Pamięć sarniego rodu. Dlaczego zwierzęta przychodzą nocami do miast?

Już nigdy nie zaprzeczę, gdy ktoś powie, że moja dusza przyciąga do siebie zwierzęce sytuacje  Wracałem sobie z lasu nocą, już po obserwacjach, wrażeniach, radościach, jestem niemal przy swoim osiedlu. Patrzę, a tu kozioł sarny wyłazi na asfalt. Ale, idzie tyłem! Stosuję manewr ‘’składkowy’’, zeskakuję z roweru na obie nogi cicho, jak się nauczyłem. Nie usłyszały. Zwierz cofa się, z łbem nastawionym. Szybko się okazało, że są dwa i jeden naciera na drugiego. Zaczęły się trykać na środku drogi! W świetle ulicznych latarni wyglądało to surrealistycznie i zjawiskowo. Dyszenia, sapania, poświsty, oddechy, jak to u saren. Szał rui – teoretycznie tylko to tłumaczy, ryzykowane zachowanie. Jest przecież środek lata, nie szukają tu pokarmu, bo wszędzie go w bród. Następnie jeden zepchnął drugiego przez drogę, na ostatnią niezagospodarowaną i nieopłotowaną działkę, pełną krzaków. Ja poszedłem tam cicho za nimi, po pierwsze ciekawość, bo wszędzie wokół osiedla, one były tam uwięzione. A już autobus i auta jechały. Chciałem w razie co, dać znać kierowcom. Kozły na tej działce się goniły, ale gdy wszedłem nieco ścieżką w ciemność natychmiast rozdzieliły, a jeden stanął i mnie obserwował jak widmo. Chyba liczył na swój naturalny kamuflaż. Auta przejechały z hałasem, na sarnach nie zrobiło to wrażenia. I potem jeden zdecydował, że sobie wyjdzie, i to udało się nagrać.. Wcześniej byłem za daleko.

W pozornie pięknej i wesołej sytuacji, kryje się tragedia sarniego plemienia. I niech to wszystko pozostanie moją osobistą interpretacją, z którą nie trzeba się zgadzać. Ta ciemność, do której zeszła sarna na nagraniu, które umieściłem na swoim FB, to już rozjechany koparkami teren, pełen kabli, rur, ceglanego tłuczka – oto nowe działki są ‘’uzbrajane’’ pod przybycie kolejnych osadników. Dwa miesiące temu, jedna sarna leżała w tym samym miejscu po potrąceniu martwa, pamiętam chciałem zrobić zdjęcie i opowiedzieć jak to widzę. Ale to też była noc, a za dwa dni szczątki były już rozdarte mocno przez lisy czy koty. No bo co skłania sarny, do niebezpiecznych marszy do stolicy ludzkiej, wprost na orzęsione światłami, pełne pułapek skupiska?

Pamiętam dawniej tą okolicę. Wokół, jak sięgnąć okiem, same pola… Sarny zawsze wędrowały tędy w ciemnościach, a i za dnia, migrując pomiędzy odległymi lasami, szukając spokojnych żerowisk, towarzystwa innych swych braci i sióstr. Odwieczny przesmyk, szlak znany tylko zwierzętom… Zapisany w umierającej, gasnącej pamięci. Ona odejdzie, wraz z ostatnim śmiałkiem uwięzionym w labiryncie opłotków.

Sarny to wiedzą. Mają to zapisane w genach, nogach, kopytkach. Tędy wędrowały od pokoleń, zawsze. Tutaj prowadzi je instynkt – jak ongiś ich babcie, dziadów i przodków. Tędy maszerowały chmary, ciągnąc kilometrami przez śniegi zasp. Nocą, jest w miarę cicho. Można się ośmielić. I będą tutaj przychodzić, dopóty ostatni wolny skrawek nie zostanie odcięty siatką ludzkiej dominacji. Wtedy znów się cofną. Ustąpią. Jak wszystkie zwierzęta, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat musiały opuścić swoje prastare ostoje, pielesze i siedliska, które zawłaszczył człowiek pod swoje budownictwo. Przyjdzie dzień, że tego miejsca zabraknie. Dla nas i dla nich. Ciekawe, czy wówczas spróbujemy jakoś żyć razem, czy może zatracimy się w ‘’misji’’ świętej ekspansji ‘’jedynego słusznego’’ gatunku?

O takich sprawach wiedzą chyba tylko wędrowcy. Ci, którzy żyją blisko zwierząt i śledzą ich zachowania. Nowoczesnego człowieka to nie obchodzi. Trzeba się wybudować i mieszkać, a potem pracować. Zwierzęta mają być w lesie, a może tam też nie, bo ‘’robią szkody’’, więc może jeszcze lepiej w zoo. A najlepiej w książce na obrazku. Niech nie zbliżają się do nas, i nie ‘’stanowią zagrożenia’’ dla kierowców. Fragmentaryzacja siedlisk, ich poszarpanie, nie branie pod uwagę w planach przestrzennego gospodarowania, prowadzi do takich sytuacji. To jest naprawdę dramat. Żyjesz dziko, przemierzasz, kryjesz w zaroślach, przemieszczasz nocami i kluczysz, byle tylko uniknąć hałasów świata cywilizacji. Ich świat umiera, kurczy się, znika, każdego dnia. Nie mogą zaprotestować, zrobić petycji, wyrazić sprzeciwu, wypowiedzieć się. Możemy my – spróbować je usłyszeć, i spojrzeć kawałek poza czubek swej rezydencji, i często wyimaginowanych ‘’potrzeb’’. Ale przecież to tylko sarna, zdechnie sobie na poboczu i szybko, zapomnimy o sprawie. Wrócimy do swoich obowiązków. Zezłościmy na wgniecioną karoserię i głupiego zwierza.

A ja stoję wciąż, taki szczęśliwy i tonę w przemyśleniach. Jestem świadkiem. Kronikarzem. Ostatni taniec dzikiej energii, przed nieuchronnym panowaniem betonu, tui i przyciętych wzorowo trawników, miał miejsce właśnie. W mojej pamięci sarny zostawiły swoje wieczne pozdrowienie, obojętnie, co z tym miejscem dalej się stanie.

40969392_2152939054958826_6338813096867704620_n

Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność. Jeśli w swoim sercu poczułeś prawdę tej historii, możesz pomóc mi w tworzeniu kolejnych, abym dotarł z nimi jeszcze dalej, niż obecnie wynosi zasięg bloga. Wszystkie swoje wędrowne sprawy utrzymuję z dobrowolnych darowizn od osób, które chcą współtworzyć ze mną to miejsce. O tym na co przeznaczane są wpłaty, przeczytasz szczegółowo na zbiórce, do której wsparcia leśnie Cię zapraszam – jednorazowego, lub częściej.

https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

A świt mój księżycowy, graniem skowronków się zaczyna.

