Wróżki nad jeziorem. Za granicą światów.

Przedzieramy się przez letni, dojrzały w zieleni las. Nie przez jakieś tam chaszcze – po prostu zwykle dostępne dróżki zarosły trawami i roślinnością po pas. Choć w lesie pięknie i śpiewa, chcąc nie chcąc przyspieszam kroku. Trzeba się wydostać na przestrzeń, bowiem gzy, strzyżaki i komary wyległy tłumnie aby mnie powitać. Kawalkada. Nic nie jest w stanie ich odstraszyć. Idąca obok mnie Małgosia nie ma w ogóle z tym problemu – dla owadów jest jakby niewidzialna. Pojęcia nie mam od czego to zależy, ale zauważam – zjawiają się takie osoby, które wszelkie małe istnienie darzy mniej wylewnym szacunkiem. Nici ze spaceru w cieniu drzew. Żegnają nas wiotkie łodygi gozdzików. Ale na przestrzeni, też jest cudownie. Kolorami woła tu życie. Skraj polnej dróżki obsiadły miodunki. Te zachwycają oczy przesłaniem dojrzałego chabru z ciemnym błękitem. Obok nich na badylu wiszą ciemnoróżowe szmaragdy wyki ptasiej. Jak krople esencji kwietnego kunsztu. Wojownicze ostrożenie stróżują wytrwale z kolczastym ostrzeżeniem fioletu. Nie podchodz! Uważaj. Kłuję! Delikatnym motylom krzywdy jednak nie robią. Wszędzie wokół rozkwita jeszcze więcej kolorów, póki co nieznanych mi z nazw. Ohh, jaki ten świat jest bogaty. Dzikie rośliny. Tak wytrwałe i dzielne. Podziw i zachwyt. Nawet nic po nich nie widać – mimo tych upałów. Prawdziwe bohaterki. U nich podobnie jak w lesie, tylko takim na mniejszą skalę. Różnorodność gatunków i totalnie pozorny brak miejsca z rywalizacją o przestrzeń, sprzyja im wszystkim. W tym gąszczu same dla siebie obniżają temperaturę i raczą wzajemnym chłodem, a mozaikowy system korzeniowy każdej z nich, pomaga lepiej zatrzymać wodę dla wszystkich zielonych mieszkańców. Świadome, czy przypadkowe braterstwo?

Długi czas pozostajemy w ciszy, a każde z nas rozgląda się podczas bosego i chłonie w duszę, to co na co dzień pomijane i zapomniane. Siostrzane Topole napotkane po drodze obejmują nas radością i zrozumieniem. Dziś to ja nie mogę się od nich odkleić. Pobudzają wnętrze do osobliwego śpiewu. Pieśni zgody i harmonii z wszystkim co jest… Spostrzegam, że podczas tej sesji nie przysiadł na mnie ani jeden komar…

54230831_1071311349727451_6457138954763239424_n

Wieczór spędzamy na skraju sosnowego boru, pogrążeni w cieple zachodzącego słońca. Tu przenikają się ptasie światy. Z wnętrza lasu wielogłos świergotu i gwizdów, a z pustki przestrzeni polnych, monotonne wołania trznadla. Wtóruje mu melancholią ortolan, a podzwania wibrująco ukryty potrzeszcz. I znów mówimy mało. Nie trzeba. Tutaj wszystko rozmawia. Ciekawiej jest posłuchać. I tak przysłuchujemy się dialogowi dwóch kruków, polatujących nad polem. W pierwszym wrażeniu, to tylko ‘’zwykłe krakanie’’. Ciszej. Uważniej. Wyraźniej. I już da się rozróżnić. Jeden coś opowiada, intonuje, moduluje głosem. Drugi potwierdza i wypytuje. Najinteligentniejszy ptak świata w swych przepowiedniach pozostaje jeszcze niezbadany. Kruki to jakby tacy nadzorcy nad całą przyrodą. Widzą, oceniają, zawierają sojusze, kombinują, uczą się, i działają. Fascynują zaradnością na każdym poziomie. Z każdej wyprawy staram się spisywać głównie wrażenia przyrodnicze. A przecież to tylko maleńka cząstka tego, co podczas nich się dzieje. Wędrówka to złożony proces. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Dokąd dotrzemy? A co wypłynie na powierzchnię. Rozmowy. I te milczące dusz, jak i w słowach. Jaki temat, emocja, historia, przeżycia – domagające się wysłuchania i wreszcie uzdrowienia? W jaki sposób sobie pomożemy? A dzieje się tak niemal podczas każdej wyprawy. W cudowny, intuicyjny, i najprostszy zwykle sposób. Wydobyć, zrozumieć, zobaczyć i puścić pomagają bardzo Drzewa. Wszystko to sprawy bardzo zazwyczaj osobiste, i nie każdy chce nimi się dzielić. W pełni to rozumiem, szanuję i akceptuję. To co wybrzmiewa i się zadziewa, pozostaje intymną tajemnicą naszej przestrzeni.

I tak po słonecznej sielance z krainy pachnących sosen, docieramy o zmierzchu nad jezioro. Małgosia rzuciła takie hasło, a ja w pierwszej chwili zaoponowałem. Teraz jestem tu, skaczę boso między szyszkami i nie żałuję. Bo widok i dzwięk przekracza wyczerpaną już na dziś dozę zachwytu. W ciemnościach śpiewają jeszcze rudziki i drozdy. Wita nas miękkie, dudniące pohukiwanie bąka. Tętni zadumą jakąś. Ostro wrzeszczą żaby. Ale… tafla jeziora… niebo zlewa się czerwienią z lustrem, tworząc dojrzałą, harmonijną jednię. Echo zaszłego słońca. Wyczuwam oddech srebrzystych obłoków, blasku na styku atmosfery ziemi z ‘’pustką’’ kosmosu. Na tle tej glorii wirują w chaosie cienie nietoperzy. Przysiadamy z czuwaniem na wędkarskim mostku, słuchając jak żyje woda. Zewsząd obezwładnia jej mokry, z domieszką bagiennej roślinności, ciężki choć rzeźwiący zapach. Tu, w krainie jeziora próżno nasłuchiwać za ciszą. Pluski i pluskoty. Jak wykrzykniki w ciemnościach. Polują ryby. A może skaczą, po prostu dla zabawy? Ochryple zawodzi niewidoczna czapla. W pewnym momencie ‘’coś’’ kusi mnie, aby jednak trochę poświecić na wodę przed sobą. Roje owadów. Ochotki, komary, licho wie co jeszcze. Spoglądam na spokojną taflę, przypatrując się kłębiącym larwom nieznanych mi stworków. One…coś robią. Nie pływają bez celu. Zbliżają się do góry i…nie wierzę w to co widzę. Larwy tuż przy powierzchni ‘’rozwalają się’’ a z ich wnętrza powstaje zupełnie dorosły owad. Obserwujemy przeobrażanie! Niektóre niemal od razu startują, inne siedzą kilka chwil w bezruchu na wodzie. Kolejne mają jakieś ‘’dziwne pejsy’’, witki. Wyglądają tak magicznie! Czar przemiany. Bo to jest naprawdę cud. Przejście przez granicę żywiołów. W ciągłym tańcu ze śmiercią i szczęściem. Widzę jak młode okonie co i raz rzucają się na tą zdobycz. Inne zgarniają z powierzchni nietoperze jeśli nie poderwą się dość prędko, a i w powietrzu nocą nie są bezpieczne. Mimo to, wiele z nich spełni swoje jedynie zadanie, w odwiecznej pieśni życia. Przetrwają. Nieme, ulotne wróżki wody. Wdzięczni, że mogliśmy uczestniczyć w tym niespodzianym widowisku. Bezimienne owady na zawsze pozostaną wspomnieniem przemijania w niewiadomej pieczęci zdarzeń… Szemrzące wokół trzciny, plotą z szemraniem baśń jakąś… Mam wrażenie, że ta chwila mówi do mnie wszystkim, co w tym momencie się dzieje.

Czerwień blaskiem się kładzie, 
Na spokojnej tafli jeziora,

Świat się pogrąża w bezwładzie, 
Nocy nadeszła już pora,

Bąk w szuwarach ukryty, 
Echem dudni w zadumie,

Jak duch, cały jest skryty, 
Odezwać inaczej nie umie

Święto maleńkich owadów, 
Żywota ogłasza przyczyny

Przybyły na ucztę tłumnie, 
Płocie, okonie, i liny

Nietoperze wydobywają z cienia, 
Wróżek istnienia Wspomnienia,

Ostatnim zgasłym łopotem, 
Latarnią są przeznaczenia.

Wypowiadam płynnie te słowa, wtedy jeszcze zachowane w pamięci inaczej.
Ostatni akt nocy spędzamy kilka kroków dalej, pod sosnami. Bynajmniej nie śpiącymi. W życiu nie czułem tak ich energii. Przenieśliśmy się spontanicznie, stąd był dobry widok na zorzę i nietoperze. Muszę… wiem, że powinienem im się poddać. Ciało moje zaczyna kołysać się swobodnie, choć impulsowo. Zupełnie jak drzewo w podmuchach wiatru. Nie wiem jak to się dzieje… czuję jakby chwytały mnie za nogi od spodu i bujały. Dzikie to. I szamańskie. Gość mój stoi oparty plecami o pień kolejnej obok. Bucha gorąca energia. Znów drzewa odprowadzają to, co powinno odejść. Ostatnio podniosły mi poprzeczkę. Powiedziały, że pora na kolejne wydarzenia i spotkania. Że ten etap warsztatów od marca, był tylko wstępem. Do czegoś dużo głębszego. Był taką nauką podstaw. Teraz mam wieścić przesłania ‘’na żywo’’. Już nie spisywać, a mówić na bieżąco podczas spotkań. Szeptać ich szumiące modlitwy. I tak dziś przechodzę ‘’chrzest ognia’’. Bo rzeczywiście mówię tym rymem. I jakoś swobodnie płynie. Przecież to od Drzew…

Gwiazdy srebrzyste, 
Wspomnienia ojczyste,

Mgieł opary, 
Szemrzące szuwary,

Przyjmij Sosnowe Dary….

