Czarny jenot, czyli wędrowny dzień barda.

Zwierzęta są wrażliwe artystycznie. Na pewno słyszeliście o malujących słoniach czy świnkach, ale moje zdziwienie w poznawaniu ich świata wzrasta notorycznie, kiedy gram w lesie. Tego popołudnia dąb niespodzianie wezwał. Wahałem się bardzo czy ruszyć, no bo sobota, więc w lesie będzie dość tłoczno. Jak się okazało, nie było nikogo, widać wszyscy na grillach itp. Żadnego biegacza czy rowerzysty. Drzewo wiedziało. W ostatniej chwili przed wyjściem, łapię z półki kalimbę, też zdumiony dlaczego akurat Krzesimir woła, bym ją zabrał. Znam przecież niemrawy, mruczący charakter dębów, czyżby jednak lubiły słuchać srebrzystych, krystalicznych dzwięków, zamiast swojego dudnienia?

Gdy jadę do lasu, drogą prosto na mnie zasuwa zając. Pierwsze powitanie na dobry początek. W szarym kolorycie podeschniętej ziemi wygląda jak duch. Rozpływa się jak widziadło. Ktoś inny wziąłby go za omam.

Siedzę pod nim. Momentami, dłonie wybuchają ciepłem. Wtedy wiem, że drzewo pracuje ze mną, choć go nie słyszę. Ucieszył się gromko z tego przyjazdu. Chwilami pogrywam kalimbą. Już wieczór osiada. Rzeczywiście, nie było ani jednego człowieka. I jakoś nagle się obracam. Na drogę z lasu wyszedł właśnie zajączek, jednak widząc moją głowę natychmiast się cofa, bo ‘’został zauważony’’. Musiał jednak słyszeć jak pogrywam, mimo to, szedł. Teraz siedzi w zaroślach, i nadal mnie obserwuje. Kilkanaście metrów dalej, na lucernie pasie się sarna. To stara roślina pastewna, dziś już rzadko uprawiana, bardzo lubiana przez zwierzęta. Dlatego tego roku, Krzesimir bardzo cieszy się towarzystwem. Są tu za dnia, a od wieczora można na poletku naliczyć po kilka. Raj dla fotografa. Gdybym nim był. Gram celowo głośniej, ale sarna nie zwraca na to żadnej uwagi. Dzwięki Kalimby, choć srebrzyste i kryształowe, widać nie różnią się dla niej od śpiewu ptaka. Są jak część otoczenia, pieśń natury. Cieszę się bardzo, że mogę podarować swojemu kochanemu lasowi te odgłosy. Mija nieco czasu. NA dębowy konar zlatuje Drozd Śpiewak – ten zanurza zmierzch w kunszcie swej znakomitej pieśni. Siedzi tuż nade mną. Ja gram, on śpiewa. Duet. W zaroślach z tyłu coś szeleści. Chodzi, chrzęści, i zbliża. Kiedy cichnie, obracam głowę. Na drodze stoi jakiś zwierz. Nie rozpoznaję. Przypomina trochę przerośniętą fretkę. W pierwszej chwili biorę go za większego kota. Bo jest niemal cały czarny. Zwierzak robi jeszcze krok, i wtedy zapalają się jego dziwne oczy w tamtym momencie wydają mi się żółte, jakby świeciły. Ozdobny, futrzasty, gęstszy kołnierz wokół szyi. Jest też smukły, gibki. I mimo tylu niewiadomych sprzecznych rozpoznaję – toż to jenot! Ale dlaczego czarny? Bywają one szare, siwe, zawsze z jakimś srebrzystym akcentem. Grube i puchate. A ten szczupły taki, jak sportowiec jaki. Może młody? Na to wygląda. Oczywiście, przez cały ten czas gram. Tkwi taki piękny, czujny i nieziemski. Mimo maleńkości wygląda dostojnie i groznie, jak najbardziej dzika pantera. Jenot rozgląda się, po czym wnika w pobliskie gąszcza. Kolejny duszek puszczy, zaszeleścił. A ja w podziwie i szczęściu, zastanawiam się, jak w ogóle o tym komuś opowiedzieć…

Niebo wygląda dziś, jakby było pomalowane od spodu. Granatowe obłoki lśnią czerwienią, malowane przez ostatnie promienie zgasłego słońca. Horyzont jest jednym pasmem szkarłatu. Na tym tle, żeglują powolne czaple. Powrzaskują do siebie ochryple. Zmierzają pewnie ku wodzie. A mi przypomina się, że to już któryś raz, kiedy w tym tygodniu widzę czaple. Zwierzęta Mocy. Chcą coś powiedzieć. Trzeba będzie sprawdzić.

Komary zaczynają imprezę. Sarnie nie przeszkadza moje poruszanie się. Czasem spogląda w tym kierunku. Lucerna lepsza. Po pożegnaniu z dębem idę już drogą prowadząc obok rower i obserwując sarniątko na poletku. Spogląda, słyszy. Ale nie podejmuje ucieczki. Lekkie krzaki na poboczu, dają jej poczucie bezpieczeństwa. Ja jednak będę musiał się pokazać. Chcę jeszcze wejść na ambonę i posiedzieć do ciemności. Dopiero teraz zwierzak robi kilka susów, ale widać, że są one leniwe, wymuszone. Posyłam jej w myślach przeprosiny i ciepłe myśli bezpieczeństwa. Ona wie. Zatrzymuje się tylko kawałek dalej, nie zwracając już uwagi na moje wdrapywanie się, przebieranie, wiercenie za wygodną pozycją. Mimo że bywam ostatnio tu rzadziej, wciąż mnie pamiętają. Każdy znalazł swoje miejsce. Zależało mi, bo zanim zorza zachodu dogaśnie, można tutaj obserwować arcyzwinne nietoperze. Już nie zamierzam grać. Obserwuję pogrążające się w ciemnościach poletko. Bezwietrznie. Jaki spokój. Dalekie auta na szosach, suną światłami. A tutaj borsuk oto, z posapywaniem wynurza się z trawy i przechodzi tuż pod amboną. Oko rozróżnia jeszcze biel przy jego głowie. Sarny zamieniają się w duchy. Ich szare cienie krążą na polu, pogrążone w raju lucernowego pastwiska. Jedyne odgłosy jakie słychać, to urywane szarpanie, kiedy płowe pyszczki wyrywają kolejne kęsy. Koncert żerowiska. Jak opisać to komuś, kto nigdy nie miał okazji słyszeć? W głębokie ciszy, pogłosy zrywania i przeżuwania odmierzają minuty, godziny, bezczas… Koc rzucony na nogi, grzeje błogo. Pora zatopić się w Nocnym Czuwaniu.

DZIĘKUJĘ ZA TWOJĄ CZYTELNICZĄ OBECNOŚĆ Po więcej opowieści zapraszam do książki ”Szepty Kniei”:
https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

🥰 A jeśli podobała Ci się ta historia, możesz okazać WSPARCIE dla mojej działalności autorskiej, podziękowanie czy pomoc, którą można zostawić TUTAJ:
https://pomagam.pl/pomocdlawedrowca

24954295828e13c17aff9c40339fe514

Pełnia śpiących kwiczołów. Czas huczki.

Po kilku dniach dżdżu i delikatnych słot, wreszcie niebo zaczęło się przecierać. Księżycowy Czarodziej, co to dopiero wynurzył się zza kotary chmur, zerknął z niebios na błotniste kałużyska. Srebrzystym promieniem omiótł połacie i przemianę postanowił uczynić. Wezwał na pomoc ziąb, chłody i zimnicę. Odwieczna kompania, braterstwo śmierci… Po polach spaceruje powoli Dziad Mróz, księżycowy pomocnik. Bruzdzi, ścina, utrwala i grudzi. Bo i grudzień w kalendarzu nastał.

Idę powoli, starając się nie szeleścić. Nie jest to łatwe, gdy wszędzie walają się sterty wypłowiałych liści. Ziemia kołdrą się otula od mrozu. Wokół mnie pustki i przestrzenie rozległych pól. Srebrzyste blaski prześwitują ponad jesionową aleją mamiąc wzrok czarami psot. Wyobraznia harcuje. Swoje widzi. Nastroje. Podziwiam jak zmieniają się moje. Od dziwnego zablokowania w splocie, po smutek głęboki nad zdarzeniami świata. I gdy tak siłuję się z przemyśleniami, na baczność podrywa mnie niespodziany łopot.

