Dąb Radomir, co z piorunami się bratał. Emocje i uczucia Drzew.

Wędrując po lesie, czytam jego wskazówki. On chwali się w dumie, cieszy radością, syci w strojach, opowiada, pokazuje, czasem żali się, smuci lub i złości. Pragnie i dąży do swej pełni. To znów historia o tym, jak podobne są nam drzewa. Myszkowałem wtedy z otwartymi dłońmi – badając i starając się poczuć drzewne energie otaczające mnie wokół. Uczyłem się -siebie i świata obok. Jeden z tych niewielu spacerów typowo poznawczych. Ileż przypływa, ukazuje się w czuciu… Wzrok uzupełnia te opowieści o pojęcia. Energie zapraszają, wołają, ofiarują, otulają, gdy nagle coś przenika mnie hardym prądem. Brrrr! Ile w tym…lęku? Rozpaczy trochę. Któreś z drzew woła pomocy. Coś mu się stało. To jak sygnał SOS. Ale które, gdzie? Wprawdzie byłem dziś u skruszałej wierzby, co to gnije i się rozpada, lecz ona pogodną była, w akceptacji dla swego losu. Idę tak jak prowadzi, ten sygnał. Trudno go określić, jest solidny, tętni na cały las, ale drzewa wszędzie jakby go ignorowały, oswoiły już z nim. W uczuciu niepokoju, pulsujące i słabnące zawołanie, mówiące jedno: POMÓŻ MI! POTRZEBUJĘ. CO SIĘ STAŁO?

Po kilkunastu krokach, przechodząc pod ogromnym dębem zaciemnia mi w głowie. Plącze nogi i osłabia w parę chwil. Tak pobiera energię moją. To gdzieś tutaj! Ktoś Ty? Okrążam dębowego wojaka i oto ukazuje mi się…potworna wyrwa… Takiej rany drzewo już nie zaleczy. Ona skraca jego żywot o setki. A on…nie chciał chyba. Nie był jeszcze gotów. Dociera do mnie, że musiał oberwać piorunem. Dawno temu. I pozostał w szoku. A drzewny szok potrafi się utrzymywać latami, podobnie jak i ludzi zagnieżdżają się wspomnienia i brak akceptacji, wobec życiowych sytuacji. W takim momencie, srogi, Dębowy Chłop, dawny mocarz tutejszej ostoi, stał się nagle jak małe dziecko. Które lanie dostało, i nie wie za co. Wołał pomocy od innych drzew obok – dały mu co mogły. Ale i one skupione muszą być na sobie, jeśli chcą żyć. Badam dłonią – z wyrwy bije nieprzyjemny ziąb, od drugiej strony dąb jest żywy i cieplutki. Jeszcze się trzyma. Ale… płacze…? Od drzewa rozbrzmiewa mi żal za utraconą potęgą, niezrealizowanym planem na siebie, ból… Jestem w szoku. Nie tego się spodziewałem doświadczyć. Nie o tym czytałem.

Utarło się, że to drzewa są tymi, które obdarowują nas energią, pomocą i wsparciem. Tak przyjmujemy i zakładamy. On pokazał mi, że może być baaardzo inaczej. Przychodziłem do niego, wiele razy. Każda wizyta to był zawrót głowy, osłabienie i ciągnięcie mojej energii, ludzkiej, oh jakże innej i potrzebnej. Mówią, że od takich drzew powinno się uciekać. Wybierać tylko te zdrowe. A ja jestem.Otaczam go współczuciem. Przytulam zrozumieniem. Bo i jest mi jego szkoda. Był tutaj największym dębem, zanim utracił ten odrost. Godzinami rozmawiam i tłumaczę mu co się stało…

– Kochany, potężny, wieczny! Dla mnie jesteś nim nadal. Nic to co Cię spotkało, popatrz wokół! Minie kilkadziesiąt lat, zanim Twój koniec nastanie. Jesteś wspaniały. Jesteś silny. Poradzisz sobie. Ty wiesz, jak przepływa i dzieje się życie. Żyłeś szumnie, piąłeś w górę, może ze swadą, ale spójrz, czy nie pamiętasz podobnych historii ze swego lasu? Pamiętasz, tak działo się od zawsze. Jeszcze tyle przed Tobą. Nie bój się tych owadów, co teraz drążyć zaczynają, i one poniosą Twoją opowieść w próchno dla przyszłych pokoleń żołędzi. ( Nie lubił ich jak diabli ) 
Zaśpiewają Ci ptaki, zabrzęczą chrząszcze, zaszeleści sarna, ryć będzie pod Tobą dzik krzepki. Wszyscy przyjdą podziwiać Mocarza, który cios tragiczny przetrwał…

– RADOMIR… dziękuję.

Przedstawił się tylko, i nic już więcej nigdy nie powiedział. Chodziłem, opowiadałem tuliłem nadal, pokazywałem mu w myślach obrazy jakie życie przy nim teraz rozkwitnie, i jak tu będzie miał wesoło z istnieniem, jakie weń zakołacze. Bo za owadami kręcić się będą ptaki, Ty istniał będziesz jeszcze wiele lat, będąc świadkiem wspaniałego procesu jaki był udziałem Twych przodków, zanim wybrała Cię iskra. To ona zrobiła Cię potężniejszym niż mógłbyś się stać, rosnąć najwyżej. Możesz być nadal… świadectwem wiary, zaufania i odwagi dla innych. Teraz sam dasz życie milionom. Roztocza, pająki, grzyby, larwy wszelkie… A może i sowa z Tobą zamieszka. Z nimi poniesiesz swą opowieść dalej. Nie przepadniesz w cieniu.

lightning-tree-sebastien-del-grosso

Za którąś wizytą odczułem zmianę. Zawsze gdy przychodziłem zaczynało się tak: ‘’pochwycenie’’, a następnie ‘’dojenie’’ mnie z sił. Wtedy mu oczywiście przerywałem zachciankę i rozpoczynałem swoje monologi. Dziś wiedziałem od pierwszych chwil. Udało się  Wreszcie. Zaakceptował. Przyjął swój los, moją wersję, wszystkie wizje i obrazy jakimi go otaczałem. Zrozumiał, coś co wiedział od zawsze, a uciekło daleko dotknięte kalectwem. Poprzedniej wiosny się zazielenił. A miał z tym jakby przerwę, nie wiem jak długą, ani jak to przetrwał. Zazielenił się ocaloną połową i odtąd nigdy już nie próbował naruszyć mojej suwerenności energetycznej, ani niczyjej. Szemra z wiatrem, chłodzi się wilgocią z deszczu, woła ptaki do biesiady, przekomarza z sójkami, po prostu, żyje. Przed nim kilkadziesiąt lat nawet.

Raz ten jeden, to ja pełniłem rolę terapeuty, a drzewo pacjenta. Ileż mi to pokazało, jak wiele przemieniło, otworzyło… Każdemu na wędrówkach opowiadam jego historię, zawsze przystajemy pod nim, a On cieszy się z naszego zainteresowania. Przyjmuje dobre życzenia od ludzi, ukłony podziwu, choć ostatnio mam wrażenie, że chciałby o sprawie zapomnieć, aby nie mówiono już o tym. Odrodził się w nowym. Jest świadectwem potęgi Życia.

🌳 W hołdzie RADOMIROWI, Mocarzowi z Dębowego Szlaku.

IMG_20190921_121645

Pierwszy cień Szarugi. Brzoza gromem trafiona. Błogosławieństwa dla Drzew

Jesień na dobre porywa w swoje objęcia wtedy, gdy w deszczowy, ponury i chmurny dzień ciemność zapada o godzinę szybciej, niż przewidzieli to w prognozie. Szara zasłona zasnuwa niebiosa gęstwą mrocznego panowania, a z tej burej kołdry sączy za kołnierz wilgoć. I taka pora dobra jest do wędrówki. Kto wie, czy nie najlepsza? Ludzi brak, a zwierzęta czują się pewniej, swobodniej i tak też zachowują. Chodzmy w strugi, w dzień deszczowy, hen na leśne ruszyć łowy…wrażeń.

Najwięcej kłopotu sprawia dobór ubioru. Gdy pada jest chłodno, ale wystarczy że przestanie na moment, już robi się parno i można się spocić. Dlatego do pełni szczęścia brakuje mi dziś damskiego towarzystwa, w osobie pani ZIMNICY. Z nią chociaż wiadomo jak się zachować, na co przygotować. Ufam, że niedługo już mnie odwiedzi. Dziś ruszam w ogóle w inny rejon leśny, tam gdzie jeszcze nie tną i mam nadzieję nie będą. Ze wszystkiego w lesie, tak samo jak zwierzętom i mi potrzeba spokoju. Może nawet nic się nie zdarzyć. Choć czy tam to w ogóle możliwe? Pierwsza ścieżkę przecina mi sarna, i wygląda na nieco zagubioną. Albo ona, lub druga gdzieś ukryta wydaje z siebie pocieszny pisk, jak dziecięca trąbka, za którą ta jedna podąża nasłuchując. Podąża prosto na mnie, choć to nie ja piszczę. Cześć malutka! Tak się cieszę, że ją widzę. Znowu to się dzieje. Każda sarna która ostatnio się pokaże, idzie prościutko do mnie. Miłość. Bezinteresowna wdzięczność zwierzęciu, z uciechą że przyszło, pokazało się, zaufało, obdarzyło swoim cudownym widokiem. Dawniej wstydliwe skrywana, dziś eksponowana i wyrażana w słowach, gestach, opiece, uśmiechu. To ona przyciąga jak magnes swoim promieniem zwierzęta do człowieka. Choć pewnie same do końca nie wiedzą co kieruje ich kopytkami, ale jakoś tak zawsze zbaczają do mnie. Niemal na każdej wyprawie. Wiem całym sobą, że to nie przypadek.

P90909-180732

Ten fragment lasu jest naprawdę magiczny. Niewielkie pagórki, drzewa porośnięte pnączami, chmielem i powojnikiem, strojne niczym w kożuchu. Drzewostan mocno zmieszany, różnorodny. Zabłąkały się nawet topole. Przechodzę przez porośniętą turzycą i tatarakiem dawniej zalewaną łąkę i staje nad rzeką. Rzucony niedbale, przewrócony, zdezelowany, zardzewiały mostek przypomina o tym co było tu kiedyś. Przeprawa nie jest łatwą. Śliski metal i cienki pasek ‘’przechodny’’ dla nóg, trzeba się cały czas trzymać aby nie spaść. Pada w sumie niewiele. Przerywa kropelkami. I wtedy go poznaję. Ogromny Dąb, rosochaty i strzelisty pyszni się na skraju polany. Mocarny jest. Choć podobnego wzrostu co Krzesimir, zupełnie inaczej zbudowany. Krześ ma równą rozłożystą koronę, harmonijnie kopułowo rozbudowaną, a ten jakby ramionami niebo podtrzymywał… podobne dębiszcza widziałem w Puszczy Białowieskiej, tam gdzie rozwój na wysokości w pierwszej kolejności stanowi o przetrwaniu. Okaz zdrowia i krzepy. Byłem u niego jeden jedyny raz z grupą Wędrowną i w ogóle nie wiem jak się zachować. Zapamiętałem go dobrze. To taki jegomość, co potrafi pracować z trzema osobami na raz, i to od pierwszego kontaktu. Rzadkie u Drzew. Może okazać przesadny szacunek? Pokłonić się, schlebiać? Bo dęby różne potrafią mieć osobowości. Bywają ciepli jak opiekuńczy ojcowie, srodzy dyrygujący dowódcy, lub równi bracia. Potrafią dominować. Od niego nie odbieram niczego ‘’ponad’’. Jest przytulnie i łagodnie. Jakby znał swoją siłę, słabości, nas. Świadoma Dojrzałość.

– Dzień Dobry, Kochany!

Lekki zryw korony. On mówi, że czekał. Aż przyjdę ponownie. Tyle czasu…Dlatego Krzesimir ciągle wygania do innych drzew. Tyleż osobowości. Jak określać, nazywać, te charaktery tak ulotne jak szum ich listowia na wietrze? Od razu chwyta mnie swoim ciepłem, a ja nie opieram, poddaję. Moje ciało wypełnia dudniący pomruk. Płynie od jego korzeni. Niby wibracja niższa zdaje się, ale to nie tak. Jest swojska, znana, luba…Tym razem jest ze mną zestrojony. Ciało nie drży, a rozświetla z Duszą. W pewnym momencie dzieje się… coś..

