Leśne błogosławieństwo życia. Szczodre dary jesieni i Rykowisko Wędrowców

Zostałem tatą…  Chrzestnym znaczy. Leśnym. ‘’Jak do tego doszło nie wiem…’’ Spróbuję opowiedzieć. Zacząć. Kiedy myślę sobie, że ze zdarzeń wędrownych i historii życiowych nic już mnie nie zaskoczy, dzwoni do mnie Gabi. Nie znamy się jeszcze – chce przyjechać na wyprawę jesienną z przyjaciółką. W wesołej rozmowie wtrąca mi, że od niedawna wie, iż jest w ciąży no i wiecie, aby wędrówka nie była tak forsowną. Ja w radość… Na tą wieść. Ucieszył się, jakby było moje własne  Mówię sobie potem, ‘’No co Ty Sebcio, głupi’’? Jeszcze nie wiedziałem wtedy, że to Uśmiech Duszy był, wobec nowego zdania…

Widzimy się już na drugi dzień, w kwaterze. W trójkę błyskawicznie oswajamy, omawiamy trasę i plan na jutrzejszy Dzień Wędrowny. Stanęło na tym, że pół dnia u Drzew Mocy, druga połowa na zbiorach plonów, a potem przerwa godzinna i noc na rykowisku. Dużo, śmiechów, żartów, Gabi mówi, że do Drzew ze swym małym żołędziem przyjechała, bo chłop ma być jak Dąb. I że mam Kobiecą Duszę. Czyta mnie jak księgę otwartą. To to ja wiem… I ‘’muszę z nią żyć’’ odpowiadam, dać się tej kobietce dzikiej się wyszaleć, wypisać, wypłakać, utańczyć, a i obdarzyć czułością wrażliwą mi najbliższych ukochanych. Wtedy ona jest szczęśliwa i działamy sobie jak stare dobre małżeństwo. Wtedy też synergią brzmi męskość. Jakiś przebłysk świta, po co ta wyprawa, i co mam zrobić jutro, już wiem. Gdy wszystko ustalone, powitane, wracam do siebie. A tam… dopada mnie znana już ‘’faza piśmienna’’. Proces twórczy. Piszę…i okazuje się, dla tego dziecka maluśkiego, tam w łonie. Bo to drugi miesiąc dopiero. Czy to przesłanie? A może modlitwa? Nie wiem. Wiedziałem tylko, że mam spisywać, chwyciłem kartkę i wyjątkowo długopisem. Wzruszenie płynie strugami… Mija wieczór, z kawałkiem nocy. Wiem, że to co się spisało mam przeczytać mamie przyszłej i dziecku. Ale gdzie? Myślę pierw o Dębie Radosławie i jakimś nietkniętym kawałku lasu.

TrreLife.jpg

Rankiem jesteśmy pod Krzesimirem. Jeszcze się waham. Pracuje już umysł. Myślę sobie, i jak to tak tutaj, wśród tych kłód pościnanych sosnowych ułożonych w stosy? Nie, pójdziemy gdzie indziej… Jak była cisza w lesie, tak zewsząd zlatują się sikory. Obsiadają cały dąb, są wszędzie. Jest i kowalik, dołączył dzięcioł. Nalot. I gdy jedna z sikorek przysiada na korze, tuż nad naszymi głowami ja nie mam wątpliwości. Trudno o większy znak. Krzesimir zaś grzmi:

– TAK, WŁAŚNIE TUTAJ! PRZY MNIE TO ZRÓB. KOŁOWRÓT ŻYCIA. CYKL I PEŁNIA.

Dawno nie słyszałem tak wyraznie, dosadnie jego głosu. Gabrysi wcześniej powiedziałem co się święcić dziś może, teraz za jej zgodą przykładam dłonie do powiększonego lekko brzuszka. Czuję się nieco jak kapłan, albo i ksiądz, gdybym to wiedział jak oni się czują… Zaczynam czytać na głos. On drży. Staram się brzmieć…Nie łatwo.

