Księżycowe spotkanie z zającami

Gdy srebrny glob nieubłagalnie zmierza do perlistej pełni, zbliża się najlepszy czas leśnych obserwacji. Wie o tym każdy wędrowiec i czatownik. I czeka w tęsknocie duszy na tych kilka wyjątkowych nocy. Czasem zabiera z sobą śmiałków odważnych, którym ciemność i szelesty nie straszne. Na ściernisko docieramy po zachodzie słońca. To taki prezent, bonus i dodatek po całym dniu wędrownym z Drzewami Mocy. Forma relaksu i kolejna odsłona mojego świata. Jest jeszcze widno. Idziemy z gromkim szelestem, a ja wiem, że każde większe zwierzę które dziś tutaj wkroczy, usłyszymy tak samo. Niebo dla odmiany przegląda się dziś w złocistej żółci, przyozdobione granatowymi refleksami chmurzastych pasm. Zasiadka na snopkach i znów wesołe próby ulokowania się na szczycie. Zgrzytliwym ćwierkaniem rozpoczynają przedstawienie wszechobecne nietoperze. Szybują ponad nami, dając popisy zwrotności, zwinności, i opętańczego chaosu. Letni balet zmierzchu. Jaki pocieszny dzwięk. Tak jakby wróbla połączyć z myszą. Trochę nie sprzyja wiatr. Dmie od nas w kierunku lasu. Szybko też wychładza. Oznacza to tylko, że kawałek przed nami pozostanie czysty, a po bokach nadal można spodziewać się zwierzaków. Kilka minut i pojawiają się beztroskie sarnie cienie. Miejsce wybrałem dobre, nieco odsunięte od głównego szlaku zwierzęcych podchodów. Możemy obserwować, sami nie będąc wykryci.

P90810-214522

Czarne maleństwa. Pędzą chwilę i znikają jakby zapadały się pod ziemię. Zaczęły urzędować myszy, główni gospodarze słomianej krainy. One dają sygnał do uczty… Ten moment, kiedy zmrok czai się przed ostatecznym skokiem na świat, gdzie kołaczą resztki dziennej widoczności. Księżycowa latarnia czeka ze srebrem w pogotowiu. Na horyzontach sarny. Wtedy towarzysząca mi dziś Aisza, mówi;

– Tam coś się zbliża, z lewej,

Gdzie? Nie widzę! Mija kilka sekund, nim wzrok który przed chwilą podziwiał zorzę zachodu, zacznie wyłapywać szczegóły w szarości. Oo, są! Biegną slalomem, jeden za drugim. Z tej odległości i przy tej widoczności, jedyna wskazówka dla mnie to sposób poruszania. Wielkość trudno oszacować. W pierwszej chwili nie mam pewności czy to młode dziki lub lisy. Ale ich pląsy. Bardzooo znajome…

Tymczasem tajemnica zatrzymuje się na ciemniejszej smudze zboża, gdzie tracimy ją na minuty z oczu. Wreszcie ruszają wprost na nas…

Teraz wszystko zależy od szczęścia. I naszego zachowania. Chwile w pałającej ciekawości, na bezdechu. Bezruch, byle nie zaszeleścić! I gdy pierwszy mija nas parę kroków przed balotem, pełne rozpoznanie. Widać nawet długaśne uszy. To zające! Przybyły spod lasu aż tutaj. Nawet chyba nie po to żeby jeść, a po prostu się wybrykać. O ile jeden z nich mija nasze stanowisko niefrasobliwie, tak drugi powziął podejrzenie. Nie przekracza niewidzialnej linii. Oba usiadły. Wiem. Teraz spryciarze będą nasłuchiwać ‘’potwierdzenia’’ czyli najmniejszego odgłosu, który utwierdzi je w wątpliwościach. Wtedy się oddalą… A my cierpliwi i hardzi. Chwila trwa… Mija 10 minut. One siedzą, my też. I już tak bardzo się cieszę, wyczuwam radość mojego gościa. Bo pokazuję. To są właśnie Szepty Kniei. Tak powstają opowieści. I jest, jest możliwe ciche współistnienie ludzi i zwierząt tuż obok siebie. Bo przecież to dzikie zające, które unikają człowieka. A jednak zostają z nami tak długo.

P90810-213436

🦉 W ostatniej chwili zniecierpliwienia, odwracam głowę za siebie i dostrzegam w księżycu szybującą sowę pójdźkę. Poznaję po wielkości, mniejsza od puszczyka. Ta robi krąg nad nami wszystkimi i gdzieś opada na niewidoczną ofiarę, czyniąc trochę zamieszania. Rozładowała słomiane napięcie. Wtedy ‘’uszaki’’ się ruszają, rozdzielając w swoje strony. Widać jeszcze przez momenty, jak siedzą z daleka. Powoli dociera do mnie boleśnie, że Puszczyki dziś się nie odezwą. Dzienne ‘’prace leśne’’ ( wyrąb młodych zdrowych sosen ) spowodowały, że sowia rodzina przeniosła się gdzieś daleko. Jeszcze przedwczoraj słuchałem ich pod gwiazdami, w błyskach przechodzącej bokiem dalekiej burzy. Cóż o była za magia…

🦇 Księżyc rozrzedził się w powłokach chmur jak meduza, ale za chwilę wypływa w pełnej krasie, zalewając przestrzeń refleksami chłodnej powłoki. W oddali majaczy się czarna ściana, pełnego jeszcze tajemnic lasu. Nasze czuwanie dobiega końca.

223114_moon-hare

A jeśli i w Tobie dojrzewa odwaga, aby podarować sobie Księżycową Wędrówkę, napisz do mnie na mail czeremcha27@wp.pl. Ustalimy termin i razem wymaszerujemy naszą wędrowną przygodę 🙂

W blasku błyskawicy. Owocowi goście i nocne czuwanie z burzą.

Dziś w mojej leśnej przestrzeni – Witarianie  Przyjeżdżają osoby poznane na Owocowym Festiwalu. Niezwykłe historie kolei żywota. Sławek przez większość życia był zapalonym wędkarzem. Teraz na surowej diecie, z totalną zmianą świadomości, nurkuje i podziwia ryby, które niegdyś łapał. Opowiada mi niestworzone rzeczy, jakie podpatrzył w głębinach! Maleńki ciernik budujący gniazdko ze staraniem w ciemnej toni uruchomił wzruszenie, od tego zaczęło się zrozumienie i osobista przemiana. Że ryby, to istoty, których codzienne życie i sprawy niezbyt odbiegają od naszych spraw. Fascynujące, delikatne, mądre. Mówi mi o ich charakterach i ciekawości. Jak grupa linów podpływała aby przyjrzeć się nurkom. O szczupaku, który podpłynął i którego głaskali z kolegą, a on wyprężał grzbiet pod dłonią, jakby mu się podobało  Wiedzieliście, że karpie na dnie stawu wykopują sobie muliste doły w których lubią wypoczywać, i urządzają sobie takie ‘’łazienki’’ miejsce z wystającą gałęzią, aby się o nią ocierać i drapać? Zupełnie jak dziki  Chłonę tajemnice głębin ze słów mojego gościa. Kosmos zagadek, dostępny w skafandrze na wyciągnięcie ręki. A tymczasem Przyroda nam dopisuje…

Zaraz po wyjściu z auta widzimy w jęczmieniu sarnę. I wszystko dzieje się w ciągu jakichś 10 minut… Na przyleśnej dróżce obok rzepaku wynurza się łania, ta obserwuje nas długo, ani drgniemy. Wreszcie wchodzi spokojnie do lasu. Robimy kilka kroków, kiedy znowuż z rzepaku pojawia się czarny kształt. Młody dzik, wycinek, samotny. On nawet nie ucieka. Rzepak raptem cichnie – jakby zwierz się położył. Boso przechodzimy tuż obok niego. Kolejny szelest. Na ścieżkę wychodzi nam borsuk. I znów pogrążamy się w bezruchu, patrząc jak grubasek kręci się i węszy. Szturmują nas zaciekłe komary. Co tu się dziś dzieje! Pierwsze kroki pod lasem, a pojawia się tyle zwierząt. Pamiętam jak pytałem przed wyprawą drzew gdzie się udać, i usilnie wołały tutejsze brzozy. Widać przygotowały nam niespodzianki. Wdzięczność  Trzeba być naprawdę cicho. Szybko mówimy już tylko szeptem, nie chcąc przeszkadzać świątyni tutejszych mieszkańców.

P90611-043127

Ciepło, cieplutko… Całą noc spędzam boso. Przygląda się nam połówka wzbierającego księżyca. Pełnia za kilka dni. Na łące się rozstajemy. Bo za moment zwierzęta zaczną tutaj buszować własnym rytmem. Każdy do swojej czatowni, gdzie osobno spędzamy krótką nockę, zatopieni w ciszy swoich procesów. Frywolne nietoperze wirują wytrwale podlatując tuż do twarzy, albo przenikając w pędzie między belkami ambony. Pomocni towarzysze, nocni łowcy i żywe środki komarobójcze. Dobrze poddać się ich opiece. Owady dokuczają znacznie mniej. Czas oswajać z bladym mrokiem. Czerwcowe Białe Noce parują zapachem dusznego siana i orzeźwiającej wody, kiedy zaciąga chłodem z nad bagna. Tu ‘’piłują ciszę’’ nocni mistrzowie ptasi. Słowik, rokitniczka, łozówka, i monotonny świerszczak. Tylko bąka jakoś brak… bez niego, to nie to. Niespodziane wabienia sikorze i szczebioty jaskółek, to sprawka naśladowców – rokitniczki i łozówki. Ale one potrafią wpleść w swój repertuar chyba każdy zasłyszany głos. Trochę jak papużki faliste. Rozróżniam jeszcze jeden szeleszczący śpiew. Chwila skojarzenia – tak, to strumieniówka! Kolejny niepozorny maleńki śpiewak bagienny. Zawsze kiedy słyszę takie ptaszki, chce mi się śmiać. No bo jak to tak – otwierać gardziołko przez tyle godzin, żeby wydawać z siebie tak nużący, jednostajny dzwięk? Przysłuchuję się strumieniówce. I dochodzę do wniosku, że jej śpiew wybrzmiewa tutaj w idealnej harmonii z otoczeniem. Jakby ktoś pocierał szorstko suche źdźbła trzcin. Ona w nich mieszka, jest przesiąknięta szuwarami na wskroś. Może w ten sposób składa hołd roślinie, z którą na wieki splotła swe istnienie? Mistyka rozważań.
Coś pluska z gromem rozgłosu. Jakby z nieba spadł kamień na wodę. Aż drgam. Pewnie skoczyła jakaś wielka ryba. Bagno odpowiada niepokojem. Mamrocze sennie żuraw i chrypi czapla. Rozwrzeszczało się kilka kozłów saren ukrytych w okolicy.

