Wróżki nad jeziorem. Za granicą światów.

Przedzieramy się przez letni, dojrzały w zieleni las. Nie przez jakieś tam chaszcze – po prostu zwykle dostępne dróżki zarosły trawami i roślinnością po pas. Choć w lesie pięknie i śpiewa, chcąc nie chcąc przyspieszam kroku. Trzeba się wydostać na przestrzeń, bowiem gzy, strzyżaki i komary wyległy tłumnie aby mnie powitać. Kawalkada. Nic nie jest w stanie ich odstraszyć. Idąca obok mnie Małgosia nie ma w ogóle z tym problemu – dla owadów jest jakby niewidzialna. Pojęcia nie mam od czego to zależy, ale zauważam – zjawiają się takie osoby, które wszelkie małe istnienie darzy mniej wylewnym szacunkiem. Nici ze spaceru w cieniu drzew. Żegnają nas wiotkie łodygi gozdzików. Ale na przestrzeni, też jest cudownie. Kolorami woła tu życie. Skraj polnej dróżki obsiadły miodunki. Te zachwycają oczy przesłaniem dojrzałego chabru z ciemnym błękitem. Obok nich na badylu wiszą ciemnoróżowe szmaragdy wyki ptasiej. Jak krople esencji kwietnego kunsztu. Wojownicze ostrożenie stróżują wytrwale z kolczastym ostrzeżeniem fioletu. Nie podchodz! Uważaj. Kłuję! Delikatnym motylom krzywdy jednak nie robią. Wszędzie wokół rozkwita jeszcze więcej kolorów, póki co nieznanych mi z nazw. Ohh, jaki ten świat jest bogaty. Dzikie rośliny. Tak wytrwałe i dzielne. Podziw i zachwyt. Nawet nic po nich nie widać – mimo tych upałów. Prawdziwe bohaterki. U nich podobnie jak w lesie, tylko takim na mniejszą skalę. Różnorodność gatunków i totalnie pozorny brak miejsca z rywalizacją o przestrzeń, sprzyja im wszystkim. W tym gąszczu same dla siebie obniżają temperaturę i raczą wzajemnym chłodem, a mozaikowy system korzeniowy każdej z nich, pomaga lepiej zatrzymać wodę dla wszystkich zielonych mieszkańców. Świadome, czy przypadkowe braterstwo?

Długi czas pozostajemy w ciszy, a każde z nas rozgląda się podczas bosego i chłonie w duszę, to co na co dzień pomijane i zapomniane. Siostrzane Topole napotkane po drodze obejmują nas radością i zrozumieniem. Dziś to ja nie mogę się od nich odkleić. Pobudzają wnętrze do osobliwego śpiewu. Pieśni zgody i harmonii z wszystkim co jest… Spostrzegam, że podczas tej sesji nie przysiadł na mnie ani jeden komar…

54230831_1071311349727451_6457138954763239424_n

Wieczór spędzamy na skraju sosnowego boru, pogrążeni w cieple zachodzącego słońca. Tu przenikają się ptasie światy. Z wnętrza lasu wielogłos świergotu i gwizdów, a z pustki przestrzeni polnych, monotonne wołania trznadla. Wtóruje mu melancholią ortolan, a podzwania wibrująco ukryty potrzeszcz. I znów mówimy mało. Nie trzeba. Tutaj wszystko rozmawia. Ciekawiej jest posłuchać. I tak przysłuchujemy się dialogowi dwóch kruków, polatujących nad polem. W pierwszym wrażeniu, to tylko ‘’zwykłe krakanie’’. Ciszej. Uważniej. Wyraźniej. I już da się rozróżnić. Jeden coś opowiada, intonuje, moduluje głosem. Drugi potwierdza i wypytuje. Najinteligentniejszy ptak świata w swych przepowiedniach pozostaje jeszcze niezbadany. Kruki to jakby tacy nadzorcy nad całą przyrodą. Widzą, oceniają, zawierają sojusze, kombinują, uczą się, i działają. Fascynują zaradnością na każdym poziomie. Z każdej wyprawy staram się spisywać głównie wrażenia przyrodnicze. A przecież to tylko maleńka cząstka tego, co podczas nich się dzieje. Wędrówka to złożony proces. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Dokąd dotrzemy? A co wypłynie na powierzchnię. Rozmowy. I te milczące dusz, jak i w słowach. Jaki temat, emocja, historia, przeżycia – domagające się wysłuchania i wreszcie uzdrowienia? W jaki sposób sobie pomożemy? A dzieje się tak niemal podczas każdej wyprawy. W cudowny, intuicyjny, i najprostszy zwykle sposób. Wydobyć, zrozumieć, zobaczyć i puścić pomagają bardzo Drzewa. Wszystko to sprawy bardzo zazwyczaj osobiste, i nie każdy chce nimi się dzielić. W pełni to rozumiem, szanuję i akceptuję. To co wybrzmiewa i się zadziewa, pozostaje intymną tajemnicą naszej przestrzeni.