Błogosławię Twoje życie, 
Trzymaj mocno je w uchwycie,

Krocz przed siebie śmiało, godnie, 
Z jego nurtem płyń swobodnie

Niechaj ludzie Cię wspierają, 
Swym najlepszym obdarzają

Wierzby, dęby i jesiony, 
Dzisiaj biją Ci ukłony

Z szumem liści już witają, 
Swego gościa, pozdrawiają,

Puszcze, knieje, łąki, lasy! 
Niech przypomną Tobie czasy

Niech przemówią stare dzieje,

Liście, pnącza, i konary, 
U Twej głowy złożą dary,

Niech nic nigdy nie zagłuszy, 
Światła Twej potężnej Duszy,

Przyjmij pełnię, uśmiech życia, 
By prowadził przez odkrycia

Niech rozprasza mroki nocy, 
Blask Twej osobistej Mocy

Pochłoń szmery i szelesty, 
Czule przejaw swoje gesty,

Wobec roślin, zwierząt, istnień, 
I ukochaj sobą wszystkie,

Daję Ci esencję Kniei, 
Abyś nią mógł się podzielić,

Tutaj w drzewach zakorzenię, 
Żebyś powiódł nowe plemię

W serce Twoje dar swój składam, 
Wieszczę, tulę, przepowiadam,

Drzew energia niech okryje, 
Tu gdzie tętno świata bije,

Przyjmij

Słyszysz pomruk ten, maleńki?
– Tak odzywa się Dąb Wielki,

Miłość poprowadzi kroki, 
Ciepło przyjmie świat szeroki

Witaj

Gdy czytam, wiatr psoty wywija w gałęziach, a Drzewo reaguje całym sobą. Udaje mi się jakoś dobrnąć do końca. Oboje spłakani. Dusza i Dąb, co wyście wymyślili? Najpierw przesłania wieszczone na żywo, teraz tak? I wiem, że dziś mam czytać ‘’brzuszkowi’’ wszystkie słowa spisane w przesłaniach, które uruchamiają energie drzewne. Prosi wierzba, jesion, dąb i brzozy. Mam jemu przekazać tą esencję. Ohhh… to był dłuuugi Dzień Wędrowny… Dalej maszerowaliśmy już na skrzydłach Babiego Lata, z gestem szczodrej jesieni, który obfitością odmierzał echo naszych kroków.

Dzika róża, bez i głogi

Maszerując niespiesznie po jesionowym szlaku podarunki jesieni zbieramy. Dziś Wędrowny Dzień plonów. Dzika róża, głogi, bzu ostatki i tarniny szczodre. Ciekawski rudzik przygląda się ludziom, pomponem pomarańczy migota. Cisza w dostatku się kłania. Czerwień spogląda zewsząd w rumieni.Na dystansie około trzech kilometrów dojrzałe krzewy rozpościerają przystrojone konary, jakby zawołać chciały; masz, wez, częstuj się! Wystarczy dla wszystkich. Medytacja więzi łagodnej, z tym co najwłaściwsze człowiekowi od wieków. Sikory psocą po chaszczach. Lis słoneczny drepta na miedzy. A zdrowie ląduje w torbach lnianych, herbatę krzepy zaparzę na całą zimę. Z kukurydzy wybiegają dwa jelenie – te wypłoszył szum warczącej nisko motolotni, która pojawiła się znikąd…ehh…

P90921-164754

P90921-165448

Bo jesienią jeszcze innego charakteru nabierają wędrówki. Czas dojrzewania wyścieła niebo i ziemię puchem wszechobecnego dostatku. Samo zdrowie, z pracy żywiołów powstałe. Chodzcie do lasu! Dla każdego wystarczy. Drzewa i krzewy wyciągają zewsząd konary, w garście czerwieni ustrojone. Dłonie pełne darów. Co komu potrzeba. Żołędzie na kawę leśną, czy kasztany pochłaniające sploty negatywnych energii. Ziół ostatki z wrotyczu paciorków. Tym nacieramy ubrania przeciw kleszczom. Kiście bzu czarnego, wiechy koralikami przystrojone. Jabłuszka jeszcze na październik czekające, jarzębiny aż bordowe. I pomyśleć, że to wszystko ‘marnuje’ się tonami co roku. Człowiek zapomniał.

