Szaleństwo Żywiołów. Deszczowy marsz w objęciach Wichury

Przychodzą jesienią takie dni, kiedy ona w pełni ukazuje swoją potęgę. Budzą mnie krople rzęsistego deszczu bębniące po dachu, co od razu powoduje pierwszy oddech radości. Wreszcie pada! Ulistnione jeszcze drzewa zdążą uzupełnić zapasy wody po letniej suszy i przetrwają w lepszej kondycji do wiosny. Wicher wyje osiągając apogeum między budynkami, a ja odbieram pierwszą tego ranka wiadomość. Jeden z moich gości rozmyślił się spoglądając na tą pogodę i nie przybędzie dziś wędrować. Ohh! Ludzie naprawdę nie wiedzą co tracą…

Prawdziwy Wędrowiec i Czatownik nie przejmuje się pogodą. Dobiera odpowiedni ubiór i rusza. On wie – że czas zawiei, kaprysów żywiołów i sztormów to jedyna okazja, aby zwierzęta podpatrywać zwykle w spokoju, bo w lesie nie prowadzi się wtedy żadnych prac, a i spacerowicze odpuszczają. Dla niego to też sprawdzian woli, hartu oraz osobistej wytrwałości. Trochę weryfikacja tożsamości. Czy jestem prawdziwie dziki? Żyję choć trochę jak one? Jak i przyjemność błoga i rozkosz, kiedy powolnymi haustami tenże Czatownik sączy w siebie porywiste strzępy wichury. Jednostajny kierunek wiatru pozwala dobrać odpowiednie stanowisko do zasiadki. Zaś same zwierzęta pokazują zachowania i sprawy, jakich nie sposób podejrzeć podczas ‘’zwykłej’’ pogody. Bywają i widowiska – kiedy zaczyna się czas przelotów. Ogromne stada Czarnych Pielgrzymów; gawronów, kawek, i wron przylatują na skrzydłach północnych zawiei, obsiadając pola, skwery, parki i aleje. Są wtedy wszędzie. Kto ma więcej szczęścia i mieszka w odpowiednim miejscu spotka niełatwe do wypatrzenia siewki, pocieszne biegusy, mewy, brodzce… A i ptaki drapieżne – wędrowne natrafić można. Grupy puchatych, miauczących, szybujących myszołowów – to dopiero przedstawienie! Przyroda czaruje spektaklem zjawisk, już przez wielu zapomnianych. Siedzimy, przeczekujemy ten chłodny czas pod kocami, z herbatą, kakao czy książką w ręce. I nie jest to coś złego. Tylko że – robimy to zawsze. Życie mija. A gdzie przygoda? Smak wędrówki? Po to zresztą one są. Aby raz jeden poczuć, jak to jest w przyrodzie być naprawdę. Wyjść ze strefy komfortu. Prawdziwe istnienie toczy się w kłębach chmur, porywach wiatru, kąsaniu mrozu i strugach ulewy. Zwierzęta nie mają taryfy ulgowej, niezależnie od wybryków aury i huraganu trzeba zjeść, żerować, zatroszczyć się o siebie i przetrwać. Dzień jak co dzień. To tak fascynuje. Jak im się to udaje? Aby dostąpić brzmienia dzikości, trzeba się z nią spotkać w każdych warunkach…

3b3e6dacf42be67da4af2dde87c1d595

Brnę ogłuszony, spowity siwym płaszczem wszechoceanu deszczu. Stukot zajadłych kropel falami zawziętości odbija się od kopuły zielonego kaptura. Jakbyśmy byli sami…tylko ja i one. Jestem jednak dziś nietykalny, nowy komplet przeciwdeszczowy sprawdza się znakomicie. Nawet jest mi ciepło. Na horyzontach szaro, leje tak, że aż spada widoczność. Sztorm jak ta lala! Tego mi było trzeba. Taka wędrówka w szale pogody pozwala pobyć z sobą w pełni. Pozorne rozpraszacze działają wyciszająco, jednocząc w swoim przepływie. Kolejne ciosy porywistego wiatru omiatają, jak boży bicz. Mimo to na polu dostrzegam stadko szpaków. Ptaki tuptają i żerują, a przynajmniej próbują. To jest właśnie to! Brak ‘’taryfy ulgowej’’. Widać jednak, że zaprawione są w harcie i niejedno musiały przeżyć, maszerują sobie dość beztrosko. W takiej ulewie obficie wychodzą dżdżownice i pewnie inne kąski. Dróżka którą forsuję, teraz przypomina płynącą, błotnistą kaskadę. To też bardzo chciałem zobaczyć. Świat, niby taki sam, a znów w tylu szczegółach inny. Szemrzące strugi, spływające falami błyszcząych potoków. Podmiękła, chłonna, spragniona ziemia. Grząskość ciamkająca, jak ślina. Omywają wszystko, oczyszczają… Przynoszą zew świeżości.

Gdy docieram do lasu, on szumi chwałą wichury. Potęga dzwięku. Drzewa świszczą i jęczą zginane, trzymają się bratnio w tym tańcu. Biją pokłony żywiołom. To takie jakby anteny, które kołysaniem odbierają tą energię i przekazują w głąb Ziemi. Nieustanna wymiana informacji, tak w przestrzeni którą zmysłami pojąć jeszcze ciężko, dzieje się wciąż. Przetacza łomotem, jak fala oceanu. Góra, dół, wir zagmatwany i miarowo w rytm na chwilę. Porywy wiatru i kołysanie całych zastępów sosen takie fale właśnie przypominają.

Zasiadam w czatowni, skąd mam widok na szerokie pola ze skrajem lasu. Konstrukcja kołysze się i chwieje. Czuję się jak w koi, na statku. Trzeszczy. Bardzo przyjemnie. Choć wziąłem lornetkę, nie nastawiam się na jakieś wielkie obserwacje. Raczej ‘’w razie co’’. Niebiosa panują. Pędzą tam kłębiaste monstra, szare, bure i nieprzerwane, gęste. Przepływają spazmami siwej gęstwy, gdy wicher targa w amoku szału. Uśmiecham się szeroko i nucę.To jest dopiero widowisko. To lepsze niż telewizor! ( a może mi się zdaje, bo lata już nie oglądam). Na tym tle zadziwiają mnie przemykające pojedyncze gołębie, widać z jakim wysiłkiem wiosłują skrzydłami, choć znosi je każdy poryw, dają radę. To mną dziś ciosy tego wiatru chwiały, 60 kilo ponad… Krople deszczu muskają i łagodzą twarz. Z lasu wylatuje grupka jakichś opadających w locie i unoszących ptaków. Po tym sposobie i ogonkach rozpoznaję kwiczoły. Ale co one robią? Ku mojemu zdumieniu przysiadają na polu i tam czegoś szukają. Zwykle widuje się je, gdy wcinają jagody i owoce na krzewach. Nie przeszkadza im sztorm, jakby przyleciały specjalnie. Ile rzeczy można tu podpatrzeć, gdyby wysiedzieć tutaj cały dzień? I takie to zdrowsze dla psychiki i umysłu niż wysłuchiwanie nowości o kolejnych katastrofach czy przepychanek polityków. Dużo ciekawsze. Przeczesując lornetką skraj lasu napotykam dużego ptaka, który niby to walczy z wiatrem, ale jednocześnie zawisa w locie łopocząc, czegoś wypatruje. Fala wichru unosi go w dół i górę. W pierwszej chwili biorę go za pustułkę – one podobnie często polują. Gdy jednak ptaszydło obraca się spodem jaśniejsze plamy pod skrzydłami i sylwetka ‘’latawca’’ objawiają mi Kanię Rudą. Pierzasta ozdoba krajobrazu. Dziś nie widuję ich tak często jak dawniej. Podobno potrafią unieść w powietrze nawet czyjeś gniazdo z pisklakami, chwytają wszystko co można zjeść, nie gardząc i padliną. Po prostu, czyściciel. Mówimy niekiedy pogardliwie ‘’padlinożerca’’, lecz gdyby nie takie zwierzęta zagrożenie epidemiologiczne ze strony różnych drobnoustrojów dałoby nam popalić. Takie zwierzęta mające w swej diecie również martwą zdobycz, także bardzo potrzebne. Kania zachwyca swą gracją i płynięciem, zupełnie jakby surfowała na pływach wiatru. Lekkość i finezja. Rzeczywiście – jak dziecięcy latawiec.

P90930-175209

Mijają dwie godziny przeplatane szarpnięciami wichru, bujaniem ambony i ostrymi kroplami próbującymi chyba przebić wodoodporną kurtkę. Zajadam kanapki i popijam z termosu, a na salwy żywiołu odpowiadam głośnym śmiechem. Bo szczęśliwy jestem. W tym szumie i tak mnie nie słychać. Wychylająca z lasu sarna, od razu zaczyna galop. Biegnie w susach i gna spory kawał, aż do kukurydzy. Po kilku minutach kolejna. Potem trzecia – ta z kukurydzy w las. Co one dziś tak w biegu? Zwykle maszerują leniwie, lub i pasą się na tym polu. To jest właśnie to ‘’inne’’ zachowanie, choć spodziewałem się czegoś innego. A one w pośpiechu. Już nałożyły brązowe, zimowe futerko. Chyba wiem dlaczego – właśnie nie chcą czuć ‘’na sobie’’ całej tej mieszanki wiatrowo deszczowej i żwawo kłusują z gęstwiny w łan. Tak to jest, gdy się nie ma ubrania, a pogoda załamuje nagle… Gdyby aura się utrzymała, pewnie rychło przyzwyczaiłyby. Z jednej strony powinienem zanotować taka obserwację, z drugiej, wiem, że zapamiętam. Kiedyś notowałem o której i gdzie wychodzą dziki, lecz gdy jesteś w lesie co dzień takie rzeczy tracą na znaczeniu. Bo i tak je spotykasz i wiesz gdzie śpią, żerują itd. Znać swój świat wokół – ten prawdziwy od którego odgrodziliśmy metrami betonu, płotów, starając wyobcować. Zapominając, że pozostajemy od niego zależni…

W trzeciej godzinie kończy mi się herbata i zaczyna dogryzać zimno. Komplet przeciwdeszczowy jest świetny, ale ma to do siebie, że niczego nie przepuszcza. W obie strony. Pozostajesz więc z własnym potem i wilgocią, która z czasem przechodzi w odczuwalny chłód. Mimo, że wdzianko takie nie przepuszcza wiatru i się nie wyziębiasz. Wady, zalety… Zbieram się więc i schodzę pod las. Przestało padać i pokazuje się jasność. Droga jest piaszczysta i łagodna, w niej polśniewają krystaliczne kałuże. Takie niezmącone, przezroczyste, bez błota. Aż chciałoby się z nich napić. Hulający wiatr dokonuje teraz suszenia – po taflach przelatują zmarszczki fal. Jakby grał na wodzie… Kruki wylatują nad pole rodzinną gromadą. Ptaszyska zawsze mają jakiś problem z ‘’zaszeregowaniem’’ mojej osoby. Bo przecież wiedzą, że w takie dni nie ma tu ludzi. Podobnie i wilki potrafią przypisać skojarzenia, w każdym razie rozróżniają myśliwego od grzybiarza, zwykłego spacerowicza czy pracownika leśnego. Takie osoby jak ja intrygują zwierzęta. Nie można zaszufladkować. Inaczej się zachowuje. Za czym się włóczy, czego szuka? Nie pojmują. Podobnie jak i ludzie. Lecz to zaciekawienie daje możliwość bliskiej obserwacji, a przecież o to głównie mi chodzi. Kruki robią kilka kręgów nad moją głową, po czym oddają się falom wiatru… Ich ochrypłe głosy stają się łagodne i delikatne. Mięciusie. Szybują, robią piruety i ‘’kręćki’’. Bez celu. Niczego nie szukają. Widać, że sprawia im to przyjemność. Popisują się wzajemnie. Z nieba wypływają złociste promienie, gdzieś tam chowa się słońce. Świetlista aura pieszczotą delikatną dotyka Ziemi. Przystaję i chłonę… Tu baraszkujące z powietrzem kruki, tam w tle refleksy glorii wspaniałej… Tyle zdarzeń i wrażeń. A w głowie dzwięczą wspomnienia zdań niekiedy zasłyszanych…

– Co się będziesz włóczył, nie idz, tak zimno. Lepiej byś w domu posiedział.

