Zmierzch w podmokłym olsie. Stary odyniec czuwa.

Ostatnia zorza wieczoru powoli dogasa, malując bagienną topiel odbiciami lustrzanej czerwieni. Ols o zmierzchu. Jeśli magia kiedykolwiek istniała, to z pewnością mieszka tutaj. Mijałem to miejsce wcześniej w pełni słońca równie oczarowany, ale teraz po prostu nie mogę się stąd ruszyć. Jak cudownie! Mam ogromne szczęście. Niegościnne wędrowcom podmokłe olszyny, wytrwale chronią przekazu swych dziejów, a stróżują im błota, muł i połacie rozlewisk. Niemal niemożliwe jest tam wejść i zwiedzać. Na zwykłe kalosze zwykle za głęboko i grząsko. Śmiałkowie mogliby próbować brodzić boso, jednak… Ostoi broni zawsze gotowa na zawołanie armia spragnionych krwi komarów i meszek. Ale teraz jest tu tak łagodnie…Końcówka marca. Środkiem biegnie wyżej położona, przejezdna dróżka, dzieląca krainę na pół. Na niej właśnie stoję. Pod wodą zielenią się gotowe do wiosennego wybuchu listki knieci błotnej i jaskrów. Toń muskają w niemym dotyku ślizgające bezgłośnie na powierzchni nartniki. Czasem aż widać maleńkie wiry. Echo uśpionego słońca przegląda w bagiennym zwierciadle. Mijają minuty, a czerwień leniwie ustępuje miejsca mieszance pomarańczy, różu i fioletu. Zlewają się w jedno. Podobnie jak ptaki, które osobną opowiadają tu baśń. Srebrne dzwoneczki rudzika podzwaniają beztrosko w postępującym mroku. Wtóruje mu strzyżyk, uwijający się w pośpiechu na wykrotach. Gwar szpaków i popisy drozda. Reszta to ledwie tłum tła, w kunszcie głównych solistów. Głucho, miękko pohukuje uszatka. Sowa ogłasza nieuchronne nadejście nocy. Stwarza nieopisany klimat. Wyobrażam siebie, jak bajecznie będzie tutaj, kiedy będą już latać nietoperze. Rzeczywiście, tu ptasie światy jakoś wyjątkowo przenikają się…Granica zatarta. Czy kiedykolwiek istniała? Wieczne przenikanie. Między drzewami cichcem wiosłuje para kaczek krzyżówek. Milczą wyjątkowo. Choć życiu niełatwo tu przetrwać, dostosowało się i wzrasta. Królują czarne olchy, wespół z dziką porzeczką. Drzewne sedno takiego miejsca. Rosną na takich jakby szczudłach, utworzonych z własnych korzeni. Takie dopasowanie pod niemal ciągle zalany teren. Nadszedłem cicho i boso, aby uwiecznić nieco zdjęć. Coś… coś mi mówiło aby wracać tędy wieczorem i zachować się jak najciszej. Słucham ptaków. Fotografuję. Pojąć nie mogę, jak to możliwe, że nie zapuściłem się tu nigdy wcześniej. Parę kroków od łąki, na której tyle nocy spędziłem. To stąd dobiegały te wszystkie pluski, fontanny i bulgoty, kiedy odważna zwierzyna przeprawiała się przez wodę, skąpana po brzuch.

P90330-183435

– Tuffffff!

Płowa torpeda przemyka za moimi plecami i ląduje z łoskotem w wodzie. Bryzg fontanny kropel. Plummmm! Ochlapuje mi twarz i ubranie. Mimo, że zaskoczony, stoję nieporuszony. A to, kozioł sarny! I skok, i skok, hen przez topiel, za nim płynie nie nadążając zmarszczona fala. Fontanny rubinowych kropelek rozpryskują się kurzawą mokrego pyłu w promieniach poświaty. Co za widok! Zastygam w zachwycie. Urzeczony. Ale zmącił. Mknie z gromkim hałasem, na moment aż zagłuszając ptasie popisy. I gdy pogłos jego wodnych skoków cichnie, burza myśli. Jak to się stało? Zaszedł mnie od tyłu? Czy był cały czas i nie usłyszał? W takich momentach umysł mój zaczyna pracować inaczej. Wszystko widzę jak w spowolnionym filmie. Jestem w stanie z pamięci odtworzyć każdy szczegół. Echo kozła jeszcze nie ucichło, kiedy w oddali dostrzegam innego zwierza. Poruszył się mocno zdecydowanym skokiem za odgłosami chlupiącej sarny. Chwilę rusza za nią, ale moment i wraca. Ten nawet nie pluśnie. Aż dziwne. Czarna, sroga sylwetka. Musiał tkwić tam od początku, obserwować, słuchać całe zajście. Dzik! Stary odyniec, tak zatopiony w swym świecie, że niemożliwie niewidoczny. Mędrzec, czujnie, nieuchwytny. Z pewnością bym nie zauważył. Niemal nieodróżnialny od wywróconych pni. Doświadczony, mądry starzec lasu. Samotnik – olbrzym, pustelnik. Choć nie jest tu nigdy sam. Dębowy druh i smakosz żołędzi. Ileż w sędziwej pamięci zapisać się musiało wspomnień, opowieści, przygód, potyczek i zdarzeń. Prastary instynkt objawiony z wiekiem prowadzi go nieomylnie przez ścieżki w mroku, bezpiecznie i z tajemnicą. Żywy pomnik Przyrody. Rzadko już widuje się takie dziki. Wypełnia mnie radość. Jesteśmy tu razem, tak blisko. Dziękuję wielkiemu dzikowi i Duchom Olszyn. Że mogę w tym wszystkim uczestniczyć. Nie zapomnę. Opiszę. Olbrzymi odyniec rusza bezgłośnie przed siebie, i z nieznacznym tylko szmerem pochłania swój żywot w bezkresie trzcin. Bożyszcze leśne, zjawa z głębin prabytu. I już jakby go nie było. Ptasia cisza. Rudzik popisuje się jeszcze, a uszatka – sowa odzywa puchato gdzieś znad bagna. Brzmi łagodnie, jakby z innego świata. Zasiewa dreszczyk mroku. Czuję, że moja dusza już wędruje w innym wymiarze. Spoglądam w górę na widoczne w ostatku wieczornej zorzy korony olch. Jakby dopiero budziły się do życia. Pradawne drzewa ochronne. O czymś szemrają. Słucham całym sobą. Z głębi ciemnego olsu nadciąga pierwszy mocny chłód…

Witaj w wieczornej gościnie, 
Przybyszu z dalekiej drogi,

Szybko Ci czas z nami minie 
Tajemnic objawią się progi

Tu dzik niespiesznie kłusuje, 
Aż woda fontanną pryska

Bezpiecznie i dobrze się czuje, 
Wilk gdzieś ślepiami rozbłyska,

Olchy wzrastają i chłoną, 
Tajemną sztukę przetrwania,

Dla Ciebie będą osłoną, 
Powiodą do samopoznania

Spójrz elfy złociste w gałęziach,
Budzą i zaczynają snuć pieśni

Opowiedzą o dawnych więziach
O sprawach, jakich się nie śni

Olchy w czas wichur zawodzą,
Bujając wśród połamańców,

Najlepiej tu sobie powodzą
Kołysząc w rytm swoich tańców

Zginają się całe w pokłonie,
Gdy szarpie, targa i wieje,

Usiądz wygodnie, posłuchaj,
Dawne powiedzą Ci dzieje,

A u nas…

Kują dzięcioły zawzięcie, 

Pomagając drzewom w spełnieniu
Mają o swej pracy pojęcie, 
Drążą ku przeznaczeniu

I strzyżyk maleńki, a śpiewny
Plądruje skrzat na wykrotach, 
Swego wszystkiego jest pewny, 
O żadnych nie słyszał kłopotach

Czasem i bóbr pluśnie z hałasem, 
Zawoła: Hej, jak się macie! 
Pomaga być zdrowym lasem,
Nasz stary, dobry przyjaciel

Współistniejemy

Bywa, że zjawia się Hurmak, 
Chrząszcz – Olchowiec tak zwany, 
Cykl życia wypełnia się syty, 
Prowadzi do wielkiej przemiany

I wielu innych co lata, 
Osiada i zjada w topieli, 
Olcha zna już szept świata 
Choć wzbrania, szczodrze podzieli

Widzimy przyczyny tych zdarzeń, 
Rozumiemy dlaczego się dzieje
Zaglądamy czasem w świat marzeń,
Zwiedzając pradawne Knieje

Mijamy z gawędą w Istnieniu 
Kołysząc wśród braci zmurszałej 
Dla nas są oni legendą, 
Świadectwem przygody wspaniałej

Wspomnieniem wołamy ich ducha, 
Gdy w sen się ułożą ostatni 
Niechaj wędrowiec posłucha, 
Żywot tu wiodły dostatni,

Nie żałuj ich

Pamięć ta nigdy nie znika, 
Wśród jaskrów, plątanin chmielu, 
Sedno już serce przenika, 
Przesłaniem będzie dla wielu

Żyjemy Wiecznie

Cichy plusk dociera do świadomości. Coś upadło do wody tuż obok. Pęk olchowych szyszeczek. Podnoszę już płacząc. Opowiedziały drzewa siebie. A na potwierdzenie – spadający znak. Często tak robią, posługując się tym co mają. Gałązka, listek, nasiono…W domu długo nie mogę zasnąć, a głowie dzwięczą olszynowe szepty. Przed oczy powracają namiętnie obrazy – pędzącej przez wodę sarny, skąpanej w deszczu kropel. Samotny odyniec, przemierzający w ciemnościach pod gwiazdami swój zatopiony świat. Prezent od magicznego, dzikiego olsu. Wrócę tam jeszcze nie raz, uhonorować w ciszy świętość ofiarowanych mi zdarzeń. Magia nadal tam mieszka. Teraz już wiem.

🌳 Olszy Czarnej, dzikowi, uszatce, i sarnie, w podziękowaniu za cudowny czas leśnego czuwania i słowa przesłania 

PS. A sowy uszatki możecie posłuchać tutaj. W sam raz aby poczuć klimat tamtego wieczoru 🙂

I do tego kryształowe dzwoneczki rudzika. Odzywał się razem z sową.

P90330-184553

P90330-110103

P90330-110120

P90330-110222

Mgliste baśnie. Pierwszy oddech jesieni.

Pogoda obudziła się w kapryśnej aurze. Wokół panowała mgła. Wilgotny kożuszek utkany z drobnicy miniaturowych kropel otulał szarą pustkę. Biały opar wypełniał głucho każdy milimetr dostępnej przestrzeni. Mokre gałęzie chwytały złowieszczo w mroku nocnego wędrowca, jakby wzburzone, że śmie naruszać bezwładną ciszę. Czas spowolnił, do rytmu kropelek, które ześlizgując się z koniuszków gałązek, uderzały miękko o niewidoczną ściółkę. Dzwięk się pochłaniał, zatracał w kłębach mlecznej otuliny. Mozolnie, z trudem przebijając się przez siwy całun, nadchodził poranek…Ten jakby nie chciał dziś zaszczycić swym splendorem świata, wybierając błogie snu majaki.

