Pierwszy cień Szarugi. Brzoza gromem trafiona. Błogosławieństwa dla Drzew

Jesień na dobre porywa w swoje objęcia wtedy, gdy w deszczowy, ponury i chmurny dzień ciemność zapada o godzinę szybciej, niż przewidzieli to w prognozie. Szara zasłona zasnuwa niebiosa gęstwą mrocznego panowania, a z tej burej kołdry sączy za kołnierz wilgoć. I taka pora dobra jest do wędrówki. Kto wie, czy nie najlepsza? Ludzi brak, a zwierzęta czują się pewniej, swobodniej i tak też zachowują. Chodzmy w strugi, w dzień deszczowy, hen na leśne ruszyć łowy…wrażeń.

Najwięcej kłopotu sprawia dobór ubioru. Gdy pada jest chłodno, ale wystarczy że przestanie na moment, już robi się parno i można się spocić. Dlatego do pełni szczęścia brakuje mi dziś damskiego towarzystwa, w osobie pani ZIMNICY. Z nią chociaż wiadomo jak się zachować, na co przygotować. Ufam, że niedługo już mnie odwiedzi. Dziś ruszam w ogóle w inny rejon leśny, tam gdzie jeszcze nie tną i mam nadzieję nie będą. Ze wszystkiego w lesie, tak samo jak zwierzętom i mi potrzeba spokoju. Może nawet nic się nie zdarzyć. Choć czy tam to w ogóle możliwe? Pierwsza ścieżkę przecina mi sarna, i wygląda na nieco zagubioną. Albo ona, lub druga gdzieś ukryta wydaje z siebie pocieszny pisk, jak dziecięca trąbka, za którą ta jedna podąża nasłuchując. Podąża prosto na mnie, choć to nie ja piszczę. Cześć malutka! Tak się cieszę, że ją widzę. Znowu to się dzieje. Każda sarna która ostatnio się pokaże, idzie prościutko do mnie. Miłość. Bezinteresowna wdzięczność zwierzęciu, z uciechą że przyszło, pokazało się, zaufało, obdarzyło swoim cudownym widokiem. Dawniej wstydliwe skrywana, dziś eksponowana i wyrażana w słowach, gestach, opiece, uśmiechu. To ona przyciąga jak magnes swoim promieniem zwierzęta do człowieka. Choć pewnie same do końca nie wiedzą co kieruje ich kopytkami, ale jakoś tak zawsze zbaczają do mnie. Niemal na każdej wyprawie. Wiem całym sobą, że to nie przypadek.

P90909-180732

Ten fragment lasu jest naprawdę magiczny. Niewielkie pagórki, drzewa porośnięte pnączami, chmielem i powojnikiem, strojne niczym w kożuchu. Drzewostan mocno zmieszany, różnorodny. Zabłąkały się nawet topole. Przechodzę przez porośniętą turzycą i tatarakiem dawniej zalewaną łąkę i staje nad rzeką. Rzucony niedbale, przewrócony, zdezelowany, zardzewiały mostek przypomina o tym co było tu kiedyś. Przeprawa nie jest łatwą. Śliski metal i cienki pasek ‘’przechodny’’ dla nóg, trzeba się cały czas trzymać aby nie spaść. Pada w sumie niewiele. Przerywa kropelkami. I wtedy go poznaję. Ogromny Dąb, rosochaty i strzelisty pyszni się na skraju polany. Mocarny jest. Choć podobnego wzrostu co Krzesimir, zupełnie inaczej zbudowany. Krześ ma równą rozłożystą koronę, harmonijnie kopułowo rozbudowaną, a ten jakby ramionami niebo podtrzymywał… podobne dębiszcza widziałem w Puszczy Białowieskiej, tam gdzie rozwój na wysokości w pierwszej kolejności stanowi o przetrwaniu. Okaz zdrowia i krzepy. Byłem u niego jeden jedyny raz z grupą Wędrowną i w ogóle nie wiem jak się zachować. Zapamiętałem go dobrze. To taki jegomość, co potrafi pracować z trzema osobami na raz, i to od pierwszego kontaktu. Rzadkie u Drzew. Może okazać przesadny szacunek? Pokłonić się, schlebiać? Bo dęby różne potrafią mieć osobowości. Bywają ciepli jak opiekuńczy ojcowie, srodzy dyrygujący dowódcy, lub równi bracia. Potrafią dominować. Od niego nie odbieram niczego ‘’ponad’’. Jest przytulnie i łagodnie. Jakby znał swoją siłę, słabości, nas. Świadoma Dojrzałość.

– Dzień Dobry, Kochany!

Lekki zryw korony. On mówi, że czekał. Aż przyjdę ponownie. Tyle czasu…Dlatego Krzesimir ciągle wygania do innych drzew. Tyleż osobowości. Jak określać, nazywać, te charaktery tak ulotne jak szum ich listowia na wietrze? Od razu chwyta mnie swoim ciepłem, a ja nie opieram, poddaję. Moje ciało wypełnia dudniący pomruk. Płynie od jego korzeni. Niby wibracja niższa zdaje się, ale to nie tak. Jest swojska, znana, luba…Tym razem jest ze mną zestrojony. Ciało nie drży, a rozświetla z Duszą. W pewnym momencie dzieje się… coś..

P90909-160440

P90909-175806

Tam w centrum splotu słonecznego drży poczucie. Siły i Mocy, które natychmiast gaśnie. Przytłumione… moim strachem. I czego się boję? Wiem. Tej siły, która wiąże się z odpowiedzialnością. Za swoje życie, wybory i jego kształt. Rozbłyska znów cudownie w sprawczości i gaśnie jak przy rozruchu starego samochodu. Dąb próbuje mnie ‘’odpalić’’. Rzeczywiście, pomimo wszystkiego co zrobił Krzesimir dla mnie, z tym tematem jeszcze nie pracowałem. Przenika… Mówi,

– Korzenie, Liście, Konary… Wszystko biorę co mi potrzeba. Postanowiłem. Wiem, że tu jest, bo tak być powinno od zawsze. Woda, pokarm… Jeśli nie ma, będzie. Tego jestem pewien. Planuję, działam, powoli a skutecznie. Zamysły w czyn wprowadzam głęboko wszystkimi sposobami, wtedy się dzieją. Sprawdzam, badam, lecz ufam, bo wiem. Nie ma żadnego zaskoczenia w mym życiu. Wszystko co może się wydarzyć już było i miało miejsce. Jeśli nie w moim istnieniu, to w innych. Stąd znam. Podziemne opowieści grzybów i korzeni. Nie muszę sam uschnąć, by wiedzieć jak to jest. Bo w moim życiu już było. Od żołędzia przez siewkę, i Drzewo, po rozpad, i tak wciąż od nowa. Czy nie brzmi Ci to znajomo? Tu zdecydowałem rosnąć. Tutaj mnie posiało. Nie mogę zmienić miejsca, ale mogę dać z siebie wszystko całą mądrością mych przodków, by zaistniał rozkwit. Ty możesz, dużo więcej. Możesz znaleźć się w dowolnym miejscu na Ziemi. Ponieść wiedzę szybciej. Wy ludzie fascynujecie nas, z wielu powodów. Dlatego Drzewa szukają kontaktu i dają o sobie znać. Chcą tworzyć razem przyjazny w doświadczaniu świat, dla wszystkich stworzeń. Drzewa dają podwaliny bytu, którego nie jesteście w stanie zastąpić niczym. A wy poruszacie się w sferze, i kreujecie cuda z marzeń. Popatrz, ile idei zaistniało. Stało się rzeczywistością. Tylko dlatego, że ktoś ufał, wiedział, bo widział jak bardzo jego marzenie jest prawdziwe. Poczuł je całą Duszą. Ty już znasz to uczucie. Tylko dlaczego…je gubisz? Dlaczego boisz się odpowiedzialności za siebie? Zapewniam Cię, to jedno z najpiękniejszych uczuć. Pełne Mocy i Szczęścia. Gdy decydujesz i stanowisz, i otrzymujesz coraz więcej, rozrastasz się… Tak jestem, jako Drzewo. Dostaję i biorę co mi potrzeba, a potem obdarzam innych. Ty bardzo się zmieniłeś. Zacząłeś tworzyć i teraz nas obdarowujesz. Najpierw przychodziłeś do nas po pomoc, wsparcie, radę. Zawsze je otrzymałeś. Dziwiłeś czemu Drzewa rozpękają się w środku, trzeszczą, piszczą, żywo reagują szumem i zrzucaniem różnych kawałków, kiedy je mijasz? Bo teraz też dajesz. Przychodzisz do nas, kochasz, błogosławisz, śpiewasz, wieszczysz rymy, przytulasz. Już nie pytasz, nie prosisz, nie oczekujesz, tylko jesteś. Każde z mych braci i sióstr wyłapuje Twą wibrację błyskawicznie. Przypominają sobie. Przecież w Ziemi pamięć jest. O dawnych ludziach i pierwszych, czystych relacjach człowieka z Naturą. Zanim przyszło zapomnienie. Chcą to poczuć, znaleźć się w tym! I choć zdaje Ci się, że już jesteś tak daleko, znów Ci powiem – to dopiero początek…

