Noc w listopadowym lesie. Na szlaku Drzew Mocy.

Wyziębione pola okrywają się kołdrą mglistym zasłon, gdy księżycowy czarodziej góruje w potędze kryształowego srebra. Wspina się coraz wyżej, podnosząc białawe kurtyny na jedyny taki spektakl. I jednego na pewno ma widza. Zanim zbliżę się do lasu stoję długo przed połaciami pustki, chłonąc nieśmiałe powiewy zimnego wiatru.

Krok za krokiem. Księżycowa kula podąża wraz ze mną, sunąc po lustrach rozległych kałuż. Niektóre z nich już po brzegach ścinają się zwierciadłem lodu. Lekko mrozi. Niechaj. Najwyższa pora. Czeremchowy las. Tak nazwali go czytelnicy. Dawno mnie tutaj nie było. Ostatnimi czasy wybierałem wędrownie jesionowy szlak wśród pól, z uwagi na jego kojącą ciszę. Tutaj docierają już dzwięki cywilizacji. Ale i tak jest magicznie.

– Cyt, trtrt, szrr, sztt…

Opadające liście szeptają senne modlitwy. Wirują jak nietoperze. Jesienne nietoperze. Ziąb, mróz, zrywy wiaterku i szeleszcząca cisza. Korony gałęzi spowijają girlandy białawego srebra, te roznoszą się rozbłyskami spływając do leśnego dna kaskadami strumieni. Przytulam ogromnego Kasztanowca. Dwaj Kasztanowi Bracia, jedyni i najwięksi w tutejszym lesie. Przyśnili mi się ostatnio obaj, w dość przykrym kontekście. Byli naznaczeni czerwienią wyroku – do ścięcia. Dlatego musiałem dziś tu przyjść. Przekonać się. Przez las przetacza się obecnie kolejna fala ‘’człowieka’’. Przy drogach sterczą hałdy ułożonego w stos drewna. Są ogromne. Nie wiadomo na kogo padnie… Może one już coś wiedzą. A może to tylko sen. Oby.Nerwowo oglądam korę wokół – żadnych znaków nie ma. Są prawdziwą ozdobą, jedynymi takimi olbrzymami na okolicę. Nie wierzę, że ktoś mógłby… Trudno mi to przetrwać. Tyle czasu już. Podobnie jak im. Dlatego zaglądam głównie nocą. W dzień warkot pił, wycie tirów i łoskot padających…
Teraz tak tu cicho. Żadnego zwierzęcia. Tylko te liście… Posłuszne swemu zadaniu, szybują niespiesznie wyściełając szeleszczące dywany. Ochronią Ziemię przed mrozem, ubogacą w próchnicę.

Osiki i Olchy rosnące tu w towarzystwie zrywają się w poryw z każdym moim pytaniem do Kasztana. Są odpowiedzią. Staruszek zrzucił już liście. Ehh, żeby tak rozumieć Was i słyszeć, każde słowo… ciągle się uczę. Jemu opowiadam o ludziach. Żeby się nie bał, wiedział, że są też inni. Pamiętam jak latem z całą rodziną otoczyliśmy go kręgiem trzymając się za ręce, a ja mówiłem wiersz. Taki był wtedy szczęśliwy. Przypominam mu to. Mówię, że Kocham, i nie zrobię krzywdy. Że wielu jest ludzi przyjaznych drzewom, tylko dopiero zaczynają się odnajdywać. I nie ma w nich zgody na to, co się dzieje. Będą pomagać, chronić. Kasztanowiec otwiera się na mnie ciepłem i teraz On zaczyna przytulać. Przywieram czubkiem głowy, by wchłonąć jak najwięcej. Kasztanowa energia bardzo jest cenna, unikatowa, lecznicza. Zwłaszcza podczas pełni księżyca. Delikatne skrobnięcie wyrywa mnie z przyjemnego odrętwienia – to nie mógł być suchy liść. Rozglądam się bezgłośnie. Obracam głowę na drugą stronę pnia i niemal stykam swoją twarz z kuną…

ODDECH… siuuuu

Ułamek myśli, a jak skoczy mi na buzię? Zwierzątko przygląda mi się, nie mniej zdziwione. Czarne paciorki czujnych oczek. Jej białe podgardle błyszczy filuternie, muśnięte srebrem księżycowego refleksu. Taka jest piękna… Poznaję, że to nie tumak (kuna leśna) a ta domowa, spotykana bliżej domostw i wsi. Też zamieszkują lasy. Sekundy pogrążone w puchatym cudzie. Pewnie szuka śpiących ptaków. Smyrg! I już jest gdzieś do góry. Ani trochę zdziwiony, składam podziękowanie. Wiem, że to sprawka czułego Kasztanowca. Od zbliżenia się z Drzewami, podobne sytuacje stały się częste. Wiedząc co w Duszy gra, odwdzięczają się tym, co cieszy najbardziej. Płynie synergia. I ona podąża między nami już do końca wyprawy.
Mam poczucie, że każda roślina i zwierz, wie, że tu dziś jestem.
Mijane drzewa kłaniają się całymi szpalerami, w miarę jak się przemieszczam. Wiele osób pytało mnie o to zjawisko. Mam podobnie. Ale jak to się dzieje? Raz pokazał się obraz – człowiek w kuli energii jak podąża, którą drzewa wychwytują gałęziami. Odczytują ją i reagują, witając się z gościem. Nie na każdego tak postępują. Trzeba być z tym lasem – uczciwie, i w Miłości.

– Trrr, trrrrrr…

Z głębi boru trzeszczy jakaś sosna. Wołają do gawędy. Trrrr, i kolejna. Znajome odgłosy. Wyczuły jak przechodzę. Choć chcę bardzo, nie ma mowy. Nie będę szukał daleko po ciemku. Pełnia Księżyca, niezależnie od pory roku to takie święto drzew – bardzo są wtedy aktywne i pobudzone. Ożywienie da się uchwycić w całym lesie. Emanują wtedy właśnie pełnią swą wspierającej i uzdrawiającej energii. Nocą ściele się zagęszczona, skupia swą formę. Ciebie nie rozpraszają kolory i nadmierne dzwięki, ładujesz się więc lepiej i więcej. Dlatego nocną wędrówkę cenię bardziej od dziennej wyprawy. No i właśnie dlatego, zmuszony jestem dawkować. Minęło pięć godzin mojego pobytu tutaj, a kolejne drzewa w rozmaity sposób próbują przyciągnąć moją uwagę. Nocy nie starczy, by spędzić czasu z wszystkimi, które proszą. A już się przyzwyczaiły że włóczę, wiedzą że rozpoznaję ich sygnały, więc stroszą się niekiedy jak psiaki, byle podejść na chwilę, pogłaskać i coś powiedzieć. Kłaniam się tedy sosnom, wyciągam ręce przed siebie i na głos mówię od razu do wielu:

Siostry moje Ukochane,
Niech najlepsze Wam jest dane,
W pas się kłaniam, do połowy,
Sławiąc piękny Bór Sosnowy
Wytrzymajcie czas człowieka,
Trochę jeszcze Wam zaczekać,

Przyjdzie,

Igieł szpilki, i chojary,
Z serca płyną moje dary

Dla Was

Cisza. Chwilę jakby nasłuchiwały, zdumione. Lecz gdy ruszam dalej, znów kilka rozgaduje się trzeszczeniem. Mam dreszcze. Wolą bym został. Rozumiem… To musi być dla drzewa takie fajne, przyjemne i miłe. Takie nowe. Że ktoś przychodzi, mówi ładnie do nich i dobrze im życzy. Zamiast piły, albo zimnego rachowania ‘’czy już’’ się nadaje… Tak są tego spragnione, stęsknione… Nie myślałem tylko, że moje wędrówki zmienią się tak bardzo. Bo wystartowałem o 17 tej, a dochodzi już 23. Mimo dywanu liści poruszam się cicho, na tyle, że wychodząc na rozległe łąki w lornetce dostrzegam pasące się sarny. Nie usłyszały mego nadejścia. Po krótkiej obserwacji wycofuję się równie z kunsztem. Dziś to sarny wiodą po ścieżkach. To znaczy, szedłem lasem 2 kilometry aby dotrzeć na stanowisko czatowania, lecz obecność saren obok których musiałbym przejść i spłoszyć pozbywa mnie tego pomysłu. Niech się pasą. To właśnie cały ja.

IMG_4233

W drodze powrotnej mijam znanego mi Wiąza, ten jest potężny w swej krasie. Aby raz czy dwa z nim rozmawiałem. Pamiętam, że łagodził iście anielską energią. Wiązy to związani z Ziemią strażnicy pokoju, jedności, pracujący korzeniami na rzecz łagodnej wspólnoty rozwoju. Wszystko chcą związać, połączyć, aby współgrało i rozwijało się. To też robią z człowiekiem. Przyłapuje się na tym, że podczas tego ‘’spaceru’’ nie trapi mnie ani jedna przykra myśl. Nic nie istnieje. Wszystko co dokuczało w głowie przez ostatnie dni. Jestem tylko ja i drzewa, i czujność na delikatne sygnały. Powitany Wiąz otwiera się szybko. Pamięta. Do niego również przykładam czoło, chłonąc wiązowe błogosławieństwa. Pojednanie, akceptacja, lekkość, wybaczenie, zrozumienie… Naprawdę minęło już tyle godzin?

Wreszcie ‘’ląduję’’ u Krzesimira. O ile przy pierwszym dziś powitaniu przyjął mnie dość obojętnie, tak teraz gdy już pochłonąłem się w lesie, muska mnie ciepłem, stroszy się, szumi i grzmi. Mam parę pytań i wątpliwości. Opowiadam, że książka prawie gotowa. Pokazuje w myślach okładkę. Oh, jak dziwnie spoglądać na nią i siedzieć tutaj. Wszystko jest na tym obrazie takie, jak tutaj się działo. On, że jest dumny. Powtarza to wciąż. Noo, kto by pomyślał? A ja pytam. Bo tak sobie myślę, że można by pominąć cały aspekt duchowości, rozmowy z drzewami, energie i takie tam. Zrobić drugą, okrojoną bardziej wersję. Książka wiele nie straci na stronach i uroku, a byłaby bardziej przystępna dla osób które z tym wszystkim nie miały styczności dotąd… łatwiej ‘’strawna’’ jakby. Wiem, że to z jednej strony głupota, ale czeremchowa głowa walczy do ostatka.

Co o tym sądzisz?

ANI MI SIĘ WAŻ COKOLWIEK POMIJAĆ! O, żebyś Ty… Więc po co było to wszystko? Aby poszło w zapomnienie? To jest właśnie całość obrazu, tego co się działo. To będzie pracować w ludziach. Wielu potwierdzi, że nie są sami. Że to, czego doświadczali jest prawdziwe. W Twoich opowieściach znajdą potwierdzenie. A Wy się odnajdziecie, dzięki materialnej książce. Będą korzyści, dla Drzew i Ludzi. Spojrzą na las inaczej. Nie ‘’po Twojemu’’ tylko tak, jak dawniej człowiek spoglądał, co było oczywistością w doświadczaniu. Już pracuj nad kolejną. O nas, o wszystkim czego się dowiedziałeś. Dużo pisania Cię jeszcze czeka. Ta książka, to dopiero początek, wprowadzenie. A jeśli zdaje Ci się, że coś już wiesz, to przygotuj się na prawdziwe zaskoczenia. Dumny jestem, tak. Byli tacy wśród nas, co nie wierzyli. Właśnie Ci, od których miałeś nie do końca przyjazne sygnały w odbiorze. Ja zawsze wierzyłem. Tyle energii w Ciebie wprowadziliśmy, czy dostrzegasz swoje przemiany, kim się stałeś? Na co chciałbyś to zmarnować? Teraz możesz tyle sprawić. Więc pisz, pisz o nas… Potrzebujemy, by świat przeczytał nas w słowie. I to nie jest tak, że Drzewo Mocy wyrośnie i jest. Stać nim się może każde nasiono. Wzrastamy i doskonalimy się przez doświadczenie. Mi kontakt z Tobą dużo wniósł. I z gośćmi którzy przybyli za Twoją sprawą. To jak w relacjach międzyludzkich. Każdy coś ofiarował, otworzył, pokazał, nauczył. Stałem się… Otwarły się nowe przestrzenie dla mnie. Inne Drzewa pragną podobnie, dlatego tak intensywnie wołają.

Mój Kochany mędrcze. Czasem mi głupio, że tak Go drażnię. Ale On wie, że na tym etapie i tak już bym zrobił wszystko. Tylko i ja potrzebowałem ‘’zatwierdzenia’’. Przecież okładkę wymyślił Klon, a treść to w dużej mierze przekazy Drzew. To ich dzieło, nasze procesy. Wspólna pamiątka. I faktycznie. Zauważyłem ich zmiany. Tych do których chodziliśmy wspólnie na warsztatach. Każde z nich doskonaliło się, coraz bardziej w pracy. Nawiązywaniu kontaktu i pomocy. Coraz lepiej im szło. Teraz ich subtelną mowę czytamy jako coś oczywistego. Widać było, że nie mogą doczekać się kolejnych spotkań i wyzwań.

Gdy wychodzę z lasu na skraj rzepakowego pola, chyłkiem umykają z niego w lekkich podskokach sarny. Wyszedłem prosto na nie, nie dało się tutaj przewidzieć, były zbyt blisko. Ale nie spieszą się. No te są stąd, muszą mnie znać. Wiem, że sarny potrafią podkradać się niemal bezgłośnie do siedzącego człowieka, jeśli w porę go zwęszą. Zwłaszcza, jeśli to od lat ten sam człowiek…Co tylko siedzi łagodnie, gębę cieszy i do drzew mamrota. Układam się z czuwaniem na stosie kłód, zajadam kanapki i sączę gorącą herbatę.Gdzieś daleko piszczy samica puszczyka, ciszy urągając w ciemnościach. Skryty upiór. Gderliwie nawołują kaczory z czeluści bagna. Nieśmiało popiskują myszy, nieświadome gryzonie obwieszczają się z bufetem dla nocnych drapieżników. Dreszcz oczekiwania. Po niebie żeglują białe kłęby rozległych baranków. Księżyc nieco przygasa, spowity mleczną zasłoną. Spomiędzy konarów sosen żarzą się jeszcze maleńkie latarnie odległych gwiazd. Nie minęło dziesięć minut, sarny wróciły. Są teraz dużo bliżej. No pewnie Siostry, częstujcie się oziminą.Mimo, że sporo się wiercę, one i tak tylko co jakiś czas podnoszą anteny czujnych głów, spoglądając już uspokojone. Trochę się wtedy czuję, jakbym czuwał nad nimi. Żerujemy sobie. Inaczej zawsze jest, kiedy mogą na mnie popatrzeć, posłuchać i chwilę oswoić się z tym, że jestem. W takich momentach wiem, po co to wszystko. Dlaczego noce z zimnicą pod lasem, czatowania, czuwania, czas… To chyba jest takie żywe świadectwo. Zapomnianej bliskości człowieka z przyrodą, jaka wciąż każdemu zdarzyć się może. I o tym będzie moja książka.

