Pierwszy cień Szarugi. Brzoza gromem trafiona. Błogosławieństwa dla Drzew

Jesień na dobre porywa w swoje objęcia wtedy, gdy w deszczowy, ponury i chmurny dzień ciemność zapada o godzinę szybciej, niż przewidzieli to w prognozie. Szara zasłona zasnuwa niebiosa gęstwą mrocznego panowania, a z tej burej kołdry sączy za kołnierz wilgoć. I taka pora dobra jest do wędrówki. Kto wie, czy nie najlepsza? Ludzi brak, a zwierzęta czują się pewniej, swobodniej i tak też zachowują. Chodzmy w strugi, w dzień deszczowy, hen na leśne ruszyć łowy…wrażeń.

Najwięcej kłopotu sprawia dobór ubioru. Gdy pada jest chłodno, ale wystarczy że przestanie na moment, już robi się parno i można się spocić. Dlatego do pełni szczęścia brakuje mi dziś damskiego towarzystwa, w osobie pani ZIMNICY. Z nią chociaż wiadomo jak się zachować, na co przygotować. Ufam, że niedługo już mnie odwiedzi. Dziś ruszam w ogóle w inny rejon leśny, tam gdzie jeszcze nie tną i mam nadzieję nie będą. Ze wszystkiego w lesie, tak samo jak zwierzętom i mi potrzeba spokoju. Może nawet nic się nie zdarzyć. Choć czy tam to w ogóle możliwe? Pierwsza ścieżkę przecina mi sarna, i wygląda na nieco zagubioną. Albo ona, lub druga gdzieś ukryta wydaje z siebie pocieszny pisk, jak dziecięca trąbka, za którą ta jedna podąża nasłuchując. Podąża prosto na mnie, choć to nie ja piszczę. Cześć malutka! Tak się cieszę, że ją widzę. Znowu to się dzieje. Każda sarna która ostatnio się pokaże, idzie prościutko do mnie. Miłość. Bezinteresowna wdzięczność zwierzęciu, z uciechą że przyszło, pokazało się, zaufało, obdarzyło swoim cudownym widokiem. Dawniej wstydliwe skrywana, dziś eksponowana i wyrażana w słowach, gestach, opiece, uśmiechu. To ona przyciąga jak magnes swoim promieniem zwierzęta do człowieka. Choć pewnie same do końca nie wiedzą co kieruje ich kopytkami, ale jakoś tak zawsze zbaczają do mnie. Niemal na każdej wyprawie. Wiem całym sobą, że to nie przypadek.

P90909-180732

Ten fragment lasu jest naprawdę magiczny. Niewielkie pagórki, drzewa porośnięte pnączami, chmielem i powojnikiem, strojne niczym w kożuchu. Drzewostan mocno zmieszany, różnorodny. Zabłąkały się nawet topole. Przechodzę przez porośniętą turzycą i tatarakiem dawniej zalewaną łąkę i staje nad rzeką. Rzucony niedbale, przewrócony, zdezelowany, zardzewiały mostek przypomina o tym co było tu kiedyś. Przeprawa nie jest łatwą. Śliski metal i cienki pasek ‘’przechodny’’ dla nóg, trzeba się cały czas trzymać aby nie spaść. Pada w sumie niewiele. Przerywa kropelkami. I wtedy go poznaję. Ogromny Dąb, rosochaty i strzelisty pyszni się na skraju polany. Mocarny jest. Choć podobnego wzrostu co Krzesimir, zupełnie inaczej zbudowany. Krześ ma równą rozłożystą koronę, harmonijnie kopułowo rozbudowaną, a ten jakby ramionami niebo podtrzymywał… podobne dębiszcza widziałem w Puszczy Białowieskiej, tam gdzie rozwój na wysokości w pierwszej kolejności stanowi o przetrwaniu. Okaz zdrowia i krzepy. Byłem u niego jeden jedyny raz z grupą Wędrowną i w ogóle nie wiem jak się zachować. Zapamiętałem go dobrze. To taki jegomość, co potrafi pracować z trzema osobami na raz, i to od pierwszego kontaktu. Rzadkie u Drzew. Może okazać przesadny szacunek? Pokłonić się, schlebiać? Bo dęby różne potrafią mieć osobowości. Bywają ciepli jak opiekuńczy ojcowie, srodzy dyrygujący dowódcy, lub równi bracia. Potrafią dominować. Od niego nie odbieram niczego ‘’ponad’’. Jest przytulnie i łagodnie. Jakby znał swoją siłę, słabości, nas. Świadoma Dojrzałość.

– Dzień Dobry, Kochany!

Lekki zryw korony. On mówi, że czekał. Aż przyjdę ponownie. Tyle czasu…Dlatego Krzesimir ciągle wygania do innych drzew. Tyleż osobowości. Jak określać, nazywać, te charaktery tak ulotne jak szum ich listowia na wietrze? Od razu chwyta mnie swoim ciepłem, a ja nie opieram, poddaję. Moje ciało wypełnia dudniący pomruk. Płynie od jego korzeni. Niby wibracja niższa zdaje się, ale to nie tak. Jest swojska, znana, luba…Tym razem jest ze mną zestrojony. Ciało nie drży, a rozświetla z Duszą. W pewnym momencie dzieje się… coś..

P90909-160440

P90909-175806

Tam w centrum splotu słonecznego drży poczucie. Siły i Mocy, które natychmiast gaśnie. Przytłumione… moim strachem. I czego się boję? Wiem. Tej siły, która wiąże się z odpowiedzialnością. Za swoje życie, wybory i jego kształt. Rozbłyska znów cudownie w sprawczości i gaśnie jak przy rozruchu starego samochodu. Dąb próbuje mnie ‘’odpalić’’. Rzeczywiście, pomimo wszystkiego co zrobił Krzesimir dla mnie, z tym tematem jeszcze nie pracowałem. Przenika… Mówi,