Dudniące Dęby Polski. Mruczące. Ogrzewa mnie i drga tym ciepłem jak wielki kocur. Ale przecież nawet nie znam Twego Imienia! A Ty tyle do mnie… Zaczyna mi się rymować. Teraz ja do niego mówię. Pamiętam jak bardzo opierałem się przed tym, zaprzeczałem że to niemożliwe, nie da się bez przygotowania. Dzieje się TO. Kim ja jestem?

I Kobieta, i Mężczyzna, 
W lesie Twoja jest tężyzna,

Przychodz bywaj coraz częściej, 
I zaglądaj tam gdzie gęściej

To słyszę w odpowiedzi. Już chociaż wiem jak to działa. W przestrzeni zaczynają krążyć słowa, a duszka układa je w sens. Chcę odwdzięczyć się Drzewu.

A Ty Dębie mój wspaniały 
Rośnij w miejscu swojej chwały,

Przyjmij co Żywioły dały…

Panie wielki, o Mocarzu, 
Lasu tutaj Ty Włodarzu,

Ukochuję Cię z czułością, 
Całą swoją namiętnością

Miłość ludzką Ci przelewam
I na wszystkie wokół Drzewa

Niechaj jak najdłużej płynie, 
Przestrzeń Wasza nie przeminie

To co mogę, ofiaruję, 
Niech najlepsze nam zwiastuje

Uśmiech jeden co posiadam
W Twe konary ufnie składam,

Niechaj świeci, promieniuje, 
Naszą przyszłość, byt buduje,

Ludzi rzesze wraz z Drzewami, 
Stają ponad podziałami

Ty – My – Oni, nie ma, jedność, 
Oto wzrasta nasze sedno

Tak się żegnamy. Ciepło drzewa bucha mi w policzek. Wyczuwalne z kilku kroków. Przypominam sobie, że za pierwszym razem naszego spotkania planowałem wrócić tutaj i spenetrować pobliskie krzaki. Wyglądało wszystko obiecująco. A co on mi dzisiaj mruczał? Aby lezc, tam gdzie gęściej. Kilka kroków i znów się rozświetlam. Jak tu pięknie! Jaka mozaika! Dzikość zagrała na skrzypcach chaosu. Urwisty brzeg rzeki z osypującym się piaskiem, który tutaj szczególnie pokazuje, co dla drzewa oznacza brak możliwości zmiany miejsca… Niektórym dosłownie grunt osunął się pod nogami. Część wywróciła się i zawaliła dno potoku, gdzie rozkłada i gnije do dziś. Inne, ‘’rozciapierzone’’ chwytają się resztek skarp i trwają na przekór fizyce. Tu życie rozmawia ze śmiercią, tu widzę miejsce przeprawy jeleni z głęboką ścieżką. Wreszcie tu, wśród zamarłych modrzewi, wywróconych dębów i pokiereszowanych klonów tętni ptasie życie. Jak to dobrze, że zabrałem lornetkę! Ale myliłby się ten, kto rzekł że z takim udogodnieniem obserwacje to fraszka. Ptaki są szybkie i zwinne. Kryją się w liściach, migiem zmieniają miejsce. Są w stałym przepływie. Dąb z oddali huczy mi, że one mają niezakłócony wewnętrzny kompas intuicji i zawsze przylatują do Drzew, które je wołają. W zamian za pokarm, rozsiewają w dal nasiona. Dlatego pokazywały się w przesłaniach. Tak są połączone.

Mysz skacze po korze. Hola, jaka mysz! W szkłach lornetki rozpoznaję – to pełzacz leśny. Wspinając się okrążą pień sosny, w międzyczasie szukając pod korą ukrytych smakołyków w postaci owadów. Dopiero przy 8 krotnym powiększeniu widać, jaki on skupiony na swej pracy, niepozorny, puchaty, a słodki. Mina ciekawego kombinatora, który zna tu wszystkie zakamarki. Nagle, kolor. Podążam za nim. Ojej! Widzę, że dopiero teraz będę prawdziwie poznawał swoje ukochane ptaki. Na drzewie obok psoci kowalik. Ptasi szmaragd, z pomarańczowym brzuszkiem, choć w kolorze nie tak intensywny jak zimorodek. Ten jakby był przystosowany do ‘’ślizgania się’’ po korze drzew, co też zwinnie czyni zjeżdżając głową w dół. Czyni go to ewenementem wśród ptaków. Dzięki lornetce uśmiecham się w lesie jeszcze częściej, widząc puchate maleństwa w takiej bliskości. Mały świerk pod nogami powoduje drugą turę czułego uśmiechu. Jest uroczy. W ogóle małe drzewa dla mnie, to jak dla innych pieski czy kotki. Takie wzbudzają mi uczucia. Kucam i głaszczę. Mówię…

A Ty świerczku, mały zuchu, 
Rośnij tutaj w leśnym puchu,

Chodz, podniosę Cię na Duchu,

Choć ześ mały i w półcieniu, 
Życie czeka Cię w spełnieniu

Wzniesiesz bujnie się w przestworza, 
Igieł mrok rozświetli zorza,

Przejdzie gdzieś Wędrowiec tędy, 
I zaprosisz, do gawędy…

P90909-173525

Wrycie. Za plecami leci łoskot. Odwracam się błyskawicznie i co widzę;

Gruby, suchy konar brzozowy spada zahaczając o gałęzie, i osypuje wianuszek złocistych liści, które strącił. Gruchnięcie o mech, pęknięcie. Listki lądują wirując wokół. Patrzę oczarowany. Ależ magia, ależ moc! Jak on mógł się złamać? Nie wieje przecież, a on solidny… Spoglądam na właścicielkę zguby. Smukła, z pozoru zwyczajna brzoza, i zdrowa, choć pewnie bywało lepiej. Ale… Coś z nią inaczej. Od nasady pnia po koronę biegnie ciemna pręga, aż po czubek. Ona chyba… Oberwała piorunem. Na to wygląda. Bo skąd taka smuga? Pierwsze widzę. Im wyżej tym bardziej czarna i przypalona. Ale żywa. Oż Ty! Przeżyłaś kuksaniec od żywiołu. Taka pobudka. Dziś sama rzucasz gromami. Wiem, że w ten sposób mnie wzywa. Jaśniej się nie da. Podbiegam do niej, a brzózka drga we wstrząsie, zrzucając mi kilka listków. Ogromna, przeogromna radość. Dlatego, że zareagowałem. Przytulam czołem omszoną korę. Jest miło, dobrze. Po kilku minutach tej euforii wszystko jakby we mnie osiada. Znika. Głowa zaczyna pobolewać lekko, choć wypieram, to już wiem…

Hej, hej… Ty sobie tylko bierzesz, prawda? Pompujesz ile wlezie. Uleciał gdzieś cały nastrój od dębu. Stop!