Noc Wędrowna. Coś gna, woła aby tej ciemnicy ruszyć na szlak. Maszeruję. Kroki chrzęszczące po kamieniach, szurające w piaskach odciskają piętno podróżnika. Z mrocznego lasu nadlatują upiorne piski. Kryją się w gałęziach, wśród konarów, liści. Są blisko. Nie sposób wypatrzeć w gąszczu. To sowie podloty, opierzone, choć nielotne pisklęta. Nie wiem tylko czy puszczyka, a może uszatki. Gdy ich wrzaski przybierają na sile, wiem, że rodzic jest gdzieś w pobliżu z pokarmem. One go widzą. Ja nie. Dziwię się tylko, że zdecydowały się na lęg w małym, przydrożnym i prywatnym lasku. Za dnia mijany przez dziesiątki spacerowiczów i aut, nocą odsłania dopiero swoje tajemnice.

Topolowy szpaler olbrzymich pni, szeleści i grzmi w dotykach wiatru. Przysiadam na niedługo pod jedną z nich. Trzęsła się mocno, przyciągała jak magnes, stąd wiedziałem że zaprasza do spoczynku pod sobą. To już ostatnie z rodu. Wiele z nich wycięto bez powodu, tkwi tu kilka ostatnich. Bardzo piękne drzewa. Silne energetycznie, wytrwałe i zdrowe. Mówią, że lubią ten nocny spokój i spowolnienie. Zatem nie przeszkadzam im. Za plecami wschodzi żółtawy kawałek księżyca, wywołał ledwie widoczne cienie. Pora ruszać dalej.

Mijam przydrożny krzyż, pełen lampek i zniczy. Jest tu odkąd pamiętam. I choć nie jestem wierzący, szanuję osoby, często starsze, które mają siłę się nim zajmować. Wszystko jest tu zawsze czyste, pełne kwiatów, zadbane. Zastanawiam się, kto to będzie kontynuował, kiedy starsze pokolenie odejdzie…

Mimo, że jest ledwo 1 w nocy, już widać przejaśnienie świtu. Bardzo subtelne. Białe Noce – to takie czarowne. Innej energii człowiek dostaje, mało spać się chce, za to wędrować. Jakiś zwierz z pola, rozpaczliwe jęczy. Brzmi jak zmora z horroru. Za moment gaśnie wpół zduszony. Pewnie zając lub mała sarenka, właśnie zaanektowana na posiłek przez lisa. Choć późno, wcale nie jest cicho. Gdy się wsłuchać… Z oddali napływają różne szczebioty. Gdy zbliżam się do pasu trzcin porosłego na polnym rowie, rozpoznaję sprawcę – to łozówka. Niewielki szary ptaszek, który terkocze sobie nocami w takich miejscach i mami uszy wędrowców. Śpiew łozówki może nie jest silny, malowniczo piękny, ani kunsztowny, ale pobrzękując nocą w niespodzianych miejscach, ma w sobie coś takiego, że człowiek zaraz się uśmiecha. Jest po prostu lekki, wesoły. Niezłomny ptaszek naśladuje jaskółki, szczygły, wróble, sikorki, trznadle i inne – tworząc z tych wyrwanych kawałków własną, unikalną pieśń. Trochę jak papużka. I dziwić się można niekiedy, słysząc pobrzękiwania innych dziennych gatunków, w takiej ciemności. Choć to przesada. Widoczność jest przyjemna, szarawa. Nie to co w nów, pózną jesienią. Kawał dalej pokrzykuje dziarsko trzcinniak, ten jest echem tej nocy. Zbliżam się do kępy, w której urzęduje słowik. Jedyny ptak, który tu śpiewa. Inne zagłuszyłby chyba. Ten rok jest inny do poprzedniego. Zeszłego czerwca nocne ptaki umilkły już z jego początkiem, tego są bardziej aktywne. Pewnie dlatego, że było trochę więcej deszczów. Bzowe aromaty białego kwiecia pieszczą noc łaskotem raju. Wdycham i delektuję. Nie wytrzymuję. Mówię na głos do krzewu: O jak pięknie pachniesz, dziękuję Ci! I wiaterek się robi. Bez zaczyna się trząść, jakby rad z pochwały. Mam wrażenie, że rozpachniał się jeszcze mocniej.

Skylark

Różowy świt witają skowronki. Zaczynają śpiewać jeden po drugim, jakby chciały prześcignąć się wzajemnie tym powitaniem. Niebiosa ledwo różowo – sine. Z nich płyną dzwoniące pieśni skowrończego ludu. Wtedy przystaję. Choć do słońca jeszcze trochę, one już pewnie widzą je ze swoich wyżyn. Z łanu zboża wybiega na drogę warchlak. Za nim kolejny. I cała gromadka. Przeskakują drogą do rzepaku. Wymijają pobliską wieś. Poranne powroty. Między nimi starsze rodzeństwo. Braterski ród. Czekam w spokoju, nauczony doświadczeniem, że kilka dzików to zwykle zapowiedz większego przemarszu. I nie mylę się. Wnet wysypują się kolejne maluchy, między nimi siwe i czarne lochy.Co za ród! Mimo szaleństwa zmasowanego odstrzału, przetrwały. Człowiek przewał pamięć dziczego rodu. Zaburzył ciągłość, zniszczył równowagę. Dzik w naturze mógłby przeżyć blisko 30 lat, zaś w obecnej rzeczywistości pozwala im się żyć… max 5…Nie ma babć, dziadów, matek, wiedzy, pokoleń, rodzin. To tak, jakbyśmy w ludzkiej populacji mieli 8-12 letnie dzieci. Dawniej prośne bywały, tylko starsze, dojrzałe i silne lochy, to one w kniei pełnej niebezpieczeństw mogły obronić i wychować potomstwo. Pozostałe samice pomagały najstarszej, i pełniły rolę, można powiedzieć ‘’ciotek wspierających’’. Pozwalały matce odpocząć, przejmując opieką nad dzikową dziatwą, chroniły w potrzebie. Dziś, dzicza populacja intuicyjnie wie, że ‘’coś tu jest nie tak’’. Skoro nie ma ‘’starszyzny’’. Gnane strachem o przetrwanie gatunku, mnożą się już jednoroczne sztuki. Czego mogą nauczyć swoje maleństwa? Ot zaprowadzą do kolejnego nęciska, nieświadome, po kulę z zasadzki. Brak starych rodów, brak wiedzy.  Wyobrazmy sobie ludzką populację, w której mielibyśmy samych 8-12 latków. Coś takiego zrobiliśmy dzikom…Wioska zatopiona w snach, drzemie. Pieją koguty. Polna droga poprzecinana smugami świeżych tropów. Dziki ledwo przemknęły, kiedy za moimi plecami wyłania się ciekawski lis. Księżyc wisi jeszcze nisko nad domami, już stracił czar wywołania pozłacanych cieni. A świt mój księżycowy, graniem skowrończym się zaczyna.

