Pierwsze wezwanie Deszczu. Leśna modlitwa dla Drzew.

Ależ dostałem ostatnio lekcję wiary leśnej. I zaufania. Wybrałem się w czwartek ‘’na pełnię’’ w teren aby skorzystać z blasku przybierającego już księżyca w czuwaniu. Po drodze odwiedziłem moje uzdrawiające Brzozy. Tym razem… ścisnęło aż z żalu na ich widok. Przyklapnięte. Niemrawe. Liście pożółkłe, wyschnięte, z brązowymi śladami po brzegach jakby od przypalenia… zwijają się. O, jakże brakuje im do tej normalnej kondycji zdrowego listowia. Nawet humor ten ich wieczny, gdzieś wyparował. Widać jakby goniły resztkami sił… w życiu nie widziałem ich w tak fatalnym stanie. Targa mną współczucie. Tak bardzo chciałbym im ulżyć! Tyle dla mnie zrobiły… Moje uzdrowicielki. A przede mną obraz…potrzeby. Bezsilność i rozpacz przejmują ster, a ja padam do nich w objęcia współodczuwania, płacząc… Jak mogę Wam pomóc?

Reagują. Zaczynają poruszać gałązkami. Cieszą się, że zauważam i nie jestem obojętny. Że nie przychodzę prosić o swoje, w takiej chwili. Całuję te suche jak papier listki. Przychodzą różne myśli. I słowa.

– Wytrzymajcie chwilę jeszcze, nim nadejdą Wasze Deszcze…

A może by tak… Gdyby zawierzyć Mocy Słowa wieszczonego, wespół z nimi poprosić o opady? Nie… Przecież jest susza. Nie będzie jeszcze padać przez tygodnie. To się nie uda. Co Ty sobie myślisz – ? Blabla wątpiący umysł.

One szumią. O połączeniu. I wzajemnej mocy. Proszą o te wsparcie.

– Dlaczego wiecznie się dziwisz? Mówią Ci znajomi o truciznach z nieba, wyjałowieniu, sterowaniu pogodą, a co w tym dziwnego? Nawet Drzewa potrafią nią kierować. Matka zawsze słucha swych dzieci. Fale 5G…One zagłuszą to jeszcze bardziej. Obecnie za dużo tego. Tracimy obszary, gdzie możemy działać. Zbyt wiele czynników, przeciw. Pamiętasz pogodę dawniej? Chłody, słoty, wichury, burze, ulewy? Oh, jakże bosko szalały z nami żywioły. Radziłyśmy jeszcze sobie. Pomóż Nam… Drzewa utraciły cząstkę swej sprawczej Mocy, ale razem ciągle możemy jeszcze. Człowiek – Kreator, w połączeniu z Przyrodą wielką ma siłę wezwania. Niech będzie Was wielu! Nie pozostaniemy dłużne… Nigdy nie jesteśmy.

Ryczę. Co ja mogę zrobić? Tylko pokazać, że rozumiem, wiem, nie jestem obojętny, współodczuwam. Mimo to, we łzach płyną słowa, które jakoś wypowiadam. W głowie echo brzozowych dziewczyn dzwięczy prośbą. Mówią przeze mnie. Płynie. Leśna modlitwa Deszczu.

Życzę Wam Kochane Drzewa, 
Aby przyszła tu ulewa,

Wytrzymajcie trochę jeszcze, 
Nim nadejdą rześkie Deszcze

Jestem tu w ofiarowaniu, 
By zwierzyć, odczuwaniu

Błogosławię tej przestrzeni, 
Aby mogła się odmienić

Wodne święto to nadchodzi, 
Bieg odmieni, i ochłodzi

Człowiek ramię wespół z Drzewem 
Krople życia wzywa Śpiewem

Wołam rosę, mgły i burze,
Niech na szlaku lśnią kałuże

Deszczu, deszczu, ukochany,
Tyś nadzieją, naszej zmiany

Przybądź szybko, tu na Ziemię,
Gdzie już czeka Twoje plemię

Spragnione,

Wszystkie Cię wzywają One

Już zrywają się wichury
A po niebie pędzą Chmury,

Burza,

Woda wartko płynie Duża

Napełniają się korzenie, 
Obmywają pył kamienie,

Już wypełnia przeznaczenie, 
Las pochłania ukojenie

Swoje,

Uczyniło słowo moje,

Działa dawny ten czar który, 
Tchnie harmonią rytm Natury

Wyciągamy w górę dłonie, 
Z serca sił wołamy do Niej

Matko nasza, Ziemio Święta, 
O swych dzieciach tu pamiętaj

Uczyń co potrzeba w niebie, 
Aby ulżyć nam w potrzebie,

Wielkie w potok płyną strugi,
Nagradzają czas ten długi,

Suszy,

Oh, jak mokro, 
Oddajemy Tobie pokłon

Wodo

Tu olbrzymy Dębów stoją, 
Popatrz jak się błogo poją,

W równowadze żywioł wzbiera, 
Wszystko to się dzieje Teraz

Dziękujemy

Wypłakany, podbiegam jeszcze do każdej wokół na chwilę się przytulić. I choć wiem, że to co się stało bardzo jest ważne, szybko o sprawie zapominam. Czwartkowy wieczór spędzam pod księżycem obserwując łanię z dwoma pociesznymi maluchami. Kiedy wracam, brzozy wydają się być wyobcowane, skupione, twardo śpiące…

Piątek po południu. Wywalam pościel do wietrzenia na balkon i zaczynam sprzątać. Jakież moje zdziwienie, gdy za parę minut na słupkach dostrzegam ślady kropel. Czyżby?? Myślę o wczorajszym. Eee, nie, poprószy kropelką i rozejdzie się jak to od tygodni. Za chwilę kołdrę jednak muszę schować, bo… rozpaduje się! Cały czas ‘’modlę się’’ aby rozkręciło. Bo sączy tak, jakby ktoś u góry przykręcał kurek albo podkładał szmatę. Wiem, że takie ‘’podchody’’ rozdrażniają tylko Drzewa. Bo to trochę tak jakbyś tydzień nie pił, a ktoś Ci w gardło spryskiwaczem raz chlasnął. Delikatnie, ale pada. Nocą nieco przybiera. Jakaś krótka przerwa. O świcie gęstnieje i leje aż do 9 tej. Co za ulga! Tyle to już coś. Bo przez pierwsze kilka godzin wchłania roślinność zielna, i drzewa nie dostają z tego prawie nic. Im dłużej pada, i gleba nasiąka tym mogą one skorzystać. Jestem z nimi – i tak się cieszę! Śmieję się, jak bardzo bliskie stały mi się ich sprawy. Pamiętam jak w zeszłym roku jesienią tańczyłem z nimi w deszczu. Teraz mamy nawet wspólne upodobania pogodowe. Myślę, czy to w ogóle możliwe? Czy aż taką wspólnie dysponujemy Mocą? A może to tylko przypadek? Spoglądam na brzozy przed domem. Wydają się być dużo bardziej rześkie i pobudzone. Choć to za mało na ich potrzeby, zawsze jakieś wsparcie.

Kiedy znajdziecie się pośród swoich ulubionych Drzew w potrzebie podczas suszy, proszę przeczytajcie im fragmenty tej leśnej modlitwy którą mi ofiarowały. Możecie też ułożyć własną, lub dodać co przyjdzie od serca. One nam pomagają – zawsze, kiedy mogą. Tworzą mikroklimat, zatrzymują wilgoć, wspierają powstawanie gleby, użyźniają. Zróbmy coś dla nich. One poprosiły, tak wyraznie. Zaproście znajomych do wydarzenia, spotkajcie pod Drzewami i po prostu poślijcie do Matki Natury intencję wodnej pomocy dla naszych liściastych Przyjaciół. Podziękują Wam w każdej sekundzie produkcji rześkiego tlenu, pobłogosławią w problemach i – sami zresztą wiecie, co potrafią 

Mija niecała doba, od momentu zamieszczenia tego tekstu. Wieczorem zaczyna padać. Najpierw nieśmiało, jakby coś z uporem wstrzymywało pełen rozlew. Słucham w oknie brzęczącego po dachu i w rynnie deszczu. Trwał do 9 rano. Drzewa dostały kapkę swojej ulgi. Choć to ciągle za mało…

Lekcja. Nie wątp w cuda. A zwłaszcza w opiekę Natury.

maxresdefault

W blasku błyskawicy. Owocowi goście i nocne czuwanie z burzą.

Dziś w mojej leśnej przestrzeni – Witarianie  Przyjeżdżają osoby poznane na Owocowym Festiwalu. Niezwykłe historie kolei żywota. Sławek przez większość życia był zapalonym wędkarzem. Teraz na surowej diecie, z totalną zmianą świadomości, nurkuje i podziwia ryby, które niegdyś łapał. Opowiada mi niestworzone rzeczy, jakie podpatrzył w głębinach! Maleńki ciernik budujący gniazdko ze staraniem w ciemnej toni uruchomił wzruszenie, od tego zaczęło się zrozumienie i osobista przemiana. Że ryby, to istoty, których codzienne życie i sprawy niezbyt odbiegają od naszych spraw. Fascynujące, delikatne, mądre. Mówi mi o ich charakterach i ciekawości. Jak grupa linów podpływała aby przyjrzeć się nurkom. O szczupaku, który podpłynął i którego głaskali z kolegą, a on wyprężał grzbiet pod dłonią, jakby mu się podobało  Wiedzieliście, że karpie na dnie stawu wykopują sobie muliste doły w których lubią wypoczywać, i urządzają sobie takie ‘’łazienki’’ miejsce z wystającą gałęzią, aby się o nią ocierać i drapać? Zupełnie jak dziki  Chłonę tajemnice głębin ze słów mojego gościa. Kosmos zagadek, dostępny w skafandrze na wyciągnięcie ręki. A tymczasem Przyroda nam dopisuje…

Zaraz po wyjściu z auta widzimy w jęczmieniu sarnę. I wszystko dzieje się w ciągu jakichś 10 minut… Na przyleśnej dróżce obok rzepaku wynurza się łania, ta obserwuje nas długo, ani drgniemy. Wreszcie wchodzi spokojnie do lasu. Robimy kilka kroków, kiedy znowuż z rzepaku pojawia się czarny kształt. Młody dzik, wycinek, samotny. On nawet nie ucieka. Rzepak raptem cichnie – jakby zwierz się położył. Boso przechodzimy tuż obok niego. Kolejny szelest. Na ścieżkę wychodzi nam borsuk. I znów pogrążamy się w bezruchu, patrząc jak grubasek kręci się i węszy. Szturmują nas zaciekłe komary. Co tu się dziś dzieje! Pierwsze kroki pod lasem, a pojawia się tyle zwierząt. Pamiętam jak pytałem przed wyprawą drzew gdzie się udać, i usilnie wołały tutejsze brzozy. Widać przygotowały nam niespodzianki. Wdzięczność  Trzeba być naprawdę cicho. Szybko mówimy już tylko szeptem, nie chcąc przeszkadzać świątyni tutejszych mieszkańców.

