Niespodziane z dzikami o świcie spotkanie

Nad cichą łąkę przygnało mnie jeszcze raz. Była świeżo po kośbie, kolejnych pasów swego świata. Powitał zapach mokrej trawy. Sowa już tam siedziała. Łan obfitości wołał ją szmerami, których ja nie słyszałem…
Powoli władanie nad tą krainą przejmuje srebrzysta poświata. Wsłuchuję się w tutejsze tło. Odzywają się czajki. Z wielkim niepokojem. Może borsuk pałaszuje im lęg? Snują się domysły. Grają żaby. Z oddali dobiega powrzaskiwanie trzcinniczka, bliżej w kępach wierzb koi słowik. Chór zamykają łozówka z kukułką. Trochę nieziemsko brzmi takie kukanie przy blasku księżyca.

– Pitt piliiit! Pitt Piiiliiit! Niesie się trzykrotne zawołanie.

To już przepiórki. Nigdy nie widziałem ich z bliska, ale ten głos informuje mnie, że gdzieś tu żyją.
Nagle wokół rozgadują się dziki. Słyszę z każdej strony. Ale nie wychodzą na srebrzystą przestrzeń.
W lesie coś trzaska, chodzi coś większego. Może jeleń? Zatapiam się w głosach ptaków i rozmyślam…
Dochodzi druga w noc. I dociera do mnie, że nic tu już nie przyjdzie dziś. Skąd pewność… I wysypały mi się myśli.

11403138_931722876866509_11188764581437104_n

– Szkoda, że nie wyszły dziki…Noc zmarnowana…
– Zmarnowana…? Mało to ich widziałeś? Przecież cudownie tu. I błogostan duszy jest. To najważniejsze.
– Ale co za frajda widzieć je tylko w postaci sunącej czarnej plamy…Dobrze by było, w świetle dnia…

Od tego momentu Dusza przejmuje przewodnictwo na tym spacerze. Coś mówi mi, aby się stąd zabierać, i ruszyć pod Topolę. Tak też robię.
Pod drzewo docieram szybko i bez przygód. Chwilę tu nasłuchuję. A następnie wdrapuję się na zwyżkę. Ta Topola już raz obdarzyła mnie pięknym wierszem. Teraz chyba wypoczywa. Przy tych drzewach jest o tyle fajnie, że lubi je dużo ciem. Obserwuję jak polatują wokół mnie. Tutaj ptasie koncerty dobiegają jeszcze bliżej. Po godzinie znowu przebija się myśl, aby wracać nad łąkę. Jest już po 3. Po co tam iść? Myślę. No ok, chociaż obejdę ją boso.

Chłód kąsa w stopy aż boli. I kłują łodygi zżętej trawy. Mimo to zataczam kilka kręgów i dziękuję ziemi, za możliwość tej pieszczoty z nią. Jest już prawie widno. Rozwołały się skowronki wszędzie. Teraz podążam polem młodej kukurydzy. Tu w oddali rozpoznaję rudą sylwetkę sarny. Już mnie widzi, ale ani się ruszy. Przystaję. Tam obok druga. I wiem, że jeśli usiądę, to wrócą do skubania trawy, jakby nigdy nic. I tak też się dzieje. Mija 15 minut sarniego pasienia. Spowalniają mnie. Wstaję i ruszam się lekko na boki, tak aby mnie zobaczyły. Postępuję kilka kroków. Gapią się, jakby chciały powiedzieć;

– No co ty stary, nie widzisz, że tu jemy, przestań się wygłupiać. 

Trochę mnie dziwi ich zachowanie. Bo przecież jestem tu ‘’nowy’’ i nigdy nie bywałem w tych rejonach. Powinny bardziej się płoszyć.

Ruszam dróżką pod lasem przy alei brzóz. Czas powrotu…
Przed widok wynurza mi się czarna plama. Ojej! Hamulec i zeskok z roweru.
Dzik merda ogonem szybko, co oznacza zdenerwowanie. Chyba nie wie co się stało. Fuh,fuh! Węszy głośno. Przyglądam się zwierzątkowi, i mówię w myślach ‘’dziękuję!’’ Bo dociera do mnie skąd były te wszystkie podszepty aby wracać, a potem się cofnąć. I wszystko znów idealnie rozgrywa się w czasie…Dusza! Brawo Ty 

– Fuuuuuuuuhh !!! 

Wyrywa mnie donośne z zamyślenia. Dziczek cofa się do lasu z tym okrzykiem w ryjku. Daję mu kilka minut ‘’na rozeznanie’’ po czym jadę dalej. Kilkanaście metrów i znów wita mnie nie do pomylenia z niczym szpiczasta sylwetka dziczego ryja wyglądającego z lasu. ‘’Bada’’ czy przeskoczyć w rzepak. Powtarzam manewr, hamulec, zeskok i czekam bez głosu. Widocznie uznaje, że droga wolna, bo wkracza na dróżkę i zanurza się w mokrym morzu rzepaku. A potem niedowierzanie. Z nim warchlaki. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć… I znów większy dzik. Chwila przerwy, i prosiaki, jeden, dwa, trzy, cztery, myk, lecą szybko za dorosłymi. Trzeci dorosły między nimi. Chwilka bezruchu. Kolejna salwa warchlaków  Nie wierzę własnym oczom. Galopadę zamyka czwarty, największy dzik. Cóż za piękna rodzinka. Stoję, bo coś mnie powstrzymuje aby jeszcze ruszyć. Przetrawiam rozlewające się szczęście i wdzięczność. No bo tak…

Jeszcze 2 godziny temu byłem przekonany, że niczego nie zobaczę, i chciałem ujrzeć je w świetle dnia. No i się wydarzyło

Z zamyślenia wyrywa mnie kolejne, łącznie siedem warchlaków, które nie wiedzieć czemu, zapóźnione dają teraz hyca przez dróżkę, podążając za kawalkadą dorosłych.

– To już chyba wszyscy…. Myślę, powoli ruszając w kierunku ich przemarszu.

Obok domu, kolejna niespodzianka – cud. Mamy czereśnię, i rodzice bardzo płoszą szpaki. Także, widząc kogoś z nich, zawsze reagują wrzaskiem i ucieczką. Ja właśnie widzę szpaka, który zlądował na dolnej gałązce. Szelma, przygląda mi się badawczo, co zrobię. No uśmiecham się… Siada na drabince, i najspokojniej zaczyna czyścić sobie pióra… No tak…Czego innego mogłem się spodziewać.
Życzę mu smacznego i wnikam do domu. Cały ja 

A morał z tej bajki, niesie to przesłanie, 
Najpiękniejsze w życiu, wydarza się niespodzianie 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s