1495848757

Otchłań z wolna ustępowała miejsca narastającej światłem szarości. Słabe promienie ostatniego letniego słońca, nie potrafią już przeniknąć ponurej zasłony. Pierwszy powiew smętnej jesieni. Ostre wrzaski przebudzonych sójek, drą ciszę na strzępy.

Kap, kap… Kroplisty zegar odmierza tętno tego zagubionego świata. Z głębin mokradeł dobiega stłumione larum żurawich strażników. Zwiastun świtu. Cichy plusk. Niesforna rybia psota… W szmeru chrobotach, jakiś senny dzik znaczy swój szlak do przytulnego barłogu. Muskane parą trzciny, dziś sterczą nieruchomo. W pożółkłych łodygach widnieje jeszcze echo słomianej suchoty. Z tchnieniem wiatru sennego, szybują gęstniejąc pląsy białawych podmuchów. Ulotne były, i cudowne niczym marzenie samego Boga. Na uśmiechniętej buzi przycupnęły z chłodną przekorą drobinki czułej wilgoci.

Mokre trawy, wzruszenie dziś przywdziały jako strój. Chłodne opary otaczają zewsząd zamyślone lustro wody. Siąpi mżawka. Niefrasobliwe kaczki prują dziarsko przez taflę, co i raz otrzepując ze skrzydeł fontannę perlistej mgławicy.
Z twarzą zwróconą ku niebu, zanurzam się w deszczowym raju, jestem tu, słucham, doświadczam…A świat się okrył dymną zasłoną nieprzeniknionej tajemnicy.

my_first_tutorial_-_landscape

Rankiem przytul mgłę, 
Choć jej nie usłyszysz,

Nieme prawo świata:
Słuchać trzeba w ciszy.

Złap zasłonę czasu,
Przysiada na Twej dłoni.

Pradawna magia lasu,
Tak wnet się odsłoni.

Poczuj tętno rosy, 
Przyjmij białe czary

W odmętach tajemnicy, 
Spełniają się zamiary.

Wierzby snują swe baśnie,
Otwierając wrota wymiarów,

Odkrywają przed Tobą właśnie, 
Kolejne arkana czarów.

Pośród głębin mokradeł, 
Duch ptasi cicho gwarzy,

Wróży Tobie wieszcząc, 
Wszystko co się wydarzy.

Deszczyk w powodzi kropel, 
Wspomina, że pora już w końcu,

Swe panowanie nad światem
Zwrócić hojnemu słońcu.

Podejdz ufnie bliżej, 
Moczarom stań na progu,

Słyszysz chrobot dzika, 
Spieszącego, już do barłogów.

Szuwary szemrają w zdziwieniu, 
Łodygi wznosząc do nieba.

Dopomagają duszy w spełnieniu, 
Wszystkiego, czego jej trzeba.

Las Cię tu dziś wezwał, 
Swoje miał przyczyny,

Gwarzą o tym echem
Czujnej szelesty zwierzyny.

Sen nadchodzi z marzeniem, 
Nastrój tego świata,

Zasypia jesieni westchnieniem, 
Dopełnienie późnego lata 

Dzień dobry, mglisty, baśniowy    

40950765_244325166227432_4303292355663888384_n

Niespodziane z dzikami o świcie spotkanie

Nad cichą łąkę przygnało mnie jeszcze raz. Była świeżo po kośbie, kolejnych pasów swego świata. Powitał zapach mokrej trawy. Sowa już tam siedziała. Łan obfitości wołał ją szmerami, których ja nie słyszałem…
Powoli władanie nad tą krainą przejmuje srebrzysta poświata. Wsłuchuję się w tutejsze tło. Odzywają się czajki. Z wielkim niepokojem. Może borsuk pałaszuje im lęg? Snują się domysły. Grają żaby. Z oddali dobiega powrzaskiwanie trzcinniczka, bliżej w kępach wierzb koi słowik. Chór zamykają łozówka z kukułką. Trochę nieziemsko brzmi takie kukanie przy blasku księżyca.

– Pitt piliiit! Pitt Piiiliiit! Niesie się trzykrotne zawołanie.

To już przepiórki. Nigdy nie widziałem ich z bliska, ale ten głos informuje mnie, że gdzieś tu żyją.
Nagle wokół rozgadują się dziki. Słyszę z każdej strony. Ale nie wychodzą na srebrzystą przestrzeń.
W lesie coś trzaska, chodzi coś większego. Może jeleń? Zatapiam się w głosach ptaków i rozmyślam…
Dochodzi druga w noc. I dociera do mnie, że nic tu już nie przyjdzie dziś. Skąd pewność… I wysypały mi się myśli.

11403138_931722876866509_11188764581437104_n

– Szkoda, że nie wyszły dziki…Noc zmarnowana…
– Zmarnowana…? Mało to ich widziałeś? Przecież cudownie tu. I błogostan duszy jest. To najważniejsze.
– Ale co za frajda widzieć je tylko w postaci sunącej czarnej plamy…Dobrze by było, w świetle dnia…

Od tego momentu Dusza przejmuje przewodnictwo na tym spacerze. Coś mówi mi, aby się stąd zabierać, i ruszyć pod Topolę. Tak też robię.
Pod drzewo docieram szybko i bez przygód. Chwilę tu nasłuchuję. A następnie wdrapuję się na zwyżkę. Ta Topola już raz obdarzyła mnie pięknym wierszem. Teraz chyba wypoczywa. Przy tych drzewach jest o tyle fajnie, że lubi je dużo ciem. Obserwuję jak polatują wokół mnie. Tutaj ptasie koncerty dobiegają jeszcze bliżej. Po godzinie znowu przebija się myśl, aby wracać nad łąkę. Jest już po 3. Po co tam iść? Myślę. No ok, chociaż obejdę ją boso.

Chłód kąsa w stopy aż boli. I kłują łodygi zżętej trawy. Mimo to zataczam kilka kręgów i dziękuję ziemi, za możliwość tej pieszczoty z nią. Jest już prawie widno. Rozwołały się skowronki wszędzie. Teraz podążam polem młodej kukurydzy. Tu w oddali rozpoznaję rudą sylwetkę sarny. Już mnie widzi, ale ani się ruszy. Przystaję. Tam obok druga. I wiem, że jeśli usiądę, to wrócą do skubania trawy, jakby nigdy nic. I tak też się dzieje. Mija 15 minut sarniego pasienia. Spowalniają mnie. Wstaję i ruszam się lekko na boki, tak aby mnie zobaczyły. Postępuję kilka kroków. Gapią się, jakby chciały powiedzieć;

– No co ty stary, nie widzisz, że tu jemy, przestań się wygłupiać. 

Trochę mnie dziwi ich zachowanie. Bo przecież jestem tu ‘’nowy’’ i nigdy nie bywałem w tych rejonach. Powinny bardziej się płoszyć.

Ruszam dróżką pod lasem przy alei brzóz. Czas powrotu…
Przed widok wynurza mi się czarna plama. Ojej! Hamulec i zeskok z roweru.
Dzik merda ogonem szybko, co oznacza zdenerwowanie. Chyba nie wie co się stało. Fuh,fuh! Węszy głośno. Przyglądam się zwierzątkowi, i mówię w myślach ‘’dziękuję!’’ Bo dociera do mnie skąd były te wszystkie podszepty aby wracać, a potem się cofnąć. I wszystko znów idealnie rozgrywa się w czasie…Dusza! Brawo Ty 

– Fuuuuuuuuhh !!! 

Wyrywa mnie donośne z zamyślenia. Dziczek cofa się do lasu z tym okrzykiem w ryjku. Daję mu kilka minut ‘’na rozeznanie’’ po czym jadę dalej. Kilkanaście metrów i znów wita mnie nie do pomylenia z niczym szpiczasta sylwetka dziczego ryja wyglądającego z lasu. ‘’Bada’’ czy przeskoczyć w rzepak. Powtarzam manewr, hamulec, zeskok i czekam bez głosu. Widocznie uznaje, że droga wolna, bo wkracza na dróżkę i zanurza się w mokrym morzu rzepaku. A potem niedowierzanie. Z nim warchlaki. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć… I znów większy dzik. Chwila przerwy, i prosiaki, jeden, dwa, trzy, cztery, myk, lecą szybko za dorosłymi. Trzeci dorosły między nimi. Chwilka bezruchu. Kolejna salwa warchlaków  Nie wierzę własnym oczom. Galopadę zamyka czwarty, największy dzik. Cóż za piękna rodzinka. Stoję, bo coś mnie powstrzymuje aby jeszcze ruszyć. Przetrawiam rozlewające się szczęście i wdzięczność. No bo tak…

Jeszcze 2 godziny temu byłem przekonany, że niczego nie zobaczę, i chciałem ujrzeć je w świetle dnia. No i się wydarzyło

Z zamyślenia wyrywa mnie kolejne, łącznie siedem warchlaków, które nie wiedzieć czemu, zapóźnione dają teraz hyca przez dróżkę, podążając za kawalkadą dorosłych.

– To już chyba wszyscy…. Myślę, powoli ruszając w kierunku ich przemarszu.

Obok domu, kolejna niespodzianka – cud. Mamy czereśnię, i rodzice bardzo płoszą szpaki. Także, widząc kogoś z nich, zawsze reagują wrzaskiem i ucieczką. Ja właśnie widzę szpaka, który zlądował na dolnej gałązce. Szelma, przygląda mi się badawczo, co zrobię. No uśmiecham się… Siada na drabince, i najspokojniej zaczyna czyścić sobie pióra… No tak…Czego innego mogłem się spodziewać.
Życzę mu smacznego i wnikam do domu. Cały ja 

A morał z tej bajki, niesie to przesłanie, 
Najpiękniejsze w życiu, wydarza się niespodzianie 

Pełnia mglistej baśni. Księżyc jedności.