P90611-043127

Ciepło, cieplutko… Całą noc spędzam boso. Przygląda się nam połówka wzbierającego księżyca. Pełnia za kilka dni. Na łące się rozstajemy. Bo za moment zwierzęta zaczną tutaj buszować własnym rytmem. Każdy do swojej czatowni, gdzie osobno spędzamy krótką nockę, zatopieni w ciszy swoich procesów. Frywolne nietoperze wirują wytrwale podlatując tuż do twarzy, albo przenikając w pędzie między belkami ambony. Pomocni towarzysze, nocni łowcy i żywe środki komarobójcze. Dobrze poddać się ich opiece. Owady dokuczają znacznie mniej. Czas oswajać z bladym mrokiem. Czerwcowe Białe Noce parują zapachem dusznego siana i orzeźwiającej wody, kiedy zaciąga chłodem z nad bagna. Tu ‘’piłują ciszę’’ nocni mistrzowie ptasi. Słowik, rokitniczka, łozówka, i monotonny świerszczak. Tylko bąka jakoś brak… bez niego, to nie to. Niespodziane wabienia sikorze i szczebioty jaskółek, to sprawka naśladowców – rokitniczki i łozówki. Ale one potrafią wpleść w swój repertuar chyba każdy zasłyszany głos. Trochę jak papużki faliste. Rozróżniam jeszcze jeden szeleszczący śpiew. Chwila skojarzenia – tak, to strumieniówka! Kolejny niepozorny maleńki śpiewak bagienny. Zawsze kiedy słyszę takie ptaszki, chce mi się śmiać. No bo jak to tak – otwierać gardziołko przez tyle godzin, żeby wydawać z siebie tak nużący, jednostajny dzwięk? Przysłuchuję się strumieniówce. I dochodzę do wniosku, że jej śpiew wybrzmiewa tutaj w idealnej harmonii z otoczeniem. Jakby ktoś pocierał szorstko suche źdźbła trzcin. Ona w nich mieszka, jest przesiąknięta szuwarami na wskroś. Może w ten sposób składa hołd roślinie, z którą na wieki splotła swe istnienie? Mistyka rozważań.
Coś pluska z gromem rozgłosu. Jakby z nieba spadł kamień na wodę. Aż drgam. Pewnie skoczyła jakaś wielka ryba. Bagno odpowiada niepokojem. Mamrocze sennie żuraw i chrypi czapla. Rozwrzeszczało się kilka kozłów saren ukrytych w okolicy.

Błyska się. Cichutko podzwaniają polne świerszcze. Ta noc naprawdę czaruje… przez kolejne godziny podziwiamy oboje formującą się burzę. Jej pomarańczowe jądro rozświetla się co kilka sekund, w kłębach burych chmur. Wygląda złowieszczo, ale i zachwyca. Na ziemię spływają stroboskopowe fale światła. Pod czatownią rozrabia niezgrabny borsuk. Potrafią nahałasować. Za chwilę przez sianokos drepta jenot. Żadne z większych zwierząt nie odważyło się dziś wyjść na świeży pokos. Zbyt gwałtowna zmiana. Ale szary nocny wędrowiec ma to gdzieś. Węszy i rozkopuje trawę. Kwik niedalekich dzików, chyba się pogryzły. Dziś mgieł nie będzie. Nie ma nawet rosy. Energia błyskającego żywiołu pochłania w siebie całą dostępną wilgoć. Szarzeje świt…

P90611-050811

Nadchodzi w rozbłyskach. Wymija nas bokiem. Ptaki nic sobie z tego nie robią, skowronki zaczynają nucić jakby nigdy nic. Robi się widno. Bure smugi sunące tuż przy ziemi. Lisie rodzeństwo… Widać, że nie są jeszcze wyrośnięte. Bawią się i dokazują na dróżce. Skoki, zaczepki, uniki! Jak to dobrze weselić się w świecie. Wyszły z pobliskiego stogu. Szybko się rozjaśnia. W ptasim zegarze wybijają kolejne pory. Za chwilę słychać już drozda, kosa, szpaki, rudziki – koncertuje cały leśny chór. Dostojne żurawie szybują z majestatem gdzieś na śniadanie wśród łąk. My rozmawiamy pod brzozami. Opowiadam o ich sennych marzeniach i tęsknotach. O czym mi kiedyś wyśpiewały

W pamięci Ziemi, 
Starszej niż czas,

Rósł tutaj niegdyś, 
Wspaniały las.

Pełen był mocy, 
Zachwycał potęgą,

Niemal świat cały,
Otulał wstęgą.

Do niego wracamy,
Jego wspominamy,

Z nim jednoczymy,
I o nim śnimy.

I pracujemy, wciąż razem w pokorze, 
Tęskniąc do tego, co wrócić nie może.

Ujrzyj go teraz, ten bór pradawny, 
Niech Ci ukaże, nasz sen się jawny.”

W jednym z wiszących liści uśpiły się trzy maleńkie muszki. Wyglądają tak słodko. Drzewa co i raz wtrącają się z liśćmi, które lądują bezszelestnie gdzieś obok nas. W pewnym momencie zauważam. Kozła sarny, który żuje, stoi, i gapi się na nas jakby nigdy nic. A przecież cały czas rozmawialiśmy normalnym głosem! Nie wiem jak długo nas słuchał. Odruchowo wskazują nań ręką by pokazać Sławkowi, wtedy zwierz umyka chrypiąc. Czyli – dopóki żeśmy nie zwracali na niego uwagi, i on nie czuł się zagrożony. Darzą nas zwierzęta zaskoczeniem swojej mądrości. Poranek targa ciepłym wiatrem, gdy sunąca burza przemyka obok. I nikt nie ma ochoty wracać…

Bohaterka gawędy: Strumieniówka

⚡️ A jeśli i Ty masz ochotę na podobną leśną przygodę, pisz, pytaj  Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść. Szczegóły w całorocznym wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody 

 

Majowa wyprawa po zioła. W brzozowej krainie uśmiechu.

Majowe zagajniki, a w nich słowiki, pokrzywa i jaskółcze ziele. Będą herbatki i detox. Pomaga mi dziś mały, kolorowy elfik. Rozmawia z zielenią i pieśni sobie tylko znane nam śpiewa. Na patyku melodie leśne stuka. Zabrałem maleństwo do pobliskiego dębu i baśnią pogawędziłem o Kniei Szeptach. Podglądamy śpiącą biedronkę 🐞 na kiju zatykamy żołędziowe czapeczki. Zakopujemy kilka w ziemi, brudząc się jak świnki 🐷 Obok mrówka okruch niesie. Podsadzam do głogu kwitnącego, poznajemy zapachy świata. A kolorowe porosty na gałęzi starego bzu, budzą uśmiechy, na wieść, jak drzewko się ubrało 😅 Elfik ciekawy życia, biega, drzewa piosenką wesołą pozdrawia, łapkami macha.

60345186_816676132033871_7597015453986193408_n

Dzisiaj pierwsza nauka tulenia drzewa, słuchanie wiatru szumiącego w koronach i ptaków. Na buzi szerokie zdziwienie wymalowane. Podsycać ciekawość, która niezgłębioną zdaje się być do nieskończoności. Kijaszek sobie wzięła, i podąża elfik wśród traw. Dostojnie, śmiało, i pewnie sobie kroczy jakby od zawsze tak wędrowała. A jak śpiewa! Nuci na bieżąco melodię dobierając. A może i magię zapomnianą wzywa. Przypomina Druidów. Cieszy się dusza. I nie płacze mi nawet od pokrzywy przypadkiem tkniętej, choć to przecież pierwszy parzący raz. Bardziej ożywienie i zaskoczenie. Szczególną ciekawość budzą różnokolorowe porosty. Ale się drzewko ubrało! I wszystko – takie oczywiste. Jakbym nie mówił niczego nowego. Tak, drzewo się kołysze, macha do nas, tańczy, to i my z nim  Dida duuuu  Łapuszki w ziemi utytłane, bo jaka to frajda, szukanie żołędziowych czapeczek w ściółce. I puszczanie liści suchych na wietrze! Suche zgliszcza krzewów okazują się być perkusją dla małej patyczkowej bębniarki. Szybująca nad polami zwinna jaskółka, wywołuje podskoki radości. Kółka!

60227992_2246535025609832_6437400887093624832_n

Ziemia szczególnie przez maleństwo ukochana. Pada na kolanka, i przysypuje delikatnie chwasty, uklepując nieco, żeby rosły  Po polu tupta i kukurydzę głaska 

Był taki moment pod Drzewem, że nasze Dusze się spotkały. ‘’ Za dużo mówisz – ja to wszystko wiem’’ – przyszło do mnie od dziecka. I pozostaliśmy w ciszy. Przez 10 minut ani słowa, głębokiego patrzenia sobie w oczy, a u niej na przemian jaśniał uśmiech z powagą, zamyśloną. Poznawała mnie. I pozwoliłem się poznać. Przyszły z jej przestrzeni obrazy, o życiu wojownika w dawnej Persji, wspomnienia… Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Zupełnie inny wymiar komunikacji. Nie zapomnę do końca życia…

A potem, na gałęzi dębowej huśtanie wesołe było, za drzewa łagodnym pozwoleniem. Ucieszyli się dębowie tą ludzką radością. Pobujali dla zabawy, wyrozumiale opieką konarów sękatych przytulając.

60337814_1306148059541690_229264684245581824_n

W brzozowej krainie Uśmiechu

Promienie rozgrzewającego ciepła, mieszają się dziś z chłodnymi powiewami rześkiego wiatru. Przyleciały już wilgi. Ostatni przybysze wiosny, stroją i ćwiczą od rana swoje delikatne, fletowe wołania. Wiele Drzew w tym czasie wycisza się, skupiając na swoich sprawach przetrwania. Trzeba rozwinąć w pełni liście i pączki. Odwiedzamy, dęby, sosny strzeliste, a ciepłem uśmiechu obdarowuje nas Robinia Akacjowa. Popołudniem słońce przypieka. Podziwiamy puchate trzmiele, brzęczące w pogoni za kwiatami. Grubaśne misie. Pisklęta kosów nie przetrwały…Dziś gniazdo było puste i ciche. Coś sprawnie wyłowiło doskonale widoczne maluchy. Los dzikości. I ptaki się uczą na błędach. Na drugi raz staranniej wybierze miejsce na gniazdo. Wszędzie rozkwitają kolory. Kwiatowy zachwyt tej wiosny nadal trzyma mnie w objęciach każdego muszę obejrzeć, uwiecznić, czasem pocałować  Śliczności. Zielone łąki okryły się kożuszkiem puszystej miękkości. Przekwitły już mniszki. Dmuchawce! Ile radości, w jednym podmuchu  Otaczają nas miliony maleńkich leciutkich spadochronów, kiedy Pan Wiatr raczy odetchnąć głębiej. Srebrna magia wiruje wokół. Czar przemiany dotyka subtelnością, kiedy spomiędzy traw przytulają siebie białe bombki lekkości. Zupełnie, jak zimowe śnieżynki. Pierwsza taka zmiana. Tu, gdzie nieopodal kołdry złotego rzepaku otulają żyjącą Ziemię łanem przepychu, popisują się słowiki, mistrzowie księżycowego śpiewu. Niepozorna pliszka siwa ugania się pociesznie na pobliskim polu, kiwając ogonem na ostatnie pożegnanie – owadzim ofiarom ptasiego polowania.

59438726_2262867553781240_5167239853481394176_n

Roześmiane brzozy łączą się z nami w Świątyni Serca. Śpiewają, dowcipkują, szumią, co i raz dotykając nas liśćmi. Długo pozostajemy w ich towarzystwie. Efekt świetlistej terapii, na załączonym obrazku rozkwita oto 🙂

P90505-133818

P90505-172407

Dziękuję dziś Kamili za radosną wyprawę w wesołym towarzystwie jej pociechy. A historia ta niech będzie odpowiedzią na pojawiające się czasem pytanie, ”czy można przyjechać z dziećmi” 🙂

Księżycowe Kwiaty. Pełnia czujnych jeleni.

