Tajemnice Drzew. Duchowe dary lasu.

Siedzieliśmy pod Dębem już dłuższy czas, zatopieni w słuchaniu kniei, przeplatanym świadomymi rozmowami. On co i raz ‘’traktował’’ nas ciekawskimi owadami, które przysiadały i wędrowały po naszych ciałach, żadnej krzywdy nie robiąc. Zupełnie jakbyśmy stali się częścią otoczenia. Pamiętam, że Krzesimir bardzo chciał zapoznać się z Konradem. Choć nigdy nie planuję jakoś szczegółowo trasy, zawsze pytam 1-2 dni zanim przyjadą goście, miejsc i drzew – czy możemy do Was przyjść? Gdzie się udać? I choć jest to dla mnie wskazówką, w trakcie i tak okazuje się, że prowadzi coś jeszcze innego. Nie instynkt, nie intuicja – a mniej, lub bardziej ożywione w materii istoty leśnego środowiska. Dziś, jakże znów jest inaczej. Mężczyzni tulą drzewa. Rozmawiają o stłamszonej wrażliwości, jej okazywaniu, uczuciach, związkach, emocjach. Cieszą się nimi. Przypominają jak to jest – przeżywać i wyrażać wzruszenia, całkowicie zawierzyć odczuwaniu i sobie. My – myślący, analityczni, logiczni, sprawczy, twardzi, chłodni… Bo i tego przez dekady wymagało od nas społeczeństwo. Przyglądamy się temu – kim się staliśmy? A kim chcemy być? Jacy naprawdę jesteśmy? Czego potrzebujemy? Wracamy do osobistych przesłań, które spisałem dla Konrada, a z nimi do nowych wniosków. Pod drzewem rozmawia się lekko. Widzimy się po raz pierwszy w życiu, a panuje całkowita szczerość, z zaufaniem. Żadnych tajemnic, tabu, wstydu. Ja, a może i Dusza promienieje od środka, ciesząc się i widząc jak bardzo jest to potrzebne w rozwoju nam wszystkim. Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałbym, że nie pracuje z facetami. A tymczasem w ciągu miesiąca, przybył do mnie już trzeci. Pamiętam dzień, kiedy pojawiła się wewnętrzna zgoda i brak oporu. Wtedy zaczęli się odzywać, pytać o wspólne wędrówki. Otwierając się na tą przestrzeń, składam też i hołd sobie. Zawierzam nowym wymiarom akceptacji. I odkrywam kolejne pokłady swej zdawałoby się znanej, osobowości.

59852509_814757635559054_7604257773869596672_n

Mądry dąb czuwa obok. Słucha naszych rozmów. Przekazuje wiele. Długo gość mój nie może się od niego oderwać. Nie przeszkadzam w procesie, dając potrzebną ciszę, temu co się dzieje. Czas na słowo, będzie potem. Dębowe dary, to przede wszystkim informacja. Ale nie dla rozumu czy świadomości – w pierwszej kolejności dla Duszy. Coś jak pakiet ‘’pełni leśnego odczuwania’’.  On będzie aktywował się z czasem. Towarzysząca nam Maria, pyta mnie, co to za delikatne, choć potężne mruczenie rozlega się cały czas wokół? A więc słyszy i ona. W tak krótkim czasie. Brzmienie dębowej mowy…

W pewnym momencie uwagę naszą przykuwa powtarzający się szmer. Szurało od dłuższej chwili, jednak jakoś umknęło. Między drzewami harcują dwa młode zające. Gonią się bez pośpiechu, robiąc ‘’kółeczka’’ i uniki.  Dziwne, że są tak blisko. Przecież prawie cały czas półgłosem rozmawiamy, a słuch zajęczy należy do najbardziej doskonałych w świecie. Jednak nie przejmują się nami. Cały czas zajęte sobą. Delikatna gonitwa. Lekkość i prostota życia. Jest środek dnia, a one… Zamieramy w zachwycie, kiedy zwierzęta niespiesznie przebiegają tuż obok nas, robiąc parę metrów dalej kilka pięknych okrążeń na pełnym widoku, w pogoni za sobą. Takie są swobodne, radosne i piękne. Dzikie, a zaufane. Chwila święta, magiczna…wzruszona. Wiemy, że dzieje się coś bardzo ważnego. Dębowy podarunek dla naszej wyprawy. Las otworzył szczodrze wrota do swych skarbów. Wiedzieliśmy to od początku – mimo że była sposobność, nikt nie pomyślał aby chwycić za smartfon i nagrywać. Czuliśmy moc chwili, którą każdy chciał przeżyć bez rozpraszania. Przemknęły obok nas, jakbyśmy nie istnieli. To są właśnie cuda. I tylko ciszy trzeba, by zechciały obok nas się pojawić. Coś takiego zdarzało mi się już pod Krzesimirem, gdy byłem sam i głównie o świcie. On jakby przywdziewał na nas ‘’płaszcz niewidzialności’’. I wiemy, że dąb w ten najwłaściwszy mu sposób odwdzięczył się nam, za poświęcony mu czas, z zaufaniem wglądu do swych wnętrz. Że pozwoliliśmy sobie pomóc, a jemu błogosławimy. Żegnamy się z Dębowym Przyjacielem długo, życząc mu jak najwięcej deszczów. ‘’Sprężynuje’’ gałązką w geście rozstania, a nas zalewa fala jego ciepłego uśmiechu. Jest szczęśliwy… Kolejna wskazówka. Bo przecież zając jako Zwierzę Mocy oznacza też nowe odkrycia własnej intuicji i zwiastuje zaufanie sobie. A to intencja tej wyprawy.

60220479_2267371736683181_7802798710210953216_n

P90511-135421

Po drodze, przyglądamy się kwitnącemu życiu. Z bezmiaru świeżej zieleni wołają do nas kolory. W niej ukryły się kwietne skarby. Czuję się jakbym miał obok stóp perły, diamenty, szmaragdy i najdroższe kryształy. Żółto mieni się pierwiosnek wyniosły, kawałek dalej w soczystym błękicie tkwią łany przetacznika ożankowego. Różowym fioletem przystroił się delikatny bodziszek, jak wielu jego braci, roślina lecznicza. Każdy z nich tak kruchy, wątły, a przecież silny, w gąszczu zielonej konkurencji. Każdy ma swój czas kwitnienia i rozwoju, po czym pławi się w błogim spoczynku umiarkowanej wegetacji, ustępując miejsca innym roślinom. Geniusz opiekuńczej natury, która każdemu gatunkowi przewidziała jego czas i przestrzeń. Mijamy osmalone pnie. Tutaj las płonął. Sosny ocalały. Ich pnie są dość odporne na pożary ściółki, o ile ogień nie ‘’wejdzie’’ na korony. Wtedy zawarte w igłach łatwopalne olejki, podsycają płomienie, a one przenoszą się górą. Tym razem jednak skończyło się na strachu. Nad bagnem krążą już błotniaki i terkocze świerszczak. Ilekroć tu jestem, opowiadam o nocy tego świata – bogatej w dzwięki, odgłosy nieznane, stąpania zjaw dawnych, szmery zwierza, i nieodgadnione szelesty. Żółta wilga podnosi alarmujący lament. Jakże inny głos, od znanego, łagodnego jej śpiewu. Przegania jakiegoś mniejszego rabusia. Rajski ptak pojawia się znienacka w pełni lotu niedaleko, zachwycając nasze oczy kunsztem swych barw. Taki latający kwiat.

P90511-152149

P90511-145545

Szlachetny Klon 

Dzięcioł pstry uwija się z okrzykami, przeszukując coraz to nowe zakamarki. Często nie muszę za dużo mówić o sposobach komunikacji z drzewami, przez pobyt w lesie wchodzimy w taką harmonię, że moi goście sami zaczynają dostrzegać ich subtelną mowę. Olbrzymi Klon Zwyczajny porusza się dziwnie. Nie cały, a niektóre jego fragmenty kołyszą się niecierpliwie, gdy ani trochę nie wieje. Zaprasza. Łatwo to przeoczyć. Maria, mówi, że on ją woła. Czy to w ogóle możliwe? – Zastanawia się. Kiwam głową na znak zgody, i polecam żeby do niego podeszła. ‘’Tracimy’’ ją na pół godziny – choć nie oczu. Wraca odmieniona… ledwo jest w stanie cokolwiek mówić. Takie wzruszenie. A klon wydobył na światło. Dawne rany i bolesne chwile. Wysłuchał historii sprzed lat. Przytulił, objął, zaopiekował się. Obiecał więcej pomocy. I potrzeba było przyjechać tak daleko, właśnie do Niego… Zawsze podczas wyprawy coś takiego się zadziewa. Nie umiem do końca wytłumaczyć. Tu prowadzą, wspierają i leczą Drzewa. Wiedzą kiedy, jak, kogo. Zdejmuję Marii coś, co zaplątało się we włosach. Sucha klonowa gałązka… Żywy znak i pamiątka Drzewa z przesłaniem. Jego mowa: ”Tak, nie zwariowałeś! To co przeżywasz, jest prawdziwe. W dowód zostawiam część siebie… ” Spoglądam na jego bujną koronę z podziwem. Jest cudownie rozwinięta w spływającą kopułę, rozłożysta i harmonijna. Właśnie tak rozrasta się drzewo, kiedy nie traktować go ‘’cięciami pielęgnacyjnymi’’. Pełnia bujnego rozwoju. Zaskoczył mnie. Wchodziłem z Nim w kontakt może dwa razy. Z moimi Wędrownymi Gośćmi, odkrywam ten las na nowo, i poznaję kolejne Drzewa. Czasem mijane obojętnie przez lata, wołają obcych przecież dla siebie ludzi, i okazują im pełne wsparcie. Jak mało o nich jeszcze wiemy… Epos tych chwil, zapisze się na długo w mojej pamięci.

