekazywać. Iwona i Luśka przyjechały z pobliskiego Poznania, nie trzeba więc było wynajmować kwatery na nocleg. Las z początkiem sierpnia milczy jak zaklęty. Nie śpiewają już ptaki. Z rzadka słychać co najwyżej alarmujące zawołania dzięciołów, albo chwilowy harmider, kiedy ptasie rodziny z podlotami uczą się sztuki przetrwania w swoim świecie. Spacer z Drzewami Mocy, łączy w sobie naukowe przyrodnicze ciekawostki, bo przecież nie sposób uniknąć zwierząt. Spaja z duchową, intuicyjną wiedzą. Od Drzewa do Drzewa, z gawędą swobodną, jest podróżą przez dotarcie do osobistej prawdy, i uwolnieniem ducha do przeżywania codziennej magii leśnych zdarzeń. A dziś właśnie magia miała nas poprowadzić nas ścieżką tajemnic i czarów.

W drodze do oczyszczających aurę Topól, na posiłek zawołały nas dojrzałe Mirabelki. Migotały kulkami żółci i czerwieni już z daleka. Aż dziwne, że tutaj się uchowały. Większość drzewek w okolicy zrzuciła owoce z powodu suszy, a one tutaj oblepione. Mówią, że chciały przygotować posiłek dla wychodzących tędy od lat saren i dzików. Tak się wspierają. Rzeczywiście, pod nimi, wydeptane. Niektóre owoce aż bordowe. Częstujemy się soczystością i słodyczą. Aksamitny, łagodny aromat zapachu koi błogością. Zero kwasu. Jakie dobre! Słodsze, niż przejrzały banan. I pomyśleć, jak nie pielęgnowane, nie pryskane, nie wspomagane niczym, zdane na siebie drzewko może rodzić tak pyszne owoce? Leśna stołówka zdrowia. Po drodze skubiemy jeszcze nieco jeżyn i dzikich malin. Rozmawiamy o ziołach, ich zastosowaniu, zdrowotnych właściwościach. Po przekąsce, kłaniamy się polnym Mirabelom i dziękujemy za ich dojrzałe dary. Jakaż bogata to gościna. Odbieram, jak czują się wzruszone. Jesteśmy chyba pierwszymi ludzmi, którzy zachowali się tak uprzejmie. Cieszą, że nam smakowało. Widzimy jak Drzewa odmachują nam niewysokimi przecież koronami swych pełnych skarbów wierzchołków. W powietrzu roznosi się zapach obopólnej wdzięczności.

P90803-152510

P90803-152146

Idziemy powoli, często przystając co kilka kroków. Niby ‘’zwykła polna dróżka’’. A tak bogata w przyrodnicze odkrycia. Na poboczu mienią się w kunszcie rubinowych klejnotów srogie ostrożenie. Te pilnują uwijających się pszczół drapieżnym kolcem. Ogromne łopiany dowodzą tą strażą, lepkim rzepem klejąc przy dotyku. Maleńkie, kuliste nasiona sprytnej przytulii czepnej biorą podwózkę na naszych plecakach. Dokąd trafią? Co za fantastyczna kraina. Rośliny otaczają nas wokół i to one też prowadzą tą podróż mówiąc: tu wejdziecie, tam nie. Gęstwiny łąkowe. Soczystą żółcią wzglądają  spośród traw maleńkie ‘’pigułki’’ wrotyczu, ziela mocy o wielu zastosowaniach. Łany pokrzyw. Zaschnięte, wysuszone kocanki wiosennych kwiatów sterczą słomianym wiechciem, wspomnieniem będąc czasu rozkwitu. Te jakby zatrzymały się w innym wymiarze. W oddali po polu hasają sarny, uparte kozły wytrwale tropią na ściernisku zapachy swoich wybranek. Płowe święto Miłości zapisuje się milionami niestrudzonych kroków.

Topolowe Oczyszczanie

Wreszcie jesteśmy. Oto i one. Siostry Topolanki. Wiedziałem od razu, że dziś to nie ja mam się do nich tulić. Co innego moi Goście – przestrzeń miasta w której żyją na co dzień, łatwą nie jest. Dla wielu osób energie topolowe zdają się być zbyt silne, lub dają wrażenie zmęczenia, wypompowania, uśpienia. Często nie polecaną jest w przekazach topola jako ‘’Drzewo Wampiryczne’’ – biorca. Aby zrozumieć ten proces i nie bać się pracy z topolową energią, wiedzieć trzeba co ona robi. A zabiera wszystko – i dobre i złe. Resetuje w ten sposób naszą aurę do ‘’stanu zero’’ kompleksowo pochłaniając wszystko co nie służy, także podczepy, podpięcia i obce ingerencje w nasze pole. Aura ma wtedy możliwość odbudować się i uzupełnić, korzystając na bieżąco z czystych energii leśnych wokół. Odbudować i wykształcić już bez ‘’zabrudzeń’’. Na jakiś czas to starcza, jeśli nie zmieniamy nawyków myślowych i działań w codzienności. Niejakie zmęczenie jest więc jak najbardziej naturalnym objawem po kontakcie z topolą, zresztą wcale nie musi się objawić. Można i też poczuć się po takiej kuracji jak ‘’nakręcony skowronek’’. Gdy już Topola wyklaruje nam aurę, można z nią zacząć pracę na dużo głębszych poziomach nieświadomych blokad, traum, a nawet dolegliwości fizycznych, drzewo zyskuje tam swobodny dostęp. Ona nie bierze na siebie jak robią to lekkie brzozy, a wartko strugą odprowadza w kosmos co nie sprzyja. Jednocześnie głęboko uziemiając.

