Wakacyjne opowieści. Powitanie lata w szkole.

Bywa, że prosto spod księżyca, z krain zalanych srebrzystą poświatą pól, łąk i lasów, trafiam do szkół i przedszkoli, aby opowiedzieć o swoich kolejnych przygodach. Tak też zdarzyło się tym razem. Buszowałem akurat w najpiękniejszych zakątkach swojej okolicy, celebrując przybierającą już księżycową pełnię, obserwując jelenie, sarny i borsuki, kiedy odezwała się do mnie Ela BUczyńska, utalentowana malarka i dekoratorka mieszkań z Galeria Pozytywna – Piękne obrazy i wnętrza, Elżbieta Buczyńska. Z pytaniem, czy nie odwiedziłbym dzieci z opowieścią w szkole, do której uczęszcza jej córka. Powiem Wam, że w pierwszej chwili nie do końca mi to ‘’pasowało’’ no bo tu księżyc, widoki, mgły, zwierzęta, żal wyrywać się z takiego świata! Ale pojechałem, i jak się okazało, nie żałowałem ani trochę. Mazurska natura ugościła mnie spełnieniem wielu przyrodniczych marzeń, o których nawet już, gdzieś tam zapomniałem, że je posiadam. Pomyślałem też, że początek wakacji i końcówka roku szkolnego, to świetny czas, by o wielu ważnych sprawach opowiedzieć. Za chwilę dzieci ruszą na kolonie, wycieczki, wczasy, może pod namioty i w lasy, a tam na pewno spotkają się z różnymi sytuacjami wkraczając w dojrzewającą lęgowo i rozrodczo przestrzeń zwierząt. Inne będą buszowały po swoich ogrodach i na działkach. Szybko więc ubogaciłem i przystosowałem swoją prezentację o bardziej aktualne na sezon treści. Do szkoły pojechaliśmy rankiem…

64549481_466138347522552_8659450699270062080_n

Tu już wakacyjne pustki. Trochę problemów z zainstalowaniem sprzętu. Więcej niż zwykle. Okazało się, że nie mój laptop nie posiada jakiegoś tam odpowiedniego wejścia, aby połączyć go z tablicą multimedialną. Opcja zastępcza, puścić z drugiego laptopa, ale wtedy nie będzie dzwięku. Improwizacja! Wpadam ostatecznie na taki pomysł – z jednego komputera puszczam prezentację dzięki czemu mamy obraz, a Ela z drugiego klika to samo, i mamy jednocześnie głos.Jakoś udaje się to zgrać.

Pora trafia trochę nie najlepsza. Dzieci są już myślami w domach, bo przecież ostatnia lekcja w tym roku szkolnym. Mimo to, udaje się rozbudzić zainteresowanie. Ale nie to jest aż tak ważne. Zauważyłem jedną ciekawą rzecz. Zawsze, podczas spotkań z ludzmi trafiają się 1-3 osoby, co do których mam wrażenie, że jestem tam specjalnie dla nich. Że tylko do nich przyjechałem. Nie umiem tego wyjaśnić. Tak zdarzyło się podczas Owocowego Festiwalu. Pamiętam jednego pana, który po występie podszedł do mnie i powiedział ‘’Nie wiedziałem po co tu jadę, czułem że muszę. Teraz wiem, że miałem przyjechać do Ciebie’’.
Jedna z dziewczynek zadaje mnóstwo pytań, widać, że bardzo się interesuje wszystkim. Inny chłopak pyta, kiedy znów przyjadę. I wiem, że dla nich głównie tu dziś jestem. Trochę jakby się ‘’spowiadam’’ w tych opowieściach. Dlaczego kiedyś nie przepadałem szczególnie za sarnami? Mówię o swoich ‘’wędrownych zasadach’’ pierwszeństwa dla zwierząt. A z sarnami było tak, że były i trafiają się wszędzie. I często. Nie chcąc im przeszkadzać, musiałem albo czekać w bezruchu, lub mocno nadkładać drogi. Uważałem, że te płochliwe zwierzęta nic ciekawego pokazać nie mogą. Przeczytałem przecież na ich temat wszystko, co można było. Aż pewnego dnia…

64305385_374690860065959_2708286212262592512_n

Byłem świadkiem takiej sceny. Do polnego zagajnika z dwóch stron, zmierzają właśnie sarny. Była to wczesna jesień. Zwierzęta zbliżając się do kępy zadrzewienia, już z daleka się słyszą. Kiedy z szelestem pokonują pas krzaków i trzcin, wreszcie stają naprzeciw siebie. Tu dzieje się… Coś. Co raz na zawsze zmieniło moje podejście do płowych wędrowców. Dwie grupki, z których na przód wychodzą kozioł i koza. Zbliżają się do siebie. Już, już, są ‘’łeb w łeb’’. Chwila wzajemnego wąchania. Ale mam wrażenie, że dobrze się rozpoznają. Wtedy on… Liże jej szyję i przy uchu. Po pyszczku. Ocierają się szyjami, jak dawni przyjaciele, którzy spotkali się po jakimś czasie rozłąki. Zupełnie jak przytulający się na powitanie ludzie! Widzę, jak bardzo oboje się cieszą. Za chwilę krótka gonitwa i kilka bryków w suchej trawie. Radość! Po czym zaczynają wspólnie jeść zielone, razem z resztą stadka. Od tamtej pory zacząłem poświęcać sarnom więcej cichej uwagi, odkrywając jeszcze ciekawsze zachowania. Nie mam wątpliwości, że zwierzęta znają się wzajemnie i potrafią okazywać sobie czułość. Tęsknią, a nawet zakochują się. Są tak podobne do nas…

Odgłosy z kniei, puszczy, pól i łąk. Ptaki i zwierzęta. Przesłuchujemy wiele. Piskliwe zawołania czajek i ”czyrkania” kuropatwy. Dlaczego te niegdyś pospolite ptaki zagrzebują się w śniegu? Zimowe wycia lisów. Pohukiwanie dudka. Przy każdym zwierzęciu jakieś ciekawostki. Czym żywi się piękny dudek i dlaczego lepiej nie próbować szukać jego gniazdka? Wesoło biegająca pliszka siwa – aż taki z niej wyrafinowany i skuteczny łowca owadów? Jakie sztuczki dla własnej obrony stosuje zaskroniec? Kunszt kojącego śpiewu słowika zasiewa ciszę. Wrzaski żurawi nad rozlewiskiem – ożywienie. Co to tak trąbi? Jak najlepiej i gdzie je obserwować? Jakich zasad przestrzegać, by zwierzętom nie przeszkadzać? Dziś kładę nacisk na inne rzeczy. Dlaczego nie należy dotykać i zabierać młodej sarenki, a tylko jak najszybciej się oddalić? Jaką krzywdę zrobiliśmy zwierzętom, gdyby zabrać je ‘’na wychowanie’’? Bo przecież tylko wygląda na porzuconą, a matka jest gdzieś w okolicy i odwiedza ją kilka razy dziennie aby nakarmić, w pierwszych dniach życia. Wkrótce będą przemieszczać się razem. Co to są podloty? Jak ptasi rodzice opiekują się młodymi, które opuszczają gniazdo, nie umiejąc jeszcze w pełni latać? Dlaczego takich ptaków nie wolno zabierać ani ‘’ratować’’? A kiedy pomagać się powinno? Skupiamy się też na specyficznych enklawach natury, jakimi są ogrody, w których też można przecież pomóc różnym zwierzętom na wiele sposobów. Tym samym pomóc sobie, przyrodzie i mieć bardziej kolorowy, brzęczący i ciekawy ogródek. Tak zwane Hotele dla Owadów i ich mieszkańcy rozbudzają zainteresowanie. Czy skorek zwany potocznie szczypawicą może być grozny? Jak zbudować taki domek? Jakich materiałów użyć, aby zapewnić bezpieczne zimowisko konkretnym gatunkom owadów? Komu pomagamy? Kto to jest Złotook? Co będzie najlepsze dla biedronek? W jakich materiałach najlepiej zadomowią się miniaturowe, ‘’udające osę’’ kolibry, czyli bzygi? A gdzie dobrze poczują się pszczoły samotnice i trzmiele? Dlaczego warto pomagać nietoperzom, i zawieszać dla nich budki? Jak one polują, i postrzegają swoje ofiary? Czy prawdziwą jest bzdura, że wplątują się we włosy? Tu mówię, dlaczego tak lubię podczas wędrówek czy czuwania, kiedy nietoperze fruwają wokół mojej głowy. I ile komarów potrafią złowić w ciągu nocy. Jak to możliwe, że włochata ćma ‘’słyszy’’ polującego nietoperza, i jakie stosuje strategie obronne? Upały dają się we znaki nie tylko nam, ssakom i ptakom. Pokazuję jak w bardzo prosty sposób zrobić w ogrodzie poidło dla pszczół, z dowolnej miski i garści keramzytu.

Potem przychodzi czas na moje ulubione bobry. Opowiadam o ich rubasznych zachowaniach, jakie udało mi się podpatrzeć. Ich urok to jedno, lecz ciekawsze jak ten niezwykły architekt pomaga nam oszczędzać wodę i chroni przed skutkami zmian klimatu? Dlaczego nie wolno niszczyć ich tam, które działają jak naturalny filtr? Jak bobry chronią różnorodność biologiczną i pomagają znacznie rzadszym gatunkom zwierząt? Jak ich obecność sprzyja nam wszystkim, a przede wszystkim rolnictwu? Mam mnóstwo zdjęć ze swych okolic, dokumentujących pozytywne działania bobra, które pokazuję.