– Trt Tritt, ttt, kuiiiit!

Poderwało się kilka ptasząt z krzaków obok. Ojej, kwiczoły! Śpią tutaj? Przepraszam! Gdybym wiedział, że tu jesteście… Wybrałbym inną drogę. Kolejne kroki przynoszą następne alarmy. To nie było kilka ptaków. Kwiczoły siedzą wszędzie wokół i podrywają się stadami ze szczebiotem gdy mijam kolejne krzewy. Ulatują w srebrzystą przestrzeń. Część zostaje i terkota. Widowisko oniemienia. To jest jakaś olbrzymia grupa wędrowna. Setki ich podrywają się w powietrze, zataczają krąg i osiadają. Głupio mi, że tak im przerwałem, lecz chodzę tędy tyle razy i nigdy nie było. Pocieszam się, że wszędzie tutaj są owocowe krzewy, ptaki rankiem będą miały pod dziobem stołówkę dla uzupełnienia energii. A dla mnie to lekcja. Dla nas wszystkich. Opowiadam często o tych zakrzaczeniach – ileż ptactwa tam się gnieździ wiosną. Jak pięknie hamują wiatr czyniąc wędrówkę przyjemną. Myślimy – ‘’jakieś krzaki, nic tam nie ma’’. Wycinamy. A tymczasem służą one opieką nawet ciemną zimową nocą, ptasim podróżnikom z daleka. Mówię półcicho, aby się nie bały. Z kolejnych gromad startują już tylko pojedyncze sztuki.Dociera do mnie, że ten niezrozumiały niepokój który cały czas czułem, pochodził od śledzących mnie w napięciu ptaków. Gdy mijam miejsce ich noclegowiska, całkowicie znika. Za szpalerem tarniny prześwitują jakieś ciemne sylwetki. Oho, chyba sarny. Tak. Sprawdzam w nocnej lornetce. Gapią się zdumione. Idę natychmiast dalej, bo wiem że w ich mniemaniu podążający człowiek ich wtedy nie widzi. Są spokojniejsze, niż gdyby stać i obserwować lekko szeleszcząc, zwłaszcza gdy nas wykryły. Sarnie siostry spoglądają ciekawie, odprowadzając rzucanymi z ukosa spojrzeniami. Jedzą jakąś rzepę, której łan porasta to poletko.

Chcę dziś odwiedzić Klona Kostura, tego Bożego Wesołka, co z wszystkiego się śmieje, kocha ludzi i pomysłami obdarza. Wołało to miejsce już od paru dni. Ciągnie mnie do ciszy Jesionowego Szlaku… Akustyka jest tu taka, że nie docierają zwykle odgłosy z wiosek. Można całkowicie zanurzyć się w sobie, pieśni duszy posłuchać, odkrywać… To ważne, i dla siebie posłuchać odpowiedzi. Mimo zimy Klon nie śpi. A przynajmniej odbieram jego narastającą radość już kilkudziesięciu kroków. Szpaler nagich drzew stroszy się i szeleści czym jeszcze może, jakby witał moje przejście fanfarą. Kłaniam się gołym śpiochom. Będąc w naturze mam często poczucie synergii z istotami, żywiołami, energiami które tutaj pracują. Przejawiają się w zdarzeniach , ‘’idealnych ‘’ ruchach wiatru, szelestach, zwierzętach. Mróz gęstnieje i zaczepki szuka. Klona wyczuwam jeszcze zanim podejdę. Tak, cieszy się, że przyszedłem. Jest szczęśliwy, że ostatnimi czasy decyduję odkrywać przyrodnicze bogactwo właśnie wokół niego. Pamiętam, raz gdy mnie wezwał, a na miejscu w którym zawsze pod nim siedzę wylegiwał się zaskroniec. Niespodzianka – potwierdzenie. Dziś chcę tylko z nim pobyć. Choć proszę o swoje sprawy, pozostawiam mu pełną swobodę. Niechaj robi co chce. Ja zasiadam pod pniem i przepatruję lornetką horyzonty. Metoda bardzo mi się sprawdza. Zawczasu, z dużej odległości wykrywam zwierzęta i mogę je ominąć. Nie wpadam nagle, i nie przeszkadzam. Choć na polach mają dostatek żeru, staram się swoją obecność zawsze uczynić jak najmniej widoczną i kłopotliwą. Kochany Klonie. Ty przytulasz tak mocno i ciepło mimo mroznej pustki wokół. Naładowałeś się słońcem przez lato. Teraz mi ofiarujesz. Długo dziś nie zostanę. Ziąb daje w kość. Spróbuję swoich sił z dodatkowym ubraniem w czatowni, tam mniej wieje.

Negocjuję sobie z panią Zimnicą, wzdrygając na plecach kolejne dreszcze, gdy delikatne ‘’szurr’’ otwiera mi wzrok szerzej. Liściastą drogą podąża puchaty piesek. Burza myśli, kto to? Zaszemrał pazurem po jednym liściu – tak subtelnie, ledwo słyszalnie. Zamieram w kamień, zauroczony. Po ciemniej masce na pyszczku poznaję – to jenot! O rety, pewnie zaraz mnie wyczuje i czmychnie. Kroczek za krokiem, jest tuż. Ja siedzę tu może jakieś 7 minut, ślad zostawiłem świeży. A on idzie tędy i wącha. Uspokajam się. Zwierzak mija mnie powoli, jakbym dlań nie istniał. Wiem, że to prezent od Kochanego Klona. Drzewa okazują Miłość w zdarzeniach. Gdy ‘’puchaty’’ szeleści jeszcze w tyle, przychodzi mi obraz. Nasze świadomości jakby na sekundy złączyły się w jeden przepływ – widzę pod katem z jego perspektywy. Jak on postrzega. Widzę siebie. Ale nie jak wyglądam. Biaława sylwetka ulana jakby z mgły, chwieje się i rozwiewa niosąc swoją esencję w pola. Nic dziwnego, że dlań nie istnieję… Bo i z jednej strony przyzwyczajam się do takich zdarzeń, z drugiej wciąż nie rozumiem i zachwycam. Czyli, jestem mu duchem. Po prostu. A jenot dziwi. Przecież podobno zapadają w jakiś rodzaj zimowego snu, tymczasem to już któryś, którego oglądam w środku zimy przy mrozie. Chociaż, gdybym był taki puchaty, też bym więcej wędrował. Szelesty malucha gdzieś gasną. W pamięci zacierają się zjawy. I nie wiesz po chwili takiej magii, czy wydarzyło się naprawdę, a może zdarzył się sen.

– Fuch – buhhh! Rozbrzmiewa gromko gdy maszeruję. Dziki ostrzegają się przed człowiekiem. Nie widzę ich. Wokół kukurydziska, więc gdzieś są. Czatownia znajduje się w polu. Widok rozległy i wspaniałe miejsce do zasiadki pełnej wrażeń. Z każdej strony doskonale będzie widać, a tędy migrują zwierzęta pomiędzy lasami. Z jednym tylko ale… Na przestrzeni, chłód dokucza bardziej. Czatowanie, to nieustanny sprawdzian siebie. Ale ja się dziś przygotowałem. Są dwa termosy, chlebak, plecak pełen ubrania i puszyste mięciusie skarpety ‘’świąteczne’’. Te do siedzenia sprawdzają się lepiej zamiast butów. Na sobie mam trzy koszulki w tym dwie ocieplane, kurtkę z wypełnieniem co nie przepuszcza wiatru, i na to dwie bluzy. Grube rękawiczki, oraz i równie uzbrojony dół wyposażony w podwójne i znów ocieplane kalesony, oraz trzy razy spodnie. W oddali przemykają i gasną światła aut. Dokądś pędzą. Tu zaś nieustraszona sowa pójdzka zawodzi śmiertelnym zawołaniem – Dziadka Mroza na pojedynek wzywa. Czernieją stożkami stare kretowiska. Zasiadka wcale się nie dłuży. Nade mną gwiazdy i sowie jęki, a w rowie nieopodal gramolą się z fuknięciami ukryte dziki. Jak pomyślę, że one teraz taplają się w wodzie… Ale stąd bierze się krzepa. Można potem wędrować gołym polem, mając naprzeciw żywiołów jedynie grubiznę czarnego futra.