P90511-171942

P90511-172022

W sosnowym młodniku siedzimy z większym milczeniem. Tu drzewka – sosenki wysiały się naturalnie. Nieregularnie, rosną jak chcą. Widać jakie są bujne, gęste i zdrowe. Raptem to kilka kroków dalej od poprzedniego miejsca, a przyroda jakże inną gwarzy opowieść. Spomiędzy mchów i porostów prześwituje susza z piaskiem. Osobna wyspa jałowego świata. Jakoś lubię takie miejsca. Osłonięte od wiatru, inne, choć i tutaj tętniące paletą ptasich głosów. Wyśpiewuje lerka, borowy skowronek, a wtóruje drzewny świergotek. Zawodzi daleki trznadel. Z niedalekiego zagajnika, dolatuje pogłos piecuszka. Lekki flet wilgi, zwiastuje krople nieśmiałego deszczu. Oby się porządnie rozpadało…

Wyprawę prowadziły ptaki. Ptaki Duszy.Wiedziały, że zwracam na nie szczególną uwagę. Sikorzy jazgot modraszki, powoduje moją ciekawość. Przystajemy, patrzymy. Ależ się nakręca! Dwa samce konkurują o rewir, urągając sobie ile wlezie. Pewnie zaraz polecą pióra… Jeden daje dyla w las. Koniec widowiska. Parę kroków i Konrad nasz przystaje raptownie. Czuje – jakby oddech życia przeniknął Duszę. Błogość totalna. Przepłynęło przez ciało prądem. I sam już mówi, że oto woła go jesion którego tyle co minęliśmy. Nie jestem zaskoczony. To jego Drzewo Mocy, które wskazałem  niegdyś w przesłaniu. Znów dostrzegam – rozświetlone, gałęziste aury tutejszych drzew. Po raz pierwszy zacząłem je widzieć przy jesionach właśnie. Zostawiamy Konrada kawałek dalej w potrzebnej ciszy. I on wraca do nas podekscytowany, rozanielony i szczęśliwy. Opowiada z przejęciem, oddaje głębię swoich wrażeń. Mówi, że dotąd czegoś takiego nie doświadczył. I nie wiem w tamtym momencie, który z nas cieszy się bardziej. Dzięcioł zwrócił uwagę na Klona, sikory przywiodły do Jesionu. Dziś zawierzamy maleńkim przewodnikom.

P90511-183411

Deszczowy Zmierzch i Mowa Ziemi

Podążamy polami, sycąc oczy zachwytem rozległych łanów rzepaku. Idziemy koleiną – śladem pozostawionym przez ciągniki. Nie deptamy więc upraw. W oddali maszeruje grupka pięciu saren. Te obserwujemy przez lornetkę, patrzymy jak jedzą. Przywdziały już rude, letnie sukienki. Ale w rzepaku dzieje się coś dziwnego. Łodygi kołyszą się niespodzianie i raptownie. Jakieś mniejsze zwierzęta. Buszują. Znajome odgłosy. Miga coś brązowego. Warchlaki! Choć trudno jednoznacznie stwierdzić. Na pewno wyrośnięte nieco dziczki. Wygląda na to, że są same. Oddalają się coraz bardziej. Po chwili łan nieruchomieje, i już nie jesteśmy w stanie ich namierzyć. Rzepakowe duchy. Zupełnie zniknęły. Taktyka i dziczy spryt. Szukaj wiatru w polu…

Przyglądamy się… trawie. Siedząc dłuższych kilka chwil zauważyć można jak źdźbła również ‘’sprężynują’’ drgają same z siebie, zmieniają swoje położenie. Nagle, ot tak. Zauważam to zjawisko od dawna. Pewnie jest jakieś wytłumaczenie. Nie odbiera mu to jednak niezwykłości. Dziękujemy i trawce, za to mikro – widowisko. Dziękujemy Ziemi, za kolejne tajemnice. O zmroku docieramy nad łąkę, która ściele się różnobarwnym kobiercem przepychu. Choć kolory już gasną, jeszcze jesteśmy w stanie dostrzec jej mozaikowe bogactwo. Puszą się miękkie dmuchawce i ostatnie mniszki. W zmierzchu wyglądają jak maleńkie lampiony. Kolejny czas przemiany. Łąkę opanowały jaskry. Ich drobne kwiatki ścielą się gęstą siecią, połączone pajęczyną szarzejącej zieleni. Jak w baśni.  Kolorowy raj. Mam ochotę wrócić tu w słońcu, na boso. Na niebie spoczywają gęste, bure chmury, kiedy siadamy na powalonym dębie pod lasem. Pokonana siłami wiatru brzoza obok, wywrócona i przechylona spoczywa na samej ziemi. Mimo to, widać, że nadal żyje. Wypuściła zielone liście. Choć już się nie podniesie… Rudzik i drozd śpiewak popisują się w pieśniach gęstniejącego mroku, a obok zaczyna krążyć wcale niemały nietoperz. Lata prosto, rzadko nawraca. To pewnie Borowiec Wielki. I znów na chwilę odżywają dawne zabobony… Wyjaśniam, że ‘’gacuch’’ nie ma żadnego interesu ani chęci, by wkręcać się komukolwiek we włosy. A jeśli lata obok głowy, to dobrze. Wyłapuje na bieżąco pojawiające się komary, które zapach człowieka przyciąga. I nimi tylko jest zainteresowany. Nastrojowo podzwania świerszcz, zwiastując czar pierwszych wieczorów letnich. Za chwilę nastaną w przyrodzie ‘’Białe Noce’’ – głośne i gwarne, a ubogie w ciemność, trwające ledwie kilka godzin.

Pojedyncze dotąd krople, wezwały mokre towarzystwo. Modelowanie przestrzeni. Pamiętam jak pomyślałem w tamtym momencie: ‘’Dobrze, że dzień minął nam bez zapowiadanego deszczu’’. I wtedy lunęło. Jakby żywioł wstrzymywał się i czekał, kiedy wreszcie będzie mu wolno.

Powrót przez nocny, ulewny las, czarującym zapisze się wspomnieniem. Kojący szum wlewa  w uszy. Majowy opad. Teraz pragnę tylko, by padało jak najwięcej. Potrzeba drzewom i zwierzętom, tej suchej wiosny. Co chwilę przystajemy słuchając błogiego szmeru deszczowej modlitwy. Odkrywamy las na nowo, który innym objawia się pięknem, w każdej zmianie pogody. Wyciągamy ręce w górę z twarzami do nieba, i siebie dając obmyć lejącym strugom. To jest właśnie życie… i czerpanie radości, z pozornych przeciwności. Cieszymy się ulgą roślin. Nie myślimy wyłącznie o sobie.

– Chrrrrrrmmmm!

Rozbrzmiewa ostrzegawczo kilka kroków dalej. W ciemnościach odezwał się dzik. Tuż obok. Nasłuchujemy odgłosów zwierza. I on na pewno nas usłyszał, a teraz kręci się, nie wiedząc do końca co zrobić. Wędrowcy chyba lekko przestraszeni, ja szczęśliwy. Bo takie chwile nie trafiają się często. Kilka minut w napięciu i wzajemnym słuchaniu. Zwierz przedziera się z łoskotem. Prawdziwe Szepty Kniei, dzieją się właśnie i stają naszym udziałem, Niedługo potem spotykamy następnego. I on chrumka do siebie, wymijając nas gdzieś lasem w ciemnicy. Ale widać przecież. Gdyby wyszedł na drogę, dostrzeglibyśmy sylwetkę. Emocje sięgają radosnego apogeum. A ja dziękuję dziczemu plemieniu za dar wspólnej chwili, życząc im bezpiecznego szlaku z obfitością łakomego żeru.

60179930_665360293889038_4679694416082894848_n

60333024_2107712859346287_6814169514381410304_n

59951411_590114151480835_7200862179002679296_n

Święto Wody

Tej nocy, długo żadne z nas nie może zasnąć. Za dużo wrażeń, w połączeniu z przyjęciem energii leśnych. Ogromna dawka. Wiem, że będą ‘’mielić się’’ z tydzień. Pada z przerwami całą noc, od świtu przechodząc w regularną ulewę. I deszczem wita nas dzień. Ani trochę tym zmartwieni, ruszamy. I taką pogodę można wykorzystać. Śliski, wilgotny świat, obmyty z pyłów i kurzu uśmiecha się do nas bukietami błyszczących liści. Niektóre kwiaty pozamykały się w niemym ‘’buncie’’, jakby chciały chronić swe delikatne wnętrza. Przypominają mi się chwile, takich letnich słot, z dawnych czasów kiedy klimat jeszcze nie wariował. Umiarkowane ulewy potrafiły trwać blisko tydzień, nawadniając ziemię dla potrzeb przyrody. Dziś będziemy czatować. Zasiadka. Moje ulubione. Wdrapujemy się na zapomnianą ambonę, usytuowaną tuż nad bagnem. Czeka nas wielogodzinne czuwanie. Będziemy niewidzialnymi dla przechodnych po łąkach zwierząt. Ptaki śpiewają na potęgę, jakby pierzasta brać cieszyła się z tej ulewy. Co i raz przelatują szpaki, niosąc w dziobach wijące się larwy i dżdżownice. Nie siedzimy długo, gdy z lasu za plecami wybiega królik. Otrząsa się pociesznie z kropel, choć widać, że przemoczył już futro. Zajada zieleń. Smakuje wszystkiego, kicając tu i tam. Przemyka tuż pod czatownią, oglądamy więc na żywo i w pełnej krasie. Na nas nie zwraca uwagi. Deszczowy szum tworzy dźwiękowe tło, które kamufluje dla jego słuchu wszelkie nasze odgłosy. Podziwiamy go więc nie przeszkadzając. Refleksja. Zawsze myślałem, że ‘’jestem sam’’. To znaczy, że tylko mnie takie rzeczy ‘’kręcą’’. Są tymczasem ludzie i potrafią przyjechać z bardzo daleka, aby takie chwile w radości dzielić i przeżywać. Pojawienie się szaraka wywołuje szczęście, podekscytowanie i wdzięczność u naszej trójki. A przecież on tylko, przyszedł jeść. Ciężko wyjaśnić fenomen leśnych ludzi. Dusze, które kochają przyrodę. Kiedy tylko odłożymy na bok ustękiwania umysłu, może ta Miłość przejawić się w pełni. Pieśń słowika w deszczu, nastraja marzeniem, i świeżością. Koncertuje też pokrzewka gajówka, kos, szpaki, kapturka, trzcinniczek i świerszczak. Bagno żyje. Raz po raz ‘’przykrywają’’ je odgłosy zawołań żurawi. Ruch jak na autostradzie. Wzlatują i lądują kaczki. Ogromny Żuraw wystartował z ostoi szuwarów. Przemyka nisko w pełnej okazałości, tuż przed naszymi zachwyconymi oczami. Ptak rusza na żer. W oddali pojawia się sarna – ta wychodzi spod wielkiej wierzby, i wcale nie kwapi się wystawiać na wilgoć rudego futra. Kręci się na samym skraju, znikając co chwilę z pola widzenia. Gdyby nie ruch, nie sposób łatwo ją dostrzec, nawet na tle zieleni. Z tyłu w lesie, przemyka niewidoczny dzik, zostawiając nam echo chrząkającego pogłosu. W dzień deszczowy, bardziej śmiałe i ufne są u siebie zwierzęta. Wiedzą, że człowiek podczas słoty, niczego tutaj nie szuka. I tak mijają ponad trzy godziny. Słuchamy uspokajającego szmeru wody, spływającej po milionach liści. Deszczowa muzyka, okraszona akompaniamentem ptasim. Ziąb dotyka dreszczem, kiedy wiatr sypie na nas w porywie fontannę rozproszonych kropel. Wędrowcy chcą już wracać. Nie oponuję. Wytrzymali długo, jak na pierwszy raz w takiej pogodzie. I bez specjalnego ubioru. Ptaki uciszyły i ukoiły, pogrążone czasem w rozmyślaniach chaosu wnętrza. Czujemy się nasyceni. Dwa Dni Wędrowne. Jeden dla Drzew w poszukiwaniu wieści, drugi ze zwierzętami, dla odkrywania przyrodniczych ciekawostek. Gwarzymy wtedy o ptakach i zwierzu, a ja opowiadam co wiem o ich zwyczajach, życiu codziennym, trudach, pożywieniu, radościach, potrzebach i troskach. Konrad podąża boso, oddając się chłodnej pieszczocie wilgoci traw. Poczuć pełnię… bo my w kurtkach i kaloszach, a zwierzęta nie mają taryfy ulgowej. Zastanawia – ich codzienny byt i przystosowanie. Próbujemy przecież tylko namiastki. Celebrujemy w ciszy Święto Wody, wracając z wolna ku sprawom zawiłym, a ludzkim… Jednak każde z nas odtąd wie, gdzie, kiedy, i jak szukać ukojenia, odskoczni, i prostoty. Żywioły Natury czekają wraz z całym bogactwem każdego dnia na swoich odkrywców. A gdy już po wszystkim, nadchodzi czas wzajemnych podziękowań. Słyszę od moich gości, że jeszcze nie przeżyli czegoś takiego, mimo przebywania częstego w przyrodzie. To chyba najmilsze mi słowa, jakie paść mogą na pożegnanie. Odtąd każda najmniejsza wędrówka będzie dla nich wyjątkowym przeżyciem. A ja cieszę się, że mogli na te kilkanaście godzin przekonać się jak to jest, i poznać jak  w praktyce powstają Szepty Kniei.  Jeszcze się spotkamy…
59788046_388476352008850_7936120211680264192_n

