Noc w listopadowym lesie. Na szlaku Drzew Mocy.

Wyziębione pola okrywają się kołdrą mglistym zasłon, gdy księżycowy czarodziej góruje w potędze kryształowego srebra. Wspina się coraz wyżej, podnosząc białawe kurtyny na jedyny taki spektakl. I jednego na pewno ma widza. Zanim zbliżę się do lasu stoję długo przed połaciami pustki, chłonąc nieśmiałe powiewy zimnego wiatru.

Krok za krokiem. Księżycowa kula podąża wraz ze mną, sunąc po lustrach rozległych kałuż. Niektóre z nich już po brzegach ścinają się zwierciadłem lodu. Lekko mrozi. Niechaj. Najwyższa pora. Czeremchowy las. Tak nazwali go czytelnicy. Dawno mnie tutaj nie było. Ostatnimi czasy wybierałem wędrownie jesionowy szlak wśród pól, z uwagi na jego kojącą ciszę. Tutaj docierają już dzwięki cywilizacji. Ale i tak jest magicznie.

– Cyt, trtrt, szrr, sztt…

Opadające liście szeptają senne modlitwy. Wirują jak nietoperze. Jesienne nietoperze. Ziąb, mróz, zrywy wiaterku i szeleszcząca cisza. Korony gałęzi spowijają girlandy białawego srebra, te roznoszą się rozbłyskami spływając do leśnego dna kaskadami strumieni. Przytulam ogromnego Kasztanowca. Dwaj Kasztanowi Bracia, jedyni i najwięksi w tutejszym lesie. Przyśnili mi się ostatnio obaj, w dość przykrym kontekście. Byli naznaczeni czerwienią wyroku – do ścięcia. Dlatego musiałem dziś tu przyjść. Przekonać się. Przez las przetacza się obecnie kolejna fala ‘’człowieka’’. Przy drogach sterczą hałdy ułożonego w stos drewna. Są ogromne. Nie wiadomo na kogo padnie… Może one już coś wiedzą. A może to tylko sen. Oby.Nerwowo oglądam korę wokół – żadnych znaków nie ma. Są prawdziwą ozdobą, jedynymi takimi olbrzymami na okolicę. Nie wierzę, że ktoś mógłby… Trudno mi to przetrwać. Tyle czasu już. Podobnie jak im. Dlatego zaglądam głównie nocą. W dzień warkot pił, wycie tirów i łoskot padających…
Teraz tak tu cicho. Żadnego zwierzęcia. Tylko te liście… Posłuszne swemu zadaniu, szybują niespiesznie wyściełając szeleszczące dywany. Ochronią Ziemię przed mrozem, ubogacą w próchnicę.

Osiki i Olchy rosnące tu w towarzystwie zrywają się w poryw z każdym moim pytaniem do Kasztana. Są odpowiedzią. Staruszek zrzucił już liście. Ehh, żeby tak rozumieć Was i słyszeć, każde słowo… ciągle się uczę. Jemu opowiadam o ludziach. Żeby się nie bał, wiedział, że są też inni. Pamiętam jak latem z całą rodziną otoczyliśmy go kręgiem trzymając się za ręce, a ja mówiłem wiersz. Taki był wtedy szczęśliwy. Przypominam mu to. Mówię, że Kocham, i nie zrobię krzywdy. Że wielu jest ludzi przyjaznych drzewom, tylko dopiero zaczynają się odnajdywać. I nie ma w nich zgody na to, co się dzieje. Będą pomagać, chronić. Kasztanowiec otwiera się na mnie ciepłem i teraz On zaczyna przytulać. Przywieram czubkiem głowy, by wchłonąć jak najwięcej. Kasztanowa energia bardzo jest cenna, unikatowa, lecznicza. Zwłaszcza podczas pełni księżyca. Delikatne skrobnięcie wyrywa mnie z przyjemnego odrętwienia – to nie mógł być suchy liść. Rozglądam się bezgłośnie. Obracam głowę na drugą stronę pnia i niemal stykam swoją twarz z kuną…

ODDECH… siuuuu

Ułamek myśli, a jak skoczy mi na buzię? Zwierzątko przygląda mi się, nie mniej zdziwione. Czarne paciorki czujnych oczek. Jej białe podgardle błyszczy filuternie, muśnięte srebrem księżycowego refleksu. Taka jest piękna… Poznaję, że to nie tumak (kuna leśna) a ta domowa, spotykana bliżej domostw i wsi. Też zamieszkują lasy. Sekundy pogrążone w puchatym cudzie. Pewnie szuka śpiących ptaków. Smyrg! I już jest gdzieś do góry. Ani trochę zdziwiony, składam podziękowanie. Wiem, że to sprawka czułego Kasztanowca. Od zbliżenia się z Drzewami, podobne sytuacje stały się częste. Wiedząc co w Duszy gra, odwdzięczają się tym, co cieszy najbardziej. Płynie synergia. I ona podąża między nami już do końca wyprawy.
Mam poczucie, że każda roślina i zwierz, wie, że tu dziś jestem.
Mijane drzewa kłaniają się całymi szpalerami, w miarę jak się przemieszczam. Wiele osób pytało mnie o to zjawisko. Mam podobnie. Ale jak to się dzieje? Raz pokazał się obraz – człowiek w kuli energii jak podąża, którą drzewa wychwytują gałęziami. Odczytują ją i reagują, witając się z gościem. Nie na każdego tak postępują. Trzeba być z tym lasem – uczciwie, i w Miłości.

– Trrr, trrrrrr…

Z głębi boru trzeszczy jakaś sosna. Wołają do gawędy. Trrrr, i kolejna. Znajome odgłosy. Wyczuły jak przechodzę. Choć chcę bardzo, nie ma mowy. Nie będę szukał daleko po ciemku. Pełnia Księżyca, niezależnie od pory roku to takie święto drzew – bardzo są wtedy aktywne i pobudzone. Ożywienie da się uchwycić w całym lesie. Emanują wtedy właśnie pełnią swą wspierającej i uzdrawiającej energii. Nocą ściele się zagęszczona, skupia swą formę. Ciebie nie rozpraszają kolory i nadmierne dzwięki, ładujesz się więc lepiej i więcej. Dlatego nocną wędrówkę cenię bardziej od dziennej wyprawy. No i właśnie dlatego, zmuszony jestem dawkować. Minęło pięć godzin mojego pobytu tutaj, a kolejne drzewa w rozmaity sposób próbują przyciągnąć moją uwagę. Nocy nie starczy, by spędzić czasu z wszystkimi, które proszą. A już się przyzwyczaiły że włóczę, wiedzą że rozpoznaję ich sygnały, więc stroszą się niekiedy jak psiaki, byle podejść na chwilę, pogłaskać i coś powiedzieć. Kłaniam się tedy sosnom, wyciągam ręce przed siebie i na głos mówię od razu do wielu:

Siostry moje Ukochane,
Niech najlepsze Wam jest dane,
W pas się kłaniam, do połowy,
Sławiąc piękny Bór Sosnowy
Wytrzymajcie czas człowieka,
Trochę jeszcze Wam zaczekać,

Przyjdzie,

Igieł szpilki, i chojary,
Z serca płyną moje dary

Dla Was

Cisza. Chwilę jakby nasłuchiwały, zdumione. Lecz gdy ruszam dalej, znów kilka rozgaduje się trzeszczeniem. Mam dreszcze. Wolą bym został. Rozumiem… To musi być dla drzewa takie fajne, przyjemne i miłe. Takie nowe. Że ktoś przychodzi, mówi ładnie do nich i dobrze im życzy. Zamiast piły, albo zimnego rachowania ‘’czy już’’ się nadaje… Tak są tego spragnione, stęsknione… Nie myślałem tylko, że moje wędrówki zmienią się tak bardzo. Bo wystartowałem o 17 tej, a dochodzi już 23. Mimo dywanu liści poruszam się cicho, na tyle, że wychodząc na rozległe łąki w lornetce dostrzegam pasące się sarny. Nie usłyszały mego nadejścia. Po krótkiej obserwacji wycofuję się równie z kunsztem. Dziś to sarny wiodą po ścieżkach. To znaczy, szedłem lasem 2 kilometry aby dotrzeć na stanowisko czatowania, lecz obecność saren obok których musiałbym przejść i spłoszyć pozbywa mnie tego pomysłu. Niech się pasą. To właśnie cały ja.

IMG_4233

W drodze powrotnej mijam znanego mi Wiąza, ten jest potężny w swej krasie. Aby raz czy dwa z nim rozmawiałem. Pamiętam, że łagodził iście anielską energią. Wiązy to związani z Ziemią strażnicy pokoju, jedności, pracujący korzeniami na rzecz łagodnej wspólnoty rozwoju. Wszystko chcą związać, połączyć, aby współgrało i rozwijało się. To też robią z człowiekiem. Przyłapuje się na tym, że podczas tego ‘’spaceru’’ nie trapi mnie ani jedna przykra myśl. Nic nie istnieje. Wszystko co dokuczało w głowie przez ostatnie dni. Jestem tylko ja i drzewa, i czujność na delikatne sygnały. Powitany Wiąz otwiera się szybko. Pamięta. Do niego również przykładam czoło, chłonąc wiązowe błogosławieństwa. Pojednanie, akceptacja, lekkość, wybaczenie, zrozumienie… Naprawdę minęło już tyle godzin?

Wreszcie ‘’ląduję’’ u Krzesimira. O ile przy pierwszym dziś powitaniu przyjął mnie dość obojętnie, tak teraz gdy już pochłonąłem się w lesie, muska mnie ciepłem, stroszy się, szumi i grzmi. Mam parę pytań i wątpliwości. Opowiadam, że książka prawie gotowa. Pokazuje w myślach okładkę. Oh, jak dziwnie spoglądać na nią i siedzieć tutaj. Wszystko jest na tym obrazie takie, jak tutaj się działo. On, że jest dumny. Powtarza to wciąż. Noo, kto by pomyślał? A ja pytam. Bo tak sobie myślę, że można by pominąć cały aspekt duchowości, rozmowy z drzewami, energie i takie tam. Zrobić drugą, okrojoną bardziej wersję. Książka wiele nie straci na stronach i uroku, a byłaby bardziej przystępna dla osób które z tym wszystkim nie miały styczności dotąd… łatwiej ‘’strawna’’ jakby. Wiem, że to z jednej strony głupota, ale czeremchowa głowa walczy do ostatka.