45541216_2224413227795731_7744375249336008704_n

Po co ludzie chodzą do lasu? Deszczowe opowieści w sadybie Wędrowca

Ostatnio często mnie to zastanawia. Bo i z roku na rok tych ludzi coraz więcej. Powinno cieszyć… Wjeżdżając wczoraj pod las, starałem się sunąć powoli. Zanim jeszcze znajdę się pod drzewami, już rozglądam się po polach. Ooo, zające! Siedzą dwa. Jestem 100 % pewien, że to te same, którym grałem na drumie. Poznaję po ‘cwaniackim’ zachowaniu, bo tkwią jakieś 30 metrów od głównej drogi leśnej, którą poruszają się ludzie. No właśnie. Tylu ich dzisiaj. Piesi. Mija mnie rowerzysta na ‘’góralu’’ w ciemnych okularach. Ten pędzi na złamanie karku, przyjechał poskakać rowerem po korzeniach i kamieniach. No dobrze. Zwierzęta ukryte w gąszczach słyszą potrzaskiwanie amortyzatora. Zające kulą się wtedy i przywierają do ziemi. Nie są odróżnialne od kamieni, choć ja zauważam je od razu. Tak samo reagują na głosy ludzkie. ‘’Znikają’’ ale nie uciekają. Jakby doskonale wiedziały, że ludzie są gapowaci i nikt za nimi nie wejdzie. Gdy tylko zrobi się chwila ciszy, zaczynają jeść. Obserwuję w lornetce i rozmyślam, jak też bardzo te płochliwe, wrażliwe zwierzęta z musu przystosowały się do życia w hałasie, jaki im serwujemy. Idą dwie panie. Rozmawiają głośno. Widzą mnie z daleka. Ja stoję na poboczu z lornetką i cieszę się zającami. Po to przecież przyjechałem do lasu. Chcę i trochę dać przykład. Może się zainteresują na co tak patrzę, może przystaną, zapytają? Rozmawiają o zupie ogórkowej i fasolce na obiad. Całkowicie skupione na sobie, wyłączone z tego co dzieje się wokół. Nie przystanęły. Jeszcze ciekawszą zagadką są dla mnie ludzie wbiegający ze słuchawkami. Jak można izolować się od cudnych dzwięków i pieśni natury, tego nie rozumiem. Przebiec tylko, skupionym jedynie na kilometrach do zrobienia. Mam wrażenie, że tym ludziom wystarczyłby hologram albo leśna tapeta na ścianie i też można sobie biec przez korytarz. Bo jaka to różnica?

Zające są bardzo sprytne. Od razu wiedzą, że ktoś zachowuje się inaczej i są obserwowane. Stają słupka, robią się czujne. Mija mnie jakieś 10 osób, w tym szaleniec na warczącym motorze, nikt ich nie widzi. Myślę, że gdyby te osoby zaczepić i im pokazać, byliby bardzo zdziwieni. Jak wiele im ucieka. O ile chcieliby patrzeć na jakieś tam sarny. Zwierzęta szybko uczą się, że człowiek jest ‘’gapa’’. Ale myślę że wolałaby albo spokój, albo zostać zauważone i zachwycone, ogrzać się w energii ludzkiego podziwu. Na wyprawach goście często pytają mnie – jak Ty to wszystko postrzegasz, ogarniasz? No bo tak – mogę z Tobą rozmawiać, i w pełni uwagę podzielać treść rozmowy, a jednocześnie wiem jaki ptak śpiewa, wypatrzę sarnę z pół km, przyczajonego zająca, ciekawego owada, nietypowego kwiata, norkę, gniazdko, podlota, odczytam historię z tropu. Dla mnie to jakieś normalne i z automatu. Przybywają czasem osoby, które widzą jeszcze więcej: znaki na korze i wzory, elfy, jakieś twarze i runy, znają właściwości zielne i zdrowotne małych roślin, wtedy dopiero wyprawa robi się ciekawa! Ale po to właśnie przybywamy do lasu. Aby dostrzec co on chce nam pokazać, celebrować jego skarby, zachwycić się, podziwiać, załapać dobry nastrój i szczęście. Uczyć się. Dla nas to nie jest to tło, a żywy, świadomy organizm który cały czas wchodzi w kontakt, rozmawia, stara coś przekazać. Słuchamy jego potrzeb, staramy pochłonąć uwagą całe bogactwo jakie przed nami odkrywa. To zupełnie ‘’inny level’’ bycia w naturze, który ładuje duszę nieskończoną harmonią. Tak wiele form aktywności leśnej ‘’uczy’’ jak też odnaleźć się w tym groznym lesie, jak przetrwać. Bushcraft, survivwal – zrób szałas z gałęzi, ogołoć wszystko wokół, przetrwaj sobie nockę, rozpal ognisko, przepłosz życie, i pokaż jaki to żeś ‘’leśny’’. Skorzystaj z miliona drogich gadżetów. Sprostanie wyzwaniu, wykazanie się, udowodnienie… czegoś. Mało już dziś ludzi przychodzących ot tak w gości po prostu, jak do przyjaciela. Z herbatą, lornetką, atlasem roślinnym lub ptasim, aby poznać i dowiedzieć się więcej o istocie z którą obcujesz. A TY, po co przychodzisz do lasu?

Na poboczu mienią się kryształy fioletowych kwiatuszków. Prowadzę rower powoli, starając się wypatrzeć jakieś kwietne cudeńka, które następne zapoznam w domu z atlasem. I one zasługują na uwagę. Zwykle otrzymują tylko osiadający pył mijających pojazdów i ludzkie zapomnienie.

Bodziszkowi cuchnącemu jest dziś przykro, że nikt nie zauważył jaki piękny  Zdjęcie z przy drogi ‘’spod buta’’.