Udekorowane jemiołami trzymają się w górze ‘’za ręce’’. Gwałtowny poszum powitania. Tak mi się wydaje, że one uwielbiają to robić. Ustawiam Kobiety pod Drzewami, a sam siedzę pośrodku zaczynając proces słowami,

Żegnam wszystko co nie służy,

Życzę dobrej im Podróży,

Odprowadzam…

‘’Topolanki’’ pracują, choć nie mam dostępu do tego co się dzieje. Przepływ energii tak gęsty przy Ziemi, że aż zdumiony badam tą warstwę dłonią. Mija jakieś 20 minut błogości. I czuję, że jedna z nich mnie wzywa. Po co? Myślę. Mam podejść i ‘’dorzucić coś od siebie’’ słyszę w odpowiedzi. O nie! Pamiętam. Bo Drzewa ‘’umyśliły sobie’’ że mam na tych spotkaniach mówić rymowane przesłania, już ‘’na żywo’’, bez spisywania. Tego bardzo się domagały. Ja w opór. No bo jak to? Co innego pisać na spokojnie w domu, a inne wieszczyć tak ot. Opierałem się długo, choć wiedziałem że nastąpić to musi. A zatem podchodzę, jakoś spokojniej i z zaufaniem. Iwonie mówię o co tu chodzi.

Trzymam dłonie na Topoli. Kilka minut. W głowie chaos słów, choć w sercu spokój. Wreszcie słowa ‘’wskakują’’ na swoje miejsca, układając się w sens… Od Drzewa bucha ciepło. Klękam przy moim gościu i półgłosem wymawiam co mi przychodzi.

W słońcu się nagrzała kora,
Już na Ciebie przyszła pora,

Ta co światłem swym rozjaśni,
Woła do Twej Duszy właśnie,

Niech odejdą wszystkie cienie,
Wszelkie z Tobą jest spełnienie,

Promień daję sercu Twemu
Nie pozwolę dotknąć złemu

Uhh. To się rzeczywiście dzieje! Po prostu się dzieje. Wieszczenie ”online” i pomaganie słowem. Tak jak Drzewa przepowiedziały. Choć jestem wstrząśnięty i wzruszony, teraz płynnie przechodzę do Luśki, siedzącej przy drugiej ‘’Topolance’’. Chwila z dłońmi na korze, tym razem słowa przychodzą jeszcze szybciej. Kucam i wymawiam teraz do Lusi, przekładam chyba Topolowy dar na słowa, bo co innego?

Poczuj przestrzeń Duszy żywą,
Pętlę czasu, pustkę krzywą

Jest przy Tobie tak wspaniała,
Tyle Ci opieki dała,

Dłoń jej daj na powitanie,
A co dobre, wnet się stanie,

Puść już wszystko co Cię boli
Daj, ofiaruj swej Topoli

Chwilę potem nie pamiętam już nawet, co komu powiedziałem. Ponoć świadczy to o rzeczywistym przepływie informacji. Wspólnie, dochodzimy do tych słów przypominając je sobie z trudem. Zjadamy kanapki. Potem klękamy na Ziemi, przysiadając w kręgu. Chcemy odwdzięczyć się leczącym Topolom. Kobiety proszę by dotknęły ziemi, i odczytuję Pieśń Deszczu, jaką ofiarowały mi cierpiące brzozy. Po drodze widzieliśmy, że wiele z nich, zwłaszcza młodych nie przetrwało tego lata. Tego wieczoru na ściernisku miała nas zaskoczyć przelotna burza…

P90803-155334

P90803-155714

Sosnowy wypoczynek wśród suchych traw

Na wędrówce donikąd się nie spieszymy. Zupełnie inna kategoria podróżowania. Bez presji czasu. Pełna swoboda w słuchaniu ciała. Gdy czujesz, że chcesz zanurzyć się w morzu traw, wejść boso do rzeki, wytarzać w piasku, pobiegać po polu… Po to tu jesteśmy. Aby wypoczywać. Nieopodal dzięcioł pstry wystukuje zaklętą w dudnienie martwą melodię. Wokół zleciały się ciekawskie sikory. Plądrują z wesołymi szczebiotami sosnowy młodnik, w którym jak te sarny zalegliśmy i my na spoczynek. Cała paleta gatunków. Jest modraszka, bogatka i sosnówka. Jedna jest szczególnie ruchliwa, nieco wyobcowana, choć pełna wigoru. Nawołuje migotliwie. To czubatka – buńczuczna piękność z czubkiem, o brązowych oczach. Trafiliśmy akurat na sikorze żerowisko. Dziwne tylko, że już połączone są w jesienne grupy. Gdyby nie one, las zatopiony jest w ciszy. Wchodząc na Dębowy Szlak, daję znak stopu, gdy dostrzegam w oddali sarnią mamę z maleństwem, zanim moi goście jeszcze ją spostrzegają. Czekamy w milczeniu aż zwierzęta przejdą. Szacunek dla zwierząt i ich przestrzeni przede wszystkim.

P90803-181416

Ale nie dla wszystkich jest on oczywisty. Sielankę sjesty przerywa zbliżający się warkot. Krzyki, śmiechy, nawoływania, ryk gazującego motoru. Ludzie na quadach. Ależ jazgot i zgiełk. Przejeżdżają w pędzie z wyciem tam, gdzie jeszcze przed 10 minutami staliśmy w zachwyconej ciszy dając przejść sarnom. Jak tak można? Myślę sobie. To ja czasem zostawiam rower pod lasem, aby go nie targać, żeby nie stukał i idę boso. Opowiadam o gniewie dębowym na takie wybryki, o tym jak Drzewa pokazały rozrywanie białej aury leśnej ostrą wibracją silnika. Choć szybko się zasklepia, zdarzenie jest dla lasu nieprzyjemne. Drzew się srożą, szumią niezadowolone.

My ruszamy dalej powolutku, starając się niczego nie przeoczyć. Tu oto brzoza zmurszała piękność, skuta rytem dzięciołów, życie oddała by ubogacić sypiącym się próchnem glebę leśną. Jesion z jamą mrowiska i nornic, na którym przy wierzchołku gospodarują szerszenie. Ślady grzebania saren. Luśka zachwyca się olszami nad rzeką. Siadamy na dróżce w małym kręgu, gdzie z trudem wzruszenia odczytuję olchowe przesłanie ofiarowane przez Drzewa wiosną w podmokłym Olsie. Tam gdzie stary odyniec czuwał. Na moment zanurzamy się w codziennym Istnieniu Drzew, gdzie nie ma śmierci i straty, a Bóbr i Hurmak Olchowiec są wiecznymi w pomocy towarzyszami. A wszystko podlega pieśni dynamicznej równowagi, którą cieszą się olchy, sławiąc swych odchodzących bohaterów.

