Topolowa transformacja. Drzewa usuwają emocjonalne blokady, i pomagają usłyszeć głos duszy.

Historia z tej wyprawy jest o tyle wyjątkowa, że napisana w dużej mierze przez mojego gościa. Pogrubione i pochyłe przerywniki pokażą, gdzie zaczynają słowa Marysi. Maria sama zgodziła się szczerze wszystkim podzielić, ja nigdy nie nalegam – o tym czy pojawi się historia, zdjęcia i relacja na blogu zawsze decydują goście. Tym bardziej jest to świadectwo niezwykłe, bo ja sam opisuję i zapamiętuję zwykle przyrodnicze sprawy, za to tym razem będzie pełny obraz tego, jak wędrówkę przeżywa ”druga strona” i co się na niej zadziewa. Choć gdzieś moja skromność burzy się na pewne wypowiedziane tu słowa, postanowiłem w tekście niczego nie zmieniać, aby zatrzymać w pamięci całe dobro, jakie zrodziło się w naszych sercach. A zatem… 

Gdy ruszamy do lasu, jest już dość późno, a pogoda krnąbrnie psoci. Cały dzień popadywało. Maria chciała przyjechać na wyprawę ze swoją córeczką, jednak z uwagi na brak odpowiednich rowerów, zdecydowaliśmy się podążyć sami. Trawy mokre. Trochę ludzi korzystając z prześwitu wyszło na spacer, jednak niektórzy próbują traktować las, jak rajdowy tor przeszkód. Osobniki na quadach, w terenówkach. Gnają tak, że komuś urywa zawieszenie. Wychodzą, biadolą, ojej – no jakie to dziwne i trudne do przewidzenia. Las swoimi siłami zmusza do zatrzymania. Dla nich to czas na kolejną naprawę, przed następnym dzikim rajdem… Nie na refleksje. Zachód słońca jest dziś piękny, kula przebija mlecznie przez cienką warstwę chmur, rozsiewając aurę pomarańczowej poświaty. Pnie sosen ‘’zapaliły się’’ ognistym blaskiem. Gorzeją. Ten krótki moment kiedy słońce wisi nisko tuż przed odejściem, wydobywa się cały kunszt Drzew Ognia. Jakby wołały: Jesteśmy pożogą. Wielbimy ogień. Bo i sosna to gatunek, który doskonale odnawia się na pogorzeliskach, choć łatwopalna, jej smukły pień doskonale opiera się pożarom ściółki. Nie zajmuje tak łatwo. Po wizycie u Dęba Krzesimira zmierzamy do Topól, kiedy na horyzoncie zaczyna robić się szaro. Siwo. Tam już pada. I nawet błyska. Pierwsza letnia burza. W oddali, na ambonie dostrzegam zdziwiony siedzącego myśliwego. I on nas obserwuje swoją lornetką, a przynajmniej tak mi się zdaje. Chmura pędzi. Jakoś zawsze boję się burzy. Jeśli nie jestem akurat w domu. Jest dla mnie potężną manifestacją nieokiełznanych sił natury, tańcem kapryśnych żywiołaków. Proponuję powrót, ale Maria nie boi się. W jej twarzy maluje się indiański, stoicki spokój, a nawet radość wobec sunącego ‘’potwora’’. Myślę logicznie. Nie widziałem jeszcze nigdy ambony spalonej przez piorun, a samo drewno prądu nie przewodzi. Myśliwy nadal siedzi na swojej, jest na otwartym polu. Poza tym… Burze w mojej okolicy od 3 lat straciły na mocy, są naprawdę symboliczne, a często nie ma ich cały sezon. W ostatniej chwili wdrapujemy się na jedną z ambon mijanych na skraju lasu, wtedy deszcz zaczyna. Zacina z boku. Wyciągam komplet przeciwdeszczowy w postaci szerokiej peleryny, wystarcza dla nas obojga. Pokrowiec nasuwam na czapkę i jesteśmy niemal nieprzemakalni. Przed nami horyzont rozległych pól, szalejąca szara ulewa i sporadyczne błyski. Marii bardzo się podoba. Ja drgam przy każdym mocniejszym grzmocie. Ale wiem, że jesteśmy zaopiekowani. Że nic nikomu nie grozi. Burza nie okazuje się jakaś ‘’straszna’’, za to dość ‘’symboliczna’’. Z pola zbiega przemoknięty jeleń, gna pod opiekę kniei. Przecież w takich przypadkach, wszystko chroni się właśnie w niej, pod drzewami, w zaroślach…

Kiedy ‘’na widoku’’ już nie pada, cały czas słyszymy szmer. Trwa długo… Las ocieka sączącymi się strużkami, kroplami, które niosą jeszcze pamięć echa minionego szału. Ostatnie ptaki umilkły. Maszerujemy. Bezbłędnie omijamy lśniące lustra świeżych kałuż. Jesteśmy tylko my i szara, przyjazna ciemność. W niej widać odcinającą się ostro na horyzoncie, czarną sylwetkę sarny. Pasie się ‘’na szczycie’’ okolicy, niczym jedyna królowa.

🌸 MARIA (jej słowa): Krzesimir i leśna burza.

Najpierw pojawiliśmy się u Krzesimira. Usiadłam pod pniem, oparłam plecy i skupiłam się na odczuciach. Od razu zaczął mi pokazywać rzeczy, które widzi we mnie. Wyciągnął najpierw głęboki smutek, z którym przyszłam, a który związany był z moim Ukochanym i ja próbowałam go zepchnąć, jakoś schować czy coś. Powiedział mi, żebym po prostu powiedziała o nim Ukochanemu, żebym go nie ukrywała. Poczułam ogromną ulgę, że mogę to zrobić, że nie muszę już być z tym sama. Potem wyczuł we mnie oczekiwania odnośnie spotkań z Drzewami, że chcę (wstyd się przyznać), żeby do mnie mówiły, żeby komunikowały się obrazami, chcę słyszeć ich śpiew, a nie „tylko” czuć energię w ciele i emocje. W ogóle mnie nie oceniał i to było bardzo kojące. Nie mówił, że to źle, że tak myślę i czuję. Tylko pokazywał to takie, jakie jest. Poprosiłam, żeby zdjął ze mnie tę energię oczekiwań, że wiem, że to mi przeszkadza w pełnej otwartości na prawdziwy, głęboki kontakt, że sprawia mi to cierpienie, bo oczekiwania blokują zdarzanie się magii, a gdy nie są spełnione, powodują rozczarowanie. Ściągnął to ze mnie z łatwością, za moją zgodą, w mgnieniu oka. Zszedł głębiej we mnie i mówi; nadużywasz marihuany. Wiem- odpowiadam. Najpierw w pierwszym odruchu chciałam powiedzieć, że nie, przecież nie mam z tym problemu, że mogę nie palić. Ale On nie powiedział: przestań to robić, albo że to źle, że to robię, tylko, że widzi, że to robię i pozwolił samemu się przyjrzeć temu, jak tak naprawdę w głębi siebie się z tym czuję. No czuję, że nie do końca i nie zawsze mi to służy, a czasem nawet czuję się z tym bardzo niedobrze i wolałabym nie palić. Podziękowałam za głębokie wglądy i za bezwarunkową akceptację i za to, że tak od razu wszedł ze mną w kontakt, się otworzył. Pojechaliśmy dalej. Piękny zachód Słońca, różowo- pomarańczowy. „Płonące” sosny, magia. Słyszę grzmoty, zaczyna się burza. Sebastian mówi, że w takim razie wracajmy, no dobra mówię, Ty wiesz lepiej co robić, ufam Tobie. Ale chwila zastanowienia- ja się nie boję zimna, ani zmoknąć, ani burzy. Ja się boję burzy- odpowiada Sebastian, to będziesz mnie wspierać. Poszliśmy schować się przed deszczem na ambonę i oglądaliśmy olśniewające rozbłyski piorunów na niebie. Rozmawialiśmy o tym, że burza to przejaw siły Boga i że jest wspaniała. O mnie i mojej relacji z moim Ukochanym i z moją przyjaciółką Brzozą. Deszcz przestał padać i ruszyliśmy do Sióstr Topolanek. Pełnia Księżyca, a ja mam dodatkowo okres- to razem to maksymalizacja doznań i wrażliwości.

POD TOPOLAMI (Sebastian) 

Od razu wiem, która z Topolowych Sióstr dzisiaj woła, lecz pytam jeszcze Marysi – do której Cię ciągnie? Wybiera tą samą. Oddalam się do drugiej, nie chcąc przeszkadzać, bo i widzę, że dzieje się dużo. Maria dużo słyszy od Drzew, dużo więcej niż ja. Trochę nie jestem do niczego potrzebny. Dziś pełnia. A zatem i drzewa są bardzo pobudzone, i emitują promienie swojej najmocniejszej energii. Chodzę bezgłośnie po dróżce aby się rozgrzać, i staram się nie przeszkadzać. Druga topola wezwała mnie tylko na chwilę, poprosiła przyłożyć dłoń, powiedziała parę osobistych rzeczy. Przechadzam się pod nimi w podziwie, z zachwytem obserwując jak księżycowe srebro osadza się na korze, malując pnie i gałęzie metalicznym blaskiem. Są wspaniałe, nieziemskie. I nie mam chyba pojęcia, co też u Marii się dzieje… Przywarła do drzewa bokiem, przytulona, nieruchoma. Chyba śpi. W koronach na moment przemyka cień pędzącej sowy. W którymś momencie jedna z Topól podpowiada, abym jednak podszedł do Marii. Robię to bezgłośnie. Wygląda na śpiącą. Przytuliła się cała w pień. Od razu wyczuwam radość. Znalazłem się jakby w aurze jej i drzewa. To swoisty kokon, otoczka w którą można się zanurzyć. Topole chcą mi w ten sposób pokazać, że z moim czuciem wszystko dobrze. I w ogóle – abym się teraz nie martwił. Jakiś ogromny zwierz zaczyna z trzaskiem tratować gąszcze, wszystko wokół łamie się, trzęsie i dudni. To chyba jeleń. Musiał usłyszeć jak spaceruję. Podszedł tak cicho, blisko, i bezgłośnie…

🌺 MARIA ( jej opowieść) : Spotkanie z Topolami

Od razu poczułam Moc. Która Cię bardziej woła? Spytał Sebastian. Ta- wskazałam ręką na tę, przy której stałam. Ja nie zdążyłam nawet zobaczyć jakiejś innej, dla mnie była tylko ta, w ogóle nie zauważyłam tej drugiej. Jaka ona potężna! Przytuliłam się do pnia i zamknęłam oczy i… zdarzyło mi się coś takiego po raz pierwszy w Życiu! Zobaczyłam pogodną, miłą, starszą panią, uśmiechniętą w niebiesko-szarym berecie i bordowym polarze, przechadzającą się po leśnej drodze. Potem zobaczyłam małego jelonka, który radośnie skakał i brykał i wywijał koziołki. Następnie zobaczyłam dorosłą sarnę zastrzeloną przez myśliwych, mężczyznę w zimowej, futrzanej czapce, który ją rozcinał, jakieś ostre narzędzia. Nie chciałam na to patrzeć i poprosiłam, żeby przestała, bo to było zbyt drastyczne dla mnie. Wtedy powiedziała: a teraz Ty powiedz coś o sobie. Usiadłam blisko pnia i przytuliłam się do niej policzkiem. Ogarnęła mnie senność. I pomyślałam: czy to dobrze? Może zapytam Sebastiana czy dobrze jest temu ulegać? Kurcze chce mi się teraz spać, a przecież miało być nocne czuwanie. I Ona powiedziała: po co chcesz pytać Sebastiana? Ja tu jestem z Tobą, wszystko dobrze, nie martw się, możesz się rozluźnić, ja dla Ciebie zrobię to, co mogę, nawet jeśli zaśniesz. Poprosiłam, żeby mnie trochę ogrzała, zrobiła to i ogarnęła mnie błogość. Zaczęłam widzieć obrazy z mojej niedalekiej przeszłości, jakby śnić na jawie, a ona o chłonęła z ciekawością. Widziałam dom i ogród, w którym ostatnio mieszkam, mojego Ukochanego, innych ludzi. Niespodziewanie pojawiły się także inne obrazy z dalszej przeszłości, dawno nie wspominane. Przysypiałam i budziłam się, obrazy zaczęły się stawać coraz bardziej surrealistyczne, oniryczne, magiczne. Skuliłam się, przytuliłam jeszcze mocniej i dawałam jej czytać ze mnie, oglądać filmy. Im bardziej obrazy stawały się nierealistyczne, tym bardziej czułam, że one więcej mówią jej o mnie, o mojej emocjonalności. Zrobiła mi czyszczenie podświadomości świetnie się przy tym bawiąc. Odczułam Radość, lekkość. Przypomniało mi się jak mój Ukochany gra na gitarze i że ja to bardzo lubię. Wtedy Ona poprosiła, żebym przypomniała sobie jeszcze więcej chwil, w których było nam razem lekko, beztrosko i radośnie. I zaczęłam sobie przypominać jak się całowaliśmy, jak grał na gitarze, jak tańczyliśmy nago, jak chodziliśmy za ręce po Lesie, jak spacerowaliśmy w ciszy, jak medytowaliśmy razem, morze, Ocean przyjemności! I ona mówi: a widzisz, ile tego jest? Pamiętaj, to nieprawda, że zawsze jest ciężko. Pamiętaj o tych chwilach zawsze- Wam jest ze sobą lekko, przyjemnie i beztrosko. To jest prawda. Przebudziłam się zupełnie. Zadziała się magia. Dziękowałam jej. Czułam się szczodrze obdarowana. Odeszłam w Radości, Miłości i z lekkością w Sercu. Co Ci zrobiła? Zapytał Seba. Opowiedziałam szczerze i to było wspaniałe, że mogłam przy nim być sobą, mówić swoją prawdę i on rozumiał, a ja się z nim widziałam dopiero drugi raz w życiu. Trochę się bałam, że go nie ma i jest tak ciemno a ja nie wiem przecież gdzie jestem tak naprawdę. Okazało się, że on przechodził obok mnie kilkakrotnie, ale był tak bezszelestny, a ja tak bardzo w innym stanie świadomości z Topolą, że nie zarejestrowałam tego. Ale był blisko i czuwał, czułam się bezpiecznie.

DZIEŃ BRZOZOWY I ZASIADKA NA ŁĄKACH (Sebastian) 

Do ostatniej chwili nie wiem do końca gdzie dziś ruszyć. Pogoda znów niestabilna. Myślę nad Jesionowym Szlakiem, ale ostatecznie decyduję się ruszyć pod brzozy, tam dużo zwierząt, a w razie deszczu będziemy mieć w pobliżu ambony – ewentualne schronienie. Pod brzozami incydent. Gdy rozsiadamy się pod brzozami, dzieje się…dziwnie. Bo tu nieopodal są ule. Pszczoły zajęte swoimi sprawami, nic sobie z wędrowców nie robią. Zwykle. Tym razem jakoś jedna brzęknęła mi koło ucha, po czym widzę jak Maria odskakuje. Ukłuła ją. Lekko. Siedzi na bluzie. Odrzucam ją w dal, jednak owad wraca i tym razem wplątuje się we włosy, jakby uparcie chciała dokończyć żądliwego dzieła. Nie sposób było jej wyplątać… Trudna decyzja… Prowadzę Marię do dwóch innych brzóz kawałek dalej, a ona zatapia się na długi czas w medytacji. Kiedy wraca do mnie ponownie, wiele staje się jasne. Brzozy wyjaśniły zdarzenie.