I tak po słonecznej sielance z krainy pachnących sosen, docieramy o zmierzchu nad jezioro. Małgosia rzuciła takie hasło, a ja w pierwszej chwili zaoponowałem. Teraz jestem tu, skaczę boso między szyszkami i nie żałuję. Bo widok i dzwięk przekracza wyczerpaną już na dziś dozę zachwytu. W ciemnościach śpiewają jeszcze rudziki i drozdy. Wita nas miękkie, dudniące pohukiwanie bąka. Tętni zadumą jakąś. Ostro wrzeszczą żaby. Ale… tafla jeziora… niebo zlewa się czerwienią z lustrem, tworząc dojrzałą, harmonijną jednię. Echo zaszłego słońca. Wyczuwam oddech srebrzystych obłoków, blasku na styku atmosfery ziemi z ‘’pustką’’ kosmosu. Na tle tej glorii wirują w chaosie cienie nietoperzy. Przysiadamy z czuwaniem na wędkarskim mostku, słuchając jak żyje woda. Zewsząd obezwładnia jej mokry, z domieszką bagiennej roślinności, ciężki choć rzeźwiący zapach. Tu, w krainie jeziora próżno nasłuchiwać za ciszą. Pluski i pluskoty. Jak wykrzykniki w ciemnościach. Polują ryby. A może skaczą, po prostu dla zabawy? Ochryple zawodzi niewidoczna czapla. W pewnym momencie ‘’coś’’ kusi mnie, aby jednak trochę poświecić na wodę przed sobą. Roje owadów. Ochotki, komary, licho wie co jeszcze. Spoglądam na spokojną taflę, przypatrując się kłębiącym larwom nieznanych mi stworków. One…coś robią. Nie pływają bez celu. Zbliżają się do góry i…nie wierzę w to co widzę. Larwy tuż przy powierzchni ‘’rozwalają się’’ a z ich wnętrza powstaje zupełnie dorosły owad. Obserwujemy przeobrażanie! Niektóre niemal od razu startują, inne siedzą kilka chwil w bezruchu na wodzie. Kolejne mają jakieś ‘’dziwne pejsy’’, witki. Wyglądają tak magicznie! Czar przemiany. Bo to jest naprawdę cud. Przejście przez granicę żywiołów. W ciągłym tańcu ze śmiercią i szczęściem. Widzę jak młode okonie co i raz rzucają się na tą zdobycz. Inne zgarniają z powierzchni nietoperze jeśli nie poderwą się dość prędko, a i w powietrzu nocą nie są bezpieczne. Mimo to, wiele z nich spełni swoje jedynie zadanie, w odwiecznej pieśni życia. Przetrwają. Nieme, ulotne wróżki wody. Wdzięczni, że mogliśmy uczestniczyć w tym niespodzianym widowisku. Bezimienne owady na zawsze pozostaną wspomnieniem przemijania w niewiadomej pieczęci zdarzeń… Szemrzące wokół trzciny, plotą z szemraniem baśń jakąś… Mam wrażenie, że ta chwila mówi do mnie wszystkim, co w tym momencie się dzieje.

Czerwień blaskiem się kładzie, 
Na spokojnej tafli jeziora,

Świat się pogrąża w bezwładzie, 
Nocy nadeszła już pora,

Bąk w szuwarach ukryty, 
Echem dudni w zadumie,

Jak duch, cały jest skryty, 
Odezwać inaczej nie umie

Święto maleńkich owadów, 
Żywota ogłasza przyczyny

Przybyły na ucztę tłumnie, 
Płocie, okonie, i liny

Nietoperze wydobywają z cienia, 
Wróżek istnienia Wspomnienia,

Ostatnim zgasłym łopotem, 
Latarnią są przeznaczenia.

Wypowiadam płynnie te słowa, wtedy jeszcze zachowane w pamięci inaczej.
Ostatni akt nocy spędzamy kilka kroków dalej, pod sosnami. Bynajmniej nie śpiącymi. W życiu nie czułem tak ich energii. Przenieśliśmy się spontanicznie, stąd był dobry widok na zorzę i nietoperze. Muszę… wiem, że powinienem im się poddać. Ciało moje zaczyna kołysać się swobodnie, choć impulsowo. Zupełnie jak drzewo w podmuchach wiatru. Nie wiem jak to się dzieje… czuję jakby chwytały mnie za nogi od spodu i bujały. Dzikie to. I szamańskie. Gość mój stoi oparty plecami o pień kolejnej obok. Bucha gorąca energia. Znów drzewa odprowadzają to, co powinno odejść. Ostatnio podniosły mi poprzeczkę. Powiedziały, że pora na kolejne wydarzenia i spotkania. Że ten etap warsztatów od marca, był tylko wstępem. Do czegoś dużo głębszego. Był taką nauką podstaw. Teraz mam wieścić przesłania ‘’na żywo’’. Już nie spisywać, a mówić na bieżąco podczas spotkań. Szeptać ich szumiące modlitwy. I tak dziś przechodzę ‘’chrzest ognia’’. Bo rzeczywiście mówię tym rymem. I jakoś swobodnie płynie. Przecież to od Drzew…

Gwiazdy srebrzyste, 
Wspomnienia ojczyste,

Mgieł opary, 
Szemrzące szuwary,

Przyjmij Sosnowe Dary….

Wypowiadam do Małgosi. Teraz czuję się nieco jak ten dawny druid. Jedno ze słów okazało się kluczowe… Popłynęło wzruszenie… Ciężko nam odejść od sosen. Gwiazdy migoczą zalotnymi ognikami ze spokojnej tafli jeziora. Przebijają iskrami znad koron igieł. Wracamy. Oczy nasze doskonale orientują się w odcieniach szarości. Marsz skupienia i jedności. Bór milczy odświętnie. Bezbłędnie pokonujemy przeszkodę w postaci powalonych kłód. Na jego skraju jarzy się platyna tych srebrnych, kosmicznych obłoków. Dziś są szczególnie rozległe. Noc wędrowną kończymy wymianą opowieści i wrażeń, podziwiając chwiejne błyski gwiazd na pomarszczonym nieznacznie lustrze tajemnicy.

tapet1