Leśne błogosławieństwo życia. Szczodre dary jesieni i Rykowisko Wędrowców

Zostałem tatą…  Chrzestnym znaczy. Leśnym. ‘’Jak do tego doszło nie wiem…’’ Spróbuję opowiedzieć. Zacząć. Kiedy myślę sobie, że ze zdarzeń wędrownych i historii życiowych nic już mnie nie zaskoczy, dzwoni do mnie Gabi. Nie znamy się jeszcze – chce przyjechać na wyprawę jesienną z przyjaciółką. W wesołej rozmowie wtrąca mi, że od niedawna wie, iż jest w ciąży no i wiecie, aby wędrówka nie była tak forsowną. Ja w radość… Na tą wieść. Ucieszył się, jakby było moje własne  Mówię sobie potem, ‘’No co Ty Sebcio, głupi’’? Jeszcze nie wiedziałem wtedy, że to Uśmiech Duszy był, wobec nowego zdania…

Widzimy się już na drugi dzień, w kwaterze. W trójkę błyskawicznie oswajamy, omawiamy trasę i plan na jutrzejszy Dzień Wędrowny. Stanęło na tym, że pół dnia u Drzew Mocy, druga połowa na zbiorach plonów, a potem przerwa godzinna i noc na rykowisku. Dużo, śmiechów, żartów, Gabi mówi, że do Drzew ze swym małym żołędziem przyjechała, bo chłop ma być jak Dąb. I że mam Kobiecą Duszę. Czyta mnie jak księgę otwartą. To to ja wiem… I ‘’muszę z nią żyć’’ odpowiadam, dać się tej kobietce dzikiej się wyszaleć, wypisać, wypłakać, utańczyć, a i obdarzyć czułością wrażliwą mi najbliższych ukochanych. Wtedy ona jest szczęśliwa i działamy sobie jak stare dobre małżeństwo. Wtedy też synergią brzmi męskość. Jakiś przebłysk świta, po co ta wyprawa, i co mam zrobić jutro, już wiem. Gdy wszystko ustalone, powitane, wracam do siebie. A tam… dopada mnie znana już ‘’faza piśmienna’’. Proces twórczy. Piszę…i okazuje się, dla tego dziecka maluśkiego, tam w łonie. Bo to drugi miesiąc dopiero. Czy to przesłanie? A może modlitwa? Nie wiem. Wiedziałem tylko, że mam spisywać, chwyciłem kartkę i wyjątkowo długopisem. Wzruszenie płynie strugami… Mija wieczór, z kawałkiem nocy. Wiem, że to co się spisało mam przeczytać mamie przyszłej i dziecku. Ale gdzie? Myślę pierw o Dębie Radosławie i jakimś nietkniętym kawałku lasu.

TrreLife.jpg

Rankiem jesteśmy pod Krzesimirem. Jeszcze się waham. Pracuje już umysł. Myślę sobie, i jak to tak tutaj, wśród tych kłód pościnanych sosnowych ułożonych w stosy? Nie, pójdziemy gdzie indziej… Jak była cisza w lesie, tak zewsząd zlatują się sikory. Obsiadają cały dąb, są wszędzie. Jest i kowalik, dołączył dzięcioł. Nalot. I gdy jedna z sikorek przysiada na korze, tuż nad naszymi głowami ja nie mam wątpliwości. Trudno o większy znak. Krzesimir zaś grzmi:

– TAK, WŁAŚNIE TUTAJ! PRZY MNIE TO ZRÓB. KOŁOWRÓT ŻYCIA. CYKL I PEŁNIA.

Dawno nie słyszałem tak wyraznie, dosadnie jego głosu. Gabrysi wcześniej powiedziałem co się święcić dziś może, teraz za jej zgodą przykładam dłonie do powiększonego lekko brzuszka. Czuję się nieco jak kapłan, albo i ksiądz, gdybym to wiedział jak oni się czują… Zaczynam czytać na głos. On drży. Staram się brzmieć…Nie łatwo.

Błogosławię Twoje życie, 
Trzymaj mocno je w uchwycie,

Krocz przed siebie śmiało, godnie, 
Z jego nurtem płyń swobodnie

Niechaj ludzie Cię wspierają, 
Swym najlepszym obdarzają

Wierzby, dęby i jesiony, 
Dzisiaj biją Ci ukłony

Z szumem liści już witają, 
Swego gościa, pozdrawiają,

Puszcze, knieje, łąki, lasy! 
Niech przypomną Tobie czasy

Niech przemówią stare dzieje,

Liście, pnącza, i konary, 
U Twej głowy złożą dary,

Niech nic nigdy nie zagłuszy, 
Światła Twej potężnej Duszy,

Przyjmij pełnię, uśmiech życia, 
By prowadził przez odkrycia

Niech rozprasza mroki nocy, 
Blask Twej osobistej Mocy

Pochłoń szmery i szelesty, 
Czule przejaw swoje gesty,

Wobec roślin, zwierząt, istnień, 
I ukochaj sobą wszystkie,

Daję Ci esencję Kniei, 
Abyś nią mógł się podzielić,

Tutaj w drzewach zakorzenię, 
Żebyś powiódł nowe plemię

W serce Twoje dar swój składam, 
Wieszczę, tulę, przepowiadam,

Drzew energia niech okryje, 
Tu gdzie tętno świata bije,

Przyjmij

Słyszysz pomruk ten, maleńki?
– Tak odzywa się Dąb Wielki,

Miłość poprowadzi kroki, 
Ciepło przyjmie świat szeroki

Witaj

Gdy czytam, wiatr psoty wywija w gałęziach, a Drzewo reaguje całym sobą. Udaje mi się jakoś dobrnąć do końca. Oboje spłakani. Dusza i Dąb, co wyście wymyślili? Najpierw przesłania wieszczone na żywo, teraz tak? I wiem, że dziś mam czytać ‘’brzuszkowi’’ wszystkie słowa spisane w przesłaniach, które uruchamiają energie drzewne. Prosi wierzba, jesion, dąb i brzozy. Mam jemu przekazać tą esencję. Ohhh… to był dłuuugi Dzień Wędrowny… Dalej maszerowaliśmy już na skrzydłach Babiego Lata, z gestem szczodrej jesieni, który obfitością odmierzał echo naszych kroków.

Dzika róża, bez i głogi

Maszerując niespiesznie po jesionowym szlaku podarunki jesieni zbieramy. Dziś Wędrowny Dzień plonów. Dzika róża, głogi, bzu ostatki i tarniny szczodre. Ciekawski rudzik przygląda się ludziom, pomponem pomarańczy migota. Cisza w dostatku się kłania. Czerwień spogląda zewsząd w rumieni.Na dystansie około trzech kilometrów dojrzałe krzewy rozpościerają przystrojone konary, jakby zawołać chciały; masz, wez, częstuj się! Wystarczy dla wszystkich. Medytacja więzi łagodnej, z tym co najwłaściwsze człowiekowi od wieków. Sikory psocą po chaszczach. Lis słoneczny drepta na miedzy. A zdrowie ląduje w torbach lnianych, herbatę krzepy zaparzę na całą zimę. Z kukurydzy wybiegają dwa jelenie – te wypłoszył szum warczącej nisko motolotni, która pojawiła się znikąd…ehh…

P90921-164754

P90921-165448

Bo jesienią jeszcze innego charakteru nabierają wędrówki. Czas dojrzewania wyścieła niebo i ziemię puchem wszechobecnego dostatku. Samo zdrowie, z pracy żywiołów powstałe. Chodzcie do lasu! Dla każdego wystarczy. Drzewa i krzewy wyciągają zewsząd konary, w garście czerwieni ustrojone. Dłonie pełne darów. Co komu potrzeba. Żołędzie na kawę leśną, czy kasztany pochłaniające sploty negatywnych energii. Ziół ostatki z wrotyczu paciorków. Tym nacieramy ubrania przeciw kleszczom. Kiście bzu czarnego, wiechy koralikami przystrojone. Jabłuszka jeszcze na październik czekające, jarzębiny aż bordowe. I pomyśleć, że to wszystko ‘marnuje’ się tonami co roku. Człowiek zapomniał.

P90921-134029

Prowadzę przez sosnowy młodnik, jeden z moich ulubionych zakątków ptasich. Zawsze można tu spotkać wszystkie gatunki sikorek i raniuszki. Kraina zieleni igieł, szorstkich w dotyku jak szczotka. We mchu pobłyskują brązowe łepki kasztanów…

Kasztanów…?

Śliskie, a chłodne w dotyku… wyglądają na świat… pierwsze tutaj maślaczki. Ojej, są wszędzie! W tym momencie tracę wolę i przewodnictwo, gdy goście w uciesze przypadają do ziemi, zbierając w uśmiechach garście leśnego smaku. I jeszcze, i jeszcze! Szczęście przyfrunęło na pajęczynach babiego lata. Odzywa się w człowieku jakiś pierwotny, choć łagodny atawizm pradawnego zbieracza. Dalej nie pójdziemy. Pora na grzybową przerwę. Rozmyślania już lubują się w smakach, sos będzie, suszone, a może przysmażone z cebulką? Mało co podnoszę, korzystając z daru uważności wskazuję kolejne miejsca, gdzie widać kapelusze. Oj, grzybów to ja się w życiu nazbierał… Od małego. Jak wściekły niegdyś. Wyszumiało się to, i wrócić nie chce. Zapachy tańczą w balecie, a w rozmyślaniach i rozmowach płyną wieści o roli grzybni w lesie, jej powiązaniach z drzewami, i bogatych a jakże przez lata wypartych właściwościach tych darów. Płynie gawęda swobodna, przesycona aromatem młodocianych sośnin. Przyglądamy się szacie roślinnej tego niezwykłego miejsca, tu oto srebrno matowa Szczotlicha Siwa, jedna z najodporniejszych traw, wokół kocanki złote, już witające się przekwitem ze światem. Każda wyprawa ziarno wiedzy jakiejś zostawia, do samodzielnego już wzrostu w poznaniu. Widzę i grzybki maślane w gęstwie na buchtowisku, do tych puszczam oko i zostawiam pominięte – będą dla dzików, które chodzą tędy nocą z bagna na pola.

P90921-133530

Postój robimy…w rowku, pod prastarymi wierzbami. Są kanapki, i ziołowe herbaty w termosach. Struga szeleści pluskiem, przenosząc umysł w krainy ostępów relaksu i ukojenia w zatraceniu. Częstotliwość 432Hz. Działają i wierzby. Te otulają nas dotykiem łagodności. Specjalistki od uśmierzania bólu. Bagienne Babuszki. Ogrzewa nas słońce, zagłębienie chroni od wiatru. Opowiadam o bobrach tutejszych, o tym jak siedziałem w ramionach jednego z drzew, a pode mną w srebrze księżyca przepływali bobrowi pracownicy. Trudno oddać w słowach takie widoki. Dostojna jabłoń kołysze się nieopodal w naręczach zielonych kłębków swoich owoców. Omiatają nas stada ptasie, przeczesujące falami wszystkie możliwe zakamarki. Jest kowalik, raniuszki, sikory i dzięcioł. Zobaczcie, mówię. Oto one są sekretem tej jabłoni. Bo jak to możliwe, że sama jedna, nie przycinana, nie pryskana, nigdy nie ”pielęgnowana” a rodzi takie kosze bogactwa? Ptasi owadobójcy wydobywają zewsząd wszystko, co mogłoby jej zaszkodzić. Prawię o dzikach, dziuplach i skrzatach… Jesteśmy w klimacie. Szara struga pluszcze opowieścią, wierzby szemrają gawędą, trzciny kołyszą się niemo… A ja pytam moich gości…Bo przecież siedzimy tutaj w scenerii, dokładnie takiej jaką opisałem rok temu w historii.

Czy byłeś kiedyś nocą nad bagnem, w krainie szuwarów i mokradeł z dawna zapomnianych?

Siedziałeś może w kręgu Wierzbowych Wiedźm, słuchając o czym szemra wiatr w koronach próchniejących czarownic? Możesz tu szukać wszystkiego, lecz jednej rzeczy nie znajdziesz nigdy. Ciszy.

Ta umyka żwawo z królestwa moczarów, poganiana szelestami gwarzących trzcin. Nie ma ochoty tu mieszkać. W odległych gawędach ludu, nieposkromione bagna i ostoja dzikości złą sławą się zapisały, skrywając swe sekrety przed śmiałkami odkrywców mglistych tajemnic. Podania mówiły o topielicach, strzygach, zjawach wołających wędrowca ku czeluściom topieli, zaś w wierzbie miał zamieszkać sam Diabeł Rokita, błyskający ogarkami cudacznych lampionów, strasząc w obronie swych niedostępnych pieleszy. Sprawcami tych legend stały się głównie zwierzęta, w tak skrytych zakamarkach znajdujące swe ostoje. Niewidoczne, bezpieczne. Ale nie ciche. Kto lękliwy, odnajdzie tu sumę wszystkich swoich strachów. Pogodny i uważny, cudów zachwyt i wieczny urok. Można też duchom bagien zadać pytania, i posłuchać odpowiedzi…

Tu dzik szlak błotnisty przemierza, w pełni się czując bezpieczny, 
Jeleń do kąpieli też zmierza, odwieczny zwiedzając matecznik.

Głucho dudni bąk w mroku, ptasi duch trzcinowiska, 
Wierzba w szelestach swych kroków, tam diabeł ogarem błyska.

Szpacy zapadają z łoskotem, oddając się w senne mary, 
Czapla ochryple łopoce, skrzydlate wzywając już czary.