– ‘’Przypadłaś do mnie tak nagle, bez powitania, nie zapytawszy nawet czy chcę abyś wchodziła w moją przestrzeń. Ja rozumiem, entuzjazm, radość, ale my drzewa też mamy swoje sprawy, i nie zawsze każde będzie gotowe czy miało ochotę spędzić z Tobą czas. Zapomniałaś o szacunku i uważności. Dlatego zawołałam pszczołę, która skutecznie odpędziła Cię od mojego pnia. ‘’

Zdumiony byłem słysząc te wyjaśnienia, i zdziwiony, że i mi się nie oberwało. Być może akurat tamte dwie, pod którymi siadłem, nie miały nic przeciw. Przyjaźniąc się z drzewami, bywając u nich często, popada człowiek w taką rutynę, że o pewnych sprawach grzecznościowych zapomina. Inaczej też traktują drzewa ‘’swojego’’ człowieka którego znają, a różnie mogą zareagować na kogoś obcego, jeśli nie mają ochoty. Przywykłem postrzegać brzozy jako z natury już przyjazne i chętne do pomocy, co by się nie działo. Tymczasem cenna lekcja dla nas obu. Kto pamięta Dęba Radosława, który szerszeniami straszył i muchami końskimi poganiał?

Na łąkach rozkładamy się na kocu. Ziemia po deszczach, bije chłodną wilgocią, trzeba podłożyć jeszcze bluzy. Ptaki dopisują. Na skoszonej przestrzeni popasają szpaki, śpiewa potrzeszcz na szczycie zaschniętego krzewu. Topolowy szpaler za plecami szumi jak ocean, wiatr jest dość mocny. Ale nam nie wieje. Osłania nas roślinność. Zwinne jaskółki popisują się w swobodnych pląsach, polują grupowo, trzymając stale jednego miejsca. Z nad olsu wypływa powietrzny majestat – czapla siwa, w podróży pewnie ku kolejnemu zbiornikowi. Jakiś zawzięty, a odważny ptaszek goni za mniejszym ptakiem drapieżnym – ten umyka, może nie ze strachu, a raczej z obawą przed byciem wykrytym i ‘’okrzyczanym’’. Kontakt z ziemią daje uczucie łagodności, ukojenia. W chwilach rozmów uczymy się rozpoznawać ptasie śpiewy. Czas biegnie jakoś szybko. Nie wiadomo kiedy, słońce przysiada pod horyzontem. Żaden zwierz się nie pokazał. Póki jasno, przemieszczamy się do innej łąki na ambonę. Tutaj powinno coś się dziać. Nie pomyliłem się. Nie siedzimy długo, gdy oto skrajem łąki przekrada się lis. Jednocześnie z innej strony wychodzi sarna. Nie wiadomo na co teraz patrzeć. Jest ciepło, miło, lekko. Mimo, że grubo po godzinie 22, widoczność nadal przyzwoita. Białe noce. Wiatr się uciszył. Chwilami słychać żaby, to wreszcie do moich uszu dociera terkotanie trzcinniczka, i psotne naśladowania rokitniczki. Na te ptaki liczyłem. Ale i tak jest jakoś mniej, niż w poprzednich latach. Pamiętam czasy, gdy te bagna wręcz grzmiały całą nockę nawoływaniami różnych mieszkańców. Pas olch rosnących na rowie odcina się ciemnym rytem, na tle nie chcącej przygasnąć łuny zachodu. Tworzą osobne widowisko. Drozdy śpiewają na potęgę, jakby chciały zatrzymać w pieśni poblask minionego dnia. Wokół wirują nietoperze. I wtedy dostrzegamy kolejnego lisa. Łąka dopisuje. Maszeruje tak samo wzdłuż pasu zarośli przy rowie, a za nim… Po drugiej stronie rowu, gramoli się spory dzik! Jest łaciato – pstrokaty, z różowym, cielistym akcentem. Ciekawa sztuka. I pewnie gdyby nie lis, w ogóle byśmy go nie zauważyli. ‘’I tak powinny wyglądać lekcje przyrody’’ – mówi oczarowana Maria, słuchając moich szeptanych opowieści o sprawach bagiennych ptaków. Bardzo chętnie – tylko które dziecko wytrzymałoby tak długo w ciszy i bezruchu? Wypijamy gorący rumianek z termosu.

Wygląda na to, że księżyc już nie pokaże. Podejmujemy powolny powrót, maszerując cicho przez ciemny las. I on jest cichy. Drzewa jakby przepuszczały nas łagodnie. Na ugorze podzwaniają świerszcze. Mijamy brzozy. Jedna z nich szeleści, zaczepia. Przystajemy.

🌼 MARIA: Brzoza pod srebrzystym obłokiem

Idziemy, idziemy- Brzoza coś do nas szeleści, kiwa nam, stoimy chwilę przy niej. Czuję intensywne mrowienie w dłoniach. Idziemy dalej i mówię o tym Sebastianowi. A, to nas zaczepia- odpowiada. To zostańmy chwilę przy niej- proszę. Podchodzę do niej i ogarnia mnie Radość- że mnie zawołała, że chciała za mną kontaktu. Dziękuję jej za to. Wypełnia mnie strumień Radości, Miłości. Jak jej się odwdzięczyć? Zaśpiewam- śpiewam jej piosenkę o Matce Ziemi, piosenkę wdzięczności za Życie. Mówię, że ją kocham, na głos. Dziękuję. Chwilę tak trwamy przytulone i odchodzę. I przychodzi do mnie, że Miłość jest prosta, jest łatwa, po prostu kochać i przyjmować siebie i innych takimi, jakimi są w danym momencie, w całości, w każdej formie ekspresji. Widzieć to, co jest w nich, w sobie. Widzieć i akceptować, przyjmować, czuć. Nic więcej. Tylko tyle. I że wszystko, co mi się przydarzyło z moim Ukochanym było wspaniałe. Wszystko. Więc nie ma się czego bać. Wszystko, co będzie też może być tylko wspaniałe lub jeszcze wspanialsze, bo cały czas się rozwijamy. Radość i Miłość są proste i są zawsze w Teraz. Zawsze są. Dziękuję, dziękuję, dziękuję 

Odnośnie Topoli – myślałam, że ta pani starsza to jakaś kobieta, którą ona lubi, a to była ona sama w tej postaci, tak mi się pokazała! Cudowna! Seba mi powiedział, że one tak robią, pokazują się czasem w ludzkiej postaci. A obrazy były z pola, z przeszłości.
W ogóle Sebastian jest niesamowicie wrażliwy i otwarty. Wystarczyło jedno spojrzenie na mnie i już wiedział: „ooo, co taki smutek?” A przecież my się nie znamy teoretycznie. Nie raz ludzie mnie znają dłużej i udaje mi się ukryć przed nimi smutek, czy inne trudne emocje, przed Sebastianem nie było nic do ukrycia. On jest jak Drzewo, wszystko czuje, wszystko widzi, jest empatyczny, nie ocenia, nie stara się odwrócić uwagi od trudnych emocji. Przy nim można być sobą. Po spotkaniu z Brzozą jeszcze widzieliśmy kozła sarny blisko i świetlika. Takie to było pełne i magiczne. Potem niełatwo było się rozstać, spojrzał mi w oczy i Boże, mogłam po prostu stać i patrzeć i zanurzać się w tej głębi i pozwalać, by on wnikał we mnie. W zaufaniu. „Teraz przeszywasz”- powiedział do mnie. Taaak, czułam to, że odzyskałam swoją Moc i odwagę, znowu mogłam patrzeć głęboko w oczy nic nie ukrywając, z pewnością i siłą, a jednocześnie z delikatnością, szacunkiem i czułą Miłością. Cudowne spotkanie. Bycie z nim było dla mnie tak samo magiczne, jak spotkania z Drzewami. Człowiek- Drzewo, szaman Drzew, Leśny Druid, Quality Man, Diament wśród mężczyzn, nigdy mu tego nie zapomnę, ile od niego dostałam i ile się nauczyłam. I te oczy- widać w nich cały Wszechświat, nieskończoność… Moja Dusza się raduje, jestem na ścieżce do Wniebowstąpienia.

P00606-190455
Maria pod brzozami. 

—————————————————
—————————————————

Mimo, że jest już dobrze po północy, niebo rozświetla blask srebrzystych obłoków. Sezonowe, letnie zjawisko. Na ich złocisto – chłodnym tle, polśniewają sylwetki śpiących topól w alei. Decyduję się na powrót przez las. Inna drogą którą mogliśmy wracać, pełna jest kamieni, dziur i fal od ciągnikowych opon. Kto jechał po czymś takim, wie jaka to tragedia dla tyłka. W lesie nierówności są łagodne, rower pokonuje je lekko, jakby płynął po morzu. Na głowie oświetla nam moja latarka czołowa. Odkąd zacząłem jeździć z czołówką, zacząłem zauważać, ile nocami na polach włóczy się kotów. Nie są to zdziczałe osobniki, a włóczęgi z pobliskich wsi. Spoglądając w bok i przeczesując pola latarką, można namierzyć ich sporo co kawałek. Chodzą i plądrują – naziemne lęgi ptasie, pisklęta, gryzonie, w tym rzadkie gatunki. Zabijają blisko 650 mln małych zwierząt rocznie, głównie dla zabawy, bo przecież w domostwie czeka na nie pełna miska. Zabierają pokarm rodzimym drapieżnikom takim jak sowy, kuny, lisy, myszołowy, tchórze, łasice, tym samym zmniejszając ich sukces rozrodczy. Szacuje się się, że kot DOMOWY, który nie jest elementem dzikiej przyrody, zawleczony z ludzmi na różne kontynenty przyczynił się do wytępienia wielu gatunków, zanim zdążyliśmy je w ogóle poznać. A i u nas chronione, rzadkie maleństwa mieszkają na polach i w lasach. Wpisane na listę zagrożonych gatunków. Ziębełki, ryjówki, koszatki, popielice, smużki – giną bezimiennie, bo kto tam o nich słyszał. Dawniej istniał na wsiach zwyczaj, wypuszczać psy na noc w pola, żeby złapały sobie coś do jedzenia. Dziś podobne postępowanie wywołałoby oburzenie, a niepilnującym psów grożą surowe kary. Nie wypuszczamy też domowych królików i chomików żeby sobie pobuszowały po łące, ani nie wpuszczamy rybek z akwarium do jezior, mówiąc ‘’no taka natura tego zwierzątka’’, jak zazwyczaj opowiadają właściciele kotów. Kanarka, żeby sobie polatał po dworze. Jesteśmy odpowiedzialni. Rocznie w samym koty USA zabijają między 1,3 do 4 miliardów ptaków i między 6,3 a 22,3 miliardów małych ssaków. Dodatkowo zabijają 650 milionów gadów i płazów – też rocznie. Według australijskich badaczy koty przyczyniły się do wymarcia przyjemniej 27 gatunków ssaków i zagrażają kolejnym 127. Brytyjskie badania wskazują z kolei, że koty odpowiadają za śmierć 30% populacji wróbli w tym kraju. Jakaś ‘’pociecha’’ w tym, że włóczące się koty są dość sprawnie wyłapywane przez lisy, a i często rozjeżdżane przez samochody. Oh, jakże lamentują wtedy ich właściciele. ‘’Zaginął kot’’ – ogłoszenie tej treści można spotkać w sezonie na co drugim przystanku. Wielu tych tragedii ludzkich i zwierzęcych można by uniknąć, gdyby odpowiedzialność. Ot, tematy wędrowne, bywają różnorodne. Co do kotów, pozostajemy zgodni.

Rowery suną płynnie. Co jakiś czas oglądam się za siebie spojrzeć czy Maria nadąża, zawsze jest blisko. Mnie pochłaniają aksamitne aromaty kwitnących bzów, przeplatane soczystymi, mocnymi nutami kwitnących robinii. Las nocą, po deszczach zmysły dopieszcza. Kozły saren pochrapują ostrzegawczo. Prowadzimy teraz rowery, żeby ciszej. W ciemnościach śpiewa lerka, skowronek borowy. Jej melodyjny gwizd przenika między drzewami, jakby szukał ścieżki przez labirynt. Co za urok. Niebo już majaczy się delikatnym, choć odległym jeszcze świtem. Pogrążone jeszcze w blasku srebrzystych obłoków. I wtedy go widzimy. Jeden z kozłów saren ustawia się dokładnie na tle tej magii, stamtąd nasłuchuje i obserwuje naszego przemarszu. Myśli pewnie, że jest niewidoczny w ciemnicy, tymczasem podziwiamy go w całej krasie lornetką. Podążamy dalej. Na ziemi pobłyskuje zielonkawe światełko. Jest tak subtelne, delikatne. To świetlik! Przystajemy zachwyceni i przyglądamy się robaczkowi. Pełznie wytrwale, przypomina larwę. Mruga. Jest okazja, by owadowi dokładnie się przyjrzeć. A wszystko to pod Krzesimirem. Znów pojmuję, dlaczego ‘’impuls’’ zawołał aby jednak wracać przez las, choć to dłuższa trasa. Knieja na sam ostatek, chciała zapisać się w naszych sercach czarami.

P00603-160818
Lornetkowe obserwacje ptaków nad bagnami. W obiektywie moich gości.

A jeśli i Ty masz ochotę na jedno, dwu, lub trzy dniową, albo i nocną wędrówkę pośród Drzew Mocy, pisz i pytaj śmiało. Razem wymaszerujemy naszą… Transformację, przygodę, czy opowieść. Na wyprawę możesz zabrać kogoś bliskiego, rodzinę, partnera, dziecko. Do zobaczenia na szlaku ^^

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Majowa słota. Czas wyciszenia, chłodu, przetrwania.

Rozchlustało się. Nagle. Choć nie można rzec, że bez zapowiedzi. Bure chmury kłębiące się z wieczora, i nasilający wiatr, wieszczyły zmianę. Załamanie pogody. No i leje. I wieje. Ochłodziło o kilkanaście stopni. Ziąb hula w najlepsze, u progu lata. Nie pójdę do lasu. Nie wygrzeje się w słońcu, nie ruszę na rower, nie ucieszę śpiewem ptasim. Czy jest mi z tego powodu smutno?

NIE 

Wyglądam przez otwarte okno z izby i oddycham chwilę rześkim powietrzem, czując jak deszczowy kaprys omiata twarz. Tej nocy słowik nie śpiewał. Brzozy tańczą radośnie, te podejmują długo wyczekane, słotne święto. Niechaj nam teraz zanuci wiatr. Niech rozdzwonią się smagające krople. Już czas. SŁYSZĘ. Młode listki pęcznieją radośnie, wzmacniają, ciemnieją w sile zieleni. Drzewny organizm regeneruje, planuje i spełnia po kolei wszystkie swoje potrzeby. Bujne źdźbła traw prężą się na wyścigi z łodygami mniszka. Majowa słota. Pamiętam jak przychodziły z ulgą ukojenia dla szaty roślin, goszcząc czasem tydzień lub dwa, z małymi przebłyskami słońca. To były dobre czasy. Do domu wdzierają się zapachy mieszanki kwietnej płukanki wieloaromatu. Woda wydobywa ich najgłębszą nutę. Część z nich osadza się otoczkami kolorów wokół kałuż. Zasiadają na drodze.

roberto-aldrovandi-priroda-trava-vetochka-list-babochka-boke

CZUJĘ jak obmyte chłodną świeżością źdźbła traw nasączają się rozkosznie, stając coraz bardziej sprężyste, giętkie i silne. Spięta, zbita ziemia rozluźniła się nieco. Ulewa rozmasowała boleści. Miliony nitek korzonków teraz swobodnie przemieszczają się za wilgocią, splatają, docierają i wymieniają. Nawiązują więzy, których nie udało się poprowadzić suchą wiosną. Teraz jest na to czas. Bracie, siostro, wody starczy dla wszystkich. Odkładaj zapas. Podaj dłoń. Silna, zwarta darń. Razem. Kędzięrzawe ‘’dmuchawce’’ opłukało doszczętnie. Temu pokoleniu nasiennych latawców, nie było dane zaznać szybującej przygody. Pozostały tylko białe, łagodne oczka. Podzielam ich radość, słyszę jak pną się nasycone i uginają pod ciosami uderzających kropel. Gdy ta spływa po liściu do korzenia, kwiat podryguje wdzięcznością ukłonu.