P90909-160440

P90909-175806

Tam w centrum splotu słonecznego drży poczucie. Siły i Mocy, które natychmiast gaśnie. Przytłumione… moim strachem. I czego się boję? Wiem. Tej siły, która wiąże się z odpowiedzialnością. Za swoje życie, wybory i jego kształt. Rozbłyska znów cudownie w sprawczości i gaśnie jak przy rozruchu starego samochodu. Dąb próbuje mnie ‘’odpalić’’. Rzeczywiście, pomimo wszystkiego co zrobił Krzesimir dla mnie, z tym tematem jeszcze nie pracowałem. Przenika… Mówi,

– Korzenie, Liście, Konary… Wszystko biorę co mi potrzeba. Postanowiłem. Wiem, że tu jest, bo tak być powinno od zawsze. Woda, pokarm… Jeśli nie ma, będzie. Tego jestem pewien. Planuję, działam, powoli a skutecznie. Zamysły w czyn wprowadzam głęboko wszystkimi sposobami, wtedy się dzieją. Sprawdzam, badam, lecz ufam, bo wiem. Nie ma żadnego zaskoczenia w mym życiu. Wszystko co może się wydarzyć już było i miało miejsce. Jeśli nie w moim istnieniu, to w innych. Stąd znam. Podziemne opowieści grzybów i korzeni. Nie muszę sam uschnąć, by wiedzieć jak to jest. Bo w moim życiu już było. Od żołędzia przez siewkę, i Drzewo, po rozpad, i tak wciąż od nowa. Czy nie brzmi Ci to znajomo? Tu zdecydowałem rosnąć. Tutaj mnie posiało. Nie mogę zmienić miejsca, ale mogę dać z siebie wszystko całą mądrością mych przodków, by zaistniał rozkwit. Ty możesz, dużo więcej. Możesz znaleźć się w dowolnym miejscu na Ziemi. Ponieść wiedzę szybciej. Wy ludzie fascynujecie nas, z wielu powodów. Dlatego Drzewa szukają kontaktu i dają o sobie znać. Chcą tworzyć razem przyjazny w doświadczaniu świat, dla wszystkich stworzeń. Drzewa dają podwaliny bytu, którego nie jesteście w stanie zastąpić niczym. A wy poruszacie się w sferze, i kreujecie cuda z marzeń. Popatrz, ile idei zaistniało. Stało się rzeczywistością. Tylko dlatego, że ktoś ufał, wiedział, bo widział jak bardzo jego marzenie jest prawdziwe. Poczuł je całą Duszą. Ty już znasz to uczucie. Tylko dlaczego…je gubisz? Dlaczego boisz się odpowiedzialności za siebie? Zapewniam Cię, to jedno z najpiękniejszych uczuć. Pełne Mocy i Szczęścia. Gdy decydujesz i stanowisz, i otrzymujesz coraz więcej, rozrastasz się… Tak jestem, jako Drzewo. Dostaję i biorę co mi potrzeba, a potem obdarzam innych. Ty bardzo się zmieniłeś. Zacząłeś tworzyć i teraz nas obdarowujesz. Najpierw przychodziłeś do nas po pomoc, wsparcie, radę. Zawsze je otrzymałeś. Dziwiłeś czemu Drzewa rozpękają się w środku, trzeszczą, piszczą, żywo reagują szumem i zrzucaniem różnych kawałków, kiedy je mijasz? Bo teraz też dajesz. Przychodzisz do nas, kochasz, błogosławisz, śpiewasz, wieszczysz rymy, przytulasz. Już nie pytasz, nie prosisz, nie oczekujesz, tylko jesteś. Każde z mych braci i sióstr wyłapuje Twą wibrację błyskawicznie. Przypominają sobie. Przecież w Ziemi pamięć jest. O dawnych ludziach i pierwszych, czystych relacjach człowieka z Naturą. Zanim przyszło zapomnienie. Chcą to poczuć, znaleźć się w tym! I choć zdaje Ci się, że już jesteś tak daleko, znów Ci powiem – to dopiero początek…

Dudniące Dęby Polski. Mruczące. Ogrzewa mnie i drga tym ciepłem jak wielki kocur. Ale przecież nawet nie znam Twego Imienia! A Ty tyle do mnie… Zaczyna mi się rymować. Teraz ja do niego mówię. Pamiętam jak bardzo opierałem się przed tym, zaprzeczałem że to niemożliwe, nie da się bez przygotowania. Dzieje się TO. Kim ja jestem?

I Kobieta, i Mężczyzna, 
W lesie Twoja jest tężyzna,

Przychodz bywaj coraz częściej, 
I zaglądaj tam gdzie gęściej

To słyszę w odpowiedzi. Już chociaż wiem jak to działa. W przestrzeni zaczynają krążyć słowa, a duszka układa je w sens. Chcę odwdzięczyć się Drzewu.

A Ty Dębie mój wspaniały 
Rośnij w miejscu swojej chwały,

Przyjmij co Żywioły dały…

Panie wielki, o Mocarzu, 
Lasu tutaj Ty Włodarzu,

Ukochuję Cię z czułością, 
Całą swoją namiętnością

Miłość ludzką Ci przelewam
I na wszystkie wokół Drzewa

Niechaj jak najdłużej płynie, 
Przestrzeń Wasza nie przeminie

To co mogę, ofiaruję, 
Niech najlepsze nam zwiastuje

Uśmiech jeden co posiadam
W Twe konary ufnie składam,

Niechaj świeci, promieniuje, 
Naszą przyszłość, byt buduje,

Ludzi rzesze wraz z Drzewami, 
Stają ponad podziałami

Ty – My – Oni, nie ma, jedność, 
Oto wzrasta nasze sedno

Tak się żegnamy. Ciepło drzewa bucha mi w policzek. Wyczuwalne z kilku kroków. Przypominam sobie, że za pierwszym razem naszego spotkania planowałem wrócić tutaj i spenetrować pobliskie krzaki. Wyglądało wszystko obiecująco. A co on mi dzisiaj mruczał? Aby lezc, tam gdzie gęściej. Kilka kroków i znów się rozświetlam. Jak tu pięknie! Jaka mozaika! Dzikość zagrała na skrzypcach chaosu. Urwisty brzeg rzeki z osypującym się piaskiem, który tutaj szczególnie pokazuje, co dla drzewa oznacza brak możliwości zmiany miejsca… Niektórym dosłownie grunt osunął się pod nogami. Część wywróciła się i zawaliła dno potoku, gdzie rozkłada i gnije do dziś. Inne, ‘’rozciapierzone’’ chwytają się resztek skarp i trwają na przekór fizyce. Tu życie rozmawia ze śmiercią, tu widzę miejsce przeprawy jeleni z głęboką ścieżką. Wreszcie tu, wśród zamarłych modrzewi, wywróconych dębów i pokiereszowanych klonów tętni ptasie życie. Jak to dobrze, że zabrałem lornetkę! Ale myliłby się ten, kto rzekł że z takim udogodnieniem obserwacje to fraszka. Ptaki są szybkie i zwinne. Kryją się w liściach, migiem zmieniają miejsce. Są w stałym przepływie. Dąb z oddali huczy mi, że one mają niezakłócony wewnętrzny kompas intuicji i zawsze przylatują do Drzew, które je wołają. W zamian za pokarm, rozsiewają w dal nasiona. Dlatego pokazywały się w przesłaniach. Tak są połączone.

Mysz skacze po korze. Hola, jaka mysz! W szkłach lornetki rozpoznaję – to pełzacz leśny. Wspinając się okrążą pień sosny, w międzyczasie szukając pod korą ukrytych smakołyków w postaci owadów. Dopiero przy 8 krotnym powiększeniu widać, jaki on skupiony na swej pracy, niepozorny, puchaty, a słodki. Mina ciekawego kombinatora, który zna tu wszystkie zakamarki. Nagle, kolor. Podążam za nim. Ojej! Widzę, że dopiero teraz będę prawdziwie poznawał swoje ukochane ptaki. Na drzewie obok psoci kowalik. Ptasi szmaragd, z pomarańczowym brzuszkiem, choć w kolorze nie tak intensywny jak zimorodek. Ten jakby był przystosowany do ‘’ślizgania się’’ po korze drzew, co też zwinnie czyni zjeżdżając głową w dół. Czyni go to ewenementem wśród ptaków. Dzięki lornetce uśmiecham się w lesie jeszcze częściej, widząc puchate maleństwa w takiej bliskości. Mały świerk pod nogami powoduje drugą turę czułego uśmiechu. Jest uroczy. W ogóle małe drzewa dla mnie, to jak dla innych pieski czy kotki. Takie wzbudzają mi uczucia. Kucam i głaszczę. Mówię…

A Ty świerczku, mały zuchu, 
Rośnij tutaj w leśnym puchu,

Chodz, podniosę Cię na Duchu,

Choć ześ mały i w półcieniu, 
Życie czeka Cię w spełnieniu

Wzniesiesz bujnie się w przestworza, 
Igieł mrok rozświetli zorza,

Przejdzie gdzieś Wędrowiec tędy, 
I zaprosisz, do gawędy…

P90909-173525

Wrycie. Za plecami leci łoskot. Odwracam się błyskawicznie i co widzę;

Gruby, suchy konar brzozowy spada zahaczając o gałęzie, i osypuje wianuszek złocistych liści, które strącił. Gruchnięcie o mech, pęknięcie. Listki lądują wirując wokół. Patrzę oczarowany. Ależ magia, ależ moc! Jak on mógł się złamać? Nie wieje przecież, a on solidny… Spoglądam na właścicielkę zguby. Smukła, z pozoru zwyczajna brzoza, i zdrowa, choć pewnie bywało lepiej. Ale… Coś z nią inaczej. Od nasady pnia po koronę biegnie ciemna pręga, aż po czubek. Ona chyba… Oberwała piorunem. Na to wygląda. Bo skąd taka smuga? Pierwsze widzę. Im wyżej tym bardziej czarna i przypalona. Ale żywa. Oż Ty! Przeżyłaś kuksaniec od żywiołu. Taka pobudka. Dziś sama rzucasz gromami. Wiem, że w ten sposób mnie wzywa. Jaśniej się nie da. Podbiegam do niej, a brzózka drga we wstrząsie, zrzucając mi kilka listków. Ogromna, przeogromna radość. Dlatego, że zareagowałem. Przytulam czołem omszoną korę. Jest miło, dobrze. Po kilku minutach tej euforii wszystko jakby we mnie osiada. Znika. Głowa zaczyna pobolewać lekko, choć wypieram, to już wiem…

Hej, hej… Ty sobie tylko bierzesz, prawda? Pompujesz ile wlezie. Uleciał gdzieś cały nastrój od dębu. Stop!

Zaskoczyła mnie, choć nie zdziwiła. Na moment osłabiła. Czasem Drzewa po tragediach życiowych chłoną jak leci bez pytania o pozwolenie, miałem tak raz z dębem. Taka ludzka energia, jest dla nich niczym zastrzyk morfiny dla cierpiącego. Ale tu lecznicza brzoza, dawczyni, pięlegniarka… Musiało ją mocno oszołomić. Przerywam proces taktownie, wrócę tu kiedyś wytłumaczyć jej co się stało i spróbować przywrócić ją do harmonii. Drzewny szok potrafi trwać latami. Tak samo po przycięciu. Z dębem mi się wtedy udało. Przestał ściągać, wibrować zawołaniem pomocy, a zaczął zielenić zdrową stroną i cieszyć dniami które mu pozostały. Też po piorunie pacjent. Tylko on się rozpękł. Ona miała szczęście. Musiało być bardzo mokro. Mozaikowy zakątek wabi wieloma obietnicami, tu świerki obdarte z kory porożem ćwiczone i zalane żywicą, tam świetliste miejsca na podsiadówki, no i chór sikorek z bębnami dzięciołów, do tego pełzacze, kowalik. Ptasie uroczysko. Gdzie śmierć, tam one… I jakby nie patrzeć, to ptaki są głównie tymi, które rozsiewają drzewa i przenoszą w swym ciele ich nasiona nieraz na wiele kilometrów.