P90921-134029

Prowadzę przez sosnowy młodnik, jeden z moich ulubionych zakątków ptasich. Zawsze można tu spotkać wszystkie gatunki sikorek i raniuszki. Kraina zieleni igieł, szorstkich w dotyku jak szczotka. We mchu pobłyskują brązowe łepki kasztanów…

Kasztanów…?

Śliskie, a chłodne w dotyku… wyglądają na świat… pierwsze tutaj maślaczki. Ojej, są wszędzie! W tym momencie tracę wolę i przewodnictwo, gdy goście w uciesze przypadają do ziemi, zbierając w uśmiechach garście leśnego smaku. I jeszcze, i jeszcze! Szczęście przyfrunęło na pajęczynach babiego lata. Odzywa się w człowieku jakiś pierwotny, choć łagodny atawizm pradawnego zbieracza. Dalej nie pójdziemy. Pora na grzybową przerwę. Rozmyślania już lubują się w smakach, sos będzie, suszone, a może przysmażone z cebulką? Mało co podnoszę, korzystając z daru uważności wskazuję kolejne miejsca, gdzie widać kapelusze. Oj, grzybów to ja się w życiu nazbierał… Od małego. Jak wściekły niegdyś. Wyszumiało się to, i wrócić nie chce. Zapachy tańczą w balecie, a w rozmyślaniach i rozmowach płyną wieści o roli grzybni w lesie, jej powiązaniach z drzewami, i bogatych a jakże przez lata wypartych właściwościach tych darów. Płynie gawęda swobodna, przesycona aromatem młodocianych sośnin. Przyglądamy się szacie roślinnej tego niezwykłego miejsca, tu oto srebrno matowa Szczotlicha Siwa, jedna z najodporniejszych traw, wokół kocanki złote, już witające się przekwitem ze światem. Każda wyprawa ziarno wiedzy jakiejś zostawia, do samodzielnego już wzrostu w poznaniu. Widzę i grzybki maślane w gęstwie na buchtowisku, do tych puszczam oko i zostawiam pominięte – będą dla dzików, które chodzą tędy nocą z bagna na pola.

P90921-133530

Postój robimy…w rowku, pod prastarymi wierzbami. Są kanapki, i ziołowe herbaty w termosach. Struga szeleści pluskiem, przenosząc umysł w krainy ostępów relaksu i ukojenia w zatraceniu. Częstotliwość 432Hz. Działają i wierzby. Te otulają nas dotykiem łagodności. Specjalistki od uśmierzania bólu. Bagienne Babuszki. Ogrzewa nas słońce, zagłębienie chroni od wiatru. Opowiadam o bobrach tutejszych, o tym jak siedziałem w ramionach jednego z drzew, a pode mną w srebrze księżyca przepływali bobrowi pracownicy. Trudno oddać w słowach takie widoki. Dostojna jabłoń kołysze się nieopodal w naręczach zielonych kłębków swoich owoców. Omiatają nas stada ptasie, przeczesujące falami wszystkie możliwe zakamarki. Jest kowalik, raniuszki, sikory i dzięcioł. Zobaczcie, mówię. Oto one są sekretem tej jabłoni. Bo jak to możliwe, że sama jedna, nie przycinana, nie pryskana, nigdy nie ”pielęgnowana” a rodzi takie kosze bogactwa? Ptasi owadobójcy wydobywają zewsząd wszystko, co mogłoby jej zaszkodzić. Prawię o dzikach, dziuplach i skrzatach… Jesteśmy w klimacie. Szara struga pluszcze opowieścią, wierzby szemrają gawędą, trzciny kołyszą się niemo… A ja pytam moich gości…Bo przecież siedzimy tutaj w scenerii, dokładnie takiej jaką opisałem rok temu w historii.

Czy byłeś kiedyś nocą nad bagnem, w krainie szuwarów i mokradeł z dawna zapomnianych?