62b185738752c39b83e094eed5863e14

Gdy ciało zaczyna tańczyć w podrygach starając się zachować resztki ciepła decyduję ruszyć dalej. Stąd, polami mam już blisko do krainy łąk i podmokłego olsu. Wiatr lekko wieje, jest bardzo przejrzyście. Darń skrzy się kryształami srebrnych migotów. Mróz pochwycił wszystko. Siłuje się z życiem. Podczas wędrówki ogarnia mnie…błogość… Ciepło wnet rozlewa się w środku. Oddech głęboki, spokojny, zdrowy. Tu nie przeszkadza żaden kurz, który w mieszkaniu tak dokucza już po paru dniach od sprzątania. Twarde, kuliste grudy czuję stopami przez kalosze – te są dla mnie jak masaż. Z każdym krokiem szerokie połacie otwierają się z gościną zmagań.. Docieram do szosy, gdzie ‘’coś’’ przemyka mi bezgłośnie przed nosem, pogrążają swój cień w polu. Dwa zające przeniknęły jeden za drugim, a teraz siedzą nasłuchując czujnie. Nie trwonią cennej energii na ucieczkę. Choć jak na zimę jest dość znośnie, i tak mi ich szkoda. Podziw. Tyle różnych stworzeń pląta się nocą, starając po prostu przeżyć. Polami, zwłaszcza zamrożonymi wędruje się wygodnie. Nie zauważasz nawet jak pochłaniasz kilometry. Długa noc pozwala na daleki obchód i tak po prostu kocham – bez zmęczenia, ogrzewany własnym ruchem i zawsze mogę przysiąść gdziekolwiek, popatrzeć na innych zwierzęcych podróżników. Wszyscy dokądś zmierzamy…
Nie sądziłem, że dziś tutaj się znajdę. Blisko 10 kilometrów od domu, przewędrowane pieszo. Ten las też wołał. Odbieram fale przenikającej radości. Czasem zastanawiam się dlaczego? Czy aż tak jestem tu potrzebny? Co wnoszę? Przechadzam się tylko…
Lornetka pokazuje ciemne sylwetki saren, które jedna za drugą maszerują w kierunku rzepaku. Przeczekuję ich przemarsz pod ogromną Topolą. Cienie zapomnienia. Wykrzyknik hałasu. Jakiś oburzony dzik przedziera się przez podszyt z łoskotem. I to są chwile… Nie wiem gdzie jest, a on gna. Nie wiesz gdzie dokładnie wyskoczy. Nie chcę problemów ani wzajemnych pretensji. Szuram lekko nogami w miejscu, aby usłyszał. Olbrzym zmienia gdzieś kierunek i wymija mnie bokiem. Podążaj bezpiecznie bracie. Nie wychodz na otwartą przestrzeń. Posyłam mu myśl.
Kiedy sarnie duchy przemijają udaje mi się bezgłośnie wdrapać na ambonę. Stąd mam widok na całą ich chmarę. Lornetka paruje na zewnątrz, od ciepła moich oczu i śmieję się wtedy. Można kupić i taką za kilkanaście tysięcy, a efekt będzie ten sam. Cierpko rozmyślam. Obcowanie z naturą. Ja, a one. Podziwiam. Ja izoluję się kolejnymi warstwami odzieży, zapijam gorącym z termosu, a one leżą na mokrym szronie, wprost w gołej ziemi. I obojętnie jakie warunki przyjdą, radzić sobie tu będą. Nie będzie ciepłego łóżka, skarpet, koca. To się nazywa przystosowanie + wola przetrwania.

– Kui, kuiii, kuiiii!

Mroczny, jękliwy zew lecący z ciemnego lasu, zapowiada łowy samicy puszczyka. Wieści, że i w gęstwinach runa gryzonie nie są bezpieczne. Ze ściany boru wychodzą jakieś ogromne sylwetki. Przypominają niedzwiedzie. Tak. W kniei nocą, niczego nie można być pewnym ‘’na oko’’. Lornetka i sposób poruszania ukazują jelenie. Te nie są tak swobodne jak sarny. Trzymają się zwartą grupą. Co chwila ‘’omiatają’’ przestrzeń wokół czujnymi głowami, i pasą się dość ostrożnie. I teraz dzieje się ciekawie. Wraz z wyjściem jeleni, część saren podnosi się, i chyłkiem uchodzi do lasu. Stada mijają się. Jakby jedne ustępowały drugim miejsca. Płowi pielgrzymi nocy. Jakaż to znajomość swego otoczenia, tak zmienionego przez człowieka i jakie przystosowanie, aby z tych przekształceń korzystać. Pamiętać wszystko muszą. Tu zaraz pod lasem rzepak, dalej oziminy, gdzie indziej rzepa czy kukurydzisko. Niekończące się stoiska biesiadne. I zawsze wybiorą świeżość, zamiast zatęchłego siana w paśniku. Tu mogą sobie nie przeszkadzać. Paśnik jest mały, trzeba się przepychać lub ustępować. Zwierzęta nie lubią zagęszczenia wielogatunkowego. To nienaturalne. Przy wodopojach, tak samo zmieniają się, korzystając o różnych potach aby sobie nie wchodzić w paradę. Z rozmyślań wyrywa mnie przeraźliwe rzężenie połączone z warkotem okraszone ‘’kotłowaniem’’ pobliskich zarośli. Jakby dwa wielkie psy walczyły ze sobą. Jakiś szczęk, kłapanie… Są straszne, okropne. Wdarły się klinem zaskoczenia w srebrną ciszę. Głowa galopuje w analizach i nagle wiem – toż to huczka dzicza! Słyszałem już niegdyś. Zimowe misterium przyrody, nie tak gromkie i dosadne jak rykowisko, choć jak słychać nieco upiorne. I nie tak łatwe do podsłuchania. Niestrudzone odyńce wytrwale tropią ponętne lochy kilometrami bezdroży, a największe z nich zwierają się w potyczkach z rywalami, tocząc bitki o prawo do świńskiej damy. I do tego dzik używa swego orężą, zakrzywionego kła, w gwarze łowieckiej ludu zwanego fają. Potrafią niezle się wtedy poharatać, pogryzć. To dlatego dziś podczas marszu, słyszałem te nieokreślone, przytłumione z daleka ‘’huknięcia’’. Stąd wzięła się nazwa. Czas huczki. I mawiało, że ‘’dziki się hukają’. Cokolwiek im to oznacza. O huczce nie pamięta się jak o rykowisku. Nie wspomina, brakuje jakichś poetyckich gawęd i opisów. Zapomniane leśne święto czarnego zwierza. Na ten czas, wielkie odyńce – stare samotniki żyjące dotąd osobno starają przyłączyć się do watach i przeganiają młodsze samce. Władać im się zachciewa, panować. Cały rok pielęgnowały samotność, kształcąc się w doświadczeniu i obyciu leśnym. Unikać zasadzek ludzkich, a ukazywać swoją potęgę jedynie wytrwałym czatownikom. Odgłosy mącą jak z głębin piekła. Tu, w ciszy i chłodnej pustce iskrzącej mrozem samotności, knieja odtwarza wciąż spektakl wiecznego cyklu. Gdy wszystko wokół się pasie, ja też zjadam kanapki, dopijam termos i ruszam jakiś czas po tym, jak dziki cichną. Nie mam jakoś ochoty wpaść na nabuzowanego hormonami odyńca. Mróz pieści cierpko odsłonięte fragmenty twarzy. Pielęgnuje wytrwałość. Ależ się odzwyczaiłem. Przecież to ledwo minus trzy. Księżyc góruje w poświacie swej mocy, a noc jeszcze młoda, tymczasem czuję się nasycony. Tyle się wydarzyło. Jenot, klon, sowy, zające, sarny, jelenie, huczka, odyńce. Czas zimowy, a puszcza tętni nieprzerwanie bijącym śpiewem życia. Skute lodem pola otwierają mrozne wrota do pozornej pustki pełnej zmagań. Tu dzieją się opowieści. Leniwie snują niekończące przygody. Wreszcie tutaj, trwa po kres istnienie.

