Wiosna leśnych ludzi. Dębowy spacer Intuicji

Podczas wędrówek z Drzewami Mocy, oddajemy się świadomemu byciu w Przyrodzie. Zanurzamy w istnieniu jakie nas otacza. Donikąd nie spieszymy. Przeglądamy siebie w maleńkim życiu. Tu w rowku płynie do swoich spraw jaszczurka żyworodna, a na polu gna na polowanie błyszczący sprinter – biegacz złocisty. Pochylamy z uśmiechem i nad nim. W mikroświecie wszystko ma swój odpowiednik. Chrząszcze biegacze, to takie jakby miniaturowe pantery, wilki, ścigające swoje ofiary. Znajdziemy tu i padlinożerców oraz roślinożerców, jak i ‘’na górze’’. Krzyczą gęsi. Las śpiewa już po wiosennemu – niedawno przybyły pokrzewki i piecuszki. Odkrywamy bogactwo jego mieszkańców. Kwiaty otwierają i uśmiechają do słońca. Tym nie mogę się oprzeć, każdemu robiąc fotograficzny portret. W domu z atlasem zapoznaję gatunki i dowiaduję czegoś o nich. Postrzegam, jak bardzo się zmieniłem. Dawniej dla mnie niemal niewidoczne, dziś nie potrafię przejść obojętnie obok żadnego kwiatu. Jakby wołały, zobacz jaki jestem śliczny! Spójrz do czego prowadzi Światło… Maleństwa chcą się pokazać i opowiedzieć światu o sobie. Ta wyprawa to takie moje Święto Duszy, bo wreszcie zawitali do mej przestrzeni mężczyzni na wędrówki. Pamiętam, jak długo opierałem się przed tym. Pewnego dnia, przyszło zrozumienie, że na poziomie duszy, nie ma to żadnej różnicy. I zgoda łagodna się pojawiła. Również oni potrzebują odetchnąć sobą, przypatrując się światu okiem kochającego las wędrowca. Mężni, srodzy, nieustępliwi wojownicy. Cudownie ich otwierać, i patrzeć jak zsuwają się sztywne zbroje lat. Jak kiełkuje zachwyt i wrażliwość.

20190413_121706

Las kipi już tętnem wiosny. Drzewa i krzewy okryły delikatnym puchem świeżej zieleni. Inne kwitną. Mroczne, gęste, czarne, tarniny dziś weselą się setkami śnieżnych kwiatuszków. Co za zmiana! Wszystko wokół dzwięczy odwieczną pieśnią życia. Na dębowym szlaku Krystyna zauważa brązową ptaszynę – samiczka kosa w gnieździe. Na wysokości ramion, choć idealnie zakamuflowana. Zastanawiam się, co kierowało ptakiem przy wyborze tego miejsca. Jeżdżą tu przecież rowerzyści, okrążają biegacze, ale fakt – bardzo trudno ją wypatrzyć. Pisklęta będą natomiast doskonale widoczne i głośne… Tak samo, każda kuna może bez problemu dostać się od spodu. Komu się powiedzie? Historie żywota…

Lekcja

 

20190413_143325

Ścieżka nasza wiedzie nad bagnem, choć po drodze mijamy różne przejawy tworzenia siedlisk Przyrody. Suchy młodnik sosnowy zachwyca swoją odmiennością. Spośród ledwie pokrytego mchami piasku wystają srebrne kępy ostrych traw – to szczotlicha siwa. Choć mniej się nimi interesuję, również nie mogę wyjść z podziwu wobec ich talentu przetrwania. Bo trawy opanowały wszelkie możliwe środowiska. Od arktycznej tundry, po zalane i ciągle podmokłe tereny, przez odległe szczyty górskie, mroczne głębiny leśne, a nawet zbocza wulkanów. Wszędzie można je odkryć. Nad nami z majestatem przelatują ogromne żurawie, specjalnie zbaczają nisko, jakby chciały się przyjrzeć dokładniej. W oddali, na zielonych polach gęsi wygrzewają pierzaste kupry, męcząc ciągłym skubaniem dopiero co wzrosłe zboża. Opowiadam o życiu i zwyczajach moich ulubieńców – dzików, ukrytych gdzieś tam w morzu trzcin. Mijane Brzozy uczą nas pracy z emocjami. Pokazuję moim gościom pewne pozycje ciała, jakie wesołe drzewa pokazały mi celem powrotu do harmonii. Lekko poprawiam, wskazuję, ustawiam – i teraz wszyscy troje tkwimy w odczuwaniu kojącego przepływu: Ziemia – Człowiek/Ciało – Drzewa. Na krótką chwilę dane jest stać nam się jednością.
Za chwilę lądujemy w objęciach sędziwej wierzby, Mistrzyni Życia. W podziwie, jak dziuplasta, zmurszała, próchniejąca istota pozostaje wciąż żywa, pełna otwartej gościnności dla najmniejszych, drążących ją istnień… Czasem, mam wrażenie, że wierzby nie umierają nigdy. Przecież i ona będzie wciąż wypuszczać nowe pędy… Ciężko ustalić kres takiej istoty. Pod nią odczytujemy wierzbowe przesłanie Mocy, jakie spisałem już jakiś czas temu. W hołdzie starej mądrości, jaką zgromadziły pokolenia jej sióstr, żyjące tu od wieków. Rozkręca się wtedy i targa podmuchami. Pani bagiennych żywiołów… odpowiada nam echem swej tajemnicy.

