Pamięć sarniego rodu. Dlaczego zwierzęta przychodzą nocami do miast?

Już nigdy nie zaprzeczę, gdy ktoś powie, że moja dusza przyciąga do siebie zwierzęce sytuacje  Wracałem sobie z lasu nocą, już po obserwacjach, wrażeniach, radościach, jestem niemal przy swoim osiedlu. Patrzę, a tu kozioł sarny wyłazi na asfalt. Ale, idzie tyłem! Stosuję manewr ‘’składkowy’’, zeskakuję z roweru na obie nogi cicho, jak się nauczyłem. Nie usłyszały. Zwierz cofa się, z łbem nastawionym. Szybko się okazało, że są dwa i jeden naciera na drugiego. Zaczęły się trykać na środku drogi! W świetle ulicznych latarni wyglądało to surrealistycznie i zjawiskowo. Dyszenia, sapania, poświsty, oddechy, jak to u saren. Szał rui – teoretycznie tylko to tłumaczy, ryzykowane zachowanie. Jest przecież środek lata, nie szukają tu pokarmu, bo wszędzie go w bród. Następnie jeden zepchnął drugiego przez drogę, na ostatnią niezagospodarowaną i nieopłotowaną działkę, pełną krzaków. Ja poszedłem tam cicho za nimi, po pierwsze ciekawość, bo wszędzie wokół osiedla, one były tam uwięzione. A już autobus i auta jechały. Chciałem w razie co, dać znać kierowcom. Kozły na tej działce się goniły, ale gdy wszedłem nieco ścieżką w ciemność natychmiast rozdzieliły, a jeden stanął i mnie obserwował jak widmo. Chyba liczył na swój naturalny kamuflaż. Auta przejechały z hałasem, na sarnach nie zrobiło to wrażenia. I potem jeden zdecydował, że sobie wyjdzie, i to udało się nagrać.. Wcześniej byłem za daleko.

W pozornie pięknej i wesołej sytuacji, kryje się tragedia sarniego plemienia. I niech to wszystko pozostanie moją osobistą interpretacją, z którą nie trzeba się zgadzać. Ta ciemność, do której zeszła sarna na nagraniu, które umieściłem na swoim FB, to już rozjechany koparkami teren, pełen kabli, rur, ceglanego tłuczka – oto nowe działki są ‘’uzbrajane’’ pod przybycie kolejnych osadników. Dwa miesiące temu, jedna sarna leżała w tym samym miejscu po potrąceniu martwa, pamiętam chciałem zrobić zdjęcie i opowiedzieć jak to widzę. Ale to też była noc, a za dwa dni szczątki były już rozdarte mocno przez lisy czy koty. No bo co skłania sarny, do niebezpiecznych marszy do stolicy ludzkiej, wprost na orzęsione światłami, pełne pułapek skupiska?

Pamiętam dawniej tą okolicę. Wokół, jak sięgnąć okiem, same pola… Sarny zawsze wędrowały tędy w ciemnościach, a i za dnia, migrując pomiędzy odległymi lasami, szukając spokojnych żerowisk, towarzystwa innych swych braci i sióstr. Odwieczny przesmyk, szlak znany tylko zwierzętom… Zapisany w umierającej, gasnącej pamięci. Ona odejdzie, wraz z ostatnim śmiałkiem uwięzionym w labiryncie opłotków.

Sarny to wiedzą. Mają to zapisane w genach, nogach, kopytkach. Tędy wędrowały od pokoleń, zawsze. Tutaj prowadzi je instynkt – jak ongiś ich babcie, dziadów i przodków. Tędy maszerowały chmary, ciągnąc kilometrami przez śniegi zasp. Nocą, jest w miarę cicho. Można się ośmielić. I będą tutaj przychodzić, dopóty ostatni wolny skrawek nie zostanie odcięty siatką ludzkiej dominacji. Wtedy znów się cofną. Ustąpią. Jak wszystkie zwierzęta, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat musiały opuścić swoje prastare ostoje, pielesze i siedliska, które zawłaszczył człowiek pod swoje budownictwo. Przyjdzie dzień, że tego miejsca zabraknie. Dla nas i dla nich. Ciekawe, czy wówczas spróbujemy jakoś żyć razem, czy może zatracimy się w ‘’misji’’ świętej ekspansji ‘’jedynego słusznego’’ gatunku?

O takich sprawach wiedzą chyba tylko wędrowcy. Ci, którzy żyją blisko zwierząt i śledzą ich zachowania. Nowoczesnego człowieka to nie obchodzi. Trzeba się wybudować i mieszkać, a potem pracować. Zwierzęta mają być w lesie, a może tam też nie, bo ‘’robią szkody’’, więc może jeszcze lepiej w zoo. A najlepiej w książce na obrazku. Niech nie zbliżają się do nas, i nie ‘’stanowią zagrożenia’’ dla kierowców. Fragmentaryzacja siedlisk, ich poszarpanie, nie branie pod uwagę w planach przestrzennego gospodarowania, prowadzi do takich sytuacji. To jest naprawdę dramat. Żyjesz dziko, przemierzasz, kryjesz w zaroślach, przemieszczasz nocami i kluczysz, byle tylko uniknąć hałasów świata cywilizacji. Ich świat umiera, kurczy się, znika, każdego dnia. Nie mogą zaprotestować, zrobić petycji, wyrazić sprzeciwu, wypowiedzieć się. Możemy my – spróbować je usłyszeć, i spojrzeć kawałek poza czubek swej rezydencji, i często wyimaginowanych ‘’potrzeb’’. Ale przecież to tylko sarna, zdechnie sobie na poboczu i szybko, zapomnimy o sprawie. Wrócimy do swoich obowiązków. Zezłościmy na wgniecioną karoserię i głupiego zwierza.

A ja stoję wciąż, taki szczęśliwy i tonę w przemyśleniach. Jestem świadkiem. Kronikarzem. Ostatni taniec dzikiej energii, przed nieuchronnym panowaniem betonu, tui i przyciętych wzorowo trawników, miał miejsce właśnie. W mojej pamięci sarny zostawiły swoje wieczne pozdrowienie, obojętnie, co z tym miejscem dalej się stanie.

40969392_2152939054958826_6338813096867704620_n

Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność. Jeśli w swoim sercu poczułeś prawdę tej historii, możesz pomóc mi w tworzeniu kolejnych, abym dotarł z nimi jeszcze dalej, niż obecnie wynosi zasięg bloga. Wszystkie swoje wędrowne sprawy utrzymuję z dobrowolnych darowizn od osób, które chcą współtworzyć ze mną to miejsce. O tym na co przeznaczane są wpłaty, przeczytasz szczegółowo na zbiórce, do której wsparcia leśnie Cię zapraszam – jednorazowego, lub częściej.

https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

Majowa słota. Czas wyciszenia, chłodu, przetrwania.

Rozchlustało się. Nagle. Choć nie można rzec, że bez zapowiedzi. Bure chmury kłębiące się z wieczora, i nasilający wiatr, wieszczyły zmianę. Załamanie pogody. No i leje. I wieje. Ochłodziło o kilkanaście stopni. Ziąb hula w najlepsze, u progu lata. Nie pójdę do lasu. Nie wygrzeje się w słońcu, nie ruszę na rower, nie ucieszę śpiewem ptasim. Czy jest mi z tego powodu smutno?

NIE 

Wyglądam przez otwarte okno z izby i oddycham chwilę rześkim powietrzem, czując jak deszczowy kaprys omiata twarz. Tej nocy słowik nie śpiewał. Brzozy tańczą radośnie, te podejmują długo wyczekane, słotne święto. Niechaj nam teraz zanuci wiatr. Niech rozdzwonią się smagające krople. Już czas. SŁYSZĘ. Młode listki pęcznieją radośnie, wzmacniają, ciemnieją w sile zieleni. Drzewny organizm regeneruje, planuje i spełnia po kolei wszystkie swoje potrzeby. Bujne źdźbła traw prężą się na wyścigi z łodygami mniszka. Majowa słota. Pamiętam jak przychodziły z ulgą ukojenia dla szaty roślin, goszcząc czasem tydzień lub dwa, z małymi przebłyskami słońca. To były dobre czasy. Do domu wdzierają się zapachy mieszanki kwietnej płukanki wieloaromatu. Woda wydobywa ich najgłębszą nutę. Część z nich osadza się otoczkami kolorów wokół kałuż. Zasiadają na drodze.

roberto-aldrovandi-priroda-trava-vetochka-list-babochka-boke

CZUJĘ jak obmyte chłodną świeżością źdźbła traw nasączają się rozkosznie, stając coraz bardziej sprężyste, giętkie i silne. Spięta, zbita ziemia rozluźniła się nieco. Ulewa rozmasowała boleści. Miliony nitek korzonków teraz swobodnie przemieszczają się za wilgocią, splatają, docierają i wymieniają. Nawiązują więzy, których nie udało się poprowadzić suchą wiosną. Teraz jest na to czas. Bracie, siostro, wody starczy dla wszystkich. Odkładaj zapas. Podaj dłoń. Silna, zwarta darń. Razem. Kędzięrzawe ‘’dmuchawce’’ opłukało doszczętnie. Temu pokoleniu nasiennych latawców, nie było dane zaznać szybującej przygody. Pozostały tylko białe, łagodne oczka. Podzielam ich radość, słyszę jak pną się nasycone i uginają pod ciosami uderzających kropel. Gdy ta spływa po liściu do korzenia, kwiat podryguje wdzięcznością ukłonu.

WIDZĘ

Łysawe pisklęta makolągwy w jałowcu, trzęsą się z zimna. Ptasia Matka puszy się i otrząsa, próbując zrzucić zagubione krople. Samiec dogląda i czuwa. Otumanione zimnem owady są łatwym łupem, choć trzeba wykazać się kunsztem przy szukaniu. Dietę ratują wypłukane wnętrzności dzikich chwastów. Tych wokół dostatek. Zaskoczone nietoperze tego wieczoru nie ruszą na łów, zaszyły się w próchnach dziupli. Ogrzewa je ciepło drzew. Opiekun – jesion kołysze się i trzeszczy, w pokłonach żywiołom. Buja jak na statku. Odrętwiały łowca mroku odpływa w krainę mrocznych snów. Żegluje ku marzeniom. W nich latają puchate, tłuste ćmy i niezliczone chmary komarów. Szpaki przyzwyczajone do niepogody, teraz mają żniwa żeru. Po deszczach dżdżownice wypełzają stadami różowych sznurówek. Szok temperatury. Ucieszone ptaki zbierają po kilka, zanosząc wygłodniałym pisklętom. Sroka rechoce na kompoście, chyba się śmieje ze świata. Pszczolinki pochowały się w norkach.

