Panny Jabłonne. Ballada z Polnej Pustki.

Brzask wieczornej gaśnie zorzy,
Szelest gdzieś z ciszą gaworzy

Czerwień tli się wątłym blaskiem,
Sarna się przekrada z trzaskiem

W polnej alei za garścią pustki
Dziwy dzieją się po kolei

Tu skrzaty zawiązują swe chustki
A zmora wychodzi na spacer

Błyszczy gwiazda pierwszą iskrą
Wszechświat zerka tutaj bystro

Dumny,

Zając zakurzył w gonitwy pyle
Kroków nakluczył aż tyle

Połacie ciemnią się nocą
Ćmy miękko na kwiatach łopocą

Mieszkają tu Panny Jabłonne
Co swe bogactwo przekazać
są skłonne

Posłuchaj jak sennie szeptają
Na dobranoc słowo szemrają

Że duch z pobliskiego cmentarza zagląda,
Posiedzieć przychodzi, swych drzew tak dogląda

I choć czasem jeszcze je przycinają,
One obrodzić się bardzo starają,

Boją,

Nieruchomo, ufnie stoją
Wtedy
Uciec chciały by niekiedy
Rzeknie mi opowieść swoją:

‘’Cieszę kiedy kwieciem kwitnę,
Roje pszczół do siebie skrzyknę

Potem skupię się na sobie,
Robię o co prosi człowiek,

Obfitości owoc zrodzę
Tak też sobie tu powodzę,

Niech zostawi mnie w spokoju…
Bo mam dosyć swoich znojów,

Przetrwać wiatry, wichry, burze,
Me problemy małe – duże

I samotnie z suszą zmierzyć,
Możesz i w to nie uwierzyć,

Ciężko bywa i wesoło,
Krąg żywota wiedzie koło

Szara mysz łaskocze w korze,
Kiedy wyspać się nie może,

Nocą sowa czasem siada,
Wieści z pól mi opowiada

Zioła, kwiaty i zwierzęta,
Każdy o mnie tu pamięta

Ja z rodziną tutaj żyję,
Wszystkich karmię,
Dobro czynię

Smuci traktor, z opryskami
Czcze nauki tutaj na nic

Gdy głusi, przyjść musi
Oby oddech nie udusił,

Nikogo,

Pójdzie każdy swoją drogą

A gdy sierpień żniwem legnie,
Ma gromada wnet przybiegnie,

Sarny, osy i szerszenie
Tutaj schodzą po jedzenie

I każdego z nich podejmę
Swą opieką go obejmę

Ma świadomość, roześmiana
Wzrasta, tworzy w swoich planach
Ta od Boga jest mi dana

Za horyzont sięga wielki
Tam gdzie żyją, Mirabelki – Siostry

Idz już do domu Człowieku,
Chociaż piękne są widoki,
Długie jeszcze czekają Cię kroki,
Noc świat objęła szeroki,
I zimno dokucza Ci w kościach,
Miło było podjąć Cię w gościach
Czuję Twój dygot w gałęzi
To efekt powstałej w nas więzi
Zajrzyj kiedyś raz jeszcze o świcie,
Wynagrodzimy w podzięce, sowicie’’

I duch popłynął z cmentarza,
Już skrzaty wołają z ołtarza,

Przystroiły go kwiatem paproci,
I w pola pobiegły gdzieś psocić

Skłonił się Duch pod Drzewami,
Przywitał, pomachał rękami
Wiatr zawiał, poruszył koroną
Pożegnał się z zorzą czerwoną

A Człowiek Wędrowny odszedł.

🌳 Stojąc tam, nie wiem jak długo i obserwując jak zmierzch przeradza się w noc, dogasa, spoglądałem na nie. Przeżywałem piękno i zachwyt. Tu błyszcząca gwiazda, tam czerwień gasnąca, szarak na polu, sarny przenikające, których kopytka ledwie szurały w zaoranej ziemi. Zimnica szukająca zaczepki. Cmentarz półdziki i cichy za plecami, a w nim trzaskające lekko drzewa. Wiedziałem wtedy, że dzieje się coś ważnego, czego nie umiałem wówczas nazwać. W Przestrzeni zawsze są jakieś słowa. Huśtają się i przeskakują po chwilach. Gdy pozwolić sobie na wzruszenie, łatwo je wychwycić, wypowiedzieć, spisać. Płynąca nić zdarzeń, obrazy z innego czasu, nierealne, nie wiadomo kiedy prawdziwe, a może zawsze? Za dnia nie wyglądają zachęcająco, niegdyś bez sensu pocięte, przetrwały na przekór wszystkiemu i tkwią. Każdego roku kwitną i owocują. Co tu się wówczas dzieje upalnymi wieczorami… Wiem jedno. Nigdy nie przejdę już wobec nich obojętnie. A oto i one:

92517557_1072771753090973_4421447253869199360_o

Sowie opowieści: Puchacz

Noc spieszyła w zadumie, bieżąc na spotkanie ptasim odgłosom kończącego się dnia. Uwijali się w okrzykach. Na topieli harmider panował jeszcze, jakby nie chciał odejść wraz z gasnącą zorzą prześwitu. Żurawi zew niósł się dostojnym echem, przenikał tkanki szuwarów i drzew, budząc mgliste duchy ukryte w kłębach powstających oparów. Jakaś potęga i tęsknota była w tym dzwięku, wspomnienie pradawnym surm, zwołujących lud na wici i wiece. Czajki, bekasy, gągoły i gęsi przelatywały w pogłosach, osiadając z pluskiem na spokojnej tafli. Ta wreszcie niedawno odtajała. Wśród powalonych huraganami olszy, zarośnięty sitowiem ruczaj swobodnie się rozlewał, tworząc wodne oczka, stawiki i szlaki pomniejszych arterii. Płytkie brody biegły gdzieś ku czeluściom bagiennego boru – przetarte ścieżki wiodły do najbardziej niedostępnych stopie ludzkiej ostoi. Brodate zasłony srebrzystych porostów zwieszały się z pni, świadectwo zmurszałej potęgi zagubionego siedliska. Wieczorny chłód ośmielał swoje panowanie, niosąc wspomnienie niedawnego przymrozku. Knieja głęboka, szara, mroczna, i nawet ponura o tej porze, ciemni okrywała się zasłoną.

owl-24344208

Siedzący na ganku zatopionej w gąszczach, niewielkiej sadyby, wędrowiec czuwał. Gorąca para bulgotu w czajniku zawieszonym na żeliwnym palenisku, burzyła się w gotowości na herbatę. Za dnia odwiedził ukryte tajenka ptasze: podglądał parę zielonkawych dzwońców, czyniących starania przy budowie gniazda. Zlustrował lęgi i tokowiska. Świat grzmiał już potęgą narodzin. Podziwiał obudzonego ze snu zimowego borsuka przed norą, śpiocha co to ziewał i w słońcu wygrzewał wyleniałe kości. Teraz i on, chwilą skupienia, celebrował przedwiośnie. Oczy miał zamknięte, twarz w błogości odprężoną. Znieruchomiały, nasłuchiwał. I taki nieobecny był jakiś, pogrążony i zespojony z tym co działo się wokół. Dusza zeń wypłynęła, pierzchła gdzieś w gąszcze. Chyba tylko ona jedna mogła przenieść się tam, dokąd nie sięgały ograniczone zmysły ludzkie.

-Huuu uuuuuu!

Głuche echo przetoczyło się grozbą, zadudniło, utonęło w zatopionych korowodach mgieł. Król Sów zapraszał do swego świata. Życie cichło i gasło na moment, jakby w nasłuchiwaniu budzącej się śmierci. Odpowiadały mu ochrypłe zawołania sarnich kozłów. Płowi stróżowie lasu, wzywali innych do większej czujności.

Wczesnym wieczorem, głód budził Puchacza. Rozdarta jama u dołu pnia grubego jesionu ożywała, gdy czerwone ślepia błyskały jedną żądzą: zdobyć, rozerwać, nasycić się! Potężny tyran, panował niepodzielnie. Nawet i ciszej jakoś było w jego ostoi, jakby inne zwierzęta wiedziały, że gdzieś tutaj czai się ukryta groza. A mało kto mógł czuć się bezpieczny. Władca nocy szybował bezszelestnie, miękko, sprawnie omijając przeszkadzające konary i chaszcze. Chwytał, zabijał, rozdzierał, szarpał lub przenosił. Królik, kuna, jeż, nieupilnowany warchlak, sarnie dziecię, kaczka, gęś, lis, a nawet i inny ptasi drapieżnik, jeśli ten nie zdołał czmychnąć w porę. Mało kto mógł stawić mu czoła. Zaskoczony niespodzianym atakiem, porażony siłą wyćwiczonych mięśni i ogłuszony łopotem potęgi skrzydeł, każdy przeciwnik wnet stawał się łupem. Ptasi herkules, silny, niepokonany, bezlitosny. Czuły słuch pracował i informował. Radar puchatej, strojnej w pióropusze ‘’uszu’’ głowy obracał powoli i w skupieniu, aby namierzyć łup. Jest! Lekki szelest skrzydeł, chrup kości przeciągającego się ptaka… TAM!

owl_Moon_wings_animals_artwork_fantasy_art-260523

Poderwał się ociężale. Bury cień trwogi, niewidzialny, srogi mknął. Z wysoka widać było na horyzoncie prawie zgasłą czerwień odchodzącego zachodu jeszcze, ten już ostatecznie pochłaniał mrok. Pod nim puszcza wołała szelestami i pluskami, za stary i doświadczony był już na to, aby dać się rozproszyć. Mknął prosto pod górę skąd doleciał go znajomy dzwięk. Zamajaczył przed hakiem dzioba obwieszony szyszkami wierzchołek prężnego świerka, wyrzut łap przed siebie, jest! Zatrzepotało. Zaciśnij! Śliska skóra paluchów odczuła znajomą miękkość, ciepło wilgotnych wnętrzności. Wrona szarpnęła się w jeszcze, w ostatnim odruchu. Przelotna nowicjuszka. Skąd mogła wiedzieć. Pozostałe uleciały w ciemność, rozpraszając się w nocy, z rozpaczliwym krakaniem. To już nie interesowało Puchacza. I tak to jedynie mała przekąska. Tu każdy postrzegał inaczej. Wedle swego. Sarna czy zając kierowały się zapachem traw i ziół, wilk podążał za tropem i hałasem. A jego knieja wołała. Mówiła pieszczotliwie, opiekuńczo. Kaskady odgłosów, kroków, szelestów opowiadały o… jedzeniu… Za każdym z nich stał ulubiony smak, trud i łatwość łowów, które ptak zdążył już poznać. Po wronie została sterta ciemnych piór. Niekiedy zalatywał na skraj lasów; chciał poznawać wciąż dalej i dalej. Tu zatrzymywał go odległy hałas i nieznane światła pędzących po ziemi ‘’gwiazd’’. Metalowe ‘’drzewa’’. Nie wiedział ptak, czym są słupy. Instynktownie unikał z nimi kontaktu. Wracał wtedy w głębiny bezpiecznej macierzy, gdzie nie docierały nieznajome odgłosy. Doświadczenie uczyło, że i tutaj bywały kąski. Wystarczyło przysiąść niedługo na rosohatej sośnie. Uszate zające beztrosko dokazywały po polu, oddając swoje istnienia we władanie corocznych parkotów. Puchacz czekał. Sunęły bezgłośne, a napięte minuty, w zasadzce na ten jeden, jedyny moment. Podążał za swoją naturą. W jesionie przecież czekała na niego wygłodniała… Rodzina.

Lekki ślizg lotu. Pacnięcie i przygniecenie ofiary impetem. Szarp i wrzask! Szarak zajazgotał. Zacisnął mocniej szpon, załopotał dla równowagi jednocześnie kierując celne uderzenia zakrzywionego dzioba, w rozdarcie potylicy. Jeszcze kilka szarpnięć. Agonia i… wiotkość. Smak posoki i… sukcesu.
Wystartował ociężale, kołysząc się na boki. Bezwładna zdobycz zaburzyła nieco tor lotu. Sunął nad borem i bagnami, nieomylnie w ciemnościach kierując się ku swojej ostoi. Bezbłędnie rozeznawał kierunek. Widziane z góry plamy polanek, prześwity wiatrołomów i lśniące wstęgi strug, były dla sowy jak najdokładniejsza mapa. Znał ją od dziesięcioleci. Niekiedy zmieniała swój rys, gdy bobry poczyniły nowy rozlew, albo wiosenny roztop zasilił stale podmokłe olsy. I bobrom nie odpuścił, puchaty wojownik Puszczy. Żył i gasił życie sprawnie, z precyzją, posłuszny odwiecznemu zadaniu. Surowy Król nieświadomie dbał, by w jego Królestwie miejsca i zasobów wystarczyło dla wszystkich. Oto i On. Drzewo – Dom. Rozszczepiony jesion, który próbował na powrót się zrosnąć, u pnia tworzył jamę, wieloletnie już schronienie pokoleń puszczańskich puchaczy.Upuścił zdobycz, wylądował. Zaszurało we wnętrzu jamy, dwie twarze pierzastych szlar, spotkały się w dzikim spojrzeniu pomarańczowych ślepi. Partnerzy. Odsunął się taktownie. Samica dopadła do zdobyczy, po całodziennym trudzie opieki nad zniesieniem. Ptak spełniał swój ‘’obowiązek’’, ale przeżywał przy tym radość i dumę. Tyle lat… Razem. Lubił patrzeć jak się pożywia, i moment gdy ucieszona przyjmowała jego łup. Pamiętał dzień gdy nawoływał, a potem zobaczył ją spoglądającą w zaciekawieniu spomiędzy pni. Zaskoczyła go. Jego, wojownika. Dawno temu, na moczarach. Od tamtej pory niemal co roku obdarzali Knieję bogactwem jednego lub dwóch potomków. Czyścił upierzenie, zerkając jak Ona się posila. Szarpała łapczywie. Samka napuszyła się – wystawiając w jego kierunku puszystą, ciepłą szyję. Już znał ten gest. Pragnęła pieszczoty. Zbliżył się ochoczo, tym samym śmiercionośnym dziobem przeczesując łagodnie jej przybrudzone zajęczą turzycą pióra. Docierał niemal do samej skóry iskając rozgrzane stosiny piór, zanurzając w puchu jej błogiego zapachu. Jakże innego, niż ten który niosły ze sobą ofiary. Ten działał nań łagodnie, uspokajał, usypiał…
Z ciepłych jaj dobiegały cichutkie piski, skrobania i postukiwania. Samica otrząsnęła się z chwili zapomnienia, powróciwszy najedzona do lęgu. Lada dzień opuszczą skorupki.