– Korzenie, Liście, Konary… Wszystko biorę co mi potrzeba. Postanowiłem. Wiem, że tu jest, bo tak być powinno od zawsze. Woda, pokarm… Jeśli nie ma, będzie. Tego jestem pewien. Planuję, działam, powoli a skutecznie. Zamysły w czyn wprowadzam głęboko wszystkimi sposobami, wtedy się dzieją. Sprawdzam, badam, lecz ufam, bo wiem. Nie ma żadnego zaskoczenia w mym życiu. Wszystko co może się wydarzyć już było i miało miejsce. Jeśli nie w moim istnieniu, to w innych. Stąd znam. Podziemne opowieści grzybów i korzeni. Nie muszę sam uschnąć, by wiedzieć jak to jest. Bo w moim życiu już było. Od żołędzia przez siewkę, i Drzewo, po rozpad, i tak wciąż od nowa. Czy nie brzmi Ci to znajomo? Tu zdecydowałem rosnąć. Tutaj mnie posiało. Nie mogę zmienić miejsca, ale mogę dać z siebie wszystko całą mądrością mych przodków, by zaistniał rozkwit. Ty możesz, dużo więcej. Możesz znaleźć się w dowolnym miejscu na Ziemi. Ponieść wiedzę szybciej. Wy ludzie fascynujecie nas, z wielu powodów. Dlatego Drzewa szukają kontaktu i dają o sobie znać. Chcą tworzyć razem przyjazny w doświadczaniu świat, dla wszystkich stworzeń. Drzewa dają podwaliny bytu, którego nie jesteście w stanie zastąpić niczym. A wy poruszacie się w sferze, i kreujecie cuda z marzeń. Popatrz, ile idei zaistniało. Stało się rzeczywistością. Tylko dlatego, że ktoś ufał, wiedział, bo widział jak bardzo jego marzenie jest prawdziwe. Poczuł je całą Duszą. Ty już znasz to uczucie. Tylko dlaczego…je gubisz? Dlaczego boisz się odpowiedzialności za siebie? Zapewniam Cię, to jedno z najpiękniejszych uczuć. Pełne Mocy i Szczęścia. Gdy decydujesz i stanowisz, i otrzymujesz coraz więcej, rozrastasz się… Tak jestem, jako Drzewo. Dostaję i biorę co mi potrzeba, a potem obdarzam innych. Ty bardzo się zmieniłeś. Zacząłeś tworzyć i teraz nas obdarowujesz. Najpierw przychodziłeś do nas po pomoc, wsparcie, radę. Zawsze je otrzymałeś. Dziwiłeś czemu Drzewa rozpękają się w środku, trzeszczą, piszczą, żywo reagują szumem i zrzucaniem różnych kawałków, kiedy je mijasz? Bo teraz też dajesz. Przychodzisz do nas, kochasz, błogosławisz, śpiewasz, wieszczysz rymy, przytulasz. Już nie pytasz, nie prosisz, nie oczekujesz, tylko jesteś. Każde z mych braci i sióstr wyłapuje Twą wibrację błyskawicznie. Przypominają sobie. Przecież w Ziemi pamięć jest. O dawnych ludziach i pierwszych, czystych relacjach człowieka z Naturą. Zanim przyszło zapomnienie. Chcą to poczuć, znaleźć się w tym! I choć zdaje Ci się, że już jesteś tak daleko, znów Ci powiem – to dopiero początek…

Dudniące Dęby Polski. Mruczące. Ogrzewa mnie i drga tym ciepłem jak wielki kocur. Ale przecież nawet nie znam Twego Imienia! A Ty tyle do mnie… Zaczyna mi się rymować. Teraz ja do niego mówię. Pamiętam jak bardzo opierałem się przed tym, zaprzeczałem że to niemożliwe, nie da się bez przygotowania. Dzieje się TO. Kim ja jestem?

I Kobieta, i Mężczyzna, 
W lesie Twoja jest tężyzna,

Przychodz bywaj coraz częściej, 
I zaglądaj tam gdzie gęściej

To słyszę w odpowiedzi. Już chociaż wiem jak to działa. W przestrzeni zaczynają krążyć słowa, a duszka układa je w sens. Chcę odwdzięczyć się Drzewu.

A Ty Dębie mój wspaniały 
Rośnij w miejscu swojej chwały,

Przyjmij co Żywioły dały…

Panie wielki, o Mocarzu, 
Lasu tutaj Ty Włodarzu,

Ukochuję Cię z czułością, 
Całą swoją namiętnością

Miłość ludzką Ci przelewam
I na wszystkie wokół Drzewa

Niechaj jak najdłużej płynie, 
Przestrzeń Wasza nie przeminie

To co mogę, ofiaruję, 
Niech najlepsze nam zwiastuje

Uśmiech jeden co posiadam
W Twe konary ufnie składam,

Niechaj świeci, promieniuje, 
Naszą przyszłość, byt buduje,

Ludzi rzesze wraz z Drzewami, 
Stają ponad podziałami

Ty – My – Oni, nie ma, jedność, 
Oto wzrasta nasze sedno

Tak się żegnamy. Ciepło drzewa bucha mi w policzek. Wyczuwalne z kilku kroków. Przypominam sobie, że za pierwszym razem naszego spotkania planowałem wrócić tutaj i spenetrować pobliskie krzaki. Wyglądało wszystko obiecująco. A co on mi dzisiaj mruczał? Aby lezc, tam gdzie gęściej. Kilka kroków i znów się rozświetlam. Jak tu pięknie! Jaka mozaika! Dzikość zagrała na skrzypcach chaosu. Urwisty brzeg rzeki z osypującym się piaskiem, który tutaj szczególnie pokazuje, co dla drzewa oznacza brak możliwości zmiany miejsca… Niektórym dosłownie grunt osunął się pod nogami. Część wywróciła się i zawaliła dno potoku, gdzie rozkłada i gnije do dziś. Inne, ‘’rozciapierzone’’ chwytają się resztek skarp i trwają na przekór fizyce. Tu życie rozmawia ze śmiercią, tu widzę miejsce przeprawy jeleni z głęboką ścieżką. Wreszcie tu, wśród zamarłych modrzewi, wywróconych dębów i pokiereszowanych klonów tętni ptasie życie. Jak to dobrze, że zabrałem lornetkę! Ale myliłby się ten, kto rzekł że z takim udogodnieniem obserwacje to fraszka. Ptaki są szybkie i zwinne. Kryją się w liściach, migiem zmieniają miejsce. Są w stałym przepływie. Dąb z oddali huczy mi, że one mają niezakłócony wewnętrzny kompas intuicji i zawsze przylatują do Drzew, które je wołają. W zamian za pokarm, rozsiewają w dal nasiona. Dlatego pokazywały się w przesłaniach. Tak są połączone.

