W blasku błyskawicy. Owocowi goście i nocne czuwanie z burzą.

Dziś w mojej leśnej przestrzeni – Witarianie  Przyjeżdżają osoby poznane na Owocowym Festiwalu. Niezwykłe historie kolei żywota. Sławek przez większość życia był zapalonym wędkarzem. Teraz na surowej diecie, z totalną zmianą świadomości, nurkuje i podziwia ryby, które niegdyś łapał. Opowiada mi niestworzone rzeczy, jakie podpatrzył w głębinach! Maleńki ciernik budujący gniazdko ze staraniem w ciemnej toni uruchomił wzruszenie, od tego zaczęło się zrozumienie i osobista przemiana. Że ryby, to istoty, których codzienne życie i sprawy niezbyt odbiegają od naszych spraw. Fascynujące, delikatne, mądre. Mówi mi o ich charakterach i ciekawości. Jak grupa linów podpływała aby przyjrzeć się nurkom. O szczupaku, który podpłynął i którego głaskali z kolegą, a on wyprężał grzbiet pod dłonią, jakby mu się podobało  Wiedzieliście, że karpie na dnie stawu wykopują sobie muliste doły w których lubią wypoczywać, i urządzają sobie takie ‘’łazienki’’ miejsce z wystającą gałęzią, aby się o nią ocierać i drapać? Zupełnie jak dziki  Chłonę tajemnice głębin ze słów mojego gościa. Kosmos zagadek, dostępny w skafandrze na wyciągnięcie ręki. A tymczasem Przyroda nam dopisuje…

Zaraz po wyjściu z auta widzimy w jęczmieniu sarnę. I wszystko dzieje się w ciągu jakichś 10 minut… Na przyleśnej dróżce obok rzepaku wynurza się łania, ta obserwuje nas długo, ani drgniemy. Wreszcie wchodzi spokojnie do lasu. Robimy kilka kroków, kiedy znowuż z rzepaku pojawia się czarny kształt. Młody dzik, wycinek, samotny. On nawet nie ucieka. Rzepak raptem cichnie – jakby zwierz się położył. Boso przechodzimy tuż obok niego. Kolejny szelest. Na ścieżkę wychodzi nam borsuk. I znów pogrążamy się w bezruchu, patrząc jak grubasek kręci się i węszy. Szturmują nas zaciekłe komary. Co tu się dziś dzieje! Pierwsze kroki pod lasem, a pojawia się tyle zwierząt. Pamiętam jak pytałem przed wyprawą drzew gdzie się udać, i usilnie wołały tutejsze brzozy. Widać przygotowały nam niespodzianki. Wdzięczność  Trzeba być naprawdę cicho. Szybko mówimy już tylko szeptem, nie chcąc przeszkadzać świątyni tutejszych mieszkańców.

P90611-043127

Ciepło, cieplutko… Całą noc spędzam boso. Przygląda się nam połówka wzbierającego księżyca. Pełnia za kilka dni. Na łące się rozstajemy. Bo za moment zwierzęta zaczną tutaj buszować własnym rytmem. Każdy do swojej czatowni, gdzie osobno spędzamy krótką nockę, zatopieni w ciszy swoich procesów. Frywolne nietoperze wirują wytrwale podlatując tuż do twarzy, albo przenikając w pędzie między belkami ambony. Pomocni towarzysze, nocni łowcy i żywe środki komarobójcze. Dobrze poddać się ich opiece. Owady dokuczają znacznie mniej. Czas oswajać z bladym mrokiem. Czerwcowe Białe Noce parują zapachem dusznego siana i orzeźwiającej wody, kiedy zaciąga chłodem z nad bagna. Tu ‘’piłują ciszę’’ nocni mistrzowie ptasi. Słowik, rokitniczka, łozówka, i monotonny świerszczak. Tylko bąka jakoś brak… bez niego, to nie to. Niespodziane wabienia sikorze i szczebioty jaskółek, to sprawka naśladowców – rokitniczki i łozówki. Ale one potrafią wpleść w swój repertuar chyba każdy zasłyszany głos. Trochę jak papużki faliste. Rozróżniam jeszcze jeden szeleszczący śpiew. Chwila skojarzenia – tak, to strumieniówka! Kolejny niepozorny maleńki śpiewak bagienny. Zawsze kiedy słyszę takie ptaszki, chce mi się śmiać. No bo jak to tak – otwierać gardziołko przez tyle godzin, żeby wydawać z siebie tak nużący, jednostajny dzwięk? Przysłuchuję się strumieniówce. I dochodzę do wniosku, że jej śpiew wybrzmiewa tutaj w idealnej harmonii z otoczeniem. Jakby ktoś pocierał szorstko suche źdźbła trzcin. Ona w nich mieszka, jest przesiąknięta szuwarami na wskroś. Może w ten sposób składa hołd roślinie, z którą na wieki splotła swe istnienie? Mistyka rozważań.
Coś pluska z gromem rozgłosu. Jakby z nieba spadł kamień na wodę. Aż drgam. Pewnie skoczyła jakaś wielka ryba. Bagno odpowiada niepokojem. Mamrocze sennie żuraw i chrypi czapla. Rozwrzeszczało się kilka kozłów saren ukrytych w okolicy.