Zaskoczyła mnie, choć nie zdziwiła. Na moment osłabiła. Czasem Drzewa po tragediach życiowych chłoną jak leci bez pytania o pozwolenie, miałem tak raz z dębem. Taka ludzka energia, jest dla nich niczym zastrzyk morfiny dla cierpiącego. Ale tu lecznicza brzoza, dawczyni, pięlegniarka… Musiało ją mocno oszołomić. Przerywam proces taktownie, wrócę tu kiedyś wytłumaczyć jej co się stało i spróbować przywrócić ją do harmonii. Drzewny szok potrafi trwać latami. Tak samo po przycięciu. Z dębem mi się wtedy udało. Przestał ściągać, wibrować zawołaniem pomocy, a zaczął zielenić zdrową stroną i cieszyć dniami które mu pozostały. Też po piorunie pacjent. Tylko on się rozpękł. Ona miała szczęście. Musiało być bardzo mokro. Mozaikowy zakątek wabi wieloma obietnicami, tu świerki obdarte z kory porożem ćwiczone i zalane żywicą, tam świetliste miejsca na podsiadówki, no i chór sikorek z bębnami dzięciołów, do tego pełzacze, kowalik. Ptasie uroczysko. Gdzie śmierć, tam one… I jakby nie patrzeć, to ptaki są głównie tymi, które rozsiewają drzewa i przenoszą w swym ciele ich nasiona nieraz na wiele kilometrów.

Gzy i strzyżaki. Choćbyś zabezpieczył się przed każdym możliwym robactwem, wobec nich pozostają bezsilne wszelkie środki. Moja metoda, to WIEM i ZNAM miejsca w lesie z których następuje atak, i każdego zgniatam od razu w palcach. Jeśli tego nie zrobić, siada ponownie. Namolne są. To działa jeśli nie ma ich dużo i masz wrażliwą skórę, że wyczujesz. Trzeba uważać. Wchodzą do uszu, nosa, w oczy, we włosy, wszędzie… I choć rzadko ‘’gryzą’’ jeśli już się zdarzy, opuchlizna utrzymać się potrafi miesiące. Podobno coś tam przenoszą. Tu zawsze wszelkie teorie o jedności, miłości i współistnieniu stają mi pod znakiem zapytania. Ale przecież Drzewa też nasączają się toksynami w liściach, aby walczyć z tym co podgryza. Ustanawianie granic i obrona własnej przestrzeni J

Szaruga. Jedno z najpiękniejszych wcieleń jesieni. Wieczór długi, a ponury ze zmierzchem kroczącym powoli, rozwlekle, choć zdecydowanie. Spędzam go w uwielbieniu. Długo wyczekiwany, tęskniony. Ciemność wypełza znienacka, choć w zapowiedzi wcześniejszej. W takiej scenerii obserwuję kolejne zdziwienia. Zmierzchowa lornetka wskazuję porę, że na polach rozpoczyna się towarzyskie życie saren. Dociera do mnie ile bez niej musiało mnie dotąd omijać, kiedy przeczesując teren dostrzegam tu i tam rozrzucone zwierzęta. I one ufają szarudze. Z kukurydzy wynurza się dziwna para. Jest sarna – ruda, jeszcze w letniej szacie (podobnie jak wszystkie dziś widziane) ale druga nieco większa i brązowa, zupełnie jak sarna w futerku zimowym. Ale że już teraz? O co tu chodzi…Trzymają się razem, spoglądaja na siebie, widać że to duet. Wgapiam się w to brązowe. Wychodzi na to, że to jeleń. To przecież dwa różne gatunki. Wtem one zaczynają biec przez pole. Jakby coś je wypłoszyło. Może ktoś idzie? Niczego nie widać. Spoglądam dalej na horyzont a tam pod kukurydzą raz, dwa, trzy, cztery! Tu już wielkie łanie jelenia z jednym młodym szpiczakiem stąpają ostrożnie. Czyżby one spłoszyły sarny? Na to wygląda. Z przeciwnej strony pod lasem, luzno pasie się saren dziewięć. Gołym okiem w ogóle ich nie widać, tak się zlewają. Oh, ilu niepotrzebnych płoszeń teraz mogę unikać. Dawniej pewnie puściłbym się tamtędy na powrót i wypatrzył je za późno aby mnie nie spostrzegły. Teraz lustrując teren, mogę go opuścić nikomu nie przeszkadzając. Lornetka Kochani. Sprawcie sobie na wyprawy koniecznie.

Pole przypomina autostradę. To znaczy – z jednej strony sarny idą do kukurydzy, z drugiej inne wracają, w kolejnym krańcu jelenie zmierzają na wodopój. Musiały tam przesiedzieć cały dzień. Biegną truchtem, co jakiś czas zatrzymują. Sarny też. To takie śmieszne. Każde z tych zwierząt słyszy drugie z daleka i przystaje na chwilę aby posłuchać. Uspokojone mknie dalej w kierunku obranym. A ja pogrążam się w rozkoszy obserwacji. Dopiero po chwili zwracam uwagę na dwie sarenki, mniejszą i większą, które zatrzymały się równo z linią mojej czatowni. Niedaleko. Stoją i stoją. Jakby otępiałe. Dwadzieścia minut… Totalna ‘’zawiecha’’. Czyżby i tam doleciał je mój uśmiech? Odebrały? Bo przecież zapachu czuć nie mogą. Chłodny wiatr szarpie mnie od ich strony, tak… Dziś jestem w rozkoszy obserwacji. Wcielenie Czatownika ma swoje błogie używanie. Gdybyż było widać dokładnie, siedziałbym tu całą noc. To pewne. Na każde zimno można się ubrać, każde można przetrzymać. Sprawdzone w praktyce. I sam siebie pytam wtedy, czy ja jestem >Normalny< ? Myślę o ludziach siedzących teraz w ciepłych domach przed telewizorami, z tostem na kolację, czy co tam lubią. Stąd widzę światła w oknach. Nie oceniam, ale czasem sobie myślę. Po swojemu. Tu rzut kamieniem od osiedla kukurydzisko i takie widoki. Zaraz dziki wyjdą. Młodociane puszczyki gonią w pomyłce za liśćmi. Śmigła kuna na łów wyrusza.Świat, choć oddaje się w otulinę mroku, jeszcze tyle ma do opowiedzenia w gawędzie. Kilometr dalej huczy rykowisko. Deszczyk kropi pięknie.Wiatr w szuwarach melodie wygrywa. Myli mi się. Gdzie jest to ‘’prawdziwe życie.’’ Które przyjęliśmy za własne, choć nigdy nim nie było. A które było od zawsze, choć w wygodzie i natłoku wyparliśmy z pamięci. Czy tam, w sztucznym świetle, przed wyreżyserowanym pod oczekiwania publiki programem jest ono, czy tutaj, gdzie choć i ślad człowieka przekształceń widać jeszcze, pędzi skrycie swe tajemnice gros futrzastych i kopytnych istnień?

9.09.2019

1

Reklamy

Klon Kostur z Jesionowego Szlaku. Szarża zdziczałych psów.

Z drzewami niekiedy, jak z dziećmi. To znaczy wesoło bardzo i przyjaznie jest, chociaż czasem ciężko się połapać. Każde chce mieć swoją opowieść, być opowiedziane, zapamiętane. By przekazać koniecznie o czym wyszumiało. Poznać nowych ludzi – innych niż ja. Mało tego, jak sobie rozpoznały we mnie czym jest fotografia i jak łatwo mogą w ten sposób nawiązać łączność z ludzmi, którzy na nie patrzą przez ekran i o nich czytają, niektóre zaczęły nawet o zdjęcia tytułowe prosić  Żeby koniecznie ich prawdziwe oblicze, a nie jakaś magiczna grafika, które tak mi się podobają. Istoty chcą się pokazać, takie, jakimi są.