Co o tym sądzisz?

ANI MI SIĘ WAŻ COKOLWIEK POMIJAĆ! O, żebyś Ty… Więc po co było to wszystko? Aby poszło w zapomnienie? To jest właśnie całość obrazu, tego co się działo. To będzie pracować w ludziach. Wielu potwierdzi, że nie są sami. Że to, czego doświadczali jest prawdziwe. W Twoich opowieściach znajdą potwierdzenie. A Wy się odnajdziecie, dzięki materialnej książce. Będą korzyści, dla Drzew i Ludzi. Spojrzą na las inaczej. Nie ‘’po Twojemu’’ tylko tak, jak dawniej człowiek spoglądał, co było oczywistością w doświadczaniu. Już pracuj nad kolejną. O nas, o wszystkim czego się dowiedziałeś. Dużo pisania Cię jeszcze czeka. Ta książka, to dopiero początek, wprowadzenie. A jeśli zdaje Ci się, że coś już wiesz, to przygotuj się na prawdziwe zaskoczenia. Dumny jestem, tak. Byli tacy wśród nas, co nie wierzyli. Właśnie Ci, od których miałeś nie do końca przyjazne sygnały w odbiorze. Ja zawsze wierzyłem. Tyle energii w Ciebie wprowadziliśmy, czy dostrzegasz swoje przemiany, kim się stałeś? Na co chciałbyś to zmarnować? Teraz możesz tyle sprawić. Więc pisz, pisz o nas… Potrzebujemy, by świat przeczytał nas w słowie. I to nie jest tak, że Drzewo Mocy wyrośnie i jest. Stać nim się może każde nasiono. Wzrastamy i doskonalimy się przez doświadczenie. Mi kontakt z Tobą dużo wniósł. I z gośćmi którzy przybyli za Twoją sprawą. To jak w relacjach międzyludzkich. Każdy coś ofiarował, otworzył, pokazał, nauczył. Stałem się… Otwarły się nowe przestrzenie dla mnie. Inne Drzewa pragną podobnie, dlatego tak intensywnie wołają.

Mój Kochany mędrcze. Czasem mi głupio, że tak Go drażnię. Ale On wie, że na tym etapie i tak już bym zrobił wszystko. Tylko i ja potrzebowałem ‘’zatwierdzenia’’. Przecież okładkę wymyślił Klon, a treść to w dużej mierze przekazy Drzew. To ich dzieło, nasze procesy. Wspólna pamiątka. I faktycznie. Zauważyłem ich zmiany. Tych do których chodziliśmy wspólnie na warsztatach. Każde z nich doskonaliło się, coraz bardziej w pracy. Nawiązywaniu kontaktu i pomocy. Coraz lepiej im szło. Teraz ich subtelną mowę czytamy jako coś oczywistego. Widać było, że nie mogą doczekać się kolejnych spotkań i wyzwań.

Gdy wychodzę z lasu na skraj rzepakowego pola, chyłkiem umykają z niego w lekkich podskokach sarny. Wyszedłem prosto na nie, nie dało się tutaj przewidzieć, były zbyt blisko. Ale nie spieszą się. No te są stąd, muszą mnie znać. Wiem, że sarny potrafią podkradać się niemal bezgłośnie do siedzącego człowieka, jeśli w porę go zwęszą. Zwłaszcza, jeśli to od lat ten sam człowiek…Co tylko siedzi łagodnie, gębę cieszy i do drzew mamrota. Układam się z czuwaniem na stosie kłód, zajadam kanapki i sączę gorącą herbatę.Gdzieś daleko piszczy samica puszczyka, ciszy urągając w ciemnościach. Skryty upiór. Gderliwie nawołują kaczory z czeluści bagna. Nieśmiało popiskują myszy, nieświadome gryzonie obwieszczają się z bufetem dla nocnych drapieżników. Dreszcz oczekiwania. Po niebie żeglują białe kłęby rozległych baranków. Księżyc nieco przygasa, spowity mleczną zasłoną. Spomiędzy konarów sosen żarzą się jeszcze maleńkie latarnie odległych gwiazd. Nie minęło dziesięć minut, sarny wróciły. Są teraz dużo bliżej. No pewnie Siostry, częstujcie się oziminą.Mimo, że sporo się wiercę, one i tak tylko co jakiś czas podnoszą anteny czujnych głów, spoglądając już uspokojone. Trochę się wtedy czuję, jakbym czuwał nad nimi. Żerujemy sobie. Inaczej zawsze jest, kiedy mogą na mnie popatrzeć, posłuchać i chwilę oswoić się z tym, że jestem. W takich momentach wiem, po co to wszystko. Dlaczego noce z zimnicą pod lasem, czatowania, czuwania, czas… To chyba jest takie żywe świadectwo. Zapomnianej bliskości człowieka z przyrodą, jaka wciąż każdemu zdarzyć się może. I o tym będzie moja książka.

66223959_479909626099685_4980183251667648512_n

Wróżki nad jeziorem. Za granicą światów.

Przedzieramy się przez letni, dojrzały w zieleni las. Nie przez jakieś tam chaszcze – po prostu zwykle dostępne dróżki zarosły trawami i roślinnością po pas. Choć w lesie pięknie i śpiewa, chcąc nie chcąc przyspieszam kroku. Trzeba się wydostać na przestrzeń, bowiem gzy, strzyżaki i komary wyległy tłumnie aby mnie powitać. Kawalkada. Nic nie jest w stanie ich odstraszyć. Idąca obok mnie Małgosia nie ma w ogóle z tym problemu – dla owadów jest jakby niewidzialna. Pojęcia nie mam od czego to zależy, ale zauważam – zjawiają się takie osoby, które wszelkie małe istnienie darzy mniej wylewnym szacunkiem. Nici ze spaceru w cieniu drzew. Żegnają nas wiotkie łodygi gozdzików. Ale na przestrzeni, też jest cudownie. Kolorami woła tu życie. Skraj polnej dróżki obsiadły miodunki. Te zachwycają oczy przesłaniem dojrzałego chabru z ciemnym błękitem. Obok nich na badylu wiszą ciemnoróżowe szmaragdy wyki ptasiej. Jak krople esencji kwietnego kunsztu. Wojownicze ostrożenie stróżują wytrwale z kolczastym ostrzeżeniem fioletu. Nie podchodz! Uważaj. Kłuję! Delikatnym motylom krzywdy jednak nie robią. Wszędzie wokół rozkwita jeszcze więcej kolorów, póki co nieznanych mi z nazw. Ohh, jaki ten świat jest bogaty. Dzikie rośliny. Tak wytrwałe i dzielne. Podziw i zachwyt. Nawet nic po nich nie widać – mimo tych upałów. Prawdziwe bohaterki. U nich podobnie jak w lesie, tylko takim na mniejszą skalę. Różnorodność gatunków i totalnie pozorny brak miejsca z rywalizacją o przestrzeń, sprzyja im wszystkim. W tym gąszczu same dla siebie obniżają temperaturę i raczą wzajemnym chłodem, a mozaikowy system korzeniowy każdej z nich, pomaga lepiej zatrzymać wodę dla wszystkich zielonych mieszkańców. Świadome, czy przypadkowe braterstwo?

Długi czas pozostajemy w ciszy, a każde z nas rozgląda się podczas bosego i chłonie w duszę, to co na co dzień pomijane i zapomniane. Siostrzane Topole napotkane po drodze obejmują nas radością i zrozumieniem. Dziś to ja nie mogę się od nich odkleić. Pobudzają wnętrze do osobliwego śpiewu. Pieśni zgody i harmonii z wszystkim co jest… Spostrzegam, że podczas tej sesji nie przysiadł na mnie ani jeden komar…

54230831_1071311349727451_6457138954763239424_n

Wieczór spędzamy na skraju sosnowego boru, pogrążeni w cieple zachodzącego słońca. Tu przenikają się ptasie światy. Z wnętrza lasu wielogłos świergotu i gwizdów, a z pustki przestrzeni polnych, monotonne wołania trznadla. Wtóruje mu melancholią ortolan, a podzwania wibrująco ukryty potrzeszcz. I znów mówimy mało. Nie trzeba. Tutaj wszystko rozmawia. Ciekawiej jest posłuchać. I tak przysłuchujemy się dialogowi dwóch kruków, polatujących nad polem. W pierwszym wrażeniu, to tylko ‘’zwykłe krakanie’’. Ciszej. Uważniej. Wyraźniej. I już da się rozróżnić. Jeden coś opowiada, intonuje, moduluje głosem. Drugi potwierdza i wypytuje. Najinteligentniejszy ptak świata w swych przepowiedniach pozostaje jeszcze niezbadany. Kruki to jakby tacy nadzorcy nad całą przyrodą. Widzą, oceniają, zawierają sojusze, kombinują, uczą się, i działają. Fascynują zaradnością na każdym poziomie. Z każdej wyprawy staram się spisywać głównie wrażenia przyrodnicze. A przecież to tylko maleńka cząstka tego, co podczas nich się dzieje. Wędrówka to złożony proces. Nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Dokąd dotrzemy? A co wypłynie na powierzchnię. Rozmowy. I te milczące dusz, jak i w słowach. Jaki temat, emocja, historia, przeżycia – domagające się wysłuchania i wreszcie uzdrowienia? W jaki sposób sobie pomożemy? A dzieje się tak niemal podczas każdej wyprawy. W cudowny, intuicyjny, i najprostszy zwykle sposób. Wydobyć, zrozumieć, zobaczyć i puścić pomagają bardzo Drzewa. Wszystko to sprawy bardzo zazwyczaj osobiste, i nie każdy chce nimi się dzielić. W pełni to rozumiem, szanuję i akceptuję. To co wybrzmiewa i się zadziewa, pozostaje intymną tajemnicą naszej przestrzeni.

