Pamięć sarniego rodu. Dlaczego zwierzęta przychodzą nocami do miast?

Już nigdy nie zaprzeczę, gdy ktoś powie, że moja dusza przyciąga do siebie zwierzęce sytuacje  Wracałem sobie z lasu nocą, już po obserwacjach, wrażeniach, radościach, jestem niemal przy swoim osiedlu. Patrzę, a tu kozioł sarny wyłazi na asfalt. Ale, idzie tyłem! Stosuję manewr ‘’składkowy’’, zeskakuję z roweru na obie nogi cicho, jak się nauczyłem. Nie usłyszały. Zwierz cofa się, z łbem nastawionym. Szybko się okazało, że są dwa i jeden naciera na drugiego. Zaczęły się trykać na środku drogi! W świetle ulicznych latarni wyglądało to surrealistycznie i zjawiskowo. Dyszenia, sapania, poświsty, oddechy, jak to u saren. Szał rui – teoretycznie tylko to tłumaczy, ryzykowane zachowanie. Jest przecież środek lata, nie szukają tu pokarmu, bo wszędzie go w bród. Następnie jeden zepchnął drugiego przez drogę, na ostatnią niezagospodarowaną i nieopłotowaną działkę, pełną krzaków. Ja poszedłem tam cicho za nimi, po pierwsze ciekawość, bo wszędzie wokół osiedla, one były tam uwięzione. A już autobus i auta jechały. Chciałem w razie co, dać znać kierowcom. Kozły na tej działce się goniły, ale gdy wszedłem nieco ścieżką w ciemność natychmiast rozdzieliły, a jeden stanął i mnie obserwował jak widmo. Chyba liczył na swój naturalny kamuflaż. Auta przejechały z hałasem, na sarnach nie zrobiło to wrażenia. I potem jeden zdecydował, że sobie wyjdzie, i to udało się nagrać.. Wcześniej byłem za daleko.

W pozornie pięknej i wesołej sytuacji, kryje się tragedia sarniego plemienia. I niech to wszystko pozostanie moją osobistą interpretacją, z którą nie trzeba się zgadzać. Ta ciemność, do której zeszła sarna na nagraniu, które umieściłem na swoim FB, to już rozjechany koparkami teren, pełen kabli, rur, ceglanego tłuczka – oto nowe działki są ‘’uzbrajane’’ pod przybycie kolejnych osadników. Dwa miesiące temu, jedna sarna leżała w tym samym miejscu po potrąceniu martwa, pamiętam chciałem zrobić zdjęcie i opowiedzieć jak to widzę. Ale to też była noc, a za dwa dni szczątki były już rozdarte mocno przez lisy czy koty. No bo co skłania sarny, do niebezpiecznych marszy do stolicy ludzkiej, wprost na orzęsione światłami, pełne pułapek skupiska?

Pamiętam dawniej tą okolicę. Wokół, jak sięgnąć okiem, same pola… Sarny zawsze wędrowały tędy w ciemnościach, a i za dnia, migrując pomiędzy odległymi lasami, szukając spokojnych żerowisk, towarzystwa innych swych braci i sióstr. Odwieczny przesmyk, szlak znany tylko zwierzętom… Zapisany w umierającej, gasnącej pamięci. Ona odejdzie, wraz z ostatnim śmiałkiem uwięzionym w labiryncie opłotków.

Sarny to wiedzą. Mają to zapisane w genach, nogach, kopytkach. Tędy wędrowały od pokoleń, zawsze. Tutaj prowadzi je instynkt – jak ongiś ich babcie, dziadów i przodków. Tędy maszerowały chmary, ciągnąc kilometrami przez śniegi zasp. Nocą, jest w miarę cicho. Można się ośmielić. I będą tutaj przychodzić, dopóty ostatni wolny skrawek nie zostanie odcięty siatką ludzkiej dominacji. Wtedy znów się cofną. Ustąpią. Jak wszystkie zwierzęta, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat musiały opuścić swoje prastare ostoje, pielesze i siedliska, które zawłaszczył człowiek pod swoje budownictwo. Przyjdzie dzień, że tego miejsca zabraknie. Dla nas i dla nich. Ciekawe, czy wówczas spróbujemy jakoś żyć razem, czy może zatracimy się w ‘’misji’’ świętej ekspansji ‘’jedynego słusznego’’ gatunku?

O takich sprawach wiedzą chyba tylko wędrowcy. Ci, którzy żyją blisko zwierząt i śledzą ich zachowania. Nowoczesnego człowieka to nie obchodzi. Trzeba się wybudować i mieszkać, a potem pracować. Zwierzęta mają być w lesie, a może tam też nie, bo ‘’robią szkody’’, więc może jeszcze lepiej w zoo. A najlepiej w książce na obrazku. Niech nie zbliżają się do nas, i nie ‘’stanowią zagrożenia’’ dla kierowców. Fragmentaryzacja siedlisk, ich poszarpanie, nie branie pod uwagę w planach przestrzennego gospodarowania, prowadzi do takich sytuacji. To jest naprawdę dramat. Żyjesz dziko, przemierzasz, kryjesz w zaroślach, przemieszczasz nocami i kluczysz, byle tylko uniknąć hałasów świata cywilizacji. Ich świat umiera, kurczy się, znika, każdego dnia. Nie mogą zaprotestować, zrobić petycji, wyrazić sprzeciwu, wypowiedzieć się. Możemy my – spróbować je usłyszeć, i spojrzeć kawałek poza czubek swej rezydencji, i często wyimaginowanych ‘’potrzeb’’. Ale przecież to tylko sarna, zdechnie sobie na poboczu i szybko, zapomnimy o sprawie. Wrócimy do swoich obowiązków. Zezłościmy na wgniecioną karoserię i głupiego zwierza.

A ja stoję wciąż, taki szczęśliwy i tonę w przemyśleniach. Jestem świadkiem. Kronikarzem. Ostatni taniec dzikiej energii, przed nieuchronnym panowaniem betonu, tui i przyciętych wzorowo trawników, miał miejsce właśnie. W mojej pamięci sarny zostawiły swoje wieczne pozdrowienie, obojętnie, co z tym miejscem dalej się stanie.

40969392_2152939054958826_6338813096867704620_n

Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność. Jeśli w swoim sercu poczułeś prawdę tej historii, możesz pomóc mi w tworzeniu kolejnych, abym dotarł z nimi jeszcze dalej, niż obecnie wynosi zasięg bloga. Wszystkie swoje wędrowne sprawy utrzymuję z dobrowolnych darowizn od osób, które chcą współtworzyć ze mną to miejsce. O tym na co przeznaczane są wpłaty, przeczytasz szczegółowo na zbiórce, do której wsparcia leśnie Cię zapraszam – jednorazowego, lub częściej.

https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

Pełnia zbożowego księżyca. Wędrowne warsztaty w przyrodzie.

To my, Wędrowcy!

Na suchej murawie postój robimy, przed ostatnim podejściem do lasu. Wieś ospała, ze zdziwieniem nieco spogląda, na korowód kolorowych ludzi, co pobrzękują sobie na kalimbach w marszu. Dziś trochę kilometrów na nogach. Już wieczór kroczy. Uparte chrząszcze podlatują co i raz do włosów, nikomu krzywdy nie robią. Startują z traw, aby popaść trochę na pobliskich lipach. Jeszcze odzywają się dzierlatki. Na siwym kolorycie drogi, zupełnie ich nie widać. Niebo zaroiło się od nietoperzy. Na horyzoncie ciemny pas chmur tęgich sunie z nieubłagalną zapowiedzią, ale my pewni jesteśmy, że tej nocy uda się zobaczyć Zbożowy Księżyc. Dalszy marsz pod lasem, to już subtelne ćwierknięcia i piski wszędobylskich nietoperzy, które zamieszkały w zmurszałych brzozach. Najstarszego w kniei Kasztanowca, otaczamy łańcuchem splecionych dłoni, słuchając przesłania wieści minionych. Wypowiadam wtedy drzewu słowa…

Ty zaś kręgiem otoczony,
Każdy z nas wnet uzdrowiony,
Nie ma między nami granic,
Zacznij swój radosny taniec
Wszystkie nasze, ludzkie dary,
Przyjmij prosto, w swe konary

Ostatnia sarna schodzi z popasu, szukając bardziej soczystych krain w okolicy… Jej czujny cień, obserwujemy w odchodzących zwidach lornetek. Złoty księżyc wypływa w majestacie nad lasem, karmiąc ucieszone dusze widokiem swej pełni.

107330666_1141972016170946_7444994849681440246_n

107405154_1141972066170941_7533354964025732698_n

PÓŁNOC

Doczekaliśmy księżycowej gościny. Złoty gospodarz wędrówki, ze snu wśród chmur, odkryć się wreszcie raczył. Jak pan na włościach, sunie powoli, doglądając dojrzałości swych łanów przed żniwem. Srebrzyste promienie rozlewają się smugami po polach. To nasz dzisiejszy przewodnik. Podążamy za jego blaskiem. Zatopieni w trawach świerszczowie, wygrywają nieustające nuty swoich serenad, my próbujemy z nimi… Cisza spaceruje w przestrzeni. Szurają gdzieś w oddali sarnie kopytka. Spokój. Maleńkie, puchate przepiórki zasnęły w oceanie zbóż. Nie słychać ani jednej.

A potem Kobiety zdejmują buty, i idą boso potańczyć na łąkę. Ja przejmuję bęben i gram, jak potrafię. Ruchy chwiejne, intuicyjne, rozpływające się w szarej nicości, kołyszą wśród drzemiących kwiatów na murawie… Ziemia Matka, wdzięczna swym Córkom oddycha głęboko, błogosławiąc z każdym szumem pogrążonej w ciemnościach puszczy. Dla takich chwil jedynych, warto żyć.

Jedna z uczestniczek warsztatów, Karolina, na swoim FB opublikowała własną opowieść, zawierając swoje wrażenia i przeżycia z wyprawy. Po prostu ją poniżej przytoczę 🙂

112849671_718432245648227_2463882846373922794_n

”Codziennie spotykam się z ludzkimi historiami. Pięknymi, sentymentalnymi, ale też trudnymi i tragicznymi. Wysłuchuję, pokazuję drogę, wyposażam w niezbędne narzędzia idącego przez życie wędrowca. I choć historie są różne, przytrafiają się czasami i takie takie, których nigdy się nie zapomina i które będą nas w żywe do końca naszych dni. Pozwalają podejmować właściwe decyzje oraz utwierdzają w dokonanych wyborach. Czasami pozwalają uporać się z własnymi strachami, choć myśleliśmy, że dawno ich w nas nie ma, a one tylko się ukryły pod dawnym kurzem zapomnienia.

Tak właśnie było w ten niezapomniany weekend imieninowy, w dzień pełni zbożowej. Spotkanie z autorem „Szeptów Knei” to nie tylko wędrówka i rozmowa z drzewami, to także intuicyjny taniec na miękkiej trawie, gra na kalimbach (tak, zrobiłam to!  oraz rozmowy o życiu, podróżach duszy, odkrywaniu swojej drogi i podążaniu za głosem serca. Wiele się zadziało na każdym poziomie u każdego z nas, wędrowców. Spotkałam też zioła, których nie znałam, a być może będą mi potrzebne. Nazbierałam trochę lipy i chabra bławatka, ukoiłam wzrok „makowym rumiankiem” wyjętym spod pędzla impresjonistów.

Wiedziałam, że nie znalazłam się tu przez przypadek… czasami dwie osoby szukają się we wszechświecie, aby obdarować się wzajemnie. Dziś jestem bogatsza o doświadczenie spotkania Sebastiana. Niczym druid zaznajomił nas z tajnikami lasu i odgłosami jego mieszkańców (dębem Krzesimirem, dębem Radosławem, Kasztanowcem „w żeńskiej postaci”, sarnami, lisami i ptakami oraz z wartkim nurtem wymownie brzmiącej rzeki „Samicy”).

Nie tylko poszerzyłam swoje horyzonty terapeutyczne, ale po powrocie czekała na mnie propozycja wydawnicza! Cudownie jest czerpać z obfitości tego, co oferuje nam wszechświat, z mądrości zwykłych-niezwykłych ludzi, fenomenu przyrody i źródeł energetycznych, które nam oferują. Ale trzeba umieć nauczyć się dostrzegać i przyjmować ten niesamowity prezent.

Dziękuję Sebastianowi oraz pozostałym uczestnikom wyprawy za pięknie spędzony czas. Za nasze rozmowy, nieprzespane noce, bieganie po stogach siana, siedzenie na ambonie i wiele innych rzeczy, które się zadziały.

Polecam odwiedzić Sebastiana i udać się z nim na wędrówkę. Wiem, że to, co robi jest jego całym życiem, dlatego do niego przyjechałam. A także dlatego, że wzywał mnie jego dąb, ponieważ jego imię ciągle wracało do mnie w myślach.. A gdy już dotrzecie do Sebastiana zatrzymajcie się proszę w „Pokojach gościnnych Joanna” przy ul. Koszycy 52 w miejscowości Rokietnica. Gościnność właścicieli pozostanie Wam na pewno na długo w pamięci (oraz przepyszne ciasta, które piecze pani Iwona oraz warzywa z przydomowego ogrodu uprawiane przez pana Tadeusza). Ich pensjonat był pełen gości, ponieważ ich naturalna, niewymuszona życzliwość jest po prostu zaraźliwa.

Ach, rozmarzyłam się. Było mi tam tak dobrze i spokojnie. Przywołam wspomnienia czytając fragment książki, którą otrzymałam w prezencie od Sebastiana… i pomyślę chwilę o moim wolnym, dzikim lesie niczym o niezależnej, dojrzałej i mądrej kobiecie-lisicy – już na zawsze..