Błyska się. Cichutko podzwaniają polne świerszcze. Ta noc naprawdę czaruje… przez kolejne godziny podziwiamy oboje formującą się burzę. Jej pomarańczowe jądro rozświetla się co kilka sekund, w kłębach burych chmur. Wygląda złowieszczo, ale i zachwyca. Na ziemię spływają stroboskopowe fale światła. Pod czatownią rozrabia niezgrabny borsuk. Potrafią nahałasować. Za chwilę przez sianokos drepta jenot. Żadne z większych zwierząt nie odważyło się dziś wyjść na świeży pokos. Zbyt gwałtowna zmiana. Ale szary nocny wędrowiec ma to gdzieś. Węszy i rozkopuje trawę. Kwik niedalekich dzików, chyba się pogryzły. Dziś mgieł nie będzie. Nie ma nawet rosy. Energia błyskającego żywiołu pochłania w siebie całą dostępną wilgoć. Szarzeje świt…

P90611-050811

Nadchodzi w rozbłyskach. Wymija nas bokiem. Ptaki nic sobie z tego nie robią, skowronki zaczynają nucić jakby nigdy nic. Robi się widno. Bure smugi sunące tuż przy ziemi. Lisie rodzeństwo… Widać, że nie są jeszcze wyrośnięte. Bawią się i dokazują na dróżce. Skoki, zaczepki, uniki! Jak to dobrze weselić się w świecie. Wyszły z pobliskiego stogu. Szybko się rozjaśnia. W ptasim zegarze wybijają kolejne pory. Za chwilę słychać już drozda, kosa, szpaki, rudziki – koncertuje cały leśny chór. Dostojne żurawie szybują z majestatem gdzieś na śniadanie wśród łąk. My rozmawiamy pod brzozami. Opowiadam o ich sennych marzeniach i tęsknotach. O czym mi kiedyś wyśpiewały

W pamięci Ziemi, 
Starszej niż czas,

Rósł tutaj niegdyś, 
Wspaniały las.

Pełen był mocy, 
Zachwycał potęgą,

Niemal świat cały,
Otulał wstęgą.

Do niego wracamy,
Jego wspominamy,

Z nim jednoczymy,
I o nim śnimy.

I pracujemy, wciąż razem w pokorze, 
Tęskniąc do tego, co wrócić nie może.

Ujrzyj go teraz, ten bór pradawny, 
Niech Ci ukaże, nasz sen się jawny.”

W jednym z wiszących liści uśpiły się trzy maleńkie muszki. Wyglądają tak słodko. Drzewa co i raz wtrącają się z liśćmi, które lądują bezszelestnie gdzieś obok nas. W pewnym momencie zauważam. Kozła sarny, który żuje, stoi, i gapi się na nas jakby nigdy nic. A przecież cały czas rozmawialiśmy normalnym głosem! Nie wiem jak długo nas słuchał. Odruchowo wskazują nań ręką by pokazać Sławkowi, wtedy zwierz umyka chrypiąc. Czyli – dopóki żeśmy nie zwracali na niego uwagi, i on nie czuł się zagrożony. Darzą nas zwierzęta zaskoczeniem swojej mądrości. Poranek targa ciepłym wiatrem, gdy sunąca burza przemyka obok. I nikt nie ma ochoty wracać…

Bohaterka gawędy: Strumieniówka

⚡️ A jeśli i Ty masz ochotę na podobną leśną przygodę, pisz, pytaj  Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść. Szczegóły w całorocznym wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody 

 

Księżycowe Kwiaty. Pełnia czujnych jeleni.

Dawno nie było tak pięknej pogody. Za dnia ciepło i niebiesko, a nocą… delikatny chłód, jasny księżyc i kryształowa widoczność. Szczęście nocnego wędrowca. Wyprawy stały się coraz dłuższe. Powinienem wiele pisać, a tymczasem nie mogę wysiedzieć w domu. Ruszam zwykle około godziny 16-17, a wracam po 3 nad ranem. I tak przez kilka dni. Być w przyrodzie tyle czasu…to dostrzegać więcej. Aksamitne kwiaty żółtej złoci i mniszka kulą się z zimna i ciemności przy nadejściu wieczoru. Zamykają. Trwa integracja z ‘’nowymi’’ sarnami na łące. I królikami. Trzeba odpowiednio czasu poświęcić, aby się do Ciebie przekonały. Choć i tak nie podejdą blisko. Wtedy pojawia się, może jeszcze nie bliskość, a coś co określiłbym mianem olewczej komitywy. Choć nie jestem tak czujny jak żuraw, i nie wrzeszczę jak sójka, mam wrażenie, że one czują się ze mną bezpieczniej. Na zasadzie, jest ‘’nasz’’ człowiek, więc inny dziś tu nie się nie czai. Wiedzą chyba, że niczego od nich nie chcę, poza tym, aby były i zachowywały się swobodnie. Ja wdzięczny i szczęśliwy, one łagodnie obojętne. Zauważyłem, że zwiększa się wtedy ich ‘’próg tolerancji’’ na obcy hałas, wywołany np. szelestem ubrania. Długo potrafią nie reagować, gdy znają jego źródło. Ot, siedzi sobie jakiś tam krasnal, wierci, ale grzeczny jest, to mu pozwolimy być z nami. Siedzimy tedy godzinami w słońcu. Ważne, aby być tu przed nimi. Wtedy, gdy wyglądają z zarośli przed wyjściem na widok, mogą się z Twoją obecnością oswoić. Dziś jednak, kiedy pojawia się pierwszy kozioł, cicho zmykam – saren mi na ostatnie dni dość. A nie chcę ich niepokoić, kiedy wylezie więcej. Czerwonym wieczorem przenoszę się do nadrzecznego łęgu, który tak obiecująco wygląda od środka. Błota, powalone drzewa, rozlewiska i tropy. Może być ciekawie.

17862548_1270716659642894_6484943921228570736_n

Bo tu natura szepcze o tym co ma w zanadrzu najpiękniejszego – nieokiełznanej dzikości. Dawne ślady wycinek ludzkich zarosły. Chram się uczynił, tylko dla zwierząt łatwy w dostępie..Takiej gimnastyki podczas krótkiego marszu jeszcze nie miałem – pochyły, skoki na kępach, zapadanie w mule, ukłony, kucanie, czołganie, wspinaczka górą przez kłody. Chcesz widoku i piękna – spoć się najpierw. Wreszcie docieram do drzewnego cmentarzyska topól i olch. Leżą już długo powalone. Idealne miejsce do obserwacji. Żaden zwierz nie będzie tu wchodził, ścieżki dotąd nie prowadzą. Widać za to doskonale. Ptasie pieśni malują ciszę muzyką. Drobni soliści. Rudzik, strzyżyk, pierwiosnek, szpaki. Nagle, myrg! Mały cień czmychnął. Przywidziało mi się? Minuty mojego bezruchu. I ukazuje się. Brązowa nornica, biega po kłodach. Śmiga jak duch. Cieszę się! Mimo, że zwierzątko małe i pospolite, nie widuję ich tak często. Do zagajnika ściągają z łąk pierwsze sarny, będą chyba się kąpać. Nieopodal lądują kaczki na nocleg. A ja czuję… że ta przestrzeń jakoś mnie stąd wyprasza. Jakby nie chciała zdradzać mi wszystkich swoich sekretów. Ból głowy… Czasem właśnie tak jest. Mają drzewa swoje powody i sprawy. Miejsce jest dla nich święte. Prawie nie odwiedzane. I tak ma pozostać. Choć spomiędzy olch spogląda już na mnie malowniczy księżyc, podejmuję powrót. To najlepszy moment. Po ciemku będzie to niemożliwe. Żegnajcie… może kiedyś będę godzien. A jeśli nie, przyjmuję.

O fizjologii wędrówek nie powinno się pisać, ale jak tu nie napisać, kiedy harcujący po łące królik zatrzymuje się i bada miejsce Twojego siusiu. A uważa się, że ten zapach szczególnie odstrasza zwierzęta. Ja mam obserwacje prawie odwrotne. Tak samo było z dzikiem i sarnami. A szarak… kica po moim śladzie w moim kierunku. Pewny siebie. Ja nieruchomo i bez oddechu. On skrobie po jakimś drewnie które się napatoczyło. Ding, hop, skik… metr przede mną wymija mnie małym łukiem, jakby był niczym więcej, niż słupem drogowym. W księżycowym srebrze widać go dobrze. Że też im nie jest zimno w tej mokrej trawie brodzić.

Ols, ten sam w którym spotkałem starego odyńca, przy księżycu cudowny jest jak baśń. Dopiero dostrzegam pełnię jego czaru. Białawe prześwity, ciche pluski nie wiadomo czego i cienie ogromnych wykrotów. Pobudzają wyobraznię. Ale nie boję się. Mam poczucie, że choćby ukazały mi się na raz wszystkie duchy tego lasu, uśmiechnąłbym się tylko. Nie potrafię zrobić kroku… przeglądam się w księżycowej wodzie. W niej zapisała się pamięć świata.

– Hej Olszyny, w bród zalane, opowiedzcie, co mi dane… 
– Cichy wędrowcze nasz witaj, o co chcesz, poproś, pytaj…

I niby wracam, a dzieje się. Na dróżce pod lasem czekała na mnie rodzinka dzików. Locha z małymi. Znów nie usłyszały rowera, a ja zdążyłem zatrzymać się w porę. I obserwuję… ‘’postęp drogowych prac leśnych’’ w wykonaniu dziczej mamy. Tak troskliwie… pomaga maluchom w samodzielnej buchcie. Tego się uczą. Błogosławię w duchu tym mądrym, pożytecznym stworzeniom. Dziękuję za to, co dla nas robią. Tak niedoceniane… tak prześladowane… A przecież bogactwo tej krótkiej chwili. To szczęście. Zostanie już ze mną na zawsze. Nigdy się nie znudzą. Chrumkające, dobrotliwe gapcie. Po chwili cała rodzinka biegnie już stronę trzcinowisk, gdzie lądują w pluskach. Przed nimi długa noc psot. Kilkanaście kroków i ukosem na polu wyłania się nowa niespodzianka. Sylwetki. Zbliżam się powoli. Pewnie to sarny. I mimo, że nie da się tu podążać najciszej, one nie reagują. Bliżej poznaję – to grupa jeleni! Zawsze ta ich wielkość… wieje majestatem. Pochylają się skubiąc roślinność na ugorze. Myślę, że działa tu trochę taki mechanizm. W swoim nocnym świecie, tak bardzo nie spodziewają się nikogo, że nie reagują na wiele bodzców. Widok – raj. Podłużne nieco łby, i dostojeństwo ruchów. Sarna porusza się śmiesznie ‘’pająkowato’’. One zachowują godność. Stoję tak długo, aż nie schodzą same do lasu. Finalnie mój powrót opóźnił się o dwie godziny. Warto było…

Drugą noc poświęcam drzewom. Pełnia Księżyca to takie ich święto, podczas którego bardzo są aktywne i emanują pełnią głębi swej uzdrawiającej energii. Las zachowuje się jak żywy. Nagłe szumy, jęki, westchnienia i trzaski w koronach. – I pełnia Wiosny przyjacielu nadeszła? Dziś z Krzesimirem chyba po raz pierwszy mówimy jednym głosem. Dziękujemy oboje Stwórcy. Za swoją znajomość i wszystko co dzięki niej się przejawiło. Przytulamy się. Nie potrafię aż wyrazić… Dokąd mnie Dąb zaprowadził? Pyta o wiele rzeczy. Lubię tak przychodzić w środku nocy. Mamy wtedy taką swobodę. Mogę mówić mu na głos i w pełni wszystko spontanicznie wyrażać. Razem zaczynamy nucić ich mruczącą Pieśń sił Ziemi. A potem, kiedy staruszek zaczyna szumieć koroną zaczynają się bose tańce intencji na pobliskim polu. Wyraża się Duch Swobody… Brzozy zaczynają kaskadą się z nas śmiać, a ja cieszę się, że mogę uczestniczyć w ich Księżycowym, wiosennym Święcie.

