Pełnia zbożowego księżyca. Wędrowne warsztaty w przyrodzie.

To my, Wędrowcy!

Na suchej murawie postój robimy, przed ostatnim podejściem do lasu. Wieś ospała, ze zdziwieniem nieco spogląda, na korowód kolorowych ludzi, co pobrzękują sobie na kalimbach w marszu. Dziś trochę kilometrów na nogach. Już wieczór kroczy. Uparte chrząszcze podlatują co i raz do włosów, nikomu krzywdy nie robią. Startują z traw, aby popaść trochę na pobliskich lipach. Jeszcze odzywają się dzierlatki. Na siwym kolorycie drogi, zupełnie ich nie widać. Niebo zaroiło się od nietoperzy. Na horyzoncie ciemny pas chmur tęgich sunie z nieubłagalną zapowiedzią, ale my pewni jesteśmy, że tej nocy uda się zobaczyć Zbożowy Księżyc. Dalszy marsz pod lasem, to już subtelne ćwierknięcia i piski wszędobylskich nietoperzy, które zamieszkały w zmurszałych brzozach. Najstarszego w kniei Kasztanowca, otaczamy łańcuchem splecionych dłoni, słuchając przesłania wieści minionych. Wypowiadam wtedy drzewu słowa…

Ty zaś kręgiem otoczony,
Każdy z nas wnet uzdrowiony,
Nie ma między nami granic,
Zacznij swój radosny taniec
Wszystkie nasze, ludzkie dary,
Przyjmij prosto, w swe konary

Ostatnia sarna schodzi z popasu, szukając bardziej soczystych krain w okolicy… Jej czujny cień, obserwujemy w odchodzących zwidach lornetek. Złoty księżyc wypływa w majestacie nad lasem, karmiąc ucieszone dusze widokiem swej pełni.

107330666_1141972016170946_7444994849681440246_n

107405154_1141972066170941_7533354964025732698_n

PÓŁNOC

Doczekaliśmy księżycowej gościny. Złoty gospodarz wędrówki, ze snu wśród chmur, odkryć się wreszcie raczył. Jak pan na włościach, sunie powoli, doglądając dojrzałości swych łanów przed żniwem. Srebrzyste promienie rozlewają się smugami po polach. To nasz dzisiejszy przewodnik. Podążamy za jego blaskiem. Zatopieni w trawach świerszczowie, wygrywają nieustające nuty swoich serenad, my próbujemy z nimi… Cisza spaceruje w przestrzeni. Szurają gdzieś w oddali sarnie kopytka. Spokój. Maleńkie, puchate przepiórki zasnęły w oceanie zbóż. Nie słychać ani jednej.

A potem Kobiety zdejmują buty, i idą boso potańczyć na łąkę. Ja przejmuję bęben i gram, jak potrafię. Ruchy chwiejne, intuicyjne, rozpływające się w szarej nicości, kołyszą wśród drzemiących kwiatów na murawie… Ziemia Matka, wdzięczna swym Córkom oddycha głęboko, błogosławiąc z każdym szumem pogrążonej w ciemnościach puszczy. Dla takich chwil jedynych, warto żyć.

Jedna z uczestniczek warsztatów, Karolina, na swoim FB opublikowała własną opowieść, zawierając swoje wrażenia i przeżycia z wyprawy. Po prostu ją poniżej przytoczę 🙂

112849671_718432245648227_2463882846373922794_n

”Codziennie spotykam się z ludzkimi historiami. Pięknymi, sentymentalnymi, ale też trudnymi i tragicznymi. Wysłuchuję, pokazuję drogę, wyposażam w niezbędne narzędzia idącego przez życie wędrowca. I choć historie są różne, przytrafiają się czasami i takie takie, których nigdy się nie zapomina i które będą nas w żywe do końca naszych dni. Pozwalają podejmować właściwe decyzje oraz utwierdzają w dokonanych wyborach. Czasami pozwalają uporać się z własnymi strachami, choć myśleliśmy, że dawno ich w nas nie ma, a one tylko się ukryły pod dawnym kurzem zapomnienia.

Tak właśnie było w ten niezapomniany weekend imieninowy, w dzień pełni zbożowej. Spotkanie z autorem „Szeptów Knei” to nie tylko wędrówka i rozmowa z drzewami, to także intuicyjny taniec na miękkiej trawie, gra na kalimbach (tak, zrobiłam to!  oraz rozmowy o życiu, podróżach duszy, odkrywaniu swojej drogi i podążaniu za głosem serca. Wiele się zadziało na każdym poziomie u każdego z nas, wędrowców. Spotkałam też zioła, których nie znałam, a być może będą mi potrzebne. Nazbierałam trochę lipy i chabra bławatka, ukoiłam wzrok „makowym rumiankiem” wyjętym spod pędzla impresjonistów.

Wiedziałam, że nie znalazłam się tu przez przypadek… czasami dwie osoby szukają się we wszechświecie, aby obdarować się wzajemnie. Dziś jestem bogatsza o doświadczenie spotkania Sebastiana. Niczym druid zaznajomił nas z tajnikami lasu i odgłosami jego mieszkańców (dębem Krzesimirem, dębem Radosławem, Kasztanowcem „w żeńskiej postaci”, sarnami, lisami i ptakami oraz z wartkim nurtem wymownie brzmiącej rzeki „Samicy”).

Nie tylko poszerzyłam swoje horyzonty terapeutyczne, ale po powrocie czekała na mnie propozycja wydawnicza! Cudownie jest czerpać z obfitości tego, co oferuje nam wszechświat, z mądrości zwykłych-niezwykłych ludzi, fenomenu przyrody i źródeł energetycznych, które nam oferują. Ale trzeba umieć nauczyć się dostrzegać i przyjmować ten niesamowity prezent.

Dziękuję Sebastianowi oraz pozostałym uczestnikom wyprawy za pięknie spędzony czas. Za nasze rozmowy, nieprzespane noce, bieganie po stogach siana, siedzenie na ambonie i wiele innych rzeczy, które się zadziały.

Polecam odwiedzić Sebastiana i udać się z nim na wędrówkę. Wiem, że to, co robi jest jego całym życiem, dlatego do niego przyjechałam. A także dlatego, że wzywał mnie jego dąb, ponieważ jego imię ciągle wracało do mnie w myślach.. A gdy już dotrzecie do Sebastiana zatrzymajcie się proszę w „Pokojach gościnnych Joanna” przy ul. Koszycy 52 w miejscowości Rokietnica. Gościnność właścicieli pozostanie Wam na pewno na długo w pamięci (oraz przepyszne ciasta, które piecze pani Iwona oraz warzywa z przydomowego ogrodu uprawiane przez pana Tadeusza). Ich pensjonat był pełen gości, ponieważ ich naturalna, niewymuszona życzliwość jest po prostu zaraźliwa.

Ach, rozmarzyłam się. Było mi tam tak dobrze i spokojnie. Przywołam wspomnienia czytając fragment książki, którą otrzymałam w prezencie od Sebastiana… i pomyślę chwilę o moim wolnym, dzikim lesie niczym o niezależnej, dojrzałej i mądrej kobiecie-lisicy – już na zawsze..

DZIĘKUJĘ ZA DRZEWNE PRZESŁANIE. Teraz pozostaje mi tylko iść drogą przeznaczenia. ”

Julia

Cóż mogę powiedzieć jako skromny wędrowiec – takie słowa są dla mnie najpiękniejszą nagrodą, za serce jakie wkładam w przygotowanie i ”plan” każdej wyprawy. Bardzo dziękuję gościom lipcowej wędrówki w czasie Księżyca Zbóż: Marcie, Karolinie i Martynie za wspaniały czas, niestrudzone kroki, gawędy pod gwiazdami, słuchanie mowy drzew i księżycowe pogrywanki, których w formie filmu nie mogę niestety dodać na bloga. I za wszystkie piękne słowa, które w tej historii mogły się pojawić.

A to pamiątkowy plakat z tego zdarzenia, wraz z atrakcjami jakimi knieja obdarowała swych gości.

Plakat1 Lato

Pamiętajcie, że wyprawy są organizowane każdej pełni księżyca, a także poza nią, jako indywidualne wędrówki leśne. Wystarczy odezwać się na email, i zawsze znajdziemy jakiś czas do wspólnego wypadu. 

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie, na kolejnej wyprawie po żniwach i w jesienne rykowisko!

 

A świt mój księżycowy, graniem skowronków się zaczyna.

Noc Wędrowna. Coś gna, woła aby tej ciemnicy ruszyć na szlak. Maszeruję. Kroki chrzęszczące po kamieniach, szurające w piaskach odciskają piętno podróżnika. Z mrocznego lasu nadlatują upiorne piski. Kryją się w gałęziach, wśród konarów, liści. Są blisko. Nie sposób wypatrzeć w gąszczu. To sowie podloty, opierzone, choć nielotne pisklęta. Nie wiem tylko czy puszczyka, a może uszatki. Gdy ich wrzaski przybierają na sile, wiem, że rodzic jest gdzieś w pobliżu z pokarmem. One go widzą. Ja nie. Dziwię się tylko, że zdecydowały się na lęg w małym, przydrożnym i prywatnym lasku. Za dnia mijany przez dziesiątki spacerowiczów i aut, nocą odsłania dopiero swoje tajemnice.

Topolowy szpaler olbrzymich pni, szeleści i grzmi w dotykach wiatru. Przysiadam na niedługo pod jedną z nich. Trzęsła się mocno, przyciągała jak magnes, stąd wiedziałem że zaprasza do spoczynku pod sobą. To już ostatnie z rodu. Wiele z nich wycięto bez powodu, tkwi tu kilka ostatnich. Bardzo piękne drzewa. Silne energetycznie, wytrwałe i zdrowe. Mówią, że lubią ten nocny spokój i spowolnienie. Zatem nie przeszkadzam im. Za plecami wschodzi żółtawy kawałek księżyca, wywołał ledwie widoczne cienie. Pora ruszać dalej.

Mijam przydrożny krzyż, pełen lampek i zniczy. Jest tu odkąd pamiętam. I choć nie jestem wierzący, szanuję osoby, często starsze, które mają siłę się nim zajmować. Wszystko jest tu zawsze czyste, pełne kwiatów, zadbane. Zastanawiam się, kto to będzie kontynuował, kiedy starsze pokolenie odejdzie…

Mimo, że jest ledwo 1 w nocy, już widać przejaśnienie świtu. Bardzo subtelne. Białe Noce – to takie czarowne. Innej energii człowiek dostaje, mało spać się chce, za to wędrować. Jakiś zwierz z pola, rozpaczliwe jęczy. Brzmi jak zmora z horroru. Za moment gaśnie wpół zduszony. Pewnie zając lub mała sarenka, właśnie zaanektowana na posiłek przez lisa. Choć późno, wcale nie jest cicho. Gdy się wsłuchać… Z oddali napływają różne szczebioty. Gdy zbliżam się do pasu trzcin porosłego na polnym rowie, rozpoznaję sprawcę – to łozówka. Niewielki szary ptaszek, który terkocze sobie nocami w takich miejscach i mami uszy wędrowców. Śpiew łozówki może nie jest silny, malowniczo piękny, ani kunsztowny, ale pobrzękując nocą w niespodzianych miejscach, ma w sobie coś takiego, że człowiek zaraz się uśmiecha. Jest po prostu lekki, wesoły. Niezłomny ptaszek naśladuje jaskółki, szczygły, wróble, sikorki, trznadle i inne – tworząc z tych wyrwanych kawałków własną, unikalną pieśń. Trochę jak papużka. I dziwić się można niekiedy, słysząc pobrzękiwania innych dziennych gatunków, w takiej ciemności. Choć to przesada. Widoczność jest przyjemna, szarawa. Nie to co w nów, pózną jesienią. Kawał dalej pokrzykuje dziarsko trzcinniak, ten jest echem tej nocy. Zbliżam się do kępy, w której urzęduje słowik. Jedyny ptak, który tu śpiewa. Inne zagłuszyłby chyba. Ten rok jest inny do poprzedniego. Zeszłego czerwca nocne ptaki umilkły już z jego początkiem, tego są bardziej aktywne. Pewnie dlatego, że było trochę więcej deszczów. Bzowe aromaty białego kwiecia pieszczą noc łaskotem raju. Wdycham i delektuję. Nie wytrzymuję. Mówię na głos do krzewu: O jak pięknie pachniesz, dziękuję Ci! I wiaterek się robi. Bez zaczyna się trząść, jakby rad z pochwały. Mam wrażenie, że rozpachniał się jeszcze mocniej.