Gościom moim, Marii i Konradowi, jako świadectwo wspaniałych chwil i w podziękowaniu za świadome towarzystwo podczas Dni Wędrownych. W hołdzie Waszym Procesom.

Chmurom, deszczom, i ulewie – za możliwość odkrywania bogactwa tego świata w mokrej tym razem odsłonie, oraz pełnię leśnego odczuwania. W radości kochana Przyrodo, że mogliśmy tyle Twoich sekretów dojrzeć, w doświadczeniu bliskości wodnego żywiołu i codziennego żywota mieszkańców kniei, bagien i pól.

__________________________________________________________

* Wędrówka miała miejsce w ramach naszych warsztatów:

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Wydarzenie na Facebooku – Kliknij i dołącz do wędrownej społeczności

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie spokojny Dzień Wędrowny w doświadczeniu intymnego spotkania z Naturą, pisz, pytaj. Kontakt w sprawie zgłoszeń:
czeremcha27@wp.pl

Na blogu możesz też poczytać inne wspomnienia z niektórych minionych warsztatów:

Dendroterapia – Przytulanie Drzew

Możliwe są też wyprawy i czuwania nocne. Szczegóły w Wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

_________________________________________________________

P90511-151644

P90511-145539

P90511-172157

 

Księżycowe Kwiaty. Pełnia czujnych jeleni.

Dawno nie było tak pięknej pogody. Za dnia ciepło i niebiesko, a nocą… delikatny chłód, jasny księżyc i kryształowa widoczność. Szczęście nocnego wędrowca. Wyprawy stały się coraz dłuższe. Powinienem wiele pisać, a tymczasem nie mogę wysiedzieć w domu. Ruszam zwykle około godziny 16-17, a wracam po 3 nad ranem. I tak przez kilka dni. Być w przyrodzie tyle czasu…to dostrzegać więcej. Aksamitne kwiaty żółtej złoci i mniszka kulą się z zimna i ciemności przy nadejściu wieczoru. Zamykają. Trwa integracja z ‘’nowymi’’ sarnami na łące. I królikami. Trzeba odpowiednio czasu poświęcić, aby się do Ciebie przekonały. Choć i tak nie podejdą blisko. Wtedy pojawia się, może jeszcze nie bliskość, a coś co określiłbym mianem olewczej komitywy. Choć nie jestem tak czujny jak żuraw, i nie wrzeszczę jak sójka, mam wrażenie, że one czują się ze mną bezpieczniej. Na zasadzie, jest ‘’nasz’’ człowiek, więc inny dziś tu nie się nie czai. Wiedzą chyba, że niczego od nich nie chcę, poza tym, aby były i zachowywały się swobodnie. Ja wdzięczny i szczęśliwy, one łagodnie obojętne. Zauważyłem, że zwiększa się wtedy ich ‘’próg tolerancji’’ na obcy hałas, wywołany np. szelestem ubrania. Długo potrafią nie reagować, gdy znają jego źródło. Ot, siedzi sobie jakiś tam krasnal, wierci, ale grzeczny jest, to mu pozwolimy być z nami. Siedzimy tedy godzinami w słońcu. Ważne, aby być tu przed nimi. Wtedy, gdy wyglądają z zarośli przed wyjściem na widok, mogą się z Twoją obecnością oswoić. Dziś jednak, kiedy pojawia się pierwszy kozioł, cicho zmykam – saren mi na ostatnie dni dość. A nie chcę ich niepokoić, kiedy wylezie więcej. Czerwonym wieczorem przenoszę się do nadrzecznego łęgu, który tak obiecująco wygląda od środka. Błota, powalone drzewa, rozlewiska i tropy. Może być ciekawie.

17862548_1270716659642894_6484943921228570736_n

Bo tu natura szepcze o tym co ma w zanadrzu najpiękniejszego – nieokiełznanej dzikości. Dawne ślady wycinek ludzkich zarosły. Chram się uczynił, tylko dla zwierząt łatwy w dostępie..Takiej gimnastyki podczas krótkiego marszu jeszcze nie miałem – pochyły, skoki na kępach, zapadanie w mule, ukłony, kucanie, czołganie, wspinaczka górą przez kłody. Chcesz widoku i piękna – spoć się najpierw. Wreszcie docieram do drzewnego cmentarzyska topól i olch. Leżą już długo powalone. Idealne miejsce do obserwacji. Żaden zwierz nie będzie tu wchodził, ścieżki dotąd nie prowadzą. Widać za to doskonale. Ptasie pieśni malują ciszę muzyką. Drobni soliści. Rudzik, strzyżyk, pierwiosnek, szpaki. Nagle, myrg! Mały cień czmychnął. Przywidziało mi się? Minuty mojego bezruchu. I ukazuje się. Brązowa nornica, biega po kłodach. Śmiga jak duch. Cieszę się! Mimo, że zwierzątko małe i pospolite, nie widuję ich tak często. Do zagajnika ściągają z łąk pierwsze sarny, będą chyba się kąpać. Nieopodal lądują kaczki na nocleg. A ja czuję… że ta przestrzeń jakoś mnie stąd wyprasza. Jakby nie chciała zdradzać mi wszystkich swoich sekretów. Ból głowy… Czasem właśnie tak jest. Mają drzewa swoje powody i sprawy. Miejsce jest dla nich święte. Prawie nie odwiedzane. I tak ma pozostać. Choć spomiędzy olch spogląda już na mnie malowniczy księżyc, podejmuję powrót. To najlepszy moment. Po ciemku będzie to niemożliwe. Żegnajcie… może kiedyś będę godzien. A jeśli nie, przyjmuję.

O fizjologii wędrówek nie powinno się pisać, ale jak tu nie napisać, kiedy harcujący po łące królik zatrzymuje się i bada miejsce Twojego siusiu. A uważa się, że ten zapach szczególnie odstrasza zwierzęta. Ja mam obserwacje prawie odwrotne. Tak samo było z dzikiem i sarnami. A szarak… kica po moim śladzie w moim kierunku. Pewny siebie. Ja nieruchomo i bez oddechu. On skrobie po jakimś drewnie które się napatoczyło. Ding, hop, skik… metr przede mną wymija mnie małym łukiem, jakby był niczym więcej, niż słupem drogowym. W księżycowym srebrze widać go dobrze. Że też im nie jest zimno w tej mokrej trawie brodzić.

Ols, ten sam w którym spotkałem starego odyńca, przy księżycu cudowny jest jak baśń. Dopiero dostrzegam pełnię jego czaru. Białawe prześwity, ciche pluski nie wiadomo czego i cienie ogromnych wykrotów. Pobudzają wyobraznię. Ale nie boję się. Mam poczucie, że choćby ukazały mi się na raz wszystkie duchy tego lasu, uśmiechnąłbym się tylko. Nie potrafię zrobić kroku… przeglądam się w księżycowej wodzie. W niej zapisała się pamięć świata.

– Hej Olszyny, w bród zalane, opowiedzcie, co mi dane… 
– Cichy wędrowcze nasz witaj, o co chcesz, poproś, pytaj…

I niby wracam, a dzieje się. Na dróżce pod lasem czekała na mnie rodzinka dzików. Locha z małymi. Znów nie usłyszały rowera, a ja zdążyłem zatrzymać się w porę. I obserwuję… ‘’postęp drogowych prac leśnych’’ w wykonaniu dziczej mamy. Tak troskliwie… pomaga maluchom w samodzielnej buchcie. Tego się uczą. Błogosławię w duchu tym mądrym, pożytecznym stworzeniom. Dziękuję za to, co dla nas robią. Tak niedoceniane… tak prześladowane… A przecież bogactwo tej krótkiej chwili. To szczęście. Zostanie już ze mną na zawsze. Nigdy się nie znudzą. Chrumkające, dobrotliwe gapcie. Po chwili cała rodzinka biegnie już stronę trzcinowisk, gdzie lądują w pluskach. Przed nimi długa noc psot. Kilkanaście kroków i ukosem na polu wyłania się nowa niespodzianka. Sylwetki. Zbliżam się powoli. Pewnie to sarny. I mimo, że nie da się tu podążać najciszej, one nie reagują. Bliżej poznaję – to grupa jeleni! Zawsze ta ich wielkość… wieje majestatem. Pochylają się skubiąc roślinność na ugorze. Myślę, że działa tu trochę taki mechanizm. W swoim nocnym świecie, tak bardzo nie spodziewają się nikogo, że nie reagują na wiele bodzców. Widok – raj. Podłużne nieco łby, i dostojeństwo ruchów. Sarna porusza się śmiesznie ‘’pająkowato’’. One zachowują godność. Stoję tak długo, aż nie schodzą same do lasu. Finalnie mój powrót opóźnił się o dwie godziny. Warto było…

Drugą noc poświęcam drzewom. Pełnia Księżyca to takie ich święto, podczas którego bardzo są aktywne i emanują pełnią głębi swej uzdrawiającej energii. Las zachowuje się jak żywy. Nagłe szumy, jęki, westchnienia i trzaski w koronach. – I pełnia Wiosny przyjacielu nadeszła? Dziś z Krzesimirem chyba po raz pierwszy mówimy jednym głosem. Dziękujemy oboje Stwórcy. Za swoją znajomość i wszystko co dzięki niej się przejawiło. Przytulamy się. Nie potrafię aż wyrazić… Dokąd mnie Dąb zaprowadził? Pyta o wiele rzeczy. Lubię tak przychodzić w środku nocy. Mamy wtedy taką swobodę. Mogę mówić mu na głos i w pełni wszystko spontanicznie wyrażać. Razem zaczynamy nucić ich mruczącą Pieśń sił Ziemi. A potem, kiedy staruszek zaczyna szumieć koroną zaczynają się bose tańce intencji na pobliskim polu. Wyraża się Duch Swobody… Brzozy zaczynają kaskadą się z nas śmiać, a ja cieszę się, że mogę uczestniczyć w ich Księżycowym, wiosennym Święcie.