Wieczór sączy się rdzawym płomieniem leniwie. Przecieka przez palce pomarańczową łuną, delikatnie podążając ku swemu przeznaczeniu. Chyba mu się nie spieszy. Na tle zorzy zachodu przycupnęły przydrożne drzewa. Stróżują przy szosie, niczym wspomnienie czasów ulotnych. Na szare połacie łąk, powoli zakrada się zmierzch. Siedzę tu od godziny, delektując się widokiem saren, snujących się niefrasobliwie po swoim trawiastym królestwie. I mimo, że nie było mnie tutaj ponad dwa tygodnie, i tym razem nie uciekły, przyglądając się ciekawie. W snach najśmielszych nie marzyłem, że aż tak się zaprzyjaźnimy. Układ jest taki – ja przychodzę popatrzeć, a one mają mnie gdzieś. To ich łąka. Chcesz to siedz. Nie jesz trawy, to chociaż zachowuj się cicho, a wtedy damy Ci podejrzeć nasze sekrety. Może właśnie tak myślą.

fantastik-masaustu-duvar-resimleri-10

W głębi lasu alarmują jeszcze kosy. Ptaki te dobrze widzą w mroku, i zazwyczaj przed spoczynkiem dają znać szczebiotem o tym, co jeszcze je niepokoi. Wieczór tli się ostatnią iskrą czerwieni. Widoczność spada. Będzie zimno… Zewsząd otaczają mnie nieziemskie piski czajek. Czubate ptaszki wielkości niemal kurczaka przelatują jeszcze krążąc nad polami. Odzywają się cały czas, i coś przeczuwam, że nie prędko ścichną. A wiem, że potrafią tak całą noc. Czy i tym razem? Powody mogą być różne. A to dzik krzątający się nieopodal, czy lis przeczesujący zagony. A może po prostu są tak pobudzone na swój sejmik. Wkrótce odlecą, wraz z migotem swych kosmicznych odgłosów.

– Ciiii ciiii ciii ciii ciiiiiii ciii …..

Przemyka obok mnie z poświstem zew z nad moczarów. Stadko kaczek krzyżówek. Ich lotki – pióra, wydają podczas lotu taki właśnie świszczący pogłos. Ilekroć go słyszę, dusza nasiąka mi jakimś takim romantyzmem…W przyrodzie tego roku ogromne przyspieszenie dostrzec można. Od dawna kwitną wrzosy, a rowy zalegają aromatem gnijących stert owoców z przydrożnych drzew. Może już dziś odezwą się jelenie?

Miejsce wydaje się być idealne. Otacza mnie łąkowy świat, z lasem i bagienkiem za plecami. Przede mną poletko kukurydzy, jak magnes przyciągające do swej stołówki wszelkie stworzenie. Już dojrzała i zaczęto ją kosić. A pamiętam lata, kiedy łany stały nawet do końca października… Wokół mojej czatowni zaczynają wirować malutkie nietoperze. To znak, że pojawiły się komary. Z nietoperzami jest tak, najpierw nieokreślone, wysokie, ‘’ćwierknięcia’’ , które można wziąć za mysz. Bywa, ostry, wysoki trel. Poza granicą słyszalności wszelkiej, mimo to słyszysz. Kłuje w bębenki. A potem pojawiają się znienacka cienie, z pogłosem trzepotu. Nocni drapieżni, którzy ukochali mrok. Lubię kiedy są blisko. Mam spokój od komarzych pieśni ludu. A one jakby wiedziały, że obok wędrowca znajdą ich dostatek, i często mi towarzyszą. Szare zjawy, niesforne motyle nocy. Już jest ciemno. Została niecała godzina do wschodu księżyca. Czajki nie ustępują, malując ciszę mitycznymi zawołaniami ptasiego niepokoju.

Sążnisty chrobot, z mrukliwym bulgotem zwiastuje mi buszowanie dzika. Nie widzę go, ale wiem, że jest gdzieś niedaleko. Za czatownią znajduje się polanka, otoczona olchami i rowkiem. Stamtąd bardzo często dobiegają szmery, jakby zwierzęta robiły sobie rozgrzewkę, oswajając się przed wyjściem na pełną przestrzeń.

1005656_533498833364684_1232215856_n

Magiczne srebro rozlewa się mlecznym językiem, wypełniając wszelkie zakątki śpiącej łąki. Księżycowy pielgrzym, ogłasza czar swego panowania. Z pomiędzy olchowych gałęzi, migają do mnie kryształowe błyski odwiecznych promieni nocy. Zdaje się, chcą wniknąć wszędzie, otulając i wypełniając świat dotykiem mglistej baśni… Wtedy ją zauważam. Zwierz nadszedł nie wiadomo kiedy, i jak cicho. Sarna? Od razu odrzucam tą myśl. Inna sylwetka. Większa. To będzie łania – samica jelenia. Płowa księżniczka stoi na skraju drzewnego cienia, wyległszy zeń do połowy. Wiem co robi. Węszy. Bada, czy jest bezpiecznie. Z kukurydziska dobiega łoskot łamanych łodyg. Dla mnie znak, że jest tam już inny jeleń, albo dzik. Ona też się tym nie niepokoi. Żwawo rusza przed siebie, zachwycając mą duszę pięknem nocnego świata. Właśnie dla takich momentów tu jestem…

Łańka dociera do rowu, i tam chwilę ‘’zastanawia się’’. Pewnie, w jaki miejscu go przekroczyć, tak aby najmniej zmoczyć futro. Szuka wygodnego przejścia i zmierza wprost do mojej czatowni. Rozważnie, dostojnie, krok po kroku, pląs po pląsie…Teraz jest tuż pode mną. Mimo, że wsunęła się w cień, nadal rozróżniam trójkątny pysk i łyżkowate uszy. Jestem spokojny, oddech ani tętno nie przyspieszają. Stwórcy dziękuję za dar tego widoku. Jak to możliwe, że mnie nie wyczuła? Mają nieziemski węch. A ona nic. Z szelestem daje susa przez rów i znika po drugiej stronie łąki. Cały czas ją widzę. Po chwili dobiegają mnie ‘’szuraste’’ odgłosy zrywania trawy, zębami jak cążki. Zaskoczenie. Byłem pewien, że pójdzie na kukurydzę. Wybrała zieleninę. Czajki nie odpuszczają…

Szurrr. Szrrr…Znowu nietoperze. A właściwie jeden. Ale co on mi tu wyprawia? Podlatuje do czatowni i jakby wczepiał się na ułamek sekundy pazurkami. Może zbiera owady, które tam siedzą? A może… Przypuszczenie okazuje się słuszne. To jego dom. Za którymś razem nie słyszę jak odrywa się ponownie, a narastający szmer. Nietoperzysko z łoskotem, sunie przez deskę. Musi mieć lokum w szparze pod daszkiem. Jej, ale dziwnie. Teraz będziemy siedzieć tu razem. On szura i szura. Chyba układa się do snu. I teraz doznaję olśnienia. To dlatego, ostatnim razem kiedy zasnęła mi tutaj sarna, nie reagowała na moje normalne poruszanie się wewnątrz konstrukcji. Zwierzaki są tu widać przyzwyczajone do odgłosów buszującego lokatora. Mam szczęście.

Księżyc góruje, wyłaniając się z nad koron majaczących drzew. Po polanie snują się odległe mgły, sunące w oddechu tajemnicy. Te zdobią świat magią. Przynoszą chłód, w mocy wszechobecnej wilgoci. Teraz zaczyna prawdziwy balet…Ilekroć je obserwuję, mam wrażenie, że ścieram się zmysłami z istotą żywą, świadomą. A ona, niepomna na moje rozważania wypełnia połać nieprzeniknionym woalem sekretu. Jej pląsające ramiona otulają ziemską macierz, pogrążoną w szelestach zwierzęcego żywota. Raz sprawia wrażenie lekkiej, jakby zaraz pod niebiosa zaraz wzbić się miała, innym razem zalega ciężko i głucho okrywając łąkowe pielesze puchową kołdrą snu. To wspina się z mozołem po zamyślonych krzewach głogu i tarniny, za chwilę opadając nisko ze zmęczenia jakby. Wypoczywająca ziemia, na prządzach z urojonych kropel, tka swój sen nieodgadniony.

Z czaru duszy wyrywa mnie narastający pogłos. Odwracam się i zamieram w kolejnym zachwycie – przez łąkę kłusuje ogromny dzik. Odludek, emeryt. Bardzo rzadko zdarza się, by tak cwany zwierz wystąpił na gołą przestrzeń. W pełnię są szczególnie czujne, trzymając się rowów, cienia, i zadrzewień. A ten biegnie przez środek. Widać czuje się tu pewnie. Czarna plama z impetem pruje mglisty kożuch, który co i raz przesłania wielkie cielsko. Zdumione sarny, podnoszą anteny czujnych głów. Dopiero teraz je dostrzegam, na krańcach polany. Okazały się być tajemnicą mgły. Dziczysko zatrzymuje się na chwilę, i zaczyna krążyć pod czatownią. Jakby czegoś szukał. Czy mnie czuje, nie wiem. Ale gdyby tak było, z pewnością okazałby zaniepokojenie. Czujne ciało napina się wtedy, ostrzegawcze fuknięcie i tyle go widzisz. I wiem co tak go przyciąga. Z upodobaniem buchtuje krecie kopce, prychając z cicha. Podziwiam czarnego kniazia, z pewnością zwierzęcego władcę tutejszych zakątków. Dziki nigdy się nie znudzą. Mógłbym obserwować je w nieskończoność. Czatownia opleciona jakimś bluszczem i powojnikiem, skrywa się zupełnie przed zmysłami zwierzęcych gości. Można tu obserwować nie płosząc. Szacunek zwierzętom okażesz przychodząc wcześniej, zanim rozpoczną one swoje żerowania. Dla Ciebie będzie to próba pradawnej cierpliwości, a knieja z pewnością nagrodzi wytrwałość. Jest godzina 23, dzicza godzina. Siedzę tu od ósmej wieczora, i tylko ziąb daje w kość. Nie chciałęm brać kurtki, aby dodatkowo nie szeleścić. Ubieram się warstwami, w miękką odzież i mam wtedy pewność, że dla zwierząt jestem niesłyszalny. Tymczasem dzik na chwilę wstąpił w mgłę, której strzęp pałętał się nieopodal. Po czym wrócił, kręcąc się tu i tam. Przyszedł od strony kukurydzisk, znaczy, już powinien być najedzony. Po chwili z łoskotem znika w gąszczu, podążając w sobie tylko wiadomym kierunku.

10334326_662173070497259_422249208104435613_n

Wreszcie nadeszła północ. Pora mi powoli wracać. Niemal zawsze wracam, kiedy zobaczę dzika. Taka żelazna zasada, bo to po prostu chyba najmilszy dla mnie w przyrodzie widok. Rozglądam się wiele razy, czy na pewno ‘’teren czysty’’. Nie chcę przeszkadzać ani sarnom, ani jeleniom, jeśli gdzieś się tu zapodziały. Niczego nie widać. Ależ ziąb… Podążam przez mokre, trawiaste łany, ciesząc się z lekkich gumowców. Mimo to, na stopach czuję lodowate zimno. Tak bardzo chciałem tańcem podziękować światu za podejrzane cuda, dziś chyba jednak nic z tego. Wnurzając się w woal kłębiastej mgły, sam teraz staje się częścią tajemnicy. Ciało zaczepiają chłodne dreszcze. Nic to… Wyciągam z uśmiechem ręce ku wędrującemu księżycowi i migotającym gwiazd kaskadom. Kłaniam się dalekim drzewom, pozdrawiając je w sercu. Zaczynamy się lekko kołysać. Z duszy wypływa wdzięczność, stopiona w jedności z wszystkim co mnie otacza. Kątem oka dostrzegam jeszcze sarnę, pogrążoną w mglistej toni. Topola za plecami, sennie coś nuci. Zamykam już oczy.