66223959_479909626099685_4980183251667648512_n

Leśne błogosławieństwo życia. Szczodre dary jesieni i Rykowisko Wędrowców

Zostałem tatą…  Chrzestnym znaczy. Leśnym. ‘’Jak do tego doszło nie wiem…’’ Spróbuję opowiedzieć. Zacząć. Kiedy myślę sobie, że ze zdarzeń wędrownych i historii życiowych nic już mnie nie zaskoczy, dzwoni do mnie Gabi. Nie znamy się jeszcze – chce przyjechać na wyprawę jesienną z przyjaciółką. W wesołej rozmowie wtrąca mi, że od niedawna wie, iż jest w ciąży no i wiecie, aby wędrówka nie była tak forsowną. Ja w radość… Na tą wieść. Ucieszył się, jakby było moje własne  Mówię sobie potem, ‘’No co Ty Sebcio, głupi’’? Jeszcze nie wiedziałem wtedy, że to Uśmiech Duszy był, wobec nowego zdania…

Widzimy się już na drugi dzień, w kwaterze. W trójkę błyskawicznie oswajamy, omawiamy trasę i plan na jutrzejszy Dzień Wędrowny. Stanęło na tym, że pół dnia u Drzew Mocy, druga połowa na zbiorach plonów, a potem przerwa godzinna i noc na rykowisku. Dużo, śmiechów, żartów, Gabi mówi, że do Drzew ze swym małym żołędziem przyjechała, bo chłop ma być jak Dąb. I że mam Kobiecą Duszę. Czyta mnie jak księgę otwartą. To to ja wiem… I ‘’muszę z nią żyć’’ odpowiadam, dać się tej kobietce dzikiej się wyszaleć, wypisać, wypłakać, utańczyć, a i obdarzyć czułością wrażliwą mi najbliższych ukochanych. Wtedy ona jest szczęśliwa i działamy sobie jak stare dobre małżeństwo. Wtedy też synergią brzmi męskość. Jakiś przebłysk świta, po co ta wyprawa, i co mam zrobić jutro, już wiem. Gdy wszystko ustalone, powitane, wracam do siebie. A tam… dopada mnie znana już ‘’faza piśmienna’’. Proces twórczy. Piszę…i okazuje się, dla tego dziecka maluśkiego, tam w łonie. Bo to drugi miesiąc dopiero. Czy to przesłanie? A może modlitwa? Nie wiem. Wiedziałem tylko, że mam spisywać, chwyciłem kartkę i wyjątkowo długopisem. Wzruszenie płynie strugami… Mija wieczór, z kawałkiem nocy. Wiem, że to co się spisało mam przeczytać mamie przyszłej i dziecku. Ale gdzie? Myślę pierw o Dębie Radosławie i jakimś nietkniętym kawałku lasu.

TrreLife.jpg

Rankiem jesteśmy pod Krzesimirem. Jeszcze się waham. Pracuje już umysł. Myślę sobie, i jak to tak tutaj, wśród tych kłód pościnanych sosnowych ułożonych w stosy? Nie, pójdziemy gdzie indziej… Jak była cisza w lesie, tak zewsząd zlatują się sikory. Obsiadają cały dąb, są wszędzie. Jest i kowalik, dołączył dzięcioł. Nalot. I gdy jedna z sikorek przysiada na korze, tuż nad naszymi głowami ja nie mam wątpliwości. Trudno o większy znak. Krzesimir zaś grzmi:

– TAK, WŁAŚNIE TUTAJ! PRZY MNIE TO ZRÓB. KOŁOWRÓT ŻYCIA. CYKL I PEŁNIA.

Dawno nie słyszałem tak wyraznie, dosadnie jego głosu. Gabrysi wcześniej powiedziałem co się święcić dziś może, teraz za jej zgodą przykładam dłonie do powiększonego lekko brzuszka. Czuję się nieco jak kapłan, albo i ksiądz, gdybym to wiedział jak oni się czują… Zaczynam czytać na głos. On drży. Staram się brzmieć…Nie łatwo.

Błogosławię Twoje życie, 
Trzymaj mocno je w uchwycie,

Krocz przed siebie śmiało, godnie, 
Z jego nurtem płyń swobodnie

Niechaj ludzie Cię wspierają, 
Swym najlepszym obdarzają

Wierzby, dęby i jesiony, 
Dzisiaj biją Ci ukłony

Z szumem liści już witają, 
Swego gościa, pozdrawiają,

Puszcze, knieje, łąki, lasy! 
Niech przypomną Tobie czasy

Niech przemówią stare dzieje,

Liście, pnącza, i konary, 
U Twej głowy złożą dary,

Niech nic nigdy nie zagłuszy, 
Światła Twej potężnej Duszy,

Przyjmij pełnię, uśmiech życia, 
By prowadził przez odkrycia

Niech rozprasza mroki nocy, 
Blask Twej osobistej Mocy

Pochłoń szmery i szelesty, 
Czule przejaw swoje gesty,

Wobec roślin, zwierząt, istnień, 
I ukochaj sobą wszystkie,

Daję Ci esencję Kniei, 
Abyś nią mógł się podzielić,

Tutaj w drzewach zakorzenię, 
Żebyś powiódł nowe plemię

W serce Twoje dar swój składam, 
Wieszczę, tulę, przepowiadam,

Drzew energia niech okryje, 
Tu gdzie tętno świata bije,

Przyjmij

Słyszysz pomruk ten, maleńki?
– Tak odzywa się Dąb Wielki,

Miłość poprowadzi kroki, 
Ciepło przyjmie świat szeroki

Witaj

Gdy czytam, wiatr psoty wywija w gałęziach, a Drzewo reaguje całym sobą. Udaje mi się jakoś dobrnąć do końca. Oboje spłakani. Dusza i Dąb, co wyście wymyślili? Najpierw przesłania wieszczone na żywo, teraz tak? I wiem, że dziś mam czytać ‘’brzuszkowi’’ wszystkie słowa spisane w przesłaniach, które uruchamiają energie drzewne. Prosi wierzba, jesion, dąb i brzozy. Mam jemu przekazać tą esencję. Ohhh… to był dłuuugi Dzień Wędrowny… Dalej maszerowaliśmy już na skrzydłach Babiego Lata, z gestem szczodrej jesieni, który obfitością odmierzał echo naszych kroków.

Dzika róża, bez i głogi

Maszerując niespiesznie po jesionowym szlaku podarunki jesieni zbieramy. Dziś Wędrowny Dzień plonów. Dzika róża, głogi, bzu ostatki i tarniny szczodre. Ciekawski rudzik przygląda się ludziom, pomponem pomarańczy migota. Cisza w dostatku się kłania. Czerwień spogląda zewsząd w rumieni.Na dystansie około trzech kilometrów dojrzałe krzewy rozpościerają przystrojone konary, jakby zawołać chciały; masz, wez, częstuj się! Wystarczy dla wszystkich. Medytacja więzi łagodnej, z tym co najwłaściwsze człowiekowi od wieków. Sikory psocą po chaszczach. Lis słoneczny drepta na miedzy. A zdrowie ląduje w torbach lnianych, herbatę krzepy zaparzę na całą zimę. Z kukurydzy wybiegają dwa jelenie – te wypłoszył szum warczącej nisko motolotni, która pojawiła się znikąd…ehh…

P90921-164754

P90921-165448

Bo jesienią jeszcze innego charakteru nabierają wędrówki. Czas dojrzewania wyścieła niebo i ziemię puchem wszechobecnego dostatku. Samo zdrowie, z pracy żywiołów powstałe. Chodzcie do lasu! Dla każdego wystarczy. Drzewa i krzewy wyciągają zewsząd konary, w garście czerwieni ustrojone. Dłonie pełne darów. Co komu potrzeba. Żołędzie na kawę leśną, czy kasztany pochłaniające sploty negatywnych energii. Ziół ostatki z wrotyczu paciorków. Tym nacieramy ubrania przeciw kleszczom. Kiście bzu czarnego, wiechy koralikami przystrojone. Jabłuszka jeszcze na październik czekające, jarzębiny aż bordowe. I pomyśleć, że to wszystko ‘marnuje’ się tonami co roku. Człowiek zapomniał.

P90921-134029

Prowadzę przez sosnowy młodnik, jeden z moich ulubionych zakątków ptasich. Zawsze można tu spotkać wszystkie gatunki sikorek i raniuszki. Kraina zieleni igieł, szorstkich w dotyku jak szczotka. We mchu pobłyskują brązowe łepki kasztanów…

Kasztanów…?

Śliskie, a chłodne w dotyku… wyglądają na świat… pierwsze tutaj maślaczki. Ojej, są wszędzie! W tym momencie tracę wolę i przewodnictwo, gdy goście w uciesze przypadają do ziemi, zbierając w uśmiechach garście leśnego smaku. I jeszcze, i jeszcze! Szczęście przyfrunęło na pajęczynach babiego lata. Odzywa się w człowieku jakiś pierwotny, choć łagodny atawizm pradawnego zbieracza. Dalej nie pójdziemy. Pora na grzybową przerwę. Rozmyślania już lubują się w smakach, sos będzie, suszone, a może przysmażone z cebulką? Mało co podnoszę, korzystając z daru uważności wskazuję kolejne miejsca, gdzie widać kapelusze. Oj, grzybów to ja się w życiu nazbierał… Od małego. Jak wściekły niegdyś. Wyszumiało się to, i wrócić nie chce. Zapachy tańczą w balecie, a w rozmyślaniach i rozmowach płyną wieści o roli grzybni w lesie, jej powiązaniach z drzewami, i bogatych a jakże przez lata wypartych właściwościach tych darów. Płynie gawęda swobodna, przesycona aromatem młodocianych sośnin. Przyglądamy się szacie roślinnej tego niezwykłego miejsca, tu oto srebrno matowa Szczotlicha Siwa, jedna z najodporniejszych traw, wokół kocanki złote, już witające się przekwitem ze światem. Każda wyprawa ziarno wiedzy jakiejś zostawia, do samodzielnego już wzrostu w poznaniu. Widzę i grzybki maślane w gęstwie na buchtowisku, do tych puszczam oko i zostawiam pominięte – będą dla dzików, które chodzą tędy nocą z bagna na pola.

P90921-133530

Postój robimy…w rowku, pod prastarymi wierzbami. Są kanapki, i ziołowe herbaty w termosach. Struga szeleści pluskiem, przenosząc umysł w krainy ostępów relaksu i ukojenia w zatraceniu. Częstotliwość 432Hz. Działają i wierzby. Te otulają nas dotykiem łagodności. Specjalistki od uśmierzania bólu. Bagienne Babuszki. Ogrzewa nas słońce, zagłębienie chroni od wiatru. Opowiadam o bobrach tutejszych, o tym jak siedziałem w ramionach jednego z drzew, a pode mną w srebrze księżyca przepływali bobrowi pracownicy. Trudno oddać w słowach takie widoki. Dostojna jabłoń kołysze się nieopodal w naręczach zielonych kłębków swoich owoców. Omiatają nas stada ptasie, przeczesujące falami wszystkie możliwe zakamarki. Jest kowalik, raniuszki, sikory i dzięcioł. Zobaczcie, mówię. Oto one są sekretem tej jabłoni. Bo jak to możliwe, że sama jedna, nie przycinana, nie pryskana, nigdy nie ”pielęgnowana” a rodzi takie kosze bogactwa? Ptasi owadobójcy wydobywają zewsząd wszystko, co mogłoby jej zaszkodzić. Prawię o dzikach, dziuplach i skrzatach… Jesteśmy w klimacie. Szara struga pluszcze opowieścią, wierzby szemrają gawędą, trzciny kołyszą się niemo… A ja pytam moich gości…Bo przecież siedzimy tutaj w scenerii, dokładnie takiej jaką opisałem rok temu w historii.

Czy byłeś kiedyś nocą nad bagnem, w krainie szuwarów i mokradeł z dawna zapomnianych?

Siedziałeś może w kręgu Wierzbowych Wiedźm, słuchając o czym szemra wiatr w koronach próchniejących czarownic? Możesz tu szukać wszystkiego, lecz jednej rzeczy nie znajdziesz nigdy. Ciszy.

Ta umyka żwawo z królestwa moczarów, poganiana szelestami gwarzących trzcin. Nie ma ochoty tu mieszkać. W odległych gawędach ludu, nieposkromione bagna i ostoja dzikości złą sławą się zapisały, skrywając swe sekrety przed śmiałkami odkrywców mglistych tajemnic. Podania mówiły o topielicach, strzygach, zjawach wołających wędrowca ku czeluściom topieli, zaś w wierzbie miał zamieszkać sam Diabeł Rokita, błyskający ogarkami cudacznych lampionów, strasząc w obronie swych niedostępnych pieleszy. Sprawcami tych legend stały się głównie zwierzęta, w tak skrytych zakamarkach znajdujące swe ostoje. Niewidoczne, bezpieczne. Ale nie ciche. Kto lękliwy, odnajdzie tu sumę wszystkich swoich strachów. Pogodny i uważny, cudów zachwyt i wieczny urok. Można też duchom bagien zadać pytania, i posłuchać odpowiedzi…

Tu dzik szlak błotnisty przemierza, w pełni się czując bezpieczny, 
Jeleń do kąpieli też zmierza, odwieczny zwiedzając matecznik.

Głucho dudni bąk w mroku, ptasi duch trzcinowiska, 
Wierzba w szelestach swych kroków, tam diabeł ogarem błyska.

Szpacy zapadają z łoskotem, oddając się w senne mary, 
Czapla ochryple łopoce, skrzydlate wzywając już czary.