20190414_105416

Wypoczywamy na rozległych łąkach. Przysiadamy na polnych kamieniach. Stąd dobrze widać wszelkich innych zwierzęcych wędrowców, podróżujących do swoich spraw. Sarny migrujące między zagajnikami i kępami polnych zarośli przypatrują nam się ciekawsko. Zawsze mnie to dziwi – potrafią paść się kilkadziesiąt metrów od jeżdżącego ciągnika, ale wobec człowieka ‘’luzem’’ zachowują dystans i ostrożność. Choć w głębi siebie wiem, że i to uległoby zmianie, gdybyśmy tylko przestali je prześladować, traktować jak intruzów i ‘’szkodniki’’. Wielkopolska. Nazwa kojarzy mi się z Wielkie – Pola. Bo pola, to istota tutejszego krajobrazu. A zwierzęta, nawet te największe dostosowały się do życia tutaj i radzą nie gorzej niż w prastarych, dzikich puszczach. Krystyna nie może się nadziwić – jak to jest, że wszędzie wokół ślady, odciski, łapy, kopyta, racice, a ich właścicieli nawet w największych gąszczach nie widać? One wiedzą… Znają swoje pory. I nasze. W bliskości człowieka, wybierają na czas aktywności głównie noc. Choć zarośla mogą wydawać się gęste i nieprzebyte, zwierzyna również wie, gdzie trzeba się skryć – tam gdzie nie dotrze człowiek. W głębinach bagien są czasem takie suche wysepki, wyżej położone miejsca. Tam właśnie docierają ‘’moje’’ jelenie i dziki na swój spoczynek. Człowiek, bez specjalnych środków nie jest w stanie tam się przedrzeć. W pewnym momencie na rozwidleniu dróżek mówię ‘’A chodzmy tędy – jeszcze tutaj nie byłem, zobaczymy gdzie zaprowadzi’. I ten głos intuicji okazuje się być wołaniem potężnego dębu. Poznajemy go na jednej z polanek. Stróż tego zagubionego miejsca. Ależ jest rozłożysty. Ogromny i stary. Emanuje wielką dobrocią, co odczuwamy wszyscy troje. I jakoś nie sprawia mu problemu połączyć się z nami wszystkimi. Długo, długo, nie możemy się od niego oderwać… Każdy przeżywa. A ja słyszę, oprócz radości olbrzyma, jak powiada:

– Błogosławię Waszej wyprawie, Waszym krokom. Niech ten czas uświęci Ziemia…

Szlak przeciera się nieznacznie, znaczony tylko odciskami tropów wędrującego nocami zwierza. Błota, łęgi, olsy, bobrowe tamy, urwiste brzegi, piachy, plątaniny gałęzi, zapadliska, borsucze i lisie nory, zostawiamy w tyle. Podążamy wzdłuż rzeki. Mijamy ‘’dzicze doły’’, babrzyska i kąpieliska chrumkających stworzeń. Jenot czatujący pod wykrotem, umyka chyłkiem. Rozmyślam… Gdyby zmierzał tutaj jeleń lub dzik, zwierz na pewno pozostałby na miejscu. Oto, co żeśmy im zrobili… jak bardzo od nich odeszli. Człowiek = wróg, przed którym trzeba zmiatać. I czasu potrzeba, i ciszy, by przekonać konkretne zwierzęta do swej osoby na powrót. Coś o tym wiem. Natura rozśpiewała się tutaj potęgą całej swej dzikości. Wystarczy jej nie przeszkadzać… Nie jest łatwo tędy wędrować. Nie każdy potrafi. Dużo trzeba się schylać, ‘’kłaniać’’, zginać. Drogę przegradzają zawalone pnie ogromnych drzew, i równie wielkie gałęzie. Ja w takim terenie się nie męczę. Pomykam lekko, szybko, i cicho, balansując ciałem w skłonach, tam gdzie potrzeba. Takie już naturalne. Utkwiło w ciele – jak trzeba się tu poruszać. Takie gąszcza zwiedzamy po raz ostatni w tym sezonie. Już ruszyły pokrzywy. Wzrosną wysokie jak człowiek. I na parę miesięcy to roślinność zielna zapanuje tutaj z wszechistnieniem. Ukryje, da spokój… Siadamy z postojem nad rzeką, zasłuchując się w leczniczym pluskocie szumiącego nurtu. W dwóch miejscach, bobry nie dokończyły swych tam.Zostawiły mały przepływ. To celowy zabieg. Wykorzystują naturalną siłę nurtu do pogłębiania zakola, a on podmywa, i podmywa, wżerając się coraz bardziej w las… niejedno bobrowe pokolenie będzie kontynuować dzieło przodków. Strategia długofalowa. Strzyżk, sikory, pierwiosnek i pełzacz urządzają nam bajeczne słuchowisko. I tak mija nam do wieczora, pierwszy Dzień Wędrowny.

P90413-151010

P90413-164215

20190414_094722

Łęgi, łąki, i olszyny

Gdy wychodzę z domu jeszcze delikatnie pada, i trochę zastanawiam się po drodze, co też z naszą wyprawą. Mam jednak w sobie jakąś pewność, że przestanie…
I tak bardzo cieszę się z tego deszczu. Siąpił całą noc, choć nie zapowiadano. Dla drzew to o wiele za mało, ale skorzystają kwiaty. Obmyty nim ols, zatopiony w porannych śpiewach, jak baśń jest cudny. Wyglądają z niego zielone kępy młodych jaskrów. Obecnie to moje najpiękniejsze miejsce. Z niego wychodzimy na rajską łąkę, gdzie nadarza się okazja do postoju. Powodem jest lis myszkujący na krańcu łąki. Nie chcemy mu przeszkadzać. Moje wędrowne zasady pozostają zawsze wyrazem szacunku wobec naszych gospodarzy – tutaj my jesteśmy gośćmi. I gości proszę abyśmy usiedli. W uśmiechach obserwujemy mykitę, który w śmiesznych podskokach pomaga światu i człowiekowi w ‘’walce z gryzoniami’’. To jest właśnie to… czego nauczam. Na wędrówkach poznać można, jak to jest obcować ze zwierzętami, całkiem w bliskości, gdzie nikt nikomu nie przeszkadza. Jak się zachowywać, by odkrywać podobne rzeczy samemu. Czego przestrzegać. Spędzamy na łące jakieś pół godziny, bo i tyle urzędował lis. Przejaśnia się…

Znowu rzeka. Podążamy z jej biegiem, podziwiając spadziste przejścia, gdzie przeprawiają się zwierzęta. Jakie one pozostają… wolne…Człowiek omija pewne niedostępne tereny. Dla nich prawie takich nie ma. Mijamy wielkie, białe, martwe topole. Ciągną się długą linią… wszystkie pokonane. Znów dopadam do kwiatów z aparatem, kiedy wszyscy troje niemal jednocześnie wydajemy okrzyk zachwytu….