A było tak… Krzesimir znów zaczął ‘’wyganiać’’ na jesionową aleję właśnie, a Klon Kostur poprosił o wizytę. Przyznaję, że zbyt często pomijam to wspaniałe miejsce. Wędrowna dróżka, dzika, piaszczysta i bosa, pełna oryginalnych i świadomych drzewnych osobowości. Wzięły się chyba same z siebie, nie wygląda by ktoś je posadził. Spotkasz tu podróżniku dęby, wiązy, jesiony, wierzby, lipy, klony, jabłonie zapomniane i róże dzikie, wraz ze srogimi głogami. Tarniny pilnują co bardziej skrytych miejsc, a bzy czarne zapraszają ptaszęta do biesiady. Tych zresztą wcale nie brakuje. Zamieszkały tu trznadle słoneczne, skowronki poranne, monotonne ortolany, czupurne dzierlatki, jaskółki ‘’dymne’’, bażanty przecudne, kosy skrzekliwe, szczygły, mazurki gwarne i dzierzby drapieżne…

68736974_2256457681351420_1683059509909520384_n

Energia Drzew jest tu bardzo silna i ‘’mąci’’ w przestrzeni. Zakrzywia i zapętla czas. Pamiętam jak jechałem raz tutaj na podsiadówkę, trasa która rowerowo zajmuje 10 minut rozciągnęła się w odczuciu do dwóch godzin. Jadę i jadę, i jadę… A jakbym nie poruszał się do przodu. Aż niepokój mnie ogarnął i takie dziwne wyłączenie. Potrafią zaczarować. Ponad rok temu wyśpiewały mi moją przyszłość, która się wydarzyła.

Po drodze mijam dwa króliki, kręcące się wokół siebie na polu. Pociesznie. Oglądam je w lornetce, kiedy wnet ten drugi włazi na ‘’drugą’’ i w parę sekund wykonuje coś, co nazwalibyśmy intymnym pożyciem w bliskości. Ojej! Lornetka zbliża do przyrody, ale że aż tak? Muszę się przyzwyczaić. Wreszcie staję pod mym gospodarzem. Spod niego zmyka maleńki zaskroniec. Wygrzewał się w miejscu, na którym zwykle siedzę. Taka niespodzianka! Bo przecież jestem spod znaku węża… Pierwsze potwierdzenie, że wizyta jest poważna.

O Kosturze nie pisałem wiele dotąd, bo i jakoś nie napierał, rzadko mówił, jedynie gościł, przytulał i wspierał. On jest dla mnie przykładem Boskości. Dawno temu przycięty, odbił i rozbudował koronę w kształt serca, i zdaje się nie stracił przez to doświadczenie nic ze swej sympatii do ludzkości. Chociaż nie wiem, bo nie znałem go wcześniej. One też ewoluują w charakterze. Jego można określić jako ‘’Niosący Wiarę’’, bo zawsze potrafi coś z siebie zrzucić i robi to w odstępach kilkuminutowych. W ten sposób zaczepia, odpowiada, pokazuje że jest obecny i słucha. I tak zawsze… Każda moja wizyta to jakieś patyki, nasiona i dziwne okruchy, które spadają zewsząd. Jak on to potrafi? Nie spotkałem dotąd takiego drzewa. Wesoły jest, rubaszny, dowcipny. A jednocześnie kosmicznie mądry. Pamiętam, gdy nie potrafiłem poradzić sobie z bólem ludzkich spraw. Chciałem przestać tęsknić i pragnąć. Błagałem, by coś zrobił, odmówił.

‘’ Bo wtedy przestałbyś być człowiekiem. Tym którego znam. A takiego Cię kocham i przyjmuję. Taki też jesteś, dlaczego chcesz się wyrzec co w Tobie najpiękniejsze? ‘’

Powiedział wtedy dużo więcej, i choć już nie pamiętam, podziałało i zmieniło.
Dziś znów mi pomaga. On wzywa, kiedy trzeba otulić mrok. Odezwał się we mnie ostatnio, kiedy zaczęły się drastyczne cięcia w lesie. Obok Krzesimira składują porżnięte drewno..
Klon mnie słucha. Kręci konarami. Wiem, że umówili się z dębem aby mnie pocieszyć. Chcą koniecznie utrzymać mój nastrój, mimo tych trudnych chwil. ‘’Ty pisz, pisz, znajdziesz sposób by o tym wszystkim w sposób poruszający opowiedzieć, nie urażając nikogo. Właśnie Ty to zrobisz. Nie przychodz teraz tutaj, idzcie na szlak jesionowy. Za jakiś czas walec się przetoczy. My przetrwamy wszystko.’’ , rzekł mi Dąb na mój żal rozpaczy. Tak, one wszystko, my niekoniecznie. I to chyba największe pocieszenie. Głowę mam zajętą przeróżnymi myślami. Ciężko nam się złączyć. Wreszcie Kostur opowiada mi kawał o tych zmaltretowanych suszą burakach przy których rośnie, i atmosfera robi się sielska, swobodna. W ogóle z buraków to on się często śmieje. Tak pogodny, radosny. Mimo tej suszy wokół. Ruda smuga w polu przykuwa mój zawsze czujny wzrok, tak rozpoznaję w szkle lisa. Poluje na myszy. Ogon trzyma w górze podniesiony na sztorc, zupełnie jak kot. Pewnie żeby nie szeleścić dodatkowo. Jego pocieszne harce obserwuje blisko godzinę. Myślę sobie, jak niewiele potrzeba do szczęścia? Jeden lis… Jeden spacer. A przecież to nie żadna dzika knieja, tylko pola uprawne, poprzerywane miedzami, rowkami i zakrzaczeniami. I tu można spotkać wszelkie bogactwo. Z kępy bylicy wynurza się sarna, którą podziwiam równie blisko dzięki lornetce, widząc jak wręcz zwierzę próbuje językiem różnych ziół liżąc, zanim spróbuje. Takie odkrycia! Już jestem w innym nastroju. Dodatkowo ten spokój. Nikt tu nie przyjeżdża i jest zupełnie cicho. Z dala od warkotu pił, łoskotu padających drzew, a nocą huku wystrzałów…

– Wiedziałeś kochany, co poprawi mi humor? Ty wiedziałeś. Dlatego dzisiaj do Was wezwanie. Mam kontemplować tutejsze miejsce jak twierdzisz, ale jak?

Mówię, pytam. Sekundy i zrzuca… I weź tu gadaj, zrozum ich. Ale to mi wystarczy. Za wszelką odpowiedz. Wiem, że gdyby mógł, przewrócił by mi się na głowę, abym pojął wszystko, co z takim mozołem szelestu próbują mi wtłoczyć. Rozmawiamy o książce. Przychodzą pomysły na rozdziały. I obraz. Klon pokazuje mi jak ma wyglądać okładka. Dokładnie o takiej marzę! Jak Ty ze mnie czytasz…Wzruszam się, bo to co widzę spaja się z tym, czym jestem… A jakie bogate szczegóły tej wizji 

Prawa strona okładki. Pień drzewa, pnący się w górę z koroną. Pod nim chłopak siedzi, wędrowiec z lornetką na szyi. W dłoniach ma książkę, kulę magii leśnej, albo wzrok utkwiony w gwiazdach. Tak, są tam gwiazdy, obraz przestawia noc. W prawym górnym rogu błyszczy księżyc w pełni. Z serca wędrowca lub z kuli wypływają kolorowe promienie, łączą się z księżycem, chmurami, kosmosem, zwierzętami, drzewem… On połączony jest z tym wszystkim całym sobą. Na konarze sowa siedzi puchata. Albo słowik, z którego dziobka otwartego płyną nuty z liniami. Na niebie sylwetka nietoperza. Przed wędrowcem zwierzęta stoją, dzik, jeleń rogaty, lis. Przyszły ufnie jak zawsze, do krainy szeptów. A może tylko jedno zwierzę, zależy jak się zmieści. Dzik na pewno. Chłopak przypomina mi trochę Małego Księcia. Dużo szczegółów. Czy komuś uda się wykonać taki projekt?