Błyska się. Cichutko podzwaniają polne świerszcze. Ta noc naprawdę czaruje… przez kolejne godziny podziwiamy oboje formującą się burzę. Jej pomarańczowe jądro rozświetla się co kilka sekund, w kłębach burych chmur. Wygląda złowieszczo, ale i zachwyca. Na ziemię spływają stroboskopowe fale światła. Pod czatownią rozrabia niezgrabny borsuk. Potrafią nahałasować. Za chwilę przez sianokos drepta jenot. Żadne z większych zwierząt nie odważyło się dziś wyjść na świeży pokos. Zbyt gwałtowna zmiana. Ale szary nocny wędrowiec ma to gdzieś. Węszy i rozkopuje trawę. Kwik niedalekich dzików, chyba się pogryzły. Dziś mgieł nie będzie. Nie ma nawet rosy. Energia błyskającego żywiołu pochłania w siebie całą dostępną wilgoć. Szarzeje świt…

P90611-050811

Nadchodzi w rozbłyskach. Wymija nas bokiem. Ptaki nic sobie z tego nie robią, skowronki zaczynają nucić jakby nigdy nic. Robi się widno. Bure smugi sunące tuż przy ziemi. Lisie rodzeństwo… Widać, że nie są jeszcze wyrośnięte. Bawią się i dokazują na dróżce. Skoki, zaczepki, uniki! Jak to dobrze weselić się w świecie. Wyszły z pobliskiego stogu. Szybko się rozjaśnia. W ptasim zegarze wybijają kolejne pory. Za chwilę słychać już drozda, kosa, szpaki, rudziki – koncertuje cały leśny chór. Dostojne żurawie szybują z majestatem gdzieś na śniadanie wśród łąk. My rozmawiamy pod brzozami. Opowiadam o ich sennych marzeniach i tęsknotach. O czym mi kiedyś wyśpiewały

W pamięci Ziemi, 
Starszej niż czas,

Rósł tutaj niegdyś, 
Wspaniały las.

Pełen był mocy, 
Zachwycał potęgą,

Niemal świat cały,
Otulał wstęgą.

Do niego wracamy,
Jego wspominamy,

Z nim jednoczymy,
I o nim śnimy.

I pracujemy, wciąż razem w pokorze, 
Tęskniąc do tego, co wrócić nie może.

Ujrzyj go teraz, ten bór pradawny, 
Niech Ci ukaże, nasz sen się jawny.”

W jednym z wiszących liści uśpiły się trzy maleńkie muszki. Wyglądają tak słodko. Drzewa co i raz wtrącają się z liśćmi, które lądują bezszelestnie gdzieś obok nas. W pewnym momencie zauważam. Kozła sarny, który żuje, stoi, i gapi się na nas jakby nigdy nic. A przecież cały czas rozmawialiśmy normalnym głosem! Nie wiem jak długo nas słuchał. Odruchowo wskazują nań ręką by pokazać Sławkowi, wtedy zwierz umyka chrypiąc. Czyli – dopóki żeśmy nie zwracali na niego uwagi, i on nie czuł się zagrożony. Darzą nas zwierzęta zaskoczeniem swojej mądrości. Poranek targa ciepłym wiatrem, gdy sunąca burza przemyka obok. I nikt nie ma ochoty wracać…

Bohaterka gawędy: Strumieniówka

⚡️ A jeśli i Ty masz ochotę na podobną leśną przygodę, pisz, pytaj  Razem wymaszerujemy naszą wędrowną opowieść. Szczegóły w całorocznym wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody 

 

Ostatni odpoczynek jenota

Las szepta nieustannie swe najdziwniejsze opowieści, niemym świadkiem będąc najdzikszych zmagań. Nie ocenia, nie żałuje, i nikogo ze swoich mieszkańców nie potępia. Tylko pochłania wszystko w siebie, jedyną taką stając się mogiłą. Życie bez wytchnienia tańczy ze śmiercią, to w jedną, to w drugą stronę przechylając szalę odwiecznej równowagi. Bo i takie historie można wyczytać na szlaku leśnego pamiętnika…