”Pamiętnik Wędrowca” – przykładowy fragment mojej książki.

____________________________________

🧝‍♀️ Dziękuję za Twoją czytelniczą obecność 

🌎 Wspólne Wędrówki do których można dołączyć i ubogacić swoją wrażliwość w świadomym postrzeganiu lasu aktualne są cały rok. Ruszamy sami lub w 2-3 osoby. Gościnna kwatera noclegowa podejmuje podróżnych z daleka  Zapraszam po Twoją leśną przygodę.

Kontakt i zapisy:
🌳 czeremcha27@wp.pl

https://szeptykniei.wordpress.com/ksiezycowe-wedrowki/

🌼 Wsparcie moich prac:
https://szeptykniei.wordpress.com/pomoc/

_____________________________________

PełniaiDzik

W blasku błyskawicy. Owocowi goście i nocne czuwanie z burzą.

Dziś w mojej leśnej przestrzeni – Witarianie  Przyjeżdżają osoby poznane na Owocowym Festiwalu. Niezwykłe historie kolei żywota. Sławek przez większość życia był zapalonym wędkarzem. Teraz na surowej diecie, z totalną zmianą świadomości, nurkuje i podziwia ryby, które niegdyś łapał. Opowiada mi niestworzone rzeczy, jakie podpatrzył w głębinach! Maleńki ciernik budujący gniazdko ze staraniem w ciemnej toni uruchomił wzruszenie, od tego zaczęło się zrozumienie i osobista przemiana. Że ryby, to istoty, których codzienne życie i sprawy niezbyt odbiegają od naszych spraw. Fascynujące, delikatne, mądre. Mówi mi o ich charakterach i ciekawości. Jak grupa linów podpływała aby przyjrzeć się nurkom. O szczupaku, który podpłynął i którego głaskali z kolegą, a on wyprężał grzbiet pod dłonią, jakby mu się podobało  Wiedzieliście, że karpie na dnie stawu wykopują sobie muliste doły w których lubią wypoczywać, i urządzają sobie takie ‘’łazienki’’ miejsce z wystającą gałęzią, aby się o nią ocierać i drapać? Zupełnie jak dziki  Chłonę tajemnice głębin ze słów mojego gościa. Kosmos zagadek, dostępny w skafandrze na wyciągnięcie ręki. A tymczasem Przyroda nam dopisuje…

Zaraz po wyjściu z auta widzimy w jęczmieniu sarnę. I wszystko dzieje się w ciągu jakichś 10 minut… Na przyleśnej dróżce obok rzepaku wynurza się łania, ta obserwuje nas długo, ani drgniemy. Wreszcie wchodzi spokojnie do lasu. Robimy kilka kroków, kiedy znowuż z rzepaku pojawia się czarny kształt. Młody dzik, wycinek, samotny. On nawet nie ucieka. Rzepak raptem cichnie – jakby zwierz się położył. Boso przechodzimy tuż obok niego. Kolejny szelest. Na ścieżkę wychodzi nam borsuk. I znów pogrążamy się w bezruchu, patrząc jak grubasek kręci się i węszy. Szturmują nas zaciekłe komary. Co tu się dziś dzieje! Pierwsze kroki pod lasem, a pojawia się tyle zwierząt. Pamiętam jak pytałem przed wyprawą drzew gdzie się udać, i usilnie wołały tutejsze brzozy. Widać przygotowały nam niespodzianki. Wdzięczność  Trzeba być naprawdę cicho. Szybko mówimy już tylko szeptem, nie chcąc przeszkadzać świątyni tutejszych mieszkańców.

P90611-043127

Ciepło, cieplutko… Całą noc spędzam boso. Przygląda się nam połówka wzbierającego księżyca. Pełnia za kilka dni. Na łące się rozstajemy. Bo za moment zwierzęta zaczną tutaj buszować własnym rytmem. Każdy do swojej czatowni, gdzie osobno spędzamy krótką nockę, zatopieni w ciszy swoich procesów. Frywolne nietoperze wirują wytrwale podlatując tuż do twarzy, albo przenikając w pędzie między belkami ambony. Pomocni towarzysze, nocni łowcy i żywe środki komarobójcze. Dobrze poddać się ich opiece. Owady dokuczają znacznie mniej. Czas oswajać z bladym mrokiem. Czerwcowe Białe Noce parują zapachem dusznego siana i orzeźwiającej wody, kiedy zaciąga chłodem z nad bagna. Tu ‘’piłują ciszę’’ nocni mistrzowie ptasi. Słowik, rokitniczka, łozówka, i monotonny świerszczak. Tylko bąka jakoś brak… bez niego, to nie to. Niespodziane wabienia sikorze i szczebioty jaskółek, to sprawka naśladowców – rokitniczki i łozówki. Ale one potrafią wpleść w swój repertuar chyba każdy zasłyszany głos. Trochę jak papużki faliste. Rozróżniam jeszcze jeden szeleszczący śpiew. Chwila skojarzenia – tak, to strumieniówka! Kolejny niepozorny maleńki śpiewak bagienny. Zawsze kiedy słyszę takie ptaszki, chce mi się śmiać. No bo jak to tak – otwierać gardziołko przez tyle godzin, żeby wydawać z siebie tak nużący, jednostajny dzwięk? Przysłuchuję się strumieniówce. I dochodzę do wniosku, że jej śpiew wybrzmiewa tutaj w idealnej harmonii z otoczeniem. Jakby ktoś pocierał szorstko suche źdźbła trzcin. Ona w nich mieszka, jest przesiąknięta szuwarami na wskroś. Może w ten sposób składa hołd roślinie, z którą na wieki splotła swe istnienie? Mistyka rozważań.
Coś pluska z gromem rozgłosu. Jakby z nieba spadł kamień na wodę. Aż drgam. Pewnie skoczyła jakaś wielka ryba. Bagno odpowiada niepokojem. Mamrocze sennie żuraw i chrypi czapla. Rozwrzeszczało się kilka kozłów saren ukrytych w okolicy.

Błyska się. Cichutko podzwaniają polne świerszcze. Ta noc naprawdę czaruje… przez kolejne godziny podziwiamy oboje formującą się burzę. Jej pomarańczowe jądro rozświetla się co kilka sekund, w kłębach burych chmur. Wygląda złowieszczo, ale i zachwyca. Na ziemię spływają stroboskopowe fale światła. Pod czatownią rozrabia niezgrabny borsuk. Potrafią nahałasować. Za chwilę przez sianokos drepta jenot. Żadne z większych zwierząt nie odważyło się dziś wyjść na świeży pokos. Zbyt gwałtowna zmiana. Ale szary nocny wędrowiec ma to gdzieś. Węszy i rozkopuje trawę. Kwik niedalekich dzików, chyba się pogryzły. Dziś mgieł nie będzie. Nie ma nawet rosy. Energia błyskającego żywiołu pochłania w siebie całą dostępną wilgoć. Szarzeje świt…

P90611-050811

Nadchodzi w rozbłyskach. Wymija nas bokiem. Ptaki nic sobie z tego nie robią, skowronki zaczynają nucić jakby nigdy nic. Robi się widno. Bure smugi sunące tuż przy ziemi. Lisie rodzeństwo… Widać, że nie są jeszcze wyrośnięte. Bawią się i dokazują na dróżce. Skoki, zaczepki, uniki! Jak to dobrze weselić się w świecie. Wyszły z pobliskiego stogu. Szybko się rozjaśnia. W ptasim zegarze wybijają kolejne pory. Za chwilę słychać już drozda, kosa, szpaki, rudziki – koncertuje cały leśny chór. Dostojne żurawie szybują z majestatem gdzieś na śniadanie wśród łąk. My rozmawiamy pod brzozami. Opowiadam o ich sennych marzeniach i tęsknotach. O czym mi kiedyś wyśpiewały

W pamięci Ziemi, 
Starszej niż czas,

Rósł tutaj niegdyś, 
Wspaniały las.