Żurawie trąbią ku słońcu, zachodu zwiastując wieszcze
Nadzieję mają, że w końcu, cisza zagości tu jeszcze.

Gęsi paplają z trwogą, gwarem wypełniając pielesze, 
Nadziwić się temu nie mogą, lis zaś się skrada w uciesze.

Bóbr w pluskach chroboce srogo, świat swój budując misterny
Podąży zawsze swą drogą, żywiołu posłaniec wierny.

Wydra śwista z uśmiechem, rybom na utrapienie
Topieli stając się echem, cieszy się swoim spełnieniem.

Łabędzi rycerz na toni, czułość okazuje partnerce
Kogo potrzeba przegoni, i pragną się jeszcze więcej.

Olchy w czas wichur zawodzą, bujając wśród połamańców,
Najlepiej tu sobie powodzą, kołysząc w rytm swoich tańców.

Szuwary z pomrukiem gaworzą, 
Gdy locha prowadzi swe plemię

Nigdy do snu się nie łożą…
Mgieł zjawa w oparach drzemie.

P90921-152140

IMG_20190921_150922

Opowiadam wzruszony, bo i słowa kieruję do łona, gdzie zamieszkało towarzyszące nam dziś maleństwo. Bo przecież jest nas czwórka. Wspaniała dusza wybrała sobie przyjście na świat z inicjacją leśną, chcę by pochłonęła jak najwięcej dobrego o tym zielonym świecie. Gabi zasypia…ukołysana wierzbowym szumem, pluskiem strumienia, i chyba moją opowieścią. Nie przeszkadzamy jej.

Rykowisko Wędrowców. Jesienny oddech Leśnej Mocy 

Po półtoragodzinnej przerwie, czas nam ruszać. Zwykle Dzień Wędrowny kończymy wraz z zachodem słońca, który podziwiamy gdzieś w przyrodzie. Gdy nastaną ciemności udajemy się na wypoczynek do kwatery, niedługi. Coś zjeść, zmienić ekwipunek, przebrać na noc i już gotowi. W oddali nad lasem wisi pomarańczowo – złocista połówka wschodzącego księżyca. Ona woła pod swoją opiekę. Już dawno po pełni. Nocka zapowiada się idealna, bezwietrzna, chłodna i księżycowa. Byki lubią się wtedy odzywać. Wdrapujemy się na ogromny stóg słomianych balotów, którego lokalizację trudno by sobie lepiej wymarzyć. Jednocześnie blisko szosy, można podjechać. Stąd widok na pola rozległe, rzepak z burakiem, gdzie ciągną zwierzęta. W horyzoncie czarna ściana lasu, i tu właśnie słychać dobrze wszystko, co się w nim dzieje. Każdego jelenia, który się odezwie.

Ubieramy się puchato. Czatownicy zasiadają na czuwanie. Czatownik – uwielbiam to określenie. Ten który czatuje, czuwa, zasadza się, czeka, obserwuje. Niewidoczny, nieuchwytny, skryty. Nic nie ujdzie jego uwagi. Jego intencją i pragnieniem jest jak najmniej przeszkadzać buszującym zwierzętom, dlatego wytrwale pozostaje godziny w bezruchu. Jest tu po to, aby nasycić swoja duszę pobytem w przyrodzie, ucieszyć wszystkimi dzwiękami i zdarzeniami, jakie minąć go mogą, gdy siedzi stapiając się w głaz… Podejrzeć cząstki leśnych tajemnic i nie zakłócać.

Mija 10 minut, 15, 20… w kryształowej ciszy. Trochę jakby ‘’zaczynam się niepokoić’’. Stąd powinno być słychać, już pora. I choć każdy wie, że w przyrodzie nie powinno się niczego oczekiwać, że nie można w zasadzie ‘’obiecać zwierząt’’, to zawsze chcę aby cokolwiek się wydarzyło. Gosia przyjechała z Katowic specjalnie, żeby te byki u boku Szeptów Kniei usłyszeć. Cisza gości się na dobre, a wiercenie mej towarzyszki mówi mi, że próbuje zaprzyjaźnić się z nią Pan Ziąb. I ja wiem o jego obecności, jednak zacząłbym pewnie zwracać nań uwagę po dwóch godzinach. Gdy ma się do czynienia z tym na co dzień, nie zwracasz uwagi na zimno, przyjmując jej jako coś normalnego, że troszkę tam dokucza. Wiem, że miejsce ma potencjał, a zwierząt jest tu mnóstwo. Może by tak.. je zawołać? W duszy rzecz jasna. Już nie raz tak robiłem i zdarzenia działy się piękne. Rozszerzam się. Wnikam świadomością w zakamarki gąszczy, przepatruję, wywołuję, rymuję…

Czatownicy już czekają, 
Z ciekawością spoglądają,

Czujnie dzwięków nasłuchują, 
Coraz większy ziąb też czują,

Hej jelenie, sarny, lisy! 
Księżyc świeci blado łysy

Opowieści przędą nowe 
Ukaż nam się życie płowe,

Sowa, borsuk, jenot, dziki! 
Niechaj zabrzmią tęgie ryki,

Pokaż skrawek tajemnicy 
Byśmy mogli się nasycić…

Ledwo kończę ‘’rymowane wygłupy’’ w myślach, przestrzeń jakby się uruchamia. Rozbrzmiewa piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Kuwika sobie w sosnach. Za kilka minut zaczynają chrypieć kozły sarnie. Gosia rozgląda się, zasłuchana, oczarowana. Jej białą twarz posrebrza księżyc. Ja się cieszę. Nad nami kaskady gwiazd, słabnące w blasku górującej złotej latarni.

70893839_2558974011045155_1606539530750394368_n

I jest! Pierwszy jeleń. Nadaje z głębi bagna. Ryczy mocarnie, kończąc frazę ochrypłym warczeniem. Ale z daleka. Wiem, że tam dalej muszą odzywać się inne, których stąd nie słyszymy. Odgłos raz jest bliższy, to dalszy. Bije tętno samczej mocy. I gdy tak słuchamy, wielki cień nadlatuje z pola, przepływając bezgłośnie nad naszymi głowami. Milcząco wachlujące skrzydła. To jakaś sowa! Choć odzywały się puszczyki, po wielkości obstawiam płomykówkę. Gosia zdziwiona, a ja wiem, że one tak zawsze podlatują obadać kto siedzi. Ryk mocnieje i przybliża. Teraz wpada nam wyraznie w uszy. Jest i inny. Jelenie podeszły. Krótka narada, i decydujemy się zejść ich posłuchać jeszcze bliżej. Można to zrobić nie przeszkadzając. One teraz i tak niemal nie zwracają uwagi na ludzi. Tam w dole jest łąka z łanem kukurydzy za plecami, można stać za parawanem mgieł i słuchać z bliska. Mlecznie języki rozlewają się smugami po polach, tworząc powłóczyste zasłony chłodnego jedwabiu. Przenikamy przez nie. W nich właśnie chyba mieszka ziąb. Stoimy, nasłuchujemy i chłoniemy. Gosza podskakuje mi na każdy bliższy ryk i szelest. Bardzo chciała iść, a teraz chyba trochę się boi. Tłumaczę cierpliwie półgłosem – co tu się dzieje. O ich zwyczajach. Gąszcze zaczynają szamotać z furią, któryś z byków przedziera się do rywala. Łoskot, dudnienie, łamanie krzaków. Chyba się zwarły… Byk jest zainteresowany tylko drugim bykiem, nie szuka ludzi i nie zwraca na nich zbytnio uwagi. Trzeba tylko uważać podczas hałasowania w lesie, bo jeleń biorąc za konkuretna możne podejść i w amoku zaszarżować. Zaślepiają je hormony. Tu mamy kilka kroków za plecami starą, a mocną zwyżkę myśliwską, na którą w razie co można się wdrapać. Jest bezpiecznie. Wabimy. Podkręcamy atmosferę, rozgrzewamy nastroje. Okazuje się, że jeleni było tu więcej. Chodzą i szeleszczą gromko. Jeden mruczy nisko, całkiem blisko w kukurydzy. Pobrzmiewa w nim grozba. Koncert pochłania nas niepamięcią. Nie rejestrujemy już zimna. Mgły rozpościeraja się woalem, kryjąc może wielgachne sylwetki byków mruczących w głębi łąki. Czuję się jak w świątyni, promienieję szczęściem. Nikogo tu poza nami. Wezwanie dzikości. Pradawne tętno leśnej mocy. Nie śmiemy już mącić, szargać. Dziś panują tu Płowi Królowie. Wygrażają, rzucają wyzwania, ogłaszają mglistemu światu ogień swojej potęgi. JAM JEST. TUTAJ. I nic innego się nie liczy… MISTERIUM. To najwłaściwsze słowo.

Gosza mówi, że nawet przestała się bać. I też zapomniała o zimnie. Nastąpiło zestrojenie z przestrzenią. Każdy ryk osadza nas w miejscu, choć chcielibyśmy już wracać tkwimy zasłuchani. Ciało przyjmuje fale informacji o potędze odwagi, Miłości i osobistej mocy. Dusze zatracają się w leśnej opowieści. Jelenie, kozły, puszczyki, płomykówka, mgły. Dziś gość mój czuje całą swą istotą sedno spisywanych na Szeptach Kniei opowieści. Już wie, jak to jest.

Wracając, przystajemy co kilka chwil. Ciężko się oderwać. Każdy zew rozbudza tęsknotę niewiadomą wstrzymując kroki, chciałoby się zostać aż do świtu.

IMG_20190921_113621

________________________________________________________
________________________________________________________

Wędrówka miała swój czas w ramach naszych trwających warsztatów z Drzewami Mocy i spotkań z dzikością, w esencji brzmienia pierwotnej Natury. Ją staramy się poczuć i odnalezć, zgłębiając przesłania mistycznej strony świata. Jeśli i Ty czujesz w sobie pęd do podobnej wyprawy, pisz i pytaj o swój termin. Te spotkania są dla Ciebie. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną historię. Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl   lub   FACEBOOK 

Do zobaczenia w lesie 🙂

 

Wyprawa na Wielką Chojnę. Przesłanie łagodnych Wiązów.

Kawałki poszarpane, a rozsiane… fragmenty ostatnie, wspomnienia tego co pozostało nam z puszcz. Przeglądając mamy googla swej okolicy natrafiłem na ciekawy dość fragment leśny, o malowniczej nazwie zaznaczonej jako Wielka Chojna. Nawet przyciąga. To właśnie tam poznałem Dęba Oriona i Wierzbę Darinę. Mimo, że jest bardzo blisko mnie, miejsca jednak unikałem, gdyż położona niedaleko ekspresowa trasa szybkiego ruchu powoduje słyszalny w całym lesie przykry szum, czego nie znoszę. Nie wypoczywam wtedy. Dziś jednak wieje mocno i pada na zmianę, może nie będzie tak zle? Żywioły zagłuszą. Ostatnie podejście zwiedzenia Chojny zrobiłem latem o świcie, wtedy jednak komary wyprawiły mi taki balet, że musiałem zrezygnować. Opyliłem się wtedy trzema różnymi środkami, a one siadały jakby nic i kłuły… Są tam pozostałości ogromnych bagien, nadal potężne i rozległe. Oceany trzcin i…

P90917-133315

Pierwsze wrażenie. Przeciętnie. Młode sosnowe drągowiny, widać, że sadzone. Wcześniej zręby i młodniki. Idę tak jak prowadzi dość zarośnięta dróżka. Sprawdzanie nowego rejonu, to przeczesanie najpierw dokąd wiodą główne szlaki. Potem chaszcze. Po prawej stronie mam widok na trzcinowiska, cały ten kompleks bagien, który zaciąga aromatem tataraku, sitowia, ‘’ciężkiej’’ wody. No taki charakterystyczny zapach, choć nie przykry. Na każdym kroku widać ślady aktywności dzików. Schodzę z drogi i wkraczam na jedną ze zwierzęcych ścieżek – takie szlaki potrafią zaprowadzić człowieka do najpiękniejszych uroczysk. Grunt po którym stąpam jest błotnisty, raz podmokły, ale da się przejść. Dzicze ścieżki wszędzie. Mijam ich kąpielisko. Ścieżynki takie mają swój urok, ledwo je widać, choć znaczne są, na tyle dyskretne, że postronnemu spacerowiczowi nie rzucą się w oczy. A mi w to graj. Wnet wychodzę na skraj śródleśnego rowku, dziś totalnie wyschniętego, lecz ma to swoje zalety. Właśnie odnalazłem jedną z najwygodniejszych i najbardziej magicznych leśnych dróżek. Puchu kłąb wisi na gałęziach. Śmiga wrażo. Wiewiórka! Nie cmoka nawet na mnie, przygląda się bystro. Żywy ogień w ruchu. Kulka puchu, w zwinności niedościgniona. Zdziwiona bardzo. Chyba rzadko tu ktoś zagląda. Zostawiam ją w tym zdumieniu, nie chcą zaprzątać jej uwagi na przednówku jesieni.