Długo się zastanawiałem co z tym zdjęciem. Czy dodać, opowiedzieć…Bo natura taka piękna i dobra, w moich opowieściach zazwyczaj. A przecież wiem, że bywa różnie. Podczas wędrówek i czuwań widziało się niejedno. Był dzik zamarznięty wpół w lodzie, lis skuty mrozem strumienia, wydra, sarna utopiona, i pustułka zamrożona na gałęzi nad rzeką, na swym ostatnim posterunku. I wiele innych przypadków. Ten jenot śmiałkiem był nie lada, albo tumanem puchatym zgoła… Świadomie lub nie, wtargnął na lisie terytorium. Które oznaczone jest odchodami na kamieniach, co nawet ja zauważam maszerując. A on taki ma węch, o jakim mogę pomarzyć. W tym zagajniku znajduje się kompleks nor tak starych, liczących sobie niemal pół wieku. Ja nazywam to miejsce ‘’Lisim Pałacem’’ każdego roku podziwiając jak powstają nowe kopce żwiru, piętrzące się często na ponad metr. Ile tuneli, wlotów, wyjść awaryjnych, pułapek, labiryntów nie sposób policzyć ani odkryć wszystkich. Lisy mieszkają tu od bardzo dawna, o dziwo uczciwie dzieląc przestrzeń i z bażantami, zającami, sarnami. Czasem przyjmują borsuczego współlokatora, jeśli akurat jakaś z pieczar jest wolna, a borsuk potrafi przeforsować swoją rację. Ale nigdy jenota… Może dlatego, że to gatunek dość nowy w naszej faunie, i jeszcze nie zdążyły się zaprzyjaźnić. Konkurują ze sobą ostro. Jenot rzadko kopie własne nory, zamiast tego woli wprowadzić się do lisiej lub borsuczej. Co, oczywista nie podoba się właścicielom. Z daleka wyglądał jakby spał… Podchodziłem ostrożnie. Jest taki piękny. Zupełnie jak dziecięcy pluszak. Prawda uderzyła szybko. Przegrał. Uwalone ziemią łapki zdradzają, że próbował kopać, może nawet wszedł nieco do nory. Wtedy capnął rudy. Zmierzwiona, przygnieciona, stłamszona tu i tam sierść, świadczy o zacisku wrogiej paszczęki. Czuję się nieco jak Sherlock Holmes, ale więcej tu nie wybadam. Pozostaje zgadywać. Czy nie wyczuł zagrożenia? A może taki z niego był pewny swego bohater? Nie dowiemy się już nigdy. Lisy są bardziej sprawne w walce i zwinniejsze. Zaś puchaty jenotowy grubasek toczy się dość leniwie, kołysząc na boki, choć w potrzebie potrafi być równie szybki. Niejaki padlinożerca, sam stał się padliną… I tak tu właśnie jest. Ciągła zmiana. Jeden przepływ. Szczęście, uśmiech, jazgot, tragedie. I bocian wędrujący po łące, nie pogardzi małym zajączkiem lub pisklęciem. Nieustanna zamiana materii w energię.

P90301-152406

Nie było krwi. Nieco zdartej sierści. Prawdopodobnie, jeden właściwy chwyt i zbyt długa chwila w zwarciu, wystarczyła aby zadusić. Lis podziękuje za taki posiłek. Jest w świecie przyrody taka zasada, że jeden drapieżnik nie zjada drugiego, chyba, że w krytycznej potrzebie. Tak samo lisy nie zjadają swoich rywali, rzadko czasem pokonanych podczas zalotów, a potrafią odciągnąć daleko w krzaki, i nawet wyprawić pogrzeb – zakopać. Byle przy norze rudemu panu nie śmierdziało…

Jenotowy pech, to dobra wiadomość dla myszołowów, może nawet sikor bogatek, a na pewno każdego ptasiego obserwatora, który pierwszy wypatrzy z góry nietypową plamę. Już one wyprawią mu leśny pogrzeb… Krucze święto na przednówku. Za miesiąc zostanie parę kłębów sierści, rozgoni wiatr… Ucieszy się wielu. Co za bal, co za święto! Uśmiech losu, kiedy mrozy jeszcze trzymają.
Tym jaśniejsze staje się hasło ”nie oceniaj”.
Wysoko krąży kruk, kracząc niecierpliwie w oczekiwaniu swojej nagrody.

Patrzę po raz ostatni, jak spoczywa cicho. Żegnam się w hołdzie i pokorze, wobec odwiecznych praw władających tym światem. Nic tu po moim żalu i smutku. Wypada jednak życzyć smacznego nowym biesiadnikom. Oni dziś wygrali swój byt.

Pamięci puchatego wędrowca  🐹

Pierwiośnie pod Księżycowym Lasem

Wieczór sączy się czerwonym nurtem leniwie. Przecieka nad polem niosąc zapowiedz chłodu. Przede mną rozciąga się widok na przekopaną dziczymi ryjami łąkę, która z tej perspektywy wydaje się być jednym wielkim buchtowiskiem. Krecie kopce sterczą jak małe wulkany w chaosie tego spustoszenia, a ja wiem, że ta trawa nie z takich zgliszcz odrośnie. Jak się zazieleni, nie będzie śladu. Ależ się tu dzieje! Siedzę pod samym lasem, opierając swoje plecy, o pień krzepkiego dębu. On niezbyt…lubi ludzi. Odczułem to już w zeszłym roku. Powodu nietrudno się domyślić, jeśli spojrzeć na okrągłe, jeszcze nie zalane twardzielą blizny, po ścince dolnych grubych konarów. Przykro go ktoś urządził. Bezmyślnie. Dziś on kłuje mnie na powitanie, ale ja negocjuję. Tłumaczę, że nie wszyscy my tacy. Obdarzam współczuciem i najlepszymi życzeniami. Uspokaja się nieco, co jakiś czas dudniąc gniewnie korzeniami od spodu, w utyskiwaniu na swą dolę. Czuje się to przez stopy. Ale mogę już tu siedzieć. Zrobiło się neutralnie, łagodniej. Dopóki jest jasno, staram się po prostu olbrzymowi opowiadać nieco, z dziejącej się tu baśni… Spójrz Mocarzu! Poczuj, co tu się wydarza.