– Że też Ci się tak chce…

– Wieje, pada, ponuro, co tam można zobaczyć…? 

I wiele innych. Na szczęście, nigdy nie słuchałem i nie wierzyłem tym głosom. Maszeruję dalej, zostawiając kruczęta w zabawie. Ciało nabiera krzepy, dusza spełnienia… Póki mocno wieje, chcę jeszcze posłuchać szumu drzew wewnątrz lasu. Tu już mam spokojniej. Nie targa, drzewa pochłaniają wszelkie podmuchy. Trzeszczą i piszczą. Mocarnie. Stoję pod okapem igieł. Dno lasu zaścieliły kawałki dębowych i akacjowych gałązek z zielonymi liśćmi. Kruche, urwało. Biedne drzewa. Ileż one muszą znieść, przetrwać, wytrzymać, nieustannie. A takie wichury potrafiły kiedyś trwać tydzień, dwa. Na klonie widzę uszykowane gniazdo wiewiórki. Lokatorki jednak nigdzie nie widać. Tulę Dęba Radomira, przekazując mu obiecane uściski od kogoś. Cieszy, że doczekał w końcu swojej opowieści. Tak dopada mnie wieczór. Ciemność gęstnieje w mroku, niosąc kolejne granatowe warstwy rozjuszonych zastępów. Suną nieubłagalnie, a złowrogo. Nocka tutaj byłaby dziś bardzo ciekawa. Opuszczam las, a za nim pola, przestrzenie wiejące, a roztańczone w energiach. Mam ochotę wirować z nimi, sycić się, i pląsać do wyczerpania.

Jak to dobrze, że nie zostałem wtedy w domu.

P90930-175729

Reklamy

Pierwszy cień Szarugi. Brzoza gromem trafiona. Błogosławieństwa dla Drzew

Jesień na dobre porywa w swoje objęcia wtedy, gdy w deszczowy, ponury i chmurny dzień ciemność zapada o godzinę szybciej, niż przewidzieli to w prognozie. Szara zasłona zasnuwa niebiosa gęstwą mrocznego panowania, a z tej burej kołdry sączy za kołnierz wilgoć. I taka pora dobra jest do wędrówki. Kto wie, czy nie najlepsza? Ludzi brak, a zwierzęta czują się pewniej, swobodniej i tak też zachowują. Chodzmy w strugi, w dzień deszczowy, hen na leśne ruszyć łowy…wrażeń.

Najwięcej kłopotu sprawia dobór ubioru. Gdy pada jest chłodno, ale wystarczy że przestanie na moment, już robi się parno i można się spocić. Dlatego do pełni szczęścia brakuje mi dziś damskiego towarzystwa, w osobie pani ZIMNICY. Z nią chociaż wiadomo jak się zachować, na co przygotować. Ufam, że niedługo już mnie odwiedzi. Dziś ruszam w ogóle w inny rejon leśny, tam gdzie jeszcze nie tną i mam nadzieję nie będą. Ze wszystkiego w lesie, tak samo jak zwierzętom i mi potrzeba spokoju. Może nawet nic się nie zdarzyć. Choć czy tam to w ogóle możliwe? Pierwsza ścieżkę przecina mi sarna, i wygląda na nieco zagubioną. Albo ona, lub druga gdzieś ukryta wydaje z siebie pocieszny pisk, jak dziecięca trąbka, za którą ta jedna podąża nasłuchując. Podąża prosto na mnie, choć to nie ja piszczę. Cześć malutka! Tak się cieszę, że ją widzę. Znowu to się dzieje. Każda sarna która ostatnio się pokaże, idzie prościutko do mnie. Miłość. Bezinteresowna wdzięczność zwierzęciu, z uciechą że przyszło, pokazało się, zaufało, obdarzyło swoim cudownym widokiem. Dawniej wstydliwe skrywana, dziś eksponowana i wyrażana w słowach, gestach, opiece, uśmiechu. To ona przyciąga jak magnes swoim promieniem zwierzęta do człowieka. Choć pewnie same do końca nie wiedzą co kieruje ich kopytkami, ale jakoś tak zawsze zbaczają do mnie. Niemal na każdej wyprawie. Wiem całym sobą, że to nie przypadek.

P90909-180732

Ten fragment lasu jest naprawdę magiczny. Niewielkie pagórki, drzewa porośnięte pnączami, chmielem i powojnikiem, strojne niczym w kożuchu. Drzewostan mocno zmieszany, różnorodny. Zabłąkały się nawet topole. Przechodzę przez porośniętą turzycą i tatarakiem dawniej zalewaną łąkę i staje nad rzeką. Rzucony niedbale, przewrócony, zdezelowany, zardzewiały mostek przypomina o tym co było tu kiedyś. Przeprawa nie jest łatwą. Śliski metal i cienki pasek ‘’przechodny’’ dla nóg, trzeba się cały czas trzymać aby nie spaść. Pada w sumie niewiele. Przerywa kropelkami. I wtedy go poznaję. Ogromny Dąb, rosochaty i strzelisty pyszni się na skraju polany. Mocarny jest. Choć podobnego wzrostu co Krzesimir, zupełnie inaczej zbudowany. Krześ ma równą rozłożystą koronę, harmonijnie kopułowo rozbudowaną, a ten jakby ramionami niebo podtrzymywał… podobne dębiszcza widziałem w Puszczy Białowieskiej, tam gdzie rozwój na wysokości w pierwszej kolejności stanowi o przetrwaniu. Okaz zdrowia i krzepy. Byłem u niego jeden jedyny raz z grupą Wędrowną i w ogóle nie wiem jak się zachować. Zapamiętałem go dobrze. To taki jegomość, co potrafi pracować z trzema osobami na raz, i to od pierwszego kontaktu. Rzadkie u Drzew. Może okazać przesadny szacunek? Pokłonić się, schlebiać? Bo dęby różne potrafią mieć osobowości. Bywają ciepli jak opiekuńczy ojcowie, srodzy dyrygujący dowódcy, lub równi bracia. Potrafią dominować. Od niego nie odbieram niczego ‘’ponad’’. Jest przytulnie i łagodnie. Jakby znał swoją siłę, słabości, nas. Świadoma Dojrzałość.

– Dzień Dobry, Kochany!

Lekki zryw korony. On mówi, że czekał. Aż przyjdę ponownie. Tyle czasu…Dlatego Krzesimir ciągle wygania do innych drzew. Tyleż osobowości. Jak określać, nazywać, te charaktery tak ulotne jak szum ich listowia na wietrze? Od razu chwyta mnie swoim ciepłem, a ja nie opieram, poddaję. Moje ciało wypełnia dudniący pomruk. Płynie od jego korzeni. Niby wibracja niższa zdaje się, ale to nie tak. Jest swojska, znana, luba…Tym razem jest ze mną zestrojony. Ciało nie drży, a rozświetla z Duszą. W pewnym momencie dzieje się… coś..

P90909-160440

P90909-175806

Tam w centrum splotu słonecznego drży poczucie. Siły i Mocy, które natychmiast gaśnie. Przytłumione… moim strachem. I czego się boję? Wiem. Tej siły, która wiąże się z odpowiedzialnością. Za swoje życie, wybory i jego kształt. Rozbłyska znów cudownie w sprawczości i gaśnie jak przy rozruchu starego samochodu. Dąb próbuje mnie ‘’odpalić’’. Rzeczywiście, pomimo wszystkiego co zrobił Krzesimir dla mnie, z tym tematem jeszcze nie pracowałem. Przenika… Mówi,

– Korzenie, Liście, Konary… Wszystko biorę co mi potrzeba. Postanowiłem. Wiem, że tu jest, bo tak być powinno od zawsze. Woda, pokarm… Jeśli nie ma, będzie. Tego jestem pewien. Planuję, działam, powoli a skutecznie. Zamysły w czyn wprowadzam głęboko wszystkimi sposobami, wtedy się dzieją. Sprawdzam, badam, lecz ufam, bo wiem. Nie ma żadnego zaskoczenia w mym życiu. Wszystko co może się wydarzyć już było i miało miejsce. Jeśli nie w moim istnieniu, to w innych. Stąd znam. Podziemne opowieści grzybów i korzeni. Nie muszę sam uschnąć, by wiedzieć jak to jest. Bo w moim życiu już było. Od żołędzia przez siewkę, i Drzewo, po rozpad, i tak wciąż od nowa. Czy nie brzmi Ci to znajomo? Tu zdecydowałem rosnąć. Tutaj mnie posiało. Nie mogę zmienić miejsca, ale mogę dać z siebie wszystko całą mądrością mych przodków, by zaistniał rozkwit. Ty możesz, dużo więcej. Możesz znaleźć się w dowolnym miejscu na Ziemi. Ponieść wiedzę szybciej. Wy ludzie fascynujecie nas, z wielu powodów. Dlatego Drzewa szukają kontaktu i dają o sobie znać. Chcą tworzyć razem przyjazny w doświadczaniu świat, dla wszystkich stworzeń. Drzewa dają podwaliny bytu, którego nie jesteście w stanie zastąpić niczym. A wy poruszacie się w sferze, i kreujecie cuda z marzeń. Popatrz, ile idei zaistniało. Stało się rzeczywistością. Tylko dlatego, że ktoś ufał, wiedział, bo widział jak bardzo jego marzenie jest prawdziwe. Poczuł je całą Duszą. Ty już znasz to uczucie. Tylko dlaczego…je gubisz? Dlaczego boisz się odpowiedzialności za siebie? Zapewniam Cię, to jedno z najpiękniejszych uczuć. Pełne Mocy i Szczęścia. Gdy decydujesz i stanowisz, i otrzymujesz coraz więcej, rozrastasz się… Tak jestem, jako Drzewo. Dostaję i biorę co mi potrzeba, a potem obdarzam innych. Ty bardzo się zmieniłeś. Zacząłeś tworzyć i teraz nas obdarowujesz. Najpierw przychodziłeś do nas po pomoc, wsparcie, radę. Zawsze je otrzymałeś. Dziwiłeś czemu Drzewa rozpękają się w środku, trzeszczą, piszczą, żywo reagują szumem i zrzucaniem różnych kawałków, kiedy je mijasz? Bo teraz też dajesz. Przychodzisz do nas, kochasz, błogosławisz, śpiewasz, wieszczysz rymy, przytulasz. Już nie pytasz, nie prosisz, nie oczekujesz, tylko jesteś. Każde z mych braci i sióstr wyłapuje Twą wibrację błyskawicznie. Przypominają sobie. Przecież w Ziemi pamięć jest. O dawnych ludziach i pierwszych, czystych relacjach człowieka z Naturą. Zanim przyszło zapomnienie. Chcą to poczuć, znaleźć się w tym! I choć zdaje Ci się, że już jesteś tak daleko, znów Ci powiem – to dopiero początek…

Dudniące Dęby Polski. Mruczące. Ogrzewa mnie i drga tym ciepłem jak wielki kocur. Ale przecież nawet nie znam Twego Imienia! A Ty tyle do mnie… Zaczyna mi się rymować. Teraz ja do niego mówię. Pamiętam jak bardzo opierałem się przed tym, zaprzeczałem że to niemożliwe, nie da się bez przygotowania. Dzieje się TO. Kim ja jestem?