– Już majaczy coś dąb stary, a czeremcha czyni czary…

Goni za mną echo brzozowych dowcipów.

Enchanting fairy forest opening at night and full moon, 3d render illustration

🌙 Trzecia noc Wędrowna

Bagna zaczynają powoli wołać odgłosami maja. Już krzyczą wodniki. Przyleciały też pierwsze rokitniczki, i te paplają bełkotem swego naśladowniczego chaosu.

– Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

Świerszczak – kolejny ptaszek – duch, terkocze swą wieczną, monotonną kołysankę.
W ciemnościach, czają się różne niepokoje. A to bóbr skrobie, jenot szeleści, wydra grasuje, albo zachroboczą dziki zbudzone w ostoi. Czasem przedziera się jeleń. W nozdrza wnika ciężki aromat dojrzałej wody. Chłód, ziąb, mgły, dotykają raz po raz, sprawdzając Twoją wytrwałość. Być tu – to niekiedy zmierzyć się z wszystkim, czego dotąd się bałeś. Czujny żuraw stróżuje nawet nocą. Gdy coś zbyt blisko poruszy się niewidoczne, następuje alarm. Czasem włączają się do tego lamentu kaczki i gęsi. Noc wśród rozlewisk, takim właśnie zapowiada się urokiem. Przerywana krzykami, tajemniczymi dzwiękami, toczy swój żywot, skryta od ciekawości ludzkiej. W bogactwie odgłosów, każda noc notuje w przestrzeni jedyną taką opowieść. Tu przysiądziesz o zmierzchu, a zaraz świt różowy nadchodzi. Niepamięć istnienia.
Było już po zachodzie słońca. Ptactwo sfrunęło się pożegnać. Księżycowe śpiewy drozdów, trwały w nadchodzącej ciemnicy… Wcześniej lis myszkował, a obok sarnie cienie pasą. Kuna szelesci i przeszukuje zmurszale wierzby. A bagienna magia dopiero nabiera blasku. Srebrzy się poświata. Tańczą mroki, a z nimi pojedyncze nietoperze.
Jest dużo cieplej. Widoczność kryształowa. Na odległym polu widać chwiejne, wielkie sylwetki jeleni. Zaufały ciemności. Żurawie z szumem potęgi przelatują nisko. Czasem krzyknie sowa pójdźka. Siedziałem wtedy w czatowni. Czerwony księżyc w pełni wznosił się łagodnie nad bagnem, kiedy usłyszałem delikatny szelest. Stąpnięcie. Raz, drugi. ‘’Pewnie sarny znów idą – wyjdą tędy jak wczoraj ‘’ – pomyślałem. Kiedy jednak do skrętu szyi obróciłem głowę, oczom moim ukazał się… mały płowy książę. Młody jeleń – szpicak, bo i widzę dwa podłużne widełki wystające mu z głowy. Zamieram zastygły w napięciu, bo przecież jeleń do nie przelewki, po trzykroć bardziej czujny niż sarna. Futro ma wyleniałe, zmierzwione, dopiero pewnie nakłada letnie. Naprężenie znika wnet, kiedy obserwuję, jak płowiec po prostu zaczyna żreć kwiatuszki, którymi tak się zachwycam. Widzę, jak zagarnia wargami. To cud, że mnie nie wyczuł… Jednak, często mi się tak zdarza. Brązowa sylwetka momentami rozlewa się z pniami. Zajada. W którymś momencie jego czarne oczko patrzy wprost na mnie – i albo jego mózg nie rejestruje mojego kształtu, albo ‘’jelonek’’ wie, i olewa. Ja widzę go po raz pierwszy. Ale może i on widział mnie już nie raz, podczas bosych marszów, czuwań i włóczenia się w jego świecie?

I kiedy myślałem, że cicho odszedł, wychynął jeszcze o widoku na łąkę. Tu gamoń zaregował strachem na podążającą z drugiej strony sarnę. Przeszedł ją całą, aż bezgłośnie wniknął w szuwary. I znowu nauczyłem się czegoś nowego – miałem okazję obserwować odmienny sposób poruszania się obu zwierząt, tak podobnych, a jakże inny. W sercu i duszy krzyczało jedno:

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ…

Późnym wieczorem na pobliskie pole wjechał ciągnik. Moja irytacja narasta… Ze wszystkiego, najbardziej lubię ciszę i spokój, zwłaszcza w leśnych światach. Obserwuję dwa jelenie i sarny skubiące na łące. O dziwo – mają to gdzieś. Pasą się w najlepsze. Rolnik jezdzi i świeci. Wiem po co – trzeba w ten sposób pilnować zasiewu kukurydzy. Przed dzikami. Też logika – uprawiaj kukurydzę bez żadnej osłony, 200 metrów od trzcin i barłogów. I pewnie miej pretensje do dzików przy okazji. W tym roku pospieszyli się z tym. Ten spokój i wyrozumiałość zwierząt, przechodzi i na mnie. Skoro im nie przeszkadza, to ja mam się denerwować?

Długo pohukiwał wytrwały Puszczyk, głosząc tęsknotę i gotowość za partnerką. Z głębi lasu zachrypił kozioł – ten z kolei dawał wyraz swoim niepokojom. Do świtu jeszcze daleko..

10330510_662173047163928_6760164185671994744_n

Bohaterowie gawędy:  Świerszczak

Rokitniczka:


Księżycowy marsz jeleni. Noc Sów. Samotność warchlaka.

Gdy zbliżam się do skraju lasu, wieczór odpływa w objęcia zmierzchu. Z pól schodzą chyłkiem jakieś zwierzęta, na tyle skrycie, szybko i daleko, że nie rozróżniam z tej odległości, czy to dziki, czy może jelenie. Jedna z saren stoi niemrawo na dróżce, z głową pochyloną w dół. Nad czymś rozmyśla. Albo nasłuchuje. Zdecydować nie może. Lepiej do lasu, czy z powrotem ku polom? Trwa w zawieszeniu. A ja się niecierpliwię. Już powinienem być na stanowisku. Bo sztuką i dobrym obyczajem leśnym jest pojawienie się, zanim zwierzęta rozpoczną sprawy wieczornego żerowania. Nie muszę wówczas poruszać się aż tak ostrożnie z czujnym wzrokiem na najmniejsze przejawy życia wokół. Mogę w spokoju się rozgościć i wybrać dobre miejsce. Tymczasem mrocznieje . Kilka minut chodu i jestem już w czatowni, rozbierając się nieco. Tak trzeba. Aby ciepło odparowało, nie osadzając się wilgocią na koszulce. Sucha odzież, to gwarant udanego czuwania. Oprócz tego, jeszcze przebrać wstępnie na noc. Wstępnie, bo temperatura wieczoru w porównaniu z nocą różnić się może nawet o kilkanaście stopni. Ciepło ciała z jazdy rowerem i marszu, starcza w moim przypadku na jakieś 40 minut. Zdejmuję buty i zakładam grube, puchate skarpety, świąteczny prezent. Okazują się lepiej trzymać ciepełko na mrozie, niż każde obuwie którego próbowałem. Przede mną dogasa w zorzy widok na raj – rozległe bagno, kraina trzcin, gąszcze wierzb i cmentarzysko martwych olszy. Przed nimi łąka z buchtowiskiem, a za moimi plecami mieszany las. Tu szczególnie kipi bogactwo ptasie. Bo w jednym miejscu usłyszeć można ptaki przestrzeni i pól, skryte gatunki leśne, i tajemniczych gości bagiennego świata. Srebrzyście dzwonią rudziki, a popisuje się fletami drozd śpiewak. Trznadle. W szuwarach terkoczą perkozy. Dzienni śpiewacy powoli kończą, za chwilę…
Pierwsze zaskoczenie.

druk_cyfrowy-zwierzęta-pełnia-FT2180A_9A

Przebieram się szeleszcząc, bez zachowania szczególnej ciszy, zostawiając sobie jeszcze na krytyczny moment polar i ocieplane spodnie. Kiedy dostrzegam gnającego przez polanę dzika. Locha. Bo za nią podskakują w pędzie ‘’kluski’’ maleńkich warchlaków. Śmieję się w duchu. To nie tak ma być! Przecież jeszcze nie zacząłem obserwacji, i nawet nie zdążyłem usiąść w ciszy, nie mówiąc o jej zachowaniu. Nie jestem gotów. Zaczekajcie! Ale tak to tu jest… Zawsze trzeba być gotowym. Dziki przedzierając się przez trzciny hałasują tak, że poza sobą świata nie słyszą. To jedyne wytłumaczenie. Podziwiam jak dzicza rodzinka wnika w las, zostawiając mnie osłupionego z echem swojego chrzęstu. Pierwszy zachwyt. Dlatego to takie dobre miejsce. Każde zwierzę ‘’musi’’ wyjść właśnie tędy, jeśli chce podążyć ku polom. Niewielka łąka obfituje w smakowite pędraki, kawałek przestrzeni, a za nią bezpieczny las. Jego bliskość zachęca zwierzęta do wyjścia. Jest naturalną osłoną, skąd mogą potem wyglądać na pole, samemu pozostając ukryte przed obserwatorem.