Dawno nie było tak pięknej pogody. Za dnia ciepło i niebiesko, a nocą… delikatny chłód, jasny księżyc i kryształowa widoczność. Szczęście nocnego wędrowca. Wyprawy stały się coraz dłuższe. Powinienem wiele pisać, a tymczasem nie mogę wysiedzieć w domu. Ruszam zwykle około godziny 16-17, a wracam po 3 nad ranem. I tak przez kilka dni. Być w przyrodzie tyle czasu…to dostrzegać więcej. Aksamitne kwiaty żółtej złoci i mniszka kulą się z zimna i ciemności przy nadejściu wieczoru. Zamykają. Trwa integracja z ‘’nowymi’’ sarnami na łące. I królikami. Trzeba odpowiednio czasu poświęcić, aby się do Ciebie przekonały. Choć i tak nie podejdą blisko. Wtedy pojawia się, może jeszcze nie bliskość, a coś co określiłbym mianem olewczej komitywy. Choć nie jestem tak czujny jak żuraw, i nie wrzeszczę jak sójka, mam wrażenie, że one czują się ze mną bezpieczniej. Na zasadzie, jest ‘’nasz’’ człowiek, więc inny dziś tu nie się nie czai. Wiedzą chyba, że niczego od nich nie chcę, poza tym, aby były i zachowywały się swobodnie. Ja wdzięczny i szczęśliwy, one łagodnie obojętne. Zauważyłem, że zwiększa się wtedy ich ‘’próg tolerancji’’ na obcy hałas, wywołany np. szelestem ubrania. Długo potrafią nie reagować, gdy znają jego źródło. Ot, siedzi sobie jakiś tam krasnal, wierci, ale grzeczny jest, to mu pozwolimy być z nami. Siedzimy tedy godzinami w słońcu. Ważne, aby być tu przed nimi. Wtedy, gdy wyglądają z zarośli przed wyjściem na widok, mogą się z Twoją obecnością oswoić. Dziś jednak, kiedy pojawia się pierwszy kozioł, cicho zmykam – saren mi na ostatnie dni dość. A nie chcę ich niepokoić, kiedy wylezie więcej. Czerwonym wieczorem przenoszę się do nadrzecznego łęgu, który tak obiecująco wygląda od środka. Błota, powalone drzewa, rozlewiska i tropy. Może być ciekawie.

17862548_1270716659642894_6484943921228570736_n

Bo tu natura szepcze o tym co ma w zanadrzu najpiękniejszego – nieokiełznanej dzikości. Dawne ślady wycinek ludzkich zarosły. Chram się uczynił, tylko dla zwierząt łatwy w dostępie..Takiej gimnastyki podczas krótkiego marszu jeszcze nie miałem – pochyły, skoki na kępach, zapadanie w mule, ukłony, kucanie, czołganie, wspinaczka górą przez kłody. Chcesz widoku i piękna – spoć się najpierw. Wreszcie docieram do drzewnego cmentarzyska topól i olch. Leżą już długo powalone. Idealne miejsce do obserwacji. Żaden zwierz nie będzie tu wchodził, ścieżki dotąd nie prowadzą. Widać za to doskonale. Ptasie pieśni malują ciszę muzyką. Drobni soliści. Rudzik, strzyżyk, pierwiosnek, szpaki. Nagle, myrg! Mały cień czmychnął. Przywidziało mi się? Minuty mojego bezruchu. I ukazuje się. Brązowa nornica, biega po kłodach. Śmiga jak duch. Cieszę się! Mimo, że zwierzątko małe i pospolite, nie widuję ich tak często. Do zagajnika ściągają z łąk pierwsze sarny, będą chyba się kąpać. Nieopodal lądują kaczki na nocleg. A ja czuję… że ta przestrzeń jakoś mnie stąd wyprasza. Jakby nie chciała zdradzać mi wszystkich swoich sekretów. Ból głowy… Czasem właśnie tak jest. Mają drzewa swoje powody i sprawy. Miejsce jest dla nich święte. Prawie nie odwiedzane. I tak ma pozostać. Choć spomiędzy olch spogląda już na mnie malowniczy księżyc, podejmuję powrót. To najlepszy moment. Po ciemku będzie to niemożliwe. Żegnajcie… może kiedyś będę godzien. A jeśli nie, przyjmuję.

O fizjologii wędrówek nie powinno się pisać, ale jak tu nie napisać, kiedy harcujący po łące królik zatrzymuje się i bada miejsce Twojego siusiu. A uważa się, że ten zapach szczególnie odstrasza zwierzęta. Ja mam obserwacje prawie odwrotne. Tak samo było z dzikiem i sarnami. A szarak… kica po moim śladzie w moim kierunku. Pewny siebie. Ja nieruchomo i bez oddechu. On skrobie po jakimś drewnie które się napatoczyło. Ding, hop, skik… metr przede mną wymija mnie małym łukiem, jakby był niczym więcej, niż słupem drogowym. W księżycowym srebrze widać go dobrze. Że też im nie jest zimno w tej mokrej trawie brodzić.

Ols, ten sam w którym spotkałem starego odyńca, przy księżycu cudowny jest jak baśń. Dopiero dostrzegam pełnię jego czaru. Białawe prześwity, ciche pluski nie wiadomo czego i cienie ogromnych wykrotów. Pobudzają wyobraznię. Ale nie boję się. Mam poczucie, że choćby ukazały mi się na raz wszystkie duchy tego lasu, uśmiechnąłbym się tylko. Nie potrafię zrobić kroku… przeglądam się w księżycowej wodzie. W niej zapisała się pamięć świata.

– Hej Olszyny, w bród zalane, opowiedzcie, co mi dane… 
– Cichy wędrowcze nasz witaj, o co chcesz, poproś, pytaj…

I niby wracam, a dzieje się. Na dróżce pod lasem czekała na mnie rodzinka dzików. Locha z małymi. Znów nie usłyszały rowera, a ja zdążyłem zatrzymać się w porę. I obserwuję… ‘’postęp drogowych prac leśnych’’ w wykonaniu dziczej mamy. Tak troskliwie… pomaga maluchom w samodzielnej buchcie. Tego się uczą. Błogosławię w duchu tym mądrym, pożytecznym stworzeniom. Dziękuję za to, co dla nas robią. Tak niedoceniane… tak prześladowane… A przecież bogactwo tej krótkiej chwili. To szczęście. Zostanie już ze mną na zawsze. Nigdy się nie znudzą. Chrumkające, dobrotliwe gapcie. Po chwili cała rodzinka biegnie już stronę trzcinowisk, gdzie lądują w pluskach. Przed nimi długa noc psot. Kilkanaście kroków i ukosem na polu wyłania się nowa niespodzianka. Sylwetki. Zbliżam się powoli. Pewnie to sarny. I mimo, że nie da się tu podążać najciszej, one nie reagują. Bliżej poznaję – to grupa jeleni! Zawsze ta ich wielkość… wieje majestatem. Pochylają się skubiąc roślinność na ugorze. Myślę, że działa tu trochę taki mechanizm. W swoim nocnym świecie, tak bardzo nie spodziewają się nikogo, że nie reagują na wiele bodzców. Widok – raj. Podłużne nieco łby, i dostojeństwo ruchów. Sarna porusza się śmiesznie ‘’pająkowato’’. One zachowują godność. Stoję tak długo, aż nie schodzą same do lasu. Finalnie mój powrót opóźnił się o dwie godziny. Warto było…

Drugą noc poświęcam drzewom. Pełnia Księżyca to takie ich święto, podczas którego bardzo są aktywne i emanują pełnią głębi swej uzdrawiającej energii. Las zachowuje się jak żywy. Nagłe szumy, jęki, westchnienia i trzaski w koronach. – I pełnia Wiosny przyjacielu nadeszła? Dziś z Krzesimirem chyba po raz pierwszy mówimy jednym głosem. Dziękujemy oboje Stwórcy. Za swoją znajomość i wszystko co dzięki niej się przejawiło. Przytulamy się. Nie potrafię aż wyrazić… Dokąd mnie Dąb zaprowadził? Pyta o wiele rzeczy. Lubię tak przychodzić w środku nocy. Mamy wtedy taką swobodę. Mogę mówić mu na głos i w pełni wszystko spontanicznie wyrażać. Razem zaczynamy nucić ich mruczącą Pieśń sił Ziemi. A potem, kiedy staruszek zaczyna szumieć koroną zaczynają się bose tańce intencji na pobliskim polu. Wyraża się Duch Swobody… Brzozy zaczynają kaskadą się z nas śmiać, a ja cieszę się, że mogę uczestniczyć w ich Księżycowym, wiosennym Święcie.

– Już majaczy coś dąb stary, a czeremcha czyni czary…

Goni za mną echo brzozowych dowcipów.

Enchanting fairy forest opening at night and full moon, 3d render illustration

🌙 Trzecia noc Wędrowna

Bagna zaczynają powoli wołać odgłosami maja. Już krzyczą wodniki. Przyleciały też pierwsze rokitniczki, i te paplają bełkotem swego naśladowniczego chaosu.

– Trrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr

Świerszczak – kolejny ptaszek – duch, terkocze swą wieczną, monotonną kołysankę.
W ciemnościach, czają się różne niepokoje. A to bóbr skrobie, jenot szeleści, wydra grasuje, albo zachroboczą dziki zbudzone w ostoi. Czasem przedziera się jeleń. W nozdrza wnika ciężki aromat dojrzałej wody. Chłód, ziąb, mgły, dotykają raz po raz, sprawdzając Twoją wytrwałość. Być tu – to niekiedy zmierzyć się z wszystkim, czego dotąd się bałeś. Czujny żuraw stróżuje nawet nocą. Gdy coś zbyt blisko poruszy się niewidoczne, następuje alarm. Czasem włączają się do tego lamentu kaczki i gęsi. Noc wśród rozlewisk, takim właśnie zapowiada się urokiem. Przerywana krzykami, tajemniczymi dzwiękami, toczy swój żywot, skryta od ciekawości ludzkiej. W bogactwie odgłosów, każda noc notuje w przestrzeni jedyną taką opowieść. Tu przysiądziesz o zmierzchu, a zaraz świt różowy nadchodzi. Niepamięć istnienia.
Było już po zachodzie słońca. Ptactwo sfrunęło się pożegnać. Księżycowe śpiewy drozdów, trwały w nadchodzącej ciemnicy… Wcześniej lis myszkował, a obok sarnie cienie pasą. Kuna szelesci i przeszukuje zmurszale wierzby. A bagienna magia dopiero nabiera blasku. Srebrzy się poświata. Tańczą mroki, a z nimi pojedyncze nietoperze.
Jest dużo cieplej. Widoczność kryształowa. Na odległym polu widać chwiejne, wielkie sylwetki jeleni. Zaufały ciemności. Żurawie z szumem potęgi przelatują nisko. Czasem krzyknie sowa pójdźka. Siedziałem wtedy w czatowni. Czerwony księżyc w pełni wznosił się łagodnie nad bagnem, kiedy usłyszałem delikatny szelest. Stąpnięcie. Raz, drugi. ‘’Pewnie sarny znów idą – wyjdą tędy jak wczoraj ‘’ – pomyślałem. Kiedy jednak do skrętu szyi obróciłem głowę, oczom moim ukazał się… mały płowy książę. Młody jeleń – szpicak, bo i widzę dwa podłużne widełki wystające mu z głowy. Zamieram zastygły w napięciu, bo przecież jeleń do nie przelewki, po trzykroć bardziej czujny niż sarna. Futro ma wyleniałe, zmierzwione, dopiero pewnie nakłada letnie. Naprężenie znika wnet, kiedy obserwuję, jak płowiec po prostu zaczyna żreć kwiatuszki, którymi tak się zachwycam. Widzę, jak zagarnia wargami. To cud, że mnie nie wyczuł… Jednak, często mi się tak zdarza. Brązowa sylwetka momentami rozlewa się z pniami. Zajada. W którymś momencie jego czarne oczko patrzy wprost na mnie – i albo jego mózg nie rejestruje mojego kształtu, albo ‘’jelonek’’ wie, i olewa. Ja widzę go po raz pierwszy. Ale może i on widział mnie już nie raz, podczas bosych marszów, czuwań i włóczenia się w jego świecie?