I Kobieta, i Mężczyzna, 
W lesie Twoja jest tężyzna,

Przychodz bywaj coraz częściej, 
I zaglądaj tam gdzie gęściej

To słyszę w odpowiedzi. Już chociaż wiem jak to działa. W przestrzeni zaczynają krążyć słowa, a duszka układa je w sens. Chcę odwdzięczyć się Drzewu.

A Ty Dębie mój wspaniały 
Rośnij w miejscu swojej chwały,

Przyjmij co Żywioły dały…

Panie wielki, o Mocarzu, 
Lasu tutaj Ty Włodarzu,

Ukochuję Cię z czułością, 
Całą swoją namiętnością

Miłość ludzką Ci przelewam
I na wszystkie wokół Drzewa

Niechaj jak najdłużej płynie, 
Przestrzeń Wasza nie przeminie

To co mogę, ofiaruję, 
Niech najlepsze nam zwiastuje

Uśmiech jeden co posiadam
W Twe konary ufnie składam,

Niechaj świeci, promieniuje, 
Naszą przyszłość, byt buduje,

Ludzi rzesze wraz z Drzewami, 
Stają ponad podziałami

Ty – My – Oni, nie ma, jedność, 
Oto wzrasta nasze sedno

Tak się żegnamy. Ciepło drzewa bucha mi w policzek. Wyczuwalne z kilku kroków. Przypominam sobie, że za pierwszym razem naszego spotkania planowałem wrócić tutaj i spenetrować pobliskie krzaki. Wyglądało wszystko obiecująco. A co on mi dzisiaj mruczał? Aby lezc, tam gdzie gęściej. Kilka kroków i znów się rozświetlam. Jak tu pięknie! Jaka mozaika! Dzikość zagrała na skrzypcach chaosu. Urwisty brzeg rzeki z osypującym się piaskiem, który tutaj szczególnie pokazuje, co dla drzewa oznacza brak możliwości zmiany miejsca… Niektórym dosłownie grunt osunął się pod nogami. Część wywróciła się i zawaliła dno potoku, gdzie rozkłada i gnije do dziś. Inne, ‘’rozciapierzone’’ chwytają się resztek skarp i trwają na przekór fizyce. Tu życie rozmawia ze śmiercią, tu widzę miejsce przeprawy jeleni z głęboką ścieżką. Wreszcie tu, wśród zamarłych modrzewi, wywróconych dębów i pokiereszowanych klonów tętni ptasie życie. Jak to dobrze, że zabrałem lornetkę! Ale myliłby się ten, kto rzekł że z takim udogodnieniem obserwacje to fraszka. Ptaki są szybkie i zwinne. Kryją się w liściach, migiem zmieniają miejsce. Są w stałym przepływie. Dąb z oddali huczy mi, że one mają niezakłócony wewnętrzny kompas intuicji i zawsze przylatują do Drzew, które je wołają. W zamian za pokarm, rozsiewają w dal nasiona. Dlatego pokazywały się w przesłaniach. Tak są połączone.

Mysz skacze po korze. Hola, jaka mysz! W szkłach lornetki rozpoznaję – to pełzacz leśny. Wspinając się okrążą pień sosny, w międzyczasie szukając pod korą ukrytych smakołyków w postaci owadów. Dopiero przy 8 krotnym powiększeniu widać, jaki on skupiony na swej pracy, niepozorny, puchaty, a słodki. Mina ciekawego kombinatora, który zna tu wszystkie zakamarki. Nagle, kolor. Podążam za nim. Ojej! Widzę, że dopiero teraz będę prawdziwie poznawał swoje ukochane ptaki. Na drzewie obok psoci kowalik. Ptasi szmaragd, z pomarańczowym brzuszkiem, choć w kolorze nie tak intensywny jak zimorodek. Ten jakby był przystosowany do ‘’ślizgania się’’ po korze drzew, co też zwinnie czyni zjeżdżając głową w dół. Czyni go to ewenementem wśród ptaków. Dzięki lornetce uśmiecham się w lesie jeszcze częściej, widząc puchate maleństwa w takiej bliskości. Mały świerk pod nogami powoduje drugą turę czułego uśmiechu. Jest uroczy. W ogóle małe drzewa dla mnie, to jak dla innych pieski czy kotki. Takie wzbudzają mi uczucia. Kucam i głaszczę. Mówię…

A Ty świerczku, mały zuchu, 
Rośnij tutaj w leśnym puchu,

Chodz, podniosę Cię na Duchu,

Choć ześ mały i w półcieniu, 
Życie czeka Cię w spełnieniu

Wzniesiesz bujnie się w przestworza, 
Igieł mrok rozświetli zorza,

Przejdzie gdzieś Wędrowiec tędy, 
I zaprosisz, do gawędy…

P90909-173525

Wrycie. Za plecami leci łoskot. Odwracam się błyskawicznie i co widzę;

Gruby, suchy konar brzozowy spada zahaczając o gałęzie, i osypuje wianuszek złocistych liści, które strącił. Gruchnięcie o mech, pęknięcie. Listki lądują wirując wokół. Patrzę oczarowany. Ależ magia, ależ moc! Jak on mógł się złamać? Nie wieje przecież, a on solidny… Spoglądam na właścicielkę zguby. Smukła, z pozoru zwyczajna brzoza, i zdrowa, choć pewnie bywało lepiej. Ale… Coś z nią inaczej. Od nasady pnia po koronę biegnie ciemna pręga, aż po czubek. Ona chyba… Oberwała piorunem. Na to wygląda. Bo skąd taka smuga? Pierwsze widzę. Im wyżej tym bardziej czarna i przypalona. Ale żywa. Oż Ty! Przeżyłaś kuksaniec od żywiołu. Taka pobudka. Dziś sama rzucasz gromami. Wiem, że w ten sposób mnie wzywa. Jaśniej się nie da. Podbiegam do niej, a brzózka drga we wstrząsie, zrzucając mi kilka listków. Ogromna, przeogromna radość. Dlatego, że zareagowałem. Przytulam czołem omszoną korę. Jest miło, dobrze. Po kilku minutach tej euforii wszystko jakby we mnie osiada. Znika. Głowa zaczyna pobolewać lekko, choć wypieram, to już wiem…

Hej, hej… Ty sobie tylko bierzesz, prawda? Pompujesz ile wlezie. Uleciał gdzieś cały nastrój od dębu. Stop!

Zaskoczyła mnie, choć nie zdziwiła. Na moment osłabiła. Czasem Drzewa po tragediach życiowych chłoną jak leci bez pytania o pozwolenie, miałem tak raz z dębem. Taka ludzka energia, jest dla nich niczym zastrzyk morfiny dla cierpiącego. Ale tu lecznicza brzoza, dawczyni, pięlegniarka… Musiało ją mocno oszołomić. Przerywam proces taktownie, wrócę tu kiedyś wytłumaczyć jej co się stało i spróbować przywrócić ją do harmonii. Drzewny szok potrafi trwać latami. Tak samo po przycięciu. Z dębem mi się wtedy udało. Przestał ściągać, wibrować zawołaniem pomocy, a zaczął zielenić zdrową stroną i cieszyć dniami które mu pozostały. Też po piorunie pacjent. Tylko on się rozpękł. Ona miała szczęście. Musiało być bardzo mokro. Mozaikowy zakątek wabi wieloma obietnicami, tu świerki obdarte z kory porożem ćwiczone i zalane żywicą, tam świetliste miejsca na podsiadówki, no i chór sikorek z bębnami dzięciołów, do tego pełzacze, kowalik. Ptasie uroczysko. Gdzie śmierć, tam one… I jakby nie patrzeć, to ptaki są głównie tymi, które rozsiewają drzewa i przenoszą w swym ciele ich nasiona nieraz na wiele kilometrów.

Gzy i strzyżaki. Choćbyś zabezpieczył się przed każdym możliwym robactwem, wobec nich pozostają bezsilne wszelkie środki. Moja metoda, to WIEM i ZNAM miejsca w lesie z których następuje atak, i każdego zgniatam od razu w palcach. Jeśli tego nie zrobić, siada ponownie. Namolne są. To działa jeśli nie ma ich dużo i masz wrażliwą skórę, że wyczujesz. Trzeba uważać. Wchodzą do uszu, nosa, w oczy, we włosy, wszędzie… I choć rzadko ‘’gryzą’’ jeśli już się zdarzy, opuchlizna utrzymać się potrafi miesiące. Podobno coś tam przenoszą. Tu zawsze wszelkie teorie o jedności, miłości i współistnieniu stają mi pod znakiem zapytania. Ale przecież Drzewa też nasączają się toksynami w liściach, aby walczyć z tym co podgryza. Ustanawianie granic i obrona własnej przestrzeni J

Szaruga. Jedno z najpiękniejszych wcieleń jesieni. Wieczór długi, a ponury ze zmierzchem kroczącym powoli, rozwlekle, choć zdecydowanie. Spędzam go w uwielbieniu. Długo wyczekiwany, tęskniony. Ciemność wypełza znienacka, choć w zapowiedzi wcześniejszej. W takiej scenerii obserwuję kolejne zdziwienia. Zmierzchowa lornetka wskazuję porę, że na polach rozpoczyna się towarzyskie życie saren. Dociera do mnie ile bez niej musiało mnie dotąd omijać, kiedy przeczesując teren dostrzegam tu i tam rozrzucone zwierzęta. I one ufają szarudze. Z kukurydzy wynurza się dziwna para. Jest sarna – ruda, jeszcze w letniej szacie (podobnie jak wszystkie dziś widziane) ale druga nieco większa i brązowa, zupełnie jak sarna w futerku zimowym. Ale że już teraz? O co tu chodzi…Trzymają się razem, spoglądaja na siebie, widać że to duet. Wgapiam się w to brązowe. Wychodzi na to, że to jeleń. To przecież dwa różne gatunki. Wtem one zaczynają biec przez pole. Jakby coś je wypłoszyło. Może ktoś idzie? Niczego nie widać. Spoglądam dalej na horyzont a tam pod kukurydzą raz, dwa, trzy, cztery! Tu już wielkie łanie jelenia z jednym młodym szpiczakiem stąpają ostrożnie. Czyżby one spłoszyły sarny? Na to wygląda. Z przeciwnej strony pod lasem, luzno pasie się saren dziewięć. Gołym okiem w ogóle ich nie widać, tak się zlewają. Oh, ilu niepotrzebnych płoszeń teraz mogę unikać. Dawniej pewnie puściłbym się tamtędy na powrót i wypatrzył je za późno aby mnie nie spostrzegły. Teraz lustrując teren, mogę go opuścić nikomu nie przeszkadzając. Lornetka Kochani. Sprawcie sobie na wyprawy koniecznie.