64988120_471964730217304_4621916729310707712_n
Gawęda o rykowisku jeleni wraz z ich mocarnymi odgłosami, które nagrałem, przenosi w świat pierwotnej puszczy, budzi wspomnienia i dreszcze.

Lisy i wilki. Niespodziana dyskusja o drapieżnikach robi się ciekawa. Wspólnie, po kolei obalamy wiele mitów na temat tych pożytecznych i potrzebnych w naturze zwierząt. Z pomocą przychodzi nauka i jej dane. Bo przecież lis żywi się w głównej mierze gryzoniami. Jest to przewaga w jego diecie, szacowana, zależnie od okresu i dostępności na 70 do 90 kilku %, z wszystkiego pokarmu jaki chwyta. Ciężko oszacować, o ile taka lisia rodzina mieszkająca w stogu, zwiększa rolnikowi wydajność plonów w okolicy. Bo przecież gdyby nie one – dojrzewającym ziarnem zajmą się chętnie myszy i norniki. Zjada też duże ilości padliny oczyszczając lasy i pola, chroniąc nas przed potencjalnymi epidemiami. Złodziej kur? A wilk, który pochwyci owcę z pastwiska? Staram się wyjaśnić motywy działania drapieżników. Jak to jest w świecie przyrody, gdzie od każdego dnia, gdy jesteś wilkiem czy lisem zależy Twoje przetrwanie. A każde zwierzę, gdy tylko może oszczędza siły i zdobywa pożywienie w jak najprostszy sposób. Nie jest świadome, że to czyjaś własność. Posługuję się wtedy takim przykładem. Wyobraz sobie, że idziesz, wędrujesz po lasach, głodny, już nieco zmęczony, niepewny jutra. Nagle – cud. Przed Tobą na ścieżce wyrasta ciepły, parujący, ulubiony posiłek. Pytanie, co robisz jeśli wiesz, że i jutro możesz niczego nie znaleźć – zastanawiasz się czyje to i czy wolno, czy korzystasz z okazji i zjadasz? I wiadomym staje się, że wilk nie czyha na nas ani nasz dobytek – w końcu od blisko 100 lat w europie nie zanotowano przypadku ataku tego zwierzęcia na człowieka. Ma zakodowany paniczny strach przed nami. Wspominam jak to było, kiedy spotkałem je w Kampinosie. Wracam też opowieścią do sprytnego hodowcy drobiu z moich okolic, który za jednym pomysłem rozwiązał problem lisów i jastrzębi łaszących się na jego kury. Postawił drewniany kurnik. Wokół niego, rozpostarł na metalowych prętach jakąś zieloną, gęstą siatkę. W ten sposób jastrząb przestał stanowić problem. Ale co z lisem, który nadal mógł się podkopać? To rozwiązało się jeszcze prościej. Razem z kurkami w tym ogrodzeniu zamieszkał na dzień wiejski piesek, który ptakom nic złego nie robił. A lisa gnał. Pies miał tu sporo przestrzeni dla siebie. Po jednej próbie lis nie odważył się więcej podchodów, wiedząc że stadko cały czas jest pilnowane pod opieką czujnego psa. A człowiek po raz wtóry pokazał, że w pełni zasługuje na miano którym tak ochoczo się tytułuje – Istota Rozumna. I przy odrobinie użycia tych zasobów umysłu, oraz chęci można pokojowo rozwiązać wiele człowieka z przyrodą ‘’spraw spornych’’.

Mazurskie łąki i jeziora przywitały mnie już pierwszego dnia leśną obfitością. Tym więcej jest co opowiadać. Bo przecież to wszystko dzieje się tuż na tyłach domostw moich małych słuchaczy. Ślady łosia na piasku i derkacze skrzypiące w trawach. Jelenie wychodzące na wilgotne łąki. Wystarczy usiąść wieczorem wygodnie na snopku siana… Latające, pocieszne słonki ze swym tajemniczym ‘’chrumkaniem’’. Guniaki czerwczyki, sezonowe chrząszcze brzęczące złowrogo niczym szerszenie. Kormorany i ryby w czystych jeziorach, które można obserwować godzinami. Pójdźki i Puszczyki urągające ciszy po nocach. Oglądamy kilka filmów, użyczonych mi na takie okazje przez znajomego Przyrodnika. Kąpiące się łosie i potyczki jeleni. Baraszkująca kuna. Ptaki pluskające się w sadzawkach. Daniel brykający wiosenną radością życia. Swobodny taniec żurawia, i rodzina dzików mażąca się w błocie. Sójka sadząca dęby. Zwierzęta dobierające się do kamery! Tu znów kolejne wspomnienia letnich i zimowych spotkań z łosiami, dzikami… o tych drugich szczególnie uwielbiam mówić. Bo nie sposób wyrazić jak mądre to zwierzęta, rodzinne i zmienne w charakterach. Swego czasu znałem poszczególne dziki w swojej okolicy, które rozróżniałem po kształcie ciała, zachowaniach i odgłosach. Po dwóch godzinach czas nam kończyć – wreszcie ruszyć i poznawać wszystko to, czego dowiedzieli się na prezentacji. Pożegnanie bardzo miło. Dzieci wręczają mi dyplom z podziękowaniem od nauczycieli i dyrekcji. Ktoś pyta, kiedy znów przyjadę. Jeden z chłopców tak bardzo się zaciekawił. A ja mam nadzieję, że ta ciekawość zakiełkuje i wyda owoce. Może któreś z nich poprosi rodziców o atlas lub przyrodniczą książkę. Może w którymś ogrodzie zawiśnie owadzie schronienie, lub pojawi się najprostsze poidło. A kolejny nieporadny napotkany podlot zostanie z rodzicami, ucząc się pełni ptasiego żywota na wolności.

🐼 Dziękuję bardzo za ten cudowny czas, moim małym cierpliwych słuchaczom, nauczycielom za okazaną pomoc techniczną i możliwość podzielenia się cząstką siebie  A jeśli macie ochotę, abym zajrzał i do Waszej szkoły, śmiało pytać można  Pod koniec września, po rykowisku będę już pełen wrażeń, opowieści i gotów 🐗

64694778_423770964875160_9036887915526881280_n

Dzieci wręczyły mi dyplom z podziękowaniem od nich, Dyrekcji i Nauczycieli. Wyjątkowa pamiątka, już wisi w moim pokoju 🙂

64904222_2443285705902341_3100117349986992128_n

Tajemnice Drzew. Duchowe dary lasu.

Siedzieliśmy pod Dębem już dłuższy czas, zatopieni w słuchaniu kniei, przeplatanym świadomymi rozmowami. On co i raz ‘’traktował’’ nas ciekawskimi owadami, które przysiadały i wędrowały po naszych ciałach, żadnej krzywdy nie robiąc. Zupełnie jakbyśmy stali się częścią otoczenia. Pamiętam, że Krzesimir bardzo chciał zapoznać się z Konradem. Choć nigdy nie planuję jakoś szczegółowo trasy, zawsze pytam 1-2 dni zanim przyjadą goście, miejsc i drzew – czy możemy do Was przyjść? Gdzie się udać? I choć jest to dla mnie wskazówką, w trakcie i tak okazuje się, że prowadzi coś jeszcze innego. Nie instynkt, nie intuicja – a mniej, lub bardziej ożywione w materii istoty leśnego środowiska. Dziś, jakże znów jest inaczej. Mężczyzni tulą drzewa. Rozmawiają o stłamszonej wrażliwości, jej okazywaniu, uczuciach, związkach, emocjach. Cieszą się nimi. Przypominają jak to jest – przeżywać i wyrażać wzruszenia, całkowicie zawierzyć odczuwaniu i sobie. My – myślący, analityczni, logiczni, sprawczy, twardzi, chłodni… Bo i tego przez dekady wymagało od nas społeczeństwo. Przyglądamy się temu – kim się staliśmy? A kim chcemy być? Jacy naprawdę jesteśmy? Czego potrzebujemy? Wracamy do osobistych przesłań, które spisałem dla Konrada, a z nimi do nowych wniosków. Pod drzewem rozmawia się lekko. Widzimy się po raz pierwszy w życiu, a panuje całkowita szczerość, z zaufaniem. Żadnych tajemnic, tabu, wstydu. Ja, a może i Dusza promienieje od środka, ciesząc się i widząc jak bardzo jest to potrzebne w rozwoju nam wszystkim. Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałbym, że nie pracuje z facetami. A tymczasem w ciągu miesiąca, przybył do mnie już trzeci. Pamiętam dzień, kiedy pojawiła się wewnętrzna zgoda i brak oporu. Wtedy zaczęli się odzywać, pytać o wspólne wędrówki. Otwierając się na tą przestrzeń, składam też i hołd sobie. Zawierzam nowym wymiarom akceptacji. I odkrywam kolejne pokłady swej zdawałoby się znanej, osobowości.