Pełen był mocy, 
Zachwycał potęgą,

Niemal świat cały,
Otulał wstęgą.

Do niego wracamy,
Jego wspominamy,

Z nim jednoczymy,
I o nim śnimy.

I pracujemy, wciąż razem w pokorze, 
Tęskniąc do tego, co wrócić nie może.

Ujrzyj go teraz, ten bór pradawny, 
Niech Ci ukaże, nasz sen się jawny.”

W jednym z wiszących liści uśpiły się trzy maleńkie muszki. Wyglądają tak słodko. Drzewa co i raz wtrącają się z liśćmi, które lądują bezszelestnie gdzieś obok nas. W pewnym momencie zauważam. Kozła sarny, który żuje, stoi, i gapi się na nas jakby nigdy nic. A przecież cały czas rozmawialiśmy normalnym głosem! Nie wiem jak długo nas słuchał. Odruchowo wskazują nań ręką by pokazać Sławkowi, wtedy zwierz umyka chrypiąc. Czyli – dopóki żeśmy nie zwracali na niego uwagi, i on nie czuł się zagrożony. Darzą nas zwierzęta zaskoczeniem swojej mądrości. Poranek targa ciepłym wiatrem, gdy sunąca burza przemyka obok. I nikt nie ma ochoty wracać…

Bohaterka gawędy: Strumieniówka

⚡️ A jeśli i Ty masz ochotę na podobną leśną przygodę, pisz, pytaj  Indywidualne wyprawy możliwe są cały rok. Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść. Kontakt i zapisy: czeremcha27@wp.pl

Dziękuję za odwiedziny w Krainie Szeptów! Po więcej wędrownych gawęd i opowieści zapraszam Cię do papierowego wydania naszej książki, którą można zamówić w księgarni RIDERO. Zamówienia można składać całodobowo, a kurier dostarcza księgę pod wskazany adres, na terenie wszystkich krajów wspólnoty UE. LINK do sklepu:

https://ridero.eu/pl/books/szepty_kniei/

Ostatni odpoczynek jenota

Las szepta nieustannie swe najdziwniejsze opowieści, niemym świadkiem będąc najdzikszych zmagań. Nie ocenia, nie żałuje, i nikogo ze swoich mieszkańców nie potępia. Tylko pochłania wszystko w siebie, jedyną taką stając się mogiłą. Życie bez wytchnienia tańczy ze śmiercią, to w jedną, to w drugą stronę przechylając szalę odwiecznej równowagi. Bo i takie historie można wyczytać na szlaku leśnego pamiętnika…

Długo się zastanawiałem co z tym zdjęciem. Czy dodać, opowiedzieć…Bo natura taka piękna i dobra, w moich opowieściach zazwyczaj. A przecież wiem, że bywa różnie. Podczas wędrówek i czuwań widziało się niejedno. Był dzik zamarznięty wpół w lodzie, lis skuty mrozem strumienia, wydra, sarna utopiona, i pustułka zamrożona na gałęzi nad rzeką, na swym ostatnim posterunku. I wiele innych przypadków. Ten jenot śmiałkiem był nie lada, albo tumanem puchatym zgoła… Świadomie lub nie, wtargnął na lisie terytorium. Które oznaczone jest odchodami na kamieniach, co nawet ja zauważam maszerując. A on taki ma węch, o jakim mogę pomarzyć. W tym zagajniku znajduje się kompleks nor tak starych, liczących sobie niemal pół wieku. Ja nazywam to miejsce ‘’Lisim Pałacem’’ każdego roku podziwiając jak powstają nowe kopce żwiru, piętrzące się często na ponad metr. Ile tuneli, wlotów, wyjść awaryjnych, pułapek, labiryntów nie sposób policzyć ani odkryć wszystkich. Lisy mieszkają tu od bardzo dawna, o dziwo uczciwie dzieląc przestrzeń i z bażantami, zającami, sarnami. Czasem przyjmują borsuczego współlokatora, jeśli akurat jakaś z pieczar jest wolna, a borsuk potrafi przeforsować swoją rację. Ale nigdy jenota… Może dlatego, że to gatunek dość nowy w naszej faunie, i jeszcze nie zdążyły się zaprzyjaźnić. Konkurują ze sobą ostro. Jenot rzadko kopie własne nory, zamiast tego woli wprowadzić się do lisiej lub borsuczej. Co, oczywista nie podoba się właścicielom. Z daleka wyglądał jakby spał… Podchodziłem ostrożnie. Jest taki piękny. Zupełnie jak dziecięcy pluszak. Prawda uderzyła szybko. Przegrał. Uwalone ziemią łapki zdradzają, że próbował kopać, może nawet wszedł nieco do nory. Wtedy capnął rudy. Zmierzwiona, przygnieciona, stłamszona tu i tam sierść, świadczy o zacisku wrogiej paszczęki. Czuję się nieco jak Sherlock Holmes, ale więcej tu nie wybadam. Pozostaje zgadywać. Czy nie wyczuł zagrożenia? A może taki z niego był pewny swego bohater? Nie dowiemy się już nigdy. Lisy są bardziej sprawne w walce i zwinniejsze. Zaś puchaty jenotowy grubasek toczy się dość leniwie, kołysząc na boki, choć w potrzebie potrafi być równie szybki. Niejaki padlinożerca, sam stał się padliną… I tak tu właśnie jest. Ciągła zmiana. Jeden przepływ. Szczęście, uśmiech, jazgot, tragedie. I bocian wędrujący po łące, nie pogardzi małym zajączkiem lub pisklęciem. Nieustanna zamiana materii w energię.

P90301-152406

Nie było krwi. Nieco zdartej sierści. Prawdopodobnie, jeden właściwy chwyt i zbyt długa chwila w zwarciu, wystarczyła aby zadusić. Lis podziękuje za taki posiłek. Jest w świecie przyrody taka zasada, że jeden drapieżnik nie zjada drugiego, chyba, że w krytycznej potrzebie. Tak samo lisy nie zjadają swoich rywali, rzadko czasem pokonanych podczas zalotów, a potrafią odciągnąć daleko w krzaki, i nawet wyprawić pogrzeb – zakopać. Byle przy norze rudemu panu nie śmierdziało…

Jenotowy pech, to dobra wiadomość dla myszołowów, może nawet sikor bogatek, a na pewno każdego ptasiego obserwatora, który pierwszy wypatrzy z góry nietypową plamę. Już one wyprawią mu leśny pogrzeb… Krucze święto na przednówku. Za miesiąc zostanie parę kłębów sierści, rozgoni wiatr… Ucieszy się wielu. Co za bal, co za święto! Uśmiech losu, kiedy mrozy jeszcze trzymają.
Tym jaśniejsze staje się hasło ”nie oceniaj”.
Wysoko krąży kruk, kracząc niecierpliwie w oczekiwaniu swojej nagrody.

Patrzę po raz ostatni, jak spoczywa cicho. Żegnam się w hołdzie i pokorze, wobec odwiecznych praw władających tym światem. Nic tu po moim żalu i smutku. Wypada jednak życzyć smacznego nowym biesiadnikom. Oni dziś wygrali swój byt.