– Już majaczy coś dąb stary, a czeremcha czyni czary…

Goni za mną echo brzozowych dowcipów.

Enchanting fairy forest opening at night and full moon, 3d render illustration

🌙 Trzecia noc Wędrowna

Bagna zaczynają powoli wołać odgłosami maja. Już krzyczą wodniki. Przyleciały też pierwsze rokitniczki, i te paplają bełkotem swego naśladowniczego chaosu.

– Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

Świerszczak – kolejny ptaszek – duch, terkocze swą wieczną, monotonną kołysankę.
W ciemnościach, czają się różne niepokoje. A to bóbr skrobie, jenot szeleści, wydra grasuje, albo zachroboczą dziki zbudzone w ostoi. Czasem przedziera się jeleń. W nozdrza wnika ciężki aromat dojrzałej wody. Chłód, ziąb, mgły, dotykają raz po raz, sprawdzając Twoją wytrwałość. Być tu – to niekiedy zmierzyć się z wszystkim, czego dotąd się bałeś. Czujny żuraw stróżuje nawet nocą. Gdy coś zbyt blisko poruszy się niewidoczne, następuje alarm. Czasem włączają się do tego lamentu kaczki i gęsi. Noc wśród rozlewisk, takim właśnie zapowiada się urokiem. Przerywana krzykami, tajemniczymi dzwiękami, toczy swój żywot, skryta od ciekawości ludzkiej. W bogactwie odgłosów, każda noc notuje w przestrzeni jedyną taką opowieść. Tu przysiądziesz o zmierzchu, a zaraz świt różowy nadchodzi. Niepamięć istnienia.
Było już po zachodzie słońca. Ptactwo sfrunęło się pożegnać. Księżycowe śpiewy drozdów, trwały w nadchodzącej ciemnicy… Wcześniej lis myszkował, a obok sarnie cienie pasą. Kuna szelesci i przeszukuje zmurszale wierzby. A bagienna magia dopiero nabiera blasku. Srebrzy się poświata. Tańczą mroki, a z nimi pojedyncze nietoperze.
Jest dużo cieplej. Widoczność kryształowa. Na odległym polu widać chwiejne, wielkie sylwetki jeleni. Zaufały ciemności. Żurawie z szumem potęgi przelatują nisko. Czasem krzyknie sowa pójdźka. Siedziałem wtedy w czatowni. Czerwony księżyc w pełni wznosił się łagodnie nad bagnem, kiedy usłyszałem delikatny szelest. Stąpnięcie. Raz, drugi. ‘’Pewnie sarny znów idą – wyjdą tędy jak wczoraj ‘’ – pomyślałem. Kiedy jednak do skrętu szyi obróciłem głowę, oczom moim ukazał się… mały płowy książę. Młody jeleń – szpicak, bo i widzę dwa podłużne widełki wystające mu z głowy. Zamieram zastygły w napięciu, bo przecież jeleń do nie przelewki, po trzykroć bardziej czujny niż sarna. Futro ma wyleniałe, zmierzwione, dopiero pewnie nakłada letnie. Naprężenie znika wnet, kiedy obserwuję, jak płowiec po prostu zaczyna żreć kwiatuszki, którymi tak się zachwycam. Widzę, jak zagarnia wargami. To cud, że mnie nie wyczuł… Jednak, często mi się tak zdarza. Brązowa sylwetka momentami rozlewa się z pniami. Zajada. W którymś momencie jego czarne oczko patrzy wprost na mnie – i albo jego mózg nie rejestruje mojego kształtu, albo ‘’jelonek’’ wie, i olewa. Ja widzę go po raz pierwszy. Ale może i on widział mnie już nie raz, podczas bosych marszów, czuwań i włóczenia się w jego świecie?

I kiedy myślałem, że cicho odszedł, wychynął jeszcze o widoku na łąkę. Tu gamoń zaregował strachem na podążającą z drugiej strony sarnę. Przeszedł ją całą, aż bezgłośnie wniknął w szuwary. I znowu nauczyłem się czegoś nowego – miałem okazję obserwować odmienny sposób poruszania się obu zwierząt, tak podobnych, a jakże inny. W sercu i duszy krzyczało jedno:

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ…

Późnym wieczorem na pobliskie pole wjechał ciągnik. Moja irytacja narasta… Ze wszystkiego, najbardziej lubię ciszę i spokój, zwłaszcza w leśnych światach. Obserwuję dwa jelenie i sarny skubiące na łące. O dziwo – mają to gdzieś. Pasą się w najlepsze. Rolnik jezdzi i świeci. Wiem po co – trzeba w ten sposób pilnować zasiewu kukurydzy. Przed dzikami. Też logika – uprawiaj kukurydzę bez żadnej osłony, 200 metrów od trzcin i barłogów. I pewnie miej pretensje do dzików przy okazji. W tym roku pospieszyli się z tym. Ten spokój i wyrozumiałość zwierząt, przechodzi i na mnie. Skoro im nie przeszkadza, to ja mam się denerwować?

Długo pohukiwał wytrwały Puszczyk, głosząc tęsknotę i gotowość za partnerką. Z głębi lasu zachrypił kozioł – ten z kolei dawał wyraz swoim niepokojom. Do świtu jeszcze daleko..

10330510_662173047163928_6760164185671994744_n

Bohaterowie gawędy:  Świerszczak

Rokitniczka:


Pierwiośnie pod Księżycowym Lasem

Wieczór sączy się czerwonym nurtem leniwie. Przecieka nad polem niosąc zapowiedz chłodu. Przede mną rozciąga się widok na przekopaną dziczymi ryjami łąkę, która z tej perspektywy wydaje się być jednym wielkim buchtowiskiem. Krecie kopce sterczą jak małe wulkany w chaosie tego spustoszenia, a ja wiem, że ta trawa nie z takich zgliszcz odrośnie. Jak się zazieleni, nie będzie śladu. Ależ się tu dzieje! Siedzę pod samym lasem, opierając swoje plecy, o pień krzepkiego dębu. On niezbyt…lubi ludzi. Odczułem to już w zeszłym roku. Powodu nietrudno się domyślić, jeśli spojrzeć na okrągłe, jeszcze nie zalane twardzielą blizny, po ścince dolnych grubych konarów. Przykro go ktoś urządził. Bezmyślnie. Dziś on kłuje mnie na powitanie, ale ja negocjuję. Tłumaczę, że nie wszyscy my tacy. Obdarzam współczuciem i najlepszymi życzeniami. Uspokaja się nieco, co jakiś czas dudniąc gniewnie korzeniami od spodu, w utyskiwaniu na swą dolę. Czuje się to przez stopy. Ale mogę już tu siedzieć. Zrobiło się neutralnie, łagodniej. Dopóki jest jasno, staram się po prostu olbrzymowi opowiadać nieco, z dziejącej się tu baśni… Spójrz Mocarzu! Poczuj, co tu się wydarza.

fd64807da33b66abc75fabb0b6f34c04

Na łące podskakuje kruk. Jakby się bawił, dokazywał. Wylądował, mimo że musiał mnie widzieć. A to ostrożne ptaki. Słyszę, że jest ich tu więcej. Odzywają się od jakiegoś czasu. Wsłuchując się, odkrywam. To nie jest takie sobie bezmyślne krakanie. Tu ton wyższy, zaraz inny, ostrzejszy, a czasem aż śpiewne miauknięcie. Bynajmniej nie myszołowa. Ptaki rozmawiają ze sobą! Dusza słyszy. Ciekawe o czym? Podobno kruki potrafią rozpoznać się po głosie nawet po kilkunastu latach rozłąki. Albo po sposobie lotu, z daleka, w powietrzu. Nawet w tym swoim charczącym języku nadają sobie imiona, po których rozpoznają się wołając. To czas kruczych toków. I kiedy łąkowy gość wzbija się do lotu, nadciąga szum zwiastujący kolejnych. Trzech. Przelatują nisko, zataczając nade mną krąg. Ciekawskie ptaszyska. Słońce zaszło już za horyzont, zostawiając świat z poświatą dawnego blasku. W oddali wierzchem pola maszerują sarny. Ich czarne sylwetki odcinają się wyraznie. Za chwilę księżycowy mrok podejmie się spisywania nowych zwierzęcych opowieści… A tu ptasie życie dzieje się w najlepsze. Odzywaja się żurawie. Ale najbardziej zaskakują melodyjne piski czajek. Wcześnie przyleciały. Jak radzą sobie z mrozem?

W majestacie ostatniej czerwieni zachodu, nadciągają rozległe klucze gęsi zbożowych. Najpierw ‘’straż’’ – kilka osobników leci i krzyczy, za nim pozostałe, rozciągnięte formacje. Lecą równie nisko, wiosłując powietrze nieustannymi ruchami poczciwych skrzydeł. I tak żeglują. Wiosenni krzykacze. Zawsze się zastanawiam, jak one potrafią nie pogubić się po ciemku, bo często nocą też latają. Widoczne głos wystarcza. Na pobliskim stawie, kaczki alarmują jak wściekłe. Cały wieczór nie mogą się uspokoić. Co tam się dzieje? Normalnie takie niespokojne nawoływania, świadczą albo o przeszkadzającym dziku, albo penetrującym szuwary, lisie. Być może… Świat powoli okrywa się srebrem, gdy nadciąga księżycowy pielgrzym z zaklęciem poświaty. A one nadal latają. Poświsty skrzydeł. Ruch. Prują powietrze jak strzały. Tamte ze stawu nawołują. Normalnie kakofonia…Kaczkofonia. I wtedy jeden odgłos, powoduje, że robię się nad wyraz zaskoczony i czujny. Niesie się wirujący i nieco fletowy. Powtarza się. Słucham zdumiony. Bo to nie jest ‘’byle jaka’’ kaczka. To Świstun. Taka trochę kacza legenda, którą widziało niewielu, bo jego liczebność ocenia się na kilkanaście gniazdujących par, na cały kraj… Ale nie mogę się mylić. Nie ma też o tej porze roku ptaka, który mógłby naśladować ten głos. Co innego latem. Ale nie 17 lutego. Stawek też nie wyróżnia się niczym szczególnym. Cóż za szczęście! Mimo, że nie widziałem, to mogę dopisać prawdziwy ptasi unikat do zasłyszanej listy. Tylko…jak to logicznie wytłumaczyć? Jak się tu znalazł? Bardzo nikła szansa. A jednak! W domu sprawdzam jeszcze z nagraniem, co usłyszałem. To na pewno był Świstun.