Na wzniesieniu fioletowo. Wielką połać opanowały wonne fiołki. Łan koloru i piękna.Widać, że leżały też tutaj sarny… Jak dobrze człowiek czuje się przy kwiatach. Fiołkowy raj. Podziwiam zwłaszcza te maleństwo, które wyrosło we wgłębieniu buchtowiska. Pyszni się cały. Jakby chciał zawołać, a oto i jestem! Nawet dziki nie dały mi rady! Siadamy nieopodal pod kępą polnego zadrzewienia, i dopiero zaczynają się ROZMOWY.

20190414_131320

Zawsze przychodzi ten moment podczas wypraw. Gdy wreszcie wypływa temat, który jest do przerobienia w przestrzeni. Czasem wiele tematów. Nie ma niewłaściwych. Nie ma też tabu. Nikt nikogo nie ocenia, nie potępia, nie nawraca. Wyrażasz pogląd, osąd, przedstawiasz swoją wiedzę… wymieniamy porady, wskazówki, argumenty… każdy wypływa bogatszy o nowe. Inny punkt widzenia. W naturze rozmawia się lekko. Zamilkniesz na pół godziny czy dłużej, a nie zauważysz nawet. Mijają nas sarny, bażanty, żurawie, szpaki, motyle… I wracasz do dialogu, jakby wcale się nie przerwał. Nie uciekam od rozmów. Po to tu jestem. Wszystko łączy się w jedną terapię – dla Duszy. I cieszę się, że dane jest mi doświadczać takiej głębi i szacunku podczas naszych wędrownych gawęd. Z nich powstałaby osobna książka. Szkoda, że nie da się ich powtórzyć. Każda jest unikatem, diamentem, który na te kilka godzin wybrzmiewa głosem własnej Prawdy. Nią się dzielimy.

Parę kilometrów marszu polem, podczas którego okrążamy wielkie bagno. Nas oblatują gęsi i kruki. Krystyna zbiera piórka, które gęsi właśnie pozostawiły po sobie żerując. Na pamiątkę dla wnuków. Z pól schodzimy do łęgu, w którym tworzą kręgi święte Wierzby Mocy. Nieustannie coś opowiadają. Piski, nawoływania… I gdy siedząc w jej objęciach zaczynam mówić o sprawach drzew, ta zrzuca na mnie przekwitniętego ‘’kotka’’. Ich zakątek, to kolejna ostoja dzikości. Tu dopiero jest mozaika! Powywracane olchy obok zdrowych kasztanowców, klony, jesiony i wiązy. Zdradliwe błota, i ‘’płowa woda’’, miejsce kąpieli jelenich. Ogrom tropów. Dzikość i świętość – tymi dwoma słowami najlepiej określić. Słońce grzeje już bardzo mocno. Zrobiło się gorąco. Dzień kończymy biegając boso w słońcu po zalanej łące, w rozbryzgach zdrowia, zapominamy się w przestrzeni wolności… A potem praca energetyczna w brzozowych kręgach. Nieplanowana przeze mnie. Za to przez Brzozy, już tak. Mijając szpaler, Krystyna woła, że one ją wzywają. Tutaj leczą. ‘’Jaka energia od nich bije, no muszę się przytulić!’’. A mi przypomina się migiem wszystko, co dwa dni wcześniej ćwiczyłem sam podczas pracy z brzozami. Ustawiamy się w pozycjach jakich uczą Drzewa, a przepływem energii ziemskiej uzdrawiamy przestrzenie duchowe. Co dokładnie? Brzozy już wiedzą. A Tobie objawi się później w życiu. Drugi dzień wędrowny z Drzewami Mocy, właśnie dobiega końca. A nam – tak trudno pożegnać się z tym światem, i z sobą…

🌍 Gościom moim, w podziękowaniu za świadome Dni Wędrowne.

20190414_115830

pppp.pg

P90414-133847

P90414-134143

20190414_115444

56472476_2000881270206786_5176235821396656128_n

Przebudzenie Leśnej Mocy. W drodze do Światła Duszy.

Choć przybywają Wędrowcy z dalekich stron świata, dziś mam pierwszy wyjątek. Tym razem gość zawitał z pobliskiej miejscowości. Pogodę mamy nawet lekko upalną, choć wietrzną. Ciepło bucha i narasta, po to tylko aby za chwilę smagnąć ciało chłodem niespodzianego porywu. Dzięki temu jest bardziej rześko. Cóż to była za wyprawa! Odwiedziliśmy Drzewa Mocy, ale i tym razem zwierzęta dopisały równie bogato. Pod każdym z Drzew odczytaliśmy przesłania. Te napełniły wzruszeniem. Nie wiem co zawarło się w tych drzewnych wierszach, mogę wracać do nich wiele razy, i zawsze z ledwością odczytam, bo coś dławi mi gardło. Podaj dłoń wędrowcze i maszeruj razem z nami, wąską podmokłą dróżką, w rozlewiskach starych olszyn, krok jeden mały, choć śmiały… w podróż po świecie pełnym piór, tropów, śpiewów, szelestów, ciszy, zastoju i ruchu, tajemnic i zagadek. Na drodze do światła Duszy.