Moon-Light-Owl-Wallpapers

Minęło kilka godzin. Wędrowiec wybudził się z chłodnego odrętwienia. Ganek spowijała ciemność. Nad podwórkiem ścieliły się nisko powłóczyste pasemka mgieł. Z niedalekiej sadzawki dobiegały parsknięcia i pluski kąpiących się dzików. Granat czarnego nieba iskrzył punkcikami srebrzystych gwiazd. Leniwy łoś snujący się przy domostwie, z chrzęstem racic wyrywał kęsy wiosennej trawy. Ciemna sylwetka zwierza odcinała się na jasnym tle brzozowego młodnika. Kroczył dostojnie. Chałupa tkwiła jak widmo, cicha, głucha, otulona snem. Znajoma kuna przebiegła na poddasze gruchocąc po rynnie, wcześniej nie omieszkała pomajstrować na stole obok werandy. Rześki ziąb płynął do wnętrza przez malowane okiennice. Z nim niosło się bagienne terkotanie trzcinniczka. Ogień w palenisku żarzył jeszcze, cichutko strzelając ostatnimi iskrami. Za moment i on zgaśnie.

– Puuhuuuuu!

Doleciało raz jeszcze gromko, z głębiny ciemnego boru. Ptak obwieszczał światu, kolejną wyprawę na rozbój. I wiedział już Wędrowiec, że jego widziadła wcale nie były snem.

Birds_Owls_Eurasian_eagle-owl_Great_horned_tiger_512370_1920x1080

sarah-olofsson-owl-speedpaint-8

595215

Śnieżny księżyc żywiołów. Noc w lesie podczas wichury.

Dzień kończy się zapowiedzią sztormu i zmian w pogodzie. Wzmaga wiatr. Pojawiają się ostrzeżenia o pędzącym orkanie, leczy my świadomą decyzją, ruszamy na wędrówkę. Wyznajemy zasadę, że każda pogoda wędrowna jest dobra. Tak to bywa. Czasem wiatr w oczy. Jakoś cieszymy się na ten wicher. Dawniej przychodziły regularnie jesienią i zimą, szalejąc nieraz przez tydzień. Teraz media podnoszą alarm, jak dwa dni powieje. Do głowy nawet nam nie przyjdzie, że możemy doznać jakiejś krzywdy. W lesie, pełnym rozkołysanych mocą drzew. Zanurzamy się w oceanie głębokiego szumu. Błogo brzmi. Wokół nas szara ciemność, stukoty, pęknięcia, trzaski, gwizdy i piski. Dziś drzewa emanują całą paletą możliwości swoich odgłosów. Mroczne słuchowisko. Być tutaj, właśnie w taki cień. Z ufnością dać otulić się ciemności i zatracić się całym sobą w tym słuchowisku. Misterium leśnej Mocy. Po kanapkach i herbacie wstajemy tuląc najbliższe sośniny. Tu dopiero i nawet ja mam zaskoczenie. Odczuwam kołysanie i ruch ziemi, – w pierwszej chwili zdaje mi się, że to wrażenie energetyczne, jednak ziemia pod moimi stopami naprawdę się rusza! Mech faluje, unoszony przepływem drgających korzeni. Gleba grzmi po swojemu. Ależ to fascynujące! Ruchomy dywan. Co za siła. A one się trzymają. Przyciskając ciało i ucho do pnia przychodzi jeszcze więcej. Gdy porywy targają, wnętrze drzewa trzeszczy, dudni, i stuka jakby chciała się stamtąd wydostać jakaś istota. Pracują naprężenia. Drgania i wibracje tych zmagań przechodzą, wnikają w moje ciało. Sosenki są dość cienkie, giętkie i młode, można je całkiem uścisnąć. Ależ one dzielne. Tyle siły, porywu, zaborczości, i te kruche trzeszczące istotki przetrwały już niejedną burzę. Podbiegam do kolejnych drzewek w zasięgu, okazuje się że każde z nich drga w środku i dudni na swój jedyny, unikalny sposób. Nie ma dwóch jednakich. Nieopodal wierzby ‘’wyją’’ już niżej, w zupełnie innym tonie. Oktawy leśnej harmonii. Każde niesie swoje przesłanie dalej. Po kilku minutach tulenia takiej drgającej drzewiny, czuję się jakby naładowano mnie prądem. Skok energii. Bo i przecież korona drzewa przechwytuje ją z powietrza, a przez pień odprowadza w głąb Macierzy. Rozmowa żywiołów. Rozmyślam nad sowami. W takie noce jak ta, nie polują, lub jest im bardzo ciężko. Nieustanny hałas i galopujące liście uniemożliwiają namierzenie ofiary. A co, gdy taka pogoda przedłuża się? Robią jakieś zapasy, czy przymierają? Korony sosen niekiedy poćwierkują. Podmuchy budzą co i raz, jakieś śpiące ptaszki. Odpowiadają lamentem dzwoniących pisków.

84711644_1028272450874237_8056447981085261824_o

Bór dyszy potęgą, mimo orgii dzięków ma się wrażenie, że dlań te zmagania to fraszka. Do nas nie docierają powiewy. Kurtyna pni pochłania i rozprasza wszystko, zanim doleci w głąb lasu. Jest ciepło, przytulnie, bezpiecznie. Zwierza nie sposób usłyszeć – wśród mnogości chrzęstów, pozostają niewykrywalne. Tętnimy wigorem oddechu mocy, w objęciach sosnowych tancerek spajamy z jednią sosnowego żywiołu.
Na polach dmie aż tamuje kroki, te zdobywamy z trudem, zapadając w sypkich piaskach.

A jeśli i Ty masz ochotę na swoją nocną przeprawę w Kniei, pisz, pytaj. Te wyprawy są po to, aby każdy mógł wiedzieć jak to jest, i stać się częścią własnej opowieści. Do zobaczenia na szlaku, 

Kontakt i zapisy:  czeremcha27@wp.pl

Noc wśród jeleni. Mglisty świt na Rykowisku

Po ostatnim czuwaniu z gościem, rozbudziło mnie zupełnie. Zew Wędrowny. Dawne marzenia czatownika. I nasycony byłem, i nie. Chciałem też samemu. Bo to zawsze inaczej. Mogę swobodnie decydować gdzie się przemieszczam i co robię. Jak długo zostanę. Ciężko też nawet i w domu wytrwać, gdy księżyc dobija ostatka, jeszcze coś srebrząc, a wiesz, że one tam ryczą… No i ruszyłem.

Pierwszy przystanek robię na stogu, tym samym co wczoraj. Trochę tu odpoczywam po jezdzie rowerowej, ‘’łapię’’ normalną temperaturę ciała i słucham co się dzieje. Odparowuję. Dziś dla odmiany odzywa się samiec puszczyka. Puszczyki i puszczyki ciągle w tych opowieściach. Cudownie, że są. Taka sowa, obojętnie od gatunku stwarza klimat prawdziwej nocy. Pożytek polom czyni, niestrudzenie myszy łowiąc. Byki już nawołują. Jest grubo po godzinie 23. Wchodzę kawałek do lasu dróżką, chcę spojrzeć lornetką na gwiazdy z ciemnicy. Przez sosnowe prześwity. Pamiętam jak taki przegląd nieba zaskoczył mnie po raz pierwszy – bo w lornetce widzisz, że tych gwiazd jest jakieś 10x więcej, niż oglądałeś przez całe życie. Tyle nam umyka. Przy każdej, którą widzimy gołym okiem, błyszczy jeszcze 5-7, których nigdy nie spostrzegłeś. To urzeka, a i wyrzut człek sobie robi, ile go omijało dotąd… Są i nawet specjalne lornetki do takich gwiezdnych obserwacji.

P90923-064231

Moje wejście i szarpanie z jeżynami powoduje w lesie ruch. Jeżyn nie było widać. Tylko nie oddala się, a zbliża. Podchodzi mnie. Wiem co jest grane. Jeleń wziął mnie za rywala. Trzeba mu dać znać, żem człowiek, bo one są w rykowisku nieprzewidywalne. Jeszcze ta ciemność. W zeszłym roku kiedy szedłem w tych okolicach jelenie stały na skraju lasu, przyglądając się wędrowcowi. Świecie ich oczu błyszczały w świetle diody. Nie uciekały nawet łanie. Jakby powiedzieć coś chciały… Szeleszczę więc bluzą. Pogłos zbliża się. Jej! Szustam kurtką, która głośniejsza i rozpinam głośno suwak, chrzęst zgrzyta gdzieś obok, i jak mi nad głową nagle

– Beeeeeuuuuchhhhh!

Odskakuję przestraszony nieco i syczę ściszonym głosem, ‘’A pójdziesz mi stąd, asio!’’
Dopiero głos otrzeźwia jelenia w zapędach. Myślałem, że jest dalej. Nie, no to nie jest komfortowe, zwłaszcza, że on tam nadal chodzi i szuka zaczepki. Jeszcze szybciej wychodzę na drogę polną, biegnącą przy skraju lasu. Zmierzam nad łąkę do czatowni. Tam się usadzam. Wysoko, w objęciach starej topoli, która dziś niepocieszona się zdaje, że nie poświęcam jej wiele uwagi. Słucham i słucham, i dialekty poznaję. Akcenty osobowości. Każdy z samców odzywa się wyraznie inaczej. Kuriozalnie i pociesznie nawet. Jeden ‘’pieje’’ wysoko w tonie, jak kogut. Przypomina zwykły krowi ryk na pastwisku. Inny, chyba najsilniejszy odzywa się naprawdę srogo i groznie. Tu jest potęga. Charczy, drga i ostrzega. I tak mam wrażenie, że one doskonale wiedzą który gdzie jest, jaki jest w sile i kondycji, wieku, i tak dalej. Przecież poza tym rykowiskiem żyją generalnie w zgodzie. Kolejny mruczy nisko i blisko, jakby ostrzegał. W kukurydzy. Ten sam co wczoraj. Odpowiada na mój zew. Gdy się nakręca, zaczyna beczeć jak koza, ściskam się wtedy ze śmiechu. To jakiś młokos być musi, co udaje ważniaka, ale generalnie udziału w rykowisku nie bierze. Odzywa się tylko sprowokowany. Bardzo ciekawe, że w zeszłym roku też był jeden tutaj. Czyżby ten sam?Najśmieszniejsze, że kiedy te olbrzymy zajęte są urąganiem sobie i darciem kotów, młodociane byczki spieszą cichcem do łań, i to one zwykle są sprawcami zapłodnienia. A człowiek ‘’bawi’’ się w jakąś selekcję samców, plując szyderczo hukiem strzelb w sam środek misterium ich święta.

P90923-071034

Bęczący ”kozio” młodzian wybiega mi na łąkę i pomrukuje, chciał sprawdzić gdzie przeciwnik. Potwierdza moje przypuszczenia. Młody jest, na głowie jakieś dwa ‘’widelce’’ ale i on potrafi zacharczeć jak stare byki. Chodzi i szuka. Dzięki temu mogę w resztkach księżycowego sierpa ucieszyć się jego widokiem. I dziękuję światu! Bo zawsze było tylko słuchanie tych jeleni, które mi wystarczało, w tym roku postanowiłem i ujrzeć. Podszlifowałem się w wabieniu. I oto efekt paraduje przede mną rozglądając się zadziornie i wzywając do pojedynku. Nie dzięki… posiedzę tutaj. A Ty ochłoń braciszku.

A to nie jedyny mój przeciwnik. Ziąb, duch mgieł, próbuje zapasów, dziś jednak jestem przygotowany. Poliestrowa kurtka pod bluzą trzyma solidnie ciepło, na nią zakładam drugą. Spodnie ocieplane, miękkie i wygodne dresowe razy trzy, plus kalesony bawełniane. I tylko wkładki puchowe do kaloszy gdzieś zgubiłem. Te 1,5 godziny przed świtem zawsze są najgorsze. Zimno jakby rosło w potęgę, sycone czernią pustki. Ubiór jednak się sprawdza. Udaje mi się wytrwać bez rękawiczek. Ważne również, by mieć coś do położenia pod tyłek, plecak lub jakieś ubranie którego nie zakładamy. Ziołowa herbata z termosu, gorąca pozwala zachować gardło w zdrowiu. Po takim czasie w chłodzie łatwo nabawić się takiego ‘’szczypania’’ właśnie tam, picie ciepłego małymi łyczkami zapobiega wyziębieniu przełyku.

Magia, spełnienie i moc. Sycę się brzmieniem samczej siły. Jej wibracja przenika ciało, rozrywając mgły ochrypłymi rykami bojowych byków. Rześkie powietrze wibruje pradawną chwałą. Potęga nadlatuje z łoskotem, sięgając pamięcią pieśni odwiecznej kniei. I taki malutki się tutaj czujesz. Bezbronny nawet. A z drugiej strony, wdzięczną cząstką tego wszystkiego. Ścichnij człowieku. Uszanuj. Dziś rządzą tu płowi Królowie Lasu, w ochrypłych rykach potwierdzający swą niepodzielną władzę. Zachwycona dusza stara się zjednoczyć, zestroić z pomrukami olbrzymów. Przenikają serce. Nawet sarny jakby odzywały się mniej i mało ich widać – ustępują miejsca władcom.

P90923-065120

Gdy świt zaczyna szeptać szarością, ruszam przed siebie. Tam skąd dobiegają ryki. Wcale nie są tak blisko. Na polach wydeptane grube tropy. Robią wrażenie. Woale mgieł rozsnuwają się wszędzie, na oparach niosąc srogie pomruki olbrzymów. To jest po prostu taniec. A mgła to żywy organizm, duch tutejszy, mistrzyni czarów. Gęstnieje, to rzedzi, rozdziela się na pasma powłóczyste, to znów opada do ziemi wstęgą. Kryje tajemnice i zachwyca. Nie wiadomo co zrobi za chwilę. Idę i wabię, maskując tym samym swoje nadejście. Widno już, brzask czerwieni w rozkwicie na wschodzie. Płyną korowody smug powłóczystych. I z nich mi się wyłania. Aż nie dowierzam. Kroczy i charczy – tutejszy król rykowiska. Natychmiast przykucam, choć nie zachowuję przesadnej czujności i uwagi. A to błąd był! Udaje mi się go uchwycić w lornetce. Co za potęga! Chyba szesnastak. Porykuje gromem. Ja coś się poruszyłem. Popatrzył czujnie i cofnął już w zarośla. Stara, doświadczona sztuka. Nie z nim takie numery. Wielu pewnie, próbowało go podejść. To nie chłystek, co pobiegnie za każdą prowokacją. I rzeczywiście. Nie odzywa się już ani razu. Zaszył się. W oddali paradują pojedyncze łanie. Szkła lornetki szybko pokrywają się wilgocią – i co z tego, że jest wodoodporna, myślę. Trzeba co chwilę przecierać, a zostają smugi przeszkadzające.

