Noc w listopadowym lesie. Na szlaku Drzew Mocy.

Wyziębione pola okrywają się kołdrą mglistym zasłon, gdy księżycowy czarodziej góruje w potędze kryształowego srebra. Wspina się coraz wyżej, podnosząc białawe kurtyny na jedyny taki spektakl. I jednego na pewno ma widza. Zanim zbliżę się do lasu stoję długo przed połaciami pustki, chłonąc nieśmiałe powiewy zimnego wiatru.

Krok za krokiem. Księżycowa kula podąża wraz ze mną, sunąc po lustrach rozległych kałuż. Niektóre z nich już po brzegach ścinają się zwierciadłem lodu. Lekko mrozi. Niechaj. Najwyższa pora. Czeremchowy las. Tak nazwali go czytelnicy. Dawno mnie tutaj nie było. Ostatnimi czasy wybierałem wędrownie jesionowy szlak wśród pól, z uwagi na jego kojącą ciszę. Tutaj docierają już dzwięki cywilizacji. Ale i tak jest magicznie.

– Cyt, trtrt, szrr, sztt…

Opadające liście szeptają senne modlitwy. Wirują jak nietoperze. Jesienne nietoperze. Ziąb, mróz, zrywy wiaterku i szeleszcząca cisza. Korony gałęzi spowijają girlandy białawego srebra, te roznoszą się rozbłyskami spływając do leśnego dna kaskadami strumieni. Przytulam ogromnego Kasztanowca. Dwaj Kasztanowi Bracia, jedyni i najwięksi w tutejszym lesie. Przyśnili mi się ostatnio obaj, w dość przykrym kontekście. Byli naznaczeni czerwienią wyroku – do ścięcia. Dlatego musiałem dziś tu przyjść. Przekonać się. Przez las przetacza się obecnie kolejna fala ‘’człowieka’’. Przy drogach sterczą hałdy ułożonego w stos drewna. Są ogromne. Nie wiadomo na kogo padnie… Może one już coś wiedzą. A może to tylko sen. Oby.Nerwowo oglądam korę wokół – żadnych znaków nie ma. Są prawdziwą ozdobą, jedynymi takimi olbrzymami na okolicę. Nie wierzę, że ktoś mógłby… Trudno mi to przetrwać. Tyle czasu już. Podobnie jak im. Dlatego zaglądam głównie nocą. W dzień warkot pił, wycie tirów i łoskot padających…
Teraz tak tu cicho. Żadnego zwierzęcia. Tylko te liście… Posłuszne swemu zadaniu, szybują niespiesznie wyściełając szeleszczące dywany. Ochronią Ziemię przed mrozem, ubogacą w próchnicę.

Osiki i Olchy rosnące tu w towarzystwie zrywają się w poryw z każdym moim pytaniem do Kasztana. Są odpowiedzią. Staruszek zrzucił już liście. Ehh, żeby tak rozumieć Was i słyszeć, każde słowo… ciągle się uczę. Jemu opowiadam o ludziach. Żeby się nie bał, wiedział, że są też inni. Pamiętam jak latem z całą rodziną otoczyliśmy go kręgiem trzymając się za ręce, a ja mówiłem wiersz. Taki był wtedy szczęśliwy. Przypominam mu to. Mówię, że Kocham, i nie zrobię krzywdy. Że wielu jest ludzi przyjaznych drzewom, tylko dopiero zaczynają się odnajdywać. I nie ma w nich zgody na to, co się dzieje. Będą pomagać, chronić. Kasztanowiec otwiera się na mnie ciepłem i teraz On zaczyna przytulać. Przywieram czubkiem głowy, by wchłonąć jak najwięcej. Kasztanowa energia bardzo jest cenna, unikatowa, lecznicza. Zwłaszcza podczas pełni księżyca. Delikatne skrobnięcie wyrywa mnie z przyjemnego odrętwienia – to nie mógł być suchy liść. Rozglądam się bezgłośnie. Obracam głowę na drugą stronę pnia i niemal stykam swoją twarz z kuną…