I kiedy myślałem, że cicho odszedł, wychynął jeszcze o widoku na łąkę. Tu gamoń zaregował strachem na podążającą z drugiej strony sarnę. Przeszedł ją całą, aż bezgłośnie wniknął w szuwary. I znowu nauczyłem się czegoś nowego – miałem okazję obserwować odmienny sposób poruszania się obu zwierząt, tak podobnych, a jakże inny. W sercu i duszy krzyczało jedno:

DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ…

Późnym wieczorem na pobliskie pole wjechał ciągnik. Moja irytacja narasta… Ze wszystkiego, najbardziej lubię ciszę i spokój, zwłaszcza w leśnych światach. Obserwuję dwa jelenie i sarny skubiące na łące. O dziwo – mają to gdzieś. Pasą się w najlepsze. Rolnik jezdzi i świeci. Wiem po co – trzeba w ten sposób pilnować zasiewu kukurydzy. Przed dzikami. Też logika – uprawiaj kukurydzę bez żadnej osłony, 200 metrów od trzcin i barłogów. I pewnie miej pretensje do dzików przy okazji. W tym roku pospieszyli się z tym. Ten spokój i wyrozumiałość zwierząt, przechodzi i na mnie. Skoro im nie przeszkadza, to ja mam się denerwować?

Długo pohukiwał wytrwały Puszczyk, głosząc tęsknotę i gotowość za partnerką. Z głębi lasu zachrypił kozioł – ten z kolei dawał wyraz swoim niepokojom. Do świtu jeszcze daleko..

10330510_662173047163928_6760164185671994744_n

Bohaterowie gawędy:  Świerszczak

Rokitniczka:


Wiosna leśnych ludzi. Dębowy spacer Intuicji

Podczas wędrówek z Drzewami Mocy, oddajemy się świadomemu byciu w Przyrodzie. Zanurzamy w istnieniu jakie nas otacza. Donikąd nie spieszymy. Przeglądamy siebie w maleńkim życiu. Tu w rowku płynie do swoich spraw jaszczurka żyworodna, a na polu gna na polowanie błyszczący sprinter – biegacz złocisty. Pochylamy z uśmiechem i nad nim. W mikroświecie wszystko ma swój odpowiednik. Chrząszcze biegacze, to takie jakby miniaturowe pantery, wilki, ścigające swoje ofiary. Znajdziemy tu i padlinożerców oraz roślinożerców, jak i ‘’na górze’’. Krzyczą gęsi. Las śpiewa już po wiosennemu – niedawno przybyły pokrzewki i piecuszki. Odkrywamy bogactwo jego mieszkańców. Kwiaty otwierają i uśmiechają do słońca. Tym nie mogę się oprzeć, każdemu robiąc fotograficzny portret. W domu z atlasem zapoznaję gatunki i dowiaduję czegoś o nich. Postrzegam, jak bardzo się zmieniłem. Dawniej dla mnie niemal niewidoczne, dziś nie potrafię przejść obojętnie obok żadnego kwiatu. Jakby wołały, zobacz jaki jestem śliczny! Spójrz do czego prowadzi Światło… Maleństwa chcą się pokazać i opowiedzieć światu o sobie. Ta wyprawa to takie moje Święto Duszy, bo wreszcie zawitali do mej przestrzeni mężczyzni na wędrówki. Pamiętam, jak długo opierałem się przed tym. Pewnego dnia, przyszło zrozumienie, że na poziomie duszy, nie ma to żadnej różnicy. I zgoda łagodna się pojawiła. Również oni potrzebują odetchnąć sobą, przypatrując się światu okiem kochającego las wędrowca. Mężni, srodzy, nieustępliwi wojownicy. Cudownie ich otwierać, i patrzeć jak zsuwają się sztywne zbroje lat. Jak kiełkuje zachwyt i wrażliwość.

20190413_121706

Las kipi już tętnem wiosny. Drzewa i krzewy okryły delikatnym puchem świeżej zieleni. Inne kwitną. Mroczne, gęste, czarne, tarniny dziś weselą się setkami śnieżnych kwiatuszków. Co za zmiana! Wszystko wokół dzwięczy odwieczną pieśnią życia. Na dębowym szlaku Krystyna zauważa brązową ptaszynę – samiczka kosa w gnieździe. Na wysokości ramion, choć idealnie zakamuflowana. Zastanawiam się, co kierowało ptakiem przy wyborze tego miejsca. Jeżdżą tu przecież rowerzyści, okrążają biegacze, ale fakt – bardzo trudno ją wypatrzyć. Pisklęta będą natomiast doskonale widoczne i głośne… Tak samo, każda kuna może bez problemu dostać się od spodu. Komu się powiedzie? Historie żywota…

Lekcja

 

20190413_143325

Ścieżka nasza wiedzie nad bagnem, choć po drodze mijamy różne przejawy tworzenia siedlisk Przyrody. Suchy młodnik sosnowy zachwyca swoją odmiennością. Spośród ledwie pokrytego mchami piasku wystają srebrne kępy ostrych traw – to szczotlicha siwa. Choć mniej się nimi interesuję, również nie mogę wyjść z podziwu wobec ich talentu przetrwania. Bo trawy opanowały wszelkie możliwe środowiska. Od arktycznej tundry, po zalane i ciągle podmokłe tereny, przez odległe szczyty górskie, mroczne głębiny leśne, a nawet zbocza wulkanów. Wszędzie można je odkryć. Nad nami z majestatem przelatują ogromne żurawie, specjalnie zbaczają nisko, jakby chciały się przyjrzeć dokładniej. W oddali, na zielonych polach gęsi wygrzewają pierzaste kupry, męcząc ciągłym skubaniem dopiero co wzrosłe zboża. Opowiadam o życiu i zwyczajach moich ulubieńców – dzików, ukrytych gdzieś tam w morzu trzcin. Mijane Brzozy uczą nas pracy z emocjami. Pokazuję moim gościom pewne pozycje ciała, jakie wesołe drzewa pokazały mi celem powrotu do harmonii. Lekko poprawiam, wskazuję, ustawiam – i teraz wszyscy troje tkwimy w odczuwaniu kojącego przepływu: Ziemia – Człowiek/Ciało – Drzewa. Na krótką chwilę dane jest stać nam się jednością.
Za chwilę lądujemy w objęciach sędziwej wierzby, Mistrzyni Życia. W podziwie, jak dziuplasta, zmurszała, próchniejąca istota pozostaje wciąż żywa, pełna otwartej gościnności dla najmniejszych, drążących ją istnień… Czasem, mam wrażenie, że wierzby nie umierają nigdy. Przecież i ona będzie wciąż wypuszczać nowe pędy… Ciężko ustalić kres takiej istoty. Pod nią odczytujemy wierzbowe przesłanie Mocy, jakie spisałem już jakiś czas temu. W hołdzie starej mądrości, jaką zgromadziły pokolenia jej sióstr, żyjące tu od wieków. Rozkręca się wtedy i targa podmuchami. Pani bagiennych żywiołów… odpowiada nam echem swej tajemnicy.

20190414_105416

Wypoczywamy na rozległych łąkach. Przysiadamy na polnych kamieniach. Stąd dobrze widać wszelkich innych zwierzęcych wędrowców, podróżujących do swoich spraw. Sarny migrujące między zagajnikami i kępami polnych zarośli przypatrują nam się ciekawsko. Zawsze mnie to dziwi – potrafią paść się kilkadziesiąt metrów od jeżdżącego ciągnika, ale wobec człowieka ‘’luzem’’ zachowują dystans i ostrożność. Choć w głębi siebie wiem, że i to uległoby zmianie, gdybyśmy tylko przestali je prześladować, traktować jak intruzów i ‘’szkodniki’’. Wielkopolska. Nazwa kojarzy mi się z Wielkie – Pola. Bo pola, to istota tutejszego krajobrazu. A zwierzęta, nawet te największe dostosowały się do życia tutaj i radzą nie gorzej niż w prastarych, dzikich puszczach. Krystyna nie może się nadziwić – jak to jest, że wszędzie wokół ślady, odciski, łapy, kopyta, racice, a ich właścicieli nawet w największych gąszczach nie widać? One wiedzą… Znają swoje pory. I nasze. W bliskości człowieka, wybierają na czas aktywności głównie noc. Choć zarośla mogą wydawać się gęste i nieprzebyte, zwierzyna również wie, gdzie trzeba się skryć – tam gdzie nie dotrze człowiek. W głębinach bagien są czasem takie suche wysepki, wyżej położone miejsca. Tam właśnie docierają ‘’moje’’ jelenie i dziki na swój spoczynek. Człowiek, bez specjalnych środków nie jest w stanie tam się przedrzeć. W pewnym momencie na rozwidleniu dróżek mówię ‘’A chodzmy tędy – jeszcze tutaj nie byłem, zobaczymy gdzie zaprowadzi’. I ten głos intuicji okazuje się być wołaniem potężnego dębu. Poznajemy go na jednej z polanek. Stróż tego zagubionego miejsca. Ależ jest rozłożysty. Ogromny i stary. Emanuje wielką dobrocią, co odczuwamy wszyscy troje. I jakoś nie sprawia mu problemu połączyć się z nami wszystkimi. Długo, długo, nie możemy się od niego oderwać… Każdy przeżywa. A ja słyszę, oprócz radości olbrzyma, jak powiada:

– Błogosławię Waszej wyprawie, Waszym krokom. Niech ten czas uświęci Ziemia…

Szlak przeciera się nieznacznie, znaczony tylko odciskami tropów wędrującego nocami zwierza. Błota, łęgi, olsy, bobrowe tamy, urwiste brzegi, piachy, plątaniny gałęzi, zapadliska, borsucze i lisie nory, zostawiamy w tyle. Podążamy wzdłuż rzeki. Mijamy ‘’dzicze doły’’, babrzyska i kąpieliska chrumkających stworzeń. Jenot czatujący pod wykrotem, umyka chyłkiem. Rozmyślam… Gdyby zmierzał tutaj jeleń lub dzik, zwierz na pewno pozostałby na miejscu. Oto, co żeśmy im zrobili… jak bardzo od nich odeszli. Człowiek = wróg, przed którym trzeba zmiatać. I czasu potrzeba, i ciszy, by przekonać konkretne zwierzęta do swej osoby na powrót. Coś o tym wiem. Natura rozśpiewała się tutaj potęgą całej swej dzikości. Wystarczy jej nie przeszkadzać… Nie jest łatwo tędy wędrować. Nie każdy potrafi. Dużo trzeba się schylać, ‘’kłaniać’’, zginać. Drogę przegradzają zawalone pnie ogromnych drzew, i równie wielkie gałęzie. Ja w takim terenie się nie męczę. Pomykam lekko, szybko, i cicho, balansując ciałem w skłonach, tam gdzie potrzeba. Takie już naturalne. Utkwiło w ciele – jak trzeba się tu poruszać. Takie gąszcza zwiedzamy po raz ostatni w tym sezonie. Już ruszyły pokrzywy. Wzrosną wysokie jak człowiek. I na parę miesięcy to roślinność zielna zapanuje tutaj z wszechistnieniem. Ukryje, da spokój… Siadamy z postojem nad rzeką, zasłuchując się w leczniczym pluskocie szumiącego nurtu. W dwóch miejscach, bobry nie dokończyły swych tam.Zostawiły mały przepływ. To celowy zabieg. Wykorzystują naturalną siłę nurtu do pogłębiania zakola, a on podmywa, i podmywa, wżerając się coraz bardziej w las… niejedno bobrowe pokolenie będzie kontynuować dzieło przodków. Strategia długofalowa. Strzyżk, sikory, pierwiosnek i pełzacz urządzają nam bajeczne słuchowisko. I tak mija nam do wieczora, pierwszy Dzień Wędrowny.