Dnem rowu maszeruje się wygodnie, choć trzeba się schylać i pokonywać przeszkody w postaci powalonych wzdłuż drzew. Z sosen przeniosło mnie do wiązów. Mnóstwo wiązów! Chyba po raz pierwszy widzę ich takie zgrupowanie w swej okolicy. Poruszenie w liściach. Zapraszają. Wiem, że dziś czeka mnie z nimi rozmowa. Jeszcze nie teraz, choć dzisiaj. Obiecuję, że niebawem wrócę. Chcę sprawdzić dokąd zaprowadzi mnie rowek. Z każdym krokiem ostoja coraz bardziej przygrywa na nutach dzikości. Wspaniałe drzewa, powykręcane, ‘’krzywe’’ inne bujne w zdrowiu, kolejne rozpadające się w kawałkach, murszejące, powalone mocą żywiołu. Takie miejsca lubię najbardziej. Bo właśnie tutaj podejrzeć można wspomnienia pamięci pradawnych puszcz, odwieczne chaszcze i plątaniny jakie porastały świat przez wieki. Maleńkie cuda wokół. Spoglądam na ni to drzewka jakby, a może rośliny, które od spodu przystroiły łodygę mchem. Jak w sukienkach zielonych. Takie piramidki. Musiały przebijać się przez jego poduchę od spodu. Zastanawiam się. Czy tak właśnie powstają omszałe drzewa, które podziwiamy? Mijam tamę za tamą. To już chyba siódma. To pokazuję też skalę suszy, że mimo tylu zapór woda nie utrzymała się. Poczciwe bobry zrobiły co mogły. Czasem czynniki globalne, przekraczają siły i możliwości tych pożytecznych stworzeń. Brzegi rowku są urwiste, widać korzenie podmywanych drzew. Pamięć potęgi strugi. Na dnie kamienie. Teraz osypują się tu złote liście. Przystaję w takich momentach i sycę magią, kiedy kolorowe tabuny omiatają mnie z szelestem. Na stromiźnie zbocza wysypały się jakieś mikro – grzybki. Są wielkości łebka szpilki, może ciut większe. Wzrastają setkami… Hordami zastępów. Jak paciorki gwiazd usianych na nieboskłonie. Tyle ich. Ziemia stroi się w kapelusiki. Po drodze znajduję jeszcze kozlarza i muchomora. Niechaj już dno ściółki zaścielą czerwienią muchomory krasne… Będzie widowisko!

P90917-133701

P90917-133204

P90917-161841

P90917-140750

Robi się coraz bardziej błotniście. I gęsto. Zwiększona wilgoć podłoża. Chyba docieram do końca…Tak. Przede mną wyrasta już średnia tama dzielnych bobrów – to ona trzyma ostatni tutaj zasób wody. Odgradza staw. Pomysł genialny, gdyby nie ona, cała woda stąd spłynęła by do bagna. Staw zaś gromadzi nadmiar opadów z pól. Suche drzewa skrzypią upiornie, i gdy wynurzam się na skraj podrywa się jasne objawienie…

Biały Myszołów. Jak on zachwyca! Jest dostojny, majestatyczny i jakoś tak grozny… w tamtym momencie mi się wydaje. Jeszcze takiego nie widziałem. Cudowny ptak drapieżny. Szybko podnoszę lornetkę i ‘’łapię’’ go w szkło. Tu widzę nieliczne brązowe plamki, rozmieszczone nieregularnie, żółtawą linię dzioba, bystre spojrzenie… Ptasi Splendor okrąża mnie raz, dzięki czemu mogę się dobrze przyjrzeć. I trzeba mi było schylać się, skakać, ślizgać, przedzierać przez wykroty, oblepić spodnie nasionami, aby ujrzeć Ciebie…

Odleciał. Ja wnikam z powrotem w las, podążając za prześwitem. Tam widnieje jego skraj. Z widokiem na łąki i osiedla. Luzno rozrzucone sosny. Jedna, gruba i strzelista przyciąga. Piszczy i wzywa. Pod nią robię wypoczynek, popijając wodę. Przy sośnie robi się dobrze. Aż ‘’za bardzo’’. Powstaję i przytulam. Prosi o to. Zrzuca mi suche igły na głowę. Proszę Sośni, by wypełniła mnie swoją mądrością i wiedzą życiową, obdarz mnie kochana informacją swego istnienia..bez słów. To pomaga ‘’ułożyć’’ się w życiu. Przecież drzewa posiadają taki zasób o istnieniu, z pierwszej gałęzi. Muszą poradzić sobie z nie zawsze sprzyjającą glebą, pogodą, zanieczyszczeniami, jak najlepiej rozwinąć i wykorzystać zasoby wokół… Sosny uczą nasze Dusze tej gospodarności i chwytania okazaji. Czuję się tak, jakbym tulił ukochaną kobietę. Tak błogo. Dotyka falą rześkości i wznosi, pobudza, do wzrostu…wydobywa co najlepsze. To pierwsza sosna, z którą mam taką harmonię. Z innymi mimo prób, nigdy nie było tak. Zawsze możesz odnaleźć najlepsze dla siebie drzewo. Robię się wesoły i skoczny. Śpiewam dla niej. Na dawną, słowiańską melodię. A na pożegnanie wykonuję pieszczotę masażem jej aury, jaką pokazały mi kiedyś, że lubią. Przeciągam dłońmi w odległości około 2-5 cm od kory, tak jak czuję otulinę jej energii. Muskam z góry do dołu, kucając do ziemi, to ‘’miziam’’ po bokach. Ona faluje w drżeniu. Popiskuje słyszalnie. Reaguje żywo i wcale nie mam ochoty stąd iść. One chyba mogłyby tak w nieskończoność – poddawać rozkoszy. Przecież w tym samym czasie może jednocześnie jeść, pić i rosnąć. Sosna prosi aby i ją odwiedzić z gośćmi. Chce obdarować więcej osób, pragnie być poznana, otoczona kręgiem splecionych dłoni i ukochana. Następną wędrówkę poprowadzę właśnie tutaj. Obiecuję jej to.

P90917-141447

P90917-142008

Kiedy zbliżam się do wiązów przechodzi fala deszczów i wyje wiatr. Las tańczy w energii. Pochylam się nad wydrążonym pniem martwego drzewa, tworzy swoisty tunel. Porośnięty jest czapką mchu, pyszni się urokiem. Taki jak z obrazka i tapet o lesie. Chcę jeszcze odejść kawałek, zobaczyć drugi kraniec rowku. Coś chwyta mnie za nogawki, przewracam się, potykam… Nie mam dalej iść. One wołają, że już. No dobrze. Wiązowe Zgromadzenie. Badam najpierw ogromną Topolę rosnącą obok. Taki unikat w środku lasu. Wyjątek i skarb. Mimo, że jest potężna, nie kwapi się do kontaktu. Odpycha. Odchodzę. Dostać ‘’kopa’’ od takiej to nic przyjemnego. Dłonią ‘’badam’’ kolejne wiązy. Buchają przyjaznym ciepłem. Od pierwszej chwili koją. To jest wiec. Bardzo zastanawia mnie ich nazwa. Rozmyślam nad nią. WIĄZ. Ale dlaczego? Spoglądam na żłobienia ich pni, tak ostro zarysowane jak kościec, dające wrażenie jakby drzewo wpajało, wpijało się całą siłą w ziemię, jakby rosło najpierw w dół…

‘’ZWIĄZANY Z ZIEMIĄ’’, przychodzi skojarzenie. Tylko przecież wszystkie drzewa są z nią połączone. Czyżby wiązy jakoś szczególnie? Wiec stroszy się.  Mnie rozpiera ciekawość. Powiedzcie, powiedzcie, dlaczego tak! Czuję się jak Anastazja, trochę przekorna, która chciała dowiedzieć się czegoś od Boga. Trzask łoskotu. Odwracam się i widzę olbrzyma. Najpotężniejszy z nich. Umknął mi wcześniej z widoku. Przyciąga…Potęga rosochatej korony.To on splątał mi kroki gałęzią, to on pragnie dziś kontaktu. Reszta mu tylko pomaga zwrócić moją uwagę. Bo mało brakowało, żebym sobie poszedł. Idę ku niemu. Starzec. Dostojnik. Jak kapłan ostoi. Grubizna pnia. Od razu się wzruszam. Jego korona wiruje jak wiatrak, i choć obraca się aż na boki w silnym wietrze, widać, że dla drzewa to fraszka. Pień ani drgnie. Cała energia wartko spływa do Ziemi. To jest właśnie to. Nieustanna wymiana, pływ żywiołów. Dzięki niej wszystko istnieje. Tak płyną informację. Powiedz mi proszę imię swoje, objaw ludziom wieści Twoje! Wołam do Niego, już przytulony. Tu już mnie nie ma. Tracę pamięć. Zaczyna rozmawiać z nim Dusza. Mam na tyle przytomności, że nagrywam wypowiadane kawałki, co pozwala mi później odtworzyć ich pieśń. A ta już grzmi, jak miękko i łagodnie;

Związani z Ziemią,
Od początku czasów

Niesiemy przesłanie,
Pradawnych lasów

Wiążemy mądrość,
Zadanie rozwoju

Wieścimy pieśni,
Wiecznego pokoju

Budować pragniemy, tworzyć, uzdrawiać,
Z tym zawsze będziemy, już do Was przemawiać

Byli stróżowie, Miłości, Łagody,
My rozsiewamy, uśmiechów pogody

Związani z Ziemią, przez stulecia, epoki,
My istnień ku szczęściu, wiedliśmy tam kroki

Słuchali ludzie i mądrość czerpali,
I oni w ukłonie, się z Ziemią Wiązali

Pytają Wiązy ludzi, o dzisiejsze sprawy
Czy to Was nie trudzi, żeśmy tak ciekawi

Żywot pełen pędu, spraw tak zagmatwanych
Dzień pełen zamętu, bardzo ‘’podziwiamy’’…

Wynalazków krocie, błędy, wykluczenia
Czy to Was powiodło, do sedna spełnienia?

Jedno po drugim naprawia, myli, chełpi dziełem
Czy to Was uzdrawia, ile jeszcze wcieleń?

Co pomoże światu, wyścig, konkurencja,
I kolejna jeszcze, w przyrodę ingerencja

Przestaliście słyszeć, zagłuszeni szumem,
Zgiełk wygania ciszę, ludzkość nie rozumie

Nie znają już oni wiatru, wody, słońca mowy
Giną niepamięcią, żywiołów, gwiazd przemowy

Słuchaj!

Woła Matka Twoja, pełna ziaren obfitości,
Pragnie Cię powitać, pocałunkiem radości

Ona wszystko Ci daje, zbiory pełne plonów,
Ty w zamian wylewasz, podłoża z betonu

Zostań tu na chwilę, albo i najdłużej,
Posłuchaj szmeru liści, pozbądź życia złudzeń
 
Pochyl się nad kwiatem, kolorów uchwyć łany
On też jest Ci bratem, tym od Boga danym

Pokłoń i bobrom pracowitym, podziwiaj wszelkie ptactwo
Tu życie w pełni jest sytym, to Twoje wielkie bogactwo

Historie toczą się w dziejach, istot tworzących przesłania
Gniją próchnem w swych kniejach, i mają do przekazania

Czy pamiętasz słońca pieszczotę, na zoranej twarzy,
Ono dotyka Cię złotem, wszystko może wydarzyć,

Deszczu strugi we włosach, chłodem, rześkością krzepiące
Mgły, szron, mżawkę i rosę, delikatnie wilgocią kojące

Ryk burzy w błyskach ślepoty, łoskot kłód padających
Bose gonitwy w kałuży, w promieniach ciepła grzejących

Zerknij, przykucnij i popatrz, w jakiej doskonałości
Działa i dzieje się wszystkim, prowadząc ku obfitości,

Od grzybów najmniejszych, istot nienazwanych,
Po drzewa przeogromne, przez świat podziwiane,

Ziemia mówić będzie, pokazywać znaki,
Widzieć będą wszędzie, kto uważny taki

Wiązy wiązać będą, mądrość z jej przesłaniem,
Staną się legendą, wiecznym podziwianiem,

I gdy Puszcze wyrosną, po wszystkim co się stanie,
Znowu ucieszą się wiosną, zaszumią na powitanie

Życiu

P90917-155258

Osuwam się na kolana pod pniem, spłakany. To jest i ostrzeżenie, przestroga, i nadzieja, i wyrzut trochę, i wezwanie do opieki, z ciągłym przyjaznym zaproszeniem. Że jeszcze można. Że jeszcze nie wszystko stracone. Nie spodziewałem się takich słów po Wiązach. Prędzej od świerków. One łagodnie godzą, harmonizują, zapraszają, wspierają, łączą, budują, tworzą Jednak przecież głupie nie są. Ilu ludzi ich słucha. Ilu jest w stanie usłyszeć, oszczędzić, dostrzec, powiedzieć STOP. Tu nie potrzebujemy urządzania, gospodarowania, rozwoju. Nie potrzebujemy nowej drogi, by pędzić dalej. To miejsce jest piękne – zostawmy je ciszy dla zamieszkujących je stworzeń, i każdemu kto będzie potrzebował tutaj przyjść się zregenerować. Choć nie wybrzmiało w słowach do końca, pojmuję co miały na myśli Wiązy. Wynalazki, ten postęp, choć tak czyniący w poprawie nasz byt, nie zawsze do końca właściwy. Coś nam się wydaje żeśmy geniuszem okiełznali, a po latach okazuje się jakie to było spustoszenie. Czytałem niedawno o pewnym środku ochrony roślin, który powodował, że ptaki nie przybierały na wadze, opóźniając ich migrację. Dla nich to był wyrok śmierci. Jest stosowany masowo do dziś, bo badania są nowe. Minie trochę czasu zanim go wycofają. Miał działać wybiórczo na owady, jednak… i hektolitrami tego przez lata opryskiwano pola. Jaki będzie skutek? Drzewa widzą dalej, więcej… w końcu, te wszystkie nasze zanieczyszczenia i błędy one chłoną i przetrawiają. Od zawsze. Pamiętają pieśni pychy, wzloty i upadki różnych cywilizacji. Dlaczego miałyby nie ostrzegać. Wołają: Zwolnijcie. Chodzcie do lasu. Tu jest całe bogactwo jakie narodziło życie. Człowiek niczego nowego nie wymyślił. Leki i rozwiązania konstrukcyjne czerpie z substancji roślinnych, podgląda i uczy się, a potem okrzykuje wynalazkiem, odkryciem. Które od zawsze było. Drzewa wzywają do prostoty bytu. On ułożyłby życie wielu z nas. Do weryfikacji, tego, co Ci naprawdę potrzeba. Przychodzi mi na myśl ta permakultura i samowystarczalność. Człowiek oderwany od Natury, próbuje wieścić, że ona biedna sobie z niczym nie poradzi. A ziemia pokazuje znaki. Gorączkuje się (ocieplenie) obmywa, (powodzie), zasypuje, wylewa, wybucha, drży… Jak symptomy choroby ludzkiej. Ale jeśli potrafimy ignorować i ‘’zaleczać’’ chemią takie objawy we własnym ciele, to czy umiemy je dostrzec w planecie?