Pamięci puchatego wędrowca  🐹

Pierwiośnie pod Księżycowym Lasem

Wieczór sączy się czerwonym nurtem leniwie. Przecieka nad polem niosąc zapowiedz chłodu. Przede mną rozciąga się widok na przekopaną dziczymi ryjami łąkę, która z tej perspektywy wydaje się być jednym wielkim buchtowiskiem. Krecie kopce sterczą jak małe wulkany w chaosie tego spustoszenia, a ja wiem, że ta trawa nie z takich zgliszcz odrośnie. Jak się zazieleni, nie będzie śladu. Ależ się tu dzieje! Siedzę pod samym lasem, opierając swoje plecy, o pień krzepkiego dębu. On niezbyt…lubi ludzi. Odczułem to już w zeszłym roku. Powodu nietrudno się domyślić, jeśli spojrzeć na okrągłe, jeszcze nie zalane twardzielą blizny, po ścince dolnych grubych konarów. Przykro go ktoś urządził. Bezmyślnie. Dziś on kłuje mnie na powitanie, ale ja negocjuję. Tłumaczę, że nie wszyscy my tacy. Obdarzam współczuciem i najlepszymi życzeniami. Uspokaja się nieco, co jakiś czas dudniąc gniewnie korzeniami od spodu, w utyskiwaniu na swą dolę. Czuje się to przez stopy. Ale mogę już tu siedzieć. Zrobiło się neutralnie, łagodniej. Dopóki jest jasno, staram się po prostu olbrzymowi opowiadać nieco, z dziejącej się tu baśni… Spójrz Mocarzu! Poczuj, co tu się wydarza.

fd64807da33b66abc75fabb0b6f34c04

Na łące podskakuje kruk. Jakby się bawił, dokazywał. Wylądował, mimo że musiał mnie widzieć. A to ostrożne ptaki. Słyszę, że jest ich tu więcej. Odzywają się od jakiegoś czasu. Wsłuchując się, odkrywam. To nie jest takie sobie bezmyślne krakanie. Tu ton wyższy, zaraz inny, ostrzejszy, a czasem aż śpiewne miauknięcie. Bynajmniej nie myszołowa. Ptaki rozmawiają ze sobą! Dusza słyszy. Ciekawe o czym? Podobno kruki potrafią rozpoznać się po głosie nawet po kilkunastu latach rozłąki. Albo po sposobie lotu, z daleka, w powietrzu. Nawet w tym swoim charczącym języku nadają sobie imiona, po których rozpoznają się wołając. To czas kruczych toków. I kiedy łąkowy gość wzbija się do lotu, nadciąga szum zwiastujący kolejnych. Trzech. Przelatują nisko, zataczając nade mną krąg. Ciekawskie ptaszyska. Słońce zaszło już za horyzont, zostawiając świat z poświatą dawnego blasku. W oddali wierzchem pola maszerują sarny. Ich czarne sylwetki odcinają się wyraznie. Za chwilę księżycowy mrok podejmie się spisywania nowych zwierzęcych opowieści… A tu ptasie życie dzieje się w najlepsze. Odzywaja się żurawie. Ale najbardziej zaskakują melodyjne piski czajek. Wcześnie przyleciały. Jak radzą sobie z mrozem?

W majestacie ostatniej czerwieni zachodu, nadciągają rozległe klucze gęsi zbożowych. Najpierw ‘’straż’’ – kilka osobników leci i krzyczy, za nim pozostałe, rozciągnięte formacje. Lecą równie nisko, wiosłując powietrze nieustannymi ruchami poczciwych skrzydeł. I tak żeglują. Wiosenni krzykacze. Zawsze się zastanawiam, jak one potrafią nie pogubić się po ciemku, bo często nocą też latają. Widoczne głos wystarcza. Na pobliskim stawie, kaczki alarmują jak wściekłe. Cały wieczór nie mogą się uspokoić. Co tam się dzieje? Normalnie takie niespokojne nawoływania, świadczą albo o przeszkadzającym dziku, albo penetrującym szuwary, lisie. Być może… Świat powoli okrywa się srebrem, gdy nadciąga księżycowy pielgrzym z zaklęciem poświaty. A one nadal latają. Poświsty skrzydeł. Ruch. Prują powietrze jak strzały. Tamte ze stawu nawołują. Normalnie kakofonia…Kaczkofonia. I wtedy jeden odgłos, powoduje, że robię się nad wyraz zaskoczony i czujny. Niesie się wirujący i nieco fletowy. Powtarza się. Słucham zdumiony. Bo to nie jest ‘’byle jaka’’ kaczka. To Świstun. Taka trochę kacza legenda, którą widziało niewielu, bo jego liczebność ocenia się na kilkanaście gniazdujących par, na cały kraj… Ale nie mogę się mylić. Nie ma też o tej porze roku ptaka, który mógłby naśladować ten głos. Co innego latem. Ale nie 17 lutego. Stawek też nie wyróżnia się niczym szczególnym. Cóż za szczęście! Mimo, że nie widziałem, to mogę dopisać prawdziwy ptasi unikat do zasłyszanej listy. Tylko…jak to logicznie wytłumaczyć? Jak się tu znalazł? Bardzo nikła szansa. A jednak! W domu sprawdzam jeszcze z nagraniem, co usłyszałem. To na pewno był Świstun.

P90217-163218

Dąb wreszcie zasnął. Ziemna wibracja zanikła. Może znużyło go moje ciche paplanie. Mam nadzieję, że jakoś mu pomogłem. Z drzewami, jak z człowiekiem. Bywa, że rozmowa i obecność działa cuda. Też potrafią się zagubić. Zimno wręcz gryzie, i tak powoli łapię się, że wybrałem najgorsze miejsce z możliwych, jeśli chodzi o komfort termiczny. Zaniżenie terenu ściąga chyba chłód z całej okolicy i kumuluje do potęgi. Robi się sennie, białawo…Co tutaj wyprawiają mgły… Najpierw nieśmiały język wynurza się z lasu, ale w ciągu kilkunastu sekund gęstnieje na całości tak, że przesłania mi cały widok. Po kilku chwilach rozpraszają się, jakby trącone niewidocznym dotykiem. Wraca normalna widoczność. Zjawisko powtarza się jak żywe, niemal pulsem. Ziemia oddycha. Księżyc czaruje. Wyciąga zimno, wodę i chłód, zesłaną podczas zimowych miesięcy… Co za taniec. Odwracam się i spoglądam na las za plecami. Sosnowe pnie sterczą wpoły zanurzone w mglistym jedwabiu, oplątane jak prześcieradłem. Druga połowa wznosi się majestatycznie na tle kryształowego nieba, już wolna od zasłony, za to udekorowana lampionami pojedynczych gwiazd. Za nimi, jak patron i kreator tego całego cudu, zagląda śmiały księżyc. Widać go bardzo dobrze. Boże, jak tu pięknie… Dziękuję… Chwilę zastanawiam się, co na taki widok rzekliby moi Księżycowi Wędrowcy, a kto odważyłby się wstąpić kawałek w tak zaczarowaną przestrzeń lasu… Czasem wydaje się, że tam w oddali ktoś stoi i na Ciebie czeka. Gest czyni zaproszenia, chwiejną ręką. Zjawa czasów minionych, lub ułuda, psota mglistej magii. Rozwiewa się niespodzianie, jakby jej nigdy nie było.

landscape-1550698068862-5262

Kaczki nadal niespokojne, choć nieco ciszej. Kawałek dalej z lasu wybiega sarna, skacze przez mgły. Chyba chciała jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem macek wilgoci. Rzeczywiście, na polu zwalnia i przystaje. A mnie rozprasza narastający szmer nieznanego, skradającego się po listowiu. Słyszę, że czmera skrajem lasu. A jeśli tak, trafi na mnie. Na razie nic nie widać. Jeszcze. Chwila spokojnego napięcia. Coś małego. Jest! Szare. Ale o tej porze wszystko jest szare lub bure. Poczyna sobie niemrawo, kręcąc się bez przekonania po krecich kopcach i jakby niepewnym będąc kierunku. Ucieszony, rozpoznaję nocnego gościa. To jenot. Taki trochę puchaty ziemny piesek, bardzo sprytny i ciekawski. Lezie i kołysze się nieco na boki. Mało znany zwierz. Bardzo lubię jenoty, mimo, że są gatunkiem inwazyjnym, potencjalnie szkodliwym. Wnoszą taki powiew tajemnicy, nie będąc tak widoczne ani łatwe do spotkania jak lisy. Zbliżając się do mego stanowiska, zwierzak musiał coś choćby intuicyjnie wyczuć, bo omija mnie nieznacznym łukiem. Nadciągnął od strony stawu…

I wszystko stało się jasne. To pełnia tajemniczych jenotów… Jego tak bały się kaczki.