100840992_1110645102636971_8099356942050263040_o

Deszczowe pogrywanki w Sadybie

Rzęsiste krople bębnią monotonnie po dachu, w podróży z chmur ku padołowi. Rześkie strugi płyną przez okap do rynny, gdzie kończą swój bieg na szalonej zjeżdżalni. Staram się usłyszeć ich rytm, zestroić z melodią wody. Ciało pamięta deszcze. W mig przechwytuje rezonans słoty, przenosząc miarowe uderzenia na pałeczkę. Z pozoru chaotycznymi ruchami, oddaje nastrój deszczowego przesłania. Zmoknięty wróbel na parapecie pokrzykuje dziarsko, co i raz strząsając z siebie fontanny perlistej mgławicy. W dyrygenta się bawi. Ochlapał szybę. Skrzaty pochowały się po kątach. Słychać, jak drżą z zimna. Przynajmniej nie psocą. Zaraz w piecu przepalę chochłom. Chcą maluchy, by im zaśpiewać jeszcze. Mysz ziewa w dziurze. Deszczyk spokojny, umiarkowany, taki jak potrzeba. Dobra słota nuci o nasyconym pragnieniu, o ukojonym korzeniu, zadowolonej brzozie, nasączonej ziemi. Dziś pachnie czyste, prawdziwe powietrze. Kwiaty pozamykały się sennie, chroniąc delikatności swych łagodnych wnętrz. Przyjęły postać opływowych kielichów. Pod nimi, strużkami sączą się kolory pyłków. Ponura chmura przesuwa się szarym kłębem, niesie długo wyczekiwaną rozkosz. Bębnowe głosy nasiąkają przestrzeń nastrojem dnia. Dzisiaj mieszkam pod kocem. Wełniane mandale kołyszą się sennie na swoich sznurkach. Szara ropucha pełznie przez ogród, w wysokiej trawie jej śliska skóra błyszczy nowym wigorem. W zmurszałej studni, melodie dawno zapomniane wydzwania pordzewiały łańcuch. Z niej wynurzyło się pomrowie nagich ślimaków. Wiatr wzmaga się, szastając na cztery strony kaskadami wszechobecnych kropel. Herbata z głogu już buzuje na kominku. O jak dobrze, w ciepłej, zaspanej chacie.

92671805_3018295838209269_1956446367417106432_n

Śpij tam, gdzie sarnie leże. Leśne zagadki energetyczne.

Nikłe, wątłe, kręte, i subtelne wstążki leśnych ścieżek wiodą ku uroczyskom. Prowadzą w pielesze nad bagna, do świata szuwarów, topią w błotach mokradeł, a czasem zmierzają ku polanom i świetlistym skrajom lasów. Niekiedy płatają psikusy. Bywało podążać mocno utartym tropem, który wnet nagle kończył się w głuszy raptem, jakby po prostu znikał. Kto zgubił się ‘’na poważnie’’ w lesie, wie na jakie manowce potrafią czasem pognać zwierzęce ścieżki. Idziesz, wydeptane wyraznie i nie ma. Kończy bieg we mchu. Gdy spotka taka przygoda, dobrze wtedy rozejrzeć się wokół, zatoczyć małe koło i najczęściej trop odnajduje się z dalszym ciągiem w odległości do kilku metrów. Nowy pas i prowadzi dalej. Takie niespodzianki mogą powtarzać się co jakiś czas. Można bardzo się zdziwić, bo zwykle w takim miejscu nie ma żadnej widzialnej przeszkody, która przeszkadzałaby zwierzętom w przejściu. Zachowują się tak, jakby omijały jakieś tajemnicze, złowrogie miejsce…

Strefy geopatyczne. Nie każdy w to wierzy, jakkolwiek ja w dzieciństwie słyszałem często, że sarny i inne zwierzęta omijają podziemne żyły wodne, które promieniują wyjątkowo niekorzystną dla organizmu energią. Choć niektóre gatunki czują się w takich miejscach dobrze. Większość jednak unika, nie buduje w pobliżu gniazd, nie zakłada legowiska czy nory. Może tamtędy przejść, ale nigdy nie położy się na odpoczynek. Według wierzeń ludowych, tam uderzają pioruny, a sroki lubią w takich miejscach zakładać gniazda. Podobnie koty uwielbiają tak napromieniowane legowiska i też w przysłowiach zapisała się wieść, aby nie spać tam gdzie lubi kot. W jaki sposób zwierzęta wyczuwają takie miejsca pozostaje sekretem, choć przy ich wrażliwości, obecności i zanurzeniu w świecie jakiego doświadczają, nie powinno to dziwić. I też nie chciało mi się w to wierzyć, ale raz że te ścieżki niknące, dwa, po prostu widywałem, jak maszerujące zwierzaki zatrzymywały się gdzieś wryte, i przeskakiwały dalekim susem miejsce, gdzie nie było żadnej widocznej przeszkody i nie trzeba było wykonywać takiego manewru. Potrafią przy takich miejscach zatrzymać się na dłużej, ‘’zamyślone’’ jakby coś badały. I nagle hop, w bok. Podziemne żyły wodne, to nie płynące wartko strumienie jak w kanalizacji, choć zawsze tak to sobie wyobrażałem. To po prostu ciągnące się wilgotne strefy zasilane wodą opadową, która po natrafieniu na warstwę nieprzepuszczalną migruje sobie cząsteczkami poziomo, w jakimś kierunku. Kto słyszał coś o radiestezji, ten będzie wiedział. W takich miejscach drzewa często są cherlawe, powykręcane, posiadają rakowate narośla. Człowiek rozpozna taką strefę przy dłuższym w niej przebywaniu po bólu głowy, ‘’wypiekach’’ na twarzy, uderzeniach gorąca, mogą też odezwać się zadawnione bóle. Nie będzie to dobre miejsce do medytacji ani wypoczynku.

Ilekroć spotykam sarnie legowiska, nie mogę się nadziwić jakie są proste i wygodne. Kółeczka wymoszczone w wysuszonej trawie, sezonowo w zbożu, mają być po prostu ciepłe i suche. Choć sarna potrafi położyć się wszędzie, mają swoje takie ulubione miejsca, gdzie zalegają szczególnie ochoczo. Zawsze mam poczucie, że jest tam jakoś łagodnie, regenerująco. Często zdarzają się pod brzozami, co i nie dziwi, że tancerki pól dobrze czują się pod opieką chwiejnych baletnic lasu.