Deszcz się wzmaga. Ja podążam za sarnią ścieżką. Opuszczam już Wiązy… I mam nadzieję, że nieprędko zawita tu człowiek z jakimś planem zagospodarowania / urządzania tego doskonałego lasu. Dukt prowadzi przez gęstwę młodych sosen, jest piaszczysty i lekki. Skryty horyzont wyłania się. Morze traw, pagórki, przestrzeń i pojedyncze sosny, strzeliste z widokiem na bagno. Czuję się jak na wybrzeżu morskim. Niełatwo tu trafić, jeśli z głównej drogi wszystko przesłonięte gęstwą. Deszcz przepływa pulsującymi, rzęsistymi falami, a mnie otacza fala wysokich świstów. Jesienna grupa plądrująca! Rozglądam się po sikorkach. Jest bogatka, modraszka, i uboga. Nic sobie nie robią z ulewy. Między nimi puchate kulki. To raniuszki! Moje ulubione ‘’kłębki waty’’. Podnoszę lornetkę i dopiero dopada mnie utrapienie obserwatora. Jakie to zwinne. Co chwila trzeba za nimi nadążyć i regulować ostrość. Dzięki temu jednak spostrzegam, że te raniuszki są trochę inne od tych, które zazwyczaj widywałem. Mają białe łebki. To raniuszek ‘’białobrewy’’ podgatunek Aegithalos caudatus caudatus. Bez lornety pewnie bym nie zauważył. Ilekroć spoglądam na ptaki przez lornetę, gębę mam ucieszoną. Tak blisko braci. To też te chwile, i te bogactwo, przystanek i szczęście o którym mówiły wiązy. Pierwsi ludzie doceniali. Ptaki przysiadały na nich, przylatywały na zawołanie, jak do drzew. Było to takie oczywiste. Dziś wędrowcy ‘’muszą’’ spisywać opowieści, aby przypomnieć.

Gdy niebo się uspokaja, wychodzę na skraje pól. Tu wita mnie para szarych żurawi, czyszcząca sobie przemoknięte pióra. Wydają się przy tym niezgrabne, karykaturą dowcipu. Chwilami kroczą jak dinozaury. Pustułka wisi w powietrzu wiosłując w bezruchu pozornym, tą poznaję z daleka po charakterystycznym sposobie polowania. Pikuje w dół. Powtarza widowisko. Lodowaty wiatr przenika dziś do kości, wyszarpując spomiędzy otuliny odzieży, resztki ciepła. W lesie było przytulniej. Po kilku godzinach czuję się nasycony. W głowie snuje się plan ‘’dogrywki’’ nocnej, przy tym lodowym wichrze. Za mało księżyca zasmakowałem w tą pełnię. Wielka Chojna. Opuszczam to miejsce totalnie zaskoczony, odwiedzone raz jeden po blisko 30 latach mieszkania w pobliżu. Enklawa, ciut większa niż las świerka Gabriela. A tu mnie dopadło. Echo pierwotnej Puszczy.

17.09.2019 Samotna Wędrówka

P90917-151955

P90917-134117

P90917-140226

Bezwład, rozkład, dzikość, przemiana, taniec życia i śmierci…tu ucztują owady i ptaki. Splot chaszczy, gałęzi i pni. Tutaj tworzy się Ziemia i zaczątek przyszłego piękna w bogactwie rozkwitu. Czy będzie im dane? 

Susza w Przyrodzie. Jakiej nie było jeszcze

W zeszłym roku napisałem takiego posta odnośnie zaobserwowanego w naturze zjawiska – było o tym, jak wszystko przyspieszyło. Jarzębiny dojrzałe już w lipcu, wrzosy kwitnące z początkiem sierpnia, wreszcie dostatek owoców dojrzałych również o wiele wcześniej niż zazwyczaj. Mirabelki z końcem lipca? Taki był 2018. Pod koniec listopada ubiegłego roku, na części krzewów i drzew wisiały jeszcze zielone liście, ze zdumieniem obserwowałem też kwitnące krwawniki, starce i kwiaty łąkowe. Któregoś dnia minionej jesieni temperatura wyniosła około + 20 stopni, pamiętam jak wtedy czuwałem jeszcze w letnim ubraniu nocą. To subtelne zmiany, niezauważalne dla większości osób żyjących w harmonii dom – praca – powrót. A więc ignorowane. I o ile rok poprzedni po prostu zaciekawił, tak 2019 przestraszył już od wczesnej wiosny. Już wtedy było sucho. Zaintrygowała natomiast ‘’cisza ptasia’’. Owszem coś tam śpiewało jak to wiosną, i pozornie wszystko w normie. Pozornie. Bo usilnie towarzyszyło mi poczucie, że jakoś jest ciszej. W porównaniu z innymi latami. I to nie tak troszkę, ale jakoś o 1/3. Pamiętam kwietniowe świty i majowe poranki – harmider czynił się taki, aż dzwoniło w bębenkach. Kilka osób bliskich jak ja naturze, potwierdziło mi, że mają podobne wrażenie tego roku. Nie wchodząc w szczegóły, przyczyny… Wielki brak owadów. Gdzieniegdzie plączą się pojedyncze pszczoły i trzmiele. Ale cóż to, wobec huczących zastępów, wesołych i pracujących wraz z rozkwitem kwiatów, jakich buczenie witało mnie co roku? Za ciszą ptasią idzie owadzia. Bo w przyrodzie wszystko jest połączone i od siebie zależne, łącznie z człowiekiem. Nie zmieni tego ignorancja, usilne wypieranie faktów, beton, ‘’rozwój, postęp, i nowoczesność’’. W tym czasie docierają do mnie informacje o płazach wyschniętych ‘’na wiór’’, które przytomni ludzie zbierają i ratują poprzez wizytę w wiadrze z wodą. Tam żabie ‘’skwarki’’ spędzają długi czas powoli nasiąkając wodą i wracając do życia.

Maj przemija szybko, i równie prędko milkną słowiki. Zwykle można było je usłyszeć jeszcze urywkami przez czerwiec. Mimo czerwca, czuję się jakby był co najmniej późny sierpień. Ptaki nad bagnami milkną. Niektórych w ogóle brak. Po raz pierwszy tej wiosny nie słyszę bąka. Mieszkał tu odkąd pamiętam. Każdego roku ptasi duch trzcinowisk przylatywał, obwieszczając się światu szuwarów miarowym dudnieniem. Ok, stwierdziłem, okolica staje się coraz bardziej zaludniona, może to mu przeszkadza. W poszukiwaniu bąka odwiedzam wieczorami wszystkie bagna, trzcinowiska i rozlewiska dostępne w okolicy. Łącznie pięć. I tutaj bąków nie słychać, choć zawsze były… Kto to w ogóle, poza takim obserwatorem jak ja, zauważa? Martwię się o świat…Z końcem czerwca w Wielkopolsce zaczynają żniwa. Zboża przeschły i dojrzały w skwarze prędko. Zwykle miały one miejsce w lipcu. Są dni, że hektary pól płoną, zapalając się od rozgrzanych w słońcu maszyn rolniczych. Ogromne straty. W lasach już obowiązuje najwyższy stopień zagrożenia pożarowego, który z przerwami i tak utrzymywał się od wczesnej wiosny. Jak mało w tym roku zaskrońców… widziałem dopiero jednego. Niski stan wód odbija się piętnem na lęgach ptaków wodnych – dostęp do zalanych i bezpiecznych zwykle gniazd zyskują lisy, jenoty, borsuki i dziki. Przegrywają z nimi żurawie, łabędzie, kaczki i gęsi…

Nadal czerwiec. Niektóre liście brzóz wybarwiają się na żółto. Opadają. Nawet odporne, rodzime drzewa, nie radzą już sobie z brakiem wody. Już w kwietniu i marcu niektóre gatunki zrzuciły dopiero co wypuszczone, młodziutkie zielone listeczki. Pamiętam. Powód? Brak wody, tym samy możliwości aby listki utrzymać i odżywić. Długa, powolna śmierć… Cośmy im zgotowali? Widząc to, nie mam czasem śmiałości prosić je o cokolwiek… Liście dębów pokrywają się białym nalotem – wtórny objaw skrajnych warunków. Gdzie bym nie był, u dębów to wszędzie. Z ubiegłym roku byłem w szoku, kiedy dęby właśnie zrzucały masowo, lawinowo niedojrzałe, zielone żołędzie podczas wakacji. Już wtedy miały ciężko. Pozbywały się balastu, którego nie były w stanie wykarmić. Przez który uciekała cenna wilgoć. Tego roku wiele z nich nie zawiązało szypułek widzę. Żołędzi nie będzie. Ale jeszcze trwają…

10437622_1144214705592122_1487552262295029528_n

Roślinność zielna, dzika, ta na brzegach pól i miedzach. Wydawałoby się niezniszczalna. Patrzę na zasuszone, pokrzywy, ostrożenie, maki… Życica trwała, jedna z odporniejszych traw, przybrała złoty, słomiany kolor. Zupełnie jak jesienią. Wyglądają jakby ktoś je spreparował. Jeśli padają tak odporne gatunki, co z innymi, co dalej? Pamiętam upały z dzieciństwa. 31 -33 stopnie, to bywał max. Nie trwały też długo. I zwykle po nich następowały ulewne burze, pogoda jakoś ‘’kręciła się normalnie’’. Bywały też letnie słoty, podczas których np. tydzień umiarkowanie padało. Ten deszcz bardzo był przyrodzie potrzebny. Ale jak czytam jeszcze wczoraj ‘’urlopowicze rozczarowani pogodą nad bałtykiem’’ bo trochę chłodniej się zrobiło… Cały czas jesteśmy jeszcze w czerwcu… Pojawiają się doniesienia, że znów padły historyczne rekordy temperatur. Od początku epoki przemysłowej, wpompowaliśmy do atmosfery ponoć 300 mld ton dwutlenku węgla. I choć zmiany są cykliczne, nieuniknione jako Ludzie Rozumni możemy zrobić jeszcze tyle aby je spowolnić i uprzyjemnić chłodem zmierzch swojej epoki. Ale co można zrobić w kraju, gdzie ogólnie neguje się globalne ocieplenie i zmiany klimatu, a ‘’rewitalizacją’’ nazywa wybetonowanie placu miasta? Gdzie ‘’cięciami pielęgnacyjnymi’’ nazywa się totalne okaleczenie drzewa, po którym czeka je już tylko powolna śmierć? Gdzie drzewa postrzega się jako ‘’zagrożenie’’ ( oh te nieobliczalne drzewa wyskakujące pod pojazdy na szosy i autostrady) a argumentem do wycięcia bywa czasem pyłek, alergia, czy ‘’śmiecenie liśćmi’’?

Wielkopolska. Moja rodzima. Tu rzeka Noteć wyschła na odcinku kilkudziesięciu kilometrów. Była rzeka, nie ma. Cofają się jeziora gnieźnieńskie. Wycieczkowy statek ‘’Łokietek’’ ugrzązł w rzecznym mule, gdzie prawdopodobnie zostanie już do jesieni. Przyczyną jest nie tylko susza, ale i kopalnie odkrywkowe. Sprawy lokalne. Region traci na zanikającej turystyce. Co ‘’najśmeiszniejsze’’ ekolodzy ostrzegali, próbowali zablokować powstanie odkrywek. Lata temu. No ale rozwój, postęp, nowoczesność! INWESTYCJE! Rzeka Noteć była siódmą co do wielkości rzeką w kraju. W TV mówią coś o szumnych planach, budowie tras wodnych, i transporcie rzecznym, co wiąże się z kolejnym betonowaniem, pogłębianiem i przegradzaniem rzek. Co = szybszemu spływowi wody, której i tak już jest mało. Powodzenia. Czasem nie dziwię się rządzącym, serio wcale. Zupełnie rozumiem ich zaparte. To wszystko o czym piszę doświadcza się i widzi będąc w terenie. Jestem każdego dnia.Uderza w oczy. Woła, krzyczy! Zobaczcie, coście uczynili… Widzę ledwo trzymające się drzewa goniące resztkami sił, schnącą roślinność zielną, niepowodzenie lęgów ptasich, klęskę ryb, zwierzęta, które najchętniej nie wychodziłyby z wody. I mam świadomość, że każdy z tych gatunków tworzy cegiełki piramidy dzięki której żyjemy. Ktoś kto życie spędza na przesiadce z klimatyzowanej limuzyny do klimatyzowanego biura, a w międzyczasie ‘’ważne sprawy’’ posiedzenia, konferencje, spotkania, troska o wyborcze słupki… nie zrozumie. Ktoś taki nie odczuje podwyżki pęczka pietruszki z 2 zł do 20. To dla niego nic.

