Brzozowa pieśń nadziei. Bielik, posłaniec wiatru.

Ostatnio mniej bywałem w lesie, bo i prace nad książką, czasem bywa tak, że chcąc nie chcąc więcej czasu spędza się za biurkiem. A człowiek ‘’gnuśnieje…’’ i tęskni. Im dłużej nie wychodzę, tym ciało zaczyna bardziej słabnąć, aż do objawów chorobowych włącznie. Ciekawe to zjawisko, ale tak mam. Jakby te energie leśne zasilały mnie w zdrowiu.
Pod dębem zastają mnie…ogniska. Resztki popiołów. Drwale palili tu ogień i cięli w plastry sosnowe bele. Tak blisko niego…Słyszał wszystko. Pochłaniał wibrację mechanicznego rzężenia, czuł zapach żywicy sióstr, które jątrzyły ‘’aromatem’’ w odruchu obronnym. W świecie drzew zapach też jest informacją. Patrzę, że kora staruszka pokryła się pajęczynami białej pleśni. Świeże. Krzesimir dziś jest nieobecny. Jakby był bardzo daleko. Nie mamy kontaktu, łączności. Nie dziwię mu się. Gdybym potrafił, też bym uciekł z dala od tego…
Wiem, że dziś nic tu po mnie. Nic na siłę. Wołają natomiast brzozy spod lasu. Te same, które kręgi pokazywały i opowiedziały mi w jakich pozycjach się uziemiać. Jest już dość późno. Słońce zajdzie w ciągu ponad godziny. Przytulam brzozową damę i witam się w przypomnieniu. Nie przeszkadza, że jesień. Ciepło jest jak wiosną. Wokół szybują niemrawe owady. Szybko nawiązujemy wesołą łączność. Najpierw chce mi się śmiać. Czuję jak wzmacnia moje ciało, łechcze, a objawy lekkiego przeziębienia z wczoraj (skąd u licha) znikają. Drzewo leczy. Myślę i opowiadam jej w tych myślach, bo wiesz kochana, ktoś mi ostatnio powiedział, że jesteście gatunkiem borealnym, i dlatego wymrzecie w Polsce. Przez zmiany klimatyczne. Też mnie to zaniepokoiło. A ona…Roześmiała się beztrosko.

– Nie zna potęgi drzew… Łatwo nie będzie, lecz nie, nie odejdziemy. Mamy szerokie zdolności przystosowawcze. Dostrajamy się, powoli, zawsze próbujemy. Widziałeś już przykłady naszej woli życia. Ona zwycięża tam, gdzie zdałoby się nie powinna. Klimat zmieniał się już, wiele razy, a wciąż tu jesteśmy. Były chłody i krótkie dni. Tam skąd pochodzimy rośniemy skarlałe, powykręcane, walcząc z mozołem każdego dnia, a mimo to trwamy. Wiesz, że choćbyście ‘’dali z siebie wszystko’’ w niszczeniu Matki, my przetrwamy. Życie zostanie zachowane. I odrodzi się. Wystarczy jedno nasionko zapomniane, zasuszone w pajęczej sieci. O to nie bój.

I dziwie się brzozie. Jak to jest, że z jednym drzewem, nawet bardzo zaprzyjaźnionym można mieć ‘’ciche dni’’ a inne kawałek dalej okaże Ci pełnię swojego wsparcia. Bo już czuję jak mi się dusza śmieje. Jej białe gałęzie złocą się w zorzy zachodu. Trzy siostry. Brzozowy krąg Mocy. Wokół krząta się ptasie życie. Któryś z dzięciołów pastwi się nad sosną. Głuchot stukotu. Wołanie sikory czubatki niesie się migotem pomiędzy pniami, za nią podążają zawołania wszędobylskich bogatek. W oddali słyszę szelesty sarnich cieni. Te już czają się w głębi lasu, ociągając z wyjściem na oziminę. Pewnie czekają aż sobie pójdę. Dawno mnie nie było, lecz one pamiętają. I gdy tak zatracam się w istnieniu wokół, dostrzegam że na horyzoncie szybuje jakieś wielkie ptaszysko. Szybko podnoszę lornetkę pochłaniając zdumienie w zdziwieniu. Toż to Bielik! Dawniej i orłem zwany. Krótki ogon. Szarobure pióra. Wiosłuje w powietrzu majestatycznie, zagarniając pod skrzydła kolejne połacie przestrzeni. Ptasi król dostojeństwa, bystry, potężny i srogi. I jakie to ja mam szczęście? Widziałem bielika nie tak dawno w innym rejonie okolicy, a za chwilę kojarzę że przecież widzieliśmy go też wiosną, jak atakowały go myszołowy. Wtedy nie miałem lornetki i nie mogłem być pewien. A zatem osiedlił się tutaj. Co za radość i atrakcja! Największy nasz ptak drapieżny, o rozpiętości skrzydeł przekraczającej dwa metry. Olbrzym. I niezły zabijaka, owiany opowieściami, legendami, przesądami… Nielicznie lęgowy. Przez całe życie ich tu nie widziałem. Mijają sekundy, gdy ptasi władca przenika po niebie, zostawiając mnie z otwartą gębą zachwytu.

I wiem, że ten ‘’orzeł’’ to jakiś znak, którego na moment nie potrafię odczytać.
Gdy głowa wraca ‘’ na ziemię’’ zastanawiam się. Czy ona wie. Co tutaj się dzieje, tam kawałek dalej, każdego dnia, gdzie szaleje piła…

– Oczywiście, że wiem. To nie tak daleko. Wszystko słyszę, odbieram, przeżywam…Czuję. Staram się być… w sobie. Tutaj. Spójrz w górę! Co widzisz? Drzewa, ich pnie, korony, gałęzie. Sterczymy osobno, czasem blisko siebie. Z pozoru osobno.

Patrzę w górę i się zaczyna. Widzenie energetyczne. Tak chyba można to nazwać. Wyświetla. Jak drzewa rosną, a z czubka każdego z nich wyłaniają się świetliste, złote więzy, jak liny. Kręcą się jak wiatraki, zahaczając o inne takie sznury, a wtedy napinają się jak postronki i scalają. Tworzą pewną siatkę. Teraz wiele mi się rozjaśnia, bo widziałem te ‘’linki’’ nie raz, nie wiedząc co mogą oznaczać. A ona kontynuuje:

– To jest to, czego nie widzicie. Gdybyście widzieli, czuli! Wczuć potrafili w drugą istotę. Przełamać uprzedzenia. Tak jak odebraliście wszelkie prawa do przeżywania, tak ponownie można nadać. Nikomu nie byłoby krzywd. I te więzy niszczy człowiek. Dziwiłeś się liniom, które nieustannie widziałeś między roślinami wszelkich gatunków – tak powstają. Więzi tworzą się na czas istnienia, wymieniając potrzebną informacją. Spójrz pod nogi. Tam, pod Ziemią w dotyku, przyjazni, braterstwie, ‘’ręka w rękę’’ korzeń w korzeń łańcuchem spleciony kilometrami się niesie. Każdą wieść otrzymam, co dzieje się na drugim końcu lasu. Co u siostry i brata. Czego im trzeba. Dudnienie, które nieraz stamtąd, z dołu odbierasz. To właśnie rozmowa drzew. Tak dobrze się słyszeć z wszystkimi. A człowiek przychodzi, i zrąb robi. Żeby było głucho. Izolacja. Niepewność. Brak informacji, wiedzy, łączności. Trudne dla nas. Ale wiedz, że informacją lepiej się posługujemy. Nie było ludzi, a drzewa były. Formę tylko zmieniły. I w sprzyjających warunkach informacja w nasieniu zmienić się może, wracając do formy pierwotnej. Wszystko zostanie zachowane i zaczeka na swój czas. Przetrwamy.

Odpowiada znienacka. Wszystko tak jakoś mi… poważnie jak na brzozę. Cały czas jesteśmy w utuleniu. Słońce prześwituje ognistą pomarańczą zza odległej ściany lasu, a mi zdaje się, że słyszę… Jak ona coś nuci. Wsłuchuję. Jest w głowie, lecz jakby odbierało serce. Poznaję! To jest to. Tak dawno nie słyszałem ich śpiewu. A to zjawisko tak rozkoszne, że mógłbyś pozostać w tym słuchaniu całe wieki. Tak bliskie źródła… Głos ma łagodniejszy niż sosna czy topola ciepły, przyjazny, dobry, i tęskny…I tylko sylaby słyszę. Mimo to one nimi tak modulują, że masz wrażenie jakby anioł śpiewał. Coś jakby rozwlekłe, rzewne Miiijaaaaaaa diiiiiiiiiii, i zawsze słyszę w ten sposób. Dlaczego nie ma słów? O czym Ty śpiewasz?

– O nadziei…

Słowny odzew.

– Jakiej?

– Naszej… Dla nas wszystkich. To nasze spotkanie natchnęło mnie nią. I chcę aby inni usłyszeli. Tworzę informację, niech płynie… pieśń innym drzewom najłatwiej odebrać. Powtórzą, przekażą kolejnym. Wolniej tylko to trwa. Dziwiłeś jak to możliwe, że ludzie z drugiego końca świata mówili Ci o drzewach, które wskazały na Ciebie i powiodły do spotkania. Tak to się niesie. Mówiłam, potrafimy posługiwać się informacją. Na wiele sposobów. A słów nie potrzeba w pieśni. Dawniej, gdy pierwsi bardowie zachwycali rzesze oczarowanych słuchaczy, dlaczego? Bo uczucia w głosie przekazywali. I Ty wiesz, że to trafia najbardziej. Zaśpiewaj ze mną… O nadziei dla nas wszystkich.

Ale nie potrafię jeszcze tego zrobić. Trzęsę się tylko cały w płaczu i ściskam mocno. Jak one wszystko wiedzą! Jak niewiele pragną… obserwując las i jego mieszkańców tyle czasu, do jednego dochodzę wniosku. Każda żywa, tworząca istota chce tylko cieszyć się spokojem i wzrastać do pełni. Nie musieć się bać, stworzyć jakąś społeczność, oddać Ziemi potomstwo, godnie zestarzeć…Na pewno nie czyha na nasz dobrobyt. A co robi człowiek? Martwi się o potomstwo wszystkich innych gatunków ‘’żeby nie było za dużo’’, tylko nigdy nie stosuje tej miary do siebie, powielając kolejny już miliard. Dzikim zwierzętom, które mogłyby żyć jak np. dzik około 30 czy jeleń, 20 pozwala przeżyć kilka, po czym strzela. Drzewom zaś określił ‘’najlepszy wiek rębny’’, który nie jest nawet 1/3 ich żywotnych możliwości przetrwania.
To wszystko takie pomylone.