Wypowiadam do Małgosi. Teraz czuję się nieco jak ten dawny druid. Jedno ze słów okazało się kluczowe… Popłynęło wzruszenie… Ciężko nam odejść od sosen. Gwiazdy migoczą zalotnymi ognikami ze spokojnej tafli jeziora. Przebijają iskrami znad koron igieł. Wracamy. Oczy nasze doskonale orientują się w odcieniach szarości. Marsz skupienia i jedności. Bór milczy odświętnie. Bezbłędnie pokonujemy przeszkodę w postaci powalonych kłód. Na jego skraju jarzy się platyna tych srebrnych, kosmicznych obłoków. Dziś są szczególnie rozległe. Noc wędrowną kończymy wymianą opowieści i wrażeń, podziwiając chwiejne błyski gwiazd na pomarszczonym nieznacznie lustrze tajemnicy.

tapet1

Reklamy

Leśna medycyna – Dotyk Ziemi. Wiosenna wędrówka Żywiołów.

Są takie momenty, że wzruszenie trzyma tak długo, że nie wiesz co napisać ani powiedzieć. Szczególnie, gdy ktoś pokonuje setki kilometrów specjalnie po to, aby poznać i przytulić dwa drzewa, od których spisałeś dedykowane osobiste przesłanie Drzew Mocy. Ania Chmura przyjechała naprawdę z daleka, bo aż z niemieckiego Hamburga. Tak bardzo chciała je zobaczyć… I choć ma za sobą ponad 550 km jazdy autem przez wiele godzin, mimo późnej nocy, nalega abyśmy jeszcze dziś ruszali do lasu. Stwierdzam, że to dobry pomysł, jeśli po całym dniu hulanki deszczu i wiatrów, niebo wreszcie się rozgwieździło. A jutro znów ma padać. Dobrze wykorzystać taką chwilę. Gdy wychodzimy z kwatery, jest około godziny 23. Noc czarna i cicha. Żadnych zwierząt z bliska ani daleka. Jakby całe istnienie zatraciło, rozpłynęło się w tej ciemności. Podążamy wzdłuż polnego rowku, który objęły we władanie pożyteczne bobry. W nim ścielą się pocięte kłody wierzbowych ofiar. I choć niewiele widać, uczę jak najlepiej rozglądać się w tym świecie o takiej porze, żeby przegapić jak najmniej. Zobacz! Jeśli przykucniesz i spojrzysz bardziej od dołu, jest spora szansa, że na ‘’szczycie horyzontu’’ pola, dostrzeżesz maszerującą sarnę, dzika, lub nawet lisa. Ich czarne sylwetki odcinają się nieznacznie na tle nieba, i można wtedy przeczekać aż zwierzę przejdzie. Tak właśnie trzeba tu zerkać, jeśli nie ma z nami księżyca…

Uszy uspokaja szeleszczący pluskot strumienia. Zostawiamy go za sobą i wreszcie stajemy pod czarną ścianą delikatnie szumiącego lasu. Tutaj zawsze robię krótki postój nocą. Pierwsze, głębsze wejście do leśnej krainy, aby poczuć ją wszelkimi zmysłami. Można długo tutaj stać w ciszy, nie niepokojąc zwierząt. One dalej położonymi ścieżkami wychodzą ze swych ostoi na pola. Nasłuchujemy ich kroków. Jak spokojnie. Pozdrawiamy mieszkańców leśnych w pokłonie, i wyciągamy dłonie przed siebie, aby poczuć energię tego miejsca. Nagle:

Trrrrrrr….

Odezwało się drzewo. Trzeszczy od środka.

– Trrrrrrrrr, kuiiiiiiiiiii, – odpowiada mu drugie z jękliwym piskiem. Dęby omawiają coś z Sosnami.

Brzmi nieziemsko w tych ciemnościach. A to przecież zwyczajne odgłosy tego świata. Przysłuchujemy się tej trzeszcząco – skrzypiącej rozmowie drzew. Ania zadaje im szeptem osobiste pytania. Cichutko nuci pieśń, jaka odezwała się nagle w sercu…Robi się baśniowo. Wzruszenie. A one odpowiadają, potwierdzają… Myślę sobie wtedy, że z nimi jak z nami. Komunikacja werbalna i niewerbalna. Ta energetyczna jest mi już znana. A na tą postrzegalną fizycznymi zmysłami, coraz bardziej i głębiej zaczynam zwracać uwagę. Gadają tak pięknie, że nie mamy ochoty stąd iść. Do marszu rusza nas dopiero zimno. Idziemy więc dalej piaszczystą dróżką, z jednej strony mając sosnowy młodnik, a z drugiej bezkres pól. Tam stoi jakiś wielki dziad… Czai się w mroku. Wygląda rzeczywiście jak olbrzym, witający otwartymi ramionami śmiałków w swoim świecie. Można z daleka się go wystraszyć. Proszalny dziadyga pilnuje tu miedzy, a jego istotą jest pień zamarłej, pokonanej przez wiatry dzikiej gruszy. Kiedy spoglądam na pustkę pól, nie mogę pozbyć się wrażenia, że równo z nami przemieszcza się jakiś duch. Pojawia się w postaci ciemniejszej plamy. Ludzka sylwetka. I można czasem aż zwątpić, czy z horroru rodem to świat, czy może jednak kraina baśni…

P90309-003433

Siadamy z odpoczynkiem nad bagnem, gdzie ma zwyczaj kryć się i zamieszkiwać największe zwierzęce bogactwo. Delikatna rozmowa, przeplatana momentami medytacji. Spontaniczna lekkość. Nie każdy potrafiłby odnaleźć się w bagiennej ciszy. Bóbr chrobocze przy olszy, coś nieśmiało sobie majstruje. Odpowiadają mu sennie żurawie, jakby zza grubej zasłony. Wybudzone na moment, za chwilę gasną w ciszy. Z pól dobiega jękliwe, tęskne zawodzenie jakiegoś zwierza. Mimo, że znam niemal wszystkie, tego głosu uparcie nie udaje się odkryć. Zostaje dreszczyk tajemnicy. Słychać pogłos dalekich kaczek. Ja z głębin bagna odbieram jeszcze niski bulgot kilku dzików, jednak to dźwięk tak subtelny, że nie zawsze da się go wychwycić. Mimo wszystko, jak dla mnie bardzo tu dziś cicho. I pomyśleć, że za 1,5 miesiąca to miejsce zmieni się tak, że nie będzie wiadomo czego nawet słuchać. Nad nami iskrzy w czerni, udekorowana srebrnymi lampionami, bezkresna otchłań kosmosu. Pojedyncze chwiejne obłoczki umykają szybko, nie chcąc mącić świętości nieba. Ania zachwyca się gwiazdami, których w takiej ilości nigdy nie widać w miastach. Doskonale ją rozumiem, bo mimo upływu lat, ten widok również mi nie powszednieje. Doceniam. Choć wiem, że to ‘’pikuś’’ w porównaniu z tym, co można zobaczyć, na przykład w górach. Wzrok zestroił się już z tym światem, nie straszna nam ciemność. Trwa jedna z tych pięknych chwil, bardzo bliskich życiu…

Chmurka.jpg

I tak minęła nam pierwsza Noc Wędrowna.

Krzesimir

Kiedy rankiem przybywamy do dębu, sprzyjająca pogoda kończy się. W oddali pędzą bure, wściekłe kłęby rozjuszonych obłoków. Gradowa burza porywa nas w objęcia znienacka. Nadleciała na skrzydłach granatowych chmur, pędzona pejczami zimnych porywów pogodowego szaleństwa. Z nieba prażyły boleśnie pędzące ku własnej zgubie, miniaturowe lodowe kulki. Dla Ziemi to jak masaż. Woda Życia, w nieco innej formie. Nam w kurtkach też nie szkodzi. Biała kurzawa szarpie wzmagającymi falami, jakby chciała stratować, rozgnieść, zmiażdżyć wszystko na swojej drodze. Szare smugi przelatują w furii nad polami, zderzając się ze ścianą lasu. Tam hamują nieco swój impet. Drzewa szumią jak bezmiar oceanu. Ania jest tak zjednoczona z dębem, że nie zwraca uwagi na to co się dzieje wokół. Olbrzym przekazał brzmienie swojej siły, zaufania, pewności. Jest totalnie wyciszona. Spokojna. Nawet się uśmiecha łagodnie. Nic więcej nie trzeba… U mnie odwrotnie. Jestem bardzo pobudzony. Jednoczę się z huraganem, cały śpiewam w środku i mam ochotę gnać przed siebie polem, oddając się w objęcia żywiołu. Dzikość istnienia, sedno duszy przejawienia.