P90413-151010

P90413-164215

20190414_094722

Łęgi, łąki, i olszyny

Gdy wychodzę z domu jeszcze delikatnie pada, i trochę zastanawiam się po drodze, co też z naszą wyprawą. Mam jednak w sobie jakąś pewność, że przestanie…
I tak bardzo cieszę się z tego deszczu. Siąpił całą noc, choć nie zapowiadano. Dla drzew to o wiele za mało, ale skorzystają kwiaty. Obmyty nim ols, zatopiony w porannych śpiewach, jak baśń jest cudny. Wyglądają z niego zielone kępy młodych jaskrów. Obecnie to moje najpiękniejsze miejsce. Z niego wychodzimy na rajską łąkę, gdzie nadarza się okazja do postoju. Powodem jest lis myszkujący na krańcu łąki. Nie chcemy mu przeszkadzać. Moje wędrowne zasady pozostają zawsze wyrazem szacunku wobec naszych gospodarzy – tutaj my jesteśmy gośćmi. I gości proszę abyśmy usiedli. W uśmiechach obserwujemy mykitę, który w śmiesznych podskokach pomaga światu i człowiekowi w ‘’walce z gryzoniami’’. To jest właśnie to… czego nauczam. Na wędrówkach poznać można, jak to jest obcować ze zwierzętami, całkiem w bliskości, gdzie nikt nikomu nie przeszkadza. Jak się zachowywać, by odkrywać podobne rzeczy samemu. Czego przestrzegać. Spędzamy na łące jakieś pół godziny, bo i tyle urzędował lis. Przejaśnia się…

Znowu rzeka. Podążamy z jej biegiem, podziwiając spadziste przejścia, gdzie przeprawiają się zwierzęta. Jakie one pozostają… wolne…Człowiek omija pewne niedostępne tereny. Dla nich prawie takich nie ma. Mijamy wielkie, białe, martwe topole. Ciągną się długą linią… wszystkie pokonane. Znów dopadam do kwiatów z aparatem, kiedy wszyscy troje niemal jednocześnie wydajemy okrzyk zachwytu….

Na wzniesieniu fioletowo. Wielką połać opanowały wonne fiołki. Łan koloru i piękna.Widać, że leżały też tutaj sarny… Jak dobrze człowiek czuje się przy kwiatach. Fiołkowy raj. Podziwiam zwłaszcza te maleństwo, które wyrosło we wgłębieniu buchtowiska. Pyszni się cały. Jakby chciał zawołać, a oto i jestem! Nawet dziki nie dały mi rady! Siadamy nieopodal pod kępą polnego zadrzewienia, i dopiero zaczynają się ROZMOWY.

20190414_131320

Zawsze przychodzi ten moment podczas wypraw. Gdy wreszcie wypływa temat, który jest do przerobienia w przestrzeni. Czasem wiele tematów. Nie ma niewłaściwych. Nie ma też tabu. Nikt nikogo nie ocenia, nie potępia, nie nawraca. Wyrażasz pogląd, osąd, przedstawiasz swoją wiedzę… wymieniamy porady, wskazówki, argumenty… każdy wypływa bogatszy o nowe. Inny punkt widzenia. W naturze rozmawia się lekko. Zamilkniesz na pół godziny czy dłużej, a nie zauważysz nawet. Mijają nas sarny, bażanty, żurawie, szpaki, motyle… I wracasz do dialogu, jakby wcale się nie przerwał. Nie uciekam od rozmów. Po to tu jestem. Wszystko łączy się w jedną terapię – dla Duszy. I cieszę się, że dane jest mi doświadczać takiej głębi i szacunku podczas naszych wędrownych gawęd. Z nich powstałaby osobna książka. Szkoda, że nie da się ich powtórzyć. Każda jest unikatem, diamentem, który na te kilka godzin wybrzmiewa głosem własnej Prawdy. Nią się dzielimy.

Parę kilometrów marszu polem, podczas którego okrążamy wielkie bagno. Nas oblatują gęsi i kruki. Krystyna zbiera piórka, które gęsi właśnie pozostawiły po sobie żerując. Na pamiątkę dla wnuków. Z pól schodzimy do łęgu, w którym tworzą kręgi święte Wierzby Mocy. Nieustannie coś opowiadają. Piski, nawoływania… I gdy siedząc w jej objęciach zaczynam mówić o sprawach drzew, ta zrzuca na mnie przekwitniętego ‘’kotka’’. Ich zakątek, to kolejna ostoja dzikości. Tu dopiero jest mozaika! Powywracane olchy obok zdrowych kasztanowców, klony, jesiony i wiązy. Zdradliwe błota, i ‘’płowa woda’’, miejsce kąpieli jelenich. Ogrom tropów. Dzikość i świętość – tymi dwoma słowami najlepiej określić. Słońce grzeje już bardzo mocno. Zrobiło się gorąco. Dzień kończymy biegając boso w słońcu po zalanej łące, w rozbryzgach zdrowia, zapominamy się w przestrzeni wolności… A potem praca energetyczna w brzozowych kręgach. Nieplanowana przeze mnie. Za to przez Brzozy, już tak. Mijając szpaler, Krystyna woła, że one ją wzywają. Tutaj leczą. ‘’Jaka energia od nich bije, no muszę się przytulić!’’. A mi przypomina się migiem wszystko, co dwa dni wcześniej ćwiczyłem sam podczas pracy z brzozami. Ustawiamy się w pozycjach jakich uczą Drzewa, a przepływem energii ziemskiej uzdrawiamy przestrzenie duchowe. Co dokładnie? Brzozy już wiedzą. A Tobie objawi się później w życiu. Drugi dzień wędrowny z Drzewami Mocy, właśnie dobiega końca. A nam – tak trudno pożegnać się z tym światem, i z sobą…

🌍 Gościom moim, w podziękowaniu za świadome Dni Wędrowne.

20190414_115830

pppp.pg

P90414-133847

P90414-134143

20190414_115444

56472476_2000881270206786_5176235821396656128_n

Brzozowe kręgi Mocy. Drzewa uczą czuć siebie na odległość.

Pilne, stanowcze wezwanie do lasu, ratuje dziś mój dzień przed katastrofą. Dużo się dzieje. A dawno z Krzesimirem nie rozmawialiśmy sami. Mimo zimna, ruszam… Uwielbiam to uczucie, kiedy jestem jeszcze w drodze, a dąb już wie, że się zbliżam. Cieszy, że udało mu się przebić przez rozgadany umysł i mnie wezwać. Z malejącą odległością radość obojga wzrasta, by mieć finał gdy podbiegam przywitać się w przytuleniu. Dłonie drętwieją w ‘’cierpnącym’’ powitaniu. To takie drzewnie uściśnięcie ręki, bardzo dębowe. A on cicho sobie mruczy – dudniącą pieśń Siły Ziemi. Ostatnio w ogóle dużo kontaktuję się z Ziemią przez Drzewa. Rozmawiamy o tym co się u mnie dzieje – o planach wyprowadzki i Księżycowej Przystani. Rozmyślam trochę, czy jemu to odpowiada? Czy nie będzie tęsknił? Obiecuję, że zawsze będę odwiedzał…

– Hmmmm, czyżbyś wreszcie dojrzał do samodzielnego bytu?

Trochę trzaska w buzię tym pytaniem. Ale drzewa już takie bywają, bezpośrednie. W końcu nas całkowicie ‘’widzą’’.

– Wiesz lepiej – odpowiadam.

-Nie, Ty wiesz. Ty to musisz wiedzieć. Czego chcesz. A możesz wszystko. Gotowość lub jej brak. Ty o niej stanowisz, a kierujesz się własnym poczuciem. Emocje jakie przeżywasz, wytyczają kierunek rozwoju. Czasem choć trudne, również potrzebne aby wskazać. Ruszyć do zmiany. Nie uciekasz przed nimi, a dajesz sobie przestrzeń do rozwoju i jak najlepszego przejawienia. O to chodzi. Nie wiń się więc. Przychodzi czas, że trzeba się rozstać, nawet na zawsze. Drzewo wzrasta ku światłu i widzi przejrzyjście. Prosta linia góra – dół. Wy lubicie komplikować. Okrężną ścieżką. A o tyle Wam lepiej, że dysponujecie niemal natychmiastową możliwością zmiany i czynienia – w odróżnieniu od Drzew. Zatem? Co postanawiasz. Stwórca z Tobą pójdzie wszędzie. On uwielbia, kiedy może na nowo przejawić się w innych doświadczeniach Istoty. A i inne Drzewa – potrzebują wybudzenia. Bo nie tylko ludziom w ten sposób pomagasz. Powiedziałbym, że Drzewom nawet więcej. Bądź dla nich wyrozumiały i czuły… Na tej drodze.

Słyszę wiosenną pieśń brzozy, dobiegającą ze skraju lasu. Widzę nawet która. Gasnący urywek. Cichnie. A ja uświadamiam sobie, że nie słyszałem drzewnych śpiewów, najpiękniejszej melodii dla duszy, już od jesieni ubiegłego roku. Tyle czasu! Wzruszam się…
Dąb nakazuje mi iść do tychże brzózek. Zielenią się delikatnie na tle sosen. Czuję, że wołają. No dobrze…

– Cześć dziewczyny…

Pierwsza lekka ‘’irytacja’’. Na każdym z trzech drzewek przysiadły leniwie snujące się mrówki – rudnice. Nie sposób tulić. Ale nie złoszczę się. Czuję, że dzieje się głębięj i tak właśnie ma być. Przypadkiem nie zawołały. Przychodzi mi taka myśl, że przecież mogę wyciągnąć dłonie i starać się czuć z odległości – może właśnie o to chodzi? A one już zaczynają się kołysać i witać. Ta synchroniczność – że zawsze odpowiadają ruchem we właściwym momencie.Nie sposób opisać mi uczuć, jakich doświadczam w tamtym momencie. Rękoma, z pół metra, czuję delikatny puls każdej z nich. Badam wokół. A one… zaczynają się do mnie ‘’dobierać!‘’

– Słyszmy co myślisz. Nie podniesiesz rąk, bo skraj lasu i obawiasz, że ktoś zobaczy? Zrobimy inaczej dzisiaj. Nauczysz nowego. Ułóż ręce i ciało, o tak…

I układają mnie w pozę. Ręce skierowane ku dołowi, na spokojnie, stojąco, palce i dłonie rozwarte. Głowa uniesiona lekko wyżej. Wyprostowany. Z daleka na pewno normalnie wygląda… Czuję jak natychmiastowo płynie – ale ode mnie do Ziemi. Dużo schodzi, jakby warstw. ‘’Czuję’’ – można nadużywać tego słowa, ale ciężko o inne. Jakbym robił tak już od zawsze. Takie naturalne. I mógłbym chyba stać tak godzinami. Błogo.