P91119-151555

Gdy tuż przed zachodem słońca brzozowa pieśń cichnie, wręcz siłą odklejam się od niej, podążając polem przy skraju lasu. Chcę jeszcze go obejść nim nastaną ciemności. Trójka płowe śliczności leżących na polu rozwiewa moje plany. Sarny w błogim relaksie wieczoru. Kiedy tak polegują, niełatwo je wypatrzeć. Inna nieopodal zajada się smakowicie, wypinając w moim kierunku lustro białej ‘’dupki’’. Przejścia nie ma. I tak to jest w lesie. Zawsze trzeba być gotowym na zmianę scenariusza. Staję lekko za Dobrą Sosną, tą samą od której pierwszy raz w życiu usłyszałem drzewną pieśń. I ona dygocze radośnie w powitaniu, ja pochłaniam swą uwagę w zwierzętach. Drzemią leniwie. Bycie w lesie. Jak na wiele sposobów można. Założyć słuchawki i przebiec główną drogą. Pohałasować na wybojach rowerem, zaryczeć quadem czy terenówką. Ja wolę tak. I takiej obecności nauczać. Udało się nadejść z kunsztem, nie zbudziwszy czujności aż czwórki zwierzaków. Ale ziemia jest miękka po deszczu. I gdy tak rozmyślam, dostrzegam nisko nad polem szybującą potężną sylwetkę. Mknie wprost na sarny. Podnoszę szkła lornetki i co widzę – znowu Bielik! Tylko co on próbuje? Przemyka tuż nad zwierzętami, a te podnoszą się raptownie. Jedna podskoczyła. Nie lekceważą go. Pozorowany atak czy próba? Ale że na sarny? Przecież nie dałby rady. Może sprawdza ich reakcję… Ptak mknie wprost na moje stanowisko zbliżając się błyskawicą, wiem że, musiał chyba mnie dostrzec… Potęga drapieżnego dzioba, chce zbadać wszystko co dzieje się w jego królestwie.
Tak. Niemal przed głową ‘’wywija mi orła’’ wymachując łuk szerokim skrzydłem i wzbija nad las. A ja dygocąc z radości obserwuje wszystkie szczegóły wyglądu i upierzenia władcy w lornetce.Do ostatniej chwili jej nie opuszczam. To musiało być z ciekawości… ‘’nieliczny ptak lęgowy’’ jak o nim piszą. Mam farta. Wieszcz ptasiego przesłania. O czym chcesz mi powiedzieć?

I w tej ekscytacji popełniam błąd, nadeptując na gałązkę która pęka z dość głośnym trzaskiem. O nie! To musiały sarny usłyszeć… Spoglądam w ich kierunku, i widzę jak ze skraju lasu właśnie wynurza się kolejna. Za nią następna. Łącznie trzy. Zupełny spokój. Pojmuję co jest grane – one zbliżając się hałasowały subtelnie po swojemu, co tamta musiała słyszeć, a mój trzask zbiegł się z wyskokiem innej. Wszystko wydarza się idealnie… A one. Patrzą w kierunku tej która skubała samotnie. Przewodniczka pląsa do niej lekko. Swobodne susy i już jest obok. Z nią tamte dwie. Widać radość z jaką dołączają do siebie. Jakby nagle odnalazły przyjaciółkę. I już są razem. Stoją, patrzą, skubią… Widoczność dogasa.

Wdrapuję się na zwyżkę pod parasol sosnowego dachu, skąd mam widok na zasypiający już w tajemnicy majestat pól. Może coś jeszcze zobaczę. Raniuszki sadowiące się w koronie sośniny na nocleg, terkocąc ostro wyprawiają mi słuchowisko. Aż się dziwię – o tej porze? Wszkaże raniuszek… I jak taki mięciutki, puchaty delikatny ptaszek, a odzywa się jak brzytwa. Choć miło. Nie przestają, a nasilają wręcz. Powoli zaczynam myśleć, że to może przeze mnie, jestem prawie na szczycie sosny, może mnie widzą. Gromadka ptasząt wydaje z siebie mało melodyjne siiiiiiii, siiiiiiii po czym odlatują. A mi gdzieś w szczycie macha gałązka. Mignęło wrażenie. Odwracam głowę, dostrzegając jeszcze ciemny smyrg. A to, kuna! To na nią musiały wołać czujne maleństwa. Znika tak szybko jak się pojawiła. One potrafią skakać jak wiewióry i wędrować tylko po drzewach.

– Uiiiiiiii! Ueeeeee! Yuuuuuueee, uuuuiiiiiii!

Wybucha mi wysoki wrzask za plecami. Mało nie zlatuję ze zwyżki. Sowia kobieta straszy. Zmieszała swój jazgot tak, że w pierwszej chwili wziąłem za pójdźkę, po chwili pewnym będąc samicy puszczyka. I czego to krzyczysz, po nocach, czatowników straszysz… Tak. Potrafią wylądować na konarze tuż obok, i jedyne co usłyszysz (jeśli) to skrobnięcie pazura na korze. Tej nie widzę. Odzywa się blisko, lecz poza wzrokiem. Wszystko na mnie dziś wrzeszczy…  Ciekawe czy raniuszki ją widziały, a może to ona była obiektem ich niepokoju? Zagadki. Ciemność mości się wygodnie w zakamarkach gęstwin, rozkładając dywany czerni w powłokach szarych tajemnic. Tu wszelkie nieprzepracowane strachy i duchy karmią się potęgą nicości, urastając do miana paniki niekiedy. Mroki wypływają na swobodny spacer. Mnie wypełnia spokój. Są dwa termosy i chlebak z kanapkami, ciepły koc pod zadkiem. W myślach żegnam się z Dobrą Sosną i jej przyjaciółkami jakimś wierszem. Spomiędzy poczochranych szczotek gałęzi, migotają przebłyski pierwszych gwiazd. W kniei przyczaiły się odległe szelesty. Pora rozpocząć nocne czuwanie.

Dąb Radomir, co z piorunami się bratał. Emocje i uczucia Drzew.

Wędrując po lesie, czytam jego wskazówki. On chwali się w dumie, cieszy radością, syci w strojach, opowiada, pokazuje, czasem żali się, smuci lub i złości. Pragnie i dąży do swej pełni. To znów historia o tym, jak podobne są nam drzewa. Myszkowałem wtedy z otwartymi dłońmi – badając i starając się poczuć drzewne energie otaczające mnie wokół. Uczyłem się -siebie i świata obok. Jeden z tych niewielu spacerów typowo poznawczych. Ileż przypływa, ukazuje się w czuciu… Wzrok uzupełnia te opowieści o pojęcia. Energie zapraszają, wołają, ofiarują, otulają, gdy nagle coś przenika mnie hardym prądem. Brrrr! Ile w tym…lęku? Rozpaczy trochę. Któreś z drzew woła pomocy. Coś mu się stało. To jak sygnał SOS. Ale które, gdzie? Wprawdzie byłem dziś u skruszałej wierzby, co to gnije i się rozpada, lecz ona pogodną była, w akceptacji dla swego losu. Idę tak jak prowadzi, ten sygnał. Trudno go określić, jest solidny, tętni na cały las, ale drzewa wszędzie jakby go ignorowały, oswoiły już z nim. W uczuciu niepokoju, pulsujące i słabnące zawołanie, mówiące jedno: POMÓŻ MI! POTRZEBUJĘ. CO SIĘ STAŁO?

Po kilkunastu krokach, przechodząc pod ogromnym dębem zaciemnia mi w głowie. Plącze nogi i osłabia w parę chwil. Tak pobiera energię moją. To gdzieś tutaj! Ktoś Ty? Okrążam dębowego wojaka i oto ukazuje mi się…potworna wyrwa… Takiej rany drzewo już nie zaleczy. Ona skraca jego żywot o setki. A on…nie chciał chyba. Nie był jeszcze gotów. Dociera do mnie, że musiał oberwać piorunem. Dawno temu. I pozostał w szoku. A drzewny szok potrafi się utrzymywać latami, podobnie jak i ludzi zagnieżdżają się wspomnienia i brak akceptacji, wobec życiowych sytuacji. W takim momencie, srogi, Dębowy Chłop, dawny mocarz tutejszej ostoi, stał się nagle jak małe dziecko. Które lanie dostało, i nie wie za co. Wołał pomocy od innych drzew obok – dały mu co mogły. Ale i one skupione muszą być na sobie, jeśli chcą żyć. Badam dłonią – z wyrwy bije nieprzyjemny ziąb, od drugiej strony dąb jest żywy i cieplutki. Jeszcze się trzyma. Ale… płacze…? Od drzewa rozbrzmiewa mi żal za utraconą potęgą, niezrealizowanym planem na siebie, ból… Jestem w szoku. Nie tego się spodziewałem doświadczyć. Nie o tym czytałem.

Utarło się, że to drzewa są tymi, które obdarowują nas energią, pomocą i wsparciem. Tak przyjmujemy i zakładamy. On pokazał mi, że może być baaardzo inaczej. Przychodziłem do niego, wiele razy. Każda wizyta to był zawrót głowy, osłabienie i ciągnięcie mojej energii, ludzkiej, oh jakże innej i potrzebnej. Mówią, że od takich drzew powinno się uciekać. Wybierać tylko te zdrowe. A ja jestem.Otaczam go współczuciem. Przytulam zrozumieniem. Bo i jest mi jego szkoda. Był tutaj największym dębem, zanim utracił ten odrost. Godzinami rozmawiam i tłumaczę mu co się stało…

– Kochany, potężny, wieczny! Dla mnie jesteś nim nadal. Nic to co Cię spotkało, popatrz wokół! Minie kilkadziesiąt lat, zanim Twój koniec nastanie. Jesteś wspaniały. Jesteś silny. Poradzisz sobie. Ty wiesz, jak przepływa i dzieje się życie. Żyłeś szumnie, piąłeś w górę, może ze swadą, ale spójrz, czy nie pamiętasz podobnych historii ze swego lasu? Pamiętasz, tak działo się od zawsze. Jeszcze tyle przed Tobą. Nie bój się tych owadów, co teraz drążyć zaczynają, i one poniosą Twoją opowieść w próchno dla przyszłych pokoleń żołędzi. ( Nie lubił ich jak diabli ) 
Zaśpiewają Ci ptaki, zabrzęczą chrząszcze, zaszeleści sarna, ryć będzie pod Tobą dzik krzepki. Wszyscy przyjdą podziwiać Mocarza, który cios tragiczny przetrwał…

– RADOMIR… dziękuję.

