Księżycowe dary Drzew Mocy. Sedno leśnej pełni.

Szare, okryte siwą zasłoną pola majaczą się w pustce półzamglonych horyzontów. Bezmiar przestrzeni rozlega się echem dalekim. To przed naszymi oczami. Ukryta w mroku niewielka olszynka drzemie pod kocem szelestów. Za nią widnieje ledwo już dostrzegalna, czarna ściana lasu. W niej czekają jakieś przygody. Ekscytacja i ciekawość. Co też czai się dziś w borze? Zbliżamy się. Podążamy za nurtem polnej strugi, melioracyjnego rowku, arterii wędrownej bobrów. Na spiętrzonej tafli przysiadły z noclegiem kaczki krzyżówki. Te krzyczą ostrzegawczo. Bieleją kikuty ogryzionych wierzb. Prowadzi nas rześki plusk. Co jakiś czas przystaję, lustrując lornetką bezkresy połaci. Nie chcę abyśmy przegapili lub spłoszyli jakieś zwierzęta. Pogoda dopisuje. A może nie. Czas księżycowej pełni. A niebo zasnuło nam się burymi kłębami, z których plecie pierwszy, delikatny śnieżek. Wilgotno. Pola ”cukrują” lekko. Gość mój, z wielkiej Warszawy, matka czwórki dzieci, przybyła do świata Szeptów Kniei na dwie Noce Wędrowne, po szlaku Drzew Mocy. Chce czuć, słyszeć i samej już poznawać ich przesłania. Co znam, staram się najpełniej przekazać. A dziś to drzewa właśnie miały nam ofiarować swój niezwykły popis.

Kiedy patrzę pierwszy raz na Annę, a może jeszcze chwilę zanim przyjechała, wiem – jej Drzewo to Topola, ale potrzebuje głównie wsparcia Dębów. Do Topól, Sióstr – Szamanek wiodę najpierw. I znów się wydarza – szczerość. Widzimy się po raz pierwszy w życiu, a rozmawiamy o najtrudniejszych bolesnych sprawach naszych żywotów. W leśnej przestrzeni pogrążonej w ciemności, na wierzch wychodzą i najczarniejsze tajemnice. O których nie powiedziałbyś nikomu. Czasem to wszystko tak trudne, że nie wiem jak mógłbym pomóc. Wiem tylko, do których drzew trzeba iść. Tam zaś już się dzieje. Mijamy czarne wstęgi dziczych tropów wiodących przez kukurydziska. Biała, nieco przyprószona dróżka wiedzie krokami do baśni, przypomina mi Opowieści z Narni. Cieknące nosy wzniecają gawędy o zdrowiu. Zgadzamy i wiemy oboje – nic szkodliwego to, kto niezwyczajny boi się przeziębienia. Tymczasem wygrzany w cieple mieszkań organizm w ten sposób oczyszcza się z tzw nagromadzonych ‘’zimnych śluzów’’, i krzepą wraca do formy. Wiem po sobie. Regularne zimowo – jesienne wędrówki w najgorszym chłodzie, powodują że praktycznie nie choruję na pospolite przeziębienia czy grypy.

09c749f50ffa54dda86d2febcde5ae70

W ciemności nie widzę reakcji drzew. Zwykle ”Topolanki” nasilają swoje kołysanie, gdy podchodzą do nich Wędrowcy. One wołały mnie i gościa. Mimo zimy. Topole zresztą zdają się być częściej aktywne zimowo, niż inne liściaste drzewa. Przykładam dłoń w odległości 20-30 cm, zanurzając uczucie w znajomym, przyjaznym cieple. Tętnią nim. Polecam Annie na jakiś czas się przytulić, sam odpoczywam pod drugą z Topól. Tak potrzeba. Gdy zbliżam się ponownie, Ania z przejęciem opowiada mi kolejną swoją historię.

– Dar mam pewien. Przekleństwo. Dar języków. To ostatnie, co powinnam zostawić. Od dawna umiałam mówić niezrozumiałe wyrazy w językach których nikt nie zna. Podobno w innym życiu zgodziłam się robić okropne rzeczy, w zamian za taką możliwość. Te słowa… One nie są dobre. Miały za zadanie gasić każdą Miłość która przybędzie na Ziemię. Wiem, że to jest nieustanna furtka do mnie, aby wracało stare… Widzę. Przypomina ośmiornicę czarną na moim sercu. Chcę się tego pozbyć.

Milczę. Nie zaskoczyła mnie, ani nie dziwią najróżniejsze opowieści. Rozmawialiśmy o tym po drodze. W środku pojawia się znajome łaskotanie, obrazy i słowa. Topola prosi abym to zrobił. Nie wiem jak! Krzyczę do niej w myślach. Nie jestem tak silny, nie umiem… Dalej dzieje się intuicyjnie, spontanicznie. Podbiegam do drugiej z Topól, przytulam na kilka minut. Ona daje instrukcje, ofiaruje słowa. Jestem z powrotem przy Ance, która także w ciszy tuli swoje drzewo.

– Czy jesteś gotowa i chcesz to zostawić ?

Pytam. Bo już wiem, że mogę. Drzewa są z nami połączone w procesie. Anka płacze, a jedna ‘’Topolanka’’ zrzuca kawałek kory. One zawsze chcą pokazać w jakiś sposób, że są obecne i pomagają. Chwytamy się za dłonie, zbliżając głowy do pnia. Wypowiadam wers, ofiarowany mi kilka chwil wcześniej przez Topolę.

– Żegnam wszystko co nie służy,
Życzę dobrej im podróży,

Dar, przekleństwo, ten niechciany
Odtąd niech jest pogrzebany,

Za Twój udział dziękujemy,
Wszystko już o Tobie wiemy

Niech pochłoną go głębiny,
A uzdrowią się przyczyny

Ziemi – Matce powierzamy
Pakt ten, węzeł przywiązany

Składam w Niej i zakopuję
Lekkość w sobie odtąd czuję,

W sercu światło się otwiera
Niech najlepsze dzieje teraz

Drży zawsze przeze mnie w takim momencie wzruszenie. Ono wzmacnia moc przekazu w prawdzie, i po prostu czyni. Uśmiechamy się oboje.

– A teraz chodz szybko na pole, zakopiemy to!

Wołam. Biegniemy w podskokach i przypadamy na klęczkach ku ziemi. Staram się wykopać dołek. Gleba jest zmarznięta, twarda, boląco chłodna. Anka natomiast znajduje obok już gotowy wydrążony dołek. Tam wrzucamy ‘’dar – przekleństwo’’ i zasypujemy ziemią z kretowiska. Poznaję, że lej dołka został wydrążony dziczym ryjem. Dla mnie symbol Sił Ziemi. A Topole pokazały nam w myślach i obrazach czynność zakopywania. Nazwaliśmy, podziękowaliśmy, przyjrzeliśmy się, i pożegnaliśmy powierzając żywiołom. Drzewa ukazały, bezbłędnie odczytały prawdę i podały wskazówki. Czysty szamanizm…
W tym momencie między topolowymi bliźniaczkami przeciera się nieśmiały księżyc. Oświetlił nasze postacie. Drzewa w jej aurze wyglądają dostojnie, potężnie i dziko. Nie mogę się nadziwić. Czas zimowy, a one jakby nigdy nic w gotowości do wszelkiej pomocy. A może to właśnie, przyjazn?

Dębowe Ciepło

I znów rozmawiamy. Z jednej strony o ich mocy, a z drugiej o trudnym czasie dla Drzew. Opowiadam jak jesiony prosiły niegdyś rankiem bym został ‘’bo za chwilę się zacznie’’. Trzeszczały, pękały, i zrzucały gałązki, starając się za wszelką cenę zwrócić moją uwagę. ‘’Zostań z nami. Chcemy żebyś tu był, gdy będziemy odchodzić…’’ szumiały. Nie potrafiłem jednak z nimi z nimi zostać, połączyć się w tym bólu. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiał. Uciekłem. Mąż Ani jest leśnikiem i kocha obserwować ptaki, lecz o rozmawiających drzewach zabrania jej mówić. Dlatego nasze spotkanie jest wyjątkowe. I trudne zarazem. Trudniejsze z każdym krokiem. Widzę, że zacięli ciąć też pas przy drodze, na razie tylko krzewy. Zostają na hałdach stert, nikt tego nie zabierze, nawet nie spali ani nie wykorzysta. Jaki sens, tutaj? Odległa leśna dróżka, prawie bez ruchu aut, tyle ptaków się tutaj gnieździ. Jakby amok powodował cięcie dla samej frajdy. Rozpęd żądzy niszczenia. Może nieuświadomionej. Duzi chłopcy lubią pobawić się piłami, pohałasować. Nie ma żadnego uzasadnienia. Te bzy niczemu nie przeszkadzały. Choć na pewno nazwą to ‘’pielęgnacją’’.

Krzesimir ogrzewa nas ciepłem. W bezruchu pod jego pniem spędzamy jakąś godzinę, mimo narastającego mrozu nikomu nie doskwiera. Anna nie może się nadziwić jak to możliwe. Po raz pierwszy odbiera tak fizycznie drzewną energię. Ja śmieję się, i opowiadam dlaczego nocami nie marznę na czuwaniach. Bo dębów tulę, a oni grzeją wędrowca, by jak najdłużej wysiedział i bogate opowieści spisał. Dopiero gdy wstajemy i wychodzimy z tego ciepłego, opiekuńczego kożucha, zaczynamy czuć ziąb. Dużo się zadziało przez tą godzinę, mimo że nie rzekliśmy ani słowa. Krzesimir potrafi wymieniać między ludzmi informacje z pola duszy i silnie połączyć. To są głębokie pokłady. To czego nie da przekazać się słowami, a dusza wie. Nauczył się trudnej sztuki. Taka wymiana jest możliwa, jedynie przy intymnym, miłosnym połączeniu. Tak mi się wydawało. Bo dąb jakoś potrafi to obejść. Przeprowadzić duchowo. Jednak uczucia pozostają nie do opisania. W nurcie pobliskiej rzeki księżyc maluje mozaikę błyskami srebrzystych refleksów. Woda chłodzi rześkością.

Olbrzymi świerk tuż przy drodze tkwi w bezwładzie ponurym, lecz i On woła. Anna podbiega spontanicznie przytulić. Choć powinno się prosić i pytać, sam często tak robię. Trudno się powstrzymać. Mi jednak świerk tulić nie pozwala. Dostaję ‘’kopa’’ przez stopy jakby prąd. A u Ani opowieści. O rodzicach, dość trudnym dzieciństwie, żalu, krzywdzie. Podziwiam jak bardzo drzewa wiedzą, co wydobyć. Kiedy i jak pomóc. Co ukazać. Świerki zwykle nie śpią zimą. Dziś pełnia księżyca. Emanują wtedy sednem swoich najbardziej uzdrawiających energii. Dla mnie to święto widzieć chyba po raz pierwszy jak działa na kimś innym niż ja.

Przez szemrzące szronem łąki i i chłodny las docieramy do kolejnego miejsca postoju. Olbrzymi dąb stróżujący samotnej polanie, potężny i wspaniały. Ramionami konarów jakby niebo trzymał. Inny jest jakże od Krzesimira, strzelisty, wspina się wzwyż. Pień prosty. I on grzeje. Dziś 12.12. Magiczna data. Anna zaczyna coś nucić… Płynie czysta, srebrzysta melodia, delikatna, łagodna, kojąca. Nie potrafię przestać płakać. Może dlatego, że przypomina mi moje dawne wcielenie Kobiety, która tak samo pieśnią uzdrawiała, więzi z naturą pielęgnując. Słowa skądś przychodzą, o miłości do świata, współczuciu, współpracy, więziach, ciszy i nowej epoce Wolnych Lasów. Dąb pomrukiem przesłania głosi. Odczytujemy dębową przemowę, którą niegdyś spisałem właśnie tutaj. Słowa dzieją się żywe. U drzew poruszenie się robi. Dewy wypływają do tańca. Widać zarysy we mgłach. Świerkowy młodzieniaszek naprzeciw kołysze się w takt, trzeszczy i z głębin pnia swoje odgłosy dobywa. Bardzo chce być dostrzeżony. Czujemy ich obecność, jak wśród dobrych, kochanych przyjaciół. Spoglądam w górę, gdzie rozpościerają się złociste sznury dębowych konarów. Jakby świetliste, energetyczne przedłużenia. Dusza widzi po swojemu, czasem dając wgląd do świata energii. Nigdy nie myślałem, że będę potrafił to zobaczyć w towarzystwie innej osoby.
Sosna: Trrr, Trrrr, skrzypi. Dzikość pradawna przysiadła obok. Klękamy i składamy w darze jabłka. Sarnim skrzatoBuchtowisć się. Gdyby tutaj przetrwał jakiś stary dzik, pamiętający ciszę tych okolic, musiałoby mu być bardzo przykro.

Mijamy szpaler młodych, gęstych osik. Stworzyły jakby tunel. Nasz cel – kolejny staw i dębowa oaza w Rodowym Kręgu, gdzie szlachetni dębowie wspierają ciepłem z głębi swych leśnych serc. Pod nimi przysiadamy w wypoczynkiem. Księżyc zawisł nad konarami. To rodzaj takiego piękna, które trzyma w nieustannym zachwycie. Można gapić się w nieskończoność. Czuję dębowe ciepło warstwami, na policzku. Srebrzyste cienie młodych drzewek sterczą tajemniczo. Brzozy lśnią białą aurą. Zewsząd budzi się chłód, ale dęby grzeją, jak to one. Ma się wrażenie, że trzymają barierę temperatury.

– Huuu, huuuu puuuhuuuu!

Puszczyk Dobrodziej nawołuje. Budzi duchy Kniei. Gdy na łów ruszają sowy, jest już rzeczywiście późno. Bobry nieśmiało hałasują w stawie, pilno im do swoich robót. Pod dębami spędziliśmy jakąś godzinę, po prostu wypoczywając. Tym razem każdy pod ‘’swoim.’’ Dobrze pozostać samemu z ciemnością, jednocześnie wiedząc, że ktoś jest obok, choć go nie widzimy. Ostatni etap naszej podróży, a w zasadzie powrót – polna, piaszczysta droga, już coraz rzadziej porosła wielkimi topolami. Mijamy ścięte olbrzymy pniaków. A potem kolejne. Ja opowiadam. Jak tańczyć nocą lubiły i gałązki zrzucały na powitanie. O przesłaniach, które dane mi było pod nimi spisać. I kiedy stajemy pod jedną z nich, Ania spontanicznie podbiega aby się przytulić. Długo tak tkwią. W pniu drzewa dostrzegam fioletową kulę, znane mi już ‘’topolowe serce’’, która przesuwa się po linii góra – dół. ‘’Oho, coś mocnego się dzieje’’ – Myślę. Odbieram, że drzewo sporo zabiera. Głęboki pływ. Po kilku minutach zbliżam się i ja… słychać płacz.
Błyskają światła – jakieś auto mija nas zdumione, wraz z pasażerami których dostrzegam oniemiałych kątem oka. Tak. Dwójka wędrowców tuli nocą przy drodze jakieś drzewo. To musi być dla nich dziwne. A u nas po prostu dzieje się… proces.