P90217-163218

Dąb wreszcie zasnął. Ziemna wibracja zanikła. Może znużyło go moje ciche paplanie. Mam nadzieję, że jakoś mu pomogłem. Z drzewami, jak z człowiekiem. Bywa, że rozmowa i obecność działa cuda. Też potrafią się zagubić. Zimno wręcz gryzie, i tak powoli łapię się, że wybrałem najgorsze miejsce z możliwych, jeśli chodzi o komfort termiczny. Zaniżenie terenu ściąga chyba chłód z całej okolicy i kumuluje do potęgi. Robi się sennie, białawo…Co tutaj wyprawiają mgły… Najpierw nieśmiały język wynurza się z lasu, ale w ciągu kilkunastu sekund gęstnieje na całości tak, że przesłania mi cały widok. Po kilku chwilach rozpraszają się, jakby trącone niewidocznym dotykiem. Wraca normalna widoczność. Zjawisko powtarza się jak żywe, niemal pulsem. Ziemia oddycha. Księżyc czaruje. Wyciąga zimno, wodę i chłód, zesłaną podczas zimowych miesięcy… Co za taniec. Odwracam się i spoglądam na las za plecami. Sosnowe pnie sterczą wpoły zanurzone w mglistym jedwabiu, oplątane jak prześcieradłem. Druga połowa wznosi się majestatycznie na tle kryształowego nieba, już wolna od zasłony, za to udekorowana lampionami pojedynczych gwiazd. Za nimi, jak patron i kreator tego całego cudu, zagląda śmiały księżyc. Widać go bardzo dobrze. Boże, jak tu pięknie… Dziękuję… Chwilę zastanawiam się, co na taki widok rzekliby moi Księżycowi Wędrowcy, a kto odważyłby się wstąpić kawałek w tak zaczarowaną przestrzeń lasu… Czasem wydaje się, że tam w oddali ktoś stoi i na Ciebie czeka. Gest czyni zaproszenia, chwiejną ręką. Zjawa czasów minionych, lub ułuda, psota mglistej magii. Rozwiewa się niespodzianie, jakby jej nigdy nie było.

landscape-1550698068862-5262

Kaczki nadal niespokojne, choć nieco ciszej. Kawałek dalej z lasu wybiega sarna, skacze przez mgły. Chyba chciała jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem macek wilgoci. Rzeczywiście, na polu zwalnia i przystaje. A mnie rozprasza narastający szmer nieznanego, skradającego się po listowiu. Słyszę, że czmera skrajem lasu. A jeśli tak, trafi na mnie. Na razie nic nie widać. Jeszcze. Chwila spokojnego napięcia. Coś małego. Jest! Szare. Ale o tej porze wszystko jest szare lub bure. Poczyna sobie niemrawo, kręcąc się bez przekonania po krecich kopcach i jakby niepewnym będąc kierunku. Ucieszony, rozpoznaję nocnego gościa. To jenot. Taki trochę puchaty ziemny piesek, bardzo sprytny i ciekawski. Lezie i kołysze się nieco na boki. Mało znany zwierz. Bardzo lubię jenoty, mimo, że są gatunkiem inwazyjnym, potencjalnie szkodliwym. Wnoszą taki powiew tajemnicy, nie będąc tak widoczne ani łatwe do spotkania jak lisy. Zbliżając się do mego stanowiska, zwierzak musiał coś choćby intuicyjnie wyczuć, bo omija mnie nieznacznym łukiem. Nadciągnął od strony stawu…

I wszystko stało się jasne. To pełnia tajemniczych jenotów… Jego tak bały się kaczki.

Termos gorącej herbaty ratuje sytuację podczas następnych godzin oczekiwania. Jękliwie zawodziła Pójdzka, polny strach pól, ostatni widok przed śmiercią mysią. A czarny zwierz nie nadchodził.

noch-les-ozero-kamyshi-derevya

Pełnia mglistej baśni. Księżyc jedności.

Wieczór sączy się rdzawym płomieniem leniwie. Przecieka przez palce pomarańczową łuną, delikatnie podążając ku swemu przeznaczeniu. Chyba mu się nie spieszy. Na tle zorzy zachodu przycupnęły przydrożne drzewa. Stróżują przy szosie, niczym wspomnienie czasów ulotnych. Na szare połacie łąk, powoli zakrada się zmierzch. Siedzę tu od godziny, delektując się widokiem saren, snujących się niefrasobliwie po swoim trawiastym królestwie. I mimo, że nie było mnie tutaj ponad dwa tygodnie, i tym razem nie uciekły, przyglądając się ciekawie. W snach najśmielszych nie marzyłem, że aż tak się zaprzyjaźnimy. Układ jest taki – ja przychodzę popatrzeć, a one mają mnie gdzieś. To ich łąka. Chcesz to siedz. Nie jesz trawy, to chociaż zachowuj się cicho, a wtedy damy Ci podejrzeć nasze sekrety. Może właśnie tak myślą.

fantastik-masaustu-duvar-resimleri-10

W głębi lasu alarmują jeszcze kosy. Ptaki te dobrze widzą w mroku, i zazwyczaj przed spoczynkiem dają znać szczebiotem o tym, co jeszcze je niepokoi. Wieczór tli się ostatnią iskrą czerwieni. Widoczność spada. Będzie zimno… Zewsząd otaczają mnie nieziemskie piski czajek. Czubate ptaszki wielkości niemal kurczaka przelatują jeszcze krążąc nad polami. Odzywają się cały czas, i coś przeczuwam, że nie prędko ścichną. A wiem, że potrafią tak całą noc. Czy i tym razem? Powody mogą być różne. A to dzik krzątający się nieopodal, czy lis przeczesujący zagony. A może po prostu są tak pobudzone na swój sejmik. Wkrótce odlecą, wraz z migotem swych kosmicznych odgłosów.

– Ciiii ciiii ciii ciii ciiiiiii ciii …..

Przemyka obok mnie z poświstem zew z nad moczarów. Stadko kaczek krzyżówek. Ich lotki – pióra, wydają podczas lotu taki właśnie świszczący pogłos. Ilekroć go słyszę, dusza nasiąka mi jakimś takim romantyzmem…W przyrodzie tego roku ogromne przyspieszenie dostrzec można. Od dawna kwitną wrzosy, a rowy zalegają aromatem gnijących stert owoców z przydrożnych drzew. Może już dziś odezwą się jelenie?

Miejsce wydaje się być idealne. Otacza mnie łąkowy świat, z lasem i bagienkiem za plecami. Przede mną poletko kukurydzy, jak magnes przyciągające do swej stołówki wszelkie stworzenie. Już dojrzała i zaczęto ją kosić. A pamiętam lata, kiedy łany stały nawet do końca października… Wokół mojej czatowni zaczynają wirować malutkie nietoperze. To znak, że pojawiły się komary. Z nietoperzami jest tak, najpierw nieokreślone, wysokie, ‘’ćwierknięcia’’ , które można wziąć za mysz. Bywa, ostry, wysoki trel. Poza granicą słyszalności wszelkiej, mimo to słyszysz. Kłuje w bębenki. A potem pojawiają się znienacka cienie, z pogłosem trzepotu. Nocni drapieżni, którzy ukochali mrok. Lubię kiedy są blisko. Mam spokój od komarzych pieśni ludu. A one jakby wiedziały, że obok wędrowca znajdą ich dostatek, i często mi towarzyszą. Szare zjawy, niesforne motyle nocy. Już jest ciemno. Została niecała godzina do wschodu księżyca. Czajki nie ustępują, malując ciszę mitycznymi zawołaniami ptasiego niepokoju.

Sążnisty chrobot, z mrukliwym bulgotem zwiastuje mi buszowanie dzika. Nie widzę go, ale wiem, że jest gdzieś niedaleko. Za czatownią znajduje się polanka, otoczona olchami i rowkiem. Stamtąd bardzo często dobiegają szmery, jakby zwierzęta robiły sobie rozgrzewkę, oswajając się przed wyjściem na pełną przestrzeń.

1005656_533498833364684_1232215856_n

Magiczne srebro rozlewa się mlecznym językiem, wypełniając wszelkie zakątki śpiącej łąki. Księżycowy pielgrzym, ogłasza czar swego panowania. Z pomiędzy olchowych gałęzi, migają do mnie kryształowe błyski odwiecznych promieni nocy. Zdaje się, chcą wniknąć wszędzie, otulając i wypełniając świat dotykiem mglistej baśni… Wtedy ją zauważam. Zwierz nadszedł nie wiadomo kiedy, i jak cicho. Sarna? Od razu odrzucam tą myśl. Inna sylwetka. Większa. To będzie łania – samica jelenia. Płowa księżniczka stoi na skraju drzewnego cienia, wyległszy zeń do połowy. Wiem co robi. Węszy. Bada, czy jest bezpiecznie. Z kukurydziska dobiega łoskot łamanych łodyg. Dla mnie znak, że jest tam już inny jeleń, albo dzik. Ona też się tym nie niepokoi. Żwawo rusza przed siebie, zachwycając mą duszę pięknem nocnego świata. Właśnie dla takich momentów tu jestem…

Łańka dociera do rowu, i tam chwilę ‘’zastanawia się’’. Pewnie, w jaki miejscu go przekroczyć, tak aby najmniej zmoczyć futro. Szuka wygodnego przejścia i zmierza wprost do mojej czatowni. Rozważnie, dostojnie, krok po kroku, pląs po pląsie…Teraz jest tuż pode mną. Mimo, że wsunęła się w cień, nadal rozróżniam trójkątny pysk i łyżkowate uszy. Jestem spokojny, oddech ani tętno nie przyspieszają. Stwórcy dziękuję za dar tego widoku. Jak to możliwe, że mnie nie wyczuła? Mają nieziemski węch. A ona nic. Z szelestem daje susa przez rów i znika po drugiej stronie łąki. Cały czas ją widzę. Po chwili dobiegają mnie ‘’szuraste’’ odgłosy zrywania trawy, zębami jak cążki. Zaskoczenie. Byłem pewien, że pójdzie na kukurydzę. Wybrała zieleninę. Czajki nie odpuszczają…

Szurrr. Szrrr…Znowu nietoperze. A właściwie jeden. Ale co on mi tu wyprawia? Podlatuje do czatowni i jakby wczepiał się na ułamek sekundy pazurkami. Może zbiera owady, które tam siedzą? A może… Przypuszczenie okazuje się słuszne. To jego dom. Za którymś razem nie słyszę jak odrywa się ponownie, a narastający szmer. Nietoperzysko z łoskotem, sunie przez deskę. Musi mieć lokum w szparze pod daszkiem. Jej, ale dziwnie. Teraz będziemy siedzieć tu razem. On szura i szura. Chyba układa się do snu. I teraz doznaję olśnienia. To dlatego, ostatnim razem kiedy zasnęła mi tutaj sarna, nie reagowała na moje normalne poruszanie się wewnątrz konstrukcji. Zwierzaki są tu widać przyzwyczajone do odgłosów buszującego lokatora. Mam szczęście.

