Leśne przedszkole. Przyrodnicze wędrówki edukacyjne dla dzieci i rodzin.

Smutno było wędrowcom, gdyśmy dowiedzieli się, że nie można zachodzić już do przedszkoli i szkół, aby z gawędą i prezentacją poopowiadać o sprawach lasu. Dlatego tego roku zapraszamy do Krainy Szeptów, prosto do Czeremchowej Puszczy, na lekkie i przyjazne wędrówki rodziny z dziećmi, dostosowane wesołym programem pod edukacyjne potrzeby najmłodszych. Żywa lekcja przyrody w terenie, ze śpiewem ptasim, owadami, śladami, gniazdami, norami – wszystkim co podczas marszu napotkać można, a co będzie wołało o wyjaśnienie. Dzieci to wyjątkowi, ciekawi, i zaangażowani słuchacze, pełni pytań i żądne wiedzy, dlatego uwielbiam przekazywać im swoje opowieści, a potem cieszyć, kiedy same opowiadają, co udało im się odkryć w kniei. Takie wyprawy już się odbywały w minionym i bieżącym roku, co można zobaczyć na załączonych zdjęciach.

P90807-132136

P90807-115046

P90807-123746

Celem warsztatów jest przekazanie najmłodszym podstawowej wiedzy o sprawach lasu, zaznajomienie z gatunkami roślin zwierząt, oraz podlanie ziarenka wrażliwości i troski, wobec dzikich mieszkańców pól i kniei.

CO W PROGRAMIE?

– Wędrówka z lornetkami i przyrodnicze opowieści

– Skakanie po sianie i zjeżdżanie na słomie

– Sztuka uważności: Co żyje wokół nas? Zapoznanie z gatunkami ptaków, owadów i ssaków.

– Miecze świetlne

– Opowieści wędrowca: Czytanie leśnych baśni i wspominki
prawdziwych przygód przewodnika podczas gawędy

– Księga Kniei: Odczytywanie znaków, tropów, i śladów, sztuka tropiciela

– Gry, zabawy, gonitwy, tańce i skakańce

– Muzykowanie i rysowanie

– Pamiątkowe pióra

– Szukanie krasnoludków, elfów i driad 🙂

Podziękowanie to 200 zł od uczestnika. Kwota nie obejmuje noclegu w kwaterze. Gościniec posiada kuchnie dla gości, jest też możliwość zamówienia śniadań, obiadów, kolacji.

Wędrówkę i zajęcia poprowadzi Sebastian Czeremcha – pisarz, wędrowiec, tropiciel i obserwator przyrody. Autor bloga ‘’Szepty Kniei’’, gawęd, wierszy, ballad, opowiadań i książek. Więcej o mnie w zakładce TUTAJ. 

60337814_1306148059541690_229264684245581824_n

60345186_816676132033871_7597015453986193408_n

P00215-154831

LINK do kwatery gościnnej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Przegląd innych wędrówek, warsztatów, zajęć i spotkań:
https://szeptykniei.wordpress.com/warsztaty-wydarzenia/

Kontakt i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

P00314-161350

P90807-124621

P00215-163451

Pamięć sarniego rodu. Dlaczego zwierzęta przychodzą nocami do miast?

Już nigdy nie zaprzeczę, gdy ktoś powie, że moja dusza przyciąga do siebie zwierzęce sytuacje  Wracałem sobie z lasu nocą, już po obserwacjach, wrażeniach, radościach, jestem niemal przy swoim osiedlu. Patrzę, a tu kozioł sarny wyłazi na asfalt. Ale, idzie tyłem! Stosuję manewr ‘’składkowy’’, zeskakuję z roweru na obie nogi cicho, jak się nauczyłem. Nie usłyszały. Zwierz cofa się, z łbem nastawionym. Szybko się okazało, że są dwa i jeden naciera na drugiego. Zaczęły się trykać na środku drogi! W świetle ulicznych latarni wyglądało to surrealistycznie i zjawiskowo. Dyszenia, sapania, poświsty, oddechy, jak to u saren. Szał rui – teoretycznie tylko to tłumaczy, ryzykowane zachowanie. Jest przecież środek lata, nie szukają tu pokarmu, bo wszędzie go w bród. Następnie jeden zepchnął drugiego przez drogę, na ostatnią niezagospodarowaną i nieopłotowaną działkę, pełną krzaków. Ja poszedłem tam cicho za nimi, po pierwsze ciekawość, bo wszędzie wokół osiedla, one były tam uwięzione. A już autobus i auta jechały. Chciałem w razie co, dać znać kierowcom. Kozły na tej działce się goniły, ale gdy wszedłem nieco ścieżką w ciemność natychmiast rozdzieliły, a jeden stanął i mnie obserwował jak widmo. Chyba liczył na swój naturalny kamuflaż. Auta przejechały z hałasem, na sarnach nie zrobiło to wrażenia. I potem jeden zdecydował, że sobie wyjdzie, i to udało się nagrać.. Wcześniej byłem za daleko.

W pozornie pięknej i wesołej sytuacji, kryje się tragedia sarniego plemienia. I niech to wszystko pozostanie moją osobistą interpretacją, z którą nie trzeba się zgadzać. Ta ciemność, do której zeszła sarna na nagraniu, które umieściłem na swoim FB, to już rozjechany koparkami teren, pełen kabli, rur, ceglanego tłuczka – oto nowe działki są ‘’uzbrajane’’ pod przybycie kolejnych osadników. Dwa miesiące temu, jedna sarna leżała w tym samym miejscu po potrąceniu martwa, pamiętam chciałem zrobić zdjęcie i opowiedzieć jak to widzę. Ale to też była noc, a za dwa dni szczątki były już rozdarte mocno przez lisy czy koty. No bo co skłania sarny, do niebezpiecznych marszy do stolicy ludzkiej, wprost na orzęsione światłami, pełne pułapek skupiska?

Pamiętam dawniej tą okolicę. Wokół, jak sięgnąć okiem, same pola… Sarny zawsze wędrowały tędy w ciemnościach, a i za dnia, migrując pomiędzy odległymi lasami, szukając spokojnych żerowisk, towarzystwa innych swych braci i sióstr. Odwieczny przesmyk, szlak znany tylko zwierzętom… Zapisany w umierającej, gasnącej pamięci. Ona odejdzie, wraz z ostatnim śmiałkiem uwięzionym w labiryncie opłotków.

Sarny to wiedzą. Mają to zapisane w genach, nogach, kopytkach. Tędy wędrowały od pokoleń, zawsze. Tutaj prowadzi je instynkt – jak ongiś ich babcie, dziadów i przodków. Tędy maszerowały chmary, ciągnąc kilometrami przez śniegi zasp. Nocą, jest w miarę cicho. Można się ośmielić. I będą tutaj przychodzić, dopóty ostatni wolny skrawek nie zostanie odcięty siatką ludzkiej dominacji. Wtedy znów się cofną. Ustąpią. Jak wszystkie zwierzęta, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat musiały opuścić swoje prastare ostoje, pielesze i siedliska, które zawłaszczył człowiek pod swoje budownictwo. Przyjdzie dzień, że tego miejsca zabraknie. Dla nas i dla nich. Ciekawe, czy wówczas spróbujemy jakoś żyć razem, czy może zatracimy się w ‘’misji’’ świętej ekspansji ‘’jedynego słusznego’’ gatunku?

O takich sprawach wiedzą chyba tylko wędrowcy. Ci, którzy żyją blisko zwierząt i śledzą ich zachowania. Nowoczesnego człowieka to nie obchodzi. Trzeba się wybudować i mieszkać, a potem pracować. Zwierzęta mają być w lesie, a może tam też nie, bo ‘’robią szkody’’, więc może jeszcze lepiej w zoo. A najlepiej w książce na obrazku. Niech nie zbliżają się do nas, i nie ‘’stanowią zagrożenia’’ dla kierowców. Fragmentaryzacja siedlisk, ich poszarpanie, nie branie pod uwagę w planach przestrzennego gospodarowania, prowadzi do takich sytuacji. To jest naprawdę dramat. Żyjesz dziko, przemierzasz, kryjesz w zaroślach, przemieszczasz nocami i kluczysz, byle tylko uniknąć hałasów świata cywilizacji. Ich świat umiera, kurczy się, znika, każdego dnia. Nie mogą zaprotestować, zrobić petycji, wyrazić sprzeciwu, wypowiedzieć się. Możemy my – spróbować je usłyszeć, i spojrzeć kawałek poza czubek swej rezydencji, i często wyimaginowanych ‘’potrzeb’’. Ale przecież to tylko sarna, zdechnie sobie na poboczu i szybko, zapomnimy o sprawie. Wrócimy do swoich obowiązków. Zezłościmy na wgniecioną karoserię i głupiego zwierza.

A ja stoję wciąż, taki szczęśliwy i tonę w przemyśleniach. Jestem świadkiem. Kronikarzem. Ostatni taniec dzikiej energii, przed nieuchronnym panowaniem betonu, tui i przyciętych wzorowo trawników, miał miejsce właśnie. W mojej pamięci sarny zostawiły swoje wieczne pozdrowienie, obojętnie, co z tym miejscem dalej się stanie.

40969392_2152939054958826_6338813096867704620_n

Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność. Jeśli w swoim sercu poczułeś prawdę tej historii, możesz pomóc mi w tworzeniu kolejnych, abym dotarł z nimi jeszcze dalej, niż obecnie wynosi zasięg bloga. Wszystkie swoje wędrowne sprawy utrzymuję z dobrowolnych darowizn od osób, które chcą współtworzyć ze mną to miejsce. O tym na co przeznaczane są wpłaty, przeczytasz szczegółowo na zbiórce, do której wsparcia leśnie Cię zapraszam – jednorazowego, lub częściej.

https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

Pełnia zbożowego księżyca. Wędrowne warsztaty w przyrodzie.

To my, Wędrowcy!

Na suchej murawie postój robimy, przed ostatnim podejściem do lasu. Wieś ospała, ze zdziwieniem nieco spogląda, na korowód kolorowych ludzi, co pobrzękują sobie na kalimbach w marszu. Dziś trochę kilometrów na nogach. Już wieczór kroczy. Uparte chrząszcze podlatują co i raz do włosów, nikomu krzywdy nie robią. Startują z traw, aby popaść trochę na pobliskich lipach. Jeszcze odzywają się dzierlatki. Na siwym kolorycie drogi, zupełnie ich nie widać. Niebo zaroiło się od nietoperzy. Na horyzoncie ciemny pas chmur tęgich sunie z nieubłagalną zapowiedzią, ale my pewni jesteśmy, że tej nocy uda się zobaczyć Zbożowy Księżyc. Dalszy marsz pod lasem, to już subtelne ćwierknięcia i piski wszędobylskich nietoperzy, które zamieszkały w zmurszałych brzozach. Najstarszego w kniei Kasztanowca, otaczamy łańcuchem splecionych dłoni, słuchając przesłania wieści minionych. Wypowiadam wtedy drzewu słowa…

Ty zaś kręgiem otoczony,
Każdy z nas wnet uzdrowiony,
Nie ma między nami granic,
Zacznij swój radosny taniec
Wszystkie nasze, ludzkie dary,
Przyjmij prosto, w swe konary

Ostatnia sarna schodzi z popasu, szukając bardziej soczystych krain w okolicy… Jej czujny cień, obserwujemy w odchodzących zwidach lornetek. Złoty księżyc wypływa w majestacie nad lasem, karmiąc ucieszone dusze widokiem swej pełni.

107330666_1141972016170946_7444994849681440246_n

107405154_1141972066170941_7533354964025732698_n

PÓŁNOC

Doczekaliśmy księżycowej gościny. Złoty gospodarz wędrówki, ze snu wśród chmur, odkryć się wreszcie raczył. Jak pan na włościach, sunie powoli, doglądając dojrzałości swych łanów przed żniwem. Srebrzyste promienie rozlewają się smugami po polach. To nasz dzisiejszy przewodnik. Podążamy za jego blaskiem. Zatopieni w trawach świerszczowie, wygrywają nieustające nuty swoich serenad, my próbujemy z nimi… Cisza spaceruje w przestrzeni. Szurają gdzieś w oddali sarnie kopytka. Spokój. Maleńkie, puchate przepiórki zasnęły w oceanie zbóż. Nie słychać ani jednej.

A potem Kobiety zdejmują buty, i idą boso potańczyć na łąkę. Ja przejmuję bęben i gram, jak potrafię. Ruchy chwiejne, intuicyjne, rozpływające się w szarej nicości, kołyszą wśród drzemiących kwiatów na murawie… Ziemia Matka, wdzięczna swym Córkom oddycha głęboko, błogosławiąc z każdym szumem pogrążonej w ciemnościach puszczy. Dla takich chwil jedynych, warto żyć.