DZIĘKUJĘ ZA DRZEWNE PRZESŁANIE. Teraz pozostaje mi tylko iść drogą przeznaczenia. ”

Julia

Cóż mogę powiedzieć jako skromny wędrowiec – takie słowa są dla mnie najpiękniejszą nagrodą, za serce jakie wkładam w przygotowanie i ”plan” każdej wyprawy. Bardzo dziękuję gościom lipcowej wędrówki w czasie Księżyca Zbóż: Marcie, Karolinie i Martynie za wspaniały czas, niestrudzone kroki, gawędy pod gwiazdami, słuchanie mowy drzew i księżycowe pogrywanki, których w formie filmu nie mogę niestety dodać na bloga. I za wszystkie piękne słowa, które w tej historii mogły się pojawić.

A to pamiątkowy plakat z tego zdarzenia, wraz z atrakcjami jakimi knieja obdarowała swych gości.

Plakat1 Lato

Pamiętajcie, że wyprawy są organizowane każdej pełni księżyca, a także poza nią, jako indywidualne wędrówki leśne. Wystarczy odezwać się na email, i zawsze znajdziemy jakiś czas do wspólnego wypadu. 

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie, na kolejnej wyprawie po żniwach i w jesienne rykowisko!

 

Jastrząb kontra zając. Imieninowa wyprawa w podarunku.

Po raz pierwszy chyba w swojej wędrownej ”karierze” jestem oto prezentem.

No może nie ja, tylko wszystko co się wokół dzieje. Napisał do mnie pan Jacek, znajomy z okolicy, z takim pytaniem, czy można u boku Szeptów Kniei zażyczyć sobie wyprawę jako upominek – dla kogoś bliskiego. Pomyślałem, że to musi być coś bardzo wyjątkowego dla osoby obdarowanej taka wyprawa – niespodzianka. Jacek sprezentował więc wędrówkę  swojej mamie na imieniny i oto jesteśmy

To ptasia wyprawa obserwacyjna. Mamy lornetki, atlasy i książki – terenowe, poręczne przewodniki. Uczymy się rozpoznawać skrzydlate śpiewy i poznajemy ciekawostki. Na wyprawach u niejakiego Wędrowca, spełniają się marzenia. Mariola bardzo chciała zobaczyć lisa – no i zgadnijcie, co też jako pierwsze pokazało się na łące Rudzielec wybrał się tutaj na myszy. W ambonie buja i przewiewa, ale na kukurydzę wyszła sarna. Wyjada chwasty spomiędzy upraw. Pożytek sprawia. Pszczoły na ulach kołyszą się niemrawo. Łąkę opanowały jaskółki, które w szalonych pląsach pływają tuż nad ziemią. Dzień senny, wietrzny z nieustannym pytajnikiem deszczu. Czasem siąpi. Kiedy sarna kryje się w zbożach złazimy z czatowni i ruszamy na przygody ptasiego szlaku – do trznadli, zięb, skowronków, potrzeszczy, gąsiorka, sikor, dzięciołów, pokrzewek, kosów i… jastrzębi.

P00620-161615

Siedzimy na skraju kniei, zajęci małą leśną edukacją. Zabrałem do plecaka niewielkie, a ilustrowane książki i przewodniki z ptakami. Na bieżąco więc oglądamy to co się odzywa i zapamiętujemy gatunki. Jakże się cieszę, że są ludzie, którzy chcą poznawać, odkrywać właśnie ptaki! Lornetki pracują i przeczesują wytrwale. Przed nami wspaniała sucha murawa, pełna wyjątkowych, odpornych i krzepkich roślin. Aż nie chce się wierzyć, że lada moment powstanie tu kolejne osiedle. Tymczasem podziwiamy bogactwo traw i kwiatów. Chabry przeplatają z dziurawcem, tu i tam srebrne kępy ‘’czegoś’’ i rubinowe klejnoty koniczyny pogiętej. Pod nimi plotą swoje ścieżki różane powoje. Traw zbytnio nie znam. A i one puszą się kitami, stroją pióropuszami i odziewają szkarłatami kolorów. Obok kołyszą wielkie ‘’dmuchawce’’ pępawy dwuletniej, kozibrody, pięciorniki… Trawy tworzą falujące łany, dywany rude, brązowe i płowe…

P00620-204004

I nagle Mariola robi wielkie oczy. Odwracam głowę, a tam, niemal tuż za mną – jastrząb, a dokładniej ‘’koziołkująca’’ wielka samica. Wcześniej dziwne nawoływania niosły się po lesie – dopiero teraz pojmuję, że to musiały być wrzaski jastrzębiego podlota, a matka czatowała tutaj na coś. Wszystko dzieje się tak szybko. Jastrzębica w powietrzu, a prosto na nas pędzi przerażony zając. Drapieżnik salwuje się w górę, a szarak wymija nas w ostatniej chwili, dzikim unikiem.

– Uff!

Patrzę na Mariolę – jest zachwycona i oniemiała. Ja też. Bo to nie jest częste widowisko! Knieja właśnie ukazała wędrowcom jeden ze swoich największych sekretów, wyreżyserowała najprawdziwszy spektakl. I tak to przy mnie zwykle jest… Nie wiem jak, dlaczego, ale po prostu zwykle na wyprawach wydarzają się takie przyrodnicze rzeczy, które dusza zapamięta na wieczność. Chyba już przyciągam takie sytuacje.
Oboje wdzięczni i wzruszeni. Taki dar, takie widowisko!

Gdy wspinam się na czatownię, wiem, że to nie koniec będzie wrażeń. Oto na skoszonej łące stoi sobie para żurawi. Mamy je od razu na widoku. Ptaki raz zakrzyczały, a potem się uspokoiły. Czyściły pióra, co oznacza, że czuły się bezpieczne. Między nimi kica zając. Zwierzęta nie zwracają na siebie większej uwagi. Szary horyzont zwiastuje nadejście kapuśniaczku. Zaczyna siąpić. I wtedy…

Najpierw olbrzymi tak rozpościera skrzydła w pozycji ‘’na orzełka’’ – jakby chciał pokazać się w całej okazałości. Dla nich to rodzaj przeciągania. Najpierw on, potem ona. Łopot. Podskok. Ptaszyska zaczynają swój czarowny taniec. Żuraw dosłownie podskakuje, i ‘’piruetem’’ obraca się wokół własnej osi. Przed nią. Jakie to piękne! Ona kiwa się, kłania i również wykonuje taneczny podskok, ze swobodą nóg po bokach. Widzieć żurawi taniec, to niezwykły uśmiech losu…

Otaczają nas sarny. Odrastająca łąka wabi zielenią smacznych ziół. Ja tylko przepatruję wzrokiem przestrzeń aby niczego nie przegapić i wskazać, Mariola przyklejona do lornetki. W zupełności rozumiem – widzieć zwierzę z taki bliska, podziwiać jakie rośliny skubie, jak się drapie kopytkiem, potrząsa uszkami, otrząsa z kropel… A wszystko to bez płoszenia, przeszkadzania, we wspólnym nieświadomym istnieniu obok siebie. Mnie lornetka fascynuje dotąd, choć saren się naoglądałem w życiu. Z boku wychodzi ‘’maluch’’ – tegoroczne kozlę, już sporo podrośnięte. Za nim krząta się matka. W oddali gnają kolejne dwa kozły – te w zapamiętałej gonitwie, uprawiają jakąś rywalizację.

Ze stanowiska schodzimy po godzinie 20 tej – zimno się nasila, noc zapowiada chłodna, a dodatkowych ubrań brak. Minęło prawie 7 godzin w terenie. Żurawie schodzą do olszyn. Tam znikają. Były z nami niemal dwie godziny. Sarny opuszczają zielone pastwisko. Zupełnie jak aktorzy, znikający ze sceny… Choć wiem, że to nie koniec na dzisiejszy wieczór, a więcej zwierząt pokaże się dopiero o zmierzchu.

P00620-172507

Ktoś kiedyś pytał, czy można zażyczyć sobie wędrówkę na prezent – jak najbardziej, z ogromną radością realizuję takie Vouchery. Wędrówka na prezent urodzinowy, imieninowy, rocznicę – czemu nie? Wyjątkowe to i pełne niezapomnianych wrażeń świętowanie.  Zapraszam na indywidualne spacery obserwacyjne z lornetkami w krainie Szeptów – przez całe lato, jesień, zimę i wiosnę edukacyjnie wyprawiamy się na ptaki, podglądanie zwierząt, a leśną wiedzę budujemy nie tylko na książkach, ale i do posłuchania będzie moja wędrowna gawęda, z osobistych doświadczeń W okolicy jest Gościniec, który podejmuje Wędrowców także z daleka, razem z wyżywieniem, a do dyspozycji gości są kuchnie.

KONTAKT i zgłoszenia:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie! 

Topolowa transformacja. Drzewa usuwają emocjonalne blokady, i pomagają usłyszeć głos duszy.

Historia z tej wyprawy jest o tyle wyjątkowa, że napisana w dużej mierze przez mojego gościa. Pogrubione i pochyłe przerywniki pokażą, gdzie zaczynają słowa Marysi. Maria sama zgodziła się szczerze wszystkim podzielić, ja nigdy nie nalegam – o tym czy pojawi się historia, zdjęcia i relacja na blogu zawsze decydują goście. Tym bardziej jest to świadectwo niezwykłe, bo ja sam opisuję i zapamiętuję zwykle przyrodnicze sprawy, za to tym razem będzie pełny obraz tego, jak wędrówkę przeżywa ”druga strona” i co się na niej zadziewa. Choć gdzieś moja skromność burzy się na pewne wypowiedziane tu słowa, postanowiłem w tekście niczego nie zmieniać, aby zatrzymać w pamięci całe dobro, jakie zrodziło się w naszych sercach. A zatem… 

Gdy ruszamy do lasu, jest już dość późno, a pogoda krnąbrnie psoci. Cały dzień popadywało. Maria chciała przyjechać na wyprawę ze swoją córeczką, jednak z uwagi na brak odpowiednich rowerów, zdecydowaliśmy się podążyć sami. Trawy mokre. Trochę ludzi korzystając z prześwitu wyszło na spacer, jednak niektórzy próbują traktować las, jak rajdowy tor przeszkód. Osobniki na quadach, w terenówkach. Gnają tak, że komuś urywa zawieszenie. Wychodzą, biadolą, ojej – no jakie to dziwne i trudne do przewidzenia. Las swoimi siłami zmusza do zatrzymania. Dla nich to czas na kolejną naprawę, przed następnym dzikim rajdem… Nie na refleksje. Zachód słońca jest dziś piękny, kula przebija mlecznie przez cienką warstwę chmur, rozsiewając aurę pomarańczowej poświaty. Pnie sosen ‘’zapaliły się’’ ognistym blaskiem. Gorzeją. Ten krótki moment kiedy słońce wisi nisko tuż przed odejściem, wydobywa się cały kunszt Drzew Ognia. Jakby wołały: Jesteśmy pożogą. Wielbimy ogień. Bo i sosna to gatunek, który doskonale odnawia się na pogorzeliskach, choć łatwopalna, jej smukły pień doskonale opiera się pożarom ściółki. Nie zajmuje tak łatwo. Po wizycie u Dęba Krzesimira zmierzamy do Topól, kiedy na horyzoncie zaczyna robić się szaro. Siwo. Tam już pada. I nawet błyska. Pierwsza letnia burza. W oddali, na ambonie dostrzegam zdziwiony siedzącego myśliwego. I on nas obserwuje swoją lornetką, a przynajmniej tak mi się zdaje. Chmura pędzi. Jakoś zawsze boję się burzy. Jeśli nie jestem akurat w domu. Jest dla mnie potężną manifestacją nieokiełznanych sił natury, tańcem kapryśnych żywiołaków. Proponuję powrót, ale Maria nie boi się. W jej twarzy maluje się indiański, stoicki spokój, a nawet radość wobec sunącego ‘’potwora’’. Myślę logicznie. Nie widziałem jeszcze nigdy ambony spalonej przez piorun, a samo drewno prądu nie przewodzi. Myśliwy nadal siedzi na swojej, jest na otwartym polu. Poza tym… Burze w mojej okolicy od 3 lat straciły na mocy, są naprawdę symboliczne, a często nie ma ich cały sezon. W ostatniej chwili wdrapujemy się na jedną z ambon mijanych na skraju lasu, wtedy deszcz zaczyna. Zacina z boku. Wyciągam komplet przeciwdeszczowy w postaci szerokiej peleryny, wystarcza dla nas obojga. Pokrowiec nasuwam na czapkę i jesteśmy niemal nieprzemakalni. Przed nami horyzont rozległych pól, szalejąca szara ulewa i sporadyczne błyski. Marii bardzo się podoba. Ja drgam przy każdym mocniejszym grzmocie. Ale wiem, że jesteśmy zaopiekowani. Że nic nikomu nie grozi. Burza nie okazuje się jakaś ‘’straszna’’, za to dość ‘’symboliczna’’. Z pola zbiega przemoknięty jeleń, gna pod opiekę kniei. Przecież w takich przypadkach, wszystko chroni się właśnie w niej, pod drzewami, w zaroślach…

Kiedy ‘’na widoku’’ już nie pada, cały czas słyszymy szmer. Trwa długo… Las ocieka sączącymi się strużkami, kroplami, które niosą jeszcze pamięć echa minionego szału. Ostatnie ptaki umilkły. Maszerujemy. Bezbłędnie omijamy lśniące lustra świeżych kałuż. Jesteśmy tylko my i szara, przyjazna ciemność. W niej widać odcinającą się ostro na horyzoncie, czarną sylwetkę sarny. Pasie się ‘’na szczycie’’ okolicy, niczym jedyna królowa.