Brnę w kożuchu wilgoci zawieszonej, smużki muskając dłońmi, chwytam pasemka. Słoneczne promienie osadzają się na nich złotem czerstwym. Ptaki zaczynają poranny rozhowor. I warto było, wytrwać tu tyle godzin, by na sekundy stanąć oko w oko z płowym Duchem Lasu. Mateńka Knieja po raz wtóry obdarowała swego syna spełnieniem leśnego marzenia 

O świcie z mgłami się zjawiam. 
Przepływam nitkami kosmyków,

Jelenie z radością pozdrawiam, 
I cieszę z słonecznych promyków,

Braciom mym płowym dziękuję, 
Za zmysłów pieszczotę, czułości
Serce ten dar przechowuje…
Na więcej wciąż mam ochotę, 
Zjednoczyć się z Wami w dzikości

Świat się w wilgoci kołysze, po mrocznej i ciemnej nocy 
Rozbrzmiewało tu gromem w ciszy, westchnienie pradawnej Mocy

Smugi przędą marzenia, siwych zasłon woali 
Tkają nici spełnienia, łanie wędrują w oddali

Źdźbła pożółkłe kąpią się w rosie, chłodu smakując okruchy 
Szeleszczą w szuwarach już łosie, i snują bagienne duchy

Pani Poranna w rubinie dojrzewa, niosąc im blaski prześwitu 
Wielu zdarzeń się jeszcze spodziewa, zaprasza mnie do zachwytu

Wody Kapłaństwo mąci w bezwładzie, zaklęcia mamrocząc, uroki, 
Wierzbowe Wiedzmy już szumią w naradzie, baśnią się jawią widoki

Skrzydła rozkładam w ramionach, szybuję ponad łąkami 
Dołączam do swego plemiona, jak dobrze tu razem z Wami

Mamidła rozpływają się zwiewne, strachy szeptają z zjawami 
Swego istnienia jak żywo są pewne, ulotnymi chichoczą sprawami

Tańczą jak mary ubogie, na zawsze już zapomniane 
Oh siostry Kochane i Drogie, ze sobą było nam dane

Chwilę krótką,

Wiatru kaprys przegoni, rozproszy w pustce słonecznej 
Ja złożę podpis mej dłoni, pamiętać Was będę wiecznie.

🦌 23.09.2019 ”Samotne” czuwanie na Rykowisku

P90923-055055

Księżycowy marsz jeleni. Noc Sów. Samotność warchlaka.

Gdy zbliżam się do skraju lasu, wieczór odpływa w objęcia zmierzchu. Z pól schodzą chyłkiem jakieś zwierzęta, na tyle skrycie, szybko i daleko, że nie rozróżniam z tej odległości, czy to dziki, czy może jelenie. Jedna z saren stoi niemrawo na dróżce, z głową pochyloną w dół. Nad czymś rozmyśla. Albo nasłuchuje. Zdecydować nie może. Lepiej do lasu, czy z powrotem ku polom? Trwa w zawieszeniu. A ja się niecierpliwię. Już powinienem być na stanowisku. Bo sztuką i dobrym obyczajem leśnym jest pojawienie się, zanim zwierzęta rozpoczną sprawy wieczornego żerowania. Nie muszę wówczas poruszać się aż tak ostrożnie z czujnym wzrokiem na najmniejsze przejawy życia wokół. Mogę w spokoju się rozgościć i wybrać dobre miejsce. Tymczasem mrocznieje . Kilka minut chodu i jestem już w czatowni, rozbierając się nieco. Tak trzeba. Aby ciepło odparowało, nie osadzając się wilgocią na koszulce. Sucha odzież, to gwarant udanego czuwania. Oprócz tego, jeszcze przebrać wstępnie na noc. Wstępnie, bo temperatura wieczoru w porównaniu z nocą różnić się może nawet o kilkanaście stopni. Ciepło ciała z jazdy rowerem i marszu, starcza w moim przypadku na jakieś 40 minut. Zdejmuję buty i zakładam grube, puchate skarpety, świąteczny prezent. Okazują się lepiej trzymać ciepełko na mrozie, niż każde obuwie którego próbowałem. Przede mną dogasa w zorzy widok na raj – rozległe bagno, kraina trzcin, gąszcze wierzb i cmentarzysko martwych olszy. Przed nimi łąka z buchtowiskiem, a za moimi plecami mieszany las. Tu szczególnie kipi bogactwo ptasie. Bo w jednym miejscu usłyszeć można ptaki przestrzeni i pól, skryte gatunki leśne, i tajemniczych gości bagiennego świata. Srebrzyście dzwonią rudziki, a popisuje się fletami drozd śpiewak. Trznadle. W szuwarach terkoczą perkozy. Dzienni śpiewacy powoli kończą, za chwilę…
Pierwsze zaskoczenie.

druk_cyfrowy-zwierzęta-pełnia-FT2180A_9A

Przebieram się szeleszcząc, bez zachowania szczególnej ciszy, zostawiając sobie jeszcze na krytyczny moment polar i ocieplane spodnie. Kiedy dostrzegam gnającego przez polanę dzika. Locha. Bo za nią podskakują w pędzie ‘’kluski’’ maleńkich warchlaków. Śmieję się w duchu. To nie tak ma być! Przecież jeszcze nie zacząłem obserwacji, i nawet nie zdążyłem usiąść w ciszy, nie mówiąc o jej zachowaniu. Nie jestem gotów. Zaczekajcie! Ale tak to tu jest… Zawsze trzeba być gotowym. Dziki przedzierając się przez trzciny hałasują tak, że poza sobą świata nie słyszą. To jedyne wytłumaczenie. Podziwiam jak dzicza rodzinka wnika w las, zostawiając mnie osłupionego z echem swojego chrzęstu. Pierwszy zachwyt. Dlatego to takie dobre miejsce. Każde zwierzę ‘’musi’’ wyjść właśnie tędy, jeśli chce podążyć ku polom. Niewielka łąka obfituje w smakowite pędraki, kawałek przestrzeni, a za nią bezpieczny las. Jego bliskość zachęca zwierzęta do wyjścia. Jest naturalną osłoną, skąd mogą potem wyglądać na pole, samemu pozostając ukryte przed obserwatorem.

Choć widok dogasa w mroku, tu gwar nie kończy się nigdy. Nisko, z majestatem dostojnym szumu przelatują żurawie. Te jeszcze szukają miejsca na nocleg. Są tak bliziutko, że widzę jak ptak kręci nieznacznie głową podczas lotu. Czujny strażnik tego świata, jednak nie dostrzega mnie już. Szuwary zanurzone pozostają w misterium chrzęstów i trzasków. Cały czas coś tam chodzi. To właśnie urok tego świata. Napięcie z ciekawością szybuje jak szalona sinusoida, bo nie masz pewności, co też za moment pokaże się na widoku. Dzik, sarna, jeleń, jenot, a może i łoś mocarny? Tajemnica. Kaczki wyzywają jak wściekłe. Chciałyby pospać, jednak wytracają je ze spokoju odgłosy buszowania zwierzęcych mieszkańców ostoi. Wtórują im zaniepokojone łyski, piłując jeszcze ten chaos odgłosem gwoździa. Do chóru dokładają perkozy, gęsi i jeszcze inne, nieznane mi ptactwo. Stada kolejnych kaczek przemykają świszcząc. Tak będzie tu niemal do rana… A z dnia na dzień, tylko coraz głośniej. Za około 2 tygodnie zaczną żaby i ropuchy, potem szuwary odezwą pieśnią maleńkich niepozornych mieszkańców: trzcinniczków, łozówek, rokitniczek, brzęczek, świerszczaków. Na 2-3 miesiące to one staną się tłem, osobliwym duchem tego świata. Koroną śpiewu poniosą szarobure słowiki. Jeszcze trochę…

23762216_dwie_kaczki_krzyzowki

Kacze wrzaski, to dla mnie orientacyjny znak, skąd mogę spodziewać się zwierzęcej wizyty. Przekorna myśl. Mówi się, że człowiek płoszy, ale co powiedzieć na te wszystkie jelenie, dziki i bobry nie dające ptactwu się wyspać? Obserwuję te krnąbrne myśli z uciechą. Zabawy umysłu. Kaczkę natura przystosowała do swojego świata równie wygodnie. Potrafi ona spać ‘’połową mózgu’’. W rzeczy samej. Kiedy jego jedna połowa śpi, druga czuwa, w każdej chwili trzymając pierzaste ciało w gotowości do ucieczki i wzlotu. To co wydaje się zdumiewającym fenomenem, dla krzyżówki jest czymś naturalnym. Zastanawiam się tylko, czy ten mechanizm dzieje się również wtedy, kiedy one tak kwaczą. Ta cecha, to niezbędnik w jej świecie. Bo w każdej chwili spodziewać się można polującego lisa, jenota, dawniej nawet suma spod wody, a i dzik nie pogardzi mniej czujną czy ranną. Amatorów na opierzony kuper znajdzie się wielu.

Wreszcie… zza ostatnich chmur wyłania się księżycowy latarnik. Oświetla zanurzoną w nocy polanę odwiecznym srebrem zapomnianych krain. Czar, dzikość, świętość, i boskie piękno w jednym. Moje ulubione chwile. W takich momentach czuję wielkie szczęście duszy. Zamglony, rozmarzony, zanurzony… nieznane chwiejne plamy płowego cienia, wracają mnie do większej trzeźwości. Tam stoją jakieś zwierzęta. Dużo. Idą przez łąkę. Wielkie jak konie. A przynajmniej takie mi się wtedy wydają. To mogą być tylko jelenie. Poznaję również nie tylko po kolorze, wielkości, ale i innym kroku. Musiały stać tam wiele minut. Wyszły tak cicho! Kunszt. Jak to dobrze, że się nie poruszyłem mocniej przez ten czas. Poza wilkiem i rysiem, nie ma chyba bardziej czujnego i ostrożnego zwierzęcia niż jeleń. Ich węch jest jeszcze bardziej czuły, niż najlepszego psa myśliwskiego. Nastawiając się na ich obserwację, trzeba zadbać o wiatr i kamuflaż zapachowy. Czego nie zrobiłem, bo i nie spodziewałem ich się tu dzisiaj. Nie aż tylu. A one, już idą. Gęsiego, jeden za drugim. Chcą przejść na drugą stronę łąki, i dalej pewnie w las, skąd na pole rzepaku jeden krok. Grupa jest dziwnie mieszana. W oczy rzuca się ‘’rosohaty’’ byk, który idzie jako drugi. Przesuwają się jak szare zjawy – na wprost mnie i czatowni. Spoglądam z góry. Liczę je. Około dwadzieścia. Szurają w trawie kopytka. Ani drgnę. Spowolniłem, spłyciłem oddech. Wiem, że teraz wszystko zależy od szczęścia. Wystarczy maleńki powiew wiatru… Na chwilę zatrzymują się. I już wiem, że one wiedzą. Widzieć nie muszą, ale zapach. Dostrzegam, że druga mniejsza grupka nadal została na łące, jakby wahały się czy iść za resztą chmary.

– Puhhhuuuu! Huuu, huuuuu huuuu! 

Nawołuje tajemniczo niedaleki Puszczyk. Rozkręca się i nie przestaje. Głos jego przypomina starą parową ‘’ciuchcię’’. Rozkwitam w pełni uśmiechu. Ależ moc. Co za magia! Dostrzec ją w sekundzie. I przenosisz się w czas pradawny, dziki, dla wielu niedostępny i nieistniejący nawet. Tu parę metrów jelenie w srebrze księżycowej poświaty, hałasujące dziki i kaczory, a teraz zew sowy. Dziękuję w sercu każdemu ze zwierzęcych braci za ten dar – czar. Obfita chwila. Sennie, głucho odzywają się wybudzone żurawie. Po chwili badawczego, niepewnego postoju grupa rusza szybciej. Odbiegają truchtem i znikają gdzieś w lesie. Ehh…
Ale życie nie kończy się. Ledwo znika hałas po jeleniach, słyszę jak ‘’bekają’’ dziki. Nadchodzą głośno, pewne bezpieczeństwa wśród opiekuńczych trzcin. Kwiki, jakby z sobą walczyły. Kotłowanina. Pogłos i trzask narasta. Są tuż. Czarne plamy wybiegają na łąkę z łoskotem, a ja już przestaję temu dziwić. Są przecież u siebie. Mimo, że dziki mają węch równie sprawny jak jelenie, przez nie wykrycia się nie boję. Takie trochę gapcie z nich, zainteresowane głównie jedzeniem, kąpielą błotną i niechlujnym hałasowaniem. Obserwuję jak kręcą się pospiesznie tu i tam, mocą silnego ryja przekopujące pierwszą wiosenną młodzież trawną. Widok kryształowy, księżycowy. Baśń nocna. Długo nie zostają. Tu jest już tak zbuchtowane, do wszelkiej możliwości.

10143536865_538ccde880_b

Długo słucham Puszczyka, który tak niespodzianie ubogacił mi czas czuwania. Drugie, coś mu odpowiada kwicząco. Pewnie samiczka. Ten okres w marcu, to właśnie pora, kiedy sowy zaczynają zachowania godowe. W całej Polsce lokalnie organizowane są ‘’noce sów’’, gdzie grupy  ich miłośników  również wysiadują w ciemnościach, zachwycając się nawoływaniami ptasich drapieżców cienia. Warto wybrać się spokojną księżycową porą. Ja upatrzyłem sobie kilka miejsc z grupami starych dziuplastych wierzb i innych starodrzewi, mam zamiar usłyszeć jeszcze pójdźkę i uszatkę. Kaczki znowu rozkręcają swoje narzekania kaskadą, a ja słyszę jak coś pospiesznie zbliża się w mroku.

– Plum, plum, plum, plusk!

Powtarza z impetem. Jeszcze jeden chrzęst i wybiega wielka locha. Darń ocukrzona dywanikiem delikatnego przymrozku. Te pluski to również echo dzików, kiedy w pędzie skakały przez rozlany po brzegi rów. Za nią sznurem pomyka korowód kilku maluchów. To już druga tej nocy. Biegną wytrwale przez przestrzeń, kierując na rozległe kukurydziane ściernisko. A ja tonę w powodzi zachwytu. Nie mogę się nadziwić – jakie one są odporne. Taki ziąb, a maluchy skaczą wytrwale za matką w głęboką lodowatą wodę, i to nie raz podczas jednej żerowej nocy. Od małego pełen hart.

Zimno. Przyjaciel i towarzysz każdego wędrowca – czatownika. Możesz być pewien, że się zjawi, prędzej czy później. Niesie zawsze jedną wiadomość. Pyta. Sprawdza. Zmierzymy się? Jak długo wytrwasz, wygnańcu? ‘’Nie dzisiaj mój drogi…’’ Nakładam awaryjny polar i puchate spodnie. Teraz, choć przypominam grubego bałwana, odzież mam wyciszoną z większości szelestów. A to ważne… Przekonałem się nie raz, że nawet sarna z kilku kroków potrafi usłyszeć jak trzaska / chrupie Ci kość w ciele. Swoje tu wysiedziałem. I tyle wrażeń, wystarczy. Czas się przejść po skrajach pól, gdzie mogę mieć daleki widok i w porę wypatrzyć zwierzęcych biesiadników. Jeszcze łyki gorącej herbaty i mała kanapka. Ruszam w krainę srebrnego blasku i mrozu.