P90404-131143

Krzesimir

Kiedy wstępujemy do szumiącego lasu, zostawiamy za sobą śpiew potrzeszcza, a nad nami krążą pomiaukujące myszołowy. Wiosna i wiatr – ich ulubiony czas. Pola bujnie zazieleniły się podrosłą oziminą. Dalekie horyzonty łączące błękit ze świeżą zielenią, wołają do siebie przestrzenią wolności. Magda równie dobrze rozpoznaje ptasie głosy, bo i także ukochała skrzydlatą brać. Uczymy się od siebie na bieżąco. A dąb… Wita już z daleka. Potężną koroną targają dziś wiosenne żywioły, a gdy stajemy pod Nim zrzuca małą gałązkę. Gość mój czuje wielkie poruszenie. Wzruszenie. I mnie chwyta, kiedy odbieram dębową radość. Cieszy się tak bardzo. Że, te spotkania się dzieją, a ludzie odwiedzają drzewa coraz liczniej. Długo tulimy w ciszy. Sosnowe ‘’tyczki’’ obok kołyszą dziś i trzaskają, jakby wojowały ze sobą. Jeden wielki chrzęst. Czuję, że znów mamy z dębem wiele do obgadania. Staram się jednak nie wchodzić aż tak głęboko ‘’w niego’’, i trzymać przestrzeń. Bo i odbieram, że to proces mojego gościa – w pierwszej kolejności. Z pola kica razno brązowa niespodzianka. Z tak daleka nie mam pewności – królik czy zając. Ale jest. Pierwszy futrzasty prezent. Zawsze przychodzi pod dębem taki moment, że siadamy i zaczynają się rozmowy. Długo trwać potrafią. Dzielimy się tym, co każdy odczuł i usłyszał, porównujemy wieści. Ja wtedy zaczynam opowiadać wszystko co o drzewach wiem – ich energie, właściwości, charaktery, osobowości, sposoby komunikacji, na co zwrócić uwagę, jak słuchać…Płynie. Czuję wtedy, że Krzesimir też słucha. Czasem koryguje, co mam powiedzieć. Niekiedy daje znać potwierdzeniem, wspiera dialog. Pozostajemy uważni. I gdy opowiadam o jednym swoim osobistym procesie, gdy drzewa pomagały mi tańcem i ruchem w życiowych blokadach, tuż obok ląduje z plaśnięciem większa gałązka. Dąb ożywia się i zaczyna sypać liśćmi. Na ziemi ląduje cudaczny motyl – Rusałka Żałobnik. Tak, tak przyjacielu! Pamiętasz to dobrze. Jak trząsłeś mym ciałem, i rzuciłeś na glebę, aby kości rozprostować…A może i inne rzeczy Nigdzie jeszcze tego zdarzenia nie opisałem. Żywo włączają się Drzewa do tej rozmowy. I gdy Magda zaczyna gawędzić o Słowianach, oboje słyszymy głębokie, niskie…

– Mrrrrrrrrrrrr…..

Odezwał się jeden z dębów obok. Bardziej dziki brat Krzesimira. Trochę nieokrzesany wojownik. Dla mnie jego energia była zbyt mocna w odczuciu, kiedy próbowałem go poznać. Drętwiały mocno ręce i kręciło w głowie. A dębowie, po prostu mruczą czasem. Zupełnie jak ten żubr. W maju, kiedy zaczną pełną aktywność, będzie to słychać jeszcze bardziej. Być może to odgłos wędrującej wody, albo wewnętrznego rozsychania. Jeszcze nie wiem. Ale to mruczenie słychać czasem i poza werbalnie. Dudnią dęby siłą Ziemi. Tuli się Magda do Krzesimira, gdy rozmawiamy o pisaniu, książkach, wierszach i odwadze w publikowaniu. Gość mój też zapisuje sobie wspomnienia z wizyt u Drzew. Choć leżakują ciągle w szufladzie. Pamiętam, wspominam i opowiadam – jak i ja się wahałem i bałem czy o tym pisać. Bardzo mi Krzesimir pomógł przez to przejść i zacząć ufnie publikować.

– Masz w sobie tą siłę, odwagę… – Słyszy Madzia od Dębu ostatnie zdanie. Na pożegnanie. Bardzo jest poruszona…

Dębowy Szlak

Maszerując z wiatrem na plecach piaszczystą dróżką, podziwiamy morze kołyszących sosen.  Słuchamy potęgi żywiołu. Dziś nie piszczą. Po prostu zderzają się z trzaskiem. Z pyłu Ziemi czytamy historię minionych dni i nocy, przeglądając ślady jeleni, saren i dzików. Są nawet trójpalczaste odciski żurawi. Można z nich próbować rozeznać, kiedy zostały pozostawione. Daleko w polach, mimo pełni dnia, nadal wędrują sarny. Jak się okazało, często miały nam dziś towarzyszyć. Wojowniczy ptak drapieżny pędzi w pośpiechu z pola, i znika raptownie między pierwszymi drzewami. W zgodzie oboje rozpoznajemy jednego z sokołów – pustułkę. Co za rarytas, wcale nie tak pospolity! Tunel dębowego szlaku, okrągli się błękitem, jak wrota do innego wymiaru. Witają nas harce ptasie. Tam gdzie mniej wieje, ptactwo odzywa się bardziej. Słychać sikorę ubogą, kowalika, bogatki, pełzacza, kosy… A ja pokazuję, uczę, jak ‘’widzieć dłońmi’’. Bo i są one niedocenianą anteną dla odbioru energii. Zawsze zanim dotknę i przytulę drzewa, ‘’badam’’ jego energetykę. Jest ciepłe, pulsujące, przyjazne, a może zimne, kłujące, ospałe i chłodne? To pierwsze, co można rozróżnić. Używając rąk jak radarów, kiedy nie słyszmy jeszcze drzew, można w ten sposób rozpoznawać ich zdolność  i przychylność do kontaktu. Dębowy szlak uwielbiam z kilku powodów. To nie tylko przestrzeń dobra dla nauki, ale i miejsce pełne moich przygód, wspomnień, które mogę opowiedzieć gościowi. O, zobacz! Tu Klon nieznanego mi imienia, który przywołał wieczorem jesienią w mglisty czas deszczowy, dzięki czemu uratowałem dziki. Ten sam klon sprowadził mi wiewiórki w gościnę, które harcowały na jesionie obok. Podziwiałem. A tam Dąb – Gromiec, kiedy uczyłem się jeszcze badania lasu dłońmi, przywołał i ukazał w szczelinie gniazdko pełne sikorzych piskląt. Mijana robinia akacjowa trzeszczy na nasz krok, jakby chciała coś szczególnego powiedzieć. Wiedzą drzewa, kiedy przybywają ludzie do nich. A wtedy wędrówka staje się jeszcze bardziej magiczna, kiedy pozostajemy czujni na ich sygnały i wołania. Nie da się tego zapomnieć…