Witaj w wieczornej gościnie, 
Przybyszu z dalekiej drogi,

Szybko Ci czas z nami minie 
Tajemnic objawią się progi

Tu dzik niespiesznie kłusuje, 
Aż woda fontanną pryska

Bezpiecznie i dobrze się czuje, 
Wilk gdzieś ślepiami rozbłyska,

Olchy wzrastają i chłoną, 
Tajemną sztukę przetrwania,

Dla Ciebie będą osłoną, 
Powiodą do samopoznania

Spójrz elfy złociste w gałęziach,
Budzą i zaczynają snuć pieśni

Opowiedzą o dawnych więziach
O sprawach, jakich się nie śni

Olchy w czas wichur zawodzą,
Bujając wśród połamańców,

Najlepiej tu sobie powodzą
Kołysząc w rytm swoich tańców

Zginają się całe w pokłonie,
Gdy szarpie, targa i wieje,

Usiądz wygodnie, posłuchaj,
Dawne powiedzą Ci dzieje,

A u nas…

Kują dzięcioły zawzięcie, 
Pomagając drzewom w spełnieniu
Mają o swej pracy pojęcie, 
Drążą ku przeznaczeniu

I strzyżyk maleńki, a śpiewny
Plądruje skrzat na wykrotach, 
Swego wszystkiego jest pewny, 
O żadnych nie słyszał kłopotach

Czasem i bóbr pluśnie z hałasem, 
Zawoła: Hej, jak się macie! 
Pomaga być zdrowym lasem,
Nasz stary, dobry przyjaciel

Współistniejemy

Bywa, że zjawia się Hurmak, 
Chrząszcz – Olchowiec tak zwany, 
Cykl życia wypełnia się syty, 
Prowadzi do wielkiej przemiany

I wielu innych co lata, 
Osiada i zjada w topieli, 
Olcha zna już szept świata 
Choć wzbrania, szczodrze podzieli

Widzimy przyczyny tych zdarzeń, 
Rozumiemy dlaczego się dzieje
Zaglądamy czasem w świat marzeń,
Zwiedzając pradawne Knieje

Mijamy z gawędą w Istnieniu 
Kołysząc wśród braci zmurszałej 
Dla nas są oni legendą, 
Świadectwem przygody wspaniałej

Wspomnieniem wołamy ich ducha, 
Gdy w sen się ułożą ostatni 
Niechaj wędrowiec posłucha, 
Żywot tu wiodły dostatni,

Nie żałuj ich

Pamięć ta nigdy nie znika, 
Wśród jaskrów, plątanin chmielu, 
Sedno już serce przenika, 
Przesłaniem będzie dla wielu

Żyjemy Wiecznie 

Iwona zwraca uwagę na zabawną roślinkę, która ‘’wybucha’’ skręcając się, przy dotknięciu jej części. Mały, żółty kwiatek. To niecierpek drobnokwiatowy. Ziele strzela przy najmniejszym poruszeniu, bombardując kulkami czarnych nasion. Ile zabawy przy tym! Długo dokazujemy z niecierpkami, pośród śmiechów i zaskoczenia. Słońce przebija świetlistymi refleksami spod zielonego parasola liści, złotymi promieniami czarując przestrzeń rozlanej magii. Omijamy bobrowe doły. W oddali chrypi kozioł sarny. Planuję zrobić na zakończenie czuwanie pod lasem, aby podejrzeć wychodzące na ściernisko zwierzęta.

Na pola docieramy czerwonym wieczorem. Małe pokrzyżowanie planów. Jezdzi tu jeszcze ciągnik, który ‘’dokłada’’ do krajobrazu kolejne walce balotów. Na nich nie posiedzimy. A zwierzęta? Mimo to postanawiam zaufać, robimy kilka kroków przez ugór, aby zasiąść bezpośrednio pod lasem. I za chwilę okazuje się, że lepiej wybrać nie mogłem… Usadawiamy się pod jedynym w lesie Dębem Czerownym, który kondycją powierzchowną również zdaje się urągać kryzysowi klimatycznemu i tutejszej suszy. Liście ma lśniące, gładkie, bez skazy, pełne wigoru. Jakby nic się nie działo. Tymczasem rodzima roślinność na jego tle wypada blado. Na krzewach bzów żółcą się blade liście, pochodzące z dalekich sawann akacje sypią jak jesienią, a dęby ojczyste całe poskręcane, w dziurach i zaschnięte. Temu nic. Podziwiam kondycję, wytrzymałość, i z niejaką przykrością stwierdzam, że uznawanym dzisiaj za ‘’gatunki’’ inwazyjne może po prostu się udać, a nasze lasy na zawsze zmienią znany nam wygląd. Po drodze mijaliśmy ogrodzony młodnik, w którym wszystko co tam posadzone było już martwe. Najpierw wycięto zupełnie zdrowe i w kwiecie wieku dęby z sosnami. Na długo pozostawiono obraz klęski, który szybko zarosły różne drzewka. Jarzębiny, robinie i dąbki. Te zdążyły wspiać się na wysokość pasa. Były zielone i zdrowe. Mimo to wykarczowano je, i posadzono na tej odkrytej patelni maleństwa, które przetrwać takiej ekspozycji nie mogły. Co ‘’ciekawe’’, samosiejki różnych drzewek nadal pozostają żywe i zielone. Człowiekowi zdaje się, że wie lepiej, co powinno w lesie rosnąć… I będzie tak jak on chce. ‘’Skład gatunkowy dostosowany do siedliska’’. Poprawianie natury. Próba przyspieszania procesów, które trwają setki, tysiące lat. Dla drewna, dla zysku. Przecież tak się nie da. W nieskończoność. ‘’Gospodarka leśna’’, można czasem usłyszeć. Dobrze, że Natura ma to w poważaniu. Zawsze była bezlitosna wobec naszej arogancji. Szkoda, że tak mało się uczymy…