– Ziemia pochłania. Tak jej oddajesz. Bardzo proste, stare techniki uzdrawiania. W Brzozowych kręgach. Myśl o tym co ma spłynąć. Pożegnaj. Wyobraz. A potem strząśnij ręce. Dlaczego lekarka – brzoza kołysze przy każdym podmuchu? Widzisz. Też otrząsa się i oczyszcza. Ale teraz my zrobimy. Czuj!

I odbieram, jak podchodzi pod dłonie coś gęstego, puchatego, ale swą warstwą okala wokół. Od spodu. Trochę jakbym mógł ją formować, zatapiać ręce unosić.

– W brzozowym kręgu, których znajdziesz wiele. Tak, możesz to formować, kierować. Pole Ziemi, wzmocnione, podniesione przez nas i uświęcone naszą leczniczą energią. Skieruj na siebie, lub drugą osobę. Otul jak kołdrą, zanurz. I co chcesz z tym zrobić, na co ofiarować? Tam pomoże.

Przesuwam wyciągniętymi dłońmi – w zachwycie. Takie to namacalne! Ale najbardziej zaskakują mnie mrówki. Mnóstwo ich tutaj. Są nie tylko na drzewach, ale i kłebią pode mną, inne maszerują swoimi maleńkimi dróżkami. Mimo to żadna mnie nie atakuje, ani nie próbuje na mnie wspinać. Nie atakują. Ignorują. To jest dopiero fenomen, bo zwykle rudnice potrafiły już burzyć się na cień człowieka. Co tu się dzieje?

– Teraz idz do sosny obok…

To jeszcze brzozy. Ok, kilka kroków i jestem. Nie wiem już które z nich mówi, ale sosna prosi bym także stojąc naprzeciw wyciągnął dłonie i…

– ….i przesuwaj…do góry. Cały się rozprostuj. Na czubki palców stań. I w dół…Do samej ziemi…przykucnij. Dotknij jej.

Czuję jakbym dokonywał jakiegoś prasowania. Masował. Niezwykłe, jak czuć, gdy ta energia prześlizguje się i rozjeżdża. I gdy tak zjeżdżam po raz trzeci w dół, widzę, że pociągam jakby za sobą kilka mrówek. Spadają pojedynczo. Jakbym je ściągał… A przecież nie dotykam nawet tego drzewa! I powtarza się za każdym razem. Ilekroć ściągam dłonie w dół, owady spadają. I nadal nie są rozjuszone. A więc tego miałem się nauczyć. Jeszcze tak nie robiłem. Czy To może masaż dla drzewa, zabieg, a może jakiś inny głębszy sens, dowiem się później. Wiem, że na dziś to wszystko. Jedna z brzózek zaczyna cała trzeszczeć od środka, tak werbalnie wyrażając swoją obecność. Mnie nieustannie dziwi – ta synchronizacja komunikacji.

– Trudno Ci przyjąć, że drzewo rusza się wydaje dzwięki samo z siebie. Tyle razy już widziałeś, słyszałeś. A co w tym dziwnego? Co to miałby być za problem? Jestem również ciałem, które się czuje, jestem całkowicie świadoma każdej swojej części. Wstrząsam, pląsam, tańczę, śpiewam, kołysam, śmieję, nawet krzyczę! Albo jak dąb, co wibruje i mruczy.

Poucza jedna z sióstr kręgu. Teraz ja nie bacząc na nic, wyciągam ręce w górę i dziękuję. Rozbujało mnie. Machają mi gałązkami. Ta trzeszczy i aż drga cała. Cieszą się, że odebrałem i pojąłem. Ale to nie koniec brzóz na dziś. Stąd ruszam nad bagno, gdzie siedzą kolejne z nich, tak jakoś znów czuję, że tam powinienem ruszyć.

55450442_10205791434581815_4101174630687965184_n

Po drodze mijam korowód olbrzymich, pięknych świerków, jakie jeszcze się tutaj ostały. Ostały, bo resztę ich wycięto. Człowiek w swym zadufaniu uważa, że wie lepiej, jak co i gdzie ma rosnąć. Że on zaplanuje, dostosuje skład gatunkowy i tak będzie. Szkoda, że nie bierze pod uwagę zmian klimatu… I wielu innych, tak zmiennych. Rozmyślam o świerkach. Co musiały czuć, kiedy ich bracia padali ofiarnie. Jak cierpieć – nie ma dokąd uciec jak się ratować. Dla swych prześladowców są przecież tylko surowcem, coś jak marchewką do wyrwania. Nie lubię o tym wszystkim rozmyślać ani zgłębiać. A one już zaczynają groznie się kołysać i stroszyć. Nikt nie lubi być ignorowany. Większość drzew jest ciepła i wyrozumiała. Zgodna. Chcąca tworzyć. Świerki trochę buntownicy. I bardzo bezpośredni… Choć dobrze im życzę, tak niewiele mogę zrobić. Przyspieszam kroku, a za mną gonią świerkowe słowa…

Idzie brat nasz dawny w mroku, 
Jeszcze kilka zrobi kroków, 
Czemu znów wypierasz cienia, 
Upór Twój niewiele zmienia,

Złość, niezgoda, lament, żale, 
Nie chcesz w tym się znaleźć wcale,

Zgoda, 
Świerk Ci wtedy gałąz poda, 
Byś zrozumiał, 
Przyjąć umiał,

Wiedz, że przeżywamy wszystko, 
Dzięki wam, i tym pomysłom,

Ścinać, palić i mordować, 
Potem nowe wyhodować…

Opłotować, i zasadzić, 
Głuche, ślepe – mają radzić!

Nas prowadzić chcą w rozwoju
Licząc zysk ze ściętych słojów,

Oto katastrofa lasu, 
Choć nie widzą jej zawczasu

To poniosą konsekwencje, 
Wszystko naraz, jeszcze więcej,

Śmieci, susza, i spaliny, 
Bo to wasze są przyczyny

Drzewa patrzą, przyglądają, 
Bo po prostu, to przetrwają

Będzie tak jak zawsze było, 
Bez człowieka, lepiej żyło,

Próżny trud wasz, nie pokona, 
My przetrwamy, los w nasionach

Dobrze sobie poradzimy, 
I na nowo, świat stworzymy,

Bez Was…

Dość… I wiem, że mają rację. Swoją prawdę. A wrażliwość ma swoją cenę. Pewnych rzeczy nie chciałoby się widzieć, czuć, przeżywać. Wybierać tylko światło i dobre strony. Na tą chwilę nie czuję się w siłach, aby przyjąć ich ból, bunt i gniew. Nie dziś… Gdy mijam kawałek dalej klona, natychmiast odwracam głowę na nagły szelest. Po ściółce mknie ze szmerem zeschły jego liść. Myślę wtedy, że one mówią do nas w każdej chwili. Dialog, a raczej monolog w stronę ludzkości trwa…

Brzozy nad bagnem. Tu Wszystkich moich gości ogarnia radosny nastrój i odbywamy taniec w Uśmiechu Serca. Tutaj one uczyły mnie znów przekraczać siebie w odkrywaniu. Witają się wesoło i dziś. Chciałem je tylko odwiedzić. Mam zamiar przejrzeć sosnowy młodnik obok, którego nigdy dokładniej nie sprawdzałem. Słyszę ich wesołe śmiechy. Hej dziewczyny! Tak lubią gdy do nich się zwracać.

– Do młodnika sosnowego dziś nie idz…

Słyszę dziewczęcy, troskliwy uprzedzający głos. Umysł zaczyna bełkotać. Ale jak to? Przecież tam nic nie ma, żadnych zwierząt większych, niczego co mógłbym spłoszyć. Jest środek dnia, więc nawet jeśli… A chcę tam pomyszkować, kto wie co odkryję, a poza tym lubię naturalnie rozsiane młode sosenki, w ich towarzystwie pobyć. Zagadałem…
Kilka kroków w gąszcz i się okazuje. Z piasku zrywa się królik i odbiega kawałek. Brzozy wiedziały, uprzedzały…ufać, słuchać! Wracam pokornie i przepraszam… Kolejna lekcja.
Dziękuję za poradę, no i obiecuję poprawę…

– Na głos, na głos podziękuj!

Upominają. Okej. Wypowiadam najpiękniej, macham do nich i kłaniam. A tu dostrzegam zza krzaków na dróżce człowieka innego z piesem. Stoi zdumiony. Dociera do mnie, że on musiał wszystko widzieć i słyszeć. Mina mówi wiele…ale wtops! Mijamy się… trochę puchnę z purpury. Ciekawe to… Ale tak. Co innego samemu, a co innego gdy jesteśmy w kilka osób u drzew. Mam to jeszcze do przerobienia. Obawiałem się, że ktoś zobaczy – no i zobaczył.

– Co to, wstydzisz się nas, koleżanek wyrzekasz?

Wołają rozbawione brzózki. A do mnie dociera, że taki zrobiły mi kawał. Z tym ‘’na głos’’. Cierpliwości leśna, a święta! Któregoś dnia się przyzwyczaję… Z nimi tak już jest. A w pamięci i wdzięczności zostaje ze mną nowe – Brzozowe kręgi Mocy 💚

PS. A brzozowe kręgi praktykowaliśmy już podczas następnych warsztatów z Drzewami Mocy. W pewnym momencie mój gość przechodząc obok trzech brzózek… nie sposób było się powstrzymać 🙂

pppp.pg

P90414-145314

Przebudzenie Leśnej Mocy. W drodze do Światła Duszy.

Choć przybywają Wędrowcy z dalekich stron świata, dziś mam pierwszy wyjątek. Tym razem gość zawitał z pobliskiej miejscowości. Pogodę mamy nawet lekko upalną, choć wietrzną. Ciepło bucha i narasta, po to tylko aby za chwilę smagnąć ciało chłodem niespodzianego porywu. Dzięki temu jest bardziej rześko. Cóż to była za wyprawa! Odwiedziliśmy Drzewa Mocy, ale i tym razem zwierzęta dopisały równie bogato. Pod każdym z Drzew odczytaliśmy przesłania. Te napełniły wzruszeniem. Nie wiem co zawarło się w tych drzewnych wierszach, mogę wracać do nich wiele razy, i zawsze z ledwością odczytam, bo coś dławi mi gardło. Podaj dłoń wędrowcze i maszeruj razem z nami, wąską podmokłą dróżką, w rozlewiskach starych olszyn, krok jeden mały, choć śmiały… w podróż po świecie pełnym piór, tropów, śpiewów, szelestów, ciszy, zastoju i ruchu, tajemnic i zagadek. Na drodze do światła Duszy.