Gzy i strzyżaki. Choćbyś zabezpieczył się przed każdym możliwym robactwem, wobec nich pozostają bezsilne wszelkie środki. Moja metoda, to WIEM i ZNAM miejsca w lesie z których następuje atak, i każdego zgniatam od razu w palcach. Jeśli tego nie zrobić, siada ponownie. Namolne są. To działa jeśli nie ma ich dużo i masz wrażliwą skórę, że wyczujesz. Trzeba uważać. Wchodzą do uszu, nosa, w oczy, we włosy, wszędzie… I choć rzadko ‘’gryzą’’ jeśli już się zdarzy, opuchlizna utrzymać się potrafi miesiące. Podobno coś tam przenoszą. Tu zawsze wszelkie teorie o jedności, miłości i współistnieniu stają mi pod znakiem zapytania. Ale przecież Drzewa też nasączają się toksynami w liściach, aby walczyć z tym co podgryza. Ustanawianie granic i obrona własnej przestrzeni J

Szaruga. Jedno z najpiękniejszych wcieleń jesieni. Wieczór długi, a ponury ze zmierzchem kroczącym powoli, rozwlekle, choć zdecydowanie. Spędzam go w uwielbieniu. Długo wyczekiwany, tęskniony. Ciemność wypełza znienacka, choć w zapowiedzi wcześniejszej. W takiej scenerii obserwuję kolejne zdziwienia. Zmierzchowa lornetka wskazuję porę, że na polach rozpoczyna się towarzyskie życie saren. Dociera do mnie ile bez niej musiało mnie dotąd omijać, kiedy przeczesując teren dostrzegam tu i tam rozrzucone zwierzęta. I one ufają szarudze. Z kukurydzy wynurza się dziwna para. Jest sarna – ruda, jeszcze w letniej szacie (podobnie jak wszystkie dziś widziane) ale druga nieco większa i brązowa, zupełnie jak sarna w futerku zimowym. Ale że już teraz? O co tu chodzi…Trzymają się razem, spoglądaja na siebie, widać że to duet. Wgapiam się w to brązowe. Wychodzi na to, że to jeleń. To przecież dwa różne gatunki. Wtem one zaczynają biec przez pole. Jakby coś je wypłoszyło. Może ktoś idzie? Niczego nie widać. Spoglądam dalej na horyzont a tam pod kukurydzą raz, dwa, trzy, cztery! Tu już wielkie łanie jelenia z jednym młodym szpiczakiem stąpają ostrożnie. Czyżby one spłoszyły sarny? Na to wygląda. Z przeciwnej strony pod lasem, luzno pasie się saren dziewięć. Gołym okiem w ogóle ich nie widać, tak się zlewają. Oh, ilu niepotrzebnych płoszeń teraz mogę unikać. Dawniej pewnie puściłbym się tamtędy na powrót i wypatrzył je za późno aby mnie nie spostrzegły. Teraz lustrując teren, mogę go opuścić nikomu nie przeszkadzając. Lornetka Kochani. Sprawcie sobie na wyprawy koniecznie.

Pole przypomina autostradę. To znaczy – z jednej strony sarny idą do kukurydzy, z drugiej inne wracają, w kolejnym krańcu jelenie zmierzają na wodopój. Musiały tam przesiedzieć cały dzień. Biegną truchtem, co jakiś czas zatrzymują. Sarny też. To takie śmieszne. Każde z tych zwierząt słyszy drugie z daleka i przystaje na chwilę aby posłuchać. Uspokojone mknie dalej w kierunku obranym. A ja pogrążam się w rozkoszy obserwacji. Dopiero po chwili zwracam uwagę na dwie sarenki, mniejszą i większą, które zatrzymały się równo z linią mojej czatowni. Niedaleko. Stoją i stoją. Jakby otępiałe. Dwadzieścia minut… Totalna ‘’zawiecha’’. Czyżby i tam doleciał je mój uśmiech? Odebrały? Bo przecież zapachu czuć nie mogą. Chłodny wiatr szarpie mnie od ich strony, tak… Dziś jestem w rozkoszy obserwacji. Wcielenie Czatownika ma swoje błogie używanie. Gdybyż było widać dokładnie, siedziałbym tu całą noc. To pewne. Na każde zimno można się ubrać, każde można przetrzymać. Sprawdzone w praktyce. I sam siebie pytam wtedy, czy ja jestem >Normalny< ? Myślę o ludziach siedzących teraz w ciepłych domach przed telewizorami, z tostem na kolację, czy co tam lubią. Stąd widzę światła w oknach. Nie oceniam, ale czasem sobie myślę. Po swojemu. Tu rzut kamieniem od osiedla kukurydzisko i takie widoki. Zaraz dziki wyjdą. Młodociane puszczyki gonią w pomyłce za liśćmi. Śmigła kuna na łów wyrusza.Świat, choć oddaje się w otulinę mroku, jeszcze tyle ma do opowiedzenia w gawędzie. Kilometr dalej huczy rykowisko. Deszczyk kropi pięknie.Wiatr w szuwarach melodie wygrywa. Myli mi się. Gdzie jest to ‘’prawdziwe życie.’’ Które przyjęliśmy za własne, choć nigdy nim nie było. A które było od zawsze, choć w wygodzie i natłoku wyparliśmy z pamięci. Czy tam, w sztucznym świetle, przed wyreżyserowanym pod oczekiwania publiki programem jest ono, czy tutaj, gdzie choć i ślad człowieka przekształceń widać jeszcze, pędzi skrycie swe tajemnice gros futrzastych i kopytnych istnień?

9.09.2019

1

Ile lat ma Drzewo? Dojrzewanie nasiennych dzieci.

Jedne z najczęstszych pytań, kiedy stajemy wspólnie pod Drzewami, jakie się pojawia. ‘’Ile może mieć lat’’? – pytają moi goście.Czasami ma to jakieś znaczenie… I choć są różne ku temu metody aby sprawdzić, zwykle mam z takim pytaniem jakiś problem. Bo przecież nie zetniemy go i nie policzymy nagle słojów. A i ten sposób nie jest do końca dokładny, bo przecież drzewo różnie może przyrastać i nakładać słoje, w zależności od wielu czynników. Ostatnio coraz częściej przekonuję się, że nie wiek i ‘’sędziwość’’ Drzewa mają aż takie znaczenie, jeśli chodzi o możliwy kontakt z nimi. Podczas niedawnego wyjazdu udało się mi bardzo łatwo porozumieć z młodymi brzózkami i dębem, odczuć ich nastroje i pragnienia nawet. Dąbek wibrował pociesznie przy zbliżaniu dłoni, jakby z ekscytacji na kontakt, a brzózki wygłupiały i reagowały na szeptane słowa. Z każdym udało zamienić się kilka rymów. I nawet aż tak mnie to nie zdziwiło. Siedziałem właśnie pod Krzesimirem pogrążony w tych rozmyślaniach o leciech, kiedy Dąb odezwał się nagle…

– Pytasz o wiek Drzew? A po co w ogóle go liczyć? Uważasz, że ludzie są w stanie poznać nasz dokładny wiek używając swoich sposobów?

No jak to po co? Ludzie są ciekawi. Uważa się, że im starsze Drzewo, tym bardziej doświadczone, świadome, pomocne. Choć już wiem, że nie zawsze tak jest. Poza tym
Wy wiecie ile mamy lat, więc co to za sekret?

Zamruczał. Zdziwił się. Poszumiał…

– Nie chodzi o tajemnicę, nie. Ale o życie Drzewa. Pomyślałeś, od kiedy właściwie je liczyć? Od momentu kiedy wykiełkuje i pokaże nad ziemią – tak uważacie. A co wcześniej? Czy nasionko jest martwe? Przecież drzemie i czeka. Czasem się wybudza – tu dojdzie je trochę wilgoci, z drugiej nieco ciepła. Już wtedy – żyje i bada otoczenie. Sprawdza, kiedy najlepiej zacząć się rozwijać. Zupełnie jak dorosłe Drzewo. A dorosłe pomaga mu w tym procesie. Z setek lat przekazało całą swoją dostępną wiedzę z pokoleń, do tego małego nasionka. O świecie jaki je otacza. O zagrożeniach, opadach, glebie, owadach, sprzymierzeńcach, wrogach. O szczęściu i pełni oraz o niedostatku, i jak sobie z nim poradzić. Cały czas to się dzieje. Choć usilnie nie dostrzegacie. Życie – pełne spraw, trosk, radości, zmagań. Zupełnie jak Wasze. Wróćmy do nasiona. Jeśli ono żyje i pracuje już będąc w Ziemi – od kiedy powinno się według Ciebie liczyć wiek Drzewa? A może jeszcze wcześniej – kiedy żołędzie wiszą na gałęzi w szypułkach, uczą się życia, zbierają informacje, pytają, niekiedy boją, i nie mogą doczekać kiedy wreszcie opadną ku Ziemi? Może odtąd powinniście rachować?

Ale jak to?

– Mówię Ci, że tak jest. Czemu Cię to dziwi? A dziecko ludzkie, w łonie matki? Też słyszy, przeżywa jej emocje, uczy się, czasem nabiera i traum. Tak ja i każde Drzewo rozmawiam ze swoimi dziećmi. I nie ważne, że ich dużo, że wiele zostanie tylko pokarmem dla zwierząt – wiedzą, że tak być musi. Nie umierają, nie odchodzą. JA ponownie je wskrzeszam. Wracają do mnie z Ziemią. A u Was, jeszcze przed poczęciem – Dusze umawiają się na jakieś doświadczenia, wzajemne poznanie. Dzięki temu wzrastacie, rozwijacie się, uczycie. U nas tak samo…Prawie tak samo. Ponieważ duchy Drzew są niemal od początku w stałej łączności ze swoim drzewnym ciałem – tak łatwo przychodzi im akceptacja. Wiedza. Z tylu rzeczy nie robią tragedii. Rośniemy, rozwijamy się, pracujemy dla Matki Planety, doświadczamy, uczymy, usychamy, cierpimy, śpiewamy pieśni, tańczymy, pijemy, przewracamy, rozkładamy, ale – nie umieramy. Wracamy wciąż. Coraz bardziej świadome, przystosowane, mądre, ufniejsze i bogatsze. Zawsze wracamy. Wy też wracaliście, i odchodziliście. Wiele już razy. A Drzewa zawsze były. Ostatni ‘’czas’’ był trudny dla nas. Zasady naszego wspólnego istnienia – zszargane i zdeptane. Braterstwo, opieka, pomoc, równość, rozwój, współczucie i szacunek należne wszystkim. Dla Drzew było naturalne aby się opiekować, wspierać. Robimy to dotąd. Wiemy, że różnorodność szczęśliwych jednostek zapewnia dobrobyt większości. To działanie silniejsze i starsze niż wszystko co dotąd poznałeś. Nie złość się teraz – na ludzi. Będzie stopniowo wszystko wracać. Zobacz, spójrz! Tyle się zmieniło. Przychodzicie już po kilka osób. Docieracie i poznajecie kolejne Drzewa. Jednoczycie się w ich energiach, a one dają siebie poznać. Chcą być poznane przez Was! Otwierają się ufnie, będąc przekonane o zmianie Waszej, jaką spowodują te odczucia. Podjęto decyzję w radzie Wiecu – działać na wszelkie sposoby. Inni – czytają i praktykują sami. A to tylko wierzchołek, bo takich ludzi jest i już zbiera się wielu…

65395413_341162893445501_4959807042052161536_n

…Czasem nawet ewoluujemy, kompletnie się zmieniamy. W coś innego. Skały tak zwane, przechowują opowieść o tych gatunkach, które odeszły. I gdybym pokazał Ci obrazy ze wspomnień Pamięci epok Ziemi, nie uwierzyłbyś. Coś Ci powiem Przyjacielu, choćbyś bardzo chciał, nie poznasz wieku Drzewa. Odkąd właściwie powinieneś liczyć? Bo istniejemy Wiecznie. Teraz.