Skylark

Różowy świt witają skowronki. Zaczynają śpiewać jeden po drugim, jakby chciały prześcignąć się wzajemnie tym powitaniem. Niebiosa ledwo różowo – sine. Z nich płyną dzwoniące pieśni skowrończego ludu. Wtedy przystaję. Choć do słońca jeszcze trochę, one już pewnie widzą je ze swoich wyżyn. Z łanu zboża wybiega na drogę warchlak. Za nim kolejny. I cała gromadka. Przeskakują drogą do rzepaku. Wymijają pobliską wieś. Poranne powroty. Między nimi starsze rodzeństwo. Braterski ród. Czekam w spokoju, nauczony doświadczeniem, że kilka dzików to zwykle zapowiedz większego przemarszu. I nie mylę się. Wnet wysypują się kolejne maluchy, między nimi siwe i czarne lochy.Co za ród! Mimo szaleństwa zmasowanego odstrzału, przetrwały. Człowiek przewał pamięć dziczego rodu. Zaburzył ciągłość, zniszczył równowagę. Dzik w naturze mógłby przeżyć blisko 30 lat, zaś w obecnej rzeczywistości pozwala im się żyć… max 5…Nie ma babć, dziadów, matek, wiedzy, pokoleń, rodzin. To tak, jakbyśmy w ludzkiej populacji mieli 8-12 letnie dzieci. Dawniej prośne bywały, tylko starsze, dojrzałe i silne lochy, to one w kniei pełnej niebezpieczeństw mogły obronić i wychować potomstwo. Pozostałe samice pomagały najstarszej, i pełniły rolę, można powiedzieć ‘’ciotek wspierających’’. Pozwalały matce odpocząć, przejmując opieką nad dzikową dziatwą, chroniły w potrzebie. Dziś, dzicza populacja intuicyjnie wie, że ‘’coś tu jest nie tak’’. Skoro nie ma ‘’starszyzny’’. Gnane strachem o przetrwanie gatunku, mnożą się już jednoroczne sztuki. Czego mogą nauczyć swoje maleństwa? Ot zaprowadzą do kolejnego nęciska, nieświadome, po kulę z zasadzki. Brak starych rodów, brak wiedzy.  Wyobrazmy sobie ludzką populację, w której mielibyśmy samych 8-12 latków. Coś takiego zrobiliśmy dzikom…Wioska zatopiona w snach, drzemie. Pieją koguty. Polna droga poprzecinana smugami świeżych tropów. Dziki ledwo przemknęły, kiedy za moimi plecami wyłania się ciekawski lis. Księżyc wisi jeszcze nisko nad domami, już stracił czar wywołania pozłacanych cieni. A świt mój księżycowy, graniem skowrończym się zaczyna.

45541216_2224413227795731_7744375249336008704_n

Panny Jabłonne. Ballada z Polnej Pustki.

Brzask wieczornej gaśnie zorzy,
Szelest gdzieś z ciszą gaworzy

Czerwień tli się wątłym blaskiem,
Sarna się przekrada z trzaskiem

W polnej alei za garścią pustki
Dziwy dzieją się po kolei

Tu skrzaty zawiązują swe chustki
A zmora wychodzi na spacer

Błyszczy gwiazda pierwszą iskrą
Wszechświat zerka tutaj bystro

Dumny,

Zając zakurzył w gonitwy pyle
Kroków nakluczył aż tyle

Połacie ciemnią się nocą
Ćmy miękko na kwiatach łopocą

Mieszkają tu Panny Jabłonne
Co swe bogactwo przekazać
są skłonne

Posłuchaj jak sennie szeptają
Na dobranoc słowo szemrają

Że duch z pobliskiego cmentarza zagląda,
Posiedzieć przychodzi, swych drzew tak dogląda

I choć czasem jeszcze je przycinają,
One obrodzić się bardzo starają,

Boją,

Nieruchomo, ufnie stoją
Wtedy
Uciec chciały by niekiedy
Rzeknie mi opowieść swoją:

‘’Cieszę kiedy kwieciem kwitnę,
Roje pszczół do siebie skrzyknę

Potem skupię się na sobie,
Robię o co prosi człowiek,

Obfitości owoc zrodzę
Tak też sobie tu powodzę,

Niech zostawi mnie w spokoju…
Bo mam dosyć swoich znojów,

Przetrwać wiatry, wichry, burze,
Me problemy małe – duże

I samotnie z suszą zmierzyć,
Możesz i w to nie uwierzyć,

Ciężko bywa i wesoło,
Krąg żywota wiedzie koło

Szara mysz łaskocze w korze,
Kiedy wyspać się nie może,

Nocą sowa czasem siada,
Wieści z pól mi opowiada

Zioła, kwiaty i zwierzęta,
Każdy o mnie tu pamięta

Ja z rodziną tutaj żyję,
Wszystkich karmię,
Dobro czynię

Smuci traktor, z opryskami
Czcze nauki tutaj na nic

Gdy głusi, przyjść musi
Oby oddech nie udusił,

Nikogo,

Pójdzie każdy swoją drogą

A gdy sierpień żniwem legnie,
Ma gromada wnet przybiegnie,

Sarny, osy i szerszenie
Tutaj schodzą po jedzenie

I każdego z nich podejmę
Swą opieką go obejmę

Ma świadomość, roześmiana
Wzrasta, tworzy w swoich planach
Ta od Boga jest mi dana

Za horyzont sięga wielki
Tam gdzie żyją, Mirabelki – Siostry

Idz już do domu Człowieku,
Chociaż piękne są widoki,
Długie jeszcze czekają Cię kroki,
Noc świat objęła szeroki,
I zimno dokucza Ci w kościach,
Miło było podjąć Cię w gościach
Czuję Twój dygot w gałęzi
To efekt powstałej w nas więzi
Zajrzyj kiedyś raz jeszcze o świcie,
Wynagrodzimy w podzięce, sowicie’’

I duch popłynął z cmentarza,
Już skrzaty wołają z ołtarza,

Przystroiły go kwiatem paproci,
I w pola pobiegły gdzieś psocić

Skłonił się Duch pod Drzewami,
Przywitał, pomachał rękami
Wiatr zawiał, poruszył koroną
Pożegnał się z zorzą czerwoną

A Człowiek Wędrowny odszedł.

🌳 Stojąc tam, nie wiem jak długo i obserwując jak zmierzch przeradza się w noc, dogasa, spoglądałem na nie. Przeżywałem piękno i zachwyt. Tu błyszcząca gwiazda, tam czerwień gasnąca, szarak na polu, sarny przenikające, których kopytka ledwie szurały w zaoranej ziemi. Zimnica szukająca zaczepki. Cmentarz półdziki i cichy za plecami, a w nim trzaskające lekko drzewa. Wiedziałem wtedy, że dzieje się coś ważnego, czego nie umiałem wówczas nazwać. W Przestrzeni zawsze są jakieś słowa. Huśtają się i przeskakują po chwilach. Gdy pozwolić sobie na wzruszenie, łatwo je wychwycić, wypowiedzieć, spisać. Płynąca nić zdarzeń, obrazy z innego czasu, nierealne, nie wiadomo kiedy prawdziwe, a może zawsze? Za dnia nie wyglądają zachęcająco, niegdyś bez sensu pocięte, przetrwały na przekór wszystkiemu i tkwią. Każdego roku kwitną i owocują. Co tu się wówczas dzieje upalnymi wieczorami… Wiem jedno. Nigdy nie przejdę już wobec nich obojętnie. A oto i one:

92517557_1072771753090973_4421447253869199360_o

Noc Sów. Wędrowna gawęda z opowieścią i marcowe wyprawy.

Gdy srebro marcowego księżyca rozświetla noce na pierwiośniu, lub kiedy czerń kosmosu iskrzy gwiazdami w czas głębokiego nowiu…wtedy…Dzieje się mroczne ptasie święto. Gatunki liczne, małe, duże, krwiożercze i ‘’straszne’’ w ciemnościach zaczynają tajemnicze nawoływania. Poszukiwania partnerów, obrona rewirów, potyczki i przepychanki… Czas największej widocznej dla ludzi sowiej aktywności, na marzec przypada właśnie. Echem niosą w ciemnicy pohukujące pieśni, ptasiego ludu nocy. A my, leśni wędrowcy z uciechą bierzemy udział w kolejnym Misterium, aby podglądać nieznane sekrety i nasycić rdzeń naszych dusz, zawołaniem pradawnej dzikości. Oswajamy strachy. Fascynujące, odwieczne słuchowisko.
Zapraszam na Noce Sów. Jako, że ptasim życiem pasjonuję się od dzieciństwa i zgłębiam informacje o nich, z radością podzielę się leśną wiedzą na temat tych tajemniczych stworzeń.

5R984-1986

Tego roku mam ambicję buszując nieco samemu odkryć jakiś nowy gatunek w okolicy, jeśli Bóbr zdarzy. Chętnie zabiorę ze sobą innych wędrowców na słuchanie. Okazja się nadarza, zasmakować nocnej kniei, w opiekuńczym kroku i towarzystwie  W terenie będziemy zależnie od pogody, myślę około 6 godzin. Powrót do kwatery najpóźniej o 2 w nocy. Do dyspozycji mamy jedną nocną lornetkę do takich obserwacji którą podzielimy w razie potrzeby, dlatego polecam zaopatrzyć się we własną. Posłuży Ci i potem także do obserwacji dziennych. Ale sowy to przede wszystkim słuchowisko. W rejonie są puszczyki, pójdzki, uszatki i płomykówka, lecz obiecać nie mogę co też się w ciemni odezwie. Raz i latem spotkałem sowę błotną. Panteon gatunków… Siądziemy na łąkach pod kocami lub wygodnie w czatowni. Gdy ziąb dokuczy lub mgły pochłoną, marszem i herbatą rozgrzejemy w podchodzie na zmianę stanowiska. Po drodze i Drzewa Mocy będą do przytulania, gotowe wesprzeć w zamiarach podróżników. W trakcie wędrówki gawęda będzie o gatunkach, sowich zwyczajach, ciekawostkach, żywocie. Wspomnienia i historie z przygód moich i obserwacji. I jak to na czatowaniu, zwierz też pewnie jakiś zaszczyci nas swoim hałasem przemarszu, albo i gdy dochowamy nieruchomej ciszy, ucieszy na widoku.
Podziękowanie za tą wymianę, jak za ptasi Dzień Obserwacyjny, czyli 100zł osoba. Ruszyć możemy indywidualnie, lub w grupach 2-3 i więcej os.

🌎 Gdzie?

