A świt mój księżycowy, graniem skowronków się zaczyna.

Noc Wędrowna. Coś gna, woła aby tej ciemnicy ruszyć na szlak. Maszeruję. Kroki chrzęszczące po kamieniach, szurające w piaskach odciskają piętno podróżnika. Z mrocznego lasu nadlatują upiorne piski. Kryją się w gałęziach, wśród konarów, liści. Są blisko. Nie sposób wypatrzeć w gąszczu. To sowie podloty, opierzone, choć nielotne pisklęta. Nie wiem tylko czy puszczyka, a może uszatki. Gdy ich wrzaski przybierają na sile, wiem, że rodzic jest gdzieś w pobliżu z pokarmem. One go widzą. Ja nie. Dziwię się tylko, że zdecydowały się na lęg w małym, przydrożnym i prywatnym lasku. Za dnia mijany przez dziesiątki spacerowiczów i aut, nocą odsłania dopiero swoje tajemnice.

Topolowy szpaler olbrzymich pni, szeleści i grzmi w dotykach wiatru. Przysiadam na niedługo pod jedną z nich. Trzęsła się mocno, przyciągała jak magnes, stąd wiedziałem że zaprasza do spoczynku pod sobą. To już ostatnie z rodu. Wiele z nich wycięto bez powodu, tkwi tu kilka ostatnich. Bardzo piękne drzewa. Silne energetycznie, wytrwałe i zdrowe. Mówią, że lubią ten nocny spokój i spowolnienie. Zatem nie przeszkadzam im. Za plecami wschodzi żółtawy kawałek księżyca, wywołał ledwie widoczne cienie. Pora ruszać dalej.

Mijam przydrożny krzyż, pełen lampek i zniczy. Jest tu odkąd pamiętam. I choć nie jestem wierzący, szanuję osoby, często starsze, które mają siłę się nim zajmować. Wszystko jest tu zawsze czyste, pełne kwiatów, zadbane. Zastanawiam się, kto to będzie kontynuował, kiedy starsze pokolenie odejdzie…

Mimo, że jest ledwo 1 w nocy, już widać przejaśnienie świtu. Bardzo subtelne. Białe Noce – to takie czarowne. Innej energii człowiek dostaje, mało spać się chce, za to wędrować. Jakiś zwierz z pola, rozpaczliwe jęczy. Brzmi jak zmora z horroru. Za moment gaśnie wpół zduszony. Pewnie zając lub mała sarenka, właśnie zaanektowana na posiłek przez lisa. Choć późno, wcale nie jest cicho. Gdy się wsłuchać… Z oddali napływają różne szczebioty. Gdy zbliżam się do pasu trzcin porosłego na polnym rowie, rozpoznaję sprawcę – to łozówka. Niewielki szary ptaszek, który terkocze sobie nocami w takich miejscach i mami uszy wędrowców. Śpiew łozówki może nie jest silny, malowniczo piękny, ani kunsztowny, ale pobrzękując nocą w niespodzianych miejscach, ma w sobie coś takiego, że człowiek zaraz się uśmiecha. Jest po prostu lekki, wesoły. Niezłomny ptaszek naśladuje jaskółki, szczygły, wróble, sikorki, trznadle i inne – tworząc z tych wyrwanych kawałków własną, unikalną pieśń. Trochę jak papużka. I dziwić się można niekiedy, słysząc pobrzękiwania innych dziennych gatunków, w takiej ciemności. Choć to przesada. Widoczność jest przyjemna, szarawa. Nie to co w nów, pózną jesienią. Kawał dalej pokrzykuje dziarsko trzcinniak, ten jest echem tej nocy. Zbliżam się do kępy, w której urzęduje słowik. Jedyny ptak, który tu śpiewa. Inne zagłuszyłby chyba. Ten rok jest inny do poprzedniego. Zeszłego czerwca nocne ptaki umilkły już z jego początkiem, tego są bardziej aktywne. Pewnie dlatego, że było trochę więcej deszczów. Bzowe aromaty białego kwiecia pieszczą noc łaskotem raju. Wdycham i delektuję. Nie wytrzymuję. Mówię na głos do krzewu: O jak pięknie pachniesz, dziękuję Ci! I wiaterek się robi. Bez zaczyna się trząść, jakby rad z pochwały. Mam wrażenie, że rozpachniał się jeszcze mocniej.

Skylark

Różowy świt witają skowronki. Zaczynają śpiewać jeden po drugim, jakby chciały prześcignąć się wzajemnie tym powitaniem. Niebiosa ledwo różowo – sine. Z nich płyną dzwoniące pieśni skowrończego ludu. Wtedy przystaję. Choć do słońca jeszcze trochę, one już pewnie widzą je ze swoich wyżyn. Z łanu zboża wybiega na drogę warchlak. Za nim kolejny. I cała gromadka. Przeskakują drogą do rzepaku. Wymijają pobliską wieś. Poranne powroty. Między nimi starsze rodzeństwo. Braterski ród. Czekam w spokoju, nauczony doświadczeniem, że kilka dzików to zwykle zapowiedz większego przemarszu. I nie mylę się. Wnet wysypują się kolejne maluchy, między nimi siwe i czarne lochy.Co za ród! Mimo szaleństwa zmasowanego odstrzału, przetrwały. Człowiek przewał pamięć dziczego rodu. Zaburzył ciągłość, zniszczył równowagę. Dzik w naturze mógłby przeżyć blisko 30 lat, zaś w obecnej rzeczywistości pozwala im się żyć… max 5…Nie ma babć, dziadów, matek, wiedzy, pokoleń, rodzin. To tak, jakbyśmy w ludzkiej populacji mieli 8-12 letnie dzieci. Dawniej prośne bywały, tylko starsze, dojrzałe i silne lochy, to one w kniei pełnej niebezpieczeństw mogły obronić i wychować potomstwo. Pozostałe samice pomagały najstarszej, i pełniły rolę, można powiedzieć ‘’ciotek wspierających’’. Pozwalały matce odpocząć, przejmując opieką nad dzikową dziatwą, chroniły w potrzebie. Dziś, dzicza populacja intuicyjnie wie, że ‘’coś tu jest nie tak’’. Skoro nie ma ‘’starszyzny’’. Gnane strachem o przetrwanie gatunku, mnożą się już jednoroczne sztuki. Czego mogą nauczyć swoje maleństwa? Ot zaprowadzą do kolejnego nęciska, nieświadome, po kulę z zasadzki. Brak starych rodów, brak wiedzy.  Wyobrazmy sobie ludzką populację, w której mielibyśmy samych 8-12 latków. Coś takiego zrobiliśmy dzikom…Wioska zatopiona w snach, drzemie. Pieją koguty. Polna droga poprzecinana smugami świeżych tropów. Dziki ledwo przemknęły, kiedy za moimi plecami wyłania się ciekawski lis. Księżyc wisi jeszcze nisko nad domami, już stracił czar wywołania pozłacanych cieni. A świt mój księżycowy, graniem skowrończym się zaczyna.

45541216_2224413227795731_7744375249336008704_n

Księżycowe dary Drzew Mocy. Sedno leśnej pełni.

Szare, okryte siwą zasłoną pola majaczą się w pustce półzamglonych horyzontów. Bezmiar przestrzeni rozlega się echem dalekim. To przed naszymi oczami. Ukryta w mroku niewielka olszynka drzemie pod kocem szelestów. Za nią widnieje ledwo już dostrzegalna, czarna ściana lasu. W niej czekają jakieś przygody. Ekscytacja i ciekawość. Co też czai się dziś w borze? Zbliżamy się. Podążamy za nurtem polnej strugi, melioracyjnego rowku, arterii wędrownej bobrów. Na spiętrzonej tafli przysiadły z noclegiem kaczki krzyżówki. Te krzyczą ostrzegawczo. Bieleją kikuty ogryzionych wierzb. Prowadzi nas rześki plusk. Co jakiś czas przystaję, lustrując lornetką bezkresy połaci. Nie chcę abyśmy przegapili lub spłoszyli jakieś zwierzęta. Pogoda dopisuje. A może nie. Czas księżycowej pełni. A niebo zasnuło nam się burymi kłębami, z których plecie pierwszy, delikatny śnieżek. Wilgotno. Pola ”cukrują” lekko. Gość mój, z wielkiej Warszawy, matka czwórki dzieci, przybyła do świata Szeptów Kniei na dwie Noce Wędrowne, po szlaku Drzew Mocy. Chce czuć, słyszeć i samej już poznawać ich przesłania. Co znam, staram się najpełniej przekazać. A dziś to drzewa właśnie miały nam ofiarować swój niezwykły popis.

Kiedy patrzę pierwszy raz na Annę, a może jeszcze chwilę zanim przyjechała, wiem – jej Drzewo to Topola, ale potrzebuje głównie wsparcia Dębów. Do Topól, Sióstr – Szamanek wiodę najpierw. I znów się wydarza – szczerość. Widzimy się po raz pierwszy w życiu, a rozmawiamy o najtrudniejszych bolesnych sprawach naszych żywotów. W leśnej przestrzeni pogrążonej w ciemności, na wierzch wychodzą i najczarniejsze tajemnice. O których nie powiedziałbyś nikomu. Czasem to wszystko tak trudne, że nie wiem jak mógłbym pomóc. Wiem tylko, do których drzew trzeba iść. Tam zaś już się dzieje. Mijamy czarne wstęgi dziczych tropów wiodących przez kukurydziska. Biała, nieco przyprószona dróżka wiedzie krokami do baśni, przypomina mi Opowieści z Narni. Cieknące nosy wzniecają gawędy o zdrowiu. Zgadzamy i wiemy oboje – nic szkodliwego to, kto niezwyczajny boi się przeziębienia. Tymczasem wygrzany w cieple mieszkań organizm w ten sposób oczyszcza się z tzw nagromadzonych ‘’zimnych śluzów’’, i krzepą wraca do formy. Wiem po sobie. Regularne zimowo – jesienne wędrówki w najgorszym chłodzie, powodują że praktycznie nie choruję na pospolite przeziębienia czy grypy.

09c749f50ffa54dda86d2febcde5ae70

W ciemności nie widzę reakcji drzew. Zwykle ”Topolanki” nasilają swoje kołysanie, gdy podchodzą do nich Wędrowcy. One wołały mnie i gościa. Mimo zimy. Topole zresztą zdają się być częściej aktywne zimowo, niż inne liściaste drzewa. Przykładam dłoń w odległości 20-30 cm, zanurzając uczucie w znajomym, przyjaznym cieple. Tętnią nim. Polecam Annie na jakiś czas się przytulić, sam odpoczywam pod drugą z Topól. Tak potrzeba. Gdy zbliżam się ponownie, Ania z przejęciem opowiada mi kolejną swoją historię.

– Dar mam pewien. Przekleństwo. Dar języków. To ostatnie, co powinnam zostawić. Od dawna umiałam mówić niezrozumiałe wyrazy w językach których nikt nie zna. Podobno w innym życiu zgodziłam się robić okropne rzeczy, w zamian za taką możliwość. Te słowa… One nie są dobre. Miały za zadanie gasić każdą Miłość która przybędzie na Ziemię. Wiem, że to jest nieustanna furtka do mnie, aby wracało stare… Widzę. Przypomina ośmiornicę czarną na moim sercu. Chcę się tego pozbyć.

Milczę. Nie zaskoczyła mnie, ani nie dziwią najróżniejsze opowieści. Rozmawialiśmy o tym po drodze. W środku pojawia się znajome łaskotanie, obrazy i słowa. Topola prosi abym to zrobił. Nie wiem jak! Krzyczę do niej w myślach. Nie jestem tak silny, nie umiem… Dalej dzieje się intuicyjnie, spontanicznie. Podbiegam do drugiej z Topól, przytulam na kilka minut. Ona daje instrukcje, ofiaruje słowa. Jestem z powrotem przy Ance, która także w ciszy tuli swoje drzewo.

– Czy jesteś gotowa i chcesz to zostawić ?

Pytam. Bo już wiem, że mogę. Drzewa są z nami połączone w procesie. Anka płacze, a jedna ‘’Topolanka’’ zrzuca kawałek kory. One zawsze chcą pokazać w jakiś sposób, że są obecne i pomagają. Chwytamy się za dłonie, zbliżając głowy do pnia. Wypowiadam wers, ofiarowany mi kilka chwil wcześniej przez Topolę.

– Żegnam wszystko co nie służy,
Życzę dobrej im podróży,

Dar, przekleństwo, ten niechciany
Odtąd niech jest pogrzebany,

Za Twój udział dziękujemy,
Wszystko już o Tobie wiemy

Niech pochłoną go głębiny,
A uzdrowią się przyczyny

Ziemi – Matce powierzamy
Pakt ten, węzeł przywiązany

Składam w Niej i zakopuję
Lekkość w sobie odtąd czuję,

W sercu światło się otwiera
Niech najlepsze dzieje teraz

Drży zawsze przeze mnie w takim momencie wzruszenie. Ono wzmacnia moc przekazu w prawdzie, i po prostu czyni. Uśmiechamy się oboje.

– A teraz chodz szybko na pole, zakopiemy to!

Wołam. Biegniemy w podskokach i przypadamy na klęczkach ku ziemi. Staram się wykopać dołek. Gleba jest zmarznięta, twarda, boląco chłodna. Anka natomiast znajduje obok już gotowy wydrążony dołek. Tam wrzucamy ‘’dar – przekleństwo’’ i zasypujemy ziemią z kretowiska. Poznaję, że lej dołka został wydrążony dziczym ryjem. Dla mnie symbol Sił Ziemi. A Topole pokazały nam w myślach i obrazach czynność zakopywania. Nazwaliśmy, podziękowaliśmy, przyjrzeliśmy się, i pożegnaliśmy powierzając żywiołom. Drzewa ukazały, bezbłędnie odczytały prawdę i podały wskazówki. Czysty szamanizm…
W tym momencie między topolowymi bliźniaczkami przeciera się nieśmiały księżyc. Oświetlił nasze postacie. Drzewa w jej aurze wyglądają dostojnie, potężnie i dziko. Nie mogę się nadziwić. Czas zimowy, a one jakby nigdy nic w gotowości do wszelkiej pomocy. A może to właśnie, przyjazn?

Dębowe Ciepło

I znów rozmawiamy. Z jednej strony o ich mocy, a z drugiej o trudnym czasie dla Drzew. Opowiadam jak jesiony prosiły niegdyś rankiem bym został ‘’bo za chwilę się zacznie’’. Trzeszczały, pękały, i zrzucały gałązki, starając się za wszelką cenę zwrócić moją uwagę. ‘’Zostań z nami. Chcemy żebyś tu był, gdy będziemy odchodzić…’’ szumiały. Nie potrafiłem jednak z nimi z nimi zostać, połączyć się w tym bólu. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiał. Uciekłem. Mąż Ani jest leśnikiem i kocha obserwować ptaki, lecz o rozmawiających drzewach zabrania jej mówić. Dlatego nasze spotkanie jest wyjątkowe. I trudne zarazem. Trudniejsze z każdym krokiem. Widzę, że zacięli ciąć też pas przy drodze, na razie tylko krzewy. Zostają na hałdach stert, nikt tego nie zabierze, nawet nie spali ani nie wykorzysta. Jaki sens, tutaj? Odległa leśna dróżka, prawie bez ruchu aut, tyle ptaków się tutaj gnieździ. Jakby amok powodował cięcie dla samej frajdy. Rozpęd żądzy niszczenia. Może nieuświadomionej. Duzi chłopcy lubią pobawić się piłami, pohałasować. Nie ma żadnego uzasadnienia. Te bzy niczemu nie przeszkadzały. Choć na pewno nazwą to ‘’pielęgnacją’’.

Krzesimir ogrzewa nas ciepłem. W bezruchu pod jego pniem spędzamy jakąś godzinę, mimo narastającego mrozu nikomu nie doskwiera. Anna nie może się nadziwić jak to możliwe. Po raz pierwszy odbiera tak fizycznie drzewną energię. Ja śmieję się, i opowiadam dlaczego nocami nie marznę na czuwaniach. Bo dębów tulę, a oni grzeją wędrowca, by jak najdłużej wysiedział i bogate opowieści spisał. Dopiero gdy wstajemy i wychodzimy z tego ciepłego, opiekuńczego kożucha, zaczynamy czuć ziąb. Dużo się zadziało przez tą godzinę, mimo że nie rzekliśmy ani słowa. Krzesimir potrafi wymieniać między ludzmi informacje z pola duszy i silnie połączyć. To są głębokie pokłady. To czego nie da przekazać się słowami, a dusza wie. Nauczył się trudnej sztuki. Taka wymiana jest możliwa, jedynie przy intymnym, miłosnym połączeniu. Tak mi się wydawało. Bo dąb jakoś potrafi to obejść. Przeprowadzić duchowo. Jednak uczucia pozostają nie do opisania. W nurcie pobliskiej rzeki księżyc maluje mozaikę błyskami srebrzystych refleksów. Woda chłodzi rześkością.

Olbrzymi świerk tuż przy drodze tkwi w bezwładzie ponurym, lecz i On woła. Anna podbiega spontanicznie przytulić. Choć powinno się prosić i pytać, sam często tak robię. Trudno się powstrzymać. Mi jednak świerk tulić nie pozwala. Dostaję ‘’kopa’’ przez stopy jakby prąd. A u Ani opowieści. O rodzicach, dość trudnym dzieciństwie, żalu, krzywdzie. Podziwiam jak bardzo drzewa wiedzą, co wydobyć. Kiedy i jak pomóc. Co ukazać. Świerki zwykle nie śpią zimą. Dziś pełnia księżyca. Emanują wtedy sednem swoich najbardziej uzdrawiających energii. Dla mnie to święto widzieć chyba po raz pierwszy jak działa na kimś innym niż ja.

Przez szemrzące szronem łąki i i chłodny las docieramy do kolejnego miejsca postoju. Olbrzymi dąb stróżujący samotnej polanie, potężny i wspaniały. Ramionami konarów jakby niebo trzymał. Inny jest jakże od Krzesimira, strzelisty, wspina się wzwyż. Pień prosty. I on grzeje. Dziś 12.12. Magiczna data. Anna zaczyna coś nucić… Płynie czysta, srebrzysta melodia, delikatna, łagodna, kojąca. Nie potrafię przestać płakać. Może dlatego, że przypomina mi moje dawne wcielenie Kobiety, która tak samo pieśnią uzdrawiała, więzi z naturą pielęgnując. Słowa skądś przychodzą, o miłości do świata, współczuciu, współpracy, więziach, ciszy i nowej epoce Wolnych Lasów. Dąb pomrukiem przesłania głosi. Odczytujemy dębową przemowę, którą niegdyś spisałem właśnie tutaj. Słowa dzieją się żywe. U drzew poruszenie się robi. Dewy wypływają do tańca. Widać zarysy we mgłach. Świerkowy młodzieniaszek naprzeciw kołysze się w takt, trzeszczy i z głębin pnia swoje odgłosy dobywa. Bardzo chce być dostrzeżony. Czujemy ich obecność, jak wśród dobrych, kochanych przyjaciół. Spoglądam w górę, gdzie rozpościerają się złociste sznury dębowych konarów. Jakby świetliste, energetyczne przedłużenia. Dusza widzi po swojemu, czasem dając wgląd do świata energii. Nigdy nie myślałem, że będę potrafił to zobaczyć w towarzystwie innej osoby.
Sosna: Trrr, Trrrr, skrzypi. Dzikość pradawna przysiadła obok. Klękamy i składamy w darze jabłka. Sarnim skrzatom na uciechę. Drzewa cieszą się z ludzmi i celebrują zimowe święto życia. Wdzięczne są, żeśmy przyszli. To dla nich ważne, wiedzieć, że są też inni i złączyć siły pragnień w dążeniu do wspólnej harmonii. Gdzieś w oddali, ledwo słyszalne jelenie, przeprawiają się przez rzekę. Ania mówi, że nigdy nie przeżyła tak intensywnego kontaktu z drzewnymi istotami. Cieszy się i śpiewa, a one wokół trzeszczą, skrzypią i jęczą. Wiec tańczy. Zatacza coraz szerszy krąg. Człowiek Czujący. Współ. Człowiek Błogosławiący, wspierający, czyniący dobro. Bliski Bogu. Cały świat odpowiada mu tym samym. W takich chwilach widać to szczególnie. Drzewa Mówią: Nie wypierajcie się swojej tożsamości. Swej prawdziwej natury. Nie odcinajcie się od korzeni. Nie niszczcie, siebie i nas. Pamięć przetrwa. Waszą pieśń przechowają wieki. Ciężko nam opuścić to święte miejsce. Podążamy nocą wśród młodych sosen jak pradawni elfowie, z pieśnią szczęścia ulatującą w dzwoniących nutach. Głaszczą księżycowe prześwity. Kiedy na powrót wynurzamy się z lasu, na polu biesiaduje chmara jeleni.

Druga Noc Wędrowna. Matka Topola i Księżycowe Łabędzie.

Pełnia zapowiada się pochmurno i deszczowo. Podążamy starym, nieczynnym torowiskiem, które już bierze na powrót we władanie przyroda. Trzeba uważać na kolczaste gałęzie dzikiej róży, schylać pod konarami jabłoni i omijać gęste tarniny. Mam wrażenie, że jeszcze tylko 20 lat, a roślinność pochłonie pamięć po kolejowej linii. Dziś nie podmarza. Schodzimy z nasypu i brniemy zapadając się w miękkiej, wilgotnej ziemi. Za olszynami, na oziminie pasie się grupa saren. Ich zielone oczy pobłyskują w świetle czołowej latarki. Okolica choć mniej odludna, nocą zachowuje polny klimat pustki. Dziś odwiedzamy nietypowe drzewa. Ogromna wierzba, która urosła na…starym wysypisku. Motyw uzdrawiającego działania sił przyrody, dziś pojawia się często. Pochłaniają wszystko. Podziw. Z zewnątrz prawie nie widać, że pod spodem jest metrowa warstwa odpadów… Roślinność przerasta i pochłania wszystko, co człowiek zbrukał. Wierzbie dziękujemy, za tą pracę. Ona mówi, że człowiek tutaj przyjdzie i wytnie znów… aby było miejsce na nowe śmieci. Mimo to… Drzewo ‘’zbadawszy’’ nas swoim wglądem przytula energią i prosi aby właśnie o tych śmieciach opowiedzieć. One i tak zarosną wszystko. Zawsze. Nagły hałas ogłasza wędrówkę dzika. Zwierz prycha i łamie gałązkę. Trwa to chwilę.