P90406-215114

Ze szlaku schodzimy nad bagno, aby posłuchać grania szuwarów i obserwować przeloty bagiennych lotników. Gęsi, żurawie, kaczki… Czas jasnej medytacji i poddania pracy słońca. To znów nieskończone rozmowy. O zwierzętach, ludziach, przyrodzie, harmonii… o łani, która przychodziła mi tutaj latem każdego świtu, i z którą spędzaliśmy tu czas w poszanowaniu siebie. Jakiś pierwszy posiłek. Z sosnowego młodnika przynoszę kilka sosnowych pączków; rozcieramy w palcach i sycimy się zapachem kojącego zdrowia. Napełniają rześkością i wigorem. Hej, ha! Wkracza już zupełnie inna energia, a ja słyszę jak niedalekie brzeziny wołają nas do swego tańca…

Brzozowy taniec w Uśmiechu Serca

Ręce w górę. Najpierw poczuj wiatr. Potem spójrz na drzewo. Zobacz, jak ona tańczy. Jak kołysaniem błogosławi życie i mądrość Stwórcy. Ale nie naśladuj. Ciało wiotkie… Po prostu poddaj się przepływowi żywiołu… Tak żyje Ziemia. Swobodny ruch.

Magdę ogarnia wesoły nastrój, nie może pohamować śmiechu. Mówi, że miała ochotę najpierw turlać się z radości, stanąwszy przed nimi. Buzia wesoła. A ja wiem, że to brzozy zaczarowały nas swoim wiecznym nastrojem. Stan Uśmiechu Serca nie jest łatwo osiągnąć w codziennym życiu. Gubi się w ‘’problemach’’, a błądzi mamiony umysłem… Podziwiam w sobie, jak to intuicyjne poddanie drzewom podczas wędrówek, dojrzewa we mnie i wzrasta, z każdą coraz bardziej. Srebrzyście wyśpiewuje rudzik. W pewnym momencie nie wytrzymujemy i podbiegamy do brzóz, tuląc figlarki z wdzięcznością. Opowiadam o ich dość specyficznym humorze, i trudnym z początku do przyswojenia charakterze. O wszystkich psotach, jakie w głowie się nie mieszczą, ale i o pomocy jaką ratowały mnie w tarapatach. Magda pokazuje mi kilka postaw i ruchów z gimnastyki słowiańskiej dla kobiet. Bardzo się wtedy wzruszam… Płynnie przesuwam dłońmi. To wzruszenie duszy. Czuję, jakbym wykonywał (a) te gesty całe życie… Tak mi bliskie… i znów wraca pamięć kobiecych wcieleń…Bo i większość mojego doświadczania na Ziemi, przebiegała w ciałach kobiet. To z dawna wiem. Proces zawsze dzieje się obie strony. Nie umiem jeszcze na tamten moment, właściwie podziękować mojemu gościowi, za ten dar…  A potem odczytujemy na głos pierwsze przesłanie Brzóz. Wiersz ofiarowany mi przez Drzewa. Wiatr zaczyna tarmosić nagle z mocą, a białe baletnice zatracają w dzikości swoich pląsów i śmiechach, całkiem o nas zapominając… Jedna z nich, znowu coś zrzuca pod nogi.

P90404-170124

Jaremi

Na polach tańcują wirujące kurzawy szarego pyłu, opowiadając ulotne, a zmienne dzieje tych ziem. Bo i stopniowo traciły one na żyzności, ‘’zapiaszczając’’ się z latami. Efekt nie tylko zjawisk naturalnych, co intensywnego użytkowania rolnego. Drogę do jesionu odcina nam para dostojnych żurawi. Najspokojniej w świecie czyszczą sobie pióra, stojąc wprost na ścieżce do drzewa. No nie pójdziemy przecież, skoro tak. Obserwuję co dzieje się w moim umyśle. Chaos i zaskoczenie trwają chwilę, bo i szybko dochodzę do wniosku, że przecież wiecznie tam stać nie będą. Coś mam mi to zdarzenie pokazać… Siadamy na skraju pola z obserwacją pylistych duchów ziemi, i ptasich strażników. Rzeczywiście, w ciągu 10 minut przemieszczają się daleko, co i raz zatapiając dzioby po niewidoczne kąski. Co one tam znajdują w tym piachu? Droga i dostęp do drzewa otwierają się…

Jesion wibruje już z daleka, dotykając serce Miłosną Radością. Wokół niego na głogach nadal wiszą puste gniazda ptasie. Dziś obdarza spokojem… I cały czas trzeszczy, coś opowiadając. Odbieram, że za czymś tęskni. Za kimś woła. Do innych drzew, daleko stąd… Nawet nie na Ziemi. Kosmiczny Wędrowiec w swoim Procesie. Może dlatego, odgrodził się żurawiami? Czuję jak dziś też drga lekko od spodu, ciągnąc za nogi w głąb Ziemi. Jaremi, bardzo ją ukochał. Pobyt na planecie, jesiony odbierają trochę jak podróż statkiem gwiezdnym. Przecież leci ona przez czas i przestrzeń. A one przetrwają tu wszystko i zawsze się odrodzą, już bardziej mądre, dojrzałe, świadome, gotowe… Każdy ma swoją drogę, a ta drzewna zachwyca nieustannie swoją głębią…