I tak po słonecznej sielance z krainy pachnących sosen, docieramy o zmierzchu nad jezioro. Małgosia rzuciła takie hasło, a ja w pierwszej chwili zaoponowałem. Teraz jestem tu, skaczę boso między szyszkami i nie żałuję. Bo widok i dzwięk przekracza wyczerpaną już na dziś dozę zachwytu. W ciemnościach śpiewają jeszcze rudziki i drozdy. Wita nas miękkie, dudniące pohukiwanie bąka. Tętni zadumą jakąś. Ostro wrzeszczą żaby. Ale… tafla jeziora… niebo zlewa się czerwienią z lustrem, tworząc dojrzałą, harmonijną jednię. Echo zaszłego słońca. Wyczuwam oddech srebrzystych obłoków, blasku na styku atmosfery ziemi z ‘’pustką’’ kosmosu. Na tle tej glorii wirują w chaosie cienie nietoperzy. Przysiadamy z czuwaniem na wędkarskim mostku, słuchając jak żyje woda. Zewsząd obezwładnia jej mokry, z domieszką bagiennej roślinności, ciężki choć rzeźwiący zapach. Tu, w krainie jeziora próżno nasłuchiwać za ciszą. Pluski i pluskoty. Jak wykrzykniki w ciemnościach. Polują ryby. A może skaczą, po prostu dla zabawy? Ochryple zawodzi niewidoczna czapla. W pewnym momencie ‘’coś’’ kusi mnie, aby jednak trochę poświecić na wodę przed sobą. Roje owadów. Ochotki, komary, licho wie co jeszcze. Spoglądam na spokojną taflę, przypatrując się kłębiącym larwom nieznanych mi stworków. One…coś robią. Nie pływają bez celu. Zbliżają się do góry i…nie wierzę w to co widzę. Larwy tuż przy powierzchni ‘’rozwalają się’’ a z ich wnętrza powstaje zupełnie dorosły owad. Obserwujemy przeobrażanie! Niektóre niemal od razu startują, inne siedzą kilka chwil w bezruchu na wodzie. Kolejne mają jakieś ‘’dziwne pejsy’’, witki. Wyglądają tak magicznie! Czar przemiany. Bo to jest naprawdę cud. Przejście przez granicę żywiołów. W ciągłym tańcu ze śmiercią i szczęściem. Widzę jak młode okonie co i raz rzucają się na tą zdobycz. Inne zgarniają z powierzchni nietoperze jeśli nie poderwą się dość prędko, a i w powietrzu nocą nie są bezpieczne. Mimo to, wiele z nich spełni swoje jedynie zadanie, w odwiecznej pieśni życia. Przetrwają. Nieme, ulotne wróżki wody. Wdzięczni, że mogliśmy uczestniczyć w tym niespodzianym widowisku. Bezimienne owady na zawsze pozostaną wspomnieniem przemijania w niewiadomej pieczęci zdarzeń… Szemrzące wokół trzciny, plotą z szemraniem baśń jakąś… Mam wrażenie, że ta chwila mówi do mnie wszystkim, co w tym momencie się dzieje.

Czerwień blaskiem się kładzie, 
Na spokojnej tafli jeziora,

Świat się pogrąża w bezwładzie, 
Nocy nadeszła już pora,

Bąk w szuwarach ukryty, 
Echem dudni w zadumie,

Jak duch, cały jest skryty, 
Odezwać inaczej nie umie

Święto maleńkich owadów, 
Żywota ogłasza przyczyny

Przybyły na ucztę tłumnie, 
Płocie, okonie, i liny

Nietoperze wydobywają z cienia, 
Wróżek istnienia Wspomnienia,

Ostatnim zgasłym łopotem, 
Latarnią są przeznaczenia.

Wypowiadam płynnie te słowa, wtedy jeszcze zachowane w pamięci inaczej.
Ostatni akt nocy spędzamy kilka kroków dalej, pod sosnami. Bynajmniej nie śpiącymi. W życiu nie czułem tak ich energii. Przenieśliśmy się spontanicznie, stąd był dobry widok na zorzę i nietoperze. Muszę… wiem, że powinienem im się poddać. Ciało moje zaczyna kołysać się swobodnie, choć impulsowo. Zupełnie jak drzewo w podmuchach wiatru. Nie wiem jak to się dzieje… czuję jakby chwytały mnie za nogi od spodu i bujały. Dzikie to. I szamańskie. Gość mój stoi oparty plecami o pień kolejnej obok. Bucha gorąca energia. Znów drzewa odprowadzają to, co powinno odejść. Ostatnio podniosły mi poprzeczkę. Powiedziały, że pora na kolejne wydarzenia i spotkania. Że ten etap warsztatów od marca, był tylko wstępem. Do czegoś dużo głębszego. Był taką nauką podstaw. Teraz mam wieścić przesłania ‘’na żywo’’. Już nie spisywać, a mówić na bieżąco podczas spotkań. Szeptać ich szumiące modlitwy. I tak dziś przechodzę ‘’chrzest ognia’’. Bo rzeczywiście mówię tym rymem. I jakoś swobodnie płynie. Przecież to od Drzew…

Gwiazdy srebrzyste, 
Wspomnienia ojczyste,

Mgieł opary, 
Szemrzące szuwary,

Przyjmij Sosnowe Dary….

Wypowiadam do Małgosi. Teraz czuję się nieco jak ten dawny druid. Jedno ze słów okazało się kluczowe… Popłynęło wzruszenie… Ciężko nam odejść od sosen. Gwiazdy migoczą zalotnymi ognikami ze spokojnej tafli jeziora. Przebijają iskrami znad koron igieł. Wracamy. Oczy nasze doskonale orientują się w odcieniach szarości. Marsz skupienia i jedności. Bór milczy odświętnie. Bezbłędnie pokonujemy przeszkodę w postaci powalonych kłód. Na jego skraju jarzy się platyna tych srebrnych, kosmicznych obłoków. Dziś są szczególnie rozległe. Noc wędrowną kończymy wymianą opowieści i wrażeń, podziwiając chwiejne błyski gwiazd na pomarszczonym nieznacznie lustrze tajemnicy.

tapet1

Leśna medycyna – Dotyk Ziemi. Wiosenna wędrówka Żywiołów.

Są takie momenty, że wzruszenie trzyma tak długo, że nie wiesz co napisać ani powiedzieć. Szczególnie, gdy ktoś pokonuje setki kilometrów specjalnie po to, aby poznać i przytulić dwa drzewa, od których spisałeś dedykowane osobiste przesłanie Drzew Mocy. Ania Chmura przyjechała naprawdę z daleka, bo aż z niemieckiego Hamburga. Tak bardzo chciała je zobaczyć… I choć ma za sobą ponad 550 km jazdy autem przez wiele godzin, mimo późnej nocy, nalega abyśmy jeszcze dziś ruszali do lasu. Stwierdzam, że to dobry pomysł, jeśli po całym dniu hulanki deszczu i wiatrów, niebo wreszcie się rozgwieździło. A jutro znów ma padać. Dobrze wykorzystać taką chwilę. Gdy wychodzimy z kwatery, jest około godziny 23. Noc czarna i cicha. Żadnych zwierząt z bliska ani daleka. Jakby całe istnienie zatraciło, rozpłynęło się w tej ciemności. Podążamy wzdłuż polnego rowku, który objęły we władanie pożyteczne bobry. W nim ścielą się pocięte kłody wierzbowych ofiar. I choć niewiele widać, uczę jak najlepiej rozglądać się w tym świecie o takiej porze, żeby przegapić jak najmniej. Zobacz! Jeśli przykucniesz i spojrzysz bardziej od dołu, jest spora szansa, że na ‘’szczycie horyzontu’’ pola, dostrzeżesz maszerującą sarnę, dzika, lub nawet lisa. Ich czarne sylwetki odcinają się nieznacznie na tle nieba, i można wtedy przeczekać aż zwierzę przejdzie. Tak właśnie trzeba tu zerkać, jeśli nie ma z nami księżyca…

Uszy uspokaja szeleszczący pluskot strumienia. Zostawiamy go za sobą i wreszcie stajemy pod czarną ścianą delikatnie szumiącego lasu. Tutaj zawsze robię krótki postój nocą. Pierwsze, głębsze wejście do leśnej krainy, aby poczuć ją wszelkimi zmysłami. Można długo tutaj stać w ciszy, nie niepokojąc zwierząt. One dalej położonymi ścieżkami wychodzą ze swych ostoi na pola. Nasłuchujemy ich kroków. Jak spokojnie. Pozdrawiamy mieszkańców leśnych w pokłonie, i wyciągamy dłonie przed siebie, aby poczuć energię tego miejsca. Nagle:

Trrrrrrr….

Odezwało się drzewo. Trzeszczy od środka.

– Trrrrrrrrr, kuiiiiiiiiiii, – odpowiada mu drugie z jękliwym piskiem. Dęby omawiają coś z Sosnami.