Rokietnica, k. Poznania, woj. Wielkopolskie.

 Kiedy?

Wyprawy będą możliwe przez cały marzec. Zaczynamy już po zapadnięciu ciemności, w godzinach 18-20.

📌 Ekwipunek?

Łyżeczka odwagi, szczypta cierpliwości i ziarno ciekawości. Garść ciszy. Buty ocieplane, odporne na wilgoć, rosę, wodę i błoto, polecam ocieplane kaloszki. Ciepłe ubrania, nieszeleszcząca kurtka lub większa bluza, którą na kurtkę założysz aby się wyciszyć. Plecak, termos i ulubione jedzonko. Ewentualnie coś pod siebie do siedzenia, ja do tego używam plecaka. Własna nocna lornetka, będzie dużym ułatwieniem.

🏡 Gościnna kwatera noclegowa, podejmie i przenocuje wędrowców z daleka, razem z wyżywieniem. Przy zamawianiu miejsc, zawsze proszę rzec, że ”do Szepty Kniei na Wędrówki” Na to hasło miejsca powinny być 
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Kontakt i zgłoszenia: czeremcha27@wp.pl 

Do zobaczenia w lesie!

AP5I3795-bewerkt

Wiosenne tchnienie leśnej Mocy – kojący śpiew słowików.

Dochodzi północ. Srebrna poświata pełnego księżyca już dawno opanowała połacie magicznego zakątka. Nad bagnami snują swe opowieści chłodne opary mgieł. Dziś jednak nie zasypia tu cisza. Majestat wiosny grzmi pełną piersią, wydobywany z maleńkich gardełek słowiczych. W kępach otulonych mrokiem niskich wierzb, w podmokłych zaroślach rozlegają się namiętne szepty, miłosne zwierzenia, czułe wyznania, tęsknoty wołania – rozbrzmiewają echem najpiękniejsze ptasie pieśni. Niepozorne ptaszyny często zaczynają już wczesnym wieczorem, zapraszając do nocnego słuchowiska. W miarę postępującej ciemności, pod parasolem iskrzących gwiazd, śpiewy nabierają mocy i uroku. Tak samce, ukryte w gęstwinach cieni, dają znać wędrującym samiczkom o swojej obecności. Najwytrwalsi koncertują jeszcze rankiem. Większość jednak milknie przed świtem, ustępując kunsztu dziennym śpiewakom.

Majowa pełnia księżyca i szepty słowicze to jedno z najpiękniejszych wiosennych przeżyć. Zachwycam się tym zjawiskiem każdego roku od nowa. To czas kiedy nasza przyroda znajduje się w najpełniejszej formie wybudzenia i rozkwitu. Nie można tego przegapić! Pózną nocą Duszę ukoi tkliwy śpiew słowików… I Ciebie zapraszam do wspólnej podróży pod otuliną srebrzystej poświaty. Powędrujemy boso po mchu, jak najciszej, aby nie przeszkadzać mieszkańcom leśnego świata. Spróbujemy jak duchy, niewidoczni podpatrzeć jego tajemnice…Może ujrzymy zatopione we mgłach sylwetki saren lub jeleni żerujących na łące? Może dostrzeżemy udającego się na łowy lisa… A może z hałasem nieopodal minie nas wataha dzicza, również wędrująca w poszukiwaniu strawy… Tyle dzwięków, tyle zdarzeń, tyle magii i tajemnicy… Znam ten świat na wskroś. Umiem się w nim poruszać. I chcę Ci go pokazać. Bosy spacer połączy nas z kojącą energią naszej wspólnej Matki Ziemi. Zostawimy w niej trapiące Cię blokady, troski, i zastąpimy chłodnym muśnięciem kropel rosy. Przypomnisz sobie własną moc i pierwotny rytm życia.

Pokażę Ci swoje ścieżki i ukochane miejsca, w których wzrastała moja miłość do Natury i opowiem co przeżyłem podczas niezliczonych godzin nocnego czuwania w leśnym świecie. Las wołał mnie od dziecka – spędzałem w jego okolicach niemal każdą wolną chwilę, podpatrując zarówno sekretne życie różnych gatunków zwierząt, jak i delektując się wszystkimi cudami objawianymi przez Przyrodę. Nie policzę już ile dni i nocy dane było mi tak spędzić. Obcowanie z naturą i pośród niej stało się pasją, którą właśnie pragnę z Tobą się podzielić. Może urzeknie i Ciebie? Dzięki temu mogę właśnie pokazać Ci to wszystko o czym piszę, a czego być może nie znasz.
Usiądziemy pod drzewami i skorzystamy z ich leczniczej pradawnej energii. Może uda się doświadczyć owego radosnego Śmiechu Duszy, po oczyszczeniu aury? Ten cudowny błogi stan, rozlewający się w kojące ciepło, wypełniony błogą radością kiedy wolny od trosk znajdujesz się w Tu i Teraz… Pomogę Ci rozpocząć ten proces. Korzystając z mądrości i pomocy potężnych Drzew, poszukamy odpowiedzi na Twoje pytania. Pomogą Ci znaleźć je w sobie. Powiem co przekażą mi dęby, sosny, brzozy czy jesiony. Ukoisz umysł, wyciszysz myśli, i zaczerpniesz życiowej energii. Zanurzysz się w prostym istnieniu jakiego nasz gatunek doświadczał od zarania dziejów. W uważności, będziemy czytać znaki, jakimi obdarzy nas las.

A potem zaczekamy razem na świt. Ten wspaniały spektakl wschodu życia ukaże się z blaskiem różu rysując się pastelą na bladym niebie. Szarość ustąpi kolorom. Wsłuchamy się w ‘’ptasi zegar’’, a ja powiem Ci kto też ze skrzydlatych mieszkańców właśnie zachwyca nas swoją pieśnią. Rudzik, kos, pierwiosnek, drozd śpiewak, skowronek, szpak, wilga a może rokitniczka? W mozaikowym gąszczu trzcin nad bagnami i torfiskami, splecionych w harmonii lasów i pól ptasie światy przenikają się niezliczoną paletą głosów. Nie sposób wymienić wszystkich. W narastającej widoczności może uda się zaobserwować zwierzęta udające się do swych ostoi po nocnej biesiadzie, albo właśnie udające się na śniadanie pod chmurką. Tyle się dzieje! Wraz ze wschodem słońca radosnym tańcem powitamy nowy dzień, sławiąc życie i dziękując za wszystkie przeżyte doświadczenia.

Kiedy?

Wyprawy realizujemy od 20 kwietnia przez cały maj.

Gdzie?

Rokietnica k. Poznania, ale zahaczymy i o inne przylegające miejscowości. Tuż obok znajduje się Park Krajobrazowy objęty siecią Natura2000. Całość składa się z kompleksów leśnych, zadrzewień, olszyn, bagien, jezior, i wszechobecnych pól. Link do przyjaznej kwatery noclegowej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Czego możesz potrzebować?

Lekki koc, latarka, wygodne buty, termos, coś do picia, jedzenia. Przyda się też aparat foto, lornetka. Wyposażenie to nie jest obowiązkowe.
Plany ustalone wcześniej zawsze mogą ulec zmianie w zależności od pogody, choć nią staramy się nie przejmować.

Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

The+Nightingale+Sings

Pełnia księżyca jeleni. Płowe święto Miłości

Noce nastały chłodne, gwiaździste, umalowane czerwienią wcześnie już gasnącej zorzy. Zimno dotyka ‘’sprawdzająco’’ skóry wędrowca, jakby zapytać chciało, czyś już gotów na jesień? W lesie widać zakończenie pewnej epoki. Wiewiórki są niespokojne, coś nad wyraz aktywne. Rozglądają się za miejscem na zimowe gniazdo. Myszy w szelestach podrygów skocznych spisują testament, puszczykom puchatym powierzając swoją ostatnią wolę. Ptasia młodzież barw nieokreślonych psikusy płata niewprawnym obserwatorom. Z kęp krzewów rozrzuconych tu i ówdzie czerwieni dostatek głogów, róży dzikiej i jarzębin. Opatula zapach jątrzącej zgnilizny, kiedy owoce porzuconych jabłonek pracują na rzecz zjednoczenia z macierzą, z której powstały. Nieśmiałe mgły próbują pląsy pierwszych baletów. Od początku września siedzę w chłodzie i nasłuchuję. Jestem niemal pewien. Tego księżyca, zaryczą! I kiedy jedni szykują się do zimowego przetrwania, u innych odwieczny zew daje sygnał płowego święta Miłości… Najpiękniejsze przyrodnicze misterium naszych lasów wybrzmiewa rykiem samczej mocy, gdy byki jelenia szlachetnego ogłaszają ciemności rozgwieżdżonej swoje na miesiąc panowanie. Rykowisko! W jakichż słowach Ciebie opisać, o Misterium Święte? Czar Twój opiewają z dawien wieszczowie. Spieszą na ten spektakl wszyscy z przyrodą ludzie związani, miłośnicy, odkrywcy, ornitolodzy, przyrodnicy, gawędziarze… Nieznana siła jak magnes przyciąga ku sobie rzesze obserwatorów i słuchaczy. Może to ciekawość zwykła ich gna, a może intuicyjne pragnienie zapisania w sercu najpiękniejszych leśnych wspomnień…

I Ciebie podróżniku – czytelniku, wędrowcze na to święto zapraszam. Raz jeden w roku. Usiądziemy w którejś z opuszczonych czatowni, albo skryci w łodygach dojrzałej kukurydzy. Zabierzemy koc, ciepłe ubrania, gorącą herbatę w termosie, szacunek i pokorę wobec naszej Natury – Matki. W podziękowaniu uczestniczyć będziemy, celebrując gromkie słuchowisko. Wokół nas, a może z dala rozbrzmieją prastare ryki, kipiących testosteronem mocarzy lasu. Wibracja srogiego dzwięku przenika tkanki w drganiu, na strunach serca grając, rzewności za tęsknotą cichą układając melodie. Nie sposób się oderwać, przestać zachwycać. Im chłodniej tym lepiej. Spadek temperatury zagrzewa byki do odzewu. Szatańsko kotłują się gąszcze w łoskotach donośnych, gdy samce napotykają się w pojedynku. W krysztale nocnej ciszy, masz wrażenie jakby to ziemia zatrzęsła się z hukiem pod racicami olbrzymów.

Wytrwaj tu do świtu, a kolejne cuda ujrzysz. Byk zmęczony, a powłóczący z wyczerpania walką, wracający do haremu łań, co we mgłach anteny czujnych głów na niego podnoszą. Stadnik, władca, zwycięzca, ten niepokonany co z dumą w koronie stado żeńskie zagania, niepodzielne prawo ogłaszając do swej na dzisiaj władzy. Korona rosochatego poroża pruje fale mgliste, odcinając się na tle złota pierwszych słonecznych promieni…

Czy jesteś gotów doświadczyć Misterium?

 Kiedy?

Jelenie ogłaszają swoje panowanie na dni od 14 września do 10 pazdziernika. W tych terminach od – do można zgłosić swoją wędrówkę.

🦌 Gdzie?

Rokietnica, k. Poznania w woj, Wielkopolskim. Stąd ruszamy autem (Twoim ) pod las. Gościnna kwatera noclegowa podejmuje Wędrowców z daleka razem z wyżywieniem.

🧰 Ekwipunek?

Zabierz plecak, ciepłe ubrania, komplet przeciwdeszczowy, latarkę, termos, pokorę i dziękczynienie w sercu wobec ducha przyrody. Garść cierpliwości w kieszeni 

Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

40244711_669839700050849_5236044696987369472_n

Lisie Misterium – zimowe harce wśród pól i lasów.