Pole przypomina autostradę. To znaczy – z jednej strony sarny idą do kukurydzy, z drugiej inne wracają, w kolejnym krańcu jelenie zmierzają na wodopój. Musiały tam przesiedzieć cały dzień. Biegną truchtem, co jakiś czas zatrzymują. Sarny też. To takie śmieszne. Każde z tych zwierząt słyszy drugie z daleka i przystaje na chwilę aby posłuchać. Uspokojone mknie dalej w kierunku obranym. A ja pogrążam się w rozkoszy obserwacji. Dopiero po chwili zwracam uwagę na dwie sarenki, mniejszą i większą, które zatrzymały się równo z linią mojej czatowni. Niedaleko. Stoją i stoją. Jakby otępiałe. Dwadzieścia minut… Totalna ‘’zawiecha’’. Czyżby i tam doleciał je mój uśmiech? Odebrały? Bo przecież zapachu czuć nie mogą. Chłodny wiatr szarpie mnie od ich strony, tak… Dziś jestem w rozkoszy obserwacji. Wcielenie Czatownika ma swoje błogie używanie. Gdybyż było widać dokładnie, siedziałbym tu całą noc. To pewne. Na każde zimno można się ubrać, każde można przetrzymać. Sprawdzone w praktyce. I sam siebie pytam wtedy, czy ja jestem >Normalny< ? Myślę o ludziach siedzących teraz w ciepłych domach przed telewizorami, z tostem na kolację, czy co tam lubią. Stąd widzę światła w oknach. Nie oceniam, ale czasem sobie myślę. Po swojemu. Tu rzut kamieniem od osiedla kukurydzisko i takie widoki. Zaraz dziki wyjdą. Młodociane puszczyki gonią w pomyłce za liśćmi. Śmigła kuna na łów wyrusza.Świat, choć oddaje się w otulinę mroku, jeszcze tyle ma do opowiedzenia w gawędzie. Kilometr dalej huczy rykowisko. Deszczyk kropi pięknie.Wiatr w szuwarach melodie wygrywa. Myli mi się. Gdzie jest to ‘’prawdziwe życie.’’ Które przyjęliśmy za własne, choć nigdy nim nie było. A które było od zawsze, choć w wygodzie i natłoku wyparliśmy z pamięci. Czy tam, w sztucznym świetle, przed wyreżyserowanym pod oczekiwania publiki programem jest ono, czy tutaj, gdzie choć i ślad człowieka przekształceń widać jeszcze, pędzi skrycie swe tajemnice gros futrzastych i kopytnych istnień?

9.09.2019

1

Tęsknota jesieni. Pieśń Duszy Wędrowca

Jesiennym szmerem otulam się liści, 
Chochoły w stogach drzemiące, uśmiechem pozdrawiam,

Tańczę w paprociach zeschłych, z duchem bosym Ziemi 
Czasem pogrzebię trochę w starociach…

To znów cały zatopię w Czerwieni, 
Podnoszę dłonie i chwytam szelesty,

A z aury złocistej snów wianki zaplatam, 
W krainie tajemnic ku nieznanemu wędruję

Wiatr coraz dalej i dalej pogania, 
Wcale zmęczenia żadnego nie czuję,

W kolorach brzasku przeglądam się z rana, 
Marzenia dzikie snują się przy mnie,

Druhowie czuli, towarzysz błogi 
Będą szybować na piórkach zwinnie

Do najpiękniejszej, prowadząc drogi

Mirabelki krasne po owocach całuję, 
Dziękuję, że obrodziły tu z dojrzałością

Obfitości oddech w powietrzu paruje 
Wielu obdarzą, swą słodką sytością

Na mchu zielonym w wilgoci spoczywam, śpiewam do ptaków na pożegnanie
Niech im życie najlepszym ozłoci, podziwiam ostatni skrzydlaty taniec

Szeptem zawołam grzyby, prąd aromatu w kapeluszy chaosie 
Prastarym echem ziemi są żywi, pachną aż kręci w nosie

Kawę z żołędzi na ogniu zaparzam
Sikorze siostry spoglądają ciekawie

Dąb o zaufaniu mi ciągle powtarza
I tak jesteśmy tu razem, przy kawie

Brzozy wciąż figle płatają mi nowe, 
Kiedy zasiadam, na długie czuwanie

Podglądają mnie sarny płowe,
Najbardziej cicho, staram się dla nich

Być

Z puszczykami mgieł duchy poławiam, 
Zjaw dymiących, wolnych i dzikich

Zapomnianych Bogów Imiona wymawiam 
W wierzbach migoczą już chwiejne ogniki,

Głowę utulam w ogonie lisim, 
Rudy przyjaciel, odwiedził i usiadł

Rozmawiamy o harcach mysich
Mówi że zrobił, co czynić musiał

Spogląda ufnie zielonymi ślepiami, 
Wie już, że z druhem jest tu bezpieczny

Często siedzimy sobie tu sami 
I tak mija spełniony, czas ten bajeczny

O świcie zanurzam się cały w strumieniu,
Badam ścieżki i tropy – wodopój

Ciało pogrąża się ukojeniu 
Chłodny a błogi, ogarnia mnie spokój

Dębowie pomrukują z daleka, znowu do siebie, po coś wzywają 
Szemrze tam z pluskiem pobliska rzeka, żywioły dziś przemawiają

A ja bez większych planów, kasztanów uzbieram kosze 
Zaniosę jeleniom na czas ich święta, częstujcie się bracia proszę

I dzików przebudzenia posłucham, jak trzeszczą szuwary łamane
Ucieszę tym swego ducha, odgłosy to ukochane

W deszczu i słocie nurkuję ze szczęściem,
Pomoczę kurtkę, ubłocę kalosze

Niczego chyba nie trzeba mi więcej, 
Wieści coraz to nowe przynoszę

Wicher zimny pędzi przez pola, czapkę pożyczyć chce do wędrówki 
On już do siebie pieśnią mnie woła, i na nic tu żadne wymówki

Trznadlom i wróblom do snu nucę wieczorem, te się zlatują igrając skrzydłami
W kolczastej kryjówce tam mają osłonę, do zmierzchu zostanę tu razem z Wami

Na miedzy siadam u głogów rumianych, gdzieś w tarninowym zakątku ciemności 
Pośród chrobotów, szelestów słomianych, pogrążam się w swojej Dzikości

37927-1920x1200

250961

35160wide

les-osen-stvoly-listva-derevia-vetki-polumrak-svet-luchi-sol

Sierpień 2019

Foto: Wallpapers

The Leaf Charmer

Pierwsze wezwanie Deszczu. Leśna modlitwa dla Drzew.

Ależ dostałem ostatnio lekcję wiary leśnej. I zaufania. Wybrałem się w czwartek ‘’na pełnię’’ w teren aby skorzystać z blasku przybierającego już księżyca w czuwaniu. Po drodze odwiedziłem moje uzdrawiające Brzozy. Tym razem… ścisnęło aż z żalu na ich widok. Przyklapnięte. Niemrawe. Liście pożółkłe, wyschnięte, z brązowymi śladami po brzegach jakby od przypalenia… zwijają się. O, jakże brakuje im do tej normalnej kondycji zdrowego listowia. Nawet humor ten ich wieczny, gdzieś wyparował. Widać jakby goniły resztkami sił… w życiu nie widziałem ich w tak fatalnym stanie. Targa mną współczucie. Tak bardzo chciałbym im ulżyć! Tyle dla mnie zrobiły… Moje uzdrowicielki. A przede mną obraz…potrzeby. Bezsilność i rozpacz przejmują ster, a ja padam do nich w objęcia współodczuwania, płacząc… Jak mogę Wam pomóc?

Reagują. Zaczynają poruszać gałązkami. Cieszą się, że zauważam i nie jestem obojętny. Że nie przychodzę prosić o swoje, w takiej chwili. Całuję te suche jak papier listki. Przychodzą różne myśli. I słowa.

– Wytrzymajcie chwilę jeszcze, nim nadejdą Wasze Deszcze…

A może by tak… Gdyby zawierzyć Mocy Słowa wieszczonego, wespół z nimi poprosić o opady? Nie… Przecież jest susza. Nie będzie jeszcze padać przez tygodnie. To się nie uda. Co Ty sobie myślisz – ? Blabla wątpiący umysł.

One szumią. O połączeniu. I wzajemnej mocy. Proszą o te wsparcie.

– Dlaczego wiecznie się dziwisz? Mówią Ci znajomi o truciznach z nieba, wyjałowieniu, sterowaniu pogodą, a co w tym dziwnego? Nawet Drzewa potrafią nią kierować. Matka zawsze słucha swych dzieci. Fale 5G…One zagłuszą to jeszcze bardziej. Obecnie za dużo tego. Tracimy obszary, gdzie możemy działać. Zbyt wiele czynników, przeciw. Pamiętasz pogodę dawniej? Chłody, słoty, wichury, burze, ulewy? Oh, jakże bosko szalały z nami żywioły. Radziłyśmy jeszcze sobie. Pomóż Nam… Drzewa utraciły cząstkę swej sprawczej Mocy, ale razem ciągle możemy jeszcze. Człowiek – Kreator, w połączeniu z Przyrodą wielką ma siłę wezwania. Niech będzie Was wielu! Nie pozostaniemy dłużne… Nigdy nie jesteśmy.

Ryczę. Co ja mogę zrobić? Tylko pokazać, że rozumiem, wiem, nie jestem obojętny, współodczuwam. Mimo to, we łzach płyną słowa, które jakoś wypowiadam. W głowie echo brzozowych dziewczyn dzwięczy prośbą. Mówią przeze mnie. Płynie. Leśna modlitwa Deszczu.