Siadamy nad stawem obok, gdzie bieleją sylwetki drzemiących łabędzi. Tafla jest prawie cała zamarznięta. Nie odleciały. Jakaś czujna kaczka zmyka w szuwary. Śnieżni książęta wody jednak nie śpią. Przyglądają się, czujni, zainteresowani. Po chwili zanurzają szyję w lodowatej wodzie, w poszukiwaniu pokarmu. Gęsta ławica chmur rozprasza się. Księżyc rozrzuca swe błyski po zimowym lustrze zapomnianego stawu. Koi poświatą. Ogromne ptaki w jej aurze zdają się być utkane ze snu, nierzeczywiste. A jednak tu są. Podobnie jak ziąb, który podnosi nas do dalszego marszu. Suniemy ścieżką pod lasem, z prawej strony mając porośnięte szuwarami bagnisko. Pozostaję czujny. Tutaj mogą być dziki. Nagły szelest osadza w miejscu. Nasłuchujemy. Kto też czai się w trzcinach? Sekundy. Odgłos powtórzy się?
Znajome skrobanie wieści obecność bobra. Szczęśliwi – słuchamy pracy wodnego inżyniera.
I gdy podążamy potykając się na stożkach buchtowisk, drogę zagradza dość szeroka struga. Nie da się przeskoczyć. Dawno tędy nie szedłem. Ciężko było przewidzieć, jakie będą warunki. Prowadzę wzdłuż strumienia. Doświadczenie uczy, że zawsze natrafi się na jakieś przejście. A to kłoda powalona, węższy przesmyk, albo…bobrowa tama! Jest. Zapora miękka i luzna, jakby nie kontynuowana, ale da się po niej przejść. W kaloszach rzecz jasna. Ja forsuję śmiało, Anna kombinuje i próbuje, aby się nie zanurzyć. Wreszcie oboje na drugim brzegu. Taka przeprawa w ciemności nawet przez mały rowek nie jest oczywista. Czasem mimo płytkiej wody, muł potrafi pochłaniać ponad kolana. I wtedy po wyprawie…
Po wyjściu na przestrzeń, wokół wszędzie domy. Wspominam opowieścią jak to miejsce niegdyś było polem, po którym hasały swobodnie dziki. A wcześniej pewnie lasem. Dziś potomkowie ludzi, którzy wykarczowali, obsiali i uprawiali, Ci którzy teraz mieszkają tutaj. Chcieli blisko lasu. Ale przeszkadzają im dziki pod płotami a i nawet dziwi obecność zwierząt w miejscu gdzie występowały wcześniej. Mnie ani trochę. Nam miejsca do życia ciągle przybywa, a ich świat się kurczy z każdym rokiem. A przecież tylko chcą przetrwać. Rozmyślam. Kolejne dzicze pokolenia które się rodzą, nie pamiętają już tej dzikości, zmuszone są żyć w naszym hałasie, dostosować się. Gdyby tutaj przetrwał jakiś stary dzik, pamiętający ciszę tych okolic, musiałoby mu być bardzo przykro.

Mijamy szpaler młodych, gęstych osik. Stworzyły jakby tunel. Nasz cel – kolejny staw i dębowa oaza w Rodowym Kręgu, gdzie szlachetni dębowie wspierają ciepłem z głębi swych leśnych serc. Pod nimi przysiadamy w wypoczynkiem. Księżyc zawisł nad konarami. To rodzaj takiego piękna, które trzyma w nieustannym zachwycie. Można gapić się w nieskończoność. Czuję dębowe ciepło warstwami, na policzku. Srebrzyste cienie młodych drzewek sterczą tajemniczo. Brzozy lśnią białą aurą. Zewsząd budzi się chłód, ale dęby grzeją, jak to one. Ma się wrażenie, że trzymają barierę temperatury.

– Huuu, huuuu puuuhuuuu!

Puszczyk Dobrodziej nawołuje. Budzi duchy Kniei. Gdy na łów ruszają sowy, jest już rzeczywiście późno. Bobry nieśmiało hałasują w stawie, pilno im do swoich robót. Pod dębami spędziliśmy jakąś godzinę, po prostu wypoczywając. Tym razem każdy pod ‘’swoim.’’ Dobrze pozostać samemu z ciemnością, jednocześnie wiedzą, że ktoś jest obok choć go nie widzimy. Ostatni etap naszej podróży, a w zasadzie powrót – polna, piaszczysta droga, już coraz rzadziej porosła wielkimi topolami. Mijamy ścięte olbrzymy pniaków. A potem kolejne. Ja opowiadam. Jak tańczyć nocą lubiły i gałązki zrzucały na powitanie. O przesłaniach, które dane mi było pod nimi spisać. I kiedy stajemy pod jedną z nich, Ania spontanicznie podbiega aby się przytulić. Długo tak tkwią. W pniu drzewa dostrzegam fioletową kulę, znane mi już ‘’topolowe serce’’, która przesuwa się po linii góra – dół. ‘’Oho, coś mocnego się dzieje’’ – Myślę. Odbieram, że drzewo sporo zabiera. Głęboki pływ. Po kilku minutach zbliżam się i ja… słychać płacz.
Błyskają światła – jakieś auto mija nas zdumione, wraz z pasażerami których dostrzegam oniemiałych kątem oka. Tak. Dwójka wędrowców tuli nocą przy drodze jakieś drzewo. To musi być dla nich dziwne. A u nas po prostu dzieje się… proces.

– Ona pokazuje mi Matkę… Czuję jakby tuliła mnie mama. Taka Miłość.. Jak ona to potrafi? Ale ona prawie mnie nie tuliła w dzieciństwie. Nie była wobec mnie czuła. Nie potrafiła. Nie otrzymałam… Ale ta Topola… Ona to robi jakby Matka. – opowiada Anna.

Słucham, i wiem, że nie takie rzeczy drzewa potrafią. Wiem, że dzieje się coś ważnego. Uzdrowienie w relacji na poziomie – Nieukochane, a łaknące Dziecko – Rodzic. Drzewa wszystko potrafią poruszyć. Wydobyć, ukazać. Myślę i gorzko. Wycinają je po kolei. A one tyle dają, ot tak z siebie. Przechodziliśmy tędy tylko. Nie planowałem tutaj się zatrzymywać. Ale komu dziś jest potrzebny wgląd w swój ból? Konfrontacja z nim? Uzdrawianie, pójście dalej? Kogo obchodzi własne wnętrze? Ważniejsze to drewno, którym napali się w piecu albo sprzeda. Resztę przykryją inne rozpraszacze. A bolesny człowiek pójdzie dalej zadawać swój innym ból, przekładać go na kolejny istoty, rozpraszać w działaniu toporem, piłą… Zaklęty krąg wyparcia.

– Więc teraz otrzymałaś. Abyś poczuła, jak to jest. Jak przytula i Kocha Mama. Drzewa chcą abyśmy byli szczęśliwi. Każdą ludzką energią, uczuciem, emocją, potrafią operować. Ponieważ są nam bliskie. Niemal takie jak my. Starsi bracia w istnieniu. Od zawsze nasi terapeuci i przewodnicy. Chętnie pomogą, gdzie tylko potrafią. One wiedzą. Spełniony, uzdrowiony człowiek, to harmonia wokół. Ten który doświadczy ich Mocy, stanie się Opoką. Będzie chronił i błogosławił Życie. Teraz to Twoje poczucie krzywdy, braku opieki, zawodu, już pochłonęła ona. I przytuli Cię tak samo znów, gdy tylko będziesz potrzebować.

Odpowiadam, wyjaśniam pracę drzewa. Pamiętam gdy zobaczyłem mojego gościa po raz pierwszy, wiedziałem – jej Drzewem Mocy jest Topola, a opiekują się Dęby. I jesteśmy tutaj ‘’przypadkiem’’. Wczoraj przy powrocie zepsuł się jeden z rowerów, poszliśmy więc pieszo w inny rejon, choć mieliśmy zamiar odwiedzić Jesionowy Szlak. Chociaż usterka była prosta, jakoś nie wziąłem się za jej naprawę. Wszystko wydarza się idealnie – tak jak ma być. Zda się leśne skrzaty psocą, a finalnie pomagają w drodze po ukochanie kolejnych aspektów siebie. Bo z tym rowerem ciekawa historia. Dojechaliśmy, zostawiliśmy pod lasem, a po powrocie łańcuch jednego był zupełnie zablokowany. Spędziliśmy z pół godziny próbując go nałożyć, przeszkadzała osłona. W domu z narzędziami naprawa to pstryk, w ciemniej kniei z palcami i samym scyzorykiem, trudniejsze. Ostatecznie wziąłem Anię na hol, przy pomocy… zapasowych spodni z plecaka  I tak jechaliśmy powolutku.
Gdy wkraczamy w świat oświetlonych osiedli, długo jeszcze rozbrzmiewają rozmowy; spoglądamy na telewizory w oknach, świąteczne dekoracje i światła samochodów. Po kilku godzinach w głuszy to wszystko wydaje się takie nierealne, nie nasze, odległe, jak huczny, brzęczący rozhoworem ułudy sen.

P91212-212625

A jeśli i Ty masz ochotę przemaszerować podobną Noc Wędrowną i zatopić się w świadomym odczuwaniu energii lasu, pytaj o swój termin. Wyprawy są możliwe w ciągu całego roku, nie tylko podczas pełni księżyca. Kontakt:

czeremcha27@wp.pl

 

Pełnia śpiących kwiczołów. Czas huczki.

Po kilku dniach dżdżu i delikatnych słot, wreszcie niebo zaczęło się przecierać. Księżycowy Czarodziej, co to dopiero wynurzył się zza kotary chmur, zerknął z niebios na błotniste kałużyska. Srebrzystym promieniem omiótł połacie i przemianę postanowił uczynić. Wezwał na pomoc ziąb, chłody i zimnicę. Odwieczna kompania, braterstwo śmierci… Po polach spaceruje powoli Dziad Mróz, księżycowy pomocnik. Bruzdzi, ścina, utrwala i grudzi. Bo i grudzień w kalendarzu nastał.

Idę powoli, starając się nie szeleścić. Nie jest to łatwe, gdy wszędzie walają się sterty wypłowiałych liści. Ziemia kołdrą się otula od mrozu. Wokół mnie pustki i przestrzenie rozległych pól. Srebrzyste blaski prześwitują ponad jesionową aleją mamiąc wzrok czarami psot. Wyobraznia harcuje. Swoje widzi. Nastroje. Podziwiam jak zmieniają się moje. Od dziwnego zablokowania w splocie, po smutek głęboki nad zdarzeniami świata. I gdy tak siłuję się z przemyśleniami, na baczność podrywa mnie niespodziany łopot.

– Trt Tritt, ttt, kuiiiit!

Poderwało się kilka ptasząt z krzaków obok. Ojej, kwiczoły! Śpią tutaj? Przepraszam! Gdybym wiedział, że tu jesteście… Wybrałbym inną drogę. Kolejne kroki przynoszą następne alarmy. To nie było kilka ptaków. Kwiczoły siedzą wszędzie wokół i podrywają się stadami ze szczebiotem gdy mijam kolejne krzewy. Ulatują w srebrzystą przestrzeń. Część zostaje i terkota. Widowisko oniemienia. To jest jakaś olbrzymia grupa wędrowna. Setki ich podrywają się w powietrze, zataczają krąg i osiadają. Głupio mi, że tak im przerwałem, lecz chodzę tędy tyle razy i nigdy nie było. Pocieszam się, że wszędzie tutaj są owocowe krzewy, ptaki rankiem będą miały pod dziobem stołówkę dla uzupełnienia energii. A dla mnie to lekcja. Dla nas wszystkich. Opowiadam często o tych zakrzaczeniach – ileż ptactwa tam się gnieździ wiosną. Jak pięknie hamują wiatr czyniąc wędrówkę przyjemną. Myślimy – ‘’jakieś krzaki, nic tam nie ma’’. Wycinamy. A tymczasem służą one opieką nawet ciemną zimową nocą, ptasim podróżnikom z daleka. Mówię półcicho, aby się nie bały. Z kolejnych gromad startują już tylko pojedyncze sztuki.Dociera do mnie, że ten niezrozumiały niepokój który cały czas czułem, pochodził od śledzących mnie w napięciu ptaków. Gdy mijam miejsce ich noclegowiska, całkowicie znika. Za szpalerem tarniny prześwitują jakieś ciemne sylwetki. Oho, chyba sarny. Tak. Sprawdzam w nocnej lornetce. Gapią się zdumione. Idę natychmiast dalej, bo wiem że w ich mniemaniu podążający człowiek ich wtedy nie widzi. Są spokojniejsze, niż gdyby stać i obserwować lekko szeleszcząc, zwłaszcza gdy nas wykryły. Sarnie siostry spoglądają ciekawie, odprowadzając rzucanymi z ukosa spojrzeniami. Jedzą jakąś rzepę, której łan porasta to poletko.

Chcę dziś odwiedzić Klona Kostura, tego Bożego Wesołka, co z wszystkiego się śmieje, kocha ludzi i pomysłami obdarza. Wołało to miejsce już od paru dni. Ciągnie mnie do ciszy Jesionowego Szlaku… Akustyka jest tu taka, że nie docierają zwykle odgłosy z wiosek. Można całkowicie zanurzyć się w sobie, pieśni duszy posłuchać, odkrywać… To ważne, i dla siebie posłuchać odpowiedzi. Mimo zimy Klon nie śpi. A przynajmniej odbieram jego narastającą radość już kilkudziesięciu kroków. Szpaler nagich drzew stroszy się i szeleści czym jeszcze może, jakby witał moje przejście fanfarą. Kłaniam się gołym śpiochom. Będąc w naturze mam często poczucie synergii z istotami, żywiołami, energiami które tutaj pracują. Przejawiają się w zdarzeniach , ‘’idealnych ‘’ ruchach wiatru, szelestach, zwierzętach. Mróz gęstnieje i zaczepki szuka. Klona wyczuwam jeszcze zanim podejdę. Tak, cieszy się, że przyszedłem. Jest szczęśliwy, że ostatnimi czasy decyduję odkrywać przyrodnicze bogactwo właśnie wokół niego. Pamiętam, raz gdy mnie wezwał, a na miejscu w którym zawsze pod nim siedzę wylegiwał się zaskroniec. Niespodzianka – potwierdzenie. Dziś chcę tylko z nim pobyć. Choć proszę o swoje sprawy, pozostawiam mu pełną swobodę. Niechaj robi co chce. Ja zasiadam pod pniem i przepatruję lornetką horyzonty. Metoda bardzo mi się sprawdza. Zawczasu, z dużej odległości wykrywam zwierzęta i mogę je ominąć. Nie wpadam nagle, i nie przeszkadzam. Choć na polach mają dostatek żeru, staram się swoją obecność zawsze uczynić jak najmniej widoczną i kłopotliwą. Kochany Klonie. Ty przytulasz tak mocno i ciepło mimo mroznej pustki wokół. Naładowałeś się słońcem przez lato. Teraz mi ofiarujesz. Długo dziś nie zostanę. Ziąb daje w kość. Spróbuję swoich sił z dodatkowym ubraniem w czatowni, tam mniej wieje.

Negocjuję sobie z panią Zimnicą, wzdrygając na plecach kolejne dreszcze, gdy delikatne ‘’szurr’’ otwiera mi wzrok szerzej. Liściastą drogą podąża puchaty piesek. Burza myśli, kto to? Zaszemrał pazurem po jednym liściu – tak subtelnie, ledwo słyszalnie. Zamieram w kamień, zauroczony. Po ciemniej masce na pyszczku poznaję – to jenot! O rety, pewnie zaraz mnie wyczuje i czmychnie. Kroczek za krokiem, jest tuż. Ja siedzę tu może jakieś 7 minut, ślad zostawiłem świeży. A on idzie tędy i wącha. Uspokajam się. Zwierzak mija mnie powoli, jakbym dlań nie istniał. Wiem, że to prezent od Kochanego Klona. Drzewa okazują Miłość w zdarzeniach. Gdy ‘’puchaty’’ szeleści jeszcze w tyle, przychodzi mi obraz. Nasze świadomości jakby na sekundy złączyły się w jeden przepływ – widzę pod katem z jego perspektywy. Jak on postrzega. Widzę siebie. Ale nie jak wyglądam. Biaława sylwetka ulana jakby z mgły, chwieje się i rozwiewa niosąc swoją esencję w pola. Nic dziwnego, że dlań nie istnieję… Bo i z jednej strony przyzwyczajam się do takich zdarzeń, z drugiej wciąż nie rozumiem i zachwycam. Czyli, jestem mu duchem. Po prostu. A jenot dziwi. Przecież podobno zapadają w jakiś rodzaj zimowego snu, tymczasem to już któryś, którego oglądam w środku zimy przy mrozie. Chociaż, gdybym był taki puchaty, też bym więcej wędrował. Szelesty malucha gdzieś gasną. W pamięci zacierają się zjawy. I nie wiesz po chwili takiej magii, czy wydarzyło się naprawdę, a może zdarzył się sen.

– Fuch – buhhh! Rozbrzmiewa gromko gdy maszeruję. Dziki ostrzegają się przed człowiekiem. Nie widzę ich. Wokół kukurydziska, więc gdzieś są. Czatownia znajduje się w polu. Widok rozległy i wspaniałe miejsce do zasiadki pełnej wrażeń. Z każdej strony doskonale będzie widać, a tędy migrują zwierzęta pomiędzy lasami. Z jednym tylko ale… Na przestrzeni, chłód dokucza bardziej. Czatowanie, to nieustanny sprawdzian siebie. Ale ja się dziś przygotowałem. Są dwa termosy, chlebak, plecak pełen ubrania i puszyste mięciusie skarpety ‘’świąteczne’’. Te do siedzenia sprawdzają się lepiej zamiast butów. Na sobie mam trzy koszulki w tym dwie ocieplane, kurtkę z wypełnieniem co nie przepuszcza wiatru, i na to dwie bluzy. Grube rękawiczki, oraz i równie uzbrojony dół wyposażony w podwójne i znów ocieplane kalesony, oraz trzy razy spodnie. W oddali przemykają i gasną światła aut. Dokądś pędzą. Tu zaś nieustraszona sowa pójdzka zawodzi śmiertelnym zawołaniem – Dziadka Mroza na pojedynek wzywa. Czernieją stożkami stare kretowiska. Zasiadka wcale się nie dłuży. Nade mną gwiazdy i sowie jęki, a w rowie nieopodal gramolą się z fuknięciami ukryte dziki. Jak pomyślę, że one teraz taplają się w wodzie… Ale stąd bierze się krzepa. Można potem wędrować gołym polem, mając naprzeciw żywiołów jedynie grubiznę czarnego futra.

62b185738752c39b83e094eed5863e14

Gdy ciało zaczyna tańczyć w podrygach starając się zachować resztki ciepła decyduję ruszyć dalej. Stąd, polami mam już blisko do krainy łąk i podmokłego olsu. Wiatr lekko wieje, jest bardzo przejrzyście. Darń skrzy się kryształami srebrnych migotów. Mróz pochwycił wszystko. Siłuje się z życiem. Podczas wędrówki ogarnia mnie…błogość… Ciepło wnet rozlewa się w środku. Oddech głęboki, spokojny, zdrowy. Tu nie przeszkadza żaden kurz, który w mieszkaniu tak dokucza już po paru dniach od sprzątania. Twarde, kuliste grudy czuję stopami przez kalosze – te są dla mnie jak masaż. Z każdym krokiem szerokie połacie otwierają się z gościną zmagań.. Docieram do szosy, gdzie ‘’coś’’ przemyka mi bezgłośnie przed nosem, pogrążają swój cień w polu. Dwa zające przeniknęły jeden za drugim, a teraz siedzą nasłuchując czujnie. Nie trwonią cennej energii na ucieczkę. Choć jak na zimę jest dość znośnie, i tak mi ich szkoda. Podziw. Tyle różnych stworzeń pląta się nocą, starając po prostu przeżyć. Polami, zwłaszcza zamrożonymi wędruje się wygodnie. Nie zauważasz nawet jak pochłaniasz kilometry. Długa noc pozwala na daleki obchód i tak po prostu kocham – bez zmęczenia, ogrzewany własnym ruchem i zawsze mogę przysiąść gdziekolwiek, popatrzeć na innych zwierzęcych podróżników. Wszyscy dokądś zmierzamy…
Nie sądziłem, że dziś tutaj się znajdę. Blisko 10 kilometrów od domu, przewędrowane pieszo. Ten las też wołał. Odbieram fale przenikającej radości. Czasem zastanawiam się dlaczego? Czy aż tak jestem tu potrzebny? Co wnoszę? Przechadzam się tylko…
Lornetka pokazuje ciemne sylwetki saren, które jedna za drugą maszerują w kierunku rzepaku. Przeczekuję ich przemarsz pod ogromną Topolą. Cienie zapomnienia. Wykrzyknik hałasu. Jakiś oburzony dzik przedziera się przez podszyt z łoskotem. I to są chwile… Nie wiem gdzie jest, a on gna. Nie wiesz gdzie dokładnie wyskoczy. Nie chcę problemów ani wzajemnych pretensji. Szuram lekko nogami w miejscu, aby usłyszał. Olbrzym zmienia gdzieś kierunek i wymija mnie bokiem. Podążaj bezpiecznie bracie. Nie wychodz na otwartą przestrzeń. Posyłam mu myśl.
Kiedy sarnie duchy przemijają udaje mi się bezgłośnie wdrapać na ambonę. Stąd mam widok na całą ich chmarę. Lornetka paruje na zewnątrz, od ciepła moich oczu i śmieję się wtedy. Można kupić i taką za kilkanaście tysięcy, a efekt będzie ten sam. Cierpko rozmyślam. Obcowanie z naturą. Ja, a one. Podziwiam. Ja izoluję się kolejnymi warstwami odzieży, zapijam gorącym z termosu, a one leżą na mokrym szronie, wprost w gołej ziemi. I obojętnie jakie warunki przyjdą, radzić sobie tu będą. Nie będzie ciepłego łóżka, skarpet, koca. To się nazywa przystosowanie + wola przetrwania.

– Kui, kuiii, kuiiii!