P90803-211337

Niebo. Teraz widzę, dlaczego miejsce jest idealne. Widać cały zachód na pustym horyzoncie. Niebiosa zasnuły się smugami…jakby deszczu? W oddali. Nie dowierzam. Ale tak to wygląda. Czerwień, granat, i mglista łuna pomarańczowej poświaty. Dawno nie było takiego widoku. Zaczarowany, a my nie możemy oderwać zeń wzroku. Mimo pracy traktora nieopodal, sarny wychodzą na ugór beztrosko, bez lęku. Dobrze znają maszyny rolnicze, prace polowe i wiedzą, że nie ma co się ich obawiać. Obserwując, wracają wspomnienia, z samotnych czuwań. Myślę sobie w tamtym momencie, ‘’ale było by pięknie, gdybyś przeszedł tu blisko, na widoku, żeby goście mogli mieć takie wrażenia jak ja miałem’’. Ulotna myśl. Mija 1,5 minuty i kozioł idzie. Prosto na nas. W energiach zrobił się ruch. Zaczęło wiać. Chmury przyspieszyły. Sarniak zatrzymuje się parę metrów przed nami, po czym obraca bokiem i daje popis. To kopytkiem się drapnie, to uszami trząśnie. Zastanawia co robić. Uciekać przed wichurą czy zostać? A my oniemiali. Nawet ja. Bo jak to możliwe? Czy on odebrał moją myśl? Przyciągnęło go pragnienie? Manifestacja natychmiastowa. Przybył, pokazał się. Coś skubie. Nas nie czuje, nie ten kierunek wiatru. On go zresztą ogłusza. Gdy zaczynają sypać gęste krople, wycofuje się w podskokach ku balotom. Jakby burza! A przecież wzywaliśmy dziś pod Topolami Deszcz i Chmury. Czy to wszystko się dzieje naprawdę? Udało się? W głębi wiem, że tak. Moc szczerej intencji. Chcieliśmy po prostu ulżyć Drzewom. W podziękowaniu za ich wsparcie. I choć nie jest przyrodzie łatwo wyczarować deszcz z tej suchoty, zauważam, że za każdym ‘’przywołaniem’’ jest go więcej i trwa dłużej.

Ścigani bluzgami urągających kroplel maszerujemy ugorem, zmierzając do ostatka naszego Dnia Wędrownego. Kończy się on dziś z nastaniem ciemności. Wnet uspokaja się. Tuż nad naszymi głowami zaczynają pląsające tańce zwrotne nietoperze. Horyzont dogasa w glorii czerwieni. Na tle tej poświaty majaczy się czarna już sylwetka sarny. Ta wraca ze ścierniska do lasu. Kroczy powoli, skupiona. Podziwiamy ją długo, odprowadzając szczęśliwym wzrokiem. Nieśmiałe, powolne kroki, i co rusz przystajemy, spoglądając jeszcze na zorzę zachodu w objęciach pieszczoty czarnego zmierzchu. Bo nikt nie chce tej krainy zachwytu opuszczać.

P90803-202514

P90803-174830

P90803-204037

A gdy słońce w pomarańczy poświacie kończy światłą podróż ku przeznaczeniu wieków. Tam gdzie pyłu słomianego unosi się smuga po żniwach dostatku. Na horyzoncie ściernisk dalekich, w żarze niebios tlących płomieniem. Przy skraju lasu, gdzie w gęstwinie już mrok czyha i sarnie cienie chwieją w podchodach szelestów. Kędy nietoperze w łopotach milczenia zaczynają swój chaotyczny balet. I kiedy lis o zmroku na łów sowity wyrusza bezgłośnie. Uśmiechnij się do gasnącej zorzy zachodu, i pobłogosław życie wokół. Wdzięcznością obejmij chwilę w błogości danej Ci teraz.

Ostatnie szczebioty ptactwa polnego, co w sen puchaty się przytulają, w pacierzu leśnym będą Ci odpowiedzią Boga.

_______________________________________________
_______________________________________________

A jeśli i Ty drogi Czytelniku czujesz w sobie chęć by podarować sobie spokojny Dzień Wędrowny ukojenia pośród Natury i Drzew Mocy, napisz do szeptów na podany adres mailowy : czeremcha27@wp.pl. Wybierzmy dogodny termin, i razem wymaszerujemy naszą wędrowną przygodę.

Pozostałe historie wędrowne i pamiątki z naszych spotkań możesz przeczytać klikając TUTAJ 

 

Susza w Przyrodzie. Jakiej nie było jeszcze

W zeszłym roku napisałem takiego posta odnośnie zaobserwowanego w naturze zjawiska – było o tym, jak wszystko przyspieszyło. Jarzębiny dojrzałe już w lipcu, wrzosy kwitnące z początkiem sierpnia, wreszcie dostatek owoców dojrzałych również o wiele wcześniej niż zazwyczaj. Mirabelki z końcem lipca? Taki był 2018. Pod koniec listopada ubiegłego roku, na części krzewów i drzew wisiały jeszcze zielone liście, ze zdumieniem obserwowałem też kwitnące krwawniki, starce i kwiaty łąkowe. Któregoś dnia minionej jesieni temperatura wyniosła około + 20 stopni, pamiętam jak wtedy czuwałem jeszcze w letnim ubraniu nocą. To subtelne zmiany, niezauważalne dla większości osób żyjących w harmonii dom – praca – powrót. A więc ignorowane. I o ile rok poprzedni po prostu zaciekawił, tak 2019 przestraszył już od wczesnej wiosny. Już wtedy było sucho. Zaintrygowała natomiast ‘’cisza ptasia’’. Owszem coś tam śpiewało jak to wiosną, i pozornie wszystko w normie. Pozornie. Bo usilnie towarzyszyło mi poczucie, że jakoś jest ciszej. W porównaniu z innymi latami. I to nie tak troszkę, ale jakoś o 1/3. Pamiętam kwietniowe świty i majowe poranki – harmider czynił się taki, aż dzwoniło w bębenkach. Kilka osób bliskich jak ja naturze, potwierdziło mi, że mają podobne wrażenie tego roku. Nie wchodząc w szczegóły, przyczyny… Wielki brak owadów. Gdzieniegdzie plączą się pojedyncze pszczoły i trzmiele. Ale cóż to, wobec huczących zastępów, wesołych i pracujących wraz z rozkwitem kwiatów, jakich buczenie witało mnie co roku? Za ciszą ptasią idzie owadzia. Bo w przyrodzie wszystko jest połączone i od siebie zależne, łącznie z człowiekiem. Nie zmieni tego ignorancja, usilne wypieranie faktów, beton, ‘’rozwój, postęp, i nowoczesność’’. W tym czasie docierają do mnie informacje o płazach wyschniętych ‘’na wiór’’, które przytomni ludzie zbierają i ratują poprzez wizytę w wiadrze z wodą. Tam żabie ‘’skwarki’’ spędzają długi czas powoli nasiąkając wodą i wracając do życia.