Życzę Wam Kochane Drzewa, 
Aby przyszła tu ulewa,

Wytrzymajcie trochę jeszcze, 
Nim nadejdą rześkie Deszcze

Jestem tu w ofiarowaniu, 
By zwierzyć, odczuwaniu

Błogosławię tej przestrzeni, 
Aby mogła się odmienić

Wodne święto to nadchodzi, 
Bieg odmieni, i ochłodzi

Człowiek ramię wespół z Drzewem 
Krople życia wzywa Śpiewem

Wołam rosę, mgły i burze,
Niech na szlaku lśnią kałuże

Deszczu, deszczu, ukochany,
Tyś nadzieją, naszej zmiany

Przybądź szybko, tu na Ziemię,
Gdzie już czeka Twoje plemię

Spragnione,

Wszystkie Cię wzywają One

Już zrywają się wichury
A po niebie pędzą Chmury,

Burza,

Woda wartko płynie Duża

Napełniają się korzenie, 
Obmywają pył kamienie,

Już wypełnia przeznaczenie, 
Las pochłania ukojenie

Swoje,

Uczyniło słowo moje,

Działa dawny ten czar który, 
Tchnie harmonią rytm Natury

Wyciągamy w górę dłonie, 
Z serca sił wołamy do Niej

Matko nasza, Ziemio Święta, 
O swych dzieciach tu pamiętaj

Uczyń co potrzeba w niebie, 
Aby ulżyć nam w potrzebie,

Wielkie w potok płyną strugi,
Nagradzają czas ten długi,

Suszy,

Oh, jak mokro, 
Oddajemy Tobie pokłon

Wodo

Tu olbrzymy Dębów stoją, 
Popatrz jak się błogo poją,

W równowadze żywioł wzbiera, 
Wszystko to się dzieje Teraz

Dziękujemy

Wypłakany, podbiegam jeszcze do każdej wokół na chwilę się przytulić. I choć wiem, że to co się stało bardzo jest ważne, szybko o sprawie zapominam. Czwartkowy wieczór spędzam pod księżycem obserwując łanię z dwoma pociesznymi maluchami. Kiedy wracam, brzozy wydają się być wyobcowane, skupione, twardo śpiące…

Piątek po południu. Wywalam pościel do wietrzenia na balkon i zaczynam sprzątać. Jakież moje zdziwienie, gdy za parę minut na słupkach dostrzegam ślady kropel. Czyżby?? Myślę o wczorajszym. Eee, nie, poprószy kropelką i rozejdzie się jak to od tygodni. Za chwilę kołdrę jednak muszę schować, bo… rozpaduje się! Cały czas ‘’modlę się’’ aby rozkręciło. Bo sączy tak, jakby ktoś u góry przykręcał kurek albo podkładał szmatę. Wiem, że takie ‘’podchody’’ rozdrażniają tylko Drzewa. Bo to trochę tak jakbyś tydzień nie pił, a ktoś Ci w gardło spryskiwaczem raz chlasnął. Delikatnie, ale pada. Nocą nieco przybiera. Jakaś krótka przerwa. O świcie gęstnieje i leje aż do 9 tej. Co za ulga! Tyle to już coś. Bo przez pierwsze kilka godzin wchłania roślinność zielna, i drzewa nie dostają z tego prawie nic. Im dłużej pada, i gleba nasiąka tym mogą one skorzystać. Jestem z nimi – i tak się cieszę! Śmieję się, jak bardzo bliskie stały mi się ich sprawy. Pamiętam jak w zeszłym roku jesienią tańczyłem z nimi w deszczu. Teraz mamy nawet wspólne upodobania pogodowe. Myślę, czy to w ogóle możliwe? Czy aż taką wspólnie dysponujemy Mocą? A może to tylko przypadek? Spoglądam na brzozy przed domem. Wydają się być dużo bardziej rześkie i pobudzone. Choć to za mało na ich potrzeby, zawsze jakieś wsparcie.

Kiedy znajdziecie się pośród swoich ulubionych Drzew w potrzebie podczas suszy, proszę przeczytajcie im fragmenty tej leśnej modlitwy którą mi ofiarowały. Możecie też ułożyć własną, lub dodać co przyjdzie od serca. One nam pomagają – zawsze, kiedy mogą. Tworzą mikroklimat, zatrzymują wilgoć, wspierają powstawanie gleby, użyźniają. Zróbmy coś dla nich. One poprosiły, tak wyraznie. Zaproście znajomych do wydarzenia, spotkajcie pod Drzewami i po prostu poślijcie do Matki Natury intencję wodnej pomocy dla naszych liściastych Przyjaciół. Podziękują Wam w każdej sekundzie produkcji rześkiego tlenu, pobłogosławią w problemach i – sami zresztą wiecie, co potrafią 

Mija niecała doba, od momentu zamieszczenia tego tekstu. Wieczorem zaczyna padać. Najpierw nieśmiało, jakby coś z uporem wstrzymywało pełen rozlew. Słucham w oknie brzęczącego po dachu i w rynnie deszczu. Trwał do 9 rano. Drzewa dostały kapkę swojej ulgi. Choć to ciągle za mało…

Lekcja. Nie wątp w cuda. A zwłaszcza w opiekę Natury.

maxresdefault

Tajemnice Drzew. Duchowe dary lasu.

Siedzieliśmy pod Dębem już dłuższy czas, zatopieni w słuchaniu kniei, przeplatanym świadomymi rozmowami. On co i raz ‘’traktował’’ nas ciekawskimi owadami, które przysiadały i wędrowały po naszych ciałach, żadnej krzywdy nie robiąc. Zupełnie jakbyśmy stali się częścią otoczenia. Pamiętam, że Krzesimir bardzo chciał zapoznać się z Konradem. Choć nigdy nie planuję jakoś szczegółowo trasy, zawsze pytam 1-2 dni zanim przyjadą goście, miejsc i drzew – czy możemy do Was przyjść? Gdzie się udać? I choć jest to dla mnie wskazówką, w trakcie i tak okazuje się, że prowadzi coś jeszcze innego. Nie instynkt, nie intuicja – a mniej, lub bardziej ożywione w materii istoty leśnego środowiska. Dziś, jakże znów jest inaczej. Mężczyzni tulą drzewa. Rozmawiają o stłamszonej wrażliwości, jej okazywaniu, uczuciach, związkach, emocjach. Cieszą się nimi. Przypominają jak to jest – przeżywać i wyrażać wzruszenia, całkowicie zawierzyć odczuwaniu i sobie. My – myślący, analityczni, logiczni, sprawczy, twardzi, chłodni… Bo i tego przez dekady wymagało od nas społeczeństwo. Przyglądamy się temu – kim się staliśmy? A kim chcemy być? Jacy naprawdę jesteśmy? Czego potrzebujemy? Wracamy do osobistych przesłań, które spisałem dla Konrada, a z nimi do nowych wniosków. Pod drzewem rozmawia się lekko. Widzimy się po raz pierwszy w życiu, a panuje całkowita szczerość, z zaufaniem. Żadnych tajemnic, tabu, wstydu. Ja, a może i Dusza promienieje od środka, ciesząc się i widząc jak bardzo jest to potrzebne w rozwoju nam wszystkim. Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałbym, że nie pracuje z facetami. A tymczasem w ciągu miesiąca, przybył do mnie już trzeci. Pamiętam dzień, kiedy pojawiła się wewnętrzna zgoda i brak oporu. Wtedy zaczęli się odzywać, pytać o wspólne wędrówki. Otwierając się na tą przestrzeń, składam też i hołd sobie. Zawierzam nowym wymiarom akceptacji. I odkrywam kolejne pokłady swej zdawałoby się znanej, osobowości.

59852509_814757635559054_7604257773869596672_n

Mądry dąb czuwa obok. Słucha naszych rozmów. Przekazuje wiele. Długo gość mój nie może się od niego oderwać. Nie przeszkadzam w procesie, dając potrzebną ciszę, temu co się dzieje. Czas na słowo, będzie potem. Dębowe dary, to przede wszystkim informacja. Ale nie dla rozumu czy świadomości – w pierwszej kolejności dla Duszy. Coś jak pakiet ‘’pełni leśnego odczuwania’’.  On będzie aktywował się z czasem. Towarzysząca nam Maria, pyta mnie, co to za delikatne, choć potężne mruczenie rozlega się cały czas wokół? A więc słyszy i ona. W tak krótkim czasie. Brzmienie dębowej mowy…

W pewnym momencie uwagę naszą przykuwa powtarzający się szmer. Szurało od dłuższej chwili, jednak jakoś umknęło. Między drzewami harcują dwa młode zające. Gonią się bez pośpiechu, robiąc ‘’kółeczka’’ i uniki.  Dziwne, że są tak blisko. Przecież prawie cały czas półgłosem rozmawiamy, a słuch zajęczy należy do najbardziej doskonałych w świecie. Jednak nie przejmują się nami. Cały czas zajęte sobą. Delikatna gonitwa. Lekkość i prostota życia. Jest środek dnia, a one… Zamieramy w zachwycie, kiedy zwierzęta niespiesznie przebiegają tuż obok nas, robiąc parę metrów dalej kilka pięknych okrążeń na pełnym widoku, w pogoni za sobą. Takie są swobodne, radosne i piękne. Dzikie, a zaufane. Chwila święta, magiczna…wzruszona. Wiemy, że dzieje się coś bardzo ważnego. Dębowy podarunek dla naszej wyprawy. Las otworzył szczodrze wrota do swych skarbów. Wiedzieliśmy to od początku – mimo że była sposobność, nikt nie pomyślał aby chwycić za smartfon i nagrywać. Czuliśmy moc chwili, którą każdy chciał przeżyć bez rozpraszania. Przemknęły obok nas, jakbyśmy nie istnieli. To są właśnie cuda. I tylko ciszy trzeba, by zechciały obok nas się pojawić. Coś takiego zdarzało mi się już pod Krzesimirem, gdy byłem sam i głównie o świcie. On jakby przywdziewał na nas ‘’płaszcz niewidzialności’’. I wiemy, że dąb w ten najwłaściwszy mu sposób odwdzięczył się nam, za poświęcony mu czas, z zaufaniem wglądu do swych wnętrz. Że pozwoliliśmy sobie pomóc, a jemu błogosławimy. Żegnamy się z Dębowym Przyjacielem długo, życząc mu jak najwięcej deszczów. ‘’Sprężynuje’’ gałązką w geście rozstania, a nas zalewa fala jego ciepłego uśmiechu. Jest szczęśliwy… Kolejna wskazówka. Bo przecież zając jako Zwierzę Mocy oznacza też nowe odkrycia własnej intuicji i zwiastuje zaufanie sobie. A to intencja tej wyprawy.

60220479_2267371736683181_7802798710210953216_n

P90511-135421

Po drodze, przyglądamy się kwitnącemu życiu. Z bezmiaru świeżej zieleni wołają do nas kolory. W niej ukryły się kwietne skarby. Czuję się jakbym miał obok stóp perły, diamenty, szmaragdy i najdroższe kryształy. Żółto mieni się pierwiosnek wyniosły, kawałek dalej w soczystym błękicie tkwią łany przetacznika ożankowego. Różowym fioletem przystroił się delikatny bodziszek, jak wielu jego braci, roślina lecznicza. Każdy z nich tak kruchy, wątły, a przecież silny, w gąszczu zielonej konkurencji. Każdy ma swój czas kwitnienia i rozwoju, po czym pławi się w błogim spoczynku umiarkowanej wegetacji, ustępując miejsca innym roślinom. Geniusz opiekuńczej natury, która każdemu gatunkowi przewidziała jego czas i przestrzeń. Mijamy osmalone pnie. Tutaj las płonął. Sosny ocalały. Ich pnie są dość odporne na pożary ściółki, o ile ogień nie ‘’wejdzie’’ na korony. Wtedy zawarte w igłach łatwopalne olejki, podsycają płomienie, a one przenoszą się górą. Tym razem jednak skończyło się na strachu. Nad bagnem krążą już błotniaki i terkocze świerszczak. Ilekroć tu jestem, opowiadam o nocy tego świata – bogatej w dzwięki, odgłosy nieznane, stąpania zjaw dawnych, szmery zwierza, i nieodgadnione szelesty. Żółta wilga podnosi alarmujący lament. Jakże inny głos, od znanego, łagodnego jej śpiewu. Przegania jakiegoś mniejszego rabusia. Rajski ptak pojawia się znienacka w pełni lotu niedaleko, zachwycając nasze oczy kunsztem swych barw. Taki latający kwiat.