Pozdrowiona bądź Ziemio, ukochana Matko Moja, 
Niech mnie wypełni błoga jedność Twoja,

Z dawnych wspomnień ulepione, z ufnością tu wzrastamy, 
Gdy księżyc szeptem gwarzy, my się kołysamy.

Wietrzyk szemra pieszcząc, gdy blaski już migocą, 
Drzewo nie usypia, liście się ochocą.

Z mocą wiary Stwórcy powierzamy swe istnienie, 
Wdzięczne będąc zawsze, za każde słońca tchnienie.

I Ty wędrowcze cichy, dziękuj razem z nami
Za to coś tu ujrzał, w magii pod gwiazdami.

Zostań mimo zimna, ręce wznieś do nieba, 
Poczuj, że jesteś wszystkim, i niczego nie trzeba.

Zostałem jeszcze długo, z pieśniami, kołysząc się z Topolami. Mają rację, jest za co być wdzięcznym. Początek i koniec. Zmierzając tutaj, przed rower wyskoczył mi zając zaskoczony. Zwolniłem, on nie uciekał, tylko w niespiesznych slalomach kicał przed rowerem jakiś czas, aż przepadł gdzieś na poboczu. Wracając teraz w ciemnościach, pożegnał mnie lis plądrujący przy szosie. Stanął na środku, popatrzył. Nie chciał zejść, oczekując chyba, że ja to zrobię. Kitą wywinął na wiwat i znikł w kukurydzy. Drapieżnik i ofiara. Jedność – DOPEŁNIENIE. Dziwaczne jęki czajek towarzyszyły mi aż do ostatniego pola. Nie ucichły przez całą noc. Czy one kiedykolwiek śpią?  

Słomiane Królestwo

Nocą ziemia nie śpi. Słychać jej oddech. Znój mijającego dnia paruje gorącem, wypełniony wibrującą muzyką ukrytych świerszczy. Pola na raptem kilka dni ogarnia czar przemiany, kiedy osrebrzone połacie z łanów dostatku jak za dotknięciem różdżki zmieniają się w szemrząco – szeleszczącą krainę duchem z baśni. To chyba najlepszy, i mój ulubiony czas zwierzęcych obserwacji. Ah, ścierniska… Zawsze czekam z tęsknotą na te raptem kilka dni w roku. Słomiane szmery tego świata zdają się być tętnem udającej tylko sen Matki – Ziemi, zapisane ulotnym dzwiękiem w oczarowanych uszach. Idę cicho pod lasem, z prawej strony mając łan dojrzałej pszenicy. Tu migoty szelestów. Na momenty. Przywidzenia. Biegnący z uciechą przede mną jenot, rozpoczyna ucztę. Cień srogiego puszczyka krąży już groznie z apetytem, rozpływając się w smugach szarości. Czujne gryzonie pierzchają na odgłos kroków wędrowca. Zbożowe duszki. Ani jednego nie widać. Wiem tylko że są. I ten właśnie pogłos pociąga za sobą lawinę słomianych zdarzeń.

Zapraszam Cię na nocne czuwanie w moim świecie…

37812918_676603846022905_5202404735008636928_n

Połóż się wygodnie na jednym z balotów, i okryj miękkim kocem. Wieczór iskrzy się jeszcze czerwonym echem odchodzącego słońca. Z rosnącej nieopodal tarniny dobiega szczebiot układających się do snu mazurków. Ociężałe gołębie grzywacze już także salwowały się z ziarnistego bufetu. Dzienni biesiadnicy ustępują miejsca swoim nocnym zmiennikom. A jest ich trochę… Wnet Twoje plecy ogarnia kojące ciepło – pół metra słomy, robi za kaloryfer, zapewniając komfort, podczas chłodnych nieraz kaprysów nocy. Właśnie swoje latarki zapalają nieśmiało pierwsze gwiazdy, dekorując postępujący granat nieba iskierkami swej magii. Nad lasem wisi już złocisty księżyc, który właśnie wyłonił się zza drzew, zalewając przestrzeń refleksami srebrzystego blasku. Możesz spędzić tą noc zatopiony w myślach, marzeniach, wspomnieniach, śledząc gwiezdny szlak i niespodziewane błyski spadających meteorów z roju Akwarydów. Jednak nie znajdziesz tu ciszy…

Do Twojej rozmarzonej, choć czujnej świadomości przebijają się narastające delikatne piski.
Tak rozpoczynają ucztę gryzonie; myszy polne, norniki, nornice. Szmery i szelesty niepokoją uszy co parę minut. I nie wiesz czy to tylko dokazujący zając, zbłąkany kot, a może…
Tak. Długo nie trzeba było czekać. Mysie weselisko jest sygnałem dla lisów, borsuków, kun, jenotów, sów, wszystkich tych, którzy w swej diecie przekładają gryzonie nad pozostałe dania świata. Jeśli masz odrobinę szczęścia, dostrzeżesz rudzielca, który w wesoły sposób, skokami próbuje pochwycić mysią ofiarę. I choć tkwi w tym dramat, widowisko jest przezabawne, kiedy lisiaki używają całego swego kunsztu aby tylko chwytać sprawnie. Bywa, że lisi rodzice przyprowadzają swoje tegoroczne młode na ścierniskowy bal, aby nauczyć je głównej strategii życiowej własnego przetrwania, jako że podstawą menu lisiego są właśnie gryzonie. Czasem też niecierpliwa młodzież dostaje swoistej głupawki słysząc tyle więcej od nas, że w amoku zaczynają rozdrapywać snopki, nie wiedząc, gdzie też wobec tylu szmerów skierować głodną uwagę…Raz zdarzyło mi się, że lisek zaczął rozgrzebywać snopek na którym siedziałem akurat 

37876139_676603396022950_4805116729665519616_n

 Wtem uwagę Twą przykuwa bury cień, przepływający Ci raptownie nad głową. Podnosisz się gwałtownie starając się rozeznać co to też za straszydło próbuje się do Ciebie dobrać. Nie słyszałeś jak nadleciało. Nic dziwnego. Cień okrąża Cię parę razy, ciekawsko i znika w odmętach mroku. Masz szczęście! Odwiedziła Cię któraś z sów – może płomykówka, puszczyk, pójdzka, albo uszatka? Trzeba się było przyglądać Ciekawskie sowy również rozeznają, że coś jest dzisiaj ‘’nie tak’’ w ich szarym świecie. Słyszą Twój najdelikatniejszy ruch i podlatują aby się upewnić, czy czasem nie jesteś jakimś smacznym kąskiem. Nigdy nie robią krzywdy.

Choć większe zwierzęta nie mają tu czego szukać, i one zaglądają tutaj z przestojem. Sarny i dziki przyciąga chyba pogłos tego, co w szmerach tu się wyrabia. I one nasłuchują ciekawie palety zdarzeń.

Czas mija leniwie, przerywany niewiadomego pochodzenia szelestami, i rzadkimi zawołaniami nocnych ptaków. Robi się chłodniej. Jest Ci zimno mimo trzech rękawów, a przecież jeszcze przed zachodem słońca pociłeś się będąc w samej koszulce. Różnice temperatur bywają spore, i warto na taką wyprawę zabrać sobie dodatkowe ubranie w plecak.

Szurrr, szurrr… Delikatny pogłos narasta. Co też to może być jeszcze? Wytężasz wzrok w kierunku odgłosów. Odległe sylwetki dalekich balotów mamią oczy rozlewającymi się plamami dziwnych stworów. Z tej masy, wyłania się…coś. Sprawca pogłosu. Sunie niemal w Twoim kierunku. I już się nie boisz, to tylko wędrujący kozioł sarny, który choćby chciał, nie jest tu w stanie poruszać się bezgłośnie. Nikt nie jest. I to zaleta ścierniska. Taka noc, to orgia dla słuchu i relaks dla duszy, kiedy uświadamiasz sobie, ile też ‘’za oknem’’ się dzieje?

Nagłe myśli rozprasza coś jeszcze. Ten pogłos jest jakby bardziej solidny, szybko przybiera w sile. Dzwięk gęstnieje wokół Ciebie, napełniając serce ciekawością i zaniepokojeniem. Z wrażenia kładziesz się na brzuchu, aby lepiej się rozejrzeć. I wtedy je dostrzegasz. Czarne plamy biegną niespokojnie, jakby świadome hałasu i widoczności na jaką się wystawiają. Spieszą się. Bure zjawy, przypominają trochę przerośnięte psy. Ale to nie psy! Posapywania i chrząkania obwieszczają zmysłom dziki. Będą przechodzić tuż obok Ciebie, chyba, że się poruszysz albo zawczasu Cię wyczują. Jeśli nie – w Twoim sercu zapisze się jedno z najciekawszych w życiu wspomnień…

A jeśli gdzieś tam, pod gwiazdami przy przemarszu dzików dopadnie Cię samotność lub lachy strachów, pomyśl sobie, że Czeremchowy Wędrowiec także wysiaduje z ufnością na snopku ucieszony jak dziecko i duszą całą chłonie cuda swojego raju  Słomiane królestwo chrzęstów i wydarzeń właśnie w najbliższych dniach odrywać będzie niekończące się tajemnice. Wśród wszechobecnych szelestów swój pamiętnik zapiszą kolejne opowieści… Może Twoje własne?

37878019_676603496022940_6064275491584475136_n

Brzozowe śmiechy i księżycowe z dębem gawędy.

To była wspaniała wyprawa…Czuję się tak obdarowany, że brak mi słów. Księżycowa noc nad łąką, dziki, sowa, a potem podróż skrajem lasu wśród Brzóz…Zaczęło się tak…

Odkryłem niedawno w swej okolicy trzy piękne miejsca. No może nie aż tak piękne, ale łączy je jedna cecha, której szukałem tu od lat – błoga cisza. Żadnych odgłosów szumiących w oddali aut, poszczekiwań psów czy innych takich – można się zapomnieć. Bardzo mi tego brakowało. Jedno miejsce to wzniesienie wśród pól, z dróżką. W dole mam widok na małe bajorko otoczone drzewami, do którego zdążają wtedy wszystkie większe zwierzęta z okolicy. Na picie. I można obserwować jak wędrują. Drugie, to uroczy skraj lasu obsiadły przez wielkie Brzozy, jest ich tam naprawdę sporo. A miejsce wiruje tańcem, śmiechem, i psotami, jakie tylko brzozy wyprawiać mogą. Trzecie, nad które przybywam dziś, to łąka skryta wśród pól, z kawałkiem lasu i małymi bagienkami w głębi. Trawa tu jest wysoka ponad pas, ale jest koszona. Wiem, że takie miejsca jak magnes przyciągają wszelkie zwierzaki. Co też mnie dziś odwiedzi? Dzik, jeleń, sarny, a może jakieś drapieżniki małe? Jest tuż przed 22. Zasiadam do obserwacji.