Choć widok dogasa w mroku, tu gwar nie kończy się nigdy. Nisko, z majestatem dostojnym szumu przelatują żurawie. Te jeszcze szukają miejsca na nocleg. Są tak bliziutko, że widzę jak ptak kręci nieznacznie głową podczas lotu. Czujny strażnik tego świata, jednak nie dostrzega mnie już. Szuwary zanurzone pozostają w misterium chrzęstów i trzasków. Cały czas coś tam chodzi. To właśnie urok tego świata. Napięcie z ciekawością szybuje jak szalona sinusoida, bo nie masz pewności, co też za moment pokaże się na widoku. Dzik, sarna, jeleń, jenot, a może i łoś mocarny? Tajemnica. Kaczki wyzywają jak wściekłe. Chciałyby pospać, jednak wytracają je ze spokoju odgłosy buszowania zwierzęcych mieszkańców ostoi. Wtórują im zaniepokojone łyski, piłując jeszcze ten chaos odgłosem gwoździa. Do chóru dokładają perkozy, gęsi i jeszcze inne, nieznane mi ptactwo. Stada kolejnych kaczek przemykają świszcząc. Tak będzie tu niemal do rana… A z dnia na dzień, tylko coraz głośniej. Za około 2 tygodnie zaczną żaby i ropuchy, potem szuwary odezwą pieśnią maleńkich niepozornych mieszkańców: trzcinniczków, łozówek, rokitniczek, brzęczek, świerszczaków. Na 2-3 miesiące to one staną się tłem, osobliwym duchem tego świata. Koroną śpiewu poniosą szarobure słowiki. Jeszcze trochę…

23762216_dwie_kaczki_krzyzowki

Kacze wrzaski, to dla mnie orientacyjny znak, skąd mogę spodziewać się zwierzęcej wizyty. Przekorna myśl. Mówi się, że człowiek płoszy, ale co powiedzieć na te wszystkie jelenie, dziki i bobry nie dające ptactwu się wyspać? Obserwuję te krnąbrne myśli z uciechą. Zabawy umysłu. Kaczkę natura przystosowała do swojego świata równie wygodnie. Potrafi ona spać ‘’połową mózgu’’. W rzeczy samej. Kiedy jego jedna połowa śpi, druga czuwa, w każdej chwili trzymając pierzaste ciało w gotowości do ucieczki i wzlotu. To co wydaje się zdumiewającym fenomenem, dla krzyżówki jest czymś naturalnym. Zastanawiam się tylko, czy ten mechanizm dzieje się również wtedy, kiedy one tak kwaczą. Ta cecha, to niezbędnik w jej świecie. Bo w każdej chwili spodziewać się można polującego lisa, jenota, dawniej nawet suma spod wody, a i dzik nie pogardzi mniej czujną czy ranną. Amatorów na opierzony kuper znajdzie się wielu.

Wreszcie… zza ostatnich chmur wyłania się księżycowy latarnik. Oświetla zanurzoną w nocy polanę odwiecznym srebrem zapomnianych krain. Czar, dzikość, świętość, i boskie piękno w jednym. Moje ulubione chwile. W takich momentach czuję wielkie szczęście duszy. Zamglony, rozmarzony, zanurzony… nieznane chwiejne plamy płowego cienia, wracają mnie do większej trzeźwości. Tam stoją jakieś zwierzęta. Dużo. Idą przez łąkę. Wielkie jak konie. A przynajmniej takie mi się wtedy wydają. To mogą być tylko jelenie. Poznaję również nie tylko po kolorze, wielkości, ale i innym kroku. Musiały stać tam wiele minut. Wyszły tak cicho! Kunszt. Jak to dobrze, że się nie poruszyłem mocniej przez ten czas. Poza wilkiem i rysiem, nie ma chyba bardziej czujnego i ostrożnego zwierzęcia niż jeleń. Ich węch jest jeszcze bardziej czuły, niż najlepszego psa myśliwskiego. Nastawiając się na ich obserwację, trzeba zadbać o wiatr i kamuflaż zapachowy. Czego nie zrobiłem, bo i nie spodziewałem ich się tu dzisiaj. Nie aż tylu. A one, już idą. Gęsiego, jeden za drugim. Chcą przejść na drugą stronę łąki, i dalej pewnie w las, skąd na pole rzepaku jeden krok. Grupa jest dziwnie mieszana. W oczy rzuca się ‘’rosohaty’’ byk, który idzie jako drugi. Przesuwają się jak szare zjawy – na wprost mnie i czatowni. Spoglądam z góry. Liczę je. Około dwadzieścia. Szurają w trawie kopytka. Ani drgnę. Spowolniłem, spłyciłem oddech. Wiem, że teraz wszystko zależy od szczęścia. Wystarczy maleńki powiew wiatru… Na chwilę zatrzymują się. I już wiem, że one wiedzą. Widzieć nie muszą, ale zapach. Dostrzegam, że druga mniejsza grupka nadal została na łące, jakby wahały się czy iść za resztą chmary.

– Puhhhuuuu! Huuu, huuuuu huuuu! 

Nawołuje tajemniczo niedaleki Puszczyk. Rozkręca się i nie przestaje. Głos jego przypomina starą parową ‘’ciuchcię’’. Rozkwitam w pełni uśmiechu. Ależ moc. Co za magia! Dostrzec ją w sekundzie. I przenosisz się w czas pradawny, dziki, dla wielu niedostępny i nieistniejący nawet. Tu parę metrów jelenie w srebrze księżycowej poświaty, hałasujące dziki i kaczory, a teraz zew sowy. Dziękuję w sercu każdemu ze zwierzęcych braci za ten dar – czar. Obfita chwila. Sennie, głucho odzywają się wybudzone żurawie. Po chwili badawczego, niepewnego postoju grupa rusza szybciej. Odbiegają truchtem i znikają gdzieś w lesie. Ehh…
Ale życie nie kończy się. Ledwo znika hałas po jeleniach, słyszę jak ‘’bekają’’ dziki. Nadchodzą głośno, pewne bezpieczeństwa wśród opiekuńczych trzcin. Kwiki, jakby z sobą walczyły. Kotłowanina. Pogłos i trzask narasta. Są tuż. Czarne plamy wybiegają na łąkę z łoskotem, a ja już przestaję temu dziwić. Są przecież u siebie. Mimo, że dziki mają węch równie sprawny jak jelenie, przez nie wykrycia się nie boję. Takie trochę gapcie z nich, zainteresowane głównie jedzeniem, kąpielą błotną i niechlujnym hałasowaniem. Obserwuję jak kręcą się pospiesznie tu i tam, mocą silnego ryja przekopujące pierwszą wiosenną młodzież trawną. Widok kryształowy, księżycowy. Baśń nocna. Długo nie zostają. Tu jest już tak zbuchtowane, do wszelkiej możliwości.

10143536865_538ccde880_b

Długo słucham Puszczyka, który tak niespodzianie ubogacił mi czas czuwania. Drugie, coś mu odpowiada kwicząco. Pewnie samiczka. Ten okres w marcu, to właśnie pora, kiedy sowy zaczynają zachowania godowe. W całej Polsce lokalnie organizowane są ‘’noce sów’’, gdzie grupy  ich miłośników  również wysiadują w ciemnościach, zachwycając się nawoływaniami ptasich drapieżców cienia. Warto wybrać się spokojną księżycową porą. Ja upatrzyłem sobie kilka miejsc z grupami starych dziuplastych wierzb i innych starodrzewi, mam zamiar usłyszeć jeszcze pójdźkę i uszatkę. Kaczki znowu rozkręcają swoje narzekania kaskadą, a ja słyszę jak coś pospiesznie zbliża się w mroku.

– Plum, plum, plum, plusk!

Powtarza z impetem. Jeszcze jeden chrzęst i wybiega wielka locha. Darń ocukrzona dywanikiem delikatnego przymrozku. Te pluski to również echo dzików, kiedy w pędzie skakały przez rozlany po brzegi rów. Za nią sznurem pomyka korowód kilku maluchów. To już druga tej nocy. Biegną wytrwale przez przestrzeń, kierując na rozległe kukurydziane ściernisko. A ja tonę w powodzi zachwytu. Nie mogę się nadziwić – jakie one są odporne. Taki ziąb, a maluchy skaczą wytrwale za matką w głęboką lodowatą wodę, i to nie raz podczas jednej żerowej nocy. Od małego pełen hart.

Zimno. Przyjaciel i towarzysz każdego wędrowca – czatownika. Możesz być pewien, że się zjawi, prędzej czy później. Niesie zawsze jedną wiadomość. Pyta. Sprawdza. Zmierzymy się? Jak długo wytrwasz, wygnańcu? ‘’Nie dzisiaj mój drogi…’’ Nakładam awaryjny polar i puchate spodnie. Teraz, choć przypominam grubego bałwana, odzież mam wyciszoną z większości szelestów. A to ważne… Przekonałem się nie raz, że nawet sarna z kilku kroków potrafi usłyszeć jak trzaska / chrupie Ci kość w ciele. Swoje tu wysiedziałem. I tyle wrażeń, wystarczy. Czas się przejść po skrajach pól, gdzie mogę mieć daleki widok i w porę wypatrzyć zwierzęcych biesiadników. Jeszcze łyki gorącej herbaty i mała kanapka. Ruszam w krainę srebrnego blasku i mrozu.

Pod topolową aleją przystaję znów na moment. Tu na polu rzepaku horyzont jest doskonały, nawet bez księżyca widać zawsze sylwetki zwierząt. Każde które, wyłoni się z tajemnicy bagien i przejdzie przez las, wychodzi właśnie tutaj. Rozpoznaję grupę kilku saren w oddali. Pasą się spokojnie. Już mi ciepło. Postoję, posiedzę, popatrzę. Jęczy i nawołuje pójdzka – zastąpiła puszczyka. Jakże odmienny zew. Wracać się nie chce. Tyle wspomnień… Dokładnie tutaj stałem we wrześniu, słuchają ryczącego w kukurydzy byka. A ubywający, stary, złocisty księżyc zachodził za drzewami. Popijam znów herbatę obsługując termos wcale bez ciszy, kiedy coś zasuwa powoli w moim kierunku. Hop – człap. Myk. Jest! Rozpoznaję królika. Ale czemu do mnie idzie, skoro musiał mnie słyszeć? Choć umysł się dziwi, serce swoje wie. Kiedy kochasz naturę, ona po prostu obdarowuje, coraz piękniejszymi i bogatszymi chwilami. Krzepię wyziębione gardło herbatą, a on siada na chwilę tuż obok. Podziwiam odcinające się uszy. Jak wtedy, ten lis przy jesionie – pamiętam. Jedność. W takich chwilach cieszę się i wzruszam najbardziej. Można tu być, nie przeszkadzając. Ani trochę się nie wystraszył. Pozdrawiam go w duszy z podziękowaniem, a on człapie dalej w pole. Dziś dla niego człowiek przyniósł ciekawość i bezpieczeństwo. I chciałbym aby było tak zawsze…

5R984-1986

Samotny warchlak. Drugi wieczór wędrowny.