59852509_814757635559054_7604257773869596672_n

Mądry dąb czuwa obok. Słucha naszych rozmów. Przekazuje wiele. Długo gość mój nie może się od niego oderwać. Nie przeszkadzam w procesie, dając potrzebną ciszę, temu co się dzieje. Czas na słowo, będzie potem. Dębowe dary, to przede wszystkim informacja. Ale nie dla rozumu czy świadomości – w pierwszej kolejności dla Duszy. Coś jak pakiet ‘’pełni leśnego odczuwania’’.  On będzie aktywował się z czasem. Towarzysząca nam Maria, pyta mnie, co to za delikatne, choć potężne mruczenie rozlega się cały czas wokół? A więc słyszy i ona. W tak krótkim czasie. Brzmienie dębowej mowy…

W pewnym momencie uwagę naszą przykuwa powtarzający się szmer. Szurało od dłuższej chwili, jednak jakoś umknęło. Między drzewami harcują dwa młode zające. Gonią się bez pośpiechu, robiąc ‘’kółeczka’’ i uniki.  Dziwne, że są tak blisko. Przecież prawie cały czas półgłosem rozmawiamy, a słuch zajęczy należy do najbardziej doskonałych w świecie. Jednak nie przejmują się nami. Cały czas zajęte sobą. Delikatna gonitwa. Lekkość i prostota życia. Jest środek dnia, a one… Zamieramy w zachwycie, kiedy zwierzęta niespiesznie przebiegają tuż obok nas, robiąc parę metrów dalej kilka pięknych okrążeń na pełnym widoku, w pogoni za sobą. Takie są swobodne, radosne i piękne. Dzikie, a zaufane. Chwila święta, magiczna…wzruszona. Wiemy, że dzieje się coś bardzo ważnego. Dębowy podarunek dla naszej wyprawy. Las otworzył szczodrze wrota do swych skarbów. Wiedzieliśmy to od początku – mimo że była sposobność, nikt nie pomyślał aby chwycić za smartfon i nagrywać. Czuliśmy moc chwili, którą każdy chciał przeżyć bez rozpraszania. Przemknęły obok nas, jakbyśmy nie istnieli. To są właśnie cuda. I tylko ciszy trzeba, by zechciały obok nas się pojawić. Coś takiego zdarzało mi się już pod Krzesimirem, gdy byłem sam i głównie o świcie. On jakby przywdziewał na nas ‘’płaszcz niewidzialności’’. I wiemy, że dąb w ten najwłaściwszy mu sposób odwdzięczył się nam, za poświęcony mu czas, z zaufaniem wglądu do swych wnętrz. Że pozwoliliśmy sobie pomóc, a jemu błogosławimy. Żegnamy się z Dębowym Przyjacielem długo, życząc mu jak najwięcej deszczów. ‘’Sprężynuje’’ gałązką w geście rozstania, a nas zalewa fala jego ciepłego uśmiechu. Jest szczęśliwy… Kolejna wskazówka. Bo przecież zając jako Zwierzę Mocy oznacza też nowe odkrycia własnej intuicji i zwiastuje zaufanie sobie. A to intencja tej wyprawy.

60220479_2267371736683181_7802798710210953216_n

P90511-135421

Po drodze, przyglądamy się kwitnącemu życiu. Z bezmiaru świeżej zieleni wołają do nas kolory. W niej ukryły się kwietne skarby. Czuję się jakbym miał obok stóp perły, diamenty, szmaragdy i najdroższe kryształy. Żółto mieni się pierwiosnek wyniosły, kawałek dalej w soczystym błękicie tkwią łany przetacznika ożankowego. Różowym fioletem przystroił się delikatny bodziszek, jak wielu jego braci, roślina lecznicza. Każdy z nich tak kruchy, wątły, a przecież silny, w gąszczu zielonej konkurencji. Każdy ma swój czas kwitnienia i rozwoju, po czym pławi się w błogim spoczynku umiarkowanej wegetacji, ustępując miejsca innym roślinom. Geniusz opiekuńczej natury, która każdemu gatunkowi przewidziała jego czas i przestrzeń. Mijamy osmalone pnie. Tutaj las płonął. Sosny ocalały. Ich pnie są dość odporne na pożary ściółki, o ile ogień nie ‘’wejdzie’’ na korony. Wtedy zawarte w igłach łatwopalne olejki, podsycają płomienie, a one przenoszą się górą. Tym razem jednak skończyło się na strachu. Nad bagnem krążą już błotniaki i terkocze świerszczak. Ilekroć tu jestem, opowiadam o nocy tego świata – bogatej w dzwięki, odgłosy nieznane, stąpania zjaw dawnych, szmery zwierza, i nieodgadnione szelesty. Żółta wilga podnosi alarmujący lament. Jakże inny głos, od znanego, łagodnego jej śpiewu. Przegania jakiegoś mniejszego rabusia. Rajski ptak pojawia się znienacka w pełni lotu niedaleko, zachwycając nasze oczy kunsztem swych barw. Taki latający kwiat.

P90511-152149

P90511-145545

Szlachetny Klon 

Dzięcioł pstry uwija się z okrzykami, przeszukując coraz to nowe zakamarki. Często nie muszę za dużo mówić o sposobach komunikacji z drzewami, przez pobyt w lesie wchodzimy w taką harmonię, że moi goście sami zaczynają dostrzegać ich subtelną mowę. Olbrzymi Klon Zwyczajny porusza się dziwnie. Nie cały, a niektóre jego fragmenty kołyszą się niecierpliwie, gdy ani trochę nie wieje. Zaprasza. Łatwo to przeoczyć. Maria, mówi, że on ją woła. Czy to w ogóle możliwe? – Zastanawia się. Kiwam głową na znak zgody, i polecam żeby do niego podeszła. ‘’Tracimy’’ ją na pół godziny – choć nie oczu. Wraca odmieniona… ledwo jest w stanie cokolwiek mówić. Takie wzruszenie. A klon wydobył na światło. Dawne rany i bolesne chwile. Wysłuchał historii sprzed lat. Przytulił, objął, zaopiekował się. Obiecał więcej pomocy. I potrzeba było przyjechać tak daleko, właśnie do Niego… Zawsze podczas wyprawy coś takiego się zadziewa. Nie umiem do końca wytłumaczyć. Tu prowadzą, wspierają i leczą Drzewa. Wiedzą kiedy, jak, kogo. Zdejmuję Marii coś, co zaplątało się we włosach. Sucha klonowa gałązka… Żywy znak i pamiątka Drzewa z przesłaniem. Jego mowa: ”Tak, nie zwariowałeś! To co przeżywasz, jest prawdziwe. W dowód zostawiam część siebie… ” Spoglądam na jego bujną koronę z podziwem. Jest cudownie rozwinięta w spływającą kopułę, rozłożysta i harmonijna. Właśnie tak rozrasta się drzewo, kiedy nie traktować go ‘’cięciami pielęgnacyjnymi’’. Pełnia bujnego rozwoju. Zaskoczył mnie. Wchodziłem z Nim w kontakt może dwa razy. Z moimi Wędrownymi Gośćmi, odkrywam ten las na nowo, i poznaję kolejne Drzewa. Czasem mijane obojętnie przez lata, wołają obcych przecież dla siebie ludzi, i okazują im pełne wsparcie. Jak mało o nich jeszcze wiemy… Epos tych chwil, zapisze się na długo w mojej pamięci.

P90511-171942

P90511-172022

W sosnowym młodniku siedzimy z większym milczeniem. Tu drzewka – sosenki wysiały się naturalnie. Nieregularnie, rosną jak chcą. Widać jakie są bujne, gęste i zdrowe. Raptem to kilka kroków dalej od poprzedniego miejsca, a przyroda jakże inną gwarzy opowieść. Spomiędzy mchów i porostów prześwituje susza z piaskiem. Osobna wyspa jałowego świata. Jakoś lubię takie miejsca. Osłonięte od wiatru, inne, choć i tutaj tętniące paletą ptasich głosów. Wyśpiewuje lerka, borowy skowronek, a wtóruje drzewny świergotek. Zawodzi daleki trznadel. Z niedalekiego zagajnika, dolatuje pogłos piecuszka. Lekki flet wilgi, zwiastuje krople nieśmiałego deszczu. Oby się porządnie rozpadało…

Wyprawę prowadziły ptaki. Ptaki Duszy.Wiedziały, że zwracam na nie szczególną uwagę. Sikorzy jazgot modraszki, powoduje moją ciekawość. Przystajemy, patrzymy. Ależ się nakręca! Dwa samce konkurują o rewir, urągając sobie ile wlezie. Pewnie zaraz polecą pióra… Jeden daje dyla w las. Koniec widowiska. Parę kroków i Konrad nasz przystaje raptownie. Czuje – jakby oddech życia przeniknął Duszę. Błogość totalna. Przepłynęło przez ciało prądem. I sam już mówi, że oto woła go jesion którego tyle co minęliśmy. Nie jestem zaskoczony. To jego Drzewo Mocy, które wskazałem  niegdyś w przesłaniu. Znów dostrzegam – rozświetlone, gałęziste aury tutejszych drzew. Po raz pierwszy zacząłem je widzieć przy jesionach właśnie. Zostawiamy Konrada kawałek dalej w potrzebnej ciszy. I on wraca do nas podekscytowany, rozanielony i szczęśliwy. Opowiada z przejęciem, oddaje głębię swoich wrażeń. Mówi, że dotąd czegoś takiego nie doświadczył. I nie wiem w tamtym momencie, który z nas cieszy się bardziej. Dzięcioł zwrócił uwagę na Klona, sikory przywiodły do Jesionu. Dziś zawierzamy maleńkim przewodnikom.