Księżyc góruje, wyłaniając się z nad koron majaczących drzew. Po polanie snują się odległe mgły, sunące w oddechu tajemnicy. Te zdobią świat magią. Przynoszą chłód, w mocy wszechobecnej wilgoci. Teraz zaczyna prawdziwy balet…Ilekroć je obserwuję, mam wrażenie, że ścieram się zmysłami z istotą żywą, świadomą. A ona, niepomna na moje rozważania wypełnia połać nieprzeniknionym woalem sekretu. Jej pląsające ramiona otulają ziemską macierz, pogrążoną w szelestach zwierzęcego żywota. Raz sprawia wrażenie lekkiej, jakby zaraz pod niebiosa zaraz wzbić się miała, innym razem zalega ciężko i głucho okrywając łąkowe pielesze puchową kołdrą snu. To wspina się z mozołem po zamyślonych krzewach głogu i tarniny, za chwilę opadając nisko ze zmęczenia jakby. Wypoczywająca ziemia, na prządzach z urojonych kropel, tka swój sen nieodgadniony.

Z czaru duszy wyrywa mnie narastający pogłos. Odwracam się i zamieram w kolejnym zachwycie – przez łąkę kłusuje ogromny dzik. Odludek, emeryt. Bardzo rzadko zdarza się, by tak cwany zwierz wystąpił na gołą przestrzeń. W pełnię są szczególnie czujne, trzymając się rowów, cienia, i zadrzewień. A ten biegnie przez środek. Widać czuje się tu pewnie. Czarna plama z impetem pruje mglisty kożuch, który co i raz przesłania wielkie cielsko. Zdumione sarny, podnoszą anteny czujnych głów. Dopiero teraz je dostrzegam, na krańcach polany. Okazały się być tajemnicą mgły. Dziczysko zatrzymuje się na chwilę, i zaczyna krążyć pod czatownią. Jakby czegoś szukał. Czy mnie czuje, nie wiem. Ale gdyby tak było, z pewnością okazałby zaniepokojenie. Czujne ciało napina się wtedy, ostrzegawcze fuknięcie i tyle go widzisz. I wiem co tak go przyciąga. Z upodobaniem buchtuje krecie kopce, prychając z cicha. Podziwiam czarnego kniazia, z pewnością zwierzęcego władcę tutejszych zakątków. Dziki nigdy się nie znudzą. Mógłbym obserwować je w nieskończoność. Czatownia opleciona jakimś bluszczem i powojnikiem, skrywa się zupełnie przed zmysłami zwierzęcych gości. Można tu obserwować nie płosząc. Szacunek zwierzętom okażesz przychodząc wcześniej, zanim rozpoczną one swoje żerowania. Dla Ciebie będzie to próba pradawnej cierpliwości, a knieja z pewnością nagrodzi wytrwałość. Jest godzina 23, dzicza godzina. Siedzę tu od ósmej wieczora, i tylko ziąb daje w kość. Nie chciałęm brać kurtki, aby dodatkowo nie szeleścić. Ubieram się warstwami, w miękką odzież i mam wtedy pewność, że dla zwierząt jestem niesłyszalny. Tymczasem dzik na chwilę wstąpił w mgłę, której strzęp pałętał się nieopodal. Po czym wrócił, kręcąc się tu i tam. Przyszedł od strony kukurydzisk, znaczy, już powinien być najedzony. Po chwili z łoskotem znika w gąszczu, podążając w sobie tylko wiadomym kierunku.

10334326_662173070497259_422249208104435613_n

Wreszcie nadeszła północ. Pora mi powoli wracać. Niemal zawsze wracam, kiedy zobaczę dzika. Taka żelazna zasada, bo to po prostu chyba najmilszy dla mnie w przyrodzie widok. Rozglądam się wiele razy, czy na pewno ‘’teren czysty’’. Nie chcę przeszkadzać ani sarnom, ani jeleniom, jeśli gdzieś się tu zapodziały. Niczego nie widać. Ależ ziąb… Podążam przez mokre, trawiaste łany, ciesząc się z lekkich gumowców. Mimo to, na stopach czuję lodowate zimno. Tak bardzo chciałem tańcem podziękować światu za podejrzane cuda, dziś chyba jednak nic z tego. Wnurzając się w woal kłębiastej mgły, sam teraz staje się częścią tajemnicy. Ciało zaczepiają chłodne dreszcze. Nic to… Wyciągam z uśmiechem ręce ku wędrującemu księżycowi i migotającym gwiazd kaskadom. Kłaniam się dalekim drzewom, pozdrawiając je w sercu. Zaczynamy się lekko kołysać. Z duszy wypływa wdzięczność, stopiona w jedności z wszystkim co mnie otacza. Kątem oka dostrzegam jeszcze sarnę, pogrążoną w mglistej toni. Topola za plecami, sennie coś nuci. Zamykam już oczy.

Pozdrowiona bądź Ziemio, ukochana Matko Moja, 
Niech mnie wypełni błoga jedność Twoja,

Z dawnych wspomnień ulepione, z ufnością tu wzrastamy, 
Gdy księżyc szeptem gwarzy, my się kołysamy.

Wietrzyk szemra pieszcząc, gdy blaski już migocą, 
Drzewo nie usypia, liście się ochocą.

Z mocą wiary Stwórcy powierzamy swe istnienie, 
Wdzięczne będąc zawsze, za każde słońca tchnienie.

I Ty wędrowcze cichy, dziękuj razem z nami
Za to coś tu ujrzał, w magii pod gwiazdami.

Zostań mimo zimna, ręce wznieś do nieba, 
Poczuj, że jesteś wszystkim, i niczego nie trzeba.

Zostałem jeszcze długo, z pieśniami, kołysząc się z Topolami. Mają rację, jest za co być wdzięcznym. Początek i koniec. Zmierzając tutaj, przed rower wyskoczył mi zając zaskoczony. Zwolniłem, on nie uciekał, tylko w niespiesznych slalomach kicał przed rowerem jakiś czas, aż przepadł gdzieś na poboczu. Wracając teraz w ciemnościach, pożegnał mnie lis plądrujący przy szosie. Stanął na środku, popatrzył. Nie chciał zejść, oczekując chyba, że ja to zrobię. Kitą wywinął na wiwat i znikł w kukurydzy. Drapieżnik i ofiara. Jedność – DOPEŁNIENIE. Dziwaczne jęki czajek towarzyszyły mi aż do ostatniego pola. Nie ucichły przez całą noc. Czy one kiedykolwiek śpią?  

Sarni sen i łąka obfitości

Zaczyna się ostro i z impetem. Długa to wyprawa, ale i ostatnia podczas tej pełni. Po około 7 kilometrach jazdy, skręcam w polną dróżkę, prowadzącą do zielonego królestwa łąk. Teraz jednak dominuje tu księżycowe srebro. Jest już sporo po północy. Miałem nadzieję, że nad łąkami w pszenicznym polu obok, także będą czekać na mnie do siedzenia wygodne snopki – tym razem jednak powitało mnie łyse ściernisko. Zasuwam drogą w dół aż się kurzy, bo z górki. Po prawej ciągnie się łan kukurydzy, z lewej pszenicowe ściernisko. Na wprost łąki, a za nimi lasy. Wyrastająca znienacka w polu widzenia kąta oka czarna plama, szybko sprowadza mnie na ziemię informując, czego nie wziąłem pod uwagę. Tu mogą być dziki! Daję po hamulcu. Świniak, który pasł się niechlujnie w kępie chwastów tym razem nie czeka ani chwili, tylko milczkiem daje susa przed rowerem i znika w gąszczu kukurydzy. Chwila trzasku łamanych łodyg i cisza. Czyli nie odszedł, a czeka tam. Skubany, nawet nie fuknął! Aż było dziwnie, bez tego ostrzegawczego ‘’Fuuuchhh’’! Ale widocznie wydarzyło się zbyt szybko. Mea culpa! Nie znoszę niepotrzebnie straszyć zwierząt w ich świecie i przeszkadzać im w życiu. Jak się potem okazało, okazja do sążnistej pokuty wydarzyła się jeszcze podczas tej samej wyprawy. Obserwuję swoją reakcję – jestem zupełnie spokojny, i spokojnie podejmuję się czynności dla której tutaj przybyłem – siadam na wprost łąki, gdzieś pośrodku pola. Tyle co spłoszyłem stąd nieopodal dzika. I tak nic nie przebije sytuacji z poprzedniej pełni, kiedy to wjechałem między warchlaki, mało nie powodując kolizji. Umyśliłem sobie skrót przez pole rzepaku, gdzie była wyjechana wygodna koleina od traktorów. Pomykam przed siebie, a tu..! Wszystko pamiętam w spowolnieniu. Na widoku wyłaniają mi się brązowe sylwetki podrośniętych prosiaków. Jest ich pięć, może więcej. Ja w pędzie, leciutko daję po hamulcu i w ostatniej chwili zwalniając przesuwam stojącego nieruchomo świniaczka nogą, sprzed przedniego koła. Ratujący życie dotyk ‘’Boga’’ 😀 Ani drgnął! Sztorm myśli, uderza stres. Są warchlaki, musi być i locha. Nie zatrzymuj się! A na chwilkę tak przykusiło. Oglądam się, a one stoją jak stały. Locha skoczyła ponad łan rzepaku, też chyba chcąc rozeznać co się zdarzyło. Oddalałem się, oglądałem, a one tam stały aż znikły mi z oczu przez odległość. Szok, albo faktycznie zwierzęce umysły nie były w stanie zarejestrować co przez ułamki sekund im się przydarzyło. No bo faktycznie, będąc dzikiem spodziewałbyś się szalonego rowerzysty w środku szczerego pola? Dygresja.