Jedna z uczestniczek warsztatów, Karolina, na swoim FB opublikowała własną opowieść, zawierając swoje wrażenia i przeżycia z wyprawy. Po prostu ją poniżej przytoczę 🙂

112849671_718432245648227_2463882846373922794_n

”Codziennie spotykam się z ludzkimi historiami. Pięknymi, sentymentalnymi, ale też trudnymi i tragicznymi. Wysłuchuję, pokazuję drogę, wyposażam w niezbędne narzędzia idącego przez życie wędrowca. I choć historie są różne, przytrafiają się czasami i takie takie, których nigdy się nie zapomina i które będą nas w żywe do końca naszych dni. Pozwalają podejmować właściwe decyzje oraz utwierdzają w dokonanych wyborach. Czasami pozwalają uporać się z własnymi strachami, choć myśleliśmy, że dawno ich w nas nie ma, a one tylko się ukryły pod dawnym kurzem zapomnienia.

Tak właśnie było w ten niezapomniany weekend imieninowy, w dzień pełni zbożowej. Spotkanie z autorem „Szeptów Knei” to nie tylko wędrówka i rozmowa z drzewami, to także intuicyjny taniec na miękkiej trawie, gra na kalimbach (tak, zrobiłam to!  oraz rozmowy o życiu, podróżach duszy, odkrywaniu swojej drogi i podążaniu za głosem serca. Wiele się zadziało na każdym poziomie u każdego z nas, wędrowców. Spotkałam też zioła, których nie znałam, a być może będą mi potrzebne. Nazbierałam trochę lipy i chabra bławatka, ukoiłam wzrok „makowym rumiankiem” wyjętym spod pędzla impresjonistów.

Wiedziałam, że nie znalazłam się tu przez przypadek… czasami dwie osoby szukają się we wszechświecie, aby obdarować się wzajemnie. Dziś jestem bogatsza o doświadczenie spotkania Sebastiana. Niczym druid zaznajomił nas z tajnikami lasu i odgłosami jego mieszkańców (dębem Krzesimirem, dębem Radosławem, Kasztanowcem „w żeńskiej postaci”, sarnami, lisami i ptakami oraz z wartkim nurtem wymownie brzmiącej rzeki „Samicy”).

Nie tylko poszerzyłam swoje horyzonty terapeutyczne, ale po powrocie czekała na mnie propozycja wydawnicza! Cudownie jest czerpać z obfitości tego, co oferuje nam wszechświat, z mądrości zwykłych-niezwykłych ludzi, fenomenu przyrody i źródeł energetycznych, które nam oferują. Ale trzeba umieć nauczyć się dostrzegać i przyjmować ten niesamowity prezent.

Dziękuję Sebastianowi oraz pozostałym uczestnikom wyprawy za pięknie spędzony czas. Za nasze rozmowy, nieprzespane noce, bieganie po stogach siana, siedzenie na ambonie i wiele innych rzeczy, które się zadziały.

Polecam odwiedzić Sebastiana i udać się z nim na wędrówkę. Wiem, że to, co robi jest jego całym życiem, dlatego do niego przyjechałam. A także dlatego, że wzywał mnie jego dąb, ponieważ jego imię ciągle wracało do mnie w myślach.. A gdy już dotrzecie do Sebastiana zatrzymajcie się proszę w „Pokojach gościnnych Joanna” przy ul. Koszycy 52 w miejscowości Rokietnica. Gościnność właścicieli pozostanie Wam na pewno na długo w pamięci (oraz przepyszne ciasta, które piecze pani Iwona oraz warzywa z przydomowego ogrodu uprawiane przez pana Tadeusza). Ich pensjonat był pełen gości, ponieważ ich naturalna, niewymuszona życzliwość jest po prostu zaraźliwa.

Ach, rozmarzyłam się. Było mi tam tak dobrze i spokojnie. Przywołam wspomnienia czytając fragment książki, którą otrzymałam w prezencie od Sebastiana… i pomyślę chwilę o moim wolnym, dzikim lesie niczym o niezależnej, dojrzałej i mądrej kobiecie-lisicy – już na zawsze..

DZIĘKUJĘ ZA DRZEWNE PRZESŁANIE. Teraz pozostaje mi tylko iść drogą przeznaczenia. ”

Julia

Cóż mogę powiedzieć jako skromny wędrowiec – takie słowa są dla mnie najpiękniejszą nagrodą, za serce jakie wkładam w przygotowanie i ”plan” każdej wyprawy. Bardzo dziękuję gościom lipcowej wędrówki w czasie Księżyca Zbóż: Marcie, Karolinie i Martynie za wspaniały czas, niestrudzone kroki, gawędy pod gwiazdami, słuchanie mowy drzew i księżycowe pogrywanki, których w formie filmu nie mogę niestety dodać na bloga. I za wszystkie piękne słowa, które w tej historii mogły się pojawić.

A to pamiątkowy plakat z tego zdarzenia, wraz z atrakcjami jakimi knieja obdarowała swych gości.

Plakat1 Lato

Pamiętajcie, że wyprawy są organizowane każdej pełni księżyca, a także poza nią, jako indywidualne wędrówki leśne. Wystarczy odezwać się na email, i zawsze znajdziemy jakiś czas do wspólnego wypadu. 

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie, na kolejnej wyprawie po żniwach i w jesienne rykowisko!

 

Rower dla Wędrowca, czyli dlaczego wybrałem składaka?

Gdyby ktoś parę lat temu powiedział mi, że będę jeździł na składaku z własnej nieprzymuszonej woli, i jeszcze go sobie kupię, pewnie bardzo bym się śmiał i przeczył. Ja, fan ‘’górali’’ i ‘’damek’’. Ale tak to jest, kiedy pojazd wybiera Ci Dusza  Wybrała, nakierowała, pokazała i trafiła w samo leśne sedno potrzeb. Rowerów w swoim życiu przerobiłem i zajeździłem wiele. Mimo to, ten oto czarny składaczek to jest pierwszy, na którym jezdzi mi się naprawdę dobrze. Ganiam nim wszędzie – w dłuższe asfaltowe trasy, powolne zwiedzanie polnych dróg, no i oczywiście lasy. Ktoś zawoła – ale taki rower się nie nadaje! Nie ma amortyzatorów, odpowiedniej konstrukcji, opon, etc. Powiem tak – ja już z pewnych rzeczy dawno wyrosłem. Ze ścigania, skoków na korzeniach, wyczynów, itd. Jazda jest dla mnie uważną kontemplacją świata przyrody, i zawsze czujną, aby zatrzymać się do obserwacji, kiedy wyjdzie niespodzianie jakieś zwierzę. I tutaj składak dopiero pokazuję całą pełnię swoich zalet, których zaiste bym się po nim nie spodziewał. Dawniej żaden rower nie był przeznaczony typowo ‘’pod coś’’, a trzeba było dojechać nim wszędzie, gdzie zaszła potrzeba. Zdecydowanie za duża damka babci, czerwony Romet wujka, i jechało się ojj, i nie zastanawiał człowiek czy tu jest cokolwiek dopasowane. Docierał wszędzie. Ale za co jestem wdzięczny składakowi?

P00220-094035

 

Bezpieczeństwo lornetki. Tak, to dziwne ale szalenie ważne się okazało. Rower górski, na którym przybieramy sylwetkę pochyloną, ma też wystający w kierunku jeźdźca mostek kierownicy, przez który wisząca na ramieniu lornetka może się stuknąć, no i stukała nie raz. Uszkodziłem w ten sposób dwie. Okazało się, że na rowerze składanym można zapomnieć o problemie i jechać z ulgą – tutaj rowerzysta przyjmuje wygodną pozycję wyprostowaną, a sztyca kierownicy jest prosta bez mostka, dzięki czemu lornetka nie obija się i pozostaje bezpieczna, zawsze gotowa do użycia.

– No właśnie. Skoro już o używaniu lornetki mówimy. Jaki byłem zaskoczony, kiedy jadąc po polnej drodze gdy ze zboża wyszły mi sarny – zatrzymałem się w moment od razu zeskakując miękko na obie nogi, i byłem gotów do obserwacji. Nisko poprowadzona rama pozwala na taki manewr, i nie obijamy pewnej wrażliwej części ciała. Na ‘’góralu’’ zawsze to zatrzymanie było bardziej hałaśliwe, trudniejsze i chwiejne. Sposób działa dobrze, i tą metodą cichego zeskoku z osadzeniem się w miejscu, obserwowałem już wiele zwierząt ‘’prosto z jazdy’’, nie płosząc. Punkt dla składaka!

Niska awaryjność wytrzymałość. Prostota konstrukcji wyklucza wiele usterek. To chyba pierwszy rower, który jestem stanie rozłożyć na części, zrobić przy nim cokolwiek, wyregulować, poprawić. Rzadziej potrzebuję pomocy serwisu, a jestem antytechniczym beztalenciem. Ogromna zaleta.

– No i to, że składa się w kostkę! Kilka prostych ruchów i rower składa się do rozmiarów walizki, można wziąć go do autobusu czy pociągu w dłuższej podróży, zajmuje niewiele miejsca. Wrzucić luzem na tył siedzenia auta lub do bagażnika. Normalnie wszystkie rowery wymagają do tego montażu specjalnych półek i uchwytów. Zmieści się też w szafie lub pod łóżkiem. Punkt!

Uniwersalność. Jeżdżę nim wszędzie, i mało przy tym męczę. Nie bolą kolana, nadgarstki, ramiona, ani plecy, co tak trapiło mnie przy użytkowaniu poprzedniego roweru miejskiego marki rayon, który z ulgą sprzedałem. Rower można dopasować zarówno dla osoby o 1,45 wzrostu jak i dla każdego dryblasa 1,95. Nie trzeba znać i wybierać rozmiaru ramy, mierzyć się, dopasowywać. Szalenie ważnie, kiedy przyjeżdżają do Ciebie osoby na wędrówki, i możesz w siodełko posadzić każdego i każdemu będzie na nim dobrze

Przerzutka ukryta w piaście! Jaki to jest świetny wynalazek, zwłaszcza do kniei. Bardzo brałem pod uwagę przy wyborze ‘’leśnego roweru’’ ponieważ zewnętrzne przerzutki mają to do siebie, że można je uszkodzić na wystającym korzeniu, gałęzi, trawie poza tym zbierają w siebie brud i zużywają. Przerzutka z gatunku ‘’nexus’’ jest całkowicie zabudowana, tam nie dostaje się pył, błoto, ani woda. W zasadzie nie wymaga konserwacji i regulacji, nie zużywa tak często jak przerzutka klasyczna. Na forach piszą, że są długowieczne i pancerne. Jest doskonale chroniona przed uszkodzeniem, choć cięższa. Oczywiście jak ktoś jezdzi tylko po ścieżkach rowerowych czy ładnych drogach, śmiało polecam tradycyjny napęd. Jest jeszcze jedna rzecz warta wzmianki: Biegi w tym wynalazku można zmieniać też na postoju! Od razu wskakują, co pozwala szybko i zwinnie, bez siłowego i długiego rozpędzania poruszać się w miejskim gąszczu. Po spróbowaniu tego rozwiązania, nie wyobrażam już sobie powrotu do klasycznych przerzutek. A napęd, to serce roweru. Niechaj pracuje zdrowo i długo.

P00220-102312

– Dynamika jazdy i zwrotność. Mniejsze koła o średnicy 20 cali dają większe przyspieszenie, i jakoś ‘’uwielbiam’’ te momenty gdy stojąc na przejezdzcie kolejowym czy światłach obok rasowego kolarza na jakiejś ‘’kozie’’, ja ruszam jak torpeda i zostawiam go daleko w tyle. Możliwość zmiany biegów na miejscu i te mniejsze koła, dają jeźdźcowi ‘’tryb rakiety’’. Dzięki mnijeszym kołom zwinnie skręca, sprawnie wymijając w ostatniej chwili dołki, korzenie, kamienie i dziury.

– Możliwość modyfikacji i adaptacji pod potrzeby. W swoim rowerze zmieniłem opony na terenowe, dzięki czemu jazda po lesie stała się dużo bardziej przyjemna, dodałem tylny koszyk do którego załaduję nieraz 2 pełne plecaki, koc i bęben i namiot wejdzie, a jedzie się nadal szybko i płynnie, nie odczuwając ciężaru bagażu. Każdy mechanizm działa na wygodne klipsy i zatrzaski, co bardzo ułatwia obsługę serwisową. Można dokupić też amortyzowaną sztycę pod siodełko, co bardzo podnosi komfort jazdy, choć wiadomo nie zastąpi pełnej amortyzacji. Są też kosze na przód, specjalne do przewożenia laptopa i cala masa dostępnych akcesoriów.