P90511-183411

Deszczowy Zmierzch i Mowa Ziemi

Podążamy polami, sycąc oczy zachwytem rozległych łanów rzepaku. Idziemy koleiną – śladem pozostawionym przez ciągniki. Nie deptamy więc upraw. W oddali maszeruje grupka pięciu saren. Te obserwujemy przez lornetkę, patrzymy jak jedzą. Przywdziały już rude, letnie sukienki. Ale w rzepaku dzieje się coś dziwnego. Łodygi kołyszą się niespodzianie i raptownie. Jakieś mniejsze zwierzęta. Buszują. Znajome odgłosy. Miga coś brązowego. Warchlaki! Choć trudno jednoznacznie stwierdzić. Na pewno wyrośnięte nieco dziczki. Wygląda na to, że są same. Oddalają się coraz bardziej. Po chwili łan nieruchomieje, i już nie jesteśmy w stanie ich namierzyć. Rzepakowe duchy. Zupełnie zniknęły. Taktyka i dziczy spryt. Szukaj wiatru w polu…

Przyglądamy się… trawie. Siedząc dłuższych kilka chwil zauważyć można jak źdźbła również ‘’sprężynują’’ drgają same z siebie, zmieniają swoje położenie. Nagle, ot tak. Zauważam to zjawisko od dawna. Pewnie jest jakieś wytłumaczenie. Nie odbiera mu to jednak niezwykłości. Dziękujemy i trawce, za to mikro – widowisko. Dziękujemy Ziemi, za kolejne tajemnice. O zmroku docieramy nad łąkę, która ściele się różnobarwnym kobiercem przepychu. Choć kolory już gasną, jeszcze jesteśmy w stanie dostrzec jej mozaikowe bogactwo. Puszą się miękkie dmuchawce i ostatnie mniszki. W zmierzchu wyglądają jak maleńkie lampiony. Kolejny czas przemiany. Łąkę opanowały jaskry. Ich drobne kwiatki ścielą się gęstą siecią, połączone pajęczyną szarzejącej zieleni. Jak w baśni.  Kolorowy raj. Mam ochotę wrócić tu w słońcu, na boso. Na niebie spoczywają gęste, bure chmury, kiedy siadamy na powalonym dębie pod lasem. Pokonana siłami wiatru brzoza obok, wywrócona i przechylona spoczywa na samej ziemi. Mimo to, widać, że nadal żyje. Wypuściła zielone liście. Choć już się nie podniesie… Rudzik i drozd śpiewak popisują się w pieśniach gęstniejącego mroku, a obok zaczyna krążyć wcale niemały nietoperz. Lata prosto, rzadko nawraca. To pewnie Borowiec Wielki. I znów na chwilę odżywają dawne zabobony… Wyjaśniam, że ‘’gacuch’’ nie ma żadnego interesu ani chęci, by wkręcać się komukolwiek we włosy. A jeśli lata obok głowy, to dobrze. Wyłapuje na bieżąco pojawiające się komary, które zapach człowieka przyciąga. I nimi tylko jest zainteresowany. Nastrojowo podzwania świerszcz, zwiastując czar pierwszych wieczorów letnich. Za chwilę nastaną w przyrodzie ‘’Białe Noce’’ – głośne i gwarne, a ubogie w ciemność, trwające ledwie kilka godzin.

Pojedyncze dotąd krople, wezwały mokre towarzystwo. Modelowanie przestrzeni. Pamiętam jak pomyślałem w tamtym momencie: ‘’Dobrze, że dzień minął nam bez zapowiadanego deszczu’’. I wtedy lunęło. Jakby żywioł wstrzymywał się i czekał, kiedy wreszcie będzie mu wolno.

Powrót przez nocny, ulewny las, czarującym zapisze się wspomnieniem. Kojący szum wlewa  w uszy. Majowy opad. Teraz pragnę tylko, by padało jak najwięcej. Potrzeba drzewom i zwierzętom, tej suchej wiosny. Co chwilę przystajemy słuchając błogiego szmeru deszczowej modlitwy. Odkrywamy las na nowo, który innym objawia się pięknem, w każdej zmianie pogody. Wyciągamy ręce w górę z twarzami do nieba, i siebie dając obmyć lejącym strugom. To jest właśnie życie… i czerpanie radości, z pozornych przeciwności. Cieszymy się ulgą roślin. Nie myślimy wyłącznie o sobie.

– Chrrrrrrmmmm!

Rozbrzmiewa ostrzegawczo kilka kroków dalej. W ciemnościach odezwał się dzik. Tuż obok. Nasłuchujemy odgłosów zwierza. I on na pewno nas usłyszał, a teraz kręci się, nie wiedząc do końca co zrobić. Wędrowcy chyba lekko przestraszeni, ja szczęśliwy. Bo takie chwile nie trafiają się często. Kilka minut w napięciu i wzajemnym słuchaniu. Zwierz przedziera się z łoskotem. Prawdziwe Szepty Kniei, dzieją się właśnie i stają naszym udziałem, Niedługo potem spotykamy następnego. I on chrumka do siebie, wymijając nas gdzieś lasem w ciemnicy. Ale widać przecież. Gdyby wyszedł na drogę, dostrzeglibyśmy sylwetkę. Emocje sięgają radosnego apogeum. A ja dziękuję dziczemu plemieniu za dar wspólnej chwili, życząc im bezpiecznego szlaku z obfitością łakomego żeru.

60179930_665360293889038_4679694416082894848_n

60333024_2107712859346287_6814169514381410304_n

59951411_590114151480835_7200862179002679296_n

Święto Wody

Tej nocy, długo żadne z nas nie może zasnąć. Za dużo wrażeń, w połączeniu z przyjęciem energii leśnych. Ogromna dawka. Wiem, że będą ‘’mielić się’’ z tydzień. Pada z przerwami całą noc, od świtu przechodząc w regularną ulewę. I deszczem wita nas dzień. Ani trochę tym zmartwieni, ruszamy. I taką pogodę można wykorzystać. Śliski, wilgotny świat, obmyty z pyłów i kurzu uśmiecha się do nas bukietami błyszczących liści. Niektóre kwiaty pozamykały się w niemym ‘’buncie’’, jakby chciały chronić swe delikatne wnętrza. Przypominają mi się chwile, takich letnich słot, z dawnych czasów kiedy klimat jeszcze nie wariował. Umiarkowane ulewy potrafiły trwać blisko tydzień, nawadniając ziemię dla potrzeb przyrody. Dziś będziemy czatować. Zasiadka. Moje ulubione. Wdrapujemy się na zapomnianą ambonę, usytuowaną tuż nad bagnem. Czeka nas wielogodzinne czuwanie. Będziemy niewidzialnymi dla przechodnych po łąkach zwierząt. Ptaki śpiewają na potęgę, jakby pierzasta brać cieszyła się z tej ulewy. Co i raz przelatują szpaki, niosąc w dziobach wijące się larwy i dżdżownice. Nie siedzimy długo, gdy z lasu za plecami wybiega królik. Otrząsa się pociesznie z kropel, choć widać, że przemoczył już futro. Zajada zieleń. Smakuje wszystkiego, kicając tu i tam. Przemyka tuż pod czatownią, oglądamy więc na żywo i w pełnej krasie. Na nas nie zwraca uwagi. Deszczowy szum tworzy dźwiękowe tło, które kamufluje dla jego słuchu wszelkie nasze odgłosy. Podziwiamy go więc nie przeszkadzając. Refleksja. Zawsze myślałem, że ‘’jestem sam’’. To znaczy, że tylko mnie takie rzeczy ‘’kręcą’’. Są tymczasem ludzie i potrafią przyjechać z bardzo daleka, aby takie chwile w radości dzielić i przeżywać. Pojawienie się szaraka wywołuje szczęście, podekscytowanie i wdzięczność u naszej trójki. A przecież on tylko, przyszedł jeść. Ciężko wyjaśnić fenomen leśnych ludzi. Dusze, które kochają przyrodę. Kiedy tylko odłożymy na bok ustękiwania umysłu, może ta Miłość przejawić się w pełni. Pieśń słowika w deszczu, nastraja marzeniem, i świeżością. Koncertuje też pokrzewka gajówka, kos, szpaki, kapturka, trzcinniczek i świerszczak. Bagno żyje. Raz po raz ‘’przykrywają’’ je odgłosy zawołań żurawi. Ruch jak na autostradzie. Wzlatują i lądują kaczki. Ogromny Żuraw wystartował z ostoi szuwarów. Przemyka nisko w pełnej okazałości, tuż przed naszymi zachwyconymi oczami. Ptak rusza na żer. W oddali pojawia się sarna – ta wychodzi spod wielkiej wierzby, i wcale nie kwapi się wystawiać na wilgoć rudego futra. Kręci się na samym skraju, znikając co chwilę z pola widzenia. Gdyby nie ruch, nie sposób łatwo ją dostrzec, nawet na tle zieleni. Z tyłu w lesie, przemyka niewidoczny dzik, zostawiając nam echo chrząkającego pogłosu. W dzień deszczowy, bardziej śmiałe i ufne są u siebie zwierzęta. Wiedzą, że człowiek podczas słoty, niczego tutaj nie szuka. I tak mijają ponad trzy godziny. Słuchamy uspokajającego szmeru wody, spływającej po milionach liści. Deszczowa muzyka, okraszona akompaniamentem ptasim. Ziąb dotyka dreszczem, kiedy wiatr sypie na nas w porywie fontannę rozproszonych kropel. Wędrowcy chcą już wracać. Nie oponuję. Wytrzymali długo, jak na pierwszy raz w takiej pogodzie. I bez specjalnego ubioru. Ptaki uciszyły i ukoiły, pogrążone czasem w rozmyślaniach chaosu wnętrza. Czujemy się nasyceni. Dwa Dni Wędrowne. Jeden dla Drzew w poszukiwaniu wieści, drugi ze zwierzętami, dla odkrywania przyrodniczych ciekawostek. Gwarzymy wtedy o ptakach i zwierzu, a ja opowiadam co wiem o ich zwyczajach, życiu codziennym, trudach, pożywieniu, radościach, potrzebach i troskach. Konrad podąża boso, oddając się chłodnej pieszczocie wilgoci traw. Poczuć pełnię… bo my w kurtkach i kaloszach, a zwierzęta nie mają taryfy ulgowej. Zastanawia – ich codzienny byt i przystosowanie. Próbujemy przecież tylko namiastki. Celebrujemy w ciszy Święto Wody, wracając z wolna ku sprawom zawiłym, a ludzkim… Jednak każde z nas odtąd wie, gdzie, kiedy, i jak szukać ukojenia, odskoczni, i prostoty. Żywioły Natury czekają wraz z całym bogactwem każdego dnia na swoich odkrywców. A gdy już po wszystkim, nadchodzi czas wzajemnych podziękowań. Słyszę od moich gości, że jeszcze nie przeżyli czegoś takiego, mimo przebywania częstego w przyrodzie. To chyba najmilsze mi słowa, jakie paść mogą na pożegnanie. Odtąd każda najmniejsza wędrówka będzie dla nich wyjątkowym przeżyciem. A ja cieszę się, że mogli na te kilkanaście godzin przekonać się jak to jest, i poznać jak  w praktyce powstają Szepty Kniei.  Jeszcze się spotkamy…
59788046_388476352008850_7936120211680264192_n