Pod topolową aleją przystaję znów na moment. Tu na polu rzepaku horyzont jest doskonały, nawet bez księżyca widać zawsze sylwetki zwierząt. Każde które, wyłoni się z tajemnicy bagien i przejdzie przez las, wychodzi właśnie tutaj. Rozpoznaję grupę kilku saren w oddali. Pasą się spokojnie. Już mi ciepło. Postoję, posiedzę, popatrzę. Jęczy i nawołuje pójdzka – zastąpiła puszczyka. Jakże odmienny zew. Wracać się nie chce. Tyle wspomnień… Dokładnie tutaj stałem we wrześniu, słuchają ryczącego w kukurydzy byka. A ubywający, stary, złocisty księżyc zachodził za drzewami. Popijam znów herbatę obsługując termos wcale bez ciszy, kiedy coś zasuwa powoli w moim kierunku. Hop – człap. Myk. Jest! Rozpoznaję królika. Ale czemu do mnie idzie, skoro musiał mnie słyszeć? Choć umysł się dziwi, serce swoje wie. Kiedy kochasz naturę, ona po prostu obdarowuje, coraz piękniejszymi i bogatszymi chwilami. Krzepię wyziębione gardło herbatą, a on siada na chwilę tuż obok. Podziwiam odcinające się uszy. Jak wtedy, ten lis przy jesionie – pamiętam. Jedność. W takich chwilach cieszę się i wzruszam najbardziej. Można tu być, nie przeszkadzając. Ani trochę się nie wystraszył. Pozdrawiam go w duszy z podziękowaniem, a on człapie dalej w pole. Dziś dla niego człowiek przyniósł ciekawość i bezpieczeństwo. I chciałbym aby było tak zawsze…

5R984-1986

Samotny warchlak. Drugi wieczór wędrowny.

Dzisiaj przybywam o godzinę wcześniej, nauczony wczorajszą lekcją. Chcę zająć miejsce, zanim ruszą się zwierzęta. Ze skraju lasu podnosi się królik, i oddala kilka skoków. Pod drzewem staje słupka i bada mnie ciekawsko. Dalej nie ucieka. To na pewno ten sam z wczoraj. Witaj króliczy bracie! Jego zachowanie po prostu mnie wzrusza. Ja również przystaję z rowerem, bo mam wrażenie deja vu. Znów na dróżce daleko stoi sarna. Głowa tak samo opuszczona. I to wyczuwalne zamyślenie, zawieszenie. Może chora lub stara? Nie dowiem się. Czekam aż przejdzie. Królik siedzi. Chcę lepiej dziś schować rower, bo jednak ostatnio widziałem, że ktoś przy nim się zatrzymał i próbował majstrować. I gdy zbliżam się do starego snopka słomy porzuconego przy rowie, w słuch uderza niespodziane Chrummm! Ale jakże inne. Z balotu wyskakuje rudo – brązowy warchlak i kwicząc przerażony kusztyka do lasu. Jeżu! Sierść ma zmierzwioną, potarganą. Niewielki. Odbieram obrazy w spowolnionym tempie. Burza myśli, bo przecież skoro jeden, to inne, a skoro więcej, to locha… Nic jednak nie wybiega. Pusto. Jeszcze błysk myśli, czy go nie łapać, ale za późno. Znika. Tak nietypowa sytuacja. Biedak zagrzebał się w słomie, aby ogrzać. Maleńkie, samotne, przerażone dziecko. Tak mi go szkoda – że przeze mnie musiał stąd iść. Dlaczego tak, bez matki? Jedno wytłumaczenie trafia najbardziej – pokłosie chorych polowań na wszystkie dziki, i oskarżanie tych zwierząt o roznoszenie ASF. Bezsilny taki czuję się w tamtym momencie. Ile zła robi im człowiek, w myśl urojonych interesów, a ze szkodą dla całej planety i wszystkich jej mieszkańców, łącznie z nami. Krótkowzroczność.

Pozostaję jednak w cichej nadziei, że adoptują go inne dziki, i ośmieli się wyjść kiedy je usłyszy. Wczoraj przecież przebiegły tutaj dwie lochy. Wygnany na pewno nie został. Choć wyjątkowo zdarzyć się może, że matka zje lub zabije bardzo upośledzone prosię zaraz po porodzie, u nich panuje miłość i wzajemna pomoc. Rodzina – tak ważne sedno w życiu dzika. Grupa, siłą i podstawą przetrwania. Można od dzików tego się uczyć. Jedynie stare odyńce, lubią wędrować samotnie. Może i na starość dziwaczeją, że nie sposób im w zgodzie żyć z watahą? Kiedy idę ścieżką przez łąkę, dostrzegam zerkający spomiędzy trzcin łeb lisi. On już usłyszał apetyczne larum. Być może nawet tropił kąsek, zanim się zjawiłem. Kita miga mi na pożegnanie, gdy drapieżnik znika w gąszczu. Jakoś z ulgą odbieram ten widok.

Dobrze, że jestem wcześniej. Dzięki temu słyszę, jak ogromne osadziło się tu bogactwo ptasie. Kos, paszkot, kwiczoł, strzyżyk, potrzeszcz, rudzik, trznadle, dzięcioły, mazurki, pełzacz, sikora czarnogłówka, bogatki, szpaki, bażant, kruki, szczygły, dzwońce, zięba, kowalik… A do tego gros ptactwa wodno – bagiennego. Siedzę już w czatowni, zasłuchując się w nawoływaniach, pieśniach i całym tym gwarze pracowitego dnia. Sążnisty szelest wyrywa mnie na moment z ptasiej opery i z niejakim zdumieniem obserwuję dwa średnie dziki buszujące na styku szuwarów i łąki. Jest jeszcze całkiem widno. Co za gratka! To miejsce jest rzeczywiście cudowne. Dziki okazują się być przelatkami, taką to jeszcze podrastającą młodzieżą, przed którą otworem stoi poznanie świata i bogactwo życia. O ile przetrwają. Tak się cieszę, że potrafią istnieć i ukryć się w niedostępnych ludzkiej stopie ostojach. Błota, moczary, bagniska, torfiska… Szukaj igły w stogu siana.

Noc. Dziś jakże inna. Niebo oblekło się kołdrą gęstych chmur, a księżyc czasem ledwo wyjrzy. Mimo to widzę klarownie. Z jednej strony to dobrze – pełnia to także czas opętanych polowań ludzkich, a w mroku zwierzaki nie są tak widoczne. Puszczyk odezwał się tylko parę razy. Zauważyłem, że właśnie w te najpiękniejsze dla człowieka, jasne, księżycowe noce, i one nawołują więcej. Kwiki i chrumkot dzików mieszają się nieprzerwanie z kaczą paniką, aż dziwi się wędrowiec, że to wszystko jest tam tak liczne, prawdziwe, krząta się i żyje. Chmury, widać, że jednak się nie rozproszą. Po wczorajszych doznaniach, czuję się nasycony.
Kiedy cicho stawiam kroki na polnej dróżce w powrocie z rowerem, obok mnie, raptem parę kroków w prawo, równo i w tym samym tempie kica znany już królik. Zatrzymuję się i przepuszczam go drogą, gdy widzę, że odbija na ukos w kierunku lasu. Przechodzi tuż przed oponą, jakbym dla niego nie istniał. Przystaje obok starego pieńka brzozy. Patrzymy w ciszy – na siebie. On wie. Wie ‘’mnie’’. Bo tak się w tym momencie czuję. Jakbym nie był dla niego żadną tajemnicą, strachem, a otwartą kartą istnienia. W duszy darzę go podziękowaniem, a szczęście tętni radosnym oddechem. Może to ten sam od niejakiej Alicji – myślę ze śmiechem. W mojej leśnej krainie czarów.

54514206_2165514530199485_6966236319009734656_n

Leśny Sylwester z Szeptami Kniei

Czasem czujesz, że to co robią wszyscy nie odpowiada do końca Tobie samemu. Wśród huku, hałasu, okrzyków, rozmów o niczym, i przy całym szaleństwie ‘’bo tak trzeba’’ – Ciebie ciągnie zupełnie gdzie indziej. Może ku większemu szaleństwu jeszcze? A może – do jedynej takiej podróży, która bywa udziałem nielicznych podczas przygody zwanej umownie życiem. Dwójka śmiałych wędrowców, postanowiła spędzić ten dzień inaczej. W chłodzie i ciszy czeremchowego lasu, na dębowym szlaku, wśród pól i bagien, i przelotnych olszynek rozsianych tu i ówdzie. Na własne oczy i uszy, mieli okazję się przekonać jak ludzkie święto przeżywają w trwodze dzikie zwierzęta. Nie zabrakło i chwil pięknych, wzniosłych, wzruszających, i co najważniejsze – na zawsze odciskających piętno gdzieś w zakamarkach ducha…

49117467_2282502978700690_3943349915593211904_n

Pierwsze wyjście robimy jeszcze za dnia. Podążamy trasą nieczynnej już linii kolejowej, dawniej łączącej Poznań z Międzychodem. Mimo upływu czasu, szlak nadal zachowuje swój urok, a miejscami nabiera go jeszcze więcej. Tam gdzie, nieokiełznane kępy ciemnych tarnin, zagarniają pod chaotyczne panowanie coraz to nowe połacie dostępnej przestrzeni. Pełnia kryjówki do noclegu, miejsca gniazd dla wielu ptasząt. Wiosną zaś doskonałe miejsce owadzich łowów dla pokrzewek i muchołówek. Dzikie róże zaczepiają kolcami, jakby chciały zwrócić Ci uwagę, byś przystanął i po prostu dostrzegł co wokół. Towarzyszą nam sikory bogatki i kosy, przelatujące coraz dalej i dalej, wraz z naszym przesuwaniem się. W krzakach przyczaiła się sroczka.Wygląda nieco smętnie. Taka zastraszona jakby. Pewnie pierwszy sylwester w życiu tego ptaka. Oswaja się z odgłosami eksplozji. Normalnie sroki nie dopuszczają do siebie tak blisko… Mijamy ją. Danuta przyjechała aż z Warszawy, aby tej wyjątkowej nocy, podziwiać uroki wielkopolskich pól. Poznajemy się w rozmowie, choć od początku panuje swoboda. Opowiadam o miejscach które mijamy…A pamiętam czasy, gdy na słonecznych nasypach wygrzewały się tutaj śpiące sarny, i można je było podejść , balansując cicho po szynach. Latem oczy zachwycają wcale nie tak pospolite, wyjątkowe motyle – kraśniki sześcioplamki. Rosną tu też dzikie poziomki. Nie brak i widoków przykrych. Tu oto szara plama w ziemi, pozostałość po niewielkim śródpolnym zadrzewieniu, opanowanym przez ogromne dziuplaste wierzby. Miejsce lęgowe słowików, kryjówka dla zbłąkanych saren, jeśli zdarzyło im się tu zapędzić. Hamulec dla wiatru, w dole gromadziła się woda. Mała ostoja bioróżnorodności. I jeszcze można by pojąć to spustoszenie, gdyby potrzebą ludzką w czyjejś biedzie, było się ogrzać. Tak się jednak nie stało. Pocięte na kloce drzewo, spalono na miejscu, męcząc się z tym przez parę dni. Do dziś pozostały ogromne kupy popiołu. Wierzbowe pniaki mimo to, wypuściły długie, sterczące pędy. Drzewo Czarownic nie poddaje się tak łatwo. Wierzby to tacy życiowi twardziele, o miękkim drewnie. I po co, dlaczego? … Tym razem odpowiedz nie kołacze gdzieś wśród drzew…

49717409_2179704755583032_5299077873246666752_n

Kiedy wynurzamy się z nasypów, dostrzegamy umykające polem sarny. O dziwo, w oddali po drugiej stronie stoi kolejna grupka płowych zwierzaków. Te są dużo spokojniejsze. Pochylają się na oziminie, co chwilę nasłuchując czujnie i obserwując ludzkich podróżników z psami, poruszających się na oddalonej drodze. My zmierzamy prosto nad bagno, do dziczego królestwa szelestów i szuwarów. Tu jest co zobaczyć. Błotniste ścieżki, babrzyska, buchtowiska, a nawet dawne barłogi. Zimujące łabędzie i gęsi. Udaje się zdążyć jeszcze przed zmrokiem. Wita nas martwa cisza – mimo, że ostoja normalnie tętni odgłosami ptasich mieszkańców, o każdej porze roku. Dziki i sarny, zawsze można napotkać, jeśli wiesz o jakich porach się pojawić. Nagle dostrzegam czarny zarys jakiegoś zwierzęcia, które wynurza się z trzcin na ścieżkę. Są dwa. Jednak dziki? Trwamy w szepczącym oczekiwaniu. Ja się cieszę – bo w życiu nie spodziewałbym się dzika w taki dzień tutaj. Czar pryska… kiedy zwierz ustawia się bokiem. Rozpoznajemy dwa psy. Co tu robią? Ruszam w ich kierunku. Jeden szczeka z przestrachem. Oddalają się. W ruchach znać niepewność. Tak…to pierwsze ofiary petardowego szaleństwa. Część psów w przerażeniu ucieka z posesji albo wyrywa się na spacerach, i tak trafiają w dzicz. Niektórym udaje się samodzielnie wrócić. Inne nie odnajdują się nigdy. Okazuje się, że dalej jest trzeci pies. Ten jest najostrożniejszy. Trzyma się z dala. Wszystkie wyglądają na rasowe. Zadbane. Zwłaszcza ten najmniejszy, w typie sznaucera, ma na sobie obrożę z medalionem. Podbiega najbliżej. Jednak przy każdej próbie przywabienia słowem, rzucają się do ucieczki w tył. Nie sposób ich zachęcić… Znikają nam z oczu, podążając swoją drogą… Ciekawe, czy właściciele w ogóle spostrzegli zgubę. Zapadamy się w miękkiej, zaoranej ziemi, kiedy dopada nas zmierzch. I pierwsze zdziwienie mojego gościa, że jednak coś widać. Tak… Spoglądając z okien oświetlonego domu, ma się wrażenie, że wszędzie panuje czerń. Jeśli jednak wędruje się razem z zachodem słońca, a wzrok ma szansę stopniowo się przyzwyczajać, okazuje się, że wcale tak straszno nie jest. Ludzkie oko rozróżnia odcienie szarości, czerni, burego, i widać całkiem niezle. Żyjąc wśród cywilizacji, łatwo zapomnieć o umiejętnościach jakimi obdarzyła nas natura. Kontakt z nią pozwala sobie przypomnieć… Wreszcie wydostajemy się na piaszczystą polną drogę, obsiadłą przez wielkie Topole, porośnięte jemiołami. Tędy odprowadzam mojego gościa do kwatery, po tym krótkim, rozpoznawczym wypadzie. Umawiamy się na później, aby ruszyć na ‘’prawdziwy las’’ i pozostać tam już przez noc sylwestrową. 2-3 godziny oddechu, odpoczynku, po rozmowach i wrażeniach. Akurat żebym przygotował rowery i jakiś podstawowy ekwipunek.