Dzisiejsze składaki to już nie klekocące wehikuły, ale uznane ekskluzywne marki takie jak Dahon, Tern czy Brompton. Jazda na nich jest bardzo komfortowa, bez większego wysiłku, ma się wrażenie jakbyśmy płynęli na rowerze, niczym delfin. W podobnej co góral cenie, są już w pełni wyposażone do jazdy: mają błotniki, oświetlenie, bagażnik, niczego nie trzeba kompletować. Można zaadaptować go także do długodystansowej turystyki, i serio są ludzie, którzy na dahonach jeżdżą po całej europie i świecie, przemierzając kontynenty  Też byłem w szoku. A jazda na składaku jest jakże inna… Zaprasza i zachęca. Umiarkowana, kontemplacyjna, tutaj nie pędzisz, choć możesz, za to podziwiasz, delektujesz się, widzisz, czujesz… Ile razy jadę szosą i zatrzymuję się obserwując polne ptaszki, które kołyszą się na łanach. To nie wyścigi, a turystyczna rozkosz. Chociaż rowerki te bywają bardzo szybkie, posiadają po kilkanaście biegów, są też modele sportowe, typowo szosowe. Funkcjonalnością nie ustępują rowerom na większych kołach, a ich małe gabaryty to podróżna zaleta.

P00612-204007

ALE DLACZEGO ZAWRACAM GŁOWĘ I PISZĘ TYLE O ROWERZE, na blogu przyrodniczym? 

Chcę sprawić taki drugi nie tyle sobie, co nam wszystkim. Rowerek, który będzie stał w naszym garażu i zawsze będzie do dyspozycji dla każdego Gościa, który do krainy Szeptów na wyprawę przyjedzie pociągiem lub autobusem, a takich podróżnych bywa sporo. Nie każdy przemieszcza się własnym autem. Oczywiście kwatera zapewnia swoje rowery, ale one są wielkie i hałasują, jest to też zawsze jakieś dodatkowe zajęcie dla gospodarzy, aby wyszykować. Lepiej abyśmy mieli własne. Gdybym się przeprowadzał, też bez problemu złożę je i zabiorę z sobą. Główna zaleta takiego wyboru, to możliwość dopasowania pod osobę o każdym wzroście i wygoda jazdy. Będziemy też wtedy poruszać się w jednym tempie i mogli spokojnie rozmawiać jadąc obok siebie. Będzie na Was czekał zawsze sprawny i gotów zawieźć na szlak dzikiej przygody  Dlatego jeśli czujecie, że pomóc sprawie chcecie, wołam do wsparcia zbiórki Wędrowców – Jest ona ogólna, a zebrane środki przeznaczam właśnie na wyekwipowanie potrzebnego sprzętu. Rower jest tu głównym z nich. Wybrałem już bliźniaczy do mojego model, ale bardzo śliczny, czerwony! Jest nas tutaj 5 tys czytelników, gdyby połowa choć przekazała po 2 złote, raptem mielibyśmy sprawę z głowy. Pamiętajcie, że to rower dla Was, nie dla mnie! Ja już swój mam ^^ LINK do rowerowej i ogólnej zbiórki podaję tutaj ⤵️⤵️⤵️⤵️⤵️

https://pomagam.pl/rowerdlagosci

P00702-185527

A to dwa modele, które wstępnie wybrałem dla Was na Wędrówki. Rozważam jeszcze Terna, ale i Dahonowi warto zaufać – firma produkuje składaki od 1984, słynie na świecie z jakości i ma miliony zadowolonych użytkowników. Pierwsze dahony wyprodukowane w latach 80tych, są sprawne i jeżdżą do dziś. Żeby było zabawniej, projektantem jest były fizyk laserowy, który pracował dla NASA. Jakkolwiek rowery jeszcze nie potrafią latać 😀 Mam nadzieję, że wspomożecie zbiórkę solidarnie, i już niedługo będziemy cieszyć się przyjemną jazdą i wspólnym czasem podczas wędrówek na naszych leśnych warsztatach!

linkd7i-g4-unfold-dr-matteshale-grey

cce1567343f0be9a2d99ca9d4a89

Wiosna na jesionowym szlaku i wędrowne warsztaty pod Drzewami Mocy. Bęben druidów.

Na szlaku witają nas śpiewy polnych ptaków. ‘’Dowodzi’’ ortolan, którego wibracja jest jakby manifestacją mantry: ‘’Tutaj króluje Przestrzeń’’. Rzepak powoli przekwita. Szlak jesionów wybieram do wędrówek z uwagi na jego spokój i przyrodnicze bogactwo. W weekend, znacznie więcej ludzi w lesie. My wybieramy ciszę i samotność, kluczymy polami, miedzami, ugorami, niczym zające. Mijamy połacie uprawnej pustki. Tylko pozornie. Bo oto podzwania samiec zięby, szczebioczą sikory, terkota siedzący na słupie potrzeszcz i przelatują szpaki. Szybuje myszołów. Pokrzewka kapturka pogrywa czystą, przemiłą nutą. W tarninach dokazują mazurki. Lornetki bardzo pomagają ubogacić wrażenia, zapamiętać wygląd gatunków. Wyprawy stały się jeszcze bardziej odkrywcze. Bo i podszkoliłem się ‘’w kwiatach’’. Tym więcej mogę opowiedzieć o mijanych krokami roślinach; ‘’chwastach’’ i ziołach. Rozkwitają pierwsze bzy, zwiastuny młodego lata. Strojnie puszą się dostojne głogi. A na tarninie – cmentarzysko. ‘’Ktoś’’ powbijał na kolce grube trzmiele. Sterczą martwe, zasuszone. Zdumione miny gości. Wyjaśniam, że to spiżarnia tutejszego małego rozbójnika – Dzierzby Gąsiorka. Niekiedy wiesza on gorsze rzeczy, jak myszy, jaszczurki, ćmy, czy żaby. Wtedy to dopiero wygląda upiornie. Ptaka udaje się potem zobaczyć w całej okazałości lornetką, jak poluje na łące. Łany bajkowych kwiatów, zdobią przydroże odcieniami szafiru. Są chabry, ptasia wyka i miodunka. Pod nimi plączą się żółtawe wilczomlecze. Każdy ma inny zasób wiedzy na temat przyrody, dlatego dzisiaj uczymy się głównie rozpoznawania ptaków i mijanych drzew. Mają już liście i kwiaty, wdrażamy więc znaki charakterystyczne. Z niebios śpiewają skowronki. Te rozlewają płynny kryształ.

P00530-150344

Klon Kostur, nasz pierwszy przystanek, to główny bohater tego miejsca. Ten sam, który ‘’opowiedział’’ wygląd okładki do książki ‘’Szepty Kniei’’. To Drzewo Wiary. Bardzo aktywne, chętne i zawsze gotowe do pomocy, współpracy. Możnaby przyprowadzać pod niego wszystkich niedowiarków. Nie mija dużo czasu, gdy zaczynamy czuć się dobrze, pogodnie. Klon nie zawodzi – zaczyna zrzucać z siebie jakieś okruchy i patyki. Jak to on. Uwielbia dawać takie popisy. Rozmawiamy o świadomościach drzew, ich celach, zadaniach, o tym do czego dążą jako las, ze swoją cywilizacją. Opowiadam o tym jak można odczuwać drzewa. Na jakie sposoby. Że moje doświadczenie nie jest regułą, i każdy może mieć inaczej. Zwracam uwagę na co warto się wyczulić. Odczytujemy dawne przesłania. Goście dowiadują się o swoich osobistych Drzewach Mocy, mówię jakie przy nich dostrzegam i czuję. Chwilkę jakby trwa ‘’narada’’. Drzewa wahają się, spierają nieco, jakby potrzebowały zdecydować, które ostatecznie podejmą się opieki. O ile przy Mariuszu tkwi dąb, świerk, i klon, tak wokół Zuzanny nie jest to takie oczywiste. Wreszcie objawia się Biała Topola i również Klon. Reszta póki co nie chce się pokazać. Ma je odkryć sama. W tym czasie kostur szumi liśćmi gromko, zupełnie jakby się śmiał. Wtrąca do rozmowy, jakby chciał wzmocnić i potwierdzić wszystko to co mówię. Między nami ląduje z hałasem kolejny okruch z jego korony.

Pobocza pełne ziół. Żałuję niekiedy, że nie mam aż takiej wiedzy, ale i ‘’chwastów’’ się uczymy, przystajemy, dotykamy, badamy : tu oto rumianek dziarski, bylica, babka, rajgras zwany życicą, przytulia czepna, wszystko cenne zioła. I w ich małych gąszczach tętni życie. Wymijam stopą małego czerwono – plamistego wędrowca. To kowal bezskrzydły, pluskwiak, częsty gość pod lipami. Obok błyszczący żuk wiosenny przepycha gałązkę. Chce pokazać, jaki jest silny. Przypomina upartego dzika. Błyszczy się, woła niesłyszalnie – zobaczcie jaki ze mnie mocarz! Małe motylki nieznanych mi nazwy przelatują w upojeniu nad kwiatuszkami. Mariusz niespodzianie odkrywa w sobie powołanie zielarza. Przystaje nad wieloma roślinami, wypytuje o nazwy i właściwości, sam też sporo wie. Jakby go ujęły czymś bardzo osobistym. Poświęcamy im więcej uwagi niż samym drzewom…

MAGIA LASU

Kiedy wracamy ze szlaku, dokładnie tuż przy naszym przejściu zaczyna śpiewać słowik. Jest blisko, bliziutko. W gęstwinie. Kryształowa pieśń gasi kunsztem pozostałą śpiewaczą ‘’mizerię’’. A mnie aż podnosi, gdy pomyślę sobie, że – no halo, przecież to samo stało się 2 dni temu, kiedy wędrowałem tutaj z kimś innym. Podchodzimy, a on zaczyna… Zupełnie jakby celowo chciał zaśpiewać dla nas. Dla ludzi. Słowicza pieśń wznosi duszę na wyżyny Miłości. Przystajemy jak zahipnotyzowani, nie możemy się ruszyć, uśmiechamy. I tego nigdy nie zrozumie pan z pędzącego na warkocie quada, który minął nas rozchlapując błotnistą kałużę. Nie pozna, nie doświadczy. Szkoda.

Z Jesionowego Szlaku trafiamy na skraj lasu pod moje fikuśne brzozy. Jakiś impuls był, aby tam właśnie ruszyć, choć nie planowałem. Moje miejsce Mocy i Zdrowia, w trudnych przypadkach. Niektóre rosną obok siebie tak blisko, że można stanąć pomiędzy i połączyć dwa pnie dłońmi, a wtedy… Ciało dostaje ozdrowieńczego kopa. Mi wszystko zaczynało drgać, pamiętam. Jednak nie każdy potrafi przepuścić przez siebie taką dawkę świetlistej energii. Goście moi z miasta – do natury mają dość daleko, nie korzystają co dzień. Zuza mówi, że czuje w takim połączeniu, jakby z dwóch stron napierał na nią bolesny ścisk w głowie, jakiś ogromny mur. Trzeba przerwać. Ale wiem, że brzozy nie zrobiły nic złego. To nie w ich stylu. Tu musi chodzić o coś innego. I faktycznie, przypominam sobie jak podchodząc do niektórych drzew, odzywały mi się w ciele boleści. Odbierałem to zwykle jako niechęć do kontaktu, że trzeba odejść. Potem okazało się, że mam schorzenie, i te bóle wynikały raczej z tego, że drzewo ruszało te energie zastojone do pracy. Wydobywało na wierzch co ukryte. Więc nie zawsze ból oznacza wypraszanie. Zuza próbuje, jeszcze raz, na boso. Ja szukam w smartfonie brzozowe przesłanie z tego miejsca do odczytania, jednak po chwili odkładam go zdecydowanie – brzoza prosi bym się podłączył do procesu. Dotykam pnia ręką. Czuję wtedy z czym zmaga się Zuza. Mówię w myślach, błogosławię. Płyną słowa. I wiem, że za tą próbą jest już inaczej, dobrze. Wstaję i szeptam:

Niechaj wszystko się rozproszy,
To co złe, tam gdzie panoszy
A energia ta brzozowa,
Niech narodzi Cię od nowa
Oto słowo jest dla Ciebie,
Brzoza wesprze Cię w potrzebie

– Ale mnie podniosły! – Mówi Zuzanna, gdy już patrzymy sobie w oczy. Teraz nie bolało. Ten mur, okazał się bardzo malutki. Podniosły mnie do góry i pokazały jak bardzo jest nieistotny. Powiedziały, że trzeba kochać, śmiać, cieszyć się życiem. Samemu wzniecać energię w jakiej chcemy się znaleźć…

Powiedziała coś więcej, ale już nie pamiętam. Uśmiecham się pod nosem i tulę białą przyjaciółkę. Tak, to jest właśnie w ich stylu. Pamiętam jak Zuzanna pisała w mailu do mnie, że nie czują żadnych drzewnych energii, mają z tym problem i chciałaby to zmienić. A teraz ot tak usłyszała drzewo i zobaczyła obrazy.