Gościom moim, Marii i Konradowi, jako świadectwo wspaniałych chwil i w podziękowaniu za świadome towarzystwo podczas Dni Wędrownych. W hołdzie Waszym Procesom.

Chmurom, deszczom, i ulewie – za możliwość odkrywania bogactwa tego świata w mokrej tym razem odsłonie, oraz pełnię leśnego odczuwania. W radości kochana Przyrodo, że mogliśmy tyle Twoich sekretów dojrzeć, w doświadczeniu bliskości wodnego żywiołu i codziennego żywota mieszkańców kniei, bagien i pól.

__________________________________________________________

* Wędrówka miała miejsce w ramach naszych warsztatów:

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Wydarzenie na Facebooku – Kliknij i dołącz do wędrownej społeczności

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie spokojny Dzień Wędrowny w doświadczeniu intymnego spotkania z Naturą, pisz, pytaj. Kontakt w sprawie zgłoszeń:
czeremcha27@wp.pl

Na blogu możesz też poczytać inne wspomnienia z niektórych minionych warsztatów:

Dendroterapia – Przytulanie Drzew

Możliwe są też wyprawy i czuwania nocne. Szczegóły w Wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

_________________________________________________________

P90511-151644

P90511-145539

P90511-172157

 

Pierwiośnie pod Księżycowym Lasem

Wieczór sączy się czerwonym nurtem leniwie. Przecieka nad polem niosąc zapowiedz chłodu. Przede mną rozciąga się widok na przekopaną dziczymi ryjami łąkę, która z tej perspektywy wydaje się być jednym wielkim buchtowiskiem. Krecie kopce sterczą jak małe wulkany w chaosie tego spustoszenia, a ja wiem, że ta trawa nie z takich zgliszcz odrośnie. Jak się zazieleni, nie będzie śladu. Ależ się tu dzieje! Siedzę pod samym lasem, opierając swoje plecy, o pień krzepkiego dębu. On niezbyt…lubi ludzi. Odczułem to już w zeszłym roku. Powodu nietrudno się domyślić, jeśli spojrzeć na okrągłe, jeszcze nie zalane twardzielą blizny, po ścince dolnych grubych konarów. Przykro go ktoś urządził. Bezmyślnie. Dziś on kłuje mnie na powitanie, ale ja negocjuję. Tłumaczę, że nie wszyscy my tacy. Obdarzam współczuciem i najlepszymi życzeniami. Uspokaja się nieco, co jakiś czas dudniąc gniewnie korzeniami od spodu, w utyskiwaniu na swą dolę. Czuje się to przez stopy. Ale mogę już tu siedzieć. Zrobiło się neutralnie, łagodniej. Dopóki jest jasno, staram się po prostu olbrzymowi opowiadać nieco, z dziejącej się tu baśni… Spójrz Mocarzu! Poczuj, co tu się wydarza.

fd64807da33b66abc75fabb0b6f34c04

Na łące podskakuje kruk. Jakby się bawił, dokazywał. Wylądował, mimo że musiał mnie widzieć. A to ostrożne ptaki. Słyszę, że jest ich tu więcej. Odzywają się od jakiegoś czasu. Wsłuchując się, odkrywam. To nie jest takie sobie bezmyślne krakanie. Tu ton wyższy, zaraz inny, ostrzejszy, a czasem aż śpiewne miauknięcie. Bynajmniej nie myszołowa. Ptaki rozmawiają ze sobą! Dusza słyszy. Ciekawe o czym? Podobno kruki potrafią rozpoznać się po głosie nawet po kilkunastu latach rozłąki. Albo po sposobie lotu, z daleka, w powietrzu. Nawet w tym swoim charczącym języku nadają sobie imiona, po których rozpoznają się wołając. To czas kruczych toków. I kiedy łąkowy gość wzbija się do lotu, nadciąga szum zwiastujący kolejnych. Trzech. Przelatują nisko, zataczając nade mną krąg. Ciekawskie ptaszyska. Słońce zaszło już za horyzont, zostawiając świat z poświatą dawnego blasku. W oddali wierzchem pola maszerują sarny. Ich czarne sylwetki odcinają się wyraznie. Za chwilę księżycowy mrok podejmie się spisywania nowych zwierzęcych opowieści… A tu ptasie życie dzieje się w najlepsze. Odzywaja się żurawie. Ale najbardziej zaskakują melodyjne piski czajek. Wcześnie przyleciały. Jak radzą sobie z mrozem?

W majestacie ostatniej czerwieni zachodu, nadciągają rozległe klucze gęsi zbożowych. Najpierw ‘’straż’’ – kilka osobników leci i krzyczy, za nim pozostałe, rozciągnięte formacje. Lecą równie nisko, wiosłując powietrze nieustannymi ruchami poczciwych skrzydeł. I tak żeglują. Wiosenni krzykacze. Zawsze się zastanawiam, jak one potrafią nie pogubić się po ciemku, bo często nocą też latają. Widoczne głos wystarcza. Na pobliskim stawie, kaczki alarmują jak wściekłe. Cały wieczór nie mogą się uspokoić. Co tam się dzieje? Normalnie takie niespokojne nawoływania, świadczą albo o przeszkadzającym dziku, albo penetrującym szuwary, lisie. Być może… Świat powoli okrywa się srebrem, gdy nadciąga księżycowy pielgrzym z zaklęciem poświaty. A one nadal latają. Poświsty skrzydeł. Ruch. Prują powietrze jak strzały. Tamte ze stawu nawołują. Normalnie kakofonia…Kaczkofonia. I wtedy jeden odgłos, powoduje, że robię się nad wyraz zaskoczony i czujny. Niesie się wirujący i nieco fletowy. Powtarza się. Słucham zdumiony. Bo to nie jest ‘’byle jaka’’ kaczka. To Świstun. Taka trochę kacza legenda, którą widziało niewielu, bo jego liczebność ocenia się na kilkanaście gniazdujących par, na cały kraj… Ale nie mogę się mylić. Nie ma też o tej porze roku ptaka, który mógłby naśladować ten głos. Co innego latem. Ale nie 17 lutego. Stawek też nie wyróżnia się niczym szczególnym. Cóż za szczęście! Mimo, że nie widziałem, to mogę dopisać prawdziwy ptasi unikat do zasłyszanej listy. Tylko…jak to logicznie wytłumaczyć? Jak się tu znalazł? Bardzo nikła szansa. A jednak! W domu sprawdzam jeszcze z nagraniem, co usłyszałem. To na pewno był Świstun.