21:30

Wreszcie spotykamy się ponownie. Rowery potrzebne są tylko na chwilę – aby podjechać na pola, skąd będziemy mieć blisko do lasów. Dla roweru to niecałe 10 minut, dla pieszego, dużo więcej. A chcemy mieć trochę czasu, zanim rozpocznie się kanonada. Gdy mijamy ostatnie osiedle, pola witają się szarą pustką i ciszą. Rowery zostają. Droga nie nadaje się do jazdy, ani wędrówki pieszej. Potęga pierwotnego błota strzeże swojego szlaku. Za to polem idzie się zupełnie wygodnie. Pod butami szeleści wyrośnięta ozimina. Odlegle zawodzi z jękiem jakiś zwierz. Nie mam pojęcia co to… Zagadka nierozwikłana od lat. Ale tego odgłosu nie ma w żadnych nagraniach znanych gatunków, z jakimi się zapoznałem. Podejrzewam młodego kozła sarny – taki który jeszcze nie potrafi ‘’chrypić’’, ale nie jest już malutki. Albo jakiś ptak… Po drodze kombinujemy z ubraniami. Wziąłem w plecak dodatkowe. Realia jesienno – zimowych wędrówek pozostają niezmienne – albo ubierzesz się tak, że zanim dotrzesz do celu totalnie się spocisz, albo przemarzniesz dość szybko. Sztuką jest tak dobrać ubiór do potrzeb swego ciała, aby wiedzieć co sprawdzi się na marsz, a co na dłuższe siedzenie w miejscu lub rower. Ja już mam to ‘’obcykane’’, ale i tym razem przesadziłem zakładając polar na kurtkę. Nie należy dopuszczać do spocenia się. A każdy ma inny organizm i wewnętrzną ‘’termikę’’. Mógłbym ubrać kogoś w to samo co siebie, i byłoby mu za ciepło lub za zimno, podczas gdy ja czułbym się dobrze. Inaczej jeszcze odbiera się chłód podczas marszu polem, a jeszcze inaczej w samym lesie. Dlatego zawsze staram się poinformować moich gości o takich możliwych niespodziankach. Przed nami majaczy się czarna ściana lasu. Widać ją doskonale już z daleka, mimo pełnej nocy. Olszynka którą mijamy po prawej, również tkwi cicho. Tak jak się spodziewałem, ani śladu zwierząt. A przecież właśnie tutaj obserwowałem dokazujące jelenie i lisa. Roiło się od śladów. Ma się wrażenie, że całe istnienie pierzchło jak najdalej, tam gdzie już nikt nigdy nikogo nie przestraszy… A do mnie dociera, jakże nudny i ubogi byłby ten świat, bez tego zwierzęcego bogactwa przemierzającego w mroku swoje zakątki. Dziś napotykamy tylko dziury, wyryte dziczym ryjem. Można się niezle o nie potknąć, zwłaszcza, że nie tak łatwo je widać. Docieramy do burej ściany mrocznego boru. Tu tkwimy długo w ciszy, nasłuchując co się dzieje. Zanim wejdę do lasu, zawsze tak robię. Sprawdzam, czy kręcą się jakieś zwierzęta. Jeśli są, nie wstępuję w las. Droga upstrzona łatkami świecących kałuż. Biało – blade lustra, wyróżniają się dla wzroku mimo ciemności. Od razu wyłapujemy co się tu dzieje….

49205932_269819023684286_4581656796799696896_n

Panika. Zewsząd dobiegają alarmujące, przeraźliwe głosy żurawi. Mimo, że do godziny zero zostało jeszcze sporo, wybuchy wstrząsają co kilka minut. Żurawie krążą nad lasem po ciemku – są zbyt przerażone by wylądować. Powinny teraz w spokoju spać nad bagnem. Wtórują im gęsi, też kręcące się w powietrzu. Ptaki latają bezładnie, chaotycznie, ich odgłosy zbliżają się i oddalają. Wiem, że dla gęsi to dużo większy stres, ponieważ zostały przez człowieka mianowane ‘’gatunkiem łownym’’. Im palba i huki kojarzy się z tym co najgorsze. Mam wrażenie, że będą tak krążyć do wyczerpania… Ale to nie jedyny ptasi horror. Bo z perspektywy lecącego ptaka wygląda to dużo gorzej. Oprócz słyszalnego huku, widzi kolorowe rozbłyski na horyzoncie, gdziekolwiek się dziobem nie zwróci. Chciałby uciekać – nie ma dokąd. Wszędzie błyski, odbijane dodatkowo przez chmury. A przecież nie wiedzą, że to tylko człowiek, tak to radośnie ‘’wita nowy rok’’. Ptactwo krąży więc nad obszarem, gdzie jest względnie ciemno, zderzając się w chaosie i nawołując rozpaczliwie. Wiele z nich nie przetrwa tej nocy. Ale nie tylko gęsi i żurawie – z lasu dobiegają nas piski i ćwierknięcia mniejszych ptaków, będące trwożliwą odpowiedzią na kanonadę. I nie sposób odróżnić gatunku. Jak długo obserwuję i słucham ptactwa, tak tu się gubię. Muszą wydawać takie odgłosy tylko w największym przerażeniu… Drzewa wibrują coś potężnie. Ale to nie gniew. Danuta mówi, że starają się uspokoić przestraszone ptaszęta. Jak tylko mogą, otulają spokojem, starając się ukoić swoich ulubionych ptasich mieszkańców.

49203579_2045869062196615_3535009585007951872_n

Przepraszamy w myślach, za ten chaos spowodowany bezmyślnością człowieka. Gościnne drzewa dębowego szlaku wiedzą. Że jesteśmy inni. Sosny – Strażniczki kołyszą coraz mocniej szczotkami iglastych gałęzi, kiedy zbliżamy się powoli do wrót lasu. Zapraszają do wejścia. Witają się. Danutę woła jeden z jesionów, rosnący na samym skraju. Dotykamy go dłońmi. Jest taki cieplutki, mimo wszechobecnego chłodu. Nigdy z nim nie rozmawiałem. Ale dla mnie takie ciepło drzewa, oznacza, ze jest aktywny i przyjazny. Tak jak Krzesimir. Do niego pójdziemy potem.Tulimy się do Kosmicznego Podróżnika, a ja opowiadam o tym co mi jesiony objawiły, ze swej podróży przez Wszechświat. Kolejny jesion kawałek dalej, jest już chłodny i zimny, wręcz mokry nawet. Co za różnorodność! Las reaguje żywo na nasze wejście. Szum, ze zmienną intensywnością zdaje się być odpowiedzią na nasze ciche rozmowy. Mówię o emocjach drzew i ich uczuciach. Tu Dąb Radomir, ten rozpłatany wichurą i piorunem. Dziś jest dużo spokojniejszy, pogodzony już z losem. Mimo, że zostało mu tylko pół pnia, latem był nawet cały w zieleni. To jest dopiero Moc… Mijamy Akację, pod którą lis mnie podszedł. Wcześniej miejsce bliskiego spotkania z dzikiem. A kawałek dalej, Dąb Gromiec, ze szczeliną wąskiej dziupli. Ten sam, który przywołał mnie do siebie, i pokazał swój sikorzy skarb w postaci piskląt. Tyle wspomnień, opowieści…
Tutaj jest dużo cieplej. Wreszcie jesteśmy na miejscu – bagno w krainie torfowisk i trzcin, dolina odległej bobrowej rzeki. Stąd także docierają do nas odgłosy strachu, pojedynczych gęsi i żurawi, które pozostały w szuwarach nie wzbijając się do lotu. Normalnie można tutaj posłuchać budzących się na żer dzików, obserwować sarny na łące, zaczaić się na borsuka lub lisa. Teraz zapomnij… Mimo to, pozostajemy w ciszy, starając się wyłowić nieśmiałe szelesty. Nie sposób odróżnić czy to wiatr, a może skulone, wbite w gęstwinę zwierzę. Miejsce Mocy działa tak, że czujemy się dobrze. Siedzimy na plecakach. Jest owocowa herbata w termosie i domowe pierniki. Wtedy padają słowa, które zapisały się we mnie z tej wyprawy najbardziej…

– Sebastian, dziękuję Ci, że mogę tu być. To wszystko poznać, doświadczyć. Naprawdę…

Serce się uśmiecha. Bo przecież to dopiero początek… I tak mało widzieliśmy, jeszcze mniej słyszeliśmy. Ale i tak wystarcza, aby zachwycić inną Duszę. Wtedy jeszcze bardziej wiem, że to co robię jest tak ważne, potrzebne i z wszelkim sensem. Narastający hałas kanonady informuje nas o zbliżającej się godzinie zero. Stąd widok jest doskonały – wszędzie wokół ciemność, z panoramą na jedną wioskę. Stamtąd wzlatują w niebo kolorowe race. Obserwujemy z mieszanymi uczuciami, mając świadomość jaki jest tego efekt. Podnoszę ręcę w górę. Bo tak się cieszę za ten rok! Wszystko o czym marzyłem, czego pragnąłem, spełniło się i trwa. Czy to drogą lekkiego wewnętrznego uporu, pewnej determinacji, działania, odwagi, zaufania? Ja mam wrażenie, że stało się lekko i bez wielkiego wysiłku. Znów płyną słowa…

– Dziękujemy Ci Stwórco Najwyższy, za ten dobry rok, za wszystkie radosne chwile, za obfite dary, podróże, ludzi, lekcje, nauki, wiedzę, doświadczenia…W świadomości, że wszystko przyczyniło się do naszego wzrostu i coraz lepszego poznania samych siebie. Dziękujemy za rozwój, jaki dzięki temu wszystkiemu stał się naszym udziałem i Twoją codzienną opiekę…

Więcej nic nie mówię, a w sercu płyną osobne podziękowania dla wszystkich cudownych ludzi poznanych przez ten czas, z uhonorowaniem wartości i wiedzy jakie wnieśli. Dziękuję ciału które mi służyło, niosło, i Duszy, która prowadzi. Ale! Tu obracam się do lasu i kłaniam głęboko. Drzewa Mocy i całe leśne wsparcie. Moje ukochane zwierzęta i wszelkie nasze przygody. Za to bogactwo i mój duchowy pokarm dziękuję szczególnie.

Kiedy po 15 minutach salwy cichną, z wtórem alarmu dalekich syren, ruszamy w drogę powrotną. Chcemy jeszcze odwiedzić Krzesimira. Nauczony przezornością, pytam Dębu w myślach, czy możemy dziś tam podejść. Od dawna wie, że już tu jesteśmy. Duże TAK! Domyślam się dlaczego. Dziś staruszek jest sam. Nie ma jego zwierzęcych przyjaciół, którzy normalnie plączą się tam i ‘’medytują’’ nie gorzej niż ja. Śmiało możemy iść. Na piaszczystej dróżce, przez całą trasę napotykamy tylko dwa świeże tropy. Bardzo malutko. Gdy stajemy przed nim z pokłonem, odbieram wielką radość starego drzewa. Witaj Kochany! Tulimy się, a ja od razu odczuwam znajome ‘’prądy’’ – mrowienie w łapkach. Nasze energetyczne powitanie. I z każdym drzewem może być ono inne. Czasem będzie to uczucie miłości w piersiach, radości w sercu, albo kołysanie. Wszystko zależy od energii drzewa, naszej relacji z nim, jego osobistego nastroju i również naszej własnej formy. Dąb jest dziś wyjątkowo szczodry w darach. Widzę po Danucie, że równie jej błogo jak mnie. Nie rozmawiamy dużo z drzewem, choć czuję, że nazbierało się osobistych dla obojga tematów. Ale to nie na teraz. Jest mocno ożywiony. Kiedy szliśmy polem, szalał wiatr, a gdy połączyliśmy się Drzewem, nastała nagle długa cisza. Ani podmuchu. Dąb też chyba wie, co ma dokładnie robić, a ja, jak się temu poddać. Cieszy się z nami, z tego co się zadziało, naszego wyboru i pewnie tego co w obojgu wyczuwa. Dla niego to znak czasów. Doczekał się. Doczekaliśmy my wszyscy. Wzajemnego porozumienia i wspólnej zmiany świadomości. Wiem i wierzę, że gdy mnie już nie będzie, inni będą kontynuować drzewne przyjaznie szerzej. To niesamowite, ile one nam ofiarują. Poza tym czego sami nie potrafimy na wielką skalę stworzyć, tlenem i czystym powietrzem, płynie również uzdrowienie ciał i dusz. Dzieje się oczyszczenie aury i niekorzystnych energetycznych zawiesin. Objawiają się osobiste wieści, a drzewa są na tym etapie pomostem, umożliwiającym dostęp do wiedzy i wymiarów, z których pradawni szamani korzystali bez wysiłku. I tacy mędrcy jak Krzesimir, doskonale wiedzą jak nam pomagać. Czasem mam wrażenie, że jest swoistym ‘’rentgenem’’ widzącym moje ciało i ducha jak na dłoni. Pamiętam jak razu pewnego, przybyłem na jego wezwanie z gorączką 38. Jechałem parę kilometrów na mrozie, potem 40 minut czekania, aby ustąpić miejsca ‘’medytującym’’ pod nim sarnom, ale ostatecznie…Po ponad godzinie spędzonej u pnia przyjaciela, wróciłem do domu zdrów. Wszelkie objawy grypopodobne ustąpiły. Danuta nie chce mi od dębu się odkleić ani ruszyć. Mówi, że w życiu czegoś takiego nie przeżyła. Otulił nas leśną cudownością. Podzielił się szczodrze. Ja w tym momencie wiem, że to co przeżywa teraz mój gość, to dopiero początek drzewnej przygody. Nastąpiło pewne otwarcie. A on ofiarował swą energetyczną ‘’pieczęć’’ – swoistą ‘’przepustkę’’ do magicznego świata drzew. Siadamy jeszcze na chwilę pod nim, bo i taką prośbę odbieram. Horyzont odcina się szarą linią, a ja wspominam nasze wspólne obserwacje zwierząt, jakie były udziałem godzin czuwania u dębowego pnia.

644c88907a39decde36d44d27a6468ea

Zimno podnosi nas do powrotu. Żegnam się z dębem czule i wylewnie, obiecując niebawem wrócić na dłużej samemu. Dziękuję szczerze za szczodrość i obfitość z jaką nas powitał. Tulę i całuję korę. Gdy tak stoimy przed nim w pożegnalnym pokłonie, Danuta nagle wzdryga, dotykając się za głowę. Poczuła tam dotyk.

‘’Co to było’’ ? – pada pytanie.

Ja odbieram błogi ciepły dotyk rozchodzący się linią na sercu i miękkie energetyczne, stłumione ‘’puhhhhhhh!’’ , rozchodzące się w puls biało – szarej fali wokół pnia. Już dobrze to znam.

– Jego pożegnanie, – odpowiadam z uśmiechem. Wiem, że to była bardzo udana wizyta. A Krzesimir zaskoczył nieco swoją otwartością i bogactwem, po okresie pewnego ‘’zastoju’’.