🌸 MARIA (jej słowa): Krzesimir i leśna burza.

Najpierw pojawiliśmy się u Krzesimira. Usiadłam pod pniem, oparłam plecy i skupiłam się na odczuciach. Od razu zaczął mi pokazywać rzeczy, które widzi we mnie. Wyciągnął najpierw głęboki smutek, z którym przyszłam, a który związany był z moim Ukochanym i ja próbowałam go zepchnąć, jakoś schować czy coś. Powiedział mi, żebym po prostu powiedziała o nim Ukochanemu, żebym go nie ukrywała. Poczułam ogromną ulgę, że mogę to zrobić, że nie muszę już być z tym sama. Potem wyczuł we mnie oczekiwania odnośnie spotkań z Drzewami, że chcę (wstyd się przyznać), żeby do mnie mówiły, żeby komunikowały się obrazami, chcę słyszeć ich śpiew, a nie „tylko” czuć energię w ciele i emocje. W ogóle mnie nie oceniał i to było bardzo kojące. Nie mówił, że to źle, że tak myślę i czuję. Tylko pokazywał to takie, jakie jest. Poprosiłam, żeby zdjął ze mnie tę energię oczekiwań, że wiem, że to mi przeszkadza w pełnej otwartości na prawdziwy, głęboki kontakt, że sprawia mi to cierpienie, bo oczekiwania blokują zdarzanie się magii, a gdy nie są spełnione, powodują rozczarowanie. Ściągnął to ze mnie z łatwością, za moją zgodą, w mgnieniu oka. Zszedł głębiej we mnie i mówi; nadużywasz marihuany. Wiem- odpowiadam. Najpierw w pierwszym odruchu chciałam powiedzieć, że nie, przecież nie mam z tym problemu, że mogę nie palić. Ale On nie powiedział: przestań to robić, albo że to źle, że to robię, tylko, że widzi, że to robię i pozwolił samemu się przyjrzeć temu, jak tak naprawdę w głębi siebie się z tym czuję. No czuję, że nie do końca i nie zawsze mi to służy, a czasem nawet czuję się z tym bardzo niedobrze i wolałabym nie palić. Podziękowałam za głębokie wglądy i za bezwarunkową akceptację i za to, że tak od razu wszedł ze mną w kontakt, się otworzył. Pojechaliśmy dalej. Piękny zachód Słońca, różowo- pomarańczowy. „Płonące” sosny, magia. Słyszę grzmoty, zaczyna się burza. Sebastian mówi, że w takim razie wracajmy, no dobra mówię, Ty wiesz lepiej co robić, ufam Tobie. Ale chwila zastanowienia- ja się nie boję zimna, ani zmoknąć, ani burzy. Ja się boję burzy- odpowiada Sebastian, to będziesz mnie wspierać. Poszliśmy schować się przed deszczem na ambonę i oglądaliśmy olśniewające rozbłyski piorunów na niebie. Rozmawialiśmy o tym, że burza to przejaw siły Boga i że jest wspaniała. O mnie i mojej relacji z moim Ukochanym i z moją przyjaciółką Brzozą. Deszcz przestał padać i ruszyliśmy do Sióstr Topolanek. Pełnia Księżyca, a ja mam dodatkowo okres- to razem to maksymalizacja doznań i wrażliwości.

POD TOPOLAMI (Sebastian) 

Od razu wiem, która z Topolowych Sióstr dzisiaj woła, lecz pytam jeszcze Marysi – do której Cię ciągnie? Wybiera tą samą. Oddalam się do drugiej, nie chcąc przeszkadzać, bo i widzę, że dzieje się dużo. Maria dużo słyszy od Drzew, dużo więcej niż ja. Trochę nie jestem do niczego potrzebny. Dziś pełnia. A zatem i drzewa są bardzo pobudzone, i emitują promienie swojej najmocniejszej energii. Chodzę bezgłośnie po dróżce aby się rozgrzać, i staram się nie przeszkadzać. Druga topola wezwała mnie tylko na chwilę, poprosiła przyłożyć dłoń, powiedziała parę osobistych rzeczy. Przechadzam się pod nimi w podziwie, z zachwytem obserwując jak księżycowe srebro osadza się na korze, malując pnie i gałęzie metalicznym blaskiem. Są wspaniałe, nieziemskie. I nie mam chyba pojęcia, co też u Marii się dzieje… Przywarła do drzewa bokiem, przytulona, nieruchoma. Chyba śpi. W koronach na moment przemyka cień pędzącej sowy. W którymś momencie jedna z Topól podpowiada, abym jednak podszedł do Marii. Robię to bezgłośnie. Wygląda na śpiącą. Przytuliła się cała w pień. Od razu wyczuwam radość. Znalazłem się jakby w aurze jej i drzewa. To swoisty kokon, otoczka w którą można się zanurzyć. Topole chcą mi w ten sposób pokazać, że z moim czuciem wszystko dobrze. I w ogóle – abym się teraz nie martwił. Jakiś ogromny zwierz zaczyna z trzaskiem tratować gąszcze, wszystko wokół łamie się, trzęsie i dudni. To chyba jeleń. Musiał usłyszeć jak spaceruję. Podszedł tak cicho, blisko, i bezgłośnie…

🌺 MARIA ( jej opowieść) : Spotkanie z Topolami

Od razu poczułam Moc. Która Cię bardziej woła? Spytał Sebastian. Ta- wskazałam ręką na tę, przy której stałam. Ja nie zdążyłam nawet zobaczyć jakiejś innej, dla mnie była tylko ta, w ogóle nie zauważyłam tej drugiej. Jaka ona potężna! Przytuliłam się do pnia i zamknęłam oczy i… zdarzyło mi się coś takiego po raz pierwszy w Życiu! Zobaczyłam pogodną, miłą, starszą panią, uśmiechniętą w niebiesko-szarym berecie i bordowym polarze, przechadzającą się po leśnej drodze. Potem zobaczyłam małego jelonka, który radośnie skakał i brykał i wywijał koziołki. Następnie zobaczyłam dorosłą sarnę zastrzeloną przez myśliwych, mężczyznę w zimowej, futrzanej czapce, który ją rozcinał, jakieś ostre narzędzia. Nie chciałam na to patrzeć i poprosiłam, żeby przestała, bo to było zbyt drastyczne dla mnie. Wtedy powiedziała: a teraz Ty powiedz coś o sobie. Usiadłam blisko pnia i przytuliłam się do niej policzkiem. Ogarnęła mnie senność. I pomyślałam: czy to dobrze? Może zapytam Sebastiana czy dobrze jest temu ulegać? Kurcze chce mi się teraz spać, a przecież miało być nocne czuwanie. I Ona powiedziała: po co chcesz pytać Sebastiana? Ja tu jestem z Tobą, wszystko dobrze, nie martw się, możesz się rozluźnić, ja dla Ciebie zrobię to, co mogę, nawet jeśli zaśniesz. Poprosiłam, żeby mnie trochę ogrzała, zrobiła to i ogarnęła mnie błogość. Zaczęłam widzieć obrazy z mojej niedalekiej przeszłości, jakby śnić na jawie, a ona o chłonęła z ciekawością. Widziałam dom i ogród, w którym ostatnio mieszkam, mojego Ukochanego, innych ludzi. Niespodziewanie pojawiły się także inne obrazy z dalszej przeszłości, dawno nie wspominane. Przysypiałam i budziłam się, obrazy zaczęły się stawać coraz bardziej surrealistyczne, oniryczne, magiczne. Skuliłam się, przytuliłam jeszcze mocniej i dawałam jej czytać ze mnie, oglądać filmy. Im bardziej obrazy stawały się nierealistyczne, tym bardziej czułam, że one więcej mówią jej o mnie, o mojej emocjonalności. Zrobiła mi czyszczenie podświadomości świetnie się przy tym bawiąc. Odczułam Radość, lekkość. Przypomniało mi się jak mój Ukochany gra na gitarze i że ja to bardzo lubię. Wtedy Ona poprosiła, żebym przypomniała sobie jeszcze więcej chwil, w których było nam razem lekko, beztrosko i radośnie. I zaczęłam sobie przypominać jak się całowaliśmy, jak grał na gitarze, jak tańczyliśmy nago, jak chodziliśmy za ręce po Lesie, jak spacerowaliśmy w ciszy, jak medytowaliśmy razem, morze, Ocean przyjemności! I ona mówi: a widzisz, ile tego jest? Pamiętaj, to nieprawda, że zawsze jest ciężko. Pamiętaj o tych chwilach zawsze- Wam jest ze sobą lekko, przyjemnie i beztrosko. To jest prawda. Przebudziłam się zupełnie. Zadziała się magia. Dziękowałam jej. Czułam się szczodrze obdarowana. Odeszłam w Radości, Miłości i z lekkością w Sercu. Co Ci zrobiła? Zapytał Seba. Opowiedziałam szczerze i to było wspaniałe, że mogłam przy nim być sobą, mówić swoją prawdę i on rozumiał, a ja się z nim widziałam dopiero drugi raz w życiu. Trochę się bałam, że go nie ma i jest tak ciemno a ja nie wiem przecież gdzie jestem tak naprawdę. Okazało się, że on przechodził obok mnie kilkakrotnie, ale był tak bezszelestny, a ja tak bardzo w innym stanie świadomości z Topolą, że nie zarejestrowałam tego. Ale był blisko i czuwał, czułam się bezpiecznie.

DZIEŃ BRZOZOWY I ZASIADKA NA ŁĄKACH (Sebastian) 

Do ostatniej chwili nie wiem do końca gdzie dziś ruszyć. Pogoda znów niestabilna. Myślę nad Jesionowym Szlakiem, ale ostatecznie decyduję się ruszyć pod brzozy, tam dużo zwierząt, a w razie deszczu będziemy mieć w pobliżu ambony – ewentualne schronienie. Pod brzozami incydent. Gdy rozsiadamy się pod brzozami, dzieje się…dziwnie. Bo tu nieopodal są ule. Pszczoły zajęte swoimi sprawami, nic sobie z wędrowców nie robią. Zwykle. Tym razem jakoś jedna brzęknęła mi koło ucha, po czym widzę jak Maria odskakuje. Ukłuła ją. Lekko. Siedzi na bluzie. Odrzucam ją w dal, jednak owad wraca i tym razem wplątuje się we włosy, jakby uparcie chciała dokończyć żądliwego dzieła. Nie sposób było jej wyplątać… Trudna decyzja… Prowadzę Marię do dwóch innych brzóz kawałek dalej, a ona zatapia się na długi czas w medytacji. Kiedy wraca do mnie ponownie, wiele staje się jasne. Brzozy wyjaśniły zdarzenie.

– ‘’Przypadłaś do mnie tak nagle, bez powitania, nie zapytawszy nawet czy chcę abyś wchodziła w moją przestrzeń. Ja rozumiem, entuzjazm, radość, ale my drzewa też mamy swoje sprawy, i nie zawsze każde będzie gotowe czy miało ochotę spędzić z Tobą czas. Zapomniałaś o szacunku i uważności. Dlatego zawołałam pszczołę, która skutecznie odpędziła Cię od mojego pnia. ‘’

Zdumiony byłem słysząc te wyjaśnienia, i zdziwiony, że i mi się nie oberwało. Być może akurat tamte dwie, pod którymi siadłem, nie miały nic przeciw. Przyjaźniąc się z drzewami, bywając u nich często, popada człowiek w taką rutynę, że o pewnych sprawach grzecznościowych zapomina. Inaczej też traktują drzewa ‘’swojego’’ człowieka którego znają, a różnie mogą zareagować na kogoś obcego, jeśli nie mają ochoty. Przywykłem postrzegać brzozy jako z natury już przyjazne i chętne do pomocy, co by się nie działo. Tymczasem cenna lekcja dla nas obu. Kto pamięta Dęba Radosława, który szerszeniami straszył i muchami końskimi poganiał?

Na łąkach rozkładamy się na kocu. Ziemia po deszczach, bije chłodną wilgocią, trzeba podłożyć jeszcze bluzy. Ptaki dopisują. Na skoszonej przestrzeni popasają szpaki, śpiewa potrzeszcz na szczycie zaschniętego krzewu. Topolowy szpaler za plecami szumi jak ocean, wiatr jest dość mocny. Ale nam nie wieje. Osłania nas roślinność. Zwinne jaskółki popisują się w swobodnych pląsach, polują grupowo, trzymając stale jednego miejsca. Z nad olsu wypływa powietrzny majestat – czapla siwa, w podróży pewnie ku kolejnemu zbiornikowi. Jakiś zawzięty, a odważny ptaszek goni za mniejszym ptakiem drapieżnym – ten umyka, może nie ze strachu, a raczej z obawą przed byciem wykrytym i ‘’okrzyczanym’’. Kontakt z ziemią daje uczucie łagodności, ukojenia. W chwilach rozmów uczymy się rozpoznawać ptasie śpiewy. Czas biegnie jakoś szybko. Nie wiadomo kiedy, słońce przysiada pod horyzontem. Żaden zwierz się nie pokazał. Póki jasno, przemieszczamy się do innej łąki na ambonę. Tutaj powinno coś się dziać. Nie pomyliłem się. Nie siedzimy długo, gdy oto skrajem łąki przekrada się lis. Jednocześnie z innej strony wychodzi sarna. Nie wiadomo na co teraz patrzeć. Jest ciepło, miło, lekko. Mimo, że grubo po godzinie 22, widoczność nadal przyzwoita. Białe noce. Wiatr się uciszył. Chwilami słychać żaby, to wreszcie do moich uszu dociera terkotanie trzcinniczka, i psotne naśladowania rokitniczki. Na te ptaki liczyłem. Ale i tak jest jakoś mniej, niż w poprzednich latach. Pamiętam czasy, gdy te bagna wręcz grzmiały całą nockę nawoływaniami różnych mieszkańców. Pas olch rosnących na rowie odcina się ciemnym rytem, na tle nie chcącej przygasnąć łuny zachodu. Tworzą osobne widowisko. Drozdy śpiewają na potęgę, jakby chciały zatrzymać w pieśni poblask minionego dnia. Wokół wirują nietoperze. I wtedy dostrzegamy kolejnego lisa. Łąka dopisuje. Maszeruje tak samo wzdłuż pasu zarośli przy rowie, a za nim… Po drugiej stronie rowu, gramoli się spory dzik! Jest łaciato – pstrokaty, z różowym, cielistym akcentem. Ciekawa sztuka. I pewnie gdyby nie lis, w ogóle byśmy go nie zauważyli. ‘’I tak powinny wyglądać lekcje przyrody’’ – mówi oczarowana Maria, słuchając moich szeptanych opowieści o sprawach bagiennych ptaków. Bardzo chętnie – tylko które dziecko wytrzymałoby tak długo w ciszy i bezruchu? Wypijamy gorący rumianek z termosu.