ODDECH… siuuuu

Ułamek myśli, a jak skoczy mi na buzię? Zwierzątko przygląda mi się, nie mniej zdziwione. Czarne paciorki czujnych oczek. Jej białe podgardle błyszczy filuternie, muśnięte srebrem księżycowego refleksu. Taka jest piękna… Poznaję, że to nie tumak (kuna leśna) a ta domowa, spotykana bliżej domostw i wsi. Też zamieszkują lasy. Sekundy pogrążone w puchatym cudzie. Pewnie szuka śpiących ptaków. Smyrg! I już jest gdzieś do góry. Ani trochę zdziwiony, składam podziękowanie. Wiem, że to sprawka czułego Kasztanowca. Od zbliżenia się z Drzewami, podobne sytuacje stały się częste. Wiedząc co w Duszy gra, odwdzięczają się tym, co cieszy najbardziej. Płynie synergia. I ona podąża między nami już do końca wyprawy.
Mam poczucie, że każda roślina i zwierz, wie, że tu dziś jestem.
Mijane drzewa kłaniają się całymi szpalerami, w miarę jak się przemieszczam. Wiele osób pytało mnie o to zjawisko. Mam podobnie. Ale jak to się dzieje? Raz pokazał się obraz – człowiek w kuli energii jak podąża, którą drzewa wychwytują gałęziami. Odczytują ją i reagują, witając się z gościem. Nie na każdego tak postępują. Trzeba być z tym lasem – uczciwie, i w Miłości.

– Trrr, trrrrrr…

Z głębi boru trzeszczy jakaś sosna. Wołają do gawędy. Trrrr, i kolejna. Znajome odgłosy. Wyczuły jak przechodzę. Choć chcę bardzo, nie ma mowy. Nie będę szukał daleko po ciemku. Pełnia Księżyca, niezależnie od pory roku to takie święto drzew – bardzo są wtedy aktywne i pobudzone. Ożywienie da się uchwycić w całym lesie. Emanują wtedy właśnie pełnią swą wspierającej i uzdrawiającej energii. Nocą ściele się zagęszczona, skupia swą formę. Ciebie nie rozpraszają kolory i nadmierne dzwięki, ładujesz się więc lepiej i więcej. Dlatego nocną wędrówkę cenię bardziej od dziennej wyprawy. No i właśnie dlatego, zmuszony jestem dawkować. Minęło pięć godzin mojego pobytu tutaj, a kolejne drzewa w rozmaity sposób próbują przyciągnąć moją uwagę. Nocy nie starczy, by spędzić czasu z wszystkimi, które proszą. A już się przyzwyczaiły że włóczę, wiedzą że rozpoznaję ich sygnały, więc stroszą się niekiedy jak psiaki, byle podejść na chwilę, pogłaskać i coś powiedzieć. Kłaniam się tedy sosnom, wyciągam ręce przed siebie i na głos mówię od razu do wielu:

Siostry moje Ukochane,
Niech najlepsze Wam jest dane,
W pas się kłaniam, do połowy,
Sławiąc piękny Bór Sosnowy
Wytrzymajcie czas człowieka,
Trochę jeszcze Wam zaczekać,