Brzmi nieziemsko w tych ciemnościach. A to przecież zwyczajne odgłosy tego świata. Przysłuchujemy się tej trzeszcząco – skrzypiącej rozmowie drzew. Ania zadaje im szeptem osobiste pytania. Cichutko nuci pieśń, jaka odezwała się nagle w sercu…Robi się baśniowo. Wzruszenie. A one odpowiadają, potwierdzają… Myślę sobie wtedy, że z nimi jak z nami. Komunikacja werbalna i niewerbalna. Ta energetyczna jest mi już znana. A na tą postrzegalną fizycznymi zmysłami, coraz bardziej i głębiej zaczynam zwracać uwagę. Gadają tak pięknie, że nie mamy ochoty stąd iść. Do marszu rusza nas dopiero zimno. Idziemy więc dalej piaszczystą dróżką, z jednej strony mając sosnowy młodnik, a z drugiej bezkres pól. Tam stoi jakiś wielki dziad… Czai się w mroku. Wygląda rzeczywiście jak olbrzym, witający otwartymi ramionami śmiałków w swoim świecie. Można z daleka się go wystraszyć. Proszalny dziadyga pilnuje tu miedzy, a jego istotą jest pień zamarłej, pokonanej przez wiatry dzikiej gruszy. Kiedy spoglądam na pustkę pól, nie mogę pozbyć się wrażenia, że równo z nami przemieszcza się jakiś duch. Pojawia się w postaci ciemniejszej plamy. Ludzka sylwetka. I można czasem aż zwątpić, czy z horroru rodem to świat, czy może jednak kraina baśni…

P90309-003433

Siadamy z odpoczynkiem nad bagnem, gdzie ma zwyczaj kryć się i zamieszkiwać największe zwierzęce bogactwo. Delikatna rozmowa, przeplatana momentami medytacji. Spontaniczna lekkość. Nie każdy potrafiłby odnaleźć się w bagiennej ciszy. Bóbr chrobocze przy olszy, coś nieśmiało sobie majstruje. Odpowiadają mu sennie żurawie, jakby zza grubej zasłony. Wybudzone na moment, za chwilę gasną w ciszy. Z pól dobiega jękliwe, tęskne zawodzenie jakiegoś zwierza. Mimo, że znam niemal wszystkie, tego głosu uparcie nie udaje się odkryć. Zostaje dreszczyk tajemnicy. Słychać pogłos dalekich kaczek. Ja z głębin bagna odbieram jeszcze niski bulgot kilku dzików, jednak to dźwięk tak subtelny, że nie zawsze da się go wychwycić. Mimo wszystko, jak dla mnie bardzo tu dziś cicho. I pomyśleć, że za 1,5 miesiąca to miejsce zmieni się tak, że nie będzie wiadomo czego nawet słuchać. Nad nami iskrzy w czerni, udekorowana srebrnymi lampionami, bezkresna otchłań kosmosu. Pojedyncze chwiejne obłoczki umykają szybko, nie chcąc mącić świętości nieba. Ania zachwyca się gwiazdami, których w takiej ilości nigdy nie widać w miastach. Doskonale ją rozumiem, bo mimo upływu lat, ten widok również mi nie powszednieje. Doceniam. Choć wiem, że to ‘’pikuś’’ w porównaniu z tym, co można zobaczyć, na przykład w górach. Wzrok zestroił się już z tym światem, nie straszna nam ciemność. Trwa jedna z tych pięknych chwil, bardzo bliskich życiu…

Chmurka.jpg

I tak minęła nam pierwsza Noc Wędrowna.

Krzesimir

Kiedy rankiem przybywamy do dębu, sprzyjająca pogoda kończy się. W oddali pędzą bure, wściekłe kłęby rozjuszonych obłoków. Gradowa burza porywa nas w objęcia znienacka. Nadleciała na skrzydłach granatowych chmur, pędzona pejczami zimnych porywów pogodowego szaleństwa. Z nieba prażyły boleśnie pędzące ku własnej zgubie, miniaturowe lodowe kulki. Dla Ziemi to jak masaż. Woda Życia, w nieco innej formie. Nam w kurtkach też nie szkodzi. Biała kurzawa szarpie wzmagającymi falami, jakby chciała stratować, rozgnieść, zmiażdżyć wszystko na swojej drodze. Szare smugi przelatują w furii nad polami, zderzając się ze ścianą lasu. Tam hamują nieco swój impet. Drzewa szumią jak bezmiar oceanu. Ania jest tak zjednoczona z dębem, że nie zwraca uwagi na to co się dzieje wokół. Olbrzym przekazał brzmienie swojej siły, zaufania, pewności. Jest totalnie wyciszona. Spokojna. Nawet się uśmiecha łagodnie. Nic więcej nie trzeba… U mnie odwrotnie. Jestem bardzo pobudzony. Jednoczę się z huraganem, cały śpiewam w środku i mam ochotę gnać przed siebie polem, oddając się w objęcia żywiołu. Dzikość istnienia, sedno duszy przejawienia.

P90309-140040

P90309-140120

Dąb nas osłania. Opiekuńczy pień przyjmuje na siebie całą siłę sztormu. Co to dla niego… Nie takie rzeczy tu przetrwał. Powszedni chleb życia dębowego. W pewnej chwili dostrzegam jak nad polem, w tej całej zawierusze frunie jakiś maleńki ptaszek. Co kawałek opada i przysiada na Ziemi. Nie daje rady. Grad psuje widoczność tak, że nie sposób rozróżnić gatunku. A on uparcie, podrywa się. Nie leci w krzaki, tylko na przestrzeń. Zgłupiał? Na dalekim horyzoncie przeciera się już na niebiesko. Może i on, w swej małej mądrości ptasiej wie, że to tylko marcowa chwilówka? Trwała 10 minut. Kiedy znów wynurza się słońce, sosny olśniewają czystym złotem, obdarowane wilgocią ulewy. Drzewa przywdziały jedną z szat przedwiośnia, tak rzadko podziwianą przez wytrwałych wędrowców. Zachwycamy się tym długo jak dzieci, chwytając dłońmi resztki ostatnich kropel. Jak cudnie! Świat wymalował gałęzie blaskiem. Żarzą się w glorii, obwieszczając, że przetrwały i są gotowe do wiosny. Z dębu bruzdami kory spływają kaskady maleńkich wodospadów, pojąc drzewo do pysznego syta. Cuda błyszczą w świetle kryształowych diamentów, gdy na koniuszkach gałęzi osadzają się łzy niebios. Być tutaj, w pełni tego co się dzieje. To jest to, czego niektórzy szukają.

Pod niebieskim niebem maszerujemy już dalej, podziwiając ciemne okapy ogromnych świerków. Prężą się dostojnie, niczym maszty niewidzialnych okrętów. Pokrój piramidy. Energetyczna antena. A z nami podąża delikatny szmer. Mówi się, że w lesie pada dwa razy. Ja bym powiedział, że nawet trzy. Z drzew, krzewów, gałęzi, pączków i paproci opadają na mchy i liście resztki ulewy, czarując magiczny pogłos. Echo wdzięczności roślin, za dar wody. Szemrząca modlitwa lasu. Wnet stajemy nad rozległą łąką, mizdrzącą się w pełni słońca. Jak dynamiczna zmiana, przez krótką chwilę… Uroki marcowego klimatu. Tu witają nas powykręcane sosny i zmurszałe brzozy. Odeszły naturalnie. Tak jak powinny odchodzić drzewa. Część złamana przez wiatry, wywrócona odsłania ogromne wykroty. Inne podziurkowane dzięciolim kunsztem, rozsypują się już od własnego próchna. Rozglądam się za gniazdem strzyżyka, które widniało tu zeszłej wiosny, jednak nie przetrwało. Lubię to miejsce i często wysiaduję tutaj przy księżycu. Skraj lasu jest świetlisty i łagodny. A nie poskromiona przez człowieka natura, ukazuje wspomnienia swojej dawnej dzikości, niestałości i bezładu. Uczta dla zmysłów. Nad nami zmagają się z wiatrem czarne kruki. Tutejsza para. Wykorzystują podmuchy do wyprawiania zaskakujących fikołków, w popisach swojej zręczności. Frywolna zabawa z żywiołem. Jakże chciałoby się tak samo… Podziwiamy w uśmiechach. Ciekawska sójka chyłkiem wyziera spomiędzy gałęzi, podglądając nieznajomych. Tak tu błogo… Klękamy na ziemi, dłońmi dotykając mokrej ziemi traw. Ania w ten sposób pobiera energię naszej Ziemskiej Matki, utwierdza w jej polu, pozbywa swych blokad, oraz stara się poczuć wnętrze lasu przed wkroczeniem do jego świętej przestrzeni. Błogosławieństwo Życia. Choć tego akurat nie praktykowałem, pozostaję zachwycony. To jest ten szacunek właśnie, tak mi bliski. I wiem, że sięga dużo głębiej swym sednem.