WIDZĘ

Łysawe pisklęta makolągwy w jałowcu, trzęsą się z zimna. Ptasia Matka puszy się i otrząsa, próbując zrzucić zagubione krople. Samiec dogląda i czuwa. Otumanione zimnem owady są łatwym łupem, choć trzeba wykazać się kunsztem przy szukaniu. Dietę ratują wypłukane wnętrzności dzikich chwastów. Tych wokół dostatek. Zaskoczone nietoperze tego wieczoru nie ruszą na łów, zaszyły się w próchnach dziupli. Ogrzewa je ciepło drzew. Opiekun – jesion kołysze się i trzeszczy, w pokłonach żywiołom. Buja jak na statku. Odrętwiały łowca mroku odpływa w krainę mrocznych snów. Żegluje ku marzeniom. W nich latają puchate, tłuste ćmy i niezliczone chmary komarów. Szpaki przyzwyczajone do niepogody, teraz mają żniwa żeru. Po deszczach dżdżownice wypełzają stadami różowych sznurówek. Szok temperatury. Ucieszone ptaki zbierają po kilka, zanosząc wygłodniałym pisklętom. Sroka rechoce na kompoście, chyba się śmieje ze świata. Pszczolinki pochowały się w norkach.

Art-eagle-chicks-Birds-nest-rain-leaves-care

W ogrodzie wróble szukają czegoś pośród opadłych kwiatów czereśni. Bractwo świergotu nie zwraca na mnie uwagi, gdy idę do garażu pogrzebać nieco przy rowerze. Trzeba wymienić sztycę na amortyzowaną, zmienić opony, by poradził sobie na piaskach i zawiózł lekko w najpiękniejsze miejsca. Usunę ziemię z łańcucha. Wreszcie jest na to chwila. Ptaki pamiętają mnie z zimy. Zawsze dostają garść ziarna, otrębów i łupin, których nie dojada papuga. Lubię udawać, że ich nie widzę, choć zezem oka nacieszam ukradkiem z widoku, wtedy są jeszcze spokojniejsze. Niemrawe sierpówki siedzą wysoko na gałęzi, te potrafią moknąć godzinami i tylko strząsać piórka Jakoś nie mają ochoty robić swojego ‘’huhuuuhuu’.Wytrwałe są. Kto nie może być w dziupli, ten przeczekuje pod parasolkami liści. I tylko piegża, ‘’szary kapturnik’’ – deszczowy ptaszek, uwija się gdzieś w krzewach i podzwania swą monotonną, senną, a głośną zwrotkę. Ona tak zawsze, szczególnie w ulewne dni.
Pózną nocą, a może tuż przed świtem niebo przeciera się, wiatr przygasa. Słowik jakby tylko na to czekał. Dotrwał. Zaczyna natychmiast. Wyobrażam sobie, jak z małego dziobka wydobywają się języki pary. Ptasi Mistrz rozprasza ziąb jakąś utajoną mocą. Od razu w ciele robi się cieplej. Mimo przeszywającego chłodu jego pieśń lśni, jak za najlepszych pogodnych wieczorów, a może nawet jeszcze czyściej. Odświeżony świat znów chłonie brzmienie namiętnej arii.

Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność! Zapraszam Cię też do swojej pachnącej lasem książki, w której znajdziesz opowieści z głębin kniei do wygodnego czytania w fotelu, na hamaku czy łące. Zamówień można dokonywać całodobowo, a kurier dostarcza pod wskazany adres na terenie krajów wspólnoty UE.  LINK
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

1

Brzozowe ze słońcem rozmowy

I tak trwamy w wymianie myśli i uczuć, aż słońce wydłuża nasze cienie. Gromko dziś grzeje. Chłonę twarzą życiodajne promienie, tak wytęsknione po zimie. Czuję się jak wyleniały borsuk, co wygrzewa stare kościska. Na skraju lasu już podbiał żółty kwitnie. Brzoza białym korzeniem przy sercu łaskota i błogo człowiekowi robi. Do śpiewu nastraja. Do tańców wzywa, choć wiem, że to akurat zgryw. Znowu chcą się ze mnie pośmiać. Już długo się znamy. Parę lat. Cała aleja, szpaler ‘’mocne zawodniczki’’. Ratowały, leczyły i pomagały w trudach wielu. Lubię bardzo to miejsce, bo tutaj one przewracają się same ze starości lub od wichur, i rozpadają, a pełne dziupli sztorce kikutów zasiedlają nietoperze. Gdy otwieram oczy co jakiś czas, przestrzeń ‘’pulsuje’’ fioletowym światłem. Jak stroboskop. Dostojny żuraw szybuje i z gracją ląduje na oziminie. Od paru dni zaskakują mnie tutaj swoją akceptacją. Przylatują, tańczą a dziś jedno na moment ukłoniło się drugiemu, przysiadając. Z pola nadchodzą sarny. Pląsają beztrosko. Odludna okolica. Szare moro zlewa się odcieniem z brzozowym pniem, nie dostrzegają mnie.

Czołem dotykam kory i jednocześnie opieram na niej dłonie. Od jakiegoś czasu zauważyłem, że taka pozycja jest mi najlepszą do skupienia i przepływu. Drzewo przegląda mnie sobie, czyta moją duszę jakby przewracała kartka po kartce. Tak to czuję. Bardzo połączonym się wtedy staję z…? Od przyjaciół ludzkich będących daleko napływają myśli i emocje, jak się potem okazuje, aktualne na dziś. Brzoza ‘’kartki’’ sobie wyciąga, przypatruje uważnie, wzdycha… Trzy piętra w nastroju niżej. Ot tak, nagle. Do głębokiego strachu. Znowu? Czego tym razem się boję? Kiedy tego koniec? Brzozy się powtarzają, ale rację mają. Z tym tańcem, ruchem i wytrząsaniem. Powinno się na bieżąco, ale przecież nie będziesz się za każdym razem otrząsać jak piesek. Dlatego z drzewami jest zawsze tak… zaskakująco… Nigdy nie wiesz co Ci pokażą, co zobaczysz o sobie. Na miłe szczęście, im nic w człowieku nie przeszkadza. Robią co potrafią, abyś i Ty poczuł się jak one. Słońce rozlewa się w plecach błogością, a w lesie urzęduje chór ptaków. Są czyżyki, kosy, lerka, szczygły i kruki. Ptasi gwar przybiera na sile wraz z kołysaniem pękających sosen w tle. Gdy zerkam na czas i chcę już ruszać, brzozy nie puszczają… Niewidzialna nić, nie pozwala jeszcze mi stąd odejść.

Będziemy czekały na Ciebie tu zawsze,
Pod wiatrem, pod niebem z gwiazdami

Gdzie zdarzenia dzieją się najciekawsze
Cieszymy, gdy jesteś tu z nami

I jeszcze ostatnie minuty,
Niech nuty popłyną przekazu,

Nim pyłem w pośpiechu zakurzą się buty,
Nie odchodz tak prędko, od razu

Słowa raz jeszcze rozdźwięczą,
Ziemi Ty dotknij w pokłonie,

W kolorach aury pomaluj się tęczą,
Do Matki zbliż swoje dłonie

I mów:

‘’A wszystko opuszcza me ciało,
Co bolało przez długie miesiące

Co się miało wydarzyć już stało,
I zdrowiem oddycham dziś w końcu

W głębiny macierzy oddaję,
Każdą przyczynę bezSiły

Odtąd w swej mocy powstaję
Wigorem już tętnią me żyły’’

Słońce w promieniach roztopi
Zalśni potęgą jasności,

Deszczyk wieczorem pokropi
Byś istnieć mógł w tej radości

Ciepło wypełni niech ciało,
Światło rozleje kaskadą

Obserwuj co będzie się działo,
I wspieraj tą brzozy poradą:

Ugłaskaj trawy w czułości,
Miękko, łagodnie z pieszczotą,

Zobacz jak dobrze już łożą się sprawy
I życie podejmuj z Ochotą

Powtarzam – mamrotam za brzozami ten rozświetlający wiersz. Dużo płaczę. Jak to zawsze wtedy. I zostaję jeszcze. Siadam pod kolejną. Ciepło z nagrzanego pnia jakby przechodziło we mnie, rozkładam jeszcze szeroko ramiona do słońca, aby złapać go jak najwięcej. Ależ się zmieniłem. Księżycowy, nocny, zimowy włóczęga, teraz tylko by się grzał i spoglądał w błękit. Gdy patrzę w bok, widzę w marszu dwie sarny, te same które przyszły z pola, ruszają nań znów. Zerkają zza pni. Pewnie były pić. Drzewa ślą do nich uspokajające wiadomości. Tym razem ‘’gapcie’’ omijają mnie po zapachu, małym łukiem. Lerka – skowronek borowy, z uporem melancholii podtrzymuje swą jednostajną zwrotkę gdzieś nieopodal. Jutro będzie deszcz.

P00308-153010

Brzozowa pieśń nadziei. Bielik, posłaniec wiatru.

Ostatnio mniej bywałem w lesie, bo i prace nad książką, czasem bywa tak, że chcąc nie chcąc więcej czasu spędza się za biurkiem. A człowiek ‘’gnuśnieje…’’ i tęskni. Im dłużej nie wychodzę, tym ciało zaczyna bardziej słabnąć, aż do objawów chorobowych włącznie. Ciekawe to zjawisko, ale tak mam. Jakby te energie leśne zasilały mnie w zdrowiu.
Pod dębem zastają mnie…ogniska. Resztki popiołów. Drwale palili tu ogień i cięli w plastry sosnowe bele. Tak blisko niego…Słyszał wszystko. Pochłaniał wibrację mechanicznego rzężenia, czuł zapach żywicy sióstr, które jątrzyły ‘’aromatem’’ w odruchu obronnym. W świecie drzew zapach też jest informacją. Patrzę, że kora staruszka pokryła się pajęczynami białej pleśni. Świeże. Krzesimir dziś jest nieobecny. Jakby był bardzo daleko. Nie mamy kontaktu, łączności. Nie dziwię mu się. Gdybym potrafił, też bym uciekł z dala od tego…
Wiem, że dziś nic tu po mnie. Nic na siłę. Wołają natomiast brzozy spod lasu. Te same, które kręgi pokazywały i opowiedziały mi w jakich pozycjach się uziemiać. Jest już dość późno. Słońce zajdzie w ciągu ponad godziny. Przytulam brzozową damę i witam się w przypomnieniu. Nie przeszkadza, że jesień. Ciepło jest jak wiosną. Wokół szybują niemrawe owady. Szybko nawiązujemy wesołą łączność. Najpierw chce mi się śmiać. Czuję jak wzmacnia moje ciało, łechcze, a objawy lekkiego przeziębienia z wczoraj (skąd u licha) znikają. Drzewo leczy. Myślę i opowiadam jej w tych myślach, bo wiesz kochana, ktoś mi ostatnio powiedział, że jesteście gatunkiem borealnym, i dlatego wymrzecie w Polsce. Przez zmiany klimatyczne. Też mnie to zaniepokoiło. A ona…Roześmiała się beztrosko.

– Nie zna potęgi drzew… Łatwo nie będzie, lecz nie, nie odejdziemy. Mamy szerokie zdolności przystosowawcze. Dostrajamy się, powoli, zawsze próbujemy. Widziałeś już przykłady naszej woli życia. Ona zwycięża tam, gdzie zdałoby się nie powinna. Klimat zmieniał się już, wiele razy, a wciąż tu jesteśmy. Były chłody i krótkie dni. Tam skąd pochodzimy rośniemy skarlałe, powykręcane, walcząc z mozołem każdego dnia, a mimo to trwamy. Wiesz, że choćbyście ‘’dali z siebie wszystko’’ w niszczeniu Matki, my przetrwamy. Życie zostanie zachowane. I odrodzi się. Wystarczy jedno nasionko zapomniane, zasuszone w pajęczej sieci. O to nie bój.

I dziwie się brzozie. Jak to jest, że z jednym drzewem, nawet bardzo zaprzyjaźnionym można mieć ‘’ciche dni’’ a inne kawałek dalej okaże Ci pełnię swojego wsparcia. Bo już czuję jak mi się dusza śmieje. Jej białe gałęzie złocą się w zorzy zachodu. Trzy siostry. Brzozowy krąg Mocy. Wokół krząta się ptasie życie. Któryś z dzięciołów pastwi się nad sosną. Głuchot stukotu. Wołanie sikory czubatki niesie się migotem pomiędzy pniami, za nią podążają zawołania wszędobylskich bogatek. W oddali słyszę szelesty sarnich cieni. Te już czają się w głębi lasu, ociągając z wyjściem na oziminę. Pewnie czekają aż sobie pójdę. Dawno mnie nie było, lecz one pamiętają. I gdy tak zatracam się w istnieniu wokół, dostrzegam że na horyzoncie szybuje jakieś wielkie ptaszysko. Szybko podnoszę lornetkę pochłaniając zdumienie w zdziwieniu. Toż to Bielik! Dawniej i orłem zwany. Krótki ogon. Szarobure pióra. Wiosłuje w powietrzu majestatycznie, zagarniając pod skrzydła kolejne połacie przestrzeni. Ptasi król dostojeństwa, bystry, potężny i srogi. I jakie to ja mam szczęście? Widziałem bielika nie tak dawno w innym rejonie okolicy, a za chwilę kojarzę że przecież widzieliśmy go też wiosną, jak atakowały go myszołowy. Wtedy nie miałem lornetki i nie mogłem być pewien. A zatem osiedlił się tutaj. Co za radość i atrakcja! Największy nasz ptak drapieżny, o rozpiętości skrzydeł przekraczającej dwa metry. Olbrzym. I niezły zabijaka, owiany opowieściami, legendami, przesądami… Nielicznie lęgowy. Przez całe życie ich tu nie widziałem. Mijają sekundy, gdy ptasi władca przenika po niebie, zostawiając mnie z otwartą gębą zachwytu.

I wiem, że ten ‘’orzeł’’ to jakiś znak, którego na moment nie potrafię odczytać.
Gdy głowa wraca ‘’ na ziemię’’ zastanawiam się. Czy ona wie. Co tutaj się dzieje, tam kawałek dalej, każdego dnia, gdzie szaleje piła…

– Oczywiście, że wiem. To nie tak daleko. Wszystko słyszę, odbieram, przeżywam…Czuję. Staram się być… w sobie. Tutaj. Spójrz w górę! Co widzisz? Drzewa, ich pnie, korony, gałęzie. Sterczymy osobno, czasem blisko siebie. Z pozoru osobno.