Maj przemija szybko, i równie prędko milkną słowiki. Zwykle można było je usłyszeć jeszcze urywkami przez czerwiec. Mimo czerwca, czuję się jakby był co najmniej późny sierpień. Ptaki nad bagnami milkną. Niektórych w ogóle brak. Po raz pierwszy tej wiosny nie słyszę bąka. Mieszkał tu odkąd pamiętam. Każdego roku ptasi duch trzcinowisk przylatywał, obwieszczając się światu szuwarów miarowym dudnieniem. Ok, stwierdziłem, okolica staje się coraz bardziej zaludniona, może to mu przeszkadza. W poszukiwaniu bąka odwiedzam wieczorami wszystkie bagna, trzcinowiska i rozlewiska dostępne w okolicy. Łącznie pięć. I tutaj bąków nie słychać, choć zawsze były… Kto to w ogóle, poza takim obserwatorem jak ja, zauważa? Martwię się o świat…Z końcem czerwca w Wielkopolsce zaczynają żniwa. Zboża przeschły i dojrzały w skwarze prędko. Zwykle miały one miejsce w lipcu. Są dni, że hektary pól płoną, zapalając się od rozgrzanych w słońcu maszyn rolniczych. Ogromne straty. W lasach już obowiązuje najwyższy stopień zagrożenia pożarowego, który z przerwami i tak utrzymywał się od wczesnej wiosny. Jak mało w tym roku zaskrońców… widziałem dopiero jednego. Niski stan wód odbija się piętnem na lęgach ptaków wodnych – dostęp do zalanych i bezpiecznych zwykle gniazd zyskują lisy, jenoty, borsuki i dziki. Przegrywają z nimi żurawie, łabędzie, kaczki i gęsi…

Nadal czerwiec. Niektóre liście brzóz wybarwiają się na żółto. Opadają. Nawet odporne, rodzime drzewa, nie radzą już sobie z brakiem wody. Już w kwietniu i marcu niektóre gatunki zrzuciły dopiero co wypuszczone, młodziutkie zielone listeczki. Pamiętam. Powód? Brak wody, tym samy możliwości aby listki utrzymać i odżywić. Długa, powolna śmierć… Cośmy im zgotowali? Widząc to, nie mam czasem śmiałości prosić je o cokolwiek… Liście dębów pokrywają się białym nalotem – wtórny objaw skrajnych warunków. Gdzie bym nie był, u dębów to wszędzie. Z ubiegłym roku byłem w szoku, kiedy dęby właśnie zrzucały masowo, lawinowo niedojrzałe, zielone żołędzie podczas wakacji. Już wtedy miały ciężko. Pozbywały się balastu, którego nie były w stanie wykarmić. Przez który uciekała cenna wilgoć. Tego roku wiele z nich nie zawiązało szypułek widzę. Żołędzi nie będzie. Ale jeszcze trwają…

10437622_1144214705592122_1487552262295029528_n

Roślinność zielna, dzika, ta na brzegach pól i miedzach. Wydawałoby się niezniszczalna. Patrzę na zasuszone, pokrzywy, ostrożenie, maki… Życica trwała, jedna z odporniejszych traw, przybrała złoty, słomiany kolor. Zupełnie jak jesienią. Wyglądają jakby ktoś je spreparował. Jeśli padają tak odporne gatunki, co z innymi, co dalej? Pamiętam upały z dzieciństwa. 31 -33 stopnie, to bywał max. Nie trwały też długo. I zwykle po nich następowały ulewne burze, pogoda jakoś ‘’kręciła się normalnie’’. Bywały też letnie słoty, podczas których np. tydzień umiarkowanie padało. Ten deszcz bardzo był przyrodzie potrzebny. Ale jak czytam jeszcze wczoraj ‘’urlopowicze rozczarowani pogodą nad bałtykiem’’ bo trochę chłodniej się zrobiło… Cały czas jesteśmy jeszcze w czerwcu… Pojawiają się doniesienia, że znów padły historyczne rekordy temperatur. Od początku epoki przemysłowej, wpompowaliśmy do atmosfery ponoć 300 mld ton dwutlenku węgla. I choć zmiany są cykliczne, nieuniknione jako Ludzie Rozumni możemy zrobić jeszcze tyle aby je spowolnić i uprzyjemnić chłodem zmierzch swojej epoki. Ale co można zrobić w kraju, gdzie ogólnie neguje się globalne ocieplenie i zmiany klimatu, a ‘’rewitalizacją’’ nazywa wybetonowanie placu miasta? Gdzie ‘’cięciami pielęgnacyjnymi’’ nazywa się totalne okaleczenie drzewa, po którym czeka je już tylko powolna śmierć? Gdzie drzewa postrzega się jako ‘’zagrożenie’’ ( oh te nieobliczalne drzewa wyskakujące pod pojazdy na szosy i autostrady) a argumentem do wycięcia bywa czasem pyłek, alergia, czy ‘’śmiecenie liśćmi’’?