Przedstawił się tylko, i nic już więcej nigdy nie powiedział. Chodziłem, opowiadałem tuliłem nadal, pokazywałem mu w myślach obrazy jakie życie przy nim teraz rozkwitnie, i jak tu będzie miał wesoło z istnieniem, jakie weń zakołacze. Bo za owadami kręcić się będą ptaki, Ty istniał będziesz jeszcze wiele lat, będąc świadkiem wspaniałego procesu jaki był udziałem Twych przodków, zanim wybrała Cię iskra. To ona zrobiła Cię potężniejszym niż mógłbyś się stać, rosnąć najwyżej. Możesz być nadal… świadectwem wiary, zaufania i odwagi dla innych. Teraz sam dasz życie milionom. Roztocza, pająki, grzyby, larwy wszelkie… A może i sowa z Tobą zamieszka. Z nimi poniesiesz swą opowieść dalej. Nie przepadniesz w cieniu.

lightning-tree-sebastien-del-grosso

Za którąś wizytą odczułem zmianę. Zawsze gdy przychodziłem zaczynało się tak: ‘’pochwycenie’’, a następnie ‘’dojenie’’ mnie z sił. Wtedy mu oczywiście przerywałem zachciankę i rozpoczynałem swoje monologi. Dziś wiedziałem od pierwszych chwil. Udało się  Wreszcie. Zaakceptował. Przyjął swój los, moją wersję, wszystkie wizje i obrazy jakimi go otaczałem. Zrozumiał, coś co wiedział od zawsze, a uciekło daleko dotknięte kalectwem. Poprzedniej wiosny się zazielenił. A miał z tym jakby przerwę, nie wiem jak długą, ani jak to przetrwał. Zazielenił się ocaloną połową i odtąd nigdy już nie próbował naruszyć mojej suwerenności energetycznej, ani niczyjej. Szemra z wiatrem, chłodzi się wilgocią z deszczu, woła ptaki do biesiady, przekomarza z sójkami, po prostu, żyje. Przed nim kilkadziesiąt lat nawet.

Raz ten jeden, to ja pełniłem rolę terapeuty, a drzewo pacjenta. Ileż mi to pokazało, jak wiele przemieniło, otworzyło… Każdemu na wędrówkach opowiadam jego historię, zawsze przystajemy pod nim, a On cieszy się z naszego zainteresowania. Przyjmuje dobre życzenia od ludzi, ukłony podziwu, choć ostatnio mam wrażenie, że chciałby o sprawie zapomnieć, aby nie mówiono już o tym. Odrodził się w nowym. Jest świadectwem potęgi Życia.

🌳 W hołdzie RADOMIROWI, Mocarzowi z Dębowego Szlaku.

IMG_20190921_121645

Pierwszy cień Szarugi. Brzoza gromem trafiona. Błogosławieństwa dla Drzew

Jesień na dobre porywa w swoje objęcia wtedy, gdy w deszczowy, ponury i chmurny dzień ciemność zapada o godzinę szybciej, niż przewidzieli to w prognozie. Szara zasłona zasnuwa niebiosa gęstwą mrocznego panowania, a z tej burej kołdry sączy za kołnierz wilgoć. I taka pora dobra jest do wędrówki. Kto wie, czy nie najlepsza? Ludzi brak, a zwierzęta czują się pewniej, swobodniej i tak też zachowują. Chodzmy w strugi, w dzień deszczowy, hen na leśne ruszyć łowy…wrażeń.

Najwięcej kłopotu sprawia dobór ubioru. Gdy pada jest chłodno, ale wystarczy że przestanie na moment, już robi się parno i można się spocić. Dlatego do pełni szczęścia brakuje mi dziś damskiego towarzystwa, w osobie pani ZIMNICY. Z nią chociaż wiadomo jak się zachować, na co przygotować. Ufam, że niedługo już mnie odwiedzi. Dziś ruszam w ogóle w inny rejon leśny, tam gdzie jeszcze nie tną i mam nadzieję nie będą. Ze wszystkiego w lesie, tak samo jak zwierzętom i mi potrzeba spokoju. Może nawet nic się nie zdarzyć. Choć czy tam to w ogóle możliwe? Pierwsza ścieżkę przecina mi sarna, i wygląda na nieco zagubioną. Albo ona, lub druga gdzieś ukryta wydaje z siebie pocieszny pisk, jak dziecięca trąbka, za którą ta jedna podąża nasłuchując. Podąża prosto na mnie, choć to nie ja piszczę. Cześć malutka! Tak się cieszę, że ją widzę. Znowu to się dzieje. Każda sarna która ostatnio się pokaże, idzie prościutko do mnie. Miłość. Bezinteresowna wdzięczność zwierzęciu, z uciechą że przyszło, pokazało się, zaufało, obdarzyło swoim cudownym widokiem. Dawniej wstydliwe skrywana, dziś eksponowana i wyrażana w słowach, gestach, opiece, uśmiechu. To ona przyciąga jak magnes swoim promieniem zwierzęta do człowieka. Choć pewnie same do końca nie wiedzą co kieruje ich kopytkami, ale jakoś tak zawsze zbaczają do mnie. Niemal na każdej wyprawie. Wiem całym sobą, że to nie przypadek.

P90909-180732

Ten fragment lasu jest naprawdę magiczny. Niewielkie pagórki, drzewa porośnięte pnączami, chmielem i powojnikiem, strojne niczym w kożuchu. Drzewostan mocno zmieszany, różnorodny. Zabłąkały się nawet topole. Przechodzę przez porośniętą turzycą i tatarakiem dawniej zalewaną łąkę i staje nad rzeką. Rzucony niedbale, przewrócony, zdezelowany, zardzewiały mostek przypomina o tym co było tu kiedyś. Przeprawa nie jest łatwą. Śliski metal i cienki pasek ‘’przechodny’’ dla nóg, trzeba się cały czas trzymać aby nie spaść. Pada w sumie niewiele. Przerywa kropelkami. I wtedy go poznaję. Ogromny Dąb, rosochaty i strzelisty pyszni się na skraju polany. Mocarny jest. Choć podobnego wzrostu co Krzesimir, zupełnie inaczej zbudowany. Krześ ma równą rozłożystą koronę, harmonijnie kopułowo rozbudowaną, a ten jakby ramionami niebo podtrzymywał… podobne dębiszcza widziałem w Puszczy Białowieskiej, tam gdzie rozwój na wysokości w pierwszej kolejności stanowi o przetrwaniu. Okaz zdrowia i krzepy. Byłem u niego jeden jedyny raz z grupą Wędrowną i w ogóle nie wiem jak się zachować. Zapamiętałem go dobrze. To taki jegomość, co potrafi pracować z trzema osobami na raz, i to od pierwszego kontaktu. Rzadkie u Drzew. Może okazać przesadny szacunek? Pokłonić się, schlebiać? Bo dęby różne potrafią mieć osobowości. Bywają ciepli jak opiekuńczy ojcowie, srodzy dyrygujący dowódcy, lub równi bracia. Potrafią dominować. Od niego nie odbieram niczego ‘’ponad’’. Jest przytulnie i łagodnie. Jakby znał swoją siłę, słabości, nas. Świadoma Dojrzałość.

– Dzień Dobry, Kochany!

Lekki zryw korony. On mówi, że czekał. Aż przyjdę ponownie. Tyle czasu…Dlatego Krzesimir ciągle wygania do innych drzew. Tyleż osobowości. Jak określać, nazywać, te charaktery tak ulotne jak szum ich listowia na wietrze? Od razu chwyta mnie swoim ciepłem, a ja nie opieram, poddaję. Moje ciało wypełnia dudniący pomruk. Płynie od jego korzeni. Niby wibracja niższa zdaje się, ale to nie tak. Jest swojska, znana, luba…Tym razem jest ze mną zestrojony. Ciało nie drży, a rozświetla z Duszą. W pewnym momencie dzieje się… coś..

P90909-160440

P90909-175806

Tam w centrum splotu słonecznego drży poczucie. Siły i Mocy, które natychmiast gaśnie. Przytłumione… moim strachem. I czego się boję? Wiem. Tej siły, która wiąże się z odpowiedzialnością. Za swoje życie, wybory i jego kształt. Rozbłyska znów cudownie w sprawczości i gaśnie jak przy rozruchu starego samochodu. Dąb próbuje mnie ‘’odpalić’’. Rzeczywiście, pomimo wszystkiego co zrobił Krzesimir dla mnie, z tym tematem jeszcze nie pracowałem. Przenika… Mówi,

– Korzenie, Liście, Konary… Wszystko biorę co mi potrzeba. Postanowiłem. Wiem, że tu jest, bo tak być powinno od zawsze. Woda, pokarm… Jeśli nie ma, będzie. Tego jestem pewien. Planuję, działam, powoli a skutecznie. Zamysły w czyn wprowadzam głęboko wszystkimi sposobami, wtedy się dzieją. Sprawdzam, badam, lecz ufam, bo wiem. Nie ma żadnego zaskoczenia w mym życiu. Wszystko co może się wydarzyć już było i miało miejsce. Jeśli nie w moim istnieniu, to w innych. Stąd znam. Podziemne opowieści grzybów i korzeni. Nie muszę sam uschnąć, by wiedzieć jak to jest. Bo w moim życiu już było. Od żołędzia przez siewkę, i Drzewo, po rozpad, i tak wciąż od nowa. Czy nie brzmi Ci to znajomo? Tu zdecydowałem rosnąć. Tutaj mnie posiało. Nie mogę zmienić miejsca, ale mogę dać z siebie wszystko całą mądrością mych przodków, by zaistniał rozkwit. Ty możesz, dużo więcej. Możesz znaleźć się w dowolnym miejscu na Ziemi. Ponieść wiedzę szybciej. Wy ludzie fascynujecie nas, z wielu powodów. Dlatego Drzewa szukają kontaktu i dają o sobie znać. Chcą tworzyć razem przyjazny w doświadczaniu świat, dla wszystkich stworzeń. Drzewa dają podwaliny bytu, którego nie jesteście w stanie zastąpić niczym. A wy poruszacie się w sferze, i kreujecie cuda z marzeń. Popatrz, ile idei zaistniało. Stało się rzeczywistością. Tylko dlatego, że ktoś ufał, wiedział, bo widział jak bardzo jego marzenie jest prawdziwe. Poczuł je całą Duszą. Ty już znasz to uczucie. Tylko dlaczego…je gubisz? Dlaczego boisz się odpowiedzialności za siebie? Zapewniam Cię, to jedno z najpiękniejszych uczuć. Pełne Mocy i Szczęścia. Gdy decydujesz i stanowisz, i otrzymujesz coraz więcej, rozrastasz się… Tak jestem, jako Drzewo. Dostaję i biorę co mi potrzeba, a potem obdarzam innych. Ty bardzo się zmieniłeś. Zacząłeś tworzyć i teraz nas obdarowujesz. Najpierw przychodziłeś do nas po pomoc, wsparcie, radę. Zawsze je otrzymałeś. Dziwiłeś czemu Drzewa rozpękają się w środku, trzeszczą, piszczą, żywo reagują szumem i zrzucaniem różnych kawałków, kiedy je mijasz? Bo teraz też dajesz. Przychodzisz do nas, kochasz, błogosławisz, śpiewasz, wieszczysz rymy, przytulasz. Już nie pytasz, nie prosisz, nie oczekujesz, tylko jesteś. Każde z mych braci i sióstr wyłapuje Twą wibrację błyskawicznie. Przypominają sobie. Przecież w Ziemi pamięć jest. O dawnych ludziach i pierwszych, czystych relacjach człowieka z Naturą. Zanim przyszło zapomnienie. Chcą to poczuć, znaleźć się w tym! I choć zdaje Ci się, że już jesteś tak daleko, znów Ci powiem – to dopiero początek…