P90309-140040

P90309-140120

Dąb nas osłania. Opiekuńczy pień przyjmuje na siebie całą siłę sztormu. Co to dla niego… Nie takie rzeczy tu przetrwał. Powszedni chleb życia dębowego. W pewnej chwili dostrzegam jak nad polem, w tej całej zawierusze frunie jakiś maleńki ptaszek. Co kawałek opada i przysiada na Ziemi. Nie daje rady. Grad psuje widoczność tak, że nie sposób rozróżnić gatunku. A on uparcie, podrywa się. Nie leci w krzaki, tylko na przestrzeń. Zgłupiał? Na dalekim horyzoncie przeciera się już na niebiesko. Może i on, w swej małej mądrości ptasiej wie, że to tylko marcowa chwilówka? Trwała 10 minut. Kiedy znów wynurza się słońce, sosny olśniewają czystym złotem, obdarowane wilgocią ulewy. Drzewa przywdziały jedną z szat przedwiośnia, tak rzadko podziwianą przez wytrwałych wędrowców. Zachwycamy się tym długo jak dzieci, chwytając dłońmi resztki ostatnich kropel. Jak cudnie! Świat wymalował gałęzie blaskiem. Żarzą się w glorii, obwieszczając, że przetrwały i są gotowe do wiosny. Z dębu bruzdami kory spływają kaskady maleńkich wodospadów, pojąc drzewo do pysznego syta. Cuda błyszczą w świetle kryształowych diamentów, gdy na koniuszkach gałęzi osadzają się łzy niebios. Być tutaj, w pełni tego co się dzieje. To jest to, czego niektórzy szukają.

Pod niebieskim niebem maszerujemy już dalej, podziwiając ciemne okapy ogromnych świerków. Prężą się dostojnie, niczym maszty niewidzialnych okrętów. Pokrój piramidy. Energetyczna antena. A z nami podąża delikatny szmer. Mówi się, że w lesie pada dwa razy. Ja bym powiedział, że nawet trzy. Z drzew, krzewów, gałęzi, pączków i paproci opadają na mchy i liście resztki ulewy, czarując magiczny pogłos. Echo wdzięczności roślin, za dar wody. Szemrząca modlitwa lasu. Wnet stajemy nad rozległą łąką, mizdrzącą się w pełni słońca. Jak dynamiczna zmiana, przez krótką chwilę… Uroki marcowego klimatu. Tu witają nas powykręcane sosny i zmurszałe brzozy. Odeszły naturalnie. Tak jak powinny odchodzić drzewa. Część złamana przez wiatry, wywrócona odsłania ogromne wykroty. Inne podziurkowane dzięciolim kunsztem, rozsypują się już od własnego próchna. Rozglądam się za gniazdem strzyżyka, które widniało tu zeszłej wiosny, jednak nie przetrwało. Lubię to miejsce i często wysiaduję tutaj przy księżycu. Skraj lasu jest świetlisty i łagodny. A nie poskromiona przez człowieka natura, ukazuje wspomnienia swojej dawnej dzikości, niestałości i bezładu. Uczta dla zmysłów. Nad nami zmagają się z wiatrem czarne kruki. Tutejsza para. Wykorzystują podmuchy do wyprawiania zaskakujących fikołków, w popisach swojej zręczności. Frywolna zabawa z żywiołem. Jakże chciałoby się tak samo… Podziwiamy w uśmiechach. Ciekawska sójka chyłkiem wyziera spomiędzy gałęzi, podglądając nieznajomych. Tak tu błogo… Klękamy na ziemi, dłońmi dotykając mokrej ziemi traw. Ania w ten sposób pobiera energię naszej Ziemskiej Matki, utwierdza w jej polu, pozbywa swych blokad, oraz stara się poczuć wnętrze lasu przed wkroczeniem do jego świętej przestrzeni. Błogosławieństwo Życia. Choć tego akurat nie praktykowałem, pozostaję zachwycony. To jest ten szacunek właśnie, tak mi bliski. I wiem, że sięga dużo głębiej swym sednem.

P90309-143124

P90309-141130

P90309-142856

P90309-143457

Rzeka

Chyba nigdy nie planuję solidnie trasy. Zawsze podążam tam, gdzie ‘’woła’’. Intuicyjnie. Bo i każdemu potrzeba czegoś innego, a las najlepiej wie, gdzie skierować kroki wędrowca. Maszerujemy zapomnianą ścieżką, upajając się kołysaniem i poświstami drzew. I w dole dostrzegam mozaikowy ols, za którym wyczuwam bliskość wody, znając nie od dziś te tereny. Akurat przechodzą tamtędy sarny. Przeczekujemy, aż nieświadome naszej obecności piękności, oddalą się poza słyszalność. Wkraczamy na błotnisty, podmokły szlak w pełnej pokorze. Głowy obracają się w zdumieniu, podziwie, zachwycie… Tu rozegrała się natura, z pełnią głosu swojej kreacji. Rozlała dzikość. Wymyślna, nieujarzmiona macierz Przyrody, posłużyła się cząstką swej mocy, ukazując co potrafi. Nie chce się wierzyć, że parę kroków od głównego szlaku mieści się takie bogactwo. Ścieżynka wydeptana jest przez dziki, sarny i jelenie. Łagodne zejścia do wodopojów i brodów, gdzie zwierzyna przeprawia się na drugi brzeg. Rzeczka nie jest może aż tak szeroka. Dla jelenia na jeden skok z biegu. Pluszcze łagodnie przepływ na bobrowej tamie. Ależ tu się dzieje! Cuda otaczają nas na każdym kroku. Drzewa powalone, przegradzające drogę, owoc pracy ziemi i bobrowych robotników. Wzięły się nawet za wielkiego dęba. Niektóre kłody mokre i śliskie, na innych rozkwita bogactwo grzybów i pleśni, kolejne otulone zielonymi kożuszkami mchów. Zaczarowana kraina obfitości. Tyle organizmów, życia, form. Któż je policzy i nazwie? Choć czytam regularnie przyrodnicze książki i wertuję atlasy, wielu nie poznaję. Powalone drzewa tworzą zdradliwe mosty dla śmiałków, dziś nie będziemy jednak próbować swoich sił w takiej przeprawie. Gdzieniegdzie gęsto ścielą się trzciny wespół z kępami sitowia. Grunt jest grząski, choć stabilny. Kaloszom błoto nie szkodzi. W ziemi znajdują się głębokie dziury, akurat na szerokość nogi, przepastne, zalane wodą. To stare bobrowe tunele bezpieczeństwa, albo odpowietrzniki podziemnych komnat. Bardzo trzeba uważać, by w coś takiego nie wpaść. Nie jest to ani trochę przyjemne, parę razy mi się zdarzyło. Odtąd w bobrowym królestwie poruszam się dużo ostrożniej. Przed nami wyłania się widok, na imperium płynnego błota. To kąpieliska dzików. Niecki są rozległe, widać, że baraszkują tu całe grupy. Widzę te watahy oczami wyobrazni… Ptaki dokazują śpiewem, a spośród nich na czoło wybija się strzyżyk. Drugi brzeg jakże jest odmienny od tego którym podążamy. Łagodny, zasypany liśćmi, wygląda jak kawałek miejskiego parku. Dwa różne światy. Ale olchowa kraina czaruje serca bardziej. Z iloma rzeczami muszą zmagać się tu drzewa. Niestabilność gruntu, osunięcia, bobry, czyhające na większą ranę grzyby i pleśń. Mimo to szumią i rosną. Powalona brzoza z ogromnym wykrotem. Gniazdko zawieszone na krzewie przypomina o bogatym ptasim istnieniu, przegląda się w promieniach słońca. Utkane, wyplecione z suchej trawy cudeńko. Tak kruche. Aż dziwne, że nadal wisi. Puchata kryjówka ptasich skrzatów i pcheł, chłonie do słomianego wnętrza resztki ostatniego ciepła dnia.  Inne krzewinki, tak skarlałe i powykręcane, przystrojone zielenią mchów, pozostają bajeczną zagadką. Są tak odmienne. Jakby wyrosły z innego wymiaru. Te podziwiamy długo. Czas się tu nie policza… Mchowe poduszeczki wiszą na koniuszkach jak bombki. Śmierć tu, czy życie rządzi? Zastanawiam się spoglądając. Jeszcze parę kroków, i dostrzegam rozwleczone, brązowiejące kości większego zwierza. Obok fragment sarniej nóżki. Czyżby urzędowały tu jednak wilki? Podobno są w okolicy, ale nie tutaj. Ani trochę dreszczu czy strachu. Ciekawość badacza. Na samą myśl, radość z wilczej obecności. Na rozwidleniu jednej z olszy, przysiadła paproć. Mam ją na wysokości głowy. Jak ‘’weszła’’ tak wysoko? Niezwykłość. Tu zostajemy na dłużej. Nie wiadomo na co spoglądać, aby nasycić zachwyt. Całe szczęście, że to zwierzęce królestwo spisuje swoją opowieść głównie nocą. Olchy bujają raz sennie, to z ożywieniem. Opowiadają dziejące się tu zagadki. Siedzimy nad wodą w ciszy, upojeni pięknem przebogatego świata. Tak mija nam popołudnie.