Mija jakieś 10 minut, kiedy nie wiedzieć czemu odwracam głowę w bok. W porę, bo widzę od razu jak szybuje na mnie jakaś sowa. Płomykówka? Nie wiem. Ale już się cieszę, bo sów nie obserwuje się tak często. Ptak niemal wpada na mnie robiąc krąg nad głową i…, no właśnie co ona robi i po co?? Ląduje nieopodal mnie na trawie, co tylko pogłębia moje zdziwienie. Co zamierza robić? Polować? Przecież sowy kojarzą się bardziej z szybowaniem i opadaniem na zdobycz. Tak opisują różne książki. Ptak na razie siedzi i ani się ruszy. Przywołuję w pamięci jego wygląd, kiedy mnie minął. To może być…Sowa Błotna! Jeśli tak, mam ogromne szczęście, bo to o wiele rzadszy gatunek. Siedzimy razem…Jakie to niesamowite. Nagle ptaszysko podskakuje w górę i opada kilkanaście metrów dalej lotem ślizgowym. Nietypowe zachowanie powtarza się jeszcze ileś razy. Czyli jednak poluje w ten sposób… Na krańcu łąki tracę ją z oczu.

Lekko wieje, ale mimo mroku słychać ptaki. Koncertuje słowik, odzywa się łozówka i brzęczka. Próbują atakować komary. Blask już posrebrzył, oko przestawiło się teraz na ‘’postrzeganie księżycowe’’. Czyli odróżnianie nietypowych, poruszających się szarych i czarnych cieni. A mnie…ciśnie na potrzebę… większą…  I choć nie powinno się takich elementów zawierać w opowieściach aby fiołkami pachniały, tym razem nie sposób pominąć. Jako, że znam sekretne życie lasu, zawsze mam przy sobie papier toaletowy. Załatwiam sprawę i wracam. A tu już coś się dzieje. Trawa z głębin łąki ożyła jakby, szeleści, chrzęści, kotłuje się. Idzie jakiś zwierz. Nie przykładam do tego większej wagi, wyjdzie to będzie. Spostrzegam, że warunki mi sprzyjają, bo wieje do mnie. I kątem oka rejestruje solidną czarną plamę na tle szarości zieleni. Wyszedł dzik. Nie czuje mnie? Gdzie tam. Wylazł bez żadnych środków ostrożności, dobrego miałem nosa do miejsca. Zwierzęta czują się tu bardzo pewnie. A on kieruje się przez łąkę naprzeciw mnie. Zbliża się. Oddech mi przyspiesza. Trochę wiem dlaczego. Bo jest ogromny, a ja siedzę tak sobie tutaj bez możliwości ucieczki gdziekolwiek. Kiedy mija mnie w odległości kilku metrów, czuję się tak, jakbym miał przed sobą dużego psa na sterydach. Tak to wygląda. Nie panuję nad wyrzutem adrenaliny, ale tkwię w miejscu nieruchomo nadal. I robi mi się przykro, bo wiem już jak to może się skończyć. Usłyszy mój przyspieszony, płytki oddech i oddali się.

11403138_931722876866509_11188764581437104_n

– Uspokój się! Krzyczę do siebie w myślach. Mało to razy byłeś w takiej sytuacji? Przecież gdy tylko Cię zwęszy, umknie. Ciesz się. Po to tu przyjechałeś.

I pojawia się spokój, wraca lekkość. On zatrzymuje się 10 metrów ode mnie, i słyszę że coś skubie. Jakby jadł trawę. Wypuszcza się w różne strony, ryjąc lekko i szukając. Teraz czuję się już tak, jakby rzeczywiście to był pies. I zacieszam się tą chwilą. To chyba odyniec. Sylwetka taka kanciata, wyostrzona. Ale tego nie można być pewnym. No i widzę jak toczy się w kierunku, gdzie wcześniej zrobiłem swoje ‘’fuj’’.

– Chyba nie będziesz tego jadł? Myślę i wątpię na tamtą chwilę w chwałę plemienia dziczego.

W teorii powinien stamtąd zmiatać, bo przecież ‘’zapach człowieka’’. A widzę zainteresowanie. Bada tam chwilę, po czym wraca do swego rycia, znowu kawałek dalej. I dalej, i dalej, aż wreszcie wnika trawy i słuch po nim ginie. Ja siedzę dalej i delektuje się ciszą. Przybyłem tu w słabości organizmu, a teraz ciało nabiera mocy. Mija czas. Przypominam sobie, że pora odwiedzić Brzozy. Choć do rana jeszcze coś tu się niewątpliwie zdarzy. Wyobrażam sobie latem o świcie, kiedy będą gonić się sarny. Teraz dostrzegam niewielki ruch nieopodal mnie. Szara smużka przemyka, przystając i niknąc w mroku cieni. Chyba łasica. Jeszcze jeden nocny gość.

Aby dotrzeć do Brzóz, muszę wydostać się z pola, i przemieścić kawałek cichą szosą. Tam napotykam lisa. Zwierzęta czują się tu tak pewnie, że wędrują środkiem drogi, w przekonaniu, że nie spotkają nikogo. Zauważam go szybciej niż on mnie, i daję mu przejść. Skręcam w polną dróżkę prowadzącą pod skraj lasu. Jadę szybko, choć w miarę cicho. Z roweru wymontowałem wszystko co zbędne, co mogłoby brzęknąć na wyboju. I z daleka dostrzegam w polu czarną sylwetkę. Znowu dzik! Ale czemu nie ucieka? Przecież musi mnie słyszeć. Burza myśli w sekundzie, ostatecznie daję hamulec i stosuję myk, jaki działa zawsze wobec saren. Kiedy właśnie nagle się zatrzymać i zeskoczyć z roweru, zapada cisza. Zwierzę nasłuchuje – coś było słychać, nie wiadomo w sumie co, (bo chyba nie znają tego dzwięku szumiącego lekko roweru), teraz jest cisza, a zatem wszystko wróciło do normy. I nie ma się czego bać. Tak to chyba działa z ich perspektywy.

lakes-four-dreams-waterscapes-seasons-paint-moons-art-creative-moonlight-attractions-night-cool-trees-colors-pre-moonlit-love-downloaded-traditional-lake-mountain-wallpaper (1)

Świnka buchtuje, ryje, i kręci się chyba sama nie wiedząc za czym. Wypuszcza się po kawałek w każdą stronę. Mamy do siebie jakieś 15-20 metrów. Kiedy znajduje się na mojej wysokości, chyba coś wyczuwa. Nagle zaczyna biec ukosem w stronę dróżki. Ja nadal ani drgnę. Wchodzi na nią i słyszę to ostrzegawcze fuknięcie. Stoi na środku drogi. Po czym znów cofa się na pole. I zaczyna od nowa. Niby znów jeść, buchtować. Kiedy dociera naprzeciw mnie, ponowne galopada do dróżki i fukanie. Sytuacja powtarza się jeszcze dwa razy. Wiem już o co chodzi. Gdzieś tam czuje strzęp mojego zapachu, ale nie może w pełni rozeznać sytuacji. Co mam zrobić? Nie chcę jej osobno straszyć. Choć zagradza mi drogę do Brzóz. W międzyczasie telefon łapie zasięg i zaczyna ćwierkać Messenger oraz powiadomienia. Zero reakcji zwierza. Chyba wzięła to za ptaki. Teraz ponowne podchody. Znowu rycie, chrumkanie, szelesty. I po raz trzeci zrównuje się ze mną. Tym razem przekracza magiczną granicę i puszcza się dalej polem. A za nią turlają się pocieszne sylwetki małych prosiaków. Nie zauważyłem ich przez cały ten czas. Jak to możliwe? Aż tak wtopiły się w koloryt pola, albo pochłonęła mnie obserwacja ich mamy. Teraz dziękuję w duchu za to spotkanie i przepraszam za zamieszanie.

Do Brzóz przybywam z intencją. Nie czułem się ostatnio najlepiej ze zdrowiem, a ktoś doradził aby zwrócić się właśnie do nich. A lepiej nocą, bo w dzień są opanowane przez mrówki. Wszystkie. Teraz drzewa śpią ukojone, wraz z dziennymi pasażerami. Witam się z nimi. W lesie coś się dzieje. Bardzo mocno hałasuje. Chyba jelenie, ostatnio spotkałem tu dwie łanie. Szurają i chodzą. Ja tulę brzozę. I cieszę, się, że może być właśnie tak. Jesteśmy tu razem, ja, drzewa i zwierzęta. Każdy zajmuje się sobą i nikt nikomu nie przeszkadza. Dotyka mnie już ich wesoła energia.

– Przychodzi tu nocą i nas budzisz. To nietypowe dla ludzi.

Mówi ta, którą trzymam w objęciach. Opowiadam z czym przybywam i co mnie trapi. Ból korzonków plus nerki. O innych drzewach, które poznałem. Udziela mi się taka kojąca radość. One wybudzają się powoli.

– Stań tu między nami, połącz nas dłoniami, mówi rosnąca obok.

Rzeczywiście, są tak gęsto, że można trzymać obie po przeciwległych stronach. Rozpościeram ramiona i łączę się w brzozowym trio. Natychmiast czuję dotyk ciepła w obu dłoniach. Jakbym naprawdę chwycił czyjąś rękę. Przez ciało zaczynają płynąć lekkie fale. Jakby używały tego połączenia, do rozmowy z sobą… I zaczynają dziać się cuda.
Widzę, że mrówki już nie śpią. Zaczęły chodzić. Wraz z ożywieniem się drzewa…
Spoglądam w bok. I dostrzegam, że zwisająca gałąz przesuwa się leciutko. Centymetr po centymetrze, powoli. A nie wieje. I dociera wprost do mojej dłoni. Odbieram kulkę lekkiego ciepła…Ona.. podała mi rękę! Jestem tego pewien. Ogarnia mnie wzruszenie. Przypomina mi się scena z filmu Interstellar, kiedy Cooper przenika dłoń, z jakimiś istotami, przekraczając bramę nieznanego w swej podróży. Pierwszy świadomy kontakt.. Mrówki są już aktywne na obu drzewach. Niepojęte… Puszczam, i przytulam się do trzeciej. Teraz dołącza ich więcej. Plotkują. Niby, że się naradzają czy pomóc. Chcą mnie wprawić w konsternację. Ale wiem, że to tylko ich wygłupy. Słyszę też, jak mówią o snu krainie. Gdzieś tu i tam, napisałem kiedyś o śnieniu drzew intuicyjnie. Jednak, nie zgłębiałem nigdy tego tematu. Pytam więc roześmiane już trzpioty, a o czym wy śnicie? Bo mam wrażenie, jakbym z czegoś Was wyrwał przychodząc, w czym było Wam dobrze….I płynie od nich dziewczęca, nieco smutna pieśń…

”W pamięci Ziemi,
Starszej niż czas,

Rósł tutaj niegdyś,
Wspaniały las.