Dudniące Dęby Polski. Mruczące. Ogrzewa mnie i drga tym ciepłem jak wielki kocur. Ale przecież nawet nie znam Twego Imienia! A Ty tyle do mnie… Zaczyna mi się rymować. Teraz ja do niego mówię. Pamiętam jak bardzo opierałem się przed tym, zaprzeczałem że to niemożliwe, nie da się bez przygotowania. Dzieje się TO. Kim ja jestem?

I Kobieta, i Mężczyzna, 
W lesie Twoja jest tężyzna,

Przychodz bywaj coraz częściej, 
I zaglądaj tam gdzie gęściej

To słyszę w odpowiedzi. Już chociaż wiem jak to działa. W przestrzeni zaczynają krążyć słowa, a duszka układa je w sens. Chcę odwdzięczyć się Drzewu.

A Ty Dębie mój wspaniały 
Rośnij w miejscu swojej chwały,

Przyjmij co Żywioły dały…

Panie wielki, o Mocarzu, 
Lasu tutaj Ty Włodarzu,

Ukochuję Cię z czułością, 
Całą swoją namiętnością

Miłość ludzką Ci przelewam
I na wszystkie wokół Drzewa

Niechaj jak najdłużej płynie, 
Przestrzeń Wasza nie przeminie

To co mogę, ofiaruję, 
Niech najlepsze nam zwiastuje

Uśmiech jeden co posiadam
W Twe konary ufnie składam,

Niechaj świeci, promieniuje, 
Naszą przyszłość, byt buduje,

Ludzi rzesze wraz z Drzewami, 
Stają ponad podziałami

Ty – My – Oni, nie ma, jedność, 
Oto wzrasta nasze sedno

Tak się żegnamy. Ciepło drzewa bucha mi w policzek. Wyczuwalne z kilku kroków. Przypominam sobie, że za pierwszym razem naszego spotkania planowałem wrócić tutaj i spenetrować pobliskie krzaki. Wyglądało wszystko obiecująco. A co on mi dzisiaj mruczał? Aby lezc, tam gdzie gęściej. Kilka kroków i znów się rozświetlam. Jak tu pięknie! Jaka mozaika! Dzikość zagrała na skrzypcach chaosu. Urwisty brzeg rzeki z osypującym się piaskiem, który tutaj szczególnie pokazuje, co dla drzewa oznacza brak możliwości zmiany miejsca… Niektórym dosłownie grunt osunął się pod nogami. Część wywróciła się i zawaliła dno potoku, gdzie rozkłada i gnije do dziś. Inne, ‘’rozciapierzone’’ chwytają się resztek skarp i trwają na przekór fizyce. Tu życie rozmawia ze śmiercią, tu widzę miejsce przeprawy jeleni z głęboką ścieżką. Wreszcie tu, wśród zamarłych modrzewi, wywróconych dębów i pokiereszowanych klonów tętni ptasie życie. Jak to dobrze, że zabrałem lornetkę! Ale myliłby się ten, kto rzekł że z takim udogodnieniem obserwacje to fraszka. Ptaki są szybkie i zwinne. Kryją się w liściach, migiem zmieniają miejsce. Są w stałym przepływie. Dąb z oddali huczy mi, że one mają niezakłócony wewnętrzny kompas intuicji i zawsze przylatują do Drzew, które je wołają. W zamian za pokarm, rozsiewają w dal nasiona. Dlatego pokazywały się w przesłaniach. Tak są połączone.

Mysz skacze po korze. Hola, jaka mysz! W szkłach lornetki rozpoznaję – to pełzacz leśny. Wspinając się okrążą pień sosny, w międzyczasie szukając pod korą ukrytych smakołyków w postaci owadów. Dopiero przy 8 krotnym powiększeniu widać, jaki on skupiony na swej pracy, niepozorny, puchaty, a słodki. Mina ciekawego kombinatora, który zna tu wszystkie zakamarki. Nagle, kolor. Podążam za nim. Ojej! Widzę, że dopiero teraz będę prawdziwie poznawał swoje ukochane ptaki. Na drzewie obok psoci kowalik. Ptasi szmaragd, z pomarańczowym brzuszkiem, choć w kolorze nie tak intensywny jak zimorodek. Ten jakby był przystosowany do ‘’ślizgania się’’ po korze drzew, co też zwinnie czyni zjeżdżając głową w dół. Czyni go to ewenementem wśród ptaków. Dzięki lornetce uśmiecham się w lesie jeszcze częściej, widząc puchate maleństwa w takiej bliskości. Mały świerk pod nogami powoduje drugą turę czułego uśmiechu. Jest uroczy. W ogóle małe drzewa dla mnie, to jak dla innych pieski czy kotki. Takie wzbudzają mi uczucia. Kucam i głaszczę. Mówię…

A Ty świerczku, mały zuchu, 
Rośnij tutaj w leśnym puchu,

Chodz, podniosę Cię na Duchu,

Choć ześ mały i w półcieniu, 
Życie czeka Cię w spełnieniu

Wzniesiesz bujnie się w przestworza, 
Igieł mrok rozświetli zorza,

Przejdzie gdzieś Wędrowiec tędy, 
I zaprosisz, do gawędy…

P90909-173525

Wrycie. Za plecami leci łoskot. Odwracam się błyskawicznie i co widzę;

Gruby, suchy konar brzozowy spada zahaczając o gałęzie, i osypuje wianuszek złocistych liści, które strącił. Gruchnięcie o mech, pęknięcie. Listki lądują wirując wokół. Patrzę oczarowany. Ależ magia, ależ moc! Jak on mógł się złamać? Nie wieje przecież, a on solidny… Spoglądam na właścicielkę zguby. Smukła, z pozoru zwyczajna brzoza, i zdrowa, choć pewnie bywało lepiej. Ale… Coś z nią inaczej. Od nasady pnia po koronę biegnie ciemna pręga, aż po czubek. Ona chyba… Oberwała piorunem. Na to wygląda. Bo skąd taka smuga? Pierwsze widzę. Im wyżej tym bardziej czarna i przypalona. Ale żywa. Oż Ty! Przeżyłaś kuksaniec od żywiołu. Taka pobudka. Dziś sama rzucasz gromami. Wiem, że w ten sposób mnie wzywa. Jaśniej się nie da. Podbiegam do niej, a brzózka drga we wstrząsie, zrzucając mi kilka listków. Ogromna, przeogromna radość. Dlatego, że zareagowałem. Przytulam czołem omszoną korę. Jest miło, dobrze. Po kilku minutach tej euforii wszystko jakby we mnie osiada. Znika. Głowa zaczyna pobolewać lekko, choć wypieram, to już wiem…

Hej, hej… Ty sobie tylko bierzesz, prawda? Pompujesz ile wlezie. Uleciał gdzieś cały nastrój od dębu. Stop!

Zaskoczyła mnie, choć nie zdziwiła. Na moment osłabiła. Czasem Drzewa po tragediach życiowych chłoną jak leci bez pytania o pozwolenie, miałem tak raz z dębem. Taka ludzka energia, jest dla nich niczym zastrzyk morfiny dla cierpiącego. Ale tu lecznicza brzoza, dawczyni, pięlegniarka… Musiało ją mocno oszołomić. Przerywam proces taktownie, wrócę tu kiedyś wytłumaczyć jej co się stało i spróbować przywrócić ją do harmonii. Drzewny szok potrafi trwać latami. Tak samo po przycięciu. Z dębem mi się wtedy udało. Przestał ściągać, wibrować zawołaniem pomocy, a zaczął zielenić zdrową stroną i cieszyć dniami które mu pozostały. Też po piorunie pacjent. Tylko on się rozpękł. Ona miała szczęście. Musiało być bardzo mokro. Mozaikowy zakątek wabi wieloma obietnicami, tu świerki obdarte z kory porożem ćwiczone i zalane żywicą, tam świetliste miejsca na podsiadówki, no i chór sikorek z bębnami dzięciołów, do tego pełzacze, kowalik. Ptasie uroczysko. Gdzie śmierć, tam one… I jakby nie patrzeć, to ptaki są głównie tymi, które rozsiewają drzewa i przenoszą w swym ciele ich nasiona nieraz na wiele kilometrów.