Mroczny, jękliwy zew lecący z ciemnego lasu, zapowiada łowy samicy puszczyka. Wieści, że i w gęstwinach runa gryzonie nie są bezpieczne. Ze ściany boru wychodzą jakieś ogromne sylwetki. Przypominają niedzwiedzie. Tak. W kniei nocą, niczego nie można być pewnym ‘’na oko’’. Lornetka i sposób poruszania ukazują jelenie. Te nie są tak swobodne jak sarny. Trzymają się zwartą grupą. Co chwila ‘’omiatają’’ przestrzeń wokół czujnymi głowami, i pasą się dość ostrożnie. I teraz dzieje się ciekawie. Wraz z wyjściem jeleni, część saren podnosi się, i chyłkiem uchodzi do lasu. Stada mijają się. Jakby jedne ustępowały drugim miejsca. Płowi pielgrzymi nocy. Jakaż to znajomość swego otoczenia, tak zmienionego przez człowieka i jakie przystosowanie, aby z tych przekształceń korzystać. Pamiętać wszystko muszą. Tu zaraz pod lasem rzepak, dalej oziminy, gdzie indziej rzepa czy kukurydzisko. Niekończące się stoiska biesiadne. I zawsze wybiorą świeżość, zamiast zatęchłego siana w paśniku. Tu mogą sobie nie przeszkadzać. Paśnik jest mały, trzeba się przepychać lub ustępować. Zwierzęta nie lubią zagęszczenia wielogatunkowego. To nienaturalne. Przy wodopojach, tak samo zmieniają się, korzystając o różnych potach aby sobie nie wchodzić w paradę. Z rozmyślań wyrywa mnie przeraźliwe rzężenie połączone z warkotem okraszone ‘’kotłowaniem’’ pobliskich zarośli. Jakby dwa wielkie psy walczyły ze sobą. Jakiś szczęk, kłapanie… Są straszne, okropne. Wdarły się klinem zaskoczenia w srebrną ciszę. Głowa galopuje w analizach i nagle wiem – toż to huczka dzicza! Słyszałem już niegdyś. Zimowe misterium przyrody, nie tak gromkie i dosadne jak rykowisko, choć jak słychać nieco upiorne. I nie tak łatwe do podsłuchania. Niestrudzone odyńce wytrwale tropią ponętne lochy kilometrami bezdroży, a największe z nich zwierają się w potyczkach z rywalami, tocząc bitki o prawo do świńskiej damy. I do tego dzik używa swego orężą, zakrzywionego kła, w gwarze łowieckiej ludu zwanego fają. Potrafią niezle się wtedy poharatać, pogryzć. To dlatego dziś podczas marszu, słyszałem te nieokreślone, przytłumione z daleka ‘’huknięcia’’. Stąd wzięła się nazwa. Czas huczki. I mawiało, że ‘’dziki się hukają’. Cokolwiek im to oznacza. O huczce nie pamięta się jak o rykowisku. Nie wspomina, brakuje jakichś poetyckich gawęd i opisów. Zapomniane leśne święto czarnego zwierza. Na ten czas, wielkie odyńce – stare samotniki żyjące dotąd osobno starają przyłączyć się do watach i przeganiają młodsze samce. Władać im się zachciewa, panować. Cały rok pielęgnowały samotność, kształcąc się w doświadczeniu i obyciu leśnym. Unikać zasadzek ludzkich, a ukazywać swoją potęgę jedynie wytrwałym czatownikom. Odgłosy mącą jak z głębin piekła. Tu, w ciszy i chłodnej pustce iskrzącej mrozem samotności, knieja odtwarza wciąż spektakl wiecznego cyklu. Gdy wszystko wokół się pasie, ja też zjadam kanapki, dopijam termos i ruszam jakiś czas po tym, jak dziki cichną. Nie mam jakoś ochoty wpaść na nabuzowanego hormonami odyńca. Mróz pieści cierpko odsłonięte fragmenty twarzy. Pielęgnuje wytrwałość. Ależ się odzwyczaiłem. Przecież to ledwo minus trzy. Księżyc góruje w poświacie swej mocy, a noc jeszcze młoda, tymczasem czuję się nasycony. Tyle się wydarzyło. Jenot, klon, sowy, zające, sarny, jelenie, huczka, odyńce. Czas zimowy, a puszcza tętni nieprzerwanie bijącym śpiewem życia. Skute lodem pola otwierają mrozne wrota do pozornej pustki pełnej zmagań. Tu dzieją się opowieści. Leniwie snują niekończące przygody. Wreszcie tutaj, trwa po kres istnienie.

”Pamiętnik Wędrowca” – przykładowy fragment mojej książki.

____________________________________

🧝‍♀️ Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność 

🌎 Wspólne Wędrówki do których można dołączyć i ubogacić swoją wrażliwość w świadomym postrzeganiu lasu aktualne są cały rok. Ruszamy sami lub w 2-3 osoby. Gościnna kwatera noclegowa podejmuje podróżnych z daleka  Zapraszam po Twoją leśną przygodę.

Kontakt i zapisy:
🌳 czeremcha27@wp.pl

https://szeptykniei.wordpress.com/ksiezycowe-wedrowki/

🌼 Wsparcie moich prac:
https://szeptykniei.wordpress.com/pomoc/

_____________________________________

PełniaiDzik

Leśne błogosławieństwo życia. Szczodre dary jesieni i Rykowisko Wędrowców

Zostałem tatą…  Chrzestnym znaczy. Leśnym. ‘’Jak do tego doszło nie wiem…’’ Spróbuję opowiedzieć. Zacząć. Kiedy myślę sobie, że ze zdarzeń wędrownych i historii życiowych nic już mnie nie zaskoczy, dzwoni do mnie Gabi. Nie znamy się jeszcze – chce przyjechać na wyprawę jesienną z przyjaciółką. W wesołej rozmowie wtrąca mi, że od niedawna wie, iż jest w ciąży no i wiecie, aby wędrówka nie była tak forsowną. Ja w radość… Na tą wieść. Ucieszył się, jakby było moje własne  Mówię sobie potem, ‘’No co Ty Sebcio, głupi’’? Jeszcze nie wiedziałem wtedy, że to Uśmiech Duszy był, wobec nowego zdania…

Widzimy się już na drugi dzień, w kwaterze. W trójkę błyskawicznie oswajamy, omawiamy trasę i plan na jutrzejszy Dzień Wędrowny. Stanęło na tym, że pół dnia u Drzew Mocy, druga połowa na zbiorach plonów, a potem przerwa godzinna i noc na rykowisku. Dużo, śmiechów, żartów, Gabi mówi, że do Drzew ze swym małym żołędziem przyjechała, bo chłop ma być jak Dąb. I że mam Kobiecą Duszę. Czyta mnie jak księgę otwartą. To to ja wiem… I ‘’muszę z nią żyć’’ odpowiadam, dać się tej kobietce dzikiej się wyszaleć, wypisać, wypłakać, utańczyć, a i obdarzyć czułością wrażliwą mi najbliższych ukochanych. Wtedy ona jest szczęśliwa i działamy sobie jak stare dobre małżeństwo. Wtedy też synergią brzmi męskość. Jakiś przebłysk świta, po co ta wyprawa, i co mam zrobić jutro, już wiem. Gdy wszystko ustalone, powitane, wracam do siebie. A tam… dopada mnie znana już ‘’faza piśmienna’’. Proces twórczy. Piszę…i okazuje się, dla tego dziecka maluśkiego, tam w łonie. Bo to drugi miesiąc dopiero. Czy to przesłanie? A może modlitwa? Nie wiem. Wiedziałem tylko, że mam spisywać, chwyciłem kartkę i wyjątkowo długopisem. Wzruszenie płynie strugami… Mija wieczór, z kawałkiem nocy. Wiem, że to co się spisało mam przeczytać mamie przyszłej i dziecku. Ale gdzie? Myślę pierw o Dębie Radosławie i jakimś nietkniętym kawałku lasu.

TrreLife.jpg

Rankiem jesteśmy pod Krzesimirem. Jeszcze się waham. Pracuje już umysł. Myślę sobie, i jak to tak tutaj, wśród tych kłód pościnanych sosnowych ułożonych w stosy? Nie, pójdziemy gdzie indziej… Jak była cisza w lesie, tak zewsząd zlatują się sikory. Obsiadają cały dąb, są wszędzie. Jest i kowalik, dołączył dzięcioł. Nalot. I gdy jedna z sikorek przysiada na korze, tuż nad naszymi głowami ja nie mam wątpliwości. Trudno o większy znak. Krzesimir zaś grzmi:

– TAK, WŁAŚNIE TUTAJ! PRZY MNIE TO ZRÓB. KOŁOWRÓT ŻYCIA. CYKL I PEŁNIA.

Dawno nie słyszałem tak wyraznie, dosadnie jego głosu. Gabrysi wcześniej powiedziałem co się święcić dziś może, teraz za jej zgodą przykładam dłonie do powiększonego lekko brzuszka. Czuję się nieco jak kapłan, albo i ksiądz, gdybym to wiedział jak oni się czują… Zaczynam czytać na głos. On drży. Staram się brzmieć…Nie łatwo.

Błogosławię Twoje życie, 
Trzymaj mocno je w uchwycie,

Krocz przed siebie śmiało, godnie, 
Z jego nurtem płyń swobodnie

Niechaj ludzie Cię wspierają, 
Swym najlepszym obdarzają

Wierzby, dęby i jesiony, 
Dzisiaj biją Ci ukłony

Z szumem liści już witają, 
Swego gościa, pozdrawiają,

Puszcze, knieje, łąki, lasy! 
Niech przypomną Tobie czasy

Niech przemówią stare dzieje,

Liście, pnącza, i konary, 
U Twej głowy złożą dary,

Niech nic nigdy nie zagłuszy, 
Światła Twej potężnej Duszy,

Przyjmij pełnię, uśmiech życia, 
By prowadził przez odkrycia

Niech rozprasza mroki nocy, 
Blask Twej osobistej Mocy

Pochłoń szmery i szelesty, 
Czule przejaw swoje gesty,

Wobec roślin, zwierząt, istnień, 
I ukochaj sobą wszystkie,

Daję Ci esencję Kniei, 
Abyś nią mógł się podzielić,

Tutaj w drzewach zakorzenię, 
Żebyś powiódł nowe plemię

W serce Twoje dar swój składam, 
Wieszczę, tulę, przepowiadam,

Drzew energia niech okryje, 
Tu gdzie tętno świata bije,

Przyjmij

Słyszysz pomruk ten, maleńki?
– Tak odzywa się Dąb Wielki,

Miłość poprowadzi kroki, 
Ciepło przyjmie świat szeroki

Witaj

Gdy czytam, wiatr psoty wywija w gałęziach, a Drzewo reaguje całym sobą. Udaje mi się jakoś dobrnąć do końca. Oboje spłakani. Dusza i Dąb, co wyście wymyślili? Najpierw przesłania wieszczone na żywo, teraz tak? I wiem, że dziś mam czytać ‘’brzuszkowi’’ wszystkie słowa spisane w przesłaniach, które uruchamiają energie drzewne. Prosi wierzba, jesion, dąb i brzozy. Mam jemu przekazać tą esencję. Ohhh… to był dłuuugi Dzień Wędrowny… Dalej maszerowaliśmy już na skrzydłach Babiego Lata, z gestem szczodrej jesieni, który obfitością odmierzał echo naszych kroków.

Dzika róża, bez i głogi

Maszerując niespiesznie po jesionowym szlaku podarunki jesieni zbieramy. Dziś Wędrowny Dzień plonów. Dzika róża, głogi, bzu ostatki i tarniny szczodre. Ciekawski rudzik przygląda się ludziom, pomponem pomarańczy migota. Cisza w dostatku się kłania. Czerwień spogląda zewsząd w rumieni.Na dystansie około trzech kilometrów dojrzałe krzewy rozpościerają przystrojone konary, jakby zawołać chciały; masz, wez, częstuj się! Wystarczy dla wszystkich. Medytacja więzi łagodnej, z tym co najwłaściwsze człowiekowi od wieków. Sikory psocą po chaszczach. Lis słoneczny drepta na miedzy. A zdrowie ląduje w torbach lnianych, herbatę krzepy zaparzę na całą zimę. Z kukurydzy wybiegają dwa jelenie – te wypłoszył szum warczącej nisko motolotni, która pojawiła się znikąd…ehh…

P90921-164754

P90921-165448

Bo jesienią jeszcze innego charakteru nabierają wędrówki. Czas dojrzewania wyścieła niebo i ziemię puchem wszechobecnego dostatku. Samo zdrowie, z pracy żywiołów powstałe. Chodzcie do lasu! Dla każdego wystarczy. Drzewa i krzewy wyciągają zewsząd konary, w garście czerwieni ustrojone. Dłonie pełne darów. Co komu potrzeba. Żołędzie na kawę leśną, czy kasztany pochłaniające sploty negatywnych energii. Ziół ostatki z wrotyczu paciorków. Tym nacieramy ubrania przeciw kleszczom. Kiście bzu czarnego, wiechy koralikami przystrojone. Jabłuszka jeszcze na październik czekające, jarzębiny aż bordowe. I pomyśleć, że to wszystko ‘marnuje’ się tonami co roku. Człowiek zapomniał.

P90921-134029

Prowadzę przez sosnowy młodnik, jeden z moich ulubionych zakątków ptasich. Zawsze można tu spotkać wszystkie gatunki sikorek i raniuszki. Kraina zieleni igieł, szorstkich w dotyku jak szczotka. We mchu pobłyskują brązowe łepki kasztanów…

Kasztanów…?

Śliskie, a chłodne w dotyku… wyglądają na świat… pierwsze tutaj maślaczki. Ojej, są wszędzie! W tym momencie tracę wolę i przewodnictwo, gdy goście w uciesze przypadają do ziemi, zbierając w uśmiechach garście leśnego smaku. I jeszcze, i jeszcze! Szczęście przyfrunęło na pajęczynach babiego lata. Odzywa się w człowieku jakiś pierwotny, choć łagodny atawizm pradawnego zbieracza. Dalej nie pójdziemy. Pora na grzybową przerwę. Rozmyślania już lubują się w smakach, sos będzie, suszone, a może przysmażone z cebulką? Mało co podnoszę, korzystając z daru uważności wskazuję kolejne miejsca, gdzie widać kapelusze. Oj, grzybów to ja się w życiu nazbierał… Od małego. Jak wściekły niegdyś. Wyszumiało się to, i wrócić nie chce. Zapachy tańczą w balecie, a w rozmyślaniach i rozmowach płyną wieści o roli grzybni w lesie, jej powiązaniach z drzewami, i bogatych a jakże przez lata wypartych właściwościach tych darów. Płynie gawęda swobodna, przesycona aromatem młodocianych sośnin. Przyglądamy się szacie roślinnej tego niezwykłego miejsca, tu oto srebrno matowa Szczotlicha Siwa, jedna z najodporniejszych traw, wokół kocanki złote, już witające się przekwitem ze światem. Każda wyprawa ziarno wiedzy jakiejś zostawia, do samodzielnego już wzrostu w poznaniu. Widzę i grzybki maślane w gęstwie na buchtowisku, do tych puszczam oko i zostawiam pominięte – będą dla dzików, które chodzą tędy nocą z bagna na pola.

P90921-133530

Postój robimy…w rowku, pod prastarymi wierzbami. Są kanapki, i ziołowe herbaty w termosach. Struga szeleści pluskiem, przenosząc umysł w krainy ostępów relaksu i ukojenia w zatraceniu. Częstotliwość 432Hz. Działają i wierzby. Te otulają nas dotykiem łagodności. Specjalistki od uśmierzania bólu. Bagienne Babuszki. Ogrzewa nas słońce, zagłębienie chroni od wiatru. Opowiadam o bobrach tutejszych, o tym jak siedziałem w ramionach jednego z drzew, a pode mną w srebrze księżyca przepływali bobrowi pracownicy. Trudno oddać w słowach takie widoki. Dostojna jabłoń kołysze się nieopodal w naręczach zielonych kłębków swoich owoców. Omiatają nas stada ptasie, przeczesujące falami wszystkie możliwe zakamarki. Jest kowalik, raniuszki, sikory i dzięcioł. Zobaczcie, mówię. Oto one są sekretem tej jabłoni. Bo jak to możliwe, że sama jedna, nie przycinana, nie pryskana, nigdy nie ”pielęgnowana” a rodzi takie kosze bogactwa? Ptasi owadobójcy wydobywają zewsząd wszystko, co mogłoby jej zaszkodzić. Prawię o dzikach, dziuplach i skrzatach… Jesteśmy w klimacie. Szara struga pluszcze opowieścią, wierzby szemrają gawędą, trzciny kołyszą się niemo… A ja pytam moich gości…Bo przecież siedzimy tutaj w scenerii, dokładnie takiej jaką opisałem rok temu w historii.

Czy byłeś kiedyś nocą nad bagnem, w krainie szuwarów i mokradeł z dawna zapomnianych?

Siedziałeś może w kręgu Wierzbowych Wiedźm, słuchając o czym szemra wiatr w koronach próchniejących czarownic? Możesz tu szukać wszystkiego, lecz jednej rzeczy nie znajdziesz nigdy. Ciszy.

Ta umyka żwawo z królestwa moczarów, poganiana szelestami gwarzących trzcin. Nie ma ochoty tu mieszkać. W odległych gawędach ludu, nieposkromione bagna i ostoja dzikości złą sławą się zapisały, skrywając swe sekrety przed śmiałkami odkrywców mglistych tajemnic. Podania mówiły o topielicach, strzygach, zjawach wołających wędrowca ku czeluściom topieli, zaś w wierzbie miał zamieszkać sam Diabeł Rokita, błyskający ogarkami cudacznych lampionów, strasząc w obronie swych niedostępnych pieleszy. Sprawcami tych legend stały się głównie zwierzęta, w tak skrytych zakamarkach znajdujące swe ostoje. Niewidoczne, bezpieczne. Ale nie ciche. Kto lękliwy, odnajdzie tu sumę wszystkich swoich strachów. Pogodny i uważny, cudów zachwyt i wieczny urok. Można też duchom bagien zadać pytania, i posłuchać odpowiedzi…

Tu dzik szlak błotnisty przemierza, w pełni się czując bezpieczny, 
Jeleń do kąpieli też zmierza, odwieczny zwiedzając matecznik.

Głucho dudni bąk w mroku, ptasi duch trzcinowiska, 
Wierzba w szelestach swych kroków, tam diabeł ogarem błyska.

Szpacy zapadają z łoskotem, oddając się w senne mary, 
Czapla ochryple łopoce, skrzydlate wzywając już czary.

Żurawie trąbią ku słońcu, zachodu zwiastując wieszcze
Nadzieję mają, że w końcu, cisza zagości tu jeszcze.

Gęsi paplają z trwogą, gwarem wypełniając pielesze, 
Nadziwić się temu nie mogą, lis zaś się skrada w uciesze.

Bóbr w pluskach chroboce srogo, świat swój budując misterny
Podąży zawsze swą drogą, żywiołu posłaniec wierny.

Wydra śwista z uśmiechem, rybom na utrapienie
Topieli stając się echem, cieszy się swoim spełnieniem.

Łabędzi rycerz na toni, czułość okazuje partnerce
Kogo potrzeba przegoni, i pragną się jeszcze więcej.

Olchy w czas wichur zawodzą, bujając wśród połamańców,
Najlepiej tu sobie powodzą, kołysząc w rytm swoich tańców.

Szuwary z pomrukiem gaworzą, 
Gdy locha prowadzi swe plemię

Nigdy do snu się nie łożą…
Mgieł zjawa w oparach drzemie.

P90921-152140

IMG_20190921_150922

Opowiadam wzruszony, bo i słowa kieruję do łona, gdzie zamieszkało towarzyszące nam dziś maleństwo. Bo przecież jest nas czwórka. Wspaniała dusza wybrała sobie przyjście na świat z inicjacją leśną, chcę by pochłonęła jak najwięcej dobrego o tym zielonym świecie. Gabi zasypia…ukołysana wierzbowym szumem, pluskiem strumienia, i chyba moją opowieścią. Nie przeszkadzamy jej.

Rykowisko Wędrowców. Jesienny oddech Leśnej Mocy 

Po półtoragodzinnej przerwie, czas nam ruszać. Zwykle Dzień Wędrowny kończymy wraz z zachodem słońca, który podziwiamy gdzieś w przyrodzie. Gdy nastaną ciemności udajemy się na wypoczynek do kwatery, niedługi. Coś zjeść, zmienić ekwipunek, przebrać na noc i już gotowi. W oddali nad lasem wisi pomarańczowo – złocista połówka wschodzącego księżyca. Ona woła pod swoją opiekę. Już dawno po pełni. Nocka zapowiada się idealna, bezwietrzna, chłodna i księżycowa. Byki lubią się wtedy odzywać. Wdrapujemy się na ogromny stóg słomianych balotów, którego lokalizację trudno by sobie lepiej wymarzyć. Jednocześnie blisko szosy, można podjechać. Stąd widok na pola rozległe, rzepak z burakiem, gdzie ciągną zwierzęta. W horyzoncie czarna ściana lasu, i tu właśnie słychać dobrze wszystko, co się w nim dzieje. Każdego jelenia, który się odezwie.

Ubieramy się puchato. Czatownicy zasiadają na czuwanie. Czatownik – uwielbiam to określenie. Ten który czatuje, czuwa, zasadza się, czeka, obserwuje. Niewidoczny, nieuchwytny, skryty. Nic nie ujdzie jego uwagi. Jego intencją i pragnieniem jest jak najmniej przeszkadzać buszującym zwierzętom, dlatego wytrwale pozostaje godziny w bezruchu. Jest tu po to, aby nasycić swoja duszę pobytem w przyrodzie, ucieszyć wszystkimi dzwiękami i zdarzeniami, jakie minąć go mogą, gdy siedzi stapiając się w głaz… Podejrzeć cząstki leśnych tajemnic i nie zakłócać.

Mija 10 minut, 15, 20… w kryształowej ciszy. Trochę jakby ‘’zaczynam się niepokoić’’. Stąd powinno być słychać, już pora. I choć każdy wie, że w przyrodzie nie powinno się niczego oczekiwać, że nie można w zasadzie ‘’obiecać zwierząt’’, to zawsze chcę aby cokolwiek się wydarzyło. Gosia przyjechała z Katowic specjalnie, żeby te byki u boku Szeptów Kniei usłyszeć. Cisza gości się na dobre, a wiercenie mej towarzyszki mówi mi, że próbuje zaprzyjaźnić się z nią Pan Ziąb. I ja wiem o jego obecności, jednak zacząłbym pewnie zwracać nań uwagę po dwóch godzinach. Gdy ma się do czynienia z tym na co dzień, nie zwracasz uwagi na zimno, przyjmując jej jako coś normalnego, że troszkę tam dokucza. Wiem, że miejsce ma potencjał, a zwierząt jest tu mnóstwo. Może by tak.. je zawołać? W duszy rzecz jasna. Już nie raz tak robiłem i zdarzenia działy się piękne. Rozszerzam się. Wnikam świadomością w zakamarki gąszczy, przepatruję, wywołuję, rymuję…

Czatownicy już czekają, 
Z ciekawością spoglądają,

Czujnie dzwięków nasłuchują, 
Coraz większy ziąb też czują,

Hej jelenie, sarny, lisy! 
Księżyc świeci blado łysy

Opowieści przędą nowe 
Ukaż nam się życie płowe,

Sowa, borsuk, jenot, dziki! 
Niechaj zabrzmią tęgie ryki,

Pokaż skrawek tajemnicy 
Byśmy mogli się nasycić…

Ledwo kończę ‘’rymowane wygłupy’’ w myślach, przestrzeń jakby się uruchamia. Rozbrzmiewa piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Kuwika sobie w sosnach. Za kilka minut zaczynają chrypieć kozły sarnie. Gosia rozgląda się, zasłuchana, oczarowana. Jej białą twarz posrebrza księżyc. Ja się cieszę. Nad nami kaskady gwiazd, słabnące w blasku górującej złotej latarni.