– Ona pokazuje mi Matkę… Czuję jakby tuliła mnie mama. Taka Miłość.. Jak ona to potrafi? Ale ona prawie mnie nie tuliła w dzieciństwie. Nie była wobec mnie czuła. Nie potrafiła. Nie otrzymałam… Ale ta Topola… Ona to robi jakby Matka. – opowiada Anna.

Słucham, i wiem, że nie takie rzeczy drzewa potrafią. Wiem, że dzieje się coś ważnego. Uzdrowienie w relacji na poziomie – Nieukochane, a łaknące Dziecko – Rodzic. Drzewa wszystko potrafią poruszyć. Wydobyć, ukazać. Myślę i gorzko. Wycinają je po kolei. A one tyle dają, ot tak z siebie. Przechodziliśmy tędy tylko. Nie planowałem tutaj się zatrzymywać. Ale komu dziś jest potrzebny wgląd w swój ból? Konfrontacja z nim? Uzdrawianie, pójście dalej? Kogo obchodzi własne wnętrze? Ważniejsze to drewno, którym napali się w piecu albo sprzeda. Resztę przykryją inne rozpraszacze. A bolesny człowiek pójdzie dalej zadawać swój innym ból, przekładać go na kolejny istoty, rozpraszać w działaniu toporem, piłą… Zaklęty krąg wyparcia.

– Więc teraz otrzymałaś. Abyś poczuła, jak to jest. Jak przytula i Kocha Mama. Drzewa chcą abyśmy byli szczęśliwi. Każdą ludzką energią, uczuciem, emocją, potrafią operować. Ponieważ są nam bliskie. Niemal takie jak my. Starsi bracia w istnieniu. Od zawsze nasi terapeuci i przewodnicy. Chętnie pomogą, gdzie tylko potrafią. One wiedzą. Spełniony, uzdrowiony człowiek, to harmonia wokół. Ten który doświadczy ich Mocy, stanie się Opoką. Będzie chronił i błogosławił Życie. Teraz to Twoje poczucie krzywdy, braku opieki, zawodu, już pochłonęła ona. I przytuli Cię tak samo znów, gdy tylko będziesz potrzebować.

Odpowiadam, wyjaśniam pracę drzewa. Pamiętam gdy zobaczyłem mojego gościa po raz pierwszy, wiedziałem – jej Drzewem Mocy jest Topola, a opiekują się Dęby. I jesteśmy tutaj ‘’przypadkiem’’. Wczoraj przy powrocie zepsuł się jeden z rowerów, poszliśmy więc pieszo w inny rejon, choć mieliśmy zamiar odwiedzić Jesionowy Szlak. Chociaż usterka była prosta, jakoś nie wziąłem się za jej naprawę. Wszystko wydarza się idealnie – tak jak ma być. Zda się leśne skrzaty psocą, a finalnie pomagają w drodze po ukochanie kolejnych aspektów siebie. Bo z tym rowerem ciekawa historia. Dojechaliśmy, zostawiliśmy pod lasem, a po powrocie łańcuch jednego był zupełnie zablokowany. Spędziliśmy z pół godziny próbując go nałożyć, przeszkadzała osłona. W domu z narzędziami naprawa to pstryk, w ciemniej kniei z palcami i samym scyzorykiem, trudniejsze. Ostatecznie wziąłem Anię na hol, przy pomocy… zapasowych spodni z plecaka  I tak jechaliśmy powolutku.
Gdy wkraczamy w świat oświetlonych osiedli, długo jeszcze rozbrzmiewają rozmowy; spoglądamy na telewizory w oknach, świąteczne dekoracje i światła samochodów. Po kilku godzinach w głuszy to wszystko wydaje się takie nierealne, nie nasze, odległe, jak huczny, brzęczący rozhoworem ułudy sen.

P91212-212625

A jeśli i Ty masz ochotę przemaszerować podobną Noc Wędrowną i zatopić się w świadomym odczuwaniu energii lasu, pytaj o swój termin. Wyprawy są możliwe w ciągu całego roku, nie tylko podczas pełni księżyca. Kontakt:

czeremcha27@wp.pl

 

Pełnia śpiących kwiczołów. Czas huczki.

Po kilku dniach dżdżu i delikatnych słot, wreszcie niebo zaczęło się przecierać. Księżycowy Czarodziej, co to dopiero wynurzył się zza kotary chmur, zerknął z niebios na błotniste kałużyska. Srebrzystym promieniem omiótł połacie i przemianę postanowił uczynić. Wezwał na pomoc ziąb, chłody i zimnicę. Odwieczna kompania, braterstwo śmierci… Po polach spaceruje powoli Dziad Mróz, księżycowy pomocnik. Bruzdzi, ścina, utrwala i grudzi. Bo i grudzień w kalendarzu nastał.

Idę powoli, starając się nie szeleścić. Nie jest to łatwe, gdy wszędzie walają się sterty wypłowiałych liści. Ziemia kołdrą się otula od mrozu. Wokół mnie pustki i przestrzenie rozległych pól. Srebrzyste blaski prześwitują ponad jesionową aleją mamiąc wzrok czarami psot. Wyobraznia harcuje. Swoje widzi. Nastroje. Podziwiam jak zmieniają się moje. Od dziwnego zablokowania w splocie, po smutek głęboki nad zdarzeniami świata. I gdy tak siłuję się z przemyśleniami, na baczność podrywa mnie niespodziany łopot.

– Trt Tritt, ttt, kuiiiit!

Poderwało się kilka ptasząt z krzaków obok. Ojej, kwiczoły! Śpią tutaj? Przepraszam! Gdybym wiedział, że tu jesteście… Wybrałbym inną drogę. Kolejne kroki przynoszą następne alarmy. To nie było kilka ptaków. Kwiczoły siedzą wszędzie wokół i podrywają się stadami ze szczebiotem gdy mijam kolejne krzewy. Ulatują w srebrzystą przestrzeń. Część zostaje i terkota. Widowisko oniemienia. To jest jakaś olbrzymia grupa wędrowna. Setki ich podrywają się w powietrze, zataczają krąg i osiadają. Głupio mi, że tak im przerwałem, lecz chodzę tędy tyle razy i nigdy nie było. Pocieszam się, że wszędzie tutaj są owocowe krzewy, ptaki rankiem będą miały pod dziobem stołówkę dla uzupełnienia energii. A dla mnie to lekcja. Dla nas wszystkich. Opowiadam często o tych zakrzaczeniach – ileż ptactwa tam się gnieździ wiosną. Jak pięknie hamują wiatr czyniąc wędrówkę przyjemną. Myślimy – ‘’jakieś krzaki, nic tam nie ma’’. Wycinamy. A tymczasem służą one opieką nawet ciemną zimową nocą, ptasim podróżnikom z daleka. Mówię półcicho, aby się nie bały. Z kolejnych gromad startują już tylko pojedyncze sztuki.Dociera do mnie, że ten niezrozumiały niepokój który cały czas czułem, pochodził od śledzących mnie w napięciu ptaków. Gdy mijam miejsce ich noclegowiska, całkowicie znika. Za szpalerem tarniny prześwitują jakieś ciemne sylwetki. Oho, chyba sarny. Tak. Sprawdzam w nocnej lornetce. Gapią się zdumione. Idę natychmiast dalej, bo wiem że w ich mniemaniu podążający człowiek ich wtedy nie widzi. Są spokojniejsze, niż gdyby stać i obserwować lekko szeleszcząc, zwłaszcza gdy nas wykryły. Sarnie siostry spoglądają ciekawie, odprowadzając rzucanymi z ukosa spojrzeniami. Jedzą jakąś rzepę, której łan porasta to poletko.

Chcę dziś odwiedzić Klona Kostura, tego Bożego Wesołka, co z wszystkiego się śmieje, kocha ludzi i pomysłami obdarza. Wołało to miejsce już od paru dni. Ciągnie mnie do ciszy Jesionowego Szlaku… Akustyka jest tu taka, że nie docierają zwykle odgłosy z wiosek. Można całkowicie zanurzyć się w sobie, pieśni duszy posłuchać, odkrywać… To ważne, i dla siebie posłuchać odpowiedzi. Mimo zimy Klon nie śpi. A przynajmniej odbieram jego narastającą radość już kilkudziesięciu kroków. Szpaler nagich drzew stroszy się i szeleści czym jeszcze może, jakby witał moje przejście fanfarą. Kłaniam się gołym śpiochom. Będąc w naturze mam często poczucie synergii z istotami, żywiołami, energiami które tutaj pracują. Przejawiają się w zdarzeniach , ‘’idealnych ‘’ ruchach wiatru, szelestach, zwierzętach. Mróz gęstnieje i zaczepki szuka. Klona wyczuwam jeszcze zanim podejdę. Tak, cieszy się, że przyszedłem. Jest szczęśliwy, że ostatnimi czasy decyduję odkrywać przyrodnicze bogactwo właśnie wokół niego. Pamiętam, raz gdy mnie wezwał, a na miejscu w którym zawsze pod nim siedzę wylegiwał się zaskroniec. Niespodzianka – potwierdzenie. Dziś chcę tylko z nim pobyć. Choć proszę o swoje sprawy, pozostawiam mu pełną swobodę. Niechaj robi co chce. Ja zasiadam pod pniem i przepatruję lornetką horyzonty. Metoda bardzo mi się sprawdza. Zawczasu, z dużej odległości wykrywam zwierzęta i mogę je ominąć. Nie wpadam nagle, i nie przeszkadzam. Choć na polach mają dostatek żeru, staram się swoją obecność zawsze uczynić jak najmniej widoczną i kłopotliwą. Kochany Klonie. Ty przytulasz tak mocno i ciepło mimo mroznej pustki wokół. Naładowałeś się słońcem przez lato. Teraz mi ofiarujesz. Długo dziś nie zostanę. Ziąb daje w kość. Spróbuję swoich sił z dodatkowym ubraniem w czatowni, tam mniej wieje.

Negocjuję sobie z panią Zimnicą, wzdrygając na plecach kolejne dreszcze, gdy delikatne ‘’szurr’’ otwiera mi wzrok szerzej. Liściastą drogą podąża puchaty piesek. Burza myśli, kto to? Zaszemrał pazurem po jednym liściu – tak subtelnie, ledwo słyszalnie. Zamieram w kamień, zauroczony. Po ciemniej masce na pyszczku poznaję – to jenot! O rety, pewnie zaraz mnie wyczuje i czmychnie. Kroczek za krokiem, jest tuż. Ja siedzę tu może jakieś 7 minut, ślad zostawiłem świeży. A on idzie tędy i wącha. Uspokajam się. Zwierzak mija mnie powoli, jakbym dlań nie istniał. Wiem, że to prezent od Kochanego Klona. Drzewa okazują Miłość w zdarzeniach. Gdy ‘’puchaty’’ szeleści jeszcze w tyle, przychodzi mi obraz. Nasze świadomości jakby na sekundy złączyły się w jeden przepływ – widzę pod katem z jego perspektywy. Jak on postrzega. Widzę siebie. Ale nie jak wyglądam. Biaława sylwetka ulana jakby z mgły, chwieje się i rozwiewa niosąc swoją esencję w pola. Nic dziwnego, że dlań nie istnieję… Bo i z jednej strony przyzwyczajam się do takich zdarzeń, z drugiej wciąż nie rozumiem i zachwycam. Czyli, jestem mu duchem. Po prostu. A jenot dziwi. Przecież podobno zapadają w jakiś rodzaj zimowego snu, tymczasem to już któryś, którego oglądam w środku zimy przy mrozie. Chociaż, gdybym był taki puchaty, też bym więcej wędrował. Szelesty malucha gdzieś gasną. W pamięci zacierają się zjawy. I nie wiesz po chwili takiej magii, czy wydarzyło się naprawdę, a może zdarzył się sen.

– Fuch – buhhh! Rozbrzmiewa gromko gdy maszeruję. Dziki ostrzegają się przed człowiekiem. Nie widzę ich. Wokół kukurydziska, więc gdzieś są. Czatownia znajduje się w polu. Widok rozległy i wspaniałe miejsce do zasiadki pełnej wrażeń. Z każdej strony doskonale będzie widać, a tędy migrują zwierzęta pomiędzy lasami. Z jednym tylko ale… Na przestrzeni, chłód dokucza bardziej. Czatowanie, to nieustanny sprawdzian siebie. Ale ja się dziś przygotowałem. Są dwa termosy, chlebak, plecak pełen ubrania i puszyste mięciusie skarpety ‘’świąteczne’’. Te do siedzenia sprawdzają się lepiej zamiast butów. Na sobie mam trzy koszulki w tym dwie ocieplane, kurtkę z wypełnieniem co nie przepuszcza wiatru, i na to dwie bluzy. Grube rękawiczki, oraz i równie uzbrojony dół wyposażony w podwójne i znów ocieplane kalesony, oraz trzy razy spodnie. W oddali przemykają i gasną światła aut. Dokądś pędzą. Tu zaś nieustraszona sowa pójdzka zawodzi śmiertelnym zawołaniem – Dziadka Mroza na pojedynek wzywa. Czernieją stożkami stare kretowiska. Zasiadka wcale się nie dłuży. Nade mną gwiazdy i sowie jęki, a w rowie nieopodal gramolą się z fuknięciami ukryte dziki. Jak pomyślę, że one teraz taplają się w wodzie… Ale stąd bierze się krzepa. Można potem wędrować gołym polem, mając naprzeciw żywiołów jedynie grubiznę czarnego futra.