Dzisiaj przybywam o godzinę wcześniej, nauczony wczorajszą lekcją. Chcę zająć miejsce, zanim ruszą się zwierzęta. Ze skraju lasu podnosi się królik, i oddala kilka skoków. Pod drzewem staje słupka i bada mnie ciekawsko. Dalej nie ucieka. To na pewno ten sam z wczoraj. Witaj króliczy bracie! Jego zachowanie po prostu mnie wzrusza. Ja również przystaję z rowerem, bo mam wrażenie deja vu. Znów na dróżce daleko stoi sarna. Głowa tak samo opuszczona. I to wyczuwalne zamyślenie, zawieszenie. Może chora lub stara? Nie dowiem się. Czekam aż przejdzie. Królik siedzi. Chcę lepiej dziś schować rower, bo jednak ostatnio widziałem, że ktoś przy nim się zatrzymał i próbował majstrować. I gdy zbliżam się do starego snopka słomy porzuconego przy rowie, w słuch uderza niespodziane Chrummm! Ale jakże inne. Z balotu wyskakuje rudo – brązowy warchlak i kwicząc przerażony kusztyka do lasu. Jeżu! Sierść ma zmierzwioną, potarganą. Niewielki. Odbieram obrazy w spowolnionym tempie. Burza myśli, bo przecież skoro jeden, to inne, a skoro więcej, to locha… Nic jednak nie wybiega. Pusto. Jeszcze błysk myśli, czy go nie łapać, ale za późno. Znika. Tak nietypowa sytuacja. Biedak zagrzebał się w słomie, aby ogrzać. Maleńkie, samotne, przerażone dziecko. Tak mi go szkoda – że przeze mnie musiał stąd iść. Dlaczego tak, bez matki? Jedno wytłumaczenie trafia najbardziej – pokłosie chorych polowań na wszystkie dziki, i oskarżanie tych zwierząt o roznoszenie ASF. Bezsilny taki czuję się w tamtym momencie. Ile zła robi im człowiek, w myśl urojonych interesów, a ze szkodą dla całej planety i wszystkich jej mieszkańców, łącznie z nami. Krótkowzroczność.

Pozostaję jednak w cichej nadziei, że adoptują go inne dziki, i ośmieli się wyjść kiedy je usłyszy. Wczoraj przecież przebiegły tutaj dwie lochy. Wygnany na pewno nie został. Choć wyjątkowo zdarzyć się może, że matka zje lub zabije bardzo upośledzone prosię zaraz po porodzie, u nich panuje miłość i wzajemna pomoc. Rodzina – tak ważne sedno w życiu dzika. Grupa, siłą i podstawą przetrwania. Można od dzików tego się uczyć. Jedynie stare odyńce, lubią wędrować samotnie. Może i na starość dziwaczeją, że nie sposób im w zgodzie żyć z watahą? Kiedy idę ścieżką przez łąkę, dostrzegam zerkający spomiędzy trzcin łeb lisi. On już usłyszał apetyczne larum. Być może nawet tropił kąsek, zanim się zjawiłem. Kita miga mi na pożegnanie, gdy drapieżnik znika w gąszczu. Jakoś z ulgą odbieram ten widok.

Dobrze, że jestem wcześniej. Dzięki temu słyszę, jak ogromne osadziło się tu bogactwo ptasie. Kos, paszkot, kwiczoł, strzyżyk, potrzeszcz, rudzik, trznadle, dzięcioły, mazurki, pełzacz, sikora czarnogłówka, bogatki, szpaki, bażant, kruki, szczygły, dzwońce, zięba, kowalik… A do tego gros ptactwa wodno – bagiennego. Siedzę już w czatowni, zasłuchując się w nawoływaniach, pieśniach i całym tym gwarze pracowitego dnia. Sążnisty szelest wyrywa mnie na moment z ptasiej opery i z niejakim zdumieniem obserwuję dwa średnie dziki buszujące na styku szuwarów i łąki. Jest jeszcze całkiem widno. Co za gratka! To miejsce jest rzeczywiście cudowne. Dziki okazują się być przelatkami, taką to jeszcze podrastającą młodzieżą, przed którą otworem stoi poznanie świata i bogactwo życia. O ile przetrwają. Tak się cieszę, że potrafią istnieć i ukryć się w niedostępnych ludzkiej stopie ostojach. Błota, moczary, bagniska, torfiska… Szukaj igły w stogu siana.

Noc. Dziś jakże inna. Niebo oblekło się kołdrą gęstych chmur, a księżyc czasem ledwo wyjrzy. Mimo to widzę klarownie. Z jednej strony to dobrze – pełnia to także czas opętanych polowań ludzkich, a w mroku zwierzaki nie są tak widoczne. Puszczyk odezwał się tylko parę razy. Zauważyłem, że właśnie w te najpiękniejsze dla człowieka, jasne, księżycowe noce, i one nawołują więcej. Kwiki i chrumkot dzików mieszają się nieprzerwanie z kaczą paniką, aż dziwi się wędrowiec, że to wszystko jest tam tak liczne, prawdziwe, krząta się i żyje. Chmury, widać, że jednak się nie rozproszą. Po wczorajszych doznaniach, czuję się nasycony.
Kiedy cicho stawiam kroki na polnej dróżce w powrocie z rowerem, obok mnie, raptem parę kroków w prawo, równo i w tym samym tempie kica znany już królik. Zatrzymuję się i przepuszczam go drogą, gdy widzę, że odbija na ukos w kierunku lasu. Przechodzi tuż przed oponą, jakbym dla niego nie istniał. Przystaje obok starego pieńka brzozy. Patrzymy w ciszy – na siebie. On wie. Wie ‘’mnie’’. Bo tak się w tym momencie czuję. Jakbym nie był dla niego żadną tajemnicą, strachem, a otwartą kartą istnienia. W duszy darzę go podziękowaniem, a szczęście tętni radosnym oddechem. Może to ten sam od niejakiej Alicji – myślę ze śmiechem. W mojej leśnej krainie czarów.

54514206_2165514530199485_6966236319009734656_n

Pierwiośnie pod Księżycowym Lasem

Wieczór sączy się czerwonym nurtem leniwie. Przecieka nad polem niosąc zapowiedz chłodu. Przede mną rozciąga się widok na przekopaną dziczymi ryjami łąkę, która z tej perspektywy wydaje się być jednym wielkim buchtowiskiem. Krecie kopce sterczą jak małe wulkany w chaosie tego spustoszenia, a ja wiem, że ta trawa nie z takich zgliszcz odrośnie. Jak się zazieleni, nie będzie śladu. Ależ się tu dzieje! Siedzę pod samym lasem, opierając swoje plecy, o pień krzepkiego dębu. On niezbyt…lubi ludzi. Odczułem to już w zeszłym roku. Powodu nietrudno się domyślić, jeśli spojrzeć na okrągłe, jeszcze nie zalane twardzielą blizny, po ścince dolnych grubych konarów. Przykro go ktoś urządził. Bezmyślnie. Dziś on kłuje mnie na powitanie, ale ja negocjuję. Tłumaczę, że nie wszyscy my tacy. Obdarzam współczuciem i najlepszymi życzeniami. Uspokaja się nieco, co jakiś czas dudniąc gniewnie korzeniami od spodu, w utyskiwaniu na swą dolę. Czuje się to przez stopy. Ale mogę już tu siedzieć. Zrobiło się neutralnie, łagodniej. Dopóki jest jasno, staram się po prostu olbrzymowi opowiadać nieco, z dziejącej się tu baśni… Spójrz Mocarzu! Poczuj, co tu się wydarza.

fd64807da33b66abc75fabb0b6f34c04

Na łące podskakuje kruk. Jakby się bawił, dokazywał. Wylądował, mimo że musiał mnie widzieć. A to ostrożne ptaki. Słyszę, że jest ich tu więcej. Odzywają się od jakiegoś czasu. Wsłuchując się, odkrywam. To nie jest takie sobie bezmyślne krakanie. Tu ton wyższy, zaraz inny, ostrzejszy, a czasem aż śpiewne miauknięcie. Bynajmniej nie myszołowa. Ptaki rozmawiają ze sobą! Dusza słyszy. Ciekawe o czym? Podobno kruki potrafią rozpoznać się po głosie nawet po kilkunastu latach rozłąki. Albo po sposobie lotu, z daleka, w powietrzu. Nawet w tym swoim charczącym języku nadają sobie imiona, po których rozpoznają się wołając. To czas kruczych toków. I kiedy łąkowy gość wzbija się do lotu, nadciąga szum zwiastujący kolejnych. Trzech. Przelatują nisko, zataczając nade mną krąg. Ciekawskie ptaszyska. Słońce zaszło już za horyzont, zostawiając świat z poświatą dawnego blasku. W oddali wierzchem pola maszerują sarny. Ich czarne sylwetki odcinają się wyraznie. Za chwilę księżycowy mrok podejmie się spisywania nowych zwierzęcych opowieści… A tu ptasie życie dzieje się w najlepsze. Odzywaja się żurawie. Ale najbardziej zaskakują melodyjne piski czajek. Wcześnie przyleciały. Jak radzą sobie z mrozem?

W majestacie ostatniej czerwieni zachodu, nadciągają rozległe klucze gęsi zbożowych. Najpierw ‘’straż’’ – kilka osobników leci i krzyczy, za nim pozostałe, rozciągnięte formacje. Lecą równie nisko, wiosłując powietrze nieustannymi ruchami poczciwych skrzydeł. I tak żeglują. Wiosenni krzykacze. Zawsze się zastanawiam, jak one potrafią nie pogubić się po ciemku, bo często nocą też latają. Widoczne głos wystarcza. Na pobliskim stawie, kaczki alarmują jak wściekłe. Cały wieczór nie mogą się uspokoić. Co tam się dzieje? Normalnie takie niespokojne nawoływania, świadczą albo o przeszkadzającym dziku, albo penetrującym szuwary, lisie. Być może… Świat powoli okrywa się srebrem, gdy nadciąga księżycowy pielgrzym z zaklęciem poświaty. A one nadal latają. Poświsty skrzydeł. Ruch. Prują powietrze jak strzały. Tamte ze stawu nawołują. Normalnie kakofonia…Kaczkofonia. I wtedy jeden odgłos, powoduje, że robię się nad wyraz zaskoczony i czujny. Niesie się wirujący i nieco fletowy. Powtarza się. Słucham zdumiony. Bo to nie jest ‘’byle jaka’’ kaczka. To Świstun. Taka trochę kacza legenda, którą widziało niewielu, bo jego liczebność ocenia się na kilkanaście gniazdujących par, na cały kraj… Ale nie mogę się mylić. Nie ma też o tej porze roku ptaka, który mógłby naśladować ten głos. Co innego latem. Ale nie 17 lutego. Stawek też nie wyróżnia się niczym szczególnym. Cóż za szczęście! Mimo, że nie widziałem, to mogę dopisać prawdziwy ptasi unikat do zasłyszanej listy. Tylko…jak to logicznie wytłumaczyć? Jak się tu znalazł? Bardzo nikła szansa. A jednak! W domu sprawdzam jeszcze z nagraniem, co usłyszałem. To na pewno był Świstun.