Ośnieżone pola otulone białą kołderką delikatnego puchu szepczą swą chłodną pieśń echem dalekiej pustki. Mroźne połacie wabią ku sobie czarem lodowej przestrzeni zaklętej w biel. Wiatr hula, woła, wyje osypując śnieżne drobiny wśród bruzd. Oziębłe psoty dziadka mroza. Pani Zima lodowatą dłonią odkrywa swe tajemnice i urok tym, którym aura nie straszna. Jak pradawna wiedźma, stara niczym sam czas, snuje iskrzące baśnie roztaczając wśród gwiaździstej nocy swe bezlitosne ramiona. Drzewa skrzypią boleśnie smagane kąsającymi powiewami, jakby skarżyły się na porę roku, a oblodzone gałązki trzeszczą im do wtóru kołysząc się chwiejnym rytmem i siejąc wokół niewidoczne lodowe kruszyny. Wśród pól przyczaiły się jakieś głuche skomlenia…

Na przełomie stycznia i lutego, tu i tam, wśród zaprószonych połaci niosą się stłumione poszczekiwania, skolenia, odległe wycia, stąpania, podchody. Lisi bal. To ich czas. Rudzielce harcują z sobą rywalizując, pośród zawziętych gonitw, a czasem i sprzeczek oddają swą energię lisiej miłości. Są wtedy bardzo zaabsorbowane i łatwo je podpatrzeć. Czatownicy i wędrowcy z tęsknotą oczekują na ten niezwykły czas, aby w tych sprzyjających okolicznościach obserwować i podsłuchiwać misterium zwierzęcego święta.

Czego możesz potrzebować?

Wygodnego, ciepłego, jeśli to możliwe nie szeleszczącego ubioru. Lekkiego koca. Nieprzemakalnych butów. Coś do zjedzenia, cierpliwość, pokora, szacunek i wdzięczność – tego właśnie nauczyła mnie natura. Przydać się może też aparat foto no i lornetka.

Kiedy?

Lisie wyprawy realizujemy od końcówki stycznia przez luty, szczególnie podczas nocy księżycowych. Pilnuj kalendarza.

Gdzie?

Tu gdzie obecnie mieszkam, czyli Rokietnica nieopodal Poznania.

Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

Liseł

Sylwester pod Drzewami Mocy. Zjazd leśnego plemienia.

Gdy stary rok po miesiącach pędu, za przesileniem zimowym wreszcie spowalnia swoje kroki i spotyka się z nowym… Leśne plemię Księżycowych Wędrowców zjeżdża się spontanicznie. To już drugi raz. Choć w zupełnie innym gronie. Czarodziejska Aga z krainy kwiatów, Radosna Ola i Michał, po prostu Miś. Dla nas to czas podsumowań. Spojrzenia wstecz. Planów i podziękowań. Początków nowej kreacji, zatrzymania z wglądem. Świętować chcemy w ciszy i ciemnościach. I niestety, w ten dzień właśnie odnaleźć jej nie sposób w mrokach leśnych. Huczący świat niejako zmusza nas, do wysłuchiwania chaosu swojego zapomnienia.

Jeszcze ostatni przegląd plecaków, ‘’ekwipunku’’ w postaci dodatkowych warstw odzieży, i ubrani jak bałwany, ruszamy pod Knieję. Tu wita nas hulający wicher i pochmurna aura. Dudniące huki rozbrzmiewają sporadycznymi salwami. Jedyny dzień w roku, kiedy można do lasu nocą wybrać się większą grupą, bo zwierzęta są ‘’wymiecione’’.  Ale są drzewa. Te jak zawsze, trwają, donikąd nie wybierają. Przystajemy na skraju, gdy śpiące zdawałoby się parasolki sosnowych wierzchołków bujają się, skrzypiąc. Tak reagują na nasze nadejście. Zrywa się powiew wiatrowego sztormu. I uczymy postrzegać, słuchać, odbierać. Przystajemy w skupieniu, gdyż w lesie dzieje się ożywiony dialog. Sosny trochę płaczą. Jękliwe piski, zawodzenia, lamenty. W tym dzwiękach zawarte jest uczucie, a z nim informacja. Choć cieszą na nasze przyjście, to i boją się nieco. Z wiatrem przyszły o wieści o gigantycznych pożarach trawiących Australię. Drzewa zawsze wiedzą wcześniej. Wiedzą, co może się zdarzyć, nadejść. Są przecież ‘’w terenie’’. Nie odgrodzone betonem, odgłosami , nie zagłuszane chaosem informacji. Zanurzone istnieniem tutaj – odbierają. U nas mija trzeci suchy rok, ze średnią znacznie poniżej dotychczasowych sum opadów. Nie trzeba być strategiem…

Leśny, szumiąco – skrzypiący koncert zatrzymuje nas w oczarowaniu. Coś się zmieniło. W samych drzewach, albo strukturze świata. Dawniej podczas wichur ‘’odzywały’’ się pojedyncze drzewa, dziś ma się wrażenie, że robią to wszystkie. W miarę jak oddalają się nasze kroki, zawołania nasilają się i grzmią z ciemni puszczy – jakby chciały nas jeszcze zatrzymać. Za moment jesteśmy pod Krzesimirem. Ogrom wzruszenia moich gości, kiedy mogą poznać i przytulić mędrca. Każdy ma swoją chwilę, w której odbier dla siebie błogosławieństwo i wieści. Każdemu inne. Mi dąb – przyjaciel powiada:

– Możesz wybrać dla siebie co zechcesz. My przygotowaliśmy dla Ciebie wyjątkowe. Każde doświadczenie, droga, będą dobre. Nie istotne są aż tak szczegóły. Wybieraj świadomie, kształtuj, ale i płyń bez oporu z tym co przyjdzie. 

Niebo przeciera się nieśmiałymi błyskami gwiazd. Ola mówi, że wyraziła wcześniej taką intencję. I stało się. Niesamowicie. Prowadzę przez las – zmiana planów trasy, podyktowana warunkami. Jak się potem okazało, najlepsza. Tutaj nam nie wieje, mamy wrażenie, że otoczył nas opiekuńczy, bezpieczny tunel. Drzewa pochłaniają siłę żywiołu i przekazują przez pnie jego wibrację w głąb ziemi. Co ta energia dalej robi, gdzie pracuje? Zastanawiam się. Żadne z nas nie boi się oberwanej gałęzi czy lecącego konaru. Przeciwnie. Drzewa są silne, zdrowe. Obłamania zdarzają się rzadko. Potrzeba potężnych wichur. Mijamy tegoroczne pogorzelisko. Sosny tutaj zostały jedynie ‘’liznięte’’ przez ogień, mimo to wycięte. Ciszę i szum drzew przerywają raz po raz nawoływania przepłoszonych petardami gęsi – krążą w powietrzu nie dając o sobie zapomnieć. Mimo gęstej ściany zarośli dobiegają i tutaj pojedyncze okrzyki żurawi. Uśmiecham się gorzko. Od paru dni blog Szeptów przeżywał prawdziwie oblężenie, gdy opisałem sylwestra z perspektywy doświadczających ludzkiego ‘’świętowania’’ zwierząt – ktoś zarzucił, że się nie znam, bo gęsi i żurawie dawno odleciały. Od lat, to tak nie działa. Ciepłe, deszczowe ‘’zimy’’ a w zasadzie ich brak, powoduje, że wiele ptaków nie podejmuje wędrówki. Zostają, próbują przezimować. Dziś jest nas czwórka i słyszymy je wszyscy. Uwaga skierowana na zewnątrz, powoduje, że Aga wpada w błotnistą kałużę. Milimetry dzielą, aby woda wlała się do kalosza. Czujny Michał ratuje sytuację podtrzymaniem. Ja już ją znam… Wygląda niepozornie, lecz kąpiące się tu dziki bardzo pogłębiły niewidoczną pod wodą nieckę. Przenikają mnie fale ciepła i błogiej radości, płynące od moich wędrownych towarzyszy. Gdy wymieniamy te spostrzeżenia, Ola mówi, że jest przeszczęśliwa. Nawiązuje się miedzy nami pewien rodzaj synergii – w mig odbieramy swoje stany i nastroje. W ciemności wyostrza się intuicja. Rozmawiamy o przyszłości i troskach drzew, o tym co możemy dla nich zrobić, jak omijać duchowe pułapki różnych ideologii, które okrężną drogą próbują odwieść człowieka od tego co dla niego najlepsze, i pod płaszczykiem niszczyć. Wypływa skądinąd temat ‘’drewna księżycowego’’. Tłumaczę, że dziś nie musimy ścinać tylu drzew, a jeśli zabijamy żywe drzewo, które podczas pełni emanuje głębią uzdrawiającej energii, to jaki pożytek z tego? Jakiej energii służy? Czy jest możliwa zamiana? Zgadzamy się wszyscy co do alternatywy konopnej, przecież już dziś powstały technologie produkujące bale i deski z surowca konopnego, które w dodatku są 20 razy wytrzymalsze niż dębowe.

plakacikeee

Drugi przystanek robimy pod przyjazną ‘’Akacją’’. To Agnieszki Drzewo Opiekuńcze. Po kilku minutach wspólnego tulenia, Drzewo prosi mnie, abym odszedł i zostawił Agę samą.
Spływa na mnie kojące ciepło.

‘’Posłuchałeś…’’ – Mówi ucieszona Akacja, tym kojącym, aksamitnym głosem. To ta, która naucza zaufania intuicji i podążania za nią. Pamiętam jak razu pewnego poprosiła kogoś, by ta osoba poszła spontaniczne kilkanaście kroków w głąb lasu. Bardzo byłem wtedy zaskoczony, ale ona znalazła pióro. I mnie podobnie Robinia ‘’testowała’’ prosząc o robienie różnych takich rzeczy. Uczyła jak słuchać lasu. Agnieszka wraca podekscytowana i opowiada, co przekazało jej mądre drzewo.

– Mam zostać jasnowidzką. Mam odnajdywać, przewidywać. Ale nie dla ludzi. Mam ‘’jasnowidzieć’’ dla Drzew. O co tu chodzi? Nie rozumiem…

Uśmiecham się szeroko. Choć w pierwszej chwili też zaskoczony. Za moment wiem. Akacje, to przecież drzewa wspierające właśnie dar jasnowidzenia i naturalne umiejętności pozazmysłowego postrzegania człowieka.