Art-eagle-chicks-Birds-nest-rain-leaves-care

W ogrodzie wróble szukają czegoś pośród opadłych kwiatów czereśni. Bractwo świergotu nie zwraca na mnie uwagi, gdy idę do garażu pogrzebać nieco przy rowerze. Trzeba wymienić sztycę na amortyzowaną, zmienić opony, by poradził sobie na piaskach i zawiózł lekko w najpiękniejsze miejsca. Usunę ziemię z łańcucha. Wreszcie jest na to chwila. Ptaki pamiętają mnie z zimy. Zawsze dostają garść ziarna, otrębów i łupin, których nie dojada papuga. Lubię udawać, że ich nie widzę, choć zezem oka nacieszam ukradkiem z widoku, wtedy są jeszcze spokojniejsze. Niemrawe sierpówki siedzą wysoko na gałęzi, te potrafią moknąć godzinami i tylko strząsać piórka Jakoś nie mają ochoty robić swojego ‘’huhuuuhuu’.Wytrwałe są. Kto nie może być w dziupli, ten przeczekuje pod parasolkami liści. I tylko piegża, ‘’szary kapturnik’’ – deszczowy ptaszek, uwija się gdzieś w krzewach i podzwania swą monotonną, senną, a głośną zwrotkę. Ona tak zawsze, szczególnie w ulewne dni.
Pózną nocą, a może tuż przed świtem niebo przeciera się, wiatr przygasa. Słowik jakby tylko na to czekał. Dotrwał. Zaczyna natychmiast. Wyobrażam sobie, jak z małego dziobka wydobywają się języki pary. Ptasi Mistrz rozprasza ziąb jakąś utajoną mocą. Od razu w ciele robi się cieplej. Mimo przeszywającego chłodu jego pieśń lśni, jak za najlepszych pogodnych wieczorów, a może nawet jeszcze czyściej. Odświeżony świat znów chłonie brzmienie namiętnej arii.

Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność! Zapraszam Cię też do swojej pachnącej lasem książki, w której znajdziesz opowieści z głębin kniei do wygodnego czytania w fotelu, na hamaku czy łące. Zamówień można dokonywać całodobowo, a kurier dostarcza pod wskazany adres na terenie krajów wspólnoty UE.  LINK
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

1

Wieczorne schadzki z jeleniami o zmroku

Jadę polną dróżką pod lasem, ostatnim widokiem w gęstniejącym w mroku omijając co i raz wystające gałęzie. Już wracam. Rower sunie cichutko, lekko. Zanim nań wsiadłem, pole zlustrowałem lornetką. To model do obserwacji dziennych o parametrach 8×42, ale sprawdza się też awaryjnie o zmierzchu, bladym świcie lub przy pełni księżyca. Błysk myśli: ‘’A co jeśli sarny są po tej stronie gdzie jest ciemno i ich nie dostrzegłem?’’ W tym momencie tam w mroku zauważam większe czarne sylwetki. Płyną. Jednak! Hamulec i zeskok. Szum małego zgrzytu. Jelenie właśnie wychodziły z lasu na pole. Kilka z nich już tam tkwi, reszta podąża powoli. Jedenaście. W lornetce którą podnoszę dostrzegam trzy byczki i reszta łań. Dopiero nakładają nowe poroże. Pocieszne krzywulce. Nie zareagowały szczególnie na podjazd, choć coś usłyszały. Jakieś 20 metrów od nich. Doświadczenie uczy. Gdy nagle wpadniesz z jazdy na zwierzęta, hamuj i zeskakuj. One jakby nie wiedziały wtedy co dokładnie się stało, no był jakiś nieokreślony dzwięk, ale nagle zgasł. Są skonsternowane. Oddycham głęboko i ciężko, ale one zaczynają się paść. Rower w kolorze czarnym, nie widzą. Nowoczesny składak w lesie i polnych duktach sprawdza się znakomicie. Sztyca kierownicy jest bez zgiętego mostka, dzięki czemu przy takim zeskoku nie obijam lornetki, którą cały czas mam na szyi w pogotowiu. I nisko poprowadzona rura ramy, dzięki czemu ląduje od razu na obu nogach, cicho. Mały rower dla małego człowieka. Pokochałem go od razu, a serce bije mocniej radością gdy w takich momentach jak teraz, po prostu się sprawdza. Na ‘’góralu’’ było zawsze więcej hałasu i niewygody. Chmara oddala się nieznacznie, ale widać, że ich cel był tutaj. Nie mam jak ich ominąć. Trzeba czekać. Mijają minuty i minuty… Chłodno. Coraz ciemniej. Ostatnia zorza wieczoru już dogasa, to ledwie subtelny poblask. Tak ciemność. Jelenie oddaliły się nieznacznie. I gdy zamyślam, którędy tu ruszyć aby wybrnąć, z gąszczy wynurzają się kolejne. Jakby osobna chmara. Patrzą za tamtymi…Pierwsze wychodzą dwie łanie. Jedna z nich, pewnie przewodniczka, uspokojona obecnością tamtych w oddali staje bokiem, i jakby gestem głowy zachęca pozostałe do wyjścia. Przechodzą. Ona czeka aż wyjdą wszystkie, i gdy stoją już grupą, ponownie wysuwa się na czoło. Mój Borze Iglasty. Co za społeczne zwierzęta. Jedno drugiego nie opuści zdaje… W licówce wyczuwam matczyną opiekuńczość. Na moje szczęście wieje lekko od pola, na którym tkwią. Rozciągają szeroko – z dwóch stad naliczam łącznie 25. Jak one kroczą. Z taką gracją. Jeleń podąża dostojnie, z kunsztem, jednocześnie jak na tak duże zwierzę potrafi bardzo cicho. Zagapiam się nieco na gwiazdy, gdy spoglądam na pole znów, już ich nie ma. Potrafią zniknąć jak duchy. Korowód niemych cieni.

Drugi wieczór zasiadki.

Wysoka czatownia na bagnem, to mój mały raj. Gniazdo wędrowca. Mógłbym tu chyba zamieszkać. Siedzę od popołudnia do zmierzchu, podziwiając ptactwo. Tędy zapadają żurawie w pielesze, szybują parami tak nisko, niemal na wyciągnięcie ręki. Widok – ekscytacja. Bagno budzi się do wiosny. Przestaję rozpoznawać niektóre ptaki, znak, że jest ich już za dużo. Wyją, trąbią, kwilą, poćwierkują, piszczą… Odgłosy ptaków z mokradeł są inne niż małych śpiewaków – czasem ostre w tonie, potworne, dudniące, albo miękkie i głuche. Jest sporo drapieżnych. Nawet sobie nie wyobrażam, jak one tutaj mogą się pogodzić. Bo jest para jastrzębi, samica daje zew co jakiś czas. Para myszołowów, jakichś orlików, a dziś trzy razy widziałem bielika. Potem leciały w parze. Zanim zapadł zmierzch. Jeden przysiadł na drzewie, obserwował mnie z dala. I tylko mój zając gdzieś przepadł ostatnio. Już nie czeka na mnie pod lasem. Nie ma go nawet w kryjówce gdzie zazwyczaj spał, zajrzałem. Notorycznie tam nocował. Uszaka brak. Pewnie orły… Był taki ufny…
Na rozlewisku pluskają kroki. Nie pojedyncze. Idzie więcej zwierząt. Człapie jak zmora… Skrada się. Nadchodzi. Ten pogłos narastającego plusku… Mógłbym go słuchać wieki. Jednak gdy zabieram tu gości, zwykle z początku boją się, choć mój spokój zasiewa fascynacje tym co się dzieje. Bulgocze zwierciadło. I wiem, że to nie dziki. Gdy one ruszają przez moczar, to trochę jakby tornado szło. Tu pluskot jest silny, ale i wyważony. Pewnie jelenie. Mają tam ścieżki, przeczuwam, że nie wyjdą mi tutaj na widok, choć mogłyby. Drozdy śpiewają jeszcze, ale za chwilę przestanie być cokolwiek widać. Podejmuję powrót.

peyzazh-nebo-pticy-olen

Prowadzę rower skromną dróżką przez łąkę. Nie chce mi się jechać, hałasować, i obijać tyłka na buchtowiskach. Na moment zapalam światełko. Gdy wynurzę się zza krzaków, będę na widoku z przeciwległej ambony, bezpiecznie więc się pokazać. Zatrzymuje mnie jakaś myśl. No bo szło, szło, pluskało i nagle wyparowało. Cicho. Gdzie się podziało. Metodycznie podnoszę lornetkę lustrując łąkę którą mam przed sobą, i na którą za chwilę bym wyszedł i nie wierzę – znowu jelenie! Właśnie wyszły z olsu. Suną przed siebie, znowu na pole. Nie zwróciły uwagi na moje światełko. Kroki skupienia. I pojmuje co tu się zadziało. Wczoraj jednak, coś musiały wyniuchać, mimo że nie dały po sobie poznać. Dziś Łania Przewodniczka poprowadziła więc inną trasą, aby ominąć podejrzane miejsce z wczoraj. A ja nie zamierzając wcale, przechytrzyłem licówkę. Dziś odchodzą jeszcze spokojniej. Czekam i przepuszczam, honorując pierwszeństwo gospodarzy. Przed nimi goła ziemia pól, a więc pójdą dalej na rzepaki. Oddycham spokojnie, bo nie jechałem. Nie usłyszą. Ustawiają się bajecznie – na tle niemal zgasłej zorzy zachodu. W nucie czerwieni, osadziły się ciemne sylwetki zwierząt. Na co czekają? Wiem – tam szosa. Nie przeskoczą tak od razu. Mrugam kilka razy, i znów ich nie ma. Mogę spokojnie wracać.