Patrzę w górę i się zaczyna. Widzenie energetyczne. Tak chyba można to nazwać. Wyświetla. Jak drzewa rosną, a z czubka każdego z nich wyłaniają się świetliste, złote więzy, jak liny. Kręcą się jak wiatraki, zahaczając o inne takie sznury, a wtedy napinają się jak postronki i scalają. Tworzą pewną siatkę. Teraz wiele mi się rozjaśnia, bo widziałem te ‘’linki’’ nie raz, nie wiedząc co mogą oznaczać. A ona kontynuuje:

– To jest to, czego nie widzicie. Gdybyście widzieli, czuli! Wczuć potrafili w drugą istotę. Przełamać uprzedzenia. Tak jak odebraliście wszelkie prawa do przeżywania, tak ponownie można nadać. Nikomu nie byłoby krzywd. I te więzy niszczy człowiek. Dziwiłeś się liniom, które nieustannie widziałeś między roślinami wszelkich gatunków – tak powstają. Więzi tworzą się na czas istnienia, wymieniając potrzebną informacją. Spójrz pod nogi. Tam, pod Ziemią w dotyku, przyjazni, braterstwie, ‘’ręka w rękę’’ korzeń w korzeń łańcuchem spleciony kilometrami się niesie. Każdą wieść otrzymam, co dzieje się na drugim końcu lasu. Co u siostry i brata. Czego im trzeba. Dudnienie, które nieraz stamtąd, z dołu odbierasz. To właśnie rozmowa drzew. Tak dobrze się słyszeć z wszystkimi. A człowiek przychodzi, i zrąb robi. Żeby było głucho. Izolacja. Niepewność. Brak informacji, wiedzy, łączności. Trudne dla nas. Ale wiedz, że informacją lepiej się posługujemy. Nie było ludzi, a drzewa były. Formę tylko zmieniły. I w sprzyjających warunkach informacja w nasieniu zmienić się może, wracając do formy pierwotnej. Wszystko zostanie zachowane i zaczeka na swój czas. Przetrwamy.

Odpowiada znienacka. Wszystko tak jakoś mi… poważnie jak na brzozę. Cały czas jesteśmy w utuleniu. Słońce prześwituje ognistą pomarańczą zza odległej ściany lasu, a mi zdaje się, że słyszę… Jak ona coś nuci. Wsłuchuję. Jest w głowie, lecz jakby odbierało serce. Poznaję! To jest to. Tak dawno nie słyszałem ich śpiewu. A to zjawisko tak rozkoszne, że mógłbyś pozostać w tym słuchaniu całe wieki. Tak bliskie źródła… Głos ma łagodniejszy niż sosna czy topola ciepły, przyjazny, dobry, i tęskny…I tylko sylaby słyszę. Mimo to one nimi tak modulują, że masz wrażenie jakby anioł śpiewał. Coś jakby rozwlekłe, rzewne Miiijaaaaaaa diiiiiiiiiii, i zawsze słyszę w ten sposób. Dlaczego nie ma słów? O czym Ty śpiewasz?

– O nadziei…

Słowny odzew.

– Jakiej?

– Naszej… Dla nas wszystkich. To nasze spotkanie natchnęło mnie nią. I chcę aby inni usłyszeli. Tworzę informację, niech płynie… pieśń innym drzewom najłatwiej odebrać. Powtórzą, przekażą kolejnym. Wolniej tylko to trwa. Dziwiłeś jak to możliwe, że ludzie z drugiego końca świata mówili Ci o drzewach, które wskazały na Ciebie i powiodły do spotkania. Tak to się niesie. Mówiłam, potrafimy posługiwać się informacją. Na wiele sposobów. A słów nie potrzeba w pieśni. Dawniej, gdy pierwsi bardowie zachwycali rzesze oczarowanych słuchaczy, dlaczego? Bo uczucia w głosie przekazywali. I Ty wiesz, że to trafia najbardziej. Zaśpiewaj ze mną… O nadziei dla nas wszystkich.

Ale nie potrafię jeszcze tego zrobić. Trzęsę się tylko cały w płaczu i ściskam mocno. Jak one wszystko wiedzą! Jak niewiele pragną… obserwując las i jego mieszkańców tyle czasu, do jednego dochodzę wniosku. Każda żywa, tworząca istota chce tylko cieszyć się spokojem i wzrastać do pełni. Nie musieć się bać, stworzyć jakąś społeczność, oddać Ziemi potomstwo, godnie zestarzeć…Na pewno nie czyha na nasz dobrobyt. A co robi człowiek? Martwi się o potomstwo wszystkich innych gatunków ‘’żeby nie było za dużo’’, tylko nigdy nie stosuje tej miary do siebie, powielając kolejny już miliard. Dzikim zwierzętom, które mogłyby żyć jak np. dzik około 30 czy jeleń, 20 pozwala przeżyć kilka, po czym strzela. Drzewom zaś określił ‘’najlepszy wiek rębny’’, który nie jest nawet 1/3 ich żywotnych możliwości przetrwania.
To wszystko takie pomylone.

P91119-151555

Gdy tuż przed zachodem słońca brzozowa pieśń cichnie, wręcz siłą odklejam się od niej, podążając polem przy skraju lasu. Chcę jeszcze go obejść nim nastaną ciemności. Trójka płowe śliczności leżących na polu rozwiewa moje plany. Sarny w błogim relaksie wieczoru. Kiedy tak polegują, niełatwo je wypatrzeć. Inna nieopodal zajada się smakowicie, wypinając w moim kierunku lustro białej ‘’dupki’’. Przejścia nie ma. I tak to jest w lesie. Zawsze trzeba być gotowym na zmianę scenariusza. Staję lekko za Dobrą Sosną, tą samą od której pierwszy raz w życiu usłyszałem drzewną pieśń. I ona dygocze radośnie w powitaniu, ja pochłaniam swą uwagę w zwierzętach. Drzemią leniwie. Bycie w lesie. Jak na wiele sposobów można. Założyć słuchawki i przebiec główną drogą. Pohałasować na wybojach rowerem, zaryczeć quadem czy terenówką. Ja wolę tak. I takiej obecności nauczać. Udało się nadejść z kunsztem, nie zbudziwszy czujności aż czwórki zwierzaków. Ale ziemia jest miękka po deszczu. I gdy tak rozmyślam, dostrzegam nisko nad polem szybującą potężną sylwetkę. Mknie wprost na sarny. Podnoszę szkła lornetki i co widzę – znowu Bielik! Tylko co on próbuje? Przemyka tuż nad zwierzętami, a te podnoszą się raptownie. Jedna podskoczyła. Nie lekceważą go. Pozorowany atak czy próba? Ale że na sarny? Przecież nie dałby rady. Może sprawdza ich reakcję… Ptak mknie wprost na moje stanowisko zbliżając się błyskawicą, wiem że, musiał chyba mnie dostrzec… Potęga drapieżnego dzioba, chce zbadać wszystko co dzieje się w jego królestwie.
Tak. Niemal przed głową ‘’wywija mi orła’’ wymachując łuk szerokim skrzydłem i wzbija nad las. A ja dygocąc z radości obserwuje wszystkie szczegóły wyglądu i upierzenia władcy w lornetce.Do ostatniej chwili jej nie opuszczam. To musiało być z ciekawości… ‘’nieliczny ptak lęgowy’’ jak o nim piszą. Mam farta. Wieszcz ptasiego przesłania. O czym chcesz mi powiedzieć?

I w tej ekscytacji popełniam błąd, nadeptując na gałązkę która pęka z dość głośnym trzaskiem. O nie! To musiały sarny usłyszeć… Spoglądam w ich kierunku, i widzę jak ze skraju lasu właśnie wynurza się kolejna. Za nią następna. Łącznie trzy. Zupełny spokój. Pojmuję co jest grane – one zbliżając się hałasowały subtelnie po swojemu, co tamta musiała słyszeć, a mój trzask zbiegł się z wyskokiem innej. Wszystko wydarza się idealnie… A one. Patrzą w kierunku tej która skubała samotnie. Przewodniczka pląsa do niej lekko. Swobodne susy i już jest obok. Z nią tamte dwie. Widać radość z jaką dołączają do siebie. Jakby nagle odnalazły przyjaciółkę. I już są razem. Stoją, patrzą, skubią… Widoczność dogasa.

Wdrapuję się na zwyżkę pod parasol sosnowego dachu, skąd mam widok na zasypiający już w tajemnicy majestat pól. Może coś jeszcze zobaczę. Raniuszki sadowiące się w koronie sośniny na nocleg, terkocąc ostro wyprawiają mi słuchowisko. Aż się dziwię – o tej porze? Wszkaże raniuszek… I jak taki mięciutki, puchaty delikatny ptaszek, a odzywa się jak brzytwa. Choć miło. Nie przestają, a nasilają wręcz. Powoli zaczynam myśleć, że to może przeze mnie, jestem prawie na szczycie sosny, może mnie widzą. Gromadka ptasząt wydaje z siebie mało melodyjne siiiiiiii, siiiiiiii po czym odlatują. A mi gdzieś w szczycie macha gałązka. Mignęło wrażenie. Odwracam głowę, dostrzegając jeszcze ciemny smyrg. A to, kuna! To na nią musiały wołać czujne maleństwa. Znika tak szybko jak się pojawiła. One potrafią skakać jak wiewióry i wędrować tylko po drzewach.

– Uiiiiiiii! Ueeeeee! Yuuuuuueee, uuuuiiiiiii!

Wybucha mi wysoki wrzask za plecami. Mało nie zlatuję ze zwyżki. Sowia kobieta straszy. Zmieszała swój jazgot tak, że w pierwszej chwili wziąłem za pójdźkę, po chwili pewnym będąc samicy puszczyka. I czego to krzyczysz, po nocach, czatowników straszysz… Tak. Potrafią wylądować na konarze tuż obok, i jedyne co usłyszysz (jeśli) to skrobnięcie pazura na korze. Tej nie widzę. Odzywa się blisko, lecz poza wzrokiem. Wszystko na mnie dziś wrzeszczy…  Ciekawe czy raniuszki ją widziały, a może to ona była obiektem ich niepokoju? Zagadki. Ciemność mości się wygodnie w zakamarkach gęstwin, rozkładając dywany czerni w powłokach szarych tajemnic. Tu wszelkie nieprzepracowane strachy i duchy karmią się potęgą nicości, urastając do miana paniki niekiedy. Mroki wypływają na swobodny spacer. Mnie wypełnia spokój. Są dwa termosy i chlebak z kanapkami, ciepły koc pod zadkiem. W myślach żegnam się z Dobrą Sosną i jej przyjaciółkami jakimś wierszem. Spomiędzy poczochranych szczotek gałęzi, migotają przebłyski pierwszych gwiazd. W kniei przyczaiły się odległe szelesty. Pora rozpocząć nocne czuwanie.

Pierwsze wezwanie Deszczu. Leśna modlitwa dla Drzew.

Ależ dostałem ostatnio lekcję wiary leśnej. I zaufania. Wybrałem się w czwartek ‘’na pełnię’’ w teren aby skorzystać z blasku przybierającego już księżyca w czuwaniu. Po drodze odwiedziłem moje uzdrawiające Brzozy. Tym razem… ścisnęło aż z żalu na ich widok. Przyklapnięte. Niemrawe. Liście pożółkłe, wyschnięte, z brązowymi śladami po brzegach jakby od przypalenia… zwijają się. O, jakże brakuje im do tej normalnej kondycji zdrowego listowia. Nawet humor ten ich wieczny, gdzieś wyparował. Widać jakby goniły resztkami sił… w życiu nie widziałem ich w tak fatalnym stanie. Targa mną współczucie. Tak bardzo chciałbym im ulżyć! Tyle dla mnie zrobiły… Moje uzdrowicielki. A przede mną obraz…potrzeby. Bezsilność i rozpacz przejmują ster, a ja padam do nich w objęcia współodczuwania, płacząc… Jak mogę Wam pomóc?

Reagują. Zaczynają poruszać gałązkami. Cieszą się, że zauważam i nie jestem obojętny. Że nie przychodzę prosić o swoje, w takiej chwili. Całuję te suche jak papier listki. Przychodzą różne myśli. I słowa.

– Wytrzymajcie chwilę jeszcze, nim nadejdą Wasze Deszcze…

A może by tak… Gdyby zawierzyć Mocy Słowa wieszczonego, wespół z nimi poprosić o opady? Nie… Przecież jest susza. Nie będzie jeszcze padać przez tygodnie. To się nie uda. Co Ty sobie myślisz – ? Blabla wątpiący umysł.

One szumią. O połączeniu. I wzajemnej mocy. Proszą o te wsparcie.

– Dlaczego wiecznie się dziwisz? Mówią Ci znajomi o truciznach z nieba, wyjałowieniu, sterowaniu pogodą, a co w tym dziwnego? Nawet Drzewa potrafią nią kierować. Matka zawsze słucha swych dzieci. Fale 5G…One zagłuszą to jeszcze bardziej. Obecnie za dużo tego. Tracimy obszary, gdzie możemy działać. Zbyt wiele czynników, przeciw. Pamiętasz pogodę dawniej? Chłody, słoty, wichury, burze, ulewy? Oh, jakże bosko szalały z nami żywioły. Radziłyśmy jeszcze sobie. Pomóż Nam… Drzewa utraciły cząstkę swej sprawczej Mocy, ale razem ciągle możemy jeszcze. Człowiek – Kreator, w połączeniu z Przyrodą wielką ma siłę wezwania. Niech będzie Was wielu! Nie pozostaniemy dłużne… Nigdy nie jesteśmy.

Ryczę. Co ja mogę zrobić? Tylko pokazać, że rozumiem, wiem, nie jestem obojętny, współodczuwam. Mimo to, we łzach płyną słowa, które jakoś wypowiadam. W głowie echo brzozowych dziewczyn dzwięczy prośbą. Mówią przeze mnie. Płynie. Leśna modlitwa Deszczu.

Życzę Wam Kochane Drzewa, 
Aby przyszła tu ulewa,

Wytrzymajcie trochę jeszcze, 
Nim nadejdą rześkie Deszcze

Jestem tu w ofiarowaniu, 
By zawierzyć, odczuwaniu

Błogosławię tej przestrzeni, 
Aby mogła się odmienić

Wodne święto to nadchodzi, 
Bieg odmieni, i ochłodzi

Człowiek ramię wespół z Drzewem 
Krople życia wzywa Śpiewem

Wołam rosę, mgły i burze,
Niech na szlaku lśnią kałuże

Deszczu, deszczu, ukochany,
Tyś nadzieją, naszej zmiany

Przybądź szybko, tu na Ziemię,
Gdzie już czeka Twoje plemię

Spragnione,

Wszystkie Cię wzywają One

Już zrywają się wichury
A po niebie pędzą Chmury,

Burza,

Woda wartko płynie Duża

Napełniają się korzenie, 
Obmywają pył kamienie,

Już wypełnia przeznaczenie, 
Las pochłania ukojenie

Swoje,

Uczyniło słowo moje,

Działa dawny ten czar który, 
Tchnie harmonią rytm Natury

Wyciągamy w górę dłonie, 
Z serca sił wołamy do Niej

Matko nasza, Ziemio Święta, 
O swych dzieciach tu pamiętaj

Uczyń co potrzeba w niebie, 
Aby ulżyć nam w potrzebie,

Wielkie w potok płyną strugi,
Nagradzają czas ten długi,

Suszy,

Oh, jak mokro, 
Oddajemy Tobie pokłon

Wodo

Tu olbrzymy Dębów stoją, 
Popatrz jak się błogo poją,

W równowadze żywioł wzbiera, 
Wszystko to się dzieje Teraz

Dziękujemy

Wypłakany, podbiegam jeszcze do każdej wokół na chwilę się przytulić. I choć wiem, że to co się stało bardzo jest ważne, szybko o sprawie zapominam. Czwartkowy wieczór spędzam pod księżycem obserwując łanię z dwoma pociesznymi maluchami. Kiedy wracam, brzozy wydają się być wyobcowane, skupione, twardo śpiące…

Piątek po południu. Wywalam pościel do wietrzenia na balkon i zaczynam sprzątać. Jakież moje zdziwienie, gdy za parę minut na słupkach dostrzegam ślady kropel. Czyżby?? Myślę o wczorajszym. Eee, nie, poprószy kropelką i rozejdzie się jak to od tygodni. Za chwilę kołdrę jednak muszę schować, bo… rozpaduje się! Cały czas ‘’modlę się’’ aby rozkręciło. Bo sączy tak, jakby ktoś u góry przykręcał kurek albo podkładał szmatę. Wiem, że takie ‘’podchody’’ rozdrażniają tylko Drzewa. Bo to trochę tak jakbyś tydzień nie pił, a ktoś Ci w gardło spryskiwaczem raz chlasnął. Delikatnie, ale pada. Nocą nieco przybiera. Jakaś krótka przerwa. O świcie gęstnieje i leje aż do 9 tej. Co za ulga! Tyle to już coś. Bo przez pierwsze kilka godzin wchłania roślinność zielna, i drzewa nie dostają z tego prawie nic. Im dłużej pada, i gleba nasiąka tym mogą one skorzystać. Jestem z nimi – i tak się cieszę! Śmieję się, jak bardzo bliskie stały mi się ich sprawy. Pamiętam jak w zeszłym roku jesienią tańczyłem z nimi w deszczu. Teraz mamy nawet wspólne upodobania pogodowe. Myślę, czy to w ogóle możliwe? Czy aż taką wspólnie dysponujemy Mocą? A może to tylko przypadek? Spoglądam na brzozy przed domem. Wydają się być dużo bardziej rześkie i pobudzone. Choć to za mało na ich potrzeby, zawsze jakieś wsparcie.