Siedziałeś może w kręgu Wierzbowych Wiedźm, słuchając o czym szemra wiatr w koronach próchniejących czarownic? Możesz tu szukać wszystkiego, lecz jednej rzeczy nie znajdziesz nigdy. Ciszy.

Ta umyka żwawo z królestwa moczarów, poganiana szelestami gwarzących trzcin. Nie ma ochoty tu mieszkać. W odległych gawędach ludu, nieposkromione bagna i ostoja dzikości złą sławą się zapisały, skrywając swe sekrety przed śmiałkami odkrywców mglistych tajemnic. Podania mówiły o topielicach, strzygach, zjawach wołających wędrowca ku czeluściom topieli, zaś w wierzbie miał zamieszkać sam Diabeł Rokita, błyskający ogarkami cudacznych lampionów, strasząc w obronie swych niedostępnych pieleszy. Sprawcami tych legend stały się głównie zwierzęta, w tak skrytych zakamarkach znajdujące swe ostoje. Niewidoczne, bezpieczne. Ale nie ciche. Kto lękliwy, odnajdzie tu sumę wszystkich swoich strachów. Pogodny i uważny, cudów zachwyt i wieczny urok. Można też duchom bagien zadać pytania, i posłuchać odpowiedzi…

Tu dzik szlak błotnisty przemierza, w pełni się czując bezpieczny, 
Jeleń do kąpieli też zmierza, odwieczny zwiedzając matecznik.

Głucho dudni bąk w mroku, ptasi duch trzcinowiska, 
Wierzba w szelestach swych kroków, tam diabeł ogarem błyska.

Szpacy zapadają z łoskotem, oddając się w senne mary, 
Czapla ochryple łopoce, skrzydlate wzywając już czary.

Żurawie trąbią ku słońcu, zachodu zwiastując wieszcze
Nadzieję mają, że w końcu, cisza zagości tu jeszcze.

Gęsi paplają z trwogą, gwarem wypełniając pielesze, 
Nadziwić się temu nie mogą, lis zaś się skrada w uciesze.

Bóbr w pluskach chroboce srogo, świat swój budując misterny
Podąży zawsze swą drogą, żywiołu posłaniec wierny.

Wydra śwista z uśmiechem, rybom na utrapienie
Topieli stając się echem, cieszy się swoim spełnieniem.

Łabędzi rycerz na toni, czułość okazuje partnerce
Kogo potrzeba przegoni, i pragną się jeszcze więcej.

Olchy w czas wichur zawodzą, bujając wśród połamańców,
Najlepiej tu sobie powodzą, kołysząc w rytm swoich tańców.

Szuwary z pomrukiem gaworzą, 
Gdy locha prowadzi swe plemię

Nigdy do snu się nie łożą…
Mgieł zjawa w oparach drzemie.

P90921-152140

IMG_20190921_150922

Opowiadam wzruszony, bo i słowa kieruję do łona, gdzie zamieszkało towarzyszące nam dziś maleństwo. Bo przecież jest nas czwórka. Wspaniała dusza wybrała sobie przyjście na świat z inicjacją leśną, chcę by pochłonęła jak najwięcej dobrego o tym zielonym świecie. Gabi zasypia…ukołysana wierzbowym szumem, pluskiem strumienia, i chyba moją opowieścią. Nie przeszkadzamy jej.

Rykowisko Wędrowców. Jesienny oddech Leśnej Mocy 

Po półtoragodzinnej przerwie, czas nam ruszać. Zwykle Dzień Wędrowny kończymy wraz z zachodem słońca, który podziwiamy gdzieś w przyrodzie. Gdy nastaną ciemności udajemy się na wypoczynek do kwatery, niedługi. Coś zjeść, zmienić ekwipunek, przebrać na noc i już gotowi. W oddali nad lasem wisi pomarańczowo – złocista połówka wschodzącego księżyca. Ona woła pod swoją opiekę. Już dawno po pełni. Nocka zapowiada się idealna, bezwietrzna, chłodna i księżycowa. Byki lubią się wtedy odzywać. Wdrapujemy się na ogromny stóg słomianych balotów, którego lokalizację trudno by sobie lepiej wymarzyć. Jednocześnie blisko szosy, można podjechać. Stąd widok na pola rozległe, rzepak z burakiem, gdzie ciągną zwierzęta. W horyzoncie czarna ściana lasu, i tu właśnie słychać dobrze wszystko, co się w nim dzieje. Każdego jelenia, który się odezwie.