Żurawie trąbią ku słońcu, zachodu zwiastując wieszcze
Nadzieję mają, że w końcu, cisza zagości tu jeszcze.

Gęsi paplają z trwogą, gwarem wypełniając pielesze, 
Nadziwić się temu nie mogą, lis zaś się skrada w uciesze.

Bóbr w pluskach chroboce srogo, świat swój budując misterny
Podąży zawsze swą drogą, żywiołu posłaniec wierny.

Wydra śwista z uśmiechem, rybom na utrapienie
Topieli stając się echem, cieszy się swoim spełnieniem.

Łabędzi rycerz na toni, czułość okazuje partnerce
Kogo potrzeba przegoni, i pragną się jeszcze więcej.

Olchy w czas wichur zawodzą, bujając wśród połamańców,
Najlepiej tu sobie powodzą, kołysząc w rytm swoich tańców.

Szuwary z pomrukiem gaworzą, 
Gdy locha prowadzi swe plemię

Nigdy do snu się nie łożą…
Mgieł zjawa w oparach drzemie.

P90921-152140

IMG_20190921_150922

Opowiadam wzruszony, bo i słowa kieruję do łona, gdzie zamieszkało towarzyszące nam dziś maleństwo. Bo przecież jest nas czwórka. Wspaniała dusza wybrała sobie przyjście na świat z inicjacją leśną, chcę by pochłonęła jak najwięcej dobrego o tym zielonym świecie. Gabi zasypia…ukołysana wierzbowym szumem, pluskiem strumienia, i chyba moją opowieścią. Nie przeszkadzamy jej.

Rykowisko Wędrowców. Jesienny oddech Leśnej Mocy 

Po półtoragodzinnej przerwie, czas nam ruszać. Zwykle Dzień Wędrowny kończymy wraz z zachodem słońca, który podziwiamy gdzieś w przyrodzie. Gdy nastaną ciemności udajemy się na wypoczynek do kwatery, niedługi. Coś zjeść, zmienić ekwipunek, przebrać na noc i już gotowi. W oddali nad lasem wisi pomarańczowo – złocista połówka wschodzącego księżyca. Ona woła pod swoją opiekę. Już dawno po pełni. Nocka zapowiada się idealna, bezwietrzna, chłodna i księżycowa. Byki lubią się wtedy odzywać. Wdrapujemy się na ogromny stóg słomianych balotów, którego lokalizację trudno by sobie lepiej wymarzyć. Jednocześnie blisko szosy, można podjechać. Stąd widok na pola rozległe, rzepak z burakiem, gdzie ciągną zwierzęta. W horyzoncie czarna ściana lasu, i tu właśnie słychać dobrze wszystko, co się w nim dzieje. Każdego jelenia, który się odezwie.

Ubieramy się puchato. Czatownicy zasiadają na czuwanie. Czatownik – uwielbiam to określenie. Ten który czatuje, czuwa, zasadza się, czeka, obserwuje. Niewidoczny, nieuchwytny, skryty. Nic nie ujdzie jego uwagi. Jego intencją i pragnieniem jest jak najmniej przeszkadzać buszującym zwierzętom, dlatego wytrwale pozostaje godziny w bezruchu. Jest tu po to, aby nasycić swoja duszę pobytem w przyrodzie, ucieszyć wszystkimi dzwiękami i zdarzeniami, jakie minąć go mogą, gdy siedzi stapiając się w głaz… Podejrzeć cząstki leśnych tajemnic i nie zakłócać.

Mija 10 minut, 15, 20… w kryształowej ciszy. Trochę jakby ‘’zaczynam się niepokoić’’. Stąd powinno być słychać, już pora. I choć każdy wie, że w przyrodzie nie powinno się niczego oczekiwać, że nie można w zasadzie ‘’obiecać zwierząt’’, to zawsze chcę aby cokolwiek się wydarzyło. Gosia przyjechała z Katowic specjalnie, żeby te byki u boku Szeptów Kniei usłyszeć. Cisza gości się na dobre, a wiercenie mej towarzyszki mówi mi, że próbuje zaprzyjaźnić się z nią Pan Ziąb. I ja wiem o jego obecności, jednak zacząłbym pewnie zwracać nań uwagę po dwóch godzinach. Gdy ma się do czynienia z tym na co dzień, nie zwracasz uwagi na zimno, przyjmując jej jako coś normalnego, że troszkę tam dokucza. Wiem, że miejsce ma potencjał, a zwierząt jest tu mnóstwo. Może by tak.. je zawołać? W duszy rzecz jasna. Już nie raz tak robiłem i zdarzenia działy się piękne. Rozszerzam się. Wnikam świadomością w zakamarki gąszczy, przepatruję, wywołuję, rymuję…

Czatownicy już czekają, 
Z ciekawością spoglądają,

Czujnie dzwięków nasłuchują, 
Coraz większy ziąb też czują,

Hej jelenie, sarny, lisy! 
Księżyc świeci blado łysy

Opowieści przędą nowe 
Ukaż nam się życie płowe,

Sowa, borsuk, jenot, dziki! 
Niechaj zabrzmią tęgie ryki,

Pokaż skrawek tajemnicy 
Byśmy mogli się nasycić…

Ledwo kończę ‘’rymowane wygłupy’’ w myślach, przestrzeń jakby się uruchamia. Rozbrzmiewa piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Kuwika sobie w sosnach. Za kilka minut zaczynają chrypieć kozły sarnie. Gosia rozgląda się, zasłuchana, oczarowana. Jej białą twarz posrebrza księżyc. Ja się cieszę. Nad nami kaskady gwiazd, słabnące w blasku górującej złotej latarni.

70893839_2558974011045155_1606539530750394368_n

I jest! Pierwszy jeleń. Nadaje z głębi bagna. Ryczy mocarnie, kończąc frazę ochrypłym warczeniem. Ale z daleka. Wiem, że tam dalej muszą odzywać się inne, których stąd nie słyszymy. Odgłos raz jest bliższy, to dalszy. Bije tętno samczej mocy. I gdy tak słuchamy, wielki cień nadlatuje z pola, przepływając bezgłośnie nad naszymi głowami. Milcząco wachlujące skrzydła. To jakaś sowa! Choć odzywały się puszczyki, po wielkości obstawiam płomykówkę. Gosia zdziwiona, a ja wiem, że one tak zawsze podlatują obadać kto siedzi. Ryk mocnieje i przybliża. Teraz wpada nam wyraznie w uszy. Jest i inny. Jelenie podeszły. Krótka narada, i decydujemy się zejść ich posłuchać jeszcze bliżej. Można to zrobić nie przeszkadzając. One teraz i tak niemal nie zwracają uwagi na ludzi. Tam w dole jest łąka z łanem kukurydzy za plecami, można stać za parawanem mgieł i słuchać z bliska. Mlecznie języki rozlewają się smugami po polach, tworząc powłóczyste zasłony chłodnego jedwabiu. Przenikamy przez nie. W nich właśnie chyba mieszka ziąb. Stoimy, nasłuchujemy i chłoniemy. Gosza podskakuje mi na każdy bliższy ryk i szelest. Bardzo chciała iść, a teraz chyba trochę się boi. Tłumaczę cierpliwie półgłosem – co tu się dzieje. O ich zwyczajach. Gąszcze zaczynają szamotać z furią, któryś z byków przedziera się do rywala. Łoskot, dudnienie, łamanie krzaków. Chyba się zwarły… Byk jest zainteresowany tylko drugim bykiem, nie szuka ludzi i nie zwraca na nich zbytnio uwagi. Trzeba tylko uważać podczas hałasowania w lesie, bo jeleń biorąc za konkuretna możne podejść i w amoku zaszarżować. Zaślepiają je hormony. Tu mamy kilka kroków za plecami starą, a mocną zwyżkę myśliwską, na którą w razie co można się wdrapać. Jest bezpiecznie. Wabimy. Podkręcamy atmosferę, rozgrzewamy nastroje. Okazuje się, że jeleni było tu więcej. Chodzą i szeleszczą gromko. Jeden mruczy nisko, całkiem blisko w kukurydzy. Pobrzmiewa w nim grozba. Koncert pochłania nas niepamięcią. Nie rejestrujemy już zimna. Mgły rozpościeraja się woalem, kryjąc może wielgachne sylwetki byków mruczących w głębi łąki. Czuję się jak w świątyni, promienieję szczęściem. Nikogo tu poza nami. Wezwanie dzikości. Pradawne tętno leśnej mocy. Nie śmiemy już mącić, szargać. Dziś panują tu Płowi Królowie. Wygrażają, rzucają wyzwania, ogłaszają mglistemu światu ogień swojej potęgi. JAM JEST. TUTAJ. I nic innego się nie liczy… MISTERIUM. To najwłaściwsze słowo.

Gosza mówi, że nawet przestała się bać. I też zapomniała o zimnie. Nastąpiło zestrojenie z przestrzenią. Każdy ryk osadza nas w miejscu, choć chcielibyśmy już wracać tkwimy zasłuchani. Ciało przyjmuje fale informacji o potędze odwagi, Miłości i osobistej mocy. Dusze zatracają się w leśnej opowieści. Jelenie, kozły, puszczyki, płomykówka, mgły. Dziś gość mój czuje całą swą istotą sedno spisywanych na Szeptach Kniei opowieści. Już wie, jak to jest.

Wracając, przystajemy co kilka chwil. Ciężko się oderwać. Każdy zew rozbudza tęsknotę niewiadomą wstrzymując kroki, chciałoby się zostać aż do świtu.

IMG_20190921_113621

________________________________________________________
________________________________________________________

Wędrówka miała swój czas w ramach naszych trwających warsztatów z Drzewami Mocy i spotkań z dzikością, w esencji brzmienia pierwotnej Natury. Ją staramy się poczuć i odnalezć, zgłębiając przesłania mistycznej strony świata. Jeśli i Ty czujesz w sobie pęd do podobnej wyprawy, pisz i pytaj o swój termin. Te spotkania są dla Ciebie. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną historię. Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl   lub   FACEBOOK 

Do zobaczenia w lesie 🙂

 

Jesienny taniec motyli. Wyprawa po Babie Lato.

Kiedy nasze stopy dotykają piasków Jesionowego Szlaku, otaczają nas w tańcu czeredy wirujących motyli. Ile ich tutaj! Dostojna rusałka admirał szybuje w piruetach muskając ramiona atłasem miękkiego pudru. Są wszędzie i wokół. Rusałki przeróżnych gatunków. Admirał, kratnik, ceik, a między nimi polatują w grupach śnieżnobiałe bielinki. Te przypominają zbłąkane płatki śniegu. Lekkość i swoboda. Z taką energią zaczyna się nasza wędrówka. Każdy krok pogłębia głęboką ciszę pustki. Nie słychać psów, aut, ludzi, ani nawet ptaków. Choć jeszcze zielono, już rozgościła się jesienna pustka. Tunel krzewów przechwytuje nadlatujące z pól podmuchy, osłaniając nas dobrodusznym kokonem. I te bezgłośne motyle wokół… Jeden z bielinków chwieje się kiepsko. Siedzi na ziemi. Niemrawo się porusza. Jego czas dobiega… Kolejny motyl podlatuje do niego i uderza z lotu, jakby chciał go stuknąć, wybudzić do życia. Kilka takich prób. Siada wręcz na nim, dotyka… To jest… takie ludzkie… Jakby troszczył się o przyjaciela. Hej, no co z Tobą, wszystko dobrze? Wstawaj, polatajmy! Tamten dalej drętwy. Obserwujemy poruszeni. Po kilkunastu próbach zrezygnowany bielinek jakby pojął – odpuszcza i leci pląsać dalej.

received_2425061674378984(1)

Dziewczyny, Bożena i Iwona są zachwycone spokojem tej trasy. Przyjechały ze śląska na ‘’wyprawę ogólną’’. Bez kierunku i presji. Są siostrami, rodzonymi. Dziś idziemy do niektórych Drzew Mocy, w miedze i na pola. Krajobraz, tak bardzo mi już ‘’opatrzony’’ je urzeka i pochłania, wołając w horyzonty. Bo nie ma pagórków, a te rozległe przestrzenie…Inność. Rozmawiamy o pięknie takich miejsc. O roli dla Przyrody jaką pełnią, i o tym jak są niedoceniane. Gęstwy rozmaitych krzewów po bokach, tu wiosną tętnią ptasie lęgi, a mali fruwacze uwijają się w furkocie przy wychowie piskląt, będąc dla okolicznych pól tym czym jest żywy środek owadobójczy. Darmowa pomoc. Tymczasem takie dróżki giną z polskiego krajobrazu, są asfaltowane, a drzewa i krzewy wycinane. Pojawia się hałas, znika życie. Człowiek w galopie swoich ‘’poważnych’’ spraw, ‘’zdążyć, zdążyć, muszę’’.  W imię ‘’rozwoju i postęp’’. Czy tędy prowadzi droga? Chętnie zabrałbym każdego decydenta i orędownika betonowego postępu, aby ukazać dziejące się tutaj sprawy. Że są ludzie, dla których takie ‘’drobnostki’’ jak cisza i przyroda są ważne. Dochodzimy do wniosku, że takie szlaki powinny mieć status chronionego dziedzictwa kulturowego. Nie powinny być przekształcane one, ani okolice, które tworzą ten poszukiwany przez wielu spokój. Niedługo cisza stanie się bezcennym dobrem luksusowym.

Z kursu odbijamy w bok, do wnętrza polnego rowku. Tam zamieszkały młode, choć ogromne już Białodrzewie. Topole Białe.  Miejsce przypomina tunel czasoprzestrzenny, osłania od wiatru, koi szumem. Tu zapomnieć się można we wszystkim. Jakby czekało przygotowane do gościny, na wysuszonym dnie spoczywa wielki kamień, w sam raz do siedzenia. Tu poddajemy się Topolowemu Oczyszczaniu. Mi po 10 minutach znacznie poprawia się nastrój. Każdy siada pod wybraną. Wszyscy łapiemy do wnętrz tą beztroskę i swobodę. Jest dużo śmiechu i luzu. Topole choć zabierają i pochłaniają całą aurę człowieka, krzywdy nie robią. Jest pewien próg, poniżej którego Topola nie ingeruje. Zabierając wszystko co nie służy, Drzewa uzdrowiły swoje leśne dzieci, wzywając je do uśmiechu, lekkości i dalszej kontemplacji dziczejącego świata wokół.