Gzy i strzyżaki. Choćbyś zabezpieczył się przed każdym możliwym robactwem, wobec nich pozostają bezsilne wszelkie środki. Moja metoda, to WIEM i ZNAM miejsca w lesie z których następuje atak, i każdego zgniatam od razu w palcach. Jeśli tego nie zrobić, siada ponownie. Namolne są. To działa jeśli nie ma ich dużo i masz wrażliwą skórę, że wyczujesz. Trzeba uważać. Wchodzą do uszu, nosa, w oczy, we włosy, wszędzie… I choć rzadko ‘’gryzą’’ jeśli już się zdarzy, opuchlizna utrzymać się potrafi miesiące. Podobno coś tam przenoszą. Tu zawsze wszelkie teorie o jedności, miłości i współistnieniu stają mi pod znakiem zapytania. Ale przecież Drzewa też nasączają się toksynami w liściach, aby walczyć z tym co podgryza. Ustanawianie granic i obrona własnej przestrzeni J

Szaruga. Jedno z najpiękniejszych wcieleń jesieni. Wieczór długi, a ponury ze zmierzchem kroczącym powoli, rozwlekle, choć zdecydowanie. Spędzam go w uwielbieniu. Długo wyczekiwany, tęskniony. Ciemność wypełza znienacka, choć w zapowiedzi wcześniejszej. W takiej scenerii obserwuję kolejne zdziwienia. Zmierzchowa lornetka wskazuję porę, że na polach rozpoczyna się towarzyskie życie saren. Dociera do mnie ile bez niej musiało mnie dotąd omijać, kiedy przeczesując teren dostrzegam tu i tam rozrzucone zwierzęta. I one ufają szarudze. Z kukurydzy wynurza się dziwna para. Jest sarna – ruda, jeszcze w letniej szacie (podobnie jak wszystkie dziś widziane) ale druga nieco większa i brązowa, zupełnie jak sarna w futerku zimowym. Ale że już teraz? O co tu chodzi…Trzymają się razem, spoglądaja na siebie, widać że to duet. Wgapiam się w to brązowe. Wychodzi na to, że to jeleń. To przecież dwa różne gatunki. Wtem one zaczynają biec przez pole. Jakby coś je wypłoszyło. Może ktoś idzie? Niczego nie widać. Spoglądam dalej na horyzont a tam pod kukurydzą raz, dwa, trzy, cztery! Tu już wielkie łanie jelenia z jednym młodym szpiczakiem stąpają ostrożnie. Czyżby one spłoszyły sarny? Na to wygląda. Z przeciwnej strony pod lasem, luzno pasie się saren dziewięć. Gołym okiem w ogóle ich nie widać, tak się zlewają. Oh, ilu niepotrzebnych płoszeń teraz mogę unikać. Dawniej pewnie puściłbym się tamtędy na powrót i wypatrzył je za późno aby mnie nie spostrzegły. Teraz lustrując teren, mogę go opuścić nikomu nie przeszkadzając. Lornetka Kochani. Sprawcie sobie na wyprawy koniecznie.

Pole przypomina autostradę. To znaczy – z jednej strony sarny idą do kukurydzy, z drugiej inne wracają, w kolejnym krańcu jelenie zmierzają na wodopój. Musiały tam przesiedzieć cały dzień. Biegną truchtem, co jakiś czas zatrzymują. Sarny też. To takie śmieszne. Każde z tych zwierząt słyszy drugie z daleka i przystaje na chwilę aby posłuchać. Uspokojone mknie dalej w kierunku obranym. A ja pogrążam się w rozkoszy obserwacji. Dopiero po chwili zwracam uwagę na dwie sarenki, mniejszą i większą, które zatrzymały się równo z linią mojej czatowni. Niedaleko. Stoją i stoją. Jakby otępiałe. Dwadzieścia minut… Totalna ‘’zawiecha’’. Czyżby i tam doleciał je mój uśmiech? Odebrały? Bo przecież zapachu czuć nie mogą. Chłodny wiatr szarpie mnie od ich strony, tak… Dziś jestem w rozkoszy obserwacji. Wcielenie Czatownika ma swoje błogie używanie. Gdybyż było widać dokładnie, siedziałbym tu całą noc. To pewne. Na każde zimno można się ubrać, każde można przetrzymać. Sprawdzone w praktyce. I sam siebie pytam wtedy, czy ja jestem >Normalny< ? Myślę o ludziach siedzących teraz w ciepłych domach przed telewizorami, z tostem na kolację, czy co tam lubią. Stąd widzę światła w oknach. Nie oceniam, ale czasem sobie myślę. Po swojemu. Tu rzut kamieniem od osiedla kukurydzisko i takie widoki. Zaraz dziki wyjdą. Młodociane puszczyki gonią w pomyłce za liśćmi. Śmigła kuna na łów wyrusza.Świat, choć oddaje się w otulinę mroku, jeszcze tyle ma do opowiedzenia w gawędzie. Kilometr dalej huczy rykowisko. Deszczyk kropi pięknie.Wiatr w szuwarach melodie wygrywa. Myli mi się. Gdzie jest to ‘’prawdziwe życie.’’ Które przyjęliśmy za własne, choć nigdy nim nie było. A które było od zawsze, choć w wygodzie i natłoku wyparliśmy z pamięci. Czy tam, w sztucznym świetle, przed wyreżyserowanym pod oczekiwania publiki programem jest ono, czy tutaj, gdzie choć i ślad człowieka przekształceń widać jeszcze, pędzi skrycie swe tajemnice gros futrzastych i kopytnych istnień?

9.09.2019

1

Ile lat ma Drzewo? Dojrzewanie nasiennych dzieci.

Jedne z najczęstszych pytań, kiedy stajemy wspólnie pod Drzewami, jakie się pojawia. ‘’Ile może mieć lat’’? – pytają moi goście.Czasami ma to jakieś znaczenie… I choć są różne ku temu metody aby sprawdzić, zwykle mam z takim pytaniem jakiś problem. Bo przecież nie zetniemy go i nie policzymy nagle słojów. A i ten sposób nie jest do końca dokładny, bo przecież drzewo różnie może przyrastać i nakładać słoje, w zależności od wielu czynników. Ostatnio coraz częściej przekonuję się, że nie wiek i ‘’sędziwość’’ Drzewa mają aż takie znaczenie, jeśli chodzi o możliwy kontakt z nimi. Podczas niedawnego wyjazdu udało się mi bardzo łatwo porozumieć z młodymi brzózkami i dębem, odczuć ich nastroje i pragnienia nawet. Dąbek wibrował pociesznie przy zbliżaniu dłoni, jakby z ekscytacji na kontakt, a brzózki wygłupiały i reagowały na szeptane słowa. Z każdym udało zamienić się kilka rymów. I nawet aż tak mnie to nie zdziwiło. Siedziałem właśnie pod Krzesimirem pogrążony w tych rozmyślaniach o leciech, kiedy Dąb odezwał się nagle…

– Pytasz o wiek Drzew? A po co w ogóle go liczyć? Uważasz, że ludzie są w stanie poznać nasz dokładny wiek używając swoich sposobów?

No jak to po co? Ludzie są ciekawi. Uważa się, że im starsze Drzewo, tym bardziej doświadczone, świadome, pomocne. Choć już wiem, że nie zawsze tak jest. Poza tym
Wy wiecie ile mamy lat, więc co to za sekret?

Zamruczał. Zdziwił się. Poszumiał…

– Nie chodzi o tajemnicę, nie. Ale o życie Drzewa. Pomyślałeś, od kiedy właściwie je liczyć? Od momentu kiedy wykiełkuje i pokaże nad ziemią – tak uważacie. A co wcześniej? Czy nasionko jest martwe? Przecież drzemie i czeka. Czasem się wybudza – tu dojdzie je trochę wilgoci, z drugiej nieco ciepła. Już wtedy – żyje i bada otoczenie. Sprawdza, kiedy najlepiej zacząć się rozwijać. Zupełnie jak dorosłe Drzewo. A dorosłe pomaga mu w tym procesie. Z setek lat przekazało całą swoją dostępną wiedzę z pokoleń, do tego małego nasionka. O świecie jaki je otacza. O zagrożeniach, opadach, glebie, owadach, sprzymierzeńcach, wrogach. O szczęściu i pełni oraz o niedostatku, i jak sobie z nim poradzić. Cały czas to się dzieje. Choć usilnie nie dostrzegacie. Życie – pełne spraw, trosk, radości, zmagań. Zupełnie jak Wasze. Wróćmy do nasiona. Jeśli ono żyje i pracuje już będąc w Ziemi – od kiedy powinno się według Ciebie liczyć wiek Drzewa? A może jeszcze wcześniej – kiedy żołędzie wiszą na gałęzi w szypułkach, uczą się życia, zbierają informacje, pytają, niekiedy boją, i nie mogą doczekać kiedy wreszcie opadną ku Ziemi? Może odtąd powinniście rachować?

Ale jak to?

– Mówię Ci, że tak jest. Czemu Cię to dziwi? A dziecko ludzkie, w łonie matki? Też słyszy, przeżywa jej emocje, uczy się, czasem nabiera i traum. Tak ja i każde Drzewo rozmawiam ze swoimi dziećmi. I nie ważne, że ich dużo, że wiele zostanie tylko pokarmem dla zwierząt – wiedzą, że tak być musi. Nie umierają, nie odchodzą. JA ponownie je wskrzeszam. Wracają do mnie z Ziemią. A u Was, jeszcze przed poczęciem – Dusze umawiają się na jakieś doświadczenia, wzajemne poznanie. Dzięki temu wzrastacie, rozwijacie się, uczycie. U nas tak samo…Prawie tak samo. Ponieważ duchy Drzew są niemal od początku w stałej łączności ze swoim drzewnym ciałem – tak łatwo przychodzi im akceptacja. Wiedza. Z tylu rzeczy nie robią tragedii. Rośniemy, rozwijamy się, pracujemy dla Matki Planety, doświadczamy, uczymy, usychamy, cierpimy, śpiewamy pieśni, tańczymy, pijemy, przewracamy, rozkładamy, ale – nie umieramy. Wracamy wciąż. Coraz bardziej świadome, przystosowane, mądre, ufniejsze i bogatsze. Zawsze wracamy. Wy też wracaliście, i odchodziliście. Wiele już razy. A Drzewa zawsze były. Ostatni ‘’czas’’ był trudny dla nas. Zasady naszego wspólnego istnienia – zszargane i zdeptane. Braterstwo, opieka, pomoc, równość, rozwój, współczucie i szacunek należne wszystkim. Dla Drzew było naturalne aby się opiekować, wspierać. Robimy to dotąd. Wiemy, że różnorodność szczęśliwych jednostek zapewnia dobrobyt większości. To działanie silniejsze i starsze niż wszystko co dotąd poznałeś. Nie złość się teraz – na ludzi. Będzie stopniowo wszystko wracać. Zobacz, spójrz! Tyle się zmieniło. Przychodzicie już po kilka osób. Docieracie i poznajecie kolejne Drzewa. Jednoczycie się w ich energiach, a one dają siebie poznać. Chcą być poznane przez Was! Otwierają się ufnie, będąc przekonane o zmianie Waszej, jaką spowodują te odczucia. Podjęto decyzję w radzie Wiecu – działać na wszelkie sposoby. Inni – czytają i praktykują sami. A to tylko wierzchołek, bo takich ludzi jest i już zbiera się wielu…

65395413_341162893445501_4959807042052161536_n

…Czasem nawet ewoluujemy, kompletnie się zmieniamy. W coś innego. Skały tak zwane, przechowują opowieść o tych gatunkach, które odeszły. I gdybym pokazał Ci obrazy ze wspomnień Pamięci epok Ziemi, nie uwierzyłbyś. Coś Ci powiem Przyjacielu, choćbyś bardzo chciał, nie poznasz wieku Drzewa. Odkąd właściwie powinieneś liczyć? Bo istniejemy Wiecznie. Teraz.