A potem wyciągam zza pazuchy bęben. Od jakiegoś czasu, instrument gości na moich wyprawach, i każdy może spróbować kreacji pieśni duszy. Gram nieco, i razem z ptasim śpiewem pogrążamy się w relaksacyjnych dzwiękach. Nie wyróżniają się ani trochę z panującego gwaru leśnego. Bęben jest nastrojony na 432hz, co odpowiada częstotliwości naszego wszechświata i przyrody. Zwierzęta się go nie boją. Często podchodzą słuchać zaciekawione, przylatują doń ptaki i motyle.  Każdy próbuje, po swojemu. Zuza prowadzi dzwiękoterapię dla niepełnosprawnych dzieci. Odgłosy druma prędko otwierają gdzieś skostniałą w codzienności czakrę serca, natychmiast robię się wzruszony. Potem już siedzimy w milczeniu. Nagle, leżący bęben sam z siebie wydaje odgłos. Podskakujemy. Brzoza upuściła centralnie na niego jakiś patyczek, i to w miejsce wcięcia, dobywając nutę. A to psotnica. Cud numer trzy.

P00530-175425

Lawendowe pola malują horyzonty oczarowaniem modrego zachwytu. Wszędzie pszczoły. Dziś często nam towarzyszą. Pod brzozami były ule, blisko. Chcieliśmy iść przez ścieżkę w rzepaku do Dęba Radosława z wizytą, lecz brzęczące pracownice podrywały się z niesmakiem oderwane od robót, zarządziłem więc odwrót. Nie będziemy im przeszkadzać. Zamiast tego napawamy się szczęściem aromatu kwitnącej dzikiej róży – ta w moment przenosi zmysły do krainy raju. Pszczoły niecierpliwią się marzycielami, czekają na swoją kolejkę do kwiatu. Zastanawiam się, czy dla nich to już jest takie zwyczajne, czy może też cieszą się zapachami?

Dzień jest uporczywie wietrzny, przez co chłodnawy. Choć można znaleźć miejsca, gdzie nie wieje. Las obsiadły krępe, przysadziste, a silne dęby te przyjmują na skraju ciosy i pęd wichur. Są strażnikami. Jest i jedna taka brzoza, tak ogromna, rozłożysta i wspaniała, że ciężko to oddać. Koroną przypomina bardziej dąb. Na wyprawie toczą się tematy: rozmawiamy o gatunkach inwazyjnych jenotach, nutriach, rakach amerykańskich i sygnałowych, obcych pszczołach i biedronkach. Wspólnie dochodzimy szybko do wniosku o winie człowieka, i takiemu, że poczciwego jenota nie da się wytępić. Zbyt dzikie ostoje zasiedlił. Podążamy ścieżką wśród szpaleru dorodnych wierzb, wtedy jedna z nich zaczyna mocno skrzypieć. Dokładnie, gdy naprzeciw niej. Dla mnie to oczywisty sygnał, że dają znać o chęci do kontaktu, lub zwracają na siebie uwagę. O, jakże często to się dzieje. Drzewa jakby wyczuwały, że ludzie przychodzą do nich, i próbują czasem ‘’wyjść z siebie’’ aby tylko człowiek do nich podszedł, przytulił, lub choćby zatrzymał się na chwilę. Odczytują z naszych aur – oto są przyjaciele, którzy zachwycają się lasem. Można próbować swoich sił. Obok na gałęzi ufny kos popisuje się śpiewem, ptaszek nie płoszy się, spogląda bystro, jakby i ten śpiewał specjalnie dla nas. Monotonny świerszczak pobrzękuje miarowym tłem. Gdy wracamy tą samą dróżką, wierzba potrzaskuje znów. Kiedy się zbliżaliśmy nie zrobiła tego, a dokładnie w momencie jak zrównaliśmy się z nią. Chce powiedzieć: ‘’Miejcie pewność, że to jest prawda i to się dzieje. Możemy się porozumieć. Ufajcie temu co postrzegacie, co się wydarza. To nie przypadek. Jesteśmy tutaj, obok. Czujemy, słyszymy Was, rozumiemy, możemy pomóc. Świat jest pełen przyjaznych leśnych Istot. Pragną odbudować zapomniane więzi, nawiązać kontakt. To szansa nie tylko na uzdrowienie, ale i zbudowanie świata w jakim pragniemy wszyscy żyć. Wyciągnij rękę do konaru, przysiądz, przytul posłuchaj… To tak niewiele, a dla nas tak dużo. Już czas.’’

Gdy wracamy już autem, na różowym, baśniowym horyzoncie tkwi ‘’wymalowany’’ kozioł sarny. Jego ciemna sylwetka odcina się rytem z różkami na gasnącym niebie. Widok tak bajeczny, że zatrzymujemy się wgapieni z nosami do szyb. Cud chwili. I ja nie wiem wątpliwości. To podziękowanie lasu. Magiczna pocztówka, która zapieczętowała w naszych sercach wieczne wspomnienie prawdziwego dobra.

Część II. Wędrowcy zasiadają na łąkach – Obserwacje.

Wyprawy dzielą się na etapy. Jest czas na kontemplację drzew, poznawanie roślin i kto wie czy nie ‘’najlepsze’’ – obserwacje zwierząt z zasiadki. Dziś mieliśmy ogromne szczęście. Łąki są świeżo po kośbie. A to magnes życiosiły dla ptaków i zwierzaków.

Zbliżając się do królestwa traw, jakaś dziwna plama mąci uwagę. Tam jest jakiś zwierz. Z tej odległości nawet przez lornetkę trudno określić co to. Lis, zając, a może sarna? W miarę zmniejszania odległości, okazuje się, że zwierzątko leży. Okazuje się być wypoczywającym lisem. Kula się w trawie. Igra. Nasłuchuje. Co za widok – lis za dnia, poddający się relaksowi. Aż dziwne. Rudzielec okazuje się czujny i wypatruje nas z dużo większej odległości niż powinno się to zdarzyć. Odchodzi chyłkiem. Ale na łące dzieje się. Przyleciał potrzeszcz. Ptaszek przegarnia kopce podsychającej trawy – wybiera owady i nasiona. A ja rozmyślam. No bo tak, łąki ‘’trzeba kosić’’ żeby istniały, ale jakie to straszne zjawisko dla milionów żyjątek, których świat runął razem z pokosem. I dzięki temu potrzeszcz może je znaleźć i zjeść. Przed nami przestrzeń rozległa, jak scena teatru, na którą po kolei wkraczają aktorzy. Jest kolejny. Oto Dzierzba Gąsiorek, kolorowy samiec, i właśnie widzimy winowajcę, co ponabijał trzmiele na kolce tarnin. Jest piękny. On poluje inaczej. Niby też przeszukuje leżącą trawę, ale bardziej rzuca się na owady z lotu. Potrzeszcz sunie ku niemu. Zbliża. Ewidentnie widać, że między ptakami jest jakaś sprzeczka. Potrzeszcz próbuje odstraszyć dzierzbę, szarżuje, stopniowo podlatuje i o dziwo – przepędza! Gąsiorek mu ustępuje. Chaotyczny, podstępny taniec ptaków trwa jakiś czas. Z lornetkami możemy łatwo teraz zapamiętać śpiewaków z Jesionowego Szlaku. Taką naukę lubię najbardziej. Mój czujny wzrok przeczesuje. I znajduje. O tam oto w zieleni siedzi zając! Skurczył się pociesznie, położył uszy po sobie. Musiał nas słyszeć. Ale teraz jasnym się staje, co tak długo robił tu lis. Podchody. Z daleka szarak przypomina kamień lub grudę, ale w lornetkach widzimy jego oczy, uszy. I teraz ciekawe. Jak długo pozostanie w bezruchu? Co się wydarzy? Siedzimy już bez rozmów, podziwiając po prostu. Nie mija dużo czasu, gdy na łąkę wkracza drugi zając. Ten nie wie o naszej obecności. Kica, podjada i skacze, defiluje blisko przed nami. Zbliża ku temu drugiemu. Sytuacja rozwiązuje się łagodnie. Obecność beztroskiego towarzysza ośmiela tego co zastygł w kamień, teraz harcują oba na pełnym widoku, sycąc nasze dusze okruchami szczęścia. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w takim momencie miał wjechać do tego królestwa quadem i szaleć… Z zarośniętej części łąki wynurza się sarna i skacze przez łany. Szuka sobie miejsca. Nie wiadomo teraz, co obserwować. Zające, czy ją. To teatr. Leśni aktorzy pędzący swoje spektakle, i my, widzowie. Kurtyną jest niebo, i odległe ściany ciemnozielonych lasów. Dziwimy się. Jak niewiele trzeba, aby być blisko z przyrodą. Przecież nie mamy szczególnego maskowania, kamuflażu, rozmawiamy kiedy potrzeba, a mimo to zwierzaki odkrywają się przed nami, ze swoimi sprawami. Po prostu – cicho i łagodnie być. Przestrzeń ‘’wyczuwa’’ zamiary obserwatorów, i odpowiada pięknem. Ja odchodzę na moment przebrać się trochę i założyć więcej spodni, bo cokolwiek zimno wieje, wtedy udaje się popełnić foto…

P00530-185538

Zuzannie i Mariuszowi, gościom wędrownych majowych warsztatów pod Drzewami Mocy, w podziękowaniu za wszystkie wzruszone chwile, i wspaniałą wyprawę.

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie lub bliskim Dzień Wędrowny pod opieką Szeptów Kniei gdzieś w pustce i głuszy, pisz, pytaj. Jestem do dyspozycji i z pełnią leśnej radości pokażę Ci świat z tutejszych opowieści.

KONTAKT i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie! 

A świt mój księżycowy, graniem skowronków się zaczyna.

Noc Wędrowna. Coś gna, woła aby tej ciemnicy ruszyć na szlak. Maszeruję. Kroki chrzęszczące po kamieniach, szurające w piaskach odciskają piętno podróżnika. Z mrocznego lasu nadlatują upiorne piski. Kryją się w gałęziach, wśród konarów, liści. Są blisko. Nie sposób wypatrzeć w gąszczu. To sowie podloty, opierzone, choć nielotne pisklęta. Nie wiem tylko czy puszczyka, a może uszatki. Gdy ich wrzaski przybierają na sile, wiem, że rodzic jest gdzieś w pobliżu z pokarmem. One go widzą. Ja nie. Dziwię się tylko, że zdecydowały się na lęg w małym, przydrożnym i prywatnym lasku. Za dnia mijany przez dziesiątki spacerowiczów i aut, nocą odsłania dopiero swoje tajemnice.

Topolowy szpaler olbrzymich pni, szeleści i grzmi w dotykach wiatru. Przysiadam na niedługo pod jedną z nich. Trzęsła się mocno, przyciągała jak magnes, stąd wiedziałem że zaprasza do spoczynku pod sobą. To już ostatnie z rodu. Wiele z nich wycięto bez powodu, tkwi tu kilka ostatnich. Bardzo piękne drzewa. Silne energetycznie, wytrwałe i zdrowe. Mówią, że lubią ten nocny spokój i spowolnienie. Zatem nie przeszkadzam im. Za plecami wschodzi żółtawy kawałek księżyca, wywołał ledwie widoczne cienie. Pora ruszać dalej.

Mijam przydrożny krzyż, pełen lampek i zniczy. Jest tu odkąd pamiętam. I choć nie jestem wierzący, szanuję osoby, często starsze, które mają siłę się nim zajmować. Wszystko jest tu zawsze czyste, pełne kwiatów, zadbane. Zastanawiam się, kto to będzie kontynuował, kiedy starsze pokolenie odejdzie…

Mimo, że jest ledwo 1 w nocy, już widać przejaśnienie świtu. Bardzo subtelne. Białe Noce – to takie czarowne. Innej energii człowiek dostaje, mało spać się chce, za to wędrować. Jakiś zwierz z pola, rozpaczliwe jęczy. Brzmi jak zmora z horroru. Za moment gaśnie wpół zduszony. Pewnie zając lub mała sarenka, właśnie zaanektowana na posiłek przez lisa. Choć późno, wcale nie jest cicho. Gdy się wsłuchać… Z oddali napływają różne szczebioty. Gdy zbliżam się do pasu trzcin porosłego na polnym rowie, rozpoznaję sprawcę – to łozówka. Niewielki szary ptaszek, który terkocze sobie nocami w takich miejscach i mami uszy wędrowców. Śpiew łozówki może nie jest silny, malowniczo piękny, ani kunsztowny, ale pobrzękując nocą w niespodzianych miejscach, ma w sobie coś takiego, że człowiek zaraz się uśmiecha. Jest po prostu lekki, wesoły. Niezłomny ptaszek naśladuje jaskółki, szczygły, wróble, sikorki, trznadle i inne – tworząc z tych wyrwanych kawałków własną, unikalną pieśń. Trochę jak papużka. I dziwić się można niekiedy, słysząc pobrzękiwania innych dziennych gatunków, w takiej ciemności. Choć to przesada. Widoczność jest przyjemna, szarawa. Nie to co w nów, pózną jesienią. Kawał dalej pokrzykuje dziarsko trzcinniak, ten jest echem tej nocy. Zbliżam się do kępy, w której urzęduje słowik. Jedyny ptak, który tu śpiewa. Inne zagłuszyłby chyba. Ten rok jest inny do poprzedniego. Zeszłego czerwca nocne ptaki umilkły już z jego początkiem, tego są bardziej aktywne. Pewnie dlatego, że było trochę więcej deszczów. Bzowe aromaty białego kwiecia pieszczą noc łaskotem raju. Wdycham i delektuję. Nie wytrzymuję. Mówię na głos do krzewu: O jak pięknie pachniesz, dziękuję Ci! I wiaterek się robi. Bez zaczyna się trząść, jakby rad z pochwały. Mam wrażenie, że rozpachniał się jeszcze mocniej.

