Sowie opowieści: Puchacz

Noc spieszyła w zadumie, bieżąc na spotkanie ptasim odgłosom kończącego się dnia. Uwijali się w okrzykach. Na topieli harmider panował jeszcze, jakby nie chciał odejść wraz z gasnącą zorzą prześwitu. Żurawi zew niósł się dostojnym echem, przenikał tkanki szuwarów i drzew, budząc mgliste duchy ukryte w kłębach powstających oparów. Jakaś potęga i tęsknota była w tym dzwięku, wspomnienie pradawnym surm, zwołujących lud na wici i wiece. Czajki, bekasy, gągoły i gęsi przelatywały w pogłosach, osiadając z pluskiem na spokojnej tafli. Ta wreszcie niedawno odtajała. Wśród powalonych huraganami olszy, zarośnięty sitowiem ruczaj swobodnie się rozlewał, tworząc wodne oczka, stawiki i szlaki pomniejszych arterii. Płytkie brody biegły gdzieś ku czeluściom bagiennego boru – przetarte ścieżki wiodły do najbardziej niedostępnych stopie ludzkiej ostoi. Brodate zasłony srebrzystych porostów zwieszały się z pni, świadectwo zmurszałej potęgi zagubionego siedliska. Wieczorny chłód ośmielał swoje panowanie, niosąc wspomnienie niedawnego przymrozku. Knieja głęboka, szara, mroczna, i nawet ponura o tej porze, ciemni okrywała się zasłoną.

owl-24344208

Siedzący na ganku zatopionej w gąszczach, niewielkiej sadyby, wędrowiec czuwał. Gorąca para bulgotu w czajniku zawieszonym na żeliwnym palenisku, burzyła się w gotowości na herbatę. Za dnia odwiedził ukryte tajenka ptasze: podglądał parę zielonkawych dzwońców, czyniących starania przy budowie gniazda. Zlustrował lęgi i tokowiska. Świat grzmiał już potęgą narodzin. Podziwiał obudzonego ze snu zimowego borsuka przed norą, śpiocha co to ziewał i w słońcu wygrzewał wyleniałe kości. Teraz i on, chwilą skupienia, celebrował przedwiośnie. Oczy miał zamknięte, twarz w błogości odprężoną. Znieruchomiały, nasłuchiwał. I taki nieobecny był jakiś, pogrążony i zespojony z tym co działo się wokół. Dusza zeń wypłynęła, pierzchła gdzieś w gąszcze. Chyba tylko ona jedna mogła przenieść się tam, dokąd nie sięgały ograniczone zmysły ludzkie.

-Huuu uuuuuu!

Głuche echo przetoczyło się grozbą, zadudniło, utonęło w zatopionych korowodach mgieł. Król Sów zapraszał do swego świata. Życie cichło i gasło na moment, jakby w nasłuchiwaniu budzącej się śmierci. Odpowiadały mu ochrypłe zawołania sarnich kozłów. Płowi stróżowie lasu, wzywali innych do większej czujności.

Wczesnym wieczorem, głód budził Puchacza. Rozdarta jama u dołu pnia grubego jesionu ożywała, gdy czerwone ślepia błyskały jedną żądzą: zdobyć, rozerwać, nasycić się! Potężny tyran, panował niepodzielnie. Nawet i ciszej jakoś było w jego ostoi, jakby inne zwierzęta wiedziały, że gdzieś tutaj czai się ukryta groza. A mało kto mógł czuć się bezpieczny. Władca nocy szybował bezszelestnie, miękko, sprawnie omijając przeszkadzające konary i chaszcze. Chwytał, zabijał, rozdzierał, szarpał lub przenosił. Królik, kuna, jeż, nieupilnowany warchlak, sarnie dziecię, kaczka, gęś, lis, a nawet i inny ptasi drapieżnik, jeśli ten nie zdołał czmychnąć w porę. Mało kto mógł stawić mu czoła. Zaskoczony niespodzianym atakiem, porażony siłą wyćwiczonych mięśni i ogłuszony łopotem potęgi skrzydeł, każdy przeciwnik wnet stawał się łupem. Ptasi herkules, silny, niepokonany, bezlitosny. Czuły słuch pracował i informował. Radar puchatej, strojnej w pióropusze ‘’uszu’’ głowy obracał powoli i w skupieniu, aby namierzyć łup. Jest! Lekki szelest skrzydeł, chrup kości przeciągającego się ptaka… TAM!