Przyjdzie,

Igieł szpilki, i chojary,
Z serca płyną moje dary

Dla Was

Cisza. Chwilę jakby nasłuchiwały, zdumione. Lecz gdy ruszam dalej, znów kilka rozgaduje się trzeszczeniem. Mam dreszcze. Wolą bym został. Rozumiem… To musi być dla drzewa takie fajne, przyjemne i miłe. Takie nowe. Że ktoś przychodzi, mówi ładnie do nich i dobrze im życzy. Zamiast piły, albo zimnego rachowania ‘’czy już’’ się nadaje… Tak są tego spragnione, stęsknione… Nie myślałem tylko, że moje wędrówki zmienią się tak bardzo. Bo wystartowałem o 17 tej, a dochodzi już 23. Mimo dywanu liści poruszam się cicho, na tyle, że wychodząc na rozległe łąki w lornetce dostrzegam pasące się sarny. Nie usłyszały mego nadejścia. Po krótkiej obserwacji wycofuję się równie z kunsztem. Dziś to sarny wiodą po ścieżkach. To znaczy, szedłem lasem 2 kilometry aby dotrzeć na stanowisko czatowania, lecz obecność saren obok których musiałbym przejść i spłoszyć pozbywa mnie tego pomysłu. Niech się pasą. To właśnie cały ja.

IMG_4233

W drodze powrotnej mijam znanego mi Wiąza, ten jest potężny w swej krasie. Aby raz czy dwa z nim rozmawiałem. Pamiętam, że łagodził iście anielską energią. Wiązy to związani z Ziemią strażnicy pokoju, jedności, pracujący korzeniami na rzecz łagodnej wspólnoty rozwoju. Wszystko chcą związać, połączyć, aby współgrało i rozwijało się. To też robią z człowiekiem. Przyłapuje się na tym, że podczas tego ‘’spaceru’’ nie trapi mnie ani jedna przykra myśl. Nic nie istnieje. Wszystko co dokuczało w głowie przez ostatnie dni. Jestem tylko ja i drzewa, i czujność na delikatne sygnały. Powitany Wiąz otwiera się szybko. Pamięta. Do niego również przykładam czoło, chłonąc wiązowe błogosławieństwa. Pojednanie, akceptacja, lekkość, wybaczenie, zrozumienie… Naprawdę minęło już tyle godzin?

Wreszcie ‘’ląduję’’ u Krzesimira. O ile przy pierwszym dziś powitaniu przyjął mnie dość obojętnie, tak teraz gdy już pochłonąłem się w lesie, muska mnie ciepłem, stroszy się, szumi i grzmi. Mam parę pytań i wątpliwości. Opowiadam, że książka prawie gotowa. Pokazuje w myślach okładkę. Oh, jak dziwnie spoglądać na nią i siedzieć tutaj. Wszystko jest na tym obrazie takie, jak tutaj się działo. On, że jest dumny. Powtarza to wciąż. Noo, kto by pomyślał? A ja pytam. Bo tak sobie myślę, że można by pominąć cały aspekt duchowości, rozmowy z drzewami, energie i takie tam. Zrobić drugą, okrojoną bardziej wersję. Książka wiele nie straci na stronach i uroku, a byłaby bardziej przystępna dla osób które z tym wszystkim nie miały styczności dotąd… łatwiej ‘’strawna’’ jakby. Wiem, że to z jednej strony głupota, ale czeremchowa głowa walczy do ostatka.

Co o tym sądzisz?

ANI MI SIĘ WAŻ COKOLWIEK POMIJAĆ! O, żebyś Ty… Więc po co było to wszystko? Aby poszło w zapomnienie? To jest właśnie całość obrazu, tego co się działo. To będzie pracować w ludziach. Wielu potwierdzi, że nie są sami. Że to, czego doświadczali jest prawdziwe. W Twoich opowieściach znajdą potwierdzenie. A Wy się odnajdziecie, dzięki materialnej książce. Będą korzyści, dla Drzew i Ludzi. Spojrzą na las inaczej. Nie ‘’po Twojemu’’ tylko tak, jak dawniej człowiek spoglądał, co było oczywistością w doświadczaniu. Już pracuj nad kolejną. O nas, o wszystkim czego się dowiedziałeś. Dużo pisania Cię jeszcze czeka. Ta książka, to dopiero początek, wprowadzenie. A jeśli zdaje Ci się, że coś już wiesz, to przygotuj się na prawdziwe zaskoczenia. Dumny jestem, tak. Byli tacy wśród nas, co nie wierzyli. Właśnie Ci, od których miałeś nie do końca przyjazne sygnały w odbiorze. Ja zawsze wierzyłem. Tyle energii w Ciebie wprowadziliśmy, czy dostrzegasz swoje przemiany, kim się stałeś? Na co chciałbyś to zmarnować? Teraz możesz tyle sprawić. Więc pisz, pisz o nas… Potrzebujemy, by świat przeczytał nas w słowie. I to nie jest tak, że Drzewo Mocy wyrośnie i jest. Stać nim się może każde nasiono. Wzrastamy i doskonalimy się przez doświadczenie. Mi kontakt z Tobą dużo wniósł. I z gośćmi którzy przybyli za Twoją sprawą. To jak w relacjach międzyludzkich. Każdy coś ofiarował, otworzył, pokazał, nauczył. Stałem się… Otwarły się nowe przestrzenie dla mnie. Inne Drzewa pragną podobnie, dlatego tak intensywnie wołają.