Serce bije mi łagodnie szczęściem. Po policzkach płyną łzy. Dąb kołysze leciutko liśćmi w koronie, aż w głowie wiruje. Wiem, że to już wszystko. Znam Go dość dobrze, tak mi się wydaje. On zawsze tak z zaskoczenia. Nie musi już mówić. Choć w głowie kołacze jeszcze:
‘’ wiesz, że to co opowiadasz jest totalnie odjechane’’ ? I jednocześnie takie oczywiste. Wiem, że On nie dba o to. Ostatnie czym przejmowałoby się Drzewo to ‘’co ktoś sobie o Nim pomyśli’’. Ochoczo biorę przykład. Spisuję. A kto wie, co to słowo komu podaruje 

25. 06. 2019 – Krzesimir 🍁

54412571_10217475620469709_4584872047972188160_n

Tajemnice Drzew. Duchowe dary lasu.

Siedzieliśmy pod Dębem już dłuższy czas, zatopieni w słuchaniu kniei, przeplatanym świadomymi rozmowami. On co i raz ‘’traktował’’ nas ciekawskimi owadami, które przysiadały i wędrowały po naszych ciałach, żadnej krzywdy nie robiąc. Zupełnie jakbyśmy stali się częścią otoczenia. Pamiętam, że Krzesimir bardzo chciał zapoznać się z Konradem. Choć nigdy nie planuję jakoś szczegółowo trasy, zawsze pytam 1-2 dni zanim przyjadą goście, miejsc i drzew – czy możemy do Was przyjść? Gdzie się udać? I choć jest to dla mnie wskazówką, w trakcie i tak okazuje się, że prowadzi coś jeszcze innego. Nie instynkt, nie intuicja – a mniej, lub bardziej ożywione w materii istoty leśnego środowiska. Dziś, jakże znów jest inaczej. Mężczyzni tulą drzewa. Rozmawiają o stłamszonej wrażliwości, jej okazywaniu, uczuciach, związkach, emocjach. Cieszą się nimi. Przypominają jak to jest – przeżywać i wyrażać wzruszenia, całkowicie zawierzyć odczuwaniu i sobie. My – myślący, analityczni, logiczni, sprawczy, twardzi, chłodni… Bo i tego przez dekady wymagało od nas społeczeństwo. Przyglądamy się temu – kim się staliśmy? A kim chcemy być? Jacy naprawdę jesteśmy? Czego potrzebujemy? Wracamy do osobistych przesłań, które spisałem dla Konrada, a z nimi do nowych wniosków. Pod drzewem rozmawia się lekko. Widzimy się po raz pierwszy w życiu, a panuje całkowita szczerość, z zaufaniem. Żadnych tajemnic, tabu, wstydu. Ja, a może i Dusza promienieje od środka, ciesząc się i widząc jak bardzo jest to potrzebne w rozwoju nam wszystkim. Jeszcze parę miesięcy temu powiedziałbym, że nie pracuje z facetami. A tymczasem w ciągu miesiąca, przybył do mnie już trzeci. Pamiętam dzień, kiedy pojawiła się wewnętrzna zgoda i brak oporu. Wtedy zaczęli się odzywać, pytać o wspólne wędrówki. Otwierając się na tą przestrzeń, składam też i hołd sobie. Zawierzam nowym wymiarom akceptacji. I odkrywam kolejne pokłady swej zdawałoby się znanej, osobowości.

59852509_814757635559054_7604257773869596672_n

Mądry dąb czuwa obok. Słucha naszych rozmów. Przekazuje wiele. Długo gość mój nie może się od niego oderwać. Nie przeszkadzam w procesie, dając potrzebną ciszę, temu co się dzieje. Czas na słowo, będzie potem. Dębowe dary, to przede wszystkim informacja. Ale nie dla rozumu czy świadomości – w pierwszej kolejności dla Duszy. Coś jak pakiet ‘’pełni leśnego odczuwania’’.  On będzie aktywował się z czasem. Towarzysząca nam Maria, pyta mnie, co to za delikatne, choć potężne mruczenie rozlega się cały czas wokół? A więc słyszy i ona. W tak krótkim czasie. Brzmienie dębowej mowy…

W pewnym momencie uwagę naszą przykuwa powtarzający się szmer. Szurało od dłuższej chwili, jednak jakoś umknęło. Między drzewami harcują dwa młode zające. Gonią się bez pośpiechu, robiąc ‘’kółeczka’’ i uniki.  Dziwne, że są tak blisko. Przecież prawie cały czas półgłosem rozmawiamy, a słuch zajęczy należy do najbardziej doskonałych w świecie. Jednak nie przejmują się nami. Cały czas zajęte sobą. Delikatna gonitwa. Lekkość i prostota życia. Jest środek dnia, a one… Zamieramy w zachwycie, kiedy zwierzęta niespiesznie przebiegają tuż obok nas, robiąc parę metrów dalej kilka pięknych okrążeń na pełnym widoku, w pogoni za sobą. Takie są swobodne, radosne i piękne. Dzikie, a zaufane. Chwila święta, magiczna…wzruszona. Wiemy, że dzieje się coś bardzo ważnego. Dębowy podarunek dla naszej wyprawy. Las otworzył szczodrze wrota do swych skarbów. Wiedzieliśmy to od początku – mimo że była sposobność, nikt nie pomyślał aby chwycić za smartfon i nagrywać. Czuliśmy moc chwili, którą każdy chciał przeżyć bez rozpraszania. Przemknęły obok nas, jakbyśmy nie istnieli. To są właśnie cuda. I tylko ciszy trzeba, by zechciały obok nas się pojawić. Coś takiego zdarzało mi się już pod Krzesimirem, gdy byłem sam i głównie o świcie. On jakby przywdziewał na nas ‘’płaszcz niewidzialności’’. I wiemy, że dąb w ten najwłaściwszy mu sposób odwdzięczył się nam, za poświęcony mu czas, z zaufaniem wglądu do swych wnętrz. Że pozwoliliśmy sobie pomóc, a jemu błogosławimy. Żegnamy się z Dębowym Przyjacielem długo, życząc mu jak najwięcej deszczów. ‘’Sprężynuje’’ gałązką w geście rozstania, a nas zalewa fala jego ciepłego uśmiechu. Jest szczęśliwy… Kolejna wskazówka. Bo przecież zając jako Zwierzę Mocy oznacza też nowe odkrycia własnej intuicji i zwiastuje zaufanie sobie. A to intencja tej wyprawy.

60220479_2267371736683181_7802798710210953216_n

P90511-135421

Po drodze, przyglądamy się kwitnącemu życiu. Z bezmiaru świeżej zieleni wołają do nas kolory. W niej ukryły się kwietne skarby. Czuję się jakbym miał obok stóp perły, diamenty, szmaragdy i najdroższe kryształy. Żółto mieni się pierwiosnek wyniosły, kawałek dalej w soczystym błękicie tkwią łany przetacznika ożankowego. Różowym fioletem przystroił się delikatny bodziszek, jak wielu jego braci, roślina lecznicza. Każdy z nich tak kruchy, wątły, a przecież silny, w gąszczu zielonej konkurencji. Każdy ma swój czas kwitnienia i rozwoju, po czym pławi się w błogim spoczynku umiarkowanej wegetacji, ustępując miejsca innym roślinom. Geniusz opiekuńczej natury, która każdemu gatunkowi przewidziała jego czas i przestrzeń. Mijamy osmalone pnie. Tutaj las płonął. Sosny ocalały. Ich pnie są dość odporne na pożary ściółki, o ile ogień nie ‘’wejdzie’’ na korony. Wtedy zawarte w igłach łatwopalne olejki, podsycają płomienie, a one przenoszą się górą. Tym razem jednak skończyło się na strachu. Nad bagnem krążą już błotniaki i terkocze świerszczak. Ilekroć tu jestem, opowiadam o nocy tego świata – bogatej w dzwięki, odgłosy nieznane, stąpania zjaw dawnych, szmery zwierza, i nieodgadnione szelesty. Żółta wilga podnosi alarmujący lament. Jakże inny głos, od znanego, łagodnego jej śpiewu. Przegania jakiegoś mniejszego rabusia. Rajski ptak pojawia się znienacka w pełni lotu niedaleko, zachwycając nasze oczy kunsztem swych barw. Taki latający kwiat.

P90511-152149

P90511-145545

Szlachetny Klon 

Dzięcioł pstry uwija się z okrzykami, przeszukując coraz to nowe zakamarki. Często nie muszę za dużo mówić o sposobach komunikacji z drzewami, przez pobyt w lesie wchodzimy w taką harmonię, że moi goście sami zaczynają dostrzegać ich subtelną mowę. Olbrzymi Klon Zwyczajny porusza się dziwnie. Nie cały, a niektóre jego fragmenty kołyszą się niecierpliwie, gdy ani trochę nie wieje. Zaprasza. Łatwo to przeoczyć. Maria, mówi, że on ją woła. Czy to w ogóle możliwe? – Zastanawia się. Kiwam głową na znak zgody, i polecam żeby do niego podeszła. ‘’Tracimy’’ ją na pół godziny – choć nie oczu. Wraca odmieniona… ledwo jest w stanie cokolwiek mówić. Takie wzruszenie. A klon wydobył na światło. Dawne rany i bolesne chwile. Wysłuchał historii sprzed lat. Przytulił, objął, zaopiekował się. Obiecał więcej pomocy. I potrzeba było przyjechać tak daleko, właśnie do Niego… Zawsze podczas wyprawy coś takiego się zadziewa. Nie umiem do końca wytłumaczyć. Tu prowadzą, wspierają i leczą Drzewa. Wiedzą kiedy, jak, kogo. Zdejmuję Marii coś, co zaplątało się we włosach. Sucha klonowa gałązka… Żywy znak i pamiątka Drzewa z przesłaniem. Jego mowa: ”Tak, nie zwariowałeś! To co przeżywasz, jest prawdziwe. W dowód zostawiam część siebie… ” Spoglądam na jego bujną koronę z podziwem. Jest cudownie rozwinięta w spływającą kopułę, rozłożysta i harmonijna. Właśnie tak rozrasta się drzewo, kiedy nie traktować go ‘’cięciami pielęgnacyjnymi’’. Pełnia bujnego rozwoju. Zaskoczył mnie. Wchodziłem z Nim w kontakt może dwa razy. Z moimi Wędrownymi Gośćmi, odkrywam ten las na nowo, i poznaję kolejne Drzewa. Czasem mijane obojętnie przez lata, wołają obcych przecież dla siebie ludzi, i okazują im pełne wsparcie. Jak mało o nich jeszcze wiemy… Epos tych chwil, zapisze się na długo w mojej pamięci.

P90511-171942

P90511-172022

W sosnowym młodniku siedzimy z większym milczeniem. Tu drzewka – sosenki wysiały się naturalnie. Nieregularnie, rosną jak chcą. Widać jakie są bujne, gęste i zdrowe. Raptem to kilka kroków dalej od poprzedniego miejsca, a przyroda jakże inną gwarzy opowieść. Spomiędzy mchów i porostów prześwituje susza z piaskiem. Osobna wyspa jałowego świata. Jakoś lubię takie miejsca. Osłonięte od wiatru, inne, choć i tutaj tętniące paletą ptasich głosów. Wyśpiewuje lerka, borowy skowronek, a wtóruje drzewny świergotek. Zawodzi daleki trznadel. Z niedalekiego zagajnika, dolatuje pogłos piecuszka. Lekki flet wilgi, zwiastuje krople nieśmiałego deszczu. Oby się porządnie rozpadało…

Wyprawę prowadziły ptaki. Ptaki Duszy.Wiedziały, że zwracam na nie szczególną uwagę. Sikorzy jazgot modraszki, powoduje moją ciekawość. Przystajemy, patrzymy. Ależ się nakręca! Dwa samce konkurują o rewir, urągając sobie ile wlezie. Pewnie zaraz polecą pióra… Jeden daje dyla w las. Koniec widowiska. Parę kroków i Konrad nasz przystaje raptownie. Czuje – jakby oddech życia przeniknął Duszę. Błogość totalna. Przepłynęło przez ciało prądem. I sam już mówi, że oto woła go jesion którego tyle co minęliśmy. Nie jestem zaskoczony. To jego Drzewo Mocy, które wskazałem  niegdyś w przesłaniu. Znów dostrzegam – rozświetlone, gałęziste aury tutejszych drzew. Po raz pierwszy zacząłem je widzieć przy jesionach właśnie. Zostawiamy Konrada kawałek dalej w potrzebnej ciszy. I on wraca do nas podekscytowany, rozanielony i szczęśliwy. Opowiada z przejęciem, oddaje głębię swoich wrażeń. Mówi, że dotąd czegoś takiego nie doświadczył. I nie wiem w tamtym momencie, który z nas cieszy się bardziej. Dzięcioł zwrócił uwagę na Klona, sikory przywiodły do Jesionu. Dziś zawierzamy maleńkim przewodnikom.