– A może masz odnajdywać, przewidywać bezpieczne miejsca, które długo nie zaznają przekształceń i pozwolą drzewom sędziwie wzrosnąć i godnie odejść? Będziesz odnajdywać siedliska dla Drzew Mocy…

Wzruszamy się ogromnie. Za moment jesteśmy pod Dębem Radomirem, tym który z piorunami się bratał. Otaczamy go kręgiem, dziwując się Mocarzowi, co tyle klęsk przetrwał. Odłupane ramię pnia rozkłada się obok, będąc świadectwem krzepy olbrzyma. Przesyłamy mu pokłady uzdrawiającej energii. Łączymy się za ręce bez słów. Tak mnie to cieszy. Moje leśne plemię, które kocha, czuje i postrzega tak jak ja. Odnajdujemy się i jest nas coraz więcej. Na pajęczynach zawisły urzędujące pająki. Mimo przełomu stycznia i grudnia, owady pozostają wciąż aktywne. W tym kleszcze. Jakich czasów doczekaliśmy… Jesień i zima zawsze były dla mnie bezpiecznym okresem wędrówek, teraz trzeba uważać, choć w kilku warstwach ubrania ryzyko jest mniejsze. Pod Radomirem jakoś tak spontanicznie zalegamy na wypoczynek. Choć plan był inny. Płyną rozmowy, przerywane hukiem bliskich petard i błyskami. Chmury odbijają poblask. Jak na froncie. Większość narzuca mniejszości. Zwykle. Chcielibyśmy ciszy, tymczasem pewnie w całej Polsce trudno znaleźć miejsce, gdzie echa nie docierałyby. Godzinę ‘’zero’’ rozpoznajemy po wzmożonym hałasie. Gęsi nawołują rozpaczliwie. Nie mamy ochoty obserwować fajerwerków, choć taki był plan. Mówimy słowa, milczymy. W wyobrazni tworzymy obrazy szczęścia, w jakich chcielibyśmy widzieć siebie nawzajem i przesyłamy w myślach do siebie w przestrzeni. Michał leży na gołej ziemi pod jesionem, nieco pochrapuje. Szybko potrafi zasnąć. Kiedy się budzi po niedługim czasie jest uśmiechnięty i w nastroju, opowiada jak Ziemia pochłonęła jakieś jego troski. Do końca wyprawy pozostaje ożywiony. Ja oddalam się na kilka minut do innego jesionu. Potrzebuję pewne sprawy przemyśleć, podziękować bliskim, ułożyć w samotności. Nikomu to nie przeszkadza. Słyszę, że rozmowy dalej naturalnie się toczą. Żywioły odpowiadają salwami podmuchów, gdy wypowiadam swoje życzenia. Ręce w górę wyciągam dziękując, za wszystko co tutaj przydarzyło się mi i moim gościom. Wierzyć się nie chce, że ogrom tych zdarzeń zmieścił w tak maleńkim roku.

Radomir cieszy się z obecności gości. Rozmawia z Agnieszką. Czasem bardzo się dziwię, bo trochę tak jakby drzewa nasycone były dialogami ze mną, a pałają chęcią poznania nowych osób. Zimno dociera i tutaj. Michał medytuje i posyła nam cieplne fale, które o dziwo działają i otulają nas rozgrzewającym przepływem. Kanapki i termosy. Ciepła generuje się tyle, że za chwilę jesteśmy oblegani przez wszechobecne biedronki, które przyszły się ogrzać. Świecąc spostrzegamy że są wszędzie, na spodniach, plecakach, wokół i na dębie. Ostrożnie ‘’przesadzamy’’ je na korę drzewa, lecz one wcale nie chcą opuszczać ciepłych dłoni. Moje zwierzęta Mocy. Ukazały się licznie, z jakimś przesłaniem. Zbieramy się do marszu. Choć nikt tak naprawdę nie chce stąd ruszać. Aga mówi, że to najlepszy Sylwester w jej życiu. Dokładnie taki – dziki, inny. Przed nami jeszcze długa wędrówka…

Ciche, stłumione kroki szeleszczą w mrokach dębowego szlaku. Tutaj Dąb Gromiec z przepastną dziuplą, kawałek dalej dorodny Klon Ellion, najwspanialszy z tutejszych klonów. Pod nim odczytujemy kolejne przesłanie.

Pochwyciłem ją za dłonie,
Z całych sił wołałem do Niej

Ellion jestem, Imię moje
Dziś przytulę Troski Twoje,

Cieszę, że mnie usłyszałaś,
Kiedy tam nad bagnem stałaś,

Tyle chciałbym Ci powiedzieć,
Czego pragniesz się dowiedzieć,

Stary ród nasz, ten Klonowy,
Wiedzie ciało, do odnowy

Spójrz jak Drzewo dba o siebie,
To też przekaz jest dla Ciebie,

Co pochłania w siebie święcie,
Przed czym broni się zawzięcie,

Z czego czerpie swoją Siłę
I dlaczego, długo żyje

Co najprostsze, to najzdrowsze,
To surowe i zielone,

Cieszy ciało się spełnione,
Wiele dawnych zrzuca bóli
I nie trzeba, więcej tulić,

Bo duch raz już obudzony
Jest w poznaniu nasycony

Tęsknią klony do wspomnienia,
Choć się tyle w świecie zmienia,

Pamiętają pierwszych ludzi,
Gdy nie trzeba było budzić

Stróżowali przy naradzie,
Grach, zabawach, i biesiadzie

Potem przyszedł czas rozstania,
Ducha – ciała, załamania,

Kiedy podniósł człowiek rękę,
Na to dawne, życie święte

Pożegnały się wnet Klony,
I ruszyły, w świata strony,

Dziś odnajdziesz nas i wszędzie,
Kiedy spotkasz, dobrze będzie,

Ważne są dla Ciebie słowa,
Aby podjąć się od nowa,

Trud procesu oczyszczenia,
Choć bolesny, wiele zmienia,

Teraz.

Opowiadam baśń o wędrówce klonów – jak jawor obraził się na ludzi, a klon polny powierzył swoje istnienie żywiołom pustki. Jak sprytny klon jesionolistny znalazł sposób, aby wyprzedzać inne drzewa. Wspominamy i tęsknimy do czasów Pierwszych Ludzi, tych pradawnych mieszkańców Ziemi znających sekret istnienia w harmonii z naturą. Ci, którzy tworzyli rajskie ogrody i rozkwitali w błogosławieństwie życia. Świat zapomniał o Wedrussach. My w opowieściach wskrzeszamy ich przesłanie. Zrobiło się bardzo ciemno. Podążając, ledwo widzimy cokolwiek. Trzeba wytężać wzrok, mrok rozumy rozpanoszył się wszechwładem. Ostrożnie, w skupieniu. W kimś odzywa się strach. Jednak trzeba czasu, aby oswoić i polubić z ciemnościami kniei. Mi niekiedy pomagało wyobrażenie. To znaczy zawsze mam w pamięci jak wygląda tutaj za dnia, i mówię sobie, że to tak samo, tylko bez kolorów. Dalekie żurawie smętnym głosem komentują ludzką zabawę. Wkrótce stajemy nad rzeką. Wody nieco przybyło. W świetle latarek podziwiamy mozaikę glonów, resztki wodnej rzęsy i rozkład olchowych liści. Pospolite ślimaki, zatoczki rogowe, znaczą podwodny szlak powolnym spacerem. Im chyba jest wszystko jedno.
Wskazuję ręką i chcę pokazać gościom jeszcze jednego dorodnego wiąza, aby coś o nim opowiedzieć. Wtedy robi mi się niedobrze. Pod drzewem ktoś ‘’złożył w darze’’ wielki, stary telewizor… Jeszcze parę dni temu go tutaj nie było. Aż mi i wstyd. Jednak – tak się w lasach wyrabia. Ostatnio na wigilijnej wędrówce napotkaliśmy auto stojące w ciemności, po włączeniu latarki pojazd odpalił silnik i odjechał. Na miejscu zostały świeże niedopałki papierosów, puszka po napoju i papierowe ręczniki. Zabraliśmy to wszystko. Wigilia, druga w nocy… co ludzie mają , głowach? Jadąc przez jakąkolwiek wioskę mija się mnóstwo pojemników na śmieci, przy przystankach choćby. Można zostawić, śmieciarka zabierze. Gminy organizują zbiórki zużytego sprzętu elektronicznego i rzeczy wielkogabarytowych. Można oddać darmo lub niewielkim kosztem. A ludzie ryzykują i przywożą do lasu, wcale nie tanimi autami. Lodówki, tapczany, pralki, ubrania… Krąży ponury dowcip, jak to człowiek segreguje śmieci. Na te które do pieca, i te co do lasu… Nasza obecność płoszy takich szkodników. Niech wiedzą, że nie ma przyzwolenia i są obserwowani. Czujni czatownicy ukryci w zaroślach, zauważą i w środku nocy. Każda butelka czy puszka to śmierć dziesiątek owadów, które topią się w takiej pułapce.

Tulimy jeszcze kasztanowce. Przestrzeń zakotwiczyła się w otchłani bezczasu. Kiedy zleciało te pięć godzin? Pora na powrót, żegnany szumiącym trzaskiem parady drzewnych istot. Im dziękujemy w pokłonie. Daleko poza lasem włączamy barwne miecze świetlne. Z osiedli jesteśmy teraz pewnie widoczni. Księżycowi Wędrowcy pokazują, że bawić się można z kolorem i światłem, ale bez huku, dymu i przerażenia. Jednorazowy wydatek, a radości na cały rok. Miecze są łatwo naprawialne i wytrzymałe. Rozgrzać się można pojedynkiem, po długim czasie niemrawego bezwładu. Zakładamy śmieszne maski. Błyskają ostrza ze świstem powietrza, kolory pulsują energią, miecze mruczą przyjemnie wibracją sił kosmosu. W śmiechach pielęgnujemy więzi z wewnętrznym dzieckiem, czyli jak dla mnie, z duszą. Dla równowagi, trochę mniej powagi. I podziwiam, jak każdy pojedynek potrafi być inny. Aga unika kontaktu z ostrzem, manewruje tak, że trudno trafić w jej broń. Robi się taniec sztuczek światła, zasilany salwami migocącego śmiechu uradowanej kobiety. Michał nagrywa na pamiątkę.

20191231_233939

Podczas powrotu do kwatery, spotyka nas przeszkoda. Na jednym z osiedli zamknięto ruch. Pełno straży pożarnej, policji, pogotowia. Ola wycofuje autem. W ostatniej chwili zauważa inny pojazd stojący na poboczu, omal się nie zderzamy. Ale opatrzność leśna czuwa. Nie widział go nikt z nas, jakby coś przykryło. Okazuje się, że płonie gaz. Słup ognia pod niebo. Ktoś wrzucił petardę tam gdzie nie powinien. Ewakuują kilka okolicznych domów, gdyby to wybuchło zmiecie ze trzy domostwa. Jest trzecia w nocy. I myślimy tak sobie. Kolejnego dnia media społecznościowe zostają zalane zdjęciami martwych ptaków zbieranych pod drzewami, wykrwawionych psów nabitych na iglice płotów, które w panice próbowały wydostać się z posesji. W wydaniach wiadomości pojawią się relacje o poparzonych kończynach, urwanych palcach, rękach. Czy każdego roku, to wciąż za mało, jak możliwe że pozwalamy pijanym ludziom na używanie środków pirotechnicznych w atmosferze takiej beztroski?
Z daleka spoglądamy na słup ognia. Pan strażak mówi, że sytuacja opanowana, ale nie przepuszczą nas bo zagrożenie. Dla mnie to wszystko bardzo symboliczne. Od paru tygodni płonie Australia. Wcześniej żywioł strawił rozległe lasy tajgi i przetrzebił amazońską puszczę. Trudny rok dla przyrody. Ogień pożera i trawi świat jaki znamy. Miliony poparzonych, spalonych zwierząt, dziesiątki ofiar ludzkich, nieznana liczba gatunków, które możemy skreślić na zawsze. A tymczasem w Sydney, australijski rząd nie ugiął się pod presją społecznej krytyki, i wśród tych dymów, popiołów, pomarańczowej poświaty zorganizował pokaz fajerwerków… Orkiestra na Tytanicu gra do ostatka.