P90309-153325

54516582_2537411173000020_8516492197426626560_n

P90309-150839

P90309-152053

P90309-150335

P90309-154428

P90309-150522
Bobrowy dół – uwaga!
P90309-150040

P90309-150942

P90309-151054

P90309-150720

P90309-154345

P90309-152634

Brzozy, łąki, i szuwary – Czas Przesłania

Długo trzyma wzruszenie, gdy wiesz, że ktoś pokonuje setki kilometrów, aby dotknąć i przytulić drzew, od których wzięło początek jego przesłanie osobiste. Taneczne, kochane brzozy. Niejedno pokazały i często ratowały mnie w różnych przypadłościach. Zawsze wesołe lekarki. Osiadły na skraju lasu, tworząc powitalny szpaler. Możliwe, że zostały posadzone. Robi się chłodniej i snują granatowe chmury z niespokojnym wiatrem. Dotykamy, tulimy i staramy się poczuć, co też dziś dzieje się w brzozowych nastrojach. Kiedy Ania dłuższą chwilę łączy się z jedną w uścisku, wiem, że czas nadszedł… Przykładam usta do białej kory, zaczynając wypowiadać tamte słowa:

Dzika radość, śmiech wśród łóz,
Zaczął się tu taniec Brzóz,

Przez las aż się niosą wstrząsy,
Takie wyczyniają pląsy,

Figle, harce, głupie psoty
Wnet znikają już kłopoty.

I weseląc się uśmiechem,
Obdarzają jego echem,

Lekkość taka płynie w nas,
Jakiej nie zna nawet czas,

Hej siostry, stańmy w kręgu miłości swej!

I tak tęskniąc za bliskością,
Obdarzamy się czułością,

Już nie straszna nam pogoda,
Wnet zaczyna się swoboda,

Podaj śmiało mi swe ręce,
A ja z Tobą się zakręcę,

Zawrzyj na pniu obie dłonie,
I tak mocno – tul się do mnie!

Hej! Splećmy gałęzie w księżycowym blasku,
Pora już doczekać brzasku.

Błyska świtem pierwsza zorza,
Taniec swój zaczyna Brzoza

W słońcu koi się z uśmiechem,
Tchnąc radości swej oddechem,

Na mej korze pocałunek złóż…
Dłonie razem mocno przyłóż,

Poczuj tej jedności tchnienie,
Wnet objawi się spełnienie

Zatańcz ze mną w rytm nowego,
Bardzo czuję, że chcesz tego!

Wiruj z tęczy grą kolorów,
Odkryj magię swych wyborów…

…Przybył wiatr,
Tańca brat,

Brzoza już się w tan ochoci
I rozgląda co tu spsocić,

Oddech lasu pochłoń lekko
I jak liście szuraj miękko,

Nie potrzebne tu zaklęcia,
Zaraz znikną Twe napięcia

Teraz ręce, lewo – prawo!
Już cieszymy się zabawą,

Pochył lekko, góra – dół!
Giętko jak ja, ukłon wpół!

Dołącz do nas ludzkie dziecię,
Jesteś wyjątkowa w tym świecie,

Zwracaj do mnie się w potrzebie,
A zatroszczę się o Ciebie ❤

Ledwo kończę wymawiać ostatnie frazy głos grzęźnie w gardle. Mój gość szczerze płacze. Ja również jestem wzruszony i szczęśliwy – że mogłem coś takiego drugiemu człowiekowi podarować. I moim kochanym drzewom. Energia brzóz zmienia się odczuwalnie. Teraz zrobiły się błogie i troskliwe, choć nadal w duchu wesołości. Są zadowolone. Takie chwile kochają wszystkie drzewa, choć wiem, że dla nich to coś bardzo dawno zapomnianego. Mało już na świecie wędrowców i wieszczy, czujących ich istnienie, mówiących wierszem. To niezwykła chwila i piękne spotkanie dusz. Przypominam sobie, że to właśnie Ania pomogła mi w zeszłym roku przekroczyć kolejną granicę wyrażania siebie, i zatańczyć z drzewami. Przełamać własne opory i blokady. Tak powstał Brzozowy taniec w Uśmiechu Serca. I teraz… zaczynamy wirować jak wiatraki, pląsać i skakać aż do zawrotów głowy. Z nami baluje wolność i szczęście. Oh te dusze! Im tak niewiele potrzeba do pełni.

P90309-164836

Warchlaki

Z pola nadlatują chłosty zimnego wiatru, a ja opowiadam o brzozowym życiu i nietoperzach, jakie fruwają tu latem. Jesteśmy niedaleko jednego z większych i bardziej niedostępnych bagien w okolicy. Maszerujemy łąkową dróżką, gdy niespodziane, ostrzegawcze chrummm! wyrywa mnie z zamyślenia, zasiewając zdumienie. Nieruchomieję. W krzakach po lewej zakotłowało się nieco. Dziki! Tchnę szeptem. Przykucamy natychmiast i oto naszym oczom ukazuje się tak rzadko podziwiany, piękny, leśny cud. Bo pod gałęziami wierzb oplątanych ’’zielskiem’’ rozrabiają małe dziczki. Nie widać ile ich jest, ale jeden jest łaciaty, zupełnie jak świński prosiak. Poruszyły się na ostrzeżenie lochy, a teraz uspokojone ciszą gramolą się przez gąszcze, jakby czegoś szukały. Nie boimy się ani trochę. Zachowaliśmy się jak rasowi wędrowcy nieruchomiejąc na ostrzeżenie zwierzęcia, a ona uspokoiła się. Był to raczej odgłos skierowany do małych niż do nas. Podziwiamy w uśmiechach jej dzieci hałasujące na ściółce. Jakie to szczęście! Widzieć dziki za dnia, i jeszcze malutkie.  Nie zdarzyło mi się dotąd z gościem. Dziękujemy jej w duchu za zaufanie i zdarzenie. One wiedzą, przed kim się otworzyć, pokazać, nie bać. Ostrożnie, miękko i na palcach odchodzimy dalej, ciągle nie dowierzając szczęściu tej wyprawy.

A przed nami przejrzysty, podmokły zagajnik, pełen ścieżek i tropów. Widać, że urzędują tu właśnie dziki. Zresztą, gdzie byłoby im lepiej. Okolica pusta, odległa i mało uczęszczana, z morzem zalanych trzcin. To ich raj. Jeszcze parę kroków i oczom naszym ukazuje się… Cmentarzysko Drzew. Takie określenie przychodzi, gdy spoglądam na to co się tu stało. Taniec życia i śmierci. Powywracane olchy, leżące brzozy rozłupane do niemożliwości przez dzięcioły, toną w stosie własnych trocin. Tam obsunięty pochylony jesion, kłody i bele w różnym stopniu rozkładu. Pod korą suchej olszy jakieś larwy zostawiły w drewnie swoją pieczęć. Być może to przyczyna. Ale grunt jest żyzny, luzny i grząski, więc i wiatr musiał dołożyć swojego dzieła. Takie widoki uwielbiam. To właśnie natura w pełnej krasie. Panuje tu dzika świętość…i życie. Dopiero po chwili dociera do mnie, ile odzywa się ptaków! Na suchych olchach przysiadły gwiżdżące szpaki, wszędzie uwijają się sikory. Szpacy w zabawie miauczą, naśladując z uciechy myszołowy, których nigdzie nie widać. Gdzieś dalej śpiewa trznadel, a niedaleko strzyżyk. Słyszę jeszcze pełzacza, jakieś drozdy i ziębę. Niezły gwar, jak na start marca. I widzę, że właśnie to drzewne cmentarzysko tak ja przyciąga. Tutaj w gnijącym drewnie i pulchnej ziemi mają pod dostatkiem różnych larw i nasion. Bo choć miejsce na pierwszy rzut sprawia ponure wrażenie, jest po prostu ptasio zaczarowane. A my oczarowani. Niski przelot żurawi nad trzcinami, które nie spostrzegły nas w pośpiechu. Chrypią. Szassst, prast! Łomoczą szuwary. Tam jest jeszcze jeden dzik! A nawet rozróżniam dwa. Buszują z tęgim łoskotem, a buzia mojego gościa promienieje w uśmiechniętym blasku, gdy szeptem wyjaśniam co się dzieje. Wiem, że nie wyjdą tutaj. Wiedzą o naszej obecności. Ale swoje pohałasują. Dla mnie zwyczajne już odgłosy, dla kogoś kto nie słyszał, moc wrażeń. Kładziemy się na powalonych kłodach i słuchamy dziczego teatru szmerów. Ramionami otacza nas ogromna wierzba – sekret życia. Jak jest stara nie odgadnie nikt, a płoży się jak potworna ośmiornica. Nie wiadomo gdzie przód, początek, tył. Za to pełno dziupli, otworów i pustych jam. Pewnie mieszkają tam bagienne skrzaty. Prawie noc, choć zostało ciut widoczności. Sunie wielka chmura. Marzec znów dokazuje. Pierwszy deszcz przeczekujemy ufni pod gałęziami wierzby, ale wzmaga się tak, że pora stąd zmiatać.

P90309-173502

Szybko wydostajemy się z bagiennego zadrzewienia, i w strugach ulewy gnamy w biegu przez łąkę do najbliższej czatowni. To ostatnia najlepsza chwila. Zaraz się zacznie…

Deszcz nie przeszkadza stadom wędrujących gęsi, które przelatując nisko nad lasem, głaszczą nasze uszy osobnym szumem. Potrąbiają ostatnie żurawie, a powietrze świszczy cięte przelotami kaczych skrzydeł. Zwyczajny ruch, jak to nad bagnem. Kojący szmer deszczu przybiera na sile. I wtedy wybiega czarna plama. Dokładnie z tego miejsca, gdzie spotkaliśmy warchlaki. Locha. Wygląda jak wielki pies. I tak też truchta okręgiem przez darń, jakby czegoś szukała. Wiem. Sprawdza teren. Zatoczywszy koło wnurza się z powrotem w szuwary. Miękkie tło deszczu zupełnie ją zagłusza. Pozostajemy zachwyceni, wdzięczni, że dane nam było podpatrzeć jeden z wielu sekretów tego świata. Mijają minuty w szelestach kropel. Już ledwo co można rozróżnić, choć to jeszcze nie pełnia nocy. Wzrok ludzki i tak posiada zadziwiające właściwości adaptacyjne. Po dłuższym czasie praktyki, można po większości terenów poruszać się bez latarki. Rozróżniamy odcienie szarości, burego, brązowego, czarnego. Zupełnie wystarczy, aby nie połamać sobie nóg. I w tym gasnącym widoku dostrzegam tylko wielką sylwetkę, która w pospiesznych krokach przemierza łąkę, wnikając do lasu. To musiał być jeleń… Ania nie zdążyła zobaczyć.