Kiedy znajdziecie się pośród swoich ulubionych Drzew w potrzebie podczas suszy, proszę przeczytajcie im fragmenty tej leśnej modlitwy którą mi ofiarowały. Możecie też ułożyć własną, lub dodać co przyjdzie od serca. One nam pomagają – zawsze, kiedy mogą. Tworzą mikroklimat, zatrzymują wilgoć, wspierają powstawanie gleby, użyźniają. Zróbmy coś dla nich. One poprosiły, tak wyraznie. Zaproście znajomych do wydarzenia, spotkajcie pod Drzewami i po prostu poślijcie do Matki Natury intencję wodnej pomocy dla naszych liściastych Przyjaciół. Podziękują Wam w każdej sekundzie produkcji rześkiego tlenu, pobłogosławią w problemach i – sami zresztą wiecie, co potrafią 

Mija niecała doba, od momentu zamieszczenia tego tekstu. Wieczorem zaczyna padać. Najpierw nieśmiało, jakby coś z uporem wstrzymywało pełen rozlew. Słucham w oknie brzęczącego po dachu i w rynnie deszczu. Trwał do 9 rano. Drzewa dostały kapkę swojej ulgi. Choć to ciągle za mało…

Lekcja. Nie wątp w cuda. A zwłaszcza w opiekę Natury.

————————————————————————-
————————————————————————-

Witaj! Dziękuję za Twoje odwiedziny w Krainie Szeptów. Jeśli masz ochotę na więcej opowieści, budujących historii, pieśni, gawęd i przesłań Drzew Mocy, zapraszam Cię do swojej leśnej książki, którą można już nacieszyć się w postaci e booka oraz drukowanej. Jest ona do zdobycia tutaj. Po złożeniu zamówienia kurier dostarczy ją pod wskazany adres 🙂 
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

Zaczekaj jeszcze! Możesz też wesprzeć dzieło tego bloga i pomóc w realizacji bieżących projektów oraz sprawić aby te treści dotarły jeszcze dalej, lub po prostu podziękować autorowi za czas spędzony z czytaniem. Twoja pomoc będzie dla mnie świadectwem do kontynuacji tej pisarskiej pracy. Zajrzyj również tutaj:
https://pomagam.pl/szeptyknieipomoc

maxresdefault

W blasku błyskawicy. Owocowi goście i nocne czuwanie z burzą.

Dziś w mojej leśnej przestrzeni – Witarianie  Przyjeżdżają osoby poznane na Owocowym Festiwalu. Niezwykłe historie kolei żywota. Sławek przez większość życia był zapalonym wędkarzem. Teraz na surowej diecie, z totalną zmianą świadomości, nurkuje i podziwia ryby, które niegdyś łapał. Opowiada mi niestworzone rzeczy, jakie podpatrzył w głębinach! Maleńki ciernik budujący gniazdko ze staraniem w ciemnej toni uruchomił wzruszenie, od tego zaczęło się zrozumienie i osobista przemiana. Że ryby, to istoty, których codzienne życie i sprawy niezbyt odbiegają od naszych spraw. Fascynujące, delikatne, mądre. Mówi mi o ich charakterach i ciekawości. Jak grupa linów podpływała aby przyjrzeć się nurkom. O szczupaku, który podpłynął i którego głaskali z kolegą, a on wyprężał grzbiet pod dłonią, jakby mu się podobało  Wiedzieliście, że karpie na dnie stawu wykopują sobie muliste doły w których lubią wypoczywać, i urządzają sobie takie ‘’łazienki’’ miejsce z wystającą gałęzią, aby się o nią ocierać i drapać? Zupełnie jak dziki  Chłonę tajemnice głębin ze słów mojego gościa. Kosmos zagadek, dostępny w skafandrze na wyciągnięcie ręki. A tymczasem Przyroda nam dopisuje…

Zaraz po wyjściu z auta widzimy w jęczmieniu sarnę. I wszystko dzieje się w ciągu jakichś 10 minut… Na przyleśnej dróżce obok rzepaku wynurza się łania, ta obserwuje nas długo, ani drgniemy. Wreszcie wchodzi spokojnie do lasu. Robimy kilka kroków, kiedy znowuż z rzepaku pojawia się czarny kształt. Młody dzik, wycinek, samotny. On nawet nie ucieka. Rzepak raptem cichnie – jakby zwierz się położył. Boso przechodzimy tuż obok niego. Kolejny szelest. Na ścieżkę wychodzi nam borsuk. I znów pogrążamy się w bezruchu, patrząc jak grubasek kręci się i węszy. Szturmują nas zaciekłe komary. Co tu się dziś dzieje! Pierwsze kroki pod lasem, a pojawia się tyle zwierząt. Pamiętam jak pytałem przed wyprawą drzew gdzie się udać, i usilnie wołały tutejsze brzozy. Widać przygotowały nam niespodzianki. Wdzięczność  Trzeba być naprawdę cicho. Szybko mówimy już tylko szeptem, nie chcąc przeszkadzać świątyni tutejszych mieszkańców.

P90611-043127

Ciepło, cieplutko… Całą noc spędzam boso. Przygląda się nam połówka wzbierającego księżyca. Pełnia za kilka dni. Na łące się rozstajemy. Bo za moment zwierzęta zaczną tutaj buszować własnym rytmem. Każdy do swojej czatowni, gdzie osobno spędzamy krótką nockę, zatopieni w ciszy swoich procesów. Frywolne nietoperze wirują wytrwale podlatując tuż do twarzy, albo przenikając w pędzie między belkami ambony. Pomocni towarzysze, nocni łowcy i żywe środki komarobójcze. Dobrze poddać się ich opiece. Owady dokuczają znacznie mniej. Czas oswajać z bladym mrokiem. Czerwcowe Białe Noce parują zapachem dusznego siana i orzeźwiającej wody, kiedy zaciąga chłodem z nad bagna. Tu ‘’piłują ciszę’’ nocni mistrzowie ptasi. Słowik, rokitniczka, łozówka, i monotonny świerszczak. Tylko bąka jakoś brak… bez niego, to nie to. Niespodziane wabienia sikorze i szczebioty jaskółek, to sprawka naśladowców – rokitniczki i łozówki. Ale one potrafią wpleść w swój repertuar chyba każdy zasłyszany głos. Trochę jak papużki faliste. Rozróżniam jeszcze jeden szeleszczący śpiew. Chwila skojarzenia – tak, to strumieniówka! Kolejny niepozorny maleńki śpiewak bagienny. Zawsze kiedy słyszę takie ptaszki, chce mi się śmiać. No bo jak to tak – otwierać gardziołko przez tyle godzin, żeby wydawać z siebie tak nużący, jednostajny dzwięk? Przysłuchuję się strumieniówce. I dochodzę do wniosku, że jej śpiew wybrzmiewa tutaj w idealnej harmonii z otoczeniem. Jakby ktoś pocierał szorstko suche źdźbła trzcin. Ona w nich mieszka, jest przesiąknięta szuwarami na wskroś. Może w ten sposób składa hołd roślinie, z którą na wieki splotła swe istnienie? Mistyka rozważań.
Coś pluska z gromem rozgłosu. Jakby z nieba spadł kamień na wodę. Aż drgam. Pewnie skoczyła jakaś wielka ryba. Bagno odpowiada niepokojem. Mamrocze sennie żuraw i chrypi czapla. Rozwrzeszczało się kilka kozłów saren ukrytych w okolicy.

Błyska się. Cichutko podzwaniają polne świerszcze. Ta noc naprawdę czaruje… przez kolejne godziny podziwiamy oboje formującą się burzę. Jej pomarańczowe jądro rozświetla się co kilka sekund, w kłębach burych chmur. Wygląda złowieszczo, ale i zachwyca. Na ziemię spływają stroboskopowe fale światła. Pod czatownią rozrabia niezgrabny borsuk. Potrafią nahałasować. Za chwilę przez sianokos drepta jenot. Żadne z większych zwierząt nie odważyło się dziś wyjść na świeży pokos. Zbyt gwałtowna zmiana. Ale szary nocny wędrowiec ma to gdzieś. Węszy i rozkopuje trawę. Kwik niedalekich dzików, chyba się pogryzły. Dziś mgieł nie będzie. Nie ma nawet rosy. Energia błyskającego żywiołu pochłania w siebie całą dostępną wilgoć. Szarzeje świt…

P90611-050811

Nadchodzi w rozbłyskach. Wymija nas bokiem. Ptaki nic sobie z tego nie robią, skowronki zaczynają nucić jakby nigdy nic. Robi się widno. Bure smugi sunące tuż przy ziemi. Lisie rodzeństwo… Widać, że nie są jeszcze wyrośnięte. Bawią się i dokazują na dróżce. Skoki, zaczepki, uniki! Jak to dobrze weselić się w świecie. Wyszły z pobliskiego stogu. Szybko się rozjaśnia. W ptasim zegarze wybijają kolejne pory. Za chwilę słychać już drozda, kosa, szpaki, rudziki – koncertuje cały leśny chór. Dostojne żurawie szybują z majestatem gdzieś na śniadanie wśród łąk. My rozmawiamy pod brzozami. Opowiadam o ich sennych marzeniach i tęsknotach. O czym mi kiedyś wyśpiewały

W pamięci Ziemi, 
Starszej niż czas,

Rósł tutaj niegdyś, 
Wspaniały las.

Pełen był mocy, 
Zachwycał potęgą,

Niemal świat cały,
Otulał wstęgą.

Do niego wracamy,
Jego wspominamy,

Z nim jednoczymy,
I o nim śnimy.

I pracujemy, wciąż razem w pokorze, 
Tęskniąc do tego, co wrócić nie może.

Ujrzyj go teraz, ten bór pradawny, 
Niech Ci ukaże, nasz sen się jawny.”

W jednym z wiszących liści uśpiły się trzy maleńkie muszki. Wyglądają tak słodko. Drzewa co i raz wtrącają się z liśćmi, które lądują bezszelestnie gdzieś obok nas. W pewnym momencie zauważam. Kozła sarny, który żuje, stoi, i gapi się na nas jakby nigdy nic. A przecież cały czas rozmawialiśmy normalnym głosem! Nie wiem jak długo nas słuchał. Odruchowo wskazują nań ręką by pokazać Sławkowi, wtedy zwierz umyka chrypiąc. Czyli – dopóki żeśmy nie zwracali na niego uwagi, i on nie czuł się zagrożony. Darzą nas zwierzęta zaskoczeniem swojej mądrości. Poranek targa ciepłym wiatrem, gdy sunąca burza przemyka obok. I nikt nie ma ochoty wracać…

Bohaterka gawędy: Strumieniówka

⚡️ A jeśli i Ty masz ochotę na podobną leśną przygodę, pisz, pytaj  Indywidualne wyprawy możliwe są cały rok. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść. Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

Dziękuję za odwiedziny w Krainie Szeptów! Po więcej wędrownych gawęd i opowieści zapraszam Cię do papierowego wydania naszej książki, którą można zamówić w księgarni RIDERO. Zamówienia można składać całodobowo, a kurier dostarcza księgę pod wskazany adres, na terenie wszystkich krajów wspólnoty UE. LINK do sklepu:

https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

Majowa wyprawa po zioła. W brzozowej krainie uśmiechu.

Majowe zagajniki, a w nich słowiki, pokrzywa i jaskółcze ziele. Będą herbatki i detox. Pomaga mi dziś mały, kolorowy elfik. Rozmawia z zielenią i pieśni sobie tylko znane nam śpiewa. Na patyku melodie leśne stuka. Zabrałem maleństwo do pobliskiego dębu i baśnią pogawędziłem o Kniei Szeptach. Podglądamy śpiącą biedronkę 🐞 na kiju zatykamy żołędziowe czapeczki. Zakopujemy kilka w ziemi, brudząc się jak świnki 🐷 Obok mrówka okruch niesie. Podsadzam do głogu kwitnącego, poznajemy zapachy świata. A kolorowe porosty na gałęzi starego bzu, budzą uśmiechy, na wieść, jak drzewko się ubrało 😅 Elfik ciekawy życia, biega, drzewa piosenką wesołą pozdrawia, łapkami macha.

60345186_816676132033871_7597015453986193408_n

Dzisiaj pierwsza nauka tulenia drzewa, słuchanie wiatru szumiącego w koronach i ptaków. Na buzi szerokie zdziwienie wymalowane. Podsycać ciekawość, która niezgłębioną zdaje się być do nieskończoności. Kijaszek sobie wzięła, i podąża elfik wśród traw. Dostojnie, śmiało, i pewnie sobie kroczy jakby od zawsze tak wędrowała. A jak śpiewa! Nuci na bieżąco melodię dobierając. A może i magię zapomnianą wzywa. Przypomina Druidów. Cieszy się dusza. I nie płacze mi nawet od pokrzywy przypadkiem tkniętej, choć to przecież pierwszy parzący raz. Bardziej ożywienie i zaskoczenie. Szczególną ciekawość budzą różnokolorowe porosty. Ale się drzewko ubrało! I wszystko – takie oczywiste. Jakbym nie mówił niczego nowego. Tak, drzewo się kołysze, macha do nas, tańczy, to i my z nim  Dida duuuu  Łapuszki w ziemi utytłane, bo jaka to frajda, szukanie żołędziowych czapeczek w ściółce. I puszczanie liści suchych na wietrze! Suche zgliszcza krzewów okazują się być perkusją dla małej patyczkowej bębniarki. Szybująca nad polami zwinna jaskółka, wywołuje podskoki radości. Kółka!

60227992_2246535025609832_6437400887093624832_n

Ziemia szczególnie przez maleństwo ukochana. Pada na kolanka, i przysypuje delikatnie chwasty, uklepując nieco, żeby rosły  Po polu tupta i kukurydzę głaska 

Był taki moment pod Drzewem, że nasze Dusze się spotkały. ‘’ Za dużo mówisz – ja to wszystko wiem’’ – przyszło do mnie od dziecka. I pozostaliśmy w ciszy. Przez 10 minut ani słowa, głębokiego patrzenia sobie w oczy, a u niej na przemian jaśniał uśmiech z powagą, zamyśloną. Poznawała mnie. I pozwoliłem się poznać. Przyszły z jej przestrzeni obrazy, o życiu wojownika w dawnej Persji, wspomnienia… Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Zupełnie inny wymiar komunikacji. Nie zapomnę do końca życia…

A potem, na gałęzi dębowej huśtanie wesołe było, za drzewa łagodnym pozwoleniem. Ucieszyli się dębowie tą ludzką radością. Pobujali dla zabawy, wyrozumiale opieką konarów sękatych przytulając.