Pełen był mocy,
Zachwycał potęgą,

Niemal świat cały,
Otulał wstęgą.

Do niego wracamy,
Jego wspominamy,

Z nim jednoczymy,
I o nim śnimy.

I pracujemy, wciąż razem w pokorze,
Tęskniąc do tego, co wrócić nie może.

Ujrzyj go teraz, ten bór pradawny,
Niech Ci ukaże, nasz sen się jawny.”

I pokazują mi to co widzą, dokąd wracają. Tu i tam, grube pnie utkane z czystego światła. Wszystko, wszystko wokół jest lasem, ale właśnie ze światła i energii. Sznury gałęzi, które pulsują jakąś wibracją. Panuje tu i gwar, i cisza…Znaczy wiem, że tu się coś stale dzieje. Ale bez hałasu. Z konarów odrywają się kule światła, trafiając do kolejnych drzew. Inne wiszą i wirują, jakby obserwowały albo czekały na coś. Nie wiem co powiedzieć. Zachwyt. Tęsknię razem z nimi do tego miejsca…Więc to tak. W pamięci ziemi, o której często wspominały mi różne drzewa. Mają dostęp do tego co było, albo i będzie. Mogą się z tym zjednoczyć, wrócić. Marzą o lesie, w którym nikt ich nie będzie urządzał, wycinał, planował 😦

10513256_690174921030407_8109177876577438784_n

I siedzę tak wzruszony pod nią… Naprzeciw mnie dróżka. Spoglądając w gwiazdy, patrzę wprost w księżyc. Na drodze pokazuje się jeszcze coś innego. Płyną czarne sylwetki… dzików. Przechodzi jeden, kawałek dalej majaczy się drugi. Zwierzęce widma. Nie ma wątpliwości, że kiedyś musiały tutaj sobie chodzić. Pamięć przestrzeni, pamięć ziemi… Zmysły nie nadążają rejestrować. A tu za plecami szurają jelenie. Jak najbardziej realne. Coś kopie w ziemi. Pewnie lis albo borsuk. Gdy zaczynam tak analizować, blednie widok drzewnego raju. Plecy przestały boleć, a ja zatapiam się w błogości, kiedy Brzoza znów zaczyna nucić:

”Wstań już, idz i głoś światło nasze,
Niech blask ten rozświetli ścieżki wasze.

Misją Brzozy tutaj jest wspieranie,
Bowiem najbardziej ukochałyśmy
Pomaganie.

Przewodniczką radosną zawsze zostanę,
Obdarzając wszystkim,
co mi dane.

Radość, śmiech, taniec, wszelkie wesołości?
Wszystko co moje, niech w Tobie zagości. ”

Zastanawiam się nad tym, co usłyszałem. Bo przecież, tak z tego co brzozach wiadomo…Trudno się nie zgodzić. To drzewa pionierzy – zdobywcy. Porastają tereny suche i mniej urodzajne. Rosną szybko, żyją krótko. Ileś takich brzozowych pokoleń, swoim próchnem wzbogaca glebę, umożliwiając próbę życia innym, bardziej wymagającym gatunkom. Swoimi ciałami, ścielą więc drogę, pod marsz lasu, dla innych braci i sióstr. To niezwykłe poświęcenie… I pomoc.
Powoli, wstaję, i wcale nie mam ochoty ich opuszczać. Słyszę jak plotkują i naśmiewają się znów. Z czego, nie wiem. Tulę każdą po kolei, mówiąc;

– Kocham Cię. Jesteś cudem wszechświata. Jesteś wspaniała, piękna! Dziękuję!

I każda odpowiada mi poszumem. Wiem, że mnie słyszą, i cieszą je te słowa. Otula nas lekka radość, rześkość, wesele, i wzruszenie. Śmiejemy się. Żegnam się, z trudem. Jednak noc ucieka. A chcę jeszcze odwiedzić Krzesimira, mojego dębowego przyjaciela.

Do dębu mam stąd jakieś 2 – 3 km. Decyduję się na skrót przez las. Droga okazuje się być wygodna i przejezdna. Mijam kolumny wielkich świerków, które też jakoś zwracają moją uwagę. Ale spieszę się. Docieram wreszcie pod Dąb. Krzesimir rozszumiał się od razu. Jakby witał. Odbieram dużo radości…Pierwszy się odzywa.

– Dawno Cię nie było.

Nie wiem co odpowiedzieć. No dawno.  A co, tęskniłeś? Pytam.

– Mam z Tobą kontakt, nawet gdy jesteś daleko. Ale lubię, kiedy tu ze mną siedzisz.

Tęsknił, choć nie mówi wprost. Chłopu dębowemu, może ciężej się przyznać. Ale mi nie. Dopadam z mocnym uściskiem i jednoczymy się w ukojeniu tej wspólnej tęsknoty. Dziwię się tylko, że taki jest aktywny.

17862548_1270716659642894_6484943921228570736_n

– Zaraz Krzesimir, ale czemu Ty właściwie nie śpisz? I wiedziałeś, że się zbliżam. Czekałeś już, będąc gotowy.

Chwila szumu. Ale szybko słyszę odpowiedz.

– Nocą drzemię w snu krainie, cieszę się, gdy jesteś przy mnie… Niedługo świt. Ja już go odczuwam nad lasem. Ty wkrótce ujrzysz. Teraz, czas dla nas intensywnej pracy. Dla siebie, dla przetrwania. Nocą inne zadania. A wspominałeś o mnie brzozom? To wystarczyło bym już czekał. Wszystko jest połączone…

Tak, opowiedziałem o Tobie, myślę. One… coś grymasiły wierszem. Chyba się śmiały. Ale umknęło mi to. A nie, pamiętam! Nabijały się z Ciebie. Tylko się nie gniewaj… Jakoś tak to szło…

– O dębie, dębie prastary…
Gdy już rozłożysz konary…
Mamroczesz coś gnuśnie o wiośnie,
My się cieszymy radośnie.

O starcze, tak bardzo łaskawy,
Opowiedz nam swoje sprawy,
Mądrością też nie grzeszymy,
I wspólnie coś uradzimy.

Powiedz nam, powiedz co będzie,
Kiedy pogubisz żołędzie,
My wyrośniemy na Tobie,
Tańcząc na Twoim grobie,

Krzesimira Ty nosisz miano,
Czemu Cię tak śmiesznie przezwano?

A on się uśmiecha. Wcale się nie dziwi. I nie gniewa.

– To właśnie brzozy…Czysta, radosna świadomość elfa. Lubią wygłupy i śmiech. Z czegokolwiek. Poznając drzewa, poznasz też ich charaktery przewodnie. Choć mają wyjątki.

Taa, myślę. A świerki tu mruki i Sługi Szatana. Może nawet mroczne elfy. Tak uważam.

Teraz ja opowiadam o swoich zdarzeniach z czasów ostatnich. O problemach i smutkach. Wyczuwam, że jednak znów ich nie podziela. Że ja ciągle o tym samym… No ok, w końcu ile można. To może Ty coś opowiedz?

– Teraz…Teraz pójdą zwierzęta. Rzuca krótko.

Wzdryga mną nagłe chrząknięcie nieopodal. Nadeszły dziki gdzieś w pobliżu, i przeprawiają się z trzaskaniem przez las. Tylko czemu ich nie słyszałem wcześniej? A może to widma…

Proszę Go o różne wsparcie. Przede wszystkim o pewność, ufność i wiarę. Problemem jest czeremchowy umysł. Spamuje wątpliwościami, snuje różne scenariusze, i generalnie działa często jak wsteczny. Choć nauczyłem się ignorować to blablanie i po prostu już robię. Pytam;

– Krzesimir, a co myślisz, ja powinienem to robić? Znaczy opowiadać o tym co mówicie, i zabierać ludzi na księżycowe wycieczki?

– A wychodzi ci to? Odpowiada.
– No niby tak…
– No to rób to. Tylko nie na niby.

silhouettes-of-the-trees,-forest,-universe-168261

Chcę już wracać. Wybiła 3, a trzeba jeszcze się przespać. Zaczynam się żegnać…

– Przychodz częściej – odzywa się, kiedy oddalam się o parę kroków. 10 minut Cię nie zbawi, a dużo poprawi. Zostań jeszcze. Poprawię co brzozy zrobiły, żebyś miał więcej siły…

I ten rymem zaczął gadać. Tylko nie to!… No niech będzie jeszcze te 10 minut.

Wtulony w pień słyszę śpiew skowronka. Już niedaleko do świtu. Zaczyna się dziać praca. Czuję jak rozkręcają się dwie z czakr – podstawy i splotu. Czemu akurat te?

– Bo tego najbardziej potrzebujesz – pada odpowiedz.

Robi mi się teraz chwilę smutno. Bo myślę właśnie o tym swym braku wiary i ufności, co tyle zaprzepaszcza. Często. Widzę to co przepadło…tu i tam. A dąb pochłania mnie do siebie. Czuję jak ładuje w tych dwóch miejscach czymś… albo po prostu dostraja do odbioru.

– Ufności moc, i potęgę wiary, przyjmij dębowe dary! – Mruczy.

– Niech Ci na zawsze już towarzyszą, z mym spokojem, i tą ciszą.

I nie wiem co zrobił. Ale umysł mi zgasł. Blablanie zastąpiła pewność i wiara. I cisza. To jest taki stan, który chciałbym odczuwać już zawsze, cokolwiek bym nie robił.