Kiedy wyziębieni wracamy do auta, nad polem przelatuje jakaś sowa, a na przełaj truchta chyba ten sam jeleń. Na rzepak się wybrał. Pełen wrażeń, minął nam właśnie pierwszy Dzień Wędrowny. A czujemy, jakby rozpoczął się przed chwilą. Jeszcze nienasyceni.

Leśna medycyna. Wiosenna pieśń Buków.

Siedzimy pod jednym z ogromnych świerków, upajając się ptasim gwarem małego zakątka. Wcześniej leżakowaliśmy na zielonym mchu, sycąc się szumem i odgłosami kołyszących sosen. Grzaliśmy w prześwitach słonecznych. Tak można spędzać godziny. Zatracać w raju. Zwłaszcza jeśli co jakiś czas odzywa się sikora czubatka, i wołają kowaliki. Dzięcioły momentami tłuką między sobą z jazgotem o rewir. Dużo się tu dzieje, energetycznie także. Świerki przypominają dziś wielkie Anioły Mroku, jeśli spojrzeć na te wystające w bok ‘’miotlaste’’ gałęzie. Uzdrawiające procesy leśne mają to do siebie, że dzieją się niespodzianie. Pamiętam jak w pewnym momencie powiedziałem do Anki:
– A idz jeszcze, przytul te Buki. Zapoznajcie się .

Po czym wstałem, i krok po kroku, nieznacznie oddaliłem aby obejrzeć dokładnie jeszcze jedno z prześwitujących mi przez krzaki leśnych bajorek. Nie wiem czemu tak zrobiłem. Jakoś tak, ‘’samo się’’ poszło. Krótki obchód wodnego oczka i podgląd małych sekretów, może 7-10 minut. Wracam. I nie poznaję…

Ania jest cała zapłakana, roztrzęsiona, poruszona. I choć domyślam, że musi dziać się z drzewami, pytam…

– One śpiewają! – odpowiada mi ucieszona. Słyszysz jak terkoczą? I naśladuje głos.

Nie słyszę, choć odbieram je energetycznie. Tulę i próbuję. W mig pojmuję co tu się zadziało. Potrzebna była cisza i samotność, choć na chwilę, aby się dopełniło. Drzewa wiedziały. Zawsze wiedzą co robić. Kto i jak pokierował moje kroki? Świerk, buki, a może cały las? To jest cudowne. Tylko poddać się, zaufać temu prowadzeniu. I jak powiedział Krzesimir – cuda dziać się będą. Odtąd rozumiem, że przekazanie wiadomości teoretycznych i pokazanie wszystkich znanym mi wieści ze świata zwierząt, to nie wszystko. Że trzeba będzie, czasem i tak. Cały czas się uczę. Kobiety… Jak ich energia jest cudownie zestrojona z Ziemią. Znacznie lepiej połączona dziś, niż ja. Wystarczyło tak niewiele…
Długo nie może się uspokoić, a ja przestać cieszyć. Pieśni drzew to najpiękniejsze co można usłyszeć, i często żałowałem, że nie jestem w stanie oddać tego w słowach i opisach. To dzwięki, które słyszy serce i dusza. Docierają do sedna jej jazni… Na zawsze zapamiętane, odmieniają człowieka na wieczność. I płacz trwa. Długo Ania nie może ‘’odkleić się’’ od bukowej braci. Dla mnie to najpiękniejszy prezent, jaki mógł zdarzyć się podczas tego spotkania. Chociaż sam nie słyszę.

Połowa dnia mija pod znakiem słońca, a w drugiej czas nam się pożegnać…Nie jest to łatwe. Chciałaby zostać z drzewami, zwierzętami, ptakami. Na wiele dłużej. Tu jest prawdziwe życie… Proste i dostatnie. Prawdziwe jak tylko można. Wolne od iluzji i piękne – jeśli spojrzeć poza umysłem. A dusza z każdą sekundą wzrasta. Kolejny dzień wędrowny za nami. Dziękuję mojemu światu za cudownych gości, radosną naukę i ten kawałek czasu, spędzony najpiękniej jak tylko było można. Wdzięczność drzewom, i wszelkim istnieniom z każdego wymiaru, jakie objawiły się na tej drodze. A gościom moim niezwykłym – wszystkiego leśnego w życiu.

PS. Informacja zwrotna / powrotna z tej wyprawy cieszy niezmiernie. Ania słyszy już inne drzewa i wołają ją kolejne. Duch obudził się do leśnego odczuwania. Chce przyjechać jeszcze na tydzień, lepiej poznać świat bagien i śródpolnych ostoi. Zaskakuje mnie opowieściami, a samotne dotąd parkowe giganty w Hamburgu, zyskały wierną przyjaciółkę 🙂

A jeśli i Ty chciałbyś odbyć podobną wyprawę z Szeptami Kniei, dołącz do któregoś z naszych tegorocznych wydarzeń: 

Księżycowa Wędrówka w magicznym świecie Przyrody

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Albo śmiało odezwij się na maila: czeremcha27@wp.pl

P90309-171938

Kiedy hobbit i elfy ruszają tam i z powrotem

Oczywiście, poszli do lasu  To główny punkt każdego spotkania. A KAŻDE z nich jest dla mnie wyjątkowe. I niesamowicie jest poznać osobę, dla której już dwa razy spisywało się przesłanie Drzew Mocy. W spokojnej, szumiącej przestrzeni leśnej wszelkie sprawy stają się prostsze, a od drzewnych przyjaciół napływają wieści, wskazówki, podpowiedzi. Ich energia łagodzi, otula i wypełnia harmonią bieg zdarzeń. Ze ‘’zdumieniem’’ podziwiamy wspaniałe energetyczne widowisko, kiedy drzewa, na każdą wzmiankę o nich reagują gromkim szumem, witając wędrowców swojego świata. Jakby wyczuwały, kiedy opowiada się o ich życiu z miłością i wzruszeniem. Wiatr wyczynia dziś niesamowite pląsy, a korony bujają w rytm oddechu żywiołu. Nozdrza atakowane paletą sosnowych aromatów, grzybowych zapachów wraz z lekką nutą zgnilizny. Początek jesiennego misterium. Opowiadam o tym co widzę, słyszę odczuwam, o tym co jeszcze się tu może zdarzy na przestrzeni lat. Księga lasu dziś zapisana jest wspomnieniami kilku ostatnich dni. Zaczynam nieśmiało ją odczytywać…

42549017_162727584662438_6079878764173459456_n

Tu, na piaszczystej polance łoś gawędzi o swej wycieczce w czasie minionych dwóch dni. Jego ślady są jeszcze odciśnięte wyraznie, choć brzegi zdążyły się już osypać, a kontur lekko rozmyć. Poprzedniej nocy padało. A nie było ich jeszcze przed dwoma dniami, zatem starsze być nie mogą. Gdyby panowała sucha, bezwietrzna pogoda, odczytanie tej wskazówki z określeniem czasu, nie byłoby takie łatwe. Kawałek dalej napotykamy na pojedynczy trop sarny, a jeszcze dalej młodego dzika. Wreszcie zwierzęta zaczęły tędy chodzić. Na pniakach wysyp grzybków, nieznanej mi nazwy. Na pewno to nie opieńki.

Pierwsza to taka dla mnie wyprawa. Bardzo odmienna. Bo towarzyszy mi Mama z Dzieckiem. W pewnym momencie już milknę i podziwiam w duszy, jak małe elfowe dziecię uśmiecha się do drzew, coś do nich woła, macha rączkami, pokazuje nam palcami jakieś magiczne rzeczy, które tylko ona widzi. Amelka to niesamowity nauczyciel. Na co dzień egzystuję z dala od dzieci, więc z tym bardziej radosnym zdumieniem chłonę jej beztroski uśmiech i błogie szczęście wymalowane na rumianej buzi. Każde spotkanie jest wyjątkowe, i nie przestanę żartować z tego, że ‘’kto tu komu bardziej pomaga’’  Dziś jestem zdumiony i wzruszony, mogąc podziwiać zauroczony dziecięcy wszechświat. A w nim wszystko może być powodem do uśmiechu i zabawy. Patyk, czy gałązka, lecący listek, kawałek kory, ptasi pisk, czy rozszumiane radością drzewa. Oj, widzę, jak wiele jeszcze ‘’muszę’’ przyswoić wieści, jeśli chodzi o odczuwanie szczęścia jako takiego. Długo będę pamięcią wracał do tej lekcji 

Gdzieś w głębi tego boru, wzrosły nie wiadomo skąd dzikie jabłonie. Ta imieniem Joanna, objawia moją ulubioną dzięciołową tajemnicę. Kiedy stajemy przed nią, Amelka odnajduje nowe szczęście w podnoszeniu malutkich żółtych jabłuszek. Ja, z miną przechery pytam, a co tu jeszcze jest ciekawego do odkrycia? O czym opowiada nam ta jabłonka?