Maszerujemy przez wieś, gdzie zdumiony znów jestem ciszą. Normalnie biega tu mnóstwo piesków, obszczekujących przechodnych o każdej porze. Teraz ani jednego. Sylwester… Pewnie nadal tkwią skulone w budach, albo pouciekały. Czasem się tak zastanawiam nad istotą zjawiska. Może im głośniej, huczniej, tym dalej od siebie? A pod przykrywką gromkiej zabawy kryje się po prostu tłumienie i wyparcie, tego co dla świadomości niewygodne. Nie mnie oceniać. Wokół unosi się swąd prochu, odczuwalny był nawet w lesie. Znowu wkraczamy do świata szarych pól, bezkresnych i pustych dzisiaj jak nigdy. Zrywa się wiatr i siąpi mżawka, zacina w twarz. Ale przyjemnie i miękko. Zwierciadła kałuż polśniewają jak ozdobne cekiny najpiękniejszej biżuterii. Kiedy obracam się w stronę lasu, tym razem go nie widać. Horyzont spowił się czarnym mrokiem. Jak to możliwe? Przecież startując z tego samego miejsca, jawił się przed nami wyraznie. A może tam pozostał nasz mrok własny… Danuta mówi, że przekroczyła wiele swoich granic i osobistej strefy komfortu. Że sama, nigdy by się nie odważyła. Oboje wiemy, że zdarzyło się coś wyjątkowego. Choć jeszcze nie potrafimy ubrać w słowa. Dlatego milczymy.

Drugi dzień wędrowny.

Żywioły rozpętały się do noworocznego tańca. Mam wrażenie, że próbują spłukać wszystko to, co człowiek wczoraj zbrukał, a szumem furii drzew, tą kojącą muzyką uspokoić ptasich i zwierzęcych mieszkańców. Chmury pędzą w amoku po niebie, chłosta zimy wiatr, a co kilka minut ziemię omywają potoki strug lodowatego deszczu, który zdaje się być razem z wichurą jednym biczem bożym. Chwilami pokazuje się słońce, po to tylko, by za moment schować się za groznym granatem pędzących cumulusów. Tego dnia pozostajemy w kwaterze.

Oficjalnie, tradycja leśnego, szeptowego sylwestra została zapoczątkowana  Dziękuje mojemu gościowi, za świadome, ubogacające towarzystwo  A jeśli i Ty masz ochotę na podobną przygodę, pisz, pytaj śmiało o każdej porze dnia i roku. Księżycowe Wędrówki to projekt, który powstał z myślą o Tobie, nieśmiały wędrowcze. Z nowym rokiem zapraszam tych, którzy odważą się odkrywać magiczne życie lasu, pól i łąk, z procesem osobistej transformacji, który i tak zawsze się zadziewa. Ale nie tylko podczas pełni. Aktualne każdego dnia i nocy, do dogadania się. Jestem i wędruję dla Ciebie, aby z radością podzielić się przyrodniczym bogactwem i tajemnym światem natury, aby to co przeżywam i opisuję mogło również stać się Twoją osobistą przygodą i udziałem Duszy  Wolne terminy są cały czas. Zapraszam do wspólnego odkrywania przyrody i siebie w jej doświadczeniu  🌳🐗  Z radością zawiadamiam też, że można już śmiało korzystać z oferty gospodarstwa gościnnego w Rokietnicy, jeśli ktoś przybywał będzie do mnie z daleka 🙂 Pokoiki są schludne i zadbane, w rozsądnej cenie. Stąd mamy blisko na bagna, pola i w lasy. Ale najważniejsze, że gospodarze są uczynni, uprzejmi i wyrozumiali z zainteresowaniem dopytujący choćby o preferencje żywieniowe gościa, zatem dla wegan to również przyjazne środowisko 🙂 Zawsze jest alternatywa regionalnej kuchni wielkopolskiej (pyry z gzikiem 😛 ) czy jakie tam mamy rarytasy 😀 Chodzi o to, żebyście się już naprawdę nie martwili o nocleg. Kwatera znajduje się 300-400m od mego miejsca zamieszkania, wiec równie szybciutko przybywam, witam i zapoznaję się. Link do kwatery podaję poniżej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

36937371_621880931513393_4205162368814022656_n

Deszczowy księżyc i sarni rytuał Leśnej Mocy

Kiedy po północy wychodzę z domu, księżyc spowija podwójny pierścień białej otoczki. Oznacza to, że pogoda na sto procent się skisi. To bardziej niż pewne. Nie sposób jednak zgadnąć ile mam czasu, może pięć godzin, a może dwie. Lub dużo krócej. Z takim zwiastunem na dobry wieczór, nie wybieram się na odległą łąkę, zamiast tego kieruję do dębowego przyjaciela. W środku nocy ma padać, a chcę mieć w miarę bliższy powrót w razie mocnego deszczu. Dawno już jednak minęły czasy żebym złościł się na aurę. Zjednoczony z potrzebami swych drzew, cieszę się, że będą mogły nasycić się wodą przed zimą. Zarówno wichura czy chmury nocą, choć nie są tak przyjemne jak czas jasnego księżyca, dają możliwość obserwacji zwierząt w innych warunkach. A one potrafią zachowywać się zależnie od pogody. Zasada jest taka – im ‘’paskudniej’’ tym mniej są płochliwe i ostrożne. Chyba, że następują jakieś pogodowe ekstrema, wtedy też kryją swoje futra w osłonach gęstwin. Po drodze napotykam maszerujące stadko saren. Już łączą się w pierwsze zimowe grupy. Zasiadam w czatowni nieopodal Krzesimira. Jakieś plany na tą wyprawę mam, nawet całonocne, zależnie od wybryków pogody. Dęby szeleszczą dziś cichutko. W czasie niedawnych wichur wytraciły już chyba wszystkie żołędzie. Nic nie stuka. Pole lśni srebrnym blaskiem. Widoczność jest doskonała, ale nie długo. Cienie drzew tkwią nieruchomo, osłaniając skraj lasu z polem, na styku świata ludzko – zwierzęcego. Jak przewidziałem, nawarstwiają się chmury. Na szczęście, mimo przykrycia księżyca, widoczność nadal jest ‘’biała’’ i przyzwoita. Wzrok mam już tak przyzwyczajony, że w takie dni nie używam diód. Długo nic nie nadchodzi… Decyduję się przemieścić pod Dąb. Może ma jakieś wieści? Na pewno już wie, że tu jestem. Wyczuwam jego wołanie. Nietaktem byłoby teraz staruszka nie odwiedzić.

15483449902_1a32061d33_b

Ziemia jest lekko rozmiękła, zapada się nieco, ale nie na tyle by w niej utonąć. Bardziej po wierzchu. Na ukos biegną ścieżki rozmaitych i bardzo świeżych tropów, których nie chce mi się sprawdzać. Przed wzrokiem w cieniu rysuje się ogrom Dębowego Druida. Uwielbiam mu robić takie niespodzianki, kiedy pojawiam się w środku nocy, o najmniej przewidzianym czasie. Staję kilka metrów w oddali, bacząc jego reakcję.

– Dobry wieczór Kochany Przyjacielu! Przyszedłem do Ciebie. Jestem tu 

Mówię mu na głos. Od pewnego doświadczenia, zawsze na głos. Wiem, że wyczuwają wibrację dzwięku. Moje wnętrze już kipi radością, której nie jestem w stanie powściągnąć. Już się wzruszam. Nie widzieliśmy się ponad tydzień. Górne gałęzie zaczynają lekko wirować, jęgo dębowy brat obok, ten bardziej żywiołowy rozszumiał się potężnie. Słychać znajomy pomruk. Podbiegam i witam się z całą wylewnością na jaką mnie stać. Co u Ciebie Krzesimir ???

Siadam pod nim wygodnie. Z tej strony porośnięty jest mchem, jakby stworzył to miejsce do przyjemnego wypoczynku. Dużo ma jeszcze liści. Spoglądam w górę i dostrzegam jak uderza z niego biała fala nietypowej energii. Co to? Efekt wygląda jakby migał stroboskop. Raz, drugi, trzeci. Jeszcze nie wiem dokładnie czym to jest, ale pewnie przyjdzie dzień, że się wyjaśni. Teraz to nie istotne. Chmury rozgościły się na dobre, mimo to widoczność jest przyzwoita. Zamykam oczy. Od jakiegoś czasu mało już opowiadam ze szczegółami, zamiast tego proszę, ‘’zajrzyj co u mnie’’. To wystarcza. Znów kieruje mnie do brzóz. Ale ja dziś nie chcę. No tak go pokochałem, że zawsze będzie miał pierwszeństwo. Wspominam wszystkie momenty, kiedy sprawiał mi niespodzianki bliskim pojawianiem się zwierząt. Jakby specjalnie je tu przyciągał, wiedząc jaką radość mi ofiaruje. Po zamknięciu powiek widzą na środku wirującą żółtą kulkę. W niej jakieś wzory. Za chwilę układają się w znany, przepleciony Kwiat Życia. Całość tętni, kręci się, wibruje. Cudne. Widywałem już coś takiego w medytacji, tylko że fioletowe. Znaczy, że coś nam się tu dzieje. Nie drążę. Cały czas czuć mocny zapach truskawki tutaj, albo jakichś owoców. Zalatuje co chwilę. Spływa jakby z góry… Nagle słyszę pierwsze dziś słowa Dębu:

– Otwórz oczy i spójrz w prawo…

Co czynię. Obracam powoli głowę jak najciszej i….? Nie ma nic? Co mi tu gadasz?
Zaraz… Po prawej, choć bardziej na wprost wyłapuję ruch. Coś idzie. Szybko. Sarna! Ale nie jedna. Ta pierwsza zbliża się wprost na drzewo. Przystaje nieopodal. Jej czarna sylwetka odcina się pięknie na tle chmurzastego nieba. Idą ‘’wierzchem’’ pola, a ja siedzę niżej. Dlatego tak dobrze je widzę. Są trzy. Stoją chwilę, wpatrując się w Dąb – a może i we mnie. Chwila iście magiczna, dla mnie osobista bardzo. Zachwyt chwilą i znów sztorm myśli. Jak to możliwe, że na mnie nie reagują? Nie czują? I wiem o czym Krzesimir w ten sposób mi przypomina. Kiedy poznaliśmy się w zeszłym roku, każdego niemal świtu powtarzała się pewna sytuacja. Udając się do niego, spotykałem trzy sarny stojące nieruchomo. Nie jadły, nie bawiły się. Zawsze podczas przemarszu, zatrzymywały pod nim na chwilę. Czekałem aż odejdą, poruszony głębią tajemnicy jaką dane mi było podpatrzeć. Wychodzi na to, że zwierzęta też rozpoznają Drzewa Mocy, znają z nimi, a może i słuchają dla siebie jakichś wieści? Wiele razy potem napotkałem podobne zjawisko, jelenia i dzika przychodzącego do drzewa. Zwierzęta jakby ‘’medytowały’’ tam chwilę. Miałem to opisać, i dąb bardzo na to nalegał swego czasu. Teraz przypomina.

40969392_2152939054958826_6338813096867704620_n

Pierwsza sarna przesuwa się ostrożnie, i otrząsa łepek. Jej miejsce zajmuje druga – również na chwilę. I mimo, że poruszam szyją w sposób słyszalny, nie reagują. Teraz trzecia – tuż na wprost dębu. Tamte czekają obok. Po tym ‘’rytuale’’ jakby nigdy nic wędrują na oziminę.
Ja w ucieszeniu dziękuję drzewu, za ten radosny widok. Wiem, że to jego dar, bo doskonale wie, ile szczęścia sprawia mi taką chwilą. Odbiera co przeżywam. Kiedyś usłyszałem od zdziwionego spacerowicza;
‘’Ale po co pan tu siedzi, tu się nic nie dzieje’’ Taaa…. Ilu już opowieści spisałem właśnie tutaj, nie policzę.

W powietrzu kołaczą odgłosy gęsi. To chyba jedyne ptaki, jakie można usłyszeć o tej porze roku nocą. Latają też w ciemnościach. Nie mija dużo czasu, kiedy znów dostrzegam nadciągający ruch. Oj, to będzie coś większego. Szczudłate nieco nogi. Ależ duże! Rozpoznaję łanię jelenia. Za nią drugie, podobne. Zmierzają równie szybko. W czas chmur, i tak późną porą, czują się widać zupełnie bezpieczne. Nadal siedzę nieruchomo, starając się nawet nie odetchnąć głośniej. Bo przecież jestem tu jedynie gościem. Fakt, że podejmowanym szczodrze i bogato, jednak zaufanie zobowiązuje. Nawet jeśli mnie wyczuwają, i tak nie dają po sobie tego poznać. Teraz, zaskoczenie. Idą równo w ślad saren, i również przystają na moment wprost drzewa. Ten drugi to szpicak, młody byczek jelenia. Widzę jak widełki pierwszego, albo drugiego w życiu poroża odcinają się na tle horyzontu. Nietypowa to para jak na tą porę roku! Ale dawno już przestałem się takim rzeczom dziwić. Świat przyrody poznawany z perspektywy przesiadywania w niej, to właśnie takie zaskoczenia. Temat na osobną książkę. Sarnie i jelenie cienie. Wyglądają równie cudnie, mimo braku pełnego księżyca. Bardziej tak pociągająco i tajemniczo. Zastanawiam się, jak zareagowałby i co przeżył mój jakiś gość, gdyby teraz ze mną był. Albo jak zareagowałyby by one. Mój zapach, który zostawiam regularnie, po prostu kojarzą. Ah, po co to roztrząsać. Pora cieszyć się mroczną i piękną chwilą.

Zatrzymały się na taki sam moment jak sarny, po czym ruszają w tym samym kierunku. Ledwo znikają mi z widoku, lezie z powrotem sarni kozioł. Co one dziś? Żeby tylko nie chrypnął… Ale jakoś nie ma zamiaru. Znów czarna zjawa w pląsach drepcze mi przed nosem. Sarny poruszają się zupełnie inaczej w poczuciu bezpieczeństwa, niż kiedy widzimy je zazwyczaj podczas galopu w skokach. Przypomina trochę psi trucht. I węszyć potrafią podobnie przy ziemi. Co za radość  Bo przecież nie jestem tu długo, a tyle się zadziało. Zastanawiam się czy Dąb, przywiedzie mi tu jeszcze dzisiaj dzika. Bardzo mi już zimno, choć mrozu nie będzie. Korzystając z nieobecności zwierząt, ubieram jeszcze kurtkę z plecaka. Ta jest lekka, puchata i nieco szeleści, ale wodoszczelna. Dobrze zatrzyma ciepło. Na nią ubieram drugą, z miękkiego materiału, i już jestem mało słyszalny. I cieplutki. Teraz można siedzieć, nawet do świtu…

Wiatr rozpoczyna swe tańce, skrywając resztki księżycowego echa w kłębach burej otuliny. Do ust wpada mi pierwsza kropla. Na dziś dość… Dziękuję dębowi za dzisiejsze dary i obserwacje. Obiecuję napisać co zaległe… Czas pożegnania. Bez smutku. Zajrzę jeszcze w ciągu najbliższych dni. Wspominając dzisiejsze widoki, mówię tylko…

– Ale Ty tu masz dobrze….