Wygląda na to, że księżyc już nie pokaże. Podejmujemy powolny powrót, maszerując cicho przez ciemny las. I on jest cichy. Drzewa jakby przepuszczały nas łagodnie. Na ugorze podzwaniają świerszcze. Mijamy brzozy. Jedna z nich szeleści, zaczepia. Przystajemy.

🌼 MARIA: Brzoza pod srebrzystym obłokiem

Idziemy, idziemy- Brzoza coś do nas szeleści, kiwa nam, stoimy chwilę przy niej. Czuję intensywne mrowienie w dłoniach. Idziemy dalej i mówię o tym Sebastianowi. A, to nas zaczepia- odpowiada. To zostańmy chwilę przy niej- proszę. Podchodzę do niej i ogarnia mnie Radość- że mnie zawołała, że chciała za mną kontaktu. Dziękuję jej za to. Wypełnia mnie strumień Radości, Miłości. Jak jej się odwdzięczyć? Zaśpiewam- śpiewam jej piosenkę o Matce Ziemi, piosenkę wdzięczności za Życie. Mówię, że ją kocham, na głos. Dziękuję. Chwilę tak trwamy przytulone i odchodzę. I przychodzi do mnie, że Miłość jest prosta, jest łatwa, po prostu kochać i przyjmować siebie i innych takimi, jakimi są w danym momencie, w całości, w każdej formie ekspresji. Widzieć to, co jest w nich, w sobie. Widzieć i akceptować, przyjmować, czuć. Nic więcej. Tylko tyle. I że wszystko, co mi się przydarzyło z moim Ukochanym było wspaniałe. Wszystko. Więc nie ma się czego bać. Wszystko, co będzie też może być tylko wspaniałe lub jeszcze wspanialsze, bo cały czas się rozwijamy. Radość i Miłość są proste i są zawsze w Teraz. Zawsze są. Dziękuję, dziękuję, dziękuję 

Odnośnie Topoli – myślałam, że ta pani starsza to jakaś kobieta, którą ona lubi, a to była ona sama w tej postaci, tak mi się pokazała! Cudowna! Seba mi powiedział, że one tak robią, pokazują się czasem w ludzkiej postaci. A obrazy były z pola, z przeszłości.
W ogóle Sebastian jest niesamowicie wrażliwy i otwarty. Wystarczyło jedno spojrzenie na mnie i już wiedział: „ooo, co taki smutek?” A przecież my się nie znamy teoretycznie. Nie raz ludzie mnie znają dłużej i udaje mi się ukryć przed nimi smutek, czy inne trudne emocje, przed Sebastianem nie było nic do ukrycia. On jest jak Drzewo, wszystko czuje, wszystko widzi, jest empatyczny, nie ocenia, nie stara się odwrócić uwagi od trudnych emocji. Przy nim można być sobą. Po spotkaniu z Brzozą jeszcze widzieliśmy kozła sarny blisko i świetlika. Takie to było pełne i magiczne. Potem niełatwo było się rozstać, spojrzał mi w oczy i Boże, mogłam po prostu stać i patrzeć i zanurzać się w tej głębi i pozwalać, by on wnikał we mnie. W zaufaniu. „Teraz przeszywasz”- powiedział do mnie. Taaak, czułam to, że odzyskałam swoją Moc i odwagę, znowu mogłam patrzeć głęboko w oczy nic nie ukrywając, z pewnością i siłą, a jednocześnie z delikatnością, szacunkiem i czułą Miłością. Cudowne spotkanie. Bycie z nim było dla mnie tak samo magiczne, jak spotkania z Drzewami. Człowiek- Drzewo, szaman Drzew, Leśny Druid, Quality Man, Diament wśród mężczyzn, nigdy mu tego nie zapomnę, ile od niego dostałam i ile się nauczyłam. I te oczy- widać w nich cały Wszechświat, nieskończoność… Moja Dusza się raduje, jestem na ścieżce do Wniebowstąpienia.

P00606-190455
Maria pod brzozami. 

—————————————————
—————————————————

Mimo, że jest już dobrze po północy, niebo rozświetla blask srebrzystych obłoków. Sezonowe, letnie zjawisko. Na ich złocisto – chłodnym tle, polśniewają sylwetki śpiących topól w alei. Decyduję się na powrót przez las. Inna drogą którą mogliśmy wracać, pełna jest kamieni, dziur i fal od ciągnikowych opon. Kto jechał po czymś takim, wie jaka to tragedia dla tyłka. W lesie nierówności są łagodne, rower pokonuje je lekko, jakby płynął po morzu. Na głowie oświetla nam moja latarka czołowa. Odkąd zacząłem jeździć z czołówką, zacząłem zauważać, ile nocami na polach włóczy się kotów. Nie są to zdziczałe osobniki, a włóczęgi z pobliskich wsi. Spoglądając w bok i przeczesując pola latarką, można namierzyć ich sporo co kawałek. Chodzą i plądrują – naziemne lęgi ptasie, pisklęta, gryzonie, w tym rzadkie gatunki. Zabijają blisko 650 mln małych zwierząt rocznie, głównie dla zabawy, bo przecież w domostwie czeka na nie pełna miska. Zabierają pokarm rodzimym drapieżnikom takim jak sowy, kuny, lisy, myszołowy, tchórze, łasice, tym samym zmniejszając ich sukces rozrodczy. Szacuje się się, że kot DOMOWY, który nie jest elementem dzikiej przyrody, zawleczony z ludzmi na różne kontynenty przyczynił się do wytępienia wielu gatunków, zanim zdążyliśmy je w ogóle poznać. A i u nas chronione, rzadkie maleństwa mieszkają na polach i w lasach. Wpisane na listę zagrożonych gatunków. Ziębełki, ryjówki, koszatki, popielice, smużki – giną bezimiennie, bo kto tam o nich słyszał. Dawniej istniał na wsiach zwyczaj, wypuszczać psy na noc w pola, żeby złapały sobie coś do jedzenia. Dziś podobne postępowanie wywołałoby oburzenie, a niepilnującym psów grożą surowe kary. Nie wypuszczamy też domowych królików i chomików żeby sobie pobuszowały po łące, ani nie wpuszczamy rybek z akwarium do jezior, mówiąc ‘’no taka natura tego zwierzątka’’, jak zazwyczaj opowiadają właściciele kotów. Kanarka, żeby sobie polatał po dworze. Jesteśmy odpowiedzialni. Rocznie w samym koty USA zabijają między 1,3 do 4 miliardów ptaków i między 6,3 a 22,3 miliardów małych ssaków. Dodatkowo zabijają 650 milionów gadów i płazów – też rocznie. Według australijskich badaczy koty przyczyniły się do wymarcia przyjemniej 27 gatunków ssaków i zagrażają kolejnym 127. Brytyjskie badania wskazują z kolei, że koty odpowiadają za śmierć 30% populacji wróbli w tym kraju. Jakaś ‘’pociecha’’ w tym, że włóczące się koty są dość sprawnie wyłapywane przez lisy, a i często rozjeżdżane przez samochody. Oh, jakże lamentują wtedy ich właściciele. ‘’Zaginął kot’’ – ogłoszenie tej treści można spotkać w sezonie na co drugim przystanku. Wielu tych tragedii ludzkich i zwierzęcych można by uniknąć, gdyby odpowiedzialność. Ot, tematy wędrowne, bywają różnorodne. Co do kotów, pozostajemy zgodni.

Rowery suną płynnie. Co jakiś czas oglądam się za siebie spojrzeć czy Maria nadąża, zawsze jest blisko. Mnie pochłaniają aksamitne aromaty kwitnących bzów, przeplatane soczystymi, mocnymi nutami kwitnących robinii. Las nocą, po deszczach zmysły dopieszcza. Kozły saren pochrapują ostrzegawczo. Prowadzimy teraz rowery, żeby ciszej. W ciemnościach śpiewa lerka, skowronek borowy. Jej melodyjny gwizd przenika między drzewami, jakby szukał ścieżki przez labirynt. Co za urok. Niebo już majaczy się delikatnym, choć odległym jeszcze świtem. Pogrążone jeszcze w blasku srebrzystych obłoków. I wtedy go widzimy. Jeden z kozłów saren ustawia się dokładnie na tle tej magii, stamtąd nasłuchuje i obserwuje naszego przemarszu. Myśli pewnie, że jest niewidoczny w ciemnicy, tymczasem podziwiamy go w całej krasie lornetką. Podążamy dalej. Na ziemi pobłyskuje zielonkawe światełko. Jest tak subtelne, delikatne. To świetlik! Przystajemy zachwyceni i przyglądamy się robaczkowi. Pełznie wytrwale, przypomina larwę. Mruga. Jest okazja, by owadowi dokładnie się przyjrzeć. A wszystko to pod Krzesimirem. Znów pojmuję, dlaczego ‘’impuls’’ zawołał aby jednak wracać przez las, choć to dłuższa trasa. Knieja na sam ostatek, chciała zapisać się w naszych sercach czarami.

P00603-160818
Lornetkowe obserwacje ptaków nad bagnami. W obiektywie moich gości.

A jeśli i Ty masz ochotę na jedno, dwu, lub trzy dniową, albo i nocną wędrówkę pośród Drzew Mocy, pisz i pytaj śmiało. Razem wymaszerujemy naszą… Transformację, przygodę, czy opowieść. Na wyprawę możesz zabrać kogoś bliskiego, rodzinę, partnera, dziecko. Do zobaczenia na szlaku ^^

KONTAKT:

czeremcha27@wp.pl

Po co ludzie chodzą do lasu? Deszczowe opowieści w sadybie Wędrowca

Ostatnio często mnie to zastanawia. Bo i z roku na rok tych ludzi coraz więcej. Powinno cieszyć… Wjeżdżając wczoraj pod las, starałem się sunąć powoli. Zanim jeszcze znajdę się pod drzewami, już rozglądam się po polach. Ooo, zające! Siedzą dwa. Jestem 100 % pewien, że to te same, którym grałem na drumie. Poznaję po ‘cwaniackim’ zachowaniu, bo tkwią jakieś 30 metrów od głównej drogi leśnej, którą poruszają się ludzie. No właśnie. Tylu ich dzisiaj. Piesi. Mija mnie rowerzysta na ‘’góralu’’ w ciemnych okularach. Ten pędzi na złamanie karku, przyjechał poskakać rowerem po korzeniach i kamieniach. No dobrze. Zwierzęta ukryte w gąszczach słyszą potrzaskiwanie amortyzatora. Zające kulą się wtedy i przywierają do ziemi. Nie są odróżnialne od kamieni, choć ja zauważam je od razu. Tak samo reagują na głosy ludzkie. ‘’Znikają’’ ale nie uciekają. Jakby doskonale wiedziały, że ludzie są gapowaci i nikt za nimi nie wejdzie. Gdy tylko zrobi się chwila ciszy, zaczynają jeść. Obserwuję w lornetce i rozmyślam, jak też bardzo te płochliwe, wrażliwe zwierzęta z musu przystosowały się do życia w hałasie, jaki im serwujemy. Idą dwie panie. Rozmawiają głośno. Widzą mnie z daleka. Ja stoję na poboczu z lornetką i cieszę się zającami. Po to przecież przyjechałem do lasu. Chcę i trochę dać przykład. Może się zainteresują na co tak patrzę, może przystaną, zapytają? Rozmawiają o zupie ogórkowej i fasolce na obiad. Całkowicie skupione na sobie, wyłączone z tego co dzieje się wokół. Nie przystanęły. Jeszcze ciekawszą zagadką są dla mnie ludzie wbiegający ze słuchawkami. Jak można izolować się od cudnych dzwięków i pieśni natury, tego nie rozumiem. Przebiec tylko, skupionym jedynie na kilometrach do zrobienia. Mam wrażenie, że tym ludziom wystarczyłby hologram albo leśna tapeta na ścianie i też można sobie biec przez korytarz. Bo jaka to różnica?