Pod samym pniem, nagromadziła się hałda rozprutych szyszek. Za pierwszym razem od razu przykuły moją uwagę. Skąd się wzięły i co tu robią z dala od sosnowych rodzicielek? Odpowiedz sfruwa na skrzydłach dzięcioła pstrego – wielkiego. Ten ma zwyczaj wtykania szyszkowej zdobyczy w chropawą korę niektórych drzew, i tak zimą zdobywa pokarm, wydobywając kaloryczne nasiona. Wyżej na jabłonnym pniu, widać drobne szczeliny i dziury, powstałe podczas dzięciolich biesiad. Chciałbym go kiedyś zobaczyć przy takiej robocie.

42624686_232480660953334_982347419612086272_n

Na sosnowym uroczysku, drzewa piszczałkami suchotu nucą rzewną piosenkę jesieni. Zawodzą jękami, tęskniąc chyba za dawną chwałą dzikich ostoi. Tu robimy postój. Na szczycie kopca nadal widnieją ślady łosia – zwierz zagląda tu niestrudzenie odkąd odkryłem to miejsce.Dziecię cieszy się i zjada owocowe coś tam. W drodze powrotnej zasypia bezwładnie kamieniem, otulone szeptami drzewnych braci i kołysanką sikorzych zawołań. Co jakiś czas błogo uśmiecha się i coś sobie mruczy. Widać, że mała dusza również jest ”u siebie”. Do końca na zmianę niesiemy ją. Patrolujący kruk, ochryple zwiastuje zbliżające się pożegnanie. I dopiero po dotarciu do domu zaczyna na dobre padać. Zamówiona u wszechświata pogoda, zaopiekowała się nami, dbając o swobodną przestrzeń dla tego zielonego procesu 

42619673_733081173710950_8117199898350190592_n

Szepty Wszechświata.Wędrówka sosnowym wiatrołomem.

Kiedy Ptasie Dusze ze światów odległych, tajemniczych i mglistych odnajdują się nagle na planecie ziemia…  Radość obojga kosmicznie wzrasta, a przestrzeń manifestuje szczęśliwe niespodzianki światła 🐤 🦉

Już na początku wyprawy ukazał się łoś, wypoczywający nieopodal ścieżki. Klępa z maluszkiem podrośniętym. Wnet błogi zachwyt wypełnił oba ptasie serca. Tam skąd pochodzą, przyroda objawia się w całej potędze wszelkich dziwactw, a istoty żyją w harmonii z bogactwem natury planety, jednością będąc z siłami tam płynącymi.

42730800_2280960535453004_3323529144859361280_n

Las jest dziś wyjątkowo cichy. Nie zaszemra nawet najmniejszy podmuch. Czas ukołysał się w sennym oczekiwaniu na to, co zadziać się miało. Rozmawiamy dużo, chyba o wszystkim co możliwe. Towarzyszą nam wysokie, czyste nawoływania sikor modraszek. W krystalicznym powietrzu, ich głosy brzmią dziś szczególnie pięknie. Pamiętnik kniei, zapisany odciskami w żywiole ziemi, opowiada nam o wędrujących tu dziś łosiach i sarnach. Dziwaczne sosny sterczące czupiradłami zwichrzonych igieł, żalą się opowieścią o napadach łosiego głodu, jakiego doświadczyły w zimowym czasie dawno temu. Tropy, porosty, mchy, drzewa, zwierzęta, zachowania, zwyczaje… Wszystko co wiem na ich temat, staram się przekazać mojemu gościowi podczas wyprawy.

Docieramy wreszcie do kopców na sosnowym uroczysku. I tu zaskakuje mnie nietypowy bezruch tego zakątka. Oddech powietrza zgasł i tutaj. Jest… bardzo inaczej. Zimno dziś i narasta chłód. Rozkładamy się na kocu, u szczytu kurhanu. Gawęda płynie wartko, swobodnie. Wiem, że niczego nie muszę się wstydzić, i o wszystkim mogę opowiedzieć. Dzieje się to w obie strony. Ale tak to już jest, kiedy wymienia się wieści, po nieznanym czasie rozłąki w pustce wszechświata. Podziwiamy słońce sunące ku odwiecznemu przeznaczeniu zachodu. Szczyty sosen zalśniły czystym złotem. Niektóre pozostają w cieniu. Stworzył się taki niemal równy półkrąg – cienia i światła. Drzewa nie dają o sobie zapomnieć. Gdy o nich rozmawiamy, gałązki sosen sprężynują zupełnie tak, jakby coś z nich zeskoczyło nagle. Tak, jakby odleciał niewidzialny, spłoszony ptak… Ale żadnego przecież nie ma. I w ogóle nie wieje. To kołysanie powtarza się co jakiś czas, i pozostajemy już wobec niego uważni.

42859863_354553635282079_7664676891298627584_n

Ile razy zbieramy się do powrotu, tak nic z tego nie wychodzi. Nikt tak naprawdę nie ma ochoty się stąd ruszyć. No może poza psem – ten odnalazł chwilowe szczęście w ogryzaniu leżących wokół suchych gałęzi. Więc siedzimy nadal, mimo wzbierającego na sile chłodu. Dusze zaczynają wymieniać informacje osobno, gawędząc na poziomie energii. Czuję jak ręce, nogi i część ciała drętwieje, jednocząc się w wibrującym przepływie. O czym sobie plotkują? Tego nie wie nikt. Sny dni kolejnych potwierdzą, że coś tu się zadziało. Tymczasem las pogrąża się we wzbierającym mroku, a kolory ustępują miejsca narastającej szarości. Nad wiatrołomem ukazuje się delikatna zasłona lekkiej mgły. Cisza leśna wyraża się w niemym tchnieniu białawych oparów. W oddali z trzaskiem pęka gałązka. Nadchodzi jakiś zwierz. Dzwięk nie powtarza się już ani razu…Może to jednak złudzenie.
Kiedy popatrzeć swobodnie na drzewa, ich pnie rozmywają kontur, zlewając się z tłem chwiejnych cieni. I mimo, że panuje niemal grobowa cisza, wiemy, że dzieje się tu dużo. Wśród pni przeskakuje złocisty skrzat / elf. Widzimy oboje. Właśnie w ciszy nieruchomej las objawia tajemnice nigdzie nie spisane…

Widać już tylko na szaro. I choć na polu byłby jeszcze jakiś lepszy widok, w głębi gąszczy jest inaczej. Pora się zbierać… I wtedy wypełza nagle mój chyba największy lęk… Mimo, że wracamy w poprawnym kierunku, nie wychodzimy w miejsce którego bym się spodziewał. Zamiast tego jakaś droga. Czuję się niepewnie, ale nie dlatego, że obawiam się zagubienia. Tutaj zgubić się nie można – po około kilometrze, dwóch wyjdzie się na oświetloną wioskę, obojętnie w jakim kierunku się udać. Zawsze jednak obawiałem się ‘’zagubić’’ z kimś kogo będę oprowadzał. Może i wstyd się odzywa? Samemu to luz – dla mnie kolejna przygoda, wielce radosna. Ale nie dla każdego, zwłaszcza, jeśli nie wzięło się odpowiedniego ubrania. Do ranka trzeba by wyczekać blisko ponad 10 godzin… Idziemy drogą, której w mroku nie znam. Tu intuicja krzyczy, aby zawrócić, co też robię i wuala! Docieramy do właściwej ścieżki już za chwilę. Zauważyłem, że przestrzeń w tym miejscu lubi mieszać. Okolice kopców i polanki, skąd mógłbym wracać z zamkniętymi oczami. Mimo to, ostatnio nawet w dzień nie wyszedłem w miejscu w którym się spodziewałem. Droga oczywiście właściwa, ale utrafienie niedokładne. Leśne skrzaty czasem lubią się powygłupiać. Władają magią wznoszenia zasłon, i wtedy miejsce wydaje Ci się innym, niż jest w istocie. Ważne, aby nie spanikować. Co mnie ratuje, to poczucie kierunku. W dzieciństwie wczesnym, bo już w wieku 5,6, 7 lat rodzice zabierali mnie na grzyby. Kazali buszować, myszkować tam, dokąd im nie chciało się chodzić, a ja musiałem sam następnie do nich trafić z powrotem, nie wiedząc gdzie są dokładnie. I już wtedy się nie gubiłem. Ta sytuacja pokazuje mi, że powinienem nabrać większego zaufania do siebie.

42724866_685824251799124_8683033879361093632_n

Dwa razy mijamy dziś miejsce mego spotkania wilków. Wierzyć się nie chce, że były właśnie tutaj. Puszcza nocą, odziewa swój sekret zachwytem. Maszerujemy powoli, podziwiając srebrzyste gwiazdy migające do nas z nad koron śpiących drzew.
Dziękuję Ilonie, za transformującą, oczyszczającą i w pełni radosną obecność oraz magiczną wędrówkę ❤

A jeśli i Ty masz ochotę zostać częścią wspólnej opowieści, śmiało zgłoś się do Szeptów na wyprawę 🙂

Taniec Żywiołów na sosnowym uroczysku

Są takie ścieżki w lesie, że nie wiesz gdzie Cię poniesie…Kędyś wicher wdarł się tutaj pazurem powalając sosnowe życie. Ale nie zaburzył harmonii. Nie zdeptał równowagi. Wniósł nową jakość i zaczątek innego. Kiedy polankę suchą uczynił, w mig obsiadły ją krzaczaste jałowce, wespół z dębowymi dziećmi. Wykluła się nawet smukła brzózka. Dość monotonii! Koniec sosnowego panowania. Raz dwa, i ha, poprawimy lepiej, co sknocił człowiek. Zdają się krzyczeć drzewa. Teraz podejmą próbę przemiany swego królestwa w krainę dostatnią, odporną na wszelkie kaprysy pogody i owadzie zakusy. Stworzą społeczność zdrową i zróżnicowaną. O ile im się na to pozwoli…

38942519_312662345971353_2326517418408542208_n

Rozglądam się wokół i badam teren. Niesamowicie. Otaczają mnie takie małe pagórki, wzniesienia, dziwnego pochodzenia. Bo skoro to lasy na gruntach porolnych, skąd tutaj nierówności? Być może to szczątki naszego dziedzictwa…Zapomniane kopce, dawne kurhany. Takie coś mi przychodzi. Siadam na jednym z nich. Po półgodzinie koszulka, którą podłożyłem aby nie wyziębić tyłka, robi się całkowicie mokra. Nasiąkła jakąś chłodną wilgocią, od spodu. Co tam się wyrabia, pod ściółką, ziemią? Nieznane procesy natury…Pora się stąd przenieść. Na najwyższym z nich niespodzianka. Szczyt wydeptany racicami łosia, jakby zwierz przychodził na posterunek w czuwaniu, napawać się swoją głuszą. Widać, że był tu nie raz. Coś jeszcze kopało obok. Może lis?