P90511-152149

P90511-145545

Szlachetny Klon 

Dzięcioł pstry uwija się z okrzykami, przeszukując coraz to nowe zakamarki. Często nie muszę za dużo mówić o sposobach komunikacji z drzewami, przez pobyt w lesie wchodzimy w taką harmonię, że moi goście sami zaczynają dostrzegać ich subtelną mowę. Olbrzymi Klon Zwyczajny porusza się dziwnie. Nie cały, a niektóre jego fragmenty kołyszą się niecierpliwie, gdy ani trochę nie wieje. Zaprasza. Łatwo to przeoczyć. Maria, mówi, że on ją woła. Czy to w ogóle możliwe? – Zastanawia się. Kiwam głową na znak zgody, i polecam żeby do niego podeszła. ‘’Tracimy’’ ją na pół godziny – choć nie oczu. Wraca odmieniona… ledwo jest w stanie cokolwiek mówić. Takie wzruszenie. A klon wydobył na światło. Dawne rany i bolesne chwile. Wysłuchał historii sprzed lat. Przytulił, objął, zaopiekował się. Obiecał więcej pomocy. I potrzeba było przyjechać tak daleko, właśnie do Niego… Zawsze podczas wyprawy coś takiego się zadziewa. Nie umiem do końca wytłumaczyć. Tu prowadzą, wspierają i leczą Drzewa. Wiedzą kiedy, jak, kogo. Zdejmuję Marii coś, co zaplątało się we włosach. Sucha klonowa gałązka… Żywy znak i pamiątka Drzewa z przesłaniem. Jego mowa: ”Tak, nie zwariowałeś! To co przeżywasz, jest prawdziwe. W dowód zostawiam część siebie… ” Spoglądam na jego bujną koronę z podziwem. Jest cudownie rozwinięta w spływającą kopułę, rozłożysta i harmonijna. Właśnie tak rozrasta się drzewo, kiedy nie traktować go ‘’cięciami pielęgnacyjnymi’’. Pełnia bujnego rozwoju. Zaskoczył mnie. Wchodziłem z Nim w kontakt może dwa razy. Z moimi Wędrownymi Gośćmi, odkrywam ten las na nowo, i poznaję kolejne Drzewa. Czasem mijane obojętnie przez lata, wołają obcych przecież dla siebie ludzi, i okazują im pełne wsparcie. Jak mało o nich jeszcze wiemy… Epos tych chwil, zapisze się na długo w mojej pamięci.

P90511-171942

P90511-172022

W sosnowym młodniku siedzimy z większym milczeniem. Tu drzewka – sosenki wysiały się naturalnie. Nieregularnie, rosną jak chcą. Widać jakie są bujne, gęste i zdrowe. Raptem to kilka kroków dalej od poprzedniego miejsca, a przyroda jakże inną gwarzy opowieść. Spomiędzy mchów i porostów prześwituje susza z piaskiem. Osobna wyspa jałowego świata. Jakoś lubię takie miejsca. Osłonięte od wiatru, inne, choć i tutaj tętniące paletą ptasich głosów. Wyśpiewuje lerka, borowy skowronek, a wtóruje drzewny świergotek. Zawodzi daleki trznadel. Z niedalekiego zagajnika, dolatuje pogłos piecuszka. Lekki flet wilgi, zwiastuje krople nieśmiałego deszczu. Oby się porządnie rozpadało…

Wyprawę prowadziły ptaki. Ptaki Duszy.Wiedziały, że zwracam na nie szczególną uwagę. Sikorzy jazgot modraszki, powoduje moją ciekawość. Przystajemy, patrzymy. Ależ się nakręca! Dwa samce konkurują o rewir, urągając sobie ile wlezie. Pewnie zaraz polecą pióra… Jeden daje dyla w las. Koniec widowiska. Parę kroków i Konrad nasz przystaje raptownie. Czuje – jakby oddech życia przeniknął Duszę. Błogość totalna. Przepłynęło przez ciało prądem. I sam już mówi, że oto woła go jesion którego tyle co minęliśmy. Nie jestem zaskoczony. To jego Drzewo Mocy, które wskazałem  niegdyś w przesłaniu. Znów dostrzegam – rozświetlone, gałęziste aury tutejszych drzew. Po raz pierwszy zacząłem je widzieć przy jesionach właśnie. Zostawiamy Konrada kawałek dalej w potrzebnej ciszy. I on wraca do nas podekscytowany, rozanielony i szczęśliwy. Opowiada z przejęciem, oddaje głębię swoich wrażeń. Mówi, że dotąd czegoś takiego nie doświadczył. I nie wiem w tamtym momencie, który z nas cieszy się bardziej. Dzięcioł zwrócił uwagę na Klona, sikory przywiodły do Jesionu. Dziś zawierzamy maleńkim przewodnikom.

P90511-183411

Deszczowy Zmierzch i Mowa Ziemi

Podążamy polami, sycąc oczy zachwytem rozległych łanów rzepaku. Idziemy koleiną – śladem pozostawionym przez ciągniki. Nie deptamy więc upraw. W oddali maszeruje grupka pięciu saren. Te obserwujemy przez lornetkę, patrzymy jak jedzą. Przywdziały już rude, letnie sukienki. Ale w rzepaku dzieje się coś dziwnego. Łodygi kołyszą się niespodzianie i raptownie. Jakieś mniejsze zwierzęta. Buszują. Znajome odgłosy. Miga coś brązowego. Warchlaki! Choć trudno jednoznacznie stwierdzić. Na pewno wyrośnięte nieco dziczki. Wygląda na to, że są same. Oddalają się coraz bardziej. Po chwili łan nieruchomieje, i już nie jesteśmy w stanie ich namierzyć. Rzepakowe duchy. Zupełnie zniknęły. Taktyka i dziczy spryt. Szukaj wiatru w polu…

Przyglądamy się… trawie. Siedząc dłuższych kilka chwil zauważyć można jak źdźbła również ‘’sprężynują’’ drgają same z siebie, zmieniają swoje położenie. Nagle, ot tak. Zauważam to zjawisko od dawna. Pewnie jest jakieś wytłumaczenie. Nie odbiera mu to jednak niezwykłości. Dziękujemy i trawce, za to mikro – widowisko. Dziękujemy Ziemi, za kolejne tajemnice. O zmroku docieramy nad łąkę, która ściele się różnobarwnym kobiercem przepychu. Choć kolory już gasną, jeszcze jesteśmy w stanie dostrzec jej mozaikowe bogactwo. Puszą się miękkie dmuchawce i ostatnie mniszki. W zmierzchu wyglądają jak maleńkie lampiony. Kolejny czas przemiany. Łąkę opanowały jaskry. Ich drobne kwiatki ścielą się gęstą siecią, połączone pajęczyną szarzejącej zieleni. Jak w baśni.  Kolorowy raj. Mam ochotę wrócić tu w słońcu, na boso. Na niebie spoczywają gęste, bure chmury, kiedy siadamy na powalonym dębie pod lasem. Pokonana siłami wiatru brzoza obok, wywrócona i przechylona spoczywa na samej ziemi. Mimo to, widać, że nadal żyje. Wypuściła zielone liście. Choć już się nie podniesie… Rudzik i drozd śpiewak popisują się w pieśniach gęstniejącego mroku, a obok zaczyna krążyć wcale niemały nietoperz. Lata prosto, rzadko nawraca. To pewnie Borowiec Wielki. I znów na chwilę odżywają dawne zabobony… Wyjaśniam, że ‘’gacuch’’ nie ma żadnego interesu ani chęci, by wkręcać się komukolwiek we włosy. A jeśli lata obok głowy, to dobrze. Wyłapuje na bieżąco pojawiające się komary, które zapach człowieka przyciąga. I nimi tylko jest zainteresowany. Nastrojowo podzwania świerszcz, zwiastując czar pierwszych wieczorów letnich. Za chwilę nastaną w przyrodzie ‘’Białe Noce’’ – głośne i gwarne, a ubogie w ciemność, trwające ledwie kilka godzin.

Pojedyncze dotąd krople, wezwały mokre towarzystwo. Modelowanie przestrzeni. Pamiętam jak pomyślałem w tamtym momencie: ‘’Dobrze, że dzień minął nam bez zapowiadanego deszczu’’. I wtedy lunęło. Jakby żywioł wstrzymywał się i czekał, kiedy wreszcie będzie mu wolno.

Powrót przez nocny, ulewny las, czarującym zapisze się wspomnieniem. Kojący szum wlewa  w uszy. Majowy opad. Teraz pragnę tylko, by padało jak najwięcej. Potrzeba drzewom i zwierzętom, tej suchej wiosny. Co chwilę przystajemy słuchając błogiego szmeru deszczowej modlitwy. Odkrywamy las na nowo, który innym objawia się pięknem, w każdej zmianie pogody. Wyciągamy ręce w górę z twarzami do nieba, i siebie dając obmyć lejącym strugom. To jest właśnie życie… i czerpanie radości, z pozornych przeciwności. Cieszymy się ulgą roślin. Nie myślimy wyłącznie o sobie.

– Chrrrrrrmmmm!

Rozbrzmiewa ostrzegawczo kilka kroków dalej. W ciemnościach odezwał się dzik. Tuż obok. Nasłuchujemy odgłosów zwierza. I on na pewno nas usłyszał, a teraz kręci się, nie wiedząc do końca co zrobić. Wędrowcy chyba lekko przestraszeni, ja szczęśliwy. Bo takie chwile nie trafiają się często. Kilka minut w napięciu i wzajemnym słuchaniu. Zwierz przedziera się z łoskotem. Prawdziwe Szepty Kniei, dzieją się właśnie i stają naszym udziałem, Niedługo potem spotykamy następnego. I on chrumka do siebie, wymijając nas gdzieś lasem w ciemnicy. Ale widać przecież. Gdyby wyszedł na drogę, dostrzeglibyśmy sylwetkę. Emocje sięgają radosnego apogeum. A ja dziękuję dziczemu plemieniu za dar wspólnej chwili, życząc im bezpiecznego szlaku z obfitością łakomego żeru.