Pożegnaniom nie było końca. Choć przecież jeszcze w Nowy Rok widzimy się i ruszamy na dzienną wyprawę.
Zasypiam u siebie. Po około dwóch godzinach, budzi mnie łaskotanie na twarzy. Dotykam jakoś zupełnie spokojny – znajomy zapach. Biedronka! Zapalam światło i widzę jak wysypują się z plecaka. Jakimś cudem zdążyły wejść w zakamarki ubrań, a ciepło mieszkania zachęciło je do spaceru. Na dworze zimno, nie chcę teraz wypuszczać. Zamykam plecak, niech tam śpią. Śmieję się, bo moja pościel ma motyw biedronki siedzącej na dmuchawcu, dusza kiedyś zachwyciła się tym wzorem. Teraz budzi mnie nad ranem ‘’moim własnym’’ Zwierzęciem Mocy i coś pragnie przekazać.

Dziękuję wszystkim uczestnikom tego magicznego sylwestra. Druga edycja tradycji świętowania wędrówką zapisuje się pełnią osobistych procesów, wrażeń, wglądów, zachwytów, wzruszeń i przygód. Składam jeszcze raz najlepsze życzenia – niech Wam Knieja w sercach z opowieścią wiecznie szumi. Tym, którzy z różnych przyczyn być z nami nie mogli i nie dotarli – do zobaczenia może następnym razem 

20200101_024106

Księżycowe dary Drzew Mocy. Sedno leśnej pełni.

Szare, okryte siwą zasłoną pola majaczą się w pustce półzamglonych horyzontów. Bezmiar przestrzeni rozlega się echem dalekim. To przed naszymi oczami. Ukryta w mroku niewielka olszynka drzemie pod kocem szelestów. Za nią widnieje ledwo już dostrzegalna, czarna ściana lasu. W niej czekają jakieś przygody. Ekscytacja i ciekawość. Co też czai się dziś w borze? Zbliżamy się. Podążamy za nurtem polnej strugi, melioracyjnego rowku, arterii wędrownej bobrów. Na spiętrzonej tafli przysiadły z noclegiem kaczki krzyżówki. Te krzyczą ostrzegawczo. Bieleją kikuty ogryzionych wierzb. Prowadzi nas rześki plusk. Co jakiś czas przystaję, lustrując lornetką bezkresy połaci. Nie chcę abyśmy przegapili lub spłoszyli jakieś zwierzęta. Pogoda dopisuje. A może nie. Czas księżycowej pełni. A niebo zasnuło nam się burymi kłębami, z których plecie pierwszy, delikatny śnieżek. Wilgotno. Pola ”cukrują” lekko. Gość mój, z wielkiej Warszawy, matka czwórki dzieci, przybyła do świata Szeptów Kniei na dwie Noce Wędrowne, po szlaku Drzew Mocy. Chce czuć, słyszeć i samej już poznawać ich przesłania. Co znam, staram się najpełniej przekazać. A dziś to drzewa właśnie miały nam ofiarować swój niezwykły popis.

Kiedy patrzę pierwszy raz na Annę, a może jeszcze chwilę zanim przyjechała, wiem – jej Drzewo to Topola, ale potrzebuje głównie wsparcia Dębów. Do Topól, Sióstr – Szamanek wiodę najpierw. I znów się wydarza – szczerość. Widzimy się po raz pierwszy w życiu, a rozmawiamy o najtrudniejszych bolesnych sprawach naszych żywotów. W leśnej przestrzeni pogrążonej w ciemności, na wierzch wychodzą i najczarniejsze tajemnice. O których nie powiedziałbyś nikomu. Czasem to wszystko tak trudne, że nie wiem jak mógłbym pomóc. Wiem tylko, do których drzew trzeba iść. Tam zaś już się dzieje. Mijamy czarne wstęgi dziczych tropów wiodących przez kukurydziska. Biała, nieco przyprószona dróżka wiedzie krokami do baśni, przypomina mi Opowieści z Narni. Cieknące nosy wzniecają gawędy o zdrowiu. Zgadzamy i wiemy oboje – nic szkodliwego to, kto niezwyczajny boi się przeziębienia. Tymczasem wygrzany w cieple mieszkań organizm w ten sposób oczyszcza się z tzw nagromadzonych ‘’zimnych śluzów’’, i krzepą wraca do formy. Wiem po sobie. Regularne zimowo – jesienne wędrówki w najgorszym chłodzie, powodują że praktycznie nie choruję na pospolite przeziębienia czy grypy.

09c749f50ffa54dda86d2febcde5ae70

W ciemności nie widzę reakcji drzew. Zwykle ”Topolanki” nasilają swoje kołysanie, gdy podchodzą do nich Wędrowcy. One wołały mnie i gościa. Mimo zimy. Topole zresztą zdają się być częściej aktywne zimowo, niż inne liściaste drzewa. Przykładam dłoń w odległości 20-30 cm, zanurzając uczucie w znajomym, przyjaznym cieple. Tętnią nim. Polecam Annie na jakiś czas się przytulić, sam odpoczywam pod drugą z Topól. Tak potrzeba. Gdy zbliżam się ponownie, Ania z przejęciem opowiada mi kolejną swoją historię.

– Dar mam pewien. Przekleństwo. Dar języków. To ostatnie, co powinnam zostawić. Od dawna umiałam mówić niezrozumiałe wyrazy w językach których nikt nie zna. Podobno w innym życiu zgodziłam się robić okropne rzeczy, w zamian za taką możliwość. Te słowa… One nie są dobre. Miały za zadanie gasić każdą Miłość która przybędzie na Ziemię. Wiem, że to jest nieustanna furtka do mnie, aby wracało stare… Widzę. Przypomina ośmiornicę czarną na moim sercu. Chcę się tego pozbyć.

Milczę. Nie zaskoczyła mnie, ani nie dziwią najróżniejsze opowieści. Rozmawialiśmy o tym po drodze. W środku pojawia się znajome łaskotanie, obrazy i słowa. Topola prosi abym to zrobił. Nie wiem jak! Krzyczę do niej w myślach. Nie jestem tak silny, nie umiem… Dalej dzieje się intuicyjnie, spontanicznie. Podbiegam do drugiej z Topól, przytulam na kilka minut. Ona daje instrukcje, ofiaruje słowa. Jestem z powrotem przy Ance, która także w ciszy tuli swoje drzewo.

– Czy jesteś gotowa i chcesz to zostawić ?

Pytam. Bo już wiem, że mogę. Drzewa są z nami połączone w procesie. Anka płacze, a jedna ‘’Topolanka’’ zrzuca kawałek kory. One zawsze chcą pokazać w jakiś sposób, że są obecne i pomagają. Chwytamy się za dłonie, zbliżając głowy do pnia. Wypowiadam wers, ofiarowany mi kilka chwil wcześniej przez Topolę.

– Żegnam wszystko co nie służy,
Życzę dobrej im podróży,

Dar, przekleństwo, ten niechciany
Odtąd niech jest pogrzebany,

Za Twój udział dziękujemy,
Wszystko już o Tobie wiemy

Niech pochłoną go głębiny,
A uzdrowią się przyczyny

Ziemi – Matce powierzamy
Pakt ten, węzeł przywiązany

Składam w Niej i zakopuję
Lekkość w sobie odtąd czuję,

W sercu światło się otwiera
Niech najlepsze dzieje teraz

Drży zawsze przeze mnie w takim momencie wzruszenie. Ono wzmacnia moc przekazu w prawdzie, i po prostu czyni. Uśmiechamy się oboje.

– A teraz chodz szybko na pole, zakopiemy to!

Wołam. Biegniemy w podskokach i przypadamy na klęczkach ku ziemi. Staram się wykopać dołek. Gleba jest zmarznięta, twarda, boląco chłodna. Anka natomiast znajduje obok już gotowy wydrążony dołek. Tam wrzucamy ‘’dar – przekleństwo’’ i zasypujemy ziemią z kretowiska. Poznaję, że lej dołka został wydrążony dziczym ryjem. Dla mnie symbol Sił Ziemi. A Topole pokazały nam w myślach i obrazach czynność zakopywania. Nazwaliśmy, podziękowaliśmy, przyjrzeliśmy się, i pożegnaliśmy powierzając żywiołom. Drzewa ukazały, bezbłędnie odczytały prawdę i podały wskazówki. Czysty szamanizm…
W tym momencie między topolowymi bliźniaczkami przeciera się nieśmiały księżyc. Oświetlił nasze postacie. Drzewa w jej aurze wyglądają dostojnie, potężnie i dziko. Nie mogę się nadziwić. Czas zimowy, a one jakby nigdy nic w gotowości do wszelkiej pomocy. A może to właśnie, przyjazn?

Dębowe Ciepło

I znów rozmawiamy. Z jednej strony o ich mocy, a z drugiej o trudnym czasie dla Drzew. Opowiadam jak jesiony prosiły niegdyś rankiem bym został ‘’bo za chwilę się zacznie’’. Trzeszczały, pękały, i zrzucały gałązki, starając się za wszelką cenę zwrócić moją uwagę. ‘’Zostań z nami. Chcemy żebyś tu był, gdy będziemy odchodzić…’’ szumiały. Nie potrafiłem jednak z nimi z nimi zostać, połączyć się w tym bólu. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę umiał. Uciekłem. Mąż Ani jest leśnikiem i kocha obserwować ptaki, lecz o rozmawiających drzewach zabrania jej mówić. Dlatego nasze spotkanie jest wyjątkowe. I trudne zarazem. Trudniejsze z każdym krokiem. Widzę, że zacięli ciąć też pas przy drodze, na razie tylko krzewy. Zostają na hałdach stert, nikt tego nie zabierze, nawet nie spali ani nie wykorzysta. Jaki sens, tutaj? Odległa leśna dróżka, prawie bez ruchu aut, tyle ptaków się tutaj gnieździ. Jakby amok powodował cięcie dla samej frajdy. Rozpęd żądzy niszczenia. Może nieuświadomionej. Duzi chłopcy lubią pobawić się piłami, pohałasować. Nie ma żadnego uzasadnienia. Te bzy niczemu nie przeszkadzały. Choć na pewno nazwą to ‘’pielęgnacją’’.

Krzesimir ogrzewa nas ciepłem. W bezruchu pod jego pniem spędzamy jakąś godzinę, mimo narastającego mrozu nikomu nie doskwiera. Anna nie może się nadziwić jak to możliwe. Po raz pierwszy odbiera tak fizycznie drzewną energię. Ja śmieję się, i opowiadam dlaczego nocami nie marznę na czuwaniach. Bo dębów tulę, a oni grzeją wędrowca, by jak najdłużej wysiedział i bogate opowieści spisał. Dopiero gdy wstajemy i wychodzimy z tego ciepłego, opiekuńczego kożucha, zaczynamy czuć ziąb. Dużo się zadziało przez tą godzinę, mimo że nie rzekliśmy ani słowa. Krzesimir potrafi wymieniać między ludzmi informacje z pola duszy i silnie połączyć. To są głębokie pokłady. To czego nie da przekazać się słowami, a dusza wie. Nauczył się trudnej sztuki. Taka wymiana jest możliwa, jedynie przy intymnym, miłosnym połączeniu. Tak mi się wydawało. Bo dąb jakoś potrafi to obejść. Przeprowadzić duchowo. Jednak uczucia pozostają nie do opisania. W nurcie pobliskiej rzeki księżyc maluje mozaikę błyskami srebrzystych refleksów. Woda chłodzi rześkością.

Olbrzymi świerk tuż przy drodze tkwi w bezwładzie ponurym, lecz i On woła. Anna podbiega spontanicznie przytulić. Choć powinno się prosić i pytać, sam często tak robię. Trudno się powstrzymać. Mi jednak świerk tulić nie pozwala. Dostaję ‘’kopa’’ przez stopy jakby prąd. A u Ani opowieści. O rodzicach, dość trudnym dzieciństwie, żalu, krzywdzie. Podziwiam jak bardzo drzewa wiedzą, co wydobyć. Kiedy i jak pomóc. Co ukazać. Świerki zwykle nie śpią zimą. Dziś pełnia księżyca. Emanują wtedy sednem swoich najbardziej uzdrawiających energii. Dla mnie to święto widzieć chyba po raz pierwszy jak działa na kimś innym niż ja.