P90217-163218

Dąb wreszcie zasnął. Ziemna wibracja zanikła. Może znużyło go moje ciche paplanie. Mam nadzieję, że jakoś mu pomogłem. Z drzewami, jak z człowiekiem. Bywa, że rozmowa i obecność działa cuda. Też potrafią się zagubić. Zimno wręcz gryzie, i tak powoli łapię się, że wybrałem najgorsze miejsce z możliwych, jeśli chodzi o komfort termiczny. Zaniżenie terenu ściąga chyba chłód z całej okolicy i kumuluje do potęgi. Robi się sennie, białawo…Co tutaj wyprawiają mgły… Najpierw nieśmiały język wynurza się z lasu, ale w ciągu kilkunastu sekund gęstnieje na całości tak, że przesłania mi cały widok. Po kilku chwilach rozpraszają się, jakby trącone niewidocznym dotykiem. Wraca normalna widoczność. Zjawisko powtarza się jak żywe, niemal pulsem. Ziemia oddycha. Księżyc czaruje. Wyciąga zimno, wodę i chłód, zesłaną podczas zimowych miesięcy… Co za taniec. Odwracam się i spoglądam na las za plecami. Sosnowe pnie sterczą wpoły zanurzone w mglistym jedwabiu, oplątane jak prześcieradłem. Druga połowa wznosi się majestatycznie na tle kryształowego nieba, już wolna od zasłony, za to udekorowana lampionami pojedynczych gwiazd. Za nimi, jak patron i kreator tego całego cudu, zagląda śmiały księżyc. Widać go bardzo dobrze. Boże, jak tu pięknie… Dziękuję… Chwilę zastanawiam się, co na taki widok rzekliby moi Księżycowi Wędrowcy, a kto odważyłby się wstąpić kawałek w tak zaczarowaną przestrzeń lasu… Czasem wydaje się, że tam w oddali ktoś stoi i na Ciebie czeka. Gest czyni zaproszenia, chwiejną ręką. Zjawa czasów minionych, lub ułuda, psota mglistej magii. Rozwiewa się niespodzianie, jakby jej nigdy nie było.

landscape-1550698068862-5262

Kaczki nadal niespokojne, choć nieco ciszej. Kawałek dalej z lasu wybiega sarna, skacze przez mgły. Chyba chciała jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem macek wilgoci. Rzeczywiście, na polu zwalnia i przystaje. A mnie rozprasza narastający szmer nieznanego, skradającego się po listowiu. Słyszę, że czmera skrajem lasu. A jeśli tak, trafi na mnie. Na razie nic nie widać. Jeszcze. Chwila spokojnego napięcia. Coś małego. Jest! Szare. Ale o tej porze wszystko jest szare lub bure. Poczyna sobie niemrawo, kręcąc się bez przekonania po krecich kopcach i jakby niepewnym będąc kierunku. Ucieszony, rozpoznaję nocnego gościa. To jenot. Taki trochę puchaty ziemny piesek, bardzo sprytny i ciekawski. Lezie i kołysze się nieco na boki. Mało znany zwierz. Bardzo lubię jenoty, mimo, że są gatunkiem inwazyjnym, potencjalnie szkodliwym. Wnoszą taki powiew tajemnicy, nie będąc tak widoczne ani łatwe do spotkania jak lisy. Zbliżając się do mego stanowiska, zwierzak musiał coś choćby intuicyjnie wyczuć, bo omija mnie nieznacznym łukiem. Nadciągnął od strony stawu…

I wszystko stało się jasne. To pełnia tajemniczych jenotów… Jego tak bały się kaczki.

Termos gorącej herbaty ratuje sytuację podczas następnych godzin oczekiwania. Jękliwie zawodziła Pójdzka, polny strach pól, ostatni widok przed śmiercią mysią. A czarny zwierz nie nadchodził.

noch-les-ozero-kamyshi-derevya

Krzesimir i jego leśni przyjaciele. Wizyta jeleni.

Wreszcie pokazał się księżyc! Przez cały czas pełni, schowany przewrotnie w szarych kłębach nocnych chmur, dziś raczył spojrzeć i posrebrzyć czarem uśpione pola. Magii dopełnił szron, będący pokłosiem narastającego mrozu. Widząc za oknem takie warunki, wiecej nie było mi trzeba. Pora ruszać, by powędrować z chrzęstem marznących grud, w pustce ocukrzonych bielą połaci.

Nad polami unosi się lekka mgiełka. To nieco dziwne, biorąc po uwagę nieznaczny wiatr. Przyćmiewa perspektywę bardziej na horyzoncie, z bliska widać wszystko normalnie. Za dużo uwalniającej się z gleby wilgoci, przy znacznej różnicy temperatur. Po paru kilometrach rowerowej jazdy, nadal mi chłodno. Pora sięgnąć po zapasy z plecaka, jeśli mam tu wysiedzieć ciut dłużej. ‘’Góra’’ ubioru przedstawia się tak: koszulka długa + krótka + długa + lekka ocieplana bluza, i tak samo lekka puchata kurtka. Po około 10 minutach zimno zaczyna przedzierać się przez tą zbroję. Wkładam więc na całość większą kurtkę ‘’miękką’’, która ma za zadanie zaizolować poprzednie warstwy, zatrzymać ciepło i wytłumić szelesty. Sprawdza się to. ‘’Dół’’ to kolejne 4 warstwy, 2x kalesony i 2x spodnie dresowe, na które wsuwam właśnie następne ocieplane. Kto nie siedział przynajmniej godziny nocą na mrozie w bezruchu, nie zrozumie… I dlatego, jeśli zabieram gościa z sobą, zawsze informuję o potrzebnym ubiorze, co czasem przyjmowane jest ze zdziwieniem. ‘’Coo, aż tyle?’’ Zdziwienie ustępuje zazwyczaj po pierwszej godzinie wspólnego czuwania, kiedy ktoś pyta, czy jednak nie mam plecaku jeszcze czegoś do ubrania 

Czas mija mi zasłuchany w kryształowej ciszy, przerywanej delikatnymi trzaśnięciami chodzących w oddali zwierząt i chrypieniem kozłów sarnich. Można sobie wtedy gdybać – na co alarmują? Czasem zwierzaki reagują tak na siebie samych – kozły podnoszą wrzask, słysząc innego idącego kozła, albo hałasujące stado dzików. Trochę to śmieszne. Kostnieją palce u rąk, mimo rękawiczek. Korpus i nogi nadal ciepłe. Ratuje się gorącą herbatą z termosu, i wtedy zastanawiam się, czy jest większa rozkosz niż siorbanie takiej mikstury z cytryną na mrozie. Jest. Raz wziąłem zupę. To dopiero był smak! Zwariowane myśli z dnia wreszcie się uciszają, a ja powoli odczuwam więz z lasem i kieruję uwagę ku drzewom. Gdy zamykam oczy, dokładnie pośrodku ukazuje się znów jasnożółta plama, przybierająca wirujące, energetyczne kształty. Chwilami układa się w formę Kwiatu Życia. Dawniej widywałem to tylko przy medytacjach, teraz wystarczy zamknąć oczy. Obok tego klaruje się zarys jakiejś wierzby, która zdaje się wołać o kontakt. Nie potrafię wychwycić gdzie jest. Pytam las o różne rzeczy… Przecież nie zaszkodzi. Przypominam sobie o jeszcze jednym przesłaniu jakie mam do napisania dla kogoś, i znów pytam…Bez konkretu, tylko, co powinienem przekazać? Pojawia się zimorodek. Trzeba będzie zagłębić się w jego znaczenia…

46801054_10155559535066082_1321531110215122944_n

Kiedy otwieram ponownie oczy, majaczą się przed nimi sylwetki ogromnych topól. Drzewne fantomy, i wspomnienia pamięci przestrzeni. Mrugam szybko kilka razy, znikają. Zastanawiam się, czy mogły tu kiedykolwiek rosnąć. I po chwili zdaję sobie sprawę z głupoty tego rozważania. Las natychmiast odpowiada:

-Znasz już rolę poszczególnych drzew. Wiesz jak wygląda proces zmiany. Co w tym dziwnego?

Tak… bo każdy gatunek inną otrzymał rolę w procesie rozwoju lasu. Geniusz tylko mógł to wymyślić. Jedne drzewa żyją szybko i krótko na siedliskach ubogich, jałowych, a odchodząc swoim próchnem poprawiają warunki glebowe dla innych, bardziej wymagających, nawet zmieniają środowisko w którym żyją. Robią to tylko dużo dłużej niż my. Finalnie, każde z drzew otrzymuje niszę, w której może się rozwijać. I nie w konkurencji, a wsparciu i świadomości wszelkiego przemijania oraz zmian. Najtrudniej pojąć to człowiekowi – ‘’koronie stworzenia’’ uznającej siebie za wcielenie wszelkiego zrozumienia.