60337814_1306148059541690_229264684245581824_n

W brzozowej krainie Uśmiechu

Promienie rozgrzewającego ciepła, mieszają się dziś z chłodnymi powiewami rześkiego wiatru. Przyleciały już wilgi. Ostatni przybysze wiosny, stroją i ćwiczą od rana swoje delikatne, fletowe wołania. Wiele Drzew w tym czasie wycisza się, skupiając na swoich sprawach przetrwania. Trzeba rozwinąć w pełni liście i pączki. Odwiedzamy, dęby, sosny strzeliste, a ciepłem uśmiechu obdarowuje nas Robinia Akacjowa. Popołudniem słońce przypieka. Podziwiamy puchate trzmiele, brzęczące w pogoni za kwiatami. Grubaśne misie. Pisklęta kosów nie przetrwały…Dziś gniazdo było puste i ciche. Coś sprawnie wyłowiło doskonale widoczne maluchy. Los dzikości. I ptaki się uczą na błędach. Na drugi raz staranniej wybierze miejsce na gniazdo. Wszędzie rozkwitają kolory. Kwiatowy zachwyt tej wiosny nadal trzyma mnie w objęciach każdego muszę obejrzeć, uwiecznić, czasem pocałować  Śliczności. Zielone łąki okryły się kożuszkiem puszystej miękkości. Przekwitły już mniszki. Dmuchawce! Ile radości, w jednym podmuchu  Otaczają nas miliony maleńkich leciutkich spadochronów, kiedy Pan Wiatr raczy odetchnąć głębiej. Srebrna magia wiruje wokół. Czar przemiany dotyka subtelnością, kiedy spomiędzy traw przytulają siebie białe bombki lekkości. Zupełnie, jak zimowe śnieżynki. Pierwsza taka zmiana. Tu, gdzie nieopodal kołdry złotego rzepaku otulają żyjącą Ziemię łanem przepychu, popisują się słowiki, mistrzowie księżycowego śpiewu. Niepozorna pliszka siwa ugania się pociesznie na pobliskim polu, kiwając ogonem na ostatnie pożegnanie – owadzim ofiarom ptasiego polowania.

59438726_2262867553781240_5167239853481394176_n

Roześmiane brzozy łączą się z nami w Świątyni Serca. Śpiewają, dowcipkują, szumią, co i raz dotykając nas liśćmi. Długo pozostajemy w ich towarzystwie. Efekt świetlistej terapii, na załączonym obrazku rozkwita oto 🙂

P90505-133818

P90505-172407

Dziękuję dziś Kamili za radosną wyprawę w wesołym towarzystwie jej pociechy. A historia ta niech będzie odpowiedzią na pojawiające się czasem pytanie, ”czy można przyjechać z dziećmi” 🙂

Księżycowe Kwiaty. Pełnia czujnych jeleni.

Dawno nie było tak pięknej pogody. Za dnia ciepło i niebiesko, a nocą… delikatny chłód, jasny księżyc i kryształowa widoczność. Szczęście nocnego wędrowca. Wyprawy stały się coraz dłuższe. Powinienem wiele pisać, a tymczasem nie mogę wysiedzieć w domu. Ruszam zwykle około godziny 16-17, a wracam po 3 nad ranem. I tak przez kilka dni. Być w przyrodzie tyle czasu…to dostrzegać więcej. Aksamitne kwiaty żółtej złoci i mniszka kulą się z zimna i ciemności przy nadejściu wieczoru. Zamykają. Trwa integracja z ‘’nowymi’’ sarnami na łące. I królikami. Trzeba odpowiednio czasu poświęcić, aby się do Ciebie przekonały. Choć i tak nie podejdą blisko. Wtedy pojawia się, może jeszcze nie bliskość, a coś co określiłbym mianem olewczej komitywy. Choć nie jestem tak czujny jak żuraw, i nie wrzeszczę jak sójka, mam wrażenie, że one czują się ze mną bezpieczniej. Na zasadzie, jest ‘’nasz’’ człowiek, więc inny dziś tu nie się nie czai. Wiedzą chyba, że niczego od nich nie chcę, poza tym, aby były i zachowywały się swobodnie. Ja wdzięczny i szczęśliwy, one łagodnie obojętne. Zauważyłem, że zwiększa się wtedy ich ‘’próg tolerancji’’ na obcy hałas, wywołany np. szelestem ubrania. Długo potrafią nie reagować, gdy znają jego źródło. Ot, siedzi sobie jakiś tam krasnal, wierci, ale grzeczny jest, to mu pozwolimy być z nami. Siedzimy tedy godzinami w słońcu. Ważne, aby być tu przed nimi. Wtedy, gdy wyglądają z zarośli przed wyjściem na widok, mogą się z Twoją obecnością oswoić. Dziś jednak, kiedy pojawia się pierwszy kozioł, cicho zmykam – saren mi na ostatnie dni dość. A nie chcę ich niepokoić, kiedy wylezie więcej. Czerwonym wieczorem przenoszę się do nadrzecznego łęgu, który tak obiecująco wygląda od środka. Błota, powalone drzewa, rozlewiska i tropy. Może być ciekawie.

17862548_1270716659642894_6484943921228570736_n

Bo tu natura szepcze o tym co ma w zanadrzu najpiękniejszego – nieokiełznanej dzikości. Dawne ślady wycinek ludzkich zarosły. Chram się uczynił, tylko dla zwierząt łatwy w dostępie..Takiej gimnastyki podczas krótkiego marszu jeszcze nie miałem – pochyły, skoki na kępach, zapadanie w mule, ukłony, kucanie, czołganie, wspinaczka górą przez kłody. Chcesz widoku i piękna – spoć się najpierw. Wreszcie docieram do drzewnego cmentarzyska topól i olch. Leżą już długo powalone. Idealne miejsce do obserwacji. Żaden zwierz nie będzie tu wchodził, ścieżki dotąd nie prowadzą. Widać za to doskonale. Ptasie pieśni malują ciszę muzyką. Drobni soliści. Rudzik, strzyżyk, pierwiosnek, szpaki. Nagle, myrg! Mały cień czmychnął. Przywidziało mi się? Minuty mojego bezruchu. I ukazuje się. Brązowa nornica, biega po kłodach. Śmiga jak duch. Cieszę się! Mimo, że zwierzątko małe i pospolite, nie widuję ich tak często. Do zagajnika ściągają z łąk pierwsze sarny, będą chyba się kąpać. Nieopodal lądują kaczki na nocleg. A ja czuję… że ta przestrzeń jakoś mnie stąd wyprasza. Jakby nie chciała zdradzać mi wszystkich swoich sekretów. Ból głowy… Czasem właśnie tak jest. Mają drzewa swoje powody i sprawy. Miejsce jest dla nich święte. Prawie nie odwiedzane. I tak ma pozostać. Choć spomiędzy olch spogląda już na mnie malowniczy księżyc, podejmuję powrót. To najlepszy moment. Po ciemku będzie to niemożliwe. Żegnajcie… może kiedyś będę godzien. A jeśli nie, przyjmuję.

O fizjologii wędrówek nie powinno się pisać, ale jak tu nie napisać, kiedy harcujący po łące królik zatrzymuje się i bada miejsce Twojego siusiu. A uważa się, że ten zapach szczególnie odstrasza zwierzęta. Ja mam obserwacje prawie odwrotne. Tak samo było z dzikiem i sarnami. A szarak… kica po moim śladzie w moim kierunku. Pewny siebie. Ja nieruchomo i bez oddechu. On skrobie po jakimś drewnie które się napatoczyło. Ding, hop, skik… metr przede mną wymija mnie małym łukiem, jakby był niczym więcej, niż słupem drogowym. W księżycowym srebrze widać go dobrze. Że też im nie jest zimno w tej mokrej trawie brodzić.

Ols, ten sam w którym spotkałem starego odyńca, przy księżycu cudowny jest jak baśń. Dopiero dostrzegam pełnię jego czaru. Białawe prześwity, ciche pluski nie wiadomo czego i cienie ogromnych wykrotów. Pobudzają wyobraznię. Ale nie boję się. Mam poczucie, że choćby ukazały mi się na raz wszystkie duchy tego lasu, uśmiechnąłbym się tylko. Nie potrafię zrobić kroku… przeglądam się w księżycowej wodzie. W niej zapisała się pamięć świata.

– Hej Olszyny, w bród zalane, opowiedzcie, co mi dane… 
– Cichy wędrowcze nasz witaj, o co chcesz, poproś, pytaj…

I niby wracam, a dzieje się. Na dróżce pod lasem czekała na mnie rodzinka dzików. Locha z małymi. Znów nie usłyszały rowera, a ja zdążyłem zatrzymać się w porę. I obserwuję… ‘’postęp drogowych prac leśnych’’ w wykonaniu dziczej mamy. Tak troskliwie… pomaga maluchom w samodzielnej buchcie. Tego się uczą. Błogosławię w duchu tym mądrym, pożytecznym stworzeniom. Dziękuję za to, co dla nas robią. Tak niedoceniane… tak prześladowane… A przecież bogactwo tej krótkiej chwili. To szczęście. Zostanie już ze mną na zawsze. Nigdy się nie znudzą. Chrumkające, dobrotliwe gapcie. Po chwili cała rodzinka biegnie już stronę trzcinowisk, gdzie lądują w pluskach. Przed nimi długa noc psot. Kilkanaście kroków i ukosem na polu wyłania się nowa niespodzianka. Sylwetki. Zbliżam się powoli. Pewnie to sarny. I mimo, że nie da się tu podążać najciszej, one nie reagują. Bliżej poznaję – to grupa jeleni! Zawsze ta ich wielkość… wieje majestatem. Pochylają się skubiąc roślinność na ugorze. Myślę, że działa tu trochę taki mechanizm. W swoim nocnym świecie, tak bardzo nie spodziewają się nikogo, że nie reagują na wiele bodzców. Widok – raj. Podłużne nieco łby, i dostojeństwo ruchów. Sarna porusza się śmiesznie ‘’pająkowato’’. One zachowują godność. Stoję tak długo, aż nie schodzą same do lasu. Finalnie mój powrót opóźnił się o dwie godziny. Warto było…

Drugą noc poświęcam drzewom. Pełnia Księżyca to takie ich święto, podczas którego bardzo są aktywne i emanują pełnią głębi swej uzdrawiającej energii. Las zachowuje się jak żywy. Nagłe szumy, jęki, westchnienia i trzaski w koronach. – I pełnia Wiosny przyjacielu nadeszła? Dziś z Krzesimirem chyba po raz pierwszy mówimy jednym głosem. Dziękujemy oboje Stwórcy. Za swoją znajomość i wszystko co dzięki niej się przejawiło. Przytulamy się. Nie potrafię aż wyrazić… Dokąd mnie Dąb zaprowadził? Pyta o wiele rzeczy. Lubię tak przychodzić w środku nocy. Mamy wtedy taką swobodę. Mogę mówić mu na głos i w pełni wszystko spontanicznie wyrażać. Razem zaczynamy nucić ich mruczącą Pieśń sił Ziemi. A potem, kiedy staruszek zaczyna szumieć koroną zaczynają się bose tańce intencji na pobliskim polu. Wyraża się Duch Swobody… Brzozy zaczynają kaskadą się z nas śmiać, a ja cieszę się, że mogę uczestniczyć w ich Księżycowym, wiosennym Święcie.

– Już majaczy coś dąb stary, a czeremcha czyni czary…

Goni za mną echo brzozowych dowcipów.

Enchanting fairy forest opening at night and full moon, 3d render illustration

🌙 Trzecia noc Wędrowna

Bagna zaczynają powoli wołać odgłosami maja. Już krzyczą wodniki. Przyleciały też pierwsze rokitniczki, i te paplają bełkotem swego naśladowniczego chaosu.

– Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

Świerszczak – kolejny ptaszek – duch, terkocze swą wieczną, monotonną kołysankę.
W ciemnościach, czają się różne niepokoje. A to bóbr skrobie, jenot szeleści, wydra grasuje, albo zachroboczą dziki zbudzone w ostoi. Czasem przedziera się jeleń. W nozdrza wnika ciężki aromat dojrzałej wody. Chłód, ziąb, mgły, dotykają raz po raz, sprawdzając Twoją wytrwałość. Być tu – to niekiedy zmierzyć się z wszystkim, czego dotąd się bałeś. Czujny żuraw stróżuje nawet nocą. Gdy coś zbyt blisko poruszy się niewidoczne, następuje alarm. Czasem włączają się do tego lamentu kaczki i gęsi. Noc wśród rozlewisk, takim właśnie zapowiada się urokiem. Przerywana krzykami, tajemniczymi dzwiękami, toczy swój żywot, skryta od ciekawości ludzkiej. W bogactwie odgłosów, każda noc notuje w przestrzeni jedyną taką opowieść. Tu przysiądziesz o zmierzchu, a zaraz świt różowy nadchodzi. Niepamięć istnienia.
Było już po zachodzie słońca. Ptactwo sfrunęło się pożegnać. Księżycowe śpiewy drozdów, trwały w nadchodzącej ciemnicy… Wcześniej lis myszkował, a obok sarnie cienie pasą. Kuna szelesci i przeszukuje zmurszale wierzby. A bagienna magia dopiero nabiera blasku. Srebrzy się poświata. Tańczą mroki, a z nimi pojedyncze nietoperze.
Jest dużo cieplej. Widoczność kryształowa. Na odległym polu widać chwiejne, wielkie sylwetki jeleni. Zaufały ciemności. Żurawie z szumem potęgi przelatują nisko. Czasem krzyknie sowa pójdźka. Siedziałem wtedy w czatowni. Czerwony księżyc w pełni wznosił się łagodnie nad bagnem, kiedy usłyszałem delikatny szelest. Stąpnięcie. Raz, drugi. ‘’Pewnie sarny znów idą – wyjdą tędy jak wczoraj ‘’ – pomyślałem. Kiedy jednak do skrętu szyi obróciłem głowę, oczom moim ukazał się… mały płowy książę. Młody jeleń – szpicak, bo i widzę dwa podłużne widełki wystające mu z głowy. Zamieram zastygły w napięciu, bo przecież jeleń do nie przelewki, po trzykroć bardziej czujny niż sarna. Futro ma wyleniałe, zmierzwione, dopiero pewnie nakłada letnie. Naprężenie znika wnet, kiedy obserwuję, jak płowiec po prostu zaczyna żreć kwiatuszki, którymi tak się zachwycam. Widzę, jak zagarnia wargami. To cud, że mnie nie wyczuł… Jednak, często mi się tak zdarza. Brązowa sylwetka momentami rozlewa się z pniami. Zajada. W którymś momencie jego czarne oczko patrzy wprost na mnie – i albo jego mózg nie rejestruje mojego kształtu, albo ‘’jelonek’’ wie, i olewa. Ja widzę go po raz pierwszy. Ale może i on widział mnie już nie raz, podczas bosych marszów, czuwań i włóczenia się w jego świecie?

I kiedy myślałem, że cicho odszedł, wychynął jeszcze o widoku na łąkę. Tu gamoń zaregował strachem na podążającą z drugiej strony sarnę. Przeszedł ją całą, aż bezgłośnie wniknął w szuwary. I znowu nauczyłem się czegoś nowego – miałem okazję obserwować odmienny sposób poruszania się obu zwierząt, tak podobnych, a jakże inny. W sercu i duszy krzyczało jedno:

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ…

Późnym wieczorem na pobliskie pole wjechał ciągnik. Moja irytacja narasta… Ze wszystkiego, najbardziej lubię ciszę i spokój, zwłaszcza w leśnych światach. Obserwuję dwa jelenie i sarny skubiące na łące. O dziwo – mają to gdzieś. Pasą się w najlepsze. Rolnik jezdzi i świeci. Wiem po co – trzeba w ten sposób pilnować zasiewu kukurydzy. Przed dzikami. Też logika – uprawiaj kukurydzę bez żadnej osłony, 200 metrów od trzcin i barłogów. I pewnie miej pretensje do dzików przy okazji. W tym roku pospieszyli się z tym. Ten spokój i wyrozumiałość zwierząt, przechodzi i na mnie. Skoro im nie przeszkadza, to ja mam się denerwować?