Niewielki ptak drapieżny przenika nisko i szybko, to chyba kobuz. Zgadywanka. Zbieram się, bo robi już chłodniej. Taka to pogada. Wyjeżdżasz w krótkim rękawku, a nocą marzniesz w dwóch bluzach, czapce i szaliku. Biorę kolbę kukurydzy z łanu obok i trochę zjadam. Łagodna, mączasta, smaczna. Resztę rozrzucam wokół drzewa garściami, a on trzęsie się w geście zaskoczonej radości. Dla mnie to rodzaj rytuału, podziękowania, choć robię tak po raz pierwszy. Ponoć tak czynili nasi przodkowie. Kosturze… Dobranoc Ci. Podziękowań przyjmij krocie. Czas i chłód mnie gna, poszukać jakiegoś miejsca na noc.

Gdy wychodzę na szlakową dróżkę, miga mi lisia kita. Idzie przede mną, i ani myśli się obrócić. Gapcio. Pewnie ten sam z buraków, teraz obserwuję go z kilku metrów jeszcze w zbliżeniu szkła, zupełnie jakbym miał nos w jego futerku. Zielone ślepia spoglądają łapczywie choć przekornie na gęstwę kukurydzy. Tam zwierzak znika po paru chwilach wspólnego marszu.

Księżycowy rogalik wisi nad olszynami, kiedy wkraczam na pola. Roztacza aurę chłodnego złota. Jesionowy szlak szkarłaci się w czerwieni zachodu, stąd dopiero mam widok na jego cały kunszt. Niemal niczego dziś nie planuję, idę gdzie oczy poniosą. Często miejsca które mijamy tysiącami razy przejazdem roweru czy auta, po zejściu z trasy kryją kolejne tajemnice. Może szukam dziś zwierząt i chcę być blisko nich. A może spokoju najgłębszego. Dziwny, pogmatwany kształt w oddali przykuwa mój wzrok. Rozpoznaję jeszcze nieco w szarości. Po wielu krokach w sypkim pyle, bo już ziemią ciężko to nazywać, docieram do miedzy. Cudowna jest, taka jak z przeszłości. Daleko pojedyncze kępy krzewów, a na niej zioła, trawy i kwiaty. Pas życia. Miejsce prezentuje się idealnie do zasiadki. Łan buraczany połączony z kukurydzą, w trianglu z zaoranym po zbożu. Odludne, rozległe, z widokami na dalekie lasy. Tędy mogą wędrować dziki. Kształt okazuje się być starą, gnijącą i przewróconą zwyżką myśliwską. A zatem dotarli i tutaj. Próbuję ją podnieść, bezskutecznie. Mało się nie rozleci. A więc będę siedział na przewróconej.

66223959_479909626099685_4980183251667648512_n

Czarne sylwetki stoją. Widziałem już jak szedłem. Ucieszyłem, że dziki. Patrzę w lornetce i rozeznać nie mogę. Już zmierzcha. Kiedy sylwetki dają w ruch, rozpoznaję trzy psy. Co tu robią tak daleko? Milczkiem idą. Dobrze, że jest ta zwyżka… Nie no. Dawniej uważałem, że zdziczałe kłusujące psy, to często koloryzowany wymysł, ale jednak suma takich spotkań utwierdziła mnie, że coś jest na rzeczy. Być może uciekają właścicielom ze wsi i wracają. Może są wypuszczane. Ich zachowanie.. Tak łatwo można poznać, kiedy po prostu polują. Jest hierarchia. Jak w wilczym stadzie. Idzie przewodnik, ostatni ubezpiecza. A w burakach rudy kozioł sarny. Nie spodziewa się. Coś tam jeszcze szeleści. Obserwuję. Znany schemat działania. Jeden z psów kładzie się na polu, dwa nasłuchują napięte jak struny, w kierunku sarnich szurnięć. Podchodzą. Nie są duże, powyżej kolana kundelki. Wiem, że sarny raczej nie złapią. Ten który został to ‘’pogoń zastępcza’’. On obserwuje i reaguje, kiedy zwierz puści się w kierunku którego nie przewidziały. Jest elementem zaskoczenia i często przesądza o wyniku polowania. Jak niewiele potrzeba naszym pupilom, by wróciły na łono dzikości…

I start, jak z procy! Kilka szybkich ruchów, kotłowanina. Zero wrzasku. Mój boże, sarna! Coś uciekło. Po chwili biegną, one. Każdy w innym kierunku. Każdy niesie jakiś kawałek, czegoś… Co one tam dopadły? Nie wytrzymuję… Zbiegam ze zwyżki, i krzyczę do najbliższego psa,

– Zostawisz to ???

Puszcza łup i ucieka. Doświadczenie podobnych sytuacji uczy. ‘’Dzikując’’ unikają ludzi jak ognia, poza tym mają wrodzony respekt. Dawniej do takich bezlitośnie strzelano. Wahałbym się, gdyby było ich więcej, lub były bardzo duże. Podbiegam do kawałeczka – jakaś nóżka. Ni to lisia, ni zajęcza. Ale nie sarnia. Tak zmasakrowana, że rozpoznać nie mogę. Jak to się stało? Rozerwały błyskawicznie żywego, czy znalazły padlinę? Ehhh.. Nie dowiem się.

Z księżycem na ramieniu ruszam dalej miedzą, do krzaka który w tle się majaczy. Wołał… Okazuje się być pięknym bzem. A pod nim – raj. Mnóstwo ogromnych kamieni, w sam raz do siedzenia i czuwania. Mogłem przyjść tu od razu. Dotykam jednego z jego pni, a drzewko zaczyna się trząść, zupełnie jak człowiek w dużych dreszczach. Dobrze Ci tu kochany? Radzisz sobie? Ptaszęta dopisują? Dzieje się ciekawie, obserwujesz? Ależ Ci pięknie trafiło, rosnąć na takiej ładnej miedzy. Szybko się bratamy. Jest ucieszony, że przyszedł Człowiek. Ten, który może jego usłyszeć i może więcej… Rekacja drzewka już mnie nie dziwi, ani zwierząt, odkąd przeczytałem u ‘’Anastazji’’ , że każde stworzenie, istota, roślina odczuwa ciepło ludzkiej miłości i pragnie się w niej znaleźć, ogrzać. To dla nich jedno z najpiękniejszych doświadczeń. Dlatego przychodzą zwierzęta gdy czuwasz, dlatego drzewa tak reagują. Wyciągam dłonie do krzewu i chwytam jego pnie – gałęzie. Wibracja drzewka wzmaga się w drgającej ekscytacji. Chcę to dla niego wypowiedzieć… aby poczuł…Od jakiegoś czasu tak robię. Przytulam sercem, wypowiadam i Błogosławię… Niech zabiorą z Ziemi najlepsze o człowieku wspomnienie.

Bzie Ty dziki, zapomniany, 
Odtąd jesteś już poznany

Niech najlepiej Ci się wiedzie, 
Mój daleki Ty sąsiedzie

Deszcze obmywają chłodne, 
Przemijają dni pogodne,

Błogosławię Twym korzeniom, 
Liściom, korze i kamieniom

Niechaj wspiera Cię świat cały
Byś powitał wiek dojrzały

Żywot spędz tu swój sędziwy, 
Jak najdłużej zostań żywy

Wzrastaj wielki i wspaniały
By niebiosa podziwiały

Zaproszenie Twe przyjmuję, 
Bardzo za nie Ci dziękuję

Siądę z Tobą na czuwanie, 
A najlepsze niech się stanie

~ Wieczór 5.09.2019 rozterki Wędrowca.

48385347_2310602708967368_8031636363038162944_n

Pełnia mglistej baśni. Księżyc jedności.