P90511-183411

Deszczowy Zmierzch i Mowa Ziemi

Podążamy polami, sycąc oczy zachwytem rozległych łanów rzepaku. Idziemy koleiną – śladem pozostawionym przez ciągniki. Nie deptamy więc upraw. W oddali maszeruje grupka pięciu saren. Te obserwujemy przez lornetkę, patrzymy jak jedzą. Przywdziały już rude, letnie sukienki. Ale w rzepaku dzieje się coś dziwnego. Łodygi kołyszą się niespodzianie i raptownie. Jakieś mniejsze zwierzęta. Buszują. Znajome odgłosy. Miga coś brązowego. Warchlaki! Choć trudno jednoznacznie stwierdzić. Na pewno wyrośnięte nieco dziczki. Wygląda na to, że są same. Oddalają się coraz bardziej. Po chwili łan nieruchomieje, i już nie jesteśmy w stanie ich namierzyć. Rzepakowe duchy. Zupełnie zniknęły. Taktyka i dziczy spryt. Szukaj wiatru w polu…

Przyglądamy się… trawie. Siedząc dłuższych kilka chwil zauważyć można jak źdźbła również ‘’sprężynują’’ drgają same z siebie, zmieniają swoje położenie. Nagle, ot tak. Zauważam to zjawisko od dawna. Pewnie jest jakieś wytłumaczenie. Nie odbiera mu to jednak niezwykłości. Dziękujemy i trawce, za to mikro – widowisko. Dziękujemy Ziemi, za kolejne tajemnice. O zmroku docieramy nad łąkę, która ściele się różnobarwnym kobiercem przepychu. Choć kolory już gasną, jeszcze jesteśmy w stanie dostrzec jej mozaikowe bogactwo. Puszą się miękkie dmuchawce i ostatnie mniszki. W zmierzchu wyglądają jak maleńkie lampiony. Kolejny czas przemiany. Łąkę opanowały jaskry. Ich drobne kwiatki ścielą się gęstą siecią, połączone pajęczyną szarzejącej zieleni. Jak w baśni.  Kolorowy raj. Mam ochotę wrócić tu w słońcu, na boso. Na niebie spoczywają gęste, bure chmury, kiedy siadamy na powalonym dębie pod lasem. Pokonana siłami wiatru brzoza obok, wywrócona i przechylona spoczywa na samej ziemi. Mimo to, widać, że nadal żyje. Wypuściła zielone liście. Choć już się nie podniesie… Rudzik i drozd śpiewak popisują się w pieśniach gęstniejącego mroku, a obok zaczyna krążyć wcale niemały nietoperz. Lata prosto, rzadko nawraca. To pewnie Borowiec Wielki. I znów na chwilę odżywają dawne zabobony… Wyjaśniam, że ‘’gacuch’’ nie ma żadnego interesu ani chęci, by wkręcać się komukolwiek we włosy. A jeśli lata obok głowy, to dobrze. Wyłapuje na bieżąco pojawiające się komary, które zapach człowieka przyciąga. I nimi tylko jest zainteresowany. Nastrojowo podzwania świerszcz, zwiastując czar pierwszych wieczorów letnich. Za chwilę nastaną w przyrodzie ‘’Białe Noce’’ – głośne i gwarne, a ubogie w ciemność, trwające ledwie kilka godzin.

Pojedyncze dotąd krople, wezwały mokre towarzystwo. Modelowanie przestrzeni. Pamiętam jak pomyślałem w tamtym momencie: ‘’Dobrze, że dzień minął nam bez zapowiadanego deszczu’’. I wtedy lunęło. Jakby żywioł wstrzymywał się i czekał, kiedy wreszcie będzie mu wolno.

Powrót przez nocny, ulewny las, czarującym zapisze się wspomnieniem. Kojący szum wlewa  w uszy. Majowy opad. Teraz pragnę tylko, by padało jak najwięcej. Potrzeba drzewom i zwierzętom, tej suchej wiosny. Co chwilę przystajemy słuchając błogiego szmeru deszczowej modlitwy. Odkrywamy las na nowo, który innym objawia się pięknem, w każdej zmianie pogody. Wyciągamy ręce w górę z twarzami do nieba, i siebie dając obmyć lejącym strugom. To jest właśnie życie… i czerpanie radości, z pozornych przeciwności. Cieszymy się ulgą roślin. Nie myślimy wyłącznie o sobie.

– Chrrrrrrmmmm!

Rozbrzmiewa ostrzegawczo kilka kroków dalej. W ciemnościach odezwał się dzik. Tuż obok. Nasłuchujemy odgłosów zwierza. I on na pewno nas usłyszał, a teraz kręci się, nie wiedząc do końca co zrobić. Wędrowcy chyba lekko przestraszeni, ja szczęśliwy. Bo takie chwile nie trafiają się często. Kilka minut w napięciu i wzajemnym słuchaniu. Zwierz przedziera się z łoskotem. Prawdziwe Szepty Kniei, dzieją się właśnie i stają naszym udziałem, Niedługo potem spotykamy następnego. I on chrumka do siebie, wymijając nas gdzieś lasem w ciemnicy. Ale widać przecież. Gdyby wyszedł na drogę, dostrzeglibyśmy sylwetkę. Emocje sięgają radosnego apogeum. A ja dziękuję dziczemu plemieniu za dar wspólnej chwili, życząc im bezpiecznego szlaku z obfitością łakomego żeru.

60179930_665360293889038_4679694416082894848_n

60333024_2107712859346287_6814169514381410304_n

59951411_590114151480835_7200862179002679296_n

Święto Wody

Tej nocy, długo żadne z nas nie może zasnąć. Za dużo wrażeń, w połączeniu z przyjęciem energii leśnych. Ogromna dawka. Wiem, że będą ‘’mielić się’’ z tydzień. Pada z przerwami całą noc, od świtu przechodząc w regularną ulewę. I deszczem wita nas dzień. Ani trochę tym zmartwieni, ruszamy. I taką pogodę można wykorzystać. Śliski, wilgotny świat, obmyty z pyłów i kurzu uśmiecha się do nas bukietami błyszczących liści. Niektóre kwiaty pozamykały się w niemym ‘’buncie’’, jakby chciały chronić swe delikatne wnętrza. Przypominają mi się chwile, takich letnich słot, z dawnych czasów kiedy klimat jeszcze nie wariował. Umiarkowane ulewy potrafiły trwać blisko tydzień, nawadniając ziemię dla potrzeb przyrody. Dziś będziemy czatować. Zasiadka. Moje ulubione. Wdrapujemy się na zapomnianą ambonę, usytuowaną tuż nad bagnem. Czeka nas wielogodzinne czuwanie. Będziemy niewidzialnymi dla przechodnych po łąkach zwierząt. Ptaki śpiewają na potęgę, jakby pierzasta brać cieszyła się z tej ulewy. Co i raz przelatują szpaki, niosąc w dziobach wijące się larwy i dżdżownice. Nie siedzimy długo, gdy z lasu za plecami wybiega królik. Otrząsa się pociesznie z kropel, choć widać, że przemoczył już futro. Zajada zieleń. Smakuje wszystkiego, kicając tu i tam. Przemyka tuż pod czatownią, oglądamy więc na żywo i w pełnej krasie. Na nas nie zwraca uwagi. Deszczowy szum tworzy dźwiękowe tło, które kamufluje dla jego słuchu wszelkie nasze odgłosy. Podziwiamy go więc nie przeszkadzając. Refleksja. Zawsze myślałem, że ‘’jestem sam’’. To znaczy, że tylko mnie takie rzeczy ‘’kręcą’’. Są tymczasem ludzie i potrafią przyjechać z bardzo daleka, aby takie chwile w radości dzielić i przeżywać. Pojawienie się szaraka wywołuje szczęście, podekscytowanie i wdzięczność u naszej trójki. A przecież on tylko, przyszedł jeść. Ciężko wyjaśnić fenomen leśnych ludzi. Dusze, które kochają przyrodę. Kiedy tylko odłożymy na bok ustękiwania umysłu, może ta Miłość przejawić się w pełni. Pieśń słowika w deszczu, nastraja marzeniem, i świeżością. Koncertuje też pokrzewka gajówka, kos, szpaki, kapturka, trzcinniczek i świerszczak. Bagno żyje. Raz po raz ‘’przykrywają’’ je odgłosy zawołań żurawi. Ruch jak na autostradzie. Wzlatują i lądują kaczki. Ogromny Żuraw wystartował z ostoi szuwarów. Przemyka nisko w pełnej okazałości, tuż przed naszymi zachwyconymi oczami. Ptak rusza na żer. W oddali pojawia się sarna – ta wychodzi spod wielkiej wierzby, i wcale nie kwapi się wystawiać na wilgoć rudego futra. Kręci się na samym skraju, znikając co chwilę z pola widzenia. Gdyby nie ruch, nie sposób łatwo ją dostrzec, nawet na tle zieleni. Z tyłu w lesie, przemyka niewidoczny dzik, zostawiając nam echo chrząkającego pogłosu. W dzień deszczowy, bardziej śmiałe i ufne są u siebie zwierzęta. Wiedzą, że człowiek podczas słoty, niczego tutaj nie szuka. I tak mijają ponad trzy godziny. Słuchamy uspokajającego szmeru wody, spływającej po milionach liści. Deszczowa muzyka, okraszona akompaniamentem ptasim. Ziąb dotyka dreszczem, kiedy wiatr sypie na nas w porywie fontannę rozproszonych kropel. Wędrowcy chcą już wracać. Nie oponuję. Wytrzymali długo, jak na pierwszy raz w takiej pogodzie. I bez specjalnego ubioru. Ptaki uciszyły i ukoiły, pogrążone czasem w rozmyślaniach chaosu wnętrza. Czujemy się nasyceni. Dwa Dni Wędrowne. Jeden dla Drzew w poszukiwaniu wieści, drugi ze zwierzętami, dla odkrywania przyrodniczych ciekawostek. Gwarzymy wtedy o ptakach i zwierzu, a ja opowiadam co wiem o ich zwyczajach, życiu codziennym, trudach, pożywieniu, radościach, potrzebach i troskach. Konrad podąża boso, oddając się chłodnej pieszczocie wilgoci traw. Poczuć pełnię… bo my w kurtkach i kaloszach, a zwierzęta nie mają taryfy ulgowej. Zastanawia – ich codzienny byt i przystosowanie. Próbujemy przecież tylko namiastki. Celebrujemy w ciszy Święto Wody, wracając z wolna ku sprawom zawiłym, a ludzkim… Jednak każde z nas odtąd wie, gdzie, kiedy, i jak szukać ukojenia, odskoczni, i prostoty. Żywioły Natury czekają wraz z całym bogactwem każdego dnia na swoich odkrywców. A gdy już po wszystkim, nadchodzi czas wzajemnych podziękowań. Słyszę od moich gości, że jeszcze nie przeżyli czegoś takiego, mimo przebywania częstego w przyrodzie. To chyba najmilsze mi słowa, jakie paść mogą na pożegnanie. Odtąd każda najmniejsza wędrówka będzie dla nich wyjątkowym przeżyciem. A ja cieszę się, że mogli na te kilkanaście godzin przekonać się jak to jest, i poznać jak  w praktyce powstają Szepty Kniei.  Jeszcze się spotkamy…
59788046_388476352008850_7936120211680264192_n

Gościom moim, Marii i Konradowi, jako świadectwo wspaniałych chwil i w podziękowaniu za świadome towarzystwo podczas Dni Wędrownych. W hołdzie Waszym Procesom.

Chmurom, deszczom, i ulewie – za możliwość odkrywania bogactwa tego świata w mokrej tym razem odsłonie, oraz pełnię leśnego odczuwania. W radości kochana Przyrodo, że mogliśmy tyle Twoich sekretów dojrzeć, w doświadczeniu bliskości wodnego żywiołu i codziennego żywota mieszkańców kniei, bagien i pól.