Przez szemrzące szronem łąki i i chłodny las docieramy do kolejnego miejsca postoju. Olbrzymi dąb stróżujący samotnej polanie, potężny i wspaniały. Ramionami konarów jakby niebo trzymał. Inny jest jakże od Krzesimira, strzelisty, wspina się wzwyż. Pień prosty. I on grzeje. Dziś 12.12. Magiczna data. Anna zaczyna coś nucić… Płynie czysta, srebrzysta melodia, delikatna, łagodna, kojąca. Nie potrafię przestać płakać. Może dlatego, że przypomina mi moje dawne wcielenie Kobiety, która tak samo pieśnią uzdrawiała, więzi z naturą pielęgnując. Słowa skądś przychodzą, o miłości do świata, współczuciu, współpracy, więziach, ciszy i nowej epoce Wolnych Lasów. Dąb pomrukiem przesłania głosi. Odczytujemy dębową przemowę, którą niegdyś spisałem właśnie tutaj. Słowa dzieją się żywe. U drzew poruszenie się robi. Dewy wypływają do tańca. Widać zarysy we mgłach. Świerkowy młodzieniaszek naprzeciw kołysze się w takt, trzeszczy i z głębin pnia swoje odgłosy dobywa. Bardzo chce być dostrzeżony. Czujemy ich obecność, jak wśród dobrych, kochanych przyjaciół. Spoglądam w górę, gdzie rozpościerają się złociste sznury dębowych konarów. Jakby świetliste, energetyczne przedłużenia. Dusza widzi po swojemu, czasem dając wgląd do świata energii. Nigdy nie myślałem, że będę potrafił to zobaczyć w towarzystwie innej osoby.
Sosna: Trrr, Trrrr, skrzypi. Dzikość pradawna przysiadła obok. Klękamy i składamy w darze jabłka. Sarnim skrzatom na uciechę. Drzewa cieszą się z ludzmi i celebrują zimowe święto życia. Wdzięczne są, żeśmy przyszli. To dla nich ważne, wiedzieć, że są też inni i złączyć siły pragnień w dążeniu do wspólnej harmonii. Gdzieś w oddali, ledwo słyszalne jelenie, przeprawiają się przez rzekę. Ania mówi, że nigdy nie przeżyła tak intensywnego kontaktu z drzewnymi istotami. Cieszy się i śpiewa, a one wokół trzeszczą, skrzypią i jęczą. Wiec tańczy. Zatacza coraz szerszy krąg. Człowiek Czujący. Współ. Człowiek Błogosławiący, wspierający, czyniący dobro. Bliski Bogu. Cały świat odpowiada mu tym samym. W takich chwilach widać to szczególnie. Drzewa Mówią: Nie wypierajcie się swojej tożsamości. Swej prawdziwej natury. Nie odcinajcie się od korzeni. Nie niszczcie, siebie i nas. Pamięć przetrwa. Waszą pieśń przechowają wieki. Ciężko nam opuścić to święte miejsce. Podążamy nocą wśród młodych sosen jak pradawni elfowie, z pieśnią szczęścia ulatującą w dzwoniących nutach. Głaszczą księżycowe prześwity. Kiedy na powrót wynurzamy się z lasu, na polu biesiaduje chmara jeleni.

Druga Noc Wędrowna. Matka Topola i Księżycowe Łabędzie.

Pełnia zapowiada się pochmurno i deszczowo. Podążamy starym, nieczynnym torowiskiem, które już bierze na powrót we władanie przyroda. Trzeba uważać na kolczaste gałęzie dzikiej róży, schylać pod konarami jabłoni i omijać gęste tarniny. Mam wrażenie, że jeszcze tylko 20 lat, a roślinność pochłonie pamięć po kolejowej linii. Dziś nie podmarza. Schodzimy z nasypu i brniemy zapadając się w miękkiej, wilgotnej ziemi. Za olszynami, na oziminie pasie się grupa saren. Ich zielone oczy pobłyskują w świetle czołowej latarki. Okolica choć mniej odludna, nocą zachowuje polny klimat pustki. Dziś odwiedzamy nietypowe drzewa. Ogromna wierzba, która urosła na…starym wysypisku. Motyw uzdrawiającego działania sił przyrody, dziś pojawia się często. Pochłaniają wszystko. Podziw. Z zewnątrz prawie nie widać, że pod spodem jest metrowa warstwa odpadów… Roślinność przerasta i pochłania wszystko, co człowiek zbrukał. Wierzbie dziękujemy, za tą pracę. Ona mówi, że człowiek tutaj przyjdzie i wytnie znów… aby było miejsce na nowe śmieci. Mimo to… Drzewo ‘’zbadawszy’’ nas swoim wglądem przytula energią i prosi aby właśnie o tych śmieciach opowiedzieć. One i tak zarosną wszystko. Zawsze. Nagły hałas ogłasza wędrówkę dzika. Zwierz prycha i łamie gałązkę. Trwa to chwilę.

Siadamy nad stawem obok, gdzie bieleją sylwetki drzemiących łabędzi. Tafla jest prawie cała zamarznięta. Nie odleciały. Jakaś czujna kaczka zmyka w szuwary. Śnieżni książęta wody jednak nie śpią. Przyglądają się, czujni, zainteresowani. Po chwili zanurzają szyję w lodowatej wodzie, w poszukiwaniu pokarmu. Gęsta ławica chmur rozprasza się. Księżyc rozrzuca swe błyski po zimowym lustrze zapomnianego stawu. Koi poświatą. Ogromne ptaki w jej aurze zdają się być utkane ze snu, nierzeczywiste. A jednak tu są. Podobnie jak ziąb, który podnosi nas do dalszego marszu. Suniemy ścieżką pod lasem, z prawej strony mając porośnięte szuwarami bagnisko. Pozostaję czujny. Tutaj mogą być dziki. Nagły szelest osadza w miejscu. Nasłuchujemy. Kto też czai się w trzcinach? Sekundy. Odgłos powtórzy się?
Znajome skrobanie wieści obecność bobra. Szczęśliwi – słuchamy pracy wodnego inżyniera.
I gdy podążamy potykając się na stożkach buchtowisk, drogę zagradza dość szeroka struga. Nie da się przeskoczyć. Dawno tędy nie szedłem. Ciężko było przewidzieć, jakie będą warunki. Prowadzę wzdłuż strumienia. Doświadczenie uczy, że zawsze natrafi się na jakieś przejście. A to kłoda powalona, węższy przesmyk, albo…bobrowa tama! Jest. Zapora miękka i luzna, jakby nie kontynuowana, ale da się po niej przejść. W kaloszach rzecz jasna. Ja forsuję śmiało, Anna kombinuje i próbuje, aby się nie zanurzyć. Wreszcie oboje na drugim brzegu. Taka przeprawa w ciemności nawet przez mały rowek nie jest oczywista. Czasem mimo płytkiej wody, muł potrafi pochłaniać ponad kolana. I wtedy po wyprawie…
Po wyjściu na przestrzeń, wokół wszędzie domy. Wspominam opowieścią jak to miejsce niegdyś było polem, po którym hasały swobodnie dziki. A wcześniej pewnie lasem. Dziś potomkowie ludzi, którzy wykarczowali, obsiali i uprawiali, Ci którzy teraz mieszkają tutaj. Chcieli blisko lasu. Ale przeszkadzają im dziki pod płotami a i nawet dziwi obecność zwierząt w miejscu gdzie występowały wcześniej. Mnie ani trochę. Nam miejsca do życia ciągle przybywa, a ich świat się kurczy z każdym rokiem. A przecież tylko chcą przetrwać. Rozmyślam. Kolejne dzicze pokolenia które się rodzą, nie pamiętają już tej dzikości, zmuszone są żyć w naszym hałasie, dostosować się. Gdyby tutaj przetrwał jakiś stary dzik, pamiętający ciszę tych okolic, musiałoby mu być bardzo przykro.

Mijamy szpaler młodych, gęstych osik. Stworzyły jakby tunel. Nasz cel – kolejny staw i dębowa oaza w Rodowym Kręgu, gdzie szlachetni dębowie wspierają ciepłem z głębi swych leśnych serc. Pod nimi przysiadamy w wypoczynkiem. Księżyc zawisł nad konarami. To rodzaj takiego piękna, które trzyma w nieustannym zachwycie. Można gapić się w nieskończoność. Czuję dębowe ciepło warstwami, na policzku. Srebrzyste cienie młodych drzewek sterczą tajemniczo. Brzozy lśnią białą aurą. Zewsząd budzi się chłód, ale dęby grzeją, jak to one. Ma się wrażenie, że trzymają barierę temperatury.

– Huuu, huuuu puuuhuuuu!

Puszczyk Dobrodziej nawołuje. Budzi duchy Kniei. Gdy na łów ruszają sowy, jest już rzeczywiście późno. Bobry nieśmiało hałasują w stawie, pilno im do swoich robót. Pod dębami spędziliśmy jakąś godzinę, po prostu wypoczywając. Tym razem każdy pod ‘’swoim.’’ Dobrze pozostać samemu z ciemnością, jednocześnie wiedzą, że ktoś jest obok choć go nie widzimy. Ostatni etap naszej podróży, a w zasadzie powrót – polna, piaszczysta droga, już coraz rzadziej porosła wielkimi topolami. Mijamy ścięte olbrzymy pniaków. A potem kolejne. Ja opowiadam. Jak tańczyć nocą lubiły i gałązki zrzucały na powitanie. O przesłaniach, które dane mi było pod nimi spisać. I kiedy stajemy pod jedną z nich, Ania spontanicznie podbiega aby się przytulić. Długo tak tkwią. W pniu drzewa dostrzegam fioletową kulę, znane mi już ‘’topolowe serce’’, która przesuwa się po linii góra – dół. ‘’Oho, coś mocnego się dzieje’’ – Myślę. Odbieram, że drzewo sporo zabiera. Głęboki pływ. Po kilku minutach zbliżam się i ja… słychać płacz.
Błyskają światła – jakieś auto mija nas zdumione, wraz z pasażerami których dostrzegam oniemiałych kątem oka. Tak. Dwójka wędrowców tuli nocą przy drodze jakieś drzewo. To musi być dla nich dziwne. A u nas po prostu dzieje się… proces.

– Ona pokazuje mi Matkę… Czuję jakby tuliła mnie mama. Taka Miłość.. Jak ona to potrafi? Ale ona prawie mnie nie tuliła w dzieciństwie. Nie była wobec mnie czuła. Nie potrafiła. Nie otrzymałam… Ale ta Topola… Ona to robi jakby Matka. – opowiada Anna.

Słucham, i wiem, że nie takie rzeczy drzewa potrafią. Wiem, że dzieje się coś ważnego. Uzdrowienie w relacji na poziomie – Nieukochane, a łaknące Dziecko – Rodzic. Drzewa wszystko potrafią poruszyć. Wydobyć, ukazać. Myślę i gorzko. Wycinają je po kolei. A one tyle dają, ot tak z siebie. Przechodziliśmy tędy tylko. Nie planowałem tutaj się zatrzymywać. Ale komu dziś jest potrzebny wgląd w swój ból? Konfrontacja z nim? Uzdrawianie, pójście dalej? Kogo obchodzi własne wnętrze? Ważniejsze to drewno, którym napali się w piecu albo sprzeda. Resztę przykryją inne rozpraszacze. A bolesny człowiek pójdzie dalej zadawać swój innym ból, przekładać go na kolejny istoty, rozpraszać w działaniu toporem, piłą… Zaklęty krąg wyparcia.