60179930_665360293889038_4679694416082894848_n

60333024_2107712859346287_6814169514381410304_n

59951411_590114151480835_7200862179002679296_n

Święto Wody

Tej nocy, długo żadne z nas nie może zasnąć. Za dużo wrażeń, w połączeniu z przyjęciem energii leśnych. Ogromna dawka. Wiem, że będą ‘’mielić się’’ z tydzień. Pada z przerwami całą noc, od świtu przechodząc w regularną ulewę. I deszczem wita nas dzień. Ani trochę tym zmartwieni, ruszamy. I taką pogodę można wykorzystać. Śliski, wilgotny świat, obmyty z pyłów i kurzu uśmiecha się do nas bukietami błyszczących liści. Niektóre kwiaty pozamykały się w niemym ‘’buncie’’, jakby chciały chronić swe delikatne wnętrza. Przypominają mi się chwile, takich letnich słot, z dawnych czasów kiedy klimat jeszcze nie wariował. Umiarkowane ulewy potrafiły trwać blisko tydzień, nawadniając ziemię dla potrzeb przyrody. Dziś będziemy czatować. Zasiadka. Moje ulubione. Wdrapujemy się na zapomnianą ambonę, usytuowaną tuż nad bagnem. Czeka nas wielogodzinne czuwanie. Będziemy niewidzialnymi dla przechodnych po łąkach zwierząt. Ptaki śpiewają na potęgę, jakby pierzasta brać cieszyła się z tej ulewy. Co i raz przelatują szpaki, niosąc w dziobach wijące się larwy i dżdżownice. Nie siedzimy długo, gdy z lasu za plecami wybiega królik. Otrząsa się pociesznie z kropel, choć widać, że przemoczył już futro. Zajada zieleń. Smakuje wszystkiego, kicając tu i tam. Przemyka tuż pod czatownią, oglądamy więc na żywo i w pełnej krasie. Na nas nie zwraca uwagi. Deszczowy szum tworzy dźwiękowe tło, które kamufluje dla jego słuchu wszelkie nasze odgłosy. Podziwiamy go więc nie przeszkadzając. Refleksja. Zawsze myślałem, że ‘’jestem sam’’. To znaczy, że tylko mnie takie rzeczy ‘’kręcą’’. Są tymczasem ludzie i potrafią przyjechać z bardzo daleka, aby takie chwile w radości dzielić i przeżywać. Pojawienie się szaraka wywołuje szczęście, podekscytowanie i wdzięczność u naszej trójki. A przecież on tylko, przyszedł jeść. Ciężko wyjaśnić fenomen leśnych ludzi. Dusze, które kochają przyrodę. Kiedy tylko odłożymy na bok ustękiwania umysłu, może ta Miłość przejawić się w pełni. Pieśń słowika w deszczu, nastraja marzeniem, i świeżością. Koncertuje też pokrzewka gajówka, kos, szpaki, kapturka, trzcinniczek i świerszczak. Bagno żyje. Raz po raz ‘’przykrywają’’ je odgłosy zawołań żurawi. Ruch jak na autostradzie. Wzlatują i lądują kaczki. Ogromny Żuraw wystartował z ostoi szuwarów. Przemyka nisko w pełnej okazałości, tuż przed naszymi zachwyconymi oczami. Ptak rusza na żer. W oddali pojawia się sarna – ta wychodzi spod wielkiej wierzby, i wcale nie kwapi się wystawiać na wilgoć rudego futra. Kręci się na samym skraju, znikając co chwilę z pola widzenia. Gdyby nie ruch, nie sposób łatwo ją dostrzec, nawet na tle zieleni. Z tyłu w lesie, przemyka niewidoczny dzik, zostawiając nam echo chrząkającego pogłosu. W dzień deszczowy, bardziej śmiałe i ufne są u siebie zwierzęta. Wiedzą, że człowiek podczas słoty, niczego tutaj nie szuka. I tak mijają ponad trzy godziny. Słuchamy uspokajającego szmeru wody, spływającej po milionach liści. Deszczowa muzyka, okraszona akompaniamentem ptasim. Ziąb dotyka dreszczem, kiedy wiatr sypie na nas w porywie fontannę rozproszonych kropel. Wędrowcy chcą już wracać. Nie oponuję. Wytrzymali długo, jak na pierwszy raz w takiej pogodzie. I bez specjalnego ubioru. Ptaki uciszyły i ukoiły, pogrążone czasem w rozmyślaniach chaosu wnętrza. Czujemy się nasyceni. Dwa Dni Wędrowne. Jeden dla Drzew w poszukiwaniu wieści, drugi ze zwierzętami, dla odkrywania przyrodniczych ciekawostek. Gwarzymy wtedy o ptakach i zwierzu, a ja opowiadam co wiem o ich zwyczajach, życiu codziennym, trudach, pożywieniu, radościach, potrzebach i troskach. Konrad podąża boso, oddając się chłodnej pieszczocie wilgoci traw. Poczuć pełnię… bo my w kurtkach i kaloszach, a zwierzęta nie mają taryfy ulgowej. Zastanawia – ich codzienny byt i przystosowanie. Próbujemy przecież tylko namiastki. Celebrujemy w ciszy Święto Wody, wracając z wolna ku sprawom zawiłym, a ludzkim… Jednak każde z nas odtąd wie, gdzie, kiedy, i jak szukać ukojenia, odskoczni, i prostoty. Żywioły Natury czekają wraz z całym bogactwem każdego dnia na swoich odkrywców. A gdy już po wszystkim, nadchodzi czas wzajemnych podziękowań. Słyszę od moich gości, że jeszcze nie przeżyli czegoś takiego, mimo przebywania częstego w przyrodzie. To chyba najmilsze mi słowa, jakie paść mogą na pożegnanie. Odtąd każda najmniejsza wędrówka będzie dla nich wyjątkowym przeżyciem. A ja cieszę się, że mogli na te kilkanaście godzin przekonać się jak to jest, i poznać jak  w praktyce powstają Szepty Kniei.  Jeszcze się spotkamy…
59788046_388476352008850_7936120211680264192_n

Gościom moim, Marii i Konradowi, jako świadectwo wspaniałych chwil i w podziękowaniu za świadome towarzystwo podczas Dni Wędrownych. W hołdzie Waszym Procesom.

Chmurom, deszczom, i ulewie – za możliwość odkrywania bogactwa tego świata w mokrej tym razem odsłonie, oraz pełnię leśnego odczuwania. W radości kochana Przyrodo, że mogliśmy tyle Twoich sekretów dojrzeć, w doświadczeniu bliskości wodnego żywiołu i codziennego żywota mieszkańców kniei, bagien i pól.

__________________________________________________________

* Wędrówka miała miejsce w ramach naszych warsztatów:

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Wydarzenie na Facebooku – Kliknij i dołącz do wędrownej społeczności

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie spokojny Dzień Wędrowny w doświadczeniu intymnego spotkania z Naturą, pisz, pytaj. Kontakt w sprawie zgłoszeń:
czeremcha27@wp.pl

Na blogu możesz też poczytać inne wspomnienia z niektórych minionych warsztatów:

Dendroterapia – Przytulanie Drzew

Możliwe są też wyprawy i czuwania nocne. Szczegóły w Wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

_________________________________________________________

P90511-151644

P90511-145539

P90511-172157

 

Deszczowy księżyc i sarni rytuał Leśnej Mocy

Kiedy po północy wychodzę z domu, księżyc spowija podwójny pierścień białej otoczki. Oznacza to, że pogoda na sto procent się skisi. To bardziej niż pewne. Nie sposób jednak zgadnąć ile mam czasu, może pięć godzin, a może dwie. Lub dużo krócej. Z takim zwiastunem na dobry wieczór, nie wybieram się na odległą łąkę, zamiast tego kieruję do dębowego przyjaciela. W środku nocy ma padać, a chcę mieć w miarę bliższy powrót w razie mocnego deszczu. Dawno już jednak minęły czasy żebym złościł się na aurę. Zjednoczony z potrzebami swych drzew, cieszę się, że będą mogły nasycić się wodą przed zimą. Zarówno wichura czy chmury nocą, choć nie są tak przyjemne jak czas jasnego księżyca, dają możliwość obserwacji zwierząt w innych warunkach. A one potrafią zachowywać się zależnie od pogody. Zasada jest taka – im ‘’paskudniej’’ tym mniej są płochliwe i ostrożne. Chyba, że następują jakieś pogodowe ekstrema, wtedy też kryją swoje futra w osłonach gęstwin. Po drodze napotykam maszerujące stadko saren. Już łączą się w pierwsze zimowe grupy. Zasiadam w czatowni nieopodal Krzesimira. Jakieś plany na tą wyprawę mam, nawet całonocne, zależnie od wybryków pogody. Dęby szeleszczą dziś cichutko. W czasie niedawnych wichur wytraciły już chyba wszystkie żołędzie. Nic nie stuka. Pole lśni srebrnym blaskiem. Widoczność jest doskonała, ale nie długo. Cienie drzew tkwią nieruchomo, osłaniając skraj lasu z polem, na styku świata ludzko – zwierzęcego. Jak przewidziałem, nawarstwiają się chmury. Na szczęście, mimo przykrycia księżyca, widoczność nadal jest ‘’biała’’ i przyzwoita. Wzrok mam już tak przyzwyczajony, że w takie dni nie używam diód. Długo nic nie nadchodzi… Decyduję się przemieścić pod Dąb. Może ma jakieś wieści? Na pewno już wie, że tu jestem. Wyczuwam jego wołanie. Nietaktem byłoby teraz staruszka nie odwiedzić.

15483449902_1a32061d33_b

Ziemia jest lekko rozmiękła, zapada się nieco, ale nie na tyle by w niej utonąć. Bardziej po wierzchu. Na ukos biegną ścieżki rozmaitych i bardzo świeżych tropów, których nie chce mi się sprawdzać. Przed wzrokiem w cieniu rysuje się ogrom Dębowego Druida. Uwielbiam mu robić takie niespodzianki, kiedy pojawiam się w środku nocy, o najmniej przewidzianym czasie. Staję kilka metrów w oddali, bacząc jego reakcję.

– Dobry wieczór Kochany Przyjacielu! Przyszedłem do Ciebie. Jestem tu 

Mówię mu na głos. Od pewnego doświadczenia, zawsze na głos. Wiem, że wyczuwają wibrację dzwięku. Moje wnętrze już kipi radością, której nie jestem w stanie powściągnąć. Już się wzruszam. Nie widzieliśmy się ponad tydzień. Górne gałęzie zaczynają lekko wirować, jęgo dębowy brat obok, ten bardziej żywiołowy rozszumiał się potężnie. Słychać znajomy pomruk. Podbiegam i witam się z całą wylewnością na jaką mnie stać. Co u Ciebie Krzesimir ???