__________________________________________________________

* Wędrówka miała miejsce w ramach naszych warsztatów:

Przytulanie Drzew – Podróż do Źródła Istnienia

Wydarzenie na Facebooku – Kliknij i dołącz do wędrownej społeczności

A jeśli i Ty masz ochotę podarować sobie spokojny Dzień Wędrowny w doświadczeniu intymnego spotkania z Naturą, pisz, pytaj. Kontakt w sprawie zgłoszeń:
czeremcha27@wp.pl

Na blogu możesz też poczytać inne wspomnienia z niektórych minionych warsztatów:

Dendroterapia – Przytulanie Drzew

Możliwe są też wyprawy i czuwania nocne. Szczegóły w Wydarzeniu:

Księżycowy spacer w magicznym świecie Przyrody

_________________________________________________________

P90511-151644

P90511-145539

P90511-172157

 

Brzozowe kręgi Mocy. Drzewa uczą czuć siebie na odległość.

Pilne, stanowcze wezwanie do lasu, ratuje dziś mój dzień przed katastrofą. Dużo się dzieje. A dawno z Krzesimirem nie rozmawialiśmy sami. Mimo zimna, ruszam… Uwielbiam to uczucie, kiedy jestem jeszcze w drodze, a dąb już wie, że się zbliżam. Cieszy, że udało mu się przebić przez rozgadany umysł i mnie wezwać. Z malejącą odległością radość obojga wzrasta, by mieć finał gdy podbiegam przywitać się w przytuleniu. Dłonie drętwieją w ‘’cierpnącym’’ powitaniu. To takie drzewnie uściśnięcie ręki, bardzo dębowe. A on cicho sobie mruczy – dudniącą pieśń Siły Ziemi. Ostatnio w ogóle dużo kontaktuję się z Ziemią przez Drzewa. Rozmawiamy o tym co się u mnie dzieje – o planach wyprowadzki i Księżycowej Przystani. Rozmyślam trochę, czy jemu to odpowiada? Czy nie będzie tęsknił? Obiecuję, że zawsze będę odwiedzał…

– Hmmmm, czyżbyś wreszcie dojrzał do samodzielnego bytu?

Trochę trzaska w buzię tym pytaniem. Ale drzewa już takie bywają, bezpośrednie. W końcu nas całkowicie ‘’widzą’’.

– Wiesz lepiej – odpowiadam.

-Nie, Ty wiesz. Ty to musisz wiedzieć. Czego chcesz. A możesz wszystko. Gotowość lub jej brak. Ty o niej stanowisz, a kierujesz się własnym poczuciem. Emocje jakie przeżywasz, wytyczają kierunek rozwoju. Czasem choć trudne, również potrzebne aby wskazać. Ruszyć do zmiany. Nie uciekasz przed nimi, a dajesz sobie przestrzeń do rozwoju i jak najlepszego przejawienia. O to chodzi. Nie wiń się więc. Przychodzi czas, że trzeba się rozstać, nawet na zawsze. Drzewo wzrasta ku światłu i widzi przejrzyjście. Prosta linia góra – dół. Wy lubicie komplikować. Okrężną ścieżką. A o tyle Wam lepiej, że dysponujecie niemal natychmiastową możliwością zmiany i czynienia – w odróżnieniu od Drzew. Zatem? Co postanawiasz. Stwórca z Tobą pójdzie wszędzie. On uwielbia, kiedy może na nowo przejawić się w innych doświadczeniach Istoty. A i inne Drzewa – potrzebują wybudzenia. Bo nie tylko ludziom w ten sposób pomagasz. Powiedziałbym, że Drzewom nawet więcej. Bądź dla nich wyrozumiały i czuły… Na tej drodze.

Słyszę wiosenną pieśń brzozy, dobiegającą ze skraju lasu. Widzę nawet która. Gasnący urywek. Cichnie. A ja uświadamiam sobie, że nie słyszałem drzewnych śpiewów, najpiękniejszej melodii dla duszy, już od jesieni ubiegłego roku. Tyle czasu! Wzruszam się…
Dąb nakazuje mi iść do tychże brzózek. Zielenią się delikatnie na tle sosen. Czuję, że wołają. No dobrze…

– Cześć dziewczyny…

Pierwsza lekka ‘’irytacja’’. Na każdym z trzech drzewek przysiadły leniwie snujące się mrówki – rudnice. Nie sposób tulić. Ale nie złoszczę się. Czuję, że dzieje się głębięj i tak właśnie ma być. Przypadkiem nie zawołały. Przychodzi mi taka myśl, że przecież mogę wyciągnąć dłonie i starać się czuć z odległości – może właśnie o to chodzi? A one już zaczynają się kołysać i witać. Ta synchroniczność – że zawsze odpowiadają ruchem we właściwym momencie.Nie sposób opisać mi uczuć, jakich doświadczam w tamtym momencie. Rękoma, z pół metra, czuję delikatny puls każdej z nich. Badam wokół. A one… zaczynają się do mnie ‘’dobierać!‘’

– Słyszmy co myślisz. Nie podniesiesz rąk, bo skraj lasu i obawiasz, że ktoś zobaczy? Zrobimy inaczej dzisiaj. Nauczysz nowego. Ułóż ręce i ciało, o tak…

I układają mnie w pozę. Ręce skierowane ku dołowi, na spokojnie, stojąco, palce i dłonie rozwarte. Głowa uniesiona lekko wyżej. Wyprostowany. Z daleka na pewno normalnie wygląda… Czuję jak natychmiastowo płynie – ale ode mnie do Ziemi. Dużo schodzi, jakby warstw. ‘’Czuję’’ – można nadużywać tego słowa, ale ciężko o inne. Jakbym robił tak już od zawsze. Takie naturalne. I mógłbym chyba stać tak godzinami. Błogo.

– Ziemia pochłania. Tak jej oddajesz. Bardzo proste, stare techniki uzdrawiania. W Brzozowych kręgach. Myśl o tym co ma spłynąć. Pożegnaj. Wyobraz. A potem strząśnij ręce. Dlaczego lekarka – brzoza kołysze przy każdym podmuchu? Widzisz. Też otrząsa się i oczyszcza. Ale teraz my zrobimy. Czuj!

I odbieram, jak podchodzi pod dłonie coś gęstego, puchatego, ale swą warstwą okala wokół. Od spodu. Trochę jakbym mógł ją formować, zatapiać ręce unosić.

– W brzozowym kręgu, których znajdziesz wiele. Tak, możesz to formować, kierować. Pole Ziemi, wzmocnione, podniesione przez nas i uświęcone naszą leczniczą energią. Skieruj na siebie, lub drugą osobę. Otul jak kołdrą, zanurz. I co chcesz z tym zrobić, na co ofiarować? Tam pomoże.

Przesuwam wyciągniętymi dłońmi – w zachwycie. Takie to namacalne! Ale najbardziej zaskakują mnie mrówki. Mnóstwo ich tutaj. Są nie tylko na drzewach, ale i kłebią pode mną, inne maszerują swoimi maleńkimi dróżkami. Mimo to żadna mnie nie atakuje, ani nie próbuje na mnie wspinać. Nie atakują. Ignorują. To jest dopiero fenomen, bo zwykle rudnice potrafiły już burzyć się na cień człowieka. Co tu się dzieje?

– Teraz idz do sosny obok…

To jeszcze brzozy. Ok, kilka kroków i jestem. Nie wiem już które z nich mówi, ale sosna prosi bym także stojąc naprzeciw wyciągnął dłonie i…

– ….i przesuwaj…do góry. Cały się rozprostuj. Na czubki palców stań. I w dół…Do samej ziemi…przykucnij. Dotknij jej.

Czuję jakbym dokonywał jakiegoś prasowania. Masował. Niezwykłe, jak czuć, gdy ta energia prześlizguje się i rozjeżdża. I gdy tak zjeżdżam po raz trzeci w dół, widzę, że pociągam jakby za sobą kilka mrówek. Spadają pojedynczo. Jakbym je ściągał… A przecież nie dotykam nawet tego drzewa! I powtarza się za każdym razem. Ilekroć ściągam dłonie w dół, owady spadają. I nadal nie są rozjuszone. A więc tego miałem się nauczyć. Jeszcze tak nie robiłem. Czy To może masaż dla drzewa, zabieg, a może jakiś inny głębszy sens, dowiem się później. Wiem, że na dziś to wszystko. Jedna z brzózek zaczyna cała trzeszczeć od środka, tak werbalnie wyrażając swoją obecność. Mnie nieustannie dziwi – ta synchronizacja komunikacji.

– Trudno Ci przyjąć, że drzewo rusza się wydaje dzwięki samo z siebie. Tyle razy już widziałeś, słyszałeś. A co w tym dziwnego? Co to miałby być za problem? Jestem również ciałem, które się czuje, jestem całkowicie świadoma każdej swojej części. Wstrząsam, pląsam, tańczę, śpiewam, kołysam, śmieję, nawet krzyczę! Albo jak dąb, co wibruje i mruczy.

Poucza jedna z sióstr kręgu. Teraz ja nie bacząc na nic, wyciągam ręce w górę i dziękuję. Rozbujało mnie. Machają mi gałązkami. Ta trzeszczy i aż drga cała. Cieszą się, że odebrałem i pojąłem. Ale to nie koniec brzóz na dziś. Stąd ruszam nad bagno, gdzie siedzą kolejne z nich, tak jakoś znów czuję, że tam powinienem ruszyć.

55450442_10205791434581815_4101174630687965184_n

Po drodze mijam korowód olbrzymich, pięknych świerków, jakie jeszcze się tutaj ostały. Ostały, bo resztę ich wycięto. Człowiek w swym zadufaniu uważa, że wie lepiej, jak co i gdzie ma rosnąć. Że on zaplanuje, dostosuje skład gatunkowy i tak będzie. Szkoda, że nie bierze pod uwagę zmian klimatu… I wielu innych, tak zmiennych. Rozmyślam o świerkach. Co musiały czuć, kiedy ich bracia padali ofiarnie. Jak cierpieć – nie ma dokąd uciec jak się ratować. Dla swych prześladowców są przecież tylko surowcem, coś jak marchewką do wyrwania. Nie lubię o tym wszystkim rozmyślać ani zgłębiać. A one już zaczynają groznie się kołysać i stroszyć. Nikt nie lubi być ignorowany. Większość drzew jest ciepła i wyrozumiała. Zgodna. Chcąca tworzyć. Świerki trochę buntownicy. I bardzo bezpośredni… Choć dobrze im życzę, tak niewiele mogę zrobić. Przyspieszam kroku, a za mną gonią świerkowe słowa…

Idzie brat nasz dawny w mroku, 
Jeszcze kilka zrobi kroków, 
Czemu znów wypierasz cienia, 
Upór Twój niewiele zmienia,

Złość, niezgoda, lament, żale, 
Nie chcesz w tym się znaleźć wcale,

Zgoda, 
Świerk Ci wtedy gałąz poda, 
Byś zrozumiał, 
Przyjąć umiał,

Wiedz, że przeżywamy wszystko, 
Dzięki wam, i tym pomysłom,

Ścinać, palić i mordować, 
Potem nowe wyhodować…

Opłotować, i zasadzić, 
Głuche, ślepe – mają radzić!

Nas prowadzić chcą w rozwoju
Licząc zysk ze ściętych słojów,

Oto katastrofa lasu, 
Choć nie widzą jej zawczasu

To poniosą konsekwencje, 
Wszystko naraz, jeszcze więcej,

Śmieci, susza, i spaliny, 
Bo to wasze są przyczyny

Drzewa patrzą, przyglądają, 
Bo po prostu, to przetrwają

Będzie tak jak zawsze było, 
Bez człowieka, lepiej żyło,

Próżny trud wasz, nie pokona, 
My przetrwamy, los w nasionach

Dobrze sobie poradzimy, 
I na nowo, świat stworzymy,

Bez Was…

Dość… I wiem, że mają rację. Swoją prawdę. A wrażliwość ma swoją cenę. Pewnych rzeczy nie chciałoby się widzieć, czuć, przeżywać. Wybierać tylko światło i dobre strony. Na tą chwilę nie czuję się w siłach, aby przyjąć ich ból, bunt i gniew. Nie dziś… Gdy mijam kawałek dalej klona, natychmiast odwracam głowę na nagły szelest. Po ściółce mknie ze szmerem zeschły jego liść. Myślę wtedy, że one mówią do nas w każdej chwili. Dialog, a raczej monolog w stronę ludzkości trwa…

Brzozy nad bagnem. Tu Wszystkich moich gości ogarnia radosny nastrój i odbywamy taniec w Uśmiechu Serca. Tutaj one uczyły mnie znów przekraczać siebie w odkrywaniu. Witają się wesoło i dziś. Chciałem je tylko odwiedzić. Mam zamiar przejrzeć sosnowy młodnik obok, którego nigdy dokładniej nie sprawdzałem. Słyszę ich wesołe śmiechy. Hej dziewczyny! Tak lubią gdy do nich się zwracać.