P90404-131143

Krzesimir

Kiedy wstępujemy do szumiącego lasu, zostawiamy za sobą śpiew potrzeszcza, a nad nami krążą pomiaukujące myszołowy. Wiosna i wiatr – ich ulubiony czas. Pola bujnie zazieleniły się podrosłą oziminą. Dalekie horyzonty łączące błękit ze świeżą zielenią, wołają do siebie przestrzenią wolności. Magda równie dobrze rozpoznaje ptasie głosy, bo i także ukochała skrzydlatą brać. Uczymy się od siebie na bieżąco. A dąb… Wita już z daleka. Potężną koroną targają dziś wiosenne żywioły, a gdy stajemy pod Nim zrzuca małą gałązkę. Gość mój czuje wielkie poruszenie. Wzruszenie. I mnie chwyta, kiedy odbieram dębową radość. Cieszy się tak bardzo. Że, te spotkania się dzieją, a ludzie odwiedzają drzewa coraz liczniej. Długo tulimy w ciszy. Sosnowe ‘’tyczki’’ obok kołyszą dziś i trzaskają, jakby wojowały ze sobą. Jeden wielki chrzęst. Czuję, że znów mamy z dębem wiele do obgadania. Staram się jednak nie wchodzić aż tak głęboko ‘’w niego’’, i trzymać przestrzeń. Bo i odbieram, że to proces mojego gościa – w pierwszej kolejności. Z pola kica razno brązowa niespodzianka. Z tak daleka nie mam pewności – królik czy zając. Ale jest. Pierwszy futrzasty prezent. Zawsze przychodzi pod dębem taki moment, że siadamy i zaczynają się rozmowy. Długo trwać potrafią. Dzielimy się tym, co każdy odczuł i usłyszał, porównujemy wieści. Ja wtedy zaczynam opowiadać wszystko co o drzewach wiem – ich energie, właściwości, charaktery, osobowości, sposoby komunikacji, na co zwrócić uwagę, jak słuchać…Płynie. Czuję wtedy, że Krzesimir też słucha. Czasem koryguje, co mam powiedzieć. Niekiedy daje znać potwierdzeniem, wspiera dialog. Pozostajemy uważni. I gdy opowiadam o jednym swoim osobistym procesie, gdy drzewa pomagały mi tańcem i ruchem w życiowych blokadach, tuż obok ląduje z plaśnięciem większa gałązka. Dąb ożywia się i zaczyna sypać liśćmi. Na ziemi ląduje cudaczny motyl – Rusałka Żałobnik. Tak, tak przyjacielu! Pamiętasz to dobrze. Jak trząsłeś mym ciałem, i rzuciłeś na glebę, aby kości rozprostować…A może i inne rzeczy Nigdzie jeszcze tego zdarzenia nie opisałem. Żywo włączają się Drzewa do tej rozmowy. I gdy Magda zaczyna gawędzić o Słowianach, oboje słyszymy głębokie, niskie…

– Mrrrrrrrrrrrr…..

Odezwał się jeden z dębów obok. Bardziej dziki brat Krzesimira. Trochę nieokrzesany wojownik. Dla mnie jego energia była zbyt mocna w odczuciu, kiedy próbowałem go poznać. Drętwiały mocno ręce i kręciło w głowie. A dębowie, po prostu mruczą czasem. Zupełnie jak ten żubr. W maju, kiedy zaczną pełną aktywność, będzie to słychać jeszcze bardziej. Być może to odgłos wędrującej wody, albo wewnętrznego rozsychania. Jeszcze nie wiem. Ale to mruczenie słychać czasem i poza werbalnie. Dudnią dęby siłą Ziemi. Tuli się Magda do Krzesimira, gdy rozmawiamy o pisaniu, książkach, wierszach i odwadze w publikowaniu. Gość mój też zapisuje sobie wspomnienia z wizyt u Drzew. Choć leżakują ciągle w szufladzie. Pamiętam, wspominam i opowiadam – jak i ja się wahałem i bałem czy o tym pisać. Bardzo mi Krzesimir pomógł przez to przejść i zacząć ufnie publikować.

– Masz w sobie tą siłę, odwagę… – Słyszy Madzia od Dębu ostatnie zdanie. Na pożegnanie. Bardzo jest poruszona…

Dębowy Szlak

Maszerując z wiatrem na plecach piaszczystą dróżką, podziwiamy morze kołyszących sosen.  Słuchamy potęgi żywiołu. Dziś nie piszczą. Po prostu zderzają się z trzaskiem. Z pyłu Ziemi czytamy historię minionych dni i nocy, przeglądając ślady jeleni, saren i dzików. Są nawet trójpalczaste odciski żurawi. Można z nich próbować rozeznać, kiedy zostały pozostawione. Daleko w polach, mimo pełni dnia, nadal wędrują sarny. Jak się okazało, często miały nam dziś towarzyszyć. Wojowniczy ptak drapieżny pędzi w pośpiechu z pola, i znika raptownie między pierwszymi drzewami. W zgodzie oboje rozpoznajemy jednego z sokołów – pustułkę. Co za rarytas, wcale nie tak pospolity! Tunel dębowego szlaku, okrągli się błękitem, jak wrota do innego wymiaru. Witają nas harce ptasie. Tam gdzie mniej wieje, ptactwo odzywa się bardziej. Słychać sikorę ubogą, kowalika, bogatki, pełzacza, kosy… A ja pokazuję, uczę, jak ‘’widzieć dłońmi’’. Bo i są one niedocenianą anteną dla odbioru energii. Zawsze zanim dotknę i przytulę drzewa, ‘’badam’’ jego energetykę. Jest ciepłe, pulsujące, przyjazne, a może zimne, kłujące, ospałe i chłodne? To pierwsze, co można rozróżnić. Używając rąk jak radarów, kiedy nie słyszmy jeszcze drzew, można w ten sposób rozpoznawać ich zdolność  i przychylność do kontaktu. Dębowy szlak uwielbiam z kilku powodów. To nie tylko przestrzeń dobra dla nauki, ale i miejsce pełne moich przygód, wspomnień, które mogę opowiedzieć gościowi. O, zobacz! Tu Klon nieznanego mi imienia, który przywołał wieczorem jesienią w mglisty czas deszczowy, dzięki czemu uratowałem dziki. Ten sam klon sprowadził mi wiewiórki w gościnę, które harcowały na jesionie obok. Podziwiałem. A tam Dąb – Gromiec, kiedy uczyłem się jeszcze badania lasu dłońmi, przywołał i ukazał w szczelinie gniazdko pełne sikorzych piskląt. Mijana robinia akacjowa trzeszczy na nasz krok, jakby chciała coś szczególnego powiedzieć. Wiedzą drzewa, kiedy przybywają ludzie do nich. A wtedy wędrówka staje się jeszcze bardziej magiczna, kiedy pozostajemy czujni na ich sygnały i wołania. Nie da się tego zapomnieć…

P90406-215114

Ze szlaku schodzimy nad bagno, aby posłuchać grania szuwarów i obserwować przeloty bagiennych lotników. Gęsi, żurawie, kaczki… Czas jasnej medytacji i poddania pracy słońca. To znów nieskończone rozmowy. O zwierzętach, ludziach, przyrodzie, harmonii… o łani, która przychodziła mi tutaj latem każdego świtu, i z którą spędzaliśmy tu czas w poszanowaniu siebie. Jakiś pierwszy posiłek. Z sosnowego młodnika przynoszę kilka sosnowych pączków; rozcieramy w palcach i sycimy się zapachem kojącego zdrowia. Napełniają rześkością i wigorem. Hej, ha! Wkracza już zupełnie inna energia, a ja słyszę jak niedalekie brzeziny wołają nas do swego tańca…

Brzozowy taniec w Uśmiechu Serca

Ręce w górę. Najpierw poczuj wiatr. Potem spójrz na drzewo. Zobacz, jak ona tańczy. Jak kołysaniem błogosławi życie i mądrość Stwórcy. Ale nie naśladuj. Ciało wiotkie… Po prostu poddaj się przepływowi żywiołu… Tak żyje Ziemia. Swobodny ruch.

Magdę ogarnia wesoły nastrój, nie może pohamować śmiechu. Mówi, że miała ochotę najpierw turlać się z radości, stanąwszy przed nimi. Buzia wesoła. A ja wiem, że to brzozy zaczarowały nas swoim wiecznym nastrojem. Stan Uśmiechu Serca nie jest łatwo osiągnąć w codziennym życiu. Gubi się w ‘’problemach’’, a błądzi mamiony umysłem… Podziwiam w sobie, jak to intuicyjne poddanie drzewom podczas wędrówek, dojrzewa we mnie i wzrasta, z każdą coraz bardziej. Srebrzyście wyśpiewuje rudzik. W pewnym momencie nie wytrzymujemy i podbiegamy do brzóz, tuląc figlarki z wdzięcznością. Opowiadam o ich dość specyficznym humorze, i trudnym z początku do przyswojenia charakterze. O wszystkich psotach, jakie w głowie się nie mieszczą, ale i o pomocy jaką ratowały mnie w tarapatach. Magda pokazuje mi kilka postaw i ruchów z gimnastyki słowiańskiej dla kobiet. Bardzo się wtedy wzruszam… Płynnie przesuwam dłońmi. To wzruszenie duszy. Czuję, jakbym wykonywał (a) te gesty całe życie… Tak mi bliskie… i znów wraca pamięć kobiecych wcieleń…Bo i większość mojego doświadczania na Ziemi, przebiegała w ciałach kobiet. To z dawna wiem. Proces zawsze dzieje się obie strony. Nie umiem jeszcze na tamten moment, właściwie podziękować mojemu gościowi, za ten dar…  A potem odczytujemy na głos pierwsze przesłanie Brzóz. Wiersz ofiarowany mi przez Drzewa. Wiatr zaczyna tarmosić nagle z mocą, a białe baletnice zatracają w dzikości swoich pląsów i śmiechach, całkiem o nas zapominając… Jedna z nich, znowu coś zrzuca pod nogi.

P90404-170124

Jaremi

Na polach tańcują wirujące kurzawy szarego pyłu, opowiadając ulotne, a zmienne dzieje tych ziem. Bo i stopniowo traciły one na żyzności, ‘’zapiaszczając’’ się z latami. Efekt nie tylko zjawisk naturalnych, co intensywnego użytkowania rolnego. Drogę do jesionu odcina nam para dostojnych żurawi. Najspokojniej w świecie czyszczą sobie pióra, stojąc wprost na ścieżce do drzewa. No nie pójdziemy przecież, skoro tak. Obserwuję co dzieje się w moim umyśle. Chaos i zaskoczenie trwają chwilę, bo i szybko dochodzę do wniosku, że przecież wiecznie tam stać nie będą. Coś mam mi to zdarzenie pokazać… Siadamy na skraju pola z obserwacją pylistych duchów ziemi, i ptasich strażników. Rzeczywiście, w ciągu 10 minut przemieszczają się daleko, co i raz zatapiając dzioby po niewidoczne kąski. Co one tam znajdują w tym piachu? Droga i dostęp do drzewa otwierają się…

Jesion wibruje już z daleka, dotykając serce Miłosną Radością. Wokół niego na głogach nadal wiszą puste gniazda ptasie. Dziś obdarza spokojem… I cały czas trzeszczy, coś opowiadając. Odbieram, że za czymś tęskni. Za kimś woła. Do innych drzew, daleko stąd… Nawet nie na Ziemi. Kosmiczny Wędrowiec w swoim Procesie. Może dlatego, odgrodził się żurawiami? Czuję jak dziś też drga lekko od spodu, ciągnąc za nogi w głąb Ziemi. Jaremi, bardzo ją ukochał. Pobyt na planecie, jesiony odbierają trochę jak podróż statkiem gwiezdnym. Przecież leci ona przez czas i przestrzeń. A one przetrwają tu wszystko i zawsze się odrodzą, już bardziej mądre, dojrzałe, świadome, gotowe… Każdy ma swoją drogę, a ta drzewna zachwyca nieustannie swoją głębią…