62b185738752c39b83e094eed5863e14

Gdy ciało zaczyna tańczyć w podrygach starając się zachować resztki ciepła decyduję ruszyć dalej. Stąd, polami mam już blisko do krainy łąk i podmokłego olsu. Wiatr lekko wieje, jest bardzo przejrzyście. Darń skrzy się kryształami srebrnych migotów. Mróz pochwycił wszystko. Siłuje się z życiem. Podczas wędrówki ogarnia mnie…błogość… Ciepło wnet rozlewa się w środku. Oddech głęboki, spokojny, zdrowy. Tu nie przeszkadza żaden kurz, który w mieszkaniu tak dokucza już po paru dniach od sprzątania. Twarde, kuliste grudy czuję stopami przez kalosze – te są dla mnie jak masaż. Z każdym krokiem szerokie połacie otwierają się z gościną zmagań.. Docieram do szosy, gdzie ‘’coś’’ przemyka mi bezgłośnie przed nosem, pogrążają swój cień w polu. Dwa zające przeniknęły jeden za drugim, a teraz siedzą nasłuchując czujnie. Nie trwonią cennej energii na ucieczkę. Choć jak na zimę jest dość znośnie, i tak mi ich szkoda. Podziw. Tyle różnych stworzeń pląta się nocą, starając po prostu przeżyć. Polami, zwłaszcza zamrożonymi wędruje się wygodnie. Nie zauważasz nawet jak pochłaniasz kilometry. Długa noc pozwala na daleki obchód i tak po prostu kocham – bez zmęczenia, ogrzewany własnym ruchem i zawsze mogę przysiąść gdziekolwiek, popatrzeć na innych zwierzęcych podróżników. Wszyscy dokądś zmierzamy…
Nie sądziłem, że dziś tutaj się znajdę. Blisko 10 kilometrów od domu, przewędrowane pieszo. Ten las też wołał. Odbieram fale przenikającej radości. Czasem zastanawiam się dlaczego? Czy aż tak jestem tu potrzebny? Co wnoszę? Przechadzam się tylko…
Lornetka pokazuje ciemne sylwetki saren, które jedna za drugą maszerują w kierunku rzepaku. Przeczekuję ich przemarsz pod ogromną Topolą. Cienie zapomnienia. Wykrzyknik hałasu. Jakiś oburzony dzik przedziera się przez podszyt z łoskotem. I to są chwile… Nie wiem gdzie jest, a on gna. Nie wiesz gdzie dokładnie wyskoczy. Nie chcę problemów ani wzajemnych pretensji. Szuram lekko nogami w miejscu, aby usłyszał. Olbrzym zmienia gdzieś kierunek i wymija mnie bokiem. Podążaj bezpiecznie bracie. Nie wychodz na otwartą przestrzeń. Posyłam mu myśl.
Kiedy sarnie duchy przemijają udaje mi się bezgłośnie wdrapać na ambonę. Stąd mam widok na całą ich chmarę. Lornetka paruje na zewnątrz, od ciepła moich oczu i śmieję się wtedy. Można kupić i taką za kilkanaście tysięcy, a efekt będzie ten sam. Cierpko rozmyślam. Obcowanie z naturą. Ja, a one. Podziwiam. Ja izoluję się kolejnymi warstwami odzieży, zapijam gorącym z termosu, a one leżą na mokrym szronie, wprost w gołej ziemi. I obojętnie jakie warunki przyjdą, radzić sobie tu będą. Nie będzie ciepłego łóżka, skarpet, koca. To się nazywa przystosowanie + wola przetrwania.

– Kui, kuiii, kuiiii!

Mroczny, jękliwy zew lecący z ciemnego lasu, zapowiada łowy samicy puszczyka. Wieści, że i w gęstwinach runa gryzonie nie są bezpieczne. Ze ściany boru wychodzą jakieś ogromne sylwetki. Przypominają niedzwiedzie. Tak. W kniei nocą, niczego nie można być pewnym ‘’na oko’’. Lornetka i sposób poruszania ukazują jelenie. Te nie są tak swobodne jak sarny. Trzymają się zwartą grupą. Co chwila ‘’omiatają’’ przestrzeń wokół czujnymi głowami, i pasą się dość ostrożnie. I teraz dzieje się ciekawie. Wraz z wyjściem jeleni, część saren podnosi się, i chyłkiem uchodzi do lasu. Stada mijają się. Jakby jedne ustępowały drugim miejsca. Płowi pielgrzymi nocy. Jakaż to znajomość swego otoczenia, tak zmienionego przez człowieka i jakie przystosowanie, aby z tych przekształceń korzystać. Pamiętać wszystko muszą. Tu zaraz pod lasem rzepak, dalej oziminy, gdzie indziej rzepa czy kukurydzisko. Niekończące się stoiska biesiadne. I zawsze wybiorą świeżość, zamiast zatęchłego siana w paśniku. Tu mogą sobie nie przeszkadzać. Paśnik jest mały, trzeba się przepychać lub ustępować. Zwierzęta nie lubią zagęszczenia wielogatunkowego. To nienaturalne. Przy wodopojach, tak samo zmieniają się, korzystając o różnych potach aby sobie nie wchodzić w paradę. Z rozmyślań wyrywa mnie przeraźliwe rzężenie połączone z warkotem okraszone ‘’kotłowaniem’’ pobliskich zarośli. Jakby dwa wielkie psy walczyły ze sobą. Jakiś szczęk, kłapanie… Są straszne, okropne. Wdarły się klinem zaskoczenia w srebrną ciszę. Głowa galopuje w analizach i nagle wiem – toż to huczka dzicza! Słyszałem już niegdyś. Zimowe misterium przyrody, nie tak gromkie i dosadne jak rykowisko, choć jak słychać nieco upiorne. I nie tak łatwe do podsłuchania. Niestrudzone odyńce wytrwale tropią ponętne lochy kilometrami bezdroży, a największe z nich zwierają się w potyczkach z rywalami, tocząc bitki o prawo do świńskiej damy. I do tego dzik używa swego orężą, zakrzywionego kła, w gwarze łowieckiej ludu zwanego fają. Potrafią niezle się wtedy poharatać, pogryzć. To dlatego dziś podczas marszu, słyszałem te nieokreślone, przytłumione z daleka ‘’huknięcia’’. Stąd wzięła się nazwa. Czas huczki. I mawiało, że ‘’dziki się hukają’. Cokolwiek im to oznacza. O huczce nie pamięta się jak o rykowisku. Nie wspomina, brakuje jakichś poetyckich gawęd i opisów. Zapomniane leśne święto czarnego zwierza. Na ten czas, wielkie odyńce – stare samotniki żyjące dotąd osobno starają przyłączyć się do watach i przeganiają młodsze samce. Władać im się zachciewa, panować. Cały rok pielęgnowały samotność, kształcąc się w doświadczeniu i obyciu leśnym. Unikać zasadzek ludzkich, a ukazywać swoją potęgę jedynie wytrwałym czatownikom. Odgłosy mącą jak z głębin piekła. Tu, w ciszy i chłodnej pustce iskrzącej mrozem samotności, knieja odtwarza wciąż spektakl wiecznego cyklu. Gdy wszystko wokół się pasie, ja też zjadam kanapki, dopijam termos i ruszam jakiś czas po tym, jak dziki cichną. Nie mam jakoś ochoty wpaść na nabuzowanego hormonami odyńca. Mróz pieści cierpko odsłonięte fragmenty twarzy. Pielęgnuje wytrwałość. Ależ się odzwyczaiłem. Przecież to ledwo minus trzy. Księżyc góruje w poświacie swej mocy, a noc jeszcze młoda, tymczasem czuję się nasycony. Tyle się wydarzyło. Jenot, klon, sowy, zające, sarny, jelenie, huczka, odyńce. Czas zimowy, a puszcza tętni nieprzerwanie bijącym śpiewem życia. Skute lodem pola otwierają mrozne wrota do pozornej pustki pełnej zmagań. Tu dzieją się opowieści. Leniwie snują niekończące przygody. Wreszcie tutaj, trwa po kres istnienie.

”Pamiętnik Wędrowca” – przykładowy fragment mojej książki.

____________________________________

🧝‍♀️ Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność 

🌎 Wspólne Wędrówki do których można dołączyć i ubogacić swoją wrażliwość w świadomym postrzeganiu lasu aktualne są cały rok. Ruszamy sami lub w 2-3 osoby. Gościnna kwatera noclegowa podejmuje podróżnych z daleka  Zapraszam po Twoją leśną przygodę.

Kontakt i zapisy:
🌳 czeremcha27@wp.pl

https://szeptykniei.wordpress.com/ksiezycowe-wedrowki/

🌼 Wsparcie moich prac:
https://szeptykniei.wordpress.com/pomoc/

_____________________________________

PełniaiDzik

Leśne błogosławieństwo życia. Szczodre dary jesieni i Rykowisko Wędrowców

Zostałem tatą…  Chrzestnym znaczy. Leśnym. ‘’Jak do tego doszło nie wiem…’’ Spróbuję opowiedzieć. Zacząć. Kiedy myślę sobie, że ze zdarzeń wędrownych i historii życiowych nic już mnie nie zaskoczy, dzwoni do mnie Gabi. Nie znamy się jeszcze – chce przyjechać na wyprawę jesienną z przyjaciółką. W wesołej rozmowie wtrąca mi, że od niedawna wie, iż jest w ciąży no i wiecie, aby wędrówka nie była tak forsowną. Ja w radość… Na tą wieść. Ucieszył się, jakby było moje własne  Mówię sobie potem, ‘’No co Ty Sebcio, głupi’’? Jeszcze nie wiedziałem wtedy, że to Uśmiech Duszy był, wobec nowego zdania…

Widzimy się już na drugi dzień, w kwaterze. W trójkę błyskawicznie oswajamy, omawiamy trasę i plan na jutrzejszy Dzień Wędrowny. Stanęło na tym, że pół dnia u Drzew Mocy, druga połowa na zbiorach plonów, a potem przerwa godzinna i noc na rykowisku. Dużo, śmiechów, żartów, Gabi mówi, że do Drzew ze swym małym żołędziem przyjechała, bo chłop ma być jak Dąb. I że mam Kobiecą Duszę. Czyta mnie jak księgę otwartą. To to ja wiem… I ‘’muszę z nią żyć’’ odpowiadam, dać się tej kobietce dzikiej się wyszaleć, wypisać, wypłakać, utańczyć, a i obdarzyć czułością wrażliwą mi najbliższych ukochanych. Wtedy ona jest szczęśliwa i działamy sobie jak stare dobre małżeństwo. Wtedy też synergią brzmi męskość. Jakiś przebłysk świta, po co ta wyprawa, i co mam zrobić jutro, już wiem. Gdy wszystko ustalone, powitane, wracam do siebie. A tam… dopada mnie znana już ‘’faza piśmienna’’. Proces twórczy. Piszę…i okazuje się, dla tego dziecka maluśkiego, tam w łonie. Bo to drugi miesiąc dopiero. Czy to przesłanie? A może modlitwa? Nie wiem. Wiedziałem tylko, że mam spisywać, chwyciłem kartkę i wyjątkowo długopisem. Wzruszenie płynie strugami… Mija wieczór, z kawałkiem nocy. Wiem, że to co się spisało mam przeczytać mamie przyszłej i dziecku. Ale gdzie? Myślę pierw o Dębie Radosławie i jakimś nietkniętym kawałku lasu.

TrreLife.jpg

Rankiem jesteśmy pod Krzesimirem. Jeszcze się waham. Pracuje już umysł. Myślę sobie, i jak to tak tutaj, wśród tych kłód pościnanych sosnowych ułożonych w stosy? Nie, pójdziemy gdzie indziej… Jak była cisza w lesie, tak zewsząd zlatują się sikory. Obsiadają cały dąb, są wszędzie. Jest i kowalik, dołączył dzięcioł. Nalot. I gdy jedna z sikorek przysiada na korze, tuż nad naszymi głowami ja nie mam wątpliwości. Trudno o większy znak. Krzesimir zaś grzmi:

– TAK, WŁAŚNIE TUTAJ! PRZY MNIE TO ZRÓB. KOŁOWRÓT ŻYCIA. CYKL I PEŁNIA.

Dawno nie słyszałem tak wyraznie, dosadnie jego głosu. Gabrysi wcześniej powiedziałem co się święcić dziś może, teraz za jej zgodą przykładam dłonie do powiększonego lekko brzuszka. Czuję się nieco jak kapłan, albo i ksiądz, gdybym to wiedział jak oni się czują… Zaczynam czytać na głos. On drży. Staram się brzmieć…Nie łatwo.

Błogosławię Twoje życie, 
Trzymaj mocno je w uchwycie,

Krocz przed siebie śmiało, godnie, 
Z jego nurtem płyń swobodnie

Niechaj ludzie Cię wspierają, 
Swym najlepszym obdarzają

Wierzby, dęby i jesiony, 
Dzisiaj biją Ci ukłony

Z szumem liści już witają, 
Swego gościa, pozdrawiają,

Puszcze, knieje, łąki, lasy! 
Niech przypomną Tobie czasy

Niech przemówią stare dzieje,

Liście, pnącza, i konary, 
U Twej głowy złożą dary,

Niech nic nigdy nie zagłuszy, 
Światła Twej potężnej Duszy,

Przyjmij pełnię, uśmiech życia, 
By prowadził przez odkrycia

Niech rozprasza mroki nocy, 
Blask Twej osobistej Mocy

Pochłoń szmery i szelesty, 
Czule przejaw swoje gesty,

Wobec roślin, zwierząt, istnień, 
I ukochaj sobą wszystkie,

Daję Ci esencję Kniei, 
Abyś nią mógł się podzielić,

Tutaj w drzewach zakorzenię, 
Żebyś powiódł nowe plemię

W serce Twoje dar swój składam, 
Wieszczę, tulę, przepowiadam,

Drzew energia niech okryje, 
Tu gdzie tętno świata bije,

Przyjmij

Słyszysz pomruk ten, maleńki?
– Tak odzywa się Dąb Wielki,

Miłość poprowadzi kroki, 
Ciepło przyjmie świat szeroki

Witaj

Gdy czytam, wiatr psoty wywija w gałęziach, a Drzewo reaguje całym sobą. Udaje mi się jakoś dobrnąć do końca. Oboje spłakani. Dusza i Dąb, co wyście wymyślili? Najpierw przesłania wieszczone na żywo, teraz tak? I wiem, że dziś mam czytać ‘’brzuszkowi’’ wszystkie słowa spisane w przesłaniach, które uruchamiają energie drzewne. Prosi wierzba, jesion, dąb i brzozy. Mam jemu przekazać tą esencję. Ohhh… to był dłuuugi Dzień Wędrowny… Dalej maszerowaliśmy już na skrzydłach Babiego Lata, z gestem szczodrej jesieni, który obfitością odmierzał echo naszych kroków.

Dzika róża, bez i głogi

Maszerując niespiesznie po jesionowym szlaku podarunki jesieni zbieramy. Dziś Wędrowny Dzień plonów. Dzika róża, głogi, bzu ostatki i tarniny szczodre. Ciekawski rudzik przygląda się ludziom, pomponem pomarańczy migota. Cisza w dostatku się kłania. Czerwień spogląda zewsząd w rumieni.Na dystansie około trzech kilometrów dojrzałe krzewy rozpościerają przystrojone konary, jakby zawołać chciały; masz, wez, częstuj się! Wystarczy dla wszystkich. Medytacja więzi łagodnej, z tym co najwłaściwsze człowiekowi od wieków. Sikory psocą po chaszczach. Lis słoneczny drepta na miedzy. A zdrowie ląduje w torbach lnianych, herbatę krzepy zaparzę na całą zimę. Z kukurydzy wybiegają dwa jelenie – te wypłoszył szum warczącej nisko motolotni, która pojawiła się znikąd…ehh…

P90921-164754

P90921-165448

Bo jesienią jeszcze innego charakteru nabierają wędrówki. Czas dojrzewania wyścieła niebo i ziemię puchem wszechobecnego dostatku. Samo zdrowie, z pracy żywiołów powstałe. Chodzcie do lasu! Dla każdego wystarczy. Drzewa i krzewy wyciągają zewsząd konary, w garście czerwieni ustrojone. Dłonie pełne darów. Co komu potrzeba. Żołędzie na kawę leśną, czy kasztany pochłaniające sploty negatywnych energii. Ziół ostatki z wrotyczu paciorków. Tym nacieramy ubrania przeciw kleszczom. Kiście bzu czarnego, wiechy koralikami przystrojone. Jabłuszka jeszcze na październik czekające, jarzębiny aż bordowe. I pomyśleć, że to wszystko ‘marnuje’ się tonami co roku. Człowiek zapomniał.