Uprzedzony jakoś jestem do borów sosnowych, choć brakowało wędrówki po tak łagodnym terenie, nuży ich podobizna. Tu jednak odkrywam urok. Dawny poryw szalejącego wiatru powiew cudu zasiał. Nie mogę się oderwać. I kiedy wiaterek zaczyna kołysać delikatnie, daję się w pełni zaczarować magii tego zakątka. Zaczął się taniec żywiołów…

39943599_334837257059082_6119178629759893504_n

Sosnowe piszczałki, te z nieznanych przyczyn zamarłe pnie kołysząc się dobywają świszczące melodie. Jakieś jęki, trzaski, westchnienia, piski…Niczym zjawy z wymiarów nieznanych. Drzewna tęsknota do czasów minionych, żywych, tętniących wewnątrz sokami i pląsami pośród swych sióstr. Z każdym porywem, odgłosem, szmerem objawiają się kolejne tajemnice. Uśmiech przylatuje na skrzydłach sikorek. Wsłuchując się w głosy nadciągającego stadka, ze zdumieniem odkrywam jak wiele to gatunków. Rozróżniam bogatkę, szczebiot modraszki, migotliwe wabienie czubatki, i nieśmiały pogłos sosnówki. Kręcą się tu cały wieczór. Wnoszą zrozumienie. Wszystko jest jednością. Wszystko czemuś służy, choć umysł figlami ocen, lubi zamącić. Co przyciągnęło tu kolorowe ptaszki? Suche drewno właśnie. Potencjalne miejsce wylęgu i zimowania rozmaitych larw owadzich ‘’szkodliwych’’ dla lasu. Schronienie pająków, kryjówka nietoperzy…Powietrze, ziemia, woda,ogień – żywioł sosny, oraz próżnia wypróchniałych kikutów drzew…Wszystko tętni pradawną pieśnią leśnej równowagi.

Sosnowy koncert, wraz z siłą wiatru nabiera mocy. Omiata mnie deszcz wirującego igliwia. Wicher szamota, targa, przygina, miota – a one jęczą splecione w swarnym siłowaniu. W ogóle, zauważam, że w tym miejscu jest jakiś przewiew. Wiatr chyba szczególnie upodobał sobie ten przepływ, podczas gdy drzewa nieopodal ani drgną. Albo coś go tu przyciąga.. Po ponad godzinie siedzenia na najwyższym kurhanie, czuję się tak naładowany jakbym wypoczywał pod starym dębem. W duszy majaczy się jakiś dudniący pogłos…Hoou! Hooou! Sędziwe zawołanie z głębin prawieków, jak gdyby ludzie zwoływali się na wiec jakiś…Co tu się wydarzyło?

Złocisty wieczór rozpala korę sosnowych tancerek iskrą tlącego żaru. Uwielbiam ten moment. Słońce nieśmiało już przedziera się jeszcze przez wysuszone, wypieszczone oddechem wiatru korony oplecione szczotkami zielonych igieł. Z każdej strony nadlatują wołania sikor, uwijających się już w pośpiechu swoich spraw. Krzątające się w zasięgu wzroku mrówki rudnice, omijają mnie z dala. Dzięcioły duże, objawiające się cały czas echami okrzyków, wreszcie przybywają na swój rewir. Para zgrabnie przeczesuje teren, objeżdżając obielone tyczki drzewnych straceńców, a nawet zbierają coś ze ściółki.Ależ są pewne siebie! Widać, że robią tutaj nalot regularnie. Po chwili znikają. Pogrążony w mroku bór zasypia, oddając się nieco upiornej filharmonii sosnowych jęków. Ale nie jest ani trochę strasznie. Upaja mnie ukojenie, radość i zachwyt duszy. Z niej płyną słowa. Wyciągam ręce ku niebu…

38912117_230926340827849_4671455144095776768_n

…A kiedy przed zachodem słońca w borze sosnowym wiatr szepcze nieśmiałe wiersze na suchych połamańcach… A sikorzy lud ostatnią gawędą wieczoru zwiastuje nadejście pełnej nocy tajemnic… Zanim gwiazdy rozbłysną migotem pamięci pętli czasu… I tam gdzie łoś z łoskotem mocarnym szlak przeciera ku jednej niewiadomej… Podnieś wtedy ręce z wdzięcznością do Wszechświata i powiedz mu czego Ci trzeba. Niech drzewne tancerki sośnin szumiących świadkiem Ci będą, ochoczo niosąc Twój zamiar przez żywioł powietrza, tam gdzie trafić powinien najlepiej. Pozostań wędrowcze tu aż do zmierzchu, ostatnie iskry blasku skaczące po gałęziach podziwiając ze światem. Z ufnością daj otulić się ciszy. Niech dzieje się Twoje  🌲

Dzień na Sosnowym Uroczysku

Powitał nas poszum uroczysty, w zadumie niejakiej zanurzony. Dostojne kruki lot zniżyły z ciekawością soczystą zerknąć na obojga wędrowców. Para dzięciołów niespiesznie uwijała się pogrążona w swoim istnieniu. Co i raz westchnienie ciszy przerywały pielgrzymki sikorze – te plądrują okolicę cały dzień wraz z echem zawołań dzwoniących. Czupurne sójki cichcem przemykają pośród konarów. I one chcą zaspokoić zainteresowanie. W ulotnych zakamarkach czasu nieśmiało przemyka sarna, chyba nieświadoma naszej obecności. Smukłe modrzewie wieściami i wskazówkami nas obdarzyły, wobec pytań Duszy. Gość nasz przybył po odpowiedzi i w lesie je odnalazł  Rajskie, stare jabłonie ukryte w głębinie leśnej, przysiadły tutaj śniąc w mgle tajemnicy. Skąd się tu wzięły, tak daleko od siedzib ludzkich? Tylko one wiedzą…Drżąca Osika, jabłoniowa sąsiadka, przytulona z ufnością, ofiarowała nam oczyszczenie. A potem tańczyliśmy z brzozami  Figlarne istoty rozszumiały się razem w wesołych pląsach, wdzięczne za rozmowy, czułość i uwagę. Po czym dzień tak spędzony uświęciliśmy wegańskim gulaszem.

39398697_960057574181751_6186464708405493760_n

Spacer z Eweliną i odkrywanie Drzew Mocy okazał się być budującym procesem dla wszystkich   Serdeczne podziękowania za ten udany czas.

39522107_299458110787350_2701251141731090432_n

Leśne zagadki

To był pogodny, spokojny wieczór. Miało się już ku zachodowi słońca. Docierając do skraju lasu zdejmuję buty i dopiero zaczynam naprawdę iść. Stopami czuję wysuszone źdźbła zeszłorocznych traw, kłujące szyszki, chłodną zieleń wzrastającej trawy, nieco rosy, i tą swoistą swobodę oraz rześkość. Dzięki temu poruszam się dużo ciszej, pozostając niezauważonym przez zwierzęta udające się na podwieczorny żer i rozpoczynające swoją aktywność. Po drodze mijam kilka brzóz. Rosną jakby w kręgu, tworząc czarowne energetyczne miejsce. Brzozy to bardzo przyjazne, pomocne ludziom drzewa. Roztaczają lekką, beztroską, radosną i wesołą energię. Nawiązanie kontaktu z nimi trwa u mnie dużo szybciej niż w przypadku innych drzew, zazwyczaj po kilku minutach chwytamy łączność i… Klaruje się śpiew… Staram się rozróżnić płynące słowa…jak pięknie nucą! Głos mają dziewczęcy, taki swobodny po prostu.

W tańcu z wiatrem kołyszemy się w lekkości..
Korzeniami splatamy się w czułości…

Hej Siostry Brzozy pożegnajcie już gasnące echo słońca,
Tak w uśmiechu i radości utulimy się bez końca.. 

Po czym spływają zewsząd kaskady perlistego, błogiego, beztroskiego śmiechu. Jest taki czysty, obmywający, dotyka rdzenia Duszy… Ta ich radość udziela mi się także. Aż nie chcę mącić im istnienia nachalną rozmową. Składam im w sercu podziękowania i ruszam dalej. Wieczory trwają już długo, jest to spektakl rozciągający się na jakieś 1,5 godziny. Wraz z przybywającym dniem, czas ten jeszcze się wydłuży.