Wieczór sączy się rdzawym płomieniem leniwie. Przecieka przez palce pomarańczową łuną, delikatnie podążając ku swemu przeznaczeniu. Chyba mu się nie spieszy. Na tle zorzy zachodu przycupnęły przydrożne drzewa. Stróżują przy szosie, niczym wspomnienie czasów ulotnych. Na szare połacie łąk, powoli zakrada się zmierzch. Siedzę tu od godziny, delektując się widokiem saren, snujących się niefrasobliwie po swoim trawiastym królestwie. I mimo, że nie było mnie tutaj ponad dwa tygodnie, i tym razem nie uciekły, przyglądając się ciekawie. W snach najśmielszych nie marzyłem, że aż tak się zaprzyjaźnimy. Układ jest taki – ja przychodzę popatrzeć, a one mają mnie gdzieś. To ich łąka. Chcesz to siedz. Nie jesz trawy, to chociaż zachowuj się cicho, a wtedy damy Ci podejrzeć nasze sekrety. Może właśnie tak myślą.

fantastik-masaustu-duvar-resimleri-10

W głębi lasu alarmują jeszcze kosy. Ptaki te dobrze widzą w mroku, i zazwyczaj przed spoczynkiem dają znać szczebiotem o tym, co jeszcze je niepokoi. Wieczór tli się ostatnią iskrą czerwieni. Widoczność spada. Będzie zimno… Zewsząd otaczają mnie nieziemskie piski czajek. Czubate ptaszki wielkości niemal kurczaka przelatują jeszcze krążąc nad polami. Odzywają się cały czas, i coś przeczuwam, że nie prędko ścichną. A wiem, że potrafią tak całą noc. Czy i tym razem? Powody mogą być różne. A to dzik krzątający się nieopodal, czy lis przeczesujący zagony. A może po prostu są tak pobudzone na swój sejmik. Wkrótce odlecą, wraz z migotem swych kosmicznych odgłosów.

– Ciiii ciiii ciii ciii ciiiiiii ciii …..

Przemyka obok mnie z poświstem zew z nad moczarów. Stadko kaczek krzyżówek. Ich lotki – pióra, wydają podczas lotu taki właśnie świszczący pogłos. Ilekroć go słyszę, dusza nasiąka mi jakimś takim romantyzmem…W przyrodzie tego roku ogromne przyspieszenie dostrzec można. Od dawna kwitną wrzosy, a rowy zalegają aromatem gnijących stert owoców z przydrożnych drzew. Może już dziś odezwą się jelenie?

Miejsce wydaje się być idealne. Otacza mnie łąkowy świat, z lasem i bagienkiem za plecami. Przede mną poletko kukurydzy, jak magnes przyciągające do swej stołówki wszelkie stworzenie. Już dojrzała i zaczęto ją kosić. A pamiętam lata, kiedy łany stały nawet do końca października… Wokół mojej czatowni zaczynają wirować malutkie nietoperze. To znak, że pojawiły się komary. Z nietoperzami jest tak, najpierw nieokreślone, wysokie, ‘’ćwierknięcia’’ , które można wziąć za mysz. Bywa, ostry, wysoki trel. Poza granicą słyszalności wszelkiej, mimo to słyszysz. Kłuje w bębenki. A potem pojawiają się znienacka cienie, z pogłosem trzepotu. Nocni drapieżni, którzy ukochali mrok. Lubię kiedy są blisko. Mam spokój od komarzych pieśni ludu. A one jakby wiedziały, że obok wędrowca znajdą ich dostatek, i często mi towarzyszą. Szare zjawy, niesforne motyle nocy. Już jest ciemno. Została niecała godzina do wschodu księżyca. Czajki nie ustępują, malując ciszę mitycznymi zawołaniami ptasiego niepokoju.

Sążnisty chrobot, z mrukliwym bulgotem zwiastuje mi buszowanie dzika. Nie widzę go, ale wiem, że jest gdzieś niedaleko. Za czatownią znajduje się polanka, otoczona olchami i rowkiem. Stamtąd bardzo często dobiegają szmery, jakby zwierzęta robiły sobie rozgrzewkę, oswajając się przed wyjściem na pełną przestrzeń.

1005656_533498833364684_1232215856_n

Magiczne srebro rozlewa się mlecznym językiem, wypełniając wszelkie zakątki śpiącej łąki. Księżycowy pielgrzym, ogłasza czar swego panowania. Z pomiędzy olchowych gałęzi, migają do mnie kryształowe błyski odwiecznych promieni nocy. Zdaje się, chcą wniknąć wszędzie, otulając i wypełniając świat dotykiem mglistej baśni… Wtedy ją zauważam. Zwierz nadszedł nie wiadomo kiedy, i jak cicho. Sarna? Od razu odrzucam tą myśl. Inna sylwetka. Większa. To będzie łania – samica jelenia. Płowa księżniczka stoi na skraju drzewnego cienia, wyległszy zeń do połowy. Wiem co robi. Węszy. Bada, czy jest bezpiecznie. Z kukurydziska dobiega łoskot łamanych łodyg. Dla mnie znak, że jest tam już inny jeleń, albo dzik. Ona też się tym nie niepokoi. Żwawo rusza przed siebie, zachwycając mą duszę pięknem nocnego świata. Właśnie dla takich momentów tu jestem…

Łańka dociera do rowu, i tam chwilę ‘’zastanawia się’’. Pewnie, w jaki miejscu go przekroczyć, tak aby najmniej zmoczyć futro. Szuka wygodnego przejścia i zmierza wprost do mojej czatowni. Rozważnie, dostojnie, krok po kroku, pląs po pląsie…Teraz jest tuż pode mną. Mimo, że wsunęła się w cień, nadal rozróżniam trójkątny pysk i łyżkowate uszy. Jestem spokojny, oddech ani tętno nie przyspieszają. Stwórcy dziękuję za dar tego widoku. Jak to możliwe, że mnie nie wyczuła? Mają nieziemski węch. A ona nic. Z szelestem daje susa przez rów i znika po drugiej stronie łąki. Cały czas ją widzę. Po chwili dobiegają mnie ‘’szuraste’’ odgłosy zrywania trawy, zębami jak cążki. Zaskoczenie. Byłem pewien, że pójdzie na kukurydzę. Wybrała zieleninę. Czajki nie odpuszczają…

Szurrr. Szrrr…Znowu nietoperze. A właściwie jeden. Ale co on mi tu wyprawia? Podlatuje do czatowni i jakby wczepiał się na ułamek sekundy pazurkami. Może zbiera owady, które tam siedzą? A może… Przypuszczenie okazuje się słuszne. To jego dom. Za którymś razem nie słyszę jak odrywa się ponownie, a narastający szmer. Nietoperzysko z łoskotem, sunie przez deskę. Musi mieć lokum w szparze pod daszkiem. Jej, ale dziwnie. Teraz będziemy siedzieć tu razem. On szura i szura. Chyba układa się do snu. I teraz doznaję olśnienia. To dlatego, ostatnim razem kiedy zasnęła mi tutaj sarna, nie reagowała na moje normalne poruszanie się wewnątrz konstrukcji. Zwierzaki są tu widać przyzwyczajone do odgłosów buszującego lokatora. Mam szczęście.

Księżyc góruje, wyłaniając się z nad koron majaczących drzew. Po polanie snują się odległe mgły, sunące w oddechu tajemnicy. Te zdobią świat magią. Przynoszą chłód, w mocy wszechobecnej wilgoci. Teraz zaczyna prawdziwy balet…Ilekroć je obserwuję, mam wrażenie, że ścieram się zmysłami z istotą żywą, świadomą. A ona, niepomna na moje rozważania wypełnia połać nieprzeniknionym woalem sekretu. Jej pląsające ramiona otulają ziemską macierz, pogrążoną w szelestach zwierzęcego żywota. Raz sprawia wrażenie lekkiej, jakby zaraz pod niebiosa zaraz wzbić się miała, innym razem zalega ciężko i głucho okrywając łąkowe pielesze puchową kołdrą snu. To wspina się z mozołem po zamyślonych krzewach głogu i tarniny, za chwilę opadając nisko ze zmęczenia jakby. Wypoczywająca ziemia, na prządzach z urojonych kropel, tka swój sen nieodgadniony.