P90309-143124

P90309-141130

P90309-142856

P90309-143457

Rzeka

Chyba nigdy nie planuję solidnie trasy. Zawsze podążam tam, gdzie ‘’woła’’. Intuicyjnie. Bo i każdemu potrzeba czegoś innego, a las najlepiej wie, gdzie skierować kroki wędrowca. Maszerujemy zapomnianą ścieżką, upajając się kołysaniem i poświstami drzew. I w dole dostrzegam mozaikowy ols, za którym wyczuwam bliskość wody, znając nie od dziś te tereny. Akurat przechodzą tamtędy sarny. Przeczekujemy, aż nieświadome naszej obecności piękności, oddalą się poza słyszalność. Wkraczamy na błotnisty, podmokły szlak w pełnej pokorze. Głowy obracają się w zdumieniu, podziwie, zachwycie… Tu rozegrała się natura, z pełnią głosu swojej kreacji. Rozlała dzikość. Wymyślna, nieujarzmiona macierz Przyrody, posłużyła się cząstką swej mocy, ukazując co potrafi. Nie chce się wierzyć, że parę kroków od głównego szlaku mieści się takie bogactwo. Ścieżynka wydeptana jest przez dziki, sarny i jelenie. Łagodne zejścia do wodopojów i brodów, gdzie zwierzyna przeprawia się na drugi brzeg. Rzeczka nie jest może aż tak szeroka. Dla jelenia na jeden skok z biegu. Pluszcze łagodnie przepływ na bobrowej tamie. Ależ tu się dzieje! Cuda otaczają nas na każdym kroku. Drzewa powalone, przegradzające drogę, owoc pracy ziemi i bobrowych robotników. Wzięły się nawet za wielkiego dęba. Niektóre kłody mokre i śliskie, na innych rozkwita bogactwo grzybów i pleśni, kolejne otulone zielonymi kożuszkami mchów. Zaczarowana kraina obfitości. Tyle organizmów, życia, form. Któż je policzy i nazwie? Choć czytam regularnie przyrodnicze książki i wertuję atlasy, wielu nie poznaję. Powalone drzewa tworzą zdradliwe mosty dla śmiałków, dziś nie będziemy jednak próbować swoich sił w takiej przeprawie. Gdzieniegdzie gęsto ścielą się trzciny wespół z kępami sitowia. Grunt jest grząski, choć stabilny. Kaloszom błoto nie szkodzi. W ziemi znajdują się głębokie dziury, akurat na szerokość nogi, przepastne, zalane wodą. To stare bobrowe tunele bezpieczeństwa, albo odpowietrzniki podziemnych komnat. Bardzo trzeba uważać, by w coś takiego nie wpaść. Nie jest to ani trochę przyjemne, parę razy mi się zdarzyło. Odtąd w bobrowym królestwie poruszam się dużo ostrożniej. Przed nami wyłania się widok, na imperium płynnego błota. To kąpieliska dzików. Niecki są rozległe, widać, że baraszkują tu całe grupy. Widzę te watahy oczami wyobrazni… Ptaki dokazują śpiewem, a spośród nich na czoło wybija się strzyżyk. Drugi brzeg jakże jest odmienny od tego którym podążamy. Łagodny, zasypany liśćmi, wygląda jak kawałek miejskiego parku. Dwa różne światy. Ale olchowa kraina czaruje serca bardziej. Z iloma rzeczami muszą zmagać się tu drzewa. Niestabilność gruntu, osunięcia, bobry, czyhające na większą ranę grzyby i pleśń. Mimo to szumią i rosną. Powalona brzoza z ogromnym wykrotem. Gniazdko zawieszone na krzewie przypomina o bogatym ptasim istnieniu, przegląda się w promieniach słońca. Utkane, wyplecione z suchej trawy cudeńko. Tak kruche. Aż dziwne, że nadal wisi. Puchata kryjówka ptasich skrzatów i pcheł, chłonie do słomianego wnętrza resztki ostatniego ciepła dnia.  Inne krzewinki, tak skarlałe i powykręcane, przystrojone zielenią mchów, pozostają bajeczną zagadką. Są tak odmienne. Jakby wyrosły z innego wymiaru. Te podziwiamy długo. Czas się tu nie policza… Mchowe poduszeczki wiszą na koniuszkach jak bombki. Śmierć tu, czy życie rządzi? Zastanawiam się spoglądając. Jeszcze parę kroków, i dostrzegam rozwleczone, brązowiejące kości większego zwierza. Obok fragment sarniej nóżki. Czyżby urzędowały tu jednak wilki? Podobno są w okolicy, ale nie tutaj. Ani trochę dreszczu czy strachu. Ciekawość badacza. Na samą myśl, radość z wilczej obecności. Na rozwidleniu jednej z olszy, przysiadła paproć. Mam ją na wysokości głowy. Jak ‘’weszła’’ tak wysoko? Niezwykłość. Tu zostajemy na dłużej. Nie wiadomo na co spoglądać, aby nasycić zachwyt. Całe szczęście, że to zwierzęce królestwo spisuje swoją opowieść głównie nocą. Olchy bujają raz sennie, to z ożywieniem. Opowiadają dziejące się tu zagadki. Siedzimy nad wodą w ciszy, upojeni pięknem przebogatego świata. Tak mija nam popołudnie.

P90309-153325

54516582_2537411173000020_8516492197426626560_n

P90309-150839

P90309-152053

P90309-150335

P90309-154428

P90309-150522
Bobrowy dół – uwaga!
P90309-150040

P90309-150942

P90309-151054

P90309-150720

P90309-154345

P90309-152634

Brzozy, łąki, i szuwary – Czas Przesłania

Długo trzyma wzruszenie, gdy wiesz, że ktoś pokonuje setki kilometrów, aby dotknąć i przytulić drzew, od których wzięło początek jego przesłanie osobiste. Taneczne, kochane brzozy. Niejedno pokazały i często ratowały mnie w różnych przypadłościach. Zawsze wesołe lekarki. Osiadły na skraju lasu, tworząc powitalny szpaler. Możliwe, że zostały posadzone. Robi się chłodniej i snują granatowe chmury z niespokojnym wiatrem. Dotykamy, tulimy i staramy się poczuć, co też dziś dzieje się w brzozowych nastrojach. Kiedy Ania dłuższą chwilę łączy się z jedną w uścisku, wiem, że czas nadszedł… Przykładam usta do białej kory, zaczynając wypowiadać tamte słowa:

Dzika radość, śmiech wśród łóz,
Zaczął się tu taniec Brzóz,

Przez las aż się niosą wstrząsy,
Takie wyczyniają pląsy,

Figle, harce, głupie psoty
Wnet znikają już kłopoty.

I weseląc się uśmiechem,
Obdarzają jego echem,

Lekkość taka płynie w nas,
Jakiej nie zna nawet czas,

Hej siostry, stańmy w kręgu miłości swej!

I tak tęskniąc za bliskością,
Obdarzamy się czułością,

Już nie straszna nam pogoda,
Wnet zaczyna się swoboda,

Podaj śmiało mi swe ręce,
A ja z Tobą się zakręcę,

Zawrzyj na pniu obie dłonie,
I tak mocno – tul się do mnie!

Hej! Splećmy gałęzie w księżycowym blasku,
Pora już doczekać brzasku.

Błyska świtem pierwsza zorza,
Taniec swój zaczyna Brzoza

W słońcu koi się z uśmiechem,
Tchnąc radości swej oddechem,

Na mej korze pocałunek złóż…
Dłonie razem mocno przyłóż,

Poczuj tej jedności tchnienie,
Wnet objawi się spełnienie

Zatańcz ze mną w rytm nowego,
Bardzo czuję, że chcesz tego!

Wiruj z tęczy grą kolorów,
Odkryj magię swych wyborów…

…Przybył wiatr,
Tańca brat,

Brzoza już się w tan ochoci
I rozgląda co tu spsocić,

Oddech lasu pochłoń lekko
I jak liście szuraj miękko,

Nie potrzebne tu zaklęcia,
Zaraz znikną Twe napięcia

Teraz ręce, lewo – prawo!
Już cieszymy się zabawą,

Pochył lekko, góra – dół!
Giętko jak ja, ukłon wpół!

Dołącz do nas ludzkie dziecię,
Jesteś wyjątkowa w tym świecie,

Zwracaj do mnie się w potrzebie,
A zatroszczę się o Ciebie ❤

Ledwo kończę wymawiać ostatnie frazy głos grzęźnie w gardle. Mój gość szczerze płacze. Ja również jestem wzruszony i szczęśliwy – że mogłem coś takiego drugiemu człowiekowi podarować. I moim kochanym drzewom. Energia brzóz zmienia się odczuwalnie. Teraz zrobiły się błogie i troskliwe, choć nadal w duchu wesołości. Są zadowolone. Takie chwile kochają wszystkie drzewa, choć wiem, że dla nich to coś bardzo dawno zapomnianego. Mało już na świecie wędrowców i wieszczy, czujących ich istnienie, mówiących wierszem. To niezwykła chwila i piękne spotkanie dusz. Przypominam sobie, że to właśnie Ania pomogła mi w zeszłym roku przekroczyć kolejną granicę wyrażania siebie, i zatańczyć z drzewami. Przełamać własne opory i blokady. Tak powstał Brzozowy taniec w Uśmiechu Serca. I teraz… zaczynamy wirować jak wiatraki, pląsać i skakać aż do zawrotów głowy. Z nami baluje wolność i szczęście. Oh te dusze! Im tak niewiele potrzeba do pełni.

P90309-164836

Warchlaki

Z pola nadlatują chłosty zimnego wiatru, a ja opowiadam o brzozowym życiu i nietoperzach, jakie fruwają tu latem. Jesteśmy niedaleko jednego z większych i bardziej niedostępnych bagien w okolicy. Maszerujemy łąkową dróżką, gdy niespodziane, ostrzegawcze chrummm! wyrywa mnie z zamyślenia, zasiewając zdumienie. Nieruchomieję. W krzakach po lewej zakotłowało się nieco. Dziki! Tchnę szeptem. Przykucamy natychmiast i oto naszym oczom ukazuje się tak rzadko podziwiany, piękny, leśny cud. Bo pod gałęziami wierzb oplątanych ’’zielskiem’’ rozrabiają małe dziczki. Nie widać ile ich jest, ale jeden jest łaciaty, zupełnie jak świński prosiak. Poruszyły się na ostrzeżenie lochy, a teraz uspokojone ciszą gramolą się przez gąszcze, jakby czegoś szukały. Nie boimy się ani trochę. Zachowaliśmy się jak rasowi wędrowcy nieruchomiejąc na ostrzeżenie zwierzęcia, a ona uspokoiła się. Był to raczej odgłos skierowany do małych niż do nas. Podziwiamy w uśmiechach jej dzieci hałasujące na ściółce. Jakie to szczęście! Widzieć dziki za dnia, i jeszcze malutkie.  Nie zdarzyło mi się dotąd z gościem. Dziękujemy jej w duchu za zaufanie i zdarzenie. One wiedzą, przed kim się otworzyć, pokazać, nie bać. Ostrożnie, miękko i na palcach odchodzimy dalej, ciągle nie dowierzając szczęściu tej wyprawy.