P90921-134029

Prowadzę przez sosnowy młodnik, jeden z moich ulubionych zakątków ptasich. Zawsze można tu spotkać wszystkie gatunki sikorek i raniuszki. Kraina zieleni igieł, szorstkich w dotyku jak szczotka. We mchu pobłyskują brązowe łepki kasztanów…

Kasztanów…?

Śliskie, a chłodne w dotyku… wyglądają na świat… pierwsze tutaj maślaczki. Ojej, są wszędzie! W tym momencie tracę wolę i przewodnictwo, gdy goście w uciesze przypadają do ziemi, zbierając w uśmiechach garście leśnego smaku. I jeszcze, i jeszcze! Szczęście przyfrunęło na pajęczynach babiego lata. Odzywa się w człowieku jakiś pierwotny, choć łagodny atawizm pradawnego zbieracza. Dalej nie pójdziemy. Pora na grzybową przerwę. Rozmyślania już lubują się w smakach, sos będzie, suszone, a może przysmażone z cebulką? Mało co podnoszę, korzystając z daru uważności wskazuję kolejne miejsca, gdzie widać kapelusze. Oj, grzybów to ja się w życiu nazbierał… Od małego. Jak wściekły niegdyś. Wyszumiało się to, i wrócić nie chce. Zapachy tańczą w balecie, a w rozmyślaniach i rozmowach płyną wieści o roli grzybni w lesie, jej powiązaniach z drzewami, i bogatych a jakże przez lata wypartych właściwościach tych darów. Płynie gawęda swobodna, przesycona aromatem młodocianych sośnin. Przyglądamy się szacie roślinnej tego niezwykłego miejsca, tu oto srebrno matowa Szczotlicha Siwa, jedna z najodporniejszych traw, wokół kocanki złote, już witające się przekwitem ze światem. Każda wyprawa ziarno wiedzy jakiejś zostawia, do samodzielnego już wzrostu w poznaniu. Widzę i grzybki maślane w gęstwie na buchtowisku, do tych puszczam oko i zostawiam pominięte – będą dla dzików, które chodzą tędy nocą z bagna na pola.

P90921-133530

Postój robimy…w rowku, pod prastarymi wierzbami. Są kanapki, i ziołowe herbaty w termosach. Struga szeleści pluskiem, przenosząc umysł w krainy ostępów relaksu i ukojenia w zatraceniu. Częstotliwość 432Hz. Działają i wierzby. Te otulają nas dotykiem łagodności. Specjalistki od uśmierzania bólu. Bagienne Babuszki. Ogrzewa nas słońce, zagłębienie chroni od wiatru. Opowiadam o bobrach tutejszych, o tym jak siedziałem w ramionach jednego z drzew, a pode mną w srebrze księżyca przepływali bobrowi pracownicy. Trudno oddać w słowach takie widoki. Dostojna jabłoń kołysze się nieopodal w naręczach zielonych kłębków swoich owoców. Omiatają nas stada ptasie, przeczesujące falami wszystkie możliwe zakamarki. Jest kowalik, raniuszki, sikory i dzięcioł. Zobaczcie, mówię. Oto one są sekretem tej jabłoni. Bo jak to możliwe, że sama jedna, nie przycinana, nie pryskana, nigdy nie ”pielęgnowana” a rodzi takie kosze bogactwa? Ptasi owadobójcy wydobywają zewsząd wszystko, co mogłoby jej zaszkodzić. Prawię o dzikach, dziuplach i skrzatach… Jesteśmy w klimacie. Szara struga pluszcze opowieścią, wierzby szemrają gawędą, trzciny kołyszą się niemo… A ja pytam moich gości…Bo przecież siedzimy tutaj w scenerii, dokładnie takiej jaką opisałem rok temu w historii.

Czy byłeś kiedyś nocą nad bagnem, w krainie szuwarów i mokradeł z dawna zapomnianych?

Siedziałeś może w kręgu Wierzbowych Wiedźm, słuchając o czym szemra wiatr w koronach próchniejących czarownic? Możesz tu szukać wszystkiego, lecz jednej rzeczy nie znajdziesz nigdy. Ciszy.

Ta umyka żwawo z królestwa moczarów, poganiana szelestami gwarzących trzcin. Nie ma ochoty tu mieszkać. W odległych gawędach ludu, nieposkromione bagna i ostoja dzikości złą sławą się zapisały, skrywając swe sekrety przed śmiałkami odkrywców mglistych tajemnic. Podania mówiły o topielicach, strzygach, zjawach wołających wędrowca ku czeluściom topieli, zaś w wierzbie miał zamieszkać sam Diabeł Rokita, błyskający ogarkami cudacznych lampionów, strasząc w obronie swych niedostępnych pieleszy. Sprawcami tych legend stały się głównie zwierzęta, w tak skrytych zakamarkach znajdujące swe ostoje. Niewidoczne, bezpieczne. Ale nie ciche. Kto lękliwy, odnajdzie tu sumę wszystkich swoich strachów. Pogodny i uważny, cudów zachwyt i wieczny urok. Można też duchom bagien zadać pytania, i posłuchać odpowiedzi…

Tu dzik szlak błotnisty przemierza, w pełni się czując bezpieczny, 
Jeleń do kąpieli też zmierza, odwieczny zwiedzając matecznik.

Głucho dudni bąk w mroku, ptasi duch trzcinowiska, 
Wierzba w szelestach swych kroków, tam diabeł ogarem błyska.

Szpacy zapadają z łoskotem, oddając się w senne mary, 
Czapla ochryple łopoce, skrzydlate wzywając już czary.

Żurawie trąbią ku słońcu, zachodu zwiastując wieszcze
Nadzieję mają, że w końcu, cisza zagości tu jeszcze.

Gęsi paplają z trwogą, gwarem wypełniając pielesze, 
Nadziwić się temu nie mogą, lis zaś się skrada w uciesze.

Bóbr w pluskach chroboce srogo, świat swój budując misterny
Podąży zawsze swą drogą, żywiołu posłaniec wierny.

Wydra śwista z uśmiechem, rybom na utrapienie
Topieli stając się echem, cieszy się swoim spełnieniem.

Łabędzi rycerz na toni, czułość okazuje partnerce
Kogo potrzeba przegoni, i pragną się jeszcze więcej.

Olchy w czas wichur zawodzą, bujając wśród połamańców,
Najlepiej tu sobie powodzą, kołysząc w rytm swoich tańców.

Szuwary z pomrukiem gaworzą, 
Gdy locha prowadzi swe plemię

Nigdy do snu się nie łożą…
Mgieł zjawa w oparach drzemie.

P90921-152140

IMG_20190921_150922

Opowiadam wzruszony, bo i słowa kieruję do łona, gdzie zamieszkało towarzyszące nam dziś maleństwo. Bo przecież jest nas czwórka. Wspaniała dusza wybrała sobie przyjście na świat z inicjacją leśną, chcę by pochłonęła jak najwięcej dobrego o tym zielonym świecie. Gabi zasypia…ukołysana wierzbowym szumem, pluskiem strumienia, i chyba moją opowieścią. Nie przeszkadzamy jej.

Rykowisko Wędrowców. Jesienny oddech Leśnej Mocy 

Po półtoragodzinnej przerwie, czas nam ruszać. Zwykle Dzień Wędrowny kończymy wraz z zachodem słońca, który podziwiamy gdzieś w przyrodzie. Gdy nastaną ciemności udajemy się na wypoczynek do kwatery, niedługi. Coś zjeść, zmienić ekwipunek, przebrać na noc i już gotowi. W oddali nad lasem wisi pomarańczowo – złocista połówka wschodzącego księżyca. Ona woła pod swoją opiekę. Już dawno po pełni. Nocka zapowiada się idealna, bezwietrzna, chłodna i księżycowa. Byki lubią się wtedy odzywać. Wdrapujemy się na ogromny stóg słomianych balotów, którego lokalizację trudno by sobie lepiej wymarzyć. Jednocześnie blisko szosy, można podjechać. Stąd widok na pola rozległe, rzepak z burakiem, gdzie ciągną zwierzęta. W horyzoncie czarna ściana lasu, i tu właśnie słychać dobrze wszystko, co się w nim dzieje. Każdego jelenia, który się odezwie.

Ubieramy się puchato. Czatownicy zasiadają na czuwanie. Czatownik – uwielbiam to określenie. Ten który czatuje, czuwa, zasadza się, czeka, obserwuje. Niewidoczny, nieuchwytny, skryty. Nic nie ujdzie jego uwagi. Jego intencją i pragnieniem jest jak najmniej przeszkadzać buszującym zwierzętom, dlatego wytrwale pozostaje godziny w bezruchu. Jest tu po to, aby nasycić swoja duszę pobytem w przyrodzie, ucieszyć wszystkimi dzwiękami i zdarzeniami, jakie minąć go mogą, gdy siedzi stapiając się w głaz… Podejrzeć cząstki leśnych tajemnic i nie zakłócać.

Mija 10 minut, 15, 20… w kryształowej ciszy. Trochę jakby ‘’zaczynam się niepokoić’’. Stąd powinno być słychać, już pora. I choć każdy wie, że w przyrodzie nie powinno się niczego oczekiwać, że nie można w zasadzie ‘’obiecać zwierząt’’, to zawsze chcę aby cokolwiek się wydarzyło. Gosia przyjechała z Katowic specjalnie, żeby te byki u boku Szeptów Kniei usłyszeć. Cisza gości się na dobre, a wiercenie mej towarzyszki mówi mi, że próbuje zaprzyjaźnić się z nią Pan Ziąb. I ja wiem o jego obecności, jednak zacząłbym pewnie zwracać nań uwagę po dwóch godzinach. Gdy ma się do czynienia z tym na co dzień, nie zwracasz uwagi na zimno, przyjmując jej jako coś normalnego, że troszkę tam dokucza. Wiem, że miejsce ma potencjał, a zwierząt jest tu mnóstwo. Może by tak.. je zawołać? W duszy rzecz jasna. Już nie raz tak robiłem i zdarzenia działy się piękne. Rozszerzam się. Wnikam świadomością w zakamarki gąszczy, przepatruję, wywołuję, rymuję…

Czatownicy już czekają, 
Z ciekawością spoglądają,

Czujnie dzwięków nasłuchują, 
Coraz większy ziąb też czują,

Hej jelenie, sarny, lisy! 
Księżyc świeci blado łysy

Opowieści przędą nowe 
Ukaż nam się życie płowe,

Sowa, borsuk, jenot, dziki! 
Niechaj zabrzmią tęgie ryki,

Pokaż skrawek tajemnicy 
Byśmy mogli się nasycić…

Ledwo kończę ‘’rymowane wygłupy’’ w myślach, przestrzeń jakby się uruchamia. Rozbrzmiewa piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Kuwika sobie w sosnach. Za kilka minut zaczynają chrypieć kozły sarnie. Gosia rozgląda się, zasłuchana, oczarowana. Jej białą twarz posrebrza księżyc. Ja się cieszę. Nad nami kaskady gwiazd, słabnące w blasku górującej złotej latarni.

70893839_2558974011045155_1606539530750394368_n

I jest! Pierwszy jeleń. Nadaje z głębi bagna. Ryczy mocarnie, kończąc frazę ochrypłym warczeniem. Ale z daleka. Wiem, że tam dalej muszą odzywać się inne, których stąd nie słyszymy. Odgłos raz jest bliższy, to dalszy. Bije tętno samczej mocy. I gdy tak słuchamy, wielki cień nadlatuje z pola, przepływając bezgłośnie nad naszymi głowami. Milcząco wachlujące skrzydła. To jakaś sowa! Choć odzywały się puszczyki, po wielkości obstawiam płomykówkę. Gosia zdziwiona, a ja wiem, że one tak zawsze podlatują obadać kto siedzi. Ryk mocnieje i przybliża. Teraz wpada nam wyraznie w uszy. Jest i inny. Jelenie podeszły. Krótka narada, i decydujemy się zejść ich posłuchać jeszcze bliżej. Można to zrobić nie przeszkadzając. One teraz i tak niemal nie zwracają uwagi na ludzi. Tam w dole jest łąka z łanem kukurydzy za plecami, można stać za parawanem mgieł i słuchać z bliska. Mlecznie języki rozlewają się smugami po polach, tworząc powłóczyste zasłony chłodnego jedwabiu. Przenikamy przez nie. W nich właśnie chyba mieszka ziąb. Stoimy, nasłuchujemy i chłoniemy. Gosza podskakuje mi na każdy bliższy ryk i szelest. Bardzo chciała iść, a teraz chyba trochę się boi. Tłumaczę cierpliwie półgłosem – co tu się dzieje. O ich zwyczajach. Gąszcze zaczynają szamotać z furią, któryś z byków przedziera się do rywala. Łoskot, dudnienie, łamanie krzaków. Chyba się zwarły… Byk jest zainteresowany tylko drugim bykiem, nie szuka ludzi i nie zwraca na nich zbytnio uwagi. Trzeba tylko uważać podczas hałasowania w lesie, bo jeleń biorąc za konkuretna możne podejść i w amoku zaszarżować. Zaślepiają je hormony. Tu mamy kilka kroków za plecami starą, a mocną zwyżkę myśliwską, na którą w razie co można się wdrapać. Jest bezpiecznie. Wabimy. Podkręcamy atmosferę, rozgrzewamy nastroje. Okazuje się, że jeleni było tu więcej. Chodzą i szeleszczą gromko. Jeden mruczy nisko, całkiem blisko w kukurydzy. Pobrzmiewa w nim grozba. Koncert pochłania nas niepamięcią. Nie rejestrujemy już zimna. Mgły rozpościeraja się woalem, kryjąc może wielgachne sylwetki byków mruczących w głębi łąki. Czuję się jak w świątyni, promienieję szczęściem. Nikogo tu poza nami. Wezwanie dzikości. Pradawne tętno leśnej mocy. Nie śmiemy już mącić, szargać. Dziś panują tu Płowi Królowie. Wygrażają, rzucają wyzwania, ogłaszają mglistemu światu ogień swojej potęgi. JAM JEST. TUTAJ. I nic innego się nie liczy… MISTERIUM. To najwłaściwsze słowo.