Odległe smugi przemieszczają się polem na granicy widoczności. Nie sposób rozróżnić co to. Chyba dziki. Odprowadzam je wzrokiem, póki nie znikną w mgiełce zaświatów… Dwa ostre czarne cienie pojawiają się nagle znikąd. Po sposobie poruszania rozpoznaję sarny. Nie są w stanie mnie tutaj zobaczyć. I tak to właśnie jest z tym zwierzęcym światem – cały czas w ruchu. Dlatego, paradoksalnie najlepiej przybliżyć się do niego tkwiąc…w bezruchu 
Miałem jeszcze odwiedzić Dąb. Jednak dziś odbieram od niego jakby jasny sygnał, żeby nie przychodzić. A może tylko mi się zdaje? Dlaczego miałby tego nie chcieć? Jestem przecież tak blisko. Przejdę się, rozgrzeję…

Zbliżam się ostrożnie, podążając zamarzniętą koleiną po traktorze, aby było wygodniej i nie robić hałasu. Jest. Potężny. Za nim wisi ubywający złoty księżyc. We wnętrzu zaczyna kołatać mi radość. Przyjacielu Kochany! I gdy robię parę kroków ku niemu, dwa cienie odrywają ze skraju lasu i pędzą w susach obok mnie. Dwie sarny. Byłem przekonany, że przez ten czas poszły dużo dalej. Po chwili wybiega jeszcze z hałasem locha, z grupką młodych. To dlatego miałem się nie zbliżać! Aby ich nie straszyć. Jego zwierzęcych przyjaciół, z którymi przebywa sobie w harmonii nocą. Teraz jest mi naprawdę szkoda…Gdybym tylko wiedział, nie podszedłbym i dąb o tym wie. Przecież wiedziałem. Tylko zignorowałem odczucie. Kolejna ważna lekcja. Cieszy się, że to pojmuję. We mnie szczery żal za sytuację. Przepraszam go, bardzo, bardzo… Szumi uspokajająco. I chyba ten mój prawdziwy żal, powoduje wszystko to, co dzieje się dalej. Tulę Go i opowiadam co u mnie. Uwielbiam przychodzić ‘’bez problemów’’ – kiedy możemy po prostu pogadać, wymienić się wieściami, i po prostu sobie pobyć razem. Choć u mnie dużo zmian, nie pokazuję zbyt wiele. I tak wszystko wie. Chyba one wszystkie chciały, abym wreszcie był w takim stanie, w jakim jestem dzisiaj – w pełni szczęścia, spełnienia, bez odczucia braku czegokolwiek. Mam nadzieję, to odczucie pozostanie już długo ze mną. Dąb nie spał. Przywitał się dość szybko. Opowiadam mu znów o planowanej książce, i proszę je wszystkie o wsparcie, aby się to udało. Książkach. Właśnie… Krzesimir, a co uważasz o osobnej, z przesłaniami Drzew Mocy, i wszystkich naszych historiach, oraz innych? Byłyby one świadectwem, jak Drzewa pomogły ludziom. Ponad 60 przesłań.
Jak na komendę odzywają się gromko kozły saren, a one wszystkie zaczynają się kołysać. Dla mnie to mocna i jasna odpowiedz. Te moje pytania muszą je nawet irytować pewnie. Ale ja już tak mam.

a09dfba6046b70c6efc4af142f1e8b31

Stoję pod nim wtulony lekko, oparty bokiem. Jak dawniej. Proszę aby oczyścił aurę, i zabrał wszystko co nie służy na ten moment, choć już z dawien nie miałem zamiaru kierować takich próśb. Bo czasem się zastanawiam, jak one do tego podchodzą. Może też nie chce, i nie ma akurat nastroju? Jednak zaczyna dziać się szybko. Nagle zaczynam płakać, a przez ciało przelatuje drżenie. Nie z zimna. Dygot idzie z góry, i kończy się na lewej nodze. W niej się zatrzymuje i nie chce przestać. Coś z tym trzeba zrobić. Potrząsam nogą ileś razy, jakbym kopał. Przychodzi…to z czym trzeba się dziś pożegnać. Wsłuchuję się w odczucia nazywam czego dotyczy i odsyłam do Światła. Drżenie ogarnia całe ciało, tym razem przemieszczając się pod górę. Głęboki wydech. Poszło. Uspokojenie. Dąb pulsuje falami ciepła. Nie przestaje mnie to zaskakiwać za każdym razem. Wyczuwam na policzku. Wtem dostrzegam ciemne sylwetki zmierzające do skraju na którym stoję. Szybko się zbliżają. Czyżby dziki? Są cztery. Gdy są wystarczająco blisko, poznaję jelenie. Łania z dwójką mniejszych i z tyłu jeden duży, chyba samiec. Poznaję po łyżkowatych uszach i większej niż u sarny sylwetce. Dziwne stadko. Zatrzymują się nieopodal pod innym dębem i tam nachylają raz po raz. Znowu zdziwienie. Przyszły ‘’na żołędzie’’? Rzadkie zjawisko obecnie, kiedy na polach zalega w bród wszelkiej żywności, począwszy od resztek kukurydzy, przez różne oziminy, na stertach buraków kończąc. Tymczasem zaczynają się zbliżać do nas. Ogarnia mnie jeszcze większy bezruch – wiem jak doskonałe są zmysły jelenia. Łania idzie tą samą koleiną co ja, i węszy w dół co i raz. W końcu szedłem tamtędy przed dziesięcioma minutami. Musiała powziąć podejrzenie. Za nią dwa mniejsze. Przystaje i świdruje ciemność ślepiami, w moim kierunku. Twarzy tak łatwo nie rozróżni – rozmywa się w srebrnych refleksach księżycowych promieni. Tkwię cicho, ledwo oddycham. Wiem, że w takiej odległości usłyszy nawet moje przełknięcie śliny. Pozwalam by wypełniała mi usta. Ogarnia mnie znów nieco żal i strach, bo jeśli mnie wyczuje, uciekną wszystkie. Bardzo tego nie chcę. Posyłam do niej jak najcieplejsze uczucia, jakie w tym lekko napiętym spokoju jestem w stanie wzbudzić.

– Kocham Cię. Jesteś bezpieczna. Jesteście bezpieczne. Nic wam nie grozi.

Mówię im to w duchu. Czas upływa w nieufnym sondowaniu podejrzanego pnia – mnie. Jestem ubrany tak, że zlewam się z dębem. Ona się nie rusza. Ale napięcie zelżało. Widzę, że obraca już głowę w drugą stronę. Przypominam sobie różne sytuacje jakie tutaj już z Dębem, zwierzętami i mną się działy, i błyska szybka myśl, Krzesimir! Ty jej powiedz, że nie ma się czego bać. Że są bezpieczne. Od Ciebie przyjmą najprędzej. Tkwimy tak wszyscy znów z dziesięć minut. Nie jest mi łatwo, w świadomości, że najmniejszy ruch czy szelest skończy się katastrofą sytuacji. Ale odbieram od zwierząt niejakie uspokojenie. Sam już taki się stałem. Ciało zlało się w głaz. Przestałem je czuć, jakbym całkowicie zatracił się z istnieniem w drzewnym pniu, o który się opieram. I nagle dzieje się cud. Łania zamiast ruszyć dalej polem, kieruje się ukosem do dębu i lezie na skraju lasu. Jest jakieś 7 metrów ode mnie. Kiedy znajduje się na mojej wysokości, zamieram jeszcze bardziej na ile to możliwe. Cielaki po chwili podążają za nią. I nie widzę ich, choć wiem, że stoją na drodze. Po chwili słyszę jak cała trójka z szelestem zmarzniętych liści, zanurza się w księżycowy las. Tamten większy gdzieś zniknął. Odchodzą powoli i w spokoju. Jakże dziękuję! Ogarnia mnie niewypowiedziane wzruszenie. Choć jak najciszej, wylewa się ze mnie i zaczynam ryczeć z wdzięczności. Wiem, że to dar dębu. On wie jak kocham. I nie raz ‘’przyprowadzał’’ mi wprost pod siebie różne zwierzęta bliziutko. Nie potrafię się uspokoić. Jest mi głupio – zarówno, że czasem wątpię, a dwa, że czasem po prostu nieco wstydzę się to wszystko opisywać. On rozumie. Szumi resztkami liści, i gdy spoglądam w górę mam wrażenie że jego korona wiruje na tle gwiazd. Patrzę w nie, gapię w księżycowe prześwity z nad gałęzi i tak się cieszę, że jesteśmy tu wszyscy razem. Nagły dudniący chrzęst wyrywa mnie z beztroski. Obracam się gwałtownie twarzą do pól i dostrzegam tylko szare smugi czegoś niedużego biegnącego wprost na mnie. Bum! Jeden przemknął jak rakieta tuż pod dębem, drugie uderza mi w kalosz, po czym galopem gna dalej. Sekunda i nic nie widać, szura tylko echo liści. Co to u licha było ?? Nie mam pojęcia. Nie zdążyłem się przyjrzeć. Obstawiam zające lub lisy. Sytuacja wyglądała tak, jakby leciały z pól nieświadome mojej obecności, goniąc się. Coś takiego pierwszy raz. A może to lis goniący zająca? Krzesimir… To znowu Ty i Twoje drzewne czary. Moje potwierdzenia. Moje lekcje. Że to wszystko co się dzieje, nie jest snem, ani wymysłem. Zdecydowałem się wejść w las głębiej – i po prostu z Wami doświadczam tej głębi. Teraz nie można się już wycofać. Pokażą tylko więcej.

Znów płaczę wtulony w Niego, nie wiem jak długo. Bo i czasem nie pojmuję tego czym jestem obdarzany, ani zaufania, wszystkich leśnych darów naszych spotkań. Odchodzę kilka metrów w pole, aby przyjrzeć mu się w całości. Ogromna istoto. Jego księżycowy cień, pokłada się wzorem na skostniałej ziemi. Teraz się widzimy. Kochany Brat. I choć chcę wracać, nie potrafię się pożegnać. Podbiegam raz jeszcze i tulę najmocniej, jakbyś żegnali się na nie wiem jak długo. Chcę wyrazić mu moją wdzięczność. Choć przecież wiem, że odczuwa mnie bardziej niż ja jego, i mogę tu przyjść każdego dnia. Dziś za wiele nie opowiadał. Odpowiedział na pytania osobiste, które mnie nurtowały. Głos dobiegał bardziej z oddali, jakby on sam przebywał jeszcze gdzieś indziej. W takich chwilach mam wielką ochotę…po prostu stać się drzewem. Pytam go, nie wiem czemu…

– Krzesimir, a Ty mnie Kochasz?

Ledwo kończę pytanie, drżenie liści i ruch pozornie ciężkiej korony, stają się ciepłą odpowiedzią.
Potęga wzruszenia. Ciągle czasem nie mogę się przyzwyczaić, że one tak, i że to wszystko tak się wydarza. Kiedy wracam, sowa pójdzka zalatuje z ciekawością. Okrąża mnie dwa razy, niemal muskając głowę skrzydłem. Nawet jeśli to wszystko sen, to i tak najpiękniejszy jaki mógł mi się przytrafić ❤

42189882_1105488736291938_8742205214301356032_n

Deszczowy księżyc i sarni rytuał Leśnej Mocy

Kiedy po północy wychodzę z domu, księżyc spowija podwójny pierścień białej otoczki. Oznacza to, że pogoda na sto procent się skisi. To bardziej niż pewne. Nie sposób jednak zgadnąć ile mam czasu, może pięć godzin, a może dwie. Lub dużo krócej. Z takim zwiastunem na dobry wieczór, nie wybieram się na odległą łąkę, zamiast tego kieruję do dębowego przyjaciela. W środku nocy ma padać, a chcę mieć w miarę bliższy powrót w razie mocnego deszczu. Dawno już jednak minęły czasy żebym złościł się na aurę. Zjednoczony z potrzebami swych drzew, cieszę się, że będą mogły nasycić się wodą przed zimą. Zarówno wichura czy chmury nocą, choć nie są tak przyjemne jak czas jasnego księżyca, dają możliwość obserwacji zwierząt w innych warunkach. A one potrafią zachowywać się zależnie od pogody. Zasada jest taka – im ‘’paskudniej’’ tym mniej są płochliwe i ostrożne. Chyba, że następują jakieś pogodowe ekstrema, wtedy też kryją swoje futra w osłonach gęstwin. Po drodze napotykam maszerujące stadko saren. Już łączą się w pierwsze zimowe grupy. Zasiadam w czatowni nieopodal Krzesimira. Jakieś plany na tą wyprawę mam, nawet całonocne, zależnie od wybryków pogody. Dęby szeleszczą dziś cichutko. W czasie niedawnych wichur wytraciły już chyba wszystkie żołędzie. Nic nie stuka. Pole lśni srebrnym blaskiem. Widoczność jest doskonała, ale nie długo. Cienie drzew tkwią nieruchomo, osłaniając skraj lasu z polem, na styku świata ludzko – zwierzęcego. Jak przewidziałem, nawarstwiają się chmury. Na szczęście, mimo przykrycia księżyca, widoczność nadal jest ‘’biała’’ i przyzwoita. Wzrok mam już tak przyzwyczajony, że w takie dni nie używam diód. Długo nic nie nadchodzi… Decyduję się przemieścić pod Dąb. Może ma jakieś wieści? Na pewno już wie, że tu jestem. Wyczuwam jego wołanie. Nietaktem byłoby teraz staruszka nie odwiedzić.