Długo pohukiwał wytrwały Puszczyk, głosząc tęsknotę i gotowość za partnerką. Z głębi lasu zachrypił kozioł – ten z kolei dawał wyraz swoim niepokojom. Do świtu jeszcze daleko..

10330510_662173047163928_6760164185671994744_n

Bohaterowie gawędy:  Świerszczak

Rokitniczka:


Wiosna leśnych ludzi. Dębowy spacer Intuicji

Podczas wędrówek z Drzewami Mocy, oddajemy się świadomemu byciu w Przyrodzie. Zanurzamy w istnieniu jakie nas otacza. Donikąd nie spieszymy. Przeglądamy siebie w maleńkim życiu. Tu w rowku płynie do swoich spraw jaszczurka żyworodna, a na polu gna na polowanie błyszczący sprinter – biegacz złocisty. Pochylamy z uśmiechem i nad nim. W mikroświecie wszystko ma swój odpowiednik. Chrząszcze biegacze, to takie jakby miniaturowe pantery, wilki, ścigające swoje ofiary. Znajdziemy tu i padlinożerców oraz roślinożerców, jak i ‘’na górze’’. Krzyczą gęsi. Las śpiewa już po wiosennemu – niedawno przybyły pokrzewki i piecuszki. Odkrywamy bogactwo jego mieszkańców. Kwiaty otwierają i uśmiechają do słońca. Tym nie mogę się oprzeć, każdemu robiąc fotograficzny portret. W domu z atlasem zapoznaję gatunki i dowiaduję czegoś o nich. Postrzegam, jak bardzo się zmieniłem. Dawniej dla mnie niemal niewidoczne, dziś nie potrafię przejść obojętnie obok żadnego kwiatu. Jakby wołały, zobacz jaki jestem śliczny! Spójrz do czego prowadzi Światło… Maleństwa chcą się pokazać i opowiedzieć światu o sobie. Ta wyprawa to takie moje Święto Duszy, bo wreszcie zawitali do mej przestrzeni mężczyzni na wędrówki. Pamiętam, jak długo opierałem się przed tym. Pewnego dnia, przyszło zrozumienie, że na poziomie duszy, nie ma to żadnej różnicy. I zgoda łagodna się pojawiła. Również oni potrzebują odetchnąć sobą, przypatrując się światu okiem kochającego las wędrowca. Mężni, srodzy, nieustępliwi wojownicy. Cudownie ich otwierać, i patrzeć jak zsuwają się sztywne zbroje lat. Jak kiełkuje zachwyt i wrażliwość.

20190413_121706

Las kipi już tętnem wiosny. Drzewa i krzewy okryły delikatnym puchem świeżej zieleni. Inne kwitną. Mroczne, gęste, czarne, tarniny dziś weselą się setkami śnieżnych kwiatuszków. Co za zmiana! Wszystko wokół dzwięczy odwieczną pieśnią życia. Na dębowym szlaku Krystyna zauważa brązową ptaszynę – samiczka kosa w gnieździe. Na wysokości ramion, choć idealnie zakamuflowana. Zastanawiam się, co kierowało ptakiem przy wyborze tego miejsca. Jeżdżą tu przecież rowerzyści, okrążają biegacze, ale fakt – bardzo trudno ją wypatrzyć. Pisklęta będą natomiast doskonale widoczne i głośne… Tak samo, każda kuna może bez problemu dostać się od spodu. Komu się powiedzie? Historie żywota…

Lekcja

 

20190413_143325

Ścieżka nasza wiedzie nad bagnem, choć po drodze mijamy różne przejawy tworzenia siedlisk Przyrody. Suchy młodnik sosnowy zachwyca swoją odmiennością. Spośród ledwie pokrytego mchami piasku wystają srebrne kępy ostrych traw – to szczotlicha siwa. Choć mniej się nimi interesuję, również nie mogę wyjść z podziwu wobec ich talentu przetrwania. Bo trawy opanowały wszelkie możliwe środowiska. Od arktycznej tundry, po zalane i ciągle podmokłe tereny, przez odległe szczyty górskie, mroczne głębiny leśne, a nawet zbocza wulkanów. Wszędzie można je odkryć. Nad nami z majestatem przelatują ogromne żurawie, specjalnie zbaczają nisko, jakby chciały się przyjrzeć dokładniej. W oddali, na zielonych polach gęsi wygrzewają pierzaste kupry, męcząc ciągłym skubaniem dopiero co wzrosłe zboża. Opowiadam o życiu i zwyczajach moich ulubieńców – dzików, ukrytych gdzieś tam w morzu trzcin. Mijane Brzozy uczą nas pracy z emocjami. Pokazuję moim gościom pewne pozycje ciała, jakie wesołe drzewa pokazały mi celem powrotu do harmonii. Lekko poprawiam, wskazuję, ustawiam – i teraz wszyscy troje tkwimy w odczuwaniu kojącego przepływu: Ziemia – Człowiek/Ciało – Drzewa. Na krótką chwilę dane jest stać nam się jednością.
Za chwilę lądujemy w objęciach sędziwej wierzby, Mistrzyni Życia. W podziwie, jak dziuplasta, zmurszała, próchniejąca istota pozostaje wciąż żywa, pełna otwartej gościnności dla najmniejszych, drążących ją istnień… Czasem, mam wrażenie, że wierzby nie umierają nigdy. Przecież i ona będzie wciąż wypuszczać nowe pędy… Ciężko ustalić kres takiej istoty. Pod nią odczytujemy wierzbowe przesłanie Mocy, jakie spisałem już jakiś czas temu. W hołdzie starej mądrości, jaką zgromadziły pokolenia jej sióstr, żyjące tu od wieków. Rozkręca się wtedy i targa podmuchami. Pani bagiennych żywiołów… odpowiada nam echem swej tajemnicy.

20190414_105416

Wypoczywamy na rozległych łąkach. Przysiadamy na polnych kamieniach. Stąd dobrze widać wszelkich innych zwierzęcych wędrowców, podróżujących do swoich spraw. Sarny migrujące między zagajnikami i kępami polnych zarośli przypatrują nam się ciekawsko. Zawsze mnie to dziwi – potrafią paść się kilkadziesiąt metrów od jeżdżącego ciągnika, ale wobec człowieka ‘’luzem’’ zachowują dystans i ostrożność. Choć w głębi siebie wiem, że i to uległoby zmianie, gdybyśmy tylko przestali je prześladować, traktować jak intruzów i ‘’szkodniki’’. Wielkopolska. Nazwa kojarzy mi się z Wielkie – Pola. Bo pola, to istota tutejszego krajobrazu. A zwierzęta, nawet te największe dostosowały się do życia tutaj i radzą nie gorzej niż w prastarych, dzikich puszczach. Krystyna nie może się nadziwić – jak to jest, że wszędzie wokół ślady, odciski, łapy, kopyta, racice, a ich właścicieli nawet w największych gąszczach nie widać? One wiedzą… Znają swoje pory. I nasze. W bliskości człowieka, wybierają na czas aktywności głównie noc. Choć zarośla mogą wydawać się gęste i nieprzebyte, zwierzyna również wie, gdzie trzeba się skryć – tam gdzie nie dotrze człowiek. W głębinach bagien są czasem takie suche wysepki, wyżej położone miejsca. Tam właśnie docierają ‘’moje’’ jelenie i dziki na swój spoczynek. Człowiek, bez specjalnych środków nie jest w stanie tam się przedrzeć. W pewnym momencie na rozwidleniu dróżek mówię ‘’A chodzmy tędy – jeszcze tutaj nie byłem, zobaczymy gdzie zaprowadzi’. I ten głos intuicji okazuje się być wołaniem potężnego dębu. Poznajemy go na jednej z polanek. Stróż tego zagubionego miejsca. Ależ jest rozłożysty. Ogromny i stary. Emanuje wielką dobrocią, co odczuwamy wszyscy troje. I jakoś nie sprawia mu problemu połączyć się z nami wszystkimi. Długo, długo, nie możemy się od niego oderwać… Każdy przeżywa. A ja słyszę, oprócz radości olbrzyma, jak powiada:

– Błogosławię Waszej wyprawie, Waszym krokom. Niech ten czas uświęci Ziemia…

Szlak przeciera się nieznacznie, znaczony tylko odciskami tropów wędrującego nocami zwierza. Błota, łęgi, olsy, bobrowe tamy, urwiste brzegi, piachy, plątaniny gałęzi, zapadliska, borsucze i lisie nory, zostawiamy w tyle. Podążamy wzdłuż rzeki. Mijamy ‘’dzicze doły’’, babrzyska i kąpieliska chrumkających stworzeń. Jenot czatujący pod wykrotem, umyka chyłkiem. Rozmyślam… Gdyby zmierzał tutaj jeleń lub dzik, zwierz na pewno pozostałby na miejscu. Oto, co żeśmy im zrobili… jak bardzo od nich odeszli. Człowiek = wróg, przed którym trzeba zmiatać. I czasu potrzeba, i ciszy, by przekonać konkretne zwierzęta do swej osoby na powrót. Coś o tym wiem. Natura rozśpiewała się tutaj potęgą całej swej dzikości. Wystarczy jej nie przeszkadzać… Nie jest łatwo tędy wędrować. Nie każdy potrafi. Dużo trzeba się schylać, ‘’kłaniać’’, zginać. Drogę przegradzają zawalone pnie ogromnych drzew, i równie wielkie gałęzie. Ja w takim terenie się nie męczę. Pomykam lekko, szybko, i cicho, balansując ciałem w skłonach, tam gdzie potrzeba. Takie już naturalne. Utkwiło w ciele – jak trzeba się tu poruszać. Takie gąszcza zwiedzamy po raz ostatni w tym sezonie. Już ruszyły pokrzywy. Wzrosną wysokie jak człowiek. I na parę miesięcy to roślinność zielna zapanuje tutaj z wszechistnieniem. Ukryje, da spokój… Siadamy z postojem nad rzeką, zasłuchując się w leczniczym pluskocie szumiącego nurtu. W dwóch miejscach, bobry nie dokończyły swych tam.Zostawiły mały przepływ. To celowy zabieg. Wykorzystują naturalną siłę nurtu do pogłębiania zakola, a on podmywa, i podmywa, wżerając się coraz bardziej w las… niejedno bobrowe pokolenie będzie kontynuować dzieło przodków. Strategia długofalowa. Strzyżk, sikory, pierwiosnek i pełzacz urządzają nam bajeczne słuchowisko. I tak mija nam do wieczora, pierwszy Dzień Wędrowny.

P90413-151010

P90413-164215

20190414_094722

Łęgi, łąki, i olszyny

Gdy wychodzę z domu jeszcze delikatnie pada, i trochę zastanawiam się po drodze, co też z naszą wyprawą. Mam jednak w sobie jakąś pewność, że przestanie…
I tak bardzo cieszę się z tego deszczu. Siąpił całą noc, choć nie zapowiadano. Dla drzew to o wiele za mało, ale skorzystają kwiaty. Obmyty nim ols, zatopiony w porannych śpiewach, jak baśń jest cudny. Wyglądają z niego zielone kępy młodych jaskrów. Obecnie to moje najpiękniejsze miejsce. Z niego wychodzimy na rajską łąkę, gdzie nadarza się okazja do postoju. Powodem jest lis myszkujący na krańcu łąki. Nie chcemy mu przeszkadzać. Moje wędrowne zasady pozostają zawsze wyrazem szacunku wobec naszych gospodarzy – tutaj my jesteśmy gośćmi. I gości proszę abyśmy usiedli. W uśmiechach obserwujemy mykitę, który w śmiesznych podskokach pomaga światu i człowiekowi w ‘’walce z gryzoniami’’. To jest właśnie to… czego nauczam. Na wędrówkach poznać można, jak to jest obcować ze zwierzętami, całkiem w bliskości, gdzie nikt nikomu nie przeszkadza. Jak się zachowywać, by odkrywać podobne rzeczy samemu. Czego przestrzegać. Spędzamy na łące jakieś pół godziny, bo i tyle urzędował lis. Przejaśnia się…

Znowu rzeka. Podążamy z jej biegiem, podziwiając spadziste przejścia, gdzie przeprawiają się zwierzęta. Jakie one pozostają… wolne…Człowiek omija pewne niedostępne tereny. Dla nich prawie takich nie ma. Mijamy wielkie, białe, martwe topole. Ciągną się długą linią… wszystkie pokonane. Znów dopadam do kwiatów z aparatem, kiedy wszyscy troje niemal jednocześnie wydajemy okrzyk zachwytu….

Na wzniesieniu fioletowo. Wielką połać opanowały wonne fiołki. Łan koloru i piękna.Widać, że leżały też tutaj sarny… Jak dobrze człowiek czuje się przy kwiatach. Fiołkowy raj. Podziwiam zwłaszcza te maleństwo, które wyrosło we wgłębieniu buchtowiska. Pyszni się cały. Jakby chciał zawołać, a oto i jestem! Nawet dziki nie dały mi rady! Siadamy nieopodal pod kępą polnego zadrzewienia, i dopiero zaczynają się ROZMOWY.

20190414_131320

Zawsze przychodzi ten moment podczas wypraw. Gdy wreszcie wypływa temat, który jest do przerobienia w przestrzeni. Czasem wiele tematów. Nie ma niewłaściwych. Nie ma też tabu. Nikt nikogo nie ocenia, nie potępia, nie nawraca. Wyrażasz pogląd, osąd, przedstawiasz swoją wiedzę… wymieniamy porady, wskazówki, argumenty… każdy wypływa bogatszy o nowe. Inny punkt widzenia. W naturze rozmawia się lekko. Zamilkniesz na pół godziny czy dłużej, a nie zauważysz nawet. Mijają nas sarny, bażanty, żurawie, szpaki, motyle… I wracasz do dialogu, jakby wcale się nie przerwał. Nie uciekam od rozmów. Po to tu jestem. Wszystko łączy się w jedną terapię – dla Duszy. I cieszę się, że dane jest mi doświadczać takiej głębi i szacunku podczas naszych wędrownych gawęd. Z nich powstałaby osobna książka. Szkoda, że nie da się ich powtórzyć. Każda jest unikatem, diamentem, który na te kilka godzin wybrzmiewa głosem własnej Prawdy. Nią się dzielimy.