Z troski o Drzewa, śledzę zapowiedzi pogodowe. Ile to razy już miało padać! Jeszcze 3 lata temu, podawane informacje zwykle były trafne. Teraz na wykresach od miesięcy powtarza się sytuacja ‘’w internecie’’ pada, w terenie nie. Komputerowe modele przestały się sprawdzać. Są i ‘’korzyści’’. Zwykle minusem wędrówek o świcie było to, że buty i spodnie szybko przesiąkały rosą, która jak to zawsze osadzała się wilgocią na trawach. Teraz nie ma, zakładam normalne buty i wracam suchy. Nie ma też mgieł. Liście kukurydzy na polach zaczynają się zwijać. W grupach na facebooku piszą rolnicy, że to z powodu suszy, i padają nawet odmiany na nią odporne. Patrzę na pola w swej miejscowości – rzeczywiście. Jednocześnie spoglądam na wykarczowany z wierzb rowek, z resztkami zniszczonej koparką tamy bobrowej. Ile one mogły zatrzymać, zgromadzić tu wody… Czy naprawdę musimy zacząć płacić 100 zł za ziemniaka, aby pojąć najprostsze zależności w środowisku, które rozumie już sześciolatek?

Skierniewice – 50 tysięczne miasto, gdzie zabrakło wody. Jeśli ktoś był zdania, że co go obchodzą jakieś rzeki, bo przecież woda w kranie jest, bardzo się zawiódł. Tu miejskie studnie głębinowe nie poradziły sobie ze sprostaniem ignorancji ludzkiej – najpierw wystosowano apele do działkowiczów, w pocie czoła niestrudzenie hektolitrami nawadniających swe zasuszone trawniki. To jest dopiero ciekawe. Ludzie pytają jak ‘’wytępić chwasty’’ na trawie, którą chcą utrzymać w martwej monokulturze ‘’bo ładnie wygląda’’. Katują tenże trawnik cotygodniową przycinką do ziemi, a potem dziwią się że schnie… Gdy tymczasem wiadomo, że obecność ‘’chwastów’’ i rzadsze koszenie sprzyja odporności takiego trawnika. Rośliny zatrzymują dla siebie więcej wody, zmniejszają parowanie, pochłaniają spaliny, stają się siedliskiem dla owadów i zapylaczy… Tym razem żniwa ignorancji zebrali wszyscy, bo odcięto dostęp do wody najpierw działkowiczom, a potem całemu miastu. Śledząc temat okazało się, że takich przypadków w kraju jest znacznie więcej, w mniejszych gminach, nie tak szumnych i nie tak głośnych. A to przedsmak tego, co może nas czekać. Podobno podczas tych kilku dni skwaru już musieliśmy importować energię elektryczną z zagranicy. Pamiętam jeden komentarz, gdzie ktoś z oburzeniem krzyczał, że co innych obchodzi co on podlewa, płaci za wodę to ma być. I chyba dlatego nie ma dla naszego gatunku, ratunku… W mojej miejscowości, jeśli latem chcesz wziąć prysznic lub wieczorną kąpiel polecam godziny między 14 a 16 tą. Od popołudnia ciśnienie bywa tak niskie, że woda sączy się ciurkiem. Wyglądam przez okno i patrzę na uśmiechniętych ludzi, lejących wężami na przeschnięte trawniki, które najpierw zabili koszeniem. Ile to przy tym bezsensownej pracy, hałasu dla sąsiadów, spalin? Kiedy można chodzić po wyższej trawie, i w niczym to nie przeszkadza. Człowiek to mistrz w wymyślaniu bezsensownych zajęć. Plus hałdy po skoszeniu, wyrzucane i gnijące po lasach. Inni podłączają specjalne natryski na całą noc, a i na dzień zostawiają. Jest tak pięknie…

Wczesna wiosna zafundowała w Polsce malownicze widowiska. Ziemia na polach była tak przesuszona, że każdego dnia przy większym wietrze wirowały tabuny i trąby pyłu. Podziwialiśmy na wędrówkach i pozostałem wtedy jedynie przy pozytywnie wizualnej interpretacji tego zjawiska. To już jest objaw dewastacji gleby. W mediach mówili coś o ‘’pyle saharyjskim’’. Nie. To był nasz pył, uniesiony z zasuszonych i wyeksploatowanych pól. Unosił się smugami, zwłaszcza po orce ciągników. Już ciężko się oddychało. Nie żyję na świecie od dzisiaj. Pamiętam inne wiosny. Grząska, wilgotna ziemia, po której szło się w kaloszach zapadając w błocie czasem po kolana. Zamiast pierwszych wiosennych grzmotów, doczekaliśmy burz piaskowych. ‘’Brawo my’’. Ktoś zwrócił mi też uwagę na zjawisko chłodnic samochodowych i szyb, dawniej po jezdzie oblepionych masą muszek, pszczół, motyli itd… Dziś pozostają czyste. Wyglądam przez okno i spoglądam w blask ulicznej latarni. Dawniej… Kłębił się wokół niej rój komarów, ciem, chrabąszczy i różnego latającego żyjątka. ”Przypadkiem” dotarło do mnie, że mimo lata wokół nich każdej nocy pusto…

Koniec czerwca. Białe Noce dziwią niespotykaną dotąd ciszą. Nie słychać czyrykania kuropatw, ani wabienia przepiórek. Jakby już był koniec sierpnia. Żaby i ropuchy milczały, z nielicznymi wyjątkami od początku wiosny. Mało świerszczy .W tym roku nie zaobserwowałem żadnego świetlika. Z polnych gruszy i jabłoni opadają niedojrzałe zielone owoce, znów drzewa nie są w stanie ich odżywić. Jarzębina już się czerwieni. Chwilę byłem w biedronce, gdzie otulił mnie głuchy bezwład i miła, lekka muzyka. Wyładowane kosze, pełne półki, tu niczego nie brak. Jest ryba o nazwie ‘’filet’’, której ławice wydają nieprzebrane w sklepowych zamrażarkach. Kiełbasa na grilla, piwo, i chipsy. I tym ‘’optymistycznym’’ akcentem… Pozostaję w stanie obserwacji co dalej. I choć chciałoby skupić się tylko na Przyrodzie – wszystko jest powiązane.I tylko kaktusowe rodzeństwo na moim parapecie. One wydają się być bardzo szczęśliwe. Znów powiększyły się o połowę.

58895089_2267767226796496_2389973713371004928_n

Księżycowe Kwiaty. Pełnia czujnych jeleni.

Dawno nie było tak pięknej pogody. Za dnia ciepło i niebiesko, a nocą… delikatny chłód, jasny księżyc i kryształowa widoczność. Szczęście nocnego wędrowca. Wyprawy stały się coraz dłuższe. Powinienem wiele pisać, a tymczasem nie mogę wysiedzieć w domu. Ruszam zwykle około godziny 16-17, a wracam po 3 nad ranem. I tak przez kilka dni. Być w przyrodzie tyle czasu…to dostrzegać więcej. Aksamitne kwiaty żółtej złoci i mniszka kulą się z zimna i ciemności przy nadejściu wieczoru. Zamykają. Trwa integracja z ‘’nowymi’’ sarnami na łące. I królikami. Trzeba odpowiednio czasu poświęcić, aby się do Ciebie przekonały. Choć i tak nie podejdą blisko. Wtedy pojawia się, może jeszcze nie bliskość, a coś co określiłbym mianem olewczej komitywy. Choć nie jestem tak czujny jak żuraw, i nie wrzeszczę jak sójka, mam wrażenie, że one czują się ze mną bezpieczniej. Na zasadzie, jest ‘’nasz’’ człowiek, więc inny dziś tu nie się nie czai. Wiedzą chyba, że niczego od nich nie chcę, poza tym, aby były i zachowywały się swobodnie. Ja wdzięczny i szczęśliwy, one łagodnie obojętne. Zauważyłem, że zwiększa się wtedy ich ‘’próg tolerancji’’ na obcy hałas, wywołany np. szelestem ubrania. Długo potrafią nie reagować, gdy znają jego źródło. Ot, siedzi sobie jakiś tam krasnal, wierci, ale grzeczny jest, to mu pozwolimy być z nami. Siedzimy tedy godzinami w słońcu. Ważne, aby być tu przed nimi. Wtedy, gdy wyglądają z zarośli przed wyjściem na widok, mogą się z Twoją obecnością oswoić. Dziś jednak, kiedy pojawia się pierwszy kozioł, cicho zmykam – saren mi na ostatnie dni dość. A nie chcę ich niepokoić, kiedy wylezie więcej. Czerwonym wieczorem przenoszę się do nadrzecznego łęgu, który tak obiecująco wygląda od środka. Błota, powalone drzewa, rozlewiska i tropy. Może być ciekawie.

17862548_1270716659642894_6484943921228570736_n

Bo tu natura szepcze o tym co ma w zanadrzu najpiękniejszego – nieokiełznanej dzikości. Dawne ślady wycinek ludzkich zarosły. Chram się uczynił, tylko dla zwierząt łatwy w dostępie..Takiej gimnastyki podczas krótkiego marszu jeszcze nie miałem – pochyły, skoki na kępach, zapadanie w mule, ukłony, kucanie, czołganie, wspinaczka górą przez kłody. Chcesz widoku i piękna – spoć się najpierw. Wreszcie docieram do drzewnego cmentarzyska topól i olch. Leżą już długo powalone. Idealne miejsce do obserwacji. Żaden zwierz nie będzie tu wchodził, ścieżki dotąd nie prowadzą. Widać za to doskonale. Ptasie pieśni malują ciszę muzyką. Drobni soliści. Rudzik, strzyżyk, pierwiosnek, szpaki. Nagle, myrg! Mały cień czmychnął. Przywidziało mi się? Minuty mojego bezruchu. I ukazuje się. Brązowa nornica, biega po kłodach. Śmiga jak duch. Cieszę się! Mimo, że zwierzątko małe i pospolite, nie widuję ich tak często. Do zagajnika ściągają z łąk pierwsze sarny, będą chyba się kąpać. Nieopodal lądują kaczki na nocleg. A ja czuję… że ta przestrzeń jakoś mnie stąd wyprasza. Jakby nie chciała zdradzać mi wszystkich swoich sekretów. Ból głowy… Czasem właśnie tak jest. Mają drzewa swoje powody i sprawy. Miejsce jest dla nich święte. Prawie nie odwiedzane. I tak ma pozostać. Choć spomiędzy olch spogląda już na mnie malowniczy księżyc, podejmuję powrót. To najlepszy moment. Po ciemku będzie to niemożliwe. Żegnajcie… może kiedyś będę godzien. A jeśli nie, przyjmuję.

O fizjologii wędrówek nie powinno się pisać, ale jak tu nie napisać, kiedy harcujący po łące królik zatrzymuje się i bada miejsce Twojego siusiu. A uważa się, że ten zapach szczególnie odstrasza zwierzęta. Ja mam obserwacje prawie odwrotne. Tak samo było z dzikiem i sarnami. A szarak… kica po moim śladzie w moim kierunku. Pewny siebie. Ja nieruchomo i bez oddechu. On skrobie po jakimś drewnie które się napatoczyło. Ding, hop, skik… metr przede mną wymija mnie małym łukiem, jakby był niczym więcej, niż słupem drogowym. W księżycowym srebrze widać go dobrze. Że też im nie jest zimno w tej mokrej trawie brodzić.

Ols, ten sam w którym spotkałem starego odyńca, przy księżycu cudowny jest jak baśń. Dopiero dostrzegam pełnię jego czaru. Białawe prześwity, ciche pluski nie wiadomo czego i cienie ogromnych wykrotów. Pobudzają wyobraznię. Ale nie boję się. Mam poczucie, że choćby ukazały mi się na raz wszystkie duchy tego lasu, uśmiechnąłbym się tylko. Nie potrafię zrobić kroku… przeglądam się w księżycowej wodzie. W niej zapisała się pamięć świata.