– Do młodnika sosnowego dziś nie idz…

Słyszę dziewczęcy, troskliwy uprzedzający głos. Umysł zaczyna bełkotać. Ale jak to? Przecież tam nic nie ma, żadnych zwierząt większych, niczego co mógłbym spłoszyć. Jest środek dnia, więc nawet jeśli… A chcę tam pomyszkować, kto wie co odkryję, a poza tym lubię naturalnie rozsiane młode sosenki, w ich towarzystwie pobyć. Zagadałem…
Kilka kroków w gąszcz i się okazuje. Z piasku zrywa się królik i odbiega kawałek. Brzozy wiedziały, uprzedzały…ufać, słuchać! Wracam pokornie i przepraszam… Kolejna lekcja.
Dziękuję za poradę, no i obiecuję poprawę…

– Na głos, na głos podziękuj!

Upominają. Okej. Wypowiadam najpiękniej, macham do nich i kłaniam. A tu dostrzegam zza krzaków na dróżce człowieka innego z piesem. Stoi zdumiony. Dociera do mnie, że on musiał wszystko widzieć i słyszeć. Mina mówi wiele…ale wtops! Mijamy się… trochę puchnę z purpury. Ciekawe to… Ale tak. Co innego samemu, a co innego gdy jesteśmy w kilka osób u drzew. Mam to jeszcze do przerobienia. Obawiałem się, że ktoś zobaczy – no i zobaczył.

– Co to, wstydzisz się nas, koleżanek wyrzekasz?

Wołają rozbawione brzózki. A do mnie dociera, że taki zrobiły mi kawał. Z tym ‘’na głos’’. Cierpliwości leśna, a święta! Któregoś dnia się przyzwyczaję… Z nimi tak już jest. A w pamięci i wdzięczności zostaje ze mną nowe – Brzozowe kręgi Mocy 💚

PS. A brzozowe kręgi praktykowaliśmy już podczas następnych warsztatów z Drzewami Mocy. W pewnym momencie mój gość przechodząc obok trzech brzózek… nie sposób było się powstrzymać 🙂

pppp.pg

P90414-145314

Pierwiośnie pod Księżycowym Lasem

Wieczór sączy się czerwonym nurtem leniwie. Przecieka nad polem niosąc zapowiedz chłodu. Przede mną rozciąga się widok na przekopaną dziczymi ryjami łąkę, która z tej perspektywy wydaje się być jednym wielkim buchtowiskiem. Krecie kopce sterczą jak małe wulkany w chaosie tego spustoszenia, a ja wiem, że ta trawa nie z takich zgliszcz odrośnie. Jak się zazieleni, nie będzie śladu. Ależ się tu dzieje! Siedzę pod samym lasem, opierając swoje plecy, o pień krzepkiego dębu. On niezbyt…lubi ludzi. Odczułem to już w zeszłym roku. Powodu nietrudno się domyślić, jeśli spojrzeć na okrągłe, jeszcze nie zalane twardzielą blizny, po ścince dolnych grubych konarów. Przykro go ktoś urządził. Bezmyślnie. Dziś on kłuje mnie na powitanie, ale ja negocjuję. Tłumaczę, że nie wszyscy my tacy. Obdarzam współczuciem i najlepszymi życzeniami. Uspokaja się nieco, co jakiś czas dudniąc gniewnie korzeniami od spodu, w utyskiwaniu na swą dolę. Czuje się to przez stopy. Ale mogę już tu siedzieć. Zrobiło się neutralnie, łagodniej. Dopóki jest jasno, staram się po prostu olbrzymowi opowiadać nieco, z dziejącej się tu baśni… Spójrz Mocarzu! Poczuj, co tu się wydarza.

fd64807da33b66abc75fabb0b6f34c04

Na łące podskakuje kruk. Jakby się bawił, dokazywał. Wylądował, mimo że musiał mnie widzieć. A to ostrożne ptaki. Słyszę, że jest ich tu więcej. Odzywają się od jakiegoś czasu. Wsłuchując się, odkrywam. To nie jest takie sobie bezmyślne krakanie. Tu ton wyższy, zaraz inny, ostrzejszy, a czasem aż śpiewne miauknięcie. Bynajmniej nie myszołowa. Ptaki rozmawiają ze sobą! Dusza słyszy. Ciekawe o czym? Podobno kruki potrafią rozpoznać się po głosie nawet po kilkunastu latach rozłąki. Albo po sposobie lotu, z daleka, w powietrzu. Nawet w tym swoim charczącym języku nadają sobie imiona, po których rozpoznają się wołając. To czas kruczych toków. I kiedy łąkowy gość wzbija się do lotu, nadciąga szum zwiastujący kolejnych. Trzech. Przelatują nisko, zataczając nade mną krąg. Ciekawskie ptaszyska. Słońce zaszło już za horyzont, zostawiając świat z poświatą dawnego blasku. W oddali wierzchem pola maszerują sarny. Ich czarne sylwetki odcinają się wyraznie. Za chwilę księżycowy mrok podejmie się spisywania nowych zwierzęcych opowieści… A tu ptasie życie dzieje się w najlepsze. Odzywaja się żurawie. Ale najbardziej zaskakują melodyjne piski czajek. Wcześnie przyleciały. Jak radzą sobie z mrozem?

W majestacie ostatniej czerwieni zachodu, nadciągają rozległe klucze gęsi zbożowych. Najpierw ‘’straż’’ – kilka osobników leci i krzyczy, za nim pozostałe, rozciągnięte formacje. Lecą równie nisko, wiosłując powietrze nieustannymi ruchami poczciwych skrzydeł. I tak żeglują. Wiosenni krzykacze. Zawsze się zastanawiam, jak one potrafią nie pogubić się po ciemku, bo często nocą też latają. Widoczne głos wystarcza. Na pobliskim stawie, kaczki alarmują jak wściekłe. Cały wieczór nie mogą się uspokoić. Co tam się dzieje? Normalnie takie niespokojne nawoływania, świadczą albo o przeszkadzającym dziku, albo penetrującym szuwary, lisie. Być może… Świat powoli okrywa się srebrem, gdy nadciąga księżycowy pielgrzym z zaklęciem poświaty. A one nadal latają. Poświsty skrzydeł. Ruch. Prują powietrze jak strzały. Tamte ze stawu nawołują. Normalnie kakofonia…Kaczkofonia. I wtedy jeden odgłos, powoduje, że robię się nad wyraz zaskoczony i czujny. Niesie się wirujący i nieco fletowy. Powtarza się. Słucham zdumiony. Bo to nie jest ‘’byle jaka’’ kaczka. To Świstun. Taka trochę kacza legenda, którą widziało niewielu, bo jego liczebność ocenia się na kilkanaście gniazdujących par, na cały kraj… Ale nie mogę się mylić. Nie ma też o tej porze roku ptaka, który mógłby naśladować ten głos. Co innego latem. Ale nie 17 lutego. Stawek też nie wyróżnia się niczym szczególnym. Cóż za szczęście! Mimo, że nie widziałem, to mogę dopisać prawdziwy ptasi unikat do zasłyszanej listy. Tylko…jak to logicznie wytłumaczyć? Jak się tu znalazł? Bardzo nikła szansa. A jednak! W domu sprawdzam jeszcze z nagraniem, co usłyszałem. To na pewno był Świstun.

P90217-163218

Dąb wreszcie zasnął. Ziemna wibracja zanikła. Może znużyło go moje ciche paplanie. Mam nadzieję, że jakoś mu pomogłem. Z drzewami, jak z człowiekiem. Bywa, że rozmowa i obecność działa cuda. Też potrafią się zagubić. Zimno wręcz gryzie, i tak powoli łapię się, że wybrałem najgorsze miejsce z możliwych, jeśli chodzi o komfort termiczny. Zaniżenie terenu ściąga chyba chłód z całej okolicy i kumuluje do potęgi. Robi się sennie, białawo…Co tutaj wyprawiają mgły… Najpierw nieśmiały język wynurza się z lasu, ale w ciągu kilkunastu sekund gęstnieje na całości tak, że przesłania mi cały widok. Po kilku chwilach rozpraszają się, jakby trącone niewidocznym dotykiem. Wraca normalna widoczność. Zjawisko powtarza się jak żywe, niemal pulsem. Ziemia oddycha. Księżyc czaruje. Wyciąga zimno, wodę i chłód, zesłaną podczas zimowych miesięcy… Co za taniec. Odwracam się i spoglądam na las za plecami. Sosnowe pnie sterczą wpoły zanurzone w mglistym jedwabiu, oplątane jak prześcieradłem. Druga połowa wznosi się majestatycznie na tle kryształowego nieba, już wolna od zasłony, za to udekorowana lampionami pojedynczych gwiazd. Za nimi, jak patron i kreator tego całego cudu, zagląda śmiały księżyc. Widać go bardzo dobrze. Boże, jak tu pięknie… Dziękuję… Chwilę zastanawiam się, co na taki widok rzekliby moi Księżycowi Wędrowcy, a kto odważyłby się wstąpić kawałek w tak zaczarowaną przestrzeń lasu… Czasem wydaje się, że tam w oddali ktoś stoi i na Ciebie czeka. Gest czyni zaproszenia, chwiejną ręką. Zjawa czasów minionych, lub ułuda, psota mglistej magii. Rozwiewa się niespodzianie, jakby jej nigdy nie było.

landscape-1550698068862-5262

Kaczki nadal niespokojne, choć nieco ciszej. Kawałek dalej z lasu wybiega sarna, skacze przez mgły. Chyba chciała jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem macek wilgoci. Rzeczywiście, na polu zwalnia i przystaje. A mnie rozprasza narastający szmer nieznanego, skradającego się po listowiu. Słyszę, że czmera skrajem lasu. A jeśli tak, trafi na mnie. Na razie nic nie widać. Jeszcze. Chwila spokojnego napięcia. Coś małego. Jest! Szare. Ale o tej porze wszystko jest szare lub bure. Poczyna sobie niemrawo, kręcąc się bez przekonania po krecich kopcach i jakby niepewnym będąc kierunku. Ucieszony, rozpoznaję nocnego gościa. To jenot. Taki trochę puchaty ziemny piesek, bardzo sprytny i ciekawski. Lezie i kołysze się nieco na boki. Mało znany zwierz. Bardzo lubię jenoty, mimo, że są gatunkiem inwazyjnym, potencjalnie szkodliwym. Wnoszą taki powiew tajemnicy, nie będąc tak widoczne ani łatwe do spotkania jak lisy. Zbliżając się do mego stanowiska, zwierzak musiał coś choćby intuicyjnie wyczuć, bo omija mnie nieznacznym łukiem. Nadciągnął od strony stawu…

I wszystko stało się jasne. To pełnia tajemniczych jenotów… Jego tak bały się kaczki.