P90914-163938

Wskazuję porzucone gniazda gniazda ptasie i opowiadam o przyrodniczych sprawach jakie tu się dzieją. Bożena mówi, że ciągnie ją do Olszyn widocznych na horyzoncie. Trochę się waham, wygląda z daleka że nic szczególnego tam nie ma. Ale jeszcze nie byłem. Chętnie odwiedzę. Im jesteśmy bliżej, tym widać, że drzew porosła tutaj znacznie większa mozaika. Ogromny, czerwieniący głóg i potężna Matczyna Dzika Grusza. Jest wspaniała. Ogromna i stara. To ona nas wołała. Opiekuje się tym miejscem. Już opadaja z niej owoce. Tych kosztujemy z rosnącym apetytem. Co za zapach! Takie drzewa można pokazać za przykład wszystkim sadownikom i ogrodnikom, którzy twierdzą, że aby drzewko owocowało trzeba podcinać ‘’dzikie pędy’’, formować i prowadzić. Tych nie pielęgnuje nikt, od zawsze. Mimo to każdego roku obdarzają i zasypują dostatkiem zwierzęce życie wokół. Człowiek podcina dla wygody i z lenistwa niejako – aby łatwiej było dostać się przy zbiorze owoców. Zostawia tylko te gałęzie, które owocują. A przecież drzewo potrzebuje też gałązek bez owoców, z samymi liśćmi i odrostami, które pomagają pobierać mu więcej energii, zrobić zapasy, zmagazynować odżywcze substancje na różne życiowe wypadki. One nie osłaniają drzewa jak się powszechnie uważa, wręcz przeciwnie. I tak te dzikie, nie pielęgnowane jabłonie, grusze i śliwy na miedzach dociągają w zdrowiu setki, a ‘’pielęgnowane i prowadzone’’ przycinane drzewka w ogrodach i sadach zaczynają umierać po 20 – 30. Zbyt wyczerpane wiecznymi cięciami i ranami, które muszą bliźnić, przy niedostatku pomocnych pędów, które regularnie się im obcina. Na logikę, to nie może się kończyć inaczej. Ale potem człowiek kupuje i sadzi nowe drzewko innej odmiany i dawaj od nowa. A w świat niesie wieść, że drzewa owocowe krótko żyją…

 

received_2366050130179371

Jesienne owoce mają w sobie magazyn takiej energii, że po kilku kęsach nie głodniejesz przez wiele godzin. Promienie słońca i składniki ziemi, przesączone esencją żywiołów. I choć wokół gęsto od śladów zwierzęcych biesiadników, dziwna panuje tu cisza. Zauważamy. Obserwuję to zjawisko w tym roku szeroko. Dawniej pod takimi spadami kłębiło się od szerszeni, os i pszczół, które pasły się na rozkładających owocach całymi rojami. Zbiory były obarczone ryzykiem użądlenia. W tym roku nie było. Deptałem po mirabelkach, jabłkach, śliwkach przydrożnych gnijących, tym razem nie podnosiły się z brzęczeniem złowrogim. Może to efekt suszy, a może dzieje się…trudniej. Przytulamy się do Gruszy i wznosimy ręce w podziękowaniu.

P90914-192517
Babrzysko dzików z ubłoconym pniem.
P90914-174019
Topinambur – Słonecznik Bulwiasty, przysmak dzików.

Drzewo w zamian odkrywa nam jeszcze więcej sekretów swojego zakamarka. Niemal cały pas olszyn porosły ogromne słoneczne, żółte kwiaty. Jakiż kontrast, na ścianie zieleni. Pachną…czekoladą… To słonecznik bulwiasty. Topinambur, przysmak dzików. Wyrósł na linii rowu z babrzyskiem, miejscem gdzie czarny zwierz zażywa rześkich kąpieli błotnych. Pnie olch usmarowane zaschniętą ziemią na szaro. Pochłaniamy kolejne kilometry maszerując tam dokąd wzrok sięga. Z jesionowego szlaku zeszliśmy na pobliskie pola. Pustkowia, aż po horyzonty dalekich lasów. Macierz buraczana i brązowe połacie orki. W ogóle się nie męczymy. Babie lato jednocześnie zaczepia już chłodem, to pociąga ciepłem ku słonecznej kąpieli. Jest w sam raz. Nad nami kruki popisują się w bujającym tańcu, a ostatnie jaskółki przepływają śmigle swobodą błyskawicy. Nawet ja się dziwię, ile tętni tu życia. Tropy ogromnych jeleni – byków przecinają się ze wstążkami śladów pozstawionymi przez krzepkie dziki. Idziemy ścieżką na małej miedzy, gdzie jak słupy kierunkowe prowadzą nas kępy bylicy i lebiody. Chwila przystanku i rozeznania w świecie ‘’chwastów’’. Słońce goni już szybko. Za moment pogrążymy się w podziwie zorzy zachodu, słuchając ostatnich ćwierknięć marznących trznadli.

Wieczór…

Gdy słońce gaśnie za lasem, zatrzymujemy się. Cisza w uszach podzwania milczeniem. Stajemy stopieni z łuną pasteli, na tle czerniejących gałęzi. Szlak ogarnia zmiana. Drzewom i zwierzętom znana, codzienna i swojska już od zarania. Dla nas magiczna w swym przepływie. Wypatrujemy pierwszych gwiazd. Ukryty trznadel wyćwierkuje senną zwrotkę, kłębuszki chmar mazurków które polatywały jeszcze do niedawna, utuliły się w swoim puchu wśród tarnin. Na buraczanej miedzy pasą odległe sarny. Ciemność wypełza z zakamarków dotąd nieświadomych, jakby chciała przeczesać zasoby odwagi i zaufania. Nie jest nam straszna. I ona zaprasza do dalszej wędrówki. Ukrywa, maluje i tworzy w mgnienie – zupełnie nieznany świat. Jakie tajemnice pragnie dla siebie zachować? Jesiony pogrążają się w sennej podróży po wymiarach, jeden zrzuca z chrupnięciem gałąz zwiastując odlot większego ptaka. Łoskot zaskoczenia.

Tu czerwień styka się z błękitem ubywającym, zachwytu malując opowieść. Gdzieś tam lis czujny już trakt przemierza, a dziki przebudzają w szelestach, innego zegara odczytując wskazówki. I one nasłuchują narastającej ciszy, wilgotnymi nozdrzami chłonąc wezwanie do biesiady od pełnej smakołyków Ziemi. Temperatura leci na łeb coraz niżej, wołając ziąb ku wsparciu. Wygodnie mości się zmierzch. Igraszki światłocienia. Wracamy do kwatery i robimy ponad godzinną przerwę, czekając na księżyc. Przed nami nocna wyprawa. Chcemy dziś jeszcze usłyszeć jelenie.

P90914-193137

W poszukiwaniu rykowiska. Lelek

Niekiedy po polach przenikają jak duchy, ulotne, chwiejne sylwetki. Różnią się zdecydowanie od zwierzęcych. Maszerują przed siebie, znikając w oddali horyzontu srebrzystej poświaty. To Wędrowcy. Już nie jeden samotny, a kilku. Przestrzeń się rozrasta. Coraz więcej śmiałków decyduje się spróbować swoich sił i wytrwałości w Księżycowej Podróży. Co też gna ich w noc, z mozołem kroków, w wicher, chłód, deszcze, albo przyjazne ciepło letniej świerszczowej nocy? Podążają ufnie za swoją przygodą, a może woła ich zew dzikości, chęć przypomnienia sobie w Duszy jak istniał człowiek zanim pochłonęła nas cywilizacja. Gdy zmęczenie plącze im nogi przysiadają w czuwaniu na miedzach, polnych kamieniach, pod lasem. Wtedy zamieniają się w czatowników. Sunące godziny milczącego oczekiwania na wyjście zwierza, słuchanie szelestów życia, lub szeptane rozmowy o nimże odmierzają sedno istnienia.

P90914-235444

Księżyc rozświetlił się w czystej pełni srebrnego panowania, przyroda sprzyja dziś po całości. Nie ma wiatru, chłód się wzmaga. Dobra pora do słuchania ryków. Mają dziewczyny szczęście, nie każdemu udaje się trafić taką aurę do wędrówki. Wnikamy w las krokami, zostawiając latarnika ponad gęstwą drzew. Chcę przejść główną drogą leśną po całości, jeśli jakiś jeleń gdzieś się odezwie, będzie słychać. W zeszłym roku wyprawiły słyszalne w całym lesie Misterium Mocy. W tym za dnia hałasują piłami, a nocami strzelają tam gdzie zwierzęta odzywają się najwięcej, więc słabo. Dlatego wiodę dziś zupełnie inną trasą. Szukam miejsca, gdzie znajdę jelenia, który będzie ryczał ‘tylko dla nas’. Srebrzyste refleksy mamią oczy niewprawne, udając duchy, zjawy chwiejne i strachy. Goście moi mają okazję się przekonać, jak to rzeczywiście widać. Harcująca w liściach mysz, wywołuje podskok przestrachu. Ja już po tylu latach w kniei, połowy rzeczy niejako ‘’nie słyszę’’. Nie zwracam uwagi. Są dla mnie tłem. Jak dla kogoś odgłosy miasta. Po jakimś czasie marszu docieramy do zatopionej we mgłach łąki. W nich majaczy sylwetka sarny. Że też nie jest jej zimno. Moim wędrowcom daje się ono we znaki, po niedługim czasie postoju. Obserwujemy pląsy i gęstnienie mgły, ta daje popis swoich zdolności, tkając z nicości kształty, sylwetki i zasłony. Bajeczne widowisko. Tu zamieszkała ogromniasta wierzba, nie mogę wyjść z podziwu jak jest dostojna. Wyrasta, przypominając ludzką dłoń z palcami. Bożena chce zobaczyć sarnę w nocnej lornetce, ale tamta zdążyła się gdzieś usunąć. To nic. Wiem, że nie poczuwamy tutaj, nie każdy ma taką odporność na chłód. Wracamy. Mam jeszcze kilka miejsc. A nawet wiele. Dziś widzę, dlaczego warto spędzać w przyrodzie tyle czasu, codziennie rzędu 5, 8 czy 10 godzin. Dzięki temu wiem co, gdzie, o jakich porach roku i nocy można spotkać w moim świecie. Prowadzę ‘’na sarny’’ niemal na pewnika, znając zakątek gdzie kręcą się od wieczora przez całą noc. Daleki puszczyk nawołuje tajemniczo, dodając wyprawie szczyptę tej utęsknionej magii. Wielkookie straszydło. Wreszcie wynurzamy się nad kolejną łąkę. Tu robimy przystanek, krzepiąc się gorącą ziołową herbatą. Jeszcze kilka kroków pod lasem. Przeczesuję horyzont lornetką. Jest! Stoi na polu sarna, w księżycowej poświacie osadzona. Każdy ma możliwość obejrzeć dokładnie, gdy Iwona patrzy zwierz nieco bryka. Pasie się nadal. Z głębi lasu jeden kozioł zaczyna chrypieć. Odpowiada mu drugi. A potem trzeci. Wydzierają się kilka minut, na zmianę. Dzwięk straszny i rozdzierający, gościom nieznany. Dlatego na wędrówkach czy w dzień czy nocą także uczymy się nowych rzeczy. Zamiast rykowiska, ‘’kozłowisko’’. Jeden pogłos, niski a odległy… Przeniknął idealnie między chrypnięciami. To jednak jeleń! Drugi raz dzwięku utwierdza, że tak. Szkoda, że tak daleko. Misja wykonana.

P90914-235359

Najciekawsze zdarza się niespodzianie. Wracamy już autem sunąc powoli polną drogą, docierając do granic wsi, kiedy przed światłami zaczyna wyczyniać piruety jakieś ptaszysko. Wiosłuje skośnymi skrzydłami zajadle, a zwrotnie. W pierwszej chwili krzyczę że sowa, jednak zwinność w chaosie i sylwetka szybko wyprowadzają mnie z błędu. Ptak robi nam slalom przed reflektorami, i z gracją przysiada na szosie. Teraz wiem, choć nadal niedowierzam, toż to lelek! Ptasi unikat, kozodojem dawniej zwany. Tajemniczy, owiany legendami i mitami zabobonów, przerażający, a skuteczny łowca ciem. Taka nocna jaskółka. Jego paszcza rozwiera się niczym u rekina, przyozdobiona takimi jakby wąsikami. Terkotam szczęściem i opowiadam o ptaku. Ten siedzi przez kilka minut, dzięki czemu mamy możliwość przyjrzeć mu się z lornetki. Dawniej uważano, że lelki tymi szerokimi dziobiszczami przysysały się do wymion kóz, podpijając w ten sposób mleko. Wydaje się, że nieuczciwi pasterze, znaleźli sobie ‘’ptaka ofiarnego’’, który często pojawiał się przy bydle, gdzie było dużo owadów do łowów. Kamuflaż z piór ma idealny. Dopasowany do kory i liści. Nie sposób wypatrzeć go gdy usiądzie i zamknie oczy. A zwykle siada ‘’w poprzek’’ przypominając co najwyżej z daleka zgrubienie pnia. Gniazda też nie buduje jako takiego, wygrzebuje misterny dołek, w którym jakoś udaje mu się wyprowadzić lęg. Podczas niepogody zapada w rodzaj hibernacji, spowalniając czynności życiowe aby przetrwać chłód czy słotę, kiedy owady nie latają. Wdzięczny jestem za niego. Ale mamy szczęście! Po dokładnym obejrzeniu podrywa się w milczeniu, i znika w ciemnościach nocy. Jakby chciał każdemu z nas się pokazać w swoim kunszcie. Obserwuję ptaki i wyprawiam się na nie od bardzo dawna, sięgając czasów dzieciństwa. A lelka widziałem dziś po raz trzeci w życiu. Mimo zmęczenia, towarzyszy nam radość z pojawienia się tego gościa. Trudno wymarzyć mi było sobie milszy i bardziej zaskakujący koniec wyprawy. Przypomniały mi się słowa od Drzew, gdy pytałem o to jak zwierzęta zareagują na nasze wspólne wędrówki;

‘’Gdzie kilku spotyka się, by w Ciszy Serca celebrować Świętość Natury. Ci którzy przychodzą do nas aby podziwiać, dziękować, poznawać. Dla nich wydarzą się cuda’’

Caprimulgus_europaeus

Wędrówka miała miejsce podczas księżycowych podróży do świata przyrody. A może już wystarczy czytania? Może na Ciebie właśnie pora? Jeśli czujesz w duszy pęd do podobnej przygody, napisz do mnie na mail:

czeremcha27@wp.pl

I zapytaj o dzień swojej wyprawy. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść. Do zobaczenia w lesie!