– Hej Olszyny, w bród zalane, opowiedzcie, co mi dane… 
– Cichy wędrowcze nasz witaj, o co chcesz, poproś, pytaj…

I niby wracam, a dzieje się. Na dróżce pod lasem czekała na mnie rodzinka dzików. Locha z małymi. Znów nie usłyszały rowera, a ja zdążyłem zatrzymać się w porę. I obserwuję… ‘’postęp drogowych prac leśnych’’ w wykonaniu dziczej mamy. Tak troskliwie… pomaga maluchom w samodzielnej buchcie. Tego się uczą. Błogosławię w duchu tym mądrym, pożytecznym stworzeniom. Dziękuję za to, co dla nas robią. Tak niedoceniane… tak prześladowane… A przecież bogactwo tej krótkiej chwili. To szczęście. Zostanie już ze mną na zawsze. Nigdy się nie znudzą. Chrumkające, dobrotliwe gapcie. Po chwili cała rodzinka biegnie już stronę trzcinowisk, gdzie lądują w pluskach. Przed nimi długa noc psot. Kilkanaście kroków i ukosem na polu wyłania się nowa niespodzianka. Sylwetki. Zbliżam się powoli. Pewnie to sarny. I mimo, że nie da się tu podążać najciszej, one nie reagują. Bliżej poznaję – to grupa jeleni! Zawsze ta ich wielkość… wieje majestatem. Pochylają się skubiąc roślinność na ugorze. Myślę, że działa tu trochę taki mechanizm. W swoim nocnym świecie, tak bardzo nie spodziewają się nikogo, że nie reagują na wiele bodzców. Widok – raj. Podłużne nieco łby, i dostojeństwo ruchów. Sarna porusza się śmiesznie ‘’pająkowato’’. One zachowują godność. Stoję tak długo, aż nie schodzą same do lasu. Finalnie mój powrót opóźnił się o dwie godziny. Warto było…

Drugą noc poświęcam drzewom. Pełnia Księżyca to takie ich święto, podczas którego bardzo są aktywne i emanują pełnią głębi swej uzdrawiającej energii. Las zachowuje się jak żywy. Nagłe szumy, jęki, westchnienia i trzaski w koronach. – I pełnia Wiosny przyjacielu nadeszła? Dziś z Krzesimirem chyba po raz pierwszy mówimy jednym głosem. Dziękujemy oboje Stwórcy. Za swoją znajomość i wszystko co dzięki niej się przejawiło. Przytulamy się. Nie potrafię aż wyrazić… Dokąd mnie Dąb zaprowadził? Pyta o wiele rzeczy. Lubię tak przychodzić w środku nocy. Mamy wtedy taką swobodę. Mogę mówić mu na głos i w pełni wszystko spontanicznie wyrażać. Razem zaczynamy nucić ich mruczącą Pieśń sił Ziemi. A potem, kiedy staruszek zaczyna szumieć koroną zaczynają się bose tańce intencji na pobliskim polu. Wyraża się Duch Swobody… Brzozy zaczynają kaskadą się z nas śmiać, a ja cieszę się, że mogę uczestniczyć w ich Księżycowym, wiosennym Święcie.

– Już majaczy coś dąb stary, a czeremcha czyni czary…

Goni za mną echo brzozowych dowcipów.

Enchanting fairy forest opening at night and full moon, 3d render illustration

🌙 Trzecia noc Wędrowna

Bagna zaczynają powoli wołać odgłosami maja. Już krzyczą wodniki. Przyleciały też pierwsze rokitniczki, i te paplają bełkotem swego naśladowniczego chaosu.

– Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

Świerszczak – kolejny ptaszek – duch, terkocze swą wieczną, monotonną kołysankę.
W ciemnościach, czają się różne niepokoje. A to bóbr skrobie, jenot szeleści, wydra grasuje, albo zachroboczą dziki zbudzone w ostoi. Czasem przedziera się jeleń. W nozdrza wnika ciężki aromat dojrzałej wody. Chłód, ziąb, mgły, dotykają raz po raz, sprawdzając Twoją wytrwałość. Być tu – to niekiedy zmierzyć się z wszystkim, czego dotąd się bałeś. Czujny żuraw stróżuje nawet nocą. Gdy coś zbyt blisko poruszy się niewidoczne, następuje alarm. Czasem włączają się do tego lamentu kaczki i gęsi. Noc wśród rozlewisk, takim właśnie zapowiada się urokiem. Przerywana krzykami, tajemniczymi dzwiękami, toczy swój żywot, skryta od ciekawości ludzkiej. W bogactwie odgłosów, każda noc notuje w przestrzeni jedyną taką opowieść. Tu przysiądziesz o zmierzchu, a zaraz świt różowy nadchodzi. Niepamięć istnienia.
Było już po zachodzie słońca. Ptactwo sfrunęło się pożegnać. Księżycowe śpiewy drozdów, trwały w nadchodzącej ciemnicy… Wcześniej lis myszkował, a obok sarnie cienie pasą. Kuna szelesci i przeszukuje zmurszale wierzby. A bagienna magia dopiero nabiera blasku. Srebrzy się poświata. Tańczą mroki, a z nimi pojedyncze nietoperze.
Jest dużo cieplej. Widoczność kryształowa. Na odległym polu widać chwiejne, wielkie sylwetki jeleni. Zaufały ciemności. Żurawie z szumem potęgi przelatują nisko. Czasem krzyknie sowa pójdźka. Siedziałem wtedy w czatowni. Czerwony księżyc w pełni wznosił się łagodnie nad bagnem, kiedy usłyszałem delikatny szelest. Stąpnięcie. Raz, drugi. ‘’Pewnie sarny znów idą – wyjdą tędy jak wczoraj ‘’ – pomyślałem. Kiedy jednak do skrętu szyi obróciłem głowę, oczom moim ukazał się… mały płowy książę. Młody jeleń – szpicak, bo i widzę dwa podłużne widełki wystające mu z głowy. Zamieram zastygły w napięciu, bo przecież jeleń do nie przelewki, po trzykroć bardziej czujny niż sarna. Futro ma wyleniałe, zmierzwione, dopiero pewnie nakłada letnie. Naprężenie znika wnet, kiedy obserwuję, jak płowiec po prostu zaczyna żreć kwiatuszki, którymi tak się zachwycam. Widzę, jak zagarnia wargami. To cud, że mnie nie wyczuł… Jednak, często mi się tak zdarza. Brązowa sylwetka momentami rozlewa się z pniami. Zajada. W którymś momencie jego czarne oczko patrzy wprost na mnie – i albo jego mózg nie rejestruje mojego kształtu, albo ‘’jelonek’’ wie, i olewa. Ja widzę go po raz pierwszy. Ale może i on widział mnie już nie raz, podczas bosych marszów, czuwań i włóczenia się w jego świecie?

I kiedy myślałem, że cicho odszedł, wychynął jeszcze o widoku na łąkę. Tu gamoń zaregował strachem na podążającą z drugiej strony sarnę. Przeszedł ją całą, aż bezgłośnie wniknął w szuwary. I znowu nauczyłem się czegoś nowego – miałem okazję obserwować odmienny sposób poruszania się obu zwierząt, tak podobnych, a jakże inny. W sercu i duszy krzyczało jedno:

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ…

Późnym wieczorem na pobliskie pole wjechał ciągnik. Moja irytacja narasta… Ze wszystkiego, najbardziej lubię ciszę i spokój, zwłaszcza w leśnych światach. Obserwuję dwa jelenie i sarny skubiące na łące. O dziwo – mają to gdzieś. Pasą się w najlepsze. Rolnik jezdzi i świeci. Wiem po co – trzeba w ten sposób pilnować zasiewu kukurydzy. Przed dzikami. Też logika – uprawiaj kukurydzę bez żadnej osłony, 200 metrów od trzcin i barłogów. I pewnie miej pretensje do dzików przy okazji. W tym roku pospieszyli się z tym. Ten spokój i wyrozumiałość zwierząt, przechodzi i na mnie. Skoro im nie przeszkadza, to ja mam się denerwować?

Długo pohukiwał wytrwały Puszczyk, głosząc tęsknotę i gotowość za partnerką. Z głębi lasu zachrypił kozioł – ten z kolei dawał wyraz swoim niepokojom. Do świtu jeszcze daleko..

10330510_662173047163928_6760164185671994744_n

Bohaterowie gawędy:  Świerszczak

Rokitniczka:


O czym szemrają szuwary. Trzcinowa opowieść

Podążając za Słońcem

Ścieżka prowadziła przez trzciny, ku dalszym czeluściom topieli. Można było zaufać tej grobli. Bród z czasem się uczynił, uczęszczany dziesiątki lat jedynie przez obeznanego w swoim świecie zwierza, prowadził traktem błotnistym, jak gościniec dawny, w zaproszeniu do śmiałej przeprawy. Czasem zachlupotała pod stopami woda, przypomnienie – przestroga drzemiącego wśród szuwarów żywiołu. Tony błota, metry mułu. Niełatwo było tędy wędrować. Buty co i raz grzęzły w rozmiękłym gruncie. Wąska dróżka jedynie, a zaraz po bokach nieznane rozlewiska mokradeł. Wiatr gawędzi wśród suchych łodyg, niosąc stęsknionym trzcinom wieści dalekie. Pieści, głaska i czesze, szeptem nucąc pieśni bagienne. Jednocząc się w rytm odwieczny szemrzące baśnie zapowiada, prawiąc o czasach dzikich, odległych, już zapomnianych. Każdą trzcinkę z osobna dotyka, gładząc czułym oddechu gestem, aby krucha istota wiedziała, jak ważną i potrzebną jest dla świata.  Ogony wierzchołków bujają miarowo, do snu kołysząc ptasich mieszkańców uroczyska. Uszy otula jeden szemrzący szum, będący odwieczną mową tego królestwa. Szmer zlewa się z trzaskiem, spajając szurający nurt w jeden ocean dzwięku. Coraz częściej przystaję, i dostrzegam takie rzeczy. Magiczne chwile. Celebruję je, oddając się temu doświadczeniu. Nie tylko zwierzęta, ale i tocząca się rozmowa żywiołów.

P90222-174957

Zachodzące słońce pomalowało wierzchołki trzcinowych łodyg iskrami złocistych promieni.  One same, jak pędzle wypłowiałe kołyszą się spokojnie, czerpiąc resztki zachodzącego ciepła, do swych puchatych wnętrz. Te szybko porywa wicher, dając odczuć chudzinom potęgę lodowatej mocy. Unosi je hen, nie wiadomo gdzie. Tak kruche…łamliwe…trzaskające… Kładą się ofiarnym łanem, w pełni poddając jego kaprysom. Czyń z nami co zechcesz… Mijają, wichury, a one trwają. Dzięki temu właśnie. To dopiero było widowisko, gdy bure wiechcie kołyszących łanów, pyszniły się czystym złotem. Wiatr zaplatał z nich tańczące warkocze, a te niesfornie rozlewały się jednym szumem w miarowy, czarujący balet. Miało się wrażenie, że cały dzień czekały na tą chwilę. Nie trwała ona długo. Gdy tylko bożyszcze słoneczne osiadło nieco niżej, chłód odetchnął mocniej z każdym nowym powiewem. Kraina tajemnic. Ostoja bezpieczna. Szpacy, wczesnowiosenni podróżnicy krążyli uparcie po gasnących niebiosach, w poszukiwaniu najlepszego kącika. W oddali trąbiły żurawie. Za moment, rozegra się tu ostatni akt dziennego misterium. Ze zmierzchem, nadchodziło nowe. Bobrowie pracowici zachrobocą w robocie, a prychną i chrząkną budzący się śpiochowie dzikowi.

Cisza gdzieś pierzchła, przegnana gonitwami niekończących się kłótni szmerów, szelestów, szemrań i trzasków. Nie lubiła rozmowy. Bagno natomiast nie potrafiło milczeć. Rozstali się na zawsze. A każde z nich odnalazło swoje miejsce na Ziemi. Niejako z żalem,  pora mi zostawić to urocze miejsce, we władaniu jedynej królowej tego świata – czarnej gwiaździstej nocy.

P90222-163950

Na dziczym szlaku: Pułapki Żywiołów

Wędrując po trzcinowym królestwie, masz prawo poruszać się z duszą na ramieniu. Bagna zamarzają bardzo trudno, jedynie przy dużych mrozach, utrzymujących się jakiś czas. I choć różne ptasie strachy odleciały do ciepłych krajów, tu nadal straszy. Nocą bobry chroboczą tęgo, zwierzyna skrobie po lodzie, aby dostać się do wody. Śnieg paradoksalnie nie gasi pragnienia, działa wręcz odwrotnie. Zwierzęta to wiedzą. U stóp szuwarów przemykają jak cienie ptasie zjawy – może kurka wodna lub kropiatka? Widma są tak zwinne, że nie udaje mi się tego ustalić. Ktoś jednak został tu na zimę. Na cienkich gałązkach wierzb w oddali kołyszą się remizowe gniazda. Wyglądają jak wielkie puchate kapcie. Mijam poszarpane cielska wierzbowych bab. Nadgryzione bynajmniej nie zębem czasu, roztaczają dziarskie korony niczym proporce. Są w swoim żywiole. Mimo okaleczenia przez bobrowych drwali. Moczary potrafią wypłatać figla i skryć swoje niedostępne na co dzień tajemnice, nawet zimą. Skute lodem szlaki, głuche odwieczne ścieżki, na te kilka dni w roku otwierają wrota swoich sekretów. Ale uważaj! Gdzieniegdzie napotkasz parujące, nietypowe kręgi. Siwo, jakby dym leciał. Czarcie kotły? Prawią wierzbowe słuchy, że tam właśnie miesza swoje niespodzianki stary bagienny diabeł Rokita. Oparzeliska… miejsca te nie zamarzają niemal nigdy, chyba, że naprawdę przymrozi. Ale i wtedy warstwa lodu w takich miejscach jest dużo cieńsza. Omijać z daleka. Procesy gnilne jakie zachodzą gdzieś w dnie, systematycznie podgrzewają wodę w jednym miejscu. I morza trzcin, wzburzone, że śmiesz naruszyć świętą zwierzą przestrzeń, pałają niejedną przygodą. W miejscach przy łodygach gromadzi się powietrze. I o ile na toni wodnej panuje lity lód, tak przy szuwarach obłamuje się często aż po kolana. Jeśli ze szczęściem, pod spodem jest druga warstwa lodu. Jeśli nie, chlup, i można wracać do domu…

51561989_759653284402823_5833485492653391872_n

Lodowi i wodzie też nie wszędzie można zaufać. Są miejsca, w których nie wiadomo skąd, toczy się cieplejszy, podwodny nurt. Nie ma miejsca na gapiostwo. Zdjęta czapka i uszy w pogotowiu, na każdy podejrzany dzwięk. Otacza mnie łan zgniłożółtych sterczących łodyg. Są jak osobny las. Hałasują jak diabli. Słychać dzięki nim najmniejszy podmuch wiatru. Dusza na ramieniu. A to dlatego, że w każdej chwili, możesz wejść na śpiącego dzika. Wiem od lat, że mają tu barłogi. I mimo, że nie zapuszczam się w boczne ścieżki, z nimi nigdy nie wiadomo. A potrafią spać twardo. Razu jednego dosłownie wszedłem na takiego śpiocha. Myślicie, że było go widać? Dzicza sypialnia to osobny kunszt. Pamiętam jak ze zdziwieniem przypatrywałem się kiedyś pierwszemu w życiu barłogowi. Trzcina była pocięta równo na kawałki, jakby ktoś zrobił to nożyczkami. Zwierz użył zębów, aby sobie dogodzić. Potrafią też przykryć się od góry (nie wiem jak) i wtedy widzisz taki jakby ‘’snopek siana’’ w głębi bagna. Dawne to były czasy, jednak zdarzenie zapamiętane. O, co tu robi taka kupa trzcin? Jakby szałas ktoś ułożył. Wejdę, zobaczę…

51007050_759653404402811_5659046031581511680_n
Główny szlak rozdziela się na coraz to mniejsze ścieżki i odnogi. Tam lepiej nie zaglądać. Prowadzą zwykle do ”dziczych sypialni” – barłogów.