Gosza mówi, że nawet przestała się bać. I też zapomniała o zimnie. Nastąpiło zestrojenie z przestrzenią. Każdy ryk osadza nas w miejscu, choć chcielibyśmy już wracać tkwimy zasłuchani. Ciało przyjmuje fale informacji o potędze odwagi, Miłości i osobistej mocy. Dusze zatracają się w leśnej opowieści. Jelenie, kozły, puszczyki, płomykówka, mgły. Dziś gość mój czuje całą swą istotą sedno spisywanych na Szeptach Kniei opowieści. Już wie, jak to jest.

Wracając, przystajemy co kilka chwil. Ciężko się oderwać. Każdy zew rozbudza tęsknotę niewiadomą wstrzymując kroki, chciałoby się zostać aż do świtu.

IMG_20190921_113621

________________________________________________________
________________________________________________________

Wędrówka miała swój czas w ramach naszych trwających warsztatów z Drzewami Mocy i spotkań z dzikością, w esencji brzmienia pierwotnej Natury. Ją staramy się poczuć i odnalezć, zgłębiając przesłania mistycznej strony świata. Jeśli i Ty czujesz w sobie pęd do podobnej wyprawy, pisz i pytaj o swój termin. Te spotkania są dla Ciebie. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną historię. Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl   lub   FACEBOOK 

Do zobaczenia w lesie 🙂

 

Tęsknota jesieni. Pieśń Duszy Wędrowca

Jesiennym szmerem otulam się liści, 
Chochoły w stogach drzemiące, uśmiechem pozdrawiam,

Tańczę w paprociach zeschłych, z duchem bosym Ziemi 
Czasem pogrzebię trochę w starociach…

To znów cały zatopię w Czerwieni, 
Podnoszę dłonie i chwytam szelesty,

A z aury złocistej snów wianki zaplatam, 
W krainie tajemnic ku nieznanemu wędruję

Wiatr coraz dalej i dalej pogania, 
Wcale zmęczenia żadnego nie czuję,

W kolorach brzasku przeglądam się z rana, 
Marzenia dzikie snują się przy mnie,

Druhowie czuli, towarzysz błogi 
Będą szybować na piórkach zwinnie

Do najpiękniejszej, prowadząc drogi

Mirabelki krasne po owocach całuję, 
Dziękuję, że obrodziły tu z dojrzałością

Obfitości oddech w powietrzu paruje 
Wielu obdarzą, swą słodką sytością

Na mchu zielonym w wilgoci spoczywam, śpiewam do ptaków na pożegnanie
Niech im życie najlepszym ozłoci, podziwiam ostatni skrzydlaty taniec

Szeptem zawołam grzyby, prąd aromatu w kapeluszy chaosie 
Prastarym echem ziemi są żywi, pachną aż kręci w nosie

Kawę z żołędzi na ogniu zaparzam
Sikorze siostry spoglądają ciekawie

Dąb o zaufaniu mi ciągle powtarza
I tak jesteśmy tu razem, przy kawie

Brzozy wciąż figle płatają mi nowe, 
Kiedy zasiadam, na długie czuwanie

Podglądają mnie sarny płowe,
Najbardziej cicho, staram się dla nich

Być

Z puszczykami mgieł duchy poławiam, 
Zjaw dymiących, wolnych i dzikich

Zapomnianych Bogów Imiona wymawiam 
W wierzbach migoczą już chwiejne ogniki,

Głowę utulam w ogonie lisim, 
Rudy przyjaciel, odwiedził i usiadł

Rozmawiamy o harcach mysich
Mówi że zrobił, co czynić musiał

Spogląda ufnie zielonymi ślepiami, 
Wie już, że z druhem jest tu bezpieczny

Często siedzimy sobie tu sami 
I tak mija spełniony, czas ten bajeczny

O świcie zanurzam się cały w strumieniu,
Badam ścieżki i tropy – wodopój

Ciało pogrąża się ukojeniu 
Chłodny a błogi, ogarnia mnie spokój

Dębowie pomrukują z daleka, znowu do siebie, po coś wzywają 
Szemrze tam z pluskiem pobliska rzeka, żywioły dziś przemawiają

A ja bez większych planów, kasztanów uzbieram kosze 
Zaniosę jeleniom na czas ich święta, częstujcie się bracia proszę

I dzików przebudzenia posłucham, jak trzeszczą szuwary łamane
Ucieszę tym swego ducha, odgłosy to ukochane

W deszczu i słocie nurkuję ze szczęściem,
Pomoczę kurtkę, ubłocę kalosze

Niczego chyba nie trzeba mi więcej, 
Wieści coraz to nowe przynoszę

Wicher zimny pędzi przez pola, czapkę pożyczyć chce do wędrówki 
On już do siebie pieśnią mnie woła, i na nic tu żadne wymówki

Trznadlom i wróblom do snu nucę wieczorem, te się zlatują igrając skrzydłami
W kolczastej kryjówce tam mają osłonę, do zmierzchu zostanę tu razem z Wami

Na miedzy siadam u głogów rumianych, gdzieś w tarninowym zakątku ciemności 
Pośród chrobotów, szelestów słomianych, pogrążam się w swojej Dzikości

37927-1920x1200

250961

35160wide

les-osen-stvoly-listva-derevia-vetki-polumrak-svet-luchi-sol

Sierpień 2019

Foto: Wallpapers

The Leaf Charmer

Wakacyjne opowieści. Powitanie lata w szkole.

Bywa, że prosto spod księżyca, z krain zalanych srebrzystą poświatą pól, łąk i lasów, trafiam do szkół i przedszkoli, aby opowiedzieć o swoich kolejnych przygodach. Tak też zdarzyło się tym razem. Buszowałem akurat w najpiękniejszych zakątkach swojej okolicy, celebrując przybierającą już księżycową pełnię, obserwując jelenie, sarny i borsuki, kiedy odezwała się do mnie Ela BUczyńska, utalentowana malarka i dekoratorka mieszkań z Galeria Pozytywna – Piękne obrazy i wnętrza, Elżbieta Buczyńska. Z pytaniem, czy nie odwiedziłbym dzieci z opowieścią w szkole, do której uczęszcza jej córka. Powiem Wam, że w pierwszej chwili nie do końca mi to ‘’pasowało’’ no bo tu księżyc, widoki, mgły, zwierzęta, żal wyrywać się z takiego świata! Ale pojechałem, i jak się okazało, nie żałowałem ani trochę. Mazurska natura ugościła mnie spełnieniem wielu przyrodniczych marzeń, o których nawet już, gdzieś tam zapomniałem, że je posiadam. Pomyślałem też, że początek wakacji i końcówka roku szkolnego, to świetny czas, by o wielu ważnych sprawach opowiedzieć. Za chwilę dzieci ruszą na kolonie, wycieczki, wczasy, może pod namioty i w lasy, a tam na pewno spotkają się z różnymi sytuacjami wkraczając w dojrzewającą lęgowo i rozrodczo przestrzeń zwierząt. Inne będą buszowały po swoich ogrodach i na działkach. Szybko więc ubogaciłem i przystosowałem swoją prezentację o bardziej aktualne na sezon treści. Do szkoły pojechaliśmy rankiem…

64549481_466138347522552_8659450699270062080_n

Tu już wakacyjne pustki. Trochę problemów z zainstalowaniem sprzętu. Więcej niż zwykle. Okazało się, że nie mój laptop nie posiada jakiegoś tam odpowiedniego wejścia, aby połączyć go z tablicą multimedialną. Opcja zastępcza, puścić z drugiego laptopa, ale wtedy nie będzie dzwięku. Improwizacja! Wpadam ostatecznie na taki pomysł – z jednego komputera puszczam prezentację dzięki czemu mamy obraz, a Ela z drugiego klika to samo, i mamy jednocześnie głos.Jakoś udaje się to zgrać.

Pora trafia trochę nie najlepsza. Dzieci są już myślami w domach, bo przecież ostatnia lekcja w tym roku szkolnym. Mimo to, udaje się rozbudzić zainteresowanie. Ale nie to jest aż tak ważne. Zauważyłem jedną ciekawą rzecz. Zawsze, podczas spotkań z ludzmi trafiają się 1-3 osoby, co do których mam wrażenie, że jestem tam specjalnie dla nich. Że tylko do nich przyjechałem. Nie umiem tego wyjaśnić. Tak zdarzyło się podczas Owocowego Festiwalu. Pamiętam jednego pana, który po występie podszedł do mnie i powiedział ‘’Nie wiedziałem po co tu jadę, czułem że muszę. Teraz wiem, że miałem przyjechać do Ciebie’’.
Jedna z dziewczynek zadaje mnóstwo pytań, widać, że bardzo się interesuje wszystkim. Inny chłopak pyta, kiedy znów przyjadę. I wiem, że dla nich głównie tu dziś jestem. Trochę jakby się ‘’spowiadam’’ w tych opowieściach. Dlaczego kiedyś nie przepadałem szczególnie za sarnami? Mówię o swoich ‘’wędrownych zasadach’’ pierwszeństwa dla zwierząt. A z sarnami było tak, że były i trafiają się wszędzie. I często. Nie chcąc im przeszkadzać, musiałem albo czekać w bezruchu, lub mocno nadkładać drogi. Uważałem, że te płochliwe zwierzęta nic ciekawego pokazać nie mogą. Przeczytałem przecież na ich temat wszystko, co można było. Aż pewnego dnia…

64305385_374690860065959_2708286212262592512_n

Byłem świadkiem takiej sceny. Do polnego zagajnika z dwóch stron, zmierzają właśnie sarny. Była to wczesna jesień. Zwierzęta zbliżając się do kępy zadrzewienia, już z daleka się słyszą. Kiedy z szelestem pokonują pas krzaków i trzcin, wreszcie stają naprzeciw siebie. Tu dzieje się… Coś. Co raz na zawsze zmieniło moje podejście do płowych wędrowców. Dwie grupki, z których na przód wychodzą kozioł i koza. Zbliżają się do siebie. Już, już, są ‘’łeb w łeb’’. Chwila wzajemnego wąchania. Ale mam wrażenie, że dobrze się rozpoznają. Wtedy on… Liże jej szyję i przy uchu. Po pyszczku. Ocierają się szyjami, jak dawni przyjaciele, którzy spotkali się po jakimś czasie rozłąki. Zupełnie jak przytulający się na powitanie ludzie! Widzę, jak bardzo oboje się cieszą. Za chwilę krótka gonitwa i kilka bryków w suchej trawie. Radość! Po czym zaczynają wspólnie jeść zielone, razem z resztą stadka. Od tamtej pory zacząłem poświęcać sarnom więcej cichej uwagi, odkrywając jeszcze ciekawsze zachowania. Nie mam wątpliwości, że zwierzęta znają się wzajemnie i potrafią okazywać sobie czułość. Tęsknią, a nawet zakochują się. Są tak podobne do nas…

Odgłosy z kniei, puszczy, pól i łąk. Ptaki i zwierzęta. Przesłuchujemy wiele. Piskliwe zawołania czajek i ”czyrkania” kuropatwy. Dlaczego te niegdyś pospolite ptaki zagrzebują się w śniegu? Zimowe wycia lisów. Pohukiwanie dudka. Przy każdym zwierzęciu jakieś ciekawostki. Czym żywi się piękny dudek i dlaczego lepiej nie próbować szukać jego gniazdka? Wesoło biegająca pliszka siwa – aż taki z niej wyrafinowany i skuteczny łowca owadów? Jakie sztuczki dla własnej obrony stosuje zaskroniec? Kunszt kojącego śpiewu słowika zasiewa ciszę. Wrzaski żurawi nad rozlewiskiem – ożywienie. Co to tak trąbi? Jak najlepiej i gdzie je obserwować? Jakich zasad przestrzegać, by zwierzętom nie przeszkadzać? Dziś kładę nacisk na inne rzeczy. Dlaczego nie należy dotykać i zabierać młodej sarenki, a tylko jak najszybciej się oddalić? Jaką krzywdę zrobiliśmy zwierzętom, gdyby zabrać je ‘’na wychowanie’’? Bo przecież tylko wygląda na porzuconą, a matka jest gdzieś w okolicy i odwiedza ją kilka razy dziennie aby nakarmić, w pierwszych dniach życia. Wkrótce będą przemieszczać się razem. Co to są podloty? Jak ptasi rodzice opiekują się młodymi, które opuszczają gniazdo, nie umiejąc jeszcze w pełni latać? Dlaczego takich ptaków nie wolno zabierać ani ‘’ratować’’? A kiedy pomagać się powinno? Skupiamy się też na specyficznych enklawach natury, jakimi są ogrody, w których też można przecież pomóc różnym zwierzętom na wiele sposobów. Tym samym pomóc sobie, przyrodzie i mieć bardziej kolorowy, brzęczący i ciekawy ogródek. Tak zwane Hotele dla Owadów i ich mieszkańcy rozbudzają zainteresowanie. Czy skorek zwany potocznie szczypawicą może być grozny? Jak zbudować taki domek? Jakich materiałów użyć, aby zapewnić bezpieczne zimowisko konkretnym gatunkom owadów? Komu pomagamy? Kto to jest Złotook? Co będzie najlepsze dla biedronek? W jakich materiałach najlepiej zadomowią się miniaturowe, ‘’udające osę’’ kolibry, czyli bzygi? A gdzie dobrze poczują się pszczoły samotnice i trzmiele? Dlaczego warto pomagać nietoperzom, i zawieszać dla nich budki? Jak one polują, i postrzegają swoje ofiary? Czy prawdziwą jest bzdura, że wplątują się we włosy? Tu mówię, dlaczego tak lubię podczas wędrówek czy czuwania, kiedy nietoperze fruwają wokół mojej głowy. I ile komarów potrafią złowić w ciągu nocy. Jak to możliwe, że włochata ćma ‘’słyszy’’ polującego nietoperza, i jakie stosuje strategie obronne? Upały dają się we znaki nie tylko nam, ssakom i ptakom. Pokazuję jak w bardzo prosty sposób zrobić w ogrodzie poidło dla pszczół, z dowolnej miski i garści keramzytu.

Potem przychodzi czas na moje ulubione bobry. Opowiadam o ich rubasznych zachowaniach, jakie udało mi się podpatrzeć. Ich urok to jedno, lecz ciekawsze jak ten niezwykły architekt pomaga nam oszczędzać wodę i chroni przed skutkami zmian klimatu? Dlaczego nie wolno niszczyć ich tam, które działają jak naturalny filtr? Jak bobry chronią różnorodność biologiczną i pomagają znacznie rzadszym gatunkom zwierząt? Jak ich obecność sprzyja nam wszystkim, a przede wszystkim rolnictwu? Mam mnóstwo zdjęć ze swych okolic, dokumentujących pozytywne działania bobra, które pokazuję.