Skylark

Różowy świt witają skowronki. Zaczynają śpiewać jeden po drugim, jakby chciały prześcignąć się wzajemnie tym powitaniem. Niebiosa ledwo różowo – sine. Z nich płyną dzwoniące pieśni skowrończego ludu. Wtedy przystaję. Choć do słońca jeszcze trochę, one już pewnie widzą je ze swoich wyżyn. Z łanu zboża wybiega na drogę warchlak. Za nim kolejny. I cała gromadka. Przeskakują drogą do rzepaku. Wymijają pobliską wieś. Poranne powroty. Między nimi starsze rodzeństwo. Braterski ród. Czekam w spokoju, nauczony doświadczeniem, że kilka dzików to zwykle zapowiedz większego przemarszu. I nie mylę się. Wnet wysypują się kolejne maluchy, między nimi siwe i czarne lochy.Co za ród! Mimo szaleństwa zmasowanego odstrzału, przetrwały. Człowiek przewał pamięć dziczego rodu. Zaburzył ciągłość, zniszczył równowagę. Dzik w naturze mógłby przeżyć blisko 30 lat, zaś w obecnej rzeczywistości pozwala im się żyć… max 5…Nie ma babć, dziadów, matek, wiedzy, pokoleń, rodzin. To tak, jakbyśmy w ludzkiej populacji mieli 8-12 letnie dzieci. Dawniej prośne bywały, tylko starsze, dojrzałe i silne lochy, to one w kniei pełnej niebezpieczeństw mogły obronić i wychować potomstwo. Pozostałe samice pomagały najstarszej, i pełniły rolę, można powiedzieć ‘’ciotek wspierających’’. Pozwalały matce odpocząć, przejmując opieką nad dzikową dziatwą, chroniły w potrzebie. Dziś, dzicza populacja intuicyjnie wie, że ‘’coś tu jest nie tak’’. Skoro nie ma ‘’starszyzny’’. Gnane strachem o przetrwanie gatunku, mnożą się już jednoroczne sztuki. Czego mogą nauczyć swoje maleństwa? Ot zaprowadzą do kolejnego nęciska, nieświadome, po kulę z zasadzki. Brak starych rodów, brak wiedzy.  Wyobrazmy sobie ludzką populację, w której mielibyśmy samych 8-12 latków. Coś takiego zrobiliśmy dzikom…Wioska zatopiona w snach, drzemie. Pieją koguty. Polna droga poprzecinana smugami świeżych tropów. Dziki ledwo przemknęły, kiedy za moimi plecami wyłania się ciekawski lis. Księżyc wisi jeszcze nisko nad domami, już stracił czar wywołania pozłacanych cieni. A świt mój księżycowy, graniem skowrończym się zaczyna.

45541216_2224413227795731_7744375249336008704_n

Topolowa transformacja. Drzewa usuwają emocjonalne blokady, i pomagają usłyszeć głos duszy.

Historia z tej wyprawy jest o tyle wyjątkowa, że napisana w dużej mierze przez mojego gościa. Pogrubione i pochyłe przerywniki pokażą, gdzie zaczynają słowa Marysi. Maria sama zgodziła się szczerze wszystkim podzielić, ja nigdy nie nalegam – o tym czy pojawi się historia, zdjęcia i relacja na blogu zawsze decydują goście. Tym bardziej jest to świadectwo niezwykłe, bo ja sam opisuję i zapamiętuję zwykle przyrodnicze sprawy, za to tym razem będzie pełny obraz tego, jak wędrówkę przeżywa ”druga strona” i co się na niej zadziewa. Choć gdzieś moja skromność burzy się na pewne wypowiedziane tu słowa, postanowiłem w tekście niczego nie zmieniać, aby zatrzymać w pamięci całe dobro, jakie zrodziło się w naszych sercach. A zatem… 

Gdy ruszamy do lasu, jest już dość późno, a pogoda krnąbrnie psoci. Cały dzień popadywało. Maria chciała przyjechać na wyprawę ze swoją córeczką, jednak z uwagi na brak odpowiednich rowerów, zdecydowaliśmy się podążyć sami. Trawy mokre. Trochę ludzi korzystając z prześwitu wyszło na spacer, jednak niektórzy próbują traktować las, jak rajdowy tor przeszkód. Osobniki na quadach, w terenówkach. Gnają tak, że komuś urywa zawieszenie. Wychodzą, biadolą, ojej – no jakie to dziwne i trudne do przewidzenia. Las swoimi siłami zmusza do zatrzymania. Dla nich to czas na kolejną naprawę, przed następnym dzikim rajdem… Nie na refleksje. Zachód słońca jest dziś piękny, kula przebija mlecznie przez cienką warstwę chmur, rozsiewając aurę pomarańczowej poświaty. Pnie sosen ‘’zapaliły się’’ ognistym blaskiem. Gorzeją. Ten krótki moment kiedy słońce wisi nisko tuż przed odejściem, wydobywa się cały kunszt Drzew Ognia. Jakby wołały: Jesteśmy pożogą. Wielbimy ogień. Bo i sosna to gatunek, który doskonale odnawia się na pogorzeliskach, choć łatwopalna, jej smukły pień doskonale opiera się pożarom ściółki. Nie zajmuje tak łatwo. Po wizycie u Dęba Krzesimira zmierzamy do Topól, kiedy na horyzoncie zaczyna robić się szaro. Siwo. Tam już pada. I nawet błyska. Pierwsza letnia burza. W oddali, na ambonie dostrzegam zdziwiony siedzącego myśliwego. I on nas obserwuje swoją lornetką, a przynajmniej tak mi się zdaje. Chmura pędzi. Jakoś zawsze boję się burzy. Jeśli nie jestem akurat w domu. Jest dla mnie potężną manifestacją nieokiełznanych sił natury, tańcem kapryśnych żywiołaków. Proponuję powrót, ale Maria nie boi się. W jej twarzy maluje się indiański, stoicki spokój, a nawet radość wobec sunącego ‘’potwora’’. Myślę logicznie. Nie widziałem jeszcze nigdy ambony spalonej przez piorun, a samo drewno prądu nie przewodzi. Myśliwy nadal siedzi na swojej, jest na otwartym polu. Poza tym… Burze w mojej okolicy od 3 lat straciły na mocy, są naprawdę symboliczne, a często nie ma ich cały sezon. W ostatniej chwili wdrapujemy się na jedną z ambon mijanych na skraju lasu, wtedy deszcz zaczyna. Zacina z boku. Wyciągam komplet przeciwdeszczowy w postaci szerokiej peleryny, wystarcza dla nas obojga. Pokrowiec nasuwam na czapkę i jesteśmy niemal nieprzemakalni. Przed nami horyzont rozległych pól, szalejąca szara ulewa i sporadyczne błyski. Marii bardzo się podoba. Ja drgam przy każdym mocniejszym grzmocie. Ale wiem, że jesteśmy zaopiekowani. Że nic nikomu nie grozi. Burza nie okazuje się jakaś ‘’straszna’’, za to dość ‘’symboliczna’’. Z pola zbiega przemoknięty jeleń, gna pod opiekę kniei. Przecież w takich przypadkach, wszystko chroni się właśnie w niej, pod drzewami, w zaroślach…

Kiedy ‘’na widoku’’ już nie pada, cały czas słyszymy szmer. Trwa długo… Las ocieka sączącymi się strużkami, kroplami, które niosą jeszcze pamięć echa minionego szału. Ostatnie ptaki umilkły. Maszerujemy. Bezbłędnie omijamy lśniące lustra świeżych kałuż. Jesteśmy tylko my i szara, przyjazna ciemność. W niej widać odcinającą się ostro na horyzoncie, czarną sylwetkę sarny. Pasie się ‘’na szczycie’’ okolicy, niczym jedyna królowa.

🌸 MARIA (jej słowa): Krzesimir i leśna burza.

Najpierw pojawiliśmy się u Krzesimira. Usiadłam pod pniem, oparłam plecy i skupiłam się na odczuciach. Od razu zaczął mi pokazywać rzeczy, które widzi we mnie. Wyciągnął najpierw głęboki smutek, z którym przyszłam, a który związany był z moim Ukochanym i ja próbowałam go zepchnąć, jakoś schować czy coś. Powiedział mi, żebym po prostu powiedziała o nim Ukochanemu, żebym go nie ukrywała. Poczułam ogromną ulgę, że mogę to zrobić, że nie muszę już być z tym sama. Potem wyczuł we mnie oczekiwania odnośnie spotkań z Drzewami, że chcę (wstyd się przyznać), żeby do mnie mówiły, żeby komunikowały się obrazami, chcę słyszeć ich śpiew, a nie „tylko” czuć energię w ciele i emocje. W ogóle mnie nie oceniał i to było bardzo kojące. Nie mówił, że to źle, że tak myślę i czuję. Tylko pokazywał to takie, jakie jest. Poprosiłam, żeby zdjął ze mnie tę energię oczekiwań, że wiem, że to mi przeszkadza w pełnej otwartości na prawdziwy, głęboki kontakt, że sprawia mi to cierpienie, bo oczekiwania blokują zdarzanie się magii, a gdy nie są spełnione, powodują rozczarowanie. Ściągnął to ze mnie z łatwością, za moją zgodą, w mgnieniu oka. Zszedł głębiej we mnie i mówi; nadużywasz marihuany. Wiem- odpowiadam. Najpierw w pierwszym odruchu chciałam powiedzieć, że nie, przecież nie mam z tym problemu, że mogę nie palić. Ale On nie powiedział: przestań to robić, albo że to źle, że to robię, tylko, że widzi, że to robię i pozwolił samemu się przyjrzeć temu, jak tak naprawdę w głębi siebie się z tym czuję. No czuję, że nie do końca i nie zawsze mi to służy, a czasem nawet czuję się z tym bardzo niedobrze i wolałabym nie palić. Podziękowałam za głębokie wglądy i za bezwarunkową akceptację i za to, że tak od razu wszedł ze mną w kontakt, się otworzył. Pojechaliśmy dalej. Piękny zachód Słońca, różowo- pomarańczowy. „Płonące” sosny, magia. Słyszę grzmoty, zaczyna się burza. Sebastian mówi, że w takim razie wracajmy, no dobra mówię, Ty wiesz lepiej co robić, ufam Tobie. Ale chwila zastanowienia- ja się nie boję zimna, ani zmoknąć, ani burzy. Ja się boję burzy- odpowiada Sebastian, to będziesz mnie wspierać. Poszliśmy schować się przed deszczem na ambonę i oglądaliśmy olśniewające rozbłyski piorunów na niebie. Rozmawialiśmy o tym, że burza to przejaw siły Boga i że jest wspaniała. O mnie i mojej relacji z moim Ukochanym i z moją przyjaciółką Brzozą. Deszcz przestał padać i ruszyliśmy do Sióstr Topolanek. Pełnia Księżyca, a ja mam dodatkowo okres- to razem to maksymalizacja doznań i wrażliwości.