fd64807da33b66abc75fabb0b6f34c04

Na łące podskakuje kruk. Jakby się bawił, dokazywał. Wylądował, mimo że musiał mnie widzieć. A to ostrożne ptaki. Słyszę, że jest ich tu więcej. Odzywają się od jakiegoś czasu. Wsłuchując się, odkrywam. To nie jest takie sobie bezmyślne krakanie. Tu ton wyższy, zaraz inny, ostrzejszy, a czasem aż śpiewne miauknięcie. Bynajmniej nie myszołowa. Ptaki rozmawiają ze sobą! Dusza słyszy. Ciekawe o czym? Podobno kruki potrafią rozpoznać się po głosie nawet po kilkunastu latach rozłąki. Albo po sposobie lotu, z daleka, w powietrzu. Nawet w tym swoim charczącym języku nadają sobie imiona, po których rozpoznają się wołając. To czas kruczych toków. I kiedy łąkowy gość wzbija się do lotu, nadciąga szum zwiastujący kolejnych. Trzech. Przelatują nisko, zataczając nade mną krąg. Ciekawskie ptaszyska. Słońce zaszło już za horyzont, zostawiając świat z poświatą dawnego blasku. W oddali wierzchem pola maszerują sarny. Ich czarne sylwetki odcinają się wyraznie. Za chwilę księżycowy mrok podejmie się spisywania nowych zwierzęcych opowieści… A tu ptasie życie dzieje się w najlepsze. Odzywaja się żurawie. Ale najbardziej zaskakują melodyjne piski czajek. Wcześnie przyleciały. Jak radzą sobie z mrozem?

W majestacie ostatniej czerwieni zachodu, nadciągają rozległe klucze gęsi zbożowych. Najpierw ‘’straż’’ – kilka osobników leci i krzyczy, za nim pozostałe, rozciągnięte formacje. Lecą równie nisko, wiosłując powietrze nieustannymi ruchami poczciwych skrzydeł. I tak żeglują. Wiosenni krzykacze. Zawsze się zastanawiam, jak one potrafią nie pogubić się po ciemku, bo często nocą też latają. Widoczne głos wystarcza. Na pobliskim stawie, kaczki alarmują jak wściekłe. Cały wieczór nie mogą się uspokoić. Co tam się dzieje? Normalnie takie niespokojne nawoływania, świadczą albo o przeszkadzającym dziku, albo penetrującym szuwary, lisie. Być może… Świat powoli okrywa się srebrem, gdy nadciąga księżycowy pielgrzym z zaklęciem poświaty. A one nadal latają. Poświsty skrzydeł. Ruch. Prują powietrze jak strzały. Tamte ze stawu nawołują. Normalnie kakofonia…Kaczkofonia. I wtedy jeden odgłos, powoduje, że robię się nad wyraz zaskoczony i czujny. Niesie się wirujący i nieco fletowy. Powtarza się. Słucham zdumiony. Bo to nie jest ‘’byle jaka’’ kaczka. To Świstun. Taka trochę kacza legenda, którą widziało niewielu, bo jego liczebność ocenia się na kilkanaście gniazdujących par, na cały kraj… Ale nie mogę się mylić. Nie ma też o tej porze roku ptaka, który mógłby naśladować ten głos. Co innego latem. Ale nie 17 lutego. Stawek też nie wyróżnia się niczym szczególnym. Cóż za szczęście! Mimo, że nie widziałem, to mogę dopisać prawdziwy ptasi unikat do zasłyszanej listy. Tylko…jak to logicznie wytłumaczyć? Jak się tu znalazł? Bardzo nikła szansa. A jednak! W domu sprawdzam jeszcze z nagraniem, co usłyszałem. To na pewno był Świstun.