owl_Moon_wings_animals_artwork_fantasy_art-260523

Poderwał się ociężale. Bury cień trwogi, niewidzialny, srogi mknął. Z wysoka widać było na horyzoncie prawie zgasłą czerwień odchodzącego zachodu jeszcze, ten już ostatecznie pochłaniał mrok. Pod nim puszcza wołała szelestami i pluskami, za stary i doświadczony był już na to, aby dać się rozproszyć. Mknął prosto pod górę skąd doleciał go znajomy dzwięk. Zamajaczył przed hakiem dzioba obwieszony szyszkami wierzchołek prężnego świerka, wyrzut łap przed siebie, jest! Zatrzepotało. Zaciśnij! Śliska skóra paluchów odczuła znajomą miękkość, ciepło wilgotnych wnętrzności. Wrona szarpnęła się w jeszcze, w ostatnim odruchu. Przelotna nowicjuszka. Skąd mogła wiedzieć. Pozostałe uleciały w ciemność, rozpraszając się w nocy, z rozpaczliwym krakaniem. To już nie interesowało Puchacza. I tak to jedynie mała przekąska. Tu każdy postrzegał inaczej. Wedle swego. Sarna czy zając kierowały się zapachem traw i ziół, wilk podążał za tropem i hałasem. A jego knieja wołała. Mówiła pieszczotliwie, opiekuńczo. Kaskady odgłosów, kroków, szelestów opowiadały o… jedzeniu… Za każdym z nich stał ulubiony smak, trud i łatwość łowów, które ptak zdążył już poznać. Po wronie została sterta ciemnych piór. Niekiedy zalatywał na skraj lasów; chciał poznawać wciąż dalej i dalej. Tu zatrzymywał go odległy hałas i nieznane światła pędzących po ziemi ‘’gwiazd’’. Metalowe ‘’drzewa’’. Nie wiedział ptak, czym są słupy. Instynktownie unikał z nimi kontaktu. Wracał wtedy w głębiny bezpiecznej macierzy, gdzie nie docierały nieznajome odgłosy. Doświadczenie uczyło, że i tutaj bywały kąski. Wystarczyło przysiąść niedługo na rosohatej sośnie. Uszate zające beztrosko dokazywały po polu, oddając swoje istnienia we władanie corocznych parkotów. Puchacz czekał. Sunęły bezgłośne, a napięte minuty, w zasadzce na ten jeden, jedyny moment. Podążał za swoją naturą. W jesionie przecież czekała na niego wygłodniała… Rodzina.

Lekki ślizg lotu. Pacnięcie i przygniecenie ofiary impetem. Szarp i wrzask! Szarak zajazgotał. Zacisnął mocniej szpon, załopotał dla równowagi jednocześnie kierując celne uderzenia zakrzywionego dzioba, w rozdarcie potylicy. Jeszcze kilka szarpnięć. Agonia i… wiotkość. Smak posoki i… sukcesu.
Wystartował ociężale, kołysząc się na boki. Bezwładna zdobycz zaburzyła nieco tor lotu. Sunął nad borem i bagnami, nieomylnie w ciemnościach kierując się ku swojej ostoi. Bezbłędnie rozeznawał kierunek. Widziane z góry plamy polanek, prześwity wiatrołomów i lśniące wstęgi strug, były dla sowy jak najdokładniejsza mapa. Znał ją od dziesięcioleci. Niekiedy zmieniała swój rys, gdy bobry poczyniły nowy rozlew, albo wiosenny roztop zasilił stale podmokłe olsy. I bobrom nie odpuścił, puchaty wojownik Puszczy. Żył i gasił życie sprawnie, z precyzją, posłuszny odwiecznemu zadaniu. Surowy Król nieświadomie dbał, by w jego Królestwie miejsca i zasobów wystarczyło dla wszystkich. Oto i On. Drzewo – Dom. Rozszczepiony jesion, który próbował na powrót się zrosnąć, u pnia tworzył jamę, wieloletnie już schronienie pokoleń puszczańskich puchaczy.Upuścił zdobycz, wylądował. Zaszurało we wnętrzu jamy, dwie twarze pierzastych szlar, spotkały się w dzikim spojrzeniu pomarańczowych ślepi. Partnerzy. Odsunął się taktownie. Samica dopadła do zdobyczy, po całodziennym trudzie opieki nad zniesieniem. Ptak spełniał swój ‘’obowiązek’’, ale przeżywał przy tym radość i dumę. Tyle lat… Razem. Lubił patrzeć jak się pożywia, i moment gdy ucieszona przyjmowała jego łup. Pamiętał dzień gdy nawoływał, a potem zobaczył ją spoglądającą w zaciekawieniu spomiędzy pni. Zaskoczyła go. Jego, wojownika. Dawno temu, na moczarach. Od tamtej pory niemal co roku obdarzali Knieję bogactwem jednego lub dwóch potomków. Czyścił upierzenie, zerkając jak Ona się posila. Szarpała łapczywie. Samka napuszyła się – wystawiając w jego kierunku puszystą, ciepłą szyję. Już znał ten gest. Pragnęła pieszczoty. Zbliżył się ochoczo, tym samym śmiercionośnym dziobem przeczesując łagodnie jej przybrudzone zajęczą turzycą pióra. Docierał niemal do samej skóry iskając rozgrzane stosiny piór, zanurzając w puchu jej błogiego zapachu. Jakże innego, niż ten który niosły ze sobą ofiary. Ten działał nań łagodnie, uspokajał, usypiał…
Z ciepłych jaj dobiegały cichutkie piski, skrobania i postukiwania. Samica otrząsnęła się z chwili zapomnienia, powróciwszy najedzona do lęgu. Lada dzień opuszczą skorupki.