POD TOPOLAMI (Sebastian) 

Od razu wiem, która z Topolowych Sióstr dzisiaj woła, lecz pytam jeszcze Marysi – do której Cię ciągnie? Wybiera tą samą. Oddalam się do drugiej, nie chcąc przeszkadzać, bo i widzę, że dzieje się dużo. Maria dużo słyszy od Drzew, dużo więcej niż ja. Trochę nie jestem do niczego potrzebny. Dziś pełnia. A zatem i drzewa są bardzo pobudzone, i emitują promienie swojej najmocniejszej energii. Chodzę bezgłośnie po dróżce aby się rozgrzać, i staram się nie przeszkadzać. Druga topola wezwała mnie tylko na chwilę, poprosiła przyłożyć dłoń, powiedziała parę osobistych rzeczy. Przechadzam się pod nimi w podziwie, z zachwytem obserwując jak księżycowe srebro osadza się na korze, malując pnie i gałęzie metalicznym blaskiem. Są wspaniałe, nieziemskie. I nie mam chyba pojęcia, co też u Marii się dzieje… Przywarła do drzewa bokiem, przytulona, nieruchoma. Chyba śpi. W koronach na moment przemyka cień pędzącej sowy. W którymś momencie jedna z Topól podpowiada, abym jednak podszedł do Marii. Robię to bezgłośnie. Wygląda na śpiącą. Przytuliła się cała w pień. Od razu wyczuwam radość. Znalazłem się jakby w aurze jej i drzewa. To swoisty kokon, otoczka w którą można się zanurzyć. Topole chcą mi w ten sposób pokazać, że z moim czuciem wszystko dobrze. I w ogóle – abym się teraz nie martwił. Jakiś ogromny zwierz zaczyna z trzaskiem tratować gąszcze, wszystko wokół łamie się, trzęsie i dudni. To chyba jeleń. Musiał usłyszeć jak spaceruję. Podszedł tak cicho, blisko, i bezgłośnie…

🌺 MARIA ( jej opowieść) : Spotkanie z Topolami

Od razu poczułam Moc. Która Cię bardziej woła? Spytał Sebastian. Ta- wskazałam ręką na tę, przy której stałam. Ja nie zdążyłam nawet zobaczyć jakiejś innej, dla mnie była tylko ta, w ogóle nie zauważyłam tej drugiej. Jaka ona potężna! Przytuliłam się do pnia i zamknęłam oczy i… zdarzyło mi się coś takiego po raz pierwszy w Życiu! Zobaczyłam pogodną, miłą, starszą panią, uśmiechniętą w niebiesko-szarym berecie i bordowym polarze, przechadzającą się po leśnej drodze. Potem zobaczyłam małego jelonka, który radośnie skakał i brykał i wywijał koziołki. Następnie zobaczyłam dorosłą sarnę zastrzeloną przez myśliwych, mężczyznę w zimowej, futrzanej czapce, który ją rozcinał, jakieś ostre narzędzia. Nie chciałam na to patrzeć i poprosiłam, żeby przestała, bo to było zbyt drastyczne dla mnie. Wtedy powiedziała: a teraz Ty powiedz coś o sobie. Usiadłam blisko pnia i przytuliłam się do niej policzkiem. Ogarnęła mnie senność. I pomyślałam: czy to dobrze? Może zapytam Sebastiana czy dobrze jest temu ulegać? Kurcze chce mi się teraz spać, a przecież miało być nocne czuwanie. I Ona powiedziała: po co chcesz pytać Sebastiana? Ja tu jestem z Tobą, wszystko dobrze, nie martw się, możesz się rozluźnić, ja dla Ciebie zrobię to, co mogę, nawet jeśli zaśniesz. Poprosiłam, żeby mnie trochę ogrzała, zrobiła to i ogarnęła mnie błogość. Zaczęłam widzieć obrazy z mojej niedalekiej przeszłości, jakby śnić na jawie, a ona o chłonęła z ciekawością. Widziałam dom i ogród, w którym ostatnio mieszkam, mojego Ukochanego, innych ludzi. Niespodziewanie pojawiły się także inne obrazy z dalszej przeszłości, dawno nie wspominane. Przysypiałam i budziłam się, obrazy zaczęły się stawać coraz bardziej surrealistyczne, oniryczne, magiczne. Skuliłam się, przytuliłam jeszcze mocniej i dawałam jej czytać ze mnie, oglądać filmy. Im bardziej obrazy stawały się nierealistyczne, tym bardziej czułam, że one więcej mówią jej o mnie, o mojej emocjonalności. Zrobiła mi czyszczenie podświadomości świetnie się przy tym bawiąc. Odczułam Radość, lekkość. Przypomniało mi się jak mój Ukochany gra na gitarze i że ja to bardzo lubię. Wtedy Ona poprosiła, żebym przypomniała sobie jeszcze więcej chwil, w których było nam razem lekko, beztrosko i radośnie. I zaczęłam sobie przypominać jak się całowaliśmy, jak grał na gitarze, jak tańczyliśmy nago, jak chodziliśmy za ręce po Lesie, jak spacerowaliśmy w ciszy, jak medytowaliśmy razem, morze, Ocean przyjemności! I ona mówi: a widzisz, ile tego jest? Pamiętaj, to nieprawda, że zawsze jest ciężko. Pamiętaj o tych chwilach zawsze- Wam jest ze sobą lekko, przyjemnie i beztrosko. To jest prawda. Przebudziłam się zupełnie. Zadziała się magia. Dziękowałam jej. Czułam się szczodrze obdarowana. Odeszłam w Radości, Miłości i z lekkością w Sercu. Co Ci zrobiła? Zapytał Seba. Opowiedziałam szczerze i to było wspaniałe, że mogłam przy nim być sobą, mówić swoją prawdę i on rozumiał, a ja się z nim widziałam dopiero drugi raz w życiu. Trochę się bałam, że go nie ma i jest tak ciemno a ja nie wiem przecież gdzie jestem tak naprawdę. Okazało się, że on przechodził obok mnie kilkakrotnie, ale był tak bezszelestny, a ja tak bardzo w innym stanie świadomości z Topolą, że nie zarejestrowałam tego. Ale był blisko i czuwał, czułam się bezpiecznie.

DZIEŃ BRZOZOWY I ZASIADKA NA ŁĄKACH (Sebastian) 

Do ostatniej chwili nie wiem do końca gdzie dziś ruszyć. Pogoda znów niestabilna. Myślę nad Jesionowym Szlakiem, ale ostatecznie decyduję się ruszyć pod brzozy, tam dużo zwierząt, a w razie deszczu będziemy mieć w pobliżu ambony – ewentualne schronienie. Pod brzozami incydent. Gdy rozsiadamy się pod brzozami, dzieje się…dziwnie. Bo tu nieopodal są ule. Pszczoły zajęte swoimi sprawami, nic sobie z wędrowców nie robią. Zwykle. Tym razem jakoś jedna brzęknęła mi koło ucha, po czym widzę jak Maria odskakuje. Ukłuła ją. Lekko. Siedzi na bluzie. Odrzucam ją w dal, jednak owad wraca i tym razem wplątuje się we włosy, jakby uparcie chciała dokończyć żądliwego dzieła. Nie sposób było jej wyplątać… Trudna decyzja… Prowadzę Marię do dwóch innych brzóz kawałek dalej, a ona zatapia się na długi czas w medytacji. Kiedy wraca do mnie ponownie, wiele staje się jasne. Brzozy wyjaśniły zdarzenie.

– ‘’Przypadłaś do mnie tak nagle, bez powitania, nie zapytawszy nawet czy chcę abyś wchodziła w moją przestrzeń. Ja rozumiem, entuzjazm, radość, ale my drzewa też mamy swoje sprawy, i nie zawsze każde będzie gotowe czy miało ochotę spędzić z Tobą czas. Zapomniałaś o szacunku i uważności. Dlatego zawołałam pszczołę, która skutecznie odpędziła Cię od mojego pnia. ‘’

Zdumiony byłem słysząc te wyjaśnienia, i zdziwiony, że i mi się nie oberwało. Być może akurat tamte dwie, pod którymi siadłem, nie miały nic przeciw. Przyjaźniąc się z drzewami, bywając u nich często, popada człowiek w taką rutynę, że o pewnych sprawach grzecznościowych zapomina. Inaczej też traktują drzewa ‘’swojego’’ człowieka którego znają, a różnie mogą zareagować na kogoś obcego, jeśli nie mają ochoty. Przywykłem postrzegać brzozy jako z natury już przyjazne i chętne do pomocy, co by się nie działo. Tymczasem cenna lekcja dla nas obu. Kto pamięta Dęba Radosława, który szerszeniami straszył i muchami końskimi poganiał?

Na łąkach rozkładamy się na kocu. Ziemia po deszczach, bije chłodną wilgocią, trzeba podłożyć jeszcze bluzy. Ptaki dopisują. Na skoszonej przestrzeni popasają szpaki, śpiewa potrzeszcz na szczycie zaschniętego krzewu. Topolowy szpaler za plecami szumi jak ocean, wiatr jest dość mocny. Ale nam nie wieje. Osłania nas roślinność. Zwinne jaskółki popisują się w swobodnych pląsach, polują grupowo, trzymając stale jednego miejsca. Z nad olsu wypływa powietrzny majestat – czapla siwa, w podróży pewnie ku kolejnemu zbiornikowi. Jakiś zawzięty, a odważny ptaszek goni za mniejszym ptakiem drapieżnym – ten umyka, może nie ze strachu, a raczej z obawą przed byciem wykrytym i ‘’okrzyczanym’’. Kontakt z ziemią daje uczucie łagodności, ukojenia. W chwilach rozmów uczymy się rozpoznawać ptasie śpiewy. Czas biegnie jakoś szybko. Nie wiadomo kiedy, słońce przysiada pod horyzontem. Żaden zwierz się nie pokazał. Póki jasno, przemieszczamy się do innej łąki na ambonę. Tutaj powinno coś się dziać. Nie pomyliłem się. Nie siedzimy długo, gdy oto skrajem łąki przekrada się lis. Jednocześnie z innej strony wychodzi sarna. Nie wiadomo na co teraz patrzeć. Jest ciepło, miło, lekko. Mimo, że grubo po godzinie 22, widoczność nadal przyzwoita. Białe noce. Wiatr się uciszył. Chwilami słychać żaby, to wreszcie do moich uszu dociera terkotanie trzcinniczka, i psotne naśladowania rokitniczki. Na te ptaki liczyłem. Ale i tak jest jakoś mniej, niż w poprzednich latach. Pamiętam czasy, gdy te bagna wręcz grzmiały całą nockę nawoływaniami różnych mieszkańców. Pas olch rosnących na rowie odcina się ciemnym rytem, na tle nie chcącej przygasnąć łuny zachodu. Tworzą osobne widowisko. Drozdy śpiewają na potęgę, jakby chciały zatrzymać w pieśni poblask minionego dnia. Wokół wirują nietoperze. I wtedy dostrzegamy kolejnego lisa. Łąka dopisuje. Maszeruje tak samo wzdłuż pasu zarośli przy rowie, a za nim… Po drugiej stronie rowu, gramoli się spory dzik! Jest łaciato – pstrokaty, z różowym, cielistym akcentem. Ciekawa sztuka. I pewnie gdyby nie lis, w ogóle byśmy go nie zauważyli. ‘’I tak powinny wyglądać lekcje przyrody’’ – mówi oczarowana Maria, słuchając moich szeptanych opowieści o sprawach bagiennych ptaków. Bardzo chętnie – tylko które dziecko wytrzymałoby tak długo w ciszy i bezruchu? Wypijamy gorący rumianek z termosu.

Wygląda na to, że księżyc już nie pokaże. Podejmujemy powolny powrót, maszerując cicho przez ciemny las. I on jest cichy. Drzewa jakby przepuszczały nas łagodnie. Na ugorze podzwaniają świerszcze. Mijamy brzozy. Jedna z nich szeleści, zaczepia. Przystajemy.