Zające są bardzo sprytne. Od razu wiedzą, że ktoś zachowuje się inaczej i są obserwowane. Stają słupka, robią się czujne. Mija mnie jakieś 10 osób, w tym szaleniec na warczącym motorze, nikt ich nie widzi. Myślę, że gdyby te osoby zaczepić i im pokazać, byliby bardzo zdziwieni. Jak wiele im ucieka. O ile chcieliby patrzeć na jakieś tam sarny. Zwierzęta szybko uczą się, że człowiek jest ‘’gapa’’. Ale myślę że wolałaby albo spokój, albo zostać zauważone i zachwycone, ogrzać się w energii ludzkiego podziwu. Na wyprawach goście często pytają mnie – jak Ty to wszystko postrzegasz, ogarniasz? No bo tak – mogę z Tobą rozmawiać, i w pełni uwagę podzielać treść rozmowy, a jednocześnie wiem jaki ptak śpiewa, wypatrzę sarnę z pół km, przyczajonego zająca, ciekawego owada, nietypowego kwiata, norkę, gniazdko, podlota, odczytam historię z tropu. Dla mnie to jakieś normalne i z automatu. Przybywają czasem osoby, które widzą jeszcze więcej: znaki na korze i wzory, elfy, jakieś twarze i runy, znają właściwości zielne i zdrowotne małych roślin, wtedy dopiero wyprawa robi się ciekawa! Ale po to właśnie przybywamy do lasu. Aby dostrzec co on chce nam pokazać, celebrować jego skarby, zachwycić się, podziwiać, załapać dobry nastrój i szczęście. Uczyć się. Dla nas to nie jest to tło, a żywy, świadomy organizm który cały czas wchodzi w kontakt, rozmawia, stara coś przekazać. Słuchamy jego potrzeb, staramy pochłonąć uwagą całe bogactwo jakie przed nami odkrywa. To zupełnie ‘’inny level’’ bycia w naturze, który ładuje duszę nieskończoną harmonią. Tak wiele form aktywności leśnej ‘’uczy’’ jak też odnaleźć się w tym groznym lesie, jak przetrwać. Bushcraft, survivwal – zrób szałas z gałęzi, ogołoć wszystko wokół, przetrwaj sobie nockę, rozpal ognisko, przepłosz życie, i pokaż jaki to żeś ‘’leśny’’. Skorzystaj z miliona drogich gadżetów. Sprostanie wyzwaniu, wykazanie się, udowodnienie… czegoś. Mało już dziś ludzi przychodzących ot tak w gości po prostu, jak do przyjaciela. Z herbatą, lornetką, atlasem roślinnym lub ptasim, aby poznać i dowiedzieć się więcej o istocie z którą obcujesz. A TY, po co przychodzisz do lasu?

Na poboczu mienią się kryształy fioletowych kwiatuszków. Prowadzę rower powoli, starając się wypatrzeć jakieś kwietne cudeńka, które następne zapoznam w domu z atlasem. I one zasługują na uwagę. Zwykle otrzymują tylko osiadający pył mijających pojazdów i ludzkie zapomnienie.

Bodziszkowi cuchnącemu jest dziś przykro, że nikt nie zauważył jaki piękny  Zdjęcie z przy drogi ‘’spod buta’’.

100840992_1110645102636971_8099356942050263040_o

Deszczowe pogrywanki w Sadybie

Rzęsiste krople bębnią monotonnie po dachu, w podróży z chmur ku padołowi. Rześkie strugi płyną przez okap do rynny, gdzie kończą swój bieg na szalonej zjeżdżalni. Staram się usłyszeć ich rytm, zestroić z melodią wody. Ciało pamięta deszcze. W mig przechwytuje rezonans słoty, przenosząc miarowe uderzenia na pałeczkę. Z pozoru chaotycznymi ruchami, oddaje nastrój deszczowego przesłania. Zmoknięty wróbel na parapecie pokrzykuje dziarsko, co i raz strząsając z siebie fontanny perlistej mgławicy. W dyrygenta się bawi. Ochlapał szybę. Skrzaty pochowały się po kątach. Słychać, jak drżą z zimna. Przynajmniej nie psocą. Zaraz w piecu przepalę chochłom. Chcą maluchy, by im zaśpiewać jeszcze. Mysz ziewa w dziurze. Deszczyk spokojny, umiarkowany, taki jak potrzeba. Dobra słota nuci o nasyconym pragnieniu, o ukojonym korzeniu, zadowolonej brzozie, nasączonej ziemi. Dziś pachnie czyste, prawdziwe powietrze. Kwiaty pozamykały się sennie, chroniąc delikatności swych łagodnych wnętrz. Przyjęły postać opływowych kielichów. Pod nimi, strużkami sączą się kolory pyłków. Ponura chmura przesuwa się szarym kłębem, niesie długo wyczekiwaną rozkosz. Bębnowe głosy nasiąkają przestrzeń nastrojem dnia. Dzisiaj mieszkam pod kocem. Wełniane mandale kołyszą się sennie na swoich sznurkach. Szara ropucha pełznie przez ogród, w wysokiej trawie jej śliska skóra błyszczy nowym wigorem. W zmurszałej studni, melodie dawno zapomniane wydzwania pordzewiały łańcuch. Z niej wynurzyło się pomrowie nagich ślimaków. Wiatr wzmaga się, szastając na cztery strony kaskadami wszechobecnych kropel. Herbata z głogu już buzuje na kominku. O jak dobrze, w ciepłej, zaspanej chacie.

92671805_3018295838209269_1956446367417106432_n

Drzewa pomagają uwolnić lęki i traumy. Dębowy rytuał uwolnienia doświadczeń.

To długa historia. I nieco szalona, jak te wszystkie z ‘’moimi’’ Drzewami. Przyśnił mi się dzisiaj Radosław z kręgu starców rad. Pod postacią drzewoluda wręczył mi do rąk dwa żelazne topory i rzekł srogo:

– Idz z nimi przez życie, a w razie potrzeby wyrąb sobie drogę.

Jako, że sen był już półświadomy, przekornie zapytałem;

– A co jeśli na mojej drodze wyrośnie Drzewo? 😂

– To je omiń!! Zagrzmiał i zniknął.

Pamiętam kiedy pierwszy raz pokazał się pod postacią tego wojownika trzaskającego toporami, ja napisałem o tym, że były to drewniane. Bo niby skąd drzewo ma mieć żelazo? Umysł… A on powiedział tylko:

– Pamięć ziemi. Jest w niej metal. Znamy go. Czemu się dziwisz?

I już wiedziałem kogo mam dzisiaj odwiedzić. Jadąc do lasu zastanawiałem się o co może mu tak do końca chodzić, bo zauważyłem, że lubi posługiwać się człowiekiem, do jakichś swoich planów. Modrzewie, brzozy, i klony wokół coś szemrają…

– On się uparł na Twoje przewodnictwo. Chce zrobić z Ciebie swojego wojownika. My się z tym nie zgadzamy. Bo lepiej żebyś korzystał z wszystkich drzew, odkrywał je, i przekazywał co chcą powiedzieć. Ma też główny cel…

I już wiedziałem, o co mu chodzi w zamyśle. Ciekawe czy się wkurzy, że go przejrzałem.
Szybka myśl do niego i tłumaczę;

– Rado, nie ocalę Twojego lasu ani naznaczonych braci. Tego nie da się tak szybko, łatwo zrobić. I nie pomogą tutaj wirtualne topory w śnie…

Co ja mu gadam. Zaraz się wkurzy i mi nie pomoże.

Skręcam w dróżkę obok Dębu Gromca – Strażnika Jedności, i kawałek dalej się zaczyna. Dopadają mnie roje jakichś much. Nie takich ‘’zwykłych’’ te są jakby bardziej podłużne. Jest ich z 30, włażą pod ubranie, we włosy, nie mogę się ich pozbyć. A jestem już spryskany środkiem na komary i kleszcze. Próbuję je zgubić rowerem. Gdzie tam! Dolatują kolejne, i opętują mnie aż docieram do dębu – wojownika. Tam szalone machanie i pryskam się dodatkowym badziewiem na meszki. Wtedy odpuszczają.I nagle nie ma ani jednej. Gniew Radosława….

Mimo to, witam go z szacunkiem, bo to lubi. Mam wrażenie, że drzemie. Wypowiadam więc jego imię na głos i proszę aby się obudził. To był bardzo dobry ruch! Bo pokazuje mi wibrującą jasną falę mojego głosu, która wnika w jego pień i powoduje reakcję. To ciekawe doświadczenie, bo od tego momentu nie mam wątpliwości, że lepiej mówić do nich na głos. Odpowiada mi gromkie;

– Buuuuchhh! Po coś tu przylazł… Mało ci much?

– Wezwałeś to jestem. A kto mi się śnił? Żywopłot? 😅

Potem staram się wytłumaczyć, że lepiej aby ludzie korzystali z Drzew Mocy, czytali szepty i przekonywali się do ich leczniczej energii. Że w ten sposób zdziałamy więcej dla wielu. Opornie daje się przekonać. Dochodzimy do jakiegoś porozumienia. Do dębu jechałem, aby uwolnić pewne dawne i bardzo mocne lęki. Czemu nie do Krzesimira na przykład? O tym potem. Proszę go, aby z swoją pomocą pomógł mi wywalić te strachy. To był chyba najmocniejszy proces jaki przeszedłem dotąd wśród Drzew…
Rad, chce działać od razu, bo ‘haha, co to dla niego’’. Wtrącają się Jesiony. Delikatnie, u góry dotykają w koronie dębowych liści; trwa rozmowa. Narada. Przekonują go do swego sposobu i oferują pomoc. Chcą wziąć w tym udział wszystkie, że tak będzie dla mnie lepiej. Wokół odpowiada szum kręgu. Drzewa zaczynają śpiewać! Lecą piękne rymy, których nie zapamiętałem. Cieszą się, że jestem już świadomy swej blokady, i że obdarzą mnie wszelkim wsparciem, kiedy tylko będę potrzebował. Pomogą w przekazach.. Mam pytać, jeśli bym czegoś nie wiedział. Dogadali.

Powoli odczuwam jego mocne pole. To taki stan, w którym masz wrażenie, że nie zatrzyma Cię żadna przeszkoda, i pokonasz każdego, kto stanąłby na Twojej drodze. Ale, po co walczyć? Jednak bardzo to lubię. Stan mi bliżej nieznany, Siła, potęga i kosmiczna pewność, że się uda. I taka zaczepna siła, prowokująca do wyzwania. Masz ochotę komuś przyłożyć…albo czemuś.

Przykładam obie dłonie do Radosława. Tulić się nie sposób, za dużo pajączków i mrówek. Za chwilę ręce cierpną i płoną jakby ogniem. Ale ma Moc…. Mówię czego chcę się pozbyć i czego dotyczy.

– Powiedz to na głos. Powiedz czego się się boisz. Śmiało! Niech las usłyszy. – pada instrukcja.

Okej.

Boję się tego że, (…..)
Lękam się, że nie poradzę sobie z (…….)
Odczuwam strach z powodu tego, że mogę zostać (……)

Czuję jakby Dąb chwytał mnie korzeniami od spodu i wciągał w ziemię. Z zamyślenia, wyrywa mnie krążenie szerszenia, który właśnie upodobał sobie pofruwać obok mojej głowy. A panicznie się ich bałem zawsze. Drętwieje cały. Strach jest, ale nie wpadam w panikę. Oswojony z nim. Szerszeń buja się przed twarzą, po czym podlatuje w górę. Ja w napięciu odskakuje parę kroków w tył. Nie wytrzymałem. Wiem, że Rad zrobił to celowo. Jestem dość wściekły.

– I jak mam się skupić ?? Jak mamy pracować? Co, szerszeniem będziesz mnie szczuł jeszcze? Dobrze się k…. bawisz? Zauważyłem, że gdy rozmawiać z nim bardziej arogancko, i reagować sążniście rozmowa staje się jak równy z równym. Męska. Nie próbuje wtedy szydzić i wjeżdżać na ambicję.

Chwila i wszystko staje się jasne. Po co to. Przecież to mój strach…przyleciał. Przez dłonie przebiegają fale ciepła, mimo oddalenia od Drzewa, a on mówi.

– No i jak się zachowałeś? Twój lęk przybył. Ja mogę coś zrobić, ale pokonać go możesz tylko Ty sam. Na tym właśnie to polega. Zrobić coś, czego się boisz. Wejść z ufnością w gniazdo szerszeni. A przekonasz się, że najbardziej są zajęte swoimi sprawami niż szkodzeniem Tobie.

Uwielbiam to, jak one uczą przez kontakt ze zwierzaczkami. Podobnie robi Krzesimir, tylko on ‘’używa’’ mrówek, larw, gąsienic…Na spokojnie. Razu pewnego pokazał mi wędrującą po nim zieloną gąsienicę. Powiedział wtedy:

– Widzisz? Ona nie ma wątpliwości i idzie sobie przed siebie. Choć nie wie jak daleka przed nią droga, i co ją spotka u kresu. Robi swoje.

Wtedy to gąsienica raczyła skręcić w bok, a po chwili spadła na ziemię.

– O, zwątpiła  Śmiał się wtedy Krzesimir. I tak się właśnie dzieje za każdym razem kiedy i Ty zwątpisz. Wracasz do punktu wyjścia.

Ponownie przykładam dłonie. Powraca gorąco i uczucie płonięcia. Mrowienie.
Teraz coś się dzieje. Boli mnie…aura… Coś wokół, eteryczne. A on szarpie tym. Wnika głębiej. Robi mi się słabo. Ledwo stoję na nogach. Ależ to boli. Jęczę jak zarzynany wół. Dobrze, że to daleko od ludzi. Zaraz się przewrócę…

– POWIEDZ TO NA GŁOS, JUŻ !!!

Grzmi nagle. Obraca mnie plecami do siebie. Opieram się o pień, słaniając. I wymawiam znów:

-Boję się tego że, (…..)
-Lękam się, że nie poradzę sobie z (…….)
-Odczuwam strach z powodu tego, że mogę zostać (……)

UWALNIAM! Krzyczę, z wyrzutem rąk w górę. Nie wiem czemu, po prostu tak się wydarza. Puszczam…

Tulę się i proszę aby na Mocy Stwórcy wszystkiego co jest, resztki tego co nie służyło, Drzewo rozproszyło w Żywiole Powietrza, pochłonęło w Żywiole Ziemi, i utopiło w Żywiole Wody.