Czarna noc to nie pora do obserwacji nawet z najlepszą lornetką. Ale do słuchania. Jest na tyle ciepło, albo mam taki zapas ubrań, że robię sobie jeszcze krótkie czuwanie w ciemnicy. Można by zaczekać na dziki. Trudne do wychwycenia, ulotne, niesie się poszczekiwania lisa. Dziwię, że w marcu. Za lasem, przy bagnie, coś charczy i chrypi. Brzmi jak zmutowany sarni demon. Nie czuję niepewności, nawet gdy nie wiem co to. Raczej ciekawość. Pójdźki zaczynają wywrzaskiwać nad ugorem, chyba że to jedna tak wywija. Po chwili do diablej orkiestry dołącza daleki puszczyk. Pierwsze sowy w marcu! Tak się cieszę. Ale one ogłaszają, że ciemności panowania nastał tu czas. Niczego już nie zobaczę. Ostatni przystanek przy miedzy, na słuchanie pod śpiącymi brzozami, i żal wracać…

ed12a26d6235a1504250ae7e828640f4

Sowie opowieści: Puchacz

Noc spieszyła w zadumie, bieżąc na spotkanie ptasim odgłosom kończącego się dnia. Uwijali się w okrzykach. Na topieli harmider panował jeszcze, jakby nie chciał odejść wraz z gasnącą zorzą prześwitu. Żurawi zew niósł się dostojnym echem, przenikał tkanki szuwarów i drzew, budząc mgliste duchy ukryte w kłębach powstających oparów. Jakaś potęga i tęsknota była w tym dzwięku, wspomnienie pradawnym surm, zwołujących lud na wici i wiece. Czajki, bekasy, gągoły i gęsi przelatywały w pogłosach, osiadając z pluskiem na spokojnej tafli. Ta wreszcie niedawno odtajała. Wśród powalonych huraganami olszy, zarośnięty sitowiem ruczaj swobodnie się rozlewał, tworząc wodne oczka, stawiki i szlaki pomniejszych arterii. Płytkie brody biegły gdzieś ku czeluściom bagiennego boru – przetarte ścieżki wiodły do najbardziej niedostępnych stopie ludzkiej ostoi. Brodate zasłony srebrzystych porostów zwieszały się z pni, świadectwo zmurszałej potęgi zagubionego siedliska. Wieczorny chłód ośmielał swoje panowanie, niosąc wspomnienie niedawnego przymrozku. Knieja głęboka, szara, mroczna, i nawet ponura o tej porze, ciemni okrywała się zasłoną.

owl-24344208

Siedzący na ganku zatopionej w gąszczach, niewielkiej sadyby, wędrowiec czuwał. Gorąca para bulgotu w czajniku zawieszonym na żeliwnym palenisku, burzyła się w gotowości na herbatę. Za dnia odwiedził ukryte tajenka ptasze: podglądał parę zielonkawych dzwońców, czyniących starania przy budowie gniazda. Zlustrował lęgi i tokowiska. Świat grzmiał już potęgą narodzin. Podziwiał obudzonego ze snu zimowego borsuka przed norą, śpiocha co to ziewał i w słońcu wygrzewał wyleniałe kości. Teraz i on, chwilą skupienia, celebrował przedwiośnie. Oczy miał zamknięte, twarz w błogości odprężoną. Znieruchomiały, nasłuchiwał. I taki nieobecny był jakiś, pogrążony i zespojony z tym co działo się wokół. Dusza zeń wypłynęła, pierzchła gdzieś w gąszcze. Chyba tylko ona jedna mogła przenieść się tam, dokąd nie sięgały ograniczone zmysły ludzkie.

-Huuu uuuuuu!

Głuche echo przetoczyło się grozbą, zadudniło, utonęło w zatopionych korowodach mgieł. Król Sów zapraszał do swego świata. Życie cichło i gasło na moment, jakby w nasłuchiwaniu budzącej się śmierci. Odpowiadały mu ochrypłe zawołania sarnich kozłów. Płowi stróżowie lasu, wzywali innych do większej czujności.

Wczesnym wieczorem, głód budził Puchacza. Rozdarta jama u dołu pnia grubego jesionu ożywała, gdy czerwone ślepia błyskały jedną żądzą: zdobyć, rozerwać, nasycić się! Potężny tyran, panował niepodzielnie. Nawet i ciszej jakoś było w jego ostoi, jakby inne zwierzęta wiedziały, że gdzieś tutaj czai się ukryta groza. A mało kto mógł czuć się bezpieczny. Władca nocy szybował bezszelestnie, miękko, sprawnie omijając przeszkadzające konary i chaszcze. Chwytał, zabijał, rozdzierał, szarpał lub przenosił. Królik, kuna, jeż, nieupilnowany warchlak, sarnie dziecię, kaczka, gęś, lis, a nawet i inny ptasi drapieżnik, jeśli ten nie zdołał czmychnąć w porę. Mało kto mógł stawić mu czoła. Zaskoczony niespodzianym atakiem, porażony siłą wyćwiczonych mięśni i ogłuszony łopotem potęgi skrzydeł, każdy przeciwnik wnet stawał się łupem. Ptasi herkules, silny, niepokonany, bezlitosny. Czuły słuch pracował i informował. Radar puchatej, strojnej w pióropusze ‘’uszu’’ głowy obracał powoli i w skupieniu, aby namierzyć łup. Jest! Lekki szelest skrzydeł, chrup kości przeciągającego się ptaka… TAM!

owl_Moon_wings_animals_artwork_fantasy_art-260523

Poderwał się ociężale. Bury cień trwogi, niewidzialny, srogi mknął. Z wysoka widać było na horyzoncie prawie zgasłą czerwień odchodzącego zachodu jeszcze, ten już ostatecznie pochłaniał mrok. Pod nim puszcza wołała szelestami i pluskami, za stary i doświadczony był już na to, aby dać się rozproszyć. Mknął prosto pod górę skąd doleciał go znajomy dzwięk. Zamajaczył przed hakiem dzioba obwieszony szyszkami wierzchołek prężnego świerka, wyrzut łap przed siebie, jest! Zatrzepotało. Zaciśnij! Śliska skóra paluchów odczuła znajomą miękkość, ciepło wilgotnych wnętrzności. Wrona szarpnęła się w jeszcze, w ostatnim odruchu. Przelotna nowicjuszka. Skąd mogła wiedzieć. Pozostałe uleciały w ciemność, rozpraszając się w nocy, z rozpaczliwym krakaniem. To już nie interesowało Puchacza. I tak to jedynie mała przekąska. Tu każdy postrzegał inaczej. Wedle swego. Sarna czy zając kierowały się zapachem traw i ziół, wilk podążał za tropem i hałasem. A jego knieja wołała. Mówiła pieszczotliwie, opiekuńczo. Kaskady odgłosów, kroków, szelestów opowiadały o… jedzeniu… Za każdym z nich stał ulubiony smak, trud i łatwość łowów, które ptak zdążył już poznać. Po wronie została sterta ciemnych piór. Niekiedy zalatywał na skraj lasów; chciał poznawać wciąż dalej i dalej. Tu zatrzymywał go odległy hałas i nieznane światła pędzących po ziemi ‘’gwiazd’’. Metalowe ‘’drzewa’’. Nie wiedział ptak, czym są słupy. Instynktownie unikał z nimi kontaktu. Wracał wtedy w głębiny bezpiecznej macierzy, gdzie nie docierały nieznajome odgłosy. Doświadczenie uczyło, że i tutaj bywały kąski. Wystarczyło przysiąść niedługo na rosohatej sośnie. Uszate zające beztrosko dokazywały po polu, oddając swoje istnienia we władanie corocznych parkotów. Puchacz czekał. Sunęły bezgłośne, a napięte minuty, w zasadzce na ten jeden, jedyny moment. Podążał za swoją naturą. W jesionie przecież czekała na niego wygłodniała… Rodzina.

Lekki ślizg lotu. Pacnięcie i przygniecenie ofiary impetem. Szarp i wrzask! Szarak zajazgotał. Zacisnął mocniej szpon, załopotał dla równowagi jednocześnie kierując celne uderzenia zakrzywionego dzioba, w rozdarcie potylicy. Jeszcze kilka szarpnięć. Agonia i… wiotkość. Smak posoki i… sukcesu.
Wystartował ociężale, kołysząc się na boki. Bezwładna zdobycz zaburzyła nieco tor lotu. Sunął nad borem i bagnami, nieomylnie w ciemnościach kierując się ku swojej ostoi. Bezbłędnie rozeznawał kierunek. Widziane z góry plamy polanek, prześwity wiatrołomów i lśniące wstęgi strug, były dla sowy jak najdokładniejsza mapa. Znał ją od dziesięcioleci. Niekiedy zmieniała swój rys, gdy bobry poczyniły nowy rozlew, albo wiosenny roztop zasilił stale podmokłe olsy. I bobrom nie odpuścił, puchaty wojownik Puszczy. Żył i gasił życie sprawnie, z precyzją, posłuszny odwiecznemu zadaniu. Surowy Król nieświadomie dbał, by w jego Królestwie miejsca i zasobów wystarczyło dla wszystkich. Oto i On. Drzewo – Dom. Rozszczepiony jesion, który próbował na powrót się zrosnąć, u pnia tworzył jamę, wieloletnie już schronienie pokoleń puszczańskich puchaczy.Upuścił zdobycz, wylądował. Zaszurało we wnętrzu jamy, dwie twarze pierzastych szlar, spotkały się w dzikim spojrzeniu pomarańczowych ślepi. Partnerzy. Odsunął się taktownie. Samica dopadła do zdobyczy, po całodziennym trudzie opieki nad zniesieniem. Ptak spełniał swój ‘’obowiązek’’, ale przeżywał przy tym radość i dumę. Tyle lat… Razem. Lubił patrzeć jak się pożywia, i moment gdy ucieszona przyjmowała jego łup. Pamiętał dzień gdy nawoływał, a potem zobaczył ją spoglądającą w zaciekawieniu spomiędzy pni. Zaskoczyła go. Jego, wojownika. Dawno temu, na moczarach. Od tamtej pory niemal co roku obdarzali Knieję bogactwem jednego lub dwóch potomków. Czyścił upierzenie, zerkając jak Ona się posila. Szarpała łapczywie. Samka napuszyła się – wystawiając w jego kierunku puszystą, ciepłą szyję. Już znał ten gest. Pragnęła pieszczoty. Zbliżył się ochoczo, tym samym śmiercionośnym dziobem przeczesując łagodnie jej przybrudzone zajęczą turzycą pióra. Docierał niemal do samej skóry iskając rozgrzane stosiny piór, zanurzając w puchu jej błogiego zapachu. Jakże innego, niż ten który niosły ze sobą ofiary. Ten działał nań łagodnie, uspokajał, usypiał…
Z ciepłych jaj dobiegały cichutkie piski, skrobania i postukiwania. Samica otrząsnęła się z chwili zapomnienia, powróciwszy najedzona do lęgu. Lada dzień opuszczą skorupki.