Serce bije mi łagodnie szczęściem. Po policzkach płyną łzy. Dąb kołysze leciutko liśćmi w koronie, aż w głowie wiruje. Wiem, że to już wszystko. Znam Go dość dobrze, tak mi się wydaje. On zawsze tak z zaskoczenia. Nie musi już mówić. Choć w głowie kołacze jeszcze:
‘’ wiesz, że to co opowiadasz jest totalnie odjechane’’ ? I jednocześnie takie oczywiste. Wiem, że On nie dba o to. Ostatnie czym przejmowałoby się Drzewo to ‘’co ktoś sobie o Nim pomyśli’’. Ochoczo biorę przykład. Spisuję. A kto wie, co to słowo komu podaruje 

25. 06. 2019 – Krzesimir 🍁

54412571_10217475620469709_4584872047972188160_n

Przesłania Drzew Mocy. Echa dawnych Wieszczy.

Kiedy opowiadacie mi o swoich odczuciach po odbiorze przesłania Drzew Mocy, bywają one całą paletą, i w gruncie sedna cudownie pozytywną. A gdy robi się odczyt pod Drzewem, to już w ogóle, Moc, Wiatr, i Liście, magia. Ale jedno powtarza się u każdego i dostaję to zawsze w informacji zwrotnej. Płacz i wzruszenie. Choć z początku nie rozumiałem dlaczego, to przecież nic dziwnego, bo ja sam jak ten bóbr podczas każdego pisania. Rymowane wersy uruchamiają jakiś proces. A po nim następują zazwyczaj ‘’gruntowne reformy’’ zmiany w osobowości, postrzeganiu, działaniu, zdarzeniach…Miałem ostatnio mężczyznę w takim procesie i On też do mnie – , że nie wie co się z nim dzieje i płacze. Oh, serce się cieszy, jak pomyślę i dostaję wieści jak wielu z Was rozwinęło gałęzie i pączki po drzewnych wskazówkach, w drodze do Światła Duszy ❤  Przesłanie bywa aktualne długo, można do niego wracać i za jakiś czas, za każdym razem odkrywać coś nowego, rozumieć więcej. Moje towarzyszyło mi ponad rok, aby pojąć je, jak mi się wydaje, w pełni. I pamiętam, jak już dość dawno pytały mnie Drzewa:

– Czy mam wolę zostać ich Wędrownym Wieszczem?

Wtedy nie rozumiałem o co tu chodzi, i odpowiadam, że owszem, wędrowcem już jestem, a wieszcz, kto to taki? Jakiś nikt, co chodzi sobie i gada od rzeczy. Dla mnie wariat. Coś Wam się pomieszało na pewno. Jednakże ostatnio, już po kolejnym dla kogoś przesłaniu i ‘’wzruszeniu zwrotnym’’ w odpowiedzi, pojąłem więcej. A Drzewa zaszumiały wkrótce z wyjaśnieniem. Temat wypłynął.

55622747_820119385020473_7352995143307231232_n

– Jak zostało Ci powiedziane, czemu się tak dziwiłeś. Że dziś już mało Wędrownych Wieszczów. Wieszcz to ten, który niesie wieści. Ale nie tylko. To ten, który budzi słowo do życia. Inicjuje zmiany. Wchodzi w pole energii i ją odczytuje. Czasem przepowie przyszłość. Wieszcz. To ten, również, który stwarza i wprawia energię w ruch poprzez Słowo. Nadaje jej nową jakość i kierunek. Chodził dawniej wieszcz i budził. Nie tylko drzewa, ale też kamienie, inne rośliny, zwierzęta i ludzi. Pomagał słowem i radą. Wszystkiemu możesz wskazać cel, drogę, ukazać kierunek. Bo nawet kamień, skała , góra, i las cały mają oba. Czasem potrzebują jedynie sobie przypomnieć. I już następuje proces wielkich zmian. Dziwiłeś się, co działo się z ludzmi po przesłaniach. A skoro Słowo to wibracja z zapisem energetycznym, przekazane i wypowiedziane pracuje w Tobie czy każdym innym Istnieniu. To stąd wzruszenia. Rymy wzmacniają moc słowa wielokrotnie, aktywują całość takiego zapisu do pracy w Duszy. Zmienia się umysł, myślenie, czasem i ciało, duch inaczej czuje, postrzega. Otwierają się nowe przestrzenie. Wieszcz, to nie zawód w waszym rozumieniu. A działanie jego. Było się nim i jest ponownie – jeśli pozwalasz. Moc Słowa w powtórzeniu z rymem i wiara, że ono działa. I widzisz co się dzieje. Jak myślisz, w jakiej zasadzie działały dawne rytuały? Tu na Ziemi przypominacie sobie, czym jest Tworzenie. A wieszczenie, jest jednym z jego przejawów. Resztę już wiesz. Potrzebowałeś usłyszeć.

A to się porobiło. Wędrownego Wieszcza sobie ustroiły. No niech będzie. ‘’Strach’’ co jeszcze mogą wymyśleć  Choć nie lubię już niczego nazywać, nadawać pojęć. Jeśli się dzieje, działa i pomaga, to niech tak będzie. Właśnie tego dnia, kiedy to piszę, dostaję dwie wiadomości z pytaniem, czy warsztaty Przytulania Drzew w podróży do Źródła Istnienia mógłbym prowadzić wyjazdowo, w różnych miejscach Polski. I odtąd nazwa Wędrownego Wieszcza jasna się stała jak nigdy dotąd.

47579808_2212376992133670_8023950768170074112_n

Moje serce do Twojego serca. Świerk – Zielony Przyjaciel

Świerk prowadzi przez Mrok 🌲

Wszystko dzieje się po coś. Tak jak i zachwyt nad świerkowym lasem z wędrówką i noclegiem pod jego gościnnym okapem. O świcie ruszam dalej by oto już po kilkunastu krokach dostrzec JEGO… Ogromny, dostojny, wspaniały świerk, pręży się strzeliście niczym leśna antena do nieba. Pomost łączności. Odbieram lekkie zawirowanie przechodząc obok niego, połączone z drętwiejącym kłuciem w dłoniach. Ze zdziwieniem. Czyżby wołał? Przecież ze świerkami, bądź co bądź, nigdy mi nie szło. Zawsze ten kontakt nie wchodził w pełnię. Jakoś nie rezonowałem z ich energią, i tym samym przestałem do nich podchodzić, próbować…
Szybki rzut oka, na roztańczoną u góry w wichrze koronę, która obraca się na boki niczym karuzela, potwierdza mi świerkowe wołanie. Tak mało czasu. Tyle do przejścia…

– Zaraz, za moment do Ciebie podejdę Kochany, zajrzę tylko na to małe bagienko przede mną…

Zaskoczył mnie ten las. Z góry na mapie wydawał się niewielki. Oceniłem dawno temu, uznałem za nieciekawy… Najbliższy mojemu domostwu, sam zagubiony wycinek, otoczony osiedlami, polami, rozlewiskiem… Okazał się być ostoją przyrodniczego bogactwa, i wcale nie widać aby kręcili się tu ludzie. Łącznie cztery oczka wodne, bardzo urozmaicony stan gatunkowy drzew, w tym buki. Ich u mnie jak na lekarstwo. Przez 20 lat myślałem, że wcale nie ma. Jednak były i to całkiem blisko. Obecność buka tutaj, oznacza dla mnie wspomnienie bardzo dawnych lasów, kiedy buk dominował w rozległych puszczach. Po śladach widać, że kręci się sporo dzików, co najmniej jeden jeleń i mnóstwo saren. Przesypiają tu dzień i taką śpiącą wypatrzyłem właśnie z daleka podczas przeprawy przez świerkowe chojary. Na świecie jest już jasno. Spoglądam na zaklęte w lód bagienko, podziwiając jak w zwierciadle zimy odbijają się pomarańczowe promienie wschodzącego słońca. Zerka na mnie spomiędzy dwóch rosłych dębów bliźniaków – strażników i świadków tego magicznego miejsca. Kula słoneczna nie ogrzewa tu ani trochę, a mnie drapie nieco w gardle, po nocy spędzonej w czarnym mroznym lesie. Mimo to, dostrzegam piękno tej chwili . Pradawny słoneczny Bóg wznosi się w złotej chwale, prześwietlając dębowe konary iskrami wiecznego splendoru. Mały człowiek, Wielki Bór, i Słoneczne Bóstwo spoglądające sprawiedliwie z nad dębów. We wnętrzu dotyka mnie duch naszego dziedzictwa… Wyciągam dłonie przed siebie i spoglądam w blask. Kłaniam się Dębowym Mędrcom i Słonecznemu Dawcy Życia. Nie zamykam oczu. Karmię, nasycam się jego energią…Powietrze wibruje wysokimi nawoływaniami raniuszków i mysikrólików. Dzwięczy jak krystaliczne srebro. I pomyśleć, że pod świerkami jest jeszcze tak ciemno…

P90208-155510

Zlustrowawszy najbliższy teren, szybko wracam do świerkowego druha. Z tej perspektywy dostrzegam, że rośnie ich tu kilka takich olbrzymów, w rozwleczonej przestrzeni, świetlistej. Jest miejsce do wzrostu. Świerkowy krąg Mocy. Jeszcze badam korę dłonią i upewniam się, czy On na pewno tego chce? Dlaczego zawołał? ‘’Przecież od zawsze nie szło Ci ze świerkami’’ – spieszy umysł z odpowiedzią. A może po prostu wezwały, kiedy przyszedł na to najlepszy czas? Uznały, że ten Czeremcha nie taki zły. Mimo, że z dęby i brzozy głównie przytula. Tyle czasu dziś wśród nich spędziłem. Może się przekonały. I wyznaczyły największego spośród siebie…

Tulę się do zielonego pnia, ze zdumieniem przyjmując w dłoniach kłujące mrowienie. Silne jak przy Krzesimirze i Radosławie. Tak, energię świerków można określić jako ‘’chłodną i kłującą’’. Takie są. Potrafią też dać mocnego kopa, jeśli nie życzą sobie kontaktu. Tym razem nie jest odpychający. Oswajam się z myślą, że dziś właśnie Świerk. Zastanawiam się, czy ma jakieś imię? Podasz mi swe imię? Zupełnie nie wiem od czego zacząć… A czuję, że w sercu robi się mniej więcej tak, jak przy Dębowym Przyjacielu. Zdumiewające.

– Garion…Imię moje Garion.