Siadam pod nim wygodnie. Z tej strony porośnięty jest mchem, jakby stworzył to miejsce do przyjemnego wypoczynku. Dużo ma jeszcze liści. Spoglądam w górę i dostrzegam jak uderza z niego biała fala nietypowej energii. Co to? Efekt wygląda jakby migał stroboskop. Raz, drugi, trzeci. Jeszcze nie wiem dokładnie czym to jest, ale pewnie przyjdzie dzień, że się wyjaśni. Teraz to nie istotne. Chmury rozgościły się na dobre, mimo to widoczność jest przyzwoita. Zamykam oczy. Od jakiegoś czasu mało już opowiadam ze szczegółami, zamiast tego proszę, ‘’zajrzyj co u mnie’’. To wystarcza. Znów kieruje mnie do brzóz. Ale ja dziś nie chcę. No tak go pokochałem, że zawsze będzie miał pierwszeństwo. Wspominam wszystkie momenty, kiedy sprawiał mi niespodzianki bliskim pojawianiem się zwierząt. Jakby specjalnie je tu przyciągał, wiedząc jaką radość mi ofiaruje. Po zamknięciu powiek widzą na środku wirującą żółtą kulkę. W niej jakieś wzory. Za chwilę układają się w znany, przepleciony Kwiat Życia. Całość tętni, kręci się, wibruje. Cudne. Widywałem już coś takiego w medytacji, tylko że fioletowe. Znaczy, że coś nam się tu dzieje. Nie drążę. Cały czas czuć mocny zapach truskawki tutaj, albo jakichś owoców. Zalatuje co chwilę. Spływa jakby z góry… Nagle słyszę pierwsze dziś słowa Dębu:

– Otwórz oczy i spójrz w prawo…

Co czynię. Obracam powoli głowę jak najciszej i….? Nie ma nic? Co mi tu gadasz?
Zaraz… Po prawej, choć bardziej na wprost wyłapuję ruch. Coś idzie. Szybko. Sarna! Ale nie jedna. Ta pierwsza zbliża się wprost na drzewo. Przystaje nieopodal. Jej czarna sylwetka odcina się pięknie na tle chmurzastego nieba. Idą ‘’wierzchem’’ pola, a ja siedzę niżej. Dlatego tak dobrze je widzę. Są trzy. Stoją chwilę, wpatrując się w Dąb – a może i we mnie. Chwila iście magiczna, dla mnie osobista bardzo. Zachwyt chwilą i znów sztorm myśli. Jak to możliwe, że na mnie nie reagują? Nie czują? I wiem o czym Krzesimir w ten sposób mi przypomina. Kiedy poznaliśmy się w zeszłym roku, każdego niemal świtu powtarzała się pewna sytuacja. Udając się do niego, spotykałem trzy sarny stojące nieruchomo. Nie jadły, nie bawiły się. Zawsze podczas przemarszu, zatrzymywały pod nim na chwilę. Czekałem aż odejdą, poruszony głębią tajemnicy jaką dane mi było podpatrzeć. Wychodzi na to, że zwierzęta też rozpoznają Drzewa Mocy, znają z nimi, a może i słuchają dla siebie jakichś wieści? Wiele razy potem napotkałem podobne zjawisko, jelenia i dzika przychodzącego do drzewa. Zwierzęta jakby ‘’medytowały’’ tam chwilę. Miałem to opisać, i dąb bardzo na to nalegał swego czasu. Teraz przypomina.

40969392_2152939054958826_6338813096867704620_n

Pierwsza sarna przesuwa się ostrożnie, i otrząsa łepek. Jej miejsce zajmuje druga – również na chwilę. I mimo, że poruszam szyją w sposób słyszalny, nie reagują. Teraz trzecia – tuż na wprost dębu. Tamte czekają obok. Po tym ‘’rytuale’’ jakby nigdy nic wędrują na oziminę.
Ja w ucieszeniu dziękuję drzewu, za ten radosny widok. Wiem, że to jego dar, bo doskonale wie, ile szczęścia sprawia mi taką chwilą. Odbiera co przeżywam. Kiedyś usłyszałem od zdziwionego spacerowicza;
‘’Ale po co pan tu siedzi, tu się nic nie dzieje’’ Taaa…. Ilu już opowieści spisałem właśnie tutaj, nie policzę.

W powietrzu kołaczą odgłosy gęsi. To chyba jedyne ptaki, jakie można usłyszeć o tej porze roku nocą. Latają też w ciemnościach. Nie mija dużo czasu, kiedy znów dostrzegam nadciągający ruch. Oj, to będzie coś większego. Szczudłate nieco nogi. Ależ duże! Rozpoznaję łanię jelenia. Za nią drugie, podobne. Zmierzają równie szybko. W czas chmur, i tak późną porą, czują się widać zupełnie bezpieczne. Nadal siedzę nieruchomo, starając się nawet nie odetchnąć głośniej. Bo przecież jestem tu jedynie gościem. Fakt, że podejmowanym szczodrze i bogato, jednak zaufanie zobowiązuje. Nawet jeśli mnie wyczuwają, i tak nie dają po sobie tego poznać. Teraz, zaskoczenie. Idą równo w ślad saren, i również przystają na moment wprost drzewa. Ten drugi to szpicak, młody byczek jelenia. Widzę jak widełki pierwszego, albo drugiego w życiu poroża odcinają się na tle horyzontu. Nietypowa to para jak na tą porę roku! Ale dawno już przestałem się takim rzeczom dziwić. Świat przyrody poznawany z perspektywy przesiadywania w niej, to właśnie takie zaskoczenia. Temat na osobną książkę. Sarnie i jelenie cienie. Wyglądają równie cudnie, mimo braku pełnego księżyca. Bardziej tak pociągająco i tajemniczo. Zastanawiam się, jak zareagowałby i co przeżył mój jakiś gość, gdyby teraz ze mną był. Albo jak zareagowałyby by one. Mój zapach, który zostawiam regularnie, po prostu kojarzą. Ah, po co to roztrząsać. Pora cieszyć się mroczną i piękną chwilą.

Zatrzymały się na taki sam moment jak sarny, po czym ruszają w tym samym kierunku. Ledwo znikają mi z widoku, lezie z powrotem sarni kozioł. Co one dziś? Żeby tylko nie chrypnął… Ale jakoś nie ma zamiaru. Znów czarna zjawa w pląsach drepcze mi przed nosem. Sarny poruszają się zupełnie inaczej w poczuciu bezpieczeństwa, niż kiedy widzimy je zazwyczaj podczas galopu w skokach. Przypomina trochę psi trucht. I węszyć potrafią podobnie przy ziemi. Co za radość  Bo przecież nie jestem tu długo, a tyle się zadziało. Zastanawiam się czy Dąb, przywiedzie mi tu jeszcze dzisiaj dzika. Bardzo mi już zimno, choć mrozu nie będzie. Korzystając z nieobecności zwierząt, ubieram jeszcze kurtkę z plecaka. Ta jest lekka, puchata i nieco szeleści, ale wodoszczelna. Dobrze zatrzyma ciepło. Na nią ubieram drugą, z miękkiego materiału, i już jestem mało słyszalny. I cieplutki. Teraz można siedzieć, nawet do świtu…

Wiatr rozpoczyna swe tańce, skrywając resztki księżycowego echa w kłębach burej otuliny. Do ust wpada mi pierwsza kropla. Na dziś dość… Dziękuję dębowi za dzisiejsze dary i obserwacje. Obiecuję napisać co zaległe… Czas pożegnania. Bez smutku. Zajrzę jeszcze w ciągu najbliższych dni. Wspominając dzisiejsze widoki, mówię tylko…

– Ale Ty tu masz dobrze….

Czasem naprawdę trochę mu zazdroszczę, albo jest mi tak aby leciutko żal. Ile on tu widzi, doświadcza, przeżywa, ze swoimi zwierzętami w ciągu mijających dni i nocy? Ile mądrości pochłania o swoim świecie… Żyje prosto, błogo, w harmonii i zjednoczeniu z najmniejszym stworzeniem pałętającym się obok. Zastanawiam się, czy jemu też wypada życzyć Wszystkiego Leśnego, czy… już to dawno posiadł… 

tumblr_nx16mrYdOP1skelofo2_540

W polnym zakątku.

Zdjęcie2826

Po niebie żeglowały roje chmur. Drobne obłoczki umykały żwawo przed burymi tabunami deszczowych kolosów. Kłębiasty majestat sunął z wolna, poprzebijany igiełkami świetlistych promieni. Słońce zdawało igrać sobie z aurą, zajęte swoimi sprawami. Mimo wiosennej pory, na ziemi panował ziąb. Leśni i polni mieszkańcy nie poświęcali chmurzastym cudom żadnej uwagi, chyba, że coś z nich leciało na sierść lub pióra. A kapryśny Pan Kwiecień raczył już poczęstować smagającymi niespodziankami ze swego arsenału. To szalały ulewne deszcze przeplatane wichrami, to prażył boleśnie po zwierzęcych ciałach grad. Bywało, że atakowały ostatnie zrywy śniegu, przeplatane zimnymi kroplami. W rzadkich chwilach, na umęczony padół spoglądało smętnie słońce. Nie dawało zbyt wiele ciepła. W chwilach takich zawieruch sarny wbijały się w najgłębsze zagajniki lub polegiwały w trzcinach, przeczekując nie sprzyjającą aurę. Inni zapadali twardo w norach i pod wykrotami. Zmoknięte ptaki wysiadywały dzielnie jaja z pierwszych lęgów, ukryte przed oczami ciekawskich, pod rzadkimi parasolkami młodych liści. Dla pierzastej drobnicy był to już czas gorączkowej budowy gniazd, wysiadywania, czy nawet wychowu piskląt. Deszcze i ziąb bywały jednak tragiczne i nie sprzyjały lęgom.

Zdjęcie2827

 

Przy śródpolnym zadrzewieniu o skąpym podszycie, za dnia niewiele było życia. Otwarty dostęp z każdej strony, i mało krzewów sprzyjały widoczności, prześwitowi, zmniejszając poczucie bezpieczeństwa. Za ostoję wybrał je jednak sobie sarni kozioł, stary wyga leżał większość dnia przeżuwając, samemu pozostając niewidocznym. Jeszcze trochę i polną oazę otoczą łany gęstych upraw, czyniąc kryjówkę bezpieczniejszą. Wokół ostoi widnieje mnóstwo śladów – dziki i sarny zapisały w ulotnym piaszczystym pamiętniku wspomnienia swych nocnych wędrówek za żerem.

Zdjęcie2834

Monotonnie podzwaniają trznadle. Po kilku minutach do wtóru dołącza samiec zięby. Z innego zagajnika dobiega miękki flet kosiej arii. Ptaki grają dziś jakby smutniej. Chłód narasta. Jeszcze ileś dni, zanim w podobne wieczory zachwycą duszę kląskania słowicze. Czas nieubłagalnie wędruje ku zmrokowi. Milkną powoli ptasie grania. Surowe powietrze nasycone zimnem, coraz śmielej otula uroczysko tego zakątka. Za chwilę dopełni się wieczorne misterium. Sarny i dziki opuszczą swoje pielesze, tropami znacząc szlaki swoich nocnych marszów, w miękkiej ziemi. Zakurzy pylisty tuman, za spłoszonym zającem. Rozegrają się szmery, szelesty, trzaski, stąpania. Na zalanej czernią połaci, wśród czyhających cieni, rozpocznie się panowanie nocy. A gdzieś tam, w kosmosu otchłani mocarne słońce czeka swej chwili, by rozbłysnąć na nowo, obdarowując śpiące pola ciepłem, i życiem.

Zdjęcie2849

Zdjęcie2846