Płowe święto Miłości. Misterium życia jeleni. Zaproszenie na Rykowisko

Noce nastały chłodne, gwiaździste, umalowane czerwienią wcześnie już gasnącej zorzy. Zimno dotyka ‘’sprawdzająco’’ skóry wędrowca, jakby zapytać chciało, czyś już gotów na jesień? W lesie widać zakończenie pewnej epoki. Wiewiórki są niespokojne, coś nad wyraz aktywne. Rozglądają się za miejscem na zimowe gniazdo. Myszy w szelestach podrygów skocznych spisują testament, puszczykom puchatym powierzając swoją ostatnią wolę. Ptasia młodzież barw nieokreślonych psikusy płata niewprawnym obserwatorom. Z kęp krzewów rozrzuconych tu i ówdzie czerwieni dostatek głogów, róży dzikiej i jarzębin. Opatula zapach jątrzącej zgnilizny, kiedy owoce porzuconych jabłonek pracują na rzecz zjednoczenia z macierzą, z której powstały. Nieśmiałe mgły próbują pląsy pierwszych baletów. Od początku września siedzę w chłodzie i nasłuchuję. Jestem niemal pewien. Tego księżyca, zaryczą! I kiedy jedni szykują się do zimowego przetrwania, u innych odwieczny zew daje sygnał płowego święta Miłości… Najpiękniejsze przyrodnicze misterium naszych lasów wybrzmiewa rykiem samczej mocy, gdy byki jelenia szlachetnego ogłaszają ciemności rozgwieżdżonej, swoje na miesiąc panowanie. Rykowisko! W jakichż słowach Ciebie opisać, o Misterium Święte? Czar Twój opiewają z dawien poeci. Spieszą na ten spektakl wszyscy z przyrodą ludzie związani, miłośnicy, odkrywcy, ornitolodzy, przyrodnicy, fotografowie, pisarze, gawędziarze… Nieznana siła jak magnes przyciąga ku sobie rzesze obserwatorów i słuchaczy. Może to ciekawość zwykła ich gna, a może intuicyjne pragnienie zapisania w sercu najpiękniejszych leśnych wspomnień…

I Ciebie podróżniku – czytelniku, wędrowcze na to święto zapraszam. Raz jeden w roku. Usiądziemy w którejś z opuszczonych czatowni, albo skryci w łodygach dojrzałej kukurydzy. Zabierzemy koc, ciepłe ubrania, gorącą herbatę w termosie, szacunek i pokorę wobec naszej Natury – Matki. W podziękowaniu uczestniczyć będziemy, celebrując gromkie słuchowisko. Wokół nas, a może z dala rozbrzmieją prastare ryki, kipiących testosteronem mocarzy lasu. Wibracja srogiego dzwięku przenika tkanki w drganiu, na strunach serca grając, rzewnośći za tęsknotą cichą układając melodie. Nie sposób się oderwać, przestać zachwycać. Im chłodniej tym lepiej. Spadek temperatury zagrzewa byki do odzewu. Szatańsko kotłują się gąszcze w łoskotach donośnych, gdy samce napotykają się w pojedynku. W krysztale nocnej ciszy, masz wrażenie jakby to ziemia zatrzęsła się z hukiem pod racicami olbrzymów.

41948606_679313385770147_8079134616818024448_n

Wytrwaj tu do świtu, a kolejne cuda ujrzysz. Byk zmęczony, a powłóczący z wyczerpania walką, wracający do haremu łań, co we mgłach anteny czujnych głów na niego podnoszą. Stadnik, władca, zwycięzca, ten niepokonany co z dumą w koronie stado żeńskie zagania, niepodzielne prawo ogłaszając do swej na dzisiaj władzy. Korona rosochatego poroża pruje fale mgliste, odcinając się na tle złota pierwszych słonecznych promieni…

Czy jesteś gotów doświadczyć Misterium?

 Kiedy?

Jelenie ogłaszają swoje panowanie na dni od 14 września do 10 pazdziernika. W tych terminach od – do można zgłosić swoją wędrówkę.

🦌 Gdzie?

Rokietnica, k. Poznania w woj, Wielkopolskim. Stąd ruszamy autem (Twoim ) pod las. Gościnna kwatera noclegowa podejmuje Wędrowców z daleka razem z wyżywieniem. Link poniżej.

http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Ekwipunek?

Zabierz plecak, ciepłe ubrania, komplet przeciwdeszczowy, latarkę, termos, co lubisz do jedzenia, pokorę i dziękczynienie w sercu wobec ducha przyrody. Garść cierpliwości w kieszeni 

🌳 Program?

To wyprawa na słuchowisko z czuwaniem, choć gdyby jelenie ”NieDajBóbr” nie dopisały ruszymy w księżycu do Drzew Mocy lub odwiedzimy najbliższe tajenka sekretów lasu. Podziękowanie finansowe za przewodnictwo, wiedzę i wspólny czas, jak za zwykły Dzień Wędrowny, 200zł / osoba. W terenie możemy być od popołudnia do świtu.

Kontakt w sprawie zgłoszeń: 

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie 

40244711_669839700050849_5236044696987369472_n

Księżycowy marsz jeleni. Noc Sów. Samotność warchlaka.

Gdy zbliżam się do skraju lasu, wieczór odpływa w objęcia zmierzchu. Z pól schodzą chyłkiem jakieś zwierzęta, na tyle skrycie, szybko i daleko, że nie rozróżniam z tej odległości, czy to dziki, czy może jelenie. Jedna z saren stoi niemrawo na dróżce, z głową pochyloną w dół. Nad czymś rozmyśla. Albo nasłuchuje. Zdecydować nie może. Lepiej do lasu, czy z powrotem ku polom? Trwa w zawieszeniu. A ja się niecierpliwię. Już powinienem być na stanowisku. Bo sztuką i dobrym obyczajem leśnym jest pojawienie się, zanim zwierzęta rozpoczną sprawy wieczornego żerowania. Nie muszę wówczas poruszać się aż tak ostrożnie z czujnym wzrokiem na najmniejsze przejawy życia wokół. Mogę w spokoju się rozgościć i wybrać dobre miejsce. Tymczasem mrocznieje . Kilka minut chodu i jestem już w czatowni, rozbierając się nieco. Tak trzeba. Aby ciepło odparowało, nie osadzając się wilgocią na koszulce. Sucha odzież, to gwarant udanego czuwania. Oprócz tego, jeszcze przebrać wstępnie na noc. Wstępnie, bo temperatura wieczoru w porównaniu z nocą różnić się może nawet o kilkanaście stopni. Ciepło ciała z jazdy rowerem i marszu, starcza w moim przypadku na jakieś 40 minut. Zdejmuję buty i zakładam grube, puchate skarpety, świąteczny prezent. Okazują się lepiej trzymać ciepełko na mrozie, niż każde obuwie którego próbowałem. Przede mną dogasa w zorzy widok na raj – rozległe bagno, kraina trzcin, gąszcze wierzb i cmentarzysko martwych olszy. Przed nimi łąka z buchtowiskiem, a za moimi plecami mieszany las. Tu szczególnie kipi bogactwo ptasie. Bo w jednym miejscu usłyszeć można ptaki przestrzeni i pól, skryte gatunki leśne, i tajemniczych gości bagiennego świata. Srebrzyście dzwonią rudziki, a popisuje się fletami drozd śpiewak. Trznadle. W szuwarach terkoczą perkozy. Dzienni śpiewacy powoli kończą, za chwilę…
Pierwsze zaskoczenie.

druk_cyfrowy-zwierzęta-pełnia-FT2180A_9A

Przebieram się szeleszcząc, bez zachowania szczególnej ciszy, zostawiając sobie jeszcze na krytyczny moment polar i ocieplane spodnie. Kiedy dostrzegam gnającego przez polanę dzika. Locha. Bo za nią podskakują w pędzie ‘’kluski’’ maleńkich warchlaków. Śmieję się w duchu. To nie tak ma być! Przecież jeszcze nie zacząłem obserwacji, i nawet nie zdążyłem usiąść w ciszy, nie mówiąc o jej zachowaniu. Nie jestem gotów. Zaczekajcie! Ale tak to tu jest… Zawsze trzeba być gotowym. Dziki przedzierając się przez trzciny hałasują tak, że poza sobą świata nie słyszą. To jedyne wytłumaczenie. Podziwiam jak dzicza rodzinka wnika w las, zostawiając mnie osłupionego z echem swojego chrzęstu. Pierwszy zachwyt. Dlatego to takie dobre miejsce. Każde zwierzę ‘’musi’’ wyjść właśnie tędy, jeśli chce podążyć ku polom. Niewielka łąka obfituje w smakowite pędraki, kawałek przestrzeni, a za nią bezpieczny las. Jego bliskość zachęca zwierzęta do wyjścia. Jest naturalną osłoną, skąd mogą potem wyglądać na pole, samemu pozostając ukryte przed obserwatorem.

Choć widok dogasa w mroku, tu gwar nie kończy się nigdy. Nisko, z majestatem dostojnym szumu przelatują żurawie. Te jeszcze szukają miejsca na nocleg. Są tak bliziutko, że widzę jak ptak kręci nieznacznie głową podczas lotu. Czujny strażnik tego świata, jednak nie dostrzega mnie już. Szuwary zanurzone pozostają w misterium chrzęstów i trzasków. Cały czas coś tam chodzi. To właśnie urok tego świata. Napięcie z ciekawością szybuje jak szalona sinusoida, bo nie masz pewności, co też za moment pokaże się na widoku. Dzik, sarna, jeleń, jenot, a może i łoś mocarny? Tajemnica. Kaczki wyzywają jak wściekłe. Chciałyby pospać, jednak wytracają je ze spokoju odgłosy buszowania zwierzęcych mieszkańców ostoi. Wtórują im zaniepokojone łyski, piłując jeszcze ten chaos odgłosem gwoździa. Do chóru dokładają perkozy, gęsi i jeszcze inne, nieznane mi ptactwo. Stada kolejnych kaczek przemykają świszcząc. Tak będzie tu niemal do rana… A z dnia na dzień, tylko coraz głośniej. Za około 2 tygodnie zaczną żaby i ropuchy, potem szuwary odezwą pieśnią maleńkich niepozornych mieszkańców: trzcinniczków, łozówek, rokitniczek, brzęczek, świerszczaków. Na 2-3 miesiące to one staną się tłem, osobliwym duchem tego świata. Koroną śpiewu poniosą szarobure słowiki. Jeszcze trochę…

23762216_dwie_kaczki_krzyzowki

Kacze wrzaski, to dla mnie orientacyjny znak, skąd mogę spodziewać się zwierzęcej wizyty. Przekorna myśl. Mówi się, że człowiek płoszy, ale co powiedzieć na te wszystkie jelenie, dziki i bobry nie dające ptactwu się wyspać? Obserwuję te krnąbrne myśli z uciechą. Zabawy umysłu. Kaczkę natura przystosowała do swojego świata równie wygodnie. Potrafi ona spać ‘’połową mózgu’’. W rzeczy samej. Kiedy jego jedna połowa śpi, druga czuwa, w każdej chwili trzymając pierzaste ciało w gotowości do ucieczki i wzlotu. To co wydaje się zdumiewającym fenomenem, dla krzyżówki jest czymś naturalnym. Zastanawiam się tylko, czy ten mechanizm dzieje się również wtedy, kiedy one tak kwaczą. Ta cecha, to niezbędnik w jej świecie. Bo w każdej chwili spodziewać się można polującego lisa, jenota, dawniej nawet suma spod wody, a i dzik nie pogardzi mniej czujną czy ranną. Amatorów na opierzony kuper znajdzie się wielu.

Wreszcie… zza ostatnich chmur wyłania się księżycowy latarnik. Oświetla zanurzoną w nocy polanę odwiecznym srebrem zapomnianych krain. Czar, dzikość, świętość, i boskie piękno w jednym. Moje ulubione chwile. W takich momentach czuję wielkie szczęście duszy. Zamglony, rozmarzony, zanurzony… nieznane chwiejne plamy płowego cienia, wracają mnie do większej trzeźwości. Tam stoją jakieś zwierzęta. Dużo. Idą przez łąkę. Wielkie jak konie. A przynajmniej takie mi się wtedy wydają. To mogą być tylko jelenie. Poznaję również nie tylko po kolorze, wielkości, ale i innym kroku. Musiały stać tam wiele minut. Wyszły tak cicho! Kunszt. Jak to dobrze, że się nie poruszyłem mocniej przez ten czas. Poza wilkiem i rysiem, nie ma chyba bardziej czujnego i ostrożnego zwierzęcia niż jeleń. Ich węch jest jeszcze bardziej czuły, niż najlepszego psa myśliwskiego. Nastawiając się na ich obserwację, trzeba zadbać o wiatr i kamuflaż zapachowy. Czego nie zrobiłem, bo i nie spodziewałem ich się tu dzisiaj. Nie aż tylu. A one, już idą. Gęsiego, jeden za drugim. Chcą przejść na drugą stronę łąki, i dalej pewnie w las, skąd na pole rzepaku jeden krok. Grupa jest dziwnie mieszana. W oczy rzuca się ‘’rosohaty’’ byk, który idzie jako drugi. Przesuwają się jak szare zjawy – na wprost mnie i czatowni. Spoglądam z góry. Liczę je. Około dwadzieścia. Szurają w trawie kopytka. Ani drgnę. Spowolniłem, spłyciłem oddech. Wiem, że teraz wszystko zależy od szczęścia. Wystarczy maleńki powiew wiatru… Na chwilę zatrzymują się. I już wiem, że one wiedzą. Widzieć nie muszą, ale zapach. Dostrzegam, że druga mniejsza grupka nadal została na łące, jakby wahały się czy iść za resztą chmary.

– Puhhhuuuu! Huuu, huuuuu huuuu! 