‘’Szałas’’ podskakuje do góry, a z niego wylatuje ogromny dzik. Frontem do mnie, chybił o jakieś 10 cm. Takiego skoku w życiu nie widziałem, ale po sekundach kamiennego przerażenia, rzucam się do ucieczki po prostu przed siebie. On już gna w drugą stronę. Słyszę jak szeleści i zastanawiam się czy pędzi za mną. Lód nie wytrzymuje tej niespodzianej galopady. Chwyta mnie zimna woda, studząc moją panikę. Wyczłapuję się i docieram do nieco rzadszego porostu. Dlatego dziś mogę napisać, że przy trzcinach są puste przestrzenie  Słyszę go, jak w oddali się kręci. Wiem, że olbrzym jest bardziej przerażony niż ja. No jakbyście się czuli, gdyby Wam nocą dzik przyszedł do łóżka? To nie pierwsze moje spotkanie, ale nigdy tak bliskie. Mam wtedy może 16 lat i zupełnie inne podejście do zwierzęcych spraw, niż obecnie. Odgłosy zbudzonej poirytowanej watahy, kręcącej się z szelestem wokół, też nie należą do przyjemnych, zwłaszcza, gdy nie masz pojęcia, gdzie tak naprawdę są.

51535094_759653421069476_3415936233816195072_n
Za to na tafli, lód trzyma lito. Jednak na bagnach, nigdy nie jest do końca bezpiecznie. Skute lodem szlaki, głuche odwieczne ścieżki, na te kilka dni w roku otwierają wrota swoich sekretów.

O każdej innej porze roku, dopóki nie nadejdą długie, ostre mrozy, miejsce jest swoistą fortecą obwarowaną błotem, mułem i szlamem i roślinnością. Zwierzęta mimo to, jakoś potrafią się tam poruszać. Latem i dopóki jest ciepło, dostępu broni dodatkowo armia komarów i meszek. Szerokie ścieżki wyznaczają pradawne przesmyki ciężkiego zwierza. Przez niego na wskroś znane, i przewędrowane. I tak powinno pozostać. Pewne sekrety zachowują swoją magię, kiedy spaja je zew, wiecznej tajemnicy 

51477511_759653827736102_8335289507188310016_n

51295980_759653944402757_6577157860185079808_n
Po lewej ”poidło” wygrzebane i utrzymywane przez zwierzęta. Jest tak często użytkowane, że niemal nie zamarza. Na zdjęciu widać doskonale bagienną ruletkę, w niektórych miejscach po lodzie można skakać, a tymczasem krok dalej…

51368212_759653704402781_8563053508385832960_n
W krainie bobra i dzika – widok.

51500064_759654084402743_5860747965068476416_n

Na szlaku do wodopoju, krzyżują się ścieżki tropów zwierzęcych wędrowców. Szepty Kniei spisują swe opowieści w śniegowym pamiętniku.

Jaremi – w radosnym brzmieniu Ziemi

Do olszyn zmierzam na przełaj polami, ciekaw co też dziś w sobie kryją. Ostatnio olchy często wołają do siebie. Z miejscem tym wiąże się całe bogactwo pięknych wspomnień, bo tutaj w pewnym okresie życia spędzałem większość swojego wolnego czasu, zachwycony ilością przyrodniczego dostatku, jaki z każdą wyprawą wypełniał mi serce w odkryciach. Tu w tym niewielkim przecież kawałku dzikiej macierzy zatopionej wśród pól, sarny pędzą swój żywot bezpiecznie z dala od oczu ciekawskich, dziki kryją do zmroku gdzieś w oceanie trzcin, czasem zawędrują nawet jelenie z niedalekiego lasu. Jenot wykopał sobie jamę nad strumieniem, w zmurszałej wierzbie osiedliła się sowa pójdzka, a w krzaczynach gęstwin plączą się różnokolorowe pióra – ślad po ucztach krogulca. Dalej mają się dobrze odwieczne lisie nory, będące rozległym kompleksem pamięci kilkudziesięciu pokoleń, jakie zapisały w otchłani ziemi i wiatru wszelkie swoje krwawe oraz wesołe wyczyny. Obfitość wrażeń, wieści, znaków wskazówek. Po prostu rarytas dla wędrowca spragnionego przyrodniczych odkryć.

Space tree

Staję na skraju tego królestwa nieco zaskoczony. Rów, przez który zamierzałem przejść suchą nogą, przegradza mi woda. Skąd ona tutaj? Wszędzie susza jak pieprz, i polne rowki zioną suchotą. No nic. Trzeba spróbować przeskoczyć… Po kilku krokach szukania dogodnego miejsca dla skoku, zagadka wyjaśnia się. Przede mną piętrzy się bobrowa tama. Bardzo cieszy mnie ten widok. Znaczy bobrowi konstruktorzy radzą sobie tutaj mimo prześladowań ze strony człowieka, i udało im się mimo tej suszy, zachować nieco zasobów wodnego żywiołu. Cieszą się z tego na pewno sarny. Po tamie przedostaję się wygodnie na drugi brzeg. Tu witają mnie plątaniny chmielu, jeżyn, z bogatym podszytem bzów i głogów. Ciężko się poruszać. Trzeba się kłaniać gęstwinie i lawirować. Rozglądam się przy tym z ciekawością. Nie było mnie tu parę miesięcy, a wiem, że ostoja podlega ciągłym przemianom. Rowki wewnątrz jednak suche i puste. Niektóre z olch tkwią ukośnie z odsłoniętym systemem korzeniowym, podtrzymywane przez mocniejsze siostry radzące sobie wokół. Jakiś czas tak wytrzymają. Czasem wdziera się tu człowiek z piłą, tnąc tak naznaczone drzewa na kloce, i pozostawiając na pastwę. Po co, dlaczego? Pojąć nie sposób. Zagrożenia żadnego dla niczego tu nie stanowią, również nie przeszkadzają. Dzieje się tu czasem więcej przykrości, ale o tym nie teraz.

IMG_4233

Zmierzam do pewnej wierzby, rosnącej ukośnie nad rowem z rozlewiskiem. Płoży się ona tak, że umożliwia wygodne leżenie na pniu. Drzewo wycisza mnie i nastraja poetycko. Ohh! Widzę, że i ona oberwała prztyczka od hulających wichur. Jej prawa odnoga leży pokotem na trzcinach, obłamana pod własnym ciężarem. Cały bok rozdarty. I mimo, że wygląda to groznie, wiem, że poradzi sobie jeszcze wiele lat. Wierzby to twardziele, choć o miękkim wnętrzu. Potrafią odbić pędem z najmniejszego kawałka. Po wodzie, zostało tu suche wspomnienie. Pas trzcin wdarł się klinem aż pod olchy i zarósł dzicze babrzysko. Ile zmian. Na wierzbię tymczasem nie poleżę. Od jakiegoś czasu, zwracam się do drzew słowami, jakie same do mnie kierują. Tymi, które płyną w wierszach i przesłaniach. Napotykając więc wierzbę, recytuję jej po prostu kawałek…

Czarownic drzewo przodków swych słucha, zaglądając w arkana czasu,
Chce przygotować Twojego Ducha, byś magię sławiła lasu.

Życie, istnienie, i upór, mieszkają w pozornej śmierci,
Wiedźmy swe czary wskrzeszają, czytając z pradawnej pamięci.

Bóbr chrobocze u pnia, końca już wieszcząc nadejście, 
Nowego blask świta dnia, przestrzeni zwiastując przejście.

Zjawa z mgłami przybywa, szeleści w krainie szuwarów, 
Zmysły zaklęciem okrywa, przenosząc do dawnych wymiarów,

..Pokłoń się wody kapłance, pani bagiennych żywiołów….

I wtedy kłaniam się w szacunku wierzbowym czarownicom. Mam ja za co dziękować. Widzę, że to ”wierszowanie” bardzo im się podoba. Powietrze wnet zaczyna wirować ku górze, wzniecając odzew resztek kołaczących liści. Jest moc..

Z olszyn wynurzam się na turzycowisko, jeśli można to tak nazwać. Suche trawy przeplatają tutaj z kępami sitowia i tataraku. Okresowo miejsce jest zalewane. Teraz wygląda dziwnie. Stop!

Lekko kawałek przede mną skacze płowe cudo. Sarenka! Nie spodziewałem się jej tutaj takim wczesnym popołudniem. W głowie wybucha na chwilę sztorm smutku, że spłoszona, ale… ale nie. Jeden skok, i idzie już normalnie. Spogląda na mnie z taką jakby wesołą przekorą. Jej czarny pyszczek jest taki słodki. Mam wrażenie, że skrył się tam zwierzęcy uśmiech. Chwilę stoi nad rowkiem i rozgląda wokół. Dlaczego nie uciekasz? Myślę. A ona najspokojniej wkracza na ścieżkę prowadzącą do trzcin, i w nich znika cicho. Odeszła tak, jak przechodzień robiący Ci miejsce na chodniku. Jak to możliwe? Nie było mnie tu tyle miesięcy, raczej nie może mnie pamiętać. A może… W takich chwilach wdzięczny jestem zwierzętom za to zaufanie i bliskość. Dawniej aż tak tego nie doceniałem. Czekam kilka minut w bez ruchu aby jej nie straszyć, po czym ruszam przed siebie ‘’sarnim krokiem’’. To znaczy tak, aby pozorować własne szelesty na wzór zwierzęcych. One słyszą i rozróżniają ,jak porusza się człowiek, a jak inne zwierzę z ich świata. Przy odrobinie zręczności, można poruszać się tak, aby nie być postrzeganym i słyszanym jako ludzki wędrowiec. Choć nie jest to łatwe.

forest_sunset_by_aeflus-d9f2r03

Przed sobą podziwiam rozległą suchą łąkę, nieużytek. Podziwiam jak się zmienia. Znam to miejsce już z 15 lat. Pamiętam jak nieśmiało zarastała tu trawa, teraz zamieszkują tu już kępy tarnin i głogów. Drugie tyle i zmieni znów swoje oblicze. Niemal potykam się o metalowy pręt wbity w ziemię pionowo na sztorc. Poznaję. Z drugiej strony jest zagięty, niczym rybacki bosak. Znalazłem kiedyś to żelastwo wbite w bobrową tamę właśnie w olszynach – ktoś próbował ją tym zniszczyć. Ludziom wszystko przeszkadza. Ktoś potrafi przywlec się tyle kilometrów, po to tylko, aby dokuczać bobrom, które działają przecież na naszą korzyść, a czasach ocieplenia klimatu i długotrwałych nawracających susz. Ten pręt wyjąłem z tamy i wrzuciłem do wody pamiętam, daleko i głęboko. Ale wody już nie ma. Został odnaleziony i uszykowany do ponownego niszczenia…Niedoczekanie. Zabieram go z sobą, i tym razem schowam dużo lepiej. Zależy mi na bobrach tutaj. Widzę jak ich obecność wspiera inne zwierzęta, choćby przez to, że zatrzymywana jest woda. Mimo, że bywam tutaj rzadko, staram się być ich takim cichym stróżem. Tutaj szkód żadnych nie są w stanie zrobić. Nie ma wałów powodziowych, a rowki mają głębokość nawet ponad 2 metrów. Musiałoby padać miesiącami, zanim woda dotarłaby pod wierzch. A i tak nie zaleje pola – wypełni niżej położoną olszynkę, która zalewana była i tak odkąd pamiętam, po wiosennych roztopach. Trudne, do pojęcia..