10513256_690174921030407_8109177876577438784_n

Wysiaduję i nasłuchuję odgłosów polno – leśno – łąkowych. Coś szmera i chrzęści, niewidoczne dla mych oczu, woli na razie pozostać tajemnicą. Tutaj mogę spodziewać się dosłownie wszystkiego, w co obfituje okolica ; jelenia, dzika, sarny, lisa, kuny, borsuka, jenota, zajęcy, sów. Trzeba być uważnym i gotowym. Aż tu nienaturalnie cicho. Nie chce się wierzyć, że to końcówka lipca. Jeszcze miesiąc temu w tutejszej ostoi bezgłos mroku urozmaicało terkotanie łozówek, rokitniczek, trzcinniczków, świerszczaka…Teraz cisza ptasia. W srebro przestrzeni na widoku wpija mi się czarna plama. Toczy się. Baryłka. Znowu dzik! Obfity we wcześnie dojrzałe owoce i plony rok, tuczy je do niemożliwości. Ten wygląda jak kluska na nóżkach. Jeszcze takich krótkich 😀 Niezmiennie zawsze śmieszą mnie ich sylwetki widziane w księżycu. Nie siedzę nawet pięciu minut, a przecież zahałasowałem przybywając, i takie widowisko. Czują się tu jak u siebie i nie spodziewają widać żadnego pomyleńca, który w zachwycie i uśmiechu chciałby napawać się ich widokiem. Byle nie skręcił na mnie… Ale nie, idzie ukosem i wnika z chrzęstem w kukurydzę.

Trochę się tu czuję nieswojo dziś, choć to irracjonalne. Ale siedzę na otwartej przestrzeni, a wokół krzątają się dziki. I one mogą się mnie wystraszyć, i ja ich. Szyja moja wiruje lewo prawo, omiatając asekuracyjnie przestrzeń, w poszukiwaniu czarnych plam. Nie, to nie jest wcale komfortowe… Pamiętam, że na krańcu łąki znajduje się stara myśliwska ambona, ale nie byłem pewien czy jest do niej dostęp od tej strony. Zarośnięte trawą – nie widać, czy czasem nie ma tam wody. Ale co szkodzi spróbować? Gdybym tam wszedł, będę i niewidzialny, niewyczuwalny dla zwierząt, i spokojniejszy. I wygodniej będzie. Najwyżej się wrócę.

29597791_572253009834415_7837089898516833326_n
Obraz – Monika Jakubczak

Łąka okazuje się być w połowie skoszona, o oczywiście mokra, jednak tylko lśniącą rosą. Jak to dobrze, że ubrałem kalosze. Trawy zawsze szybko pokrywają się obfitą wilgocią i trwa to do czasu, aż nie przesuszy ich słońce. Ambona okazuje się być bardzo wkomponowana w drzewa i porośnięta jakimś pnączem. Jakby pochłaniał ją las, zabierał z powrotem obce narzędzie zbrodni ludzkiej… Widok stąd idealny, na obie części łąki, którą rozgranicza coś w rodzaju strugi. Bardzo dobrze – kukurydziane dziki będą tutaj przychodzić się taplać, bo blisko. Idealne miejsce na jesień, kiedy kukurydza dojrzeje. Zamierzam zaczekać tu do poranka. Pamiętam, kiedy byłem tu ostatnio na drugim krańcu, ile z daleka było tu zwierząt. Teraz jestem wśród nich, gotowy i cichy w ich świecie, aż się pojawią. Czuję, że będzie się tu działo. Rezygnuję dziś ze snu. Okazja do takiej zasiadki w zwierzęcej krainie nie trafi mi się prędko. Tymczasem już się dzieje…

Czarna zjawa wyłania się z kukurydzy. Żadnej ostrożności…dziarsko pruje przez łąkę w kierunku trzcinowych zarośli. Tam jest chyba jakaś pozostałość po stawie, który już zarósł. Nie widać dobrze. Tam on zmierza. Słyszę jak posmarkuje i chrumka. Pojedynczy dzik zawsze odzywa się inaczej niż grupa – trochę tak, jakby furkotał sam do siebie, żeby mu było razniej. Choć zdarzają się i milczki, które nawet ciszej chodzą. Może zależy to od jakiejś pewności siebie i terenu, co łączy się z swobodą zachowania i poczuciem bezpieczeństwa.

– Trrrrt, frrrt! – Uwagę przykuwa lekko brzeczący pogłos. To nie ptaszek. Jak ja kocham, kiedy wokół mnie lub ambony wirują nietoperze. To najlepszy środek odstraszający komary. Nawet nie – pożerający. I mimo, że próbowały mi śpiewać nad uchem pieśni swego ludu, tak teraz znikają wyłapane przez łowcę cienia. A on krąży zajadle. Zauważyłem trzy rzeczy. Nie wiem jak to możliwe, ale słyszę zawsze nietoperze, kiedy zaczynają latać. Znaczy nie tak jak drzewa, tylko różne dziwne dzwięki, jakie one wydają. Czasem jest to właśnie takie terkotanie, czasem lekkie niby świerkanie, a kiedy indziej wibrująco – wirujący ton. Pewnie zależy to od gatunku. I zastawiam się, czy tylko ja to słyszę, czy jest to akurat zestaw częstotliwości, jakie możemy usłyszeć. Kolejna rzecz, istnieje chyba jakaś cicha, skryta i mroczna jak one same, komitywa między wędrowcami, a nietoperzami. Kiedy i gdzie bym nie poszedł o ciepłych porach toku, tam zawsze mnie znajdą zaczynając swój balet wokół mojej osoby. Za co jestem bardzo wdzięczny, jako, że mam wtedy spokój od plemienia komarian. Są cudowne, tajemnicze, i wielce pożyteczne. Można im pomóc zakładając specjalne budki.

30704447_577387225987660_3418786116415782912_o
Obraz – Monika Jakubczak

Poświstujące sapanie obwieszcza mi wędrówkę napalonego kozła. To czas sarniej rui. Spodziewam się ich tu więcej o poranku. Kozioł też nie dba o ciszę, szmera nie gorzej niż dzik. Głośny sus przez strugę. Ale hałasy są wszędzie. Łamanie łodyg kukurydzianych – tam skryte buszują dziki. W lesie za plecami też trzaski i szelesty, coś tam chodzi. No i te delikatnisie szarpnięcia, ledwo słyszalne, które oznajmiają, że coś posila się trawą, urywając co i raz soczyste kęsy. Tego nie widzę. O poranku będzie się tu działo… Zastanawiam się jakie też drzewa rosną za moimi plecami. Listowie wskazuje na czarne olchy. Super! Dość rzadko mam okazję przy nich być. To na pewno Olchy? – ulotna wątpliwość. W odpowiedzi dostaję szmer spadającego liścia. Na pewno one  Coś mi mówią o wodnej duszy i żebym zwarł to w przesłaniu dla kolejnej osoby. Informacje płyną …i oczywiście wydają mi się na tamten moment absurdalne.

Świt.

Robi się delikatnie szaro. Grobowa cisza – jak dla mnie. O takim kolorycie nieba jeszcze miesiąc temu przestrzeń tętniła serenadą niezliczonych ptasich pieśni. Teraz czekam, kto pierwszy zacznie. Nie słyszałem nawet wabienia przepiórki ani kuropatwy. No co z tym światem? W dwóch miejscach dostrzegam szaro – płowe jeszcze sylwetki sarnich biesiadników. Powoli się rozwidnia, i za chwilę ‘’włączą się’’ kolory. Tymczasem pierwszy zaczyna trznadel – monotonny wieszcz późnego lata. Jednocześnie w żurawich okrzykach zestrojony. Cyt, crittt! – odzywa się inny, nieznany mi ptaszek. Szurrr! Odruchowo się przykurczam, porażony nagłym dzwiękiem.

– Ciii ciii ciii ciiiiiiit! – Dzwoni nad głową. Trznadel raczył usiąść na daszku ambony i stąd częstować świat pieśnią swego ludu. Nawet mnie tu nie zauważył. Żurawie trąbią jak oszalałe. Po prawej na widoku wyłania się rudy kozioł. Patrzy w dal, patrzy, kręci łbem, rozeznaje i wtem przyspiesza w susach. Dokąd to? Szusuje na lewą stronę łąki. Nie spuszczam go z oka. Skok przez rowek. Hyc! No tak. Tam chodzą trzy kozy, a on biegnie do nich, niczym oswojony piesek. Przystaje – zwierzaki mierzą się wzrokiem, ale chyba znają się, bo na kozach jego pojawienie się nie robi większego wrażenia. Dwie pozostają obojętne, a trzecia decyduje się na bliższe poznanie, poprzez powąchanie. Tam dalej leży coś jeszcze… Podnosi się…znowu sarna ? Nie, jest większe. Za nią maluszek. Łania jelenia! Ostatnio widziałem tu pięć takich, w chmarze. Zbliża się do sarenek. I teraz drżę z ciekawości – co to będzie? Przecież jakby nie patrzeć, są sobie konkurencją i czytałem o przypadkach przeganiania podczas żerowania. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Sarny sobie, łania z cielaczkiem wśród nich. Kozioł dumny jak paw, obchodzi wokół jedną sarenkę, nagle hop! Spróbował wziąć ją z zaskoczenia … 😀 Ta odskakuje, wyraznie nie chętna jeszcze na takie spełnienia. Podniecony dyszy świszcząco. Jak to dobrze, że przyszedłem tu wcześniej! Jestem niewidoczny, niewyczuwalny, i skryty mogę do woli podziwiać cuda jakie dziś ‘’przygotowała dla mnie’’ przyroda. Do żurawiowo – trznadlowego koncertu dołącza strzyżyk i szczygły. Innych ptaków brak. Słyszę za to terkotanie traktoru i ożywione strzępy głosów ludzkich. Takie tło… sarny nie zwracają n to uwagi nie przerywając pasienia, ale łania się niepokoi. To kolejna różnica w zachowaniu, między gatunkami. Jelenie dużo poważniej traktują niebezpieczeństwa, i nie bawią się jak sarny w obserwację zagrożenia. Po prostu reagują. Są dużo bardziej czujne i ostrożne. Łania się kręci – nie do końca gdzie iść. Nikt raczej tutaj nie przyjedzie, jest przed 5 rano. Sarny zdają się o tym wiedzieć, ale nie ona – nagle podnosi wysoko łeb i truchtem podejmuje ucieczkę. Pociąga za sobą sarny, które poleciały odruchowo. I po widoku… Dostrzegam jeszcze jednak inną sarnę stojącą pod lasem, która nie poleciała za stadem i przygląda się ucieczce. Zapomniałem zupełnie o prawej stronie łąki…