Ubieramy się puchato. Czatownicy zasiadają na czuwanie. Czatownik – uwielbiam to określenie. Ten który czatuje, czuwa, zasadza się, czeka, obserwuje. Niewidoczny, nieuchwytny, skryty. Nic nie ujdzie jego uwagi. Jego intencją i pragnieniem jest jak najmniej przeszkadzać buszującym zwierzętom, dlatego wytrwale pozostaje godziny w bezruchu. Jest tu po to, aby nasycić swoja duszę pobytem w przyrodzie, ucieszyć wszystkimi dzwiękami i zdarzeniami, jakie minąć go mogą, gdy siedzi stapiając się w głaz… Podejrzeć cząstki leśnych tajemnic i nie zakłócać.

Mija 10 minut, 15, 20… w kryształowej ciszy. Trochę jakby ‘’zaczynam się niepokoić’’. Stąd powinno być słychać, już pora. I choć każdy wie, że w przyrodzie nie powinno się niczego oczekiwać, że nie można w zasadzie ‘’obiecać zwierząt’’, to zawsze chcę aby cokolwiek się wydarzyło. Gosia przyjechała z Katowic specjalnie, żeby te byki u boku Szeptów Kniei usłyszeć. Cisza gości się na dobre, a wiercenie mej towarzyszki mówi mi, że próbuje zaprzyjaźnić się z nią Pan Ziąb. I ja wiem o jego obecności, jednak zacząłbym pewnie zwracać nań uwagę po dwóch godzinach. Gdy ma się do czynienia z tym na co dzień, nie zwracasz uwagi na zimno, przyjmując jej jako coś normalnego, że troszkę tam dokucza. Wiem, że miejsce ma potencjał, a zwierząt jest tu mnóstwo. Może by tak.. je zawołać? W duszy rzecz jasna. Już nie raz tak robiłem i zdarzenia działy się piękne. Rozszerzam się. Wnikam świadomością w zakamarki gąszczy, przepatruję, wywołuję, rymuję…

Czatownicy już czekają, 
Z ciekawością spoglądają,

Czujnie dzwięków nasłuchują, 
Coraz większy ziąb też czują,

Hej jelenie, sarny, lisy! 
Księżyc świeci blado łysy

Opowieści przędą nowe 
Ukaż nam się życie płowe,

Sowa, borsuk, jenot, dziki! 
Niechaj zabrzmią tęgie ryki,

Pokaż skrawek tajemnicy 
Byśmy mogli się nasycić…

Ledwo kończę ‘’rymowane wygłupy’’ w myślach, przestrzeń jakby się uruchamia. Rozbrzmiewa piskliwe nawoływanie samicy puszczyka. Kuwika sobie w sosnach. Za kilka minut zaczynają chrypieć kozły sarnie. Gosia rozgląda się, zasłuchana, oczarowana. Jej białą twarz posrebrza księżyc. Ja się cieszę. Nad nami kaskady gwiazd, słabnące w blasku górującej złotej latarni.