Mój Kochany mędrcze. Czasem mi głupio, że tak Go drażnię. Ale On wie, że na tym etapie i tak już bym zrobił wszystko. Tylko i ja potrzebowałem ‘’zatwierdzenia’’. Przecież okładkę wymyślił Klon, a treść to w dużej mierze przekazy Drzew. To ich dzieło, nasze procesy. Wspólna pamiątka. I faktycznie. Zauważyłem ich zmiany. Tych do których chodziliśmy wspólnie na warsztatach. Każde z nich doskonaliło się, coraz bardziej w pracy. Nawiązywaniu kontaktu i pomocy. Coraz lepiej im szło. Teraz ich subtelną mowę czytamy jako coś oczywistego. Widać było, że nie mogą doczekać się kolejnych spotkań i wyzwań.

Gdy wychodzę z lasu na skraj rzepakowego pola, chyłkiem umykają z niego w lekkich podskokach sarny. Wyszedłem prosto na nie, nie dało się tutaj przewidzieć, były zbyt blisko. Ale nie spieszą się. No te są stąd, muszą mnie znać. Wiem, że sarny potrafią podkradać się niemal bezgłośnie do siedzącego człowieka, jeśli w porę go zwęszą. Zwłaszcza, jeśli to od lat ten sam człowiek…Co tylko siedzi łagodnie, gębę cieszy i do drzew mamrota. Układam się z czuwaniem na stosie kłód, zajadam kanapki i sączę gorącą herbatę.Gdzieś daleko piszczy samica puszczyka, ciszy urągając w ciemnościach. Skryty upiór. Gderliwie nawołują kaczory z czeluści bagna. Nieśmiało popiskują myszy, nieświadome gryzonie obwieszczają się z bufetem dla nocnych drapieżników. Dreszcz oczekiwania. Po niebie żeglują białe kłęby rozległych baranków. Księżyc nieco przygasa, spowity mleczną zasłoną. Spomiędzy konarów sosen żarzą się jeszcze maleńkie latarnie odległych gwiazd. Nie minęło dziesięć minut, sarny wróciły. Są teraz dużo bliżej. No pewnie Siostry, częstujcie się oziminą.Mimo, że sporo się wiercę, one i tak tylko co jakiś czas podnoszą anteny czujnych głów, spoglądając już uspokojone. Trochę się wtedy czuję, jakbym czuwał nad nimi. Żerujemy sobie. Inaczej zawsze jest, kiedy mogą na mnie popatrzeć, posłuchać i chwilę oswoić się z tym, że jestem. W takich momentach wiem, po co to wszystko. Dlaczego noce z zimnicą pod lasem, czatowania, czuwania, czas… To chyba jest takie żywe świadectwo. Zapomnianej bliskości człowieka z przyrodą, jaka wciąż każdemu zdarzyć się może. I o tym będzie moja książka.

66223959_479909626099685_4980183251667648512_n

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s