Termos gorącej herbaty ratuje sytuację podczas następnych godzin oczekiwania. Jękliwie zawodziła Pójdzka, polny strach pól, ostatni widok przed śmiercią mysią. A czarny zwierz nie nadchodził.

noch-les-ozero-kamyshi-derevya

Pełnia księżyca jenotów

Plany były ambitne… 😅 Wysiedzieć w czatowni przy łące co najmniej 3 godziny. Co nie jest takie łatwe, jeśli nie wzięło się pod uwagę pewnych czynników. Delikatny wiatr przy mrozie. Również niezapowiedzianym, bo według prognoz jest na plusie pięć. Ja widzę szron i chrzęściło po grudach gdy szedłem. Szczęście, że zabrałem w plecaku dodatkowe ubrania, znając wiosenne kaprysy żywiołów. Bez tego za wiele bym nie zwojował. Ale wiaterek. Zmora czatowników – obserwatorów. Choć w wielu razach również sprzymierzeniec. Po około 40 minutach, ubrany we wszystko co możliwe, mam dość. Chociaż widok jest przewspaniały na całą łąkę, z przestrzeni zawiewa. Nic też się nie pojawia, nie chodzi. A tyle śladów jeleni i dzików na polu. Z powietrza się nie wzięły. Dziś wyruszyłem dużo później, nieco po 21, aby na miejscu być za godziną 22. Dużo dalej się wybrałem. To trochę taki kompromis, aby z jednej strony za długo nie marznąć, a mieć równie ciekawe obserwacje. Znam dobrze ten rejon i wiem, o jakich porach kręcą się tu dziki.
Jeszcze się trzymam. Ratuje herbatą. Kwilą czajki, głośne o każdej porze nocy. Czy one kiedykolwiek śpią?

Dość. Przypominam sobie, że kawałek dalej jest inna czatownia, osłonięta lasem. Tuż nad bagnem. Tam powinno być znośniej i ciekawiej. Tak… Zimowa wędrówka, jeszcze przy użyciu rowera na dalsze odległości, to nieustanne balansowanie między przechłodzeniem, spoceniem, i ciepłem. Trzeba dobrze znać swoje ciało i to jak sobie w warunkach radzi. Moje bywa dość nieprzewidywalne. Krótki marsz do zmiany miejsca rozgrzewa mnie na tyle, że zapominam o całym zimnie. Na skraju przystaję. Szumią. Świerki. Nigdy ich tutaj nie widziałem, mimo, że znam miejsce długo. Tak były skryte w zieleni latem. Takie rzeczy już nie uchodzą mojej uwadze podczas wędrówek. Wiem, że się witają. Odbieram ich radość. Po dębowej przygodzie, czas pójść dalej. Kłaniam się wam, dostojni świerkowie…

Drogę zagradza mi wywrócona topola, tegoroczna ofiara wichur. Jeszcze jesienią nie było jej tutaj. Pewnie ją uprzątną… zagradza przejazd. Mój teren widoku to nieco mniejsza łąka, również zbuchtowana. Tuż za nią bagno. Dużo bardziej rozległe i dzikie, niż te, które mam bliżej domu. Siedziałem nad nim podczas rykowiska. Rzeczywiście, jest dużo znośniej. Drzewa wytłumiły powiew. Można siedzieć. Kogo kryjesz w swych czeluściach, bagienna ostojo?

Tak. Tu jest dużo ciekawiej. Za plecami mam las, rzęsiście oświetlony księżycowymi promieniami. Jest taki widny. A księżyc góruje, rozjaśniając dobrze wszystko. Jak rzadko, ludzkie oczy mogą coś takiego oglądać. Tak prześwietlony zagajnik, nie jest ani trochę straszny. Widać wszystko na ‘’przestrzał’’. Co innego będzie jak się zazieleni i zarośnie. Dużo mroczniej. Rzadko panuje cisza. Delikatne szmery, szelesty, stąpania powtarzają się co jakiś czas. Nieśmiałe. Jest, ale nie chce się ujawnić. Domyślaj się wędrowcze, zgaduj. Miłej zabawy. Szepty bagiennych zjaw. Ale to właśnie kocham. Szeleszcząca muzyka świata, moje księżycowe ukojenie i zestrojenie z wszechświatem. To się nigdy nie nudzi. Lubię puścić wtedy wodze fantazji i spodziewać się łosia, żubra, wilka… Marzenia, czekające spełnienia. Choć już każde z tych zwierząt spotkałem. Chciałbym jednak więcej. Mimo przynajmniej trzech stopni mrozu, dostrzegam jakieś owady przelatujące powoli przed oczami. Coraz bardziej przestaję wierzyć w jakiekolwiek dawne ‘’stałe’’ przyrody. Skoro w listopadzie kwitły łąkowe kwiaty…

Raccoon-dog-running-snow-winter_1920x1200

Szurrr, szurrr. Narasta z oddali. Coś wcale bez poszanowania ciszy, lezie po ściółce. Mimo głośnego, szybko wykluczam dzika. Nie ten krok. I już by się odezwał jakoś. Coraz bliżej. Już, tuż! Pod czatownią. Nie widzę. Nie oddycham również. Czekam aż przesunie się na widok, okręcając bezgłośnie szyją. I uśmiechnięte zaskoczenie. Niezgrabny, kołyszący chód. To…jenot! Widziałem jednego z nich wczoraj, nieco gdzie indziej. Ale? Mimo, że ten się zatrzymał, pogłos nadal jest. Co tam jeszcze chodzi? I zza kępy wynurza się drugi. Kręcą się oba. I…trzeci! Dwa zbliżają do siebie pyszczkami i odbijają lekko jak piłki. Co tu się dzieje? W taki mróz? Jenoty zapadają w coś w rodzaju snu zimowego. Jednak…Hmm, w dzień było sporo na plusie. To mogło je obudzić. A pozatym to również czas ich godów. Ok, przedwczesne zdziwienie. Zawsze też byłem przekonany, że to samotniki… Obserwuję kręcące się zwierzaki w zachwycie. Jenot to wcale nie częsty widok. Mam takie poczucie, że na 10-12 lisów, przypadają 2 jenoty, zarówno w przyrodzie jak i obserwacjach. Wyglądają pociesznie, takie trochę grubaski, w maskach na buzi jak rabusie, w sam raz do tajemniczego klimatu jaki roztaczają Nie są gatunkiem rodzimym, a wielu uważa za szkodnika. Ciężko to ocenić. Fakt, że jenot, żywi się też roślinami, w dużo większym stopniu niż lis. Choć podstawą jego diety jest padlina, i byłby to może plus, gdyby nie inne gatunki, również uzależnione od zimowej podaży martwizny. Mimo wszystko, bardzo je lubię. Wnoszą aurę tajemnicy i ubogacają wyprawy o takie właśnie chwile. Rzadko kopią własne nory, korzystają z tych opuszczonych lisich, oraz borsuczych. Czasem wykrotów i trzcin. Lubią bliskość wody i sprawnie nawet nurkują. Potrafią nieco się wspiąć. Wszechstronny zwierz. Taka niespodzianka obfitości. Szeleszczący wędrowcy obwąchują kilka krecich kopców, próbują coś tu zadziałać łapkami. Oddalają się leniwie, zlewając szare ciałka, w srebrnej poświacie nocy. Uśmiech z buzi mi nie schodzi. Będzie piękna opowieść.