A przed nami przejrzysty, podmokły zagajnik, pełen ścieżek i tropów. Widać, że urzędują tu właśnie dziki. Zresztą, gdzie byłoby im lepiej. Okolica pusta, odległa i mało uczęszczana, z morzem zalanych trzcin. To ich raj. Jeszcze parę kroków i oczom naszym ukazuje się… Cmentarzysko Drzew. Takie określenie przychodzi, gdy spoglądam na to co się tu stało. Taniec życia i śmierci. Powywracane olchy, leżące brzozy rozłupane do niemożliwości przez dzięcioły, toną w stosie własnych trocin. Tam obsunięty pochylony jesion, kłody i bele w różnym stopniu rozkładu. Pod korą suchej olszy jakieś larwy zostawiły w drewnie swoją pieczęć. Być może to przyczyna. Ale grunt jest żyzny, luzny i grząski, więc i wiatr musiał dołożyć swojego dzieła. Takie widoki uwielbiam. To właśnie natura w pełnej krasie. Panuje tu dzika świętość…i życie. Dopiero po chwili dociera do mnie, ile odzywa się ptaków! Na suchych olchach przysiadły gwiżdżące szpaki, wszędzie uwijają się sikory. Szpacy w zabawie miauczą, naśladując z uciechy myszołowy, których nigdzie nie widać. Gdzieś dalej śpiewa trznadel, a niedaleko strzyżyk. Słyszę jeszcze pełzacza, jakieś drozdy i ziębę. Niezły gwar, jak na start marca. I widzę, że właśnie to drzewne cmentarzysko tak ja przyciąga. Tutaj w gnijącym drewnie i pulchnej ziemi mają pod dostatkiem różnych larw i nasion. Bo choć miejsce na pierwszy rzut sprawia ponure wrażenie, jest po prostu ptasio zaczarowane. A my oczarowani. Niski przelot żurawi nad trzcinami, które nie spostrzegły nas w pośpiechu. Chrypią. Szassst, prast! Łomoczą szuwary. Tam jest jeszcze jeden dzik! A nawet rozróżniam dwa. Buszują z tęgim łoskotem, a buzia mojego gościa promienieje w uśmiechniętym blasku, gdy szeptem wyjaśniam co się dzieje. Wiem, że nie wyjdą tutaj. Wiedzą o naszej obecności. Ale swoje pohałasują. Dla mnie zwyczajne już odgłosy, dla kogoś kto nie słyszał, moc wrażeń. Kładziemy się na powalonych kłodach i słuchamy dziczego teatru szmerów. Ramionami otacza nas ogromna wierzba – sekret życia. Jak jest stara nie odgadnie nikt, a płoży się jak potworna ośmiornica. Nie wiadomo gdzie przód, początek, tył. Za to pełno dziupli, otworów i pustych jam. Pewnie mieszkają tam bagienne skrzaty. Prawie noc, choć zostało ciut widoczności. Sunie wielka chmura. Marzec znów dokazuje. Pierwszy deszcz przeczekujemy ufni pod gałęziami wierzby, ale wzmaga się tak, że pora stąd zmiatać.

P90309-173502

Szybko wydostajemy się z bagiennego zadrzewienia, i w strugach ulewy gnamy w biegu przez łąkę do najbliższej czatowni. To ostatnia najlepsza chwila. Zaraz się zacznie…

Deszcz nie przeszkadza stadom wędrujących gęsi, które przelatując nisko nad lasem, głaszczą nasze uszy osobnym szumem. Potrąbiają ostatnie żurawie, a powietrze świszczy cięte przelotami kaczych skrzydeł. Zwyczajny ruch, jak to nad bagnem. Kojący szmer deszczu przybiera na sile. I wtedy wybiega czarna plama. Dokładnie z tego miejsca, gdzie spotkaliśmy warchlaki. Locha. Wygląda jak wielki pies. I tak też truchta okręgiem przez darń, jakby czegoś szukała. Wiem. Sprawdza teren. Zatoczywszy koło wnurza się z powrotem w szuwary. Miękkie tło deszczu zupełnie ją zagłusza. Pozostajemy zachwyceni, wdzięczni, że dane nam było podpatrzeć jeden z wielu sekretów tego świata. Mijają minuty w szelestach kropel. Już ledwo co można rozróżnić, choć to jeszcze nie pełnia nocy. Wzrok ludzki i tak posiada zadziwiające właściwości adaptacyjne. Po dłuższym czasie praktyki, można po większości terenów poruszać się bez latarki. Rozróżniamy odcienie szarości, burego, brązowego, czarnego. Zupełnie wystarczy, aby nie połamać sobie nóg. I w tym gasnącym widoku dostrzegam tylko wielką sylwetkę, która w pospiesznych krokach przemierza łąkę, wnikając do lasu. To musiał być jeleń… Ania nie zdążyła zobaczyć.

Kiedy wyziębieni wracamy do auta, nad polem przelatuje jakaś sowa, a na przełaj truchta chyba ten sam jeleń. Na rzepak się wybrał. Pełen wrażeń, minął nam właśnie pierwszy Dzień Wędrowny. A czujemy, jakby rozpoczął się przed chwilą. Jeszcze nienasyceni.

Leśna medycyna. Wiosenna pieśń Buków.

Siedzimy pod jednym z ogromnych świerków, upajając się ptasim gwarem małego zakątka. Wcześniej leżakowaliśmy na zielonym mchu, sycąc się szumem i odgłosami kołyszących sosen. Grzaliśmy w prześwitach słonecznych. Tak można spędzać godziny. Zatracać w raju. Zwłaszcza jeśli co jakiś czas odzywa się sikora czubatka, i wołają kowaliki. Dzięcioły momentami tłuką między sobą z jazgotem o rewir. Dużo się tu dzieje, energetycznie także. Świerki przypominają dziś wielkie Anioły Mroku, jeśli spojrzeć na te wystające w bok ‘’miotlaste’’ gałęzie. Uzdrawiające procesy leśne mają to do siebie, że dzieją się niespodzianie. Pamiętam jak w pewnym momencie powiedziałem do Anki:
– A idz jeszcze, przytul te Buki. Zapoznajcie się .

Po czym wstałem, i krok po kroku, nieznacznie oddaliłem aby obejrzeć dokładnie jeszcze jedno z prześwitujących mi przez krzaki leśnych bajorek. Nie wiem czemu tak zrobiłem. Jakoś tak, ‘’samo się’’ poszło. Krótki obchód wodnego oczka i podgląd małych sekretów, może 7-10 minut. Wracam. I nie poznaję…

Ania jest cała zapłakana, roztrzęsiona, poruszona. I choć domyślam, że musi dziać się z drzewami, pytam…

– One śpiewają! – odpowiada mi ucieszona. Słyszysz jak terkoczą? I naśladuje głos.

Nie słyszę, choć odbieram je energetycznie. Tulę i próbuję. W mig pojmuję co tu się zadziało. Potrzebna była cisza i samotność, choć na chwilę, aby się dopełniło. Drzewa wiedziały. Zawsze wiedzą co robić. Kto i jak pokierował moje kroki? Świerk, buki, a może cały las? To jest cudowne. Tylko poddać się, zaufać temu prowadzeniu. I jak powiedział Krzesimir – cuda dziać się będą. Odtąd rozumiem, że przekazanie wiadomości teoretycznych i pokazanie wszystkich znanym mi wieści ze świata zwierząt, to nie wszystko. Że trzeba będzie, czasem i tak. Cały czas się uczę. Kobiety… Jak ich energia jest cudownie zestrojona z Ziemią. Znacznie lepiej połączona dziś, niż ja. Wystarczyło tak niewiele…
Długo nie może się uspokoić, a ja przestać cieszyć. Pieśni drzew to najpiękniejsze co można usłyszeć, i często żałowałem, że nie jestem w stanie oddać tego w słowach i opisach. To dzwięki, które słyszy serce i dusza. Docierają do sedna jej jazni… Na zawsze zapamiętane, odmieniają człowieka na wieczność. I płacz trwa. Długo Ania nie może ‘’odkleić się’’ od bukowej braci. Dla mnie to najpiękniejszy prezent, jaki mógł zdarzyć się podczas tego spotkania. Chociaż sam nie słyszę.

Połowa dnia mija pod znakiem słońca, a w drugiej czas nam się pożegnać…Nie jest to łatwe. Chciałaby zostać z drzewami, zwierzętami, ptakami. Na wiele dłużej. Tu jest prawdziwe życie… Proste i dostatnie. Prawdziwe jak tylko można. Wolne od iluzji i piękne – jeśli spojrzeć poza umysłem. A dusza z każdą sekundą wzrasta. Kolejny dzień wędrowny za nami. Dziękuję mojemu światu za cudownych gości, radosną naukę i ten kawałek czasu, spędzony najpiękniej jak tylko było można. Wdzięczność drzewom, i wszelkim istnieniom z każdego wymiaru, jakie objawiły się na tej drodze. A gościom moim niezwykłym – wszystkiego leśnego w życiu.

PS. Informacja zwrotna / powrotna z tej wyprawy cieszy niezmiernie. Ania słyszy już inne drzewa i wołają ją kolejne. Duch obudził się do leśnego odczuwania. Chce przyjechać jeszcze na tydzień, lepiej poznać świat bagien i śródpolnych ostoi. Zaskakuje mnie opowieściami, a samotne dotąd parkowe giganty w Hamburgu, zyskały wierną przyjaciółkę 🙂

A jeśli i Ty chciałbyś odbyć podobną wyprawę z Szeptami Kniei, dołącz do któregoś z naszych tegorocznych wydarzeń: 

Księżycowa Wędrówka w magicznym świecie Przyrody

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Albo śmiało odezwij się na maila: czeremcha27@wp.pl

P90309-171938

Kiedy hobbit i elfy ruszają tam i z powrotem

Oczywiście, poszli do lasu  To główny punkt każdego spotkania. A KAŻDE z nich jest dla mnie wyjątkowe. I niesamowicie jest poznać osobę, dla której już dwa razy spisywało się przesłanie Drzew Mocy. W spokojnej, szumiącej przestrzeni leśnej wszelkie sprawy stają się prostsze, a od drzewnych przyjaciół napływają wieści, wskazówki, podpowiedzi. Ich energia łagodzi, otula i wypełnia harmonią bieg zdarzeń. Ze ‘’zdumieniem’’ podziwiamy wspaniałe energetyczne widowisko, kiedy drzewa, na każdą wzmiankę o nich reagują gromkim szumem, witając wędrowców swojego świata. Jakby wyczuwały, kiedy opowiada się o ich życiu z miłością i wzruszeniem. Wiatr wyczynia dziś niesamowite pląsy, a korony bujają w rytm oddechu żywiołu. Nozdrza atakowane paletą sosnowych aromatów, grzybowych zapachów wraz z lekką nutą zgnilizny. Początek jesiennego misterium. Opowiadam o tym co widzę, słyszę odczuwam, o tym co jeszcze się tu może zdarzy na przestrzeni lat. Księga lasu dziś zapisana jest wspomnieniami kilku ostatnich dni. Zaczynam nieśmiało ją odczytywać…

42549017_162727584662438_6079878764173459456_n

Tu, na piaszczystej polance łoś gawędzi o swej wycieczce w czasie minionych dwóch dni. Jego ślady są jeszcze odciśnięte wyraznie, choć brzegi zdążyły się już osypać, a kontur lekko rozmyć. Poprzedniej nocy padało. A nie było ich jeszcze przed dwoma dniami, zatem starsze być nie mogą. Gdyby panowała sucha, bezwietrzna pogoda, odczytanie tej wskazówki z określeniem czasu, nie byłoby takie łatwe. Kawałek dalej napotykamy na pojedynczy trop sarny, a jeszcze dalej młodego dzika. Wreszcie zwierzęta zaczęły tędy chodzić. Na pniakach wysyp grzybków, nieznanej mi nazwy. Na pewno to nie opieńki.