Moon-Light-Owl-Wallpapers

Minęło kilka godzin. Wędrowiec wybudził się z chłodnego odrętwienia. Ganek spowijała ciemność. Nad podwórkiem ścieliły się nisko powłóczyste pasemka mgieł. Z niedalekiej sadzawki dobiegały parsknięcia i pluski kąpiących się dzików. Granat czarnego nieba iskrzył punkcikami srebrzystych gwiazd. Leniwy łoś snujący się przy domostwie, z chrzęstem racic wyrywał kęsy wiosennej trawy. Ciemna sylwetka zwierza odcinała się na jasnym tle brzozowego młodnika. Kroczył dostojnie. Chałupa tkwiła jak widmo, cicha, głucha, otulona snem. Znajoma kuna przebiegła na poddasze gruchocąc po rynnie, wcześniej nie omieszkała pomajstrować na stole obok werandy. Rześki ziąb płynął do wnętrza przez malowane okiennice. Z nim niosło się bagienne terkotanie trzcinniczka. Ogień w palenisku żarzył jeszcze, cichutko strzelając ostatnimi iskrami. Za moment i on zgaśnie.

– Puuhuuuuu!

Doleciało raz jeszcze gromko, z głębiny ciemnego boru. Ptak obwieszczał światu, kolejną wyprawę na rozbój. I wiedział już Wędrowiec, że jego widziadła wcale nie były snem.

Birds_Owls_Eurasian_eagle-owl_Great_horned_tiger_512370_1920x1080

sarah-olofsson-owl-speedpaint-8

595215

Sowie opowieści: Płomykówka

Dzwony na wieży dalekiego kościoła już cichły. Zmierzchało się. Między deskami starej stodoły świszczał upiornie wiatr. Pogniłe belki zawodziły w trzaskach. Podwórkowy pies ujadał głucho, gdy do wsi przychodziła noc. Wnętrze było przestronne, swobodne. Jak katedra wyniosła, zatopiona w smętku rozległych pól. Świątynia Tajemnic. Drewniane wrota na pordzewiałych zawiasach, otwierały bramę do innego świata… Duszny aromat słomy mieszał się z rześkimi podmuchami nuty zeszłorocznego siana. W ciepłych czeluściach trawiastych kop, przyczaiło się życie.
Zaszeleściło.

204-2041763_barn-owl-wallpaper-most-beautiful-owls

Odgłos ten zbudził przytuloną do drewna sowę. Ruda niemal jak belka, w ciągu dnia wysoko, tkwiła nieruchomo. Stodoła. Jej własny klasztor sowiego zakonu i rezydencja sucha, ciepła, dostatnia. Któż śmiał tu wtargnąć? Bywali i goście. Śmigła kuna przemknęła raz na jakiś czas, to za płotem lis chrobotał w podkopie. Za dnia krzątały się z pogłosem zawołań jakieś dziwne, dwunożne istoty. Nań nie zwracała uwagi, drzemiąc. W szparkach ciemnych oczu, ostatni sen walczył z zaciekawieniem. Na dole harcował śmigły ruch. Polne myszy przemykały po obu stronach klepiska, szukały zawsze obecnych tu resztek ziarna. Maleńkie cienie wigoru. Piszczały. Nikt nie zauważyłby szarych duszków. Nikt nie wiedział, że tu są. Ale ona wiedziała. Pokarm.

Lekko, leniwie jakby nieco, rozwinęła potęgę bezgłośnych skrzydeł opadając na snopek. Pac! Ostre pazury zdecydowanie zacisnęły się na zdobyczy, powodując śmierć natychmiast. Duch – łowca. I znów podryw na belkę. Smak posoki. Ciepła, wilgotna stęchlizna mysiego futra. Przełyk. Zadowolony syk. Napuszenie piór…
Nieśmiały promyk wschodzącego księżyca zajrzał przez szparę w desce. Spoglądała za nim, do tego wyłomu. Z pól docierały dzwięki, drobne kroki, szmery i stąpania. Słyszała daleko, puchata szlara pochłaniała chciwie, echa odległych zdarzeń. Jej świat już wołał. Pora było ruszać na łów.

Gospodarze już spali. Pojęcia nie mieli, jak pomocny druh zawitał do nich w gościnę.

Cdn.

tapeta-sowa-plomykowka-wsrod-kwiatow-na-lace

Noc Sów. Wędrowna gawęda z opowieścią i marcowe wyprawy.

Gdy srebro marcowego księżyca rozświetla noce na pierwiośniu, lub kiedy czerń kosmosu iskrzy gwiazdami w czas głębokiego nowiu…wtedy…Dzieje się mroczne ptasie święto. Gatunki liczne, małe, duże, krwiożercze i ‘’straszne’’ w ciemnościach zaczynają tajemnicze nawoływania. Poszukiwania partnerów, obrona rewirów, potyczki i przepychanki… Czas największej widocznej dla ludzi sowiej aktywności, na marzec przypada właśnie. Echem niosą w ciemnicy pohukujące pieśni, ptasiego ludu nocy. A my, leśni wędrowcy z uciechą bierzemy udział w kolejnym Misterium, aby podglądać nieznane sekrety i nasycić rdzeń naszych dusz, zawołaniem pradawnej dzikości. Oswajamy strachy. Fascynujące, odwieczne słuchowisko.
Zapraszam na Noce Sów. Jako, że ptasim życiem pasjonuję się od dzieciństwa i zgłębiam informacje o nich, z radością podzielę się leśną wiedzą na temat tych tajemniczych stworzeń.

5R984-1986

Tego roku mam ambicję buszując nieco samemu odkryć jakiś nowy gatunek w okolicy, jeśli Bóbr zdarzy. Chętnie zabiorę ze sobą innych wędrowców na słuchanie. Okazja się nadarza, zasmakować nocnej kniei, w opiekuńczym kroku i towarzystwie  W terenie będziemy zależnie od pogody, myślę około 6 godzin. Powrót do kwatery najpóźniej o 2 w nocy. Do dyspozycji mamy jedną nocną lornetkę do takich obserwacji którą podzielimy w razie potrzeby, dlatego polecam zaopatrzyć się we własną. Posłuży Ci i potem także do obserwacji dziennych. Ale sowy to przede wszystkim słuchowisko. W rejonie są puszczyki, pójdzki, uszatki i płomykówka, lecz obiecać nie mogę co też się w ciemni odezwie. Raz i latem spotkałem sowę błotną. Panteon gatunków… Siądziemy na łąkach pod kocami lub wygodnie w czatowni. Gdy ziąb dokuczy lub mgły pochłoną, marszem i herbatą rozgrzejemy w podchodzie na zmianę stanowiska. Po drodze i Drzewa Mocy będą do przytulania, gotowe wesprzeć w zamiarach podróżników. W trakcie wędrówki gawęda będzie o gatunkach, sowich zwyczajach, ciekawostkach, żywocie. Wspomnienia i historie z przygód moich i obserwacji. I jak to na czatowaniu, zwierz też pewnie jakiś zaszczyci nas swoim hałasem przemarszu, albo i gdy dochowamy nieruchomej ciszy, ucieszy na widoku.
Podziękowanie za tą wymianę, jak za ptasi Dzień Obserwacyjny, czyli 100zł osoba. Ruszyć możemy indywidualnie, lub w grupach 2-3 i więcej os.

🌎 Gdzie?

Rokietnica, k. Poznania, woj. Wielkopolskie.

 Kiedy?

Wyprawy będą możliwe przez cały marzec. Zaczynamy już po zapadnięciu ciemności, w godzinach 18-20.

📌 Ekwipunek?

Łyżeczka odwagi, szczypta cierpliwości i ziarno ciekawości. Garść ciszy. Buty ocieplane, odporne na wilgoć, rosę, wodę i błoto, polecam ocieplane kaloszki. Ciepłe ubrania, nieszeleszcząca kurtka lub większa bluza, którą na kurtkę założysz aby się wyciszyć. Plecak, termos i ulubione jedzonko. Ewentualnie coś pod siebie do siedzenia, ja do tego używam plecaka. Własna nocna lornetka, będzie dużym ułatwieniem.

🏡 Gościnna kwatera noclegowa, podejmie i przenocuje wędrowców z daleka, razem z wyżywieniem. Przy zamawianiu miejsc, zawsze proszę rzec, że ”do Szepty Kniei na Wędrówki” Na to hasło miejsca powinny być 
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Kontakt i zgłoszenia: czeremcha27@wp.pl 

Do zobaczenia w lesie!

AP5I3795-bewerkt

Wiosenne tchnienie leśnej Mocy – kojący śpiew słowików.

Dochodzi północ. Srebrna poświata pełnego księżyca już dawno opanowała połacie magicznego zakątka. Nad bagnami snują swe opowieści chłodne opary mgieł. Dziś jednak nie zasypia tu cisza. Majestat wiosny grzmi pełną piersią, wydobywany z maleńkich gardełek słowiczych. W kępach otulonych mrokiem niskich wierzb, w podmokłych zaroślach rozlegają się namiętne szepty, miłosne zwierzenia, czułe wyznania, tęsknoty wołania – rozbrzmiewają echem najpiękniejsze ptasie pieśni. Niepozorne ptaszyny często zaczynają już wczesnym wieczorem, zapraszając do nocnego słuchowiska. W miarę postępującej ciemności, pod parasolem iskrzących gwiazd, śpiewy nabierają mocy i uroku. Tak samce, ukryte w gęstwinach cieni, dają znać wędrującym samiczkom o swojej obecności. Najwytrwalsi koncertują jeszcze rankiem. Większość jednak milknie przed świtem, ustępując kunsztu dziennym śpiewakom.