Parę kilometrów marszu polem, podczas którego okrążamy wielkie bagno. Nas oblatują gęsi i kruki. Krystyna zbiera piórka, które gęsi właśnie pozostawiły po sobie żerując. Na pamiątkę dla wnuków. Z pól schodzimy do łęgu, w którym tworzą kręgi święte Wierzby Mocy. Nieustannie coś opowiadają. Piski, nawoływania… I gdy siedząc w jej objęciach zaczynam mówić o sprawach drzew, ta zrzuca na mnie przekwitniętego ‘’kotka’’. Ich zakątek, to kolejna ostoja dzikości. Tu dopiero jest mozaika! Powywracane olchy obok zdrowych kasztanowców, klony, jesiony i wiązy. Zdradliwe błota, i ‘’płowa woda’’, miejsce kąpieli jelenich. Ogrom tropów. Dzikość i świętość – tymi dwoma słowami najlepiej określić. Słońce grzeje już bardzo mocno. Zrobiło się gorąco. Dzień kończymy biegając boso w słońcu po zalanej łące, w rozbryzgach zdrowia, zapominamy się w przestrzeni wolności… A potem praca energetyczna w brzozowych kręgach. Nieplanowana przeze mnie. Za to przez Brzozy, już tak. Mijając szpaler, Krystyna woła, że one ją wzywają. Tutaj leczą. ‘’Jaka energia od nich bije, no muszę się przytulić!’’. A mi przypomina się migiem wszystko, co dwa dni wcześniej ćwiczyłem sam podczas pracy z brzozami. Ustawiamy się w pozycjach jakich uczą Drzewa, a przepływem energii ziemskiej uzdrawiamy przestrzenie duchowe. Co dokładnie? Brzozy już wiedzą. A Tobie objawi się później w życiu. Drugi dzień wędrowny z Drzewami Mocy, właśnie dobiega końca. A nam – tak trudno pożegnać się z tym światem, i z sobą…

🌍 Gościom moim, w podziękowaniu za świadome Dni Wędrowne.

20190414_115830

pppp.pg

P90414-133847

P90414-134143

20190414_115444

56472476_2000881270206786_5176235821396656128_n

Brzozowe kręgi Mocy. Drzewa uczą czuć siebie na odległość.

Pilne, stanowcze wezwanie do lasu, ratuje dziś mój dzień przed katastrofą. Dużo się dzieje. A dawno z Krzesimirem nie rozmawialiśmy sami. Mimo zimna, ruszam… Uwielbiam to uczucie, kiedy jestem jeszcze w drodze, a dąb już wie, że się zbliżam. Cieszy, że udało mu się przebić przez rozgadany umysł i mnie wezwać. Z malejącą odległością radość obojga wzrasta, by mieć finał gdy podbiegam przywitać się w przytuleniu. Dłonie drętwieją w ‘’cierpnącym’’ powitaniu. To takie drzewnie uściśnięcie ręki, bardzo dębowe. A on cicho sobie mruczy – dudniącą pieśń Siły Ziemi. Ostatnio w ogóle dużo kontaktuję się z Ziemią przez Drzewa. Rozmawiamy o tym co się u mnie dzieje – o planach wyprowadzki i Księżycowej Przystani. Rozmyślam trochę, czy jemu to odpowiada? Czy nie będzie tęsknił? Obiecuję, że zawsze będę odwiedzał…

– Hmmmm, czyżbyś wreszcie dojrzał do samodzielnego bytu?

Trochę trzaska w buzię tym pytaniem. Ale drzewa już takie bywają, bezpośrednie. W końcu nas całkowicie ‘’widzą’’.

– Wiesz lepiej – odpowiadam.

-Nie, Ty wiesz. Ty to musisz wiedzieć. Czego chcesz. A możesz wszystko. Gotowość lub jej brak. Ty o niej stanowisz, a kierujesz się własnym poczuciem. Emocje jakie przeżywasz, wytyczają kierunek rozwoju. Czasem choć trudne, również potrzebne aby wskazać. Ruszyć do zmiany. Nie uciekasz przed nimi, a dajesz sobie przestrzeń do rozwoju i jak najlepszego przejawienia. O to chodzi. Nie wiń się więc. Przychodzi czas, że trzeba się rozstać, nawet na zawsze. Drzewo wzrasta ku światłu i widzi przejrzyjście. Prosta linia góra – dół. Wy lubicie komplikować. Okrężną ścieżką. A o tyle Wam lepiej, że dysponujecie niemal natychmiastową możliwością zmiany i czynienia – w odróżnieniu od Drzew. Zatem? Co postanawiasz. Stwórca z Tobą pójdzie wszędzie. On uwielbia, kiedy może na nowo przejawić się w innych doświadczeniach Istoty. A i inne Drzewa – potrzebują wybudzenia. Bo nie tylko ludziom w ten sposób pomagasz. Powiedziałbym, że Drzewom nawet więcej. Bądź dla nich wyrozumiały i czuły… Na tej drodze.

Słyszę wiosenną pieśń brzozy, dobiegającą ze skraju lasu. Widzę nawet która. Gasnący urywek. Cichnie. A ja uświadamiam sobie, że nie słyszałem drzewnych śpiewów, najpiękniejszej melodii dla duszy, już od jesieni ubiegłego roku. Tyle czasu! Wzruszam się…
Dąb nakazuje mi iść do tychże brzózek. Zielenią się delikatnie na tle sosen. Czuję, że wołają. No dobrze…

– Cześć dziewczyny…

Pierwsza lekka ‘’irytacja’’. Na każdym z trzech drzewek przysiadły leniwie snujące się mrówki – rudnice. Nie sposób tulić. Ale nie złoszczę się. Czuję, że dzieje się głębięj i tak właśnie ma być. Przypadkiem nie zawołały. Przychodzi mi taka myśl, że przecież mogę wyciągnąć dłonie i starać się czuć z odległości – może właśnie o to chodzi? A one już zaczynają się kołysać i witać. Ta synchroniczność – że zawsze odpowiadają ruchem we właściwym momencie.Nie sposób opisać mi uczuć, jakich doświadczam w tamtym momencie. Rękoma, z pół metra, czuję delikatny puls każdej z nich. Badam wokół. A one… zaczynają się do mnie ‘’dobierać!‘’

– Słyszmy co myślisz. Nie podniesiesz rąk, bo skraj lasu i obawiasz, że ktoś zobaczy? Zrobimy inaczej dzisiaj. Nauczysz nowego. Ułóż ręce i ciało, o tak…

I układają mnie w pozę. Ręce skierowane ku dołowi, na spokojnie, stojąco, palce i dłonie rozwarte. Głowa uniesiona lekko wyżej. Wyprostowany. Z daleka na pewno normalnie wygląda… Czuję jak natychmiastowo płynie – ale ode mnie do Ziemi. Dużo schodzi, jakby warstw. ‘’Czuję’’ – można nadużywać tego słowa, ale ciężko o inne. Jakbym robił tak już od zawsze. Takie naturalne. I mógłbym chyba stać tak godzinami. Błogo.

– Ziemia pochłania. Tak jej oddajesz. Bardzo proste, stare techniki uzdrawiania. W Brzozowych kręgach. Myśl o tym co ma spłynąć. Pożegnaj. Wyobraz. A potem strząśnij ręce. Dlaczego lekarka – brzoza kołysze przy każdym podmuchu? Widzisz. Też otrząsa się i oczyszcza. Ale teraz my zrobimy. Czuj!

I odbieram, jak podchodzi pod dłonie coś gęstego, puchatego, ale swą warstwą okala wokół. Od spodu. Trochę jakbym mógł ją formować, zatapiać ręce unosić.

– W brzozowym kręgu, których znajdziesz wiele. Tak, możesz to formować, kierować. Pole Ziemi, wzmocnione, podniesione przez nas i uświęcone naszą leczniczą energią. Skieruj na siebie, lub drugą osobę. Otul jak kołdrą, zanurz. I co chcesz z tym zrobić, na co ofiarować? Tam pomoże.

Przesuwam wyciągniętymi dłońmi – w zachwycie. Takie to namacalne! Ale najbardziej zaskakują mnie mrówki. Mnóstwo ich tutaj. Są nie tylko na drzewach, ale i kłebią pode mną, inne maszerują swoimi maleńkimi dróżkami. Mimo to żadna mnie nie atakuje, ani nie próbuje na mnie wspinać. Nie atakują. Ignorują. To jest dopiero fenomen, bo zwykle rudnice potrafiły już burzyć się na cień człowieka. Co tu się dzieje?

– Teraz idz do sosny obok…

To jeszcze brzozy. Ok, kilka kroków i jestem. Nie wiem już które z nich mówi, ale sosna prosi bym także stojąc naprzeciw wyciągnął dłonie i…

– ….i przesuwaj…do góry. Cały się rozprostuj. Na czubki palców stań. I w dół…Do samej ziemi…przykucnij. Dotknij jej.

Czuję jakbym dokonywał jakiegoś prasowania. Masował. Niezwykłe, jak czuć, gdy ta energia prześlizguje się i rozjeżdża. I gdy tak zjeżdżam po raz trzeci w dół, widzę, że pociągam jakby za sobą kilka mrówek. Spadają pojedynczo. Jakbym je ściągał… A przecież nie dotykam nawet tego drzewa! I powtarza się za każdym razem. Ilekroć ściągam dłonie w dół, owady spadają. I nadal nie są rozjuszone. A więc tego miałem się nauczyć. Jeszcze tak nie robiłem. Czy To może masaż dla drzewa, zabieg, a może jakiś inny głębszy sens, dowiem się później. Wiem, że na dziś to wszystko. Jedna z brzózek zaczyna cała trzeszczeć od środka, tak werbalnie wyrażając swoją obecność. Mnie nieustannie dziwi – ta synchronizacja komunikacji.

– Trudno Ci przyjąć, że drzewo rusza się wydaje dzwięki samo z siebie. Tyle razy już widziałeś, słyszałeś. A co w tym dziwnego? Co to miałby być za problem? Jestem również ciałem, które się czuje, jestem całkowicie świadoma każdej swojej części. Wstrząsam, pląsam, tańczę, śpiewam, kołysam, śmieję, nawet krzyczę! Albo jak dąb, co wibruje i mruczy.

Poucza jedna z sióstr kręgu. Teraz ja nie bacząc na nic, wyciągam ręce w górę i dziękuję. Rozbujało mnie. Machają mi gałązkami. Ta trzeszczy i aż drga cała. Cieszą się, że odebrałem i pojąłem. Ale to nie koniec brzóz na dziś. Stąd ruszam nad bagno, gdzie siedzą kolejne z nich, tak jakoś znów czuję, że tam powinienem ruszyć.

55450442_10205791434581815_4101174630687965184_n

Po drodze mijam korowód olbrzymich, pięknych świerków, jakie jeszcze się tutaj ostały. Ostały, bo resztę ich wycięto. Człowiek w swym zadufaniu uważa, że wie lepiej, jak co i gdzie ma rosnąć. Że on zaplanuje, dostosuje skład gatunkowy i tak będzie. Szkoda, że nie bierze pod uwagę zmian klimatu… I wielu innych, tak zmiennych. Rozmyślam o świerkach. Co musiały czuć, kiedy ich bracia padali ofiarnie. Jak cierpieć – nie ma dokąd uciec jak się ratować. Dla swych prześladowców są przecież tylko surowcem, coś jak marchewką do wyrwania. Nie lubię o tym wszystkim rozmyślać ani zgłębiać. A one już zaczynają groznie się kołysać i stroszyć. Nikt nie lubi być ignorowany. Większość drzew jest ciepła i wyrozumiała. Zgodna. Chcąca tworzyć. Świerki trochę buntownicy. I bardzo bezpośredni… Choć dobrze im życzę, tak niewiele mogę zrobić. Przyspieszam kroku, a za mną gonią świerkowe słowa…

Idzie brat nasz dawny w mroku, 
Jeszcze kilka zrobi kroków, 
Czemu znów wypierasz cienia, 
Upór Twój niewiele zmienia,

Złość, niezgoda, lament, żale, 
Nie chcesz w tym się znaleźć wcale,

Zgoda, 
Świerk Ci wtedy gałąz poda, 
Byś zrozumiał, 
Przyjąć umiał,

Wiedz, że przeżywamy wszystko, 
Dzięki wam, i tym pomysłom,

Ścinać, palić i mordować, 
Potem nowe wyhodować…

Opłotować, i zasadzić, 
Głuche, ślepe – mają radzić!

Nas prowadzić chcą w rozwoju
Licząc zysk ze ściętych słojów,

Oto katastrofa lasu, 
Choć nie widzą jej zawczasu

To poniosą konsekwencje, 
Wszystko naraz, jeszcze więcej,

Śmieci, susza, i spaliny, 
Bo to wasze są przyczyny

Drzewa patrzą, przyglądają, 
Bo po prostu, to przetrwają

Będzie tak jak zawsze było, 
Bez człowieka, lepiej żyło,

Próżny trud wasz, nie pokona, 
My przetrwamy, los w nasionach

Dobrze sobie poradzimy, 
I na nowo, świat stworzymy,

Bez Was…

Dość… I wiem, że mają rację. Swoją prawdę. A wrażliwość ma swoją cenę. Pewnych rzeczy nie chciałoby się widzieć, czuć, przeżywać. Wybierać tylko światło i dobre strony. Na tą chwilę nie czuję się w siłach, aby przyjąć ich ból, bunt i gniew. Nie dziś… Gdy mijam kawałek dalej klona, natychmiast odwracam głowę na nagły szelest. Po ściółce mknie ze szmerem zeschły jego liść. Myślę wtedy, że one mówią do nas w każdej chwili. Dialog, a raczej monolog w stronę ludzkości trwa…

Brzozy nad bagnem. Tu Wszystkich moich gości ogarnia radosny nastrój i odbywamy taniec w Uśmiechu Serca. Tutaj one uczyły mnie znów przekraczać siebie w odkrywaniu. Witają się wesoło i dziś. Chciałem je tylko odwiedzić. Mam zamiar przejrzeć sosnowy młodnik obok, którego nigdy dokładniej nie sprawdzałem. Słyszę ich wesołe śmiechy. Hej dziewczyny! Tak lubią gdy do nich się zwracać.

– Do młodnika sosnowego dziś nie idz…

Słyszę dziewczęcy, troskliwy uprzedzający głos. Umysł zaczyna bełkotać. Ale jak to? Przecież tam nic nie ma, żadnych zwierząt większych, niczego co mógłbym spłoszyć. Jest środek dnia, więc nawet jeśli… A chcę tam pomyszkować, kto wie co odkryję, a poza tym lubię naturalnie rozsiane młode sosenki, w ich towarzystwie pobyć. Zagadałem…
Kilka kroków w gąszcz i się okazuje. Z piasku zrywa się królik i odbiega kawałek. Brzozy wiedziały, uprzedzały…ufać, słuchać! Wracam pokornie i przepraszam… Kolejna lekcja.
Dziękuję za poradę, no i obiecuję poprawę…

– Na głos, na głos podziękuj!

Upominają. Okej. Wypowiadam najpiękniej, macham do nich i kłaniam. A tu dostrzegam zza krzaków na dróżce człowieka innego z piesem. Stoi zdumiony. Dociera do mnie, że on musiał wszystko widzieć i słyszeć. Mina mówi wiele…ale wtops! Mijamy się… trochę puchnę z purpury. Ciekawe to… Ale tak. Co innego samemu, a co innego gdy jesteśmy w kilka osób u drzew. Mam to jeszcze do przerobienia. Obawiałem się, że ktoś zobaczy – no i zobaczył.

– Co to, wstydzisz się nas, koleżanek wyrzekasz?

Wołają rozbawione brzózki. A do mnie dociera, że taki zrobiły mi kawał. Z tym ‘’na głos’’. Cierpliwości leśna, a święta! Któregoś dnia się przyzwyczaję… Z nimi tak już jest. A w pamięci i wdzięczności zostaje ze mną nowe – Brzozowe kręgi Mocy 💚

PS. A brzozowe kręgi praktykowaliśmy już podczas następnych warsztatów z Drzewami Mocy. W pewnym momencie mój gość przechodząc obok trzech brzózek… nie sposób było się powstrzymać 🙂

pppp.pg

 

A po więcej gawęd z Drzewami Mocy, zapraszam do swojej najnowszej książki. Można ją zdobyć tutaj:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

WSPARCIE dla nowych projektów autorskich, pomoc w bieżącej działalności lub po prostu podziękowanie za czas spędzony z czytaniem można przekazać tam:
https://pomagam.pl/szeptyknieipomoc