Mysz skacze po korze. Hola, jaka mysz! W szkłach lornetki rozpoznaję – to pełzacz leśny. Wspinając się okrążą pień sosny, w międzyczasie szukając pod korą ukrytych smakołyków w postaci owadów. Dopiero przy 8 krotnym powiększeniu widać, jaki on skupiony na swej pracy, niepozorny, puchaty, a słodki. Mina ciekawego kombinatora, który zna tu wszystkie zakamarki. Nagle, kolor. Podążam za nim. Ojej! Widzę, że dopiero teraz będę prawdziwie poznawał swoje ukochane ptaki. Na drzewie obok psoci kowalik. Ptasi szmaragd, z pomarańczowym brzuszkiem, choć w kolorze nie tak intensywny jak zimorodek. Ten jakby był przystosowany do ‘’ślizgania się’’ po korze drzew, co też zwinnie czyni zjeżdżając głową w dół. Czyni go to ewenementem wśród ptaków. Dzięki lornetce uśmiecham się w lesie jeszcze częściej, widząc puchate maleństwa w takiej bliskości. Mały świerk pod nogami powoduje drugą turę czułego uśmiechu. Jest uroczy. W ogóle małe drzewa dla mnie, to jak dla innych pieski czy kotki. Takie wzbudzają mi uczucia. Kucam i głaszczę. Mówię…

A Ty świerczku, mały zuchu, 
Rośnij tutaj w leśnym puchu,

Chodz, podniosę Cię na Duchu,

Choć ześ mały i w półcieniu, 
Życie czeka Cię w spełnieniu

Wzniesiesz bujnie się w przestworza, 
Igieł mrok rozświetli zorza,

Przejdzie gdzieś Wędrowiec tędy, 
I zaprosisz, do gawędy…

P90909-173525

Wrycie. Za plecami leci łoskot. Odwracam się błyskawicznie i co widzę;

Gruby, suchy konar brzozowy spada zahaczając o gałęzie, i osypuje wianuszek złocistych liści, które strącił. Gruchnięcie o mech, pęknięcie. Listki lądują wirując wokół. Patrzę oczarowany. Ależ magia, ależ moc! Jak on mógł się złamać? Nie wieje przecież, a on solidny… Spoglądam na właścicielkę zguby. Smukła, z pozoru zwyczajna brzoza, i zdrowa, choć pewnie bywało lepiej. Ale… Coś z nią inaczej. Od nasady pnia po koronę biegnie ciemna pręga, aż po czubek. Ona chyba… Oberwała piorunem. Na to wygląda. Bo skąd taka smuga? Pierwsze widzę. Im wyżej tym bardziej czarna i przypalona. Ale żywa. Oż Ty! Przeżyłaś kuksaniec od żywiołu. Taka pobudka. Dziś sama rzucasz gromami. Wiem, że w ten sposób mnie wzywa. Jaśniej się nie da. Podbiegam do niej, a brzózka drga we wstrząsie, zrzucając mi kilka listków. Ogromna, przeogromna radość. Dlatego, że zareagowałem. Przytulam czołem omszoną korę. Jest miło, dobrze. Po kilku minutach tej euforii wszystko jakby we mnie osiada. Znika. Głowa zaczyna pobolewać lekko, choć wypieram, to już wiem…

Hej, hej… Ty sobie tylko bierzesz, prawda? Pompujesz ile wlezie. Uleciał gdzieś cały nastrój od dębu. Stop!

Zaskoczyła mnie, choć nie zdziwiła. Na moment osłabiła. Czasem Drzewa po tragediach życiowych chłoną jak leci bez pytania o pozwolenie, miałem tak raz z dębem. Taka ludzka energia, jest dla nich niczym zastrzyk morfiny dla cierpiącego. Ale tu lecznicza brzoza, dawczyni, pięlegniarka… Musiało ją mocno oszołomić. Przerywam proces taktownie, wrócę tu kiedyś wytłumaczyć jej co się stało i spróbować przywrócić ją do harmonii. Drzewny szok potrafi trwać latami. Tak samo po przycięciu. Z dębem mi się wtedy udało. Przestał ściągać, wibrować zawołaniem pomocy, a zaczął zielenić zdrową stroną i cieszyć dniami które mu pozostały. Też po piorunie pacjent. Tylko on się rozpękł. Ona miała szczęście. Musiało być bardzo mokro. Mozaikowy zakątek wabi wieloma obietnicami, tu świerki obdarte z kory porożem ćwiczone i zalane żywicą, tam świetliste miejsca na podsiadówki, no i chór sikorek z bębnami dzięciołów, do tego pełzacze, kowalik. Ptasie uroczysko. Gdzie śmierć, tam one… I jakby nie patrzeć, to ptaki są głównie tymi, które rozsiewają drzewa i przenoszą w swym ciele ich nasiona nieraz na wiele kilometrów.

Gzy i strzyżaki. Choćbyś zabezpieczył się przed każdym możliwym robactwem, wobec nich pozostają bezsilne wszelkie środki. Moja metoda, to WIEM i ZNAM miejsca w lesie z których następuje atak, i każdego zgniatam od razu w palcach. Jeśli tego nie zrobić, siada ponownie. Namolne są. To działa jeśli nie ma ich dużo i masz wrażliwą skórę, że wyczujesz. Trzeba uważać. Wchodzą do uszu, nosa, w oczy, we włosy, wszędzie… I choć rzadko ‘’gryzą’’ jeśli już się zdarzy, opuchlizna utrzymać się potrafi miesiące. Podobno coś tam przenoszą. Tu zawsze wszelkie teorie o jedności, miłości i współistnieniu stają mi pod znakiem zapytania. Ale przecież Drzewa też nasączają się toksynami w liściach, aby walczyć z tym co podgryza. Ustanawianie granic i obrona własnej przestrzeni J

Szaruga. Jedno z najpiękniejszych wcieleń jesieni. Wieczór długi, a ponury ze zmierzchem kroczącym powoli, rozwlekle, choć zdecydowanie. Spędzam go w uwielbieniu. Długo wyczekiwany, tęskniony. Ciemność wypełza znienacka, choć w zapowiedzi wcześniejszej. W takiej scenerii obserwuję kolejne zdziwienia. Zmierzchowa lornetka wskazuję porę, że na polach rozpoczyna się towarzyskie życie saren. Dociera do mnie ile bez niej musiało mnie dotąd omijać, kiedy przeczesując teren dostrzegam tu i tam rozrzucone zwierzęta. I one ufają szarudze. Z kukurydzy wynurza się dziwna para. Jest sarna – ruda, jeszcze w letniej szacie (podobnie jak wszystkie dziś widziane) ale druga nieco większa i brązowa, zupełnie jak sarna w futerku zimowym. Ale że już teraz? O co tu chodzi…Trzymają się razem, spoglądaja na siebie, widać że to duet. Wgapiam się w to brązowe. Wychodzi na to, że to jeleń. To przecież dwa różne gatunki. Wtem one zaczynają biec przez pole. Jakby coś je wypłoszyło. Może ktoś idzie? Niczego nie widać. Spoglądam dalej na horyzont a tam pod kukurydzą raz, dwa, trzy, cztery! Tu już wielkie łanie jelenia z jednym młodym szpiczakiem stąpają ostrożnie. Czyżby one spłoszyły sarny? Na to wygląda. Z przeciwnej strony pod lasem, luzno pasie się saren dziewięć. Gołym okiem w ogóle ich nie widać, tak się zlewają. Oh, ilu niepotrzebnych płoszeń teraz mogę unikać. Dawniej pewnie puściłbym się tamtędy na powrót i wypatrzył je za późno aby mnie nie spostrzegły. Teraz lustrując teren, mogę go opuścić nikomu nie przeszkadzając. Lornetka Kochani. Sprawcie sobie na wyprawy koniecznie.