Przypływa płacz. Przed oczami stają wszelkie sytuacje, które spowodowały nagromadzenie się tego. Osoby. Oparty o pień, oddaję się szlochom. Osuwam się. Za chwileczkę przybywa pewna lekkość.

– JESZCZE RAZ. Mówi olbrzym.

Powtarzamy cały proces znów. Targają bóle – nie fizyczne. I znowu wraca płacz. Z żalem. Ale jest dużo lepiej. Ulga. Czuję płynącą miłość, już bez piekących znamion, jak dawniej. Powraca siła.

TERAZ TO ZASTĄPIMY. CZEGO POTRZEBUJESZ?

To ważne, aby miejsce po uwolnieniu szybko zastąpić czymś innym, co pragniemy aby zagościło w jego miejsce. Proszę o ufność, wiarę, spokój ducha, pewność. Wspinamy się razem do światła, chłonąc boski blask Stwórcy. Radosław jest bardzo mocnym przekaźnikiem. Ryczę ‘’powalony’’ miłością… Czy też otulony raczej. Nagle spada z niego kropla. Potem druga. Lądują na liściu. Płaczesz ze mną? Ty? Raczej miałem wrażenie, że masz niezły ubaw z tego wszystkiego.
Usta wyschły i spierzchły, jakbym przeczołgał się przez pustynię w skwarze. Wypijam pół butelki wody. Dobrze, że wziąłem. Dostrzegam obok ślady jelenia. Wydeptane, jakby stał. Czyżby też przychodził po Moc?

Teraz rozumiem wezwanie Radosława, i dlaczego nie miał to być Krzesimir. On jest może łagodniejszy, ale nie ma tego ognia. Rozłożyłby to na kilka wizyt. I bym zapomniał. Choć za pewne ostrzegłby przed bólem. A ja potrzebowałem się tego pozbyć właśnie od razu i w całości. I cud jesionowy, że odbyło się to oględnie, bo klony pokazują, że Rado chciał to zrobić jednym szarpnięciem, żeby zobaczyć czy zemdleję. !!!

Na Dąb sfruwa Drozd i zaczyna popisywać się śpiewami. Jest późny wieczór. Teraz zaczynają się osobiste gawędy. Wypytują o moje sprawy i obdarzają dobrymi wieściami. Ale ja najpierw im dziękuję. Mówię jak bardzo je kocham, i że są cudami wszechświata. Że jestem wdzięczny za to co robią i co się tu dzisiaj stało. W tym momencie wokół, dokładnie kręgiem leci ruch liści. Dają mi odpowiedz. Dalsze cuda. Telefon jak nie miał zasięgu tak nagle chwyta, i dostaję wiadomość od bliskiej mi osoby, o której właśnie myślałem. Tym razem cały czas mówię do nich na głos, a one żywo reagują na każde dobre słowo. Śmiechy. Dlaczego one zawsze tu szumią w krąg? To miejsce naszej jedności. Chcę jeszcze zrobić sobie zdjęcie. Proszę o to młodego klonika, który mnie fotografował ostatnio. Jednak tym razem, nijak nie mogę umieścić telefonu.

– Urosłem! – Woła przepraszająco.

Pora wracać. Ale najpierw trzeba podziękować osobno srogiemu kapłanowi tego zdarzenia. Nigdy nie okazałem mu szacunku aż tak, ale teraz czuję, że powinienem. Klękam pod dębem w pokłonie..

– Dziękuję Ci potężny wojowniku, wspaniały mocarzu, za Twą pomoc i radę! Podziwiam Cię.
Szanuję Cię i jestem wdzięczny… Bądź pozdrowiony i niech Ci się dzieje najlepiej.

Korona starego wojownika szumi pomrukiem zadowolenia. Oj uparł się żeby zrobić ze mnie ‘’swego’’ faceta. Wiem to.

Długo towarzyszą mi ‘’mrówki’’ i żar w dłoniach. Nie wiem co jeszcze zrobił. Tej nocy nie zasypiam. Nie da się… Chciałoby się robić cokolwiek. Tyle energii. To są Drzewa Mocy i Wsparcia. Tylko pozwolić się prowadzić, i wiedzieć co nas boli.

34446827_588710671497086_4274287204563419136_n

Witaj! Dziękuję za odwiedziny w Krainie Szeptów. Mam dla Ciebie jeszcze więcej przesłań, przygód i opowieści, które są dostępne w mojej najnowszej książce ”Szepty Kniei”. Po dokonaniu zamówienia, kurier dostarczy ją pod wskazany adres. Można zdobyć ją tutaj: 
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

Noc Sów. Wędrowna gawęda z opowieścią i marcowe wyprawy.

Gdy srebro marcowego księżyca rozświetla noce na pierwiośniu, lub kiedy czerń kosmosu iskrzy gwiazdami w czas głębokiego nowiu…wtedy…Dzieje się mroczne ptasie święto. Gatunki liczne, małe, duże, krwiożercze i ‘’straszne’’ w ciemnościach zaczynają tajemnicze nawoływania. Poszukiwania partnerów, obrona rewirów, potyczki i przepychanki… Czas największej widocznej dla ludzi sowiej aktywności, na marzec przypada właśnie. Echem niosą w ciemnicy pohukujące pieśni, ptasiego ludu nocy. A my, leśni wędrowcy z uciechą bierzemy udział w kolejnym Misterium, aby podglądać nieznane sekrety i nasycić rdzeń naszych dusz, zawołaniem pradawnej dzikości. Oswajamy strachy. Fascynujące, odwieczne słuchowisko.
Zapraszam na Noce Sów. Jako, że ptasim życiem pasjonuję się od dzieciństwa i zgłębiam informacje o nich, z radością podzielę się leśną wiedzą na temat tych tajemniczych stworzeń.

5R984-1986

Tego roku mam ambicję buszując nieco samemu odkryć jakiś nowy gatunek w okolicy, jeśli Bóbr zdarzy. Chętnie zabiorę ze sobą innych wędrowców na słuchanie. Okazja się nadarza, zasmakować nocnej kniei, w opiekuńczym kroku i towarzystwie  W terenie będziemy zależnie od pogody, myślę około 6 godzin. Powrót do kwatery najpóźniej o 2 w nocy. Do dyspozycji mamy jedną nocną lornetkę do takich obserwacji którą podzielimy w razie potrzeby, dlatego polecam zaopatrzyć się we własną. Posłuży Ci i potem także do obserwacji dziennych. Ale sowy to przede wszystkim słuchowisko. W rejonie są puszczyki, pójdzki, uszatki i płomykówka, lecz obiecać nie mogę co też się w ciemni odezwie. Raz i latem spotkałem sowę błotną. Panteon gatunków… Siądziemy na łąkach pod kocami lub wygodnie w czatowni. Gdy ziąb dokuczy lub mgły pochłoną, marszem i herbatą rozgrzejemy w podchodzie na zmianę stanowiska. Po drodze i Drzewa Mocy będą do przytulania, gotowe wesprzeć w zamiarach podróżników. W trakcie wędrówki gawęda będzie o gatunkach, sowich zwyczajach, ciekawostkach, żywocie. Wspomnienia i historie z przygód moich i obserwacji. I jak to na czatowaniu, zwierz też pewnie jakiś zaszczyci nas swoim hałasem przemarszu, albo i gdy dochowamy nieruchomej ciszy, ucieszy na widoku.
Podziękowanie za tą wymianę, jak za ptasi Dzień Obserwacyjny, czyli 100zł osoba. Ruszyć możemy indywidualnie, lub w grupach 2-3 i więcej os.

🌎 Gdzie?

Rokietnica, k. Poznania, woj. Wielkopolskie.

 Kiedy?

Wyprawy będą możliwe przez cały marzec. Zaczynamy już po zapadnięciu ciemności, w godzinach 18-20.

📌 Ekwipunek?

Łyżeczka odwagi, szczypta cierpliwości i ziarno ciekawości. Garść ciszy. Buty ocieplane, odporne na wilgoć, rosę, wodę i błoto, polecam ocieplane kaloszki. Ciepłe ubrania, nieszeleszcząca kurtka lub większa bluza, którą na kurtkę założysz aby się wyciszyć. Plecak, termos i ulubione jedzonko. Ewentualnie coś pod siebie do siedzenia, ja do tego używam plecaka. Własna nocna lornetka, będzie dużym ułatwieniem.

🏡 Gościnna kwatera noclegowa, podejmie i przenocuje wędrowców z daleka, razem z wyżywieniem. Przy zamawianiu miejsc, zawsze proszę rzec, że ”do Szepty Kniei na Wędrówki” Na to hasło miejsca powinny być 
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Kontakt i zgłoszenia: czeremcha27@wp.pl 

Do zobaczenia w lesie!

AP5I3795-bewerkt

Wiosenne tchnienie leśnej Mocy – kojący śpiew słowików.

Dochodzi północ. Srebrna poświata pełnego księżyca już dawno opanowała połacie magicznego zakątka. Nad bagnami snują swe opowieści chłodne opary mgieł. Dziś jednak nie zasypia tu cisza. Majestat wiosny grzmi pełną piersią, wydobywany z maleńkich gardełek słowiczych. W kępach otulonych mrokiem niskich wierzb, w podmokłych zaroślach rozlegają się namiętne szepty, miłosne zwierzenia, czułe wyznania, tęsknoty wołania – rozbrzmiewają echem najpiękniejsze ptasie pieśni. Niepozorne ptaszyny często zaczynają już wczesnym wieczorem, zapraszając do nocnego słuchowiska. W miarę postępującej ciemności, pod parasolem iskrzących gwiazd, śpiewy nabierają mocy i uroku. Tak samce, ukryte w gęstwinach cieni, dają znać wędrującym samiczkom o swojej obecności. Najwytrwalsi koncertują jeszcze rankiem. Większość jednak milknie przed świtem, ustępując kunsztu dziennym śpiewakom.

Majowa pełnia księżyca i szepty słowicze to jedno z najpiękniejszych wiosennych przeżyć. Zachwycam się tym zjawiskiem każdego roku od nowa. To czas kiedy nasza przyroda znajduje się w najpełniejszej formie wybudzenia i rozkwitu. Nie można tego przegapić! Pózną nocą Duszę ukoi tkliwy śpiew słowików… I Ciebie zapraszam do wspólnej podróży pod otuliną srebrzystej poświaty. Powędrujemy boso po mchu, jak najciszej, aby nie przeszkadzać mieszkańcom leśnego świata. Spróbujemy jak duchy, niewidoczni podpatrzeć jego tajemnice…Może ujrzymy zatopione we mgłach sylwetki saren lub jeleni żerujących na łące? Może dostrzeżemy udającego się na łowy lisa… A może z hałasem nieopodal minie nas wataha dzicza, również wędrująca w poszukiwaniu strawy… Tyle dzwięków, tyle zdarzeń, tyle magii i tajemnicy… Znam ten świat na wskroś. Umiem się w nim poruszać. I chcę Ci go pokazać. Bosy spacer połączy nas z kojącą energią naszej wspólnej Matki Ziemi. Zostawimy w niej trapiące Cię blokady, troski, i zastąpimy chłodnym muśnięciem kropel rosy. Przypomnisz sobie własną moc i pierwotny rytm życia.

Pokażę Ci swoje ścieżki i ukochane miejsca, w których wzrastała moja miłość do Natury i opowiem co przeżyłem podczas niezliczonych godzin nocnego czuwania w leśnym świecie. Las wołał mnie od dziecka – spędzałem w jego okolicach niemal każdą wolną chwilę, podpatrując zarówno sekretne życie różnych gatunków zwierząt, jak i delektując się wszystkimi cudami objawianymi przez Przyrodę. Nie policzę już ile dni i nocy dane było mi tak spędzić. Obcowanie z naturą i pośród niej stało się pasją, którą właśnie pragnę z Tobą się podzielić. Może urzeknie i Ciebie? Dzięki temu mogę właśnie pokazać Ci to wszystko o czym piszę, a czego być może nie znasz.
Usiądziemy pod drzewami i skorzystamy z ich leczniczej pradawnej energii. Może uda się doświadczyć owego radosnego Śmiechu Duszy, po oczyszczeniu aury? Ten cudowny błogi stan, rozlewający się w kojące ciepło, wypełniony błogą radością kiedy wolny od trosk znajdujesz się w Tu i Teraz… Pomogę Ci rozpocząć ten proces. Korzystając z mądrości i pomocy potężnych Drzew, poszukamy odpowiedzi na Twoje pytania. Pomogą Ci znaleźć je w sobie. Powiem co przekażą mi dęby, sosny, brzozy czy jesiony. Ukoisz umysł, wyciszysz myśli, i zaczerpniesz życiowej energii. Zanurzysz się w prostym istnieniu jakiego nasz gatunek doświadczał od zarania dziejów. W uważności, będziemy czytać znaki, jakimi obdarzy nas las.

A potem zaczekamy razem na świt. Ten wspaniały spektakl wschodu życia ukaże się z blaskiem różu rysując się pastelą na bladym niebie. Szarość ustąpi kolorom. Wsłuchamy się w ‘’ptasi zegar’’, a ja powiem Ci kto też ze skrzydlatych mieszkańców właśnie zachwyca nas swoją pieśnią. Rudzik, kos, pierwiosnek, drozd śpiewak, skowronek, szpak, wilga a może rokitniczka? W mozaikowym gąszczu trzcin nad bagnami i torfiskami, splecionych w harmonii lasów i pól ptasie światy przenikają się niezliczoną paletą głosów. Nie sposób wymienić wszystkich. W narastającej widoczności może uda się zaobserwować zwierzęta udające się do swych ostoi po nocnej biesiadzie, albo właśnie udające się na śniadanie pod chmurką. Tyle się dzieje! Wraz ze wschodem słońca radosnym tańcem powitamy nowy dzień, sławiąc życie i dziękując za wszystkie przeżyte doświadczenia.