Ten polny zagajnik dzieli się na trzy części, zupełnie różniące się od siebie wyglądem i środowiskiem jakie stwarzają. Pierwsza to te olszyny, razem z trzcinami, tereny normalnie podmokłe i trudno dostępne. Druga to kępa gęstych tarnin z mieszanym zadrzewieniem, otoczona podmokłą łąką o żyznej glebie. Trzecia jest najłagodniejsza i przypomina trochę raj. Niezbyt stare dęby, klony, głogi, zatopione w suchej trawie, po której przyjemnie się chodzi. Otoczone rowkiem i tarninowym żywopłotem. Miejsce ma w sobie jakąś beztroską aurę, bo i już któryś raz widuję tutaj bawiące się sarny, lisy, a nawet bażanty. Zaglądają tutaj wędrując z pól. Jest jasno i przestronnie. Siadam na ogromnym kamieniu, któremu zwierzęta różną nadają rolę. Czasem lis zostawia na szczycie swą kupę – znak granic rewiru lisiego pałacu. A niekiedy wokół walają się skorupki ślimaków, oznaka drozdowej biesiady. Dziś kamień jest czysty. Można sobie posiedzieć. I lubię się tutaj zatrzymać, aby kontemplować ptasi świat. Uwija ich się tutaj sporo. Żerują, przelatują, śpiewają, wypoczywają. I to każdej porze roku. Pierwsze zjawiają się sójki. Ciekawskie ptaszątka ‘’muszą’’ po prostu sprawdzić każdego. I wtedy wiec postanawia – wrzeszczymy i ostrzegamy wszystkich przed nieznajomym, albo uznajemy za swojego i niech siedzi. Moje zachowanie nie wzbudza wrzasku. Słucham sikorek i popijam gorącą herbatę z termosu. Kątami oczu widzę jak jestem badany, lecz… Cisza. Swój. Bogatka przysiada blisko na dzikiej śliwie, i zaczyna beztrosko czyścić pióra. Gdzieś tam, posilają się czyże. Słyszę co i raz delikatny szelest, którego źródła nie mogę namierzyć.

– Kokok! Kokok!

Odzywa się niezbyt głośno, i łagodnie. Normalnie ten okrzyk brzmi dużo ostrzej. Bażant. Musi być gdzieś blisko. Rozglądam się, ale nic. Mimo, że bażanty nie są rodzimym gatunkiem naszej fauny, bardzo je lubię. Może dlatego, że są odkąd pamiętam. I radzą sobie tutaj mimo bliskości lisich nor, a nawet przychodzą kąpać się w piasku, który rudzielce wygrzebują, powiększając swoje komnaty. To jest dopiero kuriozum. Bażanta dostrzegam podczas któregoś obrotu głowy w ciekawości. Kogut biega pod dębami i to on właśnie tak szeleści. Odzywa się przy tym takim wytłumionym ‘’kokok!‘’ Ptasia zabawa. Dzień jest listopadowy, ciepły i błogi, jakich z dawna nie pamiętam o tej porze roku. Zwierzętom udziela się ten nastrój. Kiedy żołądek jest pełny, a wokół jesień otula dostatkiem, można pozwolić sobie na chwilę rozrywki.

12834472_831276286983202_1361632914_n

W tym leniwym zakątku zamieszkał Jaremi. Najbardziej radosne Drzewo Mocy jakie znam. Jesion. Dziwię, się dlaczego tak rzadko go odwiedzam, mimo, że nie jest aż tak daleko. To dopiero trzeci lub czwarty raz. A przecież obdarza on taką błogością, jakiej nawet u dębów i brzóz nie zaznałem. Jest wyjątkowy. Zawsze jakby był gotów do kontaktu i czekał. Zero jakiejś ‘’bariery gatunkowej’’, kilka minut i więz jest załapana. Swoje rozmowy z drzewami zaczynam nie tylko od powitania, ale i podziękowań, uznania, wyrazów szacunku. Za czyste powietrze jakie nam dają, ziemię, transformację wody, oraz po prostu za ich istnienie. Mówię, że bardzo je kocham i nazywam Cudami Wszechświata. Zawsze szeptam, że zasługują na wszystko co najlepsze i tego im życzę. Czasem przepraszam za tych, którzy nieświadomie robią bezmyślną krzywdę. Wtedy otwierają w przepływających energiach całą szczodrość swoich zielonych serc. Jaremi wcale nie mówi. Pokazuje tylko obrazy, jeśli poprosić. Raz jedynie podał swe imię, oraz powierzył mi wiersz, którego słowami witam się z nim, dotykając ustami srebrno zielonej kory, porośniętej kępami porostów…

… Przez czas podróżuję w beztroskim istnieniu, 
Spajam się z ziemią w radosnym jej brzmieniu,

Zatopiony w błogości wiecznej wzrastam, 
W ciszy słonecznej.

Daj drogi wędrowcze raz dotknąć mi swej Duszy. 
Niech ta lekkość i szczęście, też Ciebie wzruszy.

Energią swą ukoję zagubienie Twoje.
Niech stanie się moje.

Wiersz działa jak klucz… W piersiach zaczyna kołatać się błogość i lekkość. Nie wiem jak on to robi. Opowiadam mu jak dużo się u mnie zmieniło, od naszego ostatniego spotkania. Nogi zaczynają przyjemnie drętwieć w wibrującym przepływie. Siadam natychmiast pod nim i poddaję temu co robi. Jaremi? A u Ciebie co się dzieje? Pokaż mi proszę swój świat… staje się coś innego…Od ziemi przez nogi, przepływa dudniąca wibracja. Trochę jak werbel bębna. Dummm! Nadchodzi z głębin macierzy, przyciągając mnie do siebie. Płynie przez nogi, aż do miednicy. Zastanawiam się co to. Czuję jak bębni przez stopy i wraca z powrotem. Jest jakiś rezonans w tym. I po chwili wszystko rozumiem. ‘’Spajam się z ziemią w radosnym jej brzmieniu’’. To jest to! Daje mi odczuć co przeżywa i jak on czuje. Dummmm! Znowu. Nogi przestaję wyczuwać. Stają się tym mocarnym dudnieniem. Gawęda naszej matki. Drzewo z nią rozmawia i stają się jednością w tym przepływie. To stara mi się przekazać i daje odczuć. Nie mija dużo czasu. On jest bardzo piękny w swym przejawieniu. Taki krzepki i zdrów. Harmonijnie rozłożone gałęzie i gładki do momentu pień. Wyżej bardziej sękaty, w zgrubieniach. Wschodzi czerwony wieczór. Nad nami przemyka bura torpeda. Jastrząb! Szczebioczące w tarninie mazurki nawet go nie zauważają. Wabi trznadel. Przysiada niedaleko. Cały czas coś szeleści solidnie, nie pokazując się na widoku. Typuję w głowie wszelkie możliwe zwierzęta, kiedy z liści wyłania się mała rudawa istotka. Wchodzi na leżącą gałąz i przygląda mi się błyszczącymi czarnymi ślepkami. Trwa to sekundy, po czym istotka znika w rumoszu badyli. Mysz, nornica? Nie jestem pewien. Mieszkanka ziemi. Dobrotliwy jesion przywołał ją aż tutaj, abym nie miał wątpliwości. Jesion objął mnie pełnią swojej miłości, tak po prostu, ofiarując stan tak cudowny i kojący, jakby w kosmicznej podróży światła. Trochę zaczynam płakać kiedy sobie to uświadamiam. Wiem dlaczego. Poczucie pewnej ‘’niegodności’’. Przecież, ja nic takiego dla Ciebie nie zrobiłem… A Ty dla mnie z takim darem… Rozmyślam. Jakie to wszystko proste. Niecałe 40 minut wspólnej chwili, niemal przypadkowego spotkania. Czym jest miłość? Właśnie tym… A jako ludzie, komplikujemy, jak tylko potrafimy. Nie dajemy sobie pozwolenia. Niby uważamy, że budujemy świadome, dojrzałe, relacje, ale…zazwyczaj, kiedy przyjrzymy się temu w uczciwej ciszy, jest jakieś ‘’ale’’ lub ‘’jeśli’’. Kocham Cię, ale – jeśli – spełniasz coś dla mnie, pasujesz do tego, czego oczekuję. W oszukiwaniu samych siebie. Niektórzy nawet wypisują sobie na kartce idealnego partnera oraz jego cechy, i nazywają to ‘’kreacją z poziomu serca’’. Nie oceniam. Każda istota ma swoją drogę poznania. U drzew tego nie ma. Jesteś przyjęty, obdarowany, i ukochany takim jakim jesteś, z wszystkim co przynosisz, także tym dla Ciebie przykrym i trudnym. Nie musisz ani się zmieniać, ani ‘’spełniać czegoś’’ by wreszcie ‘’być godzien.’’ To jest piękne. I kiedy ten cień także staje się Miłością, wtedy ją rozumiesz. Że nie ma nic istotnego, poza Nią. I że wszystko, nią jest. Krzesimir powiedział mi kiedyś, że szczęście jest najprostsze jak tylko się da. Tutaj nie ma co analizować, zagłębiać. Czujesz i przeżywasz, albo nie. Dziś Jaremi mówi to samo o Miłości. Jednak pomaga stać się jej głębią, w całkowitej akceptacji, dla wszystkich cząstek siebie. Wtedy i one stają nią. Integracja. Dziś, przy nim tak się właśnie czuję. Przyjęty z wszystkim co przynoszę, bez oceniania, analiz, oczekiwań. Jakby Jaremi mówił: O jesteś! Super! Ale się cieszę, że pobędziemy razem. Siadaj, rozgość się proszę! Poczujmy się wzajemnie w otwarciu ducha. Ucieszmy wspólną chwilą…Słyszysz jak śpiewa Ziemia? Razem brzmimy tak…Pokażę Ci.

tree_by_sainteagle

Nie wiem kiedy zaczynam się śmiać. Przy nim tak zawsze. Nie sposób tego powstrzymać. To wydobywa się z głębin ducha, szczerze i mocno. Śmiech duszy… która wreszcie natrafia na pełnię swobodnego wyrażania tego, czym jest. Dziś czuję, jakby on był mi kimś szczególnie bliskim. Nazywam Go duchowym bratem. Staję w przytuleniu, kiedy nogi wracają do władzy. Przytykam dłonie i głowę do pnia. Odbieram płynące mrowienie w łapkach, takie solidne, choć bardziej łagodne w odbiorze niż to od dębów. Bardzo przyjemne, i jednak bardziej dostrojone do mnie. W głowie wiruje. Nagle otacza nas biel. Jest zima. Okolica wygląda inaczej. Puściej jakoś. Nie ma tylu drzew. Przez zaśnieżone pole, brnie wataha dzików. Ano tak! Poprosiłem, by mi pokazał swe życie na początku. A drzewa jakby wiedziały, że uwielbiam takie sceny. Krzesimir sprowadza zwierzęta, a Jarem pokazuje je we wspomnieniach pamięci przestrzeni. Wypełnia mnie stan, trudny do opisania i oddania. Miłość połączona z lekkością, błogością, czułością, wzruszeniem i – szczęściem wypełniającym każdy zakamarek istoty. Nie mogę się nadziwić, jak on to robi? Nie jest przecież ani tak stary ani potężny. Pamiętam też, że Drzewa w zrozumieniu takich stanów nam nie ‘’dają’’ – one tylko przywracają pierwotne czucie, oczyszczając naszą przestrzeń i odblokowując kanały energetyczne. Ja zapraszam jego do przestrzeni swego serca. Wiem już od jakiegoś czasu, że z drzewem też można tam się łączyć i spotykać. Dopiero po około roku, przyszło zrozumienie dla wiersza, jaki mi przekazał. Dał odczuć. Odtąd będziemy się spotkać w jego świecie – przestrzeni radosnego brzmienia ziemi. W błogim łonie naszej matki. Żegnając, czuję że jest między nami inaczej niż wcześniej. Dużo bliżej. A wiem, że dawno temu oceniłem go niesłusznie, uznając za takiego beztroskiego głuptaska, co to się koi z tą Ziemią i nic ciekawego przekazać nie może…jak mogłem? Teraz stając przed nim wypowiadam coś, co przypływa samo…

– Światło mojej Duszy, kłania się Twemu Światłu.

Dotykam go jeszcze wtedy. Listki z pędów na bocznej gałęzi zaczynają drgać, powodowane jakimś niewykrywalnym dudnieniem z jego głębi. Jesionowy czarodziej.

..Wracam krótko przed nastaniem ciemności. Z olszyn, jak bure zjawy wydobywają się sarny. Łącznie siedem. A specjalnie ruszyłem polem wokół zagajnika, aby nie trapić zwierząt, jakie mogły się tam już rozgościć. Co tu zrobić? Decyduję się pójść na ukos do rowu, wtedy nawet jeśli mnie zauważą, to nie uciekną w panice, a cofną się w gąszcz. Klops! Po prawej wędrują na oziminie jeszcze dwie. Jestem w kleszczach. One przystanęły. Ja się nie zatrzymuję – dobrze wiem, że widzą mnie dopóki jestem w ruchu. Czuję, że tak właśnie powinienem zrobić, choć sarny nie widzą Cię, jeśli się nie ruszasz. I jeśli nie chce się straszyć, właśnie powinno się zatrzymać i powoli kucnąć. Ja idę – one patrzą w bezruchu. Przeczekują moje przejście, same będąc pewne swej niewidoczności w nadchodzącym mroku. I dzieje się po mojej myśli. Nie uciekają. Każdy ma tu swój czas i miejsce. Mój dobiega końca. Dziś i tak jestem już obdarowany więcej, niż bym się po tym spacerze spodziewał. Czas do przemyśleń w łagodnej, jesionowej energii i – kolejnych zmian.

37574220_393111617879467_7243530346921197568_n