…Budzę się dziś zdrowy. Słabość minęła. Była taka, jakby moje dorosłe ciało, było dzwigane przez ciało pięciolatka. I bóle w dole pleców też. Kilka godzin, a zostałem tak cudownie obdarowany. Wrażeniami, przeżyciami, zdrowiem i …szczęściem. I dzielę się nim w tej opowieści

mana_cycle__forest_scene_by_reneaigner-d5whka9

 

Na dziczym szlaku: Czarna Zjawa

Minęło ileś miesięcy. Wraz z opadłymi liśćmi, wyciem wichru i ponurymi nocami ciągnącymi się w nieskończoność, nadeszła sroga zima. Bez ostrzeżenia. Pewnego wieczoru na początku grudnia chwycił mróz. Ściął trzeszczącymi taflami zwierciadła kałuż polnych, przemienił w kamień błoto, z mokrych grud wilgotnej ziemi uczynił nieprzyjemne, ostre, raniące podracicza pułapki. A potem sypnął śnieg. Życiodajne dotychczas łąki, pola, ściółka i buchtowiska pokryła chłodna biel puchowej potęgi. Gałęzie i konary ugięły się pod ciężarem lodowej okiści. Z odwiecznym rytmem natury, Knieja zasnęła pod panowaniem zimy. Jakże trudno było teraz zwierzętom zdobyć pokarm i nasycić wyziębione trzewia. Skończyły się czasy dobrobytu! A drapieżcy nie próżnowali, choć i dla nich nadchodził teraz najcięższy egzamin życiowej lekcji. Część roślinożerców kierowana nieomylnym instynktem zaległa zawczasu w barłogach, ostojach i kryjówkach przeczekując opady śniegu i tragiczną aurę. Zwierzęta wyczuły nadchodzącą zmianę pogody. Lisy, rysie i wilki upolowały w tych dniach więcej niż normalnie, jakby wiedząc, że zapasy umożliwią im przetrwanie najgroźniejszych godzin czekania w norach i pod wykrotami podczas szalejącej zamieci.

dziki-13

Przez całą jesień Stary Odyniec żarł, wypoczywał, wędrował i doświadczał niezliczonych przygód. Ileż się naplądrował pośród bezpiecznych łanów kukurydziska. Ciągle nabierał doświadczenia, wiedzy, i …nowych blizn. Po pamiętnej wpadce do rzeki i odkryciu świerkowego młodnika, Czarna Zjawa ledwo uszedł śmierci po potyczce z wilkami. Nieświadomie wtargnął wówczas na terytorium watahy. Leśny świat nieustannie obdarzał go zdarzeniami dzięki którym dzik uczył się sedna przetrwania. I on bezbłędnie rozeznał nadchodzące pogorszenie aury. Tego wieczoru pośród marznącej darni buchtował długo w noc pałaszując dziko rosnący topinambur, przy akompaniamencie narastającej wichury i szalejących tumanów srebrzystych podmuchów. W ślepia ostro uderzały płatki wirującego śniegu. Jeszcze nie odczuwał zimna. Gruba szczeć upaprana błotem i żywicą doskonale zabezpieczała zwierza nawet wobec dużo gorszych warunków. Nie była to przecież pierwsza zima w życiu dzika, a przeżył już ich wiele. Zjawiska pogodowe traktował więc jako coś normalnego. Choć we mgle jego pamięci żyła jeszcze chwila, kiedy po raz pierwszy wstąpił na lód, a ten ‘’zaatakował’’ go z hałasem, wtrącając ciało podrastającego wycinka do lodowatej wody. Szmat czasu! Teraz ciamkając i pofurkując żerował jak najdłużej, wiedząc, że najgorsze mogło dopiero nadejść. Wreszcie nasycił kałdun. Zawieja przybierała na sile. Czas było wracać do zacisznego barłogu. Dziś dzik nie pilnował szlaku i nie podejmował zbytniej ostrożności. Sypiący śnieg szybko ukrywał za nim ślady, wiatr rozpraszał zapach. Nauczony doświadczeniem wiedział też, że drapieżcy zalegli wcześniej w swoich kryjówkach, aby nie tracić cennych sił i ciepła podczas zadymki. Łowy w takich warunkach nie były owocne. Parł przed siebie śmiało, co i raz zapadając się w powstających zaspach. Czuł jak miarowo pracujące ciało ogarnia siła i krzepa. Czarny Zwierz dochodził do szczytu swojej tężyzny. Mimo wszystko zatoczył łuk i do puszczy zbliżał się pod wiatr. ‘’Przezorny zawsze…’’ – Powiedziałby człowiek.

Dzikiiiii.jpg

Tutaj pod lasem śniegu nieco mniej. Brnął więc teraz dużo swobodniej. Sroga czarna plama ogromnej sylwetki odcinała się groznym rytem na tle połaci bieli. Czasem postać ginęła w odmętach zamieci. Wreszcie zniknął z widoku zlewając się z morzem drzew. W lesie śnieżyny było jeszcze mniej. Sporo zatrzymywały drzewa i chwytały gęste jałowce. Zjawa przystanął na chwilę, chcąc zmysłami ocenić sytuację. Może czai się wygłodniały drapieżnik lub zdradliwy intruz? Nie sposób dziś nasłuchiwać. Cała Puszcza grzmi targana smagnięciami zawiei i trzeszczą smagane wichurą konary. Czasem szemrze osypujący się śnieżny pył. Miękkie łupnięcia opadających w puch gałązek. Bór tętni orgią żywiołów. Życie zamarło, pod wykrotami, w jamach, norach, dziuplach, gniazdach, gęstych zacisznych ostojach mieszkańcy lasu starają się przeczekać kaprysy zimy. Zjawa spokojnie ruszył naprzód. Po drodze zbuchtował ogromne mrowisko i zaległ w nim swym ogromnym cielskiem. Wcale nie dla żeru – w kopcu zawsze było cieplej od tysięcy zimujących owadów. Te odrętwiałe próbowały atakować intruza kwasem mrówkowym. Dzikowi właśnie o to chodziło. W ten okrutny sposób pozbywał się pasożytów. Jednak swoich dobroczyńców zostawiał na chłodną śmierć. Samotny dzik dotarł wreszcie do miejsca spoczynku. Leśne bajorko otoczone  szuwarami skrywało dziś niejednego gościa. Brodząc z trzaskiem pękającego pod ciężkimi racicami lodu dzik przedzierał się do barłogu. Wtem załopotało mu coś przed ryjem! Trwożne kwakanie Dzik wzdrygnął się. Zabiedzona kaczka krzyżówka – niejedna ofiara lodu, przegrała z mrozem. Kiedy się ocknęła, nie czuła już płetw. Próbowała oswobodzić przemarznięty kuper, kiedy wyłonił się ryj dzika. Spanikowała. Zjawa nie pogardził nietypowym kąskiem. Jednym kłapnięciem ryja zgasił cierpienie ptaka. Wypluwając pióra mielił w zębach ciepłe drgające mięso. Przyjemna chwila błogości dla wyziębionej gardzieli i szczęścia przed snem. Zaszył się w trzcinach. Tutaj, pod osłoną drzew, krzaczastych wierzb i kęp roślinności błotnej ziąb nie dokuczał aż tak bardzo. Zmęczone marszem, najedzone zwierzę z wolna ogarnęło leniwe ciepło, rozlewające się po całym cielsku. Pocięte zębami łodygi szuwarów otulały izolującą masą strudzone biegi. Starego odyńca zaczął morzyć sen….

957f2e5c200f32ca6b77e184850ee00d

Wśród gwizdów i wycia i szumów zamieć przybierała na sile. Szalała już drugą dobę. Ciężka to była próba dla zaszytych tu i ówdzie mieszkańców Puszczy. Nauczone doświadczeniem zwierzęta czekały. Zasypany w barłogu odyniec ocknął się. Prychnął nozdrzami rozbryzgując chmurę śniegu. Złapał oddech. Na świecie majaczył się ponury ranek. Przespał 12 godzin. W brzuszysku zaczynał grać pierwszy głód. Jeszcze wytrzyma. Jeszcze nie czas…

…. Ze snu wybudził go tęgi mróz i odrętwienie członków. Wyłowił gasnące echo odległego wycia wilka. Wataha zwoływała się na łowy. Było tuż po zachodzie słońca. Postępujący granat czystego nieba zaczynał iskrzyć srebrnym migotaniem milionów gwiazd. Gasła powoli czerwona zorza wieczorna. Śnieżyca wyczerpała swą furię. W bezmiarze ciszy bezlitośnie kąsał chłód. Sarny, dziki, jelenie, łosie i ptactwo nie spieszyły się z zaznaczaniem w białej ponowie śladów swojej obecności ani ‘’rysowania’’ własnymi tropami map do swych ostoi. Jeśli mogły starały się pożywić wszystkim wokół co tylko nadawało się do zapchania żołądka i jak najpóźniej wybrać się na żerowiska. Pierwsi ruszali mali drapieżcy. Śmigłe kuny, zwinne łasice i gronostaje przeszukiwały tunele śnieżne, dziuple i zakamarki w poszukiwaniu myszy. Dno lasu plądrowały już wszędobylskie lisy, węsząc czujnie za najmniejszym przejawem zapachu ofiar. Drapieżniki, najszybciej tracące energię wylegały na szlaki tropiąc, czając się i podchodząc każdą zdobycz. Każdy chciał przetrwać.

Zjawa był świadom tych wszystkich zmagań. Nie był pierwszym celem dla drapieżników, nie spieszył się. Chroniła go jego wielkość, siła i tężyzna – każdy drapieżnik zastanowiłby się ileś razy, zanim zdecydował by się na atak czarnego olbrzyma. Zaczął poruszać niemrawo odrętwiałymi nogami, przygniótł go śnieg, znakomicie izolując od mrozu. Dzik stęknął i otrząsnął się zeń. Dopiero teraz poczuł zimno. Przy trzcinach, gdzie pokrywa lodowa była cieńsza popracował racicami i dobrał się do wody. Nahałasował przy tym. Nasycił pragnienie. Z mułu wygrzebał żabę i jakieś owady oraz kłącza. Było tego za mało. Z kniei można już było wyłowić delikatne trzaski wędrujących i żerujących zwierząt. Nieopodal zaszemrały zarośla. Bajorko minęła chmara saren. Dzik przeczekał ich przejście, a po chwili cicho ruszył ich szlakiem. Posuwał się ostrożnie, jednak skrzypnięć śniegu nie dało się uniknąć. Gibkie sarny szybko odsadziły się od niego. Nie zważał na to. Wreszcie przystanął. Kierunek jego wiódł do starej świetlistej dąbrowy nieopodal rzeki. Stado zaś odbijało ku polom. Odyniec zawahał się chwilę.. Nie, dziś nie pokaże się w pobliżu pól ludzkich. Byłby zbyt widocznym celem. Przebijając się przez warstwy nieruszonego śniegu, rozpoczął samotną, awanturniczą przeprawę ku swojemu żerowisku.