Nawołuje tajemniczo niedaleki Puszczyk. Rozkręca się i nie przestaje. Głos jego przypomina starą parową ‘’ciuchcię’’. Rozkwitam w pełni uśmiechu. Ależ moc. Co za magia! Dostrzec ją w sekundzie. I przenosisz się w czas pradawny, dziki, dla wielu niedostępny i nieistniejący nawet. Tu parę metrów jelenie w srebrze księżycowej poświaty, hałasujące dziki i kaczory, a teraz zew sowy. Dziękuję w sercu każdemu ze zwierzęcych braci za ten dar – czar. Obfita chwila. Sennie, głucho odzywają się wybudzone żurawie. Po chwili badawczego, niepewnego postoju grupa rusza szybciej. Odbiegają truchtem i znikają gdzieś w lesie. Ehh…
Ale życie nie kończy się. Ledwo znika hałas po jeleniach, słyszę jak ‘’bekają’’ dziki. Nadchodzą głośno, pewne bezpieczeństwa wśród opiekuńczych trzcin. Kwiki, jakby z sobą walczyły. Kotłowanina. Pogłos i trzask narasta. Są tuż. Czarne plamy wybiegają na łąkę z łoskotem, a ja już przestaję temu dziwić. Są przecież u siebie. Mimo, że dziki mają węch równie sprawny jak jelenie, przez nie wykrycia się nie boję. Takie trochę gapcie z nich, zainteresowane głównie jedzeniem, kąpielą błotną i niechlujnym hałasowaniem. Obserwuję jak kręcą się pospiesznie tu i tam, mocą silnego ryja przekopujące pierwszą wiosenną młodzież trawną. Widok kryształowy, księżycowy. Baśń nocna. Długo nie zostają. Tu jest już tak zbuchtowane, do wszelkiej możliwości.

10143536865_538ccde880_b

Długo słucham Puszczyka, który tak niespodzianie ubogacił mi czas czuwania. Drugie, coś mu odpowiada kwicząco. Pewnie samiczka. Ten okres w marcu, to właśnie pora, kiedy sowy zaczynają zachowania godowe. W całej Polsce lokalnie organizowane są ‘’noce sów’’, gdzie grupy  ich miłośników  również wysiadują w ciemnościach, zachwycając się nawoływaniami ptasich drapieżców cienia. Warto wybrać się spokojną księżycową porą. Ja upatrzyłem sobie kilka miejsc z grupami starych dziuplastych wierzb i innych starodrzewi, mam zamiar usłyszeć jeszcze pójdźkę i uszatkę. Kaczki znowu rozkręcają swoje narzekania kaskadą, a ja słyszę jak coś pospiesznie zbliża się w mroku.

– Plum, plum, plum, plusk!

Powtarza z impetem. Jeszcze jeden chrzęst i wybiega wielka locha. Darń ocukrzona dywanikiem delikatnego przymrozku. Te pluski to również echo dzików, kiedy w pędzie skakały przez rozlany po brzegi rów. Za nią sznurem pomyka korowód kilku maluchów. To już druga tej nocy. Biegną wytrwale przez przestrzeń, kierując na rozległe kukurydziane ściernisko. A ja tonę w powodzi zachwytu. Nie mogę się nadziwić – jakie one są odporne. Taki ziąb, a maluchy skaczą wytrwale za matką w głęboką lodowatą wodę, i to nie raz podczas jednej żerowej nocy. Od małego pełen hart.

Zimno. Przyjaciel i towarzysz każdego wędrowca – czatownika. Możesz być pewien, że się zjawi, prędzej czy później. Niesie zawsze jedną wiadomość. Pyta. Sprawdza. Zmierzymy się? Jak długo wytrwasz, wygnańcu? ‘’Nie dzisiaj mój drogi…’’ Nakładam awaryjny polar i puchate spodnie. Teraz, choć przypominam grubego bałwana, odzież mam wyciszoną z większości szelestów. A to ważne… Przekonałem się nie raz, że nawet sarna z kilku kroków potrafi usłyszeć jak trzaska / chrupie Ci kość w ciele. Swoje tu wysiedziałem. I tyle wrażeń, wystarczy. Czas się przejść po skrajach pól, gdzie mogę mieć daleki widok i w porę wypatrzyć zwierzęcych biesiadników. Jeszcze łyki gorącej herbaty i mała kanapka. Ruszam w krainę srebrnego blasku i mrozu.

Pod topolową aleją przystaję znów na moment. Tu na polu rzepaku horyzont jest doskonały, nawet bez księżyca widać zawsze sylwetki zwierząt. Każde które, wyłoni się z tajemnicy bagien i przejdzie przez las, wychodzi właśnie tutaj. Rozpoznaję grupę kilku saren w oddali. Pasą się spokojnie. Już mi ciepło. Postoję, posiedzę, popatrzę. Jęczy i nawołuje pójdzka – zastąpiła puszczyka. Jakże odmienny zew. Wracać się nie chce. Tyle wspomnień… Dokładnie tutaj stałem we wrześniu, słuchają ryczącego w kukurydzy byka. A ubywający, stary, złocisty księżyc zachodził za drzewami. Popijam znów herbatę obsługując termos wcale bez ciszy, kiedy coś zasuwa powoli w moim kierunku. Hop – człap. Myk. Jest! Rozpoznaję królika. Ale czemu do mnie idzie, skoro musiał mnie słyszeć? Choć umysł się dziwi, serce swoje wie. Kiedy kochasz naturę, ona po prostu obdarowuje, coraz piękniejszymi i bogatszymi chwilami. Krzepię wyziębione gardło herbatą, a on siada na chwilę tuż obok. Podziwiam odcinające się uszy. Jak wtedy, ten lis przy jesionie – pamiętam. Jedność. W takich chwilach cieszę się i wzruszam najbardziej. Można tu być, nie przeszkadzając. Ani trochę się nie wystraszył. Pozdrawiam go w duszy z podziękowaniem, a on człapie dalej w pole. Dziś dla niego człowiek przyniósł ciekawość i bezpieczeństwo. I chciałbym aby było tak zawsze…

5R984-1986

Samotny warchlak. Drugi wieczór wędrowny.

Dzisiaj przybywam o godzinę wcześniej, nauczony wczorajszą lekcją. Chcę zająć miejsce, zanim ruszą się zwierzęta. Ze skraju lasu podnosi się królik, i oddala kilka skoków. Pod drzewem staje słupka i bada mnie ciekawsko. Dalej nie ucieka. To na pewno ten sam z wczoraj. Witaj króliczy bracie! Jego zachowanie po prostu mnie wzrusza. Ja również przystaję z rowerem, bo mam wrażenie deja vu. Znów na dróżce daleko stoi sarna. Głowa tak samo opuszczona. I to wyczuwalne zamyślenie, zawieszenie. Może chora lub stara? Nie dowiem się. Czekam aż przejdzie. Królik siedzi. Chcę lepiej dziś schować rower, bo jednak ostatnio widziałem, że ktoś przy nim się zatrzymał i próbował majstrować. I gdy zbliżam się do starego snopka słomy porzuconego przy rowie, w słuch uderza niespodziane Chrummm! Ale jakże inne. Z balotu wyskakuje rudo – brązowy warchlak i kwicząc przerażony kusztyka do lasu. Jeżu! Sierść ma zmierzwioną, potarganą. Niewielki. Odbieram obrazy w spowolnionym tempie. Burza myśli, bo przecież skoro jeden, to inne, a skoro więcej, to locha… Nic jednak nie wybiega. Pusto. Jeszcze błysk myśli, czy go nie łapać, ale za późno. Znika. Tak nietypowa sytuacja. Biedak zagrzebał się w słomie, aby ogrzać. Maleńkie, samotne, przerażone dziecko. Tak mi go szkoda – że przeze mnie musiał stąd iść. Dlaczego tak, bez matki? Jedno wytłumaczenie trafia najbardziej – pokłosie chorych polowań na wszystkie dziki, i oskarżanie tych zwierząt o roznoszenie ASF. Bezsilny taki czuję się w tamtym momencie. Ile zła robi im człowiek, w myśl urojonych interesów, a ze szkodą dla całej planety i wszystkich jej mieszkańców, łącznie z nami. Krótkowzroczność.

Pozostaję jednak w cichej nadziei, że adoptują go inne dziki, i ośmieli się wyjść kiedy je usłyszy. Wczoraj przecież przebiegły tutaj dwie lochy. Wygnany na pewno nie został. Choć wyjątkowo zdarzyć się może, że matka zje lub zabije bardzo upośledzone prosię zaraz po porodzie, u nich panuje miłość i wzajemna pomoc. Rodzina – tak ważne sedno w życiu dzika. Grupa, siłą i podstawą przetrwania. Można od dzików tego się uczyć. Jedynie stare odyńce, lubią wędrować samotnie. Może i na starość dziwaczeją, że nie sposób im w zgodzie żyć z watahą? Kiedy idę ścieżką przez łąkę, dostrzegam zerkający spomiędzy trzcin łeb lisi. On już usłyszał apetyczne larum. Być może nawet tropił kąsek, zanim się zjawiłem. Kita miga mi na pożegnanie, gdy drapieżnik znika w gąszczu. Jakoś z ulgą odbieram ten widok.

Dobrze, że jestem wcześniej. Dzięki temu słyszę, jak ogromne osadziło się tu bogactwo ptasie. Kos, paszkot, kwiczoł, strzyżyk, potrzeszcz, rudzik, trznadle, dzięcioły, mazurki, pełzacz, sikora czarnogłówka, bogatki, szpaki, bażant, kruki, szczygły, dzwońce, zięba, kowalik… A do tego gros ptactwa wodno – bagiennego. Siedzę już w czatowni, zasłuchując się w nawoływaniach, pieśniach i całym tym gwarze pracowitego dnia. Sążnisty szelest wyrywa mnie na moment z ptasiej opery i z niejakim zdumieniem obserwuję dwa średnie dziki buszujące na styku szuwarów i łąki. Jest jeszcze całkiem widno. Co za gratka! To miejsce jest rzeczywiście cudowne. Dziki okazują się być przelatkami, taką to jeszcze podrastającą młodzieżą, przed którą otworem stoi poznanie świata i bogactwo życia. O ile przetrwają. Tak się cieszę, że potrafią istnieć i ukryć się w niedostępnych ludzkiej stopie ostojach. Błota, moczary, bagniska, torfiska… Szukaj igły w stogu siana.

Noc. Dziś jakże inna. Niebo oblekło się kołdrą gęstych chmur, a księżyc czasem ledwo wyjrzy. Mimo to widzę klarownie. Z jednej strony to dobrze – pełnia to także czas opętanych polowań ludzkich, a w mroku zwierzaki nie są tak widoczne. Puszczyk odezwał się tylko parę razy. Zauważyłem, że właśnie w te najpiękniejsze dla człowieka, jasne, księżycowe noce, i one nawołują więcej. Kwiki i chrumkot dzików mieszają się nieprzerwanie z kaczą paniką, aż dziwi się wędrowiec, że to wszystko jest tam tak liczne, prawdziwe, krząta się i żyje. Chmury, widać, że jednak się nie rozproszą. Po wczorajszych doznaniach, czuję się nasycony.
Kiedy cicho stawiam kroki na polnej dróżce w powrocie z rowerem, obok mnie, raptem parę kroków w prawo, równo i w tym samym tempie kica znany już królik. Zatrzymuję się i przepuszczam go drogą, gdy widzę, że odbija na ukos w kierunku lasu. Przechodzi tuż przed oponą, jakbym dla niego nie istniał. Przystaje obok starego pieńka brzozy. Patrzymy w ciszy – na siebie. On wie. Wie ‘’mnie’’. Bo tak się w tym momencie czuję. Jakbym nie był dla niego żadną tajemnicą, strachem, a otwartą kartą istnienia. W duszy darzę go podziękowaniem, a szczęście tętni radosnym oddechem. Może to ten sam od niejakiej Alicji – myślę ze śmiechem. W mojej leśnej krainie czarów.

54514206_2165514530199485_6966236319009734656_n

Tajemnice świerkowego lasu. Gdy brzozy budzą się do księżyca.

W przestworzach nastał czas królewskiego błękitu i złotego słońca. Po tak długim okresie grymaśnych deszczów sikających gęstą mżawką z równie kapryśnych chmur, dusza i ciało, ucieszyły się tą odmianą. Świat przeglądał się we wczesnowiosennych promieniach, jednocząc z odwiecznym wołaniem ciepła i życia. Nie sen to głuchy wiosny był, a raczej drzemka urywana, pieszczona migotami słonecznych iskier dobrobytu. Chwilę stoję na skraju słonecznego boru, zachwycając się igrającymi między pniami refleksami tak długo wyczekiwanej jasności. Las świerka Gabriela. Dziś zamierzam zwiedzić go całego.