Termos gorącej herbaty ratuje sytuację podczas następnych godzin oczekiwania. Jękliwie zawodziła Pójdzka, polny strach pól, ostatni widok przed śmiercią mysią. A czarny zwierz nie nadchodził.

noch-les-ozero-kamyshi-derevya

Krzesimir – czas się dokonał

Był to czas rykowiska. Tamta noc upłynęła mi w pogoni za słuchaniem ryczących, wyjących, charczących i bekających byków. Ależ grały! Ma się wrażenie, że mocarna wibracja tych dzwięków przywraca wszelkim zakątkom ducha dawnej pierwotności. Ostatecznie, po objechaniu niemal całego lasu, wylądowałem u swego dębowego przyjaciela. I…dokonało się.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Gaszę czołówkę szybko, bo zlatują się do niej ciekawskie nietoperze.Drzewo wita się spontanicznie, żywiołowo. Nie spodziewał się mnie tu chyba dziś, tak samo jak ja nie planowałem go odwiedzić. Rzuca mi w dłonie drętwiejącym ciepłem, to znak dla mnie jego świadomości, kontaktu i radości. Płynie energia. Po paru godzinach włóczenia się w ciemnicy, nie ma już we mnie niepokoju. To szczególne, bo kiedy nie ma księżyca, bywało że lekki strach trapił, powodując czujną uwagę. Kiedy widzieliśmy się ostatnio, nie potrafiłem siedzieć naprzeciw niego pogrążony w zupełnej ciemności, i czas ten spędziliśmy przy diodzie. Bardzo nie lubi, kiedy na niego świecić nocą, i upomina aby zgasić, sypiąc na głowę żołędziami, których zda się mieć nieskończoność. Dziś siadam ufnie w ciemnicy i razem słuchamy byka nisko mruczącego w zagajniku. Ileż dąb musi na ich temat wiedzieć! Gdzie chodzą, i w których miejscach ryczą, o jakich porach. Przecież jest tu ciągle i słucha, i obserwuje. Obdarowuję go ciepłymi słowami, wyrażając swą radość i płynące…uczucie. On milczał nieco przez ostatnie wizyty. A dzisiaj bardzo pobudzony. Tak przyjacielu, będzie w końcu deszcz! Śpiewały o tym i Topole na szlaku. Ale Ty już o tym wiesz, bez konieczności znania prognoz. Cieszę się razem z nimi. Bo to powód ich przedłużającej się ciszy. Trudno radośnie śpiewać, gdy gardło wyschnięte na wiór. Poprosiłem ostatnio wszechświat o ulgę dla moich drzew, i na drugi dzień popadało umiarkowanie dobę. Ale to stanowczo za mało. Jak na tyle suszy, i potrzeby spragnionych olbrzymów. Delikatnie kłuje punkt w plecach. Ej, dlaczego mi to robisz? Wszystko w porządku?

– Rozkrzyżuj nogi… Słyszę cichą prośbę. Spełniam ją w mig. I kłucie raptem znika.

Opowiadam dębowi o wszystkim co się zdarzyło ostatnio, coś o ludziach jakich poznaję. O tak, ‘’lubi weryfikować’’ moje znajomości. I nigdy się nie myli… Ja z umysłu nie dowierzam często, i o dębowej racji przekonuję się zazwyczaj boleśnie po czasie. Zaczynam opowiadać o książce, i o moich wątpliwościach znów, pytam co Ty na ten temat uważasz? I dlaczego od pewnego czasu jest między nami tak, określiłbym, inaczej? Dlaczego miałem wrażenie, że wręcz pchasz mnie do innych drzew…

Kropka seledynowego światełka miga obok. Raz, drugi. Nie, musiało mi się przywidzieć. Dąb szumi…Błyska drugie z prawej! Co to ?? Wygląda jak znane świętojańskie robaczki. Ale 20 września? Albo przyroda nadal w szaleństwie, albo to inny gatunek, lub po prostu czegoś nie wiem. Nie świeci ciągle, tylko błyska i znika w ciemni. Dopadam tam z latarką i… niczego nie znajduję. Spadają na raz chyba trzy żołędzie. No tak… Przecież często porozumiewał się przez zwierzątka. Dzisiaj błyska zielonkawą magią.

– Czas nasz się dokonał. Dobrze czułeś to od dawna. Tylko nie chciałeś uwierzyć, przyjąć. A…to takie trudne? Mówiłem Ci i pokazałem. Wszystko jest zmianą. 

Głos jego jest dziś taki wyrazny, czysty. Inny niż bywał wcześniej, choć ton podobny. Zupełnie się zmienił…Nie poznaję. Taki męsko – anielski. I trochę buntuję się przeciw temu co powiedział. Nie rozumiem chwilowo. Daje mi wgląd…i pojmuję.

23659549_321574431652345_8997142696899530726_n

– Wszystko, czego Ci było trzeba na tamten czas otrzymałeś i przyswoiłeś. Co trzeba uleczyłeś…Sam przecież widzisz… Nie jesteś już tym zapłakanym, smutnym, bezsilnym chłopczykiem, jakiego zawołałem do siebie tamtego dnia. Z początku nawet i to starałeś się wtedy ukryć. Choć wiedziałeś, że jak i tak wiem. Jak mogłoby być inaczej? Zobacz, że nawet energię dębową przepuszczasz już inaczej. Nie upajasz się urojoną siłą. Zmieniły się odczucia. W polu duszy pieczęć nasza odcisnęła się i zrobiła swoje. Gdzie się podziały Twoje wątpliwości i brak wiary? Wracasz już do nich tylko z nawyku umysłu. On też z czasem przestanie. Ufnie działasz. I ja Ci więcej dać nie mogę… Dlatego inne drzewa, poznawanie ich energii, znaczeń, tego co chcą przekazać. Przed brzozami bardzo się opierałeś… A spójrz ile Ci dały radości. Potem Klony, Wierzby, Jesion. Następne odkrycia przed Tobą. Zdecydowania nabrałeś, zaufania, odwagi. Bólów przykrych ducha i umysłu nie ma… A jako, że życie jest podróżą i zmianą tak je traktuj. Nawet dla nas drzew jest takim, choć pozornie – widzisz. Jeszcze nie raz się zaskoczysz. Dlatego już, nie musisz tracić na mnie czasu. Nie poczuwaj się przychodzić i siedzieć. Odwiedzaj kiedy zapragniesz. A po innej przyjazni, będzie kolejna. Nasza się nie kończy. Każde z nas już na zawsze zostanie przy Tobie.Nawet jak nie będzie odwiedzin. Bo kiedy z nami się szczerze porozumiewasz, tak w duszy zapisuje się pieczęć. Dlatego kolejne drzewa już wiedzą. One to rozpoznają. Czytają, jak z książki. Dlatego, jak zauważyłeś od jakiegoś czasu nie musiałeś każdemu opowiadać całej swej historii. Wystarczyło dać wgląd do siebie, pokazać i one wiedziały. Dlatego to tak płynie. Po tym wszystkim, pora na brzozową lekkość, taniec i uśmiech. Tego Ci brak. Tego dusza pragnie. Wyzwalaj je. Śpiewaj, wiruj, skacz! I płacz radośnie też przy nas. Zobaczysz co się dziać będzie z Twoim nastrojem i energią. 

Ma rację…długo opierałem się przed tą prawdą. I to nie jest kwestia czyjejś decyzji, wyboru, tylko tego co się dzieje. Mojej i jego zmiany. Stają mi przed oczami wszystkie nasze chwile. Wszelkie emocje, stany, słowa, znaki, opowieści, które były nam dane. Obserwacje, wieści, zwierzęta jakie nam towarzyszyły, wskazówki, znaki. Uśmiech, smutek, miłość, radość, gorycz, przygnębienie, żal, wzruszenia, beztroska, tęsknota, bunt, opór, lekkość, czułość, bliskość.. Czego to nie było.Ta cała podróż…To już? Wdzięczność. I płaczę. Ale jak to koniec z tym? Krzesimir, ja tak nie mam jak Wy! Że bum i zmiana, ja się bardzo ‘’przyzwyczajam’’, kocham, tak, kocham szczególnie mocno i długo. Przecież rozmawiamy na luzie. I tak będę Cię odwiedzał. Myślę w łzach… Że to za mało. Takie poczucie, że za mało dla nich robię. Jeden mały człowiek, kilkadziesiąt czytelników, zasięg też niewielki… Opowiadam mu o książce. Pytam, czy na pewno powinienem ją spisać. Ohh..! Posypały się żołędzie z trzech dębów wokół. Krześ się rozszumiał. Wystarczy zamiast słów. Zadaję pytanie, które mnie trapiło od czasu najbardziej:

Krzesimir, a jak Ty uważasz, czujesz? Powinienem zawrzeć w książce nasze opowieści, rozdział z Tobą, przesłania od innych Drzew? 

Zielonkawe miga. Z jednej strony, z drugiej. Stukot żołędzia lecącego po konarze. Dinks! Uderzył w rower. I drugi i trzeci, naprzeciw mnie. Szum korony. Na dłoni ląduje półprzyschnięty liść.

52105025_2346292698738939_2805369476927717376_n

Dobrze… Wszystko w niej będzie. Tak jak to było. Nikogo nie pominę. I niczego. Nawet Świerka – Zbójnika. Dąb wibruję mi ciepło przy sercu. Odbieram, że mam już wstać. I się przytulić…jak dawniej. Tak było z początku, podczas naszych sesji. Komendy; wstań, siadaj, połóż się, przyłóż czoło, stopy, przytul się plecami. Jest 3 w nocy. Jesteśmy tu sami, my, gwiazdy, i jelenie. I robaczkowi błyskający dziś magią towarzysze. Tulę się szczególnie mocno, obdarowując jego korę wdzięcznym pocałunkiem. I coś mi świta…Jak mogłem?? Dlaczego TOBIE akurat, nigdy prawie tego nie mówię?

– Kocham Cię Krzesimir. Jesteś cudem wszechświata. Dziękuję Ci za wszystko… 

Ciepłe tchnienie miękkiego ‘’puuchhhh’’ spływa nagle jak walnięcie obuchem. Puchem bardziej. Kręci mi się w głowie, i ledwo stoję. Ale to wszystko przyjemne i lekkie. Dębowy odzew wdzięczności. Chcę go poczuć jak najpełniej. Teraz trzymam dłonie centymetr od kory i odbieram jego otulinę. Jest cieplutka i spływa w dół. Ręce zlewają się z tym przepływem, i powoli przestaję je czuć. Jakby się rozpłynęły… Przesuwam nimi tuż nad korą, robiąc coś w rodzaju ‘’ głaskania energetycznego’’ . Nie wiem co robię, ale czuje, że właśnie teraz tak trzeba. Jemu się podoba. Spoglądam w górę i patrzę na biało – ciepłe światło wirujące na styku pnia i korony. Kula.To jego centrum energetyczne… Duchowe jego serce, i główna czakra. Jedna z trzech podobno. Znika mi i pojawia się. Moje dłonie cały czas przesuwają się wokół pnia, stopione w płynącym ciepełku. Teraz podnoszę ręce wyżej. Zaczynam kołysać się tak, jak robią to drzewa. Bujamy. A on zaczyna ze mną. Jak mocno! Szczytowe gałęzie zdają się machać w rytm moich dłoni. Mam wrażenie, że robimy coś pradawnego, i ten drzewny, kołyszący taniec, to coś, co znali dobrze nasi szamańscy przodkowie. Przed oczami stają obrazy – kobiety dziko tańczące na polanie, w szum drzewnej potęgi razem z nimi. Salwa kilku żołędzi. W takich momentach przekonany jestem głęboko o tym, jak bardzo żywe i świadome są to istoty. Kiedy raz choć tego doświadczysz…Już nigdy nie będziesz potrafił ich skrzywdzić. I kiedy piszę te słowa, brzozy za oknem zdają się doznawać szumiącej euforii. Nagły łoskot w zagajniku. Czujność. Chwilowy sztorm myśli.

– Hej, powiedz, że nie prowadzisz mi tu jelenia? 

Już nie raz i nie dwa, obdarzył mnie pięknymi widokami zwierząt zachowujących się niefrasobliwie w naszym pobliżu. Jakby wiedział, że kocham takie momenty i zacieszam z nich szczególnie. Co też tam się skrada?

– Beeeeuuuuuuuuuuu buueeeeeee …. !

Niskie, nieco koźlęce buczenie jeleniowego byczka. Jednak mnie obdarował. Kochany Dąb! Z tak bliska nie słyszałem podczas dwóch ostatnich nocy zasiadki. Ale on nie zamierza tu koncertować. Jest już czwarta. Z chrzęstem toczy się gdzieś dalej. Plan był taki, że miałem siedzieć w czatowni do świtu, z nadzieją, że rankiem zobaczę jelenie świętujące czas swojej miłości na przyleśnej łące. Buczały jednak na tyle daleko, że odpuściłem sobie ten pomysł. Pora nam się pożegnać Dębowy Bracie…Choć gdybym kiedyś mógł, zostałbym tu pewnie z Tobą na zawsze, w gwiezdnej ciszy jedności, z wiatrem, deszczem, słońcem i wszystkimi wędrującymi zjawami lasu…

– Patrz na nas jak na istoty wielowymiarowe…

To rzuca mi jeszcze na pożegnanie.

43951573_2106068622990437_5274859888399351808_n