🌼 MARIA: Brzoza pod srebrzystym obłokiem

Idziemy, idziemy- Brzoza coś do nas szeleści, kiwa nam, stoimy chwilę przy niej. Czuję intensywne mrowienie w dłoniach. Idziemy dalej i mówię o tym Sebastianowi. A, to nas zaczepia- odpowiada. To zostańmy chwilę przy niej- proszę. Podchodzę do niej i ogarnia mnie Radość- że mnie zawołała, że chciała za mną kontaktu. Dziękuję jej za to. Wypełnia mnie strumień Radości, Miłości. Jak jej się odwdzięczyć? Zaśpiewam- śpiewam jej piosenkę o Matce Ziemi, piosenkę wdzięczności za Życie. Mówię, że ją kocham, na głos. Dziękuję. Chwilę tak trwamy przytulone i odchodzę. I przychodzi do mnie, że Miłość jest prosta, jest łatwa, po prostu kochać i przyjmować siebie i innych takimi, jakimi są w danym momencie, w całości, w każdej formie ekspresji. Widzieć to, co jest w nich, w sobie. Widzieć i akceptować, przyjmować, czuć. Nic więcej. Tylko tyle. I że wszystko, co mi się przydarzyło z moim Ukochanym było wspaniałe. Wszystko. Więc nie ma się czego bać. Wszystko, co będzie też może być tylko wspaniałe lub jeszcze wspanialsze, bo cały czas się rozwijamy. Radość i Miłość są proste i są zawsze w Teraz. Zawsze są. Dziękuję, dziękuję, dziękuję 

Odnośnie Topoli – myślałam, że ta pani starsza to jakaś kobieta, którą ona lubi, a to była ona sama w tej postaci, tak mi się pokazała! Cudowna! Seba mi powiedział, że one tak robią, pokazują się czasem w ludzkiej postaci. A obrazy były z pola, z przeszłości.
W ogóle Sebastian jest niesamowicie wrażliwy i otwarty. Wystarczyło jedno spojrzenie na mnie i już wiedział: „ooo, co taki smutek?” A przecież my się nie znamy teoretycznie. Nie raz ludzie mnie znają dłużej i udaje mi się ukryć przed nimi smutek, czy inne trudne emocje, przed Sebastianem nie było nic do ukrycia. On jest jak Drzewo, wszystko czuje, wszystko widzi, jest empatyczny, nie ocenia, nie stara się odwrócić uwagi od trudnych emocji. Przy nim można być sobą. Po spotkaniu z Brzozą jeszcze widzieliśmy kozła sarny blisko i świetlika. Takie to było pełne i magiczne. Potem niełatwo było się rozstać, spojrzał mi w oczy i Boże, mogłam po prostu stać i patrzeć i zanurzać się w tej głębi i pozwalać, by on wnikał we mnie. W zaufaniu. „Teraz przeszywasz”- powiedział do mnie. Taaak, czułam to, że odzyskałam swoją Moc i odwagę, znowu mogłam patrzeć głęboko w oczy nic nie ukrywając, z pewnością i siłą, a jednocześnie z delikatnością, szacunkiem i czułą Miłością. Cudowne spotkanie. Bycie z nim było dla mnie tak samo magiczne, jak spotkania z Drzewami. Człowiek- Drzewo, szaman Drzew, Leśny Druid, Quality Man, Diament wśród mężczyzn, nigdy mu tego nie zapomnę, ile od niego dostałam i ile się nauczyłam. I te oczy- widać w nich cały Wszechświat, nieskończoność… Moja Dusza się raduje, jestem na ścieżce do Wniebowstąpienia.

P00606-190455
Maria pod brzozami. 

—————————————————
—————————————————

Mimo, że jest już dobrze po północy, niebo rozświetla blask srebrzystych obłoków. Sezonowe, letnie zjawisko. Na ich złocisto – chłodnym tle, polśniewają sylwetki śpiących topól w alei. Decyduję się na powrót przez las. Inna drogą którą mogliśmy wracać, pełna jest kamieni, dziur i fal od ciągnikowych opon. Kto jechał po czymś takim, wie jaka to tragedia dla tyłka. W lesie nierówności są łagodne, rower pokonuje je lekko, jakby płynął po morzu. Na głowie oświetla nam moja latarka czołowa. Odkąd zacząłem jeździć z czołówką, zacząłem zauważać, ile nocami na polach włóczy się kotów. Nie są to zdziczałe osobniki, a włóczęgi z pobliskich wsi. Spoglądając w bok i przeczesując pola latarką, można namierzyć ich sporo co kawałek. Chodzą i plądrują – naziemne lęgi ptasie, pisklęta, gryzonie, w tym rzadkie gatunki. Zabijają blisko 650 mln małych zwierząt rocznie, głównie dla zabawy, bo przecież w domostwie czeka na nie pełna miska. Zabierają pokarm rodzimym drapieżnikom takim jak sowy, kuny, lisy, myszołowy, tchórze, łasice, tym samym zmniejszając ich sukces rozrodczy. Szacuje się się, że kot DOMOWY, który nie jest elementem dzikiej przyrody, zawleczony z ludzmi na różne kontynenty przyczynił się do wytępienia wielu gatunków, zanim zdążyliśmy je w ogóle poznać. A i u nas chronione, rzadkie maleństwa mieszkają na polach i w lasach. Wpisane na listę zagrożonych gatunków. Ziębełki, ryjówki, koszatki, popielice, smużki – giną bezimiennie, bo kto tam o nich słyszał. Dawniej istniał na wsiach zwyczaj, wypuszczać psy na noc w pola, żeby złapały sobie coś do jedzenia. Dziś podobne postępowanie wywołałoby oburzenie, a niepilnującym psów grożą surowe kary. Nie wypuszczamy też domowych królików i chomików żeby sobie pobuszowały po łące, ani nie wpuszczamy rybek z akwarium do jezior, mówiąc ‘’no taka natura tego zwierzątka’’, jak zazwyczaj opowiadają właściciele kotów. Kanarka, żeby sobie polatał po dworze. Jesteśmy odpowiedzialni. Rocznie w samym koty USA zabijają między 1,3 do 4 miliardów ptaków i między 6,3 a 22,3 miliardów małych ssaków. Dodatkowo zabijają 650 milionów gadów i płazów – też rocznie. Według australijskich badaczy koty przyczyniły się do wymarcia przyjemniej 27 gatunków ssaków i zagrażają kolejnym 127. Brytyjskie badania wskazują z kolei, że koty odpowiadają za śmierć 30% populacji wróbli w tym kraju. Jakaś ‘’pociecha’’ w tym, że włóczące się koty są dość sprawnie wyłapywane przez lisy, a i często rozjeżdżane przez samochody. Oh, jakże lamentują wtedy ich właściciele. ‘’Zaginął kot’’ – ogłoszenie tej treści można spotkać w sezonie na co drugim przystanku. Wielu tych tragedii ludzkich i zwierzęcych można by uniknąć, gdyby odpowiedzialność. Ot, tematy wędrowne, bywają różnorodne. Co do kotów, pozostajemy zgodni.

Rowery suną płynnie. Co jakiś czas oglądam się za siebie spojrzeć czy Maria nadąża, zawsze jest blisko. Mnie pochłaniają aksamitne aromaty kwitnących bzów, przeplatane soczystymi, mocnymi nutami kwitnących robinii. Las nocą, po deszczach zmysły dopieszcza. Kozły saren pochrapują ostrzegawczo. Prowadzimy teraz rowery, żeby ciszej. W ciemnościach śpiewa lerka, skowronek borowy. Jej melodyjny gwizd przenika między drzewami, jakby szukał ścieżki przez labirynt. Co za urok. Niebo już majaczy się delikatnym, choć odległym jeszcze świtem. Pogrążone jeszcze w blasku srebrzystych obłoków. I wtedy go widzimy. Jeden z kozłów saren ustawia się dokładnie na tle tej magii, stamtąd nasłuchuje i obserwuje naszego przemarszu. Myśli pewnie, że jest niewidoczny w ciemnicy, tymczasem podziwiamy go w całej krasie lornetką. Podążamy dalej. Na ziemi pobłyskuje zielonkawe światełko. Jest tak subtelne, delikatne. To świetlik! Przystajemy zachwyceni i przyglądamy się robaczkowi. Pełznie wytrwale, przypomina larwę. Mruga. Jest okazja, by owadowi dokładnie się przyjrzeć. A wszystko to pod Krzesimirem. Znów pojmuję, dlaczego ‘’impuls’’ zawołał aby jednak wracać przez las, choć to dłuższa trasa. Knieja na sam ostatek, chciała zapisać się w naszych sercach czarami.

P00603-160818
Lornetkowe obserwacje ptaków nad bagnami. W obiektywie moich gości.

A jeśli i Ty masz ochotę na jedno, dwu, lub trzy dniową, albo i nocną wędrówkę pośród Drzew Mocy, pisz i pytaj śmiało. Razem wymaszerujemy naszą… Transformację, przygodę, czy opowieść. Na wyprawę możesz zabrać kogoś bliskiego, rodzinę, partnera, dziecko. Do zobaczenia na szlaku ^^

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Siostra Burzy. Czarna Topola opowiada o Żywiołakach.

Nowe miejsce do którego trafiłem niedawno, pełne jest starych, wspaniałych drzew, wielkich i silnych, na których wyryły się nieopowiedziane historie. Regeneruję się tutaj, słuchając godzinami jak szumią. Czarna Topola to na tyle rzadkie drzewo w okolicy, że zawsze przykuwa moją uwagę. Wygląda nietypowo. Strzelista, choć mała jak na topolę jeszcze, jakby czegoś jej brakowało. Widzę z daleka, że jest wyjątkowa, jednak dopiero za czwartym pobytem puszczam się na przełaj przez pole, aby pod nią stanąć. Ciekawi i ciągnie magnetycznie.

Witaj żołnierzu, nareszcie… !

Powiada, zanim jeszcze zbliżę dłoń do pnia. O rety! Zwykle aby drzewo choć troszkę się odezwało, trzeba poświęcić mu więcej czasu. A ja nie jestem w formie. Ale to chyba nie ma dla nich znaczenia… Żołnierzu? Śmieję się. I śmieje ona. Ma nastrój do dowcipów. No tak. Cały od czapki, po spodnie i plecak jestem na moro. Drzewa choć nie widzą, odczytują zapisy z naszych wyobrażeń i myśli, i to jest taki rodzaj całkiem dobrego postrzegania. Spoglądam na jej pień, w górę. Widzę, że główny szczyt został jej urwany, ale drugą połową jeszcze zieleni się całkiem śmiało. Na korze. W różnych punktach widać czarne kropki sadzy. Ale jej przywaliło. Z tyłu konar urwany, we wnętrzu dziura taka, że cały człowiek wejdzie. Nie wiem czy tak już miała, czy zrobiła to błyskawica. Przez chwilę myślę, że może ktoś rozpalił pożar w jej wnętrzu, ale nie. Ślady uszkodzeń i osmalenia są synchroniczne, zaczynają się od góry, przy urwanej gałęzi. Mimo tej tragedii, odbieram od Sokory jakąś wesołość, pogodę i szczęście. Nie jest smutna, nie ma pretensji, ani wyrzutów. Jakby chwaliła się, ‘’o popatrz, dałam radę!’’. Bardzo chce abym jej dotknął, przytulił. Co też robię. Po pniu maszerują ścieżką średnie, czarne i błyszczące mrówki, jakieś inne niż widywałem dotąd. Nie wchodzą na mnie. Czuję, jak od pierwszego dotyku płynie do mnie lawina informacji. Jakby chciała przekazać bardzo dużo i szybko. Zanim odejdzie. W tamtym momencie nie wiem co to, ani o co jej chodzi. Reaguje bardzo żywo. Na każde zbliżenie ręki, zryw szmeru liści. Jakby ponaglała, no dalej, zrób to!

P00522-171020

-Sirvana, mam na imię Sirvana. Opowiem Ci swoją historię.

Mówi tak płynnie i naturalnie, że aż mnie wzdryga. Nie byłem przygotowany, ani trochę. ‘’Nie mam czasu na każde drzewo’’, chciałoby się rzec. A ona kontynuuje, czysto i sympatycznie, jakby przeszczęśliwa, że pojawił się ktoś, przed kim może się wygadać. I zaczyna wyjaśniać.

– To burzowy zakątek. Jedyny taki w okolicy. Wszystkie burze, które nie docierają do Was, które widzisz z domu na horyzoncie jak przepływają bokiem, gromadzą się i szaleją tutaj. Przyciąga je jezioro i zaniżenie. Wyczułeś to ostatnio. Gdy zmieniała się pogoda. Siedziałeś pod lasem z zamiarem zostania do pózna w noc swoim zwyczajem, a jednak gdy tylko pogoda zaczęła się przemieniać, podjąłeś odwrót, czego zwykle nie robisz. Nawet się bałeś i dziwiłeś sobie. Choć w zapowiedziach waszych nie nadawali burz, zerwał się wiatr i błyskało. Umykałeś szybko przez pole, zlękniony spoglądając w niebo. Jakbyś wiedział, że może być niebezpiecznie. I dziś po południu, zanim przyszedłeś, obserwowałeś zdumiony piaskowe tornada, które utrzymywały się w powietrzu dużo dłużej niż to według Ciebie możliwe…

P00522-171049

Czekaj, czekaj. Tak, widziałem i to mnie bardzo zastanowiło! Czegoś takiego jeszcze nie obserwowałem. Niemal nie wiało, a na środku pola zaczął się tworzyć całkiem szeroki wir, na obszarze kilkunastu metrów. Porywał liście, gałęzie, pył i paprochy, zachowywał się jakby był żywy! Słoneczna pogoda. Zastanawiałem się wtedy nad energiami jakie tam muszą szaleć. ‘’Piaskowy diabeł’’ zaczął się przesuwać i przemierzył jakieś 700 metrów nieustannie wirując i mimo to, ciągle trwając. Przedefilował sobie przez całe pole, momentami się zatrzymując. Wreszcie uderzył w krzaki, które go rozproszyły. Zwykle takie trąby tworzą się na małą chwilę, a on wariował przez 10 minut. Sunął i przystawał. Potem zrobiły się jeszcze dwa i też potańcowały. Nie widziałem jeszcze takich zjawisk w tak krótkim czasie, w tym samym miejscu. Choć fenomen fascynował, wcale nie chciałem aby przybliżyło się to do mnie, ani tam iść. Co tutaj się dzieje?