P90217-163218

Dąb wreszcie zasnął. Ziemna wibracja zanikła. Może znużyło go moje ciche paplanie. Mam nadzieję, że jakoś mu pomogłem. Z drzewami, jak z człowiekiem. Bywa, że rozmowa i obecność działa cuda. Też potrafią się zagubić. Zimno wręcz gryzie, i tak powoli łapię się, że wybrałem najgorsze miejsce z możliwych, jeśli chodzi o komfort termiczny. Zaniżenie terenu ściąga chyba chłód z całej okolicy i kumuluje do potęgi. Robi się sennie, białawo…Co tutaj wyprawiają mgły… Najpierw nieśmiały język wynurza się z lasu, ale w ciągu kilkunastu sekund gęstnieje na całości tak, że przesłania mi cały widok. Po kilku chwilach rozpraszają się, jakby trącone niewidocznym dotykiem. Wraca normalna widoczność. Zjawisko powtarza się jak żywe, niemal pulsem. Ziemia oddycha. Księżyc czaruje. Wyciąga zimno, wodę i chłód, zesłaną podczas zimowych miesięcy… Co za taniec. Odwracam się i spoglądam na las za plecami. Sosnowe pnie sterczą wpoły zanurzone w mglistym jedwabiu, oplątane jak prześcieradłem. Druga połowa wznosi się majestatycznie na tle kryształowego nieba, już wolna od zasłony, za to udekorowana lampionami pojedynczych gwiazd. Za nimi, jak patron i kreator tego całego cudu, zagląda śmiały księżyc. Widać go bardzo dobrze. Boże, jak tu pięknie… Dziękuję… Chwilę zastanawiam się, co na taki widok rzekliby moi Księżycowi Wędrowcy, a kto odważyłby się wstąpić kawałek w tak zaczarowaną przestrzeń lasu… Czasem wydaje się, że tam w oddali ktoś stoi i na Ciebie czeka. Gest czyni zaproszenia, chwiejną ręką. Zjawa czasów minionych, lub ułuda, psota mglistej magii. Rozwiewa się niespodzianie, jakby jej nigdy nie było.

landscape-1550698068862-5262

Kaczki nadal niespokojne, choć nieco ciszej. Kawałek dalej z lasu wybiega sarna, skacze przez mgły. Chyba chciała jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem macek wilgoci. Rzeczywiście, na polu zwalnia i przystaje. A mnie rozprasza narastający szmer nieznanego, skradającego się po listowiu. Słyszę, że czmera skrajem lasu. A jeśli tak, trafi na mnie. Na razie nic nie widać. Jeszcze. Chwila spokojnego napięcia. Coś małego. Jest! Szare. Ale o tej porze wszystko jest szare lub bure. Poczyna sobie niemrawo, kręcąc się bez przekonania po krecich kopcach i jakby niepewnym będąc kierunku. Ucieszony, rozpoznaję nocnego gościa. To jenot. Taki trochę puchaty ziemny piesek, bardzo sprytny i ciekawski. Lezie i kołysze się nieco na boki. Mało znany zwierz. Bardzo lubię jenoty, mimo, że są gatunkiem inwazyjnym, potencjalnie szkodliwym. Wnoszą taki powiew tajemnicy, nie będąc tak widoczne ani łatwe do spotkania jak lisy. Zbliżając się do mego stanowiska, zwierzak musiał coś choćby intuicyjnie wyczuć, bo omija mnie nieznacznym łukiem. Nadciągnął od strony stawu…

I wszystko stało się jasne. To pełnia tajemniczych jenotów… Jego tak bały się kaczki.

Termos gorącej herbaty ratuje sytuację podczas następnych godzin oczekiwania. Jękliwie zawodziła Pójdzka, polny strach pól, ostatni widok przed śmiercią mysią. A czarny zwierz nie nadchodził.

noch-les-ozero-kamyshi-derevya

Pełnia księżyca jenotów

Plany były ambitne… 😅 Wysiedzieć w czatowni przy łące co najmniej 3 godziny. Co nie jest takie łatwe, jeśli nie wzięło się pod uwagę pewnych czynników. Delikatny wiatr przy mrozie. Również niezapowiedzianym, bo według prognoz jest na plusie pięć. Ja widzę szron i chrzęściło po grudach gdy szedłem. Szczęście, że zabrałem w plecaku dodatkowe ubrania, znając wiosenne kaprysy żywiołów. Bez tego za wiele bym nie zwojował. Ale wiaterek. Zmora czatowników – obserwatorów. Choć w wielu razach również sprzymierzeniec. Po około 40 minutach, ubrany we wszystko co możliwe, mam dość. Chociaż widok jest przewspaniały na całą łąkę, z przestrzeni zawiewa. Nic też się nie pojawia, nie chodzi. A tyle śladów jeleni i dzików na polu. Z powietrza się nie wzięły. Dziś wyruszyłem dużo później, nieco po 21, aby na miejscu być za godziną 22. Dużo dalej się wybrałem. To trochę taki kompromis, aby z jednej strony za długo nie marznąć, a mieć równie ciekawe obserwacje. Znam dobrze ten rejon i wiem, o jakich porach kręcą się tu dziki.
Jeszcze się trzymam. Ratuje herbatą. Kwilą czajki, głośne o każdej porze nocy. Czy one kiedykolwiek śpią?