67481
Obraz – Tadeusz Gazda. 

Idę tak cicho, że nawet nie dostrzegam pięciu saren leżących nieopodal na polu. Najedzone płowe damy, ogrzewają się w promieniach słońca i także korzystają ze spokoju. Ostrożnie wdrapuję się na starą zwyżkę. To takie urządzenie (tfu) myśliwych, na którym siedząc strzelają do zwierząt. Staram się o tym nie myśleć. Z góry mam dobry widok na całe pole, więc nie ujdzie mojej uwadze. Dla zwierząt to też lepiej, bo mogą chodzić swobodnie pode mną, jeśli przyjdzie im ochota wejść z powrotem do lasu. Trzy z pięciu saren podniosły się i zaczynają jeść. Potem wstają wszystkie i żerując oddalają się dalej w pole. Przestrzeń wypełnia gwar ptasich głosów. Koncertuje kos, popisuje się drozd, i gwiżdże szpak. Gdzieś z głębi boru melancholijnie powtarza się lerka. Wabią sikory i kowaliki. Co jakiś czas zabębni dzięcioł. Rozróżniam jeszcze zięby, polnego skowronka, choć to nie wszystko co słychać. Niektóre z ptaków nie przestają aż do zapadnięcia zupełnej ciemności, dopóki na gasnącym zachodzie tli się choć refleks światła. Ale do tego jeszcze trochę. Uwagę moją przykuwa bura smuga, sunąca w kierunku pasących się saren. Oddaliły się już trochę. Co to może być ? Pies, kot, a może lis? W każdym razie ciekawe jak zachowają się sarny. Rozpoznaję po charakterystycznym ‘’sznurowaniu’’ sposobie przemieszczania się, to lis. Skubiące sarny ciekawie podnoszą głowy w jego kierunku. Jedna przestaje jeść i patrzy, ale widać, że mają go gdzieś. Rudzielec obchodzi je łukiem – także nie ma czego obok nich szukać. Kieruje się w stronę lasu, czyli w moją. Patrzę jak się zbliża. Nie biegnie jednak cały czas, tylko co kawałek przysiada, jakby nad czymś myślał. Jestem ciekawy jak zareaguje na moje ślady, w końcu szedłem tam przed 10 minutami. Ale nic takiego się nie dzieje. Przechodzi po moim tropie nawet się nie zatrzymując, i wnika w gąszcz leśny. A tymczasem…dzieje się! Rozglądam się wokół i wszędzie sarny. Powychodziły przez ten czas, kiedy poświęciłem uwagę lisowi. Widzę je z prawej, przed sobą, i po lewej gdzie 3 ‘’modlą się’’ przy Dębie. Nie do końca mnie to cieszy, bo chciałem i z nim spędzić trochę czasu po dogaśnięciu wieczora. Tymczasem trzeba czekać.

Sarenki snują się po całym widoku, naliczam ponad 20. Widoczność spada. Ale w lesie, i w ogóle na zewnątrz jest z tym inaczej. Będąc w domu i patrząc z okna, stwierdzilibyśmy ‘’ciemno – już nic nie widać’’. Tu widać jeszcze zorzę wieczorną, a przyzwyczajone do stopniowego spadku ilości światła oko, nadal rozróżnia płowe sylwetki. Jednak kolory powoli gasną. No nie ruszę się póki co – nie chcę przerywać zwierzakom żerowiska. A one ani zamierzają odejść.

Jarzy się pierwsza, mocno świecąca gwiazda. Wenus, Mars, a może satelita stacjonarny? Nie jestem w tym dobry. Mimo wszystko jest śliczna. Stopniowo jątrzą się kolejne gwiezdne iskry. Mój ulubiony moment, kiedy dzień na dobre mija się z nocą, a świat przechodzi pod panowanie szarego mroku. Nawet nie zauważyłem jak ucichły ptasie śpiewy. Drozd już kończy – uparciuch z niego. Z lasu dobiegają nasilające się szelesty oraz szmery. Kto wie, co jeszcze czai się i waha z wyjściem na przestrzeń?

Jeszcze coś widać. Coś mi się majaczy. Ale nie ! To są zwierzęta. Wychodzą ze ściany lasu, a inny odcień szarości jest jeszcze rozpoznawalny na tle brązowej ziemi. Idą powoli, ostrożnie, gęsiego. Widać, że zachowują czujność – nie to co beztroskie sarny. Dużo ich. Liczę. Po 30 przestaję. Co to u licha? Znowu sarny? Może to te ‘’leśne’’ ? Ale gdzie utrzymałoby się tutaj w spokoju tak ogromne stado? Typuję jeszcze jelenie, a nawet myślę o danielach, o których istnieniu nic mi tutaj nie wiadomo. Zwierzaki zostają tam i trzymają się stłoczone. Oczywiście, odcinają mi drogę do Dębu. No cóż… Ciemniej będzie już tylko troszkę. Decyduję się na powrót inną drogą, tak aby oddzielony kawałkiem lasu obejść tajemnicze zwierzaki bez przeszkadzania im. Schodzę jak najciszej ze stanowiska, zapalam diodę i ruszam.

W lesie nie jest ani trochę cicho. Odgłosy niemal jak z dżungli. Coś szeleści, szmera przemieszcza się, straszą łamiące gałązki. Mimo wszystko trochę się boję. No fakt, jeszcze nigdy nie szedłem w środku lasu taką wiosną. Zawsze wokół. A mnóstwo niewidocznych istnień obudziło się już do życia. Myszy leśne, koszatki, orzesznice, popielice, jeże, kuny, łasice, tchórze, borsuki, lisy. To wszystko albo przymierza się wkrótce do wychowania potomstwa, albo już je ma. Dlatego trzeba żerować intensywnie, by w dobrej kondycji wejść w czas rozrodu. Drobne żywoty zatopione w ciemności swoimi harcami, nie zwracają uwagi na człowieka. Dlatego też nic nie ucieka z hałasem. Powoli docieram okrężnie do trasy przy której rośnie mój dąb. Od pola dzieli mnie kawałek lasu. Zatrzymuję się tutaj, gdyż wiem, że tamte zwierzęta jeszcze sobie nie poszły. Słuchowisko z dreszczem na plecach…Wtem narasta jakiś dziwny szemrzący poszum. Dzwięk gęstnieje i przybliża się… W czujności czekam. Nagle las obok zaczyna dygotać od pękających gałęzi i trzasków. Wiem! Biegnie to stado z pola. Ale co się dzieje? Usłyszały mnie, wyczuły? Orgia hałasu jak tajfun przemieszcza się z mocą, by stopniowo oddalić się i ścichnąć. Z zza zakrętu wyłania się migające czerwone światełko. Zapóźniony rowerzysta. To jego usłyszały.

animals-deer-mammals-nature-silhouettes-1920x1080-wallpaper

Wiem już, że mogę wędrować drogą bez przeszkód, bo spłoszone stado pociągnęło za sobą rozproszone sarny. Ale one nie oddaliły się. Słyszę jak chodzą wokół w lesie, przeczekując sytuację.

Noc jest ciepła, spokojna, nieruchoma. Wietrzyk gdzieś wytracił swoje psoty. W takiej scenerii pod dębem jeszcze nie byłem. Ciemny granat nieba, i migocące gwiazdy prześwitujące spod rozłożystych konarów. Czysta magia i pradawna moc, wyczuwalna wraz z powolnym oddechem śpiącego Drzewa. Za plecami żywa ściana lasu, w głębi którego stale coś się dzieje. Przypominam sobie, że pod sosnami zostawiłem okulary… Nosz! Z jednej strony nie zginą, z drugiej potrzebuję je na jutro. Na polu żywej duszy, a przynajmniej niczego nie widzę. Idąc tylko nim na ukos trafię idealnie i z ogromnym skrótem. Ostrożnie ruszam. I tak naprawdę lekko z ‘’duszą na ramieniu’’ bo przecież zawsze mogę przeciąć swoją ścieżkę z jakimś zwierzęciem. Przez pole mknę szybko i cicho, na bosaka. Zbliżam się do sosnowej leśnej ściany, gdzie siedziałem uprzednio. Przystaję! Coś tu się nie zgadza. Dwie ogromne czarny plamy ruszają się tu i tam. W ciszy. Jelenie? Dziki? Nie jestem w stanie rozpoznać. Trzeba posłuchać. Kucam i obserwuję co się wydarzy. Plamy jak zjawy wychylają się to tu, to tam. Chyba nie usłyszały mojego nadejścia, inaczej już by ich tu nie było. W końcu z lekkim hałasem wnikają w las. Ulga. Czekam aż ścichną i ruszam do sosen. Okulary są na swoim miejscu. Powrót bez niespodzianek.

Oparty o drzewo, zasłuchuję się w otaczającej mnie dzikości. Zmieniła się tylko pora, a jakby zmieniło wszystko. Gwarzący z wiatrem za dnia las, teraz tętni niezliczoną ilością szmerów, szurów, trzasków, powtarzających się co i raz. Żerują, rabują, wędrują w ciemnościach. Ah, jakże chciałoby się to wszystko widzieć, rozwiązać każdą dźwiękową zagadkę! Tu natura jednak skrywa swe sekrety pod ciemnym gąszczem niedostępnej tajemnicy. A to dopiero przedsmak. Za chwilę przylecą słowiki i lelki. Pola zarosną, stwarzając dodatkową osłonę i źródło niejednego hałasu. Zaczną koncertować nocne śpiewaki; rokitniczki, łozówki, trzcinniczki, brzęczki, może jeszcze inne. I już się na to bardzo cieszę

19642685_558063604561793_7023132853227404540_n