Czasem naprawdę trochę mu zazdroszczę, albo jest mi tak aby leciutko żal. Ile on tu widzi, doświadcza, przeżywa, ze swoimi zwierzętami w ciągu mijających dni i nocy? Ile mądrości pochłania o swoim świecie… Żyje prosto, błogo, w harmonii i zjednoczeniu z najmniejszym stworzeniem pałętającym się obok. Zastanawiam się, czy jemu też wypada życzyć Wszystkiego Leśnego, czy… już to dawno posiadł… 

tumblr_nx16mrYdOP1skelofo2_540

Cisza pod gwiazdami

Wyruszamy krótko przed 22. Nasz cel – magiczna polana, łosie, sarnie i dzicze żerowisko. I choć nie ma tam zbyt wiele poza piachem i trawami terenów suchych, zwierzęta często odwiedzają to miejsce. Chcemy pobyć wśród nich jak najbliżej. Zatopić się w ciszy i dzikości pradawnej. W świecie urzeka czar Białych Nocy. To krótki okres na przełomie czerwca i lipca, kiedy wieczorne zorze gasną dopiero po 23 ledwie na moment, po to by za chwilę rozjarzyć się w chwale nadchodzącego brzasku. Jeśli więc pragniesz spędzić nockę w lesie, teraz jest ku temu najlepszy czas. W przyrodzie dzieje się… A my chcemy to wszystko odkrywać i przeżywać.

37603510_671463369870286_2596240643042836480_n

W lesie jest jeszcze w miarę widno, choć słońce już zaszło. Lubię tę porę. Szaro i nastrojowo. Uwagę naszą przykuwa jarzący się nieopodal ścieżki biały punkcik. Co to?

Pewnie jakiś śmieć, odpowiadam

Nie… emituje własne światło. Podnosimy znalezisko, które okazuje się być diodą, umieszczoną w ….plastrze opatrunkowym. Kto to zostawił tu i po co? Jeszcze tak daleko od ścieżki? Śmiejemy się, że las jak obiecał obdarza nas znakami, za którymi mieliśmy podążać. Po kilkunastu krokach odnajdujemy kolejne światełko. Co tu się dzieje? Przecież prawie nikt tędy nie chodzi…”Podążajcie za znakami” – powiedziały nam raz drzewa. Zaczyna robić się bardzo wesoło. Nad naszymi głowami pracowicie uwijają się nietoperze. Pierwsi goście świata mroku…las szeptem rozpoczyna nocne opowieści.

Wszechobecne świerszcze serenadą roztaczają tło prawdziwego lata. Słychać je z każdej polanki, którą mijamy, a nawet wydaje się, że z głębin lasu. Poza tym panuje błoga cisza. Nie pora to jeszcze pełnej ufności zwierza w mroku. Zapadamy się w miękkim piasku, z uporem docierając do celu…

Modrzewiowa polana właśnie oddaje się pod panowanie cieni. Rozkładamy się na kocu. Jest herbata w termosie i kanapki. To ten krótki moment, kiedy niebo tli się jeszcze zorzą wieczoru i nieśmiało iskrzą pierwsze gwiazdy, niczym ulotny sen o pamięci poranka. Nie czekamy długo, gdy do naszych uszu docierają pierwsze szmery… Coś stąpa delikatnie, to jakby czai się w napięciu. Po chwili znów szeleści. Królik, mniejszy gryzoń, a może podchody wilcze? Czasem zachrzęści głośniej. Nie boimy się, choć nie jesteśmy w stanie zobaczyć. Słuchamy z radością. I mimo tych szmerów oboje mamy wrażenie ciszy. Takiej aż w uszach wibruje… Zachwycam się nią, pogrążam i nie mam ochoty nic mówić… bo po co mącić taką świętość…słowem? Nie trzeba ich teraz. Jest cudownie i oboje to wiemy. Przysłuchujemy się dzwoniącym rozmowom świerszczy, które paradoksalnie swym koncertem wydobywają jej pełnię.

Chruuuu, chruuuu, churrrruuuu! Chruuu chruuuu chuuuuurrrumm!

Odzywa się nagle niski pomruk. To samiec słonki. Ten śmieszny ptak z długim dziobkiem to duch podmokłych borów i leśnych bagien. Latają podczas ciepłych wieczorów zataczając kręgi nad lasem i w ten sposób dając znać o sobie samiczkom. Te siedząc skryte na łąkach i polankach, błyskają od spodu jasnym kuprem, pokazując się tokującym samcom. Ten niski, miękki, chrumkający pogłos łatwo przeoczyć w gwarze leśnym. Cieszę się całym sercem. To dość rzadki ptak, a u siebie nigdy ich nie słyszałem. Śpiąca Puszcza już w pełni oddała się w objęcia nocnego żywota. Wszechobecne szmery, stąpania, szelesty oplatają nas swoim urokiem. Trzeszczy złamana gałązka. Chrzęst. Trwożny pisk małego ptaka nieopodal…powtarza się parę razy. Ofiara kuniej uczty? Tak właśnie tu jest…Tak wszystko wokół żyje. Żerują, rabują, plądrują w ciemnościach… I słuchając tego możesz siedzieć w umyśle bawiąc się w zgadywanie ”co też” lub ”kto też” nieopodal się przechadza, albo po prostu słuchać i delektować się… Wybieram obie drogi, zależnie od nastroju. Komary próbują wziąć nas żywcem…

Fioletowo – niebieski rozbłysk strzela falą ponad lasem. Co to może być u licha? Widziałem ostatnio to samo u siebie na łące. Ania, widziałaś to?

Widziała.

Komary nie dają za wygraną. Uparcie raczą nas brzeczącą pieśnią swojego ludu. Decydujemy się na powrót. Znów towarzyszą nam świerszcze i cisza. Piaszczysty szlak pląta stopy, które z rozkoszą zatapiają się w miękkości. Pod drzewnym dachem z gałęzi jest prawdziwie ciemno. Niby biała noc, a puszcza potrafi skryć się w zapomnieniu. Udziela mi się radosny nastrój. Coś… coś tutaj jest innego. Mam ochotę przystanąć i wyciągnąć ręce w górę do wszechświata, w podziękowaniu…Po kilkunastu krokach dalej już nie mogę wytrzymać, mówiąc ”Zaczekajmy tu chwilę….”

34076039_646219509053531_800137374859264000_o

Po lewej nad drzewami…unosi się…biały opar. Nie ma księżyca. Ale widzimy wyraźnie. Tuż nad koronami śpiących drzew. Śpiących? Mgła też to nie jest. Jest za ciepło. Ale właśnie w tym miejscu mam ochotę się zatrzymać z wyciągniętymi do góry rękoma. To silniejsze…Umysł, jak to on, zaczyna negować odczuwanie i znaleźć racjonalne wytłumaczenie. Ale Ania też to widzi. I czuje

Rytuał drzew…Takie coś mi przechodzi. No i co z tego, że są młode? Myślę. Co my tak naprawdę o nich wiemy? A przecież kiedy mówią o swej pamięci w ziemi i duchach – świetlistych pniach, które także się pokazują czasami, co w tym dziwnego? Dawniej na pewno szumiała tu ogromna Puszcza wraz z całym swym bogactwem i tajemnicą… a Brzozy opowiadały, że do tego wracają w swych snach…Może to ten sam moment? Kawałeczek dalej, ta aura drzewnej magii znika. Czujemy i widzimy oboje. Jakby wejście z powrotem w ”normalny” las. Oglądam się za siebie i drętwieje lekko… Z tamtej magii wyłania się ogromny niedźwiedź. Podąża obok nas, w bezgranicznej ciszy. Olbrzymie cielsko toczy się przebierając mocarnymi łapami, jakby czuwało z boku nad naszą wędrówką. Za chwilę ani trochę nie jestem zdziwiony. Były już widma dzików w innej opowieści, były duchy drzew, to czemu nie on? Umysł chciałby zrozumieć… Pamięć ziemi i wgląd do czasów minionych, którą na chwilę odkryły przed nami drzewa… Ale czy to tak naprawdę, ważne?

 

Leśne zagadki

To był pogodny, spokojny wieczór. Miało się już ku zachodowi słońca. Docierając do skraju lasu zdejmuję buty i dopiero zaczynam naprawdę iść. Stopami czuję wysuszone źdźbła zeszłorocznych traw, kłujące szyszki, chłodną zieleń wzrastającej trawy, nieco rosy, i tą swoistą swobodę oraz rześkość. Dzięki temu poruszam się dużo ciszej, pozostając niezauważonym przez zwierzęta udające się na podwieczorny żer i rozpoczynające swoją aktywność. Po drodze mijam kilka brzóz. Rosną jakby w kręgu, tworząc czarowne energetyczne miejsce. Brzozy to bardzo przyjazne, pomocne ludziom drzewa. Roztaczają lekką, beztroską, radosną i wesołą energię. Nawiązanie kontaktu z nimi trwa u mnie dużo szybciej niż w przypadku innych drzew, zazwyczaj po kilku minutach chwytamy łączność i… Klaruje się śpiew… Staram się rozróżnić płynące słowa…jak pięknie nucą! Głos mają dziewczęcy, taki swobodny po prostu.

W tańcu z wiatrem kołyszemy się w lekkości..
Korzeniami splatamy się w czułości…

Hej Siostry Brzozy pożegnajcie już gasnące echo słońca,
Tak w uśmiechu i radości utulimy się bez końca.. 

Po czym spływają zewsząd kaskady perlistego, błogiego, beztroskiego śmiechu. Jest taki czysty, obmywający, dotyka rdzenia Duszy… Ta ich radość udziela mi się także. Aż nie chcę mącić im istnienia nachalną rozmową. Składam im w sercu podziękowania i ruszam dalej. Wieczory trwają już długo, jest to spektakl rozciągający się na jakieś 1,5 godziny. Wraz z przybywającym dniem, czas ten jeszcze się wydłuży.

67481
Obraz – Tadeusz Gazda. 

Idę tak cicho, że nawet nie dostrzegam pięciu saren leżących nieopodal na polu. Najedzone płowe damy, ogrzewają się w promieniach słońca i także korzystają ze spokoju. Ostrożnie wdrapuję się na starą zwyżkę. To takie urządzenie (tfu) myśliwych, na którym siedząc strzelają do zwierząt. Staram się o tym nie myśleć. Z góry mam dobry widok na całe pole, więc nie ujdzie mojej uwadze. Dla zwierząt to też lepiej, bo mogą chodzić swobodnie pode mną, jeśli przyjdzie im ochota wejść z powrotem do lasu. Trzy z pięciu saren podniosły się i zaczynają jeść. Potem wstają wszystkie i żerując oddalają się dalej w pole. Przestrzeń wypełnia gwar ptasich głosów. Koncertuje kos, popisuje się drozd, i gwiżdże szpak. Gdzieś z głębi boru melancholijnie powtarza się lerka. Wabią sikory i kowaliki. Co jakiś czas zabębni dzięcioł. Rozróżniam jeszcze zięby, polnego skowronka, choć to nie wszystko co słychać. Niektóre z ptaków nie przestają aż do zapadnięcia zupełnej ciemności, dopóki na gasnącym zachodzie tli się choć refleks światła. Ale do tego jeszcze trochę. Uwagę moją przykuwa bura smuga, sunąca w kierunku pasących się saren. Oddaliły się już trochę. Co to może być ? Pies, kot, a może lis? W każdym razie ciekawe jak zachowają się sarny. Rozpoznaję po charakterystycznym ‘’sznurowaniu’’ sposobie przemieszczania się, to lis. Skubiące sarny ciekawie podnoszą głowy w jego kierunku. Jedna przestaje jeść i patrzy, ale widać, że mają go gdzieś. Rudzielec obchodzi je łukiem – także nie ma czego obok nich szukać. Kieruje się w stronę lasu, czyli w moją. Patrzę jak się zbliża. Nie biegnie jednak cały czas, tylko co kawałek przysiada, jakby nad czymś myślał. Jestem ciekawy jak zareaguje na moje ślady, w końcu szedłem tam przed 10 minutami. Ale nic takiego się nie dzieje. Przechodzi po moim tropie nawet się nie zatrzymując, i wnika w gąszcz leśny. A tymczasem…dzieje się! Rozglądam się wokół i wszędzie sarny. Powychodziły przez ten czas, kiedy poświęciłem uwagę lisowi. Widzę je z prawej, przed sobą, i po lewej gdzie 3 ‘’modlą się’’ przy Dębie. Nie do końca mnie to cieszy, bo chciałem i z nim spędzić trochę czasu po dogaśnięciu wieczora. Tymczasem trzeba czekać.

Sarenki snują się po całym widoku, naliczam ponad 20. Widoczność spada. Ale w lesie, i w ogóle na zewnątrz jest z tym inaczej. Będąc w domu i patrząc z okna, stwierdzilibyśmy ‘’ciemno – już nic nie widać’’. Tu widać jeszcze zorzę wieczorną, a przyzwyczajone do stopniowego spadku ilości światła oko, nadal rozróżnia płowe sylwetki. Jednak kolory powoli gasną. No nie ruszę się póki co – nie chcę przerywać zwierzakom żerowiska. A one ani zamierzają odejść.

Jarzy się pierwsza, mocno świecąca gwiazda. Wenus, Mars, a może satelita stacjonarny? Nie jestem w tym dobry. Mimo wszystko jest śliczna. Stopniowo jątrzą się kolejne gwiezdne iskry. Mój ulubiony moment, kiedy dzień na dobre mija się z nocą, a świat przechodzi pod panowanie szarego mroku. Nawet nie zauważyłem jak ucichły ptasie śpiewy. Drozd już kończy – uparciuch z niego. Z lasu dobiegają nasilające się szelesty oraz szmery. Kto wie, co jeszcze czai się i waha z wyjściem na przestrzeń?

Jeszcze coś widać. Coś mi się majaczy. Ale nie ! To są zwierzęta. Wychodzą ze ściany lasu, a inny odcień szarości jest jeszcze rozpoznawalny na tle brązowej ziemi. Idą powoli, ostrożnie, gęsiego. Widać, że zachowują czujność – nie to co beztroskie sarny. Dużo ich. Liczę. Po 30 przestaję. Co to u licha? Znowu sarny? Może to te ‘’leśne’’ ? Ale gdzie utrzymałoby się tutaj w spokoju tak ogromne stado? Typuję jeszcze jelenie, a nawet myślę o danielach, o których istnieniu nic mi tutaj nie wiadomo. Zwierzaki zostają tam i trzymają się stłoczone. Oczywiście, odcinają mi drogę do Dębu. No cóż… Ciemniej będzie już tylko troszkę. Decyduję się na powrót inną drogą, tak aby oddzielony kawałkiem lasu obejść tajemnicze zwierzaki bez przeszkadzania im. Schodzę jak najciszej ze stanowiska, zapalam diodę i ruszam.