Dość. Przypominam sobie, że kawałek dalej jest inna czatownia, osłonięta lasem. Tuż nad bagnem. Tam powinno być znośniej i ciekawiej. Tak… Zimowa wędrówka, jeszcze przy użyciu rowera na dalsze odległości, to nieustanne balansowanie między przechłodzeniem, spoceniem, i ciepłem. Trzeba dobrze znać swoje ciało i to jak sobie w warunkach radzi. Moje bywa dość nieprzewidywalne. Krótki marsz do zmiany miejsca rozgrzewa mnie na tyle, że zapominam o całym zimnie. Na skraju przystaję. Szumią. Świerki. Nigdy ich tutaj nie widziałem, mimo, że znam miejsce długo. Tak były skryte w zieleni latem. Takie rzeczy już nie uchodzą mojej uwadze podczas wędrówek. Wiem, że się witają. Odbieram ich radość. Po dębowej przygodzie, czas pójść dalej. Kłaniam się wam, dostojni świerkowie…

Drogę zagradza mi wywrócona topola, tegoroczna ofiara wichur. Jeszcze jesienią nie było jej tutaj. Pewnie ją uprzątną… zagradza przejazd. Mój teren widoku to nieco mniejsza łąka, również zbuchtowana. Tuż za nią bagno. Dużo bardziej rozległe i dzikie, niż te, które mam bliżej domu. Siedziałem nad nim podczas rykowiska. Rzeczywiście, jest dużo znośniej. Drzewa wytłumiły powiew. Można siedzieć. Kogo kryjesz w swych czeluściach, bagienna ostojo?

Tak. Tu jest dużo ciekawiej. Za plecami mam las, rzęsiście oświetlony księżycowymi promieniami. Jest taki widny. A księżyc góruje, rozjaśniając dobrze wszystko. Jak rzadko, ludzkie oczy mogą coś takiego oglądać. Tak prześwietlony zagajnik, nie jest ani trochę straszny. Widać wszystko na ‘’przestrzał’’. Co innego będzie jak się zazieleni i zarośnie. Dużo mroczniej. Rzadko panuje cisza. Delikatne szmery, szelesty, stąpania powtarzają się co jakiś czas. Nieśmiałe. Jest, ale nie chce się ujawnić. Domyślaj się wędrowcze, zgaduj. Miłej zabawy. Szepty bagiennych zjaw. Ale to właśnie kocham. Szeleszcząca muzyka świata, moje księżycowe ukojenie i zestrojenie z wszechświatem. To się nigdy nie nudzi. Lubię puścić wtedy wodze fantazji i spodziewać się łosia, żubra, wilka… Marzenia, czekające spełnienia. Choć już każde z tych zwierząt spotkałem. Chciałbym jednak więcej. Mimo przynajmniej trzech stopni mrozu, dostrzegam jakieś owady przelatujące powoli przed oczami. Coraz bardziej przestaję wierzyć w jakiekolwiek dawne ‘’stałe’’ przyrody. Skoro w listopadzie kwitły łąkowe kwiaty…

Raccoon-dog-running-snow-winter_1920x1200

Szurrr, szurrr. Narasta z oddali. Coś wcale bez poszanowania ciszy, lezie po ściółce. Mimo głośnego, szybko wykluczam dzika. Nie ten krok. I już by się odezwał jakoś. Coraz bliżej. Już, tuż! Pod czatownią. Nie widzę. Nie oddycham również. Czekam aż przesunie się na widok, okręcając bezgłośnie szyją. I uśmiechnięte zaskoczenie. Niezgrabny, kołyszący chód. To…jenot! Widziałem jednego z nich wczoraj, nieco gdzie indziej. Ale? Mimo, że ten się zatrzymał, pogłos nadal jest. Co tam jeszcze chodzi? I zza kępy wynurza się drugi. Kręcą się oba. I…trzeci! Dwa zbliżają do siebie pyszczkami i odbijają lekko jak piłki. Co tu się dzieje? W taki mróz? Jenoty zapadają w coś w rodzaju snu zimowego. Jednak…Hmm, w dzień było sporo na plusie. To mogło je obudzić. A pozatym to również czas ich godów. Ok, przedwczesne zdziwienie. Zawsze też byłem przekonany, że to samotniki… Obserwuję kręcące się zwierzaki w zachwycie. Jenot to wcale nie częsty widok. Mam takie poczucie, że na 10-12 lisów, przypadają 2 jenoty, zarówno w przyrodzie jak i obserwacjach. Wyglądają pociesznie, takie trochę grubaski, w maskach na buzi jak rabusie, w sam raz do tajemniczego klimatu jaki roztaczają Nie są gatunkiem rodzimym, a wielu uważa za szkodnika. Ciężko to ocenić. Fakt, że jenot, żywi się też roślinami, w dużo większym stopniu niż lis. Choć podstawą jego diety jest padlina, i byłby to może plus, gdyby nie inne gatunki, również uzależnione od zimowej podaży martwizny. Mimo wszystko, bardzo je lubię. Wnoszą aurę tajemnicy i ubogacają wyprawy o takie właśnie chwile. Rzadko kopią własne nory, korzystają z tych opuszczonych lisich, oraz borsuczych. Czasem wykrotów i trzcin. Lubią bliskość wody i sprawnie nawet nurkują. Potrafią nieco się wspiąć. Wszechstronny zwierz. Taka niespodzianka obfitości. Szeleszczący wędrowcy obwąchują kilka krecich kopców, próbują coś tu zadziałać łapkami. Oddalają się leniwie, zlewając szare ciałka, w srebrnej poświacie nocy. Uśmiech z buzi mi nie schodzi. Będzie piękna opowieść.