Majowa pełnia księżyca i szepty słowicze to jedno z najpiękniejszych wiosennych przeżyć. Zachwycam się tym zjawiskiem każdego roku od nowa. To czas kiedy nasza przyroda znajduje się w najpełniejszej formie wybudzenia i rozkwitu. Nie można tego przegapić! Pózną nocą Duszę ukoi tkliwy śpiew słowików… I Ciebie zapraszam do wspólnej podróży pod otuliną srebrzystej poświaty. Powędrujemy boso po mchu, jak najciszej, aby nie przeszkadzać mieszkańcom leśnego świata. Spróbujemy jak duchy, niewidoczni podpatrzeć jego tajemnice…Może ujrzymy zatopione we mgłach sylwetki saren lub jeleni żerujących na łące? Może dostrzeżemy udającego się na łowy lisa… A może z hałasem nieopodal minie nas wataha dzicza, również wędrująca w poszukiwaniu strawy… Tyle dzwięków, tyle zdarzeń, tyle magii i tajemnicy… Znam ten świat na wskroś. Umiem się w nim poruszać. I chcę Ci go pokazać. Bosy spacer połączy nas z kojącą energią naszej wspólnej Matki Ziemi. Zostawimy w niej trapiące Cię blokady, troski, i zastąpimy chłodnym muśnięciem kropel rosy. Przypomnisz sobie własną moc i pierwotny rytm życia.

Pokażę Ci swoje ścieżki i ukochane miejsca, w których wzrastała moja miłość do Natury i opowiem co przeżyłem podczas niezliczonych godzin nocnego czuwania w leśnym świecie. Las wołał mnie od dziecka – spędzałem w jego okolicach niemal każdą wolną chwilę, podpatrując zarówno sekretne życie różnych gatunków zwierząt, jak i delektując się wszystkimi cudami objawianymi przez Przyrodę. Nie policzę już ile dni i nocy dane było mi tak spędzić. Obcowanie z naturą i pośród niej stało się pasją, którą właśnie pragnę z Tobą się podzielić. Może urzeknie i Ciebie? Dzięki temu mogę właśnie pokazać Ci to wszystko o czym piszę, a czego być może nie znasz.
Usiądziemy pod drzewami i skorzystamy z ich leczniczej pradawnej energii. Może uda się doświadczyć owego radosnego Śmiechu Duszy, po oczyszczeniu aury? Ten cudowny błogi stan, rozlewający się w kojące ciepło, wypełniony błogą radością kiedy wolny od trosk znajdujesz się w Tu i Teraz… Pomogę Ci rozpocząć ten proces. Korzystając z mądrości i pomocy potężnych Drzew, poszukamy odpowiedzi na Twoje pytania. Pomogą Ci znaleźć je w sobie. Powiem co przekażą mi dęby, sosny, brzozy czy jesiony. Ukoisz umysł, wyciszysz myśli, i zaczerpniesz życiowej energii. Zanurzysz się w prostym istnieniu jakiego nasz gatunek doświadczał od zarania dziejów. W uważności, będziemy czytać znaki, jakimi obdarzy nas las.

A potem zaczekamy razem na świt. Ten wspaniały spektakl wschodu życia ukaże się z blaskiem różu rysując się pastelą na bladym niebie. Szarość ustąpi kolorom. Wsłuchamy się w ‘’ptasi zegar’’, a ja powiem Ci kto też ze skrzydlatych mieszkańców właśnie zachwyca nas swoją pieśnią. Rudzik, kos, pierwiosnek, drozd śpiewak, skowronek, szpak, wilga a może rokitniczka? W mozaikowym gąszczu trzcin nad bagnami i torfiskami, splecionych w harmonii lasów i pól ptasie światy przenikają się niezliczoną paletą głosów. Nie sposób wymienić wszystkich. W narastającej widoczności może uda się zaobserwować zwierzęta udające się do swych ostoi po nocnej biesiadzie, albo właśnie udające się na śniadanie pod chmurką. Tyle się dzieje! Wraz ze wschodem słońca radosnym tańcem powitamy nowy dzień, sławiąc życie i dziękując za wszystkie przeżyte doświadczenia.

Kiedy?

Wyprawy realizujemy od 20 kwietnia przez cały maj.

Gdzie?

Rokietnica k. Poznania, ale zahaczymy i o inne przylegające miejscowości. Tuż obok znajduje się Park Krajobrazowy objęty siecią Natura2000. Całość składa się z kompleksów leśnych, zadrzewień, olszyn, bagien, jezior, i wszechobecnych pól. Link do przyjaznej kwatery noclegowej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Czego możesz potrzebować?

Lekki koc, latarka, wygodne buty, termos, coś do picia, jedzenia. Przyda się też aparat foto, lornetka. Wyposażenie to nie jest obowiązkowe.
Plany ustalone wcześniej zawsze mogą ulec zmianie w zależności od pogody, choć nią staramy się nie przejmować.

Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

The+Nightingale+Sings

Lisie Misterium – zimowe harce wśród pól i lasów.

Ośnieżone pola otulone białą kołderką delikatnego puchu szepczą swą chłodną pieśń echem dalekiej pustki. Mroźne połacie wabią ku sobie czarem lodowej przestrzeni zaklętej w biel. Wiatr hula, woła, wyje osypując śnieżne drobiny wśród bruzd. Oziębłe psoty dziadka mroza. Pani Zima lodowatą dłonią odkrywa swe tajemnice i urok tym, którym aura nie straszna. Jak pradawna wiedźma, stara niczym sam czas, snuje iskrzące baśnie roztaczając wśród gwiaździstej nocy swe bezlitosne ramiona. Drzewa skrzypią boleśnie smagane kąsającymi powiewami, jakby skarżyły się na porę roku, a oblodzone gałązki trzeszczą im do wtóru kołysząc się chwiejnym rytmem i siejąc wokół niewidoczne lodowe kruszyny. Wśród pól przyczaiły się jakieś głuche skomlenia…

Na przełomie stycznia i lutego, tu i tam, wśród zaprószonych połaci niosą się stłumione poszczekiwania, skolenia, odległe wycia, stąpania, podchody. Lisi bal. To ich czas. Rudzielce harcują z sobą rywalizując, pośród zawziętych gonitw, a czasem i sprzeczek oddają swą energię lisiej miłości. Są wtedy bardzo zaabsorbowane i łatwo je podpatrzeć. Czatownicy i wędrowcy z tęsknotą oczekują na ten niezwykły czas, aby w tych sprzyjających okolicznościach obserwować i podsłuchiwać misterium zwierzęcego święta.

Czego możesz potrzebować?

Wygodnego, ciepłego, jeśli to możliwe nie szeleszczącego ubioru. Lekkiego koca. Nieprzemakalnych butów. Coś do zjedzenia, cierpliwość, pokora, szacunek i wdzięczność – tego właśnie nauczyła mnie natura. Przydać się może też aparat foto no i lornetka.

Kiedy?

Lisie wyprawy realizujemy od końcówki stycznia przez luty, szczególnie podczas nocy księżycowych. Pilnuj kalendarza.

Gdzie?

Tu gdzie obecnie mieszkam, czyli Rokietnica nieopodal Poznania.

Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

Liseł

Pełnia śpiących kwiczołów. Czas huczki.

Po kilku dniach dżdżu i delikatnych słot, wreszcie niebo zaczęło się przecierać. Księżycowy Czarodziej, co to dopiero wynurzył się zza kotary chmur, zerknął z niebios na błotniste kałużyska. Srebrzystym promieniem omiótł połacie i przemianę postanowił uczynić. Wezwał na pomoc ziąb, chłody i zimnicę. Odwieczna kompania, braterstwo śmierci… Po polach spaceruje powoli Dziad Mróz, księżycowy pomocnik. Bruzdzi, ścina, utrwala i grudzi. Bo i grudzień w kalendarzu nastał.

Idę powoli, starając się nie szeleścić. Nie jest to łatwe, gdy wszędzie walają się sterty wypłowiałych liści. Ziemia kołdrą się otula od mrozu. Wokół mnie pustki i przestrzenie rozległych pól. Srebrzyste blaski prześwitują ponad jesionową aleją mamiąc wzrok czarami psot. Wyobraznia harcuje. Swoje widzi. Nastroje. Podziwiam jak zmieniają się moje. Od dziwnego zablokowania w splocie, po smutek głęboki nad zdarzeniami świata. I gdy tak siłuję się z przemyśleniami, na baczność podrywa mnie niespodziany łopot.

– Trt Tritt, ttt, kuiiiit!

Poderwało się kilka ptasząt z krzaków obok. Ojej, kwiczoły! Śpią tutaj? Przepraszam! Gdybym wiedział, że tu jesteście… Wybrałbym inną drogę. Kolejne kroki przynoszą następne alarmy. To nie było kilka ptaków. Kwiczoły siedzą wszędzie wokół i podrywają się stadami ze szczebiotem gdy mijam kolejne krzewy. Ulatują w srebrzystą przestrzeń. Część zostaje i terkota. Widowisko oniemienia. To jest jakaś olbrzymia grupa wędrowna. Setki ich podrywają się w powietrze, zataczają krąg i osiadają. Głupio mi, że tak im przerwałem, lecz chodzę tędy tyle razy i nigdy nie było. Pocieszam się, że wszędzie tutaj są owocowe krzewy, ptaki rankiem będą miały pod dziobem stołówkę dla uzupełnienia energii. A dla mnie to lekcja. Dla nas wszystkich. Opowiadam często o tych zakrzaczeniach – ileż ptactwa tam się gnieździ wiosną. Jak pięknie hamują wiatr czyniąc wędrówkę przyjemną. Myślimy – ‘’jakieś krzaki, nic tam nie ma’’. Wycinamy. A tymczasem służą one opieką nawet ciemną zimową nocą, ptasim podróżnikom z daleka. Mówię półcicho, aby się nie bały. Z kolejnych gromad startują już tylko pojedyncze sztuki.Dociera do mnie, że ten niezrozumiały niepokój który cały czas czułem, pochodził od śledzących mnie w napięciu ptaków. Gdy mijam miejsce ich noclegowiska, całkowicie znika. Za szpalerem tarniny prześwitują jakieś ciemne sylwetki. Oho, chyba sarny. Tak. Sprawdzam w nocnej lornetce. Gapią się zdumione. Idę natychmiast dalej, bo wiem że w ich mniemaniu podążający człowiek ich wtedy nie widzi. Są spokojniejsze, niż gdyby stać i obserwować lekko szeleszcząc, zwłaszcza gdy nas wykryły. Sarnie siostry spoglądają ciekawie, odprowadzając rzucanymi z ukosa spojrzeniami. Jedzą jakąś rzepę, której łan porasta to poletko.