Wielkopolska. Moja rodzima. Tu rzeka Noteć wyschła na odcinku kilkudziesięciu kilometrów. Była rzeka, nie ma. Cofają się jeziora gnieźnieńskie. Wycieczkowy statek ‘’Łokietek’’ ugrzązł w rzecznym mule, gdzie prawdopodobnie zostanie już do jesieni. Przyczyną jest nie tylko susza, ale i kopalnie odkrywkowe. Sprawy lokalne. Region traci na zanikającej turystyce. Co ‘’najśmeiszniejsze’’ ekolodzy ostrzegali, próbowali zablokować powstanie odkrywek. Lata temu. No ale rozwój, postęp, nowoczesność! INWESTYCJE! Rzeka Noteć była siódmą co do wielkości rzeką w kraju. W TV mówią coś o szumnych planach, budowie tras wodnych, i transporcie rzecznym, co wiąże się z kolejnym betonowaniem, pogłębianiem i przegradzaniem rzek. Co = szybszemu spływowi wody, której i tak już jest mało. Powodzenia. Czasem nie dziwię się rządzącym, serio wcale. Zupełnie rozumiem ich zaparte. To wszystko o czym piszę doświadcza się i widzi będąc w terenie. Jestem każdego dnia.Uderza w oczy. Woła, krzyczy! Zobaczcie, coście uczynili… Widzę ledwo trzymające się drzewa goniące resztkami sił, schnącą roślinność zielną, niepowodzenie lęgów ptasich, klęskę ryb, zwierzęta, które najchętniej nie wychodziłyby z wody. I mam świadomość, że każdy z tych gatunków tworzy cegiełki piramidy dzięki której żyjemy. Ktoś kto życie spędza na przesiadce z klimatyzowanej limuzyny do klimatyzowanego biura, a w międzyczasie ‘’ważne sprawy’’ posiedzenia, konferencje, spotkania, troska o wyborcze słupki… nie zrozumie. Ktoś taki nie odczuje podwyżki pęczka pietruszki z 2 zł do 20. To dla niego nic.

Z troski o Drzewa, śledzę zapowiedzi pogodowe. Ile to razy już miało padać! Jeszcze 3 lata temu, podawane informacje zwykle były trafne. Teraz na wykresach od miesięcy powtarza się sytuacja ‘’w internecie’’ pada, w terenie nie. Komputerowe modele przestały się sprawdzać. Są i ‘’korzyści’’. Zwykle minusem wędrówek o świcie było to, że buty i spodnie szybko przesiąkały rosą, która jak to zawsze osadzała się wilgocią na trawach. Teraz nie ma, zakładam normalne buty i wracam suchy. Nie ma też mgieł. Liście kukurydzy na polach zaczynają się zwijać. W grupach na facebooku piszą rolnicy, że to z powodu suszy, i padają nawet odmiany na nią odporne. Patrzę na pola w swej miejscowości – rzeczywiście. Jednocześnie spoglądam na wykarczowany z wierzb rowek, z resztkami zniszczonej koparką tamy bobrowej. Ile one mogły zatrzymać, zgromadzić tu wody… Czy naprawdę musimy zacząć płacić 100 zł za ziemniaka, aby pojąć najprostsze zależności w środowisku, które rozumie już sześciolatek?

Skierniewice – 50 tysięczne miasto, gdzie zabrakło wody. Jeśli ktoś był zdania, że co go obchodzą jakieś rzeki, bo przecież woda w kranie jest, bardzo się zawiódł. Tu miejskie studnie głębinowe nie poradziły sobie ze sprostaniem ignorancji ludzkiej – najpierw wystosowano apele do działkowiczów, w pocie czoła niestrudzenie hektolitrami nawadniających swe zasuszone trawniki. To jest dopiero ciekawe. Ludzie pytają jak ‘’wytępić chwasty’’ na trawie, którą chcą utrzymać w martwej monokulturze ‘’bo ładnie wygląda’’. Katują tenże trawnik cotygodniową przycinką do ziemi, a potem dziwią się że schnie… Gdy tymczasem wiadomo, że obecność ‘’chwastów’’ i rzadsze koszenie sprzyja odporności takiego trawnika. Rośliny zatrzymują dla siebie więcej wody, zmniejszają parowanie, pochłaniają spaliny, stają się siedliskiem dla owadów i zapylaczy… Tym razem żniwa ignorancji zebrali wszyscy, bo odcięto dostęp do wody najpierw działkowiczom, a potem całemu miastu. Śledząc temat okazało się, że takich przypadków w kraju jest znacznie więcej, w mniejszych gminach, nie tak szumnych i nie tak głośnych. A to przedsmak tego, co może nas czekać. Podobno podczas tych kilku dni skwaru już musieliśmy importować energię elektryczną z zagranicy. Pamiętam jeden komentarz, gdzie ktoś z oburzeniem krzyczał, że co innych obchodzi co on podlewa, płaci za wodę to ma być. I chyba dlatego nie ma dla naszego gatunku, ratunku… W mojej miejscowości, jeśli latem chcesz wziąć prysznic lub wieczorną kąpiel polecam godziny między 14 a 16 tą. Od popołudnia ciśnienie bywa tak niskie, że woda sączy się ciurkiem. Wyglądam przez okno i patrzę na uśmiechniętych ludzi, lejących wężami na przeschnięte trawniki, które najpierw zabili koszeniem. Ile to przy tym bezsensownej pracy, hałasu dla sąsiadów, spalin? Kiedy można chodzić po wyższej trawie, i w niczym to nie przeszkadza. Człowiek to mistrz w wymyślaniu bezsensownych zajęć. Plus hałdy po skoszeniu, wyrzucane i gnijące po lasach. Inni podłączają specjalne natryski na całą noc, a i na dzień zostawiają. Jest tak pięknie…

Wczesna wiosna zafundowała w Polsce malownicze widowiska. Ziemia na polach była tak przesuszona, że każdego dnia przy większym wietrze wirowały tabuny i trąby pyłu. Podziwialiśmy na wędrówkach i pozostałem wtedy jedynie przy pozytywnie wizualnej interpretacji tego zjawiska. To już jest objaw dewastacji gleby. W mediach mówili coś o ‘’pyle saharyjskim’’. Nie. To był nasz pył, uniesiony z zasuszonych i wyeksploatowanych pól. Unosił się smugami, zwłaszcza po orce ciągników. Już ciężko się oddychało. Nie żyję na świecie od dzisiaj. Pamiętam inne wiosny. Grząska, wilgotna ziemia, po której szło się w kaloszach zapadając w błocie czasem po kolana. Zamiast pierwszych wiosennych grzmotów, doczekaliśmy burz piaskowych. ‘’Brawo my’’. Ktoś zwrócił mi też uwagę na zjawisko chłodnic samochodowych i szyb, dawniej po jezdzie oblepionych masą muszek, pszczół, motyli itd… Dziś pozostają czyste. Wyglądam przez okno i spoglądam w blask ulicznej latarni. Dawniej… Kłębił się wokół niej rój komarów, ciem, chrabąszczy i różnego latającego żyjątka. ”Przypadkiem” dotarło do mnie, że mimo lata wokół nich każdej nocy pusto…