Pole przypomina autostradę. To znaczy – z jednej strony sarny idą do kukurydzy, z drugiej inne wracają, w kolejnym krańcu jelenie zmierzają na wodopój. Musiały tam przesiedzieć cały dzień. Biegną truchtem, co jakiś czas zatrzymują. Sarny też. To takie śmieszne. Każde z tych zwierząt słyszy drugie z daleka i przystaje na chwilę aby posłuchać. Uspokojone mknie dalej w kierunku obranym. A ja pogrążam się w rozkoszy obserwacji. Dopiero po chwili zwracam uwagę na dwie sarenki, mniejszą i większą, które zatrzymały się równo z linią mojej czatowni. Niedaleko. Stoją i stoją. Jakby otępiałe. Dwadzieścia minut… Totalna ‘’zawiecha’’. Czyżby i tam doleciał je mój uśmiech? Odebrały? Bo przecież zapachu czuć nie mogą. Chłodny wiatr szarpie mnie od ich strony, tak… Dziś jestem w rozkoszy obserwacji. Wcielenie Czatownika ma swoje błogie używanie. Gdybyż było widać dokładnie, siedziałbym tu całą noc. To pewne. Na każde zimno można się ubrać, każde można przetrzymać. Sprawdzone w praktyce. I sam siebie pytam wtedy, czy ja jestem >Normalny< ? Myślę o ludziach siedzących teraz w ciepłych domach przed telewizorami, z tostem na kolację, czy co tam lubią. Stąd widzę światła w oknach. Nie oceniam, ale czasem sobie myślę. Po swojemu. Tu rzut kamieniem od osiedla kukurydzisko i takie widoki. Zaraz dziki wyjdą. Młodociane puszczyki gonią w pomyłce za liśćmi. Śmigła kuna na łów wyrusza.Świat, choć oddaje się w otulinę mroku, jeszcze tyle ma do opowiedzenia w gawędzie. Kilometr dalej huczy rykowisko. Deszczyk kropi pięknie.Wiatr w szuwarach melodie wygrywa. Myli mi się. Gdzie jest to ‘’prawdziwe życie.’’ Które przyjęliśmy za własne, choć nigdy nim nie było. A które było od zawsze, choć w wygodzie i natłoku wyparliśmy z pamięci. Czy tam, w sztucznym świetle, przed wyreżyserowanym pod oczekiwania publiki programem jest ono, czy tutaj, gdzie choć i ślad człowieka przekształceń widać jeszcze, pędzi skrycie swe tajemnice gros futrzastych i kopytnych istnień?

9.09.2019

1

Dzień Wędrowny z Dotykiem Serca. Podróż do Drzew Mocy

Gdzie choć dwóch spotka się, by w Ciszy Serca celebrować Świętość Natury, tam zadzieją się cuda. Tak powiedział mi Dąb Krzesimir, na moje pytania odnośnie wspólnych wiosennych wędrówek z drzewami. I cuda działy się od początku wyprawy. U progu lasu powitał nas kolorowy bażant. Kogut pysznił się barwami, paradując strojny w królewską szatę, wcale się nie bojąc. Słowiański feniks odrodzenia. Dla mnie bardzo ważny znak. Kiedy rok temu poprowadziłem pierwszą wiosenną wyprawę do śpiewu słowików, również naszą grupę powitał i pożegnał bażant. Doskonała okazja, aby na wstępie opowiedzieć coś o pochodzeniu i zwyczajach tych ptaków. Agnieszka przyjechała aż z Gdyni na dwa dni, po to aby odwiedzić Drzewa Mocy, dowiedzieć czegoś więcej o nich, oraz nauczyć księgi czytania lasu, zaznajomić z obyczajami zwierząt. Na co dzień zajmuje się czułym masażem, przywracając ciału pamięć rozkoszy delikatnego dotyku. Miłością rozpuszcza blokady. Ale nade wszystko ukochała żywot wędrowca w podróży. Dziś miała jednak podążyć na szlaku jedynej takiej wędrówki.

P90304-114720
 
Pierwszego odwiedzamy właśnie Krzesimira. Dziś dąb wydaje się być nieco ospały. Oto pierwsza lekcja dendroterapii w praktyce. Nigdy nie nastawiać się na to, jak będzie z drzewem. Uszanować i przyjąć wszystko, jak samo zechce nas przyjąć. Chwila powitania z oddali. Kłaniamy się. Długo tulimy go oboje w ciszy, słuchając nawoływań przelatujących gęsi. Czasem lądują ich tu setki na pobliskim polu. Różne odczucia. Jakie to niezwykłe. Jeszcze przedwczoraj nasz kontakt z dębem był głęboki i bogaty, a dziś jest tak delikatnie. I jak to bywa, w pewnym momencie, nasyceni energią zaczynamy jedną z tych długich rozmów. Trudną do zapamiętania. Coś o osobistym spełnieniu, pracy, przyrodzie, jej niszczeniu, odczuciach drzew, i najdziwniejszych sprawach wszechświata. Mam wtedy wrażenie, że dąb uważnie słucha. Tak, odbieram to. Jeden z moich przyjaciół powiedział kiedyś, że Krzesimir to wcielenie pewnego mędrca, z dawno nie istniejącego już lądu o nazwie Lemuria. Takie wybrał sobie doświadczenie. Gotów zawsze byłem w to uwierzyć, widząc jak poprowadził mnie w życiu. I kiedy wypowiadam te słowa, między nami wirująco osiada ostatni suchy listek. Patrzymy sobie w oczy, głęboko poruszeni. Drzewo odpowiedziało potwierdzeniem. Zapomniana komunikacja. Obok siebie dostrzegam ślad po sarnie, która przychodzi poleżeć tutaj nocą. Nieco dalej, odcisk małego dziczka. Ile on ma tu przyjaciół. Przychodzą tak samo jak my, pewnie po prostu dobrze czując się w jego towarzystwie. I każdy znajdzie swój czas i miejsce. Gdy wczoraj wieczorem kierowały się do niego sarny, on przekazał im, że mają jeszcze nie podchodzić. Zatrzymały się w oddali. Byłem akurat ja. Wycofałem się cicho, zostawiając zwierzętom i drzewom przestrzeń do własnych spraw.