Jednak mówi! Głos jego jest jednak dość odległy, bezbarwny, słabo słyszalny. Wbrew pozorom drzewa wolą się skupiać na komunikacji energetycznej, polegającej na odczuciach. Słowa mogą przyjść potem. Lub wcale. Rzadko które, porozumiewa się płynnie. Ale to… nieważne. Fascynujące jest samo to, że można doświadczać takich kontaktów na tylu płaszczyznach poznania. W myślach szybko przezywam go ‘’Gabrielem’’ – aby imienia nie zapomnieć.

Zdziwiony bardzo jesteś… A nie śpimy tutaj… Nie dosłownie. Nie głęboko. Świerk korzysta, gdy tylko cieplej. Rośnie. Trzeba być w gotowości. Czemu jesteś tak zdumiony?

Odpowiadam mu w myślach. Bo nie spodziewałem się dzisiaj jego. Że zawsze mnie odtrącały, kłuły, nie chciały. Że nigdy prawie nic nie wyszło. Co się zmieniło?

– Moje serce, do Twojego serca… Mówię mu na głos, ustami w korę.

Spoglądam w górę na roztańczony, bujający się wierzchołek. Kołyszą się inaczej niż sosny. Bardziej wykręca je na boki. Widok jest piękny, majestatyczny. Olbrzym jakby amortyzował i wygaszał całym sobą siłę wiatru. Miękkie szczotki gałązek chwytają chwilowe porywy, pniem przekazując cały ten ruch w dół do ziemi… ciągła wymiana energii… Żadnego oporu. Całkowite poddanie się przepływowi. Dlatego wzrastają tak potężne. Dlatego żyją tak długo…

P90208-154831

– Byłeś tu z nami… Tyle ‘’czasu’’. Tyle drogi. Wieczór, noc. I wtedy poczuliśmy Inne. Ty je przyniosłeś z sobą. Przyszedłeś do Nas… To miałeś poznać. Przybyłeś, zachwyciłeś się, wzruszyłeś. Podziwiałeś, dziękowałeś, mówiłeś… Dostrzegłeś aurę naszego Boru. Tyle myśli… Tyle… strachów. Nie spodziewałeś się również ich wszystkich. Tak oswojony z lasem? A gdyby nie odwracanie uwagi… czy wytrzymałbyś? Sam z sobą, tutaj? Tej nocy zmierzyłeś się nie z naszym, a z własnym mrokiem. Dogłębnie. Poczyniłeś wnioski. Zaakceptowałeś, że jest. Poznałeś się. Lepiej. Ważny krok. Tak pomaga Świerk. Teraz to ukochaj… ze mną…

Ma rację. Ta noc nie była łatwa. Wiele myśli popłynęło, i pewnie wiele jeszcze więcej by się ujawniło, gdyby nie smartfon… Zwątpienia, smutki, żale, złości… Choć było też całkiem cudownie. Ta ciemność zadziałała mi trochę na nerwy. Była niepokojąca. O ile w ‘’zwykłym lesie’’ nocą cokolwiek widać, tak tutaj… I nawet nie było gwiazd między gałęziami. Tylko My i ciemna pustka ciszy. Czasem ‘niepokojący’ szelest maszerującego zwierza. Paradoksalnie, przynosił wtedy ulgę. Czuję jak On ukochuje… Choć kłębi w całych piersiach, a nie dokładnie na sercu jak z Dębem. To jest bardziej rozległe. Poddaję się temu. Dziękuję mu w myślach, chłonąc iglaste wsparcie, z pełnym otwarciem.

– Unikałeś, nawet i w przesłaniach wchodzenia głębiej na to, co odtrącało. A cień ludzki… jest obecny. Teraz znasz i swój. Nie bądź iluzją. Bądź prawdziwym sobą. Gdy drzewo zostaje rozdarte, czy próbuje to ukryć? Gdy się przewróci? Jest jakie jest. Widziałeś naszego brata w borze. I my go akceptujemy kim się stał, i on – swój los. Mimo tej rany, nadal pozostał sobą. Jednym z nas. Jest wspierany. Przynosisz nam Inne. Dawno tu tego nie było. Nigdy. Nikt nie rozmawiał, nie cieszył się, nie tulił. Nocą, pozwoliłeś sobie być sobą w pełni. I dlatego dziś jesteśmy z Tobą. Przecież czujemy i widzimy, pamiętasz. Nawet jak nie odpowiadamy. Moi młodzi druhowie radzili się równie zdumieni. Poza Twoją percepcją. Potrafimy się uciszyć, dla Ciebie i innych. Ja Cię odbierałem w borze nocą. Że tam jesteś. Postanowili jednego wyznaczyć, aby przekazał. Tak najlepiej. I często tak jest, że społeczność Drzew wyznacza jednego dla porozumienia. Strumieniem, zasilają jego jednego. W ten sposób łatwiej dotrzeć do Człowieka. Dlatego czasem słyszałeś więcej niż jedno. Wyczułeś mnie idąc, zatrzymałeś się. Dobrze. A praca z ludzmi i drzewami nie będzie łatwa. Powinieneś znać jak najwięcej. Topole zaprowadzą do Światła, Świerki pomogą przejść przez Cień. Takie jak zawsze było Twoje nas odczucie, taką prawda jest. Cieszy nas, Twoje postrzeganie, widzenie. Piękna w tym co tu jest. Bez oceny. Oceny przydatności. Popatrz, gdyby więcej wielu z Was odczuwało podobnie. Ile wspólnego wzrostu, rozwoju, uzdrowienia, spokoju dla Ludzi i Drzew. Harmonia, Istnienie, wzajemna nauka. Wy o sobie, przez Nas. Tak doskonale. Tak dogłębnie. Przyjemnie, zdrowo. Czy to mało?

Nie potrafię mu odpowiedzieć. Zamiast tego proszę, aby zajrzał do mojego wnętrza. Zobacz, że ja nie z tych… Nie z tych którzy krzywdzą, wycinają. Chociaż On wie. Jakoś mi się przykro zrobiło z tym jego pytaniem. Trochę, za nasz gatunek. I dzięki temu już wiem, że Świerki nie unikają tematów trudnych. Można by powiedzieć, że to ‘’nieokrzesanie’’ trochę. Nie… to po prostu… Prawda.

Przed zamkniętymi oczami ”dostrzegam” znów to bagienko, jednak trochę inne. Nieco większe. On pokazuje. Zewsząd otaczają je sarny. Chyba z trzydzieści. I piją. Jedna przy drugiej, niemal z precyzją odstępu otaczają cały zbiornik. Czy mogło być tu ich kiedykolwiek aż tyle? Dlaczego mi to pokazujesz?

– Bo…Kochasz je…I cieszy Cię to. Drzewo widzi w energiach. Twój umysł człowieka, potrafi z niej przekazanej stworzyć obraz jaki był. Aby był dostępny dla zmysłów. Pamięć Przestrzeni. Nie tylko Ziemi. Wszystko można zobaczyć. Co było najpierw, i co być może. I dużo więcej. Są Drzewa lepiej czytające z tej, inne z drugiej. Dla Ciebie, prezent nasz. Podziękowanie, za to co przyniosłeś. Wspieramy. Kochamy. Las cały, chce się rozwijać, żyć, zmieniać, poznawać przez doświadczenie. Jak Wy. Tego nam trzeba. Najbardziej.

Wzruszenie wypełnia moje Istnienie, a ja wiem, że to nie jedyny podarunek otrzymany dzisiaj. Na mnie powoli czas. Reszta herbaty w termosie, straciła po nocy swą gorącą moc. Mimo naładowania lasem, trzeba wypocząć i się ocieplić. Choć nie jest mi łatwo się z Nim pożegnać. Tyle niespodzianych wieści. Tyle wymiany. Znów, uzdrowienia jakiegoś – czegoś. Wędruję ponownie przez świerkowy zagajnik zielonych młodzianów. Jakże inaczej się czuję niż dnia poprzedniego. W jedności, ugoszczony, zrozumiany, wreszcie przyjęty do iglastego grona…Kłujący Druhowie. Od teraz również jesteśmy Braćmi. Rozglądam się wokół, a oni wszyscy kołyszą się delikatnie, szemrząc coś z zadowoleniem…

🌎 Pamięci Gabriela, Świerkowego przyjaciela z Mrocznego Boru

P90208-154852

Krzesimir – czas się dokonał

Był to czas rykowiska. Tamta noc upłynęła mi w pogoni za słuchaniem ryczących, wyjących, charczących i bekających byków. Ależ grały! Ma się wrażenie, że mocarna wibracja tych dzwięków przywraca wszelkim zakątkom ducha dawnej pierwotności. Ostatecznie, po objechaniu niemal całego lasu, wylądowałem u swego dębowego przyjaciela. I…dokonało się.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gaszę czołówkę szybko, bo zlatują się do niej ciekawskie nietoperze.Drzewo wita się spontanicznie, żywiołowo. Nie spodziewał się mnie tu chyba dziś, tak samo jak ja nie planowałem go odwiedzić. Rzuca mi w dłonie drętwiejącym ciepłem, to znak dla mnie jego świadomości, kontaktu i radości. Płynie energia. Po paru godzinach włóczenia się w ciemnicy, nie ma już we mnie niepokoju. To szczególne, bo kiedy nie ma księżyca, bywało że lekki strach trapił, powodując czujną uwagę. Kiedy widzieliśmy się ostatnio, nie potrafiłem siedzieć naprzeciw niego pogrążony w zupełnej ciemności, i czas ten spędziliśmy przy diodzie. Bardzo nie lubi, kiedy na niego świecić nocą, i upomina aby zgasić, sypiąc na głowę żołędziami, których zda się mieć nieskończoność. Dziś siadam ufnie w ciemnicy i razem słuchamy byka nisko mruczącego w zagajniku. Ileż dąb musi na ich temat wiedzieć! Gdzie chodzą, i w których miejscach ryczą, o jakich porach. Przecież jest tu ciągle i słucha, i obserwuje. Obdarowuję go ciepłymi słowami, wyrażając swą radość i płynące…uczucie. On milczał nieco przez ostatnie wizyty. A dzisiaj bardzo pobudzony. Tak przyjacielu, będzie w końcu deszcz! Śpiewały o tym i Topole na szlaku. Ale Ty już o tym wiesz, bez konieczności znania prognoz. Cieszę się razem z nimi. Bo to powód ich przedłużającej się ciszy. Trudno radośnie śpiewać, gdy gardło wyschnięte na wiór. Poprosiłem ostatnio wszechświat o ulgę dla moich drzew, i na drugi dzień popadało umiarkowanie dobę. Ale to stanowczo za mało. Jak na tyle suszy, i potrzeby spragnionych olbrzymów. Delikatnie kłuje punkt w plecach. Ej, dlaczego mi to robisz? Wszystko w porządku?