– Więc teraz otrzymałaś. Abyś poczuła, jak to jest. Jak przytula i Kocha Mama. Drzewa chcą abyśmy byli szczęśliwi. Każdą ludzką energią, uczuciem, emocją, potrafią operować. Ponieważ są nam bliskie. Niemal takie jak my. Starsi bracia w istnieniu. Od zawsze nasi terapeuci i przewodnicy. Chętnie pomogą, gdzie tylko potrafią. One wiedzą. Spełniony, uzdrowiony człowiek, to harmonia wokół. Ten który doświadczy ich Mocy, stanie się Opoką. Będzie chronił i błogosławił Życie. Teraz to Twoje poczucie krzywdy, braku opieki, zawodu, już pochłonęła ona. I przytuli Cię tak samo znów, gdy tylko będziesz potrzebować.

Odpowiadam, wyjaśniam pracę drzewa. Pamiętam gdy zobaczyłem mojego gościa po raz pierwszy, wiedziałem – jej Drzewem Mocy jest Topola, a opiekują się Dęby. I jesteśmy tutaj ‘’przypadkiem’’. Wczoraj przy powrocie zepsuł się jeden z rowerów, poszliśmy więc pieszo w inny rejon, choć mieliśmy zamiar odwiedzić Jesionowy Szlak. Chociaż usterka była prosta, jakoś nie wziąłem się za jej naprawę. Wszystko wydarza się idealnie – tak jak ma być. Zda się leśne skrzaty psocą, a finalnie pomagają w drodze po ukochanie kolejnych aspektów siebie. Bo z tym rowerem ciekawa historia. Dojechaliśmy, zostawiliśmy pod lasem, a po powrocie łańcuch jednego był zupełnie zablokowany. Spędziliśmy z pół godziny próbując go nałożyć, przeszkadzała osłona. W domu z narzędziami naprawa to pstryk, w ciemniej kniei z palcami i samym scyzorykiem, trudniejsze. Ostatecznie wziąłem Anię na hol, przy pomocy… zapasowych spodni z plecaka  I tak jechaliśmy powolutku.
Gdy wkraczamy w świat oświetlonych osiedli, długo jeszcze rozbrzmiewają rozmowy; spoglądamy na telewizory w oknach, świąteczne dekoracje i światła samochodów. Po kilku godzinach w głuszy to wszystko wydaje się takie nierealne, nie nasze, odległe, jak huczny, brzęczący rozhoworem ułudy sen.

P91212-212625

A jeśli i Ty masz ochotę przemaszerować podobną Noc Wędrowną i zatopić się w świadomym odczuwaniu energii lasu, pytaj o swój termin. Wyprawy są możliwe w ciągu całego roku, nie tylko podczas pełni księżyca. Kontakt:

czeremcha27@wp.pl

 

Sylwester słuchany w lesie. Jakiej traumy doświadczają przerażone zwierzęta?

Raz jeden to zrobiłem. A potem – drugi. Chciałem się przekonać. Jak ludzkie świętowanie przeżywają dzikie zwierzęta? Co dzieje się w ich świecie? Tym razem nie umówiłem się ze znajomymi, nie poszedłem na bal. Zamiast tego przywdziałem ‘’kostium’’ wędrowca i ruszyłem do lasu. Co może się wówczas dziać, znałem dotychczas jedynie ze smutnych opisów i domniemań. Ten impuls wystarczył, abym zapragnął znaleźć się nad strumieniem w bobrowym królestwie, nieopodal dziczego bagna.

Już wkraczając na pola, znać było, że tu nie jest jak zawsze. Żadnych większych ani mniejszych zwierząt, nie napotkałem sarny, dzika, lisa, zająca. Wszystko gdzieś przywarowało – wyparowało, wyniosło się. Na rozlewisku siedział tylko jeden kaczor, choć normalnie nocuje ich tam kilkanaście. Siadam na kamienisku i słucham huków….jest 22:30.

Najgorzej chyba znoszą to ptaki…Z zamyślenia wyrywa mnie powtarzający się okrzyk bażanta. Nocujący na drzewie kogut odpowiada z przestrachem na każdą salwę. W końcu słyszę jak spłoszony odlatuje…ten charakterystyczny trzepot skrzydeł. W międzyczasie cały czas, z przerwami skrzeczą sroki. W ich głosach znać poirytowanie. Te przynajmniej nie odlatują. Czasem na huk odpowiadają kaczki, ale ich dziś mało. Bobrów nie słychać, choć normalnie majstrują stale przy swojej tamie. Chyba zaległy w norkach. Pluszcze woda. Słyszę jakieś nieznane, nieokreślone kwilenie. Też chyba jakiś ptak. Dobiega z grupy niskich krzewów. W pewnym momencie, mimo pojedynczych wystrzałów okrążą mnie ciekawski Puszczyk. Chyba on jeden tu nie zwariował. Panika. Zewsząd dobiegają alarmujące, przeraźliwe głosy żurawi. Mimo, że do godziny zero zostało jeszcze sporo, wybuchy wstrząsają co kilka minut. Żurawie krążą nad lasem po ciemku – są zbyt przerażone by wylądować. Powinny teraz w spokoju spać nad bagnem. Wtórują im gęsi, też kręcące się w powietrzu. Ptaki latają bezładnie, chaotycznie, ich odgłosy zbliżają się i oddalają. Wiem, że dla gęsi to dużo większy stres, ponieważ zostały przez człowieka mianowane ‘’gatunkiem łownym’’. Im palba i huki kojarzy się z tym co najgorsze. Mam wrażenie, że będą tak krążyć do wyczerpania… Ale to nie jedyny ptasi horror. Bo z perspektywy lecącego ptaka wygląda to dużo gorzej. Oprócz słyszalnego huku, widzi kolorowe rozbłyski na horyzoncie, gdziekolwiek się dziobem nie zwróci. Chciałby uciekać – nie ma dokąd. Wszędzie błyski, odbijane dodatkowo przez chmury. A przecież nie wiedzą, że to tylko człowiek, tak to radośnie ‘’wita nowy rok’’. Ptactwo krąży więc nad obszarem, gdzie jest względnie ciemno, zderzając się w chaosie i nawołując rozpaczliwie. Wiele z nich nie przetrwa tej nocy. Ale nie tylko gęsi i żurawie – z lasu dobiegają nas piski i ćwierknięcia mniejszych ptaków, będące trwożliwą odpowiedzią na kanonadę. I nie sposób odróżnić gatunku. Jak długo obserwuję i słucham ptactwa, tak tu się gubię. Muszą wydawać takie odgłosy tylko w największym przerażeniu… Zbliża się TA godzina. Kanonada przybiera na sile. Podziwiam fajerwerki rozbłyskujące tuż nad linią lasu, mam doskonały widok z każdej strony. Wyrażam wdzięczność wobec wszystkich bliskich osób, za ten udany rok. Wypowiadam życzenia na kolejny. Przepraszam zwierzęta…Huki przycichają nieco. Słyszę piskliwe nawoływanie gęsi. Leci jedna. Wiem co się stało. Za chwilę podlatują kolejne, po dwie, po trzy, ale nie więcej. Krążą nawołując rozpaczliwie, oddalają się i zbliżają. Gdzieś się rozproszyły, ale ich okrzyki nie cichną. Przecież teraz powinny latać kluczem…Ten nadlatuje za kilka chwil. Jest całkiem liczny. Wszystkie gęsi wrzeszczą i krążą, próbując zebrać rozproszonych członków stada. Obierają jakiś kierunek, a tu salwa…Ludzie nadal strzelają. Zawracają i znów… gdzie się nie zwrócą, tam rozpryskują iskry. Widzę, że każdy huk powoduje drgnięcie ptaków i zmianę kierunku. Klucz znów miesza się, kotłuje. Krążą nie mając dokąd odlecieć. Skąd mają wiedzieć, że najbardziej powalony gatunek na ziemi robi COŚ? Mimo, że jestem daleko od domów, czuję opary prochu. Skoro czuję ja, to co dopiero zwierzęta?
Około godziny pierwszej wszystko przycicha. Choć co chwilę powtarzają się pojedyncze strzały. Ruszam w drogę powrotną. Po drodze mijam zagajnik, zawsze kryje się w nim mnóstwo saren. Tak się zastanawiałem, bo przecież kozły saren reagują ochrypłym szczekaniem na wszystko co nietypowe. Tym razem się nie odzywały, ale po prostu ich nie było… Jednak, słyszę jak jeden chrypi. Ale to takie nietypowe. Głos mu się łamie, przerywa, a on nie przestaje. Jest w tym zawarta jakaś przerażająca rozpacz i bezsilność. Tak jakby, ‘’chcę uciec, nie chcę tego słyszeć, ale nie ma dokąd’’. Zdaję sobie sprawę, że musiał tak poszczekiwać od początku, ale z uwagi na odległość i hałas nie mogłem tego słyszeć. Jeden został. Głos mu się trzęsie, przerywa, gaśnie, a on dalej chrypi…w życiu czegoś takiego nie słyszałem.
A przecież to raptem kilka gatunków zwierząt. Gdzie kuny, śpiące borsuki, króliki, zające, jelenie, dziki, łasice, bobry, wiewiórki, nietoperze i cała reszta? Nie trzeba chyba nikogo uświadamiać, że dla nietoperza który doskonale słyszy, a hibernuje, nagły lot w mrozną ciemność może być zarazem ostatnim. One tam są. Zastygły w chłodzie przerażenia. W swoich norach, jamach, żeremiach, gniazdach, wykrotach. W napięciu przeżywają każdą sekundę huku. Ilu z nich serce nie wytrzyma, ile nie widzimy…

hand-lighting-red-rocketfireworks-fuse-cmannphoto

Zaskoczeniem to nie jest. Ale po prostu zobaczyć ten popłoch, usłyszeć te wrzaski, uczestniczyć w tym całym sobą, zmienia na zawsze. Kiedy zaczniemy z pełną odpowiedzialnością, szacunkiem i uwagą traktować inne zamieszkujące z nami świat istoty, wtedy może zasłużmy na dumne miano ”człowieka”.  Koniec roku. Czas podsumowań. Planów i podziękowań. Początków nowej kreacji, zatrzymania. Ja naprawdę nie rozumiem. Do tego potrzebna jest cisza, jeśli chce się w życiu swym dalej cokolwiek zmieniać. Taniec, muzyka, rozumiem. Petard nigdy.

Z pamiętnika Wędrowca: Oczyszczenie

Żywioły rozpętały się do noworocznego tańca. Mam wrażenie, że próbują spłukać wszystko to, co człowiek wczoraj zbrukał, a szumem furii drzew, tą kojącą muzyką uspokoić ptasich i zwierzęcych mieszkańców. Chmury pędzą w amoku po niebie, chłosta zimy wiatr, a co kilka minut ziemię omywają potoki strug lodowatego deszczu, który zdaje się być razem z wichurą jednym biczem bożym. Chwilami pokazuje się słońce, po to tylko, by za moment schować się za groznym granatem pędzących cumulusów.

~ Powyższy tekst jest fragmentem powstającej właśnie książki o tytule ”Szepty Kniei – Pamiętnik Wędrowca”.

Można wesprzeć jej wydanie i poczytać inne rozdziały klikając tutaj:
https://pomagam.pl/szeptykniei