Położyć się w miękkim wykrocie,
Wdrapać do dziupli na drzewie,

Gdzie tajemnic ukryły się krocie,
Jak ich odszukać, ja nie wiem,

Może wystarczy na chwilę,
Kamieniem się stać albo kłodą

I zasłona podniesie się w pyle,
Duch zaś odetchnie swobodą

Zanurzyć w szuwarach podmokłych
Brodzić z mokradłem w sitowiu

Poczuć zmęczenie by nogi się wlokły,
I boso podreptać ku zdrowiu

Pobiegnąć w zbożu chrzęszczącym
Skoczyć przed siebie najdalej

Pozdrowić świerszczy grających
I nie przejmować się wcale,

Nago popływać w jeziorze,
O świcie chłodnym, za mgłami

Noc spędzić na ściółce w śpiworze
Pośpiewać razem z ptakami

Przycupnąć w zaspie na śniegu,
Zakopać gdzieś pośród mrozu

Zatrzymać po prostu w tym biegu
Wyjść z blaszanego powozu

Z wiatrem zatańczyć pod drzewem,
Gdy wicher poleci w podróży

Ukołysać je swoim śpiewem,
I zostać tam jak najdłużej,

A wtedy zdarzy się może,
Że sekret przed Tobą objawi

Świat się ucieszy najmocniej
Z radości jaką Ci sprawi

Ujrzysz tam skarb cętkowany,
Maleńki, śliczny, a żywy

Oto dzieciątko jest sarny
A dowód dla Ciebie prawdziwy

Że cuda czekają za rogiem

015_lorenntz

Dziękuję za Twój czas spędzony z czytaniem. Więcej opowieści i wierszy znajdziesz w książce z krainy Szeptów, którą można zdobyć tutaj:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

WSPARCIE dla bieżącej działalności, podziękowania i pomoc moim projektom autorskim można przekazać tam:
https://pomagam.pl/szeptyknieipomoc

 

Ptasie legendy: Kulik wielki. Leśne rozważania.

Są takie miejsca, do których trudno trafić. Podążając zapomnianym, porośniętym duktem, nie spodziewałbyś się, że wyjdziesz akurat na rozświetloną, podmokłą łąkę, zanurzoną wśród pól i lasów. Na mapach jej nie widać. Dostęp obwarowany z każdej strony. Gęste krzaki i zarośla, z jednej strony rów, z tyłu rzeka, od przodu podmokły ols, który jak mniemam w bardziej deszczowych latach, ongiś zupełnie uniemożliwiał dotarcie. Zasieki z kłujących jeżyn, jeśli chciałbyś się przedzierać z kierunku lasów. Bliskość bagien, torfowisk, rozlewisk, turzyc i moczarów. Wszędzie oznaki działalności bobrów. Tamy w rowach i na rzece, oraz wielkie topole, podgryzione, okorowane niemal całe dookoła, co oznacza, że dla nich czas zaczął się kończyć. Na skraju witają wędrowca rozrzucone w nieładzie kawałki rozpadniętych brzóz, znak że tutaj przyroda rządzi się swoimi prawami i żywiołami dopieszcza nigdy nie kończący się efekt swojej pracy. Zmierzam na kraniec łąki, tamtejszy kawałek jest suchy i wzniesiony, jakby stworzony dla namiotu i obserwacji. Poza zwierzętami nikt tutaj nie przychodzi. Obojętnie o jakiej porze, zawsze coś dzieje się na łące. Popołudniami wiosny bocian hardy kroczy i pluska, albo przechadzają się siwe żurawie. Sarny wylegają o dowolnej godzinie, a wszechobecne buchtowiska mówią o dzikach, które urzędują tutaj w nocy. Przed wieczorem dokazują króliki – to takie zabawne obserwować je plączące się między pasącymi sarnami. Gdy bezruch i kamuflaż dopisze, wychodzą nawet koguty bażantów, urządzać swoje potyczki. Widzieć tyle zwierząt w jednym miejscu. Być wśród nich…

bolshoy-kronshnep-zakat-siluet

Idę i wspominam. Wypatruję pierwszych fiołków. Jeszcze za wcześnie. Udało się trafić moment, że łąka jest pusta. Mogę w spokoju zająć stanowisko. Wreszcie się napić po marszu. Jest herbata ziołowa z jeżówki i gruby plecak, na którym mogę usiąść. Szpaki urządzają sobie zawody, chyba w wyciąganiu dżdżownic na czas. Podziwiam, jakie są sprawne. Ptak wpycha złożony dziób w ziemię, po czym wyciąga szybko i rozwiera jak cyrkiel, rozpryskując drobiny gleby. Szuka. Obok rudzik gniazdko kleci. Choć nie widzę, wiem w jakim celu co i rusz znika w gęstwie krzewów. Rów z boku jest jak fosa – dla zwierząt to żadna przeszkoda, ale jego krzewy sprawiają, że pozostaję niewidoczny. Za nim rozciągają się kolejne wielkie łąki. I tam dziś pasą się sarny. W lornetce widzę też lisa. Zwierz podkrada się, spoglądając za czymś, czego ja nie dostrzegam. Płyną minuty odprężenia i zamyślenia. Z niego wyrywa mnie jakiś miły pogłos. Znam. Nie dowierzam. Czy to możliwe, tutaj? Powtarza się. Miękkie, melodyjne, fletowe zawołanie, wlewa się aksamitem do uszu. Przynosi obrazy. Podmokłe, wiosenne rozlewiska na łąkach, pełne żywej trawy, a wśród tego brodzące czajki, bekasy i bataliony. Wciąż nie wierzę. Najpierw rozglądam się i przepatruję korony drzew w poszukiwaniu szpaka. Ci upstrzeni figlarze potrafią naśladować odgłosy innych ptaków. I zmylić. Nie ma. A pogłos dolatuje jednak z dołu, z nad rzeki. Oh, jak zawsze chciałem usłyszeć go na żywo. I pojawił się. Wzruszenie wypełnia. Tęskne, jękliwe, zawodzące wołanie. To musi być on, Kulik Wielki! Ale że jak to, tak tutaj? Na ‘’zwykłym’’ obszarze Natura 2000? Nieliczny ptak lęgowy, duch terenów podmokłych, ze swym krzywym dziobem na długich pałąkach nóg, jest jak objawienie. Dobrotliwe, choć w potrzebie bojowe ptaki, łączą się w pary na całe życie. Dziób jak słomka, i toczy się toto i kroczy, niczym kura na szczudłach. Piszą o nim ornitolodzy:

‘’ Kulik Wielki jest prawdziwą ozdobą terenów podmokłych – spotykany na łąkach, pastwiskach, otwartych bagnach i mokradłach. Przechadza się dostojnie niczym staroświecki urzędnik, sięgając po duże owady, ślimaki, dżdżownice, małże i różne bezkręgowce – również te ukrywające się w miękkiej glebie lub mule, które sprawnie sonduje długim dziobem.’’

http://jestemnaptak.pl/artykul/kulik-wielki

To jest dla mnie lekcja. Przywykło się uważać, że ptasie unikaty spotkamy gdzieś w parkach narodowych, a kulika na bagnach biebrzańskich i innych odludziach. Tymczasem zaglądam tutaj, jestem, i odkrywam. Wystarczy kilka godzin siedzenia i znajomość ich głosów, czasem wyglądu czy sylwetek w locie, aby oznaczyć rzadkiego gościa. I tak oto był świstun, bieliki, kropiatka, srokosz, bekasik, rycyk, strumieniówka czy białe czaple. Wszystko tutaj. Ptaki nawet jeśli nie gniazdują, to zatrzymują się podczas wędrówek w przyjaznej i zasobnej okolicy. To nasze bogactwo, dziedzictwo, nieustanny powód do przeżywania radości. Są tutaj, bo bobry zrobiły tamy i zalało wodą. A człowiek przychodzi, nie wie, nie zna. Osusza, kreśli plany budowy dróg by swój pęd przyspieszyć, i tych skarbów od dekad się pozbawia. Wystarczy się zatrzymać, popatrzeć z lornetką, posłuchać. Usiąść z książką i odkryć ciekawostki. To pierwotni mieszkańcy tych krain, pierwsi i prawowici gospodarze. Jak długo i dokąd będziemy ich wyganiać, aż zabraknie miejsca? Po co nadajemy statusy ochronne, symulujemy prawną opiekę, tworzymy jakieś czerwone księgi gatunków zagrożonych, skoro i tak każdego roku dopisujemy kolejne do listy bezpowrotnie wymarłych? Z moich obserwacji, przyrodzie (i nam) zagrażają najbardziej działania ferowane pod hasłami ‘’rozwój gospodarczy i inwestycje’’. Utrata siedlisk lub ich zupełny ‘’przemiał’’ w wyniku intensywnej gospodarki rolnej czy leśnej. I cóż – przecież nie da się odtworzyć zalewanej okresowo łąki, na miejscu nowo powstałego osiedla. Osuszyć, zasypać i zniszczyć jest już bardzo prosto. Rozmawiałem ostatnio ze spacerowiczem, pytając go co to za paliki pojawiły się na drodze pod lasem i dlaczego wyrąbano drzewom zdrowe konary. Powiedział:

‘’A bo wie pan, las wszedł na drogę. Dawniej droga była wyznaczona na mapie, i drzewa zarosły, a budować będą i nie może być tak, żeby las zarósł.’’

Myślę sobie – no co za problem, przecież droga jest. Przecież las był tutaj, od zawsze, wszędzie. Na każdym polu jakie mam w zasięgu wzroku. Królował. Zostawiliśmy jego maleńki skrawek, tutejsze lasy nie są rozległe. Czy naprawdę musimy szarpać się z naturą o te 1,5 metra? Na przylegającym doń polu ma za moment powstać nowe osiedle. 700 metrów od gniazda bielików i jastrzębi. Kilometr od kulika. Na pole wjadą ciężarówki, koparki, spychacze, na miesiące rozgorzeje hałas maszyn, uderzenia młotów i pokrzykiwania. Po wszystkim nie zagości tu spokój. Kilkadziesiąt nowych osób, rodzin, ruszy każdego z psami spacerować, penetrować, zwiedzać – ale bez ciszy i poważania wobec mieszkańców ostoi. Gdy potrzebujące spokoju ptasie perły wyniosą się na zawsze, nikt nawet nie będzie wiedział, że tu były. Tak to właśnie się dzieje. I oto obraz żywota naszego, amen. Dalej, tutaj, jeszcze, gęściej, więcej, wygodniej, szybciej, bliżej! Jeżdżę do olsu 7 km niemal codziennie, aby nacieszyć się tym światem, zanim zacznie się tu to co wszędzie. Nie patrzymy na przyrodę kompleksowo. W miejscu gdzie wbito pale, harcują nocami jelenie i dziki. To osiedle pewnie bardzo je zaskoczy. Taki kawałek pola, to dla nich coś jak nasza droga, którą mogą przejść do innego lasu. Migrować. Wiele już obserwowałem takich katastrof. Coraz to nowe zabudowy i osiedla poodcinały od siebie enklawy, niemal zatrzymując zwierzęta na małych skrawkach. Szlaki pustoszały. Myślimy, że wystarczy utworzyć jakiś park, rezerwat, wyznaczyć chroniony obszar i zwierzęta będą tam sobie posłusznie żyły. To zupełnie nie tak.

etymologia-pochodzenie-nazwy-slowa-kulik

Z kotłującego zamyślenia wyrywa mnie lis. Zmierza ku mojej łące. Kulika już dawno nie słychać. Będzie musiał sforsować rów, i wtedy wyjdzie prosto na mnie… Znika w zagłębieniu. Po paru sekundach wynurza. Mokry. Jego sierść jest zmierzwiona i posklejana. A to gapa! Zamiast przejść wygodnie po bobrowej tamie, puścił się wpław. Wynurza się zza pokiereszowanej topoli. Ja z lornetką gotów. Przechera od razu mnie dostrzega. W błysku jego oczu, widzę świadomość i rozpoznanie. Ale nie daje po sobie poznać. Schyla głowę i robi liz futra. Rozgląda się na moment, jakby rozważał w którym kierunku ruszyć. Wiem, że chciał do łąki. A tutaj ja. Nasze oczy znów spotykają się – zielone, żmijowate ślepie lisiska. Zwierz dybie w bok i znika za drzewami. Zastanawiam się, czy będzie próbował mnie podchodzić z innej strony, czy już mu wystarczy.