Chcę dziś odwiedzić Klona Kostura, tego Bożego Wesołka, co z wszystkiego się śmieje, kocha ludzi i pomysłami obdarza. Wołało to miejsce już od paru dni. Ciągnie mnie do ciszy Jesionowego Szlaku… Akustyka jest tu taka, że nie docierają zwykle odgłosy z wiosek. Można całkowicie zanurzyć się w sobie, pieśni duszy posłuchać, odkrywać… To ważne, i dla siebie posłuchać odpowiedzi. Mimo zimy Klon nie śpi. A przynajmniej odbieram jego narastającą radość już kilkudziesięciu kroków. Szpaler nagich drzew stroszy się i szeleści czym jeszcze może, jakby witał moje przejście fanfarą. Kłaniam się gołym śpiochom. Będąc w naturze mam często poczucie synergii z istotami, żywiołami, energiami które tutaj pracują. Przejawiają się w zdarzeniach , ‘’idealnych ‘’ ruchach wiatru, szelestach, zwierzętach. Mróz gęstnieje i zaczepki szuka. Klona wyczuwam jeszcze zanim podejdę. Tak, cieszy się, że przyszedłem. Jest szczęśliwy, że ostatnimi czasy decyduję odkrywać przyrodnicze bogactwo właśnie wokół niego. Pamiętam, raz gdy mnie wezwał, a na miejscu w którym zawsze pod nim siedzę wylegiwał się zaskroniec. Niespodzianka – potwierdzenie. Dziś chcę tylko z nim pobyć. Choć proszę o swoje sprawy, pozostawiam mu pełną swobodę. Niechaj robi co chce. Ja zasiadam pod pniem i przepatruję lornetką horyzonty. Metoda bardzo mi się sprawdza. Zawczasu, z dużej odległości wykrywam zwierzęta i mogę je ominąć. Nie wpadam nagle, i nie przeszkadzam. Choć na polach mają dostatek żeru, staram się swoją obecność zawsze uczynić jak najmniej widoczną i kłopotliwą. Kochany Klonie. Ty przytulasz tak mocno i ciepło mimo mroznej pustki wokół. Naładowałeś się słońcem przez lato. Teraz mi ofiarujesz. Długo dziś nie zostanę. Ziąb daje w kość. Spróbuję swoich sił z dodatkowym ubraniem w czatowni, tam mniej wieje.

Negocjuję sobie z panią Zimnicą, wzdrygając na plecach kolejne dreszcze, gdy delikatne ‘’szurr’’ otwiera mi wzrok szerzej. Liściastą drogą podąża puchaty piesek. Burza myśli, kto to? Zaszemrał pazurem po jednym liściu – tak subtelnie, ledwo słyszalnie. Zamieram w kamień, zauroczony. Po ciemniej masce na pyszczku poznaję – to jenot! O rety, pewnie zaraz mnie wyczuje i czmychnie. Kroczek za krokiem, jest tuż. Ja siedzę tu może jakieś 7 minut, ślad zostawiłem świeży. A on idzie tędy i wącha. Uspokajam się. Zwierzak mija mnie powoli, jakbym dlań nie istniał. Wiem, że to prezent od Kochanego Klona. Drzewa okazują Miłość w zdarzeniach. Gdy ‘’puchaty’’ szeleści jeszcze w tyle, przychodzi mi obraz. Nasze świadomości jakby na sekundy złączyły się w jeden przepływ – widzę pod katem z jego perspektywy. Jak on postrzega. Widzę siebie. Ale nie jak wyglądam. Biaława sylwetka ulana jakby z mgły, chwieje się i rozwiewa niosąc swoją esencję w pola. Nic dziwnego, że dlań nie istnieję… Bo i z jednej strony przyzwyczajam się do takich zdarzeń, z drugiej wciąż nie rozumiem i zachwycam. Czyli, jestem mu duchem. Po prostu. A jenot dziwi. Przecież podobno zapadają w jakiś rodzaj zimowego snu, tymczasem to już któryś, którego oglądam w środku zimy przy mrozie. Chociaż, gdybym był taki puchaty, też bym więcej wędrował. Szelesty malucha gdzieś gasną. W pamięci zacierają się zjawy. I nie wiesz po chwili takiej magii, czy wydarzyło się naprawdę, a może zdarzył się sen.

– Fuch – buhhh! Rozbrzmiewa gromko gdy maszeruję. Dziki ostrzegają się przed człowiekiem. Nie widzę ich. Wokół kukurydziska, więc gdzieś są. Czatownia znajduje się w polu. Widok rozległy i wspaniałe miejsce do zasiadki pełnej wrażeń. Z każdej strony doskonale będzie widać, a tędy migrują zwierzęta pomiędzy lasami. Z jednym tylko ale… Na przestrzeni, chłód dokucza bardziej. Czatowanie, to nieustanny sprawdzian siebie. Ale ja się dziś przygotowałem. Są dwa termosy, chlebak, plecak pełen ubrania i puszyste mięciusie skarpety ‘’świąteczne’’. Te do siedzenia sprawdzają się lepiej zamiast butów. Na sobie mam trzy koszulki w tym dwie ocieplane, kurtkę z wypełnieniem co nie przepuszcza wiatru, i na to dwie bluzy. Grube rękawiczki, oraz i równie uzbrojony dół wyposażony w podwójne i znów ocieplane kalesony, oraz trzy razy spodnie. W oddali przemykają i gasną światła aut. Dokądś pędzą. Tu zaś nieustraszona sowa pójdzka zawodzi śmiertelnym zawołaniem – Dziadka Mroza na pojedynek wzywa. Czernieją stożkami stare kretowiska. Zasiadka wcale się nie dłuży. Nade mną gwiazdy i sowie jęki, a w rowie nieopodal gramolą się z fuknięciami ukryte dziki. Jak pomyślę, że one teraz taplają się w wodzie… Ale stąd bierze się krzepa. Można potem wędrować gołym polem, mając naprzeciw żywiołów jedynie grubiznę czarnego futra.

62b185738752c39b83e094eed5863e14

Gdy ciało zaczyna tańczyć w podrygach starając się zachować resztki ciepła decyduję ruszyć dalej. Stąd, polami mam już blisko do krainy łąk i podmokłego olsu. Wiatr lekko wieje, jest bardzo przejrzyście. Darń skrzy się kryształami srebrnych migotów. Mróz pochwycił wszystko. Siłuje się z życiem. Podczas wędrówki ogarnia mnie…błogość… Ciepło wnet rozlewa się w środku. Oddech głęboki, spokojny, zdrowy. Tu nie przeszkadza żaden kurz, który w mieszkaniu tak dokucza już po paru dniach od sprzątania. Twarde, kuliste grudy czuję stopami przez kalosze – te są dla mnie jak masaż. Z każdym krokiem szerokie połacie otwierają się z gościną zmagań.. Docieram do szosy, gdzie ‘’coś’’ przemyka mi bezgłośnie przed nosem, pogrążają swój cień w polu. Dwa zające przeniknęły jeden za drugim, a teraz siedzą nasłuchując czujnie. Nie trwonią cennej energii na ucieczkę. Choć jak na zimę jest dość znośnie, i tak mi ich szkoda. Podziw. Tyle różnych stworzeń pląta się nocą, starając po prostu przeżyć. Polami, zwłaszcza zamrożonymi wędruje się wygodnie. Nie zauważasz nawet jak pochłaniasz kilometry. Długa noc pozwala na daleki obchód i tak po prostu kocham – bez zmęczenia, ogrzewany własnym ruchem i zawsze mogę przysiąść gdziekolwiek, popatrzeć na innych zwierzęcych podróżników. Wszyscy dokądś zmierzamy…
Nie sądziłem, że dziś tutaj się znajdę. Blisko 10 kilometrów od domu, przewędrowane pieszo. Ten las też wołał. Odbieram fale przenikającej radości. Czasem zastanawiam się dlaczego? Czy aż tak jestem tu potrzebny? Co wnoszę? Przechadzam się tylko…
Lornetka pokazuje ciemne sylwetki saren, które jedna za drugą maszerują w kierunku rzepaku. Przeczekuję ich przemarsz pod ogromną Topolą. Cienie zapomnienia. Wykrzyknik hałasu. Jakiś oburzony dzik przedziera się przez podszyt z łoskotem. I to są chwile… Nie wiem gdzie jest, a on gna. Nie wiesz gdzie dokładnie wyskoczy. Nie chcę problemów ani wzajemnych pretensji. Szuram lekko nogami w miejscu, aby usłyszał. Olbrzym zmienia gdzieś kierunek i wymija mnie bokiem. Podążaj bezpiecznie bracie. Nie wychodz na otwartą przestrzeń. Posyłam mu myśl.
Kiedy sarnie duchy przemijają udaje mi się bezgłośnie wdrapać na ambonę. Stąd mam widok na całą ich chmarę. Lornetka paruje na zewnątrz, od ciepła moich oczu i śmieję się wtedy. Można kupić i taką za kilkanaście tysięcy, a efekt będzie ten sam. Cierpko rozmyślam. Obcowanie z naturą. Ja, a one. Podziwiam. Ja izoluję się kolejnymi warstwami odzieży, zapijam gorącym z termosu, a one leżą na mokrym szronie, wprost w gołej ziemi. I obojętnie jakie warunki przyjdą, radzić sobie tu będą. Nie będzie ciepłego łóżka, skarpet, koca. To się nazywa przystosowanie + wola przetrwania.

– Kui, kuiii, kuiiii!