Z czaru duszy wyrywa mnie narastający pogłos. Odwracam się i zamieram w kolejnym zachwycie – przez łąkę kłusuje ogromny dzik. Odludek, emeryt. Bardzo rzadko zdarza się, by tak cwany zwierz wystąpił na gołą przestrzeń. W pełnię są szczególnie czujne, trzymając się rowów, cienia, i zadrzewień. A ten biegnie przez środek. Widać czuje się tu pewnie. Czarna plama z impetem pruje mglisty kożuch, który co i raz przesłania wielkie cielsko. Zdumione sarny, podnoszą anteny czujnych głów. Dopiero teraz je dostrzegam, na krańcach polany. Okazały się być tajemnicą mgły. Dziczysko zatrzymuje się na chwilę, i zaczyna krążyć pod czatownią. Jakby czegoś szukał. Czy mnie czuje, nie wiem. Ale gdyby tak było, z pewnością okazałby zaniepokojenie. Czujne ciało napina się wtedy, ostrzegawcze fuknięcie i tyle go widzisz. I wiem co tak go przyciąga. Z upodobaniem buchtuje krecie kopce, prychając z cicha. Podziwiam czarnego kniazia, z pewnością zwierzęcego władcę tutejszych zakątków. Dziki nigdy się nie znudzą. Mógłbym obserwować je w nieskończoność. Czatownia opleciona jakimś bluszczem i powojnikiem, skrywa się zupełnie przed zmysłami zwierzęcych gości. Można tu obserwować nie płosząc. Szacunek zwierzętom okażesz przychodząc wcześniej, zanim rozpoczną one swoje żerowania. Dla Ciebie będzie to próba pradawnej cierpliwości, a knieja z pewnością nagrodzi wytrwałość. Jest godzina 23, dzicza godzina. Siedzę tu od ósmej wieczora, i tylko ziąb daje w kość. Nie chciałęm brać kurtki, aby dodatkowo nie szeleścić. Ubieram się warstwami, w miękką odzież i mam wtedy pewność, że dla zwierząt jestem niesłyszalny. Tymczasem dzik na chwilę wstąpił w mgłę, której strzęp pałętał się nieopodal. Po czym wrócił, kręcąc się tu i tam. Przyszedł od strony kukurydzisk, znaczy, już powinien być najedzony. Po chwili z łoskotem znika w gąszczu, podążając w sobie tylko wiadomym kierunku.

10334326_662173070497259_422249208104435613_n

Wreszcie nadeszła północ. Pora mi powoli wracać. Niemal zawsze wracam, kiedy zobaczę dzika. Taka żelazna zasada, bo to po prostu chyba najmilszy dla mnie w przyrodzie widok. Rozglądam się wiele razy, czy na pewno ‘’teren czysty’’. Nie chcę przeszkadzać ani sarnom, ani jeleniom, jeśli gdzieś się tu zapodziały. Niczego nie widać. Ależ ziąb… Podążam przez mokre, trawiaste łany, ciesząc się z lekkich gumowców. Mimo to, na stopach czuję lodowate zimno. Tak bardzo chciałem tańcem podziękować światu za podejrzane cuda, dziś chyba jednak nic z tego. Wnurzając się w woal kłębiastej mgły, sam teraz staje się częścią tajemnicy. Ciało zaczepiają chłodne dreszcze. Nic to… Wyciągam z uśmiechem ręce ku wędrującemu księżycowi i migotającym gwiazd kaskadom. Kłaniam się dalekim drzewom, pozdrawiając je w sercu. Zaczynamy się lekko kołysać. Z duszy wypływa wdzięczność, stopiona w jedności z wszystkim co mnie otacza. Kątem oka dostrzegam jeszcze sarnę, pogrążoną w mglistej toni. Topola za plecami, sennie coś nuci. Zamykam już oczy.

Pozdrowiona bądź Ziemio, ukochana Matko Moja, 
Niech mnie wypełni błoga jedność Twoja,

Z dawnych wspomnień ulepione, z ufnością tu wzrastamy, 
Gdy księżyc szeptem gwarzy, my się kołysamy.

Wietrzyk szemra pieszcząc, gdy blaski już migocą, 
Drzewo nie usypia, liście się ochocą.

Z mocą wiary Stwórcy powierzamy swe istnienie, 
Wdzięczne będąc zawsze, za każde słońca tchnienie.

I Ty wędrowcze cichy, dziękuj razem z nami
Za to coś tu ujrzał, w magii pod gwiazdami.

Zostań mimo zimna, ręce wznieś do nieba, 
Poczuj, że jesteś wszystkim, i niczego nie trzeba.

Zostałem jeszcze długo, z pieśniami, kołysząc się z Topolami. Mają rację, jest za co być wdzięcznym. Początek i koniec. Zmierzając tutaj, przed rower wyskoczył mi zając zaskoczony. Zwolniłem, on nie uciekał, tylko w niespiesznych slalomach kicał przed rowerem jakiś czas, aż przepadł gdzieś na poboczu. Wracając teraz w ciemnościach, pożegnał mnie lis plądrujący przy szosie. Stanął na środku, popatrzył. Nie chciał zejść, oczekując chyba, że ja to zrobię. Kitą wywinął na wiwat i znikł w kukurydzy. Drapieżnik i ofiara. Jedność – DOPEŁNIENIE. Dziwaczne jęki czajek towarzyszyły mi aż do ostatniego pola. Nie ucichły przez całą noc. Czy one kiedykolwiek śpią?  

Duchy w kukurydzy. Echa rykowiska.

Zżęto zboża i zaorano spracowaną, zmęczoną ziemię. Słomiane królestwa wśród ściernisk przestały istnieć. Mokra gleba z głębin jątrzy nozdrza paletą zapachów na potęgę. Aromat dostatku i życia. Czy to już jesień? Jeszcze nie. Dopiero teraz w echach ostatnich upałów dojrzewać będą resztki plonów. Na ogromnych połaciach rozkołysało się falą morze sztywnych zielonych łanów. To kukurydziska.

Znacie ten odgłos, kiedy wśród ogromnych łodyg i gęstwy sterczących zielonych liści narasta groźny poszum? Zbliża się, oddala, by czasami rozegrać się z pełną mocą piekielnego hałasu. Po chwili wszystko cichnie, ale często na moment. Wnet rozlegają się dziwne chrupania, skrobania, pogłosy łamanych łodyg i ciamkania. Tak buszują prastare ‘’duchy’’ kukurydzy.

zdjecie0350

Jelenie, dziki, sarny, a gdzieniegdzie nawet łosie wędrują pod osłoną kukurydzianych gęstwin, aby skorzystać darmowej, kalorycznej i co najważniejsze smacznej, stołówki ludzkiej. Tutaj są bezpieczne. I spędzają ostatki dostatnich dni w obfitości żeru oraz schronienia. W dzieciństwie zawsze bałem się tych odgłosów. Dorośli straszyli opowieściami o duchach mieszkających w kukurydzy, i żeby tam nie chodzić. Z czasem jednak zapragnąłem poznać te zjawy lepiej.