Choć zamierzałem wracać przez Ols, próbuję naokoło, aby już prawie o zmierzchu nie hałasować tam, gdzie śpiące zwierzęta właśnie się budzą. Polem pójdę ciszej i w porę wszystko wypatrzę. A widzę sarny. Grupka stoi i rozgląda się na jeszcze dalszej łące, coś są niespokojne. Przecież stąd nie mogą mnie widzieć… Dostrzegam dwa duże psy. Biały i czarny. Wybiegają na swawolę w trawy, a sarny chyłkiem uchodzą. Nie zauważone na szczęście. Za psami człowiek wychodzi, w niebieskiej kurtce. Najgorszy kolor z możliwych, bo z niewielkiej palety zwierzęta dostrzegają właśnie niebieski. Bardzo jest dla nich straszący. Tego pana widzę już drugi raz – przychodzi tutaj codziennie wieczorem i mimowolnie przegania te sarny. Pewnie ich wcale nie widzi. Ludzie nie widzą. Patrzą się w dół, albo w telefon. Dobrze, że te psy chociaż nie gonią. Jeszcze z rok, a takich osób będzie tu przynajmniej dziesięć. Jelenie stąd odejdą. Pan nawraca. Ja nie mogę już pójść jak zamierzałem, bo wtedy dodatkowo wystraszę sarny, które ukryły się w zagajniku.Trzeba się cofnąć do olsu. Idę celowo wybierając miejsca z gęstą, miękką, zieloną trawą, aby nie szeleścić. Pamiętam skrawki, gdzie leżały liście, te w ciemności wymijam. Nad rowem balansuje na powalonym drzewie. Gdy tylko poczuję zew na bosy sezon, nie usłyszy mnie nawet sowa.

b6e8f0a21472a5e8c7f4e8b5c4602679

Posłuchać głosu kulika można klikając TUTAJ

Piżmak. Wspomnienia duchów Mgieł

Są takie zwierzęta, których nie widuje się zbyt często. Mimo że istnieją wokół i są dość pospolite, znikają w tłumie, na rzecz przykuwających uwagę wszechobecnych saren, czy większych ptaków. Zamieszkują nie zawsze łatwo dostępne środowiska. Siedziałem właśnie nad stawem, obserwując poczynania czujnej czapli, gdy widoczny kątem oka ‘’smyrg’’ oderwał mnie od siwej drapieżniczki. Co to tak migło? Błyskawiczne. Chyba mi się przywidziało…

Czapla tkwi w bezruchu. To taki pozorny bezwład. Wiem, że jej pierzaste ciało napiętej jest w tym momencie jak struna, i wrażliwe okiem na najmniejszy widoczny ruch pod taflą. Tym razem, nie ‘’myrgnięcie’’. Łodyga trzciny kołysze się jakoś podejrzanie, nienaturalnie. Czyżby jakiś ptaszek? Przepatruję wzrokiem góra – dół i znów, akurat właśnie gdy dostrzegam, mig! Zdążyłem zarejestrować tylko buro – rudą sylwetkę, dość małą ze sznurkowatym ogonkiem. Czyżby rzęsorek rzeczek? Myślę. Mógłby tu być. Teraz szkła lornetki kieruję właśnie tam. Trzciny ruszają się podobnie podejrzanie, tym razem bardziej w głębi. Chaotyczne potrząsanie. I wynurza się. Co za stworek! Łapkami dotyka łodygi, jakby badał czy dobre… Jest na powierzchni sekundy, po czym znów nurkuje, i wtedy właśnie trzcinka zaczyna się chybotać. W głowie się rozjaśnia, toż to piżmak! Zwany pogardliwie niekiedy ‘’szczurem wodnym’’. Rzadko widywany gość. I znowu stwierdzić muszę, że bez lornetki nie rozpoznałbym. Nie byłoby pewności. Zmieniam nieco pozycję aby go lepiej widzieć, o czapli zapomniałem…A ona właśnie odlatuje. Ehh…

Piżmak wygląda prawie jak miniaturka bobra. Prawie, bo jego ogonek jest cienki jak powróz, no taki podobny jak u myszy. Wodna mysz. Dobre. Żywi się głównie kłączami roślin wodnych, czasem jakiś lęg ptasi spladruje. Uznawany jest za gatunek inwazyjny i szkodliwy, bo wziął się stąd, że uciekł człowiekowi z hodowli futerkowych. No i się go tępi, podobnie jak jenota. Choć wytępić nie jesteśmy ich w stanie, bo to technicznie niewykonalne. Tak niedostępne ostoje potrafią zamieszkiwać. Rozmyślam – jak też łańcuchem pracuje zło. Futerkowe hodowle, gdzie zwierzęta stłoczone w klatkach nie podziwiają słońca, nie wdychają aromatu rześkiej wody, tak jak natura je stworzyła. Iluś tam udało się z tego piekła uciec. Jak reaguje człowiek? Krzyczy: ‘’Szkodnik, gatunek inwazyjny, zniszczyć, zabić!’’ Widzi ‘’przyczynę’’ wszędzie, byle nie w swoich działaniach. Takie maleństwo…Jedyne co piżmak może napsocić, to rozkopywanie wałów przeciwpowodziowych. To samo robi rodzimy bóbr, i po prostu drzewa czy wrażliwe miejsca obkłada się wtedy siatką, gdzie grubas się nie przegryzie. Być może dlatego nasz cały postęp techniczny, jest tylko pozornym rozwojem. Skoro przynosi tylko cierpienie, zniszczenia i śmierć, a siłą napędową jest wyzysk. Przecież od kilkudziesięciu lat jeździmy nadal kopcącymi samochodami na silnikach spalinowych, mimo technologii Tesli…Więc jaki postęp. Temat na inną opowieść.

Podziwiam piżmaka, z jaką pasją i perfekcją męczy tą jedną trzcinkę. Świata poza tym nie widzi. Błyskają żółte ząbki. I z tej strony jakby nie patrzeć robi coś pożytecznego, bo przecież człowiek okresowo wykasza szuwary, aby mieć dostęp do tafli wody. Płynie do mnie…nauka. Zastanawiam się znów. Dlaczego piżmak wciąż istnieje, mimo tych prześladowań, wrogów naturalnych? Odpowiedz jakby przychodzi w jego robocie.

– Bo jestem skupiony na sobie. Tylko na tym, co mam zrobić i co chcę osiągnąć. Temu poświęcam, z jakim oddaniem swoją energię. Nie rozpraszam się. Wykopuję kłącze, które chcę zjeść…

Takie to niby proste. Ufają i działają. W przyrodzie wiele kryje się odpowiedzi, na odwieczne ludzkości pytania. Wysiedlone suszą bobry przeniosły się tam, gdzie jeszcze jest woda i dalej budują swoje tamy z patyków. Wierzą, że dadzą radę.