W lesie nie jest ani trochę cicho. Odgłosy niemal jak z dżungli. Coś szeleści, szmera przemieszcza się, straszą łamiące gałązki. Mimo wszystko trochę się boję. No fakt, jeszcze nigdy nie szedłem w środku lasu taką wiosną. Zawsze wokół. A mnóstwo niewidocznych istnień obudziło się już do życia. Myszy leśne, koszatki, orzesznice, popielice, jeże, kuny, łasice, tchórze, borsuki, lisy. To wszystko albo przymierza się wkrótce do wychowania potomstwa, albo już je ma. Dlatego trzeba żerować intensywnie, by w dobrej kondycji wejść w czas rozrodu. Drobne żywoty zatopione w ciemności swoimi harcami, nie zwracają uwagi na człowieka. Dlatego też nic nie ucieka z hałasem. Powoli docieram okrężnie do trasy przy której rośnie mój dąb. Od pola dzieli mnie kawałek lasu. Zatrzymuję się tutaj, gdyż wiem, że tamte zwierzęta jeszcze sobie nie poszły. Słuchowisko z dreszczem na plecach…Wtem narasta jakiś dziwny szemrzący poszum. Dzwięk gęstnieje i przybliża się… W czujności czekam. Nagle las obok zaczyna dygotać od pękających gałęzi i trzasków. Wiem! Biegnie to stado z pola. Ale co się dzieje? Usłyszały mnie, wyczuły? Orgia hałasu jak tajfun przemieszcza się z mocą, by stopniowo oddalić się i ścichnąć. Z zza zakrętu wyłania się migające czerwone światełko. Zapóźniony rowerzysta. To jego usłyszały.

animals-deer-mammals-nature-silhouettes-1920x1080-wallpaper

Wiem już, że mogę wędrować drogą bez przeszkód, bo spłoszone stado pociągnęło za sobą rozproszone sarny. Ale one nie oddaliły się. Słyszę jak chodzą wokół w lesie, przeczekując sytuację.

Noc jest ciepła, spokojna, nieruchoma. Wietrzyk gdzieś wytracił swoje psoty. W takiej scenerii pod dębem jeszcze nie byłem. Ciemny granat nieba, i migocące gwiazdy prześwitujące spod rozłożystych konarów. Czysta magia i pradawna moc, wyczuwalna wraz z powolnym oddechem śpiącego Drzewa. Za plecami żywa ściana lasu, w głębi którego stale coś się dzieje. Przypominam sobie, że pod sosnami zostawiłem okulary… Nosz! Z jednej strony nie zginą, z drugiej potrzebuję je na jutro. Na polu żywej duszy, a przynajmniej niczego nie widzę. Idąc tylko nim na ukos trafię idealnie i z ogromnym skrótem. Ostrożnie ruszam. I tak naprawdę lekko z ‘’duszą na ramieniu’’ bo przecież zawsze mogę przeciąć swoją ścieżkę z jakimś zwierzęciem. Przez pole mknę szybko i cicho, na bosaka. Zbliżam się do sosnowej leśnej ściany, gdzie siedziałem uprzednio. Przystaję! Coś tu się nie zgadza. Dwie ogromne czarny plamy ruszają się tu i tam. W ciszy. Jelenie? Dziki? Nie jestem w stanie rozpoznać. Trzeba posłuchać. Kucam i obserwuję co się wydarzy. Plamy jak zjawy wychylają się to tu, to tam. Chyba nie usłyszały mojego nadejścia, inaczej już by ich tu nie było. W końcu z lekkim hałasem wnikają w las. Ulga. Czekam aż ścichną i ruszam do sosen. Okulary są na swoim miejscu. Powrót bez niespodzianek.

Oparty o drzewo, zasłuchuję się w otaczającej mnie dzikości. Zmieniła się tylko pora, a jakby zmieniło wszystko. Gwarzący z wiatrem za dnia las, teraz tętni niezliczoną ilością szmerów, szurów, trzasków, powtarzających się co i raz. Żerują, rabują, wędrują w ciemnościach. Ah, jakże chciałoby się to wszystko widzieć, rozwiązać każdą dźwiękową zagadkę! Tu natura jednak skrywa swe sekrety pod ciemnym gąszczem niedostępnej tajemnicy. A to dopiero przedsmak. Za chwilę przylecą słowiki i lelki. Pola zarosną, stwarzając dodatkową osłonę i źródło niejednego hałasu. Zaczną koncertować nocne śpiewaki; rokitniczki, łozówki, trzcinniczki, brzęczki, może jeszcze inne. I już się na to bardzo cieszę

19642685_558063604561793_7023132853227404540_n

Nocni Strażnicy.

Jedno jest pewne. Nie ma dwóch takich samych pełni. A ten srebrzysty świat nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.Mimo tylu lat podczas każdej mogę poznać coś nowego. Krótka historia o czym paplają kaczki nocą oraz jak dzik lisowi kolację zepsuł… Zza okna spogląda na mnie przybierający w złotym blasku księżyc, w domu coś narzekają na mróz…

– Mróz ? ? ?

Chyba nie ma lepszej aury do wyprawy. Zawsze czekam nań z utęsknieniem. Podczas ujemnych temperatur maszeruje się wygodniej, organizm rozgrzewa się – czuję się zdrowiej. Błotniste obszary i nieprzebyte kałużyska ścinają się chłodem, otwierając swobodny trakt dla dotychczas niedostępnych miejsc. Szybka decyzja, kompletowanie ubioru, zamyślenie czy wszystko jest. Jest. No to w drogę!

4797388-night-pictures

W dolinie pośród pól, rowów, łąk i zadrzewień wita mnie gęsta otulina mgły. No tak: ‘’Mleko się rozlało’’. Na niżej położonym terenie kumuluje się na potęgę, skrywając wszystko całunem powłóczystej tajemnicy. I straszno, i pięknie. Wstępuję w kłęby i ruszam dalej. W środku widać całkiem niezle. Z daleka wyglądało to gorzej. Choć znam drogę na pamięć, cieszę się, że jednak widoczność jest bardzo przyzwoita. Pod stopami niestety chrzęszczą marznące grudy. Na trawie jest jeszcze gorzej. Na szczęście jest wcześnie – tuż przed 20, a więc zwierzęta na dobrą sprawę nie buszują tu tak swobodnie. Z oddali dobiegają cały czas odgłosy żyjącej wsi. One czekają na ciszę.

Moim celem jest śródpolne kamienisko, które upatrzyłem sobie spacerując w ciągu dnia. Miejsce, wysokie, bezpieczne, zapewniające mi dobrą widoczność z każdej strony. Teren – bajka, obok płynący strumyczek, kawałek dalej rów i bobrowa tama. Woda pluska kojąco. Z jednego boku mam widok na kukurydzisko, z drugiego łąka na której lubią żerować sarny i buchtować dziki. W strumieniu znajduje się bród – przejście zwierzątek, którym przeprawiają się z pola na łąkę i odwrotnie. A dalej dzicze bagno i lasy….Na szczycie napotykam dwa idealnie płaskie kamienie, jakby specjalnie ułożone do siedzenia. Duże, bardzo wygodne. I już wiem dlaczego Dusza, i że to właśnie ona wybrała mi to miejsce  Z radością
zasiadam na widowisko i słuchowisko jakie może mnie czekać.

photo-1444080748397-f442aa95c3e5

Nocni strażnicy. O kim mowa? Co i raz dobiega mnie zirytowane kwękanie oburzonych kaczek.

– Kreeech, kweeeek, kreeech – niesie się narzekanie kaczorów. Dolatuje co i raz z różnych stron, ze zmienną intensywnością. Nasłuchuję tego z uwagą. To dla mnie sygnał : ‘’wiedz, że coś się dzieje’’. I już nie muszę z czujnością nasłuchiwać innych zwierząt – wystarczy mi kacze echo. Tak dają wyraz swojemu przestrachowi lub złości, kiedy jakiś dzik przeprawia się lub hałasuje w trzcinach psując im noclegowisko. Może szuwary penetruje lis? Tego nie wiem, ale przy odrobinie cierpliwości i szczęścia dowiem się w swoim czasie. A gdyby kaczki z trzepotem odleciały, wtedy trzeba mieć się na baczności. Znaczy – zbliża się drugi człowiek. Pożegna mnie wtedy smutny poświst skrzydeł… Na razie jednak paplają, nie zamierzając się ruszać. Nie pomyliłem się – po jakimś czasie słyszę niedaleko ‘’kaszlące’’ i bulgocące dziki. Ależ gromko dziś chrypią! Nie chcą jednak się pokazać, harcując w zaroślach. Kaczuchy co i raz obwieszczają nowe zdarzenia z kolejnych miejsc. I cichną. I tak ciągle…Niezły gwar, jak na końcówkę listopada. Wzmaga się mróz, ale nowa taktyka ubioru sprawdza się znakomicie i bez trudu wysiaduję już drugą godzinę.

Trochę się uciszyło. Mgła jeszcze zgęstniała. Mokra wata. Co jakiś czas rozglądam się wokół – mimo mrozu, zwierzęta potrafią przemieszczać się subtelnie, i można coś przegapić. Podczas jednego z takich przeglądów dostrzegam koczujące przez opary sylwetki. Dziki? No wreszcie!
Nie…Te są ogromne. Wyższe jakieś. Jelenie? Ale co tu u licha robią jelenie?

winter_sky_by_vronde-d5qxecd

Zszokowany staram się nieco wytłumaczyć racjonalnie. Co też mogło je tu przygnać? Dwa byki. To dopiero niespodzianka. Niedaleko osiedla, ogrodzenia, trasy ruchu, a do większego kompleksu leśnego jakieś trzy kilometry. Nie mogę się nadziwić, a głowa szuka wyjaśnienia. No ok – na resztki kukurydzy. Tylko, że tam miały ją wszędzie po drodze. Aby tutaj dotrzeć musiały nawet przeprawić się przez linię kolejową…Nie znajduję wytłumaczenia. A one, niepomne na wścibskiego gawędziarza, zatopiły swoje cielska z powrotem w szarych kłębach, zmierzając w sobie tylko znanym kierunku. No nic – takie psikusy się zdarzają. Bywało i spotkać dziki niemal pod samym domem, przy powrocie z całonocnego czuwania, na którym nie widziało się niczego.

W ogóle nie ma dziś saren. Trochę mnie to dziwi, bo od śladów gęsto. Nie widać, nawet kozły nie szczekają. Choć co jakiś czas słyszę pluśnięcia kopytek w strumyku, i wiem że sobie tam przechodzą nie pokazując mi się. Jak można zanurzać się w tak lodowatej wodzie! Brrrr….

Mija trzecia godzina. A może dłużej. Czuję się już lekko, błogo i radośnie, zjednoczony w ciszy z tym wszystkim co wokół mnie wędruje, żeruje i śpi. Z letargu wyrywa mnie powtarzające się pluskanie. Coś przechodzi przez bród? Chlupie – pewnie dzik. Po chwili kotłuje się w krzakach, szura w zeschłej trawie, łoskot, chrzęst i niewiadomo co jeszcze. Jakiś dziczy gbur, zupełnie bez szacunku wobec innych zwierząt, które mogłyby się wystraszyć. Jest niedaleko mnie, kilka metrów. Nadal nic nie widzę. Już wstrzymuję oddech, a oczy pewnie świecą się jak u żbika. Szmery przycichają, przechodząc w dziwne skrobanie. Za parę chwil już tylko skrobanie i gryzienie. Czuję się oszukany…No bo teraz, kto, bóbr? 10 minut – szurr, szurr po drewnie. I niewielki pęd wierzby przewraca się z łoskotem. Bober hałasuje nie gorzej niż dzik, a ja staram się go wypatrzyć. Nic z tego…. Za to kątem oka dostrzegam inny ruch.

Yale-University-Art-Gallery-Archaeology-Art-And-Ethnology-Museum1

Wraca lis! Od strony pola. Być może to on straszył kaczki na noclegowisku. Sądząc po tym jak znajomo pełznie, to ten sam przyjaciel ze spotkania wcześniej. Nie zwraca uwagi na moją górkę. Nasłuchuje bobrowych harców. Cały skupiony, z nastawieniem szpiczastych uszek zbliża się do miejsca bobrzej pracy. Stara się podejść do samego rowu nieco dalej. Wiem dlaczego. Bobra upolować nie jest łatwo – wystarczy że pluśnie do wody i tyleś go widział. Tam już schroni się w niedostępnej norze, w razie co wystawiając na dobry wieczór bobry, oślizgłe, ostre, żółte zębiska. Tam gdzie nie mogą jeszcze wybudować żeremi, kopią tunele. A woda zimna….Lisi przyjaciel wie chyba wszystko to samo co ja. A może nawet i więcej. Dlatego stara się zajść od drugiej strony. Bobrzysko hałasuje, tak, że poza pędami które ogryza, chyba świata nie widzi. Trochę mi go szkoda, bo zaraz….

Do widowiska wkracza mi niespodzianie trzeci aktor. A raczej aktorka. Wpatrując się w lisa, zza gałęzi dostrzegam solidną czarną plamę. Poprzedzone regularnym chrzęstem, na który zaabsorbowany nie zwróciłem uwagi. Przez łąkę wesoło i pogodnie toczy się dzik, a raczej spasiona locha, którą widziałem już podczas ostatniej pełni. Wtedy dosłownie wpadliśmy na siebie w gęstej mgle, a świnia wcale niechętnie salwowała się z łąki pofukując gniewnie. I sądząc po tempie w jakim to czyniła, nie była do tego wcale taka chętna. Przeprosiłem ją w myślach. I dlatego dziś wybrałem się dużo wcześniej, wiedząc o jakiej godzinie można ją spotkać na łące. Żeby przypadkiem jej nie nie zakłócić niczego. Ale teraz, mało tego! Z trwożnym kwikiem podlatuje do niej jakaś nieznana mi sowa, forsując pozorowany atak. Co to ma być? Co te zwierzęta dzisiaj? Świnka wygląda jak beczułka, ale może będzie miała młode. Dzikuska niefrasobliwie pruje przed siebie, co i raz przystając i próbując buchtować zmarzniętą darń. W jednym miejscu zatrzymuje się dłużej – prawie naprzeciw mnie. Podziwiam z jaką zawziętością rozwala glebę. Jest taka śmieszna, na tych krótkich nóżkach. Taki pączek. Prawie jak ja  Dobiega mnie zapach mokrej, rozrytej ziemi. Ona krąży tak sobie cały czas w ciągu nocy, podjadając co znajdzie. Widać na kukurydzę nie może już patrzeć, skoro przybrodziła na wpół zalaną łąkę. Bóbr ścichł. Lisa już nie ma. Pora chyba wracać. Patrzę na księżyc. Spowija go pierścienna otoczka, a mgła przybrała w potędze do niemożliwości. I już wiem, że w ciągu godziny utworzą się chmury. Gwiazdy znikły. Na gałązkach polśniewa szron. W słabnącym świetle księżyca iskierki mrozu tlą się migającym tu i tam blaskiem, mamiąc oczy. Ma się wrażenie, że to błyskają ślepia zwierząt. I tak to właśnie jest w tym leśno – polnym świecie. Nigdy nie wiadomo co się zdarzy. Jakiego cudu doświadczysz, i jaką tajemnicę podejrzysz. Komu szczęście, a komu pech? Ja w każdym razie wróciłem najszczęśliwszy jak się domyślacie. I mam nadzieję, że lisowi też udało się tej nocy. A bóbr ocalał. A świnka się najadła i wróciła bezpiecznie do barłogu

night sky

_CKO39221www