P90304-171453

Po długim pożegnaniu z dębem, ruszamy piaszczystą drogą pod lasem, w kierunku Dębowego Szlaku. Bardzo wieje, choć jest ciepło. Po niebie pędzą tabuny granatowych chmur, co i raz pozwalając wyjrzeć cierpliwemu słońcu. Mijamy tropy jeleni, saren i dzików, odciśnięte w ziemnym pamiętniku. To dobra trasa aby im się przyjrzeć, gdyż tu wychodzą z lasu na pola, żeby skosztować specjałów z ludzkiej stołówki. Oto przed nami. Dębowa droga. Bardzo dobre miejsce do poznawania świata drzew. Są tu jesiony, akacje, i klony. A każde inną opowiada historię. Można dłonią uczyć się odczuwania, gdyż każde promieniuje nieco inaczej. Tu Dąb Radomir, niegdyś największy mocarz tej ostoi. Dziś rozdarty na pół piorunem trwa jeszcze, zieleniąc się każdej wiosny. Minie kilkadziesiąt lat, zanim ostatecznie się podda. Ta rana jest zbyt wielka aby ją zabliźnić. Poświęcone Bogowi Perunowi przez słowian Drzewo, nie do końca potrafi poradzić sobie z jego potęgą w kontakcie. Chropawa kora, pełna głębokich bruzd tworzy przerwy, które nie przewodzą płynnie energii błyskawicy. Drzewo zazwyczaj pęka od środka, gdy zostaje porażone. Co innego takie buki, których gładka kora w ulewie doskonale przekazuje do ziemi moc błysku. One potrafią to przetrzymać. Kiedy go poznałem, pogrążony był w szoku i smutku. Wibrował wezwaniem pomocy jak najdalej i rozpaczliwie pobierał energię od wszystkiego wokół, aby się ratować. Nawet od ludzi. Osłabiał w parę chwil. Odbyłem z nim kilka rozmów i dziś odczuwam zmianę nastroju drzewa. Już jest pogodzony i cieszy się tym, co mu zostało. Przykładając dłoń, nad korą, można poczuć różnicę. Od przodu bucha jeszcze ciepło, z tyłu na ranie, nieprzyjemny chłód. Choć drzewa mogą Ci poprowadzić rozmaitą terapię, same czasem potrzebują pomocy. Chwilę tulę jedną z przyjaznych akacji, choć dziś nie pobędziemy dłużej. Obok, w młodym sosnowym zagajniku sycimy się leśnym zapachem. Uśpione pędy sosen, zerwane i roztarte w palcach, choć kleją żywicą, kojącym pieszczą nos aromatem. Pobudza, ożywia i zachęca do dalszego odkrywania tutejszych specjałów. Nad bagnem krąży jakiś ogromy ptak drapieżny. Jest potężny. Chyba w życiu takiego nie widziałem. Pozostajemy w zachwycie i zdumieniu, wobec majestatu ptasiego pielgrzyma. Choć nie dałbym ręki sobie uciąć, prawdopodobnie to Bielik. Miauczące dotąd w spokoju myszołowy, próbują go atakować bezskutecznie. Naruszył terytorium tej pary. Ale widać, że ma to gdzieś. Wnikamy do małego lasku, będącego cmentarzyskiem pokoleń brzóz. Wiele z nich porastają jakieś narośla, huby, zgrubienia. Brzozy wykonały tu ogromną pracę uzdrawiającą, uzdatniając to miejsce dla życia do innych drzew. Proces jeszcze trwa. Choć ja postrzegam to miejsce jako mozaikę życia, tu Agnieszka nie czuje się najlepiej. Niezwykłe, jak bardzo jesteśmy wszyscy inni. Przemieszczamy się jednak tędy jako skrótem, szybko. Temat śmierci i odrodzenia we wzajemnym przenikaniu pracuje mocno u obojga. Dochodzę do wniosku, że to jest tak splecione, że ciężko na pewnym poziomie rozróżnić co jest czym. Jedno umiera, drugie na tym wzrasta. I wcale nie planowałem tędy iść. Choć utarło się, że jestem przewodnikiem, tutaj prowadzi las i energie natury. Im zawierzam. Niezbadane, czasem ledwo widoczne ścieżki zwierzęcych tropów. A niekiedy wołają najbardziej niezwykłe drzewa, dotąd pomijane przeze mnie podczas spacerów. Kawałek dalej w lasku jest już inaczej. Na tarninach zwieszają się kosmate plątaniny chmielu. Śpiewają ptaki i tętni życie. Jakże inna energia, zmieniająca się w ciągu kilku kroków. Ścieżkę przegradza wnet sterta bażancich piór, ofiara innego ptasiego drapieżcy.

Wierzba

Wynurzamy się obok trzcinowiska naprzeciw wielkiej rozłożystej wierzby. Z daleka przypomina ogromnego pająka lub ośmiornicę. Natychmiast przyciąga nas do siebie. Już ją znam. Ma bardzo wygodne konary, w sam raz do leżenia i siedzenia. A rośnie w idealnym miejscu, tuż nad ścieżkami do dziczych kryjówek. Poprosiłem ją jakiś czas temu o zgodę, aby na niej posiedzieć podczas księżycowej nocy. Teraz w majestacie rozlewa się długo wyczekiwane słońce. Sycimy się nim w radości. Za nami skrzypią wesoło leciwe, powykręcane sosny. Widok rozciąga się na morze trzcin, wśród których sterczą maszty olchowych kikutów. Wiem, że tam jest woda i chyba nigdy nie zbadane przez nikogo tajemnice. Wołają żurawie. Agnieszka bardzo dobrze czuje się z Wierzbą, wprost nie mogą się od siebie oderwać. Obopólne szczęście. Ja odczuwam, że nie do końca mi tu błogo, no ale… Jestem dla gościa, a każdy z nas posiada inną energetykę. To nieustanna nauka i ciągły rozwój. Zaczynam głębiej badać wierzbę, przenikając przez warstwy nieco mrocznych, czarodziejskich energii żywiołów. Studiuję ją całą, zachwycając się jej siłą, potęgą i wolą życia. Wzrasta tuż nad strugą, na granicy miękkiego błota i mułu, w którym żadne inne drzewo nie mogłoby przetrwać. Z iloma rzeczami musi się zmierzyć, poradzić! Część konarów już suchych i utrąconych, gdzieniegdzie huba, dziury i przepastne dziuple. Podziwiam jaka jest wytrwała. Jak można istnieć, z takimi wyrwami we wnętrzu, tyle lat? Pani wodnego żywiołu. Jej nie dotyczy ludzka fizyka. Przykładam usta do kory kierując ku niej fragment dawnego wierzbowego wiersza:

W wierzbowym zakątku…
Tam szukaj wsparcia swych planów

Biegną tu ścieżki wątku,
Na odwiecznym szlaku szamanów,

Pokłoń się wody kapłance, pani bagiennych żywiołów,
Bacz by nie tracić w walce, energii dla psotnych chochołów.