P90217-163218

Dąb wreszcie zasnął. Ziemna wibracja zanikła. Może znużyło go moje ciche paplanie. Mam nadzieję, że jakoś mu pomogłem. Z drzewami, jak z człowiekiem. Bywa, że rozmowa i obecność działa cuda. Też potrafią się zagubić. Zimno wręcz gryzie, i tak powoli łapię się, że wybrałem najgorsze miejsce z możliwych, jeśli chodzi o komfort termiczny. Zaniżenie terenu ściąga chyba chłód z całej okolicy i kumuluje do potęgi. Robi się sennie, białawo…Co tutaj wyprawiają mgły… Najpierw nieśmiały język wynurza się z lasu, ale w ciągu kilkunastu sekund gęstnieje na całości tak, że przesłania mi cały widok. Po kilku chwilach rozpraszają się, jakby trącone niewidocznym dotykiem. Wraca normalna widoczność. Zjawisko powtarza się jak żywe, niemal pulsem. Ziemia oddycha. Księżyc czaruje. Wyciąga zimno, wodę i chłód, zesłaną podczas zimowych miesięcy… Co za taniec. Odwracam się i spoglądam na las za plecami. Sosnowe pnie sterczą wpoły zanurzone w mglistym jedwabiu, oplątane jak prześcieradłem. Druga połowa wznosi się majestatycznie na tle kryształowego nieba, już wolna od zasłony, za to udekorowana lampionami pojedynczych gwiazd. Za nimi, jak patron i kreator tego całego cudu, zagląda śmiały księżyc. Widać go bardzo dobrze. Boże, jak tu pięknie… Dziękuję… Chwilę zastanawiam się, co na taki widok rzekliby moi Księżycowi Wędrowcy, a kto odważyłby się wstąpić kawałek w tak zaczarowaną przestrzeń lasu… Czasem wydaje się, że tam w oddali ktoś stoi i na Ciebie czeka. Gest czyni zaproszenia, chwiejną ręką. Zjawa czasów minionych, lub ułuda, psota mglistej magii. Rozwiewa się niespodzianie, jakby jej nigdy nie było.

landscape-1550698068862-5262

Kaczki nadal niespokojne, choć nieco ciszej. Kawałek dalej z lasu wybiega sarna, skacze przez mgły. Chyba chciała jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem macek wilgoci. Rzeczywiście, na polu zwalnia i przystaje. A mnie rozprasza narastający szmer nieznanego, skradającego się po listowiu. Słyszę, że czmera skrajem lasu. A jeśli tak, trafi na mnie. Na razie nic nie widać. Jeszcze. Chwila spokojnego napięcia. Coś małego. Jest! Szare. Ale o tej porze wszystko jest szare lub bure. Poczyna sobie niemrawo, kręcąc się bez przekonania po krecich kopcach i jakby niepewnym będąc kierunku. Ucieszony, rozpoznaję nocnego gościa. To jenot. Taki trochę puchaty ziemny piesek, bardzo sprytny i ciekawski. Lezie i kołysze się nieco na boki. Mało znany zwierz. Bardzo lubię jenoty, mimo, że są gatunkiem inwazyjnym, potencjalnie szkodliwym. Wnoszą taki powiew tajemnicy, nie będąc tak widoczne ani łatwe do spotkania jak lisy. Zbliżając się do mego stanowiska, zwierzak musiał coś choćby intuicyjnie wyczuć, bo omija mnie nieznacznym łukiem. Nadciągnął od strony stawu…

I wszystko stało się jasne. To pełnia tajemniczych jenotów… Jego tak bały się kaczki.

Termos gorącej herbaty ratuje sytuację podczas następnych godzin oczekiwania. Jękliwie zawodziła Pójdzka, polny strach pól, ostatni widok przed śmiercią mysią. A czarny zwierz nie nadchodził.

noch-les-ozero-kamyshi-derevya

Pełnia mglistej baśni. Księżyc jedności.

Wieczór sączy się rdzawym płomieniem leniwie. Przecieka przez palce pomarańczową łuną, delikatnie podążając ku swemu przeznaczeniu. Chyba mu się nie spieszy. Na tle zorzy zachodu przycupnęły przydrożne drzewa. Stróżują przy szosie, niczym wspomnienie czasów ulotnych. Na szare połacie łąk, powoli zakrada się zmierzch. Siedzę tu od godziny, delektując się widokiem saren, snujących się niefrasobliwie po swoim trawiastym królestwie. I mimo, że nie było mnie tutaj ponad dwa tygodnie, i tym razem nie uciekły, przyglądając się ciekawie. W snach najśmielszych nie marzyłem, że aż tak się zaprzyjaźnimy. Układ jest taki – ja przychodzę popatrzeć, a one mają mnie gdzieś. To ich łąka. Chcesz to siedz. Nie jesz trawy, to chociaż zachowuj się cicho, a wtedy damy Ci podejrzeć nasze sekrety. Może właśnie tak myślą.

fantastik-masaustu-duvar-resimleri-10

W głębi lasu alarmują jeszcze kosy. Ptaki te dobrze widzą w mroku, i zazwyczaj przed spoczynkiem dają znać szczebiotem o tym, co jeszcze je niepokoi. Wieczór tli się ostatnią iskrą czerwieni. Widoczność spada. Będzie zimno… Zewsząd otaczają mnie nieziemskie piski czajek. Czubate ptaszki wielkości niemal kurczaka przelatują jeszcze krążąc nad polami. Odzywają się cały czas, i coś przeczuwam, że nie prędko ścichną. A wiem, że potrafią tak całą noc. Czy i tym razem? Powody mogą być różne. A to dzik krzątający się nieopodal, czy lis przeczesujący zagony. A może po prostu są tak pobudzone na swój sejmik. Wkrótce odlecą, wraz z migotem swych kosmicznych odgłosów.

– Ciiii ciiii ciii ciii ciiiiiii ciii …..

Przemyka obok mnie z poświstem zew z nad moczarów. Stadko kaczek krzyżówek. Ich lotki – pióra, wydają podczas lotu taki właśnie świszczący pogłos. Ilekroć go słyszę, dusza nasiąka mi jakimś takim romantyzmem…W przyrodzie tego roku ogromne przyspieszenie dostrzec można. Od dawna kwitną wrzosy, a rowy zalegają aromatem gnijących stert owoców z przydrożnych drzew. Może już dziś odezwą się jelenie?

Miejsce wydaje się być idealne. Otacza mnie łąkowy świat, z lasem i bagienkiem za plecami. Przede mną poletko kukurydzy, jak magnes przyciągające do swej stołówki wszelkie stworzenie. Już dojrzała i zaczęto ją kosić. A pamiętam lata, kiedy łany stały nawet do końca października… Wokół mojej czatowni zaczynają wirować malutkie nietoperze. To znak, że pojawiły się komary. Z nietoperzami jest tak, najpierw nieokreślone, wysokie, ‘’ćwierknięcia’’ , które można wziąć za mysz. Bywa, ostry, wysoki trel. Poza granicą słyszalności wszelkiej, mimo to słyszysz. Kłuje w bębenki. A potem pojawiają się znienacka cienie, z pogłosem trzepotu. Nocni drapieżni, którzy ukochali mrok. Lubię kiedy są blisko. Mam spokój od komarzych pieśni ludu. A one jakby wiedziały, że obok wędrowca znajdą ich dostatek, i często mi towarzyszą. Szare zjawy, niesforne motyle nocy. Już jest ciemno. Została niecała godzina do wschodu księżyca. Czajki nie ustępują, malując ciszę mitycznymi zawołaniami ptasiego niepokoju.

Sążnisty chrobot, z mrukliwym bulgotem zwiastuje mi buszowanie dzika. Nie widzę go, ale wiem, że jest gdzieś niedaleko. Za czatownią znajduje się polanka, otoczona olchami i rowkiem. Stamtąd bardzo często dobiegają szmery, jakby zwierzęta robiły sobie rozgrzewkę, oswajając się przed wyjściem na pełną przestrzeń.

1005656_533498833364684_1232215856_n

Magiczne srebro rozlewa się mlecznym językiem, wypełniając wszelkie zakątki śpiącej łąki. Księżycowy pielgrzym, ogłasza czar swego panowania. Z pomiędzy olchowych gałęzi, migają do mnie kryształowe błyski odwiecznych promieni nocy. Zdaje się, chcą wniknąć wszędzie, otulając i wypełniając świat dotykiem mglistej baśni… Wtedy ją zauważam. Zwierz nadszedł nie wiadomo kiedy, i jak cicho. Sarna? Od razu odrzucam tą myśl. Inna sylwetka. Większa. To będzie łania – samica jelenia. Płowa księżniczka stoi na skraju drzewnego cienia, wyległszy zeń do połowy. Wiem co robi. Węszy. Bada, czy jest bezpiecznie. Z kukurydziska dobiega łoskot łamanych łodyg. Dla mnie znak, że jest tam już inny jeleń, albo dzik. Ona też się tym nie niepokoi. Żwawo rusza przed siebie, zachwycając mą duszę pięknem nocnego świata. Właśnie dla takich momentów tu jestem…

Łańka dociera do rowu, i tam chwilę ‘’zastanawia się’’. Pewnie, w jaki miejscu go przekroczyć, tak aby najmniej zmoczyć futro. Szuka wygodnego przejścia i zmierza wprost do mojej czatowni. Rozważnie, dostojnie, krok po kroku, pląs po pląsie…Teraz jest tuż pode mną. Mimo, że wsunęła się w cień, nadal rozróżniam trójkątny pysk i łyżkowate uszy. Jestem spokojny, oddech ani tętno nie przyspieszają. Stwórcy dziękuję za dar tego widoku. Jak to możliwe, że mnie nie wyczuła? Mają nieziemski węch. A ona nic. Z szelestem daje susa przez rów i znika po drugiej stronie łąki. Cały czas ją widzę. Po chwili dobiegają mnie ‘’szuraste’’ odgłosy zrywania trawy, zębami jak cążki. Zaskoczenie. Byłem pewien, że pójdzie na kukurydzę. Wybrała zieleninę. Czajki nie odpuszczają…

Szurrr. Szrrr…Znowu nietoperze. A właściwie jeden. Ale co on mi tu wyprawia? Podlatuje do czatowni i jakby wczepiał się na ułamek sekundy pazurkami. Może zbiera owady, które tam siedzą? A może… Przypuszczenie okazuje się słuszne. To jego dom. Za którymś razem nie słyszę jak odrywa się ponownie, a narastający szmer. Nietoperzysko z łoskotem, sunie przez deskę. Musi mieć lokum w szparze pod daszkiem. Jej, ale dziwnie. Teraz będziemy siedzieć tu razem. On szura i szura. Chyba układa się do snu. I teraz doznaję olśnienia. To dlatego, ostatnim razem kiedy zasnęła mi tutaj sarna, nie reagowała na moje normalne poruszanie się wewnątrz konstrukcji. Zwierzaki są tu widać przyzwyczajone do odgłosów buszującego lokatora. Mam szczęście.