IMG_6469

W paru krokach, ‘’na szybko’’ zwiedzamy jeszcze jego ostoję. Wydaje się ona być rajską wyspą, zagubioną wśród pól i dalekich osiedli ludzkich. Dryfuje samotnie… Ale i w niej, wzrasta już młody las. Tarnina, dęby, głogi, jesiony, wierzby, wiązy, dzika różna, a nawet jedna sosna. Drzewa dotrą wszędzie, tworząc zmienną w setkach lat cykli, niekończącą się podróż życia. Zawsze z zachwytem postrzegam te etapy. Snuć można fantazje – co zdarzyłoby się dalej, gdyby nie człowiek? Może bobry zagospodarują tak, że całą nieckę wypełnią wodą? Albo teren do reszty przeschnie, stwarzają siedlisko dla nielicznych, przystosowanych śmiałków? A może, któregoś dnia zamieszka tu stopniowo dziczejąca, pochłaniająca kolejne tereny puszcza…
Tymczasem od dziesiątek lat gospodarują tu lisy, kopiąc niezbadaną sieć podziemnych tuneli. Doły i wyloty są wszędzie, przewietrzając ziemię oddechem lisiego żywota. Niektóre nigdy nie odnalezione, zamaskowane w gąszczach krzewów, pełnią rolę wyjść awaryjnych. W pamięci lisiej ciągle drzemie wspomnienie prześladowań przez człowieka, kiedy to ludność wsi wyprawiała się ‘’na lisy’’ zatykając kamieniami otwory, paląc ogień przy wejściach, wpuszczając dym do środka. Zaczajeni, z pałkami i psami. Przykre, ciężkie czasy, i aż mi dziwnie dopuszczając do świadomości takie rzeczy. Przy norach walają się kłęby puchatej sierści – pozostałość po objedzonym jenocie. Daleko na polu, gnają dwie sarny, wzniecając osobne tumany kurzu… Zatopieni w bezruchu, odprowadzamy je tęsknym wzrokiem.

Podmokły Ols

Jak ciekawa i bogata w przeżycia staje się wędrówka, kiedy okazuje się, że gość Twój czytał szeptowe opowieści. Magda zna miejsca które mijamy, z moich opisów na blogu. Ale mam co opowiadać! O tutaj, mijamy brzozy, od których popłynęło przesłanie dla kogoś innego. Tu po raz pierwszy tańczyłem z drzewami, i uczyłem się zmiany energetyki przez ruch. A wokół mnie latały nietoperze… Z tego snopka słomy wyskoczył mi mały warchlak. A tam dalej, gdzie widać czatownię na łące, przeszło mi ostatnio 20 jeleni przy księżycu, a puszczyk dobrodziej nawoływał magię czyniąc… I tam też ukazały się trzy jednoty niespodzianie. A to tylko okruch wspomnień z tych miejsc. Przed nami pyszni się bajeczny dywan żółtych kwiatuszków. Jakby rozkwitł specjalnie dla nas. Tak ukazuje się światu Złoć Żółta. Kobierzec życia. Ziemia w postaci kwiatów oddaje energie słońca. Odwieczna wymiana. Przysiadamy wśród olch zamyśleni, w zadumie i pokorze wobec królestwa dostatku. Powalone bale wykrotów tworzą sylwetki bajeczne, a pobudzające wyobraznię wędrowca w mroku: Łoś stoi, żubr, a może to tylko złudzenie? Śpiewa strzyżyk i gros innych maluchów. Magdę olchy bardzo wołają… długo zachwycamy się tym miejscem. Wzywają tak mocno, że nim się spostrzegam gość mój zdejmuje butki i boso, rześko, chłodzi się po kolana w lodowatej wodzie… Marsz zdrowia… Chciałoby się brodzić, oj chciało… Jednak grunt nie puszcza dalej. Zbyt głęboko. Tajemniczy ols, lodowatą wodą i błotem chroni dalej położonych jelenich i dziczych ostępów. Druga strona dróżki okazuje się być bardziej przechodna, i malownicza. Tu oczom naszym ukazują się całe aleje wielkich racic i tropów. Jelenie ścieżki. Przegrodzone starymi, wielkimi topolami, które paść musiały dawno temu. Jest tu tak, jakby człowiek nigdy nie zaglądał… Siadamy na tejże topoli, długo zostając w ciszy ostoi… pomyśleć… że nocą tak tu chrzęści, chlapie, trzaska, gdy zwierzęcy wędrowcy przemierzają w ciemnościach swoje królestwo.  Już czas. Odczytuję olchowe przesłanie, jakie Drzewa podały mi właśnie w tym miejscu, podczas wieczornego czuwania. Coś się dzieje. I gdy dzwięczą kolejne frazy, zrywa się chłodny wiatr. Ptaki na chwilę milkną. A olsze po raz wtóry udowodniają, że magia opanowała to miejsce. Jesteśmy szczęśliwi…

P90404-154640

Zbliżamy się do jednej z położonych w leśnej głębi łąk – polanek, gdy staję nagle z marszu dając znak stopu. Z gąszczy wynurza się sarna, i jakby nigdy nic przechadza na drugą stronę drogi. Nie słyszała nas. Ale w porę zauważyłem jak nadchodzi. Czekamy kilka minut aż się oddali. A tymczasem na łąkę – wstępu brak. Kilka płowych sylwetek prześwituje mi przez gałęzie, dzięki czemu nie robimy zwierzętom psikusa. Znów pięć saren, które pasą się beztrosko. W oddali dostrzegam jeszcze szare sylwetki dwóch żurawi. Strażnicy nie zauważyli nas dotąd i nie podnoszą alarmu. Żurawie i sarny w niezłej są komitywie. Czujne ptaki z sokolim wzrokiem wyczulonym na ruch informują sarny o zbliżających się ‘’niebezpieczeństwach’’. Przestrzeń zajęta przez zwierzęta. I dziś już po raz któryś stosuję swoje ‘’zasady wędrowne’’ w praktyce. Zwierzętom zawsze dajemy spokój. W ich świecie jesteśmy gośćmi. Tak i teraz, z należnym szacunkiem wycofujemy się cicho w głąb drogi, odpuszczając leżakowanie na polanie. Jaki to dobry był ruch, przekonujemy się niemal kilka kroków dalej. Błękit nieba syci sklepienie olszynowym chaosem, a zza nich przygrzewa rozproszone słońce… I zamieramy, kiedy na dukt leśny wkracza w okazałości pierwsza łania. Widzimy tylko jak przechodzą przez drogę, swobodnie, jedna, druga… ja naliczyłem siedem. Między drzewami już ich nie widać. Rozpływają się w schronieniu swojej krainy. A knieja jak szybko, nagrodziła nam pokorę i szacunek. Dziękujemy kwiatom, wodzie, słońcu, olchom… Że możemy w takiej bliskości wszystkich tych cudów smakować.