Kiedy maszeruję drogą powrotną, polem do lasu pędzi niewielka wataha pięciu dzików. Moja nagroda i spełnienie wymarzniętych godzin. Ich czarne sylwetki kołyszą się srogo, w mglistej aurze księżyca. I tak to właśnie jest w tym świecie. Same zaskoczenia. Nigdy nie wiesz, czego się spodziewać. Siedząc w czatowni, niepocieszony nieco, rozmyślałem i nad dzikami. Że to takie mądre i przezorne zwierzęta. Tak naprawdę, rzadko zdarza się, aby przy księżycu wyszły na przestrzeń. Starają się podążać wzdłuż zadrzewień i rowów, tak aby ich sylwetka zlewała się z cieniem. Widywałem grupy rodzinne, żerujące godzinami na łąkach, jednak żaden z nich nie wychynął na widok, trzymając się cienia lasu. Instynkt. A stary odyniec to już w ogóle. Ogromy kaban potrafi podejść zupełnie cicho, i wystawić jedynie ryj z szuwarów, węsząc bardzo długo, badając otoczenie. A węch i słuch ma arcyczuły. Nie zauważysz, jeden nieostrożny ruch, i cud – widok przepadł. Fuknie, zahałasuje, i tyleś go widział. W pamięci tej wyprawy zostaną mi bure cienie jenotów, i tęgie sylwetki kłusujących dzików. Warto było wybrać się tak daleko. Dziękuję mojemu światu, za tak bogatą pełnię 

1808077-1366x768-[DesktopNexus.com]

Słomiane Królestwo

Nocą ziemia nie śpi. Słychać jej oddech. Znój mijającego dnia paruje gorącem, wypełniony wibrującą muzyką ukrytych świerszczy. Pola na raptem kilka dni ogarnia czar przemiany, kiedy osrebrzone połacie z łanów dostatku jak za dotknięciem różdżki zmieniają się w szemrząco – szeleszczącą krainę duchem z baśni. To chyba najlepszy, i mój ulubiony czas zwierzęcych obserwacji. Ah, ścierniska… Zawsze czekam z tęsknotą na te raptem kilka dni w roku. Słomiane szmery tego świata zdają się być tętnem udającej tylko sen Matki – Ziemi, zapisane ulotnym dzwiękiem w oczarowanych uszach. Idę cicho pod lasem, z prawej strony mając łan dojrzałej pszenicy. Tu migoty szelestów. Na momenty. Przywidzenia. Biegnący z uciechą przede mną jenot, rozpoczyna ucztę. Cień srogiego puszczyka krąży już groznie z apetytem, rozpływając się w smugach szarości. Czujne gryzonie pierzchają na odgłos kroków wędrowca. Zbożowe duszki. Ani jednego nie widać. Wiem tylko że są. I ten właśnie pogłos pociąga za sobą lawinę słomianych zdarzeń.

Zapraszam Cię na nocne czuwanie w moim świecie…

37812918_676603846022905_5202404735008636928_n

Połóż się wygodnie na jednym z balotów, i okryj miękkim kocem. Wieczór iskrzy się jeszcze czerwonym echem odchodzącego słońca. Z rosnącej nieopodal tarniny dobiega szczebiot układających się do snu mazurków. Ociężałe gołębie grzywacze już także salwowały się z ziarnistego bufetu. Dzienni biesiadnicy ustępują miejsca swoim nocnym zmiennikom. A jest ich trochę… Wnet Twoje plecy ogarnia kojące ciepło – pół metra słomy, robi za kaloryfer, zapewniając komfort, podczas chłodnych nieraz kaprysów nocy. Właśnie swoje latarki zapalają nieśmiało pierwsze gwiazdy, dekorując postępujący granat nieba iskierkami swej magii. Nad lasem wisi już złocisty księżyc, który właśnie wyłonił się zza drzew, zalewając przestrzeń refleksami srebrzystego blasku. Możesz spędzić tą noc zatopiony w myślach, marzeniach, wspomnieniach, śledząc gwiezdny szlak i niespodziewane błyski spadających meteorów z roju Akwarydów. Jednak nie znajdziesz tu ciszy…