Pierwsza to taka dla mnie wyprawa. Bardzo odmienna. Bo towarzyszy mi Mama z Dzieckiem. W pewnym momencie już milknę i podziwiam w duszy, jak małe elfowe dziecię uśmiecha się do drzew, coś do nich woła, macha rączkami, pokazuje nam palcami jakieś magiczne rzeczy, które tylko ona widzi. Amelka to niesamowity nauczyciel. Na co dzień egzystuję z dala od dzieci, więc z tym bardziej radosnym zdumieniem chłonę jej beztroski uśmiech i błogie szczęście wymalowane na rumianej buzi. Każde spotkanie jest wyjątkowe, i nie przestanę żartować z tego, że ‘’kto tu komu bardziej pomaga’’  Dziś jestem zdumiony i wzruszony, mogąc podziwiać zauroczony dziecięcy wszechświat. A w nim wszystko może być powodem do uśmiechu i zabawy. Patyk, czy gałązka, lecący listek, kawałek kory, ptasi pisk, czy rozszumiane radością drzewa. Oj, widzę, jak wiele jeszcze ‘’muszę’’ przyswoić wieści, jeśli chodzi o odczuwanie szczęścia jako takiego. Długo będę pamięcią wracał do tej lekcji 

Gdzieś w głębi tego boru, wzrosły nie wiadomo skąd dzikie jabłonie. Ta imieniem Joanna, objawia moją ulubioną dzięciołową tajemnicę. Kiedy stajemy przed nią, Amelka odnajduje nowe szczęście w podnoszeniu malutkich żółtych jabłuszek. Ja, z miną przechery pytam, a co tu jeszcze jest ciekawego do odkrycia? O czym opowiada nam ta jabłonka?

Pod samym pniem, nagromadziła się hałda rozprutych szyszek. Za pierwszym razem od razu przykuły moją uwagę. Skąd się wzięły i co tu robią z dala od sosnowych rodzicielek? Odpowiedz sfruwa na skrzydłach dzięcioła pstrego – wielkiego. Ten ma zwyczaj wtykania szyszkowej zdobyczy w chropawą korę niektórych drzew, i tak zimą zdobywa pokarm, wydobywając kaloryczne nasiona. Wyżej na jabłonnym pniu, widać drobne szczeliny i dziury, powstałe podczas dzięciolich biesiad. Chciałbym go kiedyś zobaczyć przy takiej robocie.

42624686_232480660953334_982347419612086272_n

Na sosnowym uroczysku, drzewa piszczałkami suchotu nucą rzewną piosenkę jesieni. Zawodzą jękami, tęskniąc chyba za dawną chwałą dzikich ostoi. Tu robimy postój. Na szczycie kopca nadal widnieją ślady łosia – zwierz zagląda tu niestrudzenie odkąd odkryłem to miejsce.Dziecię cieszy się i zjada owocowe coś tam. W drodze powrotnej zasypia bezwładnie kamieniem, otulone szeptami drzewnych braci i kołysanką sikorzych zawołań. Co jakiś czas błogo uśmiecha się i coś sobie mruczy. Widać, że mała dusza również jest ”u siebie”. Do końca na zmianę niesiemy ją. Patrolujący kruk, ochryple zwiastuje zbliżające się pożegnanie. I dopiero po dotarciu do domu zaczyna na dobre padać. Zamówiona u wszechświata pogoda, zaopiekowała się nami, dbając o swobodną przestrzeń dla tego zielonego procesu 

42619673_733081173710950_8117199898350190592_n

Szepty Wszechświata.Wędrówka sosnowym wiatrołomem.

Kiedy Ptasie Dusze ze światów odległych, tajemniczych i mglistych odnajdują się nagle na planecie ziemia…  Radość obojga kosmicznie wzrasta, a przestrzeń manifestuje szczęśliwe niespodzianki światła 🐤 🦉

Już na początku wyprawy ukazał się łoś, wypoczywający nieopodal ścieżki. Klępa z maluszkiem podrośniętym. Wnet błogi zachwyt wypełnił oba ptasie serca. Tam skąd pochodzą, przyroda objawia się w całej potędze wszelkich dziwactw, a istoty żyją w harmonii z bogactwem natury planety, jednością będąc z siłami tam płynącymi.

42730800_2280960535453004_3323529144859361280_n

Las jest dziś wyjątkowo cichy. Nie zaszemra nawet najmniejszy podmuch. Czas ukołysał się w sennym oczekiwaniu na to, co zadziać się miało. Rozmawiamy dużo, chyba o wszystkim co możliwe. Towarzyszą nam wysokie, czyste nawoływania sikor modraszek. W krystalicznym powietrzu, ich głosy brzmią dziś szczególnie pięknie. Pamiętnik kniei, zapisany odciskami w żywiole ziemi, opowiada nam o wędrujących tu dziś łosiach i sarnach. Dziwaczne sosny sterczące czupiradłami zwichrzonych igieł, żalą się opowieścią o napadach łosiego głodu, jakiego doświadczyły w zimowym czasie dawno temu. Tropy, porosty, mchy, drzewa, zwierzęta, zachowania, zwyczaje… Wszystko co wiem na ich temat, staram się przekazać mojemu gościowi podczas wyprawy.

Docieramy wreszcie do kopców na sosnowym uroczysku. I tu zaskakuje mnie nietypowy bezruch tego zakątka. Oddech powietrza zgasł i tutaj. Jest… bardzo inaczej. Zimno dziś i narasta chłód. Rozkładamy się na kocu, u szczytu kurhanu. Gawęda płynie wartko, swobodnie. Wiem, że niczego nie muszę się wstydzić, i o wszystkim mogę opowiedzieć. Dzieje się to w obie strony. Ale tak to już jest, kiedy wymienia się wieści, po nieznanym czasie rozłąki w pustce wszechświata. Podziwiamy słońce sunące ku odwiecznemu przeznaczeniu zachodu. Szczyty sosen zalśniły czystym złotem. Niektóre pozostają w cieniu. Stworzył się taki niemal równy półkrąg – cienia i światła. Drzewa nie dają o sobie zapomnieć. Gdy o nich rozmawiamy, gałązki sosen sprężynują zupełnie tak, jakby coś z nich zeskoczyło nagle. Tak, jakby odleciał niewidzialny, spłoszony ptak… Ale żadnego przecież nie ma. I w ogóle nie wieje. To kołysanie powtarza się co jakiś czas, i pozostajemy już wobec niego uważni.

42859863_354553635282079_7664676891298627584_n

Ile razy zbieramy się do powrotu, tak nic z tego nie wychodzi. Nikt tak naprawdę nie ma ochoty się stąd ruszyć. No może poza psem – ten odnalazł chwilowe szczęście w ogryzaniu leżących wokół suchych gałęzi. Więc siedzimy nadal, mimo wzbierającego na sile chłodu. Dusze zaczynają wymieniać informacje osobno, gawędząc na poziomie energii. Czuję jak ręce, nogi i część ciała drętwieje, jednocząc się w wibrującym przepływie. O czym sobie plotkują? Tego nie wie nikt. Sny dni kolejnych potwierdzą, że coś tu się zadziało. Tymczasem las pogrąża się we wzbierającym mroku, a kolory ustępują miejsca narastającej szarości. Nad wiatrołomem ukazuje się delikatna zasłona lekkiej mgły. Cisza leśna wyraża się w niemym tchnieniu białawych oparów. W oddali z trzaskiem pęka gałązka. Nadchodzi jakiś zwierz. Dzwięk nie powtarza się już ani razu…Może to jednak złudzenie.
Kiedy popatrzeć swobodnie na drzewa, ich pnie rozmywają kontur, zlewając się z tłem chwiejnych cieni. I mimo, że panuje niemal grobowa cisza, wiemy, że dzieje się tu dużo. Wśród pni przeskakuje złocisty skrzat / elf. Widzimy oboje. Właśnie w ciszy nieruchomej las objawia tajemnice nigdzie nie spisane…

Widać już tylko na szaro. I choć na polu byłby jeszcze jakiś lepszy widok, w głębi gąszczy jest inaczej. Pora się zbierać… I wtedy wypełza nagle mój chyba największy lęk… Mimo, że wracamy w poprawnym kierunku, nie wychodzimy w miejsce którego bym się spodziewał. Zamiast tego jakaś droga. Czuję się niepewnie, ale nie dlatego, że obawiam się zagubienia. Tutaj zgubić się nie można – po około kilometrze, dwóch wyjdzie się na oświetloną wioskę, obojętnie w jakim kierunku się udać. Zawsze jednak obawiałem się ‘’zagubić’’ z kimś kogo będę oprowadzał. Może i wstyd się odzywa? Samemu to luz – dla mnie kolejna przygoda, wielce radosna. Ale nie dla każdego, zwłaszcza, jeśli nie wzięło się odpowiedniego ubrania. Do ranka trzeba by wyczekać blisko ponad 10 godzin… Idziemy drogą, której w mroku nie znam. Tu intuicja krzyczy, aby zawrócić, co też robię i wuala! Docieramy do właściwej ścieżki już za chwilę. Zauważyłem, że przestrzeń w tym miejscu lubi mieszać. Okolice kopców i polanki, skąd mógłbym wracać z zamkniętymi oczami. Mimo to, ostatnio nawet w dzień nie wyszedłem w miejscu w którym się spodziewałem. Droga oczywiście właściwa, ale utrafienie niedokładne. Leśne skrzaty czasem lubią się powygłupiać. Władają magią wznoszenia zasłon, i wtedy miejsce wydaje Ci się innym, niż jest w istocie. Ważne, aby nie spanikować. Co mnie ratuje, to poczucie kierunku. W dzieciństwie wczesnym, bo już w wieku 5,6, 7 lat rodzice zabierali mnie na grzyby. Kazali buszować, myszkować tam, dokąd im nie chciało się chodzić, a ja musiałem sam następnie do nich trafić z powrotem, nie wiedząc gdzie są dokładnie. I już wtedy się nie gubiłem. Ta sytuacja pokazuje mi, że powinienem nabrać większego zaufania do siebie.