Moon-Light-Owl-Wallpapers

Minęło kilka godzin. Wędrowiec wybudził się z chłodnego odrętwienia. Ganek spowijała ciemność. Nad podwórkiem ścieliły się nisko powłóczyste pasemka mgieł. Z niedalekiej sadzawki dobiegały parsknięcia i pluski kąpiących się dzików. Granat czarnego nieba iskrzył punkcikami srebrzystych gwiazd. Leniwy łoś snujący się przy domostwie, z chrzęstem racic wyrywał kęsy wiosennej trawy. Ciemna sylwetka zwierza odcinała się na jasnym tle brzozowego młodnika. Kroczył dostojnie. Chałupa tkwiła jak widmo, cicha, głucha, otulona snem. Znajoma kuna przebiegła na poddasze gruchocąc po rynnie, wcześniej nie omieszkała pomajstrować na stole obok werandy. Rześki ziąb płynął do wnętrza przez malowane okiennice. Z nim niosło się bagienne terkotanie trzcinniczka. Ogień w palenisku żarzył jeszcze, cichutko strzelając ostatnimi iskrami. Za moment i on zgaśnie.

– Puuhuuuuu!

Doleciało raz jeszcze gromko, z głębiny ciemnego boru. Ptak obwieszczał światu, kolejną wyprawę na rozbój. I wiedział już Wędrowiec, że jego widziadła wcale nie były snem.

Birds_Owls_Eurasian_eagle-owl_Great_horned_tiger_512370_1920x1080

sarah-olofsson-owl-speedpaint-8

595215

Sowie Opowieści: Pójdźka

W zapomnianej śródpolnej alei, wieczór powoli dogasał. Murszały w czerwieni odchodzącego słońca stare, spracowane czereśnie. Z nimi osiadły na poboczu dróżki dostojne, zgarbione jabłonie. Jabłkowe Matki dźwigały na grubych konarach wiek lat. Ludzki Pra-Dziad posadził tutaj te drzewa – cień dawały, chłód w skwar letniego popołudnia i soczysty posiłek chłopom, w przerwie przy robocie na roli. Pamięć żywego dziedzictwa. Gdy wicher – psotnik gnał przez pola, owocowe pomniki szumiały opowieścią. Pamiętały czasy koni, wozów, bryczek, powozów dworskich, korowodów, śpiewów, świąt i tańców na pobliskich łąkach, w noc Letniego Przesilenia. Gwarzyły o ludziach, co to pod pniami wypoczywając dary w plonach przynosili, dziękując za ulgę w codziennym znoju. Gdzie podziali się teraz? Zapuszczona, porośnięta łanami kwiatów i ziół dróżka tkwiła zanurzona w poletkach zbóż, jak arteria życiodajna między łanami pustki. Ileż tu ptactwa, motyli krasnych i owadów brzęczących śpiewało słońcu na uciechę! Wieczorny chłodek osiadał powoli na pokrzywach, pełzał, płynął, i sunął zostawiając za sobą na roślinach krople rześkiej wilgoci. Na dalekim horyzoncie błyskała i pomrukiwała grozą, sroga, letnia burza. Gdy zmierzch ogarniał ciemnościami pogrążony zakątek, z dziupli wyglądał strach.