64988120_471964730217304_4621916729310707712_n
Gawęda o rykowisku jeleni wraz z ich mocarnymi odgłosami, które nagrałem, przenosi w świat pierwotnej puszczy, budzi wspomnienia i dreszcze.

Lisy i wilki. Niespodziana dyskusja o drapieżnikach robi się ciekawa. Wspólnie, po kolei obalamy wiele mitów na temat tych pożytecznych i potrzebnych w naturze zwierząt. Z pomocą przychodzi nauka i jej dane. Bo przecież lis żywi się w głównej mierze gryzoniami. Jest to przewaga w jego diecie, szacowana, zależnie od okresu i dostępności na 70 do 90 kilku %, z wszystkiego pokarmu jaki chwyta. Ciężko oszacować, o ile taka lisia rodzina mieszkająca w stogu, zwiększa rolnikowi wydajność plonów w okolicy. Bo przecież gdyby nie one – dojrzewającym ziarnem zajmą się chętnie myszy i norniki. Zjada też duże ilości padliny oczyszczając lasy i pola, chroniąc nas przed potencjalnymi epidemiami. Złodziej kur? A wilk, który pochwyci owcę z pastwiska? Staram się wyjaśnić motywy działania drapieżników. Jak to jest w świecie przyrody, gdzie od każdego dnia, gdy jesteś wilkiem czy lisem zależy Twoje przetrwanie. A każde zwierzę, gdy tylko może oszczędza siły i zdobywa pożywienie w jak najprostszy sposób. Nie jest świadome, że to czyjaś własność. Posługuję się wtedy takim przykładem. Wyobraz sobie, że idziesz, wędrujesz po lasach, głodny, już nieco zmęczony, niepewny jutra. Nagle – cud. Przed Tobą na ścieżce wyrasta ciepły, parujący, ulubiony posiłek. Pytanie, co robisz jeśli wiesz, że i jutro możesz niczego nie znaleźć – zastanawiasz się czyje to i czy wolno, czy korzystasz z okazji i zjadasz? I wiadomym staje się, że wilk nie czyha na nas ani nasz dobytek – w końcu od blisko 100 lat w europie nie zanotowano przypadku ataku tego zwierzęcia na człowieka. Ma zakodowany paniczny strach przed nami. Wspominam jak to było, kiedy spotkałem je w Kampinosie. Wracam też opowieścią do sprytnego hodowcy drobiu z moich okolic, który za jednym pomysłem rozwiązał problem lisów i jastrzębi łaszących się na jego kury. Postawił drewniany kurnik. Wokół niego, rozpostarł na metalowych prętach jakąś zieloną, gęstą siatkę. W ten sposób jastrząb przestał stanowić problem. Ale co z lisem, który nadal mógł się podkopać? To rozwiązało się jeszcze prościej. Razem z kurkami w tym ogrodzeniu zamieszkał na dzień wiejski piesek, który ptakom nic złego nie robił. A lisa gnał. Pies miał tu sporo przestrzeni dla siebie. Po jednej próbie lis nie odważył się więcej podchodów, wiedząc że stadko cały czas jest pilnowane pod opieką czujnego psa. A człowiek po raz wtóry pokazał, że w pełni zasługuje na miano którym tak ochoczo się tytułuje – Istota Rozumna. I przy odrobinie użycia tych zasobów umysłu, oraz chęci można pokojowo rozwiązać wiele człowieka z przyrodą ‘’spraw spornych’’.

Mazurskie łąki i jeziora przywitały mnie już pierwszego dnia leśną obfitością. Tym więcej jest co opowiadać. Bo przecież to wszystko dzieje się tuż na tyłach domostw moich małych słuchaczy. Ślady łosia na piasku i derkacze skrzypiące w trawach. Jelenie wychodzące na wilgotne łąki. Wystarczy usiąść wieczorem wygodnie na snopku siana… Latające, pocieszne słonki ze swym tajemniczym ‘’chrumkaniem’’. Guniaki czerwczyki, sezonowe chrząszcze brzęczące złowrogo niczym szerszenie. Kormorany i ryby w czystych jeziorach, które można obserwować godzinami. Pójdźki i Puszczyki urągające ciszy po nocach. Oglądamy kilka filmów, użyczonych mi na takie okazje przez znajomego Przyrodnika. Kąpiące się łosie i potyczki jeleni. Baraszkująca kuna. Ptaki pluskające się w sadzawkach. Daniel brykający wiosenną radością życia. Swobodny taniec żurawia, i rodzina dzików mażąca się w błocie. Sójka sadząca dęby. Zwierzęta dobierające się do kamery! Tu znów kolejne wspomnienia letnich i zimowych spotkań z łosiami, dzikami… o tych drugich szczególnie uwielbiam mówić. Bo nie sposób wyrazić jak mądre to zwierzęta, rodzinne i zmienne w charakterach. Swego czasu znałem poszczególne dziki w swojej okolicy, które rozróżniałem po kształcie ciała, zachowaniach i odgłosach. Po dwóch godzinach czas nam kończyć – wreszcie ruszyć i poznawać wszystko to, czego dowiedzieli się na prezentacji. Pożegnanie bardzo miło. Dzieci wręczają mi dyplom z podziękowaniem od nauczycieli i dyrekcji. Ktoś pyta, kiedy znów przyjadę. Jeden z chłopców tak bardzo się zaciekawił. A ja mam nadzieję, że ta ciekawość zakiełkuje i wyda owoce. Może któreś z nich poprosi rodziców o atlas lub przyrodniczą książkę. Może w którymś ogrodzie zawiśnie owadzie schronienie, lub pojawi się najprostsze poidło. A kolejny nieporadny napotkany podlot zostanie z rodzicami, ucząc się pełni ptasiego żywota na wolności.

🐼 Dziękuję bardzo za ten cudowny czas, moim małym cierpliwych słuchaczom, nauczycielom za okazaną pomoc techniczną i możliwość podzielenia się cząstką siebie  A jeśli macie ochotę, abym zajrzał i do Waszej szkoły, śmiało pytać można  Pod koniec września, po rykowisku będę już pełen wrażeń, opowieści i gotów 🐗

64694778_423770964875160_9036887915526881280_n

Dzieci wręczyły mi dyplom z podziękowaniem od nich, Dyrekcji i Nauczycieli. Wyjątkowa pamiątka, już wisi w moim pokoju 🙂

64904222_2443285705902341_3100117349986992128_n

Tajemnice Drzew. Duchowe dary lasu.

Siedzieliśmy pod Dębem już dłuższy czas, zatopieni w słuchaniu kniei, przeplatanym świadomymi rozmowami. On co i raz ‘’traktował’’ nas ciekawskimi owadami, które przysiadały i wędrowały po naszych ciałach, żadnej krzywdy nie robiąc. Zupełnie jakbyśmy stali się częścią otoczenia. Pamiętam, że Krzesimir bardzo chciał zapoznać się z Konradem. Choć nigdy nie planuję jakoś szczegółowo trasy, zawsze pytam 1-2 dni zanim przyjadą goście, miejsc i drzew – czy możemy do Was przyjść? Gdzie się udać? I choć jest to dla mnie wskazówką, w trakcie i tak okazuje się, że prowadzi coś jeszcze innego. Nie instynkt, nie intuicja – a mniej, lub bardziej ożywione w materii istoty leśnego środowiska. Dziś, jakże znów jest inaczej. Mężczyzni tulą drzewa. Rozmawiają o stłamszonej wrażliwości, jej okazywaniu, uczuciach, związkach, emocjach. Cieszą się nimi. Przypominają jak to jest – przeżywać i wyrażać wzruszenia, całkowicie zawierzyć odczuwaniu i sobie. My – myślący, analityczni, logiczni, sprawczy, twardzi, chłodni… Bo i tego przez dekady wymagało od nas społeczeństwo. Przyglądamy się temu – kim się staliśmy? A kim chcemy być? Jacy naprawdę jesteśmy? Czego potrzebujemy? Wracamy do osobistych przesłań, które spisałem dla Konrada, a z nimi do nowych wniosków. Pod drzewem rozmawia się lekko. Widzimy się po raz pierwszy w życiu, a panuje całkowita szczerość, z zaufaniem. Żadnych tajemnic, tabu, wstydu. Ja, a może i Dusza promienieje od środka, ciesząc się i widząc jak bardzo jest to potrzebne w rozwoju nam wszystkim. Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałbym, że nie pracuje z facetami. A tymczasem w ciągu miesiąca, przybył do mnie już trzeci. Pamiętam dzień, kiedy pojawiła się wewnętrzna zgoda i brak oporu. Wtedy zaczęli się odzywać, pytać o wspólne wędrówki. Otwierając się na tą przestrzeń, składam też i hołd sobie. Zawierzam nowym wymiarom akceptacji. I odkrywam kolejne pokłady swej zdawałoby się znanej, osobowości.

59852509_814757635559054_7604257773869596672_n

Mądry dąb czuwa obok. Słucha naszych rozmów. Przekazuje wiele. Długo gość mój nie może się od niego oderwać. Nie przeszkadzam w procesie, dając potrzebną ciszę, temu co się dzieje. Czas na słowo, będzie potem. Dębowe dary, to przede wszystkim informacja. Ale nie dla rozumu czy świadomości – w pierwszej kolejności dla Duszy. Coś jak pakiet ‘’pełni leśnego odczuwania’’.  On będzie aktywował się z czasem. Towarzysząca nam Maria, pyta mnie, co to za delikatne, choć potężne mruczenie rozlega się cały czas wokół? A więc słyszy i ona. W tak krótkim czasie. Brzmienie dębowej mowy…

W pewnym momencie uwagę naszą przykuwa powtarzający się szmer. Szurało od dłuższej chwili, jednak jakoś umknęło. Między drzewami harcują dwa młode zające. Gonią się bez pośpiechu, robiąc ‘’kółeczka’’ i uniki.  Dziwne, że są tak blisko. Przecież prawie cały czas półgłosem rozmawiamy, a słuch zajęczy należy do najbardziej doskonałych w świecie. Jednak nie przejmują się nami. Cały czas zajęte sobą. Delikatna gonitwa. Lekkość i prostota życia. Jest środek dnia, a one… Zamieramy w zachwycie, kiedy zwierzęta niespiesznie przebiegają tuż obok nas, robiąc parę metrów dalej kilka pięknych okrążeń na pełnym widoku, w pogoni za sobą. Takie są swobodne, radosne i piękne. Dzikie, a zaufane. Chwila święta, magiczna…wzruszona. Wiemy, że dzieje się coś bardzo ważnego. Dębowy podarunek dla naszej wyprawy. Las otworzył szczodrze wrota do swych skarbów. Wiedzieliśmy to od początku – mimo że była sposobność, nikt nie pomyślał aby chwycić za smartfon i nagrywać. Czuliśmy moc chwili, którą każdy chciał przeżyć bez rozpraszania. Przemknęły obok nas, jakbyśmy nie istnieli. To są właśnie cuda. I tylko ciszy trzeba, by zechciały obok nas się pojawić. Coś takiego zdarzało mi się już pod Krzesimirem, gdy byłem sam i głównie o świcie. On jakby przywdziewał na nas ‘’płaszcz niewidzialności’’. I wiemy, że dąb w ten najwłaściwszy mu sposób odwdzięczył się nam, za poświęcony mu czas, z zaufaniem wglądu do swych wnętrz. Że pozwoliliśmy sobie pomóc, a jemu błogosławimy. Żegnamy się z Dębowym Przyjacielem długo, życząc mu jak najwięcej deszczów. ‘’Sprężynuje’’ gałązką w geście rozstania, a nas zalewa fala jego ciepłego uśmiechu. Jest szczęśliwy… Kolejna wskazówka. Bo przecież zając jako Zwierzę Mocy oznacza też nowe odkrycia własnej intuicji i zwiastuje zaufanie sobie. A to intencja tej wyprawy.

60220479_2267371736683181_7802798710210953216_n

P90511-135421

Po drodze, przyglądamy się kwitnącemu życiu. Z bezmiaru świeżej zieleni wołają do nas kolory. W niej ukryły się kwietne skarby. Czuję się jakbym miał obok stóp perły, diamenty, szmaragdy i najdroższe kryształy. Żółto mieni się pierwiosnek wyniosły, kawałek dalej w soczystym błękicie tkwią łany przetacznika ożankowego. Różowym fioletem przystroił się delikatny bodziszek, jak wielu jego braci, roślina lecznicza. Każdy z nich tak kruchy, wątły, a przecież silny, w gąszczu zielonej konkurencji. Każdy ma swój czas kwitnienia i rozwoju, po czym pławi się w błogim spoczynku umiarkowanej wegetacji, ustępując miejsca innym roślinom. Geniusz opiekuńczej natury, która każdemu gatunkowi przewidziała jego czas i przestrzeń. Mijamy osmalone pnie. Tutaj las płonął. Sosny ocalały. Ich pnie są dość odporne na pożary ściółki, o ile ogień nie ‘’wejdzie’’ na korony. Wtedy zawarte w igłach łatwopalne olejki, podsycają płomienie, a one przenoszą się górą. Tym razem jednak skończyło się na strachu. Nad bagnem krążą już błotniaki i terkocze świerszczak. Ilekroć tu jestem, opowiadam o nocy tego świata – bogatej w dzwięki, odgłosy nieznane, stąpania zjaw dawnych, szmery zwierza, i nieodgadnione szelesty. Żółta wilga podnosi alarmujący lament. Jakże inny głos, od znanego, łagodnego jej śpiewu. Przegania jakiegoś mniejszego rabusia. Rajski ptak pojawia się znienacka w pełni lotu niedaleko, zachwycając nasze oczy kunsztem swych barw. Taki latający kwiat.

P90511-152149

P90511-145545

Szlachetny Klon 

Dzięcioł pstry uwija się z okrzykami, przeszukując coraz to nowe zakamarki. Często nie muszę za dużo mówić o sposobach komunikacji z drzewami, przez pobyt w lesie wchodzimy w taką harmonię, że moi goście sami zaczynają dostrzegać ich subtelną mowę. Olbrzymi Klon Zwyczajny porusza się dziwnie. Nie cały, a niektóre jego fragmenty kołyszą się niecierpliwie, gdy ani trochę nie wieje. Zaprasza. Łatwo to przeoczyć. Maria, mówi, że on ją woła. Czy to w ogóle możliwe? – Zastanawia się. Kiwam głową na znak zgody, i polecam żeby do niego podeszła. ‘’Tracimy’’ ją na pół godziny – choć nie oczu. Wraca odmieniona… ledwo jest w stanie cokolwiek mówić. Takie wzruszenie. A klon wydobył na światło. Dawne rany i bolesne chwile. Wysłuchał historii sprzed lat. Przytulił, objął, zaopiekował się. Obiecał więcej pomocy. I potrzeba było przyjechać tak daleko, właśnie do Niego… Zawsze podczas wyprawy coś takiego się zadziewa. Nie umiem do końca wytłumaczyć. Tu prowadzą, wspierają i leczą Drzewa. Wiedzą kiedy, jak, kogo. Zdejmuję Marii coś, co zaplątało się we włosach. Sucha klonowa gałązka… Żywy znak i pamiątka Drzewa z przesłaniem. Jego mowa: ”Tak, nie zwariowałeś! To co przeżywasz, jest prawdziwe. W dowód zostawiam część siebie… ” Spoglądam na jego bujną koronę z podziwem. Jest cudownie rozwinięta w spływającą kopułę, rozłożysta i harmonijna. Właśnie tak rozrasta się drzewo, kiedy nie traktować go ‘’cięciami pielęgnacyjnymi’’. Pełnia bujnego rozwoju. Zaskoczył mnie. Wchodziłem z Nim w kontakt może dwa razy. Z moimi Wędrownymi Gośćmi, odkrywam ten las na nowo, i poznaję kolejne Drzewa. Czasem mijane obojętnie przez lata, wołają obcych przecież dla siebie ludzi, i okazują im pełne wsparcie. Jak mało o nich jeszcze wiemy… Epos tych chwil, zapisze się na długo w mojej pamięci.