70893839_2558974011045155_1606539530750394368_n

I jest! Pierwszy jeleń. Nadaje z głębi bagna. Ryczy mocarnie, kończąc frazę ochrypłym warczeniem. Ale z daleka. Wiem, że tam dalej muszą odzywać się inne, których stąd nie słyszymy. Odgłos raz jest bliższy, to dalszy. Bije tętno samczej mocy. I gdy tak słuchamy, wielki cień nadlatuje z pola, przepływając bezgłośnie nad naszymi głowami. Milcząco wachlujące skrzydła. To jakaś sowa! Choć odzywały się puszczyki, po wielkości obstawiam płomykówkę. Gosia zdziwiona, a ja wiem, że one tak zawsze podlatują obadać kto siedzi. Ryk mocnieje i przybliża. Teraz wpada nam wyraznie w uszy. Jest i inny. Jelenie podeszły. Krótka narada, i decydujemy się zejść ich posłuchać jeszcze bliżej. Można to zrobić nie przeszkadzając. One teraz i tak niemal nie zwracają uwagi na ludzi. Tam w dole jest łąka z łanem kukurydzy za plecami, można stać za parawanem mgieł i słuchać z bliska. Mlecznie języki rozlewają się smugami po polach, tworząc powłóczyste zasłony chłodnego jedwabiu. Przenikamy przez nie. W nich właśnie chyba mieszka ziąb. Stoimy, nasłuchujemy i chłoniemy. Gosza podskakuje mi na każdy bliższy ryk i szelest. Bardzo chciała iść, a teraz chyba trochę się boi. Tłumaczę cierpliwie półgłosem – co tu się dzieje. O ich zwyczajach. Gąszcze zaczynają szamotać z furią, któryś z byków przedziera się do rywala. Łoskot, dudnienie, łamanie krzaków. Chyba się zwarły… Byk jest zainteresowany tylko drugim bykiem, nie szuka ludzi i nie zwraca na nich zbytnio uwagi. Trzeba tylko uważać podczas hałasowania w lesie, bo jeleń biorąc za konkuretna możne podejść i w amoku zaszarżować. Zaślepiają je hormony. Tu mamy kilka kroków za plecami starą, a mocną zwyżkę myśliwską, na którą w razie co można się wdrapać. Jest bezpiecznie. Wabimy. Podkręcamy atmosferę, rozgrzewamy nastroje. Okazuje się, że jeleni było tu więcej. Chodzą i szeleszczą gromko. Jeden mruczy nisko, całkiem blisko w kukurydzy. Pobrzmiewa w nim grozba. Koncert pochłania nas niepamięcią. Nie rejestrujemy już zimna. Mgły rozpościeraja się woalem, kryjąc może wielgachne sylwetki byków mruczących w głębi łąki. Czuję się jak w świątyni, promienieję szczęściem. Nikogo tu poza nami. Wezwanie dzikości. Pradawne tętno leśnej mocy. Nie śmiemy już mącić, szargać. Dziś panują tu Płowi Królowie. Wygrażają, rzucają wyzwania, ogłaszają mglistemu światu ogień swojej potęgi. JAM JEST. TUTAJ. I nic innego się nie liczy… MISTERIUM. To najwłaściwsze słowo.

Gosza mówi, że nawet przestała się bać. I też zapomniała o zimnie. Nastąpiło zestrojenie z przestrzenią. Każdy ryk osadza nas w miejscu, choć chcielibyśmy już wracać tkwimy zasłuchani. Ciało przyjmuje fale informacji o potędze odwagi, Miłości i osobistej mocy. Dusze zatracają się w leśnej opowieści. Jelenie, kozły, puszczyki, płomykówka, mgły. Dziś gość mój czuje całą swą istotą sedno spisywanych na Szeptach Kniei opowieści. Już wie, jak to jest.

Wracając, przystajemy co kilka chwil. Ciężko się oderwać. Każdy zew rozbudza tęsknotę niewiadomą wstrzymując kroki, chciałoby się zostać aż do świtu.

IMG_20190921_113621

________________________________________________________
________________________________________________________

Wędrówka miała swój czas w ramach naszych trwających warsztatów z Drzewami Mocy i spotkań z dzikością, w esencji brzmienia pierwotnej Natury. Ją staramy się poczuć i odnalezć, zgłębiając przesłania mistycznej strony świata. Jeśli i Ty czujesz w sobie pęd do podobnej wyprawy, pisz i pytaj o swój termin. Te spotkania są dla Ciebie. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną historię. Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl   lub   FACEBOOK 

Do zobaczenia w lesie 🙂

 