tapeta-pojdzka-na-jesiennych-galazkach-w-rozmyciu

Tutaj właśnie zamieszkała Ona. Spokój okolicy wypełniał pogodą ducha puchate wnętrze małej, samotnej pójdźki. Czuła się bezpiecznie. Ptak – zabobon, legenda. Posłanka Bogini, wieszcz odrodzenia i śmierci. Nie wiedziała o tym. Dziupla w pniu przepastną i wygodną była, pełna zmurszałych trocin, jeszcze po poprzednim, nieznanym właścicielu. Okap z kory się zrobił przyjemny, dawniej drzewo próbowało zabliźnić ten wyłom. Chronił od niepogody. Teraz troskliwa jabłoń rosła dalej, zamiast ludzi, opieką otaczając zwierzęcych biesiadników. Zaakceptowała dziuplę i jej zmieniających się mieszkańców. Sowa spała i słuchała. Niekiedy budziła się obrażona, kiedy jesienią po drzewami hałasowały niechlujne dziki. Sarny pożywiały się delikatnie, z gracją. Przybywali wszyscy pod konary, na jesienny wypoczynek w słońcu babiego lata, i pokarm. Sowa nie pilnowała godzin i pór jakiejś aktywności. Żyła swobodnie. Wylatywała przed świtem, za dnia i nocą. Zawsze przecież, mogła złowić coś pod pazur. Apetyt miała nienasycony.

Przy miedzy, lubiła przysiąść na dorodnej mirabelce. Stąd nasłuch był dobry w każdym kierunku. W sierpniu pachniało aksamitem żółtych owoców. Słomiane ścierniska szeleściły w nieustającej opowieści zdarzeń. Ona rejestrowała. Przed zachodem słońca łowiła sprawnie większe owady, w ciemnościach zaś nasłuchiwała sennych ruchów śpiących na polu ptaków. Skowronki, dzierlatki, śpiewaki – nic nie ukryło się przed zmysłem czujnej drapieżniczki. Waleczna, bojowa, odważna i dzika, kęsy zdobywała nieraz brawurą i furią wściekłego ataku. Z tą samą zajadłością broniła jaj i piskląt. Mała, dzielna wojowniczka z Alei.
Osiadła w niej na stałe. Mimo oschłej ostrości, przywiązanie i sentyment, mieszkało w poczciwej Pójdzce. Rozpadające się, próchniejące, choć żywe wciąż drzewa na sennych dróżkach i kępy śródpolnych zadrzewień, to był jej cały świat. Poprzedni zaginął. Pamiętała grozę i niezrozumienie, gdy przytoczyły się dziwne, kopcące i hałasujące stwory, niszcząc drzewa i krzewy, miejsca jej łowów i wypoczynku. Dzienne ptaki uciekły najpierw, ona skuliła się sycząc w dziupli. Drzewo zaczęło się trząść i trzeszczeć, przechylać, dom się załamał…wyfrunęła zeń w ostatniej chwili, lecąc naprzód, nie wiedząc co z sobą zrobić. I tak dotarła aż tutaj. Potem próbowała wrócić, tęsknota za domem była weń silniejsza od strachu. Szeleszczący piasek zastąpiło coś twardego. Nie było już drzew. W dole pędziły z hałasem jakieś świecące stworzenia. Nie poznała tamtego miejsca. Nie było go dla niej. Nie było już dokąd wrócić.