Skrzat w dziupli zmurszałej, ogniste wypuszcza iskry,
Pyta dziewczynki małej, czy duch jej w pełni jest czysty.

Noc się zakrada z szelestem, cieniem okrywając sitowie
Opowiada wraz z mroku chrzęstem, o czym śpiewają skrzatowie.

Sowa w mądrości wcieleniu, na spróchniałym pohukuje konarze,
Straszy tym co przeszkadza w spełnieniu, odwagi trzeba Ci w darze.

Zjawa z mgłami przybywa, szeleści w krainie szuwarów,
Zmysły zaklęciem okrywa, przenosząc do dawnych wymiarów,

Czarownic drzewo przodków swych słucha, zaglądając w arkana czasu,
Chce przygotować Twojego Ducha, byś magię sławiła lasu.

Życie, istnienie, i upór, mieszkają w pozornej śmierci,
Wiedźmy swe czary wskrzeszają, czytając z pradawnej pamięci.

Bóbr chrobocze u pnia, końca już wieszcząc nadejście,
Nowego blask świta dnia, przestrzeni zwiastując przejście.

Z czym do nas przychodzisz wreszcie!
Osobistej dokonaj spowiedzi,

Gdy ziemi i wodzie zawierzysz,
objawią się odpowiedzi.

Świat to nie zawsze piękny, ten w którym chcesz się zanurzyć
Pytaj o radę wierzby, z listowia będziemy Ci wróżyć.

Jesienną słotą i wichrem, tam czarujemy przy szarej strudze,
W deszczu szaleństwa ulewy przykrej,
z wszelkich oczyścisz się złudzeń.

Wypowiadam do niej. Znam na pamięć. Drzewne wiersze to takie klucze, otwierające wrota do wspólnego kontaktu. Zaczyna targać wicher, a ona skrzypi dyndającymi kikutami resztek gałęzi. Dzieje się moc. Wiedzma pokazuje swe czary. I już czuję się dobrze. Wierzbowa babcia okazuje się być bardzo czułą, ciepłą i troskliwą Istotą. Otula nas tak piękną energią, że wcale nie mamy ochoty wędrować dalej. Robimy dłuższy postój na herbatę, zasłuchując się w szemrzącej muzyce szuwarów, zjednoczonych z pluskotem strumienia. Następnie podążamy dalej wzdłuż niego, obserwując jeszcze większe wierzbowe zjawy i urwisty brzeg rowu. Na polu dostrzegają nas dwie pary gęsi. Alarmują krzycząc. Są czujne. I choć opowiadam o ich inteligencji, życiu rodzinnym, przywiązaniu i zwyczajach, odlatują ku niebu. Nic dziwnego. Gatunek określony przez człowieka przykrym mianem jako ‘’łowny’’ zawsze pozostanie w ostrożności.

P90304-124305

20190304_125246_Film1

Jesion

Kolejny etap naszej podróży, to polna ostoja, gdzie zamieszkał Jesion Jaremi. Idziemy po miękkiej ziemi, delikatnie zapadając się na śliskim błocie. Przecinamy wstęgi dziczych tropów. Na skraju swego małego raju, oto i jest. To chyba tak naprawdę ulubione z moich drzew, choć odwiedzam tak rzadko. Kłaniamy mu się oboje, a ja próbuję wybadać, poczuć, co też u Niego. Od razu burza radosnych uczuć. Ciężko mi powstrzymać wzruszenie. Widać drzewa cieszą się, kiedy do nich przybywać razem aby wspólnie pobyć. Tak tego łakną, po wiekach przedmiotowego traktowania., prześladowań. I jemu również wypowiadam jesionowy wiersz, jakim kiedyś mnie obdarował. Tulimy się oboje bardzo długo. Za nami w zagajniku szaleje żywioł. Wicher szumi z mocą, jak ogrom oceanu w sztormie. Zdumienie przechodzi w zdziwienie, jak to możliwie, że kilkanaście niewielkich drzew powoduje tak głośny szum. Orgia wiatru pędzi nie wiadomo dokąd. Odkrywam przy tym, ze każdy gatunek drzewa szumi nieco inaczej. Dla mnie jednak najpiękniej nucą sosny. Proszę jesionu o najlepszy dar dla mojego gościa. Nie mam pojęcia, co mogłoby to być. I wtedy dzieje się następny cud. Z zagajnika na pole wychodzi grupka saren, z rogatym koziołkiem na czele. Były z nami cały czas niedaleko. Są bardzo blisko, Agnieszka szepcze, że jeszcze nie widziała z takiej odległości. Widać wyraznie jak otrząsają łebki, skubią oziminę, patrzą na siebie, to drapną kopytkiem. Jestem bardzo szczęśliwy. Cieszę się, że mojemu gościowi dane jest to zobaczyć. Najbardziej obawiałem się podczas wspólnych wędrówek, możliwego płoszenia zwierząt.  I tak staram się unikać ich ulubionych miejsc, ale tu w okolicy takie sarny potrafią pojawić się nawet na osiedlu. Dąb wtedy powiedział, aby się tym nie martwić. Teraz wiem, że drzewa poprowadzą nasze kroki tak, by wszystko zlało się idealnie i nikt nikomu nie przeszkadzał. Moje marzenie właśnie się dzieje. Człowiek, cisza, natura, żywioł, proces, rozwój, zwierzęta. Wszyscy w jednej harmonii, obok siebie. Współistnienie. To jest możliwe… Jak miało się okazać, to był dopiero początek sarnich niespodzianek. Gdy oddalają się nieco, dzielimy się myślami i odczuciami po kontakcie z Drzewnym Bratem. Oboje usłyszeli o pełnej wierze w siebie, i zaufaniu sobie. Kolejny temat do wspólnej pracy,  przerobienia, dyskusji. Zanim pożegnamy się z jesionem, pora zwiedzić jego zakątek.

P90304-134428
Migawka między topolami. 