52366955_767193786982106_5439468890885193728_n

Błotniste bagienko odtajało już nieco, choć lód nadał trzyma uparcie. Zaklęty, zimowy kąt… Widać teraz dokładnie, gdzie kąpią się dziki. Ogrom nowych tropów. Nie mogę wyjść ze zdumienia. Jak niesłusznie i bezmyślnie, oceniłem ten kawałek zieleni. Tak blisko mnie. Tyle lat. Uznałem, że w takiej bliskości domów i osiedli, nic ciekawego kryć się nie może… Dziś miałem przekonać się, jak wielkim było to błędem. Spod wody zielenią się pierwsze pędy kaczeńców. Już czekają w gotowości, na start ku życiu. Mijam oazę w niemym zachwycie, po drodze czytając z pozostawionych śladów historię nocnych poczynań leśnych mieszkańców. Znowu był tu jeleń! Poznaję po odcisku. Kryjówkę pewnie ma w niedalekim, większym bagnie… Niezwykłe, że za ostoję wybrał sobie właśnie to miejsce, tak odległe od większych kompleksów leśnych. Kilka kroków dalej jest już suche wzniesienie, z widokiem na kolejne bajorko. Tu właśnie rośnie Gabriel. Wespół z kilkoma równie potężnymi braćmi. Otaczają nas buki i rzadkie dęby. W tyle zostały olchy, świszczące strażniczki bagiennego oczka. Dziś są cicho. Za to świerk… jego maszt wiruje lekko wokół własnej osi, pochłaniając oddechy powietrza. Siadam pod nim, delektując się małym kawałkiem jego świata. A on zadziwia…

52766761_767194306982054_6247530918492241920_n

Kilka minut i daję się w pełni zaczarować dobrej energii tego zakątka. Twarz dotykają ciepło promienie prześwitującego słońca. Miejsce, jest jasne, świetliste, przejrzyste. Po prostu piękne. Jak to możliwe, że nikt tu nie dotarł, nie odkrył? Jest sobotnie popołudnie, cudowny dzień spacerowy. Mimo bliskości domów i osiedli, w samym lesie na głównej dróżce spotkałem tylko dwie osoby. Ale dla mnie to i lepiej… Mam wrażenie, że koncentruje się tu cała ptasia obfitość lasu. Prawie nade mną rozbrzmiewa duden dzięcioła pstrego, który ‘’znęca się’’ nad spróchniałym konarem akacji. Alarmują kosy i kręcą się sikory. Nawołuje sosnówka, słychać modraszki i bogatki. Jeden śpiew jest szczególnie wesoły i melodyjny, jednak w głowie pustka. Dopiero po paru godzinach z zakamarków pamięci wynurza się nazwa – to pełzacz ogrodowy! Niełatwy do wypatrzenia, brunatny ptaszek z zakrzywionym dziobem, który niestrudzenie pełza po pniach, wydobywając spod szczelin kory zimujące robaczki. I jest w tym nie lada specjalistą. Na kępach leszczyny, tuż nad bajorkiem kołysze się ubiegłoroczne gniazdo kosa. Ptak przystroił je nawet mchem, aby w leśnym kamuflażu uchowało się bezpieczne. Tymczasem w gniazdku zamieszkały i zimę przespały suche liście. Dobrze będzie posiedzieć tu za parę tygodni, popatrzeć jak ptaki budują. Takie przedwiośnie, to dobry czas na rozpoznawanie ptasich solistów. Potem można się w gwarze zupełnie pogubić. Nagle alarm. Ostrzegawcze, ostre Giiik, kiiik! wieszczy obecność ukrytego gdzieś grubodzioba. I objawia się sprawca zamieszania. Rudy płomień szeleści chwilę po liściach, dając sus na pobliskie drzewa. Ptaki niespokojne. Dzięcioł przestał stukać i krzyczy. A ona, po słonecznym przebudzeniu, szuka po prostu pączków drzew do zgryzienia. To wiewiórczy pokarm na przedwiośniu. Potem nie pogardzi ona ptasimi jajami i nawet pisklętami, i choć to jeszcze nie sezon lęgowy, skrzydlaci mieszkańcy pamiętają do czego jest zdolna… Nad moją głową wygrzewa się biedronka. Jak to dobrze, że od razu nie tuliłem drzewa! Mógłbym ją zdusić. Uważność. Czerwone maleństwo obraca się za promieniami, a gdy dół pnia okrywa się cieniem, ona wędruje w górę, ku słońcu… Świerk ‘’pracuje’’ delikatnie, bo i cały czas po trochu z nim rozmawiam, prosząc o różne wsparcie i dziękując za to co już ofiarowane. Przede wszystkim za to, że sprowadził mnie do tego miejsca i pozwolił je odkryć. Poznaję powoli te świerki. Dumne są, dostojne. Nie narzucają się z swoją energią. Cały czas trzeba być w świadomym kontakcie. Wiruje przyjemnie w klatce piersiowej. Wiem, że jest w komitywie z tutejszymi zwierzakami, podobnie jak dąb. W czas mrozów z jego podłużnych szyszek korzystają również dzięcioły i wiewióry. Zatracam się w bezmiarze… A przestrzeń zaczyna lekko falować. Nie wiadomo kiedy mija ten czas. Słońce zaczyna chylić się ku zachodowi. Spogląda na mnie jak oko smoka, unosząc się nad bajorem. Pomarańczowe promienie siłują się z mrokiem lasu. Zerkam w górę na świerka – mimo że w lesie panuje już cień, on, olbrzym wzniosły syci koronę mijającym blaskiem ostatnich promyków dnia. Ja chcę jeszcze spenetrować wszystkie zakamarki do jakich nie dotarłem przez lata.

52565963_767194910315327_5438532042553819136_n

Las czaruje i zaskakuje swoją różnorodnością. Na samym skraju jeszcze jedno bagienko, te już inne, porośnięte turzycami i tatarakiem. Gęste kępy. Niezwykły widok, jak na wnętrze leśne. I tutaj obficie koncentrują się tropy. Odkryłem, że łącznie jest pięć oczek wodnych. Pewnie dlatego, trzyma się tyle zwierząt. Zmurszałe, okrojone pnie, opowiadają, że dawno temu nawet dotarły tu bobry. Tymczasem kawałek dalej kolejna niespodzianka. Zmiana. Las stroi się w gęsty podszyt nieprzebytej ‘’cheretyny’’. Tu panuje wilgoć. Leżące liście pozostają całkowicie mokre jak szmaty, przy aromacie wszechobecnej pleśni. Jest tu jakby martwo. W ogóle nie słychać ptaków. Zostały na świetlistej wyspie świerka… Nie czuje się tutaj dobrze. Nie chcę dłużej zostawać. Nasiadówka w tym miejscu mogłaby mi się skończyć bólami korzonków, które co jakiś czas przypominają o swoim istnieniu. Zmieniłem się. Dawniej bardzo lubiłem takie miejsca. Chmury, deszcz, mrok, szarugę… Teraz nie mogę doczekać się słonecznych dni i wygrzewania w promieniach. Ale mgły nadal kocham. I noce księżycowe.

52355781_767194486982036_1450334280319238144_n

Kolejne kroki, przynoszą nowe widoki. Gąszcze ustępują, na rzecz strzelistych, sterczących sosen. Niektóre leżą powalone, odsłaniając ogromne systemy korzeniowe wielkich wykrotów. Taka nuta dzikości. Gdzie nie spojrzeć, zielenią się poduszki nasączonych mchów. Tu mi się podoba. Świetlisty bór sosnowy, jeszcze przegląda się w pomarańczowych promieniach dogasającego słońca. Teren jest mozaikowy, naznaczony opadnięciami gruntu, z których każda woła do siebie nową zagadką. W tych nieckach osiedliły się brzozy, ale widać, że nie powodzi im się zbyt dobrze. Część również spoczywa przewrócona, strojąc las białymi przegrodami smukłych pni. Widać, że pracowały tutaj siły natury. Cudownie. Zaskakuje jeszcze jedno. Przez całą drogę, niemal nie napotykam żadnych śmieci. Spodziewałem się ich tutaj, biorąc pod uwagę bliskość ludzką. Jeszcze jeden plus.

Spomiędzy drzewnego sklepienia, przegląda do mnie blady księżyc, wędrujący już prawie do pełni. Robi się wyraznie chłodniej. Taka magia księżyca. Wyciąga on z Ziemi, chłód, wilgoć, i mgły. Za to okrasza świat szczyptą zachwytu i sekretów. Nim się spostrzegłem, w lesie prawie zrobiło się ciemno. Pora. Ale nie do powrotu. Nie dla mnie. Czas na kolejny etap wędrówki. Przebieram się, a raczej nakładam na siebie dodatkową zawartość plecaka. Kolejne warstwy spodni, polar na kurtkę. Takie realia lutowych wypraw. O ile w dzień temperatura wyniosła +10, tak teraz spada w okolice mrozu. Wyłaniam się z lasu prosto nad bagno, które graniczy z całością tego kompleksu. Moje ukochane bagno z większości opowieści, tylko dzisiaj, podziwiane od przeciwnej strony. Żegna mnie mroczne sklepienie świerkowych młodzieńców.

52306255_767194603648691_4739043962101170176_n

A tutaj jest jeszcze zupełnie widno. Różowa poświata wieczoru dogasa zmierzchem nad połacią szuwarowej ostoi. Siadam wygodnie pod jedną z brzóz i delektuje się grą pasteli kolorów. Nie jest cicho. Trąbią na wieczerzę żurawie i odzywają się gęsi. Chcę zaczekać na dziki. Łąka naprzeciwko jest tak zbuchtowana, że spora szansa iż się pojawią. A czarne cienie żerującej w poświacie watahy to najmilszy mi widok ze wszystkich. Przyjdzie jeszcze trochę tu posiedzieć. Zamiast tego z szarzejącej przestrzeni wyłania mi się sarna. Zwierzak zachowuje się niefrasobliwie. Nie ma pojęcia, że tu jestem. Przesłania mnie też zasłona brzozowych gałęzi, a biała twarz na tle jasnego pnia, jakoś nie przykuwa jego uwagi. Ubranie przesiąknięte mam świeżością lasu. Nie wyczuje. Już uśmiecham się w Duszy. Obserwując sarny z tak bliska i w skrytości, jakże inne pokazują zachowania. Jak…ludzkie.. Porusza się ‘’łażąc’’, krokami, podobnie jak pies. Choć dużo subtelniej i wdzięczniej. Na szczudełkowych nóżkach wygląda to iście pociesznie. Kopytkiem drapie się po uchu i głowie. Też podobnie jak piesek. Szura, skrobie raciczką w ziemi. Jest tak blisko. Ale ja się nie boję. Jest mi ciepło, wiem, że wytrzymam bez poruszenia, chociaż 1,5 godziny. Nie ma problemu. Niech sobie hasa. Dawniej również uważałem sarny za nieciekawe. Bo były wszędzie i takie pospolite. Jednak bliskość obserwacji odsłoniła mi widoki i sekrety tak piękne, często ich zachowania wydawały się nasze, człowiecze…, kiedy np. przy spotkaniu zapoznawczym w dziczy i wzajemnym obwąchaniu, jedna oblizała pyszczek drugiej… Teraz koziołek przesuwa się dokładnie przede mną, podążając niewidoczną ścieżką na skraju trzcin. I takie właśnie one są. Całkiem spokojne i beztroskie, kiedy czują się bezpieczne. A zazwyczaj człowiek widuje je, kiedy spłoszone gnają w podskokach. Brzozy pod którą siadłem o nic nie proszę, ale czuję, że coś zaczęła czynić. Już musi mnie pamiętać. Siedziałem pod nią ostatnio, przed pierwszą wyprawą w świerkowy bór. Mój nagły ruch pleców, z szelestem kurtki, wywołuje wstrząśniecie całego drzewa. Bynajmniej nie mam aż takiej siły! Jak to możliwe? Ona jakby upomniała:

– Halo! Jak siedzimy, to nie szeleścimy. Tu są czujni mieszkańcy. Zachowuj się!

Takie coś odbieram. Tymczasem sarna wnurza się na trzcinową ścieżkę, i znika bezgłośnie w morzu łodyg. Podziwiam, jak cicho potrafi się tam poruszać. Przestrzeń już zabarwiła się srebrem. Dzień ostatecznie podążył na spoczynek. Spomiędzy falujących gałęzi spogląda mi w twarz prawie pełny księżyc, a drzewa coś robią się bardzo aktywne…

– Budzimy się… Do księżyca…

Brzoza spieszy z niespodzianą odpowiedzią. Tak… odbieram ich pobudzenie. Czasem mam wrażenie, że drzewa też potrafią po prostu zachwycać się i cieszyć światem. Choć może nie widzą jak my, wyobrazcie sobie, że odbierają sporo więcej: Zmianę ciśnienia, wilgotności powietrza, gleby, temperaturę, zapachy, podziemny ruch różnych stworzeń, aktywność grzybni, i kto tam jeszcze wie… Pozorny bezruch, a witki ich gałązek zaczynają taneczny kołys. Wszystkie, jak na komendę, pierw niemrawo… Już dobrze to znam. I się zaczyna… Przekaz.

Gdy ciepło pnie wyziębione nam otuliło,
Oh jak dobrze od dawna, tu brzozom się żyło,

Czemu spoglądasz, wędrowcze zdziwiony,
Na nasze pląsy, głupawo zdumiony

Czas to dawnego jest rytuału,
Budzimy się sennie, po trochu,
pomału,

Już srebrny blask, odbija tu kora,
Powitać wiosnę, nadeszła już pora

Siostry się sycą, tym co Ziemia daje,
Że starczy dla wszystkich, ufać nie
przestaje

Krew Życia
Popłynęła znów
Jeden łyk
Zostań zdrów

Wie o tym dzięcioł, mieszkający w lesie
Że ona dostatek, i szczęście mu przyniesie.

Zastukał. Zabolało. Nie pytał. Wziął śmiało.
Stuk, stuk, siebie przekrocz próg

Cieszymy, dzielimy tym czym karmi Ziemia Matka

Żyj jakbyś nie znał braku
Ufaj do ostatka.

Najlepszego, wystarczy dla każdego.

A teraz odkrywaj, wędrowcze spełniony,
Magicznym światem, swym ukojony

I śmiało zaśpiewaj, razem z brzozami,
Bo nie doczekasz tu, swej nocy z dzikami

Wierć się, ruszaj, skakaj, kichaj,
Nie ma ich tu dzisiaj.

Kaskady wesołego śmiechu. ‘’Głupawo zdumiony’’. Tak mogła powiedzieć tylko brzoza. Spośród wszystkich drzew, one są właśnie takie. Leśne wariatkowo. Wchodząc na ich odbiór, to albo turlać się ze śmiechu, albo stukać w głowę od chaotycznego natłoku pomieszanych zawołanek. Do tego twierdzą, że Bóg – Stwórca jest właśnie taki jak one. Niechby tak było… Tam w górze, musi być wobec tego dobra zabawa. Skoro brzozy mówią, że dzików nie ma… Pora się chyba stąd zabierać. Ale mi się nie chce. Jest tak czarownie. Migające punkciki gwiazd wiszą na rozświetlonym niebie, mrugając okruchami kosmicznej pamięci. Z głębi boru wbija się w uszy, miękkie, wytłumione gąszczem nawoływanie Puszczyka. Wcześnie jak na sowy. Wychodząc z lasu, odbieram jeszcze chłodną, sunącą od ziemi wibrację świerka. Przystaję. On o coś prosi. I choć nie słyszę żadnych słów, nie muszę. I bez tego często wiem o co im chodzi. Gabriel przekazuje, abym nie wahał się przyprowadzać mu gości. Pokazywać tego miejsca. Chyba…chyba jednak wciąga go kontakt z człowiekiem. Pokazuje mi obraz mnie, siedzącego pod nim z książką. Pewnie, z chęcią. Miło będzie czytać wśród ptaków. Dziwię się niemało, bo i trochę mi tym miesza – nigdy nie planowałem tego kierunku na żadne wyprawy w towarzystwie. Trochę nie po drodze. Chociaż bliżej. Oczywiście, że zaufam tej prośbie. Wracam tymczasem odmieniony i zauroczony, tym zagubionym kawałkiem natury, drzemiącym w ciszy swych tajemnic, na skrawku ludzkiego świata.