IMG_6469

W paru krokach, ‘’na szybko’’ zwiedzamy jeszcze jego ostoję. Wydaje się ona być rajską wyspą, zagubioną wśród pól i dalekich osiedli ludzkich. Dryfuje samotnie… Ale i w niej, wzrasta już młody las. Tarnina, dęby, głogi, jesiony, wierzby, wiązy, dzika różna, a nawet jedna sosna. Drzewa dotrą wszędzie, tworząc zmienną w setkach lat cykli, niekończącą się podróż życia. Zawsze z zachwytem postrzegam te etapy. Snuć można fantazje – co zdarzyłoby się dalej, gdyby nie człowiek? Może bobry zagospodarują tak, że całą nieckę wypełnią wodą? Albo teren do reszty przeschnie, stwarzają siedlisko dla nielicznych, przystosowanych śmiałków? A może, któregoś dnia zamieszka tu stopniowo dziczejąca, pochłaniająca kolejne tereny puszcza…
Tymczasem od dziesiątek lat gospodarują tu lisy, kopiąc niezbadaną sieć podziemnych tuneli. Doły i wyloty są wszędzie, przewietrzając ziemię oddechem lisiego żywota. Niektóre nigdy nie odnalezione, zamaskowane w gąszczach krzewów, pełnią rolę wyjść awaryjnych. W pamięci lisiej ciągle drzemie wspomnienie prześladowań przez człowieka, kiedy to ludność wsi wyprawiała się ‘’na lisy’’ zatykając kamieniami otwory, paląc ogień przy wejściach, wpuszczając dym do środka. Zaczajeni, z pałkami i psami. Przykre, ciężkie czasy, i aż mi dziwnie dopuszczając do świadomości takie rzeczy. Przy norach walają się kłęby puchatej sierści – pozostałość po objedzonym jenocie. Daleko na polu, gnają dwie sarny, wzniecając osobne tumany kurzu… Zatopieni w bezruchu, odprowadzamy je tęsknym wzrokiem.

Podmokły Ols

Jak ciekawa i bogata w przeżycia staje się wędrówka, kiedy okazuje się, że gość Twój czytał szeptowe opowieści. Magda zna miejsca które mijamy, z moich opisów na blogu. Ale mam co opowiadać! O tutaj, mijamy brzozy, od których popłynęło przesłanie dla kogoś innego. Tu po raz pierwszy tańczyłem z drzewami, i uczyłem się zmiany energetyki przez ruch. A wokół mnie latały nietoperze… Z tego snopka słomy wyskoczył mi mały warchlak. A tam dalej, gdzie widać czatownię na łące, przeszło mi ostatnio 20 jeleni przy księżycu, a puszczyk dobrodziej nawoływał magię czyniąc… I tam też ukazały się trzy jednoty niespodzianie. A to tylko okruch wspomnień z tych miejsc. Przed nami pyszni się bajeczny dywan żółtych kwiatuszków. Jakby rozkwitł specjalnie dla nas. Tak ukazuje się światu Złoć Żółta. Kobierzec życia. Ziemia w postaci kwiatów oddaje energie słońca. Odwieczna wymiana. Przysiadamy wśród olch zamyśleni, w zadumie i pokorze wobec królestwa dostatku. Powalone bale wykrotów tworzą sylwetki bajeczne, a pobudzające wyobraznię wędrowca w mroku: Łoś stoi, żubr, a może to tylko złudzenie? Śpiewa strzyżyk i gros innych maluchów. Magdę olchy bardzo wołają… długo zachwycamy się tym miejscem. Wzywają tak mocno, że nim się spostrzegam gość mój zdejmuje butki i boso, rześko, chłodzi się po kolana w lodowatej wodzie… Marsz zdrowia… Chciałoby się brodzić, oj chciało… Jednak grunt nie puszcza dalej. Zbyt głęboko. Tajemniczy ols, lodowatą wodą i błotem chroni dalej położonych jelenich i dziczych ostępów. Druga strona dróżki okazuje się być bardziej przechodna, i malownicza. Tu oczom naszym ukazują się całe aleje wielkich racic i tropów. Jelenie ścieżki. Przegrodzone starymi, wielkimi topolami, które paść musiały dawno temu. Jest tu tak, jakby człowiek nigdy nie zaglądał… Siadamy na tejże topoli, długo zostając w ciszy ostoi… pomyśleć… że nocą tak tu chrzęści, chlapie, trzaska, gdy zwierzęcy wędrowcy przemierzają w ciemnościach swoje królestwo.  Już czas. Odczytuję olchowe przesłanie, jakie Drzewa podały mi właśnie w tym miejscu, podczas wieczornego czuwania. Coś się dzieje. I gdy dzwięczą kolejne frazy, zrywa się chłodny wiatr. Ptaki na chwilę milkną. A olsze po raz wtóry udowodniają, że magia opanowała to miejsce. Jesteśmy szczęśliwi…

P90404-154640

Zbliżamy się do jednej z położonych w leśnej głębi łąk – polanek, gdy staję nagle z marszu dając znak stopu. Z gąszczy wynurza się sarna, i jakby nigdy nic przechadza na drugą stronę drogi. Nie słyszała nas. Ale w porę zauważyłem jak nadchodzi. Czekamy kilka minut aż się oddali. A tymczasem na łąkę – wstępu brak. Kilka płowych sylwetek prześwituje mi przez gałęzie, dzięki czemu nie robimy zwierzętom psikusa. Znów pięć saren, które pasą się beztrosko. W oddali dostrzegam jeszcze szare sylwetki dwóch żurawi. Strażnicy nie zauważyli nas dotąd i nie podnoszą alarmu. Żurawie i sarny w niezłej są komitywie. Czujne ptaki z sokolim wzrokiem wyczulonym na ruch informują sarny o zbliżających się ‘’niebezpieczeństwach’’. Przestrzeń zajęta przez zwierzęta. I dziś już po raz któryś stosuję swoje ‘’zasady wędrowne’’ w praktyce. Zwierzętom zawsze dajemy spokój. W ich świecie jesteśmy gośćmi. Tak i teraz, z należnym szacunkiem wycofujemy się cicho w głąb drogi, odpuszczając leżakowanie na polanie. Jaki to dobry był ruch, przekonujemy się niemal kilka kroków dalej. Błękit nieba syci sklepienie olszynowym chaosem, a zza nich przygrzewa rozproszone słońce… I zamieramy, kiedy na dukt leśny wkracza w okazałości pierwsza łania. Widzimy tylko jak przechodzą przez drogę, swobodnie, jedna, druga… ja naliczyłem siedem. Między drzewami już ich nie widać. Rozpływają się w schronieniu swojej krainy. A knieja jak szybko, nagrodziła nam pokorę i szacunek. Dziękujemy kwiatom, wodzie, słońcu, olchom… Że możemy w takiej bliskości wszystkich tych cudów smakować.

IMG_6432

Baba Wierzba

– Słuchaj, a co byś mi powiedział o Wierzbach? Pyta mnie gość mój, bo przecież po to aby dowiadywać się o drzewach tutaj jesteśmy. Wiesz co, chodz, pokażę Ci… jest tu taka jedna. Właśnie ta, od której popłynęło główne Wierzbowe przesłanie Szamanów. Mamy niedaleko. Przez błota, i grunt niełatwy, bo grząski i miękki, docieramy do miejsca, które ja nazywam ‘’Cmentarzem Drzew’’. Przychodzi tu mnóstwo refleksji. Rozmyślam. Wielu ludzi, powiedziałoby, że tutaj tylko śmierć i zgliszcza. Ja dochodzę do wniosku, że śmierci nie ma. Jest tylko ‘’zmiana stanu skupienia’’. Śpiewają o tym ptaki, w tak licznych uwijających się gatunkach. Mimo, że człowiek postrzega okiem, wystarczy spojrzeć głębiej… Ptasie serce wie. I koncertuje o życiu, które pełza tutaj, drepta, drąży i wije pod odpadającą korą pokonanych olch. Wydrążyły na białej twardzieli pamiątki swych żerów. Ono jest podstawą ich istnienia. Wiedzą gdzie szukać. Są chyba wszystkie gatunki sikor, raniuszek, kowalik, drozdy, szpaki, piecuszek… Wierzbowa Baba jako jedyna przetrwała to wszystko. Trudno objąć ją wzrokiem i rozumem. Płoży się, wije, zakręca to wybija ku niebu pniami, nie wiadomo gdzie przód, tył, koniec, początek. I nie sposób objąć jej jednym zdjęciem. Dziury, dziuple, kryjówki a w nich na próchnie wyrastają już pokrzywy i inna roślinność. Zupełnie jak w gotowych korytkach. Jak ona przetrwała tą drzewną apokalipsę? I patrząc na to wszystko, opowiadać nie trzeba. Posiadła sekret życia i harmonię żywiołów. Gdyby dało się zrobić jedno zdjęcie oddające jej wielkość i mozaikę, z pewnością wygrałaby niedawny konkurs na najbardziej niezwykłe drzewo. Zachwyt… I powierzamy się jej objęciom. Jakby w swych konarach, przygotowała dla nas specjalne kołyski. Każde z nas leży osobno, a ptasi maluszkowie zlatują się co i raz, podglądając leśne zdziwienie. Pewnie nieczęsty taki widok. W pewnym momencie przysiada na gałęziach pierwiosnek, ze swoją monotonną pieśnią Clip – Clap! Uśmiechamy się do maleństwa, bo pamiętam jak Magda mówiła, że to jej ulubiony ptak. Wierzba sprowadziła w darze. I gdy już zaczynamy rozmawiać, mówi mi, że szczególnie dobrze z nią się czuje. I chce jeszcze tu wrócić. W notesie zapisuje słowa, wiersz, inicjowane przez Drzewo…To nasz ostatni przystanek na dziś.

Powrót skracamy przez las, podążając za sarnią ścieżką. I już z brzegu pierwsza niespodzianka – na pniaku widnieją resztki upolowanej sójki. Niezbyt częsty to widok, bo one są dość czujne i pierwsze skrzeczą o niebezpieczeństwie w lesie. Cudowne, błękitne piórka. Zabieram kilka na pamiątkę. Brzozy i sosny kołyszą się w szumiącym pożegnaniu. Dziś nie zostajemy do wieczora. I z jednej strony się cieszę. Słońce jeszcze przed zachodem, uchodzimy w porę zanim dziki i jelenie ruszą się z żerowaniem. I tak widzieliśmy skarb bogactwa, niespiesznie, uważnie obserwując wszystko, co las zechciał przed nami odkryć. Dotknąć leśnych spraw, z perspektywy cichego, uważnego, ciekawego wędrowca. I  nagle ”zwykły spacer” staje magiczną podróżą przez świat baśni. A Światło Dusz… Zasilone opieką Matki Ziemi, Pieśniami Drzew i Energią Słońca błyszczy jasnym wspomnieniem szczęścia.

IMG_6481

Wędrówka miała miejsce w ramach naszych warsztatów: Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia 

A jeśli i Ty czujesz w sobie chęć aby przeżyć podobny Dzień Wędrowny, pisz, pytaj. Jestem dostępny pod adresem czeremcha27@wp.pl oraz na facebooku. Bo właśnie poza czytaniem, zupełnie innym wymiarem doznania jest, aby to wszystko przeżyć własnym krokiem wędrownym. Możliwe są również wyjścia i spacery nocne:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

P90404-164025