70893839_2558974011045155_1606539530750394368_n

I jest! Pierwszy jeleń. Nadaje z głębi bagna. Ryczy mocarnie, kończąc frazę ochrypłym warczeniem. Ale z daleka. Wiem, że tam dalej muszą odzywać się inne, których stąd nie słyszymy. Odgłos raz jest bliższy, to dalszy. Bije tętno samczej mocy. I gdy tak słuchamy, wielki cień nadlatuje z pola, przepływając bezgłośnie nad naszymi głowami. Milcząco wachlujące skrzydła. To jakaś sowa! Choć odzywały się puszczyki, po wielkości obstawiam płomykówkę. Gosia zdziwiona, a ja wiem, że one tak zawsze podlatują obadać kto siedzi. Ryk mocnieje i przybliża. Teraz wpada nam wyraznie w uszy. Jest i inny. Jelenie podeszły. Krótka narada, i decydujemy się zejść ich posłuchać jeszcze bliżej. Można to zrobić nie przeszkadzając. One teraz i tak niemal nie zwracają uwagi na ludzi. Tam w dole jest łąka z łanem kukurydzy za plecami, można stać za parawanem mgieł i słuchać z bliska. Mlecznie języki rozlewają się smugami po polach, tworząc powłóczyste zasłony chłodnego jedwabiu. Przenikamy przez nie. W nich właśnie chyba mieszka ziąb. Stoimy, nasłuchujemy i chłoniemy. Gosza podskakuje mi na każdy bliższy ryk i szelest. Bardzo chciała iść, a teraz chyba trochę się boi. Tłumaczę cierpliwie półgłosem – co tu się dzieje. O ich zwyczajach. Gąszcze zaczynają szamotać z furią, któryś z byków przedziera się do rywala. Łoskot, dudnienie, łamanie krzaków. Chyba się zwarły… Byk jest zainteresowany tylko drugim bykiem, nie szuka ludzi i nie zwraca na nich zbytnio uwagi. Trzeba tylko uważać podczas hałasowania w lesie, bo jeleń biorąc za konkuretna możne podejść i w amoku zaszarżować. Zaślepiają je hormony. Tu mamy kilka kroków za plecami starą, a mocną zwyżkę myśliwską, na którą w razie co można się wdrapać. Jest bezpiecznie. Wabimy. Podkręcamy atmosferę, rozgrzewamy nastroje. Okazuje się, że jeleni było tu więcej. Chodzą i szeleszczą gromko. Jeden mruczy nisko, całkiem blisko w kukurydzy. Pobrzmiewa w nim grozba. Koncert pochłania nas niepamięcią. Nie rejestrujemy już zimna. Mgły rozpościeraja się woalem, kryjąc może wielgachne sylwetki byków mruczących w głębi łąki. Czuję się jak w świątyni, promienieję szczęściem. Nikogo tu poza nami. Wezwanie dzikości. Pradawne tętno leśnej mocy. Nie śmiemy już mącić, szargać. Dziś panują tu Płowi Królowie. Wygrażają, rzucają wyzwania, ogłaszają mglistemu światu ogień swojej potęgi. JAM JEST. TUTAJ. I nic innego się nie liczy… MISTERIUM. To najwłaściwsze słowo.

Gosza mówi, że nawet przestała się bać. I też zapomniała o zimnie. Nastąpiło zestrojenie z przestrzenią. Każdy ryk osadza nas w miejscu, choć chcielibyśmy już wracać tkwimy zasłuchani. Ciało przyjmuje fale informacji o potędze odwagi, Miłości i osobistej mocy. Dusze zatracają się w leśnej opowieści. Jelenie, kozły, puszczyki, płomykówka, mgły. Dziś gość mój czuje całą swą istotą sedno spisywanych na Szeptach Kniei opowieści. Już wie, jak to jest.

Wracając, przystajemy co kilka chwil. Ciężko się oderwać. Każdy zew rozbudza tęsknotę niewiadomą wstrzymując kroki, chciałoby się zostać aż do świtu.

IMG_20190921_113621

________________________________________________________
________________________________________________________

Wędrówka miała swój czas w ramach naszych trwających warsztatów z Drzewami Mocy i spotkań z dzikością, w esencji brzmienia pierwotnej Natury. Ją staramy się poczuć i odnalezć, zgłębiając przesłania mistycznej strony świata. Jeśli i Ty czujesz w sobie pęd do podobnej wyprawy, pisz i pytaj o swój termin. Te spotkania są dla Ciebie. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną historię. Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl   lub   FACEBOOK 

Do zobaczenia w lesie 🙂

 

Tęsknota jesieni. Pieśń Duszy Wędrowca

Jesiennym szmerem otulam się liści, 
Chochoły w stogach drzemiące, uśmiechem pozdrawiam,

Tańczę w paprociach zeschłych, z duchem bosym Ziemi 
Czasem pogrzebię trochę w starociach…

To znów cały zatopię w Czerwieni, 
Podnoszę dłonie i chwytam szelesty,

A z aury złocistej snów wianki zaplatam, 
W krainie tajemnic ku nieznanemu wędruję

Wiatr coraz dalej i dalej pogania, 
Wcale zmęczenia żadnego nie czuję,

W kolorach brzasku przeglądam się z rana, 
Marzenia dzikie snują się przy mnie,

Druhowie czuli, towarzysz błogi 
Będą szybować na piórkach zwinnie

Do najpiękniejszej, prowadząc drogi

Mirabelki krasne po owocach całuję, 
Dziękuję, że obrodziły tu z dojrzałością

Obfitości oddech w powietrzu paruje 
Wielu obdarzą, swą słodką sytością

Na mchu zielonym w wilgoci spoczywam, śpiewam do ptaków na pożegnanie
Niech im życie najlepszym ozłoci, podziwiam ostatni skrzydlaty taniec

Szeptem zawołam grzyby, prąd aromatu w kapeluszy chaosie 
Prastarym echem ziemi są żywi, pachną aż kręci w nosie

Kawę z żołędzi na ogniu zaparzam
Sikorze siostry spoglądają ciekawie

Dąb o zaufaniu mi ciągle powtarza
I tak jesteśmy tu razem, przy kawie

Brzozy wciąż figle płatają mi nowe, 
Kiedy zasiadam, na długie czuwanie

Podglądają mnie sarny płowe,
Najbardziej cicho, staram się dla nich

Być

Z puszczykami mgieł duchy poławiam, 
Zjaw dymiących, wolnych i dzikich

Zapomnianych Bogów Imiona wymawiam 
W wierzbach migoczą już chwiejne ogniki,

Głowę utulam w ogonie lisim, 
Rudy przyjaciel, odwiedził i usiadł

Rozmawiamy o harcach mysich
Mówi że zrobił, co czynić musiał

Spogląda ufnie zielonymi ślepiami, 
Wie już, że z druhem jest tu bezpieczny

Często siedzimy sobie tu sami 
I tak mija spełniony, czas ten bajeczny

O świcie zanurzam się cały w strumieniu,
Badam ścieżki i tropy – wodopój

Ciało pogrąża się ukojeniu 
Chłodny a błogi, ogarnia mnie spokój

Dębowie pomrukują z daleka, znowu do siebie, po coś wzywają 
Szemrze tam z pluskiem pobliska rzeka, żywioły dziś przemawiają

A ja bez większych planów, kasztanów uzbieram kosze 
Zaniosę jeleniom na czas ich święta, częstujcie się bracia proszę

I dzików przebudzenia posłucham, jak trzeszczą szuwary łamane
Ucieszę tym swego ducha, odgłosy to ukochane

W deszczu i słocie nurkuję ze szczęściem,
Pomoczę kurtkę, ubłocę kalosze

Niczego chyba nie trzeba mi więcej, 
Wieści coraz to nowe przynoszę

Wicher zimny pędzi przez pola, czapkę pożyczyć chce do wędrówki 
On już do siebie pieśnią mnie woła, i na nic tu żadne wymówki

Trznadlom i wróblom do snu nucę wieczorem, te się zlatują igrając skrzydłami
W kolczastej kryjówce tam mają osłonę, do zmierzchu zostanę tu razem z Wami

Na miedzy siadam u głogów rumianych, gdzieś w tarninowym zakątku ciemności 
Pośród chrobotów, szelestów słomianych, pogrążam się w swojej Dzikości

37927-1920x1200

250961

35160wide

les-osen-stvoly-listva-derevia-vetki-polumrak-svet-luchi-sol

Sierpień 2019

Foto: Wallpapers

The Leaf Charmer

Wakacyjne opowieści. Powitanie lata w szkole.

Bywa, że prosto spod księżyca, z krain zalanych srebrzystą poświatą pól, łąk i lasów, trafiam do szkół i przedszkoli, aby opowiedzieć o swoich kolejnych przygodach. Tak też zdarzyło się tym razem. Buszowałem akurat w najpiękniejszych zakątkach swojej okolicy, celebrując przybierającą już księżycową pełnię, obserwując jelenie, sarny i borsuki, kiedy odezwała się do mnie Ela BUczyńska, utalentowana malarka i dekoratorka mieszkań z Galeria Pozytywna – Piękne obrazy i wnętrza, Elżbieta Buczyńska. Z pytaniem, czy nie odwiedziłbym dzieci z opowieścią w szkole, do której uczęszcza jej córka. Powiem Wam, że w pierwszej chwili nie do końca mi to ‘’pasowało’’ no bo tu księżyc, widoki, mgły, zwierzęta, żal wyrywać się z takiego świata! Ale pojechałem, i jak się okazało, nie żałowałem ani trochę. Mazurska natura ugościła mnie spełnieniem wielu przyrodniczych marzeń, o których nawet już, gdzieś tam zapomniałem, że je posiadam. Pomyślałem też, że początek wakacji i końcówka roku szkolnego, to świetny czas, by o wielu ważnych sprawach opowiedzieć. Za chwilę dzieci ruszą na kolonie, wycieczki, wczasy, może pod namioty i w lasy, a tam na pewno spotkają się z różnymi sytuacjami wkraczając w dojrzewającą lęgowo i rozrodczo przestrzeń zwierząt. Inne będą buszowały po swoich ogrodach i na działkach. Szybko więc ubogaciłem i przystosowałem swoją prezentację o bardziej aktualne na sezon treści. Do szkoły pojechaliśmy rankiem…

64549481_466138347522552_8659450699270062080_n

Tu już wakacyjne pustki. Trochę problemów z zainstalowaniem sprzętu. Więcej niż zwykle. Okazało się, że nie mój laptop nie posiada jakiegoś tam odpowiedniego wejścia, aby połączyć go z tablicą multimedialną. Opcja zastępcza, puścić z drugiego laptopa, ale wtedy nie będzie dzwięku. Improwizacja! Wpadam ostatecznie na taki pomysł – z jednego komputera puszczam prezentację dzięki czemu mamy obraz, a Ela z drugiego klika to samo, i mamy jednocześnie głos.Jakoś udaje się to zgrać.

Pora trafia trochę nie najlepsza. Dzieci są już myślami w domach, bo przecież ostatnia lekcja w tym roku szkolnym. Mimo to, udaje się rozbudzić zainteresowanie. Ale nie to jest aż tak ważne. Zauważyłem jedną ciekawą rzecz. Zawsze, podczas spotkań z ludzmi trafiają się 1-3 osoby, co do których mam wrażenie, że jestem tam specjalnie dla nich. Że tylko do nich przyjechałem. Nie umiem tego wyjaśnić. Tak zdarzyło się podczas Owocowego Festiwalu. Pamiętam jednego pana, który po występie podszedł do mnie i powiedział ‘’Nie wiedziałem po co tu jadę, czułem że muszę. Teraz wiem, że miałem przyjechać do Ciebie’’.
Jedna z dziewczynek zadaje mnóstwo pytań, widać, że bardzo się interesuje wszystkim. Inny chłopak pyta, kiedy znów przyjadę. I wiem, że dla nich głównie tu dziś jestem. Trochę jakby się ‘’spowiadam’’ w tych opowieściach. Dlaczego kiedyś nie przepadałem szczególnie za sarnami? Mówię o swoich ‘’wędrownych zasadach’’ pierwszeństwa dla zwierząt. A z sarnami było tak, że były i trafiają się wszędzie. I często. Nie chcąc im przeszkadzać, musiałem albo czekać w bezruchu, lub mocno nadkładać drogi. Uważałem, że te płochliwe zwierzęta nic ciekawego pokazać nie mogą. Przeczytałem przecież na ich temat wszystko, co można było. Aż pewnego dnia…

64305385_374690860065959_2708286212262592512_n

Byłem świadkiem takiej sceny. Do polnego zagajnika z dwóch stron, zmierzają właśnie sarny. Była to wczesna jesień. Zwierzęta zbliżając się do kępy zadrzewienia, już z daleka się słyszą. Kiedy z szelestem pokonują pas krzaków i trzcin, wreszcie stają naprzeciw siebie. Tu dzieje się… Coś. Co raz na zawsze zmieniło moje podejście do płowych wędrowców. Dwie grupki, z których na przód wychodzą kozioł i koza. Zbliżają się do siebie. Już, już, są ‘’łeb w łeb’’. Chwila wzajemnego wąchania. Ale mam wrażenie, że dobrze się rozpoznają. Wtedy on… Liże jej szyję i przy uchu. Po pyszczku. Ocierają się szyjami, jak dawni przyjaciele, którzy spotkali się po jakimś czasie rozłąki. Zupełnie jak przytulający się na powitanie ludzie! Widzę, jak bardzo oboje się cieszą. Za chwilę krótka gonitwa i kilka bryków w suchej trawie. Radość! Po czym zaczynają wspólnie jeść zielone, razem z resztą stadka. Od tamtej pory zacząłem poświęcać sarnom więcej cichej uwagi, odkrywając jeszcze ciekawsze zachowania. Nie mam wątpliwości, że zwierzęta znają się wzajemnie i potrafią okazywać sobie czułość. Tęsknią, a nawet zakochują się. Są tak podobne do nas…

Odgłosy z kniei, puszczy, pól i łąk. Ptaki i zwierzęta. Przesłuchujemy wiele. Piskliwe zawołania czajek i ”czyrkania” kuropatwy. Dlaczego te niegdyś pospolite ptaki zagrzebują się w śniegu? Zimowe wycia lisów. Pohukiwanie dudka. Przy każdym zwierzęciu jakieś ciekawostki. Czym żywi się piękny dudek i dlaczego lepiej nie próbować szukać jego gniazdka? Wesoło biegająca pliszka siwa – aż taki z niej wyrafinowany i skuteczny łowca owadów? Jakie sztuczki dla własnej obrony stosuje zaskroniec? Kunszt kojącego śpiewu słowika zasiewa ciszę. Wrzaski żurawi nad rozlewiskiem – ożywienie. Co to tak trąbi? Jak najlepiej i gdzie je obserwować? Jakich zasad przestrzegać, by zwierzętom nie przeszkadzać? Dziś kładę nacisk na inne rzeczy. Dlaczego nie należy dotykać i zabierać młodej sarenki, a tylko jak najszybciej się oddalić? Jaką krzywdę zrobiliśmy zwierzętom, gdyby zabrać je ‘’na wychowanie’’? Bo przecież tylko wygląda na porzuconą, a matka jest gdzieś w okolicy i odwiedza ją kilka razy dziennie aby nakarmić, w pierwszych dniach życia. Wkrótce będą przemieszczać się razem. Co to są podloty? Jak ptasi rodzice opiekują się młodymi, które opuszczają gniazdo, nie umiejąc jeszcze w pełni latać? Dlaczego takich ptaków nie wolno zabierać ani ‘’ratować’’? A kiedy pomagać się powinno? Skupiamy się też na specyficznych enklawach natury, jakimi są ogrody, w których też można przecież pomóc różnym zwierzętom na wiele sposobów. Tym samym pomóc sobie, przyrodzie i mieć bardziej kolorowy, brzęczący i ciekawy ogródek. Tak zwane Hotele dla Owadów i ich mieszkańcy rozbudzają zainteresowanie. Czy skorek zwany potocznie szczypawicą może być grozny? Jak zbudować taki domek? Jakich materiałów użyć, aby zapewnić bezpieczne zimowisko konkretnym gatunkom owadów? Komu pomagamy? Kto to jest Złotook? Co będzie najlepsze dla biedronek? W jakich materiałach najlepiej zadomowią się miniaturowe, ‘’udające osę’’ kolibry, czyli bzygi? A gdzie dobrze poczują się pszczoły samotnice i trzmiele? Dlaczego warto pomagać nietoperzom, i zawieszać dla nich budki? Jak one polują, i postrzegają swoje ofiary? Czy prawdziwą jest bzdura, że wplątują się we włosy? Tu mówię, dlaczego tak lubię podczas wędrówek czy czuwania, kiedy nietoperze fruwają wokół mojej głowy. I ile komarów potrafią złowić w ciągu nocy. Jak to możliwe, że włochata ćma ‘’słyszy’’ polującego nietoperza, i jakie stosuje strategie obronne? Upały dają się we znaki nie tylko nam, ssakom i ptakom. Pokazuję jak w bardzo prosty sposób zrobić w ogrodzie poidło dla pszczół, z dowolnej miski i garści keramzytu.

Potem przychodzi czas na moje ulubione bobry. Opowiadam o ich rubasznych zachowaniach, jakie udało mi się podpatrzeć. Ich urok to jedno, lecz ciekawsze jak ten niezwykły architekt pomaga nam oszczędzać wodę i chroni przed skutkami zmian klimatu? Dlaczego nie wolno niszczyć ich tam, które działają jak naturalny filtr? Jak bobry chronią różnorodność biologiczną i pomagają znacznie rzadszym gatunkom zwierząt? Jak ich obecność sprzyja nam wszystkim, a przede wszystkim rolnictwu? Mam mnóstwo zdjęć ze swych okolic, dokumentujących pozytywne działania bobra, które pokazuję.

64988120_471964730217304_4621916729310707712_n
Gawęda o rykowisku jeleni wraz z ich mocarnymi odgłosami, które nagrałem, przenosi w świat pierwotnej puszczy, budzi wspomnienia i dreszcze.

Lisy i wilki. Niespodziana dyskusja o drapieżnikach robi się ciekawa. Wspólnie, po kolei obalamy wiele mitów na temat tych pożytecznych i potrzebnych w naturze zwierząt. Z pomocą przychodzi nauka i jej dane. Bo przecież lis żywi się w głównej mierze gryzoniami. Jest to przewaga w jego diecie, szacowana, zależnie od okresu i dostępności na 70 do 90 kilku %, z wszystkiego pokarmu jaki chwyta. Ciężko oszacować, o ile taka lisia rodzina mieszkająca w stogu, zwiększa rolnikowi wydajność plonów w okolicy. Bo przecież gdyby nie one – dojrzewającym ziarnem zajmą się chętnie myszy i norniki. Zjada też duże ilości padliny oczyszczając lasy i pola, chroniąc nas przed potencjalnymi epidemiami. Złodziej kur? A wilk, który pochwyci owcę z pastwiska? Staram się wyjaśnić motywy działania drapieżników. Jak to jest w świecie przyrody, gdzie od każdego dnia, gdy jesteś wilkiem czy lisem zależy Twoje przetrwanie. A każde zwierzę, gdy tylko może oszczędza siły i zdobywa pożywienie w jak najprostszy sposób. Nie jest świadome, że to czyjaś własność. Posługuję się wtedy takim przykładem. Wyobraz sobie, że idziesz, wędrujesz po lasach, głodny, już nieco zmęczony, niepewny jutra. Nagle – cud. Przed Tobą na ścieżce wyrasta ciepły, parujący, ulubiony posiłek. Pytanie, co robisz jeśli wiesz, że i jutro możesz niczego nie znaleźć – zastanawiasz się czyje to i czy wolno, czy korzystasz z okazji i zjadasz? I wiadomym staje się, że wilk nie czyha na nas ani nasz dobytek – w końcu od blisko 100 lat w europie nie zanotowano przypadku ataku tego zwierzęcia na człowieka. Ma zakodowany paniczny strach przed nami. Wspominam jak to było, kiedy spotkałem je w Kampinosie. Wracam też opowieścią do sprytnego hodowcy drobiu z moich okolic, który za jednym pomysłem rozwiązał problem lisów i jastrzębi łaszących się na jego kury. Postawił drewniany kurnik. Wokół niego, rozpostarł na metalowych prętach jakąś zieloną, gęstą siatkę. W ten sposób jastrząb przestał stanowić problem. Ale co z lisem, który nadal mógł się podkopać? To rozwiązało się jeszcze prościej. Razem z kurkami w tym ogrodzeniu zamieszkał na dzień wiejski piesek, który ptakom nic złego nie robił. A lisa gnał. Pies miał tu sporo przestrzeni dla siebie. Po jednej próbie lis nie odważył się więcej podchodów, wiedząc że stadko cały czas jest pilnowane pod opieką czujnego psa. A człowiek po raz wtóry pokazał, że w pełni zasługuje na miano którym tak ochoczo się tytułuje – Istota Rozumna. I przy odrobinie użycia tych zasobów umysłu, oraz chęci można pokojowo rozwiązać wiele człowieka z przyrodą ‘’spraw spornych’’.

Mazurskie łąki i jeziora przywitały mnie już pierwszego dnia leśną obfitością. Tym więcej jest co opowiadać. Bo przecież to wszystko dzieje się tuż na tyłach domostw moich małych słuchaczy. Ślady łosia na piasku i derkacze skrzypiące w trawach. Jelenie wychodzące na wilgotne łąki. Wystarczy usiąść wieczorem wygodnie na snopku siana… Latające, pocieszne słonki ze swym tajemniczym ‘’chrumkaniem’’. Guniaki czerwczyki, sezonowe chrząszcze brzęczące złowrogo niczym szerszenie. Kormorany i ryby w czystych jeziorach, które można obserwować godzinami. Pójdźki i Puszczyki urągające ciszy po nocach. Oglądamy kilka filmów, użyczonych mi na takie okazje przez znajomego Przyrodnika. Kąpiące się łosie i potyczki jeleni. Baraszkująca kuna. Ptaki pluskające się w sadzawkach. Daniel brykający wiosenną radością życia. Swobodny taniec żurawia, i rodzina dzików mażąca się w błocie. Sójka sadząca dęby. Zwierzęta dobierające się do kamery! Tu znów kolejne wspomnienia letnich i zimowych spotkań z łosiami, dzikami… o tych drugich szczególnie uwielbiam mówić. Bo nie sposób wyrazić jak mądre to zwierzęta, rodzinne i zmienne w charakterach. Swego czasu znałem poszczególne dziki w swojej okolicy, które rozróżniałem po kształcie ciała, zachowaniach i odgłosach. Po dwóch godzinach czas nam kończyć – wreszcie ruszyć i poznawać wszystko to, czego dowiedzieli się na prezentacji. Pożegnanie bardzo miło. Dzieci wręczają mi dyplom z podziękowaniem od nauczycieli i dyrekcji. Ktoś pyta, kiedy znów przyjadę. Jeden z chłopców tak bardzo się zaciekawił. A ja mam nadzieję, że ta ciekawość zakiełkuje i wyda owoce. Może któreś z nich poprosi rodziców o atlas lub przyrodniczą książkę. Może w którymś ogrodzie zawiśnie owadzie schronienie, lub pojawi się najprostsze poidło. A kolejny nieporadny napotkany podlot zostanie z rodzicami, ucząc się pełni ptasiego żywota na wolności.