Koniec czerwca. Białe Noce dziwią niespotykaną dotąd ciszą. Nie słychać czyrykania kuropatw, ani wabienia przepiórek. Jakby już był koniec sierpnia. Żaby i ropuchy milczały, z nielicznymi wyjątkami od początku wiosny. Mało świerszczy .W tym roku nie zaobserwowałem żadnego świetlika. Z polnych gruszy i jabłoni opadają niedojrzałe zielone owoce, znów drzewa nie są w stanie ich odżywić. Jarzębina już się czerwieni. Chwilę byłem w biedronce, gdzie otulił mnie głuchy bezwład i miła, lekka muzyka. Wyładowane kosze, pełne półki, tu niczego nie brak. Jest ryba o nazwie ‘’filet’’, której ławice wydają nieprzebrane w sklepowych zamrażarkach. Kiełbasa na grilla, piwo, i chipsy. I tym ‘’optymistycznym’’ akcentem… Pozostaję w stanie obserwacji co dalej. I choć chciałoby skupić się tylko na Przyrodzie – wszystko jest powiązane.I tylko kaktusowe rodzeństwo na moim parapecie. One wydają się być bardzo szczęśliwe. Znów powiększyły się o połowę.

58895089_2267767226796496_2389973713371004928_n

Wróżki nad jeziorem. Za granicą światów.

Przedzieramy się przez letni, dojrzały w zieleni las. Nie przez jakieś tam chaszcze – po prostu zwykle dostępne dróżki zarosły trawami i roślinnością po pas. Choć w lesie pięknie i śpiewa, chcąc nie chcąc przyspieszam kroku. Trzeba się wydostać na przestrzeń, bowiem gzy, strzyżaki i komary wyległy tłumnie aby mnie powitać. Kawalkada. Nic nie jest w stanie ich odstraszyć. Idąca obok mnie Małgosia nie ma w ogóle z tym problemu – dla owadów jest jakby niewidzialna. Pojęcia nie mam od czego to zależy, ale zauważam – zjawiają się takie osoby, które wszelkie małe istnienie darzy mniej wylewnym szacunkiem. Nici ze spaceru w cieniu drzew. Żegnają nas wiotkie łodygi gozdzików. Ale na przestrzeni, też jest cudownie. Kolorami woła tu życie. Skraj polnej dróżki obsiadły miodunki. Te zachwycają oczy przesłaniem dojrzałego chabru z ciemnym błękitem. Obok nich na badylu wiszą ciemnoróżowe szmaragdy wyki ptasiej. Jak krople esencji kwietnego kunsztu. Wojownicze ostrożenie stróżują wytrwale z kolczastym ostrzeżeniem fioletu. Nie podchodz! Uważaj. Kłuję! Delikatnym motylom krzywdy jednak nie robią. Wszędzie wokół rozkwita jeszcze więcej kolorów, póki co nieznanych mi z nazw. Ohh, jaki ten świat jest bogaty. Dzikie rośliny. Tak wytrwałe i dzielne. Podziw i zachwyt. Nawet nic po nich nie widać – mimo tych upałów. Prawdziwe bohaterki. U nich podobnie jak w lesie, tylko takim na mniejszą skalę. Różnorodność gatunków i totalnie pozorny brak miejsca z rywalizacją o przestrzeń, sprzyja im wszystkim. W tym gąszczu same dla siebie obniżają temperaturę i raczą wzajemnym chłodem, a mozaikowy system korzeniowy każdej z nich, pomaga lepiej zatrzymać wodę dla wszystkich zielonych mieszkańców. Świadome, czy przypadkowe braterstwo?

Długi czas pozostajemy w ciszy, a każde z nas rozgląda się podczas bosego i chłonie w duszę, to co na co dzień pomijane i zapomniane. Siostrzane Topole napotkane po drodze obejmują nas radością i zrozumieniem. Dziś to ja nie mogę się od nich odkleić. Pobudzają wnętrze do osobliwego śpiewu. Pieśni zgody i harmonii z wszystkim co jest… Spostrzegam, że podczas tej sesji nie przysiadł na mnie ani jeden komar…

54230831_1071311349727451_6457138954763239424_n

Wieczór spędzamy na skraju sosnowego boru, pogrążeni w cieple zachodzącego słońca. Tu przenikają się ptasie światy. Z wnętrza lasu wielogłos świergotu i gwizdów, a z pustki przestrzeni polnych, monotonne wołania trznadla. Wtóruje mu melancholią ortolan, a podzwania wibrująco ukryty potrzeszcz. I znów mówimy mało. Nie trzeba. Tutaj wszystko rozmawia. Ciekawiej jest posłuchać. I tak przysłuchujemy się dialogowi dwóch kruków, polatujących nad polem. W pierwszym wrażeniu, to tylko ‘’zwykłe krakanie’’. Ciszej. Uważniej. Wyraźniej. I już da się rozróżnić. Jeden coś opowiada, intonuje, moduluje głosem. Drugi potwierdza i wypytuje. Najinteligentniejszy ptak świata w swych przepowiedniach pozostaje jeszcze niezbadany. Kruki to jakby tacy nadzorcy nad całą przyrodą. Widzą, oceniają, zawierają sojusze, kombinują, uczą się, i działają. Fascynują zaradnością na każdym poziomie. Z każdej wyprawy staram się spisywać głównie wrażenia przyrodnicze. A przecież to tylko maleńka cząstka tego, co podczas nich się dzieje. Wędrówka to złożony proces. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Dokąd dotrzemy? A co wypłynie na powierzchnię. Rozmowy. I te milczące dusz, jak i w słowach. Jaki temat, emocja, historia, przeżycia – domagające się wysłuchania i wreszcie uzdrowienia? W jaki sposób sobie pomożemy? A dzieje się tak niemal podczas każdej wyprawy. W cudowny, intuicyjny, i najprostszy zwykle sposób. Wydobyć, zrozumieć, zobaczyć i puścić pomagają bardzo Drzewa. Wszystko to sprawy bardzo zazwyczaj osobiste, i nie każdy chce nimi się dzielić. W pełni to rozumiem, szanuję i akceptuję. To co wybrzmiewa i się zadziewa, pozostaje intymną tajemnicą naszej przestrzeni.