42724866_685824251799124_8683033879361093632_n

Dwa razy mijamy dziś miejsce mego spotkania wilków. Wierzyć się nie chce, że były właśnie tutaj. Puszcza nocą, odziewa swój sekret zachwytem. Maszerujemy powoli, podziwiając srebrzyste gwiazdy migające do nas z nad koron śpiących drzew.
Dziękuję Ilonie, za transformującą, oczyszczającą i w pełni radosną obecność oraz magiczną wędrówkę ❤

A jeśli i Ty masz ochotę zostać częścią wspólnej opowieści, śmiało zgłoś się do Szeptów na wyprawę 🙂

Taniec Żywiołów na sosnowym uroczysku

Są takie ścieżki w lesie, że nie wiesz gdzie Cię poniesie…Kędyś wicher wdarł się tutaj pazurem powalając sosnowe życie. Ale nie zaburzył harmonii. Nie zdeptał równowagi. Wniósł nową jakość i zaczątek innego. Kiedy polankę suchą uczynił, w mig obsiadły ją krzaczaste jałowce, wespół z dębowymi dziećmi. Wykluła się nawet smukła brzózka. Dość monotonii! Koniec sosnowego panowania. Raz dwa, i ha, poprawimy lepiej, co sknocił człowiek. Zdają się krzyczeć drzewa. Teraz podejmą próbę przemiany swego królestwa w krainę dostatnią, odporną na wszelkie kaprysy pogody i owadzie zakusy. Stworzą społeczność zdrową i zróżnicowaną. O ile im się na to pozwoli…

38942519_312662345971353_2326517418408542208_n

Rozglądam się wokół i badam teren. Niesamowicie. Otaczają mnie takie małe pagórki, wzniesienia, dziwnego pochodzenia. Bo skoro to lasy na gruntach porolnych, skąd tutaj nierówności? Być może to szczątki naszego dziedzictwa…Zapomniane kopce, dawne kurhany. Takie coś mi przychodzi. Siadam na jednym z nich. Po półgodzinie koszulka, którą podłożyłem aby nie wyziębić tyłka, robi się całkowicie mokra. Nasiąkła jakąś chłodną wilgocią, od spodu. Co tam się wyrabia, pod ściółką, ziemią? Nieznane procesy natury…Pora się stąd przenieść. Na najwyższym z nich niespodzianka. Szczyt wydeptany racicami łosia, jakby zwierz przychodził na posterunek w czuwaniu, napawać się swoją głuszą. Widać, że był tu nie raz. Coś jeszcze kopało obok. Może lis?

Uprzedzony jakoś jestem do borów sosnowych, choć brakowało wędrówki po tak łagodnym terenie, nuży ich podobizna. Tu jednak odkrywam urok. Dawny poryw szalejącego wiatru powiew cudu zasiał. Nie mogę się oderwać. I kiedy wiaterek zaczyna kołysać delikatnie, daję się w pełni zaczarować magii tego zakątka. Zaczął się taniec żywiołów…

39943599_334837257059082_6119178629759893504_n

Sosnowe piszczałki, te z nieznanych przyczyn zamarłe pnie kołysząc się dobywają świszczące melodie. Jakieś jęki, trzaski, westchnienia, piski…Niczym zjawy z wymiarów nieznanych. Drzewna tęsknota do czasów minionych, żywych, tętniących wewnątrz sokami i pląsami pośród swych sióstr. Z każdym porywem, odgłosem, szmerem objawiają się kolejne tajemnice. Uśmiech przylatuje na skrzydłach sikorek. Wsłuchując się w głosy nadciągającego stadka, ze zdumieniem odkrywam jak wiele to gatunków. Rozróżniam bogatkę, szczebiot modraszki, migotliwe wabienie czubatki, i nieśmiały pogłos sosnówki. Kręcą się tu cały wieczór. Wnoszą zrozumienie. Wszystko jest jednością. Wszystko czemuś służy, choć umysł figlami ocen, lubi zamącić. Co przyciągnęło tu kolorowe ptaszki? Suche drewno właśnie. Potencjalne miejsce wylęgu i zimowania rozmaitych larw owadzich ‘’szkodliwych’’ dla lasu. Schronienie pająków, kryjówka nietoperzy…Powietrze, ziemia, woda,ogień – żywioł sosny, oraz próżnia wypróchniałych kikutów drzew…Wszystko tętni pradawną pieśnią leśnej równowagi.

Sosnowy koncert, wraz z siłą wiatru nabiera mocy. Omiata mnie deszcz wirującego igliwia. Wicher szamota, targa, przygina, miota – a one jęczą splecione w swarnym siłowaniu. W ogóle, zauważam, że w tym miejscu jest jakiś przewiew. Wiatr chyba szczególnie upodobał sobie ten przepływ, podczas gdy drzewa nieopodal ani drgną. Albo coś go tu przyciąga.. Po ponad godzinie siedzenia na najwyższym kurhanie, czuję się tak naładowany jakbym wypoczywał pod starym dębem. W duszy majaczy się jakiś dudniący pogłos…Hoou! Hooou! Sędziwe zawołanie z głębin prawieków, jak gdyby ludzie zwoływali się na wiec jakiś…Co tu się wydarzyło?

Złocisty wieczór rozpala korę sosnowych tancerek iskrą tlącego żaru. Uwielbiam ten moment. Słońce nieśmiało już przedziera się jeszcze przez wysuszone, wypieszczone oddechem wiatru korony oplecione szczotkami zielonych igieł. Z każdej strony nadlatują wołania sikor, uwijających się już w pośpiechu swoich spraw. Krzątające się w zasięgu wzroku mrówki rudnice, omijają mnie z dala. Dzięcioły duże, objawiające się cały czas echami okrzyków, wreszcie przybywają na swój rewir. Para zgrabnie przeczesuje teren, objeżdżając obielone tyczki drzewnych straceńców, a nawet zbierają coś ze ściółki.Ależ są pewne siebie! Widać, że robią tutaj nalot regularnie. Po chwili znikają. Pogrążony w mroku bór zasypia, oddając się nieco upiornej filharmonii sosnowych jęków. Ale nie jest ani trochę strasznie. Upaja mnie ukojenie, radość i zachwyt duszy. Z niej płyną słowa. Wyciągam ręce ku niebu…

38912117_230926340827849_4671455144095776768_n

…A kiedy przed zachodem słońca w borze sosnowym wiatr szepcze nieśmiałe wiersze na suchych połamańcach… A sikorzy lud ostatnią gawędą wieczoru zwiastuje nadejście pełnej nocy tajemnic… Zanim gwiazdy rozbłysną migotem pamięci pętli czasu… I tam gdzie łoś z łoskotem mocarnym szlak przeciera ku jednej niewiadomej… Podnieś wtedy ręce z wdzięcznością do Wszechświata i powiedz mu czego Ci trzeba. Niech drzewne tancerki sośnin szumiących świadkiem Ci będą, ochoczo niosąc Twój zamiar przez żywioł powietrza, tam gdzie trafić powinien najlepiej. Pozostań wędrowcze tu aż do zmierzchu, ostatnie iskry blasku skaczące po gałęziach podziwiając ze światem. Z ufnością daj otulić się ciszy. Niech dzieje się Twoje  🌲

Dzień na Sosnowym Uroczysku

Powitał nas poszum uroczysty, w zadumie niejakiej zanurzony. Dostojne kruki lot zniżyły z ciekawością soczystą zerknąć na obojga wędrowców. Para dzięciołów niespiesznie uwijała się pogrążona w swoim istnieniu. Co i raz westchnienie ciszy przerywały pielgrzymki sikorze – te plądrują okolicę cały dzień wraz z echem zawołań dzwoniących. Czupurne sójki cichcem przemykają pośród konarów. I one chcą zaspokoić zainteresowanie. W ulotnych zakamarkach czasu nieśmiało przemyka sarna, chyba nieświadoma naszej obecności. Smukłe modrzewie wieściami i wskazówkami nas obdarzyły, wobec pytań Duszy. Gość nasz przybył po odpowiedzi i w lesie je odnalazł  Rajskie, stare jabłonie ukryte w głębinie leśnej, przysiadły tutaj śniąc w mgle tajemnicy. Skąd się tu wzięły, tak daleko od siedzib ludzkich? Tylko one wiedzą…Drżąca Osika, jabłoniowa sąsiadka, przytulona z ufnością, ofiarowała nam oczyszczenie. A potem tańczyliśmy z brzozami  Figlarne istoty rozszumiały się razem w wesołych pląsach, wdzięczne za rozmowy, czułość i uwagę. Po czym dzień tak spędzony uświęciliśmy wegańskim gulaszem.

39398697_960057574181751_6186464708405493760_n

Spacer z Eweliną i odkrywanie Drzew Mocy okazał się być budującym procesem dla wszystkich   Serdeczne podziękowania za ten udany czas.

39522107_299458110787350_2701251141731090432_n