🐼 Dziękuję bardzo za ten cudowny czas, moim małym cierpliwych słuchaczom, nauczycielom za okazaną pomoc techniczną i możliwość podzielenia się cząstką siebie  A jeśli macie ochotę, abym zajrzał i do Waszej szkoły, śmiało pytać można  Pod koniec września, po rykowisku będę już pełen wrażeń, opowieści i gotów 🐗

64694778_423770964875160_9036887915526881280_n

Dzieci wręczyły mi dyplom z podziękowaniem od nich, Dyrekcji i Nauczycieli. Wyjątkowa pamiątka, już wisi w moim pokoju 🙂

64904222_2443285705902341_3100117349986992128_n

Tajemnice Drzew. Duchowe dary lasu.

Siedzieliśmy pod Dębem już dłuższy czas, zatopieni w słuchaniu kniei, przeplatanym świadomymi rozmowami. On co i raz ‘’traktował’’ nas ciekawskimi owadami, które przysiadały i wędrowały po naszych ciałach, żadnej krzywdy nie robiąc. Zupełnie jakbyśmy stali się częścią otoczenia. Pamiętam, że Krzesimir bardzo chciał zapoznać się z Konradem. Choć nigdy nie planuję jakoś szczegółowo trasy, zawsze pytam 1-2 dni zanim przyjadą goście, miejsc i drzew – czy możemy do Was przyjść? Gdzie się udać? I choć jest to dla mnie wskazówką, w trakcie i tak okazuje się, że prowadzi coś jeszcze innego. Nie instynkt, nie intuicja – a mniej, lub bardziej ożywione w materii istoty leśnego środowiska. Dziś, jakże znów jest inaczej. Mężczyzni tulą drzewa. Rozmawiają o stłamszonej wrażliwości, jej okazywaniu, uczuciach, związkach, emocjach. Cieszą się nimi. Przypominają jak to jest – przeżywać i wyrażać wzruszenia, całkowicie zawierzyć odczuwaniu i sobie. My – myślący, analityczni, logiczni, sprawczy, twardzi, chłodni… Bo i tego przez dekady wymagało od nas społeczeństwo. Przyglądamy się temu – kim się staliśmy? A kim chcemy być? Jacy naprawdę jesteśmy? Czego potrzebujemy? Wracamy do osobistych przesłań, które spisałem dla Konrada, a z nimi do nowych wniosków. Pod drzewem rozmawia się lekko. Widzimy się po raz pierwszy w życiu, a panuje całkowita szczerość, z zaufaniem. Żadnych tajemnic, tabu, wstydu. Ja, a może i Dusza promienieje od środka, ciesząc się i widząc jak bardzo jest to potrzebne w rozwoju nam wszystkim. Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałbym, że nie pracuje z facetami. A tymczasem w ciągu miesiąca, przybył do mnie już trzeci. Pamiętam dzień, kiedy pojawiła się wewnętrzna zgoda i brak oporu. Wtedy zaczęli się odzywać, pytać o wspólne wędrówki. Otwierając się na tą przestrzeń, składam też i hołd sobie. Zawierzam nowym wymiarom akceptacji. I odkrywam kolejne pokłady swej zdawałoby się znanej, osobowości.

59852509_814757635559054_7604257773869596672_n

Mądry dąb czuwa obok. Słucha naszych rozmów. Przekazuje wiele. Długo gość mój nie może się od niego oderwać. Nie przeszkadzam w procesie, dając potrzebną ciszę, temu co się dzieje. Czas na słowo, będzie potem. Dębowe dary, to przede wszystkim informacja. Ale nie dla rozumu czy świadomości – w pierwszej kolejności dla Duszy. Coś jak pakiet ‘’pełni leśnego odczuwania’’.  On będzie aktywował się z czasem. Towarzysząca nam Maria, pyta mnie, co to za delikatne, choć potężne mruczenie rozlega się cały czas wokół? A więc słyszy i ona. W tak krótkim czasie. Brzmienie dębowej mowy…

W pewnym momencie uwagę naszą przykuwa powtarzający się szmer. Szurało od dłuższej chwili, jednak jakoś umknęło. Między drzewami harcują dwa młode zające. Gonią się bez pośpiechu, robiąc ‘’kółeczka’’ i uniki.  Dziwne, że są tak blisko. Przecież prawie cały czas półgłosem rozmawiamy, a słuch zajęczy należy do najbardziej doskonałych w świecie. Jednak nie przejmują się nami. Cały czas zajęte sobą. Delikatna gonitwa. Lekkość i prostota życia. Jest środek dnia, a one… Zamieramy w zachwycie, kiedy zwierzęta niespiesznie przebiegają tuż obok nas, robiąc parę metrów dalej kilka pięknych okrążeń na pełnym widoku, w pogoni za sobą. Takie są swobodne, radosne i piękne. Dzikie, a zaufane. Chwila święta, magiczna…wzruszona. Wiemy, że dzieje się coś bardzo ważnego. Dębowy podarunek dla naszej wyprawy. Las otworzył szczodrze wrota do swych skarbów. Wiedzieliśmy to od początku – mimo że była sposobność, nikt nie pomyślał aby chwycić za smartfon i nagrywać. Czuliśmy moc chwili, którą każdy chciał przeżyć bez rozpraszania. Przemknęły obok nas, jakbyśmy nie istnieli. To są właśnie cuda. I tylko ciszy trzeba, by zechciały obok nas się pojawić. Coś takiego zdarzało mi się już pod Krzesimirem, gdy byłem sam i głównie o świcie. On jakby przywdziewał na nas ‘’płaszcz niewidzialności’’. I wiemy, że dąb w ten najwłaściwszy mu sposób odwdzięczył się nam, za poświęcony mu czas, z zaufaniem wglądu do swych wnętrz. Że pozwoliliśmy sobie pomóc, a jemu błogosławimy. Żegnamy się z Dębowym Przyjacielem długo, życząc mu jak najwięcej deszczów. ‘’Sprężynuje’’ gałązką w geście rozstania, a nas zalewa fala jego ciepłego uśmiechu. Jest szczęśliwy… Kolejna wskazówka. Bo przecież zając jako Zwierzę Mocy oznacza też nowe odkrycia własnej intuicji i zwiastuje zaufanie sobie. A to intencja tej wyprawy.

60220479_2267371736683181_7802798710210953216_n

P90511-135421

Po drodze, przyglądamy się kwitnącemu życiu. Z bezmiaru świeżej zieleni wołają do nas kolory. W niej ukryły się kwietne skarby. Czuję się jakbym miał obok stóp perły, diamenty, szmaragdy i najdroższe kryształy. Żółto mieni się pierwiosnek wyniosły, kawałek dalej w soczystym błękicie tkwią łany przetacznika ożankowego. Różowym fioletem przystroił się delikatny bodziszek, jak wielu jego braci, roślina lecznicza. Każdy z nich tak kruchy, wątły, a przecież silny, w gąszczu zielonej konkurencji. Każdy ma swój czas kwitnienia i rozwoju, po czym pławi się w błogim spoczynku umiarkowanej wegetacji, ustępując miejsca innym roślinom. Geniusz opiekuńczej natury, która każdemu gatunkowi przewidziała jego czas i przestrzeń. Mijamy osmalone pnie. Tutaj las płonął. Sosny ocalały. Ich pnie są dość odporne na pożary ściółki, o ile ogień nie ‘’wejdzie’’ na korony. Wtedy zawarte w igłach łatwopalne olejki, podsycają płomienie, a one przenoszą się górą. Tym razem jednak skończyło się na strachu. Nad bagnem krążą już błotniaki i terkocze świerszczak. Ilekroć tu jestem, opowiadam o nocy tego świata – bogatej w dzwięki, odgłosy nieznane, stąpania zjaw dawnych, szmery zwierza, i nieodgadnione szelesty. Żółta wilga podnosi alarmujący lament. Jakże inny głos, od znanego, łagodnego jej śpiewu. Przegania jakiegoś mniejszego rabusia. Rajski ptak pojawia się znienacka w pełni lotu niedaleko, zachwycając nasze oczy kunsztem swych barw. Taki latający kwiat.

P90511-152149

P90511-145545

Szlachetny Klon 

Dzięcioł pstry uwija się z okrzykami, przeszukując coraz to nowe zakamarki. Często nie muszę za dużo mówić o sposobach komunikacji z drzewami, przez pobyt w lesie wchodzimy w taką harmonię, że moi goście sami zaczynają dostrzegać ich subtelną mowę. Olbrzymi Klon Zwyczajny porusza się dziwnie. Nie cały, a niektóre jego fragmenty kołyszą się niecierpliwie, gdy ani trochę nie wieje. Zaprasza. Łatwo to przeoczyć. Maria, mówi, że on ją woła. Czy to w ogóle możliwe? – Zastanawia się. Kiwam głową na znak zgody, i polecam żeby do niego podeszła. ‘’Tracimy’’ ją na pół godziny – choć nie oczu. Wraca odmieniona… ledwo jest w stanie cokolwiek mówić. Takie wzruszenie. A klon wydobył na światło. Dawne rany i bolesne chwile. Wysłuchał historii sprzed lat. Przytulił, objął, zaopiekował się. Obiecał więcej pomocy. I potrzeba było przyjechać tak daleko, właśnie do Niego… Zawsze podczas wyprawy coś takiego się zadziewa. Nie umiem do końca wytłumaczyć. Tu prowadzą, wspierają i leczą Drzewa. Wiedzą kiedy, jak, kogo. Zdejmuję Marii coś, co zaplątało się we włosach. Sucha klonowa gałązka… Żywy znak i pamiątka Drzewa z przesłaniem. Jego mowa: ”Tak, nie zwariowałeś! To co przeżywasz, jest prawdziwe. W dowód zostawiam część siebie… ” Spoglądam na jego bujną koronę z podziwem. Jest cudownie rozwinięta w spływającą kopułę, rozłożysta i harmonijna. Właśnie tak rozrasta się drzewo, kiedy nie traktować go ‘’cięciami pielęgnacyjnymi’’. Pełnia bujnego rozwoju. Zaskoczył mnie. Wchodziłem z Nim w kontakt może dwa razy. Z moimi Wędrownymi Gośćmi, odkrywam ten las na nowo, i poznaję kolejne Drzewa. Czasem mijane obojętnie przez lata, wołają obcych przecież dla siebie ludzi, i okazują im pełne wsparcie. Jak mało o nich jeszcze wiemy… Epos tych chwil, zapisze się na długo w mojej pamięci.

P90511-171942

P90511-172022

W sosnowym młodniku siedzimy z większym milczeniem. Tu drzewka – sosenki wysiały się naturalnie. Nieregularnie, rosną jak chcą. Widać jakie są bujne, gęste i zdrowe. Raptem to kilka kroków dalej od poprzedniego miejsca, a przyroda jakże inną gwarzy opowieść. Spomiędzy mchów i porostów prześwituje susza z piaskiem. Osobna wyspa jałowego świata. Jakoś lubię takie miejsca. Osłonięte od wiatru, inne, choć i tutaj tętniące paletą ptasich głosów. Wyśpiewuje lerka, borowy skowronek, a wtóruje drzewny świergotek. Zawodzi daleki trznadel. Z niedalekiego zagajnika, dolatuje pogłos piecuszka. Lekki flet wilgi, zwiastuje krople nieśmiałego deszczu. Oby się porządnie rozpadało…

Wyprawę prowadziły ptaki. Ptaki Duszy.Wiedziały, że zwracam na nie szczególną uwagę. Sikorzy jazgot modraszki, powoduje moją ciekawość. Przystajemy, patrzymy. Ależ się nakręca! Dwa samce konkurują o rewir, urągając sobie ile wlezie. Pewnie zaraz polecą pióra… Jeden daje dyla w las. Koniec widowiska. Parę kroków i Konrad nasz przystaje raptownie. Czuje – jakby oddech życia przeniknął Duszę. Błogość totalna. Przepłynęło przez ciało prądem. I sam już mówi, że oto woła go jesion którego tyle co minęliśmy. Nie jestem zaskoczony. To jego Drzewo Mocy, które wskazałem  niegdyś w przesłaniu. Znów dostrzegam – rozświetlone, gałęziste aury tutejszych drzew. Po raz pierwszy zacząłem je widzieć przy jesionach właśnie. Zostawiamy Konrada kawałek dalej w potrzebnej ciszy. I on wraca do nas podekscytowany, rozanielony i szczęśliwy. Opowiada z przejęciem, oddaje głębię swoich wrażeń. Mówi, że dotąd czegoś takiego nie doświadczył. I nie wiem w tamtym momencie, który z nas cieszy się bardziej. Dzięcioł zwrócił uwagę na Klona, sikory przywiodły do Jesionu. Dziś zawierzamy maleńkim przewodnikom.

P90511-183411

Deszczowy Zmierzch i Mowa Ziemi

Podążamy polami, sycąc oczy zachwytem rozległych łanów rzepaku. Idziemy koleiną – śladem pozostawionym przez ciągniki. Nie deptamy więc upraw. W oddali maszeruje grupka pięciu saren. Te obserwujemy przez lornetkę, patrzymy jak jedzą. Przywdziały już rude, letnie sukienki. Ale w rzepaku dzieje się coś dziwnego. Łodygi kołyszą się niespodzianie i raptownie. Jakieś mniejsze zwierzęta. Buszują. Znajome odgłosy. Miga coś brązowego. Warchlaki! Choć trudno jednoznacznie stwierdzić. Na pewno wyrośnięte nieco dziczki. Wygląda na to, że są same. Oddalają się coraz bardziej. Po chwili łan nieruchomieje, i już nie jesteśmy w stanie ich namierzyć. Rzepakowe duchy. Zupełnie zniknęły. Taktyka i dziczy spryt. Szukaj wiatru w polu…

Przyglądamy się… trawie. Siedząc dłuższych kilka chwil zauważyć można jak źdźbła również ‘’sprężynują’’ drgają same z siebie, zmieniają swoje położenie. Nagle, ot tak. Zauważam to zjawisko od dawna. Pewnie jest jakieś wytłumaczenie. Nie odbiera mu to jednak niezwykłości. Dziękujemy i trawce, za to mikro – widowisko. Dziękujemy Ziemi, za kolejne tajemnice. O zmroku docieramy nad łąkę, która ściele się różnobarwnym kobiercem przepychu. Choć kolory już gasną, jeszcze jesteśmy w stanie dostrzec jej mozaikowe bogactwo. Puszą się miękkie dmuchawce i ostatnie mniszki. W zmierzchu wyglądają jak maleńkie lampiony. Kolejny czas przemiany. Łąkę opanowały jaskry. Ich drobne kwiatki ścielą się gęstą siecią, połączone pajęczyną szarzejącej zieleni. Jak w baśni.  Kolorowy raj. Mam ochotę wrócić tu w słońcu, na boso. Na niebie spoczywają gęste, bure chmury, kiedy siadamy na powalonym dębie pod lasem. Pokonana siłami wiatru brzoza obok, wywrócona i przechylona spoczywa na samej ziemi. Mimo to, widać, że nadal żyje. Wypuściła zielone liście. Choć już się nie podniesie… Rudzik i drozd śpiewak popisują się w pieśniach gęstniejącego mroku, a obok zaczyna krążyć wcale niemały nietoperz. Lata prosto, rzadko nawraca. To pewnie Borowiec Wielki. I znów na chwilę odżywają dawne zabobony… Wyjaśniam, że ‘’gacuch’’ nie ma żadnego interesu ani chęci, by wkręcać się komukolwiek we włosy. A jeśli lata obok głowy, to dobrze. Wyłapuje na bieżąco pojawiające się komary, które zapach człowieka przyciąga. I nimi tylko jest zainteresowany. Nastrojowo podzwania świerszcz, zwiastując czar pierwszych wieczorów letnich. Za chwilę nastaną w przyrodzie ‘’Białe Noce’’ – głośne i gwarne, a ubogie w ciemność, trwające ledwie kilka godzin.

Pojedyncze dotąd krople, wezwały mokre towarzystwo. Modelowanie przestrzeni. Pamiętam jak pomyślałem w tamtym momencie: ‘’Dobrze, że dzień minął nam bez zapowiadanego deszczu’’. I wtedy lunęło. Jakby żywioł wstrzymywał się i czekał, kiedy wreszcie będzie mu wolno.

Powrót przez nocny, ulewny las, czarującym zapisze się wspomnieniem. Kojący szum wlewa  w uszy. Majowy opad. Teraz pragnę tylko, by padało jak najwięcej. Potrzeba drzewom i zwierzętom, tej suchej wiosny. Co chwilę przystajemy słuchając błogiego szmeru deszczowej modlitwy. Odkrywamy las na nowo, który innym objawia się pięknem, w każdej zmianie pogody. Wyciągamy ręce w górę z twarzami do nieba, i siebie dając obmyć lejącym strugom. To jest właśnie życie… i czerpanie radości, z pozornych przeciwności. Cieszymy się ulgą roślin. Nie myślimy wyłącznie o sobie.

– Chrrrrrrmmmm!

Rozbrzmiewa ostrzegawczo kilka kroków dalej. W ciemnościach odezwał się dzik. Tuż obok. Nasłuchujemy odgłosów zwierza. I on na pewno nas usłyszał, a teraz kręci się, nie wiedząc do końca co zrobić. Wędrowcy chyba lekko przestraszeni, ja szczęśliwy. Bo takie chwile nie trafiają się często. Kilka minut w napięciu i wzajemnym słuchaniu. Zwierz przedziera się z łoskotem. Prawdziwe Szepty Kniei, dzieją się właśnie i stają naszym udziałem, Niedługo potem spotykamy następnego. I on chrumka do siebie, wymijając nas gdzieś lasem w ciemnicy. Ale widać przecież. Gdyby wyszedł na drogę, dostrzeglibyśmy sylwetkę. Emocje sięgają radosnego apogeum. A ja dziękuję dziczemu plemieniu za dar wspólnej chwili, życząc im bezpiecznego szlaku z obfitością łakomego żeru.

60179930_665360293889038_4679694416082894848_n

60333024_2107712859346287_6814169514381410304_n

59951411_590114151480835_7200862179002679296_n

Święto Wody

Tej nocy, długo żadne z nas nie może zasnąć. Za dużo wrażeń, w połączeniu z przyjęciem energii leśnych. Ogromna dawka. Wiem, że będą ‘’mielić się’’ z tydzień. Pada z przerwami całą noc, od świtu przechodząc w regularną ulewę. I deszczem wita nas dzień. Ani trochę tym zmartwieni, ruszamy. I taką pogodę można wykorzystać. Śliski, wilgotny świat, obmyty z pyłów i kurzu uśmiecha się do nas bukietami błyszczących liści. Niektóre kwiaty pozamykały się w niemym ‘’buncie’’, jakby chciały chronić swe delikatne wnętrza. Przypominają mi się chwile, takich letnich słot, z dawnych czasów kiedy klimat jeszcze nie wariował. Umiarkowane ulewy potrafiły trwać blisko tydzień, nawadniając ziemię dla potrzeb przyrody. Dziś będziemy czatować. Zasiadka. Moje ulubione. Wdrapujemy się na zapomnianą ambonę, usytuowaną tuż nad bagnem. Czeka nas wielogodzinne czuwanie. Będziemy niewidzialnymi dla przechodnych po łąkach zwierząt. Ptaki śpiewają na potęgę, jakby pierzasta brać cieszyła się z tej ulewy. Co i raz przelatują szpaki, niosąc w dziobach wijące się larwy i dżdżownice. Nie siedzimy długo, gdy z lasu za plecami wybiega królik. Otrząsa się pociesznie z kropel, choć widać, że przemoczył już futro. Zajada zieleń. Smakuje wszystkiego, kicając tu i tam. Przemyka tuż pod czatownią, oglądamy więc na żywo i w pełnej krasie. Na nas nie zwraca uwagi. Deszczowy szum tworzy dźwiękowe tło, które kamufluje dla jego słuchu wszelkie nasze odgłosy. Podziwiamy go więc nie przeszkadzając. Refleksja. Zawsze myślałem, że ‘’jestem sam’’. To znaczy, że tylko mnie takie rzeczy ‘’kręcą’’. Są tymczasem ludzie i potrafią przyjechać z bardzo daleka, aby takie chwile w radości dzielić i przeżywać. Pojawienie się szaraka wywołuje szczęście, podekscytowanie i wdzięczność u naszej trójki. A przecież on tylko, przyszedł jeść. Ciężko wyjaśnić fenomen leśnych ludzi. Dusze, które kochają przyrodę. Kiedy tylko odłożymy na bok ustękiwania umysłu, może ta Miłość przejawić się w pełni. Pieśń słowika w deszczu, nastraja marzeniem, i świeżością. Koncertuje też pokrzewka gajówka, kos, szpaki, kapturka, trzcinniczek i świerszczak. Bagno żyje. Raz po raz ‘’przykrywają’’ je odgłosy zawołań żurawi. Ruch jak na autostradzie. Wzlatują i lądują kaczki. Ogromny Żuraw wystartował z ostoi szuwarów. Przemyka nisko w pełnej okazałości, tuż przed naszymi zachwyconymi oczami. Ptak rusza na żer. W oddali pojawia się sarna – ta wychodzi spod wielkiej wierzby, i wcale nie kwapi się wystawiać na wilgoć rudego futra. Kręci się na samym skraju, znikając co chwilę z pola widzenia. Gdyby nie ruch, nie sposób łatwo ją dostrzec, nawet na tle zieleni. Z tyłu w lesie, przemyka niewidoczny dzik, zostawiając nam echo chrząkającego pogłosu. W dzień deszczowy, bardziej śmiałe i ufne są u siebie zwierzęta. Wiedzą, że człowiek podczas słoty, niczego tutaj nie szuka. I tak mijają ponad trzy godziny. Słuchamy uspokajającego szmeru wody, spływającej po milionach liści. Deszczowa muzyka, okraszona akompaniamentem ptasim. Ziąb dotyka dreszczem, kiedy wiatr sypie na nas w porywie fontannę rozproszonych kropel. Wędrowcy chcą już wracać. Nie oponuję. Wytrzymali długo, jak na pierwszy raz w takiej pogodzie. I bez specjalnego ubioru. Ptaki uciszyły i ukoiły, pogrążone czasem w rozmyślaniach chaosu wnętrza. Czujemy się nasyceni. Dwa Dni Wędrowne. Jeden dla Drzew w poszukiwaniu wieści, drugi ze zwierzętami, dla odkrywania przyrodniczych ciekawostek. Gwarzymy wtedy o ptakach i zwierzu, a ja opowiadam co wiem o ich zwyczajach, życiu codziennym, trudach, pożywieniu, radościach, potrzebach i troskach. Konrad podąża boso, oddając się chłodnej pieszczocie wilgoci traw. Poczuć pełnię… bo my w kurtkach i kaloszach, a zwierzęta nie mają taryfy ulgowej. Zastanawia – ich codzienny byt i przystosowanie. Próbujemy przecież tylko namiastki. Celebrujemy w ciszy Święto Wody, wracając z wolna ku sprawom zawiłym, a ludzkim… Jednak każde z nas odtąd wie, gdzie, kiedy, i jak szukać ukojenia, odskoczni, i prostoty. Żywioły Natury czekają wraz z całym bogactwem każdego dnia na swoich odkrywców. A gdy już po wszystkim, nadchodzi czas wzajemnych podziękowań. Słyszę od moich gości, że jeszcze nie przeżyli czegoś takiego, mimo przebywania częstego w przyrodzie. To chyba najmilsze mi słowa, jakie paść mogą na pożegnanie. Odtąd każda najmniejsza wędrówka będzie dla nich wyjątkowym przeżyciem. A ja cieszę się, że mogli na te kilkanaście godzin przekonać się jak to jest, i poznać jak  w praktyce powstają Szepty Kniei.  Jeszcze się spotkamy…
59788046_388476352008850_7936120211680264192_n

Gościom moim, Marii i Konradowi, jako świadectwo wspaniałych chwil i w podziękowaniu za świadome towarzystwo podczas Dni Wędrownych. W hołdzie Waszym Procesom.