Mroczny, jękliwy zew lecący z ciemnego lasu, zapowiada łowy samicy puszczyka. Wieści, że i w gęstwinach runa gryzonie nie są bezpieczne. Ze ściany boru wychodzą jakieś ogromne sylwetki. Przypominają niedzwiedzie. Tak. W kniei nocą, niczego nie można być pewnym ‘’na oko’’. Lornetka i sposób poruszania ukazują jelenie. Te nie są tak swobodne jak sarny. Trzymają się zwartą grupą. Co chwila ‘’omiatają’’ przestrzeń wokół czujnymi głowami, i pasą się dość ostrożnie. I teraz dzieje się ciekawie. Wraz z wyjściem jeleni, część saren podnosi się, i chyłkiem uchodzi do lasu. Stada mijają się. Jakby jedne ustępowały drugim miejsca. Płowi pielgrzymi nocy. Jakaż to znajomość swego otoczenia, tak zmienionego przez człowieka i jakie przystosowanie, aby z tych przekształceń korzystać. Pamiętać wszystko muszą. Tu zaraz pod lasem rzepak, dalej oziminy, gdzie indziej rzepa czy kukurydzisko. Niekończące się stoiska biesiadne. I zawsze wybiorą świeżość, zamiast zatęchłego siana w paśniku. Tu mogą sobie nie przeszkadzać. Paśnik jest mały, trzeba się przepychać lub ustępować. Zwierzęta nie lubią zagęszczenia wielogatunkowego. To nienaturalne. Przy wodopojach, tak samo zmieniają się, korzystając o różnych potach aby sobie nie wchodzić w paradę. Z rozmyślań wyrywa mnie przeraźliwe rzężenie połączone z warkotem okraszone ‘’kotłowaniem’’ pobliskich zarośli. Jakby dwa wielkie psy walczyły ze sobą. Jakiś szczęk, kłapanie… Są straszne, okropne. Wdarły się klinem zaskoczenia w srebrną ciszę. Głowa galopuje w analizach i nagle wiem – toż to huczka dzicza! Słyszałem już niegdyś. Zimowe misterium przyrody, nie tak gromkie i dosadne jak rykowisko, choć jak słychać nieco upiorne. I nie tak łatwe do podsłuchania. Niestrudzone odyńce wytrwale tropią ponętne lochy kilometrami bezdroży, a największe z nich zwierają się w potyczkach z rywalami, tocząc bitki o prawo do świńskiej damy. I do tego dzik używa swego orężą, zakrzywionego kła, w gwarze łowieckiej ludu zwanego fają. Potrafią niezle się wtedy poharatać, pogryzć. To dlatego dziś podczas marszu, słyszałem te nieokreślone, przytłumione z daleka ‘’huknięcia’’. Stąd wzięła się nazwa. Czas huczki. I mawiało, że ‘’dziki się hukają’. Cokolwiek im to oznacza. O huczce nie pamięta się jak o rykowisku. Nie wspomina, brakuje jakichś poetyckich gawęd i opisów. Zapomniane leśne święto czarnego zwierza. Na ten czas, wielkie odyńce – stare samotniki żyjące dotąd osobno starają przyłączyć się do watach i przeganiają młodsze samce. Władać im się zachciewa, panować. Cały rok pielęgnowały samotność, kształcąc się w doświadczeniu i obyciu leśnym. Unikać zasadzek ludzkich, a ukazywać swoją potęgę jedynie wytrwałym czatownikom. Odgłosy mącą jak z głębin piekła. Tu, w ciszy i chłodnej pustce iskrzącej mrozem samotności, knieja odtwarza wciąż spektakl wiecznego cyklu. Gdy wszystko wokół się pasie, ja też zjadam kanapki, dopijam termos i ruszam jakiś czas po tym, jak dziki cichną. Nie mam jakoś ochoty wpaść na nabuzowanego hormonami odyńca. Mróz pieści cierpko odsłonięte fragmenty twarzy. Pielęgnuje wytrwałość. Ależ się odzwyczaiłem. Przecież to ledwo minus trzy. Księżyc góruje w poświacie swej mocy, a noc jeszcze młoda, tymczasem czuję się nasycony. Tyle się wydarzyło. Jenot, klon, sowy, zające, sarny, jelenie, huczka, odyńce. Czas zimowy, a puszcza tętni nieprzerwanie bijącym śpiewem życia. Skute lodem pola otwierają mrozne wrota do pozornej pustki pełnej zmagań. Tu dzieją się opowieści. Leniwie snują niekończące przygody. Wreszcie tutaj, trwa po kres istnienie.

”Pamiętnik Wędrowca” – przykładowy fragment mojej książki.

____________________________________

🧝‍♀️ Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność 

🌎 Wspólne Wędrówki do których można dołączyć i ubogacić swoją wrażliwość w świadomym postrzeganiu lasu aktualne są cały rok. Ruszamy sami lub w 2-3 osoby. Gościnna kwatera noclegowa podejmuje podróżnych z daleka  Zapraszam po Twoją leśną przygodę.

Kontakt i zapisy:
🌳 czeremcha27@wp.pl

https://szeptykniei.wordpress.com/ksiezycowe-wedrowki/

🌼 Wsparcie moich prac:
https://szeptykniei.wordpress.com/pomoc/

_____________________________________

PełniaiDzik

Brzozowa pieśń nadziei. Bielik, posłaniec wiatru.

Ostatnio mniej bywałem w lesie, bo i prace nad książką, czasem bywa tak, że chcąc nie chcąc więcej czasu spędza się za biurkiem. A człowiek ‘’gnuśnieje…’’ i tęskni. Im dłużej nie wychodzę, tym ciało zaczyna bardziej słabnąć, aż do objawów chorobowych włącznie. Ciekawe to zjawisko, ale tak mam. Jakby te energie leśne zasilały mnie w zdrowiu.
Pod dębem zastają mnie…ogniska. Resztki popiołów. Drwale palili tu ogień i cięli w plastry sosnowe bele. Tak blisko niego…Słyszał wszystko. Pochłaniał wibrację mechanicznego rzężenia, czuł zapach żywicy sióstr, które jątrzyły ‘’aromatem’’ w odruchu obronnym. W świecie drzew zapach też jest informacją. Patrzę, że kora staruszka pokryła się pajęczynami białej pleśni. Świeże. Krzesimir dziś jest nieobecny. Jakby był bardzo daleko. Nie mamy kontaktu, łączności. Nie dziwię mu się. Gdybym potrafił, też bym uciekł z dala od tego…
Wiem, że dziś nic tu po mnie. Nic na siłę. Wołają natomiast brzozy spod lasu. Te same, które kręgi pokazywały i opowiedziały mi w jakich pozycjach się uziemiać. Jest już dość późno. Słońce zajdzie w ciągu ponad godziny. Przytulam brzozową damę i witam się w przypomnieniu. Nie przeszkadza, że jesień. Ciepło jest jak wiosną. Wokół szybują niemrawe owady. Szybko nawiązujemy wesołą łączność. Najpierw chce mi się śmiać. Czuję jak wzmacnia moje ciało, łechcze, a objawy lekkiego przeziębienia z wczoraj (skąd u licha) znikają. Drzewo leczy. Myślę i opowiadam jej w tych myślach, bo wiesz kochana, ktoś mi ostatnio powiedział, że jesteście gatunkiem borealnym, i dlatego wymrzecie w Polsce. Przez zmiany klimatyczne. Też mnie to zaniepokoiło. A ona…Roześmiała się beztrosko.

– Nie zna potęgi drzew… Łatwo nie będzie, lecz nie, nie odejdziemy. Mamy szerokie zdolności przystosowawcze. Dostrajamy się, powoli, zawsze próbujemy. Widziałeś już przykłady naszej woli życia. Ona zwycięża tam, gdzie zdałoby się nie powinna. Klimat zmieniał się już, wiele razy, a wciąż tu jesteśmy. Były chłody i krótkie dni. Tam skąd pochodzimy rośniemy skarlałe, powykręcane, walcząc z mozołem każdego dnia, a mimo to trwamy. Wiesz, że choćbyście ‘’dali z siebie wszystko’’ w niszczeniu Matki, my przetrwamy. Życie zostanie zachowane. I odrodzi się. Wystarczy jedno nasionko zapomniane, zasuszone w pajęczej sieci. O to nie bój.

I dziwie się brzozie. Jak to jest, że z jednym drzewem, nawet bardzo zaprzyjaźnionym można mieć ‘’ciche dni’’ a inne kawałek dalej okaże Ci pełnię swojego wsparcia. Bo już czuję jak mi się dusza śmieje. Jej białe gałęzie złocą się w zorzy zachodu. Trzy siostry. Brzozowy krąg Mocy. Wokół krząta się ptasie życie. Któryś z dzięciołów pastwi się nad sosną. Głuchot stukotu. Wołanie sikory czubatki niesie się migotem pomiędzy pniami, za nią podążają zawołania wszędobylskich bogatek. W oddali słyszę szelesty sarnich cieni. Te już czają się w głębi lasu, ociągając z wyjściem na oziminę. Pewnie czekają aż sobie pójdę. Dawno mnie nie było, lecz one pamiętają. I gdy tak zatracam się w istnieniu wokół, dostrzegam że na horyzoncie szybuje jakieś wielkie ptaszysko. Szybko podnoszę lornetkę pochłaniając zdumienie w zdziwieniu. Toż to Bielik! Dawniej i orłem zwany. Krótki ogon. Szarobure pióra. Wiosłuje w powietrzu majestatycznie, zagarniając pod skrzydła kolejne połacie przestrzeni. Ptasi król dostojeństwa, bystry, potężny i srogi. I jakie to ja mam szczęście? Widziałem bielika nie tak dawno w innym rejonie okolicy, a za chwilę kojarzę że przecież widzieliśmy go też wiosną, jak atakowały go myszołowy. Wtedy nie miałem lornetki i nie mogłem być pewien. A zatem osiedlił się tutaj. Co za radość i atrakcja! Największy nasz ptak drapieżny, o rozpiętości skrzydeł przekraczającej dwa metry. Olbrzym. I niezły zabijaka, owiany opowieściami, legendami, przesądami… Nielicznie lęgowy. Przez całe życie ich tu nie widziałem. Mijają sekundy, gdy ptasi władca przenika po niebie, zostawiając mnie z otwartą gębą zachwytu.

I wiem, że ten ‘’orzeł’’ to jakiś znak, którego na moment nie potrafię odczytać.
Gdy głowa wraca ‘’ na ziemię’’ zastanawiam się. Czy ona wie. Co tutaj się dzieje, tam kawałek dalej, każdego dnia, gdzie szaleje piła…

– Oczywiście, że wiem. To nie tak daleko. Wszystko słyszę, odbieram, przeżywam…Czuję. Staram się być… w sobie. Tutaj. Spójrz w górę! Co widzisz? Drzewa, ich pnie, korony, gałęzie. Sterczymy osobno, czasem blisko siebie. Z pozoru osobno.