dziki

…. Szary ryś także borykał się z głodem i chłodem. Nie zdążył upolować więcej przed zamiecią, a od wczoraj zdybał tylko bażanta na skraju lasu i nieco nornic. Aby przeżyć musiał bardzo rozważnie rozdzielać siły i nieustannie polować. Najlepiej z sukcesem. Co nie zawsze się udawało. Ptak i gryzonie nie nasyciły jego apetytu, a jedynie go wzmogły. Dokuczał mróz. Dziś musiał jeszcze schwytać coś większego, albo… Kocur jak siwy duch sunął bezgłośnie przez puszczę. Ponura, śmiertelna zjawa lasu… Miękkie poduszki łap zapadały się w śnieżnym kobiercu tłumiąc każde skrzypnięcie. Poprzez lata krnąbrnego żywota nauczył się zarówno zachowań swoich ofiar jak i szlaków ich przemarszu oraz żerowisk. Doskonale wiedział gdzie kluczyć i jak polować aby przetrwać. Instynkt wiódł go ku ogromnym dębom, sypiących jesienią obficie żołędziami. Doświadczenie uczyło, że mógł tam spotkać buchtujące wycinki dzicze, sarny, albo i chmarę łań. Grube konary starych drzew stanowiły dla kota idealne miejsce do zasiadki na łowy. Wreszcie w mroku zamajaczyły się potężne kontury dąbrowy… Kot przystanął. Strzygł uszami starając się wyłowić wszelkie nietypowe odgłosy świadczące o obecności kopytowców. Zawęszył. Udało się – dotarł dziś przed swoimi ofiarami. Ma szansę. Kocur rozglądał się. Szukał odpowiedniego miejsca do swoich czatów. Uwagę zwierza przykuł niższy, ale o grubych gałęziach rozłożysty dąb. W kilku zwinnych susach wdrapał się na zmarznięte drzewo. Gałęzie zatrzeszczały lekko… Ryś przywarł do konara kilka metrów nad ziemią. Skulił się, aby tracić jak najmniej ciepła. Ośnieżona kora rozgrzewała się od niego, powodując topnienie śniegu, który natychmiast przymarzał. Zwierz czuł, jak jego futro dosłownie wrasta w chropawe szczeliny pośród kory. Przy każdym ruchu wyrywał boleśnie kawałki sierści. Prychnąłby z irytacji, wiedział jednak, że trzeba zachować ciszę. I od niej często zależało przetrwanie. Pod nim rozciągała się ścieżka naznaczona przysypanymi śladami saren i dzików. Obiecująco! Głód już nie dokuczał, ale wręcz ssał powodując osłabienie i otępienie zwierzęcia. Jakiś czas ryś warował nasłuchując czujnie. W końcu wielki kot pogrążył się w niespokojnej drzemce…

Prastare dęby. Wspaniała świetlista dąbrowa. Ten drzewostan w latach obfitości owocowania stanowił oazę dostatku dla rozmaitych większych zwierząt począwszy od dzików, saren, łosi i żubrów, poprzez gryzonie, wiewiórki, i wrzeszczące sójki. Całe to towarzystwo buszowało raznie jesienią pośród dębiny w różnych odstępach czasu, starając się nie wchodzić sobie w drogę. Teraz jednak zalegała tu pustka i chłodna biel. Zgrzany marszem odyniec, przedzierając się przez zaspy właśnie dotarł na jego skraj. Cichutko, niczym widmo, kolos węsząc gwizdem ostrożnie badał dobiegające z uroczyska zapachy. Nadszedł od przeciwnej strony niż ryś. Pogodny wyż z lekkim wiatrem i szczypiący w ryj mróz upośledzały wyczuwanie zapachów. Szczecina zwierza wokół pyska pokryta była sztywnymi soplami. ‘’Dodatkowe kły’’ – zaśmiałby się postronny obserwator. Dzik nie wyczuł nic niepokojącego. Głodny, rozpoczął mozolne buchtowanie pod pierwszym z drzew. Na szczęście nie było jeszcze odwilży, śnieg nie stanowił więc pancernej skorupy. Z łatwością go rozproszył. Teraz używając całej swej masy i sił napierał na ściółkę, starając się dotrzeć do przysypanych żołędzi. Wnet rozległo się smakowite chrupanie. Gorzkawy smak ogarnął jęzor. Odyniec z łakomstwem przełykał skąpą strawę. Tuż pod drzewem zapach stał się jakby intensywniejszy. Zjawa poszedł za aromatem. W szczelinie u podstawy pnia żołędzi było mnóstwo. Zapasy mysie, wiewiórcze lub ptasie. Nieważne! Cóż za gratka. Dzik z uciechą pochłonął zawartość dzikiej spiżarni. Chrząknął z zadowolenia. Przemieszczając się powoli rył i buchtował całkowicie zatracając się w żerowaniu. Nie wiedział, że dziś nie jest tu sam…

Rysio

… Bury kot drgnął. Z zimnego snu wyrwały go znane odgłosy. Nie poderwał się jednak, nadal przytomnie warując w bez ruchu. Do nozdrzy kota doleciał ostry, nieprzyjemny zapach. Zjeżył się. Dzik! W dodatku ogromny. Ryś znał swoje siły i możliwości. Szanse w takim starciu miał niewielkie. Zirytowany kocur pożerał łakomie wzrokiem niedostępną ofiarę. Sytuacja nie rozwinęła się po jego myśli. Żerujący hałaśliwie odyniec odstraszał sarny, na które drapieżnik liczył najbardziej. Trudno! Knieja nie raz już płatała podobne psikusy każdej ze stron. Tu życie zależało od najbardziej absurdalnych przypadków, umiejętności, doświadczenia i sprytu. Zarówno wilki jak i rysie kiedy tylko mogły wybrać coś innego, rezygnowały z dzików. Czarny zwierz był niebezpieczny. Walczył, ranił, szarżował miotał się, a gruba szczecina skutecznie utrudniała zadanie śmiertelnej rany. Smakowitych warchlaków broniła zawsze czujna, rozwścieczona locha, straszna w furii. Minęła godzina. Dzik żarł w najlepsze i ani myślał wędrować dalej. Nieświadomie zaczął przybliżać się do rysiego stanowiska… Kot czeka. Rozważa. Obserwuje. Może czarny zwierz jest ranny? Może jakoś upośledzony? Jeśli nie schwyta niczego do świtu, będzie krucho. Już czuł jak coraz trudniej było ogrzać mu ciało. Drętwiały kończyny i wkradało się otępienie. Może się wycofać? Odyniec jest tuż tuż. Zaraz znajdzie się pod konarem. Gorejące ślepia drapieżnika zagrały oszalałym blaskiem…Mięśnie i ścięgna napięły się do granic. Nie panował nad nerwowymi ruchami ogona. Skoczył….!

…Zjawa stopniowo się nasycił. Obszukał już większość drzew. Pofkując, ciamkając i chrząkając zostawiał wyrytą w śniegu historię swojej kolacji. Którą z pewnością rozpracuje węch innego zwierzęcego tropiciela. Właśnie zbliżał się do najbardziej tęgiego z dębów, kiedy jego uwagę zakłócił nieznany szmer…Dzik przystanął i naraz zgiął się po pacnięciem cielska drapieżnika. Dobrze zrobił! Ryś nie był nowicjuszem. Błyskawicznie wpił zęby w kark ofiary, pazurami próbując sięgnąć bardziej miękkich części brzucha. Odyniec był jednak zbyt duży. Zjawa fuknął wściekle, zakipiał. Odór zwiastował rysia, podstępnego, tchórzliwego zbója, który kiedy tylko mógł porywał jak najmniejsze warchlaki salwując się ucieczką na drzewo. Nigdy nie podejmował walki. Dzik rzucił się przed siebie na oślep. Uderzył w pień. Ogłuszony, zatoczył się. Kocur zajazgotał zaskoczony. Pazurami starał się dotrzeć do ślepi dzika. Pyskiem próbował sięgnąć do szyi zwierzęcia, jednak za każdym razem prychał wypluwając kłęby gęstej szczeci zmieszanej ze szronem. Czarny zwierz najgroźniejszy był szarżując. Tego nie mógł teraz zrobić. Stary dzik rzucił się do ucieczki przez gąszcze starając się zrzucić napastnika. Ten wpił się łapami mocno. Zwierzęta w szalonym pędzie gnały spowite w śmiertelnym uścisku. Odyniec szalał z bólu i wściekłości, jeszcze kawałek – tam zaczyna się gęsta tarnina, wbije się w nią taranując krzaki masą, pozbywając się bestii, albo straci oczy… Pędzący kolos zachwiał się. Stracił równowagę. Racica oślizgnęła się na oblodzonym kamieniu. Runął jak długi przygniatając kota z całym impetem. Ten mruknął głucho. Zabrakło oddechu. Trzasło zduszone żebro… Chwyt zelżał. Dzik szarpnął się, uwalniając z objęć szarych paskudnych łap. Zjawa kipiał bojową furią. Krew sącząca z karku zalepiła oczy. Podniecony zwierz natarł na wroga.
Rozdzierający ból otrzeźwił rysia. Widział szarżę sunącego odyńca. Skurczył się w sobie. Skok! Rozjuszony dzik przeleciał pod nim zatrzymując się w śniegu. Drzewo! Jedyny świerk w zasięgu łap. Wycieńczony kocur dopada do pnia. Próbuje się wdrapać. Ciężko! Świdrujący ból przeszywa pierś. Zdradliwa świerczyna nie posiada grubych mocnych konarów jak dąb. A ośnieżone chojary bronią dostępu wyżej. Kłują w ślepia. Kocur przywarł sztywno do pnia. Czarna Zjawa krążył już pod drzewem fukając i rechając wściekle. Pełen energii, lekko raniony i tym bardziej rozjuszony wyczuwał słabość wroga. Zadzierał łeb do góry. Natarł na pień! Z gałęzi poleciały pyliste śnieżyny przykrywając zdyszane cielsko kota. Prychał zdenerwowany. Czuł jak stopniowo słabnie. Uszkodzona kość przebiła coś w środku powodując krwotok wewnątrz. Tego nie widział… Odczuwał tylko dolegliwość.
Siły opuszczały strasznego drapieżnika. Zapadł w ciemny letarg…

Dzik zaległ nieopodal tarniny. Cały czas targał nim gniew. Gotów był w każdej chwili wystartować i stratować znienawidzonego wroga, rozpruć mocą potężnych szabel , gdyby tylko ten próbował podjąć ucieczkę. Dokuczało pragnienie. Odyniec pochłonął nieco śniegu. Mijały godziny. Żaden podejrzany szmer nie przykuł czujności czarnego zwierza. Cicho jak szept, ostrożnie zbliżył się do drzewa. Nie usłyszał oddechu. Bure zgrubienie na pniu pozostało nieruchomo. Polśniewała nań ślizgoć obfitej posoki. Zjawa węszył długo. Z wolna uspokajał się. Wyczuł śmierć. Nie miał tu już nic do roboty. Zresztą, gdyby nawet – zwierzęta instynktownie nigdy nie przedłużały niepotrzebnych starć w Puszczy. Tej nocy nieświadomie uratował wiele zwierzęcych istnień. Sroga Knieja obdarzyła roślinożerców małym zwycięstwem. Jakiś czas przemierzą szlaki bezpieczne od podstępów rysich.

Rany piekły dokuczliwie. Odyniec zaczął przedzierać się przez zwarte gąszcza jeżyn pogrążonych w zaspach. Musi przed rankiem dotrzeć do bezpiecznego leża aby, wypocząć po starciu. Czuł się znużony. Nadchodził chłodny, zimowy świt.

196661_malarstwo-akwarela-obraz-pola-drzewa

Szukasz dla siebie czegoś więcej niż opowieści? Koniecznie zajrzyj do kącika
Współpraca i Rozwój 

A jeśli podobał Ci się ten wpis, możesz odwdzięczyć się autorowi za jego czas i pracę oraz tym samym wesprzeć utrzymanie tego miejsca i powstawanie kolejnych gawęd. Wystarczy kliknąć Dar Wdzięczności