Chmurom, deszczom, i ulewie – za możliwość odkrywania bogactwa tego świata w mokrej tym razem odsłonie, oraz pełnię leśnego odczuwania. W radości kochana Przyrodo, że mogliśmy tyle Twoich sekretów dojrzeć, w doświadczeniu bliskości wodnego żywiołu i codziennego żywota mieszkańców kniei, bagien i pól.

__________________________________________________________

* Wędrówka miała miejsce w ramach naszych warsztatów:

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Wydarzenie na Facebooku – Kliknij i dołącz do wędrownej społeczności

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie spokojny Dzień Wędrowny w doświadczeniu intymnego spotkania z Naturą, pisz, pytaj. Kontakt w sprawie zgłoszeń:
czeremcha27@wp.pl

Na blogu możesz też poczytać inne wspomnienia z niektórych minionych warsztatów:

Dendroterapia – Przytulanie Drzew

Możliwe są też wyprawy i czuwania nocne. Szczegóły w Wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

_________________________________________________________

P90511-151644

P90511-145539

P90511-172157

 

Księżycowe Kwiaty. Pełnia czujnych jeleni.

Dawno nie było tak pięknej pogody. Za dnia ciepło i niebiesko, a nocą… delikatny chłód, jasny księżyc i kryształowa widoczność. Szczęście nocnego wędrowca. Wyprawy stały się coraz dłuższe. Powinienem wiele pisać, a tymczasem nie mogę wysiedzieć w domu. Ruszam zwykle około godziny 16-17, a wracam po 3 nad ranem. I tak przez kilka dni. Być w przyrodzie tyle czasu…to dostrzegać więcej. Aksamitne kwiaty żółtej złoci i mniszka kulą się z zimna i ciemności przy nadejściu wieczoru. Zamykają. Trwa integracja z ‘’nowymi’’ sarnami na łące. I królikami. Trzeba odpowiednio czasu poświęcić, aby się do Ciebie przekonały. Choć i tak nie podejdą blisko. Wtedy pojawia się, może jeszcze nie bliskość, a coś co określiłbym mianem olewczej komitywy. Choć nie jestem tak czujny jak żuraw, i nie wrzeszczę jak sójka, mam wrażenie, że one czują się ze mną bezpieczniej. Na zasadzie, jest ‘’nasz’’ człowiek, więc inny dziś tu nie się nie czai. Wiedzą chyba, że niczego od nich nie chcę, poza tym, aby były i zachowywały się swobodnie. Ja wdzięczny i szczęśliwy, one łagodnie obojętne. Zauważyłem, że zwiększa się wtedy ich ‘’próg tolerancji’’ na obcy hałas, wywołany np. szelestem ubrania. Długo potrafią nie reagować, gdy znają jego źródło. Ot, siedzi sobie jakiś tam krasnal, wierci, ale grzeczny jest, to mu pozwolimy być z nami. Siedzimy tedy godzinami w słońcu. Ważne, aby być tu przed nimi. Wtedy, gdy wyglądają z zarośli przed wyjściem na widok, mogą się z Twoją obecnością oswoić. Dziś jednak, kiedy pojawia się pierwszy kozioł, cicho zmykam – saren mi na ostatnie dni dość. A nie chcę ich niepokoić, kiedy wylezie więcej. Czerwonym wieczorem przenoszę się do nadrzecznego łęgu, który tak obiecująco wygląda od środka. Błota, powalone drzewa, rozlewiska i tropy. Może być ciekawie.

17862548_1270716659642894_6484943921228570736_n

Bo tu natura szepcze o tym co ma w zanadrzu najpiękniejszego – nieokiełznanej dzikości. Dawne ślady wycinek ludzkich zarosły. Chram się uczynił, tylko dla zwierząt łatwy w dostępie..Takiej gimnastyki podczas krótkiego marszu jeszcze nie miałem – pochyły, skoki na kępach, zapadanie w mule, ukłony, kucanie, czołganie, wspinaczka górą przez kłody. Chcesz widoku i piękna – spoć się najpierw. Wreszcie docieram do drzewnego cmentarzyska topól i olch. Leżą już długo powalone. Idealne miejsce do obserwacji. Żaden zwierz nie będzie tu wchodził, ścieżki dotąd nie prowadzą. Widać za to doskonale. Ptasie pieśni malują ciszę muzyką. Drobni soliści. Rudzik, strzyżyk, pierwiosnek, szpaki. Nagle, myrg! Mały cień czmychnął. Przywidziało mi się? Minuty mojego bezruchu. I ukazuje się. Brązowa nornica, biega po kłodach. Śmiga jak duch. Cieszę się! Mimo, że zwierzątko małe i pospolite, nie widuję ich tak często. Do zagajnika ściągają z łąk pierwsze sarny, będą chyba się kąpać. Nieopodal lądują kaczki na nocleg. A ja czuję… że ta przestrzeń jakoś mnie stąd wyprasza. Jakby nie chciała zdradzać mi wszystkich swoich sekretów. Ból głowy… Czasem właśnie tak jest. Mają drzewa swoje powody i sprawy. Miejsce jest dla nich święte. Prawie nie odwiedzane. I tak ma pozostać. Choć spomiędzy olch spogląda już na mnie malowniczy księżyc, podejmuję powrót. To najlepszy moment. Po ciemku będzie to niemożliwe. Żegnajcie… może kiedyś będę godzien. A jeśli nie, przyjmuję.

O fizjologii wędrówek nie powinno się pisać, ale jak tu nie napisać, kiedy harcujący po łące królik zatrzymuje się i bada miejsce Twojego siusiu. A uważa się, że ten zapach szczególnie odstrasza zwierzęta. Ja mam obserwacje prawie odwrotne. Tak samo było z dzikiem i sarnami. A szarak… kica po moim śladzie w moim kierunku. Pewny siebie. Ja nieruchomo i bez oddechu. On skrobie po jakimś drewnie które się napatoczyło. Ding, hop, skik… metr przede mną wymija mnie małym łukiem, jakby był niczym więcej, niż słupem drogowym. W księżycowym srebrze widać go dobrze. Że też im nie jest zimno w tej mokrej trawie brodzić.

Ols, ten sam w którym spotkałem starego odyńca, przy księżycu cudowny jest jak baśń. Dopiero dostrzegam pełnię jego czaru. Białawe prześwity, ciche pluski nie wiadomo czego i cienie ogromnych wykrotów. Pobudzają wyobraznię. Ale nie boję się. Mam poczucie, że choćby ukazały mi się na raz wszystkie duchy tego lasu, uśmiechnąłbym się tylko. Nie potrafię zrobić kroku… przeglądam się w księżycowej wodzie. W niej zapisała się pamięć świata.

– Hej Olszyny, w bród zalane, opowiedzcie, co mi dane… 
– Cichy wędrowcze nasz witaj, o co chcesz, poproś, pytaj…

I niby wracam, a dzieje się. Na dróżce pod lasem czekała na mnie rodzinka dzików. Locha z małymi. Znów nie usłyszały rowera, a ja zdążyłem zatrzymać się w porę. I obserwuję… ‘’postęp drogowych prac leśnych’’ w wykonaniu dziczej mamy. Tak troskliwie… pomaga maluchom w samodzielnej buchcie. Tego się uczą. Błogosławię w duchu tym mądrym, pożytecznym stworzeniom. Dziękuję za to, co dla nas robią. Tak niedoceniane… tak prześladowane… A przecież bogactwo tej krótkiej chwili. To szczęście. Zostanie już ze mną na zawsze. Nigdy się nie znudzą. Chrumkające, dobrotliwe gapcie. Po chwili cała rodzinka biegnie już stronę trzcinowisk, gdzie lądują w pluskach. Przed nimi długa noc psot. Kilkanaście kroków i ukosem na polu wyłania się nowa niespodzianka. Sylwetki. Zbliżam się powoli. Pewnie to sarny. I mimo, że nie da się tu podążać najciszej, one nie reagują. Bliżej poznaję – to grupa jeleni! Zawsze ta ich wielkość… wieje majestatem. Pochylają się skubiąc roślinność na ugorze. Myślę, że działa tu trochę taki mechanizm. W swoim nocnym świecie, tak bardzo nie spodziewają się nikogo, że nie reagują na wiele bodzców. Widok – raj. Podłużne nieco łby, i dostojeństwo ruchów. Sarna porusza się śmiesznie ‘’pająkowato’’. One zachowują godność. Stoję tak długo, aż nie schodzą same do lasu. Finalnie mój powrót opóźnił się o dwie godziny. Warto było…

Drugą noc poświęcam drzewom. Pełnia Księżyca to takie ich święto, podczas którego bardzo są aktywne i emanują pełnią głębi swej uzdrawiającej energii. Las zachowuje się jak żywy. Nagłe szumy, jęki, westchnienia i trzaski w koronach. – I pełnia Wiosny przyjacielu nadeszła? Dziś z Krzesimirem chyba po raz pierwszy mówimy jednym głosem. Dziękujemy oboje Stwórcy. Za swoją znajomość i wszystko co dzięki niej się przejawiło. Przytulamy się. Nie potrafię aż wyrazić… Dokąd mnie Dąb zaprowadził? Pyta o wiele rzeczy. Lubię tak przychodzić w środku nocy. Mamy wtedy taką swobodę. Mogę mówić mu na głos i w pełni wszystko spontanicznie wyrażać. Razem zaczynamy nucić ich mruczącą Pieśń sił Ziemi. A potem, kiedy staruszek zaczyna szumieć koroną zaczynają się bose tańce intencji na pobliskim polu. Wyraża się Duch Swobody… Brzozy zaczynają kaskadą się z nas śmiać, a ja cieszę się, że mogę uczestniczyć w ich Księżycowym, wiosennym Święcie.

– Już majaczy coś dąb stary, a czeremcha czyni czary…

Goni za mną echo brzozowych dowcipów.

Enchanting fairy forest opening at night and full moon, 3d render illustration

🌙 Trzecia noc Wędrowna

Bagna zaczynają powoli wołać odgłosami maja. Już krzyczą wodniki. Przyleciały też pierwsze rokitniczki, i te paplają bełkotem swego naśladowniczego chaosu.

– Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

Świerszczak – kolejny ptaszek – duch, terkocze swą wieczną, monotonną kołysankę.
W ciemnościach, czają się różne niepokoje. A to bóbr skrobie, jenot szeleści, wydra grasuje, albo zachroboczą dziki zbudzone w ostoi. Czasem przedziera się jeleń. W nozdrza wnika ciężki aromat dojrzałej wody. Chłód, ziąb, mgły, dotykają raz po raz, sprawdzając Twoją wytrwałość. Być tu – to niekiedy zmierzyć się z wszystkim, czego dotąd się bałeś. Czujny żuraw stróżuje nawet nocą. Gdy coś zbyt blisko poruszy się niewidoczne, następuje alarm. Czasem włączają się do tego lamentu kaczki i gęsi. Noc wśród rozlewisk, takim właśnie zapowiada się urokiem. Przerywana krzykami, tajemniczymi dzwiękami, toczy swój żywot, skryta od ciekawości ludzkiej. W bogactwie odgłosów, każda noc notuje w przestrzeni jedyną taką opowieść. Tu przysiądziesz o zmierzchu, a zaraz świt różowy nadchodzi. Niepamięć istnienia.
Było już po zachodzie słońca. Ptactwo sfrunęło się pożegnać. Księżycowe śpiewy drozdów, trwały w nadchodzącej ciemnicy… Wcześniej lis myszkował, a obok sarnie cienie pasą. Kuna szelesci i przeszukuje zmurszale wierzby. A bagienna magia dopiero nabiera blasku. Srebrzy się poświata. Tańczą mroki, a z nimi pojedyncze nietoperze.
Jest dużo cieplej. Widoczność kryształowa. Na odległym polu widać chwiejne, wielkie sylwetki jeleni. Zaufały ciemności. Żurawie z szumem potęgi przelatują nisko. Czasem krzyknie sowa pójdźka. Siedziałem wtedy w czatowni. Czerwony księżyc w pełni wznosił się łagodnie nad bagnem, kiedy usłyszałem delikatny szelest. Stąpnięcie. Raz, drugi. ‘’Pewnie sarny znów idą – wyjdą tędy jak wczoraj ‘’ – pomyślałem. Kiedy jednak do skrętu szyi obróciłem głowę, oczom moim ukazał się… mały płowy książę. Młody jeleń – szpicak, bo i widzę dwa podłużne widełki wystające mu z głowy. Zamieram zastygły w napięciu, bo przecież jeleń do nie przelewki, po trzykroć bardziej czujny niż sarna. Futro ma wyleniałe, zmierzwione, dopiero pewnie nakłada letnie. Naprężenie znika wnet, kiedy obserwuję, jak płowiec po prostu zaczyna żreć kwiatuszki, którymi tak się zachwycam. Widzę, jak zagarnia wargami. To cud, że mnie nie wyczuł… Jednak, często mi się tak zdarza. Brązowa sylwetka momentami rozlewa się z pniami. Zajada. W którymś momencie jego czarne oczko patrzy wprost na mnie – i albo jego mózg nie rejestruje mojego kształtu, albo ‘’jelonek’’ wie, i olewa. Ja widzę go po raz pierwszy. Ale może i on widział mnie już nie raz, podczas bosych marszów, czuwań i włóczenia się w jego świecie?

I kiedy myślałem, że cicho odszedł, wychynął jeszcze o widoku na łąkę. Tu gamoń zaregował strachem na podążającą z drugiej strony sarnę. Przeszedł ją całą, aż bezgłośnie wniknął w szuwary. I znowu nauczyłem się czegoś nowego – miałem okazję obserwować odmienny sposób poruszania się obu zwierząt, tak podobnych, a jakże inny. W sercu i duszy krzyczało jedno:

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ…

Późnym wieczorem na pobliskie pole wjechał ciągnik. Moja irytacja narasta… Ze wszystkiego, najbardziej lubię ciszę i spokój, zwłaszcza w leśnych światach. Obserwuję dwa jelenie i sarny skubiące na łące. O dziwo – mają to gdzieś. Pasą się w najlepsze. Rolnik jezdzi i świeci. Wiem po co – trzeba w ten sposób pilnować zasiewu kukurydzy. Przed dzikami. Też logika – uprawiaj kukurydzę bez żadnej osłony, 200 metrów od trzcin i barłogów. I pewnie miej pretensje do dzików przy okazji. W tym roku pospieszyli się z tym. Ten spokój i wyrozumiałość zwierząt, przechodzi i na mnie. Skoro im nie przeszkadza, to ja mam się denerwować?

Długo pohukiwał wytrwały Puszczyk, głosząc tęsknotę i gotowość za partnerką. Z głębi lasu zachrypił kozioł – ten z kolei dawał wyraz swoim niepokojom. Do świtu jeszcze daleko..

10330510_662173047163928_6760164185671994744_n

Bohaterowie gawędy:  Świerszczak

Rokitniczka:


Księżycowy marsz jeleni. Noc Sów. Samotność warchlaka.

Gdy zbliżam się do skraju lasu, wieczór odpływa w objęcia zmierzchu. Z pól schodzą chyłkiem jakieś zwierzęta, na tyle skrycie, szybko i daleko, że nie rozróżniam z tej odległości, czy to dziki, czy może jelenie. Jedna z saren stoi niemrawo na dróżce, z głową pochyloną w dół. Nad czymś rozmyśla. Albo nasłuchuje. Zdecydować nie może. Lepiej do lasu, czy z powrotem ku polom? Trwa w zawieszeniu. A ja się niecierpliwię. Już powinienem być na stanowisku. Bo sztuką i dobrym obyczajem leśnym jest pojawienie się, zanim zwierzęta rozpoczną sprawy wieczornego żerowania. Nie muszę wówczas poruszać się aż tak ostrożnie z czujnym wzrokiem na najmniejsze przejawy życia wokół. Mogę w spokoju się rozgościć i wybrać dobre miejsce. Tymczasem mrocznieje . Kilka minut chodu i jestem już w czatowni, rozbierając się nieco. Tak trzeba. Aby ciepło odparowało, nie osadzając się wilgocią na koszulce. Sucha odzież, to gwarant udanego czuwania. Oprócz tego, jeszcze przebrać wstępnie na noc. Wstępnie, bo temperatura wieczoru w porównaniu z nocą różnić się może nawet o kilkanaście stopni. Ciepło ciała z jazdy rowerem i marszu, starcza w moim przypadku na jakieś 40 minut. Zdejmuję buty i zakładam grube, puchate skarpety, świąteczny prezent. Okazują się lepiej trzymać ciepełko na mrozie, niż każde obuwie którego próbowałem. Przede mną dogasa w zorzy widok na raj – rozległe bagno, kraina trzcin, gąszcze wierzb i cmentarzysko martwych olszy. Przed nimi łąka z buchtowiskiem, a za moimi plecami mieszany las. Tu szczególnie kipi bogactwo ptasie. Bo w jednym miejscu usłyszeć można ptaki przestrzeni i pól, skryte gatunki leśne, i tajemniczych gości bagiennego świata. Srebrzyście dzwonią rudziki, a popisuje się fletami drozd śpiewak. Trznadle. W szuwarach terkoczą perkozy. Dzienni śpiewacy powoli kończą, za chwilę…
Pierwsze zaskoczenie.

druk_cyfrowy-zwierzęta-pełnia-FT2180A_9A

Przebieram się szeleszcząc, bez zachowania szczególnej ciszy, zostawiając sobie jeszcze na krytyczny moment polar i ocieplane spodnie. Kiedy dostrzegam gnającego przez polanę dzika. Locha. Bo za nią podskakują w pędzie ‘’kluski’’ maleńkich warchlaków. Śmieję się w duchu. To nie tak ma być! Przecież jeszcze nie zacząłem obserwacji, i nawet nie zdążyłem usiąść w ciszy, nie mówiąc o jej zachowaniu. Nie jestem gotów. Zaczekajcie! Ale tak to tu jest… Zawsze trzeba być gotowym. Dziki przedzierając się przez trzciny hałasują tak, że poza sobą świata nie słyszą. To jedyne wytłumaczenie. Podziwiam jak dzicza rodzinka wnika w las, zostawiając mnie osłupionego z echem swojego chrzęstu. Pierwszy zachwyt. Dlatego to takie dobre miejsce. Każde zwierzę ‘’musi’’ wyjść właśnie tędy, jeśli chce podążyć ku polom. Niewielka łąka obfituje w smakowite pędraki, kawałek przestrzeni, a za nią bezpieczny las. Jego bliskość zachęca zwierzęta do wyjścia. Jest naturalną osłoną, skąd mogą potem wyglądać na pole, samemu pozostając ukryte przed obserwatorem.

Choć widok dogasa w mroku, tu gwar nie kończy się nigdy. Nisko, z majestatem dostojnym szumu przelatują żurawie. Te jeszcze szukają miejsca na nocleg. Są tak bliziutko, że widzę jak ptak kręci nieznacznie głową podczas lotu. Czujny strażnik tego świata, jednak nie dostrzega mnie już. Szuwary zanurzone pozostają w misterium chrzęstów i trzasków. Cały czas coś tam chodzi. To właśnie urok tego świata. Napięcie z ciekawością szybuje jak szalona sinusoida, bo nie masz pewności, co też za moment pokaże się na widoku. Dzik, sarna, jeleń, jenot, a może i łoś mocarny? Tajemnica. Kaczki wyzywają jak wściekłe. Chciałyby pospać, jednak wytracają je ze spokoju odgłosy buszowania zwierzęcych mieszkańców ostoi. Wtórują im zaniepokojone łyski, piłując jeszcze ten chaos odgłosem gwoździa. Do chóru dokładają perkozy, gęsi i jeszcze inne, nieznane mi ptactwo. Stada kolejnych kaczek przemykają świszcząc. Tak będzie tu niemal do rana… A z dnia na dzień, tylko coraz głośniej. Za około 2 tygodnie zaczną żaby i ropuchy, potem szuwary odezwą pieśnią maleńkich niepozornych mieszkańców: trzcinniczków, łozówek, rokitniczek, brzęczek, świerszczaków. Na 2-3 miesiące to one staną się tłem, osobliwym duchem tego świata. Koroną śpiewu poniosą szarobure słowiki. Jeszcze trochę…

23762216_dwie_kaczki_krzyzowki

Kacze wrzaski, to dla mnie orientacyjny znak, skąd mogę spodziewać się zwierzęcej wizyty. Przekorna myśl. Mówi się, że człowiek płoszy, ale co powiedzieć na te wszystkie jelenie, dziki i bobry nie dające ptactwu się wyspać? Obserwuję te krnąbrne myśli z uciechą. Zabawy umysłu. Kaczkę natura przystosowała do swojego świata równie wygodnie. Potrafi ona spać ‘’połową mózgu’’. W rzeczy samej. Kiedy jego jedna połowa śpi, druga czuwa, w każdej chwili trzymając pierzaste ciało w gotowości do ucieczki i wzlotu. To co wydaje się zdumiewającym fenomenem, dla krzyżówki jest czymś naturalnym. Zastanawiam się tylko, czy ten mechanizm dzieje się również wtedy, kiedy one tak kwaczą. Ta cecha, to niezbędnik w jej świecie. Bo w każdej chwili spodziewać się można polującego lisa, jenota, dawniej nawet suma spod wody, a i dzik nie pogardzi mniej czujną czy ranną. Amatorów na opierzony kuper znajdzie się wielu.