Reklamy

Tęsknota jesieni. Pieśń Duszy Wędrowca

Jesiennym szmerem otulam się liści, 
Chochoły w stogach drzemiące, uśmiechem pozdrawiam,

Tańczę w paprociach zeschłych, z duchem bosym Ziemi 
Czasem pogrzebię trochę w starociach…

To znów cały zatopię w Czerwieni, 
Podnoszę dłonie i chwytam szelesty,

A z aury złocistej snów wianki zaplatam, 
W krainie tajemnic ku nieznanemu wędruję

Wiatr coraz dalej i dalej pogania, 
Wcale zmęczenia żadnego nie czuję,

W kolorach brzasku przeglądam się z rana, 
Marzenia dzikie snują się przy mnie,

Druhowie czuli, towarzysz błogi 
Będą szybować na piórkach zwinnie

Do najpiękniejszej, prowadząc drogi

Mirabelki krasne po owocach całuję, 
Dziękuję, że obrodziły tu z dojrzałością

Obfitości oddech w powietrzu paruje 
Wielu obdarzą, swą słodką sytością

Na mchu zielonym w wilgoci spoczywam, śpiewam do ptaków na pożegnanie
Niech im życie najlepszym ozłoci, podziwiam ostatni skrzydlaty taniec

Szeptem zawołam grzyby, prąd aromatu w kapeluszy chaosie 
Prastarym echem ziemi są żywi, pachną aż kręci w nosie

Kawę z żołędzi na ogniu zaparzam
Sikorze siostry spoglądają ciekawie

Dąb o zaufaniu mi ciągle powtarza
I tak jesteśmy tu razem, przy kawie

Brzozy wciąż figle płatają mi nowe, 
Kiedy zasiadam, na długie czuwanie

Podglądają mnie sarny płowe,
Najbardziej cicho, staram się dla nich

Być

Z puszczykami mgieł duchy poławiam, 
Zjaw dymiących, wolnych i dzikich

Zapomnianych Bogów Imiona wymawiam 
W wierzbach migoczą już chwiejne ogniki,

Głowę utulam w ogonie lisim, 
Rudy przyjaciel, odwiedził i usiadł

Rozmawiamy o harcach mysich
Mówi że zrobił, co czynić musiał

Spogląda ufnie zielonymi ślepiami, 
Wie już, że z druhem jest tu bezpieczny

Często siedzimy sobie tu sami 
I tak mija spełniony, czas ten bajeczny

O świcie zanurzam się cały w strumieniu,
Badam ścieżki i tropy – wodopój

Ciało pogrąża się ukojeniu 
Chłodny a błogi, ogarnia mnie spokój

Dębowie pomrukują z daleka, znowu do siebie, po coś wzywają 
Szemrze tam z pluskiem pobliska rzeka, żywioły dziś przemawiają

A ja bez większych planów, kasztanów uzbieram kosze 
Zaniosę jeleniom na czas ich święta, częstujcie się bracia proszę

I dzików przebudzenia posłucham, jak trzeszczą szuwary łamane
Ucieszę tym swego ducha, odgłosy to ukochane

W deszczu i słocie nurkuję ze szczęściem,
Pomoczę kurtkę, ubłocę kalosze

Niczego chyba nie trzeba mi więcej, 
Wieści coraz to nowe przynoszę

Wicher zimny pędzi przez pola, czapkę pożyczyć chce do wędrówki 
On już do siebie pieśnią mnie woła, i na nic tu żadne wymówki

Trznadlom i wróblom do snu nucę wieczorem, te się zlatują igrając skrzydłami
W kolczastej kryjówce tam mają osłonę, do zmierzchu zostanę tu razem z Wami

Na miedzy siadam u głogów rumianych, gdzieś w tarninowym zakątku ciemności 
Pośród chrobotów, szelestów słomianych, pogrążam się w swojej Dzikości

37927-1920x1200

250961

35160wide

les-osen-stvoly-listva-derevia-vetki-polumrak-svet-luchi-sol

Sierpień 2019

Foto: Wallpapers

The Leaf Charmer