Kiedy?

Wyprawy realizujemy od 20 kwietnia przez cały maj.

Gdzie?

Rokietnica k. Poznania, ale zahaczymy i o inne przylegające miejscowości. Tuż obok znajduje się Park Krajobrazowy objęty siecią Natura2000. Całość składa się z kompleksów leśnych, zadrzewień, olszyn, bagien, jezior, i wszechobecnych pól. Link do przyjaznej kwatery noclegowej:
http://gosciniecnoclegirokietnica.pl/

Czego możesz potrzebować?

Lekki koc, latarka, wygodne buty, termos, coś do picia, jedzenia. Przyda się też aparat foto, lornetka. Wyposażenie to nie jest obowiązkowe.
Plany ustalone wcześniej zawsze mogą ulec zmianie w zależności od pogody, choć nią staramy się nie przejmować.

Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

The+Nightingale+Sings

Śnieżny księżyc żywiołów. Noc w lesie podczas wichury.

Dzień kończy się zapowiedzią sztormu i zmian w pogodzie. Wzmaga wiatr. Pojawiają się ostrzeżenia o pędzącym orkanie, leczy my świadomą decyzją, ruszamy na wędrówkę. Wyznajemy zasadę, że każda pogoda wędrowna jest dobra. Tak to bywa. Czasem wiatr w oczy. Jakoś cieszymy się na ten wicher. Dawniej przychodziły regularnie jesienią i zimą, szalejąc nieraz przez tydzień. Teraz media podnoszą alarm, jak dwa dni powieje. Do głowy nawet nam nie przyjdzie, że możemy doznać jakiejś krzywdy. W lesie, pełnym rozkołysanych mocą drzew. Zanurzamy się w oceanie głębokiego szumu. Błogo brzmi. Wokół nas szara ciemność, stukoty, pęknięcia, trzaski, gwizdy i piski. Dziś drzewa emanują całą paletą możliwości swoich odgłosów. Mroczne słuchowisko. Być tutaj, właśnie w taki cień. Z ufnością dać otulić się ciemności i zatracić się całym sobą w tym słuchowisku. Misterium leśnej Mocy. Po kanapkach i herbacie wstajemy tuląc najbliższe sośniny. Tu dopiero i nawet ja mam zaskoczenie. Odczuwam kołysanie i ruch ziemi, – w pierwszej chwili zdaje mi się, że to wrażenie energetyczne, jednak ziemia pod moimi stopami naprawdę się rusza! Mech faluje, unoszony przepływem drgających korzeni. Gleba grzmi po swojemu. Ależ to fascynujące! Ruchomy dywan. Co za siła. A one się trzymają. Przyciskając ciało i ucho do pnia przychodzi jeszcze więcej. Gdy porywy targają, wnętrze drzewa trzeszczy, dudni, i stuka jakby chciała się stamtąd wydostać jakaś istota. Pracują naprężenia. Drgania i wibracje tych zmagań przechodzą, wnikają w moje ciało. Sosenki są dość cienkie, giętkie i młode, można je całkiem uścisnąć. Ależ one dzielne. Tyle siły, porywu, zaborczości, i te kruche trzeszczące istotki przetrwały już niejedną burzę. Podbiegam do kolejnych drzewek w zasięgu, okazuje się że każde z nich drga w środku i dudni na swój jedyny, unikalny sposób. Nie ma dwóch jednakich. Nieopodal wierzby ‘’wyją’’ już niżej, w zupełnie innym tonie. Oktawy leśnej harmonii. Każde niesie swoje przesłanie dalej. Po kilku minutach tulenia takiej drgającej drzewiny, czuję się jakby naładowano mnie prądem. Skok energii. Bo i przecież korona drzewa przechwytuje ją z powietrza, a przez pień odprowadza w głąb Macierzy. Rozmowa żywiołów. Rozmyślam nad sowami. W takie noce jak ta, nie polują, lub jest im bardzo ciężko. Nieustanny hałas i galopujące liście uniemożliwiają namierzenie ofiary. A co, gdy taka pogoda przedłuża się? Robią jakieś zapasy, czy przymierają? Korony sosen niekiedy poćwierkują. Podmuchy budzą co i raz, jakieś śpiące ptaszki. Odpowiadają lamentem dzwoniących pisków.

84711644_1028272450874237_8056447981085261824_o

Bór dyszy potęgą, mimo orgii dzięków ma się wrażenie, że dlań te zmagania to fraszka. Do nas nie docierają powiewy. Kurtyna pni pochłania i rozprasza wszystko, zanim doleci w głąb lasu. Jest ciepło, przytulnie, bezpiecznie. Zwierza nie sposób usłyszeć – wśród mnogości chrzęstów, pozostają niewykrywalne. Tętnimy wigorem oddechu mocy, w objęciach sosnowych tancerek spajamy z jednią sosnowego żywiołu.
Na polach dmie aż tamuje kroki, te zdobywamy z trudem, zapadając w sypkich piaskach.

A jeśli i Ty masz ochotę na swoją nocną przeprawę w Kniei, pisz, pytaj. Te wyprawy są po to, aby każdy mógł wiedzieć jak to jest, i stać się częścią własnej opowieści. Do zobaczenia na szlaku, 

Kontakt i zapisy:  czeremcha27@wp.pl

Sylwester pod Drzewami Mocy. Zjazd leśnego plemienia.

Gdy stary rok po miesiącach pędu, za przesileniem zimowym wreszcie spowalnia swoje kroki i spotyka się z nowym… Leśne plemię Księżycowych Wędrowców zjeżdża się spontanicznie. To już drugi raz. Choć w zupełnie innym gronie. Czarodziejska Aga z krainy kwiatów, Radosna Ola i Michał, po prostu Miś. Dla nas to czas podsumowań. Spojrzenia wstecz. Planów i podziękowań. Początków nowej kreacji, zatrzymania z wglądem. Świętować chcemy w ciszy i ciemnościach. I niestety, w ten dzień właśnie odnaleźć jej nie sposób w mrokach leśnych. Huczący świat niejako zmusza nas, do wysłuchiwania chaosu swojego zapomnienia.

Jeszcze ostatni przegląd plecaków, ‘’ekwipunku’’ w postaci dodatkowych warstw odzieży, i ubrani jak bałwany, ruszamy pod Knieję. Tu wita nas hulający wicher i pochmurna aura. Dudniące huki rozbrzmiewają sporadycznymi salwami. Jedyny dzień w roku, kiedy można do lasu nocą wybrać się większą grupą, bo zwierzęta są ‘’wymiecione’’.  Ale są drzewa. Te jak zawsze, trwają, donikąd nie wybierają. Przystajemy na skraju, gdy śpiące zdawałoby się parasolki sosnowych wierzchołków bujają się, skrzypiąc. Tak reagują na nasze nadejście. Zrywa się powiew wiatrowego sztormu. I uczymy postrzegać, słuchać, odbierać. Przystajemy w skupieniu, gdyż w lesie dzieje się ożywiony dialog. Sosny trochę płaczą. Jękliwe piski, zawodzenia, lamenty. W tym dzwiękach zawarte jest uczucie, a z nim informacja. Choć cieszą na nasze przyjście, to i boją się nieco. Z wiatrem przyszły o wieści o gigantycznych pożarach trawiących Australię. Drzewa zawsze wiedzą wcześniej. Wiedzą, co może się zdarzyć, nadejść. Są przecież ‘’w terenie’’. Nie odgrodzone betonem, odgłosami , nie zagłuszane chaosem informacji. Zanurzone istnieniem tutaj – odbierają. U nas mija trzeci suchy rok, ze średnią znacznie poniżej dotychczasowych sum opadów. Nie trzeba być strategiem…

Leśny, szumiąco – skrzypiący koncert zatrzymuje nas w oczarowaniu. Coś się zmieniło. W samych drzewach, albo strukturze świata. Dawniej podczas wichur ‘’odzywały’’ się pojedyncze drzewa, dziś ma się wrażenie, że robią to wszystkie. W miarę jak oddalają się nasze kroki, zawołania nasilają się i grzmią z ciemni puszczy – jakby chciały nas jeszcze zatrzymać. Za moment jesteśmy pod Krzesimirem. Ogrom wzruszenia moich gości, kiedy mogą poznać i przytulić mędrca. Każdy ma swoją chwilę, w której odbier dla siebie błogosławieństwo i wieści. Każdemu inne. Mi dąb – przyjaciel powiada:

– Możesz wybrać dla siebie co zechcesz. My przygotowaliśmy dla Ciebie wyjątkowe. Każde doświadczenie, droga, będą dobre. Nie istotne są aż tak szczegóły. Wybieraj świadomie, kształtuj, ale i płyń bez oporu z tym co przyjdzie. 

Niebo przeciera się nieśmiałymi błyskami gwiazd. Ola mówi, że wyraziła wcześniej taką intencję. I stało się. Niesamowicie. Prowadzę przez las – zmiana planów trasy, podyktowana warunkami. Jak się potem okazało, najlepsza. Tutaj nam nie wieje, mamy wrażenie, że otoczył nas opiekuńczy, bezpieczny tunel. Drzewa pochłaniają siłę żywiołu i przekazują przez pnie jego wibrację w głąb ziemi. Co ta energia dalej robi, gdzie pracuje? Zastanawiam się. Żadne z nas nie boi się oberwanej gałęzi czy lecącego konaru. Przeciwnie. Drzewa są silne, zdrowe. Obłamania zdarzają się rzadko. Potrzeba potężnych wichur. Mijamy tegoroczne pogorzelisko. Sosny tutaj zostały jedynie ‘’liznięte’’ przez ogień, mimo to wycięte. Ciszę i szum drzew przerywają raz po raz nawoływania przepłoszonych petardami gęsi – krążą w powietrzu nie dając o sobie zapomnieć. Mimo gęstej ściany zarośli dobiegają i tutaj pojedyncze okrzyki żurawi. Uśmiecham się gorzko. Od paru dni blog Szeptów przeżywał prawdziwie oblężenie, gdy opisałem sylwestra z perspektywy doświadczających ludzkiego ‘’świętowania’’ zwierząt – ktoś zarzucił, że się nie znam, bo gęsi i żurawie dawno odleciały. Od lat, to tak nie działa. Ciepłe, deszczowe ‘’zimy’’ a w zasadzie ich brak, powoduje, że wiele ptaków nie podejmuje wędrówki. Zostają, próbują przezimować. Dziś jest nas czwórka i słyszymy je wszyscy. Uwaga skierowana na zewnątrz, powoduje, że Aga wpada w błotnistą kałużę. Milimetry dzielą, aby woda wlała się do kalosza. Czujny Michał ratuje sytuację podtrzymaniem. Ja już ją znam… Wygląda niepozornie, lecz kąpiące się tu dziki bardzo pogłębiły niewidoczną pod wodą nieckę. Przenikają mnie fale ciepła i błogiej radości, płynące od moich wędrownych towarzyszy. Gdy wymieniamy te spostrzeżenia, Ola mówi, że jest przeszczęśliwa. Nawiązuje się miedzy nami pewien rodzaj synergii – w mig odbieramy swoje stany i nastroje. W ciemności wyostrza się intuicja. Rozmawiamy o przyszłości i troskach drzew, o tym co możemy dla nich zrobić, jak omijać duchowe pułapki różnych ideologii, które okrężną drogą próbują odwieść człowieka od tego co dla niego najlepsze, i pod płaszczykiem niszczyć. Wypływa skądinąd temat ‘’drewna księżycowego’’. Tłumaczę, że dziś nie musimy ścinać tylu drzew, a jeśli zabijamy żywe drzewo, które podczas pełni emanuje głębią uzdrawiającej energii, to jaki pożytek z tego? Jakiej energii służy? Czy jest możliwa zamiana? Zgadzamy się wszyscy co do alternatywy konopnej, przecież już dziś powstały technologie produkujące bale i deski z surowca konopnego, które w dodatku są 20 razy wytrzymalsze niż dębowe.

plakacikeee

Drugi przystanek robimy pod przyjazną ‘’Akacją’’. To Agnieszki Drzewo Opiekuńcze. Po kilku minutach wspólnego tulenia, Drzewo prosi mnie, abym odszedł i zostawił Agę samą.
Spływa na mnie kojące ciepło.

‘’Posłuchałeś…’’ – Mówi ucieszona Akacja, tym kojącym, aksamitnym głosem. To ta, która naucza zaufania intuicji i podążania za nią. Pamiętam jak razu pewnego poprosiła kogoś, by ta osoba poszła spontaniczne kilkanaście kroków w głąb lasu. Bardzo byłem wtedy zaskoczony, ale ona znalazła pióro. I mnie podobnie Robinia ‘’testowała’’ prosząc o robienie różnych takich rzeczy. Uczyła jak słuchać lasu. Agnieszka wraca podekscytowana i opowiada, co przekazało jej mądre drzewo.

– Mam zostać jasnowidzką. Mam odnajdywać, przewidywać. Ale nie dla ludzi. Mam ‘’jasnowidzieć’’ dla Drzew. O co tu chodzi? Nie rozumiem…

Uśmiecham się szeroko. Choć w pierwszej chwili też zaskoczony. Za moment wiem. Akacje, to przecież drzewa wspierające właśnie dar jasnowidzenia i naturalne umiejętności pozazmysłowego postrzegania człowieka.