Wreszcie… zza ostatnich chmur wyłania się księżycowy latarnik. Oświetla zanurzoną w nocy polanę odwiecznym srebrem zapomnianych krain. Czar, dzikość, świętość, i boskie piękno w jednym. Moje ulubione chwile. W takich momentach czuję wielkie szczęście duszy. Zamglony, rozmarzony, zanurzony… nieznane chwiejne plamy płowego cienia, wracają mnie do większej trzeźwości. Tam stoją jakieś zwierzęta. Dużo. Idą przez łąkę. Wielkie jak konie. A przynajmniej takie mi się wtedy wydają. To mogą być tylko jelenie. Poznaję również nie tylko po kolorze, wielkości, ale i innym kroku. Musiały stać tam wiele minut. Wyszły tak cicho! Kunszt. Jak to dobrze, że się nie poruszyłem mocniej przez ten czas. Poza wilkiem i rysiem, nie ma chyba bardziej czujnego i ostrożnego zwierzęcia niż jeleń. Ich węch jest jeszcze bardziej czuły, niż najlepszego psa myśliwskiego. Nastawiając się na ich obserwację, trzeba zadbać o wiatr i kamuflaż zapachowy. Czego nie zrobiłem, bo i nie spodziewałem ich się tu dzisiaj. Nie aż tylu. A one, już idą. Gęsiego, jeden za drugim. Chcą przejść na drugą stronę łąki, i dalej pewnie w las, skąd na pole rzepaku jeden krok. Grupa jest dziwnie mieszana. W oczy rzuca się ‘’rosohaty’’ byk, który idzie jako drugi. Przesuwają się jak szare zjawy – na wprost mnie i czatowni. Spoglądam z góry. Liczę je. Około dwadzieścia. Szurają w trawie kopytka. Ani drgnę. Spowolniłem, spłyciłem oddech. Wiem, że teraz wszystko zależy od szczęścia. Wystarczy maleńki powiew wiatru… Na chwilę zatrzymują się. I już wiem, że one wiedzą. Widzieć nie muszą, ale zapach. Dostrzegam, że druga mniejsza grupka nadal została na łące, jakby wahały się czy iść za resztą chmary.

– Puhhhuuuu! Huuu, huuuuu huuuu! 

Nawołuje tajemniczo niedaleki Puszczyk. Rozkręca się i nie przestaje. Głos jego przypomina starą parową ‘’ciuchcię’’. Rozkwitam w pełni uśmiechu. Ależ moc. Co za magia! Dostrzec ją w sekundzie. I przenosisz się w czas pradawny, dziki, dla wielu niedostępny i nieistniejący nawet. Tu parę metrów jelenie w srebrze księżycowej poświaty, hałasujące dziki i kaczory, a teraz zew sowy. Dziękuję w sercu każdemu ze zwierzęcych braci za ten dar – czar. Obfita chwila. Sennie, głucho odzywają się wybudzone żurawie. Po chwili badawczego, niepewnego postoju grupa rusza szybciej. Odbiegają truchtem i znikają gdzieś w lesie. Ehh…
Ale życie nie kończy się. Ledwo znika hałas po jeleniach, słyszę jak ‘’bekają’’ dziki. Nadchodzą głośno, pewne bezpieczeństwa wśród opiekuńczych trzcin. Kwiki, jakby z sobą walczyły. Kotłowanina. Pogłos i trzask narasta. Są tuż. Czarne plamy wybiegają na łąkę z łoskotem, a ja już przestaję temu dziwić. Są przecież u siebie. Mimo, że dziki mają węch równie sprawny jak jelenie, przez nie wykrycia się nie boję. Takie trochę gapcie z nich, zainteresowane głównie jedzeniem, kąpielą błotną i niechlujnym hałasowaniem. Obserwuję jak kręcą się pospiesznie tu i tam, mocą silnego ryja przekopujące pierwszą wiosenną młodzież trawną. Widok kryształowy, księżycowy. Baśń nocna. Długo nie zostają. Tu jest już tak zbuchtowane, do wszelkiej możliwości.

10143536865_538ccde880_b

Długo słucham Puszczyka, który tak niespodzianie ubogacił mi czas czuwania. Drugie, coś mu odpowiada kwicząco. Pewnie samiczka. Ten okres w marcu, to właśnie pora, kiedy sowy zaczynają zachowania godowe. W całej Polsce lokalnie organizowane są ‘’noce sów’’, gdzie grupy  ich miłośników  również wysiadują w ciemnościach, zachwycając się nawoływaniami ptasich drapieżców cienia. Warto wybrać się spokojną księżycową porą. Ja upatrzyłem sobie kilka miejsc z grupami starych dziuplastych wierzb i innych starodrzewi, mam zamiar usłyszeć jeszcze pójdźkę i uszatkę. Kaczki znowu rozkręcają swoje narzekania kaskadą, a ja słyszę jak coś pospiesznie zbliża się w mroku.

– Plum, plum, plum, plusk!

Powtarza z impetem. Jeszcze jeden chrzęst i wybiega wielka locha. Darń ocukrzona dywanikiem delikatnego przymrozku. Te pluski to również echo dzików, kiedy w pędzie skakały przez rozlany po brzegi rów. Za nią sznurem pomyka korowód kilku maluchów. To już druga tej nocy. Biegną wytrwale przez przestrzeń, kierując na rozległe kukurydziane ściernisko. A ja tonę w powodzi zachwytu. Nie mogę się nadziwić – jakie one są odporne. Taki ziąb, a maluchy skaczą wytrwale za matką w głęboką lodowatą wodę, i to nie raz podczas jednej żerowej nocy. Od małego pełen hart.

Zimno. Przyjaciel i towarzysz każdego wędrowca – czatownika. Możesz być pewien, że się zjawi, prędzej czy później. Niesie zawsze jedną wiadomość. Pyta. Sprawdza. Zmierzymy się? Jak długo wytrwasz, wygnańcu? ‘’Nie dzisiaj mój drogi…’’ Nakładam awaryjny polar i puchate spodnie. Teraz, choć przypominam grubego bałwana, odzież mam wyciszoną z większości szelestów. A to ważne… Przekonałem się nie raz, że nawet sarna z kilku kroków potrafi usłyszeć jak trzaska / chrupie Ci kość w ciele. Swoje tu wysiedziałem. I tyle wrażeń, wystarczy. Czas się przejść po skrajach pól, gdzie mogę mieć daleki widok i w porę wypatrzyć zwierzęcych biesiadników. Jeszcze łyki gorącej herbaty i mała kanapka. Ruszam w krainę srebrnego blasku i mrozu.

Pod topolową aleją przystaję znów na moment. Tu na polu rzepaku horyzont jest doskonały, nawet bez księżyca widać zawsze sylwetki zwierząt. Każde które, wyłoni się z tajemnicy bagien i przejdzie przez las, wychodzi właśnie tutaj. Rozpoznaję grupę kilku saren w oddali. Pasą się spokojnie. Już mi ciepło. Postoję, posiedzę, popatrzę. Jęczy i nawołuje pójdzka – zastąpiła puszczyka. Jakże odmienny zew. Wracać się nie chce. Tyle wspomnień… Dokładnie tutaj stałem we wrześniu, słuchają ryczącego w kukurydzy byka. A ubywający, stary, złocisty księżyc zachodził za drzewami. Popijam znów herbatę obsługując termos wcale bez ciszy, kiedy coś zasuwa powoli w moim kierunku. Hop – człap. Myk. Jest! Rozpoznaję królika. Ale czemu do mnie idzie, skoro musiał mnie słyszeć? Choć umysł się dziwi, serce swoje wie. Kiedy kochasz naturę, ona po prostu obdarowuje, coraz piękniejszymi i bogatszymi chwilami. Krzepię wyziębione gardło herbatą, a on siada na chwilę tuż obok. Podziwiam odcinające się uszy. Jak wtedy, ten lis przy jesionie – pamiętam. Jedność. W takich chwilach cieszę się i wzruszam najbardziej. Można tu być, nie przeszkadzając. Ani trochę się nie wystraszył. Pozdrawiam go w duszy z podziękowaniem, a on człapie dalej w pole. Dziś dla niego człowiek przyniósł ciekawość i bezpieczeństwo. I chciałbym aby było tak zawsze…

5R984-1986

Samotny warchlak. Drugi wieczór wędrowny.

Dzisiaj przybywam o godzinę wcześniej, nauczony wczorajszą lekcją. Chcę zająć miejsce, zanim ruszą się zwierzęta. Ze skraju lasu podnosi się królik, i oddala kilka skoków. Pod drzewem staje słupka i bada mnie ciekawsko. Dalej nie ucieka. To na pewno ten sam z wczoraj. Witaj króliczy bracie! Jego zachowanie po prostu mnie wzrusza. Ja również przystaję z rowerem, bo mam wrażenie deja vu. Znów na dróżce daleko stoi sarna. Głowa tak samo opuszczona. I to wyczuwalne zamyślenie, zawieszenie. Może chora lub stara? Nie dowiem się. Czekam aż przejdzie. Królik siedzi. Chcę lepiej dziś schować rower, bo jednak ostatnio widziałem, że ktoś przy nim się zatrzymał i próbował majstrować. I gdy zbliżam się do starego snopka słomy porzuconego przy rowie, w słuch uderza niespodziane Chrummm! Ale jakże inne. Z balotu wyskakuje rudo – brązowy warchlak i kwicząc przerażony kusztyka do lasu. Jeżu! Sierść ma zmierzwioną, potarganą. Niewielki. Odbieram obrazy w spowolnionym tempie. Burza myśli, bo przecież skoro jeden, to inne, a skoro więcej, to locha… Nic jednak nie wybiega. Pusto. Jeszcze błysk myśli, czy go nie łapać, ale za późno. Znika. Tak nietypowa sytuacja. Biedak zagrzebał się w słomie, aby ogrzać. Maleńkie, samotne, przerażone dziecko. Tak mi go szkoda – że przeze mnie musiał stąd iść. Dlaczego tak, bez matki? Jedno wytłumaczenie trafia najbardziej – pokłosie chorych polowań na wszystkie dziki, i oskarżanie tych zwierząt o roznoszenie ASF. Bezsilny taki czuję się w tamtym momencie. Ile zła robi im człowiek, w myśl urojonych interesów, a ze szkodą dla całej planety i wszystkich jej mieszkańców, łącznie z nami. Krótkowzroczność.

Pozostaję jednak w cichej nadziei, że adoptują go inne dziki, i ośmieli się wyjść kiedy je usłyszy. Wczoraj przecież przebiegły tutaj dwie lochy. Wygnany na pewno nie został. Choć wyjątkowo zdarzyć się może, że matka zje lub zabije bardzo upośledzone prosię zaraz po porodzie, u nich panuje miłość i wzajemna pomoc. Rodzina – tak ważne sedno w życiu dzika. Grupa, siłą i podstawą przetrwania. Można od dzików tego się uczyć. Jedynie stare odyńce, lubią wędrować samotnie. Może i na starość dziwaczeją, że nie sposób im w zgodzie żyć z watahą? Kiedy idę ścieżką przez łąkę, dostrzegam zerkający spomiędzy trzcin łeb lisi. On już usłyszał apetyczne larum. Być może nawet tropił kąsek, zanim się zjawiłem. Kita miga mi na pożegnanie, gdy drapieżnik znika w gąszczu. Jakoś z ulgą odbieram ten widok.

Dobrze, że jestem wcześniej. Dzięki temu słyszę, jak ogromne osadziło się tu bogactwo ptasie. Kos, paszkot, kwiczoł, strzyżyk, potrzeszcz, rudzik, trznadle, dzięcioły, mazurki, pełzacz, sikora czarnogłówka, bogatki, szpaki, bażant, kruki, szczygły, dzwońce, zięba, kowalik… A do tego gros ptactwa wodno – bagiennego. Siedzę już w czatowni, zasłuchując się w nawoływaniach, pieśniach i całym tym gwarze pracowitego dnia. Sążnisty szelest wyrywa mnie na moment z ptasiej opery i z niejakim zdumieniem obserwuję dwa średnie dziki buszujące na styku szuwarów i łąki. Jest jeszcze całkiem widno. Co za gratka! To miejsce jest rzeczywiście cudowne. Dziki okazują się być przelatkami, taką to jeszcze podrastającą młodzieżą, przed którą otworem stoi poznanie świata i bogactwo życia. O ile przetrwają. Tak się cieszę, że potrafią istnieć i ukryć się w niedostępnych ludzkiej stopie ostojach. Błota, moczary, bagniska, torfiska… Szukaj igły w stogu siana.

Noc. Dziś jakże inna. Niebo oblekło się kołdrą gęstych chmur, a księżyc czasem ledwo wyjrzy. Mimo to widzę klarownie. Z jednej strony to dobrze – pełnia to także czas opętanych polowań ludzkich, a w mroku zwierzaki nie są tak widoczne. Puszczyk odezwał się tylko parę razy. Zauważyłem, że właśnie w te najpiękniejsze dla człowieka, jasne, księżycowe noce, i one nawołują więcej. Kwiki i chrumkot dzików mieszają się nieprzerwanie z kaczą paniką, aż dziwi się wędrowiec, że to wszystko jest tam tak liczne, prawdziwe, krząta się i żyje. Chmury, widać, że jednak się nie rozproszą. Po wczorajszych doznaniach, czuję się nasycony.
Kiedy cicho stawiam kroki na polnej dróżce w powrocie z rowerem, obok mnie, raptem parę kroków w prawo, równo i w tym samym tempie kica znany już królik. Zatrzymuję się i przepuszczam go drogą, gdy widzę, że odbija na ukos w kierunku lasu. Przechodzi tuż przed oponą, jakbym dla niego nie istniał. Przystaje obok starego pieńka brzozy. Patrzymy w ciszy – na siebie. On wie. Wie ‘’mnie’’. Bo tak się w tym momencie czuję. Jakbym nie był dla niego żadną tajemnicą, strachem, a otwartą kartą istnienia. W duszy darzę go podziękowaniem, a szczęście tętni radosnym oddechem. Może to ten sam od niejakiej Alicji – myślę ze śmiechem. W mojej leśnej krainie czarów.

54514206_2165514530199485_6966236319009734656_n

Leśna medycyna – Dotyk Ziemi. Wiosenna wędrówka Żywiołów.

Są takie momenty, że wzruszenie trzyma tak długo, że nie wiesz co napisać ani powiedzieć. Szczególnie, gdy ktoś pokonuje setki kilometrów specjalnie po to, aby poznać i przytulić dwa drzewa, od których spisałeś dedykowane osobiste przesłanie Drzew Mocy. Ania Chmura przyjechała naprawdę z daleka, bo aż z niemieckiego Hamburga. Tak bardzo chciała je zobaczyć… I choć ma za sobą ponad 550 km jazdy autem przez wiele godzin, mimo późnej nocy, nalega abyśmy jeszcze dziś ruszali do lasu. Stwierdzam, że to dobry pomysł, jeśli po całym dniu hulanki deszczu i wiatrów, niebo wreszcie się rozgwieździło. A jutro znów ma padać. Dobrze wykorzystać taką chwilę. Gdy wychodzimy z kwatery, jest około godziny 23. Noc czarna i cicha. Żadnych zwierząt z bliska ani daleka. Jakby całe istnienie zatraciło, rozpłynęło się w tej ciemności. Podążamy wzdłuż polnego rowku, który objęły we władanie pożyteczne bobry. W nim ścielą się pocięte kłody wierzbowych ofiar. I choć niewiele widać, uczę jak najlepiej rozglądać się w tym świecie o takiej porze, żeby przegapić jak najmniej. Zobacz! Jeśli przykucniesz i spojrzysz bardziej od dołu, jest spora szansa, że na ‘’szczycie horyzontu’’ pola, dostrzeżesz maszerującą sarnę, dzika, lub nawet lisa. Ich czarne sylwetki odcinają się nieznacznie na tle nieba, i można wtedy przeczekać aż zwierzę przejdzie. Tak właśnie trzeba tu zerkać, jeśli nie ma z nami księżyca…

Uszy uspokaja szeleszczący pluskot strumienia. Zostawiamy go za sobą i wreszcie stajemy pod czarną ścianą delikatnie szumiącego lasu. Tutaj zawsze robię krótki postój nocą. Pierwsze, głębsze wejście do leśnej krainy, aby poczuć ją wszelkimi zmysłami. Można długo tutaj stać w ciszy, nie niepokojąc zwierząt. One dalej położonymi ścieżkami wychodzą ze swych ostoi na pola. Nasłuchujemy ich kroków. Jak spokojnie. Pozdrawiamy mieszkańców leśnych w pokłonie, i wyciągamy dłonie przed siebie, aby poczuć energię tego miejsca. Nagle:

Trrrrrrr….

Odezwało się drzewo. Trzeszczy od środka.

– Trrrrrrrrr, kuiiiiiiiiiii, – odpowiada mu drugie z jękliwym piskiem. Dęby omawiają coś z Sosnami.

Brzmi nieziemsko w tych ciemnościach. A to przecież zwyczajne odgłosy tego świata. Przysłuchujemy się tej trzeszcząco – skrzypiącej rozmowie drzew. Ania zadaje im szeptem osobiste pytania. Cichutko nuci pieśń, jaka odezwała się nagle w sercu…Robi się baśniowo. Wzruszenie. A one odpowiadają, potwierdzają… Myślę sobie wtedy, że z nimi jak z nami. Komunikacja werbalna i niewerbalna. Ta energetyczna jest mi już znana. A na tą postrzegalną fizycznymi zmysłami, coraz bardziej i głębiej zaczynam zwracać uwagę. Gadają tak pięknie, że nie mamy ochoty stąd iść. Do marszu rusza nas dopiero zimno. Idziemy więc dalej piaszczystą dróżką, z jednej strony mając sosnowy młodnik, a z drugiej bezkres pól. Tam stoi jakiś wielki dziad… Czai się w mroku. Wygląda rzeczywiście jak olbrzym, witający otwartymi ramionami śmiałków w swoim świecie. Można z daleka się go wystraszyć. Proszalny dziadyga pilnuje tu miedzy, a jego istotą jest pień zamarłej, pokonanej przez wiatry dzikiej gruszy. Kiedy spoglądam na pustkę pól, nie mogę pozbyć się wrażenia, że równo z nami przemieszcza się jakiś duch. Pojawia się w postaci ciemniejszej plamy. Ludzka sylwetka. I można czasem aż zwątpić, czy z horroru rodem to świat, czy może jednak kraina baśni…

P90309-003433

Siadamy z odpoczynkiem nad bagnem, gdzie ma zwyczaj kryć się i zamieszkiwać największe zwierzęce bogactwo. Delikatna rozmowa, przeplatana momentami medytacji. Spontaniczna lekkość. Nie każdy potrafiłby odnaleźć się w bagiennej ciszy. Bóbr chrobocze przy olszy, coś nieśmiało sobie majstruje. Odpowiadają mu sennie żurawie, jakby zza grubej zasłony. Wybudzone na moment, za chwilę gasną w ciszy. Z pól dobiega jękliwe, tęskne zawodzenie jakiegoś zwierza. Mimo, że znam niemal wszystkie, tego głosu uparcie nie udaje się odkryć. Zostaje dreszczyk tajemnicy. Słychać pogłos dalekich kaczek. Ja z głębin bagna odbieram jeszcze niski bulgot kilku dzików, jednak to dźwięk tak subtelny, że nie zawsze da się go wychwycić. Mimo wszystko, jak dla mnie bardzo tu dziś cicho. I pomyśleć, że za 1,5 miesiąca to miejsce zmieni się tak, że nie będzie wiadomo czego nawet słuchać. Nad nami iskrzy w czerni, udekorowana srebrnymi lampionami, bezkresna otchłań kosmosu. Pojedyncze chwiejne obłoczki umykają szybko, nie chcąc mącić świętości nieba. Ania zachwyca się gwiazdami, których w takiej ilości nigdy nie widać w miastach. Doskonale ją rozumiem, bo mimo upływu lat, ten widok również mi nie powszednieje. Doceniam. Choć wiem, że to ‘’pikuś’’ w porównaniu z tym, co można zobaczyć, na przykład w górach. Wzrok zestroił się już z tym światem, nie straszna nam ciemność. Trwa jedna z tych pięknych chwil, bardzo bliskich życiu…

Chmurka.jpg

I tak minęła nam pierwsza Noc Wędrowna.

Krzesimir

Kiedy rankiem przybywamy do dębu, sprzyjająca pogoda kończy się. W oddali pędzą bure, wściekłe kłęby rozjuszonych obłoków. Gradowa burza porywa nas w objęcia znienacka. Nadleciała na skrzydłach granatowych chmur, pędzona pejczami zimnych porywów pogodowego szaleństwa. Z nieba prażyły boleśnie pędzące ku własnej zgubie, miniaturowe lodowe kulki. Dla Ziemi to jak masaż. Woda Życia, w nieco innej formie. Nam w kurtkach też nie szkodzi. Biała kurzawa szarpie wzmagającymi falami, jakby chciała stratować, rozgnieść, zmiażdżyć wszystko na swojej drodze. Szare smugi przelatują w furii nad polami, zderzając się ze ścianą lasu. Tam hamują nieco swój impet. Drzewa szumią jak bezmiar oceanu. Ania jest tak zjednoczona z dębem, że nie zwraca uwagi na to co się dzieje wokół. Olbrzym przekazał brzmienie swojej siły, zaufania, pewności. Jest totalnie wyciszona. Spokojna. Nawet się uśmiecha łagodnie. Nic więcej nie trzeba… U mnie odwrotnie. Jestem bardzo pobudzony. Jednoczę się z huraganem, cały śpiewam w środku i mam ochotę gnać przed siebie polem, oddając się w objęcia żywiołu. Dzikość istnienia, sedno duszy przejawienia.

P90309-140040

P90309-140120

Dąb nas osłania. Opiekuńczy pień przyjmuje na siebie całą siłę sztormu. Co to dla niego… Nie takie rzeczy tu przetrwał. Powszedni chleb życia dębowego. W pewnej chwili dostrzegam jak nad polem, w tej całej zawierusze frunie jakiś maleńki ptaszek. Co kawałek opada i przysiada na Ziemi. Nie daje rady. Grad psuje widoczność tak, że nie sposób rozróżnić gatunku. A on uparcie, podrywa się. Nie leci w krzaki, tylko na przestrzeń. Zgłupiał? Na dalekim horyzoncie przeciera się już na niebiesko. Może i on, w swej małej mądrości ptasiej wie, że to tylko marcowa chwilówka? Trwała 10 minut. Kiedy znów wynurza się słońce, sosny olśniewają czystym złotem, obdarowane wilgocią ulewy. Drzewa przywdziały jedną z szat przedwiośnia, tak rzadko podziwianą przez wytrwałych wędrowców. Zachwycamy się tym długo jak dzieci, chwytając dłońmi resztki ostatnich kropel. Jak cudnie! Świat wymalował gałęzie blaskiem. Żarzą się w glorii, obwieszczając, że przetrwały i są gotowe do wiosny. Z dębu bruzdami kory spływają kaskady maleńkich wodospadów, pojąc drzewo do pysznego syta. Cuda błyszczą w świetle kryształowych diamentów, gdy na koniuszkach gałęzi osadzają się łzy niebios. Być tutaj, w pełni tego co się dzieje. To jest to, czego niektórzy szukają.