Do Twojej rozmarzonej, choć czujnej świadomości przebijają się narastające delikatne piski.
Tak rozpoczynają ucztę gryzonie; myszy polne, norniki, nornice. Szmery i szelesty niepokoją uszy co parę minut. I nie wiesz czy to tylko dokazujący zając, zbłąkany kot, a może…
Tak. Długo nie trzeba było czekać. Mysie weselisko jest sygnałem dla lisów, borsuków, kun, jenotów, sów, wszystkich tych, którzy w swej diecie przekładają gryzonie nad pozostałe dania świata. Jeśli masz odrobinę szczęścia, dostrzeżesz rudzielca, który w wesoły sposób, skokami próbuje pochwycić mysią ofiarę. I choć tkwi w tym dramat, widowisko jest przezabawne, kiedy lisiaki używają całego swego kunsztu aby tylko chwytać sprawnie. Bywa, że lisi rodzice przyprowadzają swoje tegoroczne młode na ścierniskowy bal, aby nauczyć je głównej strategii życiowej własnego przetrwania, jako że podstawą menu lisiego są właśnie gryzonie. Czasem też niecierpliwa młodzież dostaje swoistej głupawki słysząc tyle więcej od nas, że w amoku zaczynają rozdrapywać snopki, nie wiedząc, gdzie też wobec tylu szmerów skierować głodną uwagę…Raz zdarzyło mi się, że lisek zaczął rozgrzebywać snopek na którym siedziałem akurat 

37876139_676603396022950_4805116729665519616_n

 Wtem uwagę Twą przykuwa bury cień, przepływający Ci raptownie nad głową. Podnosisz się gwałtownie starając się rozeznać co to też za straszydło próbuje się do Ciebie dobrać. Nie słyszałeś jak nadleciało. Nic dziwnego. Cień okrąża Cię parę razy, ciekawsko i znika w odmętach mroku. Masz szczęście! Odwiedziła Cię któraś z sów – może płomykówka, puszczyk, pójdzka, albo uszatka? Trzeba się było przyglądać Ciekawskie sowy również rozeznają, że coś jest dzisiaj ‘’nie tak’’ w ich szarym świecie. Słyszą Twój najdelikatniejszy ruch i podlatują aby się upewnić, czy czasem nie jesteś jakimś smacznym kąskiem. Nigdy nie robią krzywdy.

Choć większe zwierzęta nie mają tu czego szukać, i one zaglądają tutaj z przestojem. Sarny i dziki przyciąga chyba pogłos tego, co w szmerach tu się wyrabia. I one nasłuchują ciekawie palety zdarzeń.

Czas mija leniwie, przerywany niewiadomego pochodzenia szelestami, i rzadkimi zawołaniami nocnych ptaków. Robi się chłodniej. Jest Ci zimno mimo trzech rękawów, a przecież jeszcze przed zachodem słońca pociłeś się będąc w samej koszulce. Różnice temperatur bywają spore, i warto na taką wyprawę zabrać sobie dodatkowe ubranie w plecak.

Szurrr, szurrr… Delikatny pogłos narasta. Co też to może być jeszcze? Wytężasz wzrok w kierunku odgłosów. Odległe sylwetki dalekich balotów mamią oczy rozlewającymi się plamami dziwnych stworów. Z tej masy, wyłania się…coś. Sprawca pogłosu. Sunie niemal w Twoim kierunku. I już się nie boisz, to tylko wędrujący kozioł sarny, który choćby chciał, nie jest tu w stanie poruszać się bezgłośnie. Nikt nie jest. I to zaleta ścierniska. Taka noc, to orgia dla słuchu i relaks dla duszy, kiedy uświadamiasz sobie, ile też ‘’za oknem’’ się dzieje?

Nagłe myśli rozprasza coś jeszcze. Ten pogłos jest jakby bardziej solidny, szybko przybiera w sile. Dzwięk gęstnieje wokół Ciebie, napełniając serce ciekawością i zaniepokojeniem. Z wrażenia kładziesz się na brzuchu, aby lepiej się rozejrzeć. I wtedy je dostrzegasz. Czarne plamy biegną niespokojnie, jakby świadome hałasu i widoczności na jaką się wystawiają. Spieszą się. Bure zjawy, przypominają trochę przerośnięte psy. Ale to nie psy! Posapywania i chrząkania obwieszczają zmysłom dziki. Będą przechodzić tuż obok Ciebie, chyba, że się poruszysz albo zawczasu Cię wyczują. Jeśli nie – w Twoim sercu zapisze się jedno z najciekawszych w życiu wspomnień…

A jeśli gdzieś tam, pod gwiazdami przy przemarszu dzików dopadnie Cię samotność lub lachy strachów, pomyśl sobie, że Czeremchowy Wędrowiec także wysiaduje z ufnością na snopku ucieszony jak dziecko i duszą całą chłonie cuda swojego raju  Słomiane królestwo chrzęstów i wydarzeń właśnie w najbliższych dniach odrywać będzie niekończące się tajemnice. Wśród wszechobecnych szelestów swój pamiętnik zapiszą kolejne opowieści… Może Twoje własne?

37878019_676603496022940_6064275491584475136_n