– Rozkrzyżuj nogi… Słyszę cichą prośbę. Spełniam ją w mig. I kłucie raptem znika.

Opowiadam dębowi o wszystkim co się zdarzyło ostatnio, coś o ludziach jakich poznaję. O tak, ‘’lubi weryfikować’’ moje znajomości. I nigdy się nie myli… Ja z umysłu nie dowierzam często, i o dębowej racji przekonuję się zazwyczaj boleśnie po czasie. Zaczynam opowiadać o książce, i o moich wątpliwościach znów, pytam co Ty na ten temat uważasz? I dlaczego od pewnego czasu jest między nami tak, określiłbym, inaczej? Dlaczego miałem wrażenie, że wręcz pchasz mnie do innych drzew…

Kropka seledynowego światełka miga obok. Raz, drugi. Nie, musiało mi się przywidzieć. Dąb szumi…Błyska drugie z prawej! Co to ?? Wygląda jak znane świętojańskie robaczki. Ale 20 września? Albo przyroda nadal w szaleństwie, albo to inny gatunek, lub po prostu czegoś nie wiem. Nie świeci ciągle, tylko błyska i znika w ciemni. Dopadam tam z latarką i… niczego nie znajduję. Spadają na raz chyba trzy żołędzie. No tak… Przecież często porozumiewał się przez zwierzątka. Dzisiaj błyska zielonkawą magią.

– Czas nasz się dokonał. Dobrze czułeś to od dawna. Tylko nie chciałeś uwierzyć, przyjąć. A…to takie trudne? Mówiłem Ci i pokazałem. Wszystko jest zmianą. 

Głos jego jest dziś taki wyrazny, czysty. Inny niż bywał wcześniej, choć ton podobny. Zupełnie się zmienił…Nie poznaję. Taki męsko – anielski. I trochę buntuję się przeciw temu co powiedział. Nie rozumiem chwilowo. Daje mi wgląd…i pojmuję.

23659549_321574431652345_8997142696899530726_n

– Wszystko, czego Ci było trzeba na tamten czas otrzymałeś i przyswoiłeś. Co trzeba uleczyłeś…Sam przecież widzisz… Nie jesteś już tym zapłakanym, smutnym, bezsilnym chłopczykiem, jakiego zawołałem do siebie tamtego dnia. Z początku nawet i to starałeś się wtedy ukryć. Choć wiedziałeś, że jak i tak wiem. Jak mogłoby być inaczej? Zobacz, że nawet energię dębową przepuszczasz już inaczej. Nie upajasz się urojoną siłą. Zmieniły się odczucia. W polu duszy pieczęć nasza odcisnęła się i zrobiła swoje. Gdzie się podziały Twoje wątpliwości i brak wiary? Wracasz już do nich tylko z nawyku umysłu. On też z czasem przestanie. Ufnie działasz. I ja Ci więcej dać nie mogę… Dlatego inne drzewa, poznawanie ich energii, znaczeń, tego co chcą przekazać. Przed brzozami bardzo się opierałeś… A spójrz ile Ci dały radości. Potem Klony, Wierzby, Jesion. Następne odkrycia przed Tobą. Zdecydowania nabrałeś, zaufania, odwagi. Bólów przykrych ducha i umysłu nie ma… A jako, że życie jest podróżą i zmianą tak je traktuj. Nawet dla nas drzew jest takim, choć pozornie – widzisz. Jeszcze nie raz się zaskoczysz. Dlatego już, nie musisz tracić na mnie czasu. Nie poczuwaj się przychodzić i siedzieć. Odwiedzaj kiedy zapragniesz. A po innej przyjazni, będzie kolejna. Nasza się nie kończy. Każde z nas już na zawsze zostanie przy Tobie.Nawet jak nie będzie odwiedzin. Bo kiedy z nami się szczerze porozumiewasz, tak w duszy zapisuje się pieczęć. Dlatego kolejne drzewa już wiedzą. One to rozpoznają. Czytają, jak z książki. Dlatego, jak zauważyłeś od jakiegoś czasu nie musiałeś każdemu opowiadać całej swej historii. Wystarczyło dać wgląd do siebie, pokazać i one wiedziały. Dlatego to tak płynie. Po tym wszystkim, pora na brzozową lekkość, taniec i uśmiech. Tego Ci brak. Tego dusza pragnie. Wyzwalaj je. Śpiewaj, wiruj, skacz! I płacz radośnie też przy nas. Zobaczysz co się dziać będzie z Twoim nastrojem i energią. 

Ma rację…długo opierałem się przed tą prawdą. I to nie jest kwestia czyjejś decyzji, wyboru, tylko tego co się dzieje. Mojej i jego zmiany. Stają mi przed oczami wszystkie nasze chwile. Wszelkie emocje, stany, słowa, znaki, opowieści, które były nam dane. Obserwacje, wieści, zwierzęta jakie nam towarzyszyły, wskazówki, znaki. Uśmiech, smutek, miłość, radość, gorycz, przygnębienie, żal, wzruszenia, beztroska, tęsknota, bunt, opór, lekkość, czułość, bliskość.. Czego to nie było.Ta cała podróż…To już? Wdzięczność. I płaczę. Ale jak to koniec z tym? Krzesimir, ja tak nie mam jak Wy! Że bum i zmiana, ja się bardzo ‘’przyzwyczajam’’, kocham, tak, kocham szczególnie mocno i długo. Przecież rozmawiamy na luzie. I tak będę Cię odwiedzał. Myślę w łzach… Że to za mało. Takie poczucie, że za mało dla nich robię. Jeden mały człowiek, kilkadziesiąt czytelników, zasięg też niewielki… Opowiadam mu o książce. Pytam, czy na pewno powinienem ją spisać. Ohh..! Posypały się żołędzie z trzech dębów wokół. Krześ się rozszumiał. Wystarczy zamiast słów. Zadaję pytanie, które mnie trapiło od czasu najbardziej:

Krzesimir, a jak Ty uważasz, czujesz? Powinienem zawrzeć w książce nasze opowieści, rozdział z Tobą, przesłania od innych Drzew? 

Zielonkawe miga. Z jednej strony, z drugiej. Stukot żołędzia lecącego po konarze. Dinks! Uderzył w rower. I drugi i trzeci, naprzeciw mnie. Szum korony. Na dłoni ląduje półprzyschnięty liść.

52105025_2346292698738939_2805369476927717376_n

Dobrze… Wszystko w niej będzie. Tak jak to było. Nikogo nie pominę. I niczego. Nawet Świerka – Zbójnika. Dąb wibruję mi ciepło przy sercu. Odbieram, że mam już wstać. I się przytulić…jak dawniej. Tak było z początku, podczas naszych sesji. Komendy; wstań, siadaj, połóż się, przyłóż czoło, stopy, przytul się plecami. Jest 3 w nocy. Jesteśmy tu sami, my, gwiazdy, i jelenie. I robaczkowi błyskający dziś magią towarzysze. Tulę się szczególnie mocno, obdarowując jego korę wdzięcznym pocałunkiem. I coś mi świta…Jak mogłem?? Dlaczego TOBIE akurat, nigdy prawie tego nie mówię?

– Kocham Cię Krzesimir. Jesteś cudem wszechświata. Dziękuję Ci za wszystko… 

Ciepłe tchnienie miękkiego ‘’puuchhhh’’ spływa nagle jak walnięcie obuchem. Puchem bardziej. Kręci mi się w głowie, i ledwo stoję. Ale to wszystko przyjemne i lekkie. Dębowy odzew wdzięczności. Chcę go poczuć jak najpełniej. Teraz trzymam dłonie centymetr od kory i odbieram jego otulinę. Jest cieplutka i spływa w dół. Ręce zlewają się z tym przepływem, i powoli przestaję je czuć. Jakby się rozpłynęły… Przesuwam nimi tuż nad korą, robiąc coś w rodzaju ‘’ głaskania energetycznego’’ . Nie wiem co robię, ale czuje, że właśnie teraz tak trzeba. Jemu się podoba. Spoglądam w górę i patrzę na biało – ciepłe światło wirujące na styku pnia i korony. Kula.To jego centrum energetyczne… Duchowe jego serce, i główna czakra. Jedna z trzech podobno. Znika mi i pojawia się. Moje dłonie cały czas przesuwają się wokół pnia, stopione w płynącym ciepełku. Teraz podnoszę ręce wyżej. Zaczynam kołysać się tak, jak robią to drzewa. Bujamy. A on zaczyna ze mną. Jak mocno! Szczytowe gałęzie zdają się machać w rytm moich dłoni. Mam wrażenie, że robimy coś pradawnego, i ten drzewny, kołyszący taniec, to coś, co znali dobrze nasi szamańscy przodkowie. Przed oczami stają obrazy – kobiety dziko tańczące na polanie, w szum drzewnej potęgi razem z nimi. Salwa kilku żołędzi. W takich momentach przekonany jestem głęboko o tym, jak bardzo żywe i świadome są to istoty. Kiedy raz choć tego doświadczysz…Już nigdy nie będziesz potrafił ich skrzywdzić. I kiedy piszę te słowa, brzozy za oknem zdają się doznawać szumiącej euforii. Nagły łoskot w zagajniku. Czujność. Chwilowy sztorm myśli.

– Hej, powiedz, że nie prowadzisz mi tu jelenia? 

Już nie raz i nie dwa, obdarzył mnie pięknymi widokami zwierząt zachowujących się niefrasobliwie w naszym pobliżu. Jakby wiedział, że kocham takie momenty i zacieszam z nich szczególnie. Co też tam się skrada?

– Beeeeuuuuuuuuuuu buueeeeeee …. !

Niskie, nieco koźlęce buczenie jeleniowego byczka. Jednak mnie obdarował. Kochany Dąb! Z tak bliska nie słyszałem podczas dwóch ostatnich nocy zasiadki. Ale on nie zamierza tu koncertować. Jest już czwarta. Z chrzęstem toczy się gdzieś dalej. Plan był taki, że miałem siedzieć w czatowni do świtu, z nadzieją, że rankiem zobaczę jelenie świętujące czas swojej miłości na przyleśnej łące. Buczały jednak na tyle daleko, że odpuściłem sobie ten pomysł. Pora nam się pożegnać Dębowy Bracie…Choć gdybym kiedyś mógł, zostałbym tu pewnie z Tobą na zawsze, w gwiezdnej ciszy jedności, z wiatrem, deszczem, słońcem i wszystkimi wędrującymi zjawami lasu…

– Patrz na nas jak na istoty wielowymiarowe…

To rzuca mi jeszcze na pożegnanie.

43951573_2106068622990437_5274859888399351808_n