tapeta-sowa-pojdzka-na-kwitnacej-galazce-drzewa

Aleja zmieniała swoje oblicze, trwając w kalejdoskopie pogodowych zmian. Rzadko docierali tutaj wędrowcy. Oni woleli bardziej osłonięte i zaciszne miejsca. Bywały dni wilgotne i mgliste, sączące do napojenia zielone mchy, ociekające deszczem i smagane wiatrem, była duchota letnia w upały doskwierające. Zamyślone w ciszy październikowych szelestów opadających liści. Słoty ciągnące się lenistwem zastoju, i mrozy w śniegach tęgie, malujące krajobraz połaciami dalekosiężnej bieli. Wiosną piękniała aleja, gdy szpaler pokrywał się zabarwioną lekkim różem bielą owocowych kwiatów, pośród których uwijały się gromady pszczół i trzmieli, wesoło pobrzękując. Przetrwała to wszystko. Polowała i czekała. Na niego. Mogła przecież jeszcze mieć pisklęta. Niekiedy wołał z niej zew – skrzekliwy, piszczący, jękliwy, tak zmienny, a strachem spowijający czarne oczka ukrytych polnych gryzoni. Groza połączona z nadzieją, wiadomość której treść poznać mogły tylko opierzone wnęki sowich uszu. Może On gdzieś usłyszy?

Duchota skwaru przeciągała się aż do poranka. Zamrugały zielonkawe, zaspane oczy. Świt dziś się spóźniał. Czereśnie i jabłonie szumiały z trzaskiem narastających podmuchów. W ponurym pędzie burych kłębów, zasnuwających ciemną powłoką niebiosa, nadchodziła burza.

2ef0b1d2ec2cab22c4cde06d1f8703f5 (1)

Ptasie wyprawy obserwacyjne. Dzień Wędrowny z Lornetką

Co tam śpiewa, woła, lata? Z czego buduje swoje gniazda i co zjada? Gdzie je spotkać, obserwować? Jakie w życiu ma zwyczaje? Ptaki to grupa zwierząt, które o każdej porze roku w terenie możemy podglądać licznie i najłatwiej. Są w lesie, na polu, miedzy, zakrzaczeniach, nad jeziorem, rozlewiskiem, w ogrodzie, parku, a nawet miastach. Jeśli kiedykolwiek ciekawił Cię świat pierzastych przyjaciół, te wyprawy dedykowane są dla Ciebie. Ponad 450 zanotowanych gatunków w naszym kraju, setki odgłosów, zawołań, kolorów, spraw… czekają na swego odkrywcę.

Szepty Kniei ptasi świat zafascynował i pochłonął już we wczesnym dzieciństwie. To wtedy nauczyłem się rozpoznawać pospolitsze gatunki, a potem kolejne. Wiele śpiewów i wabików. I choć nie jestem wytrawnym ornitologiem, z radością poprowadzę Cię przez to co już wiem. Ponad 200 najbardziej znanych gatunków na początek. Do obserwacji posłuży nam lornetka – to doskonałe narzędzie umożliwia taktowne i bezpieczne podpatrywanie wszelkich szczegółów bez płoszenia i niepokojenia ptaków. Jeśli nie masz jeszcze własnej, nie martw się. Użyczę Ci swoją zapasową. A gdybyś wchłonął się w obserwacje, doradzę w wyborze najlepszej dla Twoich potrzeb. Razem zgłębiać będziemy puchate tajemnice. Pokażę Ci czeredy kolorowego bogactwa jakie kryje się wokół ze świergotem, a którego istnienia mogłeś dotąd nie podejrzewać. Spojrzymy na mazurkowe noclegi i żerowiska szpacze, oraz sikorze psoty. Podziwiać będziemy czujne gęsi na przelotach, żurawie w szarym majestacie dostojeństwa, zasłuchamy w wesołych śpiewach wiosennych. Odległość zachowana dzięki lornetce umożliwi nam spokojne podpatrywanie naturalnych zachowań – budowy gniazd, łowów i żerowania, potyczek z darciem piór, a niekiedy nawet wodzenia czy wychowu piskląt. Te będą duchowym spełnieniem największej bliskości w łagodnym obcowaniu z Przyrodą.