Proszę Cię. Nie przybywaj tu podczas niepewnej pogody. Nie zostawaj, nie sprawdzaj. Uciekaj. Pole ma wzniesienie, to opada w nieckę. Możesz nazywać ich ‘’diabłami’’. To bardzo stare istoty, stare jak Ziemia. My mówimy żywiołaki. Jest jeszcze inne określenie, którego byś nie zrozumiał. To energetyczne zapętlenia, nieoczyszczone żywioły, bardzo krnąbrne, napastliwe i nieprzewidywalne. Pierwotnie miały strzec czterech elementów stworzenia, ale to nie są istoty, którym można powierzyć jedno stałe zadanie. Miały kształtować i przywracać równowagę. Zdziecinniały już troszkę, stare są. Wykorzystują pozostałości po wydarzeniach okolic, odtwarzające swój spektakl. Próbują porozumieć z różnymi bytami. Chciałyby niszczyć. Tańczą więc z powietrzem i piaskiem, starając się otworzyć swój wymiar i wywołać pogodowe zamieszanie. Wtedy czują się najlepiej, rosną w siłę. Aby ta sztuka się udała, potrzebują naszej pomocy, drzew. Zwykle tego nie robimy, znając do czego są zdolne. Ale bywa, potrzeba przyciśnie… Czasem pomagałyśmy im, dla deszczu. I są ofiary. Ta jabłonka tam w oddali – widzisz? Naraziła się im. Teraz stoi sucha, pełna martwych jemioł, rozwalona, w rozsypujących się kawałkach. Ją też uśmiercił piorun. . Widziałam, jak nawet wcale niewielki tuman rozkręcił się na tyle mocno, porywając gniazdo skowrończe z pisklętami. Przez korę słyszałam ich rozpaczliwe wołania. Dobrze czułeś, aby się do nich nie zbliżać. Intuicyjnie nawet wtopiłeś w drzewa za plecami, stając niewidocznym. Ale żywiołak Cię wyczuł. One wiedzą, kiedy ktoś czegoś nie chce. Był ten moment, gdy nieco zboczył z kursu, a Ty powtarzałeś sobie ‘’tylko się do mnie nie zbliżaj’’. Mogą jeszcze próbować zwrócić Twoją uwagę. Nie bój się, obserwuj, ale i nie wołaj. Często je tu zobaczysz. Sama Twoja obecność może je wywoływać do życia, nawet nieświadomie. Jeśli miejsce i energie są odpowiednie.

Rzeczywiście, ta jabłonka w oddali wygląda strasznie. Muszę się jej przyjrzeć. Jakby spadła na nią lawina kamieni z nieba. W oddali inne drzewo wygląda podobnie. Co za jakieś żywiołaki? Zwykłe trąby powietrzne. Że jeszcze człowiek może je wywoływać? Czarna Sokoro, Płomieniu Cienia, Córko Błyskawicy. Jakkolwiek absurdalne by to nie było, uwielbiam takie opowieści.

– Ale to wszystko nie jest istotne – rzecze. Chciałam Ci pokazać i opowiedzieć jak u mnie było. Ja, Sirvana. Zbliż mi się tu, bliżej.

Przytulam czoło do pnia i jedną rękę. Odbieram czystą przyjazn, skierowaną do mnie. Radość mojej towarzyszki. Nikt się nie przejmuje, że nie ma słów. Są obrazy. Wnet robi się ponuro. Granatowo. Chmury, późny wieczór, odgłosy gromów, błyskawice. Burza nie nadchodzi, już trwa i szaleje. Pachnie świeżość i chłód wilgoci. Strzelisty pień drzewa trzeszczy, skrzypi, pochyla w mocowaniu z rozszalałym wiatrem.I słyszę jak grzmi… burzowa pieśń Czarnej Topoli.

W noc błyskotów stałam sama,
Mocno wiatrem poszarpana

Niebo lśniło błyskiem, gromem
Trzęsło całym moim domem

Bije w ziemię iskra światła
Kamień topi jej moc nagła

A ja jestem, czuję w ziemi,
Jak przenika do korzeni

Prąd

Dymi wokół czarny swąd
Chciałabym uciekać stąd

Nie wiem co się ze mną stało
Moje ramię, trzask, urwało

Płomień dotknął suche ciało,
Oh jak parzy, tak – bolało

Lipa woła zatroskana,
Jaka straszna Twoja rana!

Pomóc mogę Ci Kochana
Zaśpiewała wnet do chmury,
By ratunek przyszedł z góry,

Rozgorzała w takt ulewa
Gasząc pożar wnętrza drzewa

Trzęsą się od grzmotów głazy
Było tu tak wiele razy,

Nie myślałam, nie sądziłam,
Że godzina ma wybiła

Więc po prostu powiem Tobie,
Jeszcze mogę rosnąć sobie

I połowa pnia, co żywa,
W kanalikach, tam przepływa

I choć dni mam policzone,
To co dobre, w siebie chłonę

Liście moje uniesione
Słońcem są błogosławione

Czekam tutaj pośród marzeń
Co przyniesie rzeka zdarzeń,

Ile mogę, to przestoję
Już przetrwałam i nie boję,

Po to chyba mnie spotkało,
Nawet to, co zabolało

Abym sobie przypomniała
I już nigdy się nie bała

Moja podróż była długa,
Niesie tą opowieść struga,

A historię mą odczyta,
Kto przystanie, i zapyta

Cieszę, że są jeszcze ludzie,
Co wspierają drzewo w trudzie,

I tak bardzo bym też chciała,
Aby ludzkość pomagała,

Mogę przeżyć lata spore,
Gdy otrzymam gdzieś podporę

Wspomnij w słowie swym Sokorę
Nie bacz na me ciało chore

Sercem słuchaj, pojmij sedno
A opowiem Ci niejedno

P00522-171122

Spoglądam na spróchniałą, sponiewieraną ciosami mądrość, rosnącą przede mną. O Sirvano, Córko Burzy, oblubienico Żywiołów. Jakim zaskoczeniem dzisiaj jesteś. Grom przetrwałaś i póki żyjesz opowiadać będziesz swoją legendę wędrowcom. Przyjechałem do buków, dębów i klonów w polnej kępie, spędziłem z nimi kilka godzin, a tymczasem ‘’przypadkowa topola’’, na którą zda się nie miałem już czasu, zawołała, podjęła i przyjęła z ciepłem i gawędą swojej historii. Zaskoczyła jej pogoda nastroju, mimo zdarzeń jakie ją spotkały. Gdy wracam przez pole, jeszcze nie wiem jaką opowieść otrzymałem. Spisuję dopiero po dwóch dniach, gdy drzewo jakimś olśnieniem przypomina o sobie. I oto przedstawiam Wam – Sirvanę, Córkę Burzy.

🌲 Zapraszam też na indywidualne sesje przesłań Drzew Mocy, wspólne wędrówki w przyrodzie oraz wiosenno – letnie warsztaty:
https://szeptykniei.wordpress.com/warsztaty-wydarzenia/

🍁 Więcej leśnych opowieści zawsze do poczytania mojej w książce ‘’Szepty Kniei’’ która zawiera blisko 700 stron magicznej podróży po świecie przyrody. Do zdobycia także w formie ebooka. Z dowozem na terenie krajów wspólnoty UE. Można zamówić ją tutaj, całodobowo:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

thumb-1920-86931

Susza na polach. Demony pustyni nadchodzą.

Pył przesuwa się smugami zawiesin, podnosi w lot przy najmniejszym podmuchu. Zasłony kurzu po orce ciągną się kilometrami, gdy nie ma wiatru, dryfują niemrawo i duszą. Ziarenka piasku migrują wytrwale coraz dalej i dalej, łagodnie zapisując falisty wzór.

Puzzle drobin kwarcu szeptem przesypują się w tuman wirujący, ten podnosi się na moment jak zjawa i gaśnie. Wyszeptują nową, gorącą rzeczywistość. Gdy przyłożyć ucho do rozgrzanych piasków, zda się słychać grzebanie powolne odnóży chrząszczy, co to nieświadome losu podjęły zgubną przeprawę przez łach. Nimi zajmuje się bażant. Co i raz wybiega z zarośli i schyla się. Ledwo widoczne wgłębienia sarnich śladów osypują się błyskawicznie. Na nic tu kunszt tropiciela. W zapadłym leju przyczaiła się larwa mrówkolwa – tkwi zastygła w oczekiwaniu na swoje maleńkie ofiary. Pasuje tutaj.

Na horyzoncie majaczy się oaza. Ostatnie drzewa w alei. Zanim nastały piaski, widniał stąd cały szpaler. Cicho, ciepło, pogodnie, miło, dobrze. Pylista zjawa pokazuje się na moment znowu, po czym tonie w nicości. Powietrze faluje. Widać coś jeszcze. Kroczą spokojnie, sprawiedliwie, miarowo. Nadchodzą. Odpowiedziały na ludzkie zaproszenie. Przyjdzie moment, że pokażą się wszystkim w całej swej Mocy…Demony Pustyni. Za nimi uradowana, podąża rozgrzana Śmierć.

To pole pamiętam z dzieciństwa. Zawsze było żyzne, grząskie, czarne i miękkie, tak że idąc w kaloszach człowiek zapadał się po kolana. Wystarczyło kilkanaście lat… Tak, zmian klimatu nie ma, a jeśli są, to zawinili im ekolodzy, którzy wykrakali i przepowiadali, że tak będzie. No i drzew bronili, a te jak wiadomo wypijają wodę. W okolicy po staremu. Drzewa się wycina, bobrom tamy niszczy, rowki odkrzacza i udrażnia, śmieci zostawia. Narzeka na suszę i niskie plony. ‘’Winnych brak’’. Ostatnio się dowiedziałem, że suma opadów za kwiecień w WLKP wyniosła 1l/mkw. Norma wieloletnia dla tego miesiąca, to około 30…

P00417-195322

P00417-195117

P00417-195319

Wspomnienia z bosego raju

Druga połowa kwietnia, ciepłem rozpieszcza. Gdy tak siąść przy zaroślach, w uszy wdzierają się delikatne trzaski. Rozkładają się w sekundach, minutach, wreszcie w godzinie… Przez ten cały czas, myślę że to jakieś zwierzęta, które niewidoczne gdzieś tam sobie chodzą. Po zalanej łące żuraw brodził i odzywają się bażanty. Może? Zaczynam dociekać. Rozglądam się, przepatruję lornetką, nastawiam uszy, badam… Ani kawałka sarny, wiewiórki, kuny, gryzonia, nic. Mrówki przebiegają po stopie. Wcale nie czuć, tak są zwinne. Staję przy ścianie pączkującej zieleni bzów, głogów, pod dachem aksamitnych kwiatów tarniny, która już teraz przenika wymiary głębią jedwabnego, owocowego aromatu. Jakby zaprosić chciała jeszcze bardziej, w tajemnicę rozkoszy zmysłów. Rozdarta rogami kozłów sosna, roztacza wokół woń żywicy. Trzaski trwają wciąż. Grubaśny trzmieli poburkuje nad głową, strąca jakiś pyłek. To nie może być on. I wtedy pojmuję. To co słyszę, to odgłosy żyjących wokół roślin. Rosną, rozwijają liście, pną w górę, przenikają sokami, pracują kanaliki pod korą, krzewy ruszają się, stękają, szemrają, gaworzą… Cały ten czas, to były one. Sosna w przymierzu z głogami, które wyrastają z jej pnia, zrzuca jakąś gałązkę. Jakby powiedzieć chciała ‘’pojąłeś’’. Mały zryw wiaterku. Tylko te głogi ochroniły ją przed sarnim ‘’morderstwem’’, jest już niemal w całości okorowana. Żywica łagodzi swędzenie na rozpierających możdżeniach, może nawet ból. I tak długo sosna przetrwała. Tak przemawia Wiosna. Ruch się zaczął. Szpak popisuje się melodią, udaje wilgę. Dzwonią pieśni pokrzewek. Monotonnia trznadli w krainie zapomnienia. Słońce głaszcze po twarzy, wnika głęboko pod skórę w łagodnym dotyku ukojenia. Działa na wszystko. Trzmiele powoli wracają do norek, wyczuwają subtelną zmianę temperatury i nadchodzący wieczór… Na sypkich, zapiaszczonych polach, niewidoczne układają się fale wzorów. Literki żywiołów.Przesłanie wiatru pozostawia znaki.

Między palce łapię ostatni słoneczny promień, puszcza do mnie cieplutkie oko.

IMG_20180406_192124