To dłuższa, choć nie najlepsza pora do obserwacji, za to do słuchowiska już tak. Trzeba tylko wyzbyć się strachu. Gdyż odgłosy jakie możemy posłyszeć, to nie tylko gromkie szelesty, sapania, prychnięcia, mlaskania ale czasem i rozpaczliwy ostatni jęk schwytanego królika czy zająca. Noc taka przypomina czasem bal demonów słowiańskich, jeśli usadzimy się w dobrym miejscu. Zależnie od tego, czy wypadnie spędzić nam ją przy lesie, obok sadu, lub po prostu w pustce pól, tak czekać nas będą inne atrakcje. Otacza mnie miękki, przyjemny aromat przejrzałych mirabelek. Rosną niedaleko i właśnie wraz z podmuchami wiatru oddają ziemi i trawom kwaśny owoc. Przysmak dzików, myszy i os. Od lasu powietrze zalatuje grzybami. Trwa rykowisko…Chyba najpiękniejsze misterium natury, jakiego doznać można w naszych lasach. Tam gdzie macierz przyrody zatraciła swą dzikość, jelenie zamiast na łąki i polany wychodzą chmarami na pola, aby mimo to wypełnić doroczny cykl odrodzenia. Rankiem natkniemy się na stratowane tropy, dające blady ogląd tego jak przebiegały jelenie harce. Dziki praktycznie nie wychodzą, chyba, że do picia. Nie muszą, mają w kukurydzach wszystko: schronienie, jedzenie i spokój. Warto więc wybrać sobie miejsce gdzieś na szlaku do zbiornika wodnego jeśli jest taka możliwość. Noce są już dłuższe i chłodniejsze. Choć to jeszcze nie czas lecących liści i muzyki szmerów. Z łoskotem, obijając się o sękate konary, straszą ucho żołędzie, kiedy dębowe plemię z ufnością powierza matce ziemi zadanie pomnożenia swojego ludu.

423036_art_olen_maral_roga_les_noch_temno_derevya_xolm_lu_1680x1050_(www.GdeFon.ru)

Siedzę na szczycie kopy siana, jaką los ofiarował mi dziś szczodrze do zasiadki. Z niej widok doskonały na pogrążającą się w nadchodzącym mroku łąkę, i kawały przeoranych pól. Obok łan kukurydzianego oceanu. Dopóki jest widno, zobaczę każde poruszenie łodygi trąconej, przez podążającego skrycie zwierza. Za plecami las szeleści już zwykłym wieczornym gwarem. Długo nic się nie dzieje. Coś tam delikatnie kąsa słuch niedalekim skrobaniem, ale nie zwracam nań uwagi. Tłumek wirujących komarów, pojawia się nie wiadomo skąd. Gasnące niebo czerwieni się jeszcze purpurą, obwieszczając niedawny zachód słońca. Nieśmiały sierp młodego księżyca, dawnym czarem udekorował niebiosa. Nie pobędzie ze mną długo. Zastąpi go granat naznaczony białymi iskrami gwiezdnej pamięci światła. Tuż nad głową przemyka mi z poświstem kilka kaczek. Chwila iście magiczna. Widoczność szybko pogarsza się, gasną kolory. Zamierzam powoli wracać. Do domu daleko, a nie uśmiecha mi przedzierać się przez chaszcze wśród pająków, wyższych ode mnie krzaków, no i możliwych wyskoków dziczych przed nosem o zupełnym ciemku. Zaczynam zbierać rzeczy, gdy wtem słyszę znany odgłos ostrożnie stąpającego zwierzęcia…Jest i musi być duże… Mimo starań nie potrafi zachować ciszy. Sztywne liście kukurydzy zaczynają łopotać coraz bliżej pod naporem masywnego cielska. Jest tuż tuż…I nagle, cisza! Wyczekuję w bezruchu kilka minut. No co się mogło stać? Wyczuło mnie? Czekam jeszcze. I knieja nagradza cierpliwość… Z szarej ściany kukurydzianego łanu wynurza się On…Rozpoznaję dostojnego jelenia. Koronny wieniec odcina się wyraznie w ostatnich promieniach czerwonego blasku. Zwierz węszy chwilę, po czym rusza przed siebie otwartym polem. Na brązowym tle zaoranej ziemi miesza mi się jego sylwetka, choć cały czas widzę królewskie poroże sunące na tle nieba. Co za szczęście!  Byk wtacza się w zarośla śródpolnego zadrzewienia, i tam hałasuje kolejne pół godziny. Nie ma mowy..Zostaję!

280e1569614e3a4ff78be404380d0502

Jest już dużo zimniej. Komary odpuściły. W najniżej położonych miejscach na szuwarach widać ślady pierwszego przymrozku. Dobrze, że wziąłem kurtkę w plecak. Księżyca brak. Wokół otacza mnie otchłań czerni.  Ciemnica. Mimo to, widzę cokolwiek. Straszą chroboty buszujących orzesznic, popielic, i kto wie czego jeszcze… Kiedy temperatura spada, porykiwania nabierają mocy, wśród gwiaździstej nocy…

– Beuuuuuchh!!! Niesie się grzmot na oparach szybujących mgieł. Jakiś młodziak daje znak, że ma smaka na łanię.

– Uuueeeee buuech, bueech bueeech… Ani się waż!  – Odpowiada gromko jakiś olbrzym z głębin lasu kończąc frazę niskim charczeniem. Brr, aż ciarki przechodzą. Każdy byk odzywa się inaczej, zależnie od wieku, swojej hierarchii no i umiejętności. Taki pojedynek na głosy. Wyzwanie, zaczepka. Czasem diabelsko zakotłują się łamane gąszcze. Samce rozpiera energia i buzują hormony. Wyładowują jej nadmiar na boru ducha winnych drzewach, albo i bywało na balotach słomy. Są dużo mniej ostrożne, i ciekawskie. Łanie natomiast zachowują normalną, jeśli nie większą czujność. Co ciekawe, to gatunek pierwotnie stepowy, który wyparty przekształceniami człowieka, niechętnie wcale odnalazł bezpieczniejszą ostoję w borach i puszczach. Stadny byk, ten najsilniejszy, gromadzi wokół siebie harem łań. Mniej mocarni amatorzy jelenich rozkoszy, próbują wtedy porykiwaniami odciągnąć jego uwagę, a bywa i rzucają rzeczywiste wyzwanie o ‘’władzę’’ nad płowymi kobietkami. Wtedy to ścierają się z łoskotem w nocnej ciszy, a silniejszy i sprawniejszy przejmuje harem we władanie. Słyszałem już takie zwarcie. Myślałem, że las cały zapada się pod ziemię, pochłaniając drzewa, zwierzęta wraz z ich oszałamiających łoskotem. Byki sapały dysząc. ‘’Dziewczyny’’ natomiast zdają się zupełnie nie zwracać uwagi na samcze swary. Ma się wrażenie, że zrezygnowane i z politowaniem znoszą dopust losu i wyskoki męskiego gatunku.

19247701_1644383785642667_146687187842872573_n

Ciemna, czarna, granatowa, z niebem utkanym srebrnym bogactwem mrugających gwiazd. Tak mija mi noc. Przy wtórze pieśni pradawnej kniei, z dziczymi szelestami wędrujących do kukurydzy odyńców.  Czarne zjawy buszują w potędze chrobotów. Ucieszona dusza nabiera mocy, kiedy wokół hałasują pradawne duchy kukurydzy. Nie sposób zasnąć. Czar spływa wraz z łoskocącymi odgłosami wojujących byków. Nadchodzi świt. Zaspane niebo przeciera wschodzące oczy, nieśmiałym blaskiem witając arkana porannych zdarzeń. Zaczynają wabić sikory. To już nie czas wesołych śpiewów i mozolnego wykarmiania ptasiego potomstwa. Bór zatopiony we mgłach i rosie cudowny jest jak baśń. Mimo przemoczonych butów i skarpet nie chce mi się wracać. Po wschodzie słońca śpiewają pierwiosnki. W drodze powrotnej zbieram w sosnowym młodniku trochę maślaków. Wysypały się po wczorajszym deszczu. Będzie na sos z kaszą, a resztę usmażę z cebulką. Całą swą istotą jestem wdzięczny wszechświatowi, że mogłem w tym misterium uczestniczyć i sobą go doświadczyć.

Zamknij oczy i duchem przenieś się w mroczną czerń dawnych czasów stojąc pod ścianą żyjącego lasu. Zaufaj gwiazd migotom, które z uśmiechem posyłają wesołe iskry z nad koron drzew. Ujrzyj mgły roztańczone w pląsach dalekiego świtu. Chłodny powiew poczuj oparów porywających duszę w radosny balet. Wtedy…będziesz wiedział

HTB145frLXXXXXcWXVXXq6xXFXXX7