15483449902_1a32061d33_b

Ziemia jest lekko rozmiękła, zapada się nieco, ale nie na tyle by w niej utonąć. Bardziej po wierzchu. Na ukos biegną ścieżki rozmaitych i bardzo świeżych tropów, których nie chce mi się sprawdzać. Przed wzrokiem w cieniu rysuje się ogrom Dębowego Druida. Uwielbiam mu robić takie niespodzianki, kiedy pojawiam się w środku nocy, o najmniej przewidzianym czasie. Staję kilka metrów w oddali, bacząc jego reakcję.

– Dobry wieczór Kochany Przyjacielu! Przyszedłem do Ciebie. Jestem tu 

Mówię mu na głos. Od pewnego doświadczenia, zawsze na głos. Wiem, że wyczuwają wibrację dzwięku. Moje wnętrze już kipi radością, której nie jestem w stanie powściągnąć. Już się wzruszam. Nie widzieliśmy się ponad tydzień. Górne gałęzie zaczynają lekko wirować, jęgo dębowy brat obok, ten bardziej żywiołowy rozszumiał się potężnie. Słychać znajomy pomruk. Podbiegam i witam się z całą wylewnością na jaką mnie stać. Co u Ciebie Krzesimir ???

Siadam pod nim wygodnie. Z tej strony porośnięty jest mchem, jakby stworzył to miejsce do przyjemnego wypoczynku. Dużo ma jeszcze liści. Spoglądam w górę i dostrzegam jak uderza z niego biała fala nietypowej energii. Co to? Efekt wygląda jakby migał stroboskop. Raz, drugi, trzeci. Jeszcze nie wiem dokładnie czym to jest, ale pewnie przyjdzie dzień, że się wyjaśni. Teraz to nie istotne. Chmury rozgościły się na dobre, mimo to widoczność jest przyzwoita. Zamykam oczy. Od jakiegoś czasu mało już opowiadam ze szczegółami, zamiast tego proszę, ‘’zajrzyj co u mnie’’. To wystarcza. Znów kieruje mnie do brzóz. Ale ja dziś nie chcę. No tak go pokochałem, że zawsze będzie miał pierwszeństwo. Wspominam wszystkie momenty, kiedy sprawiał mi niespodzianki bliskim pojawianiem się zwierząt. Jakby specjalnie je tu przyciągał, wiedząc jaką radość mi ofiaruje. Po zamknięciu powiek widzą na środku wirującą żółtą kulkę. W niej jakieś wzory. Za chwilę układają się w znany, przepleciony Kwiat Życia. Całość tętni, kręci się, wibruje. Cudne. Widywałem już coś takiego w medytacji, tylko że fioletowe. Znaczy, że coś nam się tu dzieje. Nie drążę. Cały czas czuć mocny zapach truskawki tutaj, albo jakichś owoców. Zalatuje co chwilę. Spływa jakby z góry… Nagle słyszę pierwsze dziś słowa Dębu:

– Otwórz oczy i spójrz w prawo…

Co czynię. Obracam powoli głowę jak najciszej i….? Nie ma nic? Co mi tu gadasz?
Zaraz… Po prawej, choć bardziej na wprost wyłapuję ruch. Coś idzie. Szybko. Sarna! Ale nie jedna. Ta pierwsza zbliża się wprost na drzewo. Przystaje nieopodal. Jej czarna sylwetka odcina się pięknie na tle chmurzastego nieba. Idą ‘’wierzchem’’ pola, a ja siedzę niżej. Dlatego tak dobrze je widzę. Są trzy. Stoją chwilę, wpatrując się w Dąb – a może i we mnie. Chwila iście magiczna, dla mnie osobista bardzo. Zachwyt chwilą i znów sztorm myśli. Jak to możliwe, że na mnie nie reagują? Nie czują? I wiem o czym Krzesimir w ten sposób mi przypomina. Kiedy poznaliśmy się w zeszłym roku, każdego niemal świtu powtarzała się pewna sytuacja. Udając się do niego, spotykałem trzy sarny stojące nieruchomo. Nie jadły, nie bawiły się. Zawsze podczas przemarszu, zatrzymywały pod nim na chwilę. Czekałem aż odejdą, poruszony głębią tajemnicy jaką dane mi było podpatrzeć. Wychodzi na to, że zwierzęta też rozpoznają Drzewa Mocy, znają z nimi, a może i słuchają dla siebie jakichś wieści? Wiele razy potem napotkałem podobne zjawisko, jelenia i dzika przychodzącego do drzewa. Zwierzęta jakby ‘’medytowały’’ tam chwilę. Miałem to opisać, i dąb bardzo na to nalegał swego czasu. Teraz przypomina.

40969392_2152939054958826_6338813096867704620_n

Pierwsza sarna przesuwa się ostrożnie, i otrząsa łepek. Jej miejsce zajmuje druga – również na chwilę. I mimo, że poruszam szyją w sposób słyszalny, nie reagują. Teraz trzecia – tuż na wprost dębu. Tamte czekają obok. Po tym ‘’rytuale’’ jakby nigdy nic wędrują na oziminę.
Ja w ucieszeniu dziękuję drzewu, za ten radosny widok. Wiem, że to jego dar, bo doskonale wie, ile szczęścia sprawia mi taką chwilą. Odbiera co przeżywam. Kiedyś usłyszałem od zdziwionego spacerowicza;
‘’Ale po co pan tu siedzi, tu się nic nie dzieje’’ Taaa…. Ilu już opowieści spisałem właśnie tutaj, nie policzę.

W powietrzu kołaczą odgłosy gęsi. To chyba jedyne ptaki, jakie można usłyszeć o tej porze roku nocą. Latają też w ciemnościach. Nie mija dużo czasu, kiedy znów dostrzegam nadciągający ruch. Oj, to będzie coś większego. Szczudłate nieco nogi. Ależ duże! Rozpoznaję łanię jelenia. Za nią drugie, podobne. Zmierzają równie szybko. W czas chmur, i tak późną porą, czują się widać zupełnie bezpieczne. Nadal siedzę nieruchomo, starając się nawet nie odetchnąć głośniej. Bo przecież jestem tu jedynie gościem. Fakt, że podejmowanym szczodrze i bogato, jednak zaufanie zobowiązuje. Nawet jeśli mnie wyczuwają, i tak nie dają po sobie tego poznać. Teraz, zaskoczenie. Idą równo w ślad saren, i również przystają na moment wprost drzewa. Ten drugi to szpicak, młody byczek jelenia. Widzę jak widełki pierwszego, albo drugiego w życiu poroża odcinają się na tle horyzontu. Nietypowa to para jak na tą porę roku! Ale dawno już przestałem się takim rzeczom dziwić. Świat przyrody poznawany z perspektywy przesiadywania w niej, to właśnie takie zaskoczenia. Temat na osobną książkę. Sarnie i jelenie cienie. Wyglądają równie cudnie, mimo braku pełnego księżyca. Bardziej tak pociągająco i tajemniczo. Zastanawiam się, jak zareagowałby i co przeżył mój jakiś gość, gdyby teraz ze mną był. Albo jak zareagowałyby by one. Mój zapach, który zostawiam regularnie, po prostu kojarzą. Ah, po co to roztrząsać. Pora cieszyć się mroczną i piękną chwilą.

Zatrzymały się na taki sam moment jak sarny, po czym ruszają w tym samym kierunku. Ledwo znikają mi z widoku, lezie z powrotem sarni kozioł. Co one dziś? Żeby tylko nie chrypnął… Ale jakoś nie ma zamiaru. Znów czarna zjawa w pląsach drepcze mi przed nosem. Sarny poruszają się zupełnie inaczej w poczuciu bezpieczeństwa, niż kiedy widzimy je zazwyczaj podczas galopu w skokach. Przypomina trochę psi trucht. I węszyć potrafią podobnie przy ziemi. Co za radość  Bo przecież nie jestem tu długo, a tyle się zadziało. Zastanawiam się czy Dąb, przywiedzie mi tu jeszcze dzisiaj dzika. Bardzo mi już zimno, choć mrozu nie będzie. Korzystając z nieobecności zwierząt, ubieram jeszcze kurtkę z plecaka. Ta jest lekka, puchata i nieco szeleści, ale wodoszczelna. Dobrze zatrzyma ciepło. Na nią ubieram drugą, z miękkiego materiału, i już jestem mało słyszalny. I cieplutki. Teraz można siedzieć, nawet do świtu…

Wiatr rozpoczyna swe tańce, skrywając resztki księżycowego echa w kłębach burej otuliny. Do ust wpada mi pierwsza kropla. Na dziś dość… Dziękuję dębowi za dzisiejsze dary i obserwacje. Obiecuję napisać co zaległe… Czas pożegnania. Bez smutku. Zajrzę jeszcze w ciągu najbliższych dni. Wspominając dzisiejsze widoki, mówię tylko…

– Ale Ty tu masz dobrze….

Czasem naprawdę trochę mu zazdroszczę, albo jest mi tak aby leciutko żal. Ile on tu widzi, doświadcza, przeżywa, ze swoimi zwierzętami w ciągu mijających dni i nocy? Ile mądrości pochłania o swoim świecie… Żyje prosto, błogo, w harmonii i zjednoczeniu z najmniejszym stworzeniem pałętającym się obok. Zastanawiam się, czy jemu też wypada życzyć Wszystkiego Leśnego, czy… już to dawno posiadł… 

tumblr_nx16mrYdOP1skelofo2_540