IMG_6432

Baba Wierzba

– Słuchaj, a co byś mi powiedział o Wierzbach? Pyta mnie gość mój, bo przecież po to aby dowiadywać się o drzewach tutaj jesteśmy. Wiesz co, chodz, pokażę Ci… jest tu taka jedna. Właśnie ta, od której popłynęło główne Wierzbowe przesłanie Szamanów. Mamy niedaleko. Przez błota, i grunt niełatwy, bo grząski i miękki, docieramy do miejsca, które ja nazywam ‘’Cmentarzem Drzew’’. Przychodzi tu mnóstwo refleksji. Rozmyślam. Wielu ludzi, powiedziałoby, że tutaj tylko śmierć i zgliszcza. Ja dochodzę do wniosku, że śmierci nie ma. Jest tylko ‘’zmiana stanu skupienia’’. Śpiewają o tym ptaki, w tak licznych uwijających się gatunkach. Mimo, że człowiek postrzega okiem, wystarczy spojrzeć głębiej… Ptasie serce wie. I koncertuje o życiu, które pełza tutaj, drepta, drąży i wije pod odpadającą korą pokonanych olch. Wydrążyły na białej twardzieli pamiątki swych żerów. Ono jest podstawą ich istnienia. Wiedzą gdzie szukać. Są chyba wszystkie gatunki sikor, raniuszek, kowalik, drozdy, szpaki, piecuszek… Wierzbowa Baba jako jedyna przetrwała to wszystko. Trudno objąć ją wzrokiem i rozumem. Płoży się, wije, zakręca to wybija ku niebu pniami, nie wiadomo gdzie przód, tył, koniec, początek. I nie sposób objąć jej jednym zdjęciem. Dziury, dziuple, kryjówki a w nich na próchnie wyrastają już pokrzywy i inna roślinność. Zupełnie jak w gotowych korytkach. Jak ona przetrwała tą drzewną apokalipsę? I patrząc na to wszystko, opowiadać nie trzeba. Posiadła sekret życia i harmonię żywiołów. Gdyby dało się zrobić jedno zdjęcie oddające jej wielkość i mozaikę, z pewnością wygrałaby niedawny konkurs na najbardziej niezwykłe drzewo. Zachwyt… I powierzamy się jej objęciom. Jakby w swych konarach, przygotowała dla nas specjalne kołyski. Każde z nas leży osobno, a ptasi maluszkowie zlatują się co i raz, podglądając leśne zdziwienie. Pewnie nieczęsty taki widok. W pewnym momencie przysiada na gałęziach pierwiosnek, ze swoją monotonną pieśnią Clip – Clap! Uśmiechamy się do maleństwa, bo pamiętam jak Magda mówiła, że to jej ulubiony ptak. Wierzba sprowadziła w darze. I gdy już zaczynamy rozmawiać, mówi mi, że szczególnie dobrze z nią się czuje. I chce jeszcze tu wrócić. W notesie zapisuje słowa, wiersz, inicjowane przez Drzewo…To nasz ostatni przystanek na dziś.

Powrót skracamy przez las, podążając za sarnią ścieżką. I już z brzegu pierwsza niespodzianka – na pniaku widnieją resztki upolowanej sójki. Niezbyt częsty to widok, bo one są dość czujne i pierwsze skrzeczą o niebezpieczeństwie w lesie. Cudowne, błękitne piórka. Zabieram kilka na pamiątkę. Brzozy i sosny kołyszą się w szumiącym pożegnaniu. Dziś nie zostajemy do wieczora. I z jednej strony się cieszę. Słońce jeszcze przed zachodem, uchodzimy w porę zanim dziki i jelenie ruszą się z żerowaniem. I tak widzieliśmy skarb bogactwa, niespiesznie, uważnie obserwując wszystko, co las zechciał przed nami odkryć. Dotknąć leśnych spraw, z perspektywy cichego, uważnego, ciekawego wędrowca. I  nagle ”zwykły spacer” staje magiczną podróżą przez świat baśni. A Światło Dusz… Zasilone opieką Matki Ziemi, Pieśniami Drzew i Energią Słońca błyszczy jasnym wspomnieniem szczęścia.

IMG_6481

Wędrówka miała miejsce w ramach naszych warsztatów: Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia 

A jeśli i Ty czujesz w sobie chęć aby przeżyć podobny Dzień Wędrowny, pisz, pytaj. Jestem dostępny pod adresem czeremcha27@wp.pl oraz na facebooku. Bo właśnie poza czytaniem, zupełnie innym wymiarem doznania jest, aby to wszystko przeżyć własnym krokiem wędrownym. Możliwe są również wyjścia i spacery nocne:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

P90404-164025

Sosnowa pieśń wiosny.

Po prostu śpiewały. Czystym, lekkim, jasnym, dźwięcznym, radosnym, anielskim głosem wyrażały szczęście swojego żywota z każdej chwili. W życiu czegoś takiego nie słyszałem. Co by nie mówić o dębie, to tak chyba nie potrafi
Z początku były tylko jedno – dwuliterowe głoski. Po przytuleniu uformowały się słowa  Spisałem szybko ten cud po dotarciu do domu 

29542238_555930214775132_5333142031715765760_n

Chodź zaśpiewam Ci mą pieśń o Wiośnie…
Chcę byś poczuł się jak ja, radośnie..

Zamknij oczy usłysz jak las cały śpiewa…
Szumią dziś już o niej wszystkie drzewa…

Tańcząc z wiatrem łapiemy oddech słońca,
Kołyszemy się wraz z nim, bez końca..

Wzrastamy w Mocy czerpiąc z Tu i Teraz,
Usłysz jak nucimy o tym nie raz..

Układamy się do snu z wieczora,
Czujemy, że już przyszła na to pora,

Igły toną w mroku księżycowych cieni.
Teraz czerpiemy siłę z Matki – Ziemi.

Chłonąc ciepło po radosnym dniu słonecznym,
Otulamy tchnieniem się bezpiecznym

Energia lekka, radosna, błoga, kojąca. A potem zapadł rumiany wieczór. Siostry – Sosny zaszumiały kolejną wieścią obwieszczając sarnie podchody. Działo się jeszcze aż do mroku

30571954_562837474084406_3293065251556419672_n

Gromiec. Głos jedności.