Chwilę przed zachodem słońca usadzam się w jednej z otwartych czatowni. Stąd mam widok na świeżo zaorane pole, bagno, szuwary, i lasy. Tu spocznę do ciemności po kilkugodzinnej wędrówce. Spotkałem aż kilka bażantów, a przecież lamentowałem ostatnio, że chciałbym zobaczyć wspaniałego koguta w lornetce, a tak ich coś mało, nie widziałem już parę miesięcy. Manifestacja natychmiastowa. Ciekawskie sójki dziś zaskakują, żerując na skraju pola całą gromadą, zupełnie jak stado kur. Co podnoszą, stąd nie widzę. Staram się podejść. I choć sójka zdawałoby się, łatwy obiekt do obserwacji, cwaniary wiedzą, że coś jest inaczej. Pewnie nigdy nie widziały obserwatora. Niepokoją się całą chmarą i siadają na wierzbach. Latają nade mną, a w lornetce widzę jak odwracają łebki przy okrążaniu, aby mi się przyjrzeć. Zdają się być totalnie zdumione. Że ktoś się zbliża, celowo właśnie do nich. Odchodzę śledzony, całe szczęście nie wrzeszczą, tylko sondują w milczeniu.

muskrat

Zaszło. Jak szybko umyka jesienią. Temperatura leci. Po południu było wręcz upalnie, a teraz trzeba ratować się kurtką. I nawet się cieszę, bo myślę sobie, jeśli tu spadki są takie, to co dopiero w górach, na Podlasiu czy choćby Warmii. Gdybym tam miał wędrować… Wieczór jest cichy, namiętny jakiś taki. Kosy alarmują i szczebioczą w terkocie przed snem, najbliższe miesiące to one będą tutaj Zegarem Zmierzchu. Nad całością bagna unosi się pierwsza mgła, i zaczyna dziać coś, czego się dziś niespodziewałem…

Mgły zaczynają gęstnieć. Podnoszą się zakrywając mi okoliczne światła i osiedle, które wyrosło nieopodal podstępem. Idą w górę, skąd pasmami rozlewaję się na pole. Będzie taniec, będzie sztuka, przedstawienie! Mgliste pląsy wody żywej, to jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie przyroda wyreżyserować może. Zachwycam się – jakaż moc tu, w tych szuwarach i odmętach drzemie? Przetrwała mimo wszystko, i w chłodzie ukazuje nocnym wędrowcom swoją potęgę. Tam człowiek w swych światłach i przed ekranami seriali, tu one, które głucho wypełniają wszystko… wytłumiły mi nawet dzwięki dobiegające z wsi. Film oscarowy, gdyby nagrać to w przyspieszeniu. Tak się cieszę. Oglądam się za plecy – i łąka zanurzona w bieli. Cud chwiejny, żywy. Wokół robi się okrąg mleczny, a wszystko to wypełza właśnie stamtąd, z serca moczarów… Jak pajęczyna wilgotna, porywa w sen swoich macek. Tak oddycha ziemia. Tak pracują żywioły. Nie poddają się. Ile jeszcze przetrwa? Człowiek może zasypać, zasuszyć, i wybudować na tym dom. Bywało już tak. Pamiętam to miejsce jeszcze z czasów, gdy nie były stąd widoczne światła osiedli mieszkaniowych, nie dobiegały poszczekiwania psów i rzężenie pił, kiedy o zmierzchu wychodziły z trzcin watahy dzików po 30 sztuk… Gdy woda płynęła szeroką strugą po kaskadach rowku i chrobotały w nim bobry. Urzędował rzęsorek. Jak jeleń ryczał w kukurydzy, i wąsatki pasły się na szuwarach… Nie było ambon myśliwskich. Ostoja była bezpieczna, dzika i wolna. Nie wiem czasem po co tutaj zaglądam. Może dlatego, że najbliżej, sentyment, i znam każdą darń wraz z zakątkami zwierząt. Mój świat odchodzi każdego dnia, coraz dalej. Krok po kroku, odpływa…subtelnie. Coraz dalej muszę jeździć, by znaleźć kawałek ciszy. Przetrwa w opowieściach… Mało pocieszające. A kiedy się zatrzymamy? Co nam zostanie? Przecież nawet gdyby te historie miały w przyszłości być świadectwem, nikt nie zburzy mieszkań i blokowisk, by wrócić do tego co było. I nie mam wątpliwości, że na zabudowaniu pól i wycięciu zadrzewień się zakończy. Co się dzieje w innych częściach świata – nie można wyciąć, to podpalają. A ja się dziwiłem niekiedy, widząc ludzi biegających w słuchawkach. Cwaniacy. Być może czeka mnie to samo jeszcze za życia. Śpiew ptaków odtwarzany ze smartfona, bo lasy będą ptasio ciche, z szumem biegnących na wiaduktach ponad nimi autostrad…Pęd po iluzję. Zamkniemy się w coraz to nowocześniejszych domach, zagłuszymy duszę relaksacyjnymi dzwiękami, tym samym zatrzaśniemy na świat i siebie nawzajem. Cierpkie rozważania.

Przez siwą zasłonę przebija się piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Zew śmierci dla gromad myszy polnych – coś jak wycie wilka. Sowa obwieszcza wypad na łów. Dla mnie to sygnał, że pora wracać. Mgły podchodzą złowrogo gęstym duchem tuż pod czatownię, nie widać prawie niczego, drzew ani horyzontu. W takim kłębie łatwo zgubić orientację, kto niezwyczajny. Na znanym sobie terenie to zawsze wesoła przygoda. Raz mi się zdarzyło. Zakręciłem się parę razy z zamkniętymi oczami wokół i podjąłem wędrówkę. Przednia zabawa. I mgła lubi dokazywać. Wilgoć osadza się na butach, przemakając je do końca. Dziś nie zabrałem kaloszy. Nie zawsze chcę – ‘’ludzie dziwnie patrzą’’ gdy idziesz w nich przez miejscowość, podczas cudownej pogody. Nie znają realiów wypraw. Dziś buty wstępnie zmoczyłem już po południu, na resztkach rosy która nie obeschła od rana. Sekrety otulają mnie szarym kożuchem wspomnień przesłaniając burą gęstwą wszystko, gdy brnę przez chłodną łąkę – czuję się wtedy dobrze. Zabrały światła, odgłosy, dalekie budynki, utuliła w miękkiej, rześkiej ciszy. Nicość, taka moja, jedyna. Oddaję się jej w zapomnienie. Władaj mi tą krainą kochana jak najdłużej…

26.09.2019 – Bobrowe rozważania nad Stawem.

Muskrat_swimming_Ottawa