– A może masz odnajdywać, przewidywać bezpieczne miejsca, które długo nie zaznają przekształceń i pozwolą drzewom sędziwie wzrosnąć i godnie odejść? Będziesz odnajdywać siedliska dla Drzew Mocy…

Wzruszamy się ogromnie. Za moment jesteśmy pod Dębem Radomirem, tym który z piorunami się bratał. Otaczamy go kręgiem, dziwując się Mocarzowi, co tyle klęsk przetrwał. Odłupane ramię pnia rozkłada się obok, będąc świadectwem krzepy olbrzyma. Przesyłamy mu pokłady uzdrawiającej energii. Łączymy się za ręce bez słów. Tak mnie to cieszy. Moje leśne plemię, które kocha, czuje i postrzega tak jak ja. Odnajdujemy się i jest nas coraz więcej. Na pajęczynach zawisły urzędujące pająki. Mimo przełomu stycznia i grudnia, owady pozostają wciąż aktywne. W tym kleszcze. Jakich czasów doczekaliśmy… Jesień i zima zawsze były dla mnie bezpiecznym okresem wędrówek, teraz trzeba uważać, choć w kilku warstwach ubrania ryzyko jest mniejsze. Pod Radomirem jakoś tak spontanicznie zalegamy na wypoczynek. Choć plan był inny. Płyną rozmowy, przerywane hukiem bliskich petard i błyskami. Chmury odbijają poblask. Jak na froncie. Większość narzuca mniejszości. Zwykle. Chcielibyśmy ciszy, tymczasem pewnie w całej Polsce trudno znaleźć miejsce, gdzie echa nie docierałyby. Godzinę ‘’zero’’ rozpoznajemy po wzmożonym hałasie. Gęsi nawołują rozpaczliwie. Nie mamy ochoty obserwować fajerwerków, choć taki był plan. Mówimy słowa, milczymy. W wyobrazni tworzymy obrazy szczęścia, w jakich chcielibyśmy widzieć siebie nawzajem i przesyłamy w myślach do siebie w przestrzeni. Michał leży na gołej ziemi pod jesionem, nieco pochrapuje. Szybko potrafi zasnąć. Kiedy się budzi po niedługim czasie jest uśmiechnięty i w nastroju, opowiada jak Ziemia pochłonęła jakieś jego troski. Do końca wyprawy pozostaje ożywiony. Ja oddalam się na kilka minut do innego jesionu. Potrzebuję pewne sprawy przemyśleć, podziękować bliskim, ułożyć w samotności. Nikomu to nie przeszkadza. Słyszę, że rozmowy dalej naturalnie się toczą. Żywioły odpowiadają salwami podmuchów, gdy wypowiadam swoje życzenia. Ręce w górę wyciągam dziękując, za wszystko co tutaj przydarzyło się mi i moim gościom. Wierzyć się nie chce, że ogrom tych zdarzeń zmieścił w tak maleńkim roku.

Radomir cieszy się z obecności gości. Rozmawia z Agnieszką. Czasem bardzo się dziwię, bo trochę tak jakby drzewa nasycone były dialogami ze mną, a pałają chęcią poznania nowych osób. Zimno dociera i tutaj. Michał medytuje i posyła nam cieplne fale, które o dziwo działają i otulają nas rozgrzewającym przepływem. Kanapki i termosy. Ciepła generuje się tyle, że za chwilę jesteśmy oblegani przez wszechobecne biedronki, które przyszły się ogrzać. Świecąc spostrzegamy że są wszędzie, na spodniach, plecakach, wokół i na dębie. Ostrożnie ‘’przesadzamy’’ je na korę drzewa, lecz one wcale nie chcą opuszczać ciepłych dłoni. Moje zwierzęta Mocy. Ukazały się licznie, z jakimś przesłaniem. Zbieramy się do marszu. Choć nikt tak naprawdę nie chce stąd ruszać. Aga mówi, że to najlepszy Sylwester w jej życiu. Dokładnie taki – dziki, inny. Przed nami jeszcze długa wędrówka…

Ciche, stłumione kroki szeleszczą w mrokach dębowego szlaku. Tutaj Dąb Gromiec z przepastną dziuplą, kawałek dalej dorodny Klon Ellion, najwspanialszy z tutejszych klonów. Pod nim odczytujemy kolejne przesłanie.

Pochwyciłem ją za dłonie,
Z całych sił wołałem do Niej

Ellion jestem, Imię moje
Dziś przytulę Troski Twoje,

Cieszę, że mnie usłyszałaś,
Kiedy tam nad bagnem stałaś,

Tyle chciałbym Ci powiedzieć,
Czego pragniesz się dowiedzieć,

Stary ród nasz, ten Klonowy,
Wiedzie ciało, do odnowy

Spójrz jak Drzewo dba o siebie,
To też przekaz jest dla Ciebie,

Co pochłania w siebie święcie,
Przed czym broni się zawzięcie,

Z czego czerpie swoją Siłę
I dlaczego, długo żyje

Co najprostsze, to najzdrowsze,
To surowe i zielone,

Cieszy ciało się spełnione,
Wiele dawnych zrzuca bóli
I nie trzeba, więcej tulić,

Bo duch raz już obudzony
Jest w poznaniu nasycony

Tęsknią klony do wspomnienia,
Choć się tyle w świecie zmienia,

Pamiętają pierwszych ludzi,
Gdy nie trzeba było budzić

Stróżowali przy naradzie,
Grach, zabawach, i biesiadzie

Potem przyszedł czas rozstania,
Ducha – ciała, załamania,

Kiedy podniósł człowiek rękę,
Na to dawne, życie święte

Pożegnały się wnet Klony,
I ruszyły, w świata strony,

Dziś odnajdziesz nas i wszędzie,
Kiedy spotkasz, dobrze będzie,

Ważne są dla Ciebie słowa,
Aby podjąć się od nowa,

Trud procesu oczyszczenia,
Choć bolesny, wiele zmienia,

Teraz.

Opowiadam baśń o wędrówce klonów – jak jawor obraził się na ludzi, a klon polny powierzył swoje istnienie żywiołom pustki. Jak sprytny klon jesionolistny znalazł sposób, aby wyprzedzać inne drzewa. Wspominamy i tęsknimy do czasów Pierwszych Ludzi, tych pradawnych mieszkańców Ziemi znających sekret istnienia w harmonii z naturą. Ci, którzy tworzyli rajskie ogrody i rozkwitali w błogosławieństwie życia. Świat zapomniał o Wedrussach. My w opowieściach wskrzeszamy ich przesłanie. Zrobiło się bardzo ciemno. Podążając, ledwo widzimy cokolwiek. Trzeba wytężać wzrok, mrok rozumy rozpanoszył się wszechwładem. Ostrożnie, w skupieniu. W kimś odzywa się strach. Jednak trzeba czasu, aby oswoić i polubić z ciemnościami kniei. Mi niekiedy pomagało wyobrażenie. To znaczy zawsze mam w pamięci jak wygląda tutaj za dnia, i mówię sobie, że to tak samo, tylko bez kolorów. Dalekie żurawie smętnym głosem komentują ludzką zabawę. Wkrótce stajemy nad rzeką. Wody nieco przybyło. W świetle latarek podziwiamy mozaikę glonów, resztki wodnej rzęsy i rozkład olchowych liści. Pospolite ślimaki, zatoczki rogowe, znaczą podwodny szlak powolnym spacerem. Im chyba jest wszystko jedno.
Wskazuję ręką i chcę pokazać gościom jeszcze jednego dorodnego wiąza, aby coś o nim opowiedzieć. Wtedy robi mi się niedobrze. Pod drzewem ktoś ‘’złożył w darze’’ wielki, stary telewizor… Jeszcze parę dni temu go tutaj nie było. Aż mi i wstyd. Jednak – tak się w lasach wyrabia. Ostatnio na wigilijnej wędrówce napotkaliśmy auto stojące w ciemności, po włączeniu latarki pojazd odpalił silnik i odjechał. Na miejscu zostały świeże niedopałki papierosów, puszka po napoju i papierowe ręczniki. Zabraliśmy to wszystko. Wigilia, druga w nocy… co ludzie mają , głowach? Jadąc przez jakąkolwiek wioskę mija się mnóstwo pojemników na śmieci, przy przystankach choćby. Można zostawić, śmieciarka zabierze. Gminy organizują zbiórki zużytego sprzętu elektronicznego i rzeczy wielkogabarytowych. Można oddać darmo lub niewielkim kosztem. A ludzie ryzykują i przywożą do lasu, wcale nie tanimi autami. Lodówki, tapczany, pralki, ubrania… Krąży ponury dowcip, jak to człowiek segreguje śmieci. Na te które do pieca, i te co do lasu… Nasza obecność płoszy takich szkodników. Niech wiedzą, że nie ma przyzwolenia i są obserwowani. Czujni czatownicy ukryci w zaroślach, zauważą i w środku nocy. Każda butelka czy puszka to śmierć dziesiątek owadów, które topią się w takiej pułapce.

Tulimy jeszcze kasztanowce. Przestrzeń zakotwiczyła się w otchłani bezczasu. Kiedy zleciało te pięć godzin? Pora na powrót, żegnany szumiącym trzaskiem parady drzewnych istot. Im dziękujemy w pokłonie. Daleko poza lasem włączamy barwne miecze świetlne. Z osiedli jesteśmy teraz pewnie widoczni. Księżycowi Wędrowcy pokazują, że bawić się można z kolorem i światłem, ale bez huku, dymu i przerażenia. Jednorazowy wydatek, a radości na cały rok. Miecze są łatwo naprawialne i wytrzymałe. Rozgrzać się można pojedynkiem, po długim czasie niemrawego bezwładu. Zakładamy śmieszne maski. Błyskają ostrza ze świstem powietrza, kolory pulsują energią, miecze mruczą przyjemnie wibracją sił kosmosu. W śmiechach pielęgnujemy więzi z wewnętrznym dzieckiem, czyli jak dla mnie, z duszą. Dla równowagi, trochę mniej powagi. I podziwiam, jak każdy pojedynek potrafi być inny. Aga unika kontaktu z ostrzem, manewruje tak, że trudno trafić w jej broń. Robi się taniec sztuczek światła, zasilany salwami migocącego śmiechu uradowanej kobiety. Michał nagrywa na pamiątkę.

20191231_233939

Podczas powrotu do kwatery, spotyka nas przeszkoda. Na jednym z osiedli zamknięto ruch. Pełno straży pożarnej, policji, pogotowia. Ola wycofuje autem. W ostatniej chwili zauważa inny pojazd stojący na poboczu, omal się nie zderzamy. Ale opatrzność leśna czuwa. Nie widział go nikt z nas, jakby coś przykryło. Okazuje się, że płonie gaz. Słup ognia pod niebo. Ktoś wrzucił petardę tam gdzie nie powinien. Ewakuują kilka okolicznych domów, gdyby to wybuchło zmiecie ze trzy domostwa. Jest trzecia w nocy. I myślimy tak sobie. Kolejnego dnia media społecznościowe zostają zalane zdjęciami martwych ptaków zbieranych pod drzewami, wykrwawionych psów nabitych na iglice płotów, które w panice próbowały wydostać się z posesji. W wydaniach wiadomości pojawią się relacje o poparzonych kończynach, urwanych palcach, rękach. Czy każdego roku, to wciąż za mało, jak możliwe że pozwalamy pijanym ludziom na używanie środków pirotechnicznych w atmosferze takiej beztroski?
Z daleka spoglądamy na słup ognia. Pan strażak mówi, że sytuacja opanowana, ale nie przepuszczą nas bo zagrożenie. Dla mnie to wszystko bardzo symboliczne. Od paru tygodni płonie Australia. Wcześniej żywioł strawił rozległe lasy tajgi i przetrzebił amazońską puszczę. Trudny rok dla przyrody. Ogień pożera i trawi świat jaki znamy. Miliony poparzonych, spalonych zwierząt, dziesiątki ofiar ludzkich, nieznana liczba gatunków, które możemy skreślić na zawsze. A tymczasem w Sydney, australijski rząd nie ugiął się pod presją społecznej krytyki, i wśród tych dymów, popiołów, pomarańczowej poświaty zorganizował pokaz fajerwerków… Orkiestra na Tytanicu gra do ostatka.

Pożegnaniom nie było końca. Choć przecież jeszcze w Nowy Rok widzimy się i ruszamy na dzienną wyprawę.
Zasypiam u siebie. Po około dwóch godzinach, budzi mnie łaskotanie na twarzy. Dotykam jakoś zupełnie spokojny – znajomy zapach. Biedronka! Zapalam światło i widzę jak wysypują się z plecaka. Jakimś cudem zdążyły wejść w zakamarki ubrań, a ciepło mieszkania zachęciło je do spaceru. Na dworze zimno, nie chcę teraz wypuszczać. Zamykam plecak, niech tam śpią. Śmieję się, bo moja pościel ma motyw biedronki siedzącej na dmuchawcu, dusza kiedyś zachwyciła się tym wzorem. Teraz budzi mnie nad ranem ‘’moim własnym’’ Zwierzęciem Mocy i coś pragnie przekazać.

Dziękuję wszystkim uczestnikom tego magicznego sylwestra. Druga edycja tradycji świętowania wędrówką zapisuje się pełnią osobistych procesów, wrażeń, wglądów, zachwytów, wzruszeń i przygód. Składam jeszcze raz najlepsze życzenia – niech Wam Knieja w sercach z opowieścią wiecznie szumi. Tym, którzy z różnych przyczyn być z nami nie mogli i nie dotarli – do zobaczenia może następnym razem 

20200101_024106