muzhchina-binokl-chemodany

Zerkniemy na gawronie marsze czarnych wędrowców na polach. Gdy wichury zagrają pózną jesienią. Nauczymy rozróżniać od kruka i wrony. Popatrzymy jak pliszka siwa pomyka w pogoni za swoją zdobyczą. Grzywacze na ścierniskach w biesiadzie, a przy okazji dowiesz się czegoś o innych gołębiach w Polsce : turkawce, sierpówce, siniaku. Wodzić wzrokiem zbrojnym w szkło będziemy za rudzikami, wąsatkami, strzyżykami, czajkami, pełzaczami i kukułkami. Podejrzymy dzięcioły ‘’harde’’ i trznadle ‘’słoneczne.’’ Naszą ścieżkę wyścieli w piórkach miękka obfitość. Tyle można się dowiedzieć! Jak dzięcioł radzi sobie z szyszką? Gdzie się gnieździ świstunka? Co wyczynia pisklę kukułki? Jak kwiczoły radzą sobie z lotnym drapieżnikiem? Właśnie kwiczoły, kosy i drozdy też podziwiać będziemy na jagodnych ucztowiskach. Gil, dzwoniec, czyżyk, szczygieł, potrzos, raniuszek, słowik, podróżniczek, kopciuszek, jaskółka ( i to w trzech gatunkach!) pokląskwa, mysikrólik, pokrzewki, dudek, lelek, świergotek, krętogłów… Wymieniać można bez liku. A za każdą nazwą kryje się opowieść o pierzastym życiu, trudach i troskach, barwach i szarości, potrzebach, zagrożeniach dzisiejszych, zwyczajach i charakterach. Chcesz je wszystkie usłyszeć z ust Wędrowca zakochanego w swoim świecie?

🦆 A to tylko wycinek przecież. Pójdziemy nad staw, bagno, jezioro czy rzeczkę skąd powitają nas czaple, mewy, kaczki, łyski, łabędzie, bąki, wodniki, cyranki, rybitwy, perkozy… Ptaki opanowały sztukę istnienia, we wszelkich żywiołach planety.

🦅 Niekiedy po niebie przemknie szary cień, powodując trwogę, popłoch i ucieczkę z krzykiem alarmu. Ptasi drapieżnik. Ale który? Jastrząb, krogulec, kania ( ale która  ) sokół, orlik czy orzełek?  Kobuz, kobczyk, czy pustułka naśladująca helikopter? Pogodne myszołowy i błotniaki szybować będą leniwie, te nie wzbudzają u drobnicy takiego strachu. A jeśli ptaki nie dopiszą ( w co bardzo wątpię ) skupimy się na innych leśnych sekretach. Zwierzęce tropy, roślinność zielna, krzewy, drzewa, ślady żerowania, zagadki. Z tej podróży na pewno wrócisz odmieniony i bogatszy nie tylko o osobiste przeżycia.

🦉 Zabierz swoją lornetkę, weź i przyjaciół, rodzinę, dziewczynę, partnera. Przygotuj plecak, termos z gorącym napojem, komplet przeciwdeszczowy i wygłodniałą ciekawość chłonnego obserwatora, z garścią cierpliwości w kieszeni. A nawet jakiś ptasi atlas jeśli chcesz. Dziś ruszamy na Twoją Wędrówkę. Napisz do mnie w z pytaniem o swój termin, a ustalimy bliżej szczegóły. Przekazywanie przyrodniczych wieści i swoich doświadczeń sprawia mi nieokiełznaną radość, którą dzielę się na łamach tego bloga. Zawsze chętnie podejmę nową wyprawę. Gdyby szczególnie zaciekawił Cię ptasi świat, możemy umówić się na kilkudniowe Turnusy Wędrowne. Bo przecież nie sposób poznać wszystkiego ani na jednej, ani na wielu wyprawach. Gościnna kwatera noclegowa na ten czas, podejmie podróżnych z daleka, wraz z wyżywieniem.

🍎 Podziękowanie za wspólne obserwowanie, wiedzę, ciekawostki i czas w terenie – 100zł / osoba.

🐼 Kiedy?

Sprawa jest aktualna cały rok.

🌎 Gdzie?

Okolice Poznania, woj Wielkopolskie. Mogę też pojawić się dojazdowo gdziekolwiek w Polsce dla większej grupy chętnych, tj 7-10 osób.

 Jak długo?

Szacowany czas wyprawy przewidziany jest od poranka do zmierzchu. Zależne od Twej kondycji, wyboru i poczucia nasycenia przyrodą, o powrocie decydujesz Ty.

💌 Kontakt w sprawie zgłoszeń:

czeremcha27@wp.pl

Do zobaczenia w lesie!

2228673-1366x768-[DesktopNexus.com]