Patrzę w górę i się zaczyna. Widzenie energetyczne. Tak chyba można to nazwać. Wyświetla. Jak drzewa rosną, a z czubka każdego z nich wyłaniają się świetliste, złote więzy, jak liny. Kręcą się jak wiatraki, zahaczając o inne takie sznury, a wtedy napinają się jak postronki i scalają. Tworzą pewną siatkę. Teraz wiele mi się rozjaśnia, bo widziałem te ‘’linki’’ nie raz, nie wiedząc co mogą oznaczać. A ona kontynuuje:

– To jest to, czego nie widzicie. Gdybyście widzieli, czuli! Wczuć potrafili w drugą istotę. Przełamać uprzedzenia. Tak jak odebraliście wszelkie prawa do przeżywania, tak ponownie można nadać. Nikomu nie byłoby krzywd. I te więzy niszczy człowiek. Dziwiłeś się liniom, które nieustannie widziałeś między roślinami wszelkich gatunków – tak powstają. Więzi tworzą się na czas istnienia, wymieniając potrzebną informacją. Spójrz pod nogi. Tam, pod Ziemią w dotyku, przyjazni, braterstwie, ‘’ręka w rękę’’ korzeń w korzeń łańcuchem spleciony kilometrami się niesie. Każdą wieść otrzymam, co dzieje się na drugim końcu lasu. Co u siostry i brata. Czego im trzeba. Dudnienie, które nieraz stamtąd, z dołu odbierasz. To właśnie rozmowa drzew. Tak dobrze się słyszeć z wszystkimi. A człowiek przychodzi, i zrąb robi. Żeby było głucho. Izolacja. Niepewność. Brak informacji, wiedzy, łączności. Trudne dla nas. Ale wiedz, że informacją lepiej się posługujemy. Nie było ludzi, a drzewa były. Formę tylko zmieniły. I w sprzyjających warunkach informacja w nasieniu zmienić się może, wracając do formy pierwotnej. Wszystko zostanie zachowane i zaczeka na swój czas. Przetrwamy.

Odpowiada znienacka. Wszystko tak jakoś mi… poważnie jak na brzozę. Cały czas jesteśmy w utuleniu. Słońce prześwituje ognistą pomarańczą zza odległej ściany lasu, a mi zdaje się, że słyszę… Jak ona coś nuci. Wsłuchuję. Jest w głowie, lecz jakby odbierało serce. Poznaję! To jest to. Tak dawno nie słyszałem ich śpiewu. A to zjawisko tak rozkoszne, że mógłbyś pozostać w tym słuchaniu całe wieki. Tak bliskie źródła… Głos ma łagodniejszy niż sosna czy topola ciepły, przyjazny, dobry, i tęskny…I tylko sylaby słyszę. Mimo to one nimi tak modulują, że masz wrażenie jakby anioł śpiewał. Coś jakby rozwlekłe, rzewne Miiijaaaaaaa diiiiiiiiiii, i zawsze słyszę w ten sposób. Dlaczego nie ma słów? O czym Ty śpiewasz?

– O nadziei…

Słowny odzew.

– Jakiej?

– Naszej… Dla nas wszystkich. To nasze spotkanie natchnęło mnie nią. I chcę aby inni usłyszeli. Tworzę informację, niech płynie… pieśń innym drzewom najłatwiej odebrać. Powtórzą, przekażą kolejnym. Wolniej tylko to trwa. Dziwiłeś jak to możliwe, że ludzie z drugiego końca świata mówili Ci o drzewach, które wskazały na Ciebie i powiodły do spotkania. Tak to się niesie. Mówiłam, potrafimy posługiwać się informacją. Na wiele sposobów. A słów nie potrzeba w pieśni. Dawniej, gdy pierwsi bardowie zachwycali rzesze oczarowanych słuchaczy, dlaczego? Bo uczucia w głosie przekazywali. I Ty wiesz, że to trafia najbardziej. Zaśpiewaj ze mną… O nadziei dla nas wszystkich.

Ale nie potrafię jeszcze tego zrobić. Trzęsę się tylko cały w płaczu i ściskam mocno. Jak one wszystko wiedzą! Jak niewiele pragną… obserwując las i jego mieszkańców tyle czasu, do jednego dochodzę wniosku. Każda żywa, tworząca istota chce tylko cieszyć się spokojem i wzrastać do pełni. Nie musieć się bać, stworzyć jakąś społeczność, oddać Ziemi potomstwo, godnie zestarzeć…Na pewno nie czyha na nasz dobrobyt. A co robi człowiek? Martwi się o potomstwo wszystkich innych gatunków ‘’żeby nie było za dużo’’, tylko nigdy nie stosuje tej miary do siebie, powielając kolejny już miliard. Dzikim zwierzętom, które mogłyby żyć jak np. dzik około 30 czy jeleń, 20 pozwala przeżyć kilka, po czym strzela. Drzewom zaś określił ‘’najlepszy wiek rębny’’, który nie jest nawet 1/3 ich żywotnych możliwości przetrwania.
To wszystko takie pomylone.

P91119-151555

Gdy tuż przed zachodem słońca brzozowa pieśń cichnie, wręcz siłą odklejam się od niej, podążając polem przy skraju lasu. Chcę jeszcze go obejść nim nastaną ciemności. Trójka płowe śliczności leżących na polu rozwiewa moje plany. Sarny w błogim relaksie wieczoru. Kiedy tak polegują, niełatwo je wypatrzeć. Inna nieopodal zajada się smakowicie, wypinając w moim kierunku lustro białej ‘’dupki’’. Przejścia nie ma. I tak to jest w lesie. Zawsze trzeba być gotowym na zmianę scenariusza. Staję lekko za Dobrą Sosną, tą samą od której pierwszy raz w życiu usłyszałem drzewną pieśń. I ona dygocze radośnie w powitaniu, ja pochłaniam swą uwagę w zwierzętach. Drzemią leniwie. Bycie w lesie. Jak na wiele sposobów można. Założyć słuchawki i przebiec główną drogą. Pohałasować na wybojach rowerem, zaryczeć quadem czy terenówką. Ja wolę tak. I takiej obecności nauczać. Udało się nadejść z kunsztem, nie zbudziwszy czujności aż czwórki zwierzaków. Ale ziemia jest miękka po deszczu. I gdy tak rozmyślam, dostrzegam nisko nad polem szybującą potężną sylwetkę. Mknie wprost na sarny. Podnoszę szkła lornetki i co widzę – znowu Bielik! Tylko co on próbuje? Przemyka tuż nad zwierzętami, a te podnoszą się raptownie. Jedna podskoczyła. Nie lekceważą go. Pozorowany atak czy próba? Ale że na sarny? Przecież nie dałby rady. Może sprawdza ich reakcję… Ptak mknie wprost na moje stanowisko zbliżając się błyskawicą, wiem że, musiał chyba mnie dostrzec… Potęga drapieżnego dzioba, chce zbadać wszystko co dzieje się w jego królestwie.
Tak. Niemal przed głową ‘’wywija mi orła’’ wymachując łuk szerokim skrzydłem i wzbija nad las. A ja dygocąc z radości obserwuje wszystkie szczegóły wyglądu i upierzenia władcy w lornetce.Do ostatniej chwili jej nie opuszczam. To musiało być z ciekawości… ‘’nieliczny ptak lęgowy’’ jak o nim piszą. Mam farta. Wieszcz ptasiego przesłania. O czym chcesz mi powiedzieć?

I w tej ekscytacji popełniam błąd, nadeptując na gałązkę która pęka z dość głośnym trzaskiem. O nie! To musiały sarny usłyszeć… Spoglądam w ich kierunku, i widzę jak ze skraju lasu właśnie wynurza się kolejna. Za nią następna. Łącznie trzy. Zupełny spokój. Pojmuję co jest grane – one zbliżając się hałasowały subtelnie po swojemu, co tamta musiała słyszeć, a mój trzask zbiegł się z wyskokiem innej. Wszystko wydarza się idealnie… A one. Patrzą w kierunku tej która skubała samotnie. Przewodniczka pląsa do niej lekko. Swobodne susy i już jest obok. Z nią tamte dwie. Widać radość z jaką dołączają do siebie. Jakby nagle odnalazły przyjaciółkę. I już są razem. Stoją, patrzą, skubią… Widoczność dogasa.

Wdrapuję się na zwyżkę pod parasol sosnowego dachu, skąd mam widok na zasypiający już w tajemnicy majestat pól. Może coś jeszcze zobaczę. Raniuszki sadowiące się w koronie sośniny na nocleg, terkocąc ostro wyprawiają mi słuchowisko. Aż się dziwię – o tej porze? Wszkaże raniuszek… I jak taki mięciutki, puchaty delikatny ptaszek, a odzywa się jak brzytwa. Choć miło. Nie przestają, a nasilają wręcz. Powoli zaczynam myśleć, że to może przeze mnie, jestem prawie na szczycie sosny, może mnie widzą. Gromadka ptasząt wydaje z siebie mało melodyjne siiiiiiii, siiiiiiii po czym odlatują. A mi gdzieś w szczycie macha gałązka. Mignęło wrażenie. Odwracam głowę, dostrzegając jeszcze ciemny smyrg. A to, kuna! To na nią musiały wołać czujne maleństwa. Znika tak szybko jak się pojawiła. One potrafią skakać jak wiewióry i wędrować tylko po drzewach.

– Uiiiiiiii! Ueeeeee! Yuuuuuueee, uuuuiiiiiii!

Wybucha mi wysoki wrzask za plecami. Mało nie zlatuję ze zwyżki. Sowia kobieta straszy. Zmieszała swój jazgot tak, że w pierwszej chwili wziąłem za pójdźkę, po chwili pewnym będąc samicy puszczyka. I czego to krzyczysz, po nocach, czatowników straszysz… Tak. Potrafią wylądować na konarze tuż obok, i jedyne co usłyszysz (jeśli) to skrobnięcie pazura na korze. Tej nie widzę. Odzywa się blisko, lecz poza wzrokiem. Wszystko na mnie dziś wrzeszczy…  Ciekawe czy raniuszki ją widziały, a może to ona była obiektem ich niepokoju? Zagadki. Ciemność mości się wygodnie w zakamarkach gęstwin, rozkładając dywany czerni w powłokach szarych tajemnic. Tu wszelkie nieprzepracowane strachy i duchy karmią się potęgą nicości, urastając do miana paniki niekiedy. Mroki wypływają na swobodny spacer. Mnie wypełnia spokój. Są dwa termosy i chlebak z kanapkami, ciepły koc pod zadkiem. W myślach żegnam się z Dobrą Sosną i jej przyjaciółkami jakimś wierszem. Spomiędzy poczochranych szczotek gałęzi, migotają przebłyski pierwszych gwiazd. W kniei przyczaiły się odległe szelesty. Pora rozpocząć nocne czuwanie.