Napotkany niegdyś Dąb, obdarzył takim oto wierszem..


Świadek pradziejów minionych, na straży stoję Lasu.

Lata mi nie ciążą, nawet nie znam czasu.

W mocy wzrastam ku słońcu, koroną sięgam nieba.
W tu i teraz jestem, niczego mi nie trzeba.

Blizny swoje koję i otulam echem ciszy.
Znajdzie się wędrowiec, który mnie jeszcze usłyszy…

Zrozumie i przekaże, wszystko czym szumię w darze.

Wam.

Mądrość zgromadzona, przez istnienia wszelkie,
Pragnie się objawić, czyniąc rzeczy wielkie.

Odwagą napełnię każdą skorą Duszę,
Pomagam bo Kocham, nie chcę, nie muszę.

Korzeniami czerpię wiedzę z Matki Naszej,
Znam choćby co kwili, w każdej pieśni ptaszej.

To co było minęło, choć nie było łatwo.
Teraz roztaczam spokój, z grabową wokół dziatwą.

Pamieć Ziemi głosi, że tu już zostanę.
Stopiony w jedności, z wszystkim co mi znane.

31143745_568919820142838_638325942271344640_n

W polnym zakątku.

Zdjęcie2826

Po niebie żeglowały roje chmur. Drobne obłoczki umykały żwawo przed burymi tabunami deszczowych kolosów. Kłębiasty majestat sunął z wolna, poprzebijany igiełkami świetlistych promieni. Słońce zdawało igrać sobie z aurą, zajęte swoimi sprawami. Mimo wiosennej pory, na ziemi panował ziąb. Leśni i polni mieszkańcy nie poświęcali chmurzastym cudom żadnej uwagi, chyba, że coś z nich leciało na sierść lub pióra. A kapryśny Pan Kwiecień raczył już poczęstować smagającymi niespodziankami ze swego arsenału. To szalały ulewne deszcze przeplatane wichrami, to prażył boleśnie po zwierzęcych ciałach grad. Bywało, że atakowały ostatnie zrywy śniegu, przeplatane zimnymi kroplami. W rzadkich chwilach, na umęczony padół spoglądało smętnie słońce. Nie dawało zbyt wiele ciepła. W chwilach takich zawieruch sarny wbijały się w najgłębsze zagajniki lub polegiwały w trzcinach, przeczekując nie sprzyjającą aurę. Inni zapadali twardo w norach i pod wykrotami. Zmoknięte ptaki wysiadywały dzielnie jaja z pierwszych lęgów, ukryte przed oczami ciekawskich, pod rzadkimi parasolkami młodych liści. Dla pierzastej drobnicy był to już czas gorączkowej budowy gniazd, wysiadywania, czy nawet wychowu piskląt. Deszcze i ziąb bywały jednak tragiczne i nie sprzyjały lęgom.

Zdjęcie2827

 

Przy śródpolnym zadrzewieniu o skąpym podszycie, za dnia niewiele było życia. Otwarty dostęp z każdej strony, i mało krzewów sprzyjały widoczności, prześwitowi, zmniejszając poczucie bezpieczeństwa. Za ostoję wybrał je jednak sobie sarni kozioł, stary wyga leżał większość dnia przeżuwając, samemu pozostając niewidocznym. Jeszcze trochę i polną oazę otoczą łany gęstych upraw, czyniąc kryjówkę bezpieczniejszą. Wokół ostoi widnieje mnóstwo śladów – dziki i sarny zapisały w ulotnym piaszczystym pamiętniku wspomnienia swych nocnych wędrówek za żerem.

Zdjęcie2834

Monotonnie podzwaniają trznadle. Po kilku minutach do wtóru dołącza samiec zięby. Z innego zagajnika dobiega miękki flet kosiej arii. Ptaki grają dziś jakby smutniej. Chłód narasta. Jeszcze ileś dni, zanim w podobne wieczory zachwycą duszę kląskania słowicze. Czas nieubłagalnie wędruje ku zmrokowi. Milkną powoli ptasie grania. Surowe powietrze nasycone zimnem, coraz śmielej otula uroczysko tego zakątka. Za chwilę dopełni się wieczorne misterium. Sarny i dziki opuszczą swoje pielesze, tropami znacząc szlaki swoich nocnych marszów, w miękkiej ziemi. Zakurzy pylisty tuman, za spłoszonym zającem. Rozegrają się szmery, szelesty, trzaski, stąpania. Na zalanej czernią połaci, wśród czyhających cieni, rozpocznie się panowanie nocy. A gdzieś tam, w kosmosu otchłani mocarne słońce czeka swej chwili, by rozbłysnąć na nowo, obdarowując śpiące pola ciepłem, i życiem.

Zdjęcie2849

Zdjęcie2846

Marcowy poranek

Zdjęcie2638

Mgły sunęły leniwie ustępując z wolna potędze marcowego słońca. Wyziębione nocą łąki, zionęły parującym oddechem, skąpane w blasku złotej poświaty. Radosne, iskrzące promyki, buszowały żwawo, przeskakując po wierzchołkach zmarzniętych traw. Cóż to był za taniec! Migotały w ciepłych pląsach, coraz śmielej rozsiewając świetliste kryształki poranka.
Świat już huczał wczesnowiosennym gwarem. Zewsząd dobiegało perliste granie skowronków, w tle dzwoniły potrzeszcze. Z dalekiego lasu monotonnie śpiewały sikory.
Polną dróżką dostojnie kroczy bażant, kogut lśni w promieniach, jakby igrając z blaskiem zlewa się w błyszczący miedzianobrązowy cud. Na pogodnym niebie, zanurzony w oceanie błękitu, żegluje klucz dzikich gęsi.

Zdjęcie2642

Pośród surowych zawołań, toczą swój balet żurawie. Klangor zwiastuje nowy dzień. Słońce nabiera mocy. Uciekają gdzieś, jakby spłoszone, chłodne opary mglistych zasłon. Subtelnie ujawniają się tajemnice. Pola i łąki witają się gromko z życiem, spełniając nieustannie tętniący cykl czasu – misterium odrodzenia wiosny.

Zdjęcie2644