Kiedy maszeruję drogą powrotną, polem do lasu pędzi niewielka wataha pięciu dzików. Moja nagroda i spełnienie wymarzniętych godzin. Ich czarne sylwetki kołyszą się srogo, w mglistej aurze księżyca. I tak to właśnie jest w tym świecie. Same zaskoczenia. Nigdy nie wiesz, czego się spodziewać. Siedząc w czatowni, niepocieszony nieco, rozmyślałem i nad dzikami. Że to takie mądre i przezorne zwierzęta. Tak naprawdę, rzadko zdarza się, aby przy księżycu wyszły na przestrzeń. Starają się podążać wzdłuż zadrzewień i rowów, tak aby ich sylwetka zlewała się z cieniem. Widywałem grupy rodzinne, żerujące godzinami na łąkach, jednak żaden z nich nie wychynął na widok, trzymając się cienia lasu. Instynkt. A stary odyniec to już w ogóle. Ogromy kaban potrafi podejść zupełnie cicho, i wystawić jedynie ryj z szuwarów, węsząc bardzo długo, badając otoczenie. A węch i słuch ma arcyczuły. Nie zauważysz, jeden nieostrożny ruch, i cud – widok przepadł. Fuknie, zahałasuje, i tyleś go widział. W pamięci tej wyprawy zostaną mi bure cienie jenotów, i tęgie sylwetki kłusujących dzików. Warto było wybrać się tak daleko. Dziękuję mojemu światu, za tak bogatą pełnię 

1808077-1366x768-[DesktopNexus.com]

Słomiane Królestwo

Nocą ziemia nie śpi. Słychać jej oddech. Znój mijającego dnia paruje gorącem, wypełniony wibrującą muzyką ukrytych świerszczy. Pola na raptem kilka dni ogarnia czar przemiany, kiedy osrebrzone połacie z łanów dostatku jak za dotknięciem różdżki zmieniają się w szemrząco – szeleszczącą krainę duchem z baśni. To chyba najlepszy, i mój ulubiony czas zwierzęcych obserwacji. Ah, ścierniska… Zawsze czekam z tęsknotą na te raptem kilka dni w roku. Słomiane szmery tego świata zdają się być tętnem udającej tylko sen Matki – Ziemi, zapisane ulotnym dzwiękiem w oczarowanych uszach. Idę cicho pod lasem, z prawej strony mając łan dojrzałej pszenicy. Tu migoty szelestów. Na momenty. Przywidzenia. Biegnący z uciechą przede mną jenot, rozpoczyna ucztę. Cień srogiego puszczyka krąży już groznie z apetytem, rozpływając się w smugach szarości. Czujne gryzonie pierzchają na odgłos kroków wędrowca. Zbożowe duszki. Ani jednego nie widać. Wiem tylko że są. I ten właśnie pogłos pociąga za sobą lawinę słomianych zdarzeń.

Zapraszam Cię na nocne czuwanie w moim świecie…

37812918_676603846022905_5202404735008636928_n

Połóż się wygodnie na jednym z balotów, i okryj miękkim kocem. Wieczór iskrzy się jeszcze czerwonym echem odchodzącego słońca. Z rosnącej nieopodal tarniny dobiega szczebiot układających się do snu mazurków. Ociężałe gołębie grzywacze już także salwowały się z ziarnistego bufetu. Dzienni biesiadnicy ustępują miejsca swoim nocnym zmiennikom. A jest ich trochę… Wnet Twoje plecy ogarnia kojące ciepło – pół metra słomy, robi za kaloryfer, zapewniając komfort, podczas chłodnych nieraz kaprysów nocy. Właśnie swoje latarki zapalają nieśmiało pierwsze gwiazdy, dekorując postępujący granat nieba iskierkami swej magii. Nad lasem wisi już złocisty księżyc, który właśnie wyłonił się zza drzew, zalewając przestrzeń refleksami srebrzystego blasku. Możesz spędzić tą noc zatopiony w myślach, marzeniach, wspomnieniach, śledząc gwiezdny szlak i niespodziewane błyski spadających meteorów z roju Akwarydów. Jednak nie znajdziesz tu ciszy…

Do Twojej rozmarzonej, choć czujnej świadomości przebijają się narastające delikatne piski.
Tak rozpoczynają ucztę gryzonie; myszy polne, norniki, nornice. Szmery i szelesty niepokoją uszy co parę minut. I nie wiesz czy to tylko dokazujący zając, zbłąkany kot, a może…
Tak. Długo nie trzeba było czekać. Mysie weselisko jest sygnałem dla lisów, borsuków, kun, jenotów, sów, wszystkich tych, którzy w swej diecie przekładają gryzonie nad pozostałe dania świata. Jeśli masz odrobinę szczęścia, dostrzeżesz rudzielca, który w wesoły sposób, skokami próbuje pochwycić mysią ofiarę. I choć tkwi w tym dramat, widowisko jest przezabawne, kiedy lisiaki używają całego swego kunsztu aby tylko chwytać sprawnie. Bywa, że lisi rodzice przyprowadzają swoje tegoroczne młode na ścierniskowy bal, aby nauczyć je głównej strategii życiowej własnego przetrwania, jako że podstawą menu lisiego są właśnie gryzonie. Czasem też niecierpliwa młodzież dostaje swoistej głupawki słysząc tyle więcej od nas, że w amoku zaczynają rozdrapywać snopki, nie wiedząc, gdzie też wobec tylu szmerów skierować głodną uwagę…Raz zdarzyło mi się, że lisek zaczął rozgrzebywać snopek na którym siedziałem akurat 

37876139_676603396022950_4805116729665519616_n

 Wtem uwagę Twą przykuwa bury cień, przepływający Ci raptownie nad głową. Podnosisz się gwałtownie starając się rozeznać co to też za straszydło próbuje się do Ciebie dobrać. Nie słyszałeś jak nadleciało. Nic dziwnego. Cień okrąża Cię parę razy, ciekawsko i znika w odmętach mroku. Masz szczęście! Odwiedziła Cię któraś z sów – może płomykówka, puszczyk, pójdzka, albo uszatka? Trzeba się było przyglądać Ciekawskie sowy również rozeznają, że coś jest dzisiaj ‘’nie tak’’ w ich szarym świecie. Słyszą Twój najdelikatniejszy ruch i podlatują aby się upewnić, czy czasem nie jesteś jakimś smacznym kąskiem. Nigdy nie robią krzywdy.

Choć większe zwierzęta nie mają tu czego szukać, i one zaglądają tutaj z przestojem. Sarny i dziki przyciąga chyba pogłos tego, co w szmerach tu się wyrabia. I one nasłuchują ciekawie palety zdarzeń.

Czas mija leniwie, przerywany niewiadomego pochodzenia szelestami, i rzadkimi zawołaniami nocnych ptaków. Robi się chłodniej. Jest Ci zimno mimo trzech rękawów, a przecież jeszcze przed zachodem słońca pociłeś się będąc w samej koszulce. Różnice temperatur bywają spore, i warto na taką wyprawę zabrać sobie dodatkowe ubranie w plecak.

Szurrr, szurrr… Delikatny pogłos narasta. Co też to może być jeszcze? Wytężasz wzrok w kierunku odgłosów. Odległe sylwetki dalekich balotów mamią oczy rozlewającymi się plamami dziwnych stworów. Z tej masy, wyłania się…coś. Sprawca pogłosu. Sunie niemal w Twoim kierunku. I już się nie boisz, to tylko wędrujący kozioł sarny, który choćby chciał, nie jest tu w stanie poruszać się bezgłośnie. Nikt nie jest. I to zaleta ścierniska. Taka noc, to orgia dla słuchu i relaks dla duszy, kiedy uświadamiasz sobie, ile też ‘’za oknem’’ się dzieje?

Nagłe myśli rozprasza coś jeszcze. Ten pogłos jest jakby bardziej solidny, szybko przybiera w sile. Dzwięk gęstnieje wokół Ciebie, napełniając serce ciekawością i zaniepokojeniem. Z wrażenia kładziesz się na brzuchu, aby lepiej się rozejrzeć. I wtedy je dostrzegasz. Czarne plamy biegną niespokojnie, jakby świadome hałasu i widoczności na jaką się wystawiają. Spieszą się. Bure zjawy, przypominają trochę przerośnięte psy. Ale to nie psy! Posapywania i chrząkania obwieszczają zmysłom dziki. Będą przechodzić tuż obok Ciebie, chyba, że się poruszysz albo zawczasu Cię wyczują. Jeśli nie – w Twoim sercu zapisze się jedno z najciekawszych w życiu wspomnień…

A jeśli gdzieś tam, pod gwiazdami przy przemarszu dzików dopadnie Cię samotność lub lachy strachów, pomyśl sobie, że Czeremchowy Wędrowiec także wysiaduje z ufnością na snopku ucieszony jak dziecko i duszą całą chłonie cuda swojego raju  Słomiane królestwo chrzęstów i wydarzeń właśnie w najbliższych dniach odrywać będzie niekończące się tajemnice. Wśród wszechobecnych szelestów swój pamiętnik zapiszą kolejne opowieści… Może Twoje własne?

37878019_676603496022940_6064275491584475136_n