I tak po słonecznej sielance z krainy pachnących sosen, docieramy o zmierzchu nad jezioro. Małgosia rzuciła takie hasło, a ja w pierwszej chwili zaoponowałem. Teraz jestem tu, skaczę boso między szyszkami i nie żałuję. Bo widok i dzwięk przekracza wyczerpaną już na dziś dozę zachwytu. W ciemnościach śpiewają jeszcze rudziki i drozdy. Wita nas miękkie, dudniące pohukiwanie bąka. Tętni zadumą jakąś. Ostro wrzeszczą żaby. Ale… tafla jeziora… niebo zlewa się czerwienią z lustrem, tworząc dojrzałą, harmonijną jednię. Echo zaszłego słońca. Wyczuwam oddech srebrzystych obłoków, blasku na styku atmosfery ziemi z ‘’pustką’’ kosmosu. Na tle tej glorii wirują w chaosie cienie nietoperzy. Przysiadamy z czuwaniem na wędkarskim mostku, słuchając jak żyje woda. Zewsząd obezwładnia jej mokry, z domieszką bagiennej roślinności, ciężki choć rzeźwiący zapach. Tu, w krainie jeziora próżno nasłuchiwać za ciszą. Pluski i pluskoty. Jak wykrzykniki w ciemnościach. Polują ryby. A może skaczą, po prostu dla zabawy? Ochryple zawodzi niewidoczna czapla. W pewnym momencie ‘’coś’’ kusi mnie, aby jednak trochę poświecić na wodę przed sobą. Roje owadów. Ochotki, komary, licho wie co jeszcze. Spoglądam na spokojną taflę, przypatrując się kłębiącym larwom nieznanych mi stworków. One…coś robią. Nie pływają bez celu. Zbliżają się do góry i…nie wierzę w to co widzę. Larwy tuż przy powierzchni ‘’rozwalają się’’ a z ich wnętrza powstaje zupełnie dorosły owad. Obserwujemy przeobrażanie! Niektóre niemal od razu startują, inne siedzą kilka chwil w bezruchu na wodzie. Kolejne mają jakieś ‘’dziwne pejsy’’, witki. Wyglądają tak magicznie! Czar przemiany. Bo to jest naprawdę cud. Przejście przez granicę żywiołów. W ciągłym tańcu ze śmiercią i szczęściem. Widzę jak młode okonie co i raz rzucają się na tą zdobycz. Inne zgarniają z powierzchni nietoperze jeśli nie poderwą się dość prędko, a i w powietrzu nocą nie są bezpieczne. Mimo to, wiele z nich spełni swoje jedynie zadanie, w odwiecznej pieśni życia. Przetrwają. Nieme, ulotne wróżki wody. Wdzięczni, że mogliśmy uczestniczyć w tym niespodzianym widowisku. Bezimienne owady na zawsze pozostaną wspomnieniem przemijania w niewiadomej pieczęci zdarzeń… Szemrzące wokół trzciny, plotą z szemraniem baśń jakąś… Mam wrażenie, że ta chwila mówi do mnie wszystkim, co w tym momencie się dzieje.

Czerwień blaskiem się kładzie, 
Na spokojnej tafli jeziora,

Świat się pogrąża w bezwładzie, 
Nocy nadeszła już pora,

Bąk w szuwarach ukryty, 
Echem dudni w zadumie,

Jak duch, cały jest skryty, 
Odezwać inaczej nie umie

Święto maleńkich owadów, 
Żywota ogłasza przyczyny

Przybyły na ucztę tłumnie, 
Płocie, okonie, i liny

Nietoperze wydobywają z cienia, 
Wróżek istnienia Wspomnienia,

Ostatnim zgasłym łopotem, 
Latarnią są przeznaczenia.

Wypowiadam płynnie te słowa, wtedy jeszcze zachowane w pamięci inaczej.
Ostatni akt nocy spędzamy kilka kroków dalej, pod sosnami. Bynajmniej nie śpiącymi. W życiu nie czułem tak ich energii. Przenieśliśmy się spontanicznie, stąd był dobry widok na zorzę i nietoperze. Muszę… wiem, że powinienem im się poddać. Ciało moje zaczyna kołysać się swobodnie, choć impulsowo. Zupełnie jak drzewo w podmuchach wiatru. Nie wiem jak to się dzieje… czuję jakby chwytały mnie za nogi od spodu i bujały. Dzikie to. I szamańskie. Gość mój stoi oparty plecami o pień kolejnej obok. Bucha gorąca energia. Znów drzewa odprowadzają to, co powinno odejść. Ostatnio podniosły mi poprzeczkę. Powiedziały, że pora na kolejne wydarzenia i spotkania. Że ten etap warsztatów od marca, był tylko wstępem. Do czegoś dużo głębszego. Był taką nauką podstaw. Teraz mam wieścić przesłania ‘’na żywo’’. Już nie spisywać, a mówić na bieżąco podczas spotkań. Szeptać ich szumiące modlitwy. I tak dziś przechodzę ‘’chrzest ognia’’. Bo rzeczywiście mówię tym rymem. I jakoś swobodnie płynie. Przecież to od Drzew…

Gwiazdy srebrzyste, 
Wspomnienia ojczyste,

Mgieł opary, 
Szemrzące szuwary,

Przyjmij Sosnowe Dary….

Wypowiadam do Małgosi. Teraz czuję się nieco jak ten dawny druid. Jedno ze słów okazało się kluczowe… Popłynęło wzruszenie… Ciężko nam odejść od sosen. Gwiazdy migoczą zalotnymi ognikami ze spokojnej tafli jeziora. Przebijają iskrami znad koron igieł. Wracamy. Oczy nasze doskonale orientują się w odcieniach szarości. Marsz skupienia i jedności. Bór milczy odświętnie. Bezbłędnie pokonujemy przeszkodę w postaci powalonych kłód. Na jego skraju jarzy się platyna tych srebrnych, kosmicznych obłoków. Dziś są szczególnie rozległe. Noc wędrowną kończymy wymianą opowieści i wrażeń, podziwiając chwiejne błyski gwiazd na pomarszczonym nieznacznie lustrze tajemnicy.

tapet1