Pod niebieskim niebem maszerujemy już dalej, podziwiając ciemne okapy ogromnych świerków. Prężą się dostojnie, niczym maszty niewidzialnych okrętów. Pokrój piramidy. Energetyczna antena. A z nami podąża delikatny szmer. Mówi się, że w lesie pada dwa razy. Ja bym powiedział, że nawet trzy. Z drzew, krzewów, gałęzi, pączków i paproci opadają na mchy i liście resztki ulewy, czarując magiczny pogłos. Echo wdzięczności roślin, za dar wody. Szemrząca modlitwa lasu. Wnet stajemy nad rozległą łąką, mizdrzącą się w pełni słońca. Jak dynamiczna zmiana, przez krótką chwilę… Uroki marcowego klimatu. Tu witają nas powykręcane sosny i zmurszałe brzozy. Odeszły naturalnie. Tak jak powinny odchodzić drzewa. Część złamana przez wiatry, wywrócona odsłania ogromne wykroty. Inne podziurkowane dzięciolim kunsztem, rozsypują się już od własnego próchna. Rozglądam się za gniazdem strzyżyka, które widniało tu zeszłej wiosny, jednak nie przetrwało. Lubię to miejsce i często wysiaduję tutaj przy księżycu. Skraj lasu jest świetlisty i łagodny. A nie poskromiona przez człowieka natura, ukazuje wspomnienia swojej dawnej dzikości, niestałości i bezładu. Uczta dla zmysłów. Nad nami zmagają się z wiatrem czarne kruki. Tutejsza para. Wykorzystują podmuchy do wyprawiania zaskakujących fikołków, w popisach swojej zręczności. Frywolna zabawa z żywiołem. Jakże chciałoby się tak samo… Podziwiamy w uśmiechach. Ciekawska sójka chyłkiem wyziera spomiędzy gałęzi, podglądając nieznajomych. Tak tu błogo… Klękamy na ziemi, dłońmi dotykając mokrej ziemi traw. Ania w ten sposób pobiera energię naszej Ziemskiej Matki, utwierdza w jej polu, pozbywa swych blokad, oraz stara się poczuć wnętrze lasu przed wkroczeniem do jego świętej przestrzeni. Błogosławieństwo Życia. Choć tego akurat nie praktykowałem, pozostaję zachwycony. To jest ten szacunek właśnie, tak mi bliski. I wiem, że sięga dużo głębiej swym sednem.

P90309-143124

P90309-141130

P90309-142856

P90309-143457

Rzeka

Chyba nigdy nie planuję solidnie trasy. Zawsze podążam tam, gdzie ‘’woła’’. Intuicyjnie. Bo i każdemu potrzeba czegoś innego, a las najlepiej wie, gdzie skierować kroki wędrowca. Maszerujemy zapomnianą ścieżką, upajając się kołysaniem i poświstami drzew. I w dole dostrzegam mozaikowy ols, za którym wyczuwam bliskość wody, znając nie od dziś te tereny. Akurat przechodzą tamtędy sarny. Przeczekujemy, aż nieświadome naszej obecności piękności, oddalą się poza słyszalność. Wkraczamy na błotnisty, podmokły szlak w pełnej pokorze. Głowy obracają się w zdumieniu, podziwie, zachwycie… Tu rozegrała się natura, z pełnią głosu swojej kreacji. Rozlała dzikość. Wymyślna, nieujarzmiona macierz Przyrody, posłużyła się cząstką swej mocy, ukazując co potrafi. Nie chce się wierzyć, że parę kroków od głównego szlaku mieści się takie bogactwo. Ścieżynka wydeptana jest przez dziki, sarny i jelenie. Łagodne zejścia do wodopojów i brodów, gdzie zwierzyna przeprawia się na drugi brzeg. Rzeczka nie jest może aż tak szeroka. Dla jelenia na jeden skok z biegu. Pluszcze łagodnie przepływ na bobrowej tamie. Ależ tu się dzieje! Cuda otaczają nas na każdym kroku. Drzewa powalone, przegradzające drogę, owoc pracy ziemi i bobrowych robotników. Wzięły się nawet za wielkiego dęba. Niektóre kłody mokre i śliskie, na innych rozkwita bogactwo grzybów i pleśni, kolejne otulone zielonymi kożuszkami mchów. Zaczarowana kraina obfitości. Tyle organizmów, życia, form. Któż je policzy i nazwie? Choć czytam regularnie przyrodnicze książki i wertuję atlasy, wielu nie poznaję. Powalone drzewa tworzą zdradliwe mosty dla śmiałków, dziś nie będziemy jednak próbować swoich sił w takiej przeprawie. Gdzieniegdzie gęsto ścielą się trzciny wespół z kępami sitowia. Grunt jest grząski, choć stabilny. Kaloszom błoto nie szkodzi. W ziemi znajdują się głębokie dziury, akurat na szerokość nogi, przepastne, zalane wodą. To stare bobrowe tunele bezpieczeństwa, albo odpowietrzniki podziemnych komnat. Bardzo trzeba uważać, by w coś takiego nie wpaść. Nie jest to ani trochę przyjemne, parę razy mi się zdarzyło. Odtąd w bobrowym królestwie poruszam się dużo ostrożniej. Przed nami wyłania się widok, na imperium płynnego błota. To kąpieliska dzików. Niecki są rozległe, widać, że baraszkują tu całe grupy. Widzę te watahy oczami wyobrazni… Ptaki dokazują śpiewem, a spośród nich na czoło wybija się strzyżyk. Drugi brzeg jakże jest odmienny od tego którym podążamy. Łagodny, zasypany liśćmi, wygląda jak kawałek miejskiego parku. Dwa różne światy. Ale olchowa kraina czaruje serca bardziej. Z iloma rzeczami muszą zmagać się tu drzewa. Niestabilność gruntu, osunięcia, bobry, czyhające na większą ranę grzyby i pleśń. Mimo to szumią i rosną. Powalona brzoza z ogromnym wykrotem. Gniazdko zawieszone na krzewie przypomina o bogatym ptasim istnieniu, przegląda się w promieniach słońca. Utkane, wyplecione z suchej trawy cudeńko. Tak kruche. Aż dziwne, że nadal wisi. Puchata kryjówka ptasich skrzatów i pcheł, chłonie do słomianego wnętrza resztki ostatniego ciepła dnia.  Inne krzewinki, tak skarlałe i powykręcane, przystrojone zielenią mchów, pozostają bajeczną zagadką. Są tak odmienne. Jakby wyrosły z innego wymiaru. Te podziwiamy długo. Czas się tu nie policza… Mchowe poduszeczki wiszą na koniuszkach jak bombki. Śmierć tu, czy życie rządzi? Zastanawiam się spoglądając. Jeszcze parę kroków, i dostrzegam rozwleczone, brązowiejące kości większego zwierza. Obok fragment sarniej nóżki. Czyżby urzędowały tu jednak wilki? Podobno są w okolicy, ale nie tutaj. Ani trochę dreszczu czy strachu. Ciekawość badacza. Na samą myśl, radość z wilczej obecności. Na rozwidleniu jednej z olszy, przysiadła paproć. Mam ją na wysokości głowy. Jak ‘’weszła’’ tak wysoko? Niezwykłość. Tu zostajemy na dłużej. Nie wiadomo na co spoglądać, aby nasycić zachwyt. Całe szczęście, że to zwierzęce królestwo spisuje swoją opowieść głównie nocą. Olchy bujają raz sennie, to z ożywieniem. Opowiadają dziejące się tu zagadki. Siedzimy nad wodą w ciszy, upojeni pięknem przebogatego świata. Tak mija nam popołudnie.

P90309-153325

54516582_2537411173000020_8516492197426626560_n

P90309-150839

P90309-152053

P90309-150335

P90309-154428

P90309-150522
Bobrowy dół – uwaga!
P90309-150040

P90309-150942

P90309-151054

P90309-150720

P90309-154345

P90309-152634

Brzozy, łąki, i szuwary – Czas Przesłania

Długo trzyma wzruszenie, gdy wiesz, że ktoś pokonuje setki kilometrów, aby dotknąć i przytulić drzew, od których wzięło początek jego przesłanie osobiste. Taneczne, kochane brzozy. Niejedno pokazały i często ratowały mnie w różnych przypadłościach. Zawsze wesołe lekarki. Osiadły na skraju lasu, tworząc powitalny szpaler. Możliwe, że zostały posadzone. Robi się chłodniej i snują granatowe chmury z niespokojnym wiatrem. Dotykamy, tulimy i staramy się poczuć, co też dziś dzieje się w brzozowych nastrojach. Kiedy Ania dłuższą chwilę łączy się z jedną w uścisku, wiem, że czas nadszedł… Przykładam usta do białej kory, zaczynając wypowiadać tamte słowa:

Dzika radość, śmiech wśród łóz,
Zaczął się tu taniec Brzóz,

Przez las aż się niosą wstrząsy,
Takie wyczyniają pląsy,

Figle, harce, głupie psoty
Wnet znikają już kłopoty.

I weseląc się uśmiechem,
Obdarzają jego echem,

Lekkość taka płynie w nas,
Jakiej nie zna nawet czas,

Hej siostry, stańmy w kręgu miłości swej!

I tak tęskniąc za bliskością,
Obdarzamy się czułością,

Już nie straszna nam pogoda,
Wnet zaczyna się swoboda,

Podaj śmiało mi swe ręce,
A ja z Tobą się zakręcę,

Zawrzyj na pniu obie dłonie,
I tak mocno – tul się do mnie!

Hej! Splećmy gałęzie w księżycowym blasku,
Pora już doczekać brzasku.

Błyska świtem pierwsza zorza,
Taniec swój zaczyna Brzoza

W słońcu koi się z uśmiechem,
Tchnąc radości swej oddechem,

Na mej korze pocałunek złóż…
Dłonie razem mocno przyłóż,

Poczuj tej jedności tchnienie,
Wnet objawi się spełnienie

Zatańcz ze mną w rytm nowego,
Bardzo czuję, że chcesz tego!

Wiruj z tęczy grą kolorów,
Odkryj magię swych wyborów…

…Przybył wiatr,
Tańca brat,

Brzoza już się w tan ochoci
I rozgląda co tu spsocić,

Oddech lasu pochłoń lekko
I jak liście szuraj miękko,

Nie potrzebne tu zaklęcia,
Zaraz znikną Twe napięcia

Teraz ręce, lewo – prawo!
Już cieszymy się zabawą,

Pochył lekko, góra – dół!
Giętko jak ja, ukłon wpół!

Dołącz do nas ludzkie dziecię,
Jesteś wyjątkowa w tym świecie,

Zwracaj do mnie się w potrzebie,
A zatroszczę się o Ciebie ❤

Ledwo kończę wymawiać ostatnie frazy głos grzęźnie w gardle. Mój gość szczerze płacze. Ja również jestem wzruszony i szczęśliwy – że mogłem coś takiego drugiemu człowiekowi podarować. I moim kochanym drzewom. Energia brzóz zmienia się odczuwalnie. Teraz zrobiły się błogie i troskliwe, choć nadal w duchu wesołości. Są zadowolone. Takie chwile kochają wszystkie drzewa, choć wiem, że dla nich to coś bardzo dawno zapomnianego. Mało już na świecie wędrowców i wieszczy, czujących ich istnienie, mówiących wierszem. To niezwykła chwila i piękne spotkanie dusz. Przypominam sobie, że to właśnie Ania pomogła mi w zeszłym roku przekroczyć kolejną granicę wyrażania siebie, i zatańczyć z drzewami. Przełamać własne opory i blokady. Tak powstał Brzozowy taniec w Uśmiechu Serca. I teraz… zaczynamy wirować jak wiatraki, pląsać i skakać aż do zawrotów głowy. Z nami baluje wolność i szczęście. Oh te dusze! Im tak niewiele potrzeba do pełni.

P90309-164836

Warchlaki

Z pola nadlatują chłosty zimnego wiatru, a ja opowiadam o brzozowym życiu i nietoperzach, jakie fruwają tu latem. Jesteśmy niedaleko jednego z większych i bardziej niedostępnych bagien w okolicy. Maszerujemy łąkową dróżką, gdy niespodziane, ostrzegawcze chrummm! wyrywa mnie z zamyślenia, zasiewając zdumienie. Nieruchomieję. W krzakach po lewej zakotłowało się nieco. Dziki! Tchnę szeptem. Przykucamy natychmiast i oto naszym oczom ukazuje się tak rzadko podziwiany, piękny, leśny cud. Bo pod gałęziami wierzb oplątanych ’’zielskiem’’ rozrabiają małe dziczki. Nie widać ile ich jest, ale jeden jest łaciaty, zupełnie jak świński prosiak. Poruszyły się na ostrzeżenie lochy, a teraz uspokojone ciszą gramolą się przez gąszcze, jakby czegoś szukały. Nie boimy się ani trochę. Zachowaliśmy się jak rasowi wędrowcy nieruchomiejąc na ostrzeżenie zwierzęcia, a ona uspokoiła się. Był to raczej odgłos skierowany do małych niż do nas. Podziwiamy w uśmiechach jej dzieci hałasujące na ściółce. Jakie to szczęście! Widzieć dziki za dnia, i jeszcze malutkie.  Nie zdarzyło mi się dotąd z gościem. Dziękujemy jej w duchu za zaufanie i zdarzenie. One wiedzą, przed kim się otworzyć, pokazać, nie bać. Ostrożnie, miękko i na palcach odchodzimy dalej, ciągle nie dowierzając szczęściu tej wyprawy.

A przed nami przejrzysty, podmokły zagajnik, pełen ścieżek i tropów. Widać, że urzędują tu właśnie dziki. Zresztą, gdzie byłoby im lepiej. Okolica pusta, odległa i mało uczęszczana, z morzem zalanych trzcin. To ich raj. Jeszcze parę kroków i oczom naszym ukazuje się… Cmentarzysko Drzew. Takie określenie przychodzi, gdy spoglądam na to co się tu stało. Taniec życia i śmierci. Powywracane olchy, leżące brzozy rozłupane do niemożliwości przez dzięcioły, toną w stosie własnych trocin. Tam obsunięty pochylony jesion, kłody i bele w różnym stopniu rozkładu. Pod korą suchej olszy jakieś larwy zostawiły w drewnie swoją pieczęć. Być może to przyczyna. Ale grunt jest żyzny, luzny i grząski, więc i wiatr musiał dołożyć swojego dzieła. Takie widoki uwielbiam. To właśnie natura w pełnej krasie. Panuje tu dzika świętość…i życie. Dopiero po chwili dociera do mnie, ile odzywa się ptaków! Na suchych olchach przysiadły gwiżdżące szpaki, wszędzie uwijają się sikory. Szpacy w zabawie miauczą, naśladując z uciechy myszołowy, których nigdzie nie widać. Gdzieś dalej śpiewa trznadel, a niedaleko strzyżyk. Słyszę jeszcze pełzacza, jakieś drozdy i ziębę. Niezły gwar, jak na start marca. I widzę, że właśnie to drzewne cmentarzysko tak ja przyciąga. Tutaj w gnijącym drewnie i pulchnej ziemi mają pod dostatkiem różnych larw i nasion. Bo choć miejsce na pierwszy rzut sprawia ponure wrażenie, jest po prostu ptasio zaczarowane. A my oczarowani. Niski przelot żurawi nad trzcinami, które nie spostrzegły nas w pośpiechu. Chrypią. Szassst, prast! Łomoczą szuwary. Tam jest jeszcze jeden dzik! A nawet rozróżniam dwa. Buszują z tęgim łoskotem, a buzia mojego gościa promienieje w uśmiechniętym blasku, gdy szeptem wyjaśniam co się dzieje. Wiem, że nie wyjdą tutaj. Wiedzą o naszej obecności. Ale swoje pohałasują. Dla mnie zwyczajne już odgłosy, dla kogoś kto nie słyszał, moc wrażeń. Kładziemy się na powalonych kłodach i słuchamy dziczego teatru szmerów. Ramionami otacza nas ogromna wierzba – sekret życia. Jak jest stara nie odgadnie nikt, a płoży się jak potworna ośmiornica. Nie wiadomo gdzie przód, początek, tył. Za to pełno dziupli, otworów i pustych jam. Pewnie mieszkają tam bagienne skrzaty. Prawie noc, choć zostało ciut widoczności. Sunie wielka chmura. Marzec znów dokazuje. Pierwszy deszcz przeczekujemy ufni pod gałęziami wierzby, ale wzmaga się tak, że pora stąd zmiatać.

P90309-173502

Szybko wydostajemy się z bagiennego zadrzewienia, i w strugach ulewy gnamy w biegu przez łąkę do najbliższej czatowni. To ostatnia najlepsza chwila. Zaraz się zacznie…

Deszcz nie przeszkadza stadom wędrujących gęsi, które przelatując nisko nad lasem, głaszczą nasze uszy osobnym szumem. Potrąbiają ostatnie żurawie, a powietrze świszczy cięte przelotami kaczych skrzydeł. Zwyczajny ruch, jak to nad bagnem. Kojący szmer deszczu przybiera na sile. I wtedy wybiega czarna plama. Dokładnie z tego miejsca, gdzie spotkaliśmy warchlaki. Locha. Wygląda jak wielki pies. I tak też truchta okręgiem przez darń, jakby czegoś szukała. Wiem. Sprawdza teren. Zatoczywszy koło wnurza się z powrotem w szuwary. Miękkie tło deszczu zupełnie ją zagłusza. Pozostajemy zachwyceni, wdzięczni, że dane nam było podpatrzeć jeden z wielu sekretów tego świata. Mijają minuty w szelestach kropel. Już ledwo co można rozróżnić, choć to jeszcze nie pełnia nocy. Wzrok ludzki i tak posiada zadziwiające właściwości adaptacyjne. Po dłuższym czasie praktyki, można po większości terenów poruszać się bez latarki. Rozróżniamy odcienie szarości, burego, brązowego, czarnego. Zupełnie wystarczy, aby nie połamać sobie nóg. I w tym gasnącym widoku dostrzegam tylko wielką sylwetkę, która w pospiesznych krokach przemierza łąkę, wnikając do lasu. To musiał być jeleń… Ania nie zdążyła zobaczyć.

Kiedy wyziębieni wracamy do auta, nad polem przelatuje jakaś sowa, a na przełaj truchta chyba ten sam jeleń. Na rzepak się wybrał. Pełen wrażeń, minął nam właśnie pierwszy Dzień Wędrowny. A czujemy, jakby rozpoczął się przed chwilą. Jeszcze nienasyceni.

Leśna medycyna. Wiosenna pieśń Buków.

Siedzimy pod jednym z ogromnych świerków, upajając się ptasim gwarem małego zakątka. Wcześniej leżakowaliśmy na zielonym mchu, sycąc się szumem i odgłosami kołyszących sosen. Grzaliśmy w prześwitach słonecznych. Tak można spędzać godziny. Zatracać w raju. Zwłaszcza jeśli co jakiś czas odzywa się sikora czubatka, i wołają kowaliki. Dzięcioły momentami tłuką między sobą z jazgotem o rewir. Dużo się tu dzieje, energetycznie także. Świerki przypominają dziś wielkie Anioły Mroku, jeśli spojrzeć na te wystające w bok ‘’miotlaste’’ gałęzie. Uzdrawiające procesy leśne mają to do siebie, że dzieją się niespodzianie. Pamiętam jak w pewnym momencie powiedziałem do Anki:
– A idz jeszcze, przytul te Buki. Zapoznajcie się .

Po czym wstałem, i krok po kroku, nieznacznie oddaliłem aby obejrzeć dokładnie jeszcze jedno z prześwitujących mi przez krzaki leśnych bajorek. Nie wiem czemu tak zrobiłem. Jakoś tak, ‘’samo się’’ poszło. Krótki obchód wodnego oczka i podgląd małych sekretów, może 7-10 minut. Wracam. I nie poznaję…

Ania jest cała zapłakana, roztrzęsiona, poruszona. I choć domyślam, że musi dziać się z drzewami, pytam…

– One śpiewają! – odpowiada mi ucieszona. Słyszysz jak terkoczą? I naśladuje głos.

Nie słyszę, choć odbieram je energetycznie. Tulę i próbuję. W mig pojmuję co tu się zadziało. Potrzebna była cisza i samotność, choć na chwilę, aby się dopełniło. Drzewa wiedziały. Zawsze wiedzą co robić. Kto i jak pokierował moje kroki? Świerk, buki, a może cały las? To jest cudowne. Tylko poddać się, zaufać temu prowadzeniu. I jak powiedział Krzesimir – cuda dziać się będą. Odtąd rozumiem, że przekazanie wiadomości teoretycznych i pokazanie wszystkich znanym mi wieści ze świata zwierząt, to nie wszystko. Że trzeba będzie, czasem i tak. Cały czas się uczę. Kobiety… Jak ich energia jest cudownie zestrojona z Ziemią. Znacznie lepiej połączona dziś, niż ja. Wystarczyło tak niewiele…
Długo nie może się uspokoić, a ja przestać cieszyć. Pieśni drzew to najpiękniejsze co można usłyszeć, i często żałowałem, że nie jestem w stanie oddać tego w słowach i opisach. To dzwięki, które słyszy serce i dusza. Docierają do sedna jej jazni… Na zawsze zapamiętane, odmieniają człowieka na wieczność. I płacz trwa. Długo Ania nie może ‘’odkleić się’’ od bukowej braci. Dla mnie to najpiękniejszy prezent, jaki mógł zdarzyć się podczas tego spotkania. Chociaż sam nie słyszę.

Połowa dnia mija pod znakiem słońca, a w drugiej czas nam się pożegnać…Nie jest to łatwe. Chciałaby zostać z drzewami, zwierzętami, ptakami. Na wiele dłużej. Tu jest prawdziwe życie… Proste i dostatnie. Prawdziwe jak tylko można. Wolne od iluzji i piękne – jeśli spojrzeć poza umysłem. A dusza z każdą sekundą wzrasta. Kolejny dzień wędrowny za nami. Dziękuję mojemu światu za cudownych gości, radosną naukę i ten kawałek czasu, spędzony najpiękniej jak tylko było można. Wdzięczność drzewom, i wszelkim istnieniom z każdego wymiaru, jakie objawiły się na tej drodze. A gościom moim niezwykłym – wszystkiego leśnego w życiu.

PS. Informacja zwrotna / powrotna z tej wyprawy cieszy niezmiernie. Ania słyszy już inne drzewa i wołają ją kolejne. Duch obudził się do leśnego odczuwania. Chce przyjechać jeszcze na tydzień, lepiej poznać świat bagien i śródpolnych ostoi. Zaskakuje mnie opowieściami, a samotne dotąd parkowe giganty w Hamburgu, zyskały wierną przyjaciółkę 🙂

A jeśli i Ty chciałbyś odbyć podobną wyprawę z Szeptami Kniei, dołącz do któregoś z naszych tegorocznych wydarzeń: 

Księżycowa Wędrówka w magicznym świecie Przyrody

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Albo śmiało odezwij się na maila: czeremcha27@wp.pl

P90309-171938