Księżyc góruje, wyłaniając się z nad koron majaczących drzew. Po polanie snują się odległe mgły, sunące w oddechu tajemnicy. Te zdobią świat magią. Przynoszą chłód, w mocy wszechobecnej wilgoci. Teraz zaczyna prawdziwy balet…Ilekroć je obserwuję, mam wrażenie, że ścieram się zmysłami z istotą żywą, świadomą. A ona, niepomna na moje rozważania wypełnia połać nieprzeniknionym woalem sekretu. Jej pląsające ramiona otulają ziemską macierz, pogrążoną w szelestach zwierzęcego żywota. Raz sprawia wrażenie lekkiej, jakby zaraz pod niebiosa zaraz wzbić się miała, innym razem zalega ciężko i głucho okrywając łąkowe pielesze puchową kołdrą snu. To wspina się z mozołem po zamyślonych krzewach głogu i tarniny, za chwilę opadając nisko ze zmęczenia jakby. Wypoczywająca ziemia, na prządzach z urojonych kropel, tka swój sen nieodgadniony.

Z czaru duszy wyrywa mnie narastający pogłos. Odwracam się i zamieram w kolejnym zachwycie – przez łąkę kłusuje ogromny dzik. Odludek, emeryt. Bardzo rzadko zdarza się, by tak cwany zwierz wystąpił na gołą przestrzeń. W pełnię są szczególnie czujne, trzymając się rowów, cienia, i zadrzewień. A ten biegnie przez środek. Widać czuje się tu pewnie. Czarna plama z impetem pruje mglisty kożuch, który co i raz przesłania wielkie cielsko. Zdumione sarny, podnoszą anteny czujnych głów. Dopiero teraz je dostrzegam, na krańcach polany. Okazały się być tajemnicą mgły. Dziczysko zatrzymuje się na chwilę, i zaczyna krążyć pod czatownią. Jakby czegoś szukał. Czy mnie czuje, nie wiem. Ale gdyby tak było, z pewnością okazałby zaniepokojenie. Czujne ciało napina się wtedy, ostrzegawcze fuknięcie i tyle go widzisz. I wiem co tak go przyciąga. Z upodobaniem buchtuje krecie kopce, prychając z cicha. Podziwiam czarnego kniazia, z pewnością zwierzęcego władcę tutejszych zakątków. Dziki nigdy się nie znudzą. Mógłbym obserwować je w nieskończoność. Czatownia opleciona jakimś bluszczem i powojnikiem, skrywa się zupełnie przed zmysłami zwierzęcych gości. Można tu obserwować nie płosząc. Szacunek zwierzętom okażesz przychodząc wcześniej, zanim rozpoczną one swoje żerowania. Dla Ciebie będzie to próba pradawnej cierpliwości, a knieja z pewnością nagrodzi wytrwałość. Jest godzina 23, dzicza godzina. Siedzę tu od ósmej wieczora, i tylko ziąb daje w kość. Nie chciałęm brać kurtki, aby dodatkowo nie szeleścić. Ubieram się warstwami, w miękką odzież i mam wtedy pewność, że dla zwierząt jestem niesłyszalny. Tymczasem dzik na chwilę wstąpił w mgłę, której strzęp pałętał się nieopodal. Po czym wrócił, kręcąc się tu i tam. Przyszedł od strony kukurydzisk, znaczy, już powinien być najedzony. Po chwili z łoskotem znika w gąszczu, podążając w sobie tylko wiadomym kierunku.

10334326_662173070497259_422249208104435613_n

Wreszcie nadeszła północ. Pora mi powoli wracać. Niemal zawsze wracam, kiedy zobaczę dzika. Taka żelazna zasada, bo to po prostu chyba najmilszy dla mnie w przyrodzie widok. Rozglądam się wiele razy, czy na pewno ‘’teren czysty’’. Nie chcę przeszkadzać ani sarnom, ani jeleniom, jeśli gdzieś się tu zapodziały. Niczego nie widać. Ależ ziąb… Podążam przez mokre, trawiaste łany, ciesząc się z lekkich gumowców. Mimo to, na stopach czuję lodowate zimno. Tak bardzo chciałem tańcem podziękować światu za podejrzane cuda, dziś chyba jednak nic z tego. Wnurzając się w woal kłębiastej mgły, sam teraz staje się częścią tajemnicy. Ciało zaczepiają chłodne dreszcze. Nic to… Wyciągam z uśmiechem ręce ku wędrującemu księżycowi i migotającym gwiazd kaskadom. Kłaniam się dalekim drzewom, pozdrawiając je w sercu. Zaczynamy się lekko kołysać. Z duszy wypływa wdzięczność, stopiona w jedności z wszystkim co mnie otacza. Kątem oka dostrzegam jeszcze sarnę, pogrążoną w mglistej toni. Topola za plecami, sennie coś nuci. Zamykam już oczy.

Pozdrowiona bądź Ziemio, ukochana Matko Moja, 
Niech mnie wypełni błoga jedność Twoja,

Z dawnych wspomnień ulepione, z ufnością tu wzrastamy, 
Gdy księżyc szeptem gwarzy, my się kołysamy.

Wietrzyk szemra pieszcząc, gdy blaski już migocą, 
Drzewo nie usypia, liście się ochocą.

Z mocą wiary Stwórcy powierzamy swe istnienie, 
Wdzięczne będąc zawsze, za każde słońca tchnienie.

I Ty wędrowcze cichy, dziękuj razem z nami
Za to coś tu ujrzał, w magii pod gwiazdami.

Zostań mimo zimna, ręce wznieś do nieba, 
Poczuj, że jesteś wszystkim, i niczego nie trzeba.

Zostałem jeszcze długo, z pieśniami, kołysząc się z Topolami. Mają rację, jest za co być wdzięcznym. Początek i koniec. Zmierzając tutaj, przed rower wyskoczył mi zając zaskoczony. Zwolniłem, on nie uciekał, tylko w niespiesznych slalomach kicał przed rowerem jakiś czas, aż przepadł gdzieś na poboczu. Wracając teraz w ciemnościach, pożegnał mnie lis plądrujący przy szosie. Stanął na środku, popatrzył. Nie chciał zejść, oczekując chyba, że ja to zrobię. Kitą wywinął na wiwat i znikł w kukurydzy. Drapieżnik i ofiara. Jedność – DOPEŁNIENIE. Dziwaczne jęki czajek towarzyszyły mi aż do ostatniego pola. Nie ucichły przez całą noc. Czy one kiedykolwiek śpią?  

Nocni Strażnicy.

Jedno jest pewne. Nie ma dwóch takich samych pełni. A ten srebrzysty świat nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać.Mimo tylu lat podczas każdej mogę poznać coś nowego. Krótka historia o czym paplają kaczki nocą oraz jak dzik lisowi kolację zepsuł… Zza okna spogląda na mnie przybierający w złotym blasku księżyc, w domu coś narzekają na mróz…

– Mróz ? ? ?

Chyba nie ma lepszej aury do wyprawy. Zawsze czekam nań z utęsknieniem. Podczas ujemnych temperatur maszeruje się wygodniej, organizm rozgrzewa się – czuję się zdrowiej. Błotniste obszary i nieprzebyte kałużyska ścinają się chłodem, otwierając swobodny trakt dla dotychczas niedostępnych miejsc. Szybka decyzja, kompletowanie ubioru, zamyślenie czy wszystko jest. Jest. No to w drogę!

4797388-night-pictures

W dolinie pośród pól, rowów, łąk i zadrzewień wita mnie gęsta otulina mgły. No tak: ‘’Mleko się rozlało’’. Na niżej położonym terenie kumuluje się na potęgę, skrywając wszystko całunem powłóczystej tajemnicy. I straszno, i pięknie. Wstępuję w kłęby i ruszam dalej. W środku widać całkiem niezle. Z daleka wyglądało to gorzej. Choć znam drogę na pamięć, cieszę się, że jednak widoczność jest bardzo przyzwoita. Pod stopami niestety chrzęszczą marznące grudy. Na trawie jest jeszcze gorzej. Na szczęście jest wcześnie – tuż przed 20, a więc zwierzęta na dobrą sprawę nie buszują tu tak swobodnie. Z oddali dobiegają cały czas odgłosy żyjącej wsi. One czekają na ciszę.