52357837_767194120315406_5707215739073593344_n

52743998_767194360315382_5986063230886215680_n

52771840_767195060315312_7430429117276749824_n

Pełnia zaskoczenia, czyli jak udawać dzika i pływać jak bóbr, aby nie straszyć saren.

Lisi księżyc rozświetlił się w zimowej chwale. Nad polami roztoczył swe panowanie srebrny blask odwiecznej latarni. One same drzemały już smacznie pod białym kocykiem śnieżnej ponowy. Czas to był zwierzęcego święta, odwiecznego misterium gonitw, podchodów, tropienia, a wreszcie – do chwili rozkosznego spełnienia w futrzastym wdzięku rudych towarzyszek. Te umykały frywolnie, przed zapędami nieposkromionych zalotników. I tak wśród zawiei, i z mrozem szczypiącym równie zadziornie, działy się psoty lisiego tańca odrodzenia.

10517628_758433544204544_7190520104919612215_o

Ale nie one były dziś celem mojej obserwacji. Zanim przyszły mrozy, szare deszcze napełniły okoliczne rowki i strugi nurtami burego bulgotu. Ucieszyłem się bardzo, bo miesiącami tkwiły suche. Jest szansa, że wrócą bobry. Nawet podczas zimy, pracowite stworki poprawiają, chroboczą i nadbudowują swoje konstrukcje, jeśli woda nie zamarza. A przy bobrowych przepływach i ‘’wodospadach’’ wcale nie tak łatwo o to. Zwierzęta spiętrzając wodę dbają o to, aby ich żywioł pozostał im w posłudze. I przyjemnie jest siedząc sobie w mrozku, posłuchać jak harcują. Brnę przez polną, ciemną drogę, która normalnie byłaby oceanem jednego błota. Ale mróz uczynił swoje, skuwając czarne bruzdy w zwodnicze progi i pułapki. Trzeba iść ostrożnie. Aura jednak sprzyja. Kiedy jest biało, zimową nocą widać zwierzęta z bardzo dużej odległości. Daje to szansę do niepowtarzalnych i jedynych obserwacji. Śnieg skrzypi pod raciczkami, kopytkami i łapkami zwierzęcych wędrowców, sprawiając delikatną osłonę dzwiękową. Można wypatrzywszy grupę zwierząt z dala, przyczaić się gdzieś obok drzewa i poczekać aż przejdą obok nas. No i przede wszystkim przepuścić je lub wyminąć zawczasu, aby nie przeszkadzać w sprawach życia i śmierci, jakim jest codzienny byt w walce o przetrwanie na własne kopytko. Pierwszą grupę saren napotykam w tym miejscu co zwykle. Od lat, odkąd pamiętam, zawsze tutaj. Zauważywszy je z daleka, nadkładam trochę drogi aby nie zbliżać się zbytnio i nie przeszkadzać w żerowania. Śnieg skrzypi jak licho, a one co i raz podnoszą anteny czujnych głów. Nie podejmują ucieczki. Ja kieruję się przez łąkę do polnego kamieniska, które służy mi za punkt obserwacyjny. Nie jest tam może najcieplej, ale lokalizacja dobra. Z tyłu płynie bobrowa struga otoczona zaroślami wierzbowymi, a z przodu mam widok na całą łąkę i tym samym wszelkie zwierzęta, które muszą tędy przechodzić. Tu zatrzymują mnie krępe, czarne sylwetki, poruszające się niemrawo jak głazy. W zjawach rozpoznaję dziki. Trzeba czekać. Nie pójdę przecież z hałasem na przełaj, aby i ich nie straszyć. Mijają nieruchome minuty zimna. Delikatne szuranie po prawej, odwraca moją uwagę od czarnego zwierza razem z głową. Kica zając. Podążam wzrokiem za szarakiem i jego szmerami, aż i on znika w mroku. Kiedy ponownie zerkam w stronę dziczego biesiadła, nie ma już nikogo. Poszły równie cicho co zając. Wreszcie mogę wdrapać się nie niemal 3 metrową górę kamieni. Ślisko. A na szczycie bardziej dmucha. Teraz czas na test – cierpliwości i wytrwałości. Jakże wiele razy już zaliczony…

1606978_258108061024752_1441114691_n

Nie czekam aż tak długo. Wnet zauważam kolejną ciemną sylwetkę zmierzającą do mego stanowiska. Dzik, a może pies? Podążające z szyją u dołu sarny, potrafią zmylić. Bo właśnie sarna okazuje się być nocnym gościem łąki. Ale dlaczego jest sama? Dziwny widok. Teraz zazwyczaj przemieszczają się w grupach. W stadzie łatwiej dodrapać się do strawy, bezpieczniej i weselej. Dziwne tym bardziej, że obok krążą dwie inne grupy jej sióstr, które napotkałem zmierzając tutaj. Sarni wyrzutek? A może po prostu ‘’Outsider’’? Cieszę się, że sarna ze mną tu jest. Zbliża się i oddala, balansując stale w granicach 30-40 metrów od mego stanowiska. Słyszę lekkie szuranie, kiedy rozgarnia kopytkiem śnieg, aby dobrać się do zamrożonej trawy. Ciekawiej robi się kiedy zbliża się do miejsca przez które przechodziłem. Widzę smugę własnego tropu ciągnącą się na przełaj przez całą łąkę. Spłoszy się? Zwierzę schyla głowę, badając węchem mój niedawny ślad. Węszy niemal jak pies, schylając się ciekawsko, jakby chciała dogłębnie rozeznać kto też razem z nią dziś się tu włóczy. Pierwsze zaskoczenie. Podąża tropem kawałek w tył, badając kierunek z którego przyszedłem. Po czym obrót, i teraz drepta już w moją stronę. Nie dziwi mnie aż tak jej zachowanie – podobne widywałem już wielokrotnie. Wtem zwierz robi coś, czego zupełnie się niespodziewam. Sarnia psotnica jakby nigdy nic, kładzie się bokiem tuż obok mojego śladu. I leży. No tak, pojadła, to trzeba strawić. I cieszę się tym widokiem. Zwykle większość ludzi widzi sarny jak uciekają w podskokach, a spotkałem się z mylnymi opiniami, jakoby wcale się nie kładły.

– No pięknie, myślę. Bo wiem, że potrafią tak długo. Pamiętam jak jedna z saren zasnęła mi o świcie latem pod czatownią – na około dwie godziny. Teraz też się zapowiada… Godziny mijające z echem plusku niedalekiej strugi, nastrajają kojąco i łagodnie. Wiercę się coraz bardziej, bo zaczyna dokuczać ziąb. Ale nie sarnie. Jak leżała, tak spoczywa. Czasem się trochę poruszy. Wiem, że nic jej nie jest. Momentami po białej przestrzeni żeglują ciemne fale. Robi się tajemniczo. Widok przyćmiewa się na momenty, aby za chwilę rozbłysnąć księżycem w pełni złota. To cienie mknących chmur. Wyglądają pięknie i złowrogo. W życiu czegoś takiego nie widziałem, albo nie dostrzegałem dotąd. Kiedy przemykają przez sarnie ciałko, ona na momenty niemal znika. Zachwycam się tym spektaklem. I ratuję herbatą z termosu, bo zastój dał się we znaki z chłodem. Tak to już jest. Zima to nie pora na zasiadki. Sprawdza się inny system – wędrówka z punktu do punktu i około godzinne przestoje. Albo ile wytrzymasz. Głowię się co tu zrobić… Bo przecież nie ruszę z impetem przez łąkę, strasząc niewinnego zwierzaka. To jej świat, a gościem jestem ja. W gościnie trzeba się zachować według zasad gospodarza. Wpadam na pewien pomysł.

dziki

Po cichutku zbieram leżące rzeczy i zapinam plecak. Powoli, próbuję zsunąć się z kamieni. Ślizg! Zjeżdżam z impetem na dół, zahaczając z hałasem o jakiś śmieć. Sarna wzdryga się czujnie, ale o dziwo jeszcze nie wstaję, a ja wydaję z siebie dość donośne, jedyne co przychodzi mi do głowy,

– Chrrrr, Chrrrmmmmm!

Poleciało w powietrze ostre chrząknięcie. Sarna wstrząsa łebkiem, ale o dziwo uspokaja się. W końcu znany jej dzwięk. A patent był taki, że pamiętam, iż leży tu i tam nieco śmieci. Dziki przedzierając się przez nie, czynią podobny hałas. Nieraz słyszałem. Sarnie jak widać też dobrze znany. Siedzę na gołej ziemi, zastanawiając się co dalej. Uratowałem sytuację, ale nadal nie mogę się ruszyć. Zaczynam skrobać ręką w ziarnistym śniegu, dogrzebując się do skostniałej trawy. To szuranie również nie robi na niej wrażenia. Podobny dzwięk rozlega się na polach często, kiedy sarny próbują dodrapać się do różnych ozimin. Co teraz? Jeśli ruszę pieszo nawet w drugą stronę, rozpozna odgłos kroków człowieka i umknie przestraszona. A gdyby tak… spróbować odejść jako…dzik? W końcu one potrafią hałasować jak sami książęta ciemności. Nie spróbuję to się nie dowiem…Tak! To dobry plan. Wycofam się tyłem przez strugę i obejdę sarnią sypialnię polem, szerokim łukiem. A ona zostanie tu spokojna… Uda się.

Moje kolejne gromkie, gardłowe chrząk – chrumknięcia, nie budzą czujności zwierzęcia. Choć odwraca głowę, nie podnosi się. Zna dziki. Ja chcę tylko zagłuszyć te kilka kroków które mam do zrobienia po ziemi i śniegu. Za rowkiem będzie już lepiej. Z początku idę na czworakach. Potem kilka szybkich, lekkich susów z bulgotem dziczym w gardle, i już stoję nad strugą, gdzie wartko zasuwa szara spiętrzona woda. Rowek nie jest duży. Wystarczy, wydaje się, ot wiekszy krok do przodu, lub mały skok. Kiedy obracam się za plecy, sarna nadal leży. Podstęp się udał. Teraz tylko małe hop. Cyt! Jestem na drugim brzegu. Delikatnie ślisko. But wpada. Ale to kalosz, więc luz. Nadal stoję i próbuję wspiąć się po zboczu porośniętym przez wygładzone języki traw. Nie ułatwiają zadania. Chwytam pędów wierzby, i teraz wystarczy tylko ciut się podźwignąć…

Zamiast do przodu, plecy jednak lecą w tył. Nie! W odruchu próbuję chwycić wierzb, ale te śliskie od mrozu wymykają się rąk. Czuję jak kalosze wypełniają się lodowatą wodą, a ja cały opadam niżej, by z pluśnięciem wyłożyć się z plecami w kaskadzie małego żywiołu…Wpadam po pas. Kto by pomyślał że to takie głębokie. Pierwsza myśl, telefon! Był w kieszeni polaru. Z rozpaczą prześwietlam czołówką zasuwając nurt sinej strugi. Nic tu nie znajdę. Czuję, że wpadam niżej w jakieś błoto, trzeba wychodzić. Obracam się do brzegu, gdzie z ulgą dostrzegam smartfon leżący na zboczu w pokrowcu. Impet mojego upadku wyrzucił go aż tutaj. Uff!! Super. To nic takiego. Przygoda normalna, wpisana w ‘’ryzyko zawodowe’’. Taki tam rowek, phi… Bywało dużo gorzej i weselej. Wracam pamięcią do takich momentów jak przed laty, kiedy to wpadłem do ‘’normalnej’’ dużo większej rzeki, podczas przechodzenia na drugą stronę po powalonym drzewie. Albo kiedy przypadkiem wszedłem na śpiącego dzika w barłogu i w adrenalinie zacząłem biec na oślep przez nie końca zmarznięte bagno, zapadając się lodzie i błocie. Lub gdy skakałem z rozbiegu na drugi brzeg ogromnego rowu w zaspach, a ta zapadła się spychając mnie w wodę, razem z małą lawiną śniegu… To były wpadki. Całkiem cicho wydobywam się na brzeg. 5 warstw namokniętego ubrania niemiło ciąży na ciele, kłując szpilkami złowrogiego chłodu. Dopiero teraz sarna raczyła się podnieść i gapi się zdumiona, w miejsce mojego plusku. Zaczyna znów jeść. Wybucham w środku śmiechem – musiałem plusnąć jak rasowy dzik forsujący rów. Wiem, że tak potrafią i robią to wielce niechlujnie, z małym zachowaniem jakiejkolwiek ciszy. Teraz nie mam wyboru, muszę po prostu gnać szybko. Tu się nie przebiorę ani nie wysuszę. I wiem jak zadziała organizm – po pierwszym szoku od zimna, zalewa ciało falą błogiego gorąca. W takiej sytuacji trzeba to wykorzystać i utrzymać jak najdłużej poprzez ruch. Bo nie potrwa długo. Byle się nie wychłodzić. Maszeruję przeto jak najszybciej, okrężną drogą przedzierając się do roweru. Smartfon jednak nie działa. Bardzo przykro. Nowiutki był, z przeznaczeniem głównym robienia zdjęć na szeptową stronę. Staram się o tym nie myśleć, może da się uratować. Do domu mam jeszcze około 2 kilometrów rowerem, które pokonuję w iście olimpijskim tempie. Jakoś niczego się nie obawiam. Kiedy za młodu wpadłem zimą do tej prawdziwej rzeki, też maszerowałem ileś kilometrów lasem. Nic mi nie było.

Starość nie radość. Mimo szybkiej przebiórki, co chwilę chcę siusiu w dużych ilościach. Trwa to do rana. Tym razem nie potrafię się naturalnie rozgrzać i po raz pierwszy od lat używam do snu koca. Poza tym pozostaję zdrów. Takie tam nieplanowane morsowanie. Smartfon okazuje się nie działać – dziwne, przecież nie wylądował w wodzie. Ale widać za obiektywem kamery parę. Może zawilgocił się od mrozu. Najważniejsze, że sarna się nie wystraszyła. A ja wróciłem bogatszy o nową przygodę i leśne sposoby łagodnego wycofywania się z niespodzianych zdarzeń. Choć pewnie bobrowe pływanie jako bóbr sprawdziłoby się jeszcze lepiej. Może kiedyś, kto wie, co jeszcze zdarzy się?

fdfdfdfd.jpg