…A tam nie gorzej. W zasięgu trzy sarny, pasą się swobodnie. Jednak tuż nieopodal mej ambony stoi jeszcze takie jedno maleństwo. Wygląda na wyrośnięte kozlę. Jest mniejsza od innych. Wydaje mi się, że powinna być przy niej matka. Ale nigdzie jej nie widać. Mała pożywia się trawą, jednak bez większego entuzjazmu. Mogę z dość bliska obserwować jej zachowanie. Potrząsa uszkami, a nóżki idąc rozstawia jak pająk, jakby nie chciała zmoczyć się rosą. O, teraz drapie się kopytkiem! Jak śmiesznie. Zdaje się nie spieszyć i nie kwapić do niczego. Dziwię się, że nie ma dziś zajęcy. Przenoszę wzrok za smugą sunącą kawałek dalej. Jest lis! Skrada się. Ale się musiał zmoczyć przechera. Jestem ciekaw czy zwróci uwagę na którąś z saren, jednak rudzielec nie poświęca im ani chwili, zupełnie ignorując. Zna swoje możliwości. Hop! Nagły wyrzut śmigłego ciałka i opada z łapkami wysuniętymi w przód. Pewnie, mysz smaczniejsza i łatwiejsza. Łąka jest rozległa, zakończona polem kukurydzy. Tam dostrzegam kolejnego lisa. I choć nie mogę go rozpoznać po żadnej cesze, informuje mnie charakterystyczny sposób lisiego poruszania się, nie do pomylenia z niczym. Ptasi świat rozbudza się coraz bardziej. Słychać już myszołowy i kruki. Nad zieloną połacią raptem na minuty, formują się miejscowe języki ulotnych mgieł. Szybko znikają, jakby rozpraszały się same z siebie. W oddali, na ściernisku dostrzegam jeszcze dwa lisy. Widać, że są razem, obok siebie idą, a nawet dokazują trochę w podskokach. No tak, ściernisko w połączeniu z łąką to nie lada gratka. Oprócz wszechobecnych owadów znajdzie się tu cały przekrój gryzoniowego rodu, myszy polne, ziębęłki, ryjówki, karczowniki, darniówki, polniki, nornice, krety, norniki. Bogate menu łąkowo – polne z nieustającą dostawą. Trzeba tylko uważności, na to, co dla nas już niesłyszalne. Sprytu i nieco techniki, a nie zginiesz tu z głodu. Lisy o tym wiedzą i dlatego przybyły tłumnie. Choć nie spodziewałem się ich aż tylu. Nie wchodzą sobie w drogę, jestem jednak ciekaw, czy mimo odległości wiedzą o swej obecności i omijają się celowo? Może doczekam się kontaktu.

Chcę już powoli wracać. Dochodzi piąta rano. Szybko rozglądam się po obu stronach łąk, i tak – jest to dobry moment aby zejść. W oddali jedna tylko już sarna na widoku, nie zobaczy mnie bo za daleko. Lisy pochłonięte sobą, oddziela nas pas trzcin i rów przesłaniający widok. Mokra trawa wytłumi kroki. Sarnie maleństwo z prawej gdzieś zniknęło. To dobry moment. Niczego nie wystraszę. Można zmykać, bo z doświadczenia wiem, że tu dziać się może i do 9tej, a tyle czasu nie mam. Już, już mam zejść z ambony, kiedy dostrzegam zaginione sarnie dziecię, które stoi nad brzegiem strugi, nie bardzo wiedząc co z sobą zrobić. No nie wystraszę go. Poczekam jeszcze. O, ruszył się. Przekracza rowek i, tak! Tu jest ścieżka, przejdzie mi tuż pod amboną. Może uda się nagrać! Wyciągam telefon i czekam w gotowości. Czekam i czekam – małe stoi. W końcu się kładzie… Ale że tutaj? W sumie czemu nie. Gąszcz bezpieczny, wokół pełno śladów zwierząt, a ono nie wie czym jest ambona, którą i tak bierze za drzewo. Nawet przed moim wzrokiem skrywa ją opiekuńczo czarny bez i gałęzie olch, przez co nie mogę zrobić zdjęcia. Pewnie za chwilę sobie pójdzie… Czekam w spokoju i gotowości, aby nagrać filmik. Na łące z wrzaskiem lądują żurawie. Mniemam, że biesiadują tu co dzień, lecz one, wyprężone jak struny, zamiast żerować, drą się jak tylko żurawie potrafią. Krzyczą … na mnie. I nie dziwię się, bo wzrok mają doskonały. Widzą to, jak nieruchomo stoję w ambonie i pozostają w czujności – świetnie kojarzą, że nie powinno mnie tu być. Czujni strażnicy natury. Jednak sarny nie przejmują się ich okrzykami, już przyzwyczajone. A co robi moje maleństwo? Patrzę i rozczulam się – przymyka oczka i zdaje się usypiać. Co jakiś czas strzyże uszkami. No to pięknie… Jestem uziemiony. Bo gdy spłoszę ją teraz złażąc stąd, dostanie takiego stracha, jakiego nigdy sam nie chciałbym przeżyć. Czuje się tu bezpieczna i jest u siebie – nie mam prawa. Przez chwilę błyska myśl, żeby puścić z telefonu chrypienie kozła, wtedy wystraszyłbym ją naturalnie. Głupku! Jest tak bliziutko, taka naturalna, nieświadoma, nigdy w życiu nie miałeś okazji takiej obserwacji, kto wie co podejrzysz? Cichutko zostaję, oczywista oczywistość. Ona leży. Niemal na gołej ziemi. To trochę nienormalne, że inne sarny żerują teraz w pełni, a ta sobie poleguje. Może najadła się wcześniej. Czujne żurawie, jak wrzeszczały, tak nie podjęły żerowania w mojej obecności odlatując. Za chwilę w inne miejsce przyleciały trzy inne z młodym i te mnie chyba nie dostrzegły. Cudaczne dzioby co i raz nurkują w trawie, podnosząc niewidoczne kąski. Złociste słońce zaraz wzniesie się nad lasem. Maleństwo drzemie.

31378677_582776788782037_1322746031909109760_n
Obraz – Monika Jakubczak

…Szmer gałązek wokół mnie. Uwija się jakiś ptaszek. Przez chwilę dostrzegam, ale nie do końca rozpoznaję, muchołówka? Podlatuje mi bezczelnie z drugiej strony i już widzę ciekawskiego karła, to strzyżyk! Nie wierzę, że jest aż tak malutki. Nie większy niż zielony orzech włoski. Ogonek zadziornie sterczy mu w pion, a on przeskakując ogląda moją istotę w sposób iście zdumiony. Patrzymy na siebie. Drugie maleństwo… Ale strzyżyk to bardzo ważny przekaz od Ptaków Duszy. Zwiastuje odwagę, upór, zadziorność i wścibskość. Oraz pewnie wiele innych przesłań. Tak to już jest, że maleńkie ptaszyny takie jak mysikrólik i strzyżyk mało czego się boją. Atutem jest zwinność i wzrost. Ma się wrażenie, że gdyby chciał go schwytać lotny drapieżnik, ptasi drobiazg prześliznie się między pazurami zbyt wielkimi aby go pochwycić. Odleciał. Żegnaj karliku wojowniku! Cieszę się bardzo z tego spotkania, bo z pewnością strzyżyka ujrzeć można rzadziej niż sarnę. Prędzej czysty, nieco melancholijny śpiew zanurzony brzmieniem w żywiole wody. A tu obok struga…

Minęła godzina sarniej drzemki. Już nawet nie liczę, że się ruszy i nagram ten filmik. Zachowuję się już swobodniej, a ona nie reaguje na moje szmery. Wpada mi do głowy taki pomysł – zdejmę buty i spróbuję w skarpetkach cicho zejść po szczebelkach, może uda się ją uchwycić obiektywem. Zsuwam kaloszki. Aromat iście anielski rozniósł się zatruwając rześkość poranka. Mam nadzieję, że sarna tego nie poczuje 😀
Pojedynczo, po szczebelku i dostrzegam, że ona już stoi. Chwyta pyszczkiem zieleń wokół i delikatnie przeżuwa. Zaczyna lizać sobie futerko…A ja jestem jakieś pięć metrów od niej, lekko z góry. Chłonę sarnią dbałość o własne ciało, bo nigdy czegoś takiego nie widziałem z tak bliska. Teraz znów pociesznie drapie się kopytkiem. Ogryza zieleń. To właśnie moja pokuta za dzika… Mój szacunek i osobiste podejście do zwierząt sprawia, że w ich świecie stosuję zasadę pierwszeństwa – to znaczy, że ja czekam. Cokolwiek by nie robiły i jak długo, czekam aż skończą i same odejdą, lub, wymijam w takiej odległości aby im nie przeszkadzać. Dziś jednak moja cierpliwość wystawiona jest chyba na próbę generalną. Ona…robi coś dziwnego. Widzę, że teraz liże korę olch pod którymi leżała. Co to znaczy? Po co? Nie wiem, i nie mam pomysłu. Może jakoś to smakuje, a może chłód? Ciekawa obserwacja. I właśnie to są najpiękniejsze z możliwych chwil pośród natury – kiedy będąc wśród zwierząt, jesteś niezauważony lub zignorowany przez nie i możesz podpatrywać wszelkie ich tajemnice oraz naturalne zachowania. O jakich nie przeczytasz w żadnej książce. Tak knieja nagradza ciszę i cierpliwość w swoim świecie. Kocham takie niespodzianki Maleństwo zaczyna powoli iść. Pociesznie stawia ostrożne, pająkowate kroki. Wygląda na młodą z tegorocznego miotu. Jest bardziej blada w ubarwieniu, taka trochę jasnobeżowa. Wreszcie się oddala… A ja, choć i z takiego obrotu spraw się cieszę, dziękuję wszechświatowi za dzisiejszy dar – czar mojego doświadczenia. Od jakiegoś czasu niemal każdy spacer zapisuje rozgrzewającym duszę wspomnieniem, słowem, jest coraz lepiej…

Szybka lustracja łąki, i tak ; lewa strona wolna, po prawej trzy lisy i dwie sarny. Ci mnie stamtąd nie dostrzegą…W drodze powrotnej spotkałem jeszcze krogulca i stada szczygłów żerujących na ostach. Ptasi zbój zaczaił się o poranku, a ptaki-kwiaty uwijały się wśród kwitnących ostów, barwną czeredą kończąc ten niezwykły świt przeżyć moich. I za każdym razem jest tego więcej, głębiej…Sam do końca nie wiem dlaczego tak się dzieje, ale nie muszę. Wystarczy mi radość tego co przeżyłem, i że mogę się tym podzielić. A czasem zabrać nawet kogoś z sobą, aby razem spróbować odkrywać cuda i zachwyt jakie potrafi objawić nam natura.

Kochana przyrodo, aż nie mogę się doczekać, czym następnym razem mnie obdarujesz?

29133689_2029739567351108_1837006101464219648_n