Podziwiamy lisie nory. Obok walają się resztki kości, po kaczce lub bażancie, oraz czymś większym. Tu również gawędzę nieco o lisich zwyczajach i sekretach rudego żywota. Kiedy z szuwarów wyłania się sarna, nieruchomiejemy, czekamy. Ona przechodzi dalej. Już wiem, że tędy nie pójdziemy. Chciałem pokazać bobrowe tamy, jednak wiem, że jesteśmy gośćmi w tym pięknym świecie. Wycofujemy się, pozostawiając sarnę w spokoju. Na krzaczastych głogach ulokowały się niecki ptasich gniazd. Obserwujemy kunszt budownictwa pokrzewek i drozdów. Do niektórych zaglądamy, odnajdując w ich wnętrzu utulone w śnie liście. Przetrwają tu dłużej, niż ich znajomi w ściółce. Nagle dzieje się znów. Na wierzbie przed nami dostrzegam sikorę ubogą, ale tuż za nią zawisł…raniuszek! Śliczne puchate maleństwo od razu budzi nasz uśmiech. Mój szczególnie, bo to moje ulubione ptaszki, a nie widuje ich się tak często. Ptasi goście uwijają się chwilę i znikają. Ja wiodę na inną ścieżką, którą odkryłem całkiem niedawno. Jest niesamowicie ukryta za gąszczem tarnin, trzcin i niskich wierzb. Z obu stron jej nie widać, i nie wiedziałem o niej przez lata. Zwierzęta korzystają z niej prawie wyłącznie nocą, co już zdążyłem wybadać. Delikatny wydeptany kopytkami i raciczkami trakt wzdłuż rowku, z którego piją. Dopiero tutaj można uświadomić sobie, jakie bogactwo istnienia wszędzie się kryje. Jesteśmy niemal w połowie tej trasy, gdy nagle cichcem podnoszą się trzy buro – czarne sylwetki. Bezgłośnie. Moje zdumienie wzrasta, kiedy rozpoznaję trzy średniej wielkości psy. I można by pytać, co u licha tu robią, lecz odpowiedz jest oczywista. Pół zdziczałe, wybrały się na łów. Nie zwracają na nas większej uwagi, odchodzą i kładą się na polu. Pewnie uciekinierzy z pobliskiej, widocznej na horyzoncie wsi. Wiedzą, że człowieka lepiej unikać… Przynajmniej podczas kłusowania. I możliwe, że mają na co dzień pełne miski, ale praktyka okolic wiejskich, puszczanie luzem, powoduje budzenie się instynktu i chęć do wędrówek. Nie wyglądają na wygłodzone. Obserwujemy jak leżą leniwie. Dla nas jest bezpiecznie, choć właśnie dostrzegamy zmierzającą w ich kierunku niczego nieświadomą sarnę. Jest tuż. Psy podrywają się zaskoczone i pędzą w jej kierunku. Wtedy mnie rusza. Wiem, co potrafią zrobić. Nie będąc tak sprawne w zabijaniu jak wilki, potrafią tropić i ganiać sarnę, dopóty jej nie zmęczą. Rozrywają po kawałku, często w zabawie. Większości nie zjadają.

Wokół pełno wsi, tu zawsze znajdzie się pełna miska. Choć nie jestem na nie ani trochę zły, reaguję, ruszam przed siebie i gwiżdżę. Znają to. Cała trójka posłusznie zawraca i chyłkiem udają się w kierunku wioski.

Kiedy żegnamy się z Jesionem, wiatr wzmaga się do niemożliwości, wzniecając na polach tumany wirującego pyłu i piasku. Szaleństwo unosi się w powietrzu. Tchnienie szału. Kurzawa. Biegniemy do auta, krzycząc prosto w oddech ziemistej zamieci. Heeeej, iiiihaaaaa! Razem z nami mknie wolność i szczęście.

Sosny

Następny w kolejce do odwiedzin jest Świerk Gabriel, ze swoim jakże urozmaiconym i mało uczęszczanym lasem. Skarb w pobliżu siedzib ludzkich, zapomniany i niemal nie odwiedzany. Drzewa chyba wyczarowały tu jakieś zaklęcie. Przecież i ja, uznałem w myślach wiele razy ten wyjątkowy kawałek leśnego świata za nieciekawy, odkrywając jego uroki po blisko 30 latach… Witają nas tyczkowate sosny, kołyszące się niczym łan zbóż. Trzeszczą i piszczą, w niespokojnej rozmowie z wiatrem. Świetlisty bór sosnowy, promieniuje pełnią swojego uroku, kiedy spogląda słońce. Tutaj wiatru nie czuć. Drzewa bujając się, wytłumiają wszystko. Tak tu pięknie! Zatrzymujemy się. Aż chce zakołysać się razem z nimi. Zrzucając plecak czuję, jak bardzo zgarbiłem się mimowolnie podczas godzin wędrówki. Dzieje się jakoś spontanicznie, że oboje ściągamy kurtki i wyciągamy ręce w górę ku drzewnym siostrom… Pora na odprężający taniec. Agnieszka staje nieco dalej, każdy z nas ma swoją subtelną przestrzeń. Ciało odczuwa ulgę. Staram się wejść w rytm drzewnego kołysania, zespolić z jego przepływem. Jakie to przyjemne, i nieziemskie, gdy wreszcie ciało zaczyna razem z drzewami pracować w rytm jednego oddechu. Wymachy ramion. Wszystko luzno, choć żywiołowo. Miał być brzozowy taniec w Uśmiechu Serca, a jest Sosnowy w pieśni wiatru. One świszczą. Śpiewają po swojemu. W duszy nucę z nimi. Żywioł powietrza okazuje się być i niezwykłym wirtuozem. Omiatają nas deszcze lecącego igliwia. Energia ciała i ducha wnet się zmienia. Kładziemy się na ściółce, pogrążając w dotyku prześwitującego słońca. Pachnie grzybami i żywicą. Podziwiamy tańce drzew i białe kłęby wyobrazni mknące po błękitnym niebie. Teraz nie trzeba słów… Czas zatracił się gdzieś w niemym zapomnieniu. A może po prostu nigdy nie istniał?

P90304-160001
Odpoczynek po tańcu w świetlistym Borze Sosnowym.
P90304-155946

Świerki

Docieramy do Gabriela, kiedy pogoda znów się zmienia. Mijamy półmetrowe doły wyryte przez dziki. Wiatr nabiera mocy. Więcej chłodu i nieco deszczu, zrasza co i raz nasze buzie. W oddali nad bagienkiem stoją sarny. Zawsze można je tu spotkać… My znów w drzewnym tuleniu. Agnieszkę przywołał inny świerk, kompan Gabriela. Okazał się być kompanką… Pozostajemy w ciszy długo. Bukowe liście co i raz zrywają się w pląsach wirującego tańca. Gonią się zadziornie tuż nad ziemią. Wierzba ukazała w Agnieszce wcielenie dawnej czarownicy, i odtąd powietrze zaczęło wirować w takich zjawiskach. Wiem, że to jej procesy. Tak dużo się dzieje. W oddali śpiewa pełzacz, i odzywa się skryty grubodziób. Nawołuje dzięcioł czarny i podzwaniają sikory. Praca ze świerkami, to zazwyczaj głęboki wgląd we własny mrok. Świerki są dostojne, dumne, ale też krnąbrne i niepokorne. Nie owijają niczego w bawełnę. Prowadzą do prawdy, bez względu na to jaką ona jest. Sarny podnoszą się, to przemieszczają nieopodal, a ja jestem szczęśliwy, że dzieje się właśnie tak. Że możemy być tu wspólnie razem, i nie wchodzić wzajemnie w paradę. Tak się obawiałem! Kiedy Gabriel powiedział, że mogę tu przychodzić z kimś innym. Ale przecież, sarny? – Pomyślałem wtedy od razu. Wicher szarpie ciemnozielonymi koronami, i robi się coraz mroczniej. Drzewo buja miarowo, jakby to tylko był delikatny dla niego wietrzyk. Można na moment zjednoczyć się z tą siłą. Wycie wichru miesza się z szumem, osiągając apogeum. My nadal tulimy. Niewzruszeni. Wyłączeni. Niezłomni, jak one. Świerki zaczynają rzucać w szale szyszkami, które z impetem rozpędu wgniatają w dywan bukowych liści. Prysznic igieł. I wtedy słyszę ich wołanie…

-DLACZEGO WIECZNIE SZUKACIE POŚREDNIKÓW?
TAK POTĘŻNE, TWÓRCZE ISTOTY…
– DLACZEGO NIE UFACIE SOBIE?