P90511-171942

P90511-172022

W sosnowym młodniku siedzimy z większym milczeniem. Tu drzewka – sosenki wysiały się naturalnie. Nieregularnie, rosną jak chcą. Widać jakie są bujne, gęste i zdrowe. Raptem to kilka kroków dalej od poprzedniego miejsca, a przyroda jakże inną gwarzy opowieść. Spomiędzy mchów i porostów prześwituje susza z piaskiem. Osobna wyspa jałowego świata. Jakoś lubię takie miejsca. Osłonięte od wiatru, inne, choć i tutaj tętniące paletą ptasich głosów. Wyśpiewuje lerka, borowy skowronek, a wtóruje drzewny świergotek. Zawodzi daleki trznadel. Z niedalekiego zagajnika, dolatuje pogłos piecuszka. Lekki flet wilgi, zwiastuje krople nieśmiałego deszczu. Oby się porządnie rozpadało…

Wyprawę prowadziły ptaki. Ptaki Duszy.Wiedziały, że zwracam na nie szczególną uwagę. Sikorzy jazgot modraszki, powoduje moją ciekawość. Przystajemy, patrzymy. Ależ się nakręca! Dwa samce konkurują o rewir, urągając sobie ile wlezie. Pewnie zaraz polecą pióra… Jeden daje dyla w las. Koniec widowiska. Parę kroków i Konrad nasz przystaje raptownie. Czuje – jakby oddech życia przeniknął Duszę. Błogość totalna. Przepłynęło przez ciało prądem. I sam już mówi, że oto woła go jesion którego tyle co minęliśmy. Nie jestem zaskoczony. To jego Drzewo Mocy, które wskazałem  niegdyś w przesłaniu. Znów dostrzegam – rozświetlone, gałęziste aury tutejszych drzew. Po raz pierwszy zacząłem je widzieć przy jesionach właśnie. Zostawiamy Konrada kawałek dalej w potrzebnej ciszy. I on wraca do nas podekscytowany, rozanielony i szczęśliwy. Opowiada z przejęciem, oddaje głębię swoich wrażeń. Mówi, że dotąd czegoś takiego nie doświadczył. I nie wiem w tamtym momencie, który z nas cieszy się bardziej. Dzięcioł zwrócił uwagę na Klona, sikory przywiodły do Jesionu. Dziś zawierzamy maleńkim przewodnikom.

P90511-183411

Deszczowy Zmierzch i Mowa Ziemi

Podążamy polami, sycąc oczy zachwytem rozległych łanów rzepaku. Idziemy koleiną – śladem pozostawionym przez ciągniki. Nie deptamy więc upraw. W oddali maszeruje grupka pięciu saren. Te obserwujemy przez lornetkę, patrzymy jak jedzą. Przywdziały już rude, letnie sukienki. Ale w rzepaku dzieje się coś dziwnego. Łodygi kołyszą się niespodzianie i raptownie. Jakieś mniejsze zwierzęta. Buszują. Znajome odgłosy. Miga coś brązowego. Warchlaki! Choć trudno jednoznacznie stwierdzić. Na pewno wyrośnięte nieco dziczki. Wygląda na to, że są same. Oddalają się coraz bardziej. Po chwili łan nieruchomieje, i już nie jesteśmy w stanie ich namierzyć. Rzepakowe duchy. Zupełnie zniknęły. Taktyka i dziczy spryt. Szukaj wiatru w polu…

Przyglądamy się… trawie. Siedząc dłuższych kilka chwil zauważyć można jak źdźbła również ‘’sprężynują’’ drgają same z siebie, zmieniają swoje położenie. Nagle, ot tak. Zauważam to zjawisko od dawna. Pewnie jest jakieś wytłumaczenie. Nie odbiera mu to jednak niezwykłości. Dziękujemy i trawce, za to mikro – widowisko. Dziękujemy Ziemi, za kolejne tajemnice. O zmroku docieramy nad łąkę, która ściele się różnobarwnym kobiercem przepychu. Choć kolory już gasną, jeszcze jesteśmy w stanie dostrzec jej mozaikowe bogactwo. Puszą się miękkie dmuchawce i ostatnie mniszki. W zmierzchu wyglądają jak maleńkie lampiony. Kolejny czas przemiany. Łąkę opanowały jaskry. Ich drobne kwiatki ścielą się gęstą siecią, połączone pajęczyną szarzejącej zieleni. Jak w baśni.  Kolorowy raj. Mam ochotę wrócić tu w słońcu, na boso. Na niebie spoczywają gęste, bure chmury, kiedy siadamy na powalonym dębie pod lasem. Pokonana siłami wiatru brzoza obok, wywrócona i przechylona spoczywa na samej ziemi. Mimo to, widać, że nadal żyje. Wypuściła zielone liście. Choć już się nie podniesie… Rudzik i drozd śpiewak popisują się w pieśniach gęstniejącego mroku, a obok zaczyna krążyć wcale niemały nietoperz. Lata prosto, rzadko nawraca. To pewnie Borowiec Wielki. I znów na chwilę odżywają dawne zabobony… Wyjaśniam, że ‘’gacuch’’ nie ma żadnego interesu ani chęci, by wkręcać się komukolwiek we włosy. A jeśli lata obok głowy, to dobrze. Wyłapuje na bieżąco pojawiające się komary, które zapach człowieka przyciąga. I nimi tylko jest zainteresowany. Nastrojowo podzwania świerszcz, zwiastując czar pierwszych wieczorów letnich. Za chwilę nastaną w przyrodzie ‘’Białe Noce’’ – głośne i gwarne, a ubogie w ciemność, trwające ledwie kilka godzin.

Pojedyncze dotąd krople, wezwały mokre towarzystwo. Modelowanie przestrzeni. Pamiętam jak pomyślałem w tamtym momencie: ‘’Dobrze, że dzień minął nam bez zapowiadanego deszczu’’. I wtedy lunęło. Jakby żywioł wstrzymywał się i czekał, kiedy wreszcie będzie mu wolno.

Powrót przez nocny, ulewny las, czarującym zapisze się wspomnieniem. Kojący szum wlewa  w uszy. Majowy opad. Teraz pragnę tylko, by padało jak najwięcej. Potrzeba drzewom i zwierzętom, tej suchej wiosny. Co chwilę przystajemy słuchając błogiego szmeru deszczowej modlitwy. Odkrywamy las na nowo, który innym objawia się pięknem, w każdej zmianie pogody. Wyciągamy ręce w górę z twarzami do nieba, i siebie dając obmyć lejącym strugom. To jest właśnie życie… i czerpanie radości, z pozornych przeciwności. Cieszymy się ulgą roślin. Nie myślimy wyłącznie o sobie.

– Chrrrrrrmmmm!

Rozbrzmiewa ostrzegawczo kilka kroków dalej. W ciemnościach odezwał się dzik. Tuż obok. Nasłuchujemy odgłosów zwierza. I on na pewno nas usłyszał, a teraz kręci się, nie wiedząc do końca co zrobić. Wędrowcy chyba lekko przestraszeni, ja szczęśliwy. Bo takie chwile nie trafiają się często. Kilka minut w napięciu i wzajemnym słuchaniu. Zwierz przedziera się z łoskotem. Prawdziwe Szepty Kniei, dzieją się właśnie i stają naszym udziałem, Niedługo potem spotykamy następnego. I on chrumka do siebie, wymijając nas gdzieś lasem w ciemnicy. Ale widać przecież. Gdyby wyszedł na drogę, dostrzeglibyśmy sylwetkę. Emocje sięgają radosnego apogeum. A ja dziękuję dziczemu plemieniu za dar wspólnej chwili, życząc im bezpiecznego szlaku z obfitością łakomego żeru.

60179930_665360293889038_4679694416082894848_n

60333024_2107712859346287_6814169514381410304_n

59951411_590114151480835_7200862179002679296_n

Święto Wody

Tej nocy, długo żadne z nas nie może zasnąć. Za dużo wrażeń, w połączeniu z przyjęciem energii leśnych. Ogromna dawka. Wiem, że będą ‘’mielić się’’ z tydzień. Pada z przerwami całą noc, od świtu przechodząc w regularną ulewę. I deszczem wita nas dzień. Ani trochę tym zmartwieni, ruszamy. I taką pogodę można wykorzystać. Śliski, wilgotny świat, obmyty z pyłów i kurzu uśmiecha się do nas bukietami błyszczących liści. Niektóre kwiaty pozamykały się w niemym ‘’buncie’’, jakby chciały chronić swe delikatne wnętrza. Przypominają mi się chwile, takich letnich słot, z dawnych czasów kiedy klimat jeszcze nie wariował. Umiarkowane ulewy potrafiły trwać blisko tydzień, nawadniając ziemię dla potrzeb przyrody. Dziś będziemy czatować. Zasiadka. Moje ulubione. Wdrapujemy się na zapomnianą ambonę, usytuowaną tuż nad bagnem. Czeka nas wielogodzinne czuwanie. Będziemy niewidzialnymi dla przechodnych po łąkach zwierząt. Ptaki śpiewają na potęgę, jakby pierzasta brać cieszyła się z tej ulewy. Co i raz przelatują szpaki, niosąc w dziobach wijące się larwy i dżdżownice. Nie siedzimy długo, gdy z lasu za plecami wybiega królik. Otrząsa się pociesznie z kropel, choć widać, że przemoczył już futro. Zajada zieleń. Smakuje wszystkiego, kicając tu i tam. Przemyka tuż pod czatownią, oglądamy więc na żywo i w pełnej krasie. Na nas nie zwraca uwagi. Deszczowy szum tworzy dźwiękowe tło, które kamufluje dla jego słuchu wszelkie nasze odgłosy. Podziwiamy go więc nie przeszkadzając. Refleksja. Zawsze myślałem, że ‘’jestem sam’’. To znaczy, że tylko mnie takie rzeczy ‘’kręcą’’. Są tymczasem ludzie i potrafią przyjechać z bardzo daleka, aby takie chwile w radości dzielić i przeżywać. Pojawienie się szaraka wywołuje szczęście, podekscytowanie i wdzięczność u naszej trójki. A przecież on tylko, przyszedł jeść. Ciężko wyjaśnić fenomen leśnych ludzi. Dusze, które kochają przyrodę. Kiedy tylko odłożymy na bok ustękiwania umysłu, może ta Miłość przejawić się w pełni. Pieśń słowika w deszczu, nastraja marzeniem, i świeżością. Koncertuje też pokrzewka gajówka, kos, szpaki, kapturka, trzcinniczek i świerszczak. Bagno żyje. Raz po raz ‘’przykrywają’’ je odgłosy zawołań żurawi. Ruch jak na autostradzie. Wzlatują i lądują kaczki. Ogromny Żuraw wystartował z ostoi szuwarów. Przemyka nisko w pełnej okazałości, tuż przed naszymi zachwyconymi oczami. Ptak rusza na żer. W oddali pojawia się sarna – ta wychodzi spod wielkiej wierzby, i wcale nie kwapi się wystawiać na wilgoć rudego futra. Kręci się na samym skraju, znikając co chwilę z pola widzenia. Gdyby nie ruch, nie sposób łatwo ją dostrzec, nawet na tle zieleni. Z tyłu w lesie, przemyka niewidoczny dzik, zostawiając nam echo chrząkającego pogłosu. W dzień deszczowy, bardziej śmiałe i ufne są u siebie zwierzęta. Wiedzą, że człowiek podczas słoty, niczego tutaj nie szuka. I tak mijają ponad trzy godziny. Słuchamy uspokajającego szmeru wody, spływającej po milionach liści. Deszczowa muzyka, okraszona akompaniamentem ptasim. Ziąb dotyka dreszczem, kiedy wiatr sypie na nas w porywie fontannę rozproszonych kropel. Wędrowcy chcą już wracać. Nie oponuję. Wytrzymali długo, jak na pierwszy raz w takiej pogodzie. I bez specjalnego ubioru. Ptaki uciszyły i ukoiły, pogrążone czasem w rozmyślaniach chaosu wnętrza. Czujemy się nasyceni. Dwa Dni Wędrowne. Jeden dla Drzew w poszukiwaniu wieści, drugi ze zwierzętami, dla odkrywania przyrodniczych ciekawostek. Gwarzymy wtedy o ptakach i zwierzu, a ja opowiadam co wiem o ich zwyczajach, życiu codziennym, trudach, pożywieniu, radościach, potrzebach i troskach. Konrad podąża boso, oddając się chłodnej pieszczocie wilgoci traw. Poczuć pełnię… bo my w kurtkach i kaloszach, a zwierzęta nie mają taryfy ulgowej. Zastanawia – ich codzienny byt i przystosowanie. Próbujemy przecież tylko namiastki. Celebrujemy w ciszy Święto Wody, wracając z wolna ku sprawom zawiłym, a ludzkim… Jednak każde z nas odtąd wie, gdzie, kiedy, i jak szukać ukojenia, odskoczni, i prostoty. Żywioły Natury czekają wraz z całym bogactwem każdego dnia na swoich odkrywców. A gdy już po wszystkim, nadchodzi czas wzajemnych podziękowań. Słyszę od moich gości, że jeszcze nie przeżyli czegoś takiego, mimo przebywania częstego w przyrodzie. To chyba najmilsze mi słowa, jakie paść mogą na pożegnanie. Odtąd każda najmniejsza wędrówka będzie dla nich wyjątkowym przeżyciem. A ja cieszę się, że mogli na te kilkanaście godzin przekonać się jak to jest, i poznać jak  w praktyce powstają Szepty Kniei.  Jeszcze się spotkamy…
59788046_388476352008850_7936120211680264192_n

Gościom moim, Marii i Konradowi, jako świadectwo wspaniałych chwil i w podziękowaniu za świadome towarzystwo podczas Dni Wędrownych. W hołdzie Waszym Procesom.