Moim celem jest śródpolne kamienisko, które upatrzyłem sobie spacerując w ciągu dnia. Miejsce, wysokie, bezpieczne, zapewniające mi dobrą widoczność z każdej strony. Teren – bajka, obok płynący strumyczek, kawałek dalej rów i bobrowa tama. Woda pluska kojąco. Z jednego boku mam widok na kukurydzisko, z drugiego łąka na której lubią żerować sarny i buchtować dziki. W strumieniu znajduje się bród – przejście zwierzątek, którym przeprawiają się z pola na łąkę i odwrotnie. A dalej dzicze bagno i lasy….Na szczycie napotykam dwa idealnie płaskie kamienie, jakby specjalnie ułożone do siedzenia. Duże, bardzo wygodne. I już wiem dlaczego Dusza, i że to właśnie ona wybrała mi to miejsce  Z radością
zasiadam na widowisko i słuchowisko jakie może mnie czekać.

photo-1444080748397-f442aa95c3e5

Nocni strażnicy. O kim mowa? Co i raz dobiega mnie zirytowane kwękanie oburzonych kaczek.

– Kreeech, kweeeek, kreeech – niesie się narzekanie kaczorów. Dolatuje co i raz z różnych stron, ze zmienną intensywnością. Nasłuchuję tego z uwagą. To dla mnie sygnał : ‘’wiedz, że coś się dzieje’’. I już nie muszę z czujnością nasłuchiwać innych zwierząt – wystarczy mi kacze echo. Tak dają wyraz swojemu przestrachowi lub złości, kiedy jakiś dzik przeprawia się lub hałasuje w trzcinach psując im noclegowisko. Może szuwary penetruje lis? Tego nie wiem, ale przy odrobinie cierpliwości i szczęścia dowiem się w swoim czasie. A gdyby kaczki z trzepotem odleciały, wtedy trzeba mieć się na baczności. Znaczy – zbliża się drugi człowiek. Pożegna mnie wtedy smutny poświst skrzydeł… Na razie jednak paplają, nie zamierzając się ruszać. Nie pomyliłem się – po jakimś czasie słyszę niedaleko ‘’kaszlące’’ i bulgocące dziki. Ależ gromko dziś chrypią! Nie chcą jednak się pokazać, harcując w zaroślach. Kaczuchy co i raz obwieszczają nowe zdarzenia z kolejnych miejsc. I cichną. I tak ciągle…Niezły gwar, jak na końcówkę listopada. Wzmaga się mróz, ale nowa taktyka ubioru sprawdza się znakomicie i bez trudu wysiaduję już drugą godzinę.

Trochę się uciszyło. Mgła jeszcze zgęstniała. Mokra wata. Co jakiś czas rozglądam się wokół – mimo mrozu, zwierzęta potrafią przemieszczać się subtelnie, i można coś przegapić. Podczas jednego z takich przeglądów dostrzegam koczujące przez opary sylwetki. Dziki? No wreszcie!
Nie…Te są ogromne. Wyższe jakieś. Jelenie? Ale co tu u licha robią jelenie?

winter_sky_by_vronde-d5qxecd

Zszokowany staram się nieco wytłumaczyć racjonalnie. Co też mogło je tu przygnać? Dwa byki. To dopiero niespodzianka. Niedaleko osiedla, ogrodzenia, trasy ruchu, a do większego kompleksu leśnego jakieś trzy kilometry. Nie mogę się nadziwić, a głowa szuka wyjaśnienia. No ok – na resztki kukurydzy. Tylko, że tam miały ją wszędzie po drodze. Aby tutaj dotrzeć musiały nawet przeprawić się przez linię kolejową…Nie znajduję wytłumaczenia. A one, niepomne na wścibskiego gawędziarza, zatopiły swoje cielska z powrotem w szarych kłębach, zmierzając w sobie tylko znanym kierunku. No nic – takie psikusy się zdarzają. Bywało i spotkać dziki niemal pod samym domem, przy powrocie z całonocnego czuwania, na którym nie widziało się niczego.

W ogóle nie ma dziś saren. Trochę mnie to dziwi, bo od śladów gęsto. Nie widać, nawet kozły nie szczekają. Choć co jakiś czas słyszę pluśnięcia kopytek w strumyku, i wiem że sobie tam przechodzą nie pokazując mi się. Jak można zanurzać się w tak lodowatej wodzie! Brrrr….

Mija trzecia godzina. A może dłużej. Czuję się już lekko, błogo i radośnie, zjednoczony w ciszy z tym wszystkim co wokół mnie wędruje, żeruje i śpi. Z letargu wyrywa mnie powtarzające się pluskanie. Coś przechodzi przez bród? Chlupie – pewnie dzik. Po chwili kotłuje się w krzakach, szura w zeschłej trawie, łoskot, chrzęst i niewiadomo co jeszcze. Jakiś dziczy gbur, zupełnie bez szacunku wobec innych zwierząt, które mogłyby się wystraszyć. Jest niedaleko mnie, kilka metrów. Nadal nic nie widzę. Już wstrzymuję oddech, a oczy pewnie świecą się jak u żbika. Szmery przycichają, przechodząc w dziwne skrobanie. Za parę chwil już tylko skrobanie i gryzienie. Czuję się oszukany…No bo teraz, kto, bóbr? 10 minut – szurr, szurr po drewnie. I niewielki pęd wierzby przewraca się z łoskotem. Bober hałasuje nie gorzej niż dzik, a ja staram się go wypatrzyć. Nic z tego…. Za to kątem oka dostrzegam inny ruch.

Yale-University-Art-Gallery-Archaeology-Art-And-Ethnology-Museum1

Wraca lis! Od strony pola. Być może to on straszył kaczki na noclegowisku. Sądząc po tym jak znajomo pełznie, to ten sam przyjaciel ze spotkania wcześniej. Nie zwraca uwagi na moją górkę. Nasłuchuje bobrowych harców. Cały skupiony, z nastawieniem szpiczastych uszek zbliża się do miejsca bobrzej pracy. Stara się podejść do samego rowu nieco dalej. Wiem dlaczego. Bobra upolować nie jest łatwo – wystarczy że pluśnie do wody i tyleś go widział. Tam już schroni się w niedostępnej norze, w razie co wystawiając na dobry wieczór bobry, oślizgłe, ostre, żółte zębiska. Tam gdzie nie mogą jeszcze wybudować żeremi, kopią tunele. A woda zimna….Lisi przyjaciel wie chyba wszystko to samo co ja. A może nawet i więcej. Dlatego stara się zajść od drugiej strony. Bobrzysko hałasuje, tak, że poza pędami które ogryza, chyba świata nie widzi. Trochę mi go szkoda, bo zaraz….

Do widowiska wkracza mi niespodzianie trzeci aktor. A raczej aktorka. Wpatrując się w lisa, zza gałęzi dostrzegam solidną czarną plamę. Poprzedzone regularnym chrzęstem, na który zaabsorbowany nie zwróciłem uwagi. Przez łąkę wesoło i pogodnie toczy się dzik, a raczej spasiona locha, którą widziałem już podczas ostatniej pełni. Wtedy dosłownie wpadliśmy na siebie w gęstej mgle, a świnia wcale niechętnie salwowała się z łąki pofukując gniewnie. I sądząc po tempie w jakim to czyniła, nie była do tego wcale taka chętna. Przeprosiłem ją w myślach. I dlatego dziś wybrałem się dużo wcześniej, wiedząc o jakiej godzinie można ją spotkać na łące. Żeby przypadkiem jej nie nie zakłócić niczego. Ale teraz, mało tego! Z trwożnym kwikiem podlatuje do niej jakaś nieznana mi sowa, forsując pozorowany atak. Co to ma być? Co te zwierzęta dzisiaj? Świnka wygląda jak beczułka, ale może będzie miała młode. Dzikuska niefrasobliwie pruje przed siebie, co i raz przystając i próbując buchtować zmarzniętą darń. W jednym miejscu zatrzymuje się dłużej – prawie naprzeciw mnie. Podziwiam z jaką zawziętością rozwala glebę. Jest taka śmieszna, na tych krótkich nóżkach. Taki pączek. Prawie jak ja  Dobiega mnie zapach mokrej, rozrytej ziemi. Ona krąży tak sobie cały czas w ciągu nocy, podjadając co znajdzie. Widać na kukurydzę nie może już patrzeć, skoro przybrodziła na wpół zalaną łąkę. Bóbr ścichł. Lisa już nie ma. Pora chyba wracać. Patrzę na księżyc. Spowija go pierścienna otoczka, a mgła przybrała w potędze do niemożliwości. I już wiem, że w ciągu godziny utworzą się chmury. Gwiazdy znikły. Na gałązkach polśniewa szron. W słabnącym świetle księżyca iskierki mrozu tlą się migającym tu i tam blaskiem, mamiąc oczy. Ma się wrażenie, że to błyskają ślepia zwierząt. I tak to właśnie jest w tym leśno – polnym świecie. Nigdy nie wiadomo co się zdarzy. Jakiego cudu doświadczysz, i jaką tajemnicę podejrzysz. Komu szczęście, a komu pech? Ja w każdym razie wróciłem najszczęśliwszy jak się domyślacie. I mam nadzieję, że lisowi też udało się tej nocy. A bóbr ocalał. A świnka się najadła i wróciła bezpiecznie do barłogu

night sky

_CKO39221www