Zdziwiony, nieco przekorny, jak to ja, pytam:

– Ale przecież świerki też muszą polegać na ziemi, deszczu, owadach, innych? Czy same kształtują swój byt?

Odpowiedz zlatuje w furii kolejnych szyszek. Ale nie są na nas złe. Za chwilę wszystko się ucisza. Przebłyskuje słoneczny pomarańcz, który jeszcze dotyka ciepłem aż do zmierzchu. A świerkowe korony błyszczą się w złocie, już zainteresowane jedynie chwytaniem resztek mijającego blasku. Jakby nic się tu nie zdarzyło…

P90304-170846

Dęby

Wieczór spotyka się z nami w przejrzystym, dębowym zagajniku, nad jednym z oczek wodnych. Ostatnia iskra czerwieni wnet znika za ciemnicą gąszczy konarów. Tutejsze dęby bardzo są przyjazne i odkryłem je przypadkiem. Ilekroć tu jestem, nie mogę się nadziwić. Tak blisko ludzi, tyle wspierającej energii… Wystarczy wyjść z domu, kilkanaście kroków… Nie odwiedza nikt. A one otulają nas ciepłem. Grzeje aż w plecy. Jaka różnica, w porównaniu z zimnymi świerkami. Wibrują radośnie. Są może nie aż tak stare, ale wysokie, strzeliste. Grupa rodzinna. Ich siła w rodzie. Wzmacniają się wzajemnie. Odczuwam między nimi bliską więz. Koncert zmierzchu upływa przy okrzykach alarmujących kosów. Jedyny gwar dogasającego dnia. Jest już szaro, a widoczność ciągle spada. Oswajanie z nocą leśną najlepiej poprowadzić właśnie pozostając w nim do naturalnej ciemności. Wzrok ma szansę się przyzwyczajać, a słuch oswajać z odgłosami szelestów, które zgadujemy na bieżąco. Kochane dęby darzą nas błogością, radością, spokojem i ufnością. Mimo ciemności, wcale nie mamy ochoty wracać. Czujemy się bezpieczni i zaopiekowani. Znów nie planowałem, a jednak wyszło najlepiej. Agnieszka wspominała, że boi się nocy leśnej. Tymczasem z dębowym wsparciem, ma się wrażenie, że można siedzieć tu do rana. Mijają minuty wspólnej ciszy w medytacji tego błogiego świata. Przestrzeń uciszyła się, uspokoiła, jakby wiatr wyczerpał zupełnie całą energię. Agnieszka chwyta mnie za dłoń, wypowiadając to tak proste słowo, które jednak na zawsze wzruszenie zapamiętuje. DZIĘKUJĘ. Zadowoleni dębowie emanują poruszeni radością. Słyszę, jak nisko dudniąc, zaczynają coś mruczeć…

Usiedli wędrowcy, w zaufaniu na Ziemi,
Zawierzyli opiece, pradawnych korzeni,

Las w gościnę przygarnął, i wnętrza odmienił,
Uzdrowił przyczynę, już nie boją cieni.

Witają dęby szczodrze, ludzką część rodziny
Będzie Wam tu dobrze, bardzo tak cieszymy (dudnienie)

Hmmmmm, hummmmmmm,

Czujcie się bezpiecznie, z nami w jednym domu,
Tutaj nic wrogiego, nie zagraża nikomu,

Goście radość niosą, w ciszy się jednocząc,
Dęby tym co wiedzą, podzielą ochoczo

Mhmmmmm, buhhhhhhhh

W Ziemi dudni ruch.
W gwiazdach srebrnych pamięć przeglądamy,
Matkę naszą Świętą, pieśnią sił wspieramy

DĄB. Do siebie wejrzyj w głąb.

Znajdziesz tam moc, która Cię odmieni,
Zaufaj podstawie, swych własnych korzeni
HUMMMMMMMM
SIŁA.

Poczuj jak wypełnia i wzbiera cała w Tobie
Od dawna Tyś jej częścią, w tej jednej osobie

Duch dwojga tańczył dziś z Ziemią,
W boskim zjednoczeniu,
Serca znają już sedno,
Podążą ku przeznaczeniu.

I wdzięczność przyjmijcie głęboką
Agnieszko i Sebastianie,

Wracajcie jeszcze do Dębów
Na kolejne nasze spotkanie.

Nim się spostrzegamy, wokół panuje czarna noc leśna. Jakiś ptak, może przestraszony zrywa się z łopotem nieopodal. Pomruk dębowego echa powoli gaśnie, zostawiając nas z zaufaniem, mocą, i odwagą. Olbrzymy zasypiają. Pora i nas, wraz z ostatnim utuleniem dębowych przyjaciół w podziękowaniu. Choć żadne nie chce wracać. Maszerujemy nad bagnem obok szuwarów, całkiem dobrze widząc w ciemnościach. Gdzieś daleko krzyczy kaczor. Krzesimir jak zwykle miał rację. Tyle wieści, wglądów, niespodzianek. Na te dwa dni, cuda stały się naszą chwilą. To był wspaniały proces ❤

P90304-180622Nocna medytacja pod Dębami. A poniżej cienie wędrowców w świetle dnia.
20190304_145257_Film3

Agnieszka zajmuje się na co dzień masażami. Pomaga ciału przypomnieć sobie, czym jest najdelikatniejsza czułość. Dotyk Serca. Serdecznie polecam jej zajęcia. Można się z nimi zapoznać na stronie:  Dotyk Serca – Aga Wilińska

A jeśli i Ty pragniesz wziąć udział w podobnej wyprawie, skontaktuj się ze mną na e – mail: czeremcha27@wp.pl i koniecznie zerknij do naszego wydarzenia: Przytulanie Drzew -podróż do Źródła Istnienia.
Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść 🙂