Chmurom, deszczom, i ulewie – za możliwość odkrywania bogactwa tego świata w mokrej tym razem odsłonie, oraz pełnię leśnego odczuwania. W radości kochana Przyrodo, że mogliśmy tyle Twoich sekretów dojrzeć, w doświadczeniu bliskości wodnego żywiołu i codziennego żywota mieszkańców kniei, bagien i pól.

__________________________________________________________

* Wędrówka miała miejsce w ramach naszych warsztatów:

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Wydarzenie na Facebooku – Kliknij i dołącz do wędrownej społeczności

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie spokojny Dzień Wędrowny w doświadczeniu intymnego spotkania z Naturą, pisz, pytaj. Kontakt w sprawie zgłoszeń:
czeremcha27@wp.pl

Na blogu możesz też poczytać inne wspomnienia z niektórych minionych warsztatów:

Dendroterapia – Przytulanie Drzew

Możliwe są też wyprawy i czuwania nocne. Szczegóły w Wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

_________________________________________________________

P90511-151644

P90511-145539

P90511-172157

 

Księżycowe Kwiaty. Pełnia czujnych jeleni.

Dawno nie było tak pięknej pogody. Za dnia ciepło i niebiesko, a nocą… delikatny chłód, jasny księżyc i kryształowa widoczność. Szczęście nocnego wędrowca. Wyprawy stały się coraz dłuższe. Powinienem wiele pisać, a tymczasem nie mogę wysiedzieć w domu. Ruszam zwykle około godziny 16-17, a wracam po 3 nad ranem. I tak przez kilka dni. Być w przyrodzie tyle czasu…to dostrzegać więcej. Aksamitne kwiaty żółtej złoci i mniszka kulą się z zimna i ciemności przy nadejściu wieczoru. Zamykają. Trwa integracja z ‘’nowymi’’ sarnami na łące. I królikami. Trzeba odpowiednio czasu poświęcić, aby się do Ciebie przekonały. Choć i tak nie podejdą blisko. Wtedy pojawia się, może jeszcze nie bliskość, a coś co określiłbym mianem olewczej komitywy. Choć nie jestem tak czujny jak żuraw, i nie wrzeszczę jak sójka, mam wrażenie, że one czują się ze mną bezpieczniej. Na zasadzie, jest ‘’nasz’’ człowiek, więc inny dziś tu nie się nie czai. Wiedzą chyba, że niczego od nich nie chcę, poza tym, aby były i zachowywały się swobodnie. Ja wdzięczny i szczęśliwy, one łagodnie obojętne. Zauważyłem, że zwiększa się wtedy ich ‘’próg tolerancji’’ na obcy hałas, wywołany np. szelestem ubrania. Długo potrafią nie reagować, gdy znają jego źródło. Ot, siedzi sobie jakiś tam krasnal, wierci, ale grzeczny jest, to mu pozwolimy być z nami. Siedzimy tedy godzinami w słońcu. Ważne, aby być tu przed nimi. Wtedy, gdy wyglądają z zarośli przed wyjściem na widok, mogą się z Twoją obecnością oswoić. Dziś jednak, kiedy pojawia się pierwszy kozioł, cicho zmykam – saren mi na ostatnie dni dość. A nie chcę ich niepokoić, kiedy wylezie więcej. Czerwonym wieczorem przenoszę się do nadrzecznego łęgu, który tak obiecująco wygląda od środka. Błota, powalone drzewa, rozlewiska i tropy. Może być ciekawie.

17862548_1270716659642894_6484943921228570736_n

Bo tu natura szepcze o tym co ma w zanadrzu najpiękniejszego – nieokiełznanej dzikości. Dawne ślady wycinek ludzkich zarosły. Chram się uczynił, tylko dla zwierząt łatwy w dostępie..Takiej gimnastyki podczas krótkiego marszu jeszcze nie miałem – pochyły, skoki na kępach, zapadanie w mule, ukłony, kucanie, czołganie, wspinaczka górą przez kłody. Chcesz widoku i piękna – spoć się najpierw. Wreszcie docieram do drzewnego cmentarzyska topól i olch. Leżą już długo powalone. Idealne miejsce do obserwacji. Żaden zwierz nie będzie tu wchodził, ścieżki dotąd nie prowadzą. Widać za to doskonale. Ptasie pieśni malują ciszę muzyką. Drobni soliści. Rudzik, strzyżyk, pierwiosnek, szpaki. Nagle, myrg! Mały cień czmychnął. Przywidziało mi się? Minuty mojego bezruchu. I ukazuje się. Brązowa nornica, biega po kłodach. Śmiga jak duch. Cieszę się! Mimo, że zwierzątko małe i pospolite, nie widuję ich tak często. Do zagajnika ściągają z łąk pierwsze sarny, będą chyba się kąpać. Nieopodal lądują kaczki na nocleg. A ja czuję… że ta przestrzeń jakoś mnie stąd wyprasza. Jakby nie chciała zdradzać mi wszystkich swoich sekretów. Ból głowy… Czasem właśnie tak jest. Mają drzewa swoje powody i sprawy. Miejsce jest dla nich święte. Prawie nie odwiedzane. I tak ma pozostać. Choć spomiędzy olch spogląda już na mnie malowniczy księżyc, podejmuję powrót. To najlepszy moment. Po ciemku będzie to niemożliwe. Żegnajcie… może kiedyś będę godzien. A jeśli nie, przyjmuję.

O fizjologii wędrówek nie powinno się pisać, ale jak tu nie napisać, kiedy harcujący po łące królik zatrzymuje się i bada miejsce Twojego siusiu. A uważa się, że ten zapach szczególnie odstrasza zwierzęta. Ja mam obserwacje prawie odwrotne. Tak samo było z dzikiem i sarnami. A szarak… kica po moim śladzie w moim kierunku. Pewny siebie. Ja nieruchomo i bez oddechu. On skrobie po jakimś drewnie które się napatoczyło. Ding, hop, skik… metr przede mną wymija mnie małym łukiem, jakby był niczym więcej, niż słupem drogowym. W księżycowym srebrze widać go dobrze. Że też im nie jest zimno w tej mokrej trawie brodzić.

Ols, ten sam w którym spotkałem starego odyńca, przy księżycu cudowny jest jak baśń. Dopiero dostrzegam pełnię jego czaru. Białawe prześwity, ciche pluski nie wiadomo czego i cienie ogromnych wykrotów. Pobudzają wyobraznię. Ale nie boję się. Mam poczucie, że choćby ukazały mi się na raz wszystkie duchy tego lasu, uśmiechnąłbym się tylko. Nie potrafię zrobić kroku… przeglądam się w księżycowej wodzie. W niej zapisała się pamięć świata.

– Hej Olszyny, w bród zalane, opowiedzcie, co mi dane… 
– Cichy wędrowcze nasz witaj, o co chcesz, poproś, pytaj…

I niby wracam, a dzieje się. Na dróżce pod lasem czekała na mnie rodzinka dzików. Locha z małymi. Znów nie usłyszały rowera, a ja zdążyłem zatrzymać się w porę. I obserwuję… ‘’postęp drogowych prac leśnych’’ w wykonaniu dziczej mamy. Tak troskliwie… pomaga maluchom w samodzielnej buchcie. Tego się uczą. Błogosławię w duchu tym mądrym, pożytecznym stworzeniom. Dziękuję za to, co dla nas robią. Tak niedoceniane… tak prześladowane… A przecież bogactwo tej krótkiej chwili. To szczęście. Zostanie już ze mną na zawsze. Nigdy się nie znudzą. Chrumkające, dobrotliwe gapcie. Po chwili cała rodzinka biegnie już stronę trzcinowisk, gdzie lądują w pluskach. Przed nimi długa noc psot. Kilkanaście kroków i ukosem na polu wyłania się nowa niespodzianka. Sylwetki. Zbliżam się powoli. Pewnie to sarny. I mimo, że nie da się tu podążać najciszej, one nie reagują. Bliżej poznaję – to grupa jeleni! Zawsze ta ich wielkość… wieje majestatem. Pochylają się skubiąc roślinność na ugorze. Myślę, że działa tu trochę taki mechanizm. W swoim nocnym świecie, tak bardzo nie spodziewają się nikogo, że nie reagują na wiele bodzców. Widok – raj. Podłużne nieco łby, i dostojeństwo ruchów. Sarna porusza się śmiesznie ‘’pająkowato’’. One zachowują godność. Stoję tak długo, aż nie schodzą same do lasu. Finalnie mój powrót opóźnił się o dwie godziny. Warto było…

Drugą noc poświęcam drzewom. Pełnia Księżyca to takie ich święto, podczas którego bardzo są aktywne i emanują pełnią głębi swej uzdrawiającej energii. Las zachowuje się jak żywy. Nagłe szumy, jęki, westchnienia i trzaski w koronach. – I pełnia Wiosny przyjacielu nadeszła? Dziś z Krzesimirem chyba po raz pierwszy mówimy jednym głosem. Dziękujemy oboje Stwórcy. Za swoją znajomość i wszystko co dzięki niej się przejawiło. Przytulamy się. Nie potrafię aż wyrazić… Dokąd mnie Dąb zaprowadził? Pyta o wiele rzeczy. Lubię tak przychodzić w środku nocy. Mamy wtedy taką swobodę. Mogę mówić mu na głos i w pełni wszystko spontanicznie wyrażać. Razem zaczynamy nucić ich mruczącą Pieśń sił Ziemi. A potem, kiedy staruszek zaczyna szumieć koroną zaczynają się bose tańce intencji na pobliskim polu. Wyraża się Duch Swobody… Brzozy zaczynają kaskadą się z nas śmiać, a ja cieszę się, że mogę uczestniczyć w ich Księżycowym, wiosennym Święcie.

– Już majaczy coś dąb stary, a czeremcha czyni czary…

Goni za mną echo brzozowych dowcipów.

Enchanting fairy forest opening at night and full moon, 3d render illustration

🌙 Trzecia noc Wędrowna

Bagna zaczynają powoli wołać odgłosami maja. Już krzyczą wodniki. Przyleciały też pierwsze rokitniczki, i te paplają bełkotem swego naśladowniczego chaosu.

– Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

Świerszczak – kolejny ptaszek – duch, terkocze swą wieczną, monotonną kołysankę.
W ciemnościach, czają się różne niepokoje. A to bóbr skrobie, jenot szeleści, wydra grasuje, albo zachroboczą dziki zbudzone w ostoi. Czasem przedziera się jeleń. W nozdrza wnika ciężki aromat dojrzałej wody. Chłód, ziąb, mgły, dotykają raz po raz, sprawdzając Twoją wytrwałość. Być tu – to niekiedy zmierzyć się z wszystkim, czego dotąd się bałeś. Czujny żuraw stróżuje nawet nocą. Gdy coś zbyt blisko poruszy się niewidoczne, następuje alarm. Czasem włączają się do tego lamentu kaczki i gęsi. Noc wśród rozlewisk, takim właśnie zapowiada się urokiem. Przerywana krzykami, tajemniczymi dzwiękami, toczy swój żywot, skryta od ciekawości ludzkiej. W bogactwie odgłosów, każda noc notuje w przestrzeni jedyną taką opowieść. Tu przysiądziesz o zmierzchu, a zaraz świt różowy nadchodzi. Niepamięć istnienia.
Było już po zachodzie słońca. Ptactwo sfrunęło się pożegnać. Księżycowe śpiewy drozdów, trwały w nadchodzącej ciemnicy… Wcześniej lis myszkował, a obok sarnie cienie pasą. Kuna szelesci i przeszukuje zmurszale wierzby. A bagienna magia dopiero nabiera blasku. Srebrzy się poświata. Tańczą mroki, a z nimi pojedyncze nietoperze.
Jest dużo cieplej. Widoczność kryształowa. Na odległym polu widać chwiejne, wielkie sylwetki jeleni. Zaufały ciemności. Żurawie z szumem potęgi przelatują nisko. Czasem krzyknie sowa pójdźka. Siedziałem wtedy w czatowni. Czerwony księżyc w pełni wznosił się łagodnie nad bagnem, kiedy usłyszałem delikatny szelest. Stąpnięcie. Raz, drugi. ‘’Pewnie sarny znów idą – wyjdą tędy jak wczoraj ‘’ – pomyślałem. Kiedy jednak do skrętu szyi obróciłem głowę, oczom moim ukazał się… mały płowy książę. Młody jeleń – szpicak, bo i widzę dwa podłużne widełki wystające mu z głowy. Zamieram zastygły w napięciu, bo przecież jeleń do nie przelewki, po trzykroć bardziej czujny niż sarna. Futro ma wyleniałe, zmierzwione, dopiero pewnie nakłada letnie. Naprężenie znika wnet, kiedy obserwuję, jak płowiec po prostu zaczyna żreć kwiatuszki, którymi tak się zachwycam. Widzę, jak zagarnia wargami. To cud, że mnie nie wyczuł… Jednak, często mi się tak zdarza. Brązowa sylwetka momentami rozlewa się z pniami. Zajada. W którymś momencie jego czarne oczko patrzy wprost na mnie – i albo jego mózg nie rejestruje mojego kształtu, albo ‘’jelonek’’ wie, i olewa. Ja widzę go po raz pierwszy. Ale może i on widział mnie już nie raz, podczas bosych marszów, czuwań i włóczenia się w jego świecie?

I kiedy myślałem, że cicho odszedł, wychynął jeszcze o widoku na łąkę. Tu gamoń zaregował strachem na podążającą z drugiej strony sarnę. Przeszedł ją całą, aż bezgłośnie wniknął w szuwary. I znowu nauczyłem się czegoś nowego – miałem okazję obserwować odmienny sposób poruszania się obu zwierząt, tak podobnych, a jakże inny. W sercu i duszy krzyczało jedno:

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ…

Późnym wieczorem na pobliskie pole wjechał ciągnik. Moja irytacja narasta… Ze wszystkiego, najbardziej lubię ciszę i spokój, zwłaszcza w leśnych światach. Obserwuję dwa jelenie i sarny skubiące na łące. O dziwo – mają to gdzieś. Pasą się w najlepsze. Rolnik jezdzi i świeci. Wiem po co – trzeba w ten sposób pilnować zasiewu kukurydzy. Przed dzikami. Też logika – uprawiaj kukurydzę bez żadnej osłony, 200 metrów od trzcin i barłogów. I pewnie miej pretensje do dzików przy okazji. W tym roku pospieszyli się z tym. Ten spokój i wyrozumiałość zwierząt, przechodzi i na mnie. Skoro im nie przeszkadza, to ja mam się denerwować?

Długo pohukiwał wytrwały Puszczyk, głosząc tęsknotę i gotowość za partnerką. Z głębi lasu zachrypił kozioł – ten z kolei dawał wyraz swoim niepokojom. Do świtu jeszcze daleko..

10330510_662173047163928_6760164185671994744_